• drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
Dodaj do ulubionych

kiedy się rozstać?

  • 06.03.02, 12:36
    robię to pierwszy raz, ale stwierdziłam, że jest tu tyle mądrych ludzi, że może
    to mi pomoże?
    Powiedzcie proszę, kiedy dwoje ludzi powinno się rozstać?
    Skąd wiadomo, że nic już z tego nie będzie, że to koniec, że będzie coraz
    gorzej?
    Wiem, że tak naprawdę tego nie wie nikt, ale może ktoś już doświadczył
    rozstanie i potrafi powiedzieć, że jeśli jest tak a nie inaczej, to lepiej nie
    będzie?

    Problem jest bardzo złożony, ja chciałam napisać to nak najkrócej w związku z
    tym może nie ma to wielkiego ładu i składu, ale w każdym razie wiadomo o co
    chodzi. Może znajdzie się jakiś facet, który wyjaśni męskie podejście do
    problemu, no bo jeśli mąż mówi, że kocha, chce być razem itp., a za "chwilę"
    rani tak mocno, że zostają blizny na zawsze, to jaki jest w tym sens?
    Ja nie wiem, ale jest tyle mądrzejszych ludzi na tym świecie, że może ktoś wie
    i się z nami tym podzieli?

    pozdrawiam
    Anuta
    Edytor zaawansowany
    • Gość: onnanohi IP: 213.17.193.* 06.03.02, 12:38
      Anutko, troszkę obszerniej prosimy.
      Nie przejmuj się, że to pogmatwane - my mamy dużo czasu, przeczytamy i
      pomyślimy :-)
      Trzymaj się i pisz.
      Pozdrawiam
      Onnanohito
      • Gość: Kim IP: 213.77.91.* 06.03.02, 13:04
        Ja też chętnie pomogę, ale napisz więcej.
        A tak na gorąco - może to się czuje, że dosyć i dalej nie chcesz być z nim?
        • 06.03.02, 13:08
          ja wiedzialam. Przez poltora roku sie "dowiadywalam" W końcu poczułam, ze
          koniec miłosci, nie moglam juz na niego patrzec, życzyłam mu czasami jak
          najgorzej, myślalam, czy jego smierc przynioslaby mi ulge, nie chcialam spedzac
          z nim czasu, potrzebowałam odpoczynku od niego, nie chcialam by mnie
          dotykał...etc, etc...

          dla uściślenia: to wszystko było skutkami pewnych zachowań mojego męża, takze
          nie oceniajcie mnie pochopnie. I tak sie wstydze za takie uczucia.
          • 06.03.02, 13:17
            marzena_24 napisał(a):

            > ja wiedzialam. Przez poltora roku sie "dowiadywalam" W końcu poczułam, ze
            > koniec miłosci, nie moglam juz na niego patrzec, życzyłam mu czasami jak
            > najgorzej, myślalam, czy jego smierc przynioslaby mi ulge, nie chcialam spedzac
            >
            > z nim czasu, potrzebowałam odpoczynku od niego, nie chcialam by mnie
            > dotykał...etc, etc...
            >
            > dla uściślenia: to wszystko było skutkami pewnych zachowań mojego męża, takze
            > nie oceniajcie mnie pochopnie. I tak sie wstydze za takie uczucia.

            o to mi właśnie chodzi!
            trafiłaś w sedno
            jeśli od dłuższego czasu mam wątpliwości (poważne) to nie bez powodu i co mam
            czekać aż zrodzą się uczucia takie jak u ciebie. Może lepiej aż do tego nie
            dopuścić?

            • 06.03.02, 13:20
              anuta napisał(a):

              > marzena_24 napisał(a):
              >
              > > ja wiedzialam. Przez poltora roku sie "dowiadywalam" W końcu poczułam, ze
              > > koniec miłosci, nie moglam juz na niego patrzec, życzyłam mu czasami jak
              > > najgorzej, myślalam, czy jego smierc przynioslaby mi ulge, nie chcialam sp
              > edzac
              > >
              > > z nim czasu, potrzebowałam odpoczynku od niego, nie chcialam by mnie
              > > dotykał...etc, etc...
              > >
              > > dla uściślenia: to wszystko było skutkami pewnych zachowań mojego męża, ta
              > kze
              > > nie oceniajcie mnie pochopnie. I tak sie wstydze za takie uczucia.
              >
              > o to mi właśnie chodzi!
              > trafiłaś w sedno
              > jeśli od dłuższego czasu mam wątpliwości (poważne) to nie bez powodu i co mam
              > czekać aż zrodzą się uczucia takie jak u ciebie. Może lepiej aż do tego nie
              > dopuścić?
              >
              Tak na marginesie wcale Cię nie potępiam, pewne uczucia po pewnych zdarzeniach po
              prostu przychodzą i już.
      • 06.03.02, 13:13
        Gość portalu: onnanohi napisał(a):

        > Anutko, troszkę obszerniej prosimy.
        > Nie przejmuj się, że to pogmatwane - my mamy dużo czasu, przeczytamy i
        > pomyślimy :-)
        > Trzymaj się i pisz.
        > Pozdrawiam
        > Onnanohito

        no dobrze, spróbuję, ale nie mówcie potem, że zanudzam!
        Jestesmy z moim mężem ze sobą kilkanaście lat, przeżyliśmy wiele (dobrego i złego)
        jak każdy zresztą. Ale ja zaczynam się męczyć.
        Uważam, że mój mąż mnie maltretuje psychicznie, może to za mocne słowo, ale tak
        czuję.
        Czuję się osaczona, okłamywana (nie mam sygnałów o zdradzie w woli
        wyjaśnienia),bezsilna.
        Mimo, że wydaje mi się, że już z nim nie chcę być, to ciągle walczę i zastanawiam
        się o co chodzi:
        czy ja chcę, ale nie wiem , że chcę;
        czy nie chcę, ale nie wiem że nie chcę?
        zagmatwane?
        a nie mówiłam!
        tak właśnie ja się czuję!
        Mój mąż jest dobrym człowiekiem i nikt ze znajomych nie powie o nim złego słowa -
        uczynny, sympatyczny, zdolny (nie ma wielkiego wykształcenia, ale jest samoukiem
        i wiele potrafi zrobić), no ideał!
        Tylko dlaczego ja się z nim nie potrafię dogadać? Może to ze mna jest coć nie tak?
        Jeśli próbuje z nim rozmawiać, to toleruje tylko "lekkie" tematy, jeśli mówię o
        naszych problemach, tłumaczę "jeśli tego nie omówimy, jutro pokłucimy się o to
        samo", słyszę tylko: "nie wyciągaj starych brudów" (nawiasem mówiąc sam robi to
        najczęściej).
        No a ja?
        Ja nie jestem święta. Jestem raczej impulsywna i na pewno jego zarzuty wobec mnie
        w niektórych przypadkach są uzasadnione, ale jeśli mąż dołuje swoją żonę przy
        każdej sprzeczce bo brak mu argumentów lub czuje się gorszy (ja zawsze miałam
        stałą pracę, on nie ma stałej pracy, co wpędziło nas w długi), to po co ja z nim
        jestem? Kiedyś w chwili słabości (po alkoholu)wyznał mi, że uważa iż ja jestem
        mądrzejsza od niego i zawsze sobie poradzę, a on niekoniecznie (mam lepsze
        wykształcenie, co dla mnie nie oznacza, że jestem mądrzejsza). Działanie na
        zasadzie: jest lepsza, więc ją zdołuję, żeby sobie nie myślała?
        Czy nadal powinnam trwać w tym związku?
        Zadaję sobie to pytanie coraz częściej i coraz częściej odpowiedź brzmi :tak.
        • Gość: anuta IP: *.tlsa.pl 06.03.02, 13:34
          anuta napisał(a):

          > Gość portalu: onnanohi napisał(a):
          >
          > > Anutko, troszkę obszerniej prosimy.
          > > Nie przejmuj się, że to pogmatwane - my mamy dużo czasu, przeczytamy i
          > > pomyślimy :-)
          > > Trzymaj się i pisz.
          > > Pozdrawiam
          > > Onnanohito
          >
          > no dobrze, spróbuję, ale nie mówcie potem, że zanudzam!
          > Jestesmy z moim mężem ze sobą kilkanaście lat, przeżyliśmy wiele (dobrego i złe
          > go)
          > jak każdy zresztą. Ale ja zaczynam się męczyć.
          > Uważam, że mój mąż mnie maltretuje psychicznie, może to za mocne słowo, ale tak
          >
          > czuję.
          > Czuję się osaczona, okłamywana (nie mam sygnałów o zdradzie w woli
          > wyjaśnienia),bezsilna.
          > Mimo, że wydaje mi się, że już z nim nie chcę być, to ciągle walczę i zastanawi
          > am
          > się o co chodzi:
          > czy ja chcę, ale nie wiem , że chcę;
          > czy nie chcę, ale nie wiem że nie chcę?
          > zagmatwane?
          > a nie mówiłam!
          > tak właśnie ja się czuję!
          > Mój mąż jest dobrym człowiekiem i nikt ze znajomych nie powie o nim złego słowa
          > -
          > uczynny, sympatyczny, zdolny (nie ma wielkiego wykształcenia, ale jest samoukie
          > m
          > i wiele potrafi zrobić), no ideał!
          > Tylko dlaczego ja się z nim nie potrafię dogadać? Może to ze mna jest coć nie t
          > ak?
          > Jeśli próbuje z nim rozmawiać, to toleruje tylko "lekkie" tematy, jeśli mówię o
          >
          > naszych problemach, tłumaczę "jeśli tego nie omówimy, jutro pokłucimy się o to
          > samo", słyszę tylko: "nie wyciągaj starych brudów" (nawiasem mówiąc sam robi to
          >
          > najczęściej).
          > No a ja?
          > Ja nie jestem święta. Jestem raczej impulsywna i na pewno jego zarzuty wobec mn
          > ie
          > w niektórych przypadkach są uzasadnione, ale jeśli mąż dołuje swoją żonę przy
          > każdej sprzeczce bo brak mu argumentów lub czuje się gorszy (ja zawsze miałam
          > stałą pracę, on nie ma stałej pracy, co wpędziło nas w długi), to po co ja z ni
          > m
          > jestem? Kiedyś w chwili słabości (po alkoholu)wyznał mi, że uważa iż ja jestem
          > mądrzejsza od niego i zawsze sobie poradzę, a on niekoniecznie (mam lepsze
          > wykształcenie, co dla mnie nie oznacza, że jestem mądrzejsza). Działanie na
          > zasadzie: jest lepsza, więc ją zdołuję, żeby sobie nie myślała?
          > Czy nadal powinnam trwać w tym związku?
          > Zadaję sobie to pytanie coraz częściej i coraz częściej odpowiedź brzmi :tak.

        • 06.03.02, 13:36
          mialam podobnie, jeśli chodzi o psychiczne znęcanie sie. Co do wykształcenia,
          to ja byłam bardziej od niego, jednak to on uwazal sie za mądrzejszego. Hmm...
          to moze nie jest takie złe. On poprostu mnie uważał za głupszą.
          Plakalam , starałam sie , prosiłasm, chcialam rozmawiać, a on mnie odtracał
          kwitując: i tak nic madrego nie masz mi do powiedzenia. Mam to w dupie. , albo:
          jestes pierdolnieta, powinnaś sie leczyć, lub: miłosc? kobieto co ty mówisz?
          jaka miłość. Nigdy Cie nie kochałem itd...
          sorki za dosłowność, ale tak juz było. Pod koniec, tj jakies pol roku.
          Próbowałam walczyć o związek ponieważ skoro sie pobralismy to chyba mielismy
          jakies powody. No i mam córeczkę. To dla niej tez próbowałam. Nie chcialam w
          egoistyczny sposób pozbawiac jej ojca. Chcialam wiedzieć, ze zrobiłam
          wszystko, by po czasie nie pluc sobie w twarz, że o czymś zapomniałam, albo,
          ze zmarnowałam komus życie, bo uniosłam sie dumą.
          Ale w końcu zabrakło miłości.
          • 06.03.02, 13:52
            u mnie wygląda to trochę inaczej:
            ja nie płaczę, nie proszę, na zewnątrz jestem ostra i twarda, tłumaczę mu, że
            nic na siłę, że jeśli nie chcemy to nie musimy być przecież razem.
            A on
            niby nie wyzywa, nie ubliża, nie bije, nie robi tego dosłownie, wprost, nawet
            ciągle mówi, że kocha i nie wyobraża sobie żebyśmy nie byli razem (on pochodzi
            z rozbitej rodziny i nie chce tego samego zrobić naszym dzieciom).
            Ja też uważam, że rozwód to dla dzieci nic dobrego, ale jak one będą wychowane?
            jakie będą miały dziciństwo?
            atmosfera wrogości, agresywności, a często i nienawiści - czy to jest
            odpowiednie dla dzieci? Jak one sobie potem ułożą życie?
            Odpowiedź brzmi : TAK SAMO!!!
        • 06.03.02, 22:30

          > Jestesmy z moim mężem ze sobą kilkanaście lat, przeżyliśmy wiele (dobrego i złe
          > go)
          > jak każdy zresztą.
          Ale ja zaczynam się męczyć.

          tzn spodziewałaś sie parunastu lat sielanki ?

          > Uważam, że mój mąż mnie maltretuje psychicznie, może to za mocne słowo, ale tak
          > czuję.

          rzeczywiście mocne .

          > Czuję się osaczona, okłamywana (nie mam sygnałów o zdradzie w woli
          > wyjaśnienia),bezsilna.

          a zjakich to racjonalnych powodów się tak czujesz ? Co takiego konkretnie robi ?


          > Mimo, że wydaje mi się, że już z nim nie chcę być, to ciągle walczę i zastanawi
          > am
          > się o co chodzi:
          > czy ja chcę, ale nie wiem , że chcę;
          > czy nie chcę, ale nie wiem że nie chcę?
          > zagmatwane?
          > a nie mówiłam!
          > tak właśnie ja się czuję!

          hmm a co się stało z miłością ? nie pamiętasz już z jakich powodów brałaś ślub ?
          fakt ! ty nie wiesz czego chcesz:)

          > Mój mąż jest dobrym człowiekiem i nikt ze znajomych nie powie o nim złego słowa
          > -
          > uczynny, sympatyczny, zdolny (nie ma wielkiego wykształcenia, ale jest samoukie
          > m
          > i wiele potrafi zrobić), no ideał!

          No rzeczywiście brzmi ciekawie zwłaszcza skoro piszesz że to dobry człowiek ...

          > Tylko dlaczego ja się z nim nie potrafię dogadać? Może to ze mna jest coć nie t
          > ak?
          > Jeśli próbuje z nim rozmawiać, to toleruje tylko "lekkie" tematy, jeśli mówię o
          >
          > naszych problemach, tłumaczę "jeśli tego nie omówimy, jutro pokłucimy się o to
          > samo", słyszę tylko: "nie wyciągaj starych brudów"

          JA z doświadczenia stwierdzam że takie ciągłe paplanie o problemach może być
          niesamowicie męczące psychicznie , owszem rozmowa jest konieczna.. ale jeśli
          ciągle tylko gadacie zamiast działąć to w końcu zamiast rozwiązywać problem to
          go ,,przegadujecie " - co w gruncie rzeczy do niczego zazwyczaj nie prowadzi..
          Pamiętam że gdy ja ze swoim partnerem mieliśmy kryzysowe sytuacje i często
          rozmawialiśmy o jakimś problemie , to wkóncu zamiast z nim sobie radzić
          rozwiązywać faktycznie problem my tylko o nim mówiliśmy ..zamiast po porstu
          wprowadzać zminiay do naszego związku ...my mówiliśmy o swoich zranionych
          uczuciach ..rzeczach któe nas bolą... owszem ważna jest rozmowa o problemach ale
          ile można ?
          Może zamias ciągle rozdrapywać stare rany , czas ruszyć na przód ...rozmawiać
          na lekkie tematy i sprawić żeby między wami była po prost miła atmosfera ..coś
          takiego lepiej wpłynie na wasz związek niz ciągle paplanie o problemach...- gdy
          już raz zasygnalizujesz problem - nie muisz ciągle o nim mówić ..- musisz założyć
          że Twój parntener jest dorosła osobą i wie co do niego mówisz..(pozatym chyba to
          dobrze że chce rozmawiać w ogóle ,mógłby w ogóle nie chcieć rozmawiać ... może
          chce rozładować atmosfere ?)

          > No a ja?
          > Ja nie jestem święta. Jestem raczej impulsywna i na pewno jego zarzuty wobec mn
          > ie
          > w niektórych przypadkach są uzasadnione, ale jeśli mąż dołuje swoją żonę przy
          > każdej sprzeczce bo brak mu argumentów lub czuje się gorszy (ja zawsze miałam
          > stałą pracę, on nie ma stałej pracy, co wpędziło nas w długi), to po co ja z ni
          > m
          > jestem?

          nie wiem czemu ale z tego co piszesz wydaje mi się że to ty uważąsz go za
          gorszego ...( jakąś dziwną nutke wyczuwam w tym ,,on nie ma stałej pracy , co
          wpędziło nas w długi..",,nie ma dużego wykształcenia ") .Muisz zrozumieć że tak
          jak i ty masz do niego pretensje , on ma prawo żeby mieć je w stosunku do
          Ciebie.A impulsywność przy rozwiązowaniu problemów , i ratowaniu związku nie
          pomaga...

          Działanie na
          > zasadzie: jest lepsza, więc ją zdołuję, żeby sobie nie myślała?

          szczerze mówiąc wydaje mi się to troche przesadzone....-może spójrz też na
          siebie , zastanów się dlaczego związałaś się z tym facetem ..w tej sytuacji wina
          leży chyba po dwóch stronach , nie ma co robić z siebie ofiary. Nie chcesz z nim
          być - odejdź ..ale nie ma co robić z siebie męczennicy ...

          Pozatym pisałaś w jakimś innym poscie ( ztego co pamiętam ) że podczas rozmów
          jesteś twarda i coś tam jeszcze...... jeśli taka jest wasz apostawa to gratuluje
          wam zniszczenia tego co kiedyś was ( jeśli was .. ) łączyło ...związek to sztuka
          komromisów a nie bycie dumnym i ciągłe stawanie ultimatum ....

          (naprawde wydaje mi się że ty nie szanujesz swojego męża..., i uważasz go za
          kogós gorszego gatunku ...- bo tylko o lekkich tematach chce rozmwiac , bo nie ma
          wykształcenia , bo wreszcie to on powiedział ci że jesteś lepsza.....)
    • 06.03.02, 13:13
      najlepiej nad ranem..
      • 06.03.02, 13:24
        ja mysle ze wieczorem, serio, tak jak moj maż.
        Potem bylam juz zmeczona i zasnęłam. A rano... nowy, inny dzień
      • Gość: onnanohi IP: 213.17.193.* 06.03.02, 13:31
        Anuta!
        Poważne te wątpliwości.
        Wszystko można naprawić, nadrobić, zmienić, ale muszą tego chcieć i On i Ona.
        Myślę, że to, co napisałaś ... nie najlepiej rokuje.
        Bo na nudę, przyzwyczajenie, nieporozumienia - zawsze jest sposób. Ale na to,
        jak się czujesz, że mąż "Cię dołuje", maltretuje psychicznie - nie ma sposobu.
        Jak to zmienić? Nie wyobrażam sobie. Zawsze, gdy mam wątpliwości wyobrażam
        sobie siebie z tej drugiej strony - to ja dołuję, męczę i podkopuję pewność
        siebie. Co musiałoby się stać, aby sie to skończyło?
        Wiesz, ja sobie myślę, że jest tak, że do pewnego momentu właściwie wszystko
        można naprawić. Pewnego dnia jednak przekracza się taka niewidzialna granicę i
        nie da się cofnąć tego co się stało, powiedziało, poczuło. Ale to tylko osoby
        zaiteresowane wiedzą, czy wciąż ta granica przed nimi, czy już ją przekroczyli.
        Co ja robię w takich ważnych ale wątpliwych sytuacjach? Nie idę na żywioł (aaa,
        mam dosyć wyprowadzam się), ale zapisuję w punktach wszystkie ZA i PRZECIW na
        kartce. To pozwala zobaczyć jasno wszystkie problemy i docenić to, co
        spowszedniało.
        Polecam - dla mnie skuteczny sposób na to, aby zobaczyć bardzo wyraźnie jak
        duży jest problem. Ułatwia podjęcie decyzji.
        Trzymaj się
        Onnanohito
        • Gość: anuta IP: *.tlsa.pl 06.03.02, 13:42
          Onnanohi napisałeś:
          "Pewnego dnia jednak przekracza się taka niewidzialna granicę i
          nie da się cofnąć tego co się stało, powiedziało, poczuło"

          Myślę, że u mnie ta granica została już przekroczona, coś we mnie pękło.
          Powiedziałam nawet mężowi, że następnego kryzysu nie przetrzymam z nim, nie
          będę się już nawet starać, nie mam sił!

          Ale chyba spróbuję Twojej metody - wypiszę na kartce za i przeciw.
          Dzięki za rady
          Pozdr
          • 06.03.02, 13:47
            jesli masz jeszcze jakies " za" to staraj sie dalej. Moze warto.
            U mnie " za" była tylko kasa. Ale to za malo. Stanowczo...
            • 06.03.02, 13:50
              zapomnialam jeszcze. za była kasa i mieszkanie w którym teraz byśmy mieszkali
              juz 2 tygodnie. Własnie. Ale to i tak za mało by tworzyc kochającą sie
              rodzinę. Więc 21.03. mam 1 sprawe w sądzie.
              • 06.03.02, 15:01
                marzena_24 napisał(a):

                > zapomnialam jeszcze. za była kasa i mieszkanie w którym teraz byśmy mieszkali
                > juz 2 tygodnie. Własnie. Ale to i tak za mało by tworzyc kochającą sie
                > rodzinę. Więc 21.03. mam 1 sprawe w sądzie.

                Marzena!
                dziękuję, że opowiedziałaś swoją sytuację, jakże inna a jednak podobną do mojej!
                ja też za jakieś 2-3 tygodnie przeprowadzam się do nowego mieszkania (jeśli nic
                się nie zmieni to razem z mężem)!
                Co do kasy, to trzyma mnie chyba ta, której nie ma -czyli długi, z którymi
                zostałabym sama, bo pewnie by mnie olał.
                Trzymaj się na sprawie i nie daj się !!!
                Pozdrowienia
                • Gość: Kim IP: 213.77.91.* 06.03.02, 16:26
                  Anuta,
                  nic dodać, nic ująć... Wsłuchaj się w siebie... I nie daj się wypalić.
    • 06.03.02, 17:31
      Anutko, nie daj sie.
      To jest najgorsze co moze byc - takie "dolowanie". Przeszlam to wszystko, co
      Ty.
      Przede wszystkim skup sie na sobie. Zastanow sie czego pragniesz dla siebie i
      realizuj to. Jesli zajmiesz sie czyms absorbujacym - to moze byc cokolwiek np.
      szalencza praca, ktorej celem bedzie wygrzebac sie z dlugow, nowi znajomi,
      spotkania z ciekawymi ludzmi - cokolwiek, co pozwoli Ci zdystansowac sie do
      Twojego malzenstwa.
      Najwazniejsze to przestac sie szarpac i wyciszyc emocje. To emocje powoduja, ze
      wybuchaja miedzy Wami konflikty. Jezeli Twoj maz jest taki jak moj to znaczy,
      ze sam to prowokuje. Moj tak robil. On chyba lubil mnie w ten sposob wykanczac
      nerwowo. Czasem zastanawialm sie czy te jego nieprawdopodobne wahania nastroju
      nie sa spowodowane jakimis sklonnosciami o podlozu psychopatycznym.
      Przezyl szok, kiedy przestalam sie tym emocjonowac i szarpac.
      Zawsze bylo tak: on inicjowal jakis konflikt na przyklad poruszal dyzurny
      temat - "co ty qrna w ogole w tym domu robisz?" i czekal, ze ja znowu bede
      probowala mu wyjasnic, ze samo sie nie pierze, nie prasuje, nie odkurza, nie
      myje kibla itp. rzeczy, a on na to, ze ja to rzadko robie albo cos w tym guscie
      i sie zaczynalo... Jego dyzurna odpowiedzia na kazdy racjonalny argument
      dyskusji byle "jestes glupia i pierdolnieta".
      Ktoregos dnia sie skonczylo. Przestalam plakac, tlumaczyc po dobremu, czy na
      ostro. Po prostu zignorowalam watek. Przekroczylam granice.
      Byl zaskoczony, ze nic sie nie dzieje i drazyl, a ja na to "trudno. Taka
      jestem. Staram sie jak moge ale skoro Ci nie pasuje... o czym tu rozmawiac".
      Przestalam od niego wymagac, przestalam prosic (chyba, ze bylo to konieczne).
      Zaczelam traktowac go jak obcego czlowieka. Teraz chodzi jak zegarek ale to nie
      ma znaczenia, bo zeby dojsc do takiego stanu musialam pogodzic sie z faktem, ze
      juz nic do niego nie czuje i jest mi niepotrzebny. Nie ma wiec znaczenia, czy
      nadal prowokowalby awantury, czy zrobil sie grzeczny, bo on mnie juz nie
      interesuje.
      Ten typ mezczyzny taki wlasnie jest. Dokad widzi, ze kobieta go kocha i walczy
      o zwiazek dotad bedzie ja wykanczal psychicznie i po niej jezdzil, a gdy tylko
      zauwazy, ze balansuje na krawedzi (ktos pisal wczesniej o tej granicy, ktora
      sie przekracza i nie ma powrotu) to doskonale wie kiedy odpuscic na chwile.
      Moze w ten sposob latami ciagnac toksyczny zwiazek naciagajac Twoje nerwy i
      uczucia jak gumke. Kiedys niestety ta gumka peknie i wtedy nie bedziesz juz
      pytac jaka decyzje podjac. Bedziesz doskonale wiedziala, ze czy z nim
      zostaniesz, czy odejdziesz to wlasciwie bedzie to samo, bo jest Ci po prostu
      obojetny.
      Ja zaczelam zyc wlasnym zyciem obok niego. Pogodzilam sie, ze nic sie nie da
      zrobic i jest mi z tym duzo lepiej. Juz go nie nienawidze ani nie kocham. Nie
      wypalam sie, bo WIEM ze to nic nie da.
      Jestem soba i tyle.
      • Gość: anuta IP: *.tlsa.pl 07.03.02, 08:51
        to co opisujesz jest bardzo podobne do tego co dzieje się ze mną.
        Ja też już trochę "odpuściłam" z uczuciami, nie stresuję się pewnymi rzeczami,
        na które kiedyś reagowałam złością i wiesz co? to faktycznie przynosi skutek!
        Przykład? Jeszcze jakiś rok temu nie wyszłabym z domu na imprezę bez kluczy od
        mieszkania i pieniędzy na taksówkę, nigdy nie miałam gwarancji, że skoro mój
        mąż idzie ze mną to również ze mną wróci. Kiedyś już przed imprezą martwiłam
        się jak będzie się odbywała- czy ze mną zatańczy, czy zaraz się spije, zaśnie w
        knajpie przy stole, a w momencie gdy z tego powodu będę chciała go zabrać do
        domu, to skończy się moim samotmym powrotem, gdzie on się potem świetnie
        bawił/pił do rana. Powiedziałam sobie -koniec z tym, jestem za młoda żeby tak
        marnować sobie życie. Zmieniłam swoje podejście, nauczyłam się, że zawsze muszę
        być zabezpieczpna na somotny powrót, przestałam zwracać uwagę na to ile on
        pije, przestałam czekać aż mnie poprosi do tańca. I wiecie co? Trochę mnie to
        kosztowało, ale udało się! Teraz nie mogę się doczekać każdej imprezy (mamy
        swoich przyjaciół wieloletnich, z którymi się spotykamy) Teraz wygląda to tak,
        że ja się świetnie bawię z nim lub bez niego, nie jest mi już do zabawy
        potrzebny i teraz to on "chodzi w koło mnie". No i złapałam się ostatnio na
        tym, że wyszłam bez kluczy i pieniędzy! I nawet na to nie zwróciłam uwagi przed
        wyjściem.
        Ale to jest co innego, to są wszelkie wyjścia imprezy, jak się nie uda, to
        jeszcze można to przeżyć, faceci robią różne gorsze rzeczy swoim żonom (chociaż
        ja nie mogłam się z tym pogodzić, bo gdzie tu partnerstwo?).
        Nie wiem natomiast czy udałoby mi się to ze wszystkim. Czasem myślę, że
        chciałabym go olać, robić swoje, stać się obojętną. Wiele mi nie brakuje,
        tylko, że ja się od tego cały czas bronię, bo jaki wtedy jest sens bycia razem?

        Ale się rozpisałam.
        Czy to życie musi być aż tak skomplikowane? ktoś powie, że sami je sobie
        komplikujemy, to prawda, ale czy sposobem na życie jest godzić się na wszystko
        po to żeby ominąć komplikacje? Chyba nie.

        Pozdrawiam
        • 07.03.02, 09:36
          ja mialam podobnie, przestałam na niego w koncu liczyc. Jesli chodzi o imprezy
          to tez wracalismy czasami osobno, i nie zawsze sie bawilismy razem. W koncu
          bawilam sie sama, z innymi. On w pewnym sensie zacząl mi przeszkadzac z czasem.
          Nie przy bajerowaniu, bo nie bylam zainteresowana. Stal sie zazdrosny nawet o
          dziewczyny ktore ja znalam a on nie, o kolegów róznych. Czasami wręcz za mna
          ciagle chodził i pilnował.
          Mi bylo dobrze. Przestało mi zalezec złupelnie, i coraz czesciej dopadała mnie
          myśl, że rozwód to tylko kwestia czasu. Jednak czy na tym polega udany związek?
          Nie sądze.
          Ja z momentem jak poznalam mojego obecnego partnera, stwierdziłam, ze to bez
          sensu- Mieć męża tylko na papierku, bo nawet na palcu juz obrączki tez nie
          mialam.
          On przestał mi dawac pieniądze, nie gotowałam mu wiec obiadow. Odgrazał sie, ze
          jak dostaniemy mieszkanie to że on sie tam sam przeprowadzi. Tym bardziej bez
          sensu. I wtedy delikatnie go porosilam by sie wyprowadził.
          • Gość: anuta IP: *.tlsa.pl 07.03.02, 12:36
            marzena_24 napisał(a):

            > ja mialam podobnie, przestałam na niego w koncu liczyc. Jesli chodzi o imprezy
            >
            > to tez wracalismy czasami osobno, i nie zawsze sie bawilismy razem. W koncu
            > bawilam sie sama, z innymi. On w pewnym sensie zacząl mi przeszkadzac z czasem.
            >
            > Nie przy bajerowaniu, bo nie bylam zainteresowana. Stal sie zazdrosny nawet o
            > dziewczyny ktore ja znalam a on nie, o kolegów róznych. Czasami wręcz za mna
            > ciagle chodził i pilnował.
            > Mi bylo dobrze. Przestało mi zalezec złupelnie, i coraz czesciej dopadała mnie
            > myśl, że rozwód to tylko kwestia czasu. Jednak czy na tym polega udany związek?
            >
            > Nie sądze.
            > Ja z momentem jak poznalam mojego obecnego partnera, stwierdziłam, ze to bez
            > sensu- Mieć męża tylko na papierku, bo nawet na palcu juz obrączki tez nie
            > mialam.
            > On przestał mi dawac pieniądze, nie gotowałam mu wiec obiadow. Odgrazał sie, ze
            >
            > jak dostaniemy mieszkanie to że on sie tam sam przeprowadzi. Tym bardziej bez
            > sensu. I wtedy delikatnie go porosilam by sie wyprowadził.


            Marzena, nasze sytuacje są tak podobne...
            Wiesz, wczoraj myślałam o tym, żeby Cię zapytać, czy zdecydowałaś się na odejście
            z tego powodu, że kogoś znalazłaś i jednak miałam rację.
            W takiej sytuacji jest łatwiej, nie zostajesz zupełnie sama.
            Myślę, że u mnie byłoby podobnie, tylko gdzie znaleźć odpoweidniego faceta? Łapać
            pierwszego lepszego nie ma sensu bo można wpaść z deszczu pod rynnę, a poza tym
            być z mężem tylko dlatego, że nie mogę znaleźć innego odpowiedniego, to dla mnie
            chyba zbyt okropne. Ja nigdy nie byłam taka wyrachowana, a może czas się zmienić?
            pozdrawiam
            Anuta


      • Gość: basia IP: 212.160.165.* 07.03.02, 10:21
        Kiedys, po pierwszym większym rozczrowaniu, kiedy myslałam ze to nieszczescie akurat mnie i tylko mnie dotyka, moja mama mi powiedziała, ze tyle jest dramatów ile drzwi do mieszkan. I cos w tym jest. Wieksze lub mniejsze, wczesniej lub pozniej, nie z tym to z tamtym.
        Sama obecnie przechodze bardzo ciezkie chwle. Choc duzo sobie potrafie wytlumaczyc, to i tak nie moge sie zdobyc aby rozwiazac swoja sprawe raz na zawsze.
        Z moim partnerem jestem dosc dlugo /9 lat/ w tym 2,5 mieszkamy pod jednym dachem. Choc nie sformalizowalismy zwiazku to zylismy jak małzenstwo. Poznalismy sie w liceum, zaczelismy sie spotykac, przyjaznic, a potem byc para. Nasz zwiazek przechodzil wszystkie mozliwe fazy, ale od pewnego czasu zaczelo sie dziac bardzo zle. Zaciskalam zeby na wszystkie jego wyskoki, ale teraz juz chyba wlasnie ta miarka sie przebrala. Moj prawie maz zaczal mnie ranic mocniej i mocniej. Znikal na kilka dni, wracal jakby nigdy nic, cos tam tlymaczyl, klamal..Trzy tygodnie temu kiedy nie wrocil przez trzy dni po ostatkowej balandze, bal sie zawitac do domu /zdawal sobie sprawe ze przegial/ zamieszkal u swojej mamusi, ktora stwierdzila, ze lepiej nam zrobi jak sie przez jakis czas nie bedziemy widywac, bo ja jestem tak zdenerwowana, ze lepiej odczekac, az te emocje opadna, zeby nie powiedziec sobie za duzo przykrych rzeczy. Tak wiec siedzi sobie u mamusi juz ponad 3 tygodnie, mamusia jest zadowolona ze synek zyje i ma sie dobrze, a nawet bardzo dobrze, bo w wekendy znajomi widza go jak sie dobrze bawi, a do domu boi sie przyjsc i uslyszec co o tym wszystkim mysle. Jestem bardzo rozgoryczona, juz nawet nie czekam na jego telefon. Doszlam do wniosku, ze lepiej bedzie jak nie bede podejmowac rzadnych kroków. On stara sie wymusic na mnie abym to ja podjela decyzje, bo jemu jest dobrze. Zawsze zrzuca odpowiedzialnosc na mnie. On hula z kolesiami dniami i nocami, a jego kobieta zawsze pod kontrola, rano do pracy, popołudniami zakupy - dom itd. Wie kiedy i gdzie jestem i to mu odpowiada - z drugiej strony ktoremu by nie odpowiadało. Jestem juz tym zmeczona. Za duzo numerow mi zrobil. Ostatnio uswiadomilam sobie, ze juz nie jestesmy przyjaciolmi i to chyba najbardziej mnie zabolalo, bo od tego zaczynalismy. Bylam kiedys bardzo wyrozumiala i to chyba mnie dzis zgubilo. On to wykorzystał w niewłasciwym kierunku, zaczał kłamac i nadwyrezac moja cierpliwosc. Dzis jestem zrezygnowana. Plany diabli wziely, zawalilo sie wszystko. Czytam te posty i pocieszam sie, ze nie jestem sama, choc to nie jest optymistyczne.
        Zawsze bylam wobec niego lojalna, nigdy nie zrobilam nic co mogloby miec wplyw na rozklad zwiazku. Wiem, ze niczym sobie nie zasłuzyłam na takie traktowanie, a co najlepsze, ze on tez o tym wie, bo jak przyskrobie i potem chce zalagodzic sprawe to mowi wiele milych rzeczy: ze jestem jedyna osoba ktorej moze zaufac, ze wiele dla niego znacze, ze nie wie co by bezemnie zrobil...Zawsze potrafil mnie przekonac, ze sie bedzie staral, i co dzis mam? Czy warto wierzyc, ze cos sie zmienii na lepsze. Zycie ucieka, lata leca stajemy sie coraz starsi. Zdaje sobe sprawe ze on nie jest tym samym chłopakiem z liceum w ktorym sie zakochalam, nabyl wiele zlych cech, ale posiada takze te ktore mnie ujely. To jest koszmar, aby ludzie wogole musieli sie znajdowac w takich sytuacjach.
        Zycze wszystkim pokrewnym duszyczkom duzo szczescia, aby wszystko poszlo w dobra strone. Uszy do gory, nie jestesmy sami!
        • Gość: anuta IP: *.tlsa.pl 07.03.02, 12:27
          Basiu, nie chciłabym dawać komuś rad, skoro nie bardzo radzę sobie sama ze
          sobą, ale może właśnie dlatego uważam, że dopuki nie jesteście małżeństwem,
          dopuki nie ma dzieci i innych wspólnych wieloletnich zobowiązań - powinnaś się
          z nim rozstać!
          Ciężko to zrobić?
          To wyobraź sobie, że jesteś 11 lat po ślubie, masz dwójkę dzieci, kupę długów,
          jedno mieszkanie, z którego się nie wyprowadzisz bo nie masz dokąd i za co oraz
          człowieka obok siebie, do którego tak naprawdę nie wiesz co czujesz!
          Przemyśl to, bo jeśli on znika na kilka dni przed ślubem, to na pewno po ślubie
          nie przestanie tego robić!
          Takie jest moje zdanie!
          Pozdrawiam
          Anuta
          • Gość: Basia IP: 212.160.165.* 07.03.02, 14:17
            Jest to ciezka decyzja, tym bardziej dlatego, ze mamy juz wspolny dorobek. Wszystko jest poukładane - mieszkanie, samochody, meble...Bardzo trudno jest przejsc w inna rzeczywistosc. Jest mi szkoda tych wszystkich lat, ale bardziej jest mi szkoda siebie, kiedy on nie wraca na noc i uwaza, ze jest wszysto ok., a ja jak na zbawienie czekam az sie pojawi i zmysli cos na usprawiedliwienie aby bylo mi lzej! Dlatego tym razem sie zawzielam. Nie wiem na ile starczy mi sily. Na razie jestem dzielna. Nie dzwonie, nie pytam, a jak on dzwoni to rozmawiam z nim zdawkowo w taki sposob, ze sie wkurza i rozlacza. Chce aby odczul, ze to dzieki niemu sytuacja jest taka jaka jest. Niech mysli jak to rozwiazac, tym razem ja umywam rece. Choc decyzje podjelam to on sie o tym nie dowie. Niech tkwi w zawieszeniu, to moze choc raz sie na cos zdecyduje. Ja za kazdym razem tkwie w prozni, kiedy on hula. A, w holere z nim - niech hula!! Jak sie kiedys ocknie, to bedzie za pozno, zreszta juz jest.
      • Gość: Andżela IP: 212.160.76.* 14.03.02, 10:44
        Mam jedno pytanie. Jak z seksem?
        Ja tkwię w podobnym związku....... niestety
        • 18.03.02, 14:05
          Gość portalu: Andżela napisał(a):

          > Mam jedno pytanie. Jak z seksem?
          > Ja tkwię w podobnym związku....... niestety

          krótko mówiąc?
          różnie
          nie chciałabym się tu rozpisywać mocno na tak intymne tematy. Jeśli chcesz to
          napisz do mnie na skrzynkę, może sobie jakoś pomożemy?

          pozdrawiam
          Anuta
    • 07.03.02, 09:26
      al_aksa napisałaś:
      "naprawde wydaje mi się że ty nie szanujesz swojego męża..., i uważasz go za
      kogós gorszego gatunku ...- bo tylko o lekkich tematach chce rozmwiac , bo nie
      ma wykształcenia , bo wreszcie to on powiedział ci że jesteś lepsza.....)"

      To co napisałam o swoim mężu zrobiłam po to, żeby przybliżyć moją sytuację,
      jakoś ją przedstawić, a to są jej główne aspekty. Trudno jest całe swoje życie
      zawrzeć "w pigułce". Dla mnie naprawdę jego wykształcenie nie ma znaczenia,
      nawet o tym nie rozmawiamy, bo po prostu nie ma o czym.
      I nie uważam go za kogoś gorszego gatunku, tylko mam żal, że jest
      nieodpowiedzialnym człowiekiem.
      Wyjaśnię: mówisz że jest dorosły tak?, wie co do niego mówię tak?
      Otóż mylisz się. Czy brak mi do niego szacunku? Tak!
      Dlaczego? Który facet mający rodzinę (dzieci) pozwoli sobie na kilkuletnią
      przerwę w pracy, bo czasy są ciężkie? Ja wiem, że są ciężkie, ale kto nie szuka
      nie znajdzie. U mojego męża szukanie pracy polegało na spędzaniu dnia przed
      telewizorem, podczas gdy ja odwoziłam dziecko do przedszkola i jechałam do
      pracy. Miał więc ciszę i spokój. Oczywiście brak pieniędzy, kłopoty z dziećmi (
      w między czasie urodziło się drugie),a zwłaszcza jego bezczynność doprowadzały
      do częstych kłutni, potem awantur. Na moje pytania "czemu nie próbujesz
      przynajmniej znaleźć pracy" odpowiadał z pretensjami "przecież wiesz jakie są
      czasy, praca nie leży na ulicy, gdzie mam znaleźć", a któregoś dnia na moje
      pytanie "skoro tak szukasz pracy, to w takim razie gdzie złożyłeś swoją
      ofertę?" odpowiedział "co złożyłem?"
      Bez komentarza

      Pokaż mi kobietę, która będzie tolerowała takie zachowanie.
      ja wiem, że są ludzie, którzy nie mają pracy przez wiele lat, żony utrzymują
      rodziny. OK! niech i tak będzie, skoro musi, ale niech ja mam świadomość, że
      wszystko co było można zostało zrobione, że wszystkie możliwości zostały
      wyczerpane i nic już się nie da zrobić.
      Bo ja takiego odczucia nie mam! Ja głośno mówię mojemu mężowi "przynajmniej
      szukaj", jak ja mam szanować go jako mężczyzną, jeśli mając rodzinę nawet nie
      próbuj szukać, żeby ją utrzymać. Ale on nie słucha.
    • Gość: Irma IP: 3.40.128.* 07.03.02, 10:15
      ... moze ten tytul jest patetyczny, ale nic innego nie przyszlo mi do glowy.
      przeczytalam wszystko i zrobilo mi sie PRZERAZLIWIE smutno,
      bo wszystkie te porady: walcz, olej (to, szczerze mowiac, moj sposob na problem
      z facetem), odplac pieknym za nadobne, kopnij w tylek itd itp sa niczym wobec
      naszego PRAGNIENIA BYCIA KOCHANA, JEDYNA, DOCENIANA, SZCZESLIWA. bo taki jest
      cel tych wszystkich zabiegow.

      czy dostrzegacie ten smutek?
      • Gość: Pom IP: *.koszalin.cvx.ppp.tpnet.pl 07.03.02, 11:45
        Dostrzegamy. Ale walka, olewanie itd. to nic wobec odrętwienia, cynizmu,
        znieczulicy... wierz mi. Poddanie się - to jest dopiero smunte..
      • Gość: anuta IP: *.tlsa.pl 07.03.02, 12:16
        Gość portalu: Irma napisał(a):

        > ... moze ten tytul jest patetyczny, ale nic innego nie przyszlo mi do glowy.
        > przeczytalam wszystko i zrobilo mi sie PRZERAZLIWIE smutno,
        > bo wszystkie te porady: walcz, olej (to, szczerze mowiac, moj sposob na problem
        >
        > z facetem), odplac pieknym za nadobne, kopnij w tylek itd itp sa niczym wobec
        > naszego PRAGNIENIA BYCIA KOCHANA, JEDYNA, DOCENIANA, SZCZESLIWA. bo taki jest
        > cel tych wszystkich zabiegow.
        >
        > czy dostrzegacie ten smutek?

        cieszę się, że ktos to wszystko przeczytał, że kogoś interesują moje problemy
        (nie tylko moje, bo wypowiadają się też inni) i to co piszesz jest rzeczywiście
        najważniejsze: PRAGNIENIE BYCIA KOCHANA, JEDYNA, DOCENIANA, SZCZESLIWA.
        I ten smutek...
        często po naszych kłutniach nie ogarnia mnie już nawet złość, tylko smutek...ale
        jak wielki!

        Wiem, że wiele osób, zwłaszcza facetów czytając takie rzeczy śmieje się zna i
        pewnie sobie myśli "nic tylko siedzą i się użalają nad sobę, jedna przez drugą
        zamiast wziąć się do jakiejś roboty"
        Tylko jeśli to są nasze wymyślanki, to dlaczego jest nas tak dużo?!!!

        • Gość: Kim IP: 213.77.91.* 07.03.02, 12:35
          Dlaczego tak się dzieje, że trzeba walczyć??? Dlaczego trzeba dopominać sie o
          czułość, miłość?? Co warty jest związek, któremu brakuje tych filarów? Walczyć
          można razem o wspólny związek, ale walczyć z najbliższą osobą????
          • Gość: Irma IP: 3.40.128.* 07.03.02, 13:43
            tak sie zastanawiam.
            skoro poznajemy kogos, jestesmy z nim i "nagle" okazuje sie, ze trzeba walczyc
            o ten zwiazek, a z drugiej strony nie ma odzewu, ba, trzeba sie wstydzic za
            faceta na imprezach, slyszec te pikajace smsmy o polnocy, martwic sie o tak
            podstawowe sprawy (obowiazki PRAWDZIWEGO mezczyzny) jak bezpieczny powrot do
            domu, targac siaty z zakupami do domu, prac, szorowac, miec wieczna ochote na
            seks z jego (np.) tlustym brzuchem to, CHOLERA JASNA!!!! to nie to. o co tu
            walczyc, bo milosc boska, kiedy mozna to miec wszystko na wyciagnie cie reki,
            tylko trzeba znalezc ODPOWIEDNIA osobe.... po co jestesmy z tymi facetami? dla
            WSPOMNIEN??? kiedy nie ma uczucia, szacunku, bezpieczenstwa, dobrego seksu...

            DZIEWCZYNY. PRZECIEZ JESTESMY BOSKIE I ZYJEMY TYLKO RAZ I JEST CALA ARMIA
            FAJNYCH MEZCZYZN, KTORZY MARZA O TAKICH JAK MY.
            nie za bardzo wiem, gdzie szukac......???????
            • 07.03.02, 14:25
              Gość portalu: Irma napisał(a):
              "...> DZIEWCZYNY. PRZECIEZ JESTESMY BOSKIE I ZYJEMY TYLKO RAZ I JEST CALA ARMIA
              > FAJNYCH MEZCZYZN, KTORZY MARZA O TAKICH JAK MY.
              > nie za bardzo wiem, gdzie szukac......???????"

              niestety, ale ja też!!!
              "...gdzie te chłopy..."

            • Gość: PUCHATY IP: *.mcz.pl 27.03.02, 12:43
              Tak, wlasnie tak, cala ARMIA, tylko gdzie wy szukacie ????????????????????, ja
              ma podobne zdanie,, znowu mi sie nasuwa motto "czudze chwalicie, swego nie
              znacie", dziwczyny, rozejrzyjcie sie, takich facetow jest pelno tylko trza iam
              dac szanse. Tak trzymac, powodzenia
    • Gość: debe IP: *.ny325.east.verizon.net 08.03.02, 08:01
      Anuta,
      napisalam kilka slow, ale wyslalam na stary watek (ten o szczerosci)

      o co do tych facetow, oni gdzies tam sa, moze sie chowaja?
      ja na "mojego" tez dlugo czekalam, ale warto bylo....

      Pozdrawiam i milego dnia dla Wszystkich (piatek ukochany!!!)
    • 11.03.02, 15:03
      witam wszystkich ponownie, przez trzy dni nie miałam dostępu do internetu.
      Dziękuję wszystkim za wyrażenie swoich opinii i przedstawienie własnych
      doświadczeń.
      Nie macie pojęcia jak bardzo mi to pomogło, mogłam się "wygadać" i zobaczyłam,
      że nie jestem sama.
      Jeśli chodzi o moje małżeństwo, to nie wiem co zrobię. Chyba jeszcze trochę
      poczekam, albo będzie lepiej, albo już tak źle, że nie będę miałą wątpliwości!

      Pozdrawiam wszystkich
      Anuta
      • Gość: Renka IP: *.home.cgocable.net 12.03.02, 04:13
        Wyglada, ze facet jest bez checi do zmiany sytuacji. Jest wykonczony
        psychicznie i pewnie nie ma sily na zmiane.Mysle, ze dobra sprawa byloby
        wywalenie telewizora z domu. Wtedy moze bys sie ruszyl szukac tej pracy.Ja bym
        zawsze odradzala rozstanie. We dwojke razniej isc przez zycie. Z drugiej strony
        zatruwanie sobie nawzajem kazdego dnia..Nie, naprawde dla kazdego ta granica
        jest inna.
        • 12.03.02, 06:45
          Ja walczyłam i nic z tego nie ywszło i teraz żałuję, że starciłam tyle czasu na
          idiotę, którego najpierw kochałam a potem miałam już tylko dość. Przede
          wszytskim jego nieodpowiedzialności i licznych panienek na boku. Ale i tak
          trwałam przy nim i jescze mówiłam - razem to wszytsko przetrwamy -a tu guzik -
          przetrwać się dało tylko osobno. Teraz jestem wolna - mam coś bardzo cennego -
          mogę znowu się zakochać i mogę znowu być kochana i nie muszę już trząść się
          całymi dniami i latać od okna do okna i zastanawiać się kiedy on przyjdzie i w
          jakim będzie nastroju. I też nie muszę już przez prawie całą noc słuchać jego
          komórki dzwoniąceje lub pikającej - sms. I nie pozwólcie na to dziewczyny,
          żeby jakieś pieniądze i mieszkania przesłoniły wam to co najważniejsze. A im
          szybciej to się skończy to tym szybciej będzie normalnie - nie warto tego stanu
          zawieszenia przedłużać w nieskończoność. Trzymajcie się - pozdrawiam
    • Gość: charlie IP: 217.11.133.* 12.03.02, 08:19
      Witam Cię !
      chyba nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to kiedy sie rozstać. Jednak w
      momencie gdy co raz więcej Was dzieli, przestajecie rozmawiać ze sobą, mówic o
      swych troskach i radościach, co raz więcej Cię denerwuje w drugiej osobie - to
      jest to sygnał że związek zaczyna się rozpadać....
      ..aczkolwiek w moim przypadku było tak, że wszytko wydawało sie byc jak na
      najlepszej drodze i nagle ..koniec... Dlatego też napisałem że nie ma
      jednoznacznej odpowiedzi.
      Pytasz o męski punkt widzenia ??? Piszesz, że mąż mówi, że kocha, a
      za "chwilę" rani - wiesz...niektórzy ( większość )faceci boja się że to Kobieta
      ich rzuci, poczucie dumy nie pozwala Im dopuścić takiej mysli do siebie. Jeżile
      to Oni porzucą Kobiete to wszystko w porządku - w przeciwnym przypadku
      tragedia.To może byc przyczyna dla której Twój mężczyzna postepuje tak jak
      piszesz..

      pozdrawiam Cię serdecznie i życzę miłego dnia

      • Gość: anuta IP: *.tlsa.pl 12.03.02, 11:02
        Gość portalu: charlie napisał(a):

        > Witam Cię !
        > chyba nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to kiedy sie rozstać. Jednak w
        > momencie gdy co raz więcej Was dzieli, przestajecie rozmawiać ze sobą, mówic o
        > swych troskach i radościach, co raz więcej Cię denerwuje w drugiej osobie - to
        > jest to sygnał że związek zaczyna się rozpadać....
        > ..aczkolwiek w moim przypadku było tak, że wszytko wydawało sie byc jak na
        > najlepszej drodze i nagle ..koniec... Dlatego też napisałem że nie ma
        > jednoznacznej odpowiedzi.
        > Pytasz o męski punkt widzenia ??? Piszesz, że mąż mówi, że kocha, a
        > za "chwilę" rani - wiesz...niektórzy ( większość )faceci boja się że to Kobieta
        >
        > ich rzuci, poczucie dumy nie pozwala Im dopuścić takiej mysli do siebie. Jeżile
        >
        > to Oni porzucą Kobiete to wszystko w porządku - w przeciwnym przypadku
        > tragedia.To może byc przyczyna dla której Twój mężczyzna postepuje tak jak
        > piszesz..
        >
        > pozdrawiam Cię serdecznie i życzę miłego dnia
        >

        jesteś chyba jedynym facetem, który się do tego przyznaje, może to dlatego, że
        Cię "nie widać", ale jednak. Mój mąż nie przyznaje się do żadnych błędów, za to
        świetnie potrafi wywoływać we mnie poczucie winy. O wszystko!
        Jakieś trzy lata temu było już tak źle, że powiedziałam mu, że to koniec, że
        jestem za młoda żeby marnować sobie życie, że teraz jeszcze pewnie mogłabym sobie
        ułożyć życie, może nawet z kimś innym, bo jak będę miała 50 lat to okaże się, że
        najpiękniejsze lata mam już za sobą. Wiecie co mi powiedział? że jestem wyrodną
        matką, że nie interesują mnie dzieci, myślę tylko o sobie, itp,itd.
        Tak jest w każdej sytuacji, albo jestem wyrodną matką, albo żoną, wszystko robię
        źle i wogóle to, że nam się nie układa to moja wina, no bo gdybym ja się zmieniła
        to wszystko byłoby dobrze. Zapytałam go wprost (w czasie bardzo spokojnej
        rozmowy) czy gdybyśmy się rozstali, to nie widziałby w tym swojej winy, czy nie
        uważa, że miałoby na to wpływ także jego zachowanie, odpowiedział najspokojniej w
        świecie, że NIE. Jednym słowem on nie ma sobie nic do zarzucenia.
        I co Wy na to?

        • Gość: toja IP: 217.153.44.* 12.03.02, 11:43
          anuta, nie widzisz jaki to egoista??? Po co się zastanawiasz nad tym wszystkim,
          po co się zadręczasz, podczas gdy on nie ma sobie nic do zarzucenia, jest
          idealny. Sama napisałaś że chciałaś odejść trzy lata, zobacz - zmarnowałaś całe
          trzy lata i nadal się szarpiesz i nic się nie zmieniło. I NIE ZMIENI. Odejdź,
          ułóż sobie zycie od nowa, nie daj się mu manipulować i obarczać jakąś
          wyimagonowaną winą.
          • Gość: anuta IP: *.tlsa.pl 12.03.02, 11:52
            odejść? - tak
            tylko gdzie? to jest mój nasdtępny problem, właściwie uświadomiłam sobie, że od
            jakiegoś czasu moje zdanie jest takie, że mieszkamy ze sobą bo żadne z nas nie
            ma gdzie się wyprowadzić.
            no a poza mieszkaniem są jeszcze długi, kredyty są na mnie, pożyczka z
            pracy "moja", a znając mojego męża wiem, że zostawi mnie z tym wszystkim no bo
            przecież on nie ma pracy, nie ma dochodów, to niby z czego miałby to spłacać,
            żaden sąd nawet tego nie zmieni. A moja pensja nawet nie starcza na opłaty i
            spłaty rat kredytów.
            Więc jak tu odejść?
            • Gość: toja IP: 217.153.44.* 12.03.02, 11:59
              to jak zyjecie teraz skoro on nie pracuje i macie tylko twoją pensję. Skoro
              teraz wam ta pensja wystarcza, to będzie wystarczać i po rozstaniu (plus
              alimenty).
              • Gość: anuta IP: *.tlsa.pl 12.03.02, 12:10
                Gość portalu: toja napisał(a):

                > to jak zyjecie teraz skoro on nie pracuje i macie tylko twoją pensję. Skoro
                > teraz wam ta pensja wystarcza, to będzie wystarczać i po rozstaniu (plus
                > alimenty).

                jakie alimenty, on nie ma dochodów, chyba że z Funduszu.
                teraz radzimy sobie jakoś, bo od roku zaczął pracować dorywczo, w jednym miesiącu
                wystarczy, w następnym nie wystarczy i jakoś to leci, ale rosną długi. Właściwie
                gdyby nie te kredyty to bym się tak nie bała. Może poczekam aż je spłacimy?
                Tylko co wtedy ze mnie zostanie?
                Oj Boże, czy ton wszystko musi być takie trudne?
                • Gość: toja IP: 217.153.44.* 12.03.02, 12:37
                  anuta, poradź się prawnika co możesz zrobic w swojej sytuacji (długi, kredyty),
                  tak żeby pan i władca też zaczął je spłacać. Wejdź na stronę www.baba.org.pl
                  Możesz tam zadać pytanie w dziele prawo do prawnika. Udaj się też do Ośrodka
                  Intrewencji Kryzysowej w twoim mieście, pracują tam prawnicy którzy bezpłatnie
                  doradzą ci co najlepiej zrobić oraz pomogą napisac ci odpowiednie dokumenty.
              • Gość: Mycha IP: *.wieliczka.sdi.tpnet.pl 12.03.02, 12:46
                Toja ma rację - wystarczy Ci i sił i funduszy, tylko musisz znależć właściwy
                moment na odejście. To nie może być decyzja chwili i impuls - to musi być
                dojrzała przemyślana decyzja podjęta we właściweej chwili. Niestety to Ty sama
                musisz wiedzieć kiedy ona nadejdzie. Ale postaraj się do niej przygotować.
                Życzę szczęścia i powodzenia !
                • 14.03.02, 15:20
                  Tak sobie czytam te Wasze smutne opowiesci i mysle sobie, ze w zalozeniu
                  wszystko wydaje sie takie proste i latwe. "Nie kocham go, nasze wspolne zycie
                  nie ma przyszlosci, wiec odchodze." Kazda z Was wie, zreszta ja tez, bo jestem
                  w podobnej sytuacji, ze w praktyce to nie jest takie proste - sa dzieci,
                  kredyty, wspolna przeszlosc, i jesli ta przeszlosc na w sobie cos pozytywnego
                  czesto trzymamy sie tego jako nadziei na to ze i w przyszlosci moze cos z tego
                  zwiazku dobrego wyplynie
                  Ja od paru lat tkwie wlasnie w takim zawieszeniu, bywaly miesiace, ze bylo
                  miedzy mna i moim mezem fatalnie, wydawalo mi sie ze to juz zupelny rozklad,
                  nie odchodzilam, bo bylo malutkie dziecko, a potem nagle nastepowal miesiac, 2
                  miesiace malzenskiej idylli, ktore pozwalaly wierzyc ze to wszystko ma sens...
                  dopoki znow nie wybuchla jakas durna lawina awantur prowadzaca do kolejnego
                  kryzysu, dopoki znow nie uslyszalam 'ty jestes popierd.., mam cie w d..
                  I tak w kolko...
                  Zadawalam sobie pytanie: moze to jest normalne, moze tak jest u wszystkich, a
                  ja pragne czegos niemozliwego od zycia, od zwiazku, ktory tworzy dwojka, z
                  natury niedoskonalych, ludzi?
                  W koncu dotarlo do mnie, ze przeciez sa pewne granice.. wiecie juz w pewnym
                  momencie myslalam sobie ze niech juz w tym zwiazku nie bedzie milosci, byle byl
                  szacunek, byle by nie slyszec, cytowanych tu zreszta, przykrych epitetow,
                  ciaglych narzekan, utyskiwan, przeklenstw.
                  Ale szacunku jak i nie bylo taki i nie ma, sa wyzwiska, pretensje...
                  Probowalam roznych sposobow zeby cos miedzy nami zmienic, na prozno, jesli ktos
                  przekonany jest o swej nieomylnosci trudno z nim sie porozumiec.
                  I wiecie co, tak tkwie w tym beznadziejnym zwiazku, bo jest dziecko,
                  niesplacone mieszkanie i zastanawiam sie jak dlugo to jeszcze zniose..
                  • 18.03.02, 14:01
                    To co napisałaś jest bardzo smutne, ale to jest samo życie (niestety!).
                    Wiecie co, ja już dawno przestałam wierzyć w idealnego mężczyznę.
                    Mnie najbardziej brak poczucia bezpieczeństwa i stabilizacji. Czy ja tak wiele
                    żądam od życia? Czy to czego ja oczekuję, wygląda na to, że spodziewam się
                    księcia z bajki? Cyba nie.
                    U mnie jest tak samo jak u Ciebie, głeboki kryzys, gdzie zaczynasz już sobie z
                    tym radzić, stajesz się coraz bardziej obojętna, silniejsza, nastawiasz się
                    psychicznie, że lepiej nie będzie, że tak już musi być i nagle prawie sielanka!
                    Wspaniały mąż (no może bez przesady, ale zupełnie zadowalająco), czasem
                    przytuli, jest nawet miły, Ty znowu zaczynasz wierzyć, że tamte kłopoty to na
                    pewno brak pieniędzy, problem z dzieckiem, bla, bla, bla...Trwa to jakiś czas,
                    a potem znowu - jedno słowo nie takie, nie taka mina, uwaga wobec niego -
                    oczywiście nie uzadniona, przypierdalasz się jak zwykle (przepraszam za mocne
                    słowo, ale cytuję). Wiecie co? Ja już bym wolała, żeby cały czas było źle.
                    Myślicie pewnie, że jestem głupia? Może, ale wtedy wiedziałabym na czym stoję i
                    czego mogę się spodziewać! A tak? Nie wiem nawet co o nim myśleć.
                    "dziś" kocha mnie za to jaka jestem, a "jutro" z nienawiścią wyrzuca mi to że
                    jestem własnie taka i mówi mi takie rzeczy, że przez dobrych parę dni mnie mogę
                    się pozbierać, a zapomnieć to nie da się nigdy!
    • 18.03.02, 15:27
      niestety, ale z przyczyn technicznych nie mogę odpowiadać na pocztę ze swojwj
      skrzynki, mogę tylko odbierać.
      pozdrawiam
      Anuta
    • 19.03.02, 08:57
      Anuto!
      To prawda takie 'dolki i uniesienia' strasznie mecza i rozstrajaja, tym
      bardziej jest to okropne, ze ta ciagla zmiana atmosfery ma wplyw na nasze
      emocje, ja po takim kolejnym zderzeniu z brutalna rzeczywistoscia w moim
      zwiazku mam straszliwa chandre... natomiast moj maz wyglada na takiego co po
      nim wszystko splywa. Nie wiem czy to tak tylko wyglada (no bo przeciez co facet
      bedzie nam pokazywal jak sie czuje w srodku-to tez kolejny problem) czy tak
      naprawde czuje.
      Powiedz mi Anuto, czy probowalas odseperowac sie od meza na jakis czas, zeby
      zobaczyc jak Ci bez niego, jak swiat wyglada tylko z Twojej perspektywy? Nie
      mowie tu o wyprowadzce, ale o np. samotnym wyjezdzie, wypadzie ze znajomymi?
      Ja coraz czesciej odczuwam dziwny rodzaj ulgi,jakby ciezar spadal mi z serca,
      kiedy nie przebywam w obecnosci meza. I mysle, ze to jest sygnal ze z nami juz
      jest cos grubo nie w porzadku.
      Poki co jakos z tym zyje, probuje znalezc sposob na zycie w tym zwiazku...
      Pozdrawiam serdecznie
      • 19.03.02, 12:39
        ja też zawsze po takim "zderzeniu" z rzeczywistością mam chandrę, a właściwie
        nie, nie chandrę. Ja po prostu mam "doła". Kiedyś nie reagowałam aż tak, ale po
        tylu latach... Tyle, że mój mąż to widzi. Nie mówię tu o tym, że po każdej
        awanturze, ale kiedy już naprawdę przegnie, tak do końca, to widzi. Zresztą
        każdy widzi, bo ja powoli przestaję sobie dawać z tym radę.
        A czy próbowałam się odseparować od niego?
        Trudno powiedzieć. Nie wyjeżdżam nigdzie sama, bo nie mam za co (a marzy mi
        się), ale miałam namiastkę tego, jak mój mąż zaczął pracować - wreszcie! (co
        prawda nie na stałe, ale zawsze). Pracował wtedy od rana do wieczora, a potem
        wyjechał na jakieś 2-3 tygodnie. Jak mi wtedy było dobrze! Cisza, spokój,
        żadnych problemów (no prawie) z dziećmi, wiedziałam, że mogę liczyć tylko na
        siebie (ale nie finansowo, bo wtedy on też zarabiał) i dawałam sobie z tym
        radę, przynajmniej wiedziałam na czym stoję.
        Tylko, ża ja nie boję się go zostawić, bo nie poradzę sobie z domem czy dziećmi
        i tak prawie wszystko robię sama. Boję się sytuacji finansowej, całego
        tego "cyrku" z rozstaniem, jak dzieci to przeżyją, no i znając mojego męża
        wiem, że przy rozstaniu będzie mi robił "pod górkę" najbardziej jak się da, bo
        będzie chciał mi pokazać, jak mi było dobrze z nim i że jestem głupia, że od
        niego odeszłam, że bez niego nigdy nie będzie mi lepiej, że sobie nie poradzę,
        itd,itp. Wiem o tym, bo tego też miałam już namiastkę, a zresztą jesteśmy razem
        już kilkanaście lat i bardzo dobrze go znam. Ja po prostu wiem, że przeżyłabym
        nieopisany koszmar, ale to jeszcze nie jest wytłumaczenie, aby tkwić w takim
        związku (w końcu nikt nie rozstaje się w sielance). Nie wiem, może boję się też
        trochę samotności? chociaż to już jest straszną głupotą, ale jednak chyba
        troszkę tego też się boję.A zresztą on się nie wyprowadzi, bo nie ma gdzie, ani
        pieniędzy na wynajęcie czegoś, ja zresztą tak samo, a kiedyś, gdy chciałam się
        rozstać powiedziałam mu żeby się wyprowadził, to oczywiście powiedział, że nie
        ma gdzie, a tak wogóle to jak mi się nie podoba to mogę się sama wyprowadzić!
        I koniec było dyskusji.
        • 19.03.02, 14:51
          Chcialam tylko napisac Anuto, ze wiem co czujesz. Bardzo mi przykro,ze przez to
          przechodzisz. Nic jednak nie potrafie Ci doradzic, bo moze niech raczej zrobia
          to dobre kobiety ;)
          Trzymaj sie i zycze trafnych wyborow :)
          • 19.03.02, 15:28
            zlakobieta napisał(a):

            > Chcialam tylko napisac Anuto, ze wiem co czujesz. Bardzo mi przykro,ze przez to
            >
            > przechodzisz. Nic jednak nie potrafie Ci doradzic, bo moze niech raczej zrobia
            > to dobre kobiety ;)
            > Trzymaj sie i zycze trafnych wyborow :)

            co to znaczy "dobre kobiety"?
            czy to znaczy, że Ty jesteś zła?
            a co zrobiłaś tak strasznego, że tak uważasz?
            Ja nie jestem bez winy i zdaję sobie z tego sprawę, głośno o tym mówię, ale nie
            uważam, że jestem zła!
            Wogóle myślę, że to że dwoje ludzi się rozstaje lub kłóci nie oznacza, że są oni
            źli, oni się po prostu nie mogą dogadać i z własnego przykładu widzę, że dwoje
            ludzi którzy się bardzo kachali, po latach robią sobie tyle złego że tak mocna
            jak była miłość teraz jest w nich agresja przeciwko sobie. To są już chyba
            nieodwracalne zmiany, nawet jeśli jednak się jakoś ułoży, to już nigdy nie będzie
            tak samo, tyle zaufania, miłości, wzajemnego zrozumienia...
            Zresztą pojęcie dobra i zła to pojęcia względne i zależą od interpretacji jak się
            okazuje.
            Mój mąż potrafi doprowadzić mnie do furii, czasem nie mogę nawet na niego
            patrzeć, nie chce mi się z nim gadać, czasem chyba go nawet nienawidzę, ale czy
            to znaczy, że on jest złym człowiekiem? Nie, on jest zły dla mnie, nieodpowiedni,
            rani mnie tym co robi i mówi, ale dla nikogo innego nie jest zły, wręcz
            przeciwnie. Jeśli go ktoś ze znajomych poprosi o pomoc, jest zawsze gotowy, nawet
            kosztem swojej rodziny np. pomaga remontować koledze mieszkanie (przez ok. 3 tyg.
            cięgiem) zamiast szukać pracy, gdzieś się zaczepić, a że jego rodzinie brakuje na
            życie? no to co on ma zrobić, przecież czasy są ciężkie i praca nie leży na ulicy!
            A to, że ja mu wyrzucam tą sytuację? no to ja przecież jestem wredna suka (nie
            dosłownie, ale dał to wyraźnie do zrozumienia) no bo trzeba przecież sobie
            pomagać. W rezultacie my się kłóciliśmy, znajomi mają wyremontowane mieszkanie, a
            znajomi wyczuli, że ja jestem niezadowolona, tylko nie mają pewnie pojęcia
            dlaczego. No i kto na tym lepiej wyszedł (w oczach ludzi oczywiście): on chętny
            zawsze do pomocy, a ja się przypieprzam! On jest ten dobry, a ja ta zła. Nikt się
            pewnie nawet nie zastanawia, że ja się martwię za co jutro kupię chleb, a mój mąż
            ma zawsze na wszystko czas. No ale cóż zrobić w takiej sytuacji. Gdyby chodziło o
            coś innego po prostu bym się zamknęła i miała wszystko gdzieś, ale tak? nie mogę!
            Zawsze mówię, że jeśli już są dzieci, to one nie będą pytać czy mama ma za co
            kupić coś do jedzenia, one są po prostu głodne, a "zasranym" (przepraszam!)
            obowiązkiem rodziców jest im to zapewnić.
            koniec
            za dużo się rozpisuję, ale to mi pomaga
            pozdrawiam wszystkich
            Anuta
            • Gość: Martyna IP: *.proxy.aol.com 19.03.02, 19:46
              to znaczy, że Ty jesteś zła?

              > > cięgiem) zamiast szukać pracy, gdzieś się zaczepić, a że jego rodzinie
              brakuje
              > na
              > życie? no to co on ma zrobić, przecież czasy są ciężkie i praca nie leży na uli
              > cy!
              > A to, że ja mu wyrzucam tą sytuację? no to ja przecież jestem wredna suka (nie
              > dosłownie, ale dał to wyraźnie do zrozumienia) no bo trzeba przecież sobie
              > pomagać. W rezultacie my się kłóciliśmy, znajomi mają wyremontowane mieszkanie,
              > a
              > znajomi wyczuli, że ja jestem niezadowolona, tylko nie mają pewnie pojęcia
              > dlaczego. No i kto na tym lepiej wyszedł (w oczach ludzi oczywiście): on chętny
              >
              > zawsze do pomocy, a ja się przypieprzam! On jest ten dobry, a ja ta zła. Nikt s
              > ię
              > pewnie nawet nie zastanawia, że ja się martwię za co jutro kupię chleb, a mój m
              > ąż
              > ma zawsze na wszystko czas. No ale cóż zrobić w takiej sytuacji. Gdyby chodziło
              > o
              > coś innego po prostu bym się zamknęła i miała wszystko gdzieś, ale tak? nie mog
              > ę!
              > Zawsze mówię, że jeśli już są dzieci, to one nie będą pytać czy mama ma za co
              > kupić coś do jedzenia, one są po prostu głodne, a "zasranym" (przepraszam!)
              > obowiązkiem rodziców jest im to zapewnić.
              > koniec
              > za dużo się rozpisuję, ale to mi pomaga
              > pozdrawiam wszystkich
              > Anuta

              Tez naprawde Ci wspolczuje chociaz akurat dzisiaj mam dol bo wczoraj wyszly
              niezle jajca, zamieszanie i burza z tesciowa, ktora chcialaby wszystko
              kontrolowac.
              Sytuacja jest trudna ale ja na Twoim miejscu nie zastanawialabym sie dlugo i bym
              od niego odeszla. Oczywiscie na poczatku nie bedzie lekko ale moze z dziewczynami
              z forum zalozycie jakas grupe wsparcia wymiencie sie telefonami itp.

              Facet nie pracuje i nawet nie probuje szukac pracy jak piszesz moglby chociaz
              sprubowac remontowac za pieniadze- jeszcze w dodatku oglada telewizje zamiast
              zajac sie domem jak ty jestes w pracy. Dodatego za dobrze Cie nie traktuje.

              Napisalas , ze jestes z nim ze wzgledu na dzieci ale ja powiem Ci cos szokujacego
              ja wlasnie ze wzgledu na dzieci bym sie z nim rozstala.
              1.Jakie wzorce wyniosa dzieci z domu ,w ktorym ojciec nie szanuje matki ,
              mezczyzna kobiety , w ktorym maz Cie wykorzystuje
              2.Z Twojego opisu wydaje mi sie , ze jest to tzw zimny dom bez milosci a milosc to
              to czego dzieci naprawde potrzebuje
              3.W atpie, ze dzieci beda szanowaly Ciebie w przyszlosci jezli patrza na ojca ,
              ktory nie ma za grosz respektu do Ciebie
              4.Koniecznie zwroc sie o pomoc , o rady do organizacjo kobiecych, spytaj o porade
              prawnika a moze i psychologa( gdy zdecydujesz sie na rozwod bedzie to chyba
              konieczne)
              5. Nie piszesz nic o Twojej rodzinie matka ojciec rodzenstwo itd czy mozesz
              liczyc na ich pomoc albo wsparcie chocby tylko przejsciowe zanim staniesz na nogi?

              Zycze powodzenia i badz silna


              • Gość: anuta IP: *.tlsa.pl 20.03.02, 12:57
                Gość portalu: Martyna napisał(a):

                > Sytuacja jest trudna ale ja na Twoim miejscu nie zastanawialabym sie dlugo i by
                > m
                > od niego odeszla. Oczywiscie na poczatku nie bedzie lekko ale moze z dziewczyna
                > mi
                > z forum zalozycie jakas grupe wsparcia wymiencie sie telefonami itp.


                Może to całkiem niezły pomysł?

                >
                > Facet nie pracuje i nawet nie probuje szukac pracy jak piszesz moglby chociaz
                > sprubowac remontowac za pieniadze- jeszcze w dodatku oglada telewizje zamiast
                > zajac sie domem jak ty jestes w pracy. Dodatego za dobrze Cie nie traktuje.
                >

                Tu muszę coś wyjaśnić, może krótko od początku:
                w pierwszych 2-ch latach małżeństwa to on zarabiał pieniądze i to całkiem niezłe,
                a ja zajmowałam się domem i dzieckiem, potem poszłam do pracy i jednocześnie do
                wieczorowej szkoły policealnej, przez pół roku musiałam walczyć z nim o moje
                prawo do pracy! Później była prawdziwa sielanka: ja praca, szkoła, dom, on praca
                i dom. Dużo mi wtedy pomagał, nauczył się nawet gotować i to całkiem dobrze
                (wszyscy byli nim zachwyceni, zwłaszcza koleżanki, zresztą ja też). Nasze
                pierwsze dziecko wychowało się w normalnej rodzinie, zdarzały się kłótnie, ale
                rzadko i nie były to wielkie awantury. Z perspektywy czasu jednak wiem, że to co
                mi teraz tak bardzo przeszkadza, było już wtedy, ale znacznie słabsze i mniej
                ważne, było przecież tak dobrze, kto zastanawiałby się nad drobiazgami. A
                ponieważ ja nienawidzę kłamstwa, to zawsze mu mówiłam: "kłóć się ze mną, ale
                nigdy nie wymyślaj bzdur, tylko po to żeby się obronić" - nie nauczyłam go tego.
                Bardzo chcieliśmy mieć drugie dziecko, nie udawało się więc poszłam na studia. Z
                jego pracą było coraz gorzej, ja zaczynałam się martwić, ale on zapewniał, że
                zawsze sobie poradzi. Tyle, że jego radzenie sobie zaczynało się objawiać brakiem
                dochodów, siedzeniem przed telewizorem, brakiem zainteresowania domem i
                dzieckiem, jednym słowem spoczął na laurach. Ale ja jeszcze tego nie widziałam,
                mówiłam, przkonywałam, że musi szukać pracy, jakiejkolwiek, aby były dochody, a
                on zawsze mi uświadamiał, że jak pójdzie gdziekolwiek to zarobi tak mało że nam
                nie wystarczy, że musi zacząć jakiś swój interes żeby dochody były wystarczające,
                itp.
                Zaszłam w ciążę, urodziłam drugie dziecko, macieżyński, wychowawczy, maja firma
                nie płaciła, bo dochodziła do upadłości, a on dalej nic! Dwójka dieci,
                wynajmowane mieszkanie i brak dochodów, jak mogło się nam układać? Wtedy
                popadliśmy w długi, ja winię za to jego. Słusznie czy może nie mam racji? Bo on
                nigdy się nie przyznał do błędu.
                Po około 2-3 latach bezczynności otworzył ten swój wymarzony interes, który niby
                się kręcił, ale nie za bardzo, za to mój mąż był ciągle zajęty lub śmiertelnie
                zmęczony (nie robił nic poza czekaniem na klienta, przez 8 godz. siedział i
                patrzył w okno, czasem troszkę popracował-tak było, wierzcie mi, czasem
                pracowałam za niego), a ja zostałam sama w domu z malutkim dzieckiem i starszym
                które w tej sytuacji potrzebowało wiele uwagi.
                Awantury były coraz częstrze i już wielkie, właściwie to kłóciliśmy się cały
                czas. W takich warunkach wychowało się nasze drugie dziecko. Gdy miało niecałe
                dwa latka, chciałam odejść, definitywnie, byłam zdecydowana, wtedy jakby się
                ocknął, prosił, mówił że kocha i nie wyobraża sobie życia beze mnie. No cóż,
                uwierzyłam. Na początku bardzo się starał, ale sytuacja z pracą ciągle była taka
                sama.
                Od tamtej pory minęły ponad dwa lata. Nie jest dobrze, ale nie tak tragicznie jak
                wtedy, może dlatego mam wątpliwości co do odejścia, chyba ciągle wierzę, że
                będzie coraz lepiej a nie coraz gorzej. A może tylko mi się wydaje bo zaczął
                trochę pracować? Pracuje od roku, nie, od dwóch sezonowo, więc finansowo też
                jest lepiej (nie, nie zarabia tyle żeby starczyło przez cały rok, ale jest
                chociaż kilka miesięcy w roku kiedy się nie martwię czy starczy). Ale co by było
                gdyby stracił tą pracę?


                > 5. Nie piszesz nic o Twojej rodzinie matka ojciec rodzenstwo itd czy mozesz
                > liczyc na ich pomoc albo wsparcie chocby tylko przejsciowe zanim staniesz na no
                > gi?
                >

                Jeśli chodzi o moją rodzinę, to sprawa wygląa tak:
                na mamę zawsze mogę liczyć, ale niestety nie finansowo (sama ma kłopoty),
                ojciec - alkoholik, zawsze praktycznie na utrzymaniu mamy, w skrajnej sytuacji na
                pewno nie odmówiliby mi przyjścia do nich na jakiś czas z dziećmi, ale co mi to
                da? Wpadnę "z deszczu pod rynnę", małe mieszkanie, ojciec wiecznie w domu,
                nietrzeźwy i jego kompani do kieliszka. Nie, nie, jeszcze gorzej dla mnie i dla
                dzieci.
                Mam też siostrę, ale ona też ma kłopoty finansowe, u niej tym bardziej mogłabym
                się chwilowo "zaczepić", ale niestety mieszka bardzo daleko.
                Tak na marginesie: czy to nie jest dziwne, że wszystkie trzy ułożyłyśmy sobie
                podobnie życie (moja siostra kłopoty finansowe ma też z powodu męża tyle, że on
                przyznaje się do błędu)?

                Wiecie co? ja tak dużo piszę, że już pewnie nikt tego nie czyta, ale jeśli nawet
                to nieważne, bo bardzo mi to pomaga!

                • Gość: Martyna IP: *.proxy.aol.com 20.03.02, 19:25
                  Gość portalu: anuta napisał(a):

                  ) Gość portalu: Martyna napisał(a):
                  )
                  ) ) Sytuacja jest trudna ale ja na Twoim miejscu nie zastanawialabym sie dlugo
                  ) i by
                  ) ) m
                  ) ) od niego odeszla. Oczywiscie na poczatku nie bedzie lekko ale moze z dziew
                  ) czyna
                  ) ) mi
                  ) ) z forum zalozycie jakas grupe wsparcia wymiencie sie telefonami itp.
                  )
                  )
                  ) Może to całkiem niezły pomysł?
                  )
                  ) ) Co dwie glowy to niejedna a poza tym nic nie pomaga tak jak rozmowa z drugim
                  czlowiekiem o podobnych problemach, ktory potrafi Cie zrozumiec bo wie co czujesz.


                  ) )
                  )
                  )
                  ) Tu muszę coś wyjaśnić, może krótko od początku:
                  ) w pierwszych 2-ch latach małżeństwa to on zarabiał pieniądze i to całkiem niezł
                  ) e,
                  ) a ja zajmowałam się domem i dzieckiem, potem poszłam do pracy i jednocześnie do
                  )
                  ) wieczorowej szkoły policealnej, przez pół roku musiałam walczyć z nim o moje
                  ) prawo do pracy! Później była prawdziwa sielanka: ja praca, szkoła, dom, on prac
                  ) a
                  ) i dom. Dużo mi wtedy pomagał, nauczył się nawet gotować i to całkiem dobrze
                  ) (wszyscy byli nim zachwyceni, zwłaszcza koleżanki, zresztą ja też). Nasze
                  ) pierwsze dziecko wychowało się w normalnej rodzinie, zdarzały się kłótnie, ale
                  ) rzadko i nie były to wielkie awantury. Z perspektywy czasu jednak wiem, że to c
                  ) o
                  ) mi teraz tak bardzo przeszkadza, było już wtedy, ale znacznie słabsze i mniej
                  ) ważne, było przecież tak dobrze, kto zastanawiałby się nad drobiazgami. A
                  ) ponieważ ja nienawidzę kłamstwa, to zawsze mu mówiłam: "kłóć się ze mną, ale
                  ) nigdy nie wymyślaj bzdur, tylko po to żeby się obronić" - nie nauczyłam go tego
                  ) .
                  ) Bardzo chcieliśmy mieć drugie dziecko, nie udawało się więc poszłam na studia.
                  ) Z
                  ) jego pracą było coraz gorzej, ja zaczynałam się martwić, ale on zapewniał, że
                  ) zawsze sobie poradzi. Tyle, że jego radzenie sobie zaczynało się objawiać braki
                  ) em
                  ) dochodów, siedzeniem przed telewizorem, brakiem zainteresowania domem i
                  ) dzieckiem, jednym słowem spoczął na laurach. Ale ja jeszcze tego nie widziałam,
                  )
                  ) mówiłam, przkonywałam, że musi szukać pracy, jakiejkolwiek, aby były dochody, a
                  )
                  ) on zawsze mi uświadamiał, że jak pójdzie gdziekolwiek to zarobi tak mało że nam
                  )
                  ) nie wystarczy, że musi zacząć jakiś swój interes żeby dochody były wystarczając
                  ) e,
                  ) itp.
                  ) Zaszłam w ciążę, urodziłam drugie dziecko, macieżyński, wychowawczy, maja firma
                  )
                  ) nie płaciła, bo dochodziła do upadłości, a on dalej nic! Dwójka dieci,
                  ) wynajmowane mieszkanie i brak dochodów, jak mogło się nam układać? Wtedy
                  ) popadliśmy w długi, ja winię za to jego. Słusznie czy może nie mam racji? Bo on
                  )
                  ) nigdy się nie przyznał do błędu.
                  ) Po około 2-3 latach bezczynności otworzył ten swój wymarzony interes, który nib
                  ) y
                  ) się kręcił, ale nie za bardzo, za to mój mąż był ciągle zajęty lub śmiertelnie
                  ) zmęczony (nie robił nic poza czekaniem na klienta, przez 8 godz. siedział i
                  ) patrzył w okno, czasem troszkę popracował-tak było, wierzcie mi, czasem
                  ) pracowałam za niego), a ja zostałam sama w domu z malutkim dzieckiem i starszym
                  )
                  ) które w tej sytuacji potrzebowało wiele uwagi.
                  ) Awantury były coraz częstrze i już wielkie, właściwie to kłóciliśmy się cały
                  ) czas. W takich warunkach wychowało się nasze drugie dziecko. Gdy miało niecałe
                  ) dwa latka, chciałam odejść, definitywnie, byłam zdecydowana, wtedy jakby się
                  ) ocknął, prosił, mówił że kocha i nie wyobraża sobie życia beze mnie. No cóż,
                  ) uwierzyłam. Na początku bardzo się starał, ale sytuacja z pracą ciągle była tak
                  ) a
                  ) sama.
                  ) Od tamtej pory minęły ponad dwa lata. Nie jest dobrze, ale nie tak tragicznie j
                  ) ak
                  ) wtedy, może dlatego mam wątpliwości co do odejścia, chyba ciągle wierzę, że
                  ) będzie coraz lepiej a nie coraz gorzej. A może tylko mi się wydaje bo zaczął
                  ) trochę pracować? Pracuje od roku, nie, od dwóch sezonowo, więc finansowo też
                  ) jest lepiej (nie, nie zarabia tyle żeby starczyło przez cały rok, ale jest
                  ) chociaż kilka miesięcy w roku kiedy się nie martwię czy starczy). Ale co by był
                  ) o
                  ) gdyby stracił tą pracę?


                  A cy on nie jest w przypadkiem w depresji spowodowanej tym, ze prace stracil .
                  Z Twojego opisu wynika, ze nic mu sie nie chce robic , na niczym mu specjalnie
                  nie zalezy.
                  Piszesz, ze ciagle wierzysz , ze sie cos zmieni ale nic nie zmieni sie samo z
                  siebie. Moze poszukasz organizacji kobiecej, ktora zatrudnia psychoterapeute i
                  udasz sie do niego. To napewno nie zaszkodzi.

                  Wydaje mi sie wy macie powazne problemy w komunikacji , ktora jest ekstremalnie
                  wazna w zwiazku. Nad tym oboje musicie pracowac ale nie wydaje mi sie, ze mozecie
                  zrobic bez specjalistycznej pomocy. Zagroz odejsciem jesli nie zgodzi sie na
                  terapie bo jesli zalezy mu na malzenstwie to musi cos zrobic w tym kierunku.

                  Jesli jestes impulsywna a wiem cos o tym bo sama czasami taka bywam - komunikuj
                  sie w palacych sprawach za pomoca listow. Psychologia uwaza to za bardzo dobry
                  sposob komunikacji mozesz wyrazic swoje uczucia bez zlosci, wytlumaczyc swoje
                  zale i pretensje.

                  Jesli krytykujesz meza - krytykuj konstruktywnie zacznij od pochwalenia jego
                  dobrych stron i nastepnie przejdz do krytyki.

                  Nastepna bariera komunikacyjna to tzw "trzymanie pozytywow" Nie mowiac o naszych
                  pozytywnych odczuciach obojetnie w stosunku do kogo do dzieci, do partnera,
                  przyjacolki , rodzicow itd nie dajemy odczuc im, ze sa doceniani, oni nie maja
                  pojecia co Ty czujesz. Jesli maz zrobil cos co lubisz np zaczal szukac pracy lub
                  posprzatal mieszkanie pochwal go, powiedz jak dobrze sie czujesz, ze on stara sie
                  byc partnerem.

                  Co do Twoich dzieci staralabym sie dac im szczegolnie duzo milosci i ciepla.Nie
                  martw sie o pieniadze one nie sa najwazniejsze w wychowywaniu dzieci,
                  najwazniejsza jest milosc chocby tylko od Ciebie.
                  Jeden z amerykanskich psychologow powiedzial.
                  Dzieci czuja sie dobrze, swobodnie, bez kompleksow i bez obaw w swiecie bo tak
                  czuly sie w domu. Moi synowi , juz dzisiaj dorosli czuja sie tak bo ja codziennie
                  przed snem powtarzalem im ... Ze wszystkich dzieci na swiecie, mi trafily sie te
                  najlepsze, te szczegolnie specjalne...
                  Powtarzaj dzieciom codziennie, ze je kochasz.Chwal je za to co zrobily dobrze.
                  )
                  ) ) 5. Nie piszesz nic o Twojej rodzinie matka ojciec rodzenstwo itd czy mozes
                  ) z
                  ) ) liczyc na ich pomoc albo wsparcie chocby tylko przejsciowe zanim staniesz
                  ) na no
                  ) ) gi?
                  ) )
                  )
                  ) Jeśli chodzi o moją rodzinę, to sprawa wygląa tak:
                  ) na mamę zawsze mogę liczyć, ale niestety nie finansowo (sama ma kłopoty),
                  ) ojciec - alkoholik, zawsze praktycznie na utrzymaniu mamy, w skrajnej sytuacji
                  ) na
                  ) pewno nie odmówiliby mi przyjścia do nich na jakiś czas z dziećmi, ale co mi to
                  )
                  ) da? Wpadnę "z deszczu pod rynnę", małe mieszkanie, ojciec wiecznie w domu,
                  ) nietrzeźwy i jego kompani do kieliszka. Nie, nie, jeszcze gorzej dla mnie i dla
                  )
                  ) dzieci.
                  ) Mam też siostrę, ale ona też ma kłopoty finansowe, u niej tym bardziej mogłabym
                  )
                  ) się chwilowo "zaczepić", ale niestety mieszka bardzo daleko.
                  ) Tak na marginesie: czy to nie jest dziwne, że wszystkie trzy ułożyłyśmy sobie
                  ) podobnie życie (moja siostra kłopoty finansowe ma też z powodu męża tyle, że on
                  )
                  ) przyznaje się do błędu)?
                  )
                  ) Wiecie co? ja tak dużo piszę, że już pewnie nikt tego nie czyta, ale jeśli nawe
                  ) t
                  ) to nieważne, bo bardzo mi to pomaga!
                  )
                  Nie wiem jak jest z innymi ale ja czytam Twoje posty i tzrymam za Ciebie kciuki.

                  Pozdrawiam
                  P.S pRZYPOMNIALO MI JESZCZE jedno z tez tego slynnego amerykanskiego psychologa .
                  On twiedzi, ze pierwsze 4 minuty spedzone z osoba np z mezem po obudzeniu ,
                  albo przy spotkaniu z mezem lub z dziecmi po powrocie z pracy decyduja jak beda
                  wygladaly relacje do konca dnia.
                  pSYCHOLOG TEN SUGERUJE ABY BYLY ONE cieple i serdeczne np mile powitanie i
                  przekonuje ze warto stracic czas i energie przez te 4 minuty bo rzutuja one na
                  caly
                  • Gość: anuta IP: *.tlsa.pl 02.04.02, 09:22
                    Gość portalu: Martyna napisał(a):

                    >
                    > A cy on nie jest w przypadkiem w depresji spowodowanej tym, ze prace stracil .
                    > Z Twojego opisu wynika, ze nic mu sie nie chce robic , na niczym mu specjalnie
                    > nie zalezy.

                    Na pewno przeszedłn jakieś załamanie może depresję, ale ja nie potrafiłam go
                    dowartościowywać, w sytuacji kiedy on dosłownie nic nie robił, z wyboru, przez
                    kilka lat, kto by to wytrzymał? Jeśli nawet wpadł w depresję, to czy to jest moja
                    wina? jak myślicie?


                    > Jesli jestes impulsywna a wiem cos o tym bo sama czasami taka bywam - komuniku
                    > j
                    > sie w palacych sprawach za pomoca listow. Psychologia uwaza to za bardzo dobry
                    >
                    > sposob komunikacji mozesz wyrazic swoje uczucia bez zlosci, wytlumaczyc swoje
                    > zale i pretensje.

                    Próbowałam, dawno temu, pisałam listy opisując moje uczucia, myślałam, że to
                    pomoże, że on dokładnie będzie mógł zrozumieć co ja czuję, ale nie zrozumiał.

    • Gość: Harry IP: *.bmj.net.pl 19.03.02, 20:18
      Jak najszybciej, to zywiolowy i niestaly zwiazek.
    • Gość: Radek IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 21.03.02, 02:11
      Witam Was wszytkich,

      Przebrnalem przez wszystkie posty ;-) I mysle sobie, ze moze cos skrobne.
      Patrzac na te wszystkie watki, mozna sie zorientowac, ze w sumie Twoja
      decyzja zostala podjeta bardzo dawno, tylko brak Ci przekonania do niej.
      Osobiscie uwazam, ze jest to dobra decyzja.

      Nie chce doradzac, opisze jednak to co mialem okazje i zobaczyc i przezyc.
      Dopiero co rozstalem sie z kobieta, z ktora bylem 3 lata. Rozstanie to bylo
      dla mnie naprawde szokiem i bardzo bolesne. To byla jej decyzja (mnie by do
      glowy nie przyszlo). Z pewnoscia staz 3 lat nie jest porownywalny z
      kilunastoletnim, ale mysle, ze nie w tym rzecz.

      Powodem jej decyzji byl fakt, ze od kilku miesiecy Ona zaczela sie wypalac
      tym, ze ja nie znajdowalem czasu na ten zwiazek. Pozwolilem jej poczuc sie
      niekochana. Pozwolilem, aby to uczucie ktore w niej bylo, sie poprostu
      wypalilo.

      Dla mnie bylo to ogromnym zaskoczeniem, dlatego ze ja musze powiedziec, nie
      zylem swiadomie. Ona dawala mi poczucie skutecznosci, przydatnosci, dla mnie
      natomiast bylo to bardzo wygodne.. nie prowokowalo mnie do dzialania. W
      konsekwencji nie dawalem tego czego powinenem. Teraz moge zweryfikowac to
      wszystko i tak tez zrobilem. Wiele tego wszystkiego co sie dzialo mialo
      podloze w mojej glowie, moich lekach, blednych przekonaniach, braku
      swiadomego zycia. W czyms co tak naprawde rzucalo cien na cale moje zycie,
      prace, zwiazek, wogole relacje z ludzmi.. wszystko. Ale do czego daze.

      Chce powidziec, ze z pewnoscia istanieja jakies powody dla ktorych sie tak
      dzieje. W glowie Twoje meza moze sie gniezdzic cos czego wcale nie dopuszcza
      do swiadomosci, cos bardzo dla niego bolesnego, przykrytego ta cholerna chora
      duma i jeszcze Bog wie czym.

      Nie zmienia to jednak stanu rzeczy. Bo w sumie licza sie czyny a nie to jacy
      ludzie chcieliby byc. Mozna ich rozumiec, ale nie znaczy to, ze trzeba to
      tolerowac i sie na to godzic. I nawet jesli Twoj maz chcialby byc inny, to do
      momentu, kiedy sie nic nie zmieni to nie ma szans na zmiany. A jak piszesz,
      minelo juz wystarczajaco duzo czasu, aby sie przekonac czy cos sie zmieni czy
      nie.

      Dla mnie ten kopniak jaki dostalem byl baaardzo potrzeby. Bez niego ja bym
      sie nie obudzil tak szybko.. i moglibysmy sobie wyrzadzic wiele krzywd.. ale
      Ona umiala to przerwac. Byc moze dla Twojego meza to jest jedyne wyjscie..
      zeby zrobil krok do przodu. Pomysl o tym, jako o czyms pozytywnym, o rozwoju.
      Zycie to nie tylko dzieci, zwiazek. To samorealizacja siebie. Kazdy zwiazek
      powinien byc inspirujacy a nie dolujacy.

      Przyklad mojej mamy: Ma 50 lat. 4 dzieci. Mąż pracoholik, ktory juz nic nie
      widzi poza praca i samym soba. Ona jest juz zniszczona psychicznie. Nie jest
      w stanie myslec o sobie.. cale zycie musiala wychowywac dzieci, dbac o caly
      dom, robic wszytko. Nie dostajac w zamian tych najwazniejszych rzeczy:
      milosci, poczucia wyjatkowosci... Teraz juz nie wierzy w siebie.. ma jeszcze
      kilkadziesiat lat przed soba.. i nie widzi ich.. juz czasem nie chce ich
      wiedziec. Ostatnio mi powiedziala, ze 15 lata temu powinna odejsc od niego..
      Teraz jest uwiazana tak, ze nie potrafi tego przerwac.. (ja tez nie wiem jak
      jej pomoc)

      Najgorsze jest to, ze ja postepowalem i jeszcze czasem postepuje jak moj
      ojciec.. zajmujac sie tylko jednym.. tak, ze niczego poza tym nie widze ;(

      Pozdrawiam cieplo
      Radek
    • 22.03.02, 15:46
      mam bardzo mało czasu więc szybciutko:
      chcę Wam wszystkim - szczęśliwym i nieszczęśliwym - życzyć wesołych i pogodnych
      Świąt Wielkanocnych. Oby wasze kłopoty chociaż w tym czasie nie dawały się Wam
      we znaki, a wszelkie smutki choć na krótko gdzieś uleciały...
      Tego życzę Wam wszystkim oraz sobie.

      Pozdrawiam
      gorąco
      Anuta
    • Gość: Manuela IP: *.euv-frankfurt-o.de 24.03.02, 19:08
      witam wszytkich, kobiety i mezczyzn,

      przeczytalam wszystkie odpowiedzi na list anuty i ciesze sie, ze natrafilam na
      kilku optymistow, ktorzy nie doradzaja jej rozstania. z tego co przeczytalam,
      sa powody dla ktorych anuta nie jest jeszcze gotowa odejsc od meza - np. jej
      potrzeba bezpieczenstwa, strach przed obciazeniami finansowymi, niepewnosc
      przed tym co przyniesie nowa sytuacja po rozstaniu.

      chce wiec anucie dodac troche otuchy i odwagi. uwazam, ze jestes dzielna i
      odwazna osoba (w koncu pisze o swoich problemach na forum!). a twoj zwiazek ma
      jeszcze szanse zakwitnac dzieki poprawieniu waszej komunikacji. nie bedziesz
      wtedy musiala opowiadac o swoich uczuciach na forum, bo bedziesz rozmawiala o
      nich z twoim mezem.

      podobalo mi sie m.in. to co napisala martyna. zgadzam sie z nia w tym, ze wiele
      problemow w zwiazkach wynika ze zlej komunikacji miedzy ludzmi.

      uwazam tez, ze wiele z nas zyje w poczuciu, ze konflikty i problemy w zwiazku
      czy rodzinie sa czyms zlym. absolutnie sie z tym nie zgadzam i proponuje po
      pierwsze zaakceptowanie ich jako cos jak najbardziej NORMALNEGO, i potrzebnego.

      kazdy z nas bedzie trafial w zyciu na wiele konfliktow, czy to wewnetrznych z
      samym soba, czy ze swiatem zewnetrznym. wazne jest wiec aby NAUCZYC SIE Z NIMI
      RADZIC nie raniac innych osob! jedna z takich mozliwosci rozwiazywania
      konfliktow sa mediacje. jest to proces podejmowania decyzji z udzialem
      neutralnej osoby trzeciej, ktora pomaga nam komunikowac "na spokojnie" i
      dotrzec do naszych potrzeb, a nastepnie zlalezc najlepsze dla wszystkich stron
      rozwiazanie (nawet jesli chodzi o rozejscie sie). jestem mediatorem i widze jak
      moj udzial w procesie rozwiazywania sporow pomaga innym ludziom.

      droga anuto i wszystkie osoby chcace poprawic relacje w swoich zwiazkach! jesli
      nie macie dostepu do mediatora, podaje wam dwie podstawowe zasady komunikacji
      interpersonalnej, ktore mozecie zastosowac same/i w rozmowie:

      1) AKTYWNIE SLUCHAJ tego co mowi twoj partner/ka.

      2) zanim odpowiesz, postaraj sie powtorzyc WLASNYMI SLOWAMI to co
      uslyszalas/es. druga strona poczuje sie wtedy bardziej zrozumiana, a ty lepiej
      zrozumiesz o co jej chodzi.

      3) dopiero potem mow o swoich uczuciach - i to w formie JA ("bardzo zranilo
      mnie to co powiedziales"), a nie TY ("jestes egoista i nie zwazasz na to co ja
      czuje")

      Przyklad takiej rozmowy:
      - nie wkurzaj mnie ciaglym pytaniem o szukanie pracy! mam dosyc twojego
      czepiania sie!
      - twoja odp: czy czujesz sie pod presja gdy pytam o twoje starania o prace
      (powtorzenie wlasnymi slowami)? NIE CHCE abys sie tak czul, ale MARTWIE SIE o
      nasza sytuacje finansowa. BOJE SIE, ze nie damy sobie rady. WIEM, ze masz
      talent i moglbys dostac prace jaka cie interesuje. ZALEZY MI na tobie i CHCE ci
      jakos pomoc.
      - nie potrzebuje twojej pomocy!
      - twoja odp: czyli dasz sobie rade sam, tak (powtorzenie wlasnymi slowami)?
      dobrze. POTRAFIE to zaakceptowac. ale CHCE rozmawiac o naszym zwiazku. pamietam
      jak bylismy kiedys szczesliwi i BRAKUJE MI tego teraz. BRAKUJE MI twojego
      ciepla. POTRZEBUJE CIE. CHCE wiedziec co czujesz i czego chcesz, nie bac sie
      otworzyc przed toba. czy myslisz, ze mozemy sprobowac o porozmawiac o naszych
      problemach i uczuciach nie raniac sie nawzajem?

      drogie zony i dziewczyny! jesli chcecie cos poprawic w swoich zwiazkach, to
      dajcie swoim mezczyznom poczucie zrozumienia. oni sa wrazliwymi istotami,
      bojacymi sie porazki, potrzebujacymi waszego wsparcia (szczegolnie gdy sa
      bezrobotni), podziwu. pokazcie im swoje cieplo, swoje obawy, rany. ratujcie
      swoje zwiazki i rodziny. najpierw same, a potem z pomoca specjalistow (np. z
      poradni malzenskich).

      nawet jesli chcecie odejsc - o tym tez trzeba rozmawiac!

      ja wprowadzilam w moim zwiazku zasade aktywnego sluchania. zanim poznalam
      mediacje, nie potrafilam okreslic swoich uczuc, potrzeb, plakalam, uciekalam od
      konfliktow. teraz je rozwiazujemy we dwoje, nie raniac sie przy tym. mam
      wspanialego faceta i jestem szczesliwa, ze moge Z NIM rozmawiac o moich
      potrzebach i obawach.

      zycze wam tego samego, szczegolnie tobie anuto. jestem ciekawa waszych opinii.

      manuela
      • 24.03.02, 19:44
        przeczytalam z uwaga wasze listy..rozumiem was doskonale .tkwie tak jak i wy w
        zwiazku toksycznym..dlaczego -nie mialm sily odejsc myslam ze to jest lepsze
        dla dzieci mysle ze sie pomylilam.
        wiem co to nieporzumienia krzyk awnatura-przypalona zupa przesolone ziemniaki
        balagan nic nie zrobilas nic nie umiesz ..proba rozmowy-daj mi
        spokoj...spalalam sie cierpialam plakalam tlumaczylam porozmawiajmy..
        nie pomagalo wiem ze maz mnie kocha ale to jest chora milosc..pewnego dnia
        jednak przekraczylam wlasnei ta niewidzialna granice.odizolowalam sie
        psychicznie
        nie przejmuje sie tym ze zupa przypalona ze balagan
        taki sam efekt jest czy posprzatane czy nie..prosze was zebyscie zle tego nie
        zrozumieli jestem nadal dobra matka dbam o dzieci o dom ale inaczej..w koncu
        zrozumialm ze ja rowniez sie licze...ja kobieta ja matka ... tak czuje sie
        spelniona jako matka tylko jako matka
        jak zyje...jest mi ciezko zle a moze bylo....maz zauwayl zmine we mnie.zobacyl
        ze stalam sie inna..
        czy cos czuje?
        milsoc dawno sie skonczyla czulam nienawisc a teraz patrzac sie na niego jest
        mi smutno ze nie potrafil kochac rozumiec ze zmarnowal sobie i mnie zycie a
        zycie jest jedno...a ja powoli odzyskuje wiare w siebie z sens zycia to dluga
        droga ale wierze ze kiedys bede szczesliwa tak naprawde i wlasnei ta wiara
        daje mi sile..
        • 24.03.02, 19:49
          moj list byl skierowany do ciebie i innych nam podobnych kobiet ktore szukaja
          swojego miejsca na tej ziemi...
    • 27.03.02, 15:16
      Bardzo łatwo powiedzieć 'to nie to', trzeba się roztać.Dużo trudniej zrobić ten
      krok.
      Coś z własnego podwórka.
      Małżeństwo moich rodziców.Zupełna pomyłka, pochopna decyzja, dziecko ( czyli ja)
      w drodze.Ona się starała, on po jakimś czasie wybrał butelkę i kompanię do
      picia.Podejmował jakąś tam pracę, próbował o własnych siłach ale zakończenie
      zawsze to samo :wódka i długi. Za wszystkie swoje niepowodzenia dostawali
      najbliżsi i słabsi od niego.Nie będę tu opisywać do czego są zdolni tacy
      ludzie, każdy ma o tym jakieś mniejsze lub większe pojęcie.
      Trawała w tym przez 14 lat aż w końcu uciekła z dwójką nastoletnich już wtedy
      dzieci.
      Kiedy ją pytam mamo dlaczego nie odeszłaś wcześniej? dlaczego pozwalałaś siebie
      ( i nas) krzywdzić i poniżać przez tyle lat? Zawsze odpowiada nie miałam
      warunków, nie miałam gdzie ( tu bym polemizowała, myślę że to duma jej na to w
      zacznym stopniu nie pozwalała choć to zupełnie niepojęte dla mnie w takiej
      sytuacji), nie zawsze był zły, czasami było wspaniale ( początek związku,
      pierwsze lata małżeństwa), obiecał,że się porawi, ze względów materialnych,nie
      miałam siły i miałam dzieci..

      Ona odeszła w końcu, on pograża się jeszce bardziej jak sadzę.Osiągnęła sukces
      zawodoy , ma swój upragniony dom, samochód i takie tam. Jednak to co on zrobił
      przez tyle lat życia pozostało nadal w niej.Nie jest tak naprawdę szczęśliwa.
      Dlatego taż uważam że nie warto trwać przy takich osobach.Wiem że bardzo trudno
      podjąć taką decyzję ale uważam że trzeba.Nikt nie ma prawa niszczyć i poniżać
      drugiego człowieka bez względu na to jakimi metodami ( fizycznie czy
      psychicznie)i powodów które nim kierują.Trzeba pamiętać, że zachowania takie
      nie niszczą tylko związku czy miłości ale zabijają nas samych..a jeszce tyle
      życia mamy przed sobą..


    • Gość: anuta IP: *.tlsa.pl 02.04.02, 09:04
      Wiecie co jest najgorsze?
      że wszyscy macie rację, i Ci którzy mówią odejdź i Ci którzy mówią zostań.
      Zawsze każdy medal ma dwie strony, szkoda tylko że wybranie którejś z nich jest
      tak trudne.
      Ale myślę, że ja już wybrałam, myślę, że będę trwać w tym związku do czasu: gdy
      sobie kogoś znajdę, gdy oddamy długi, gdy znajdę lepiej płatną pracę...nie wiem
      do jakiego czasu, ale na pewno do "jakiegoś"...
      Stwierdziłam, że po ostatnim "dole" (wtedy tu napisałam) ja się zmieniłam,
      powoli, przestało mi być tak źle, przestałam się tak przejmować, jeśli szykuje
      się awantura przestaję z nim rozmawiać, biorę głęboki oddech i mówię mu że nie
      chce mi się z nim gadać, to skutkuje! Przestałam chyba już zupełnie dażyć go
      uczuciem, jakimkolwiek, właściwie nawet jak się przytula to stwierdzam, że nic
      nie czuję, jest mi obojętny i jest spokój. Tylko, że on wie że przesadził,
      jedna awantura za dużo, parę słów za dużo, "pękła mi żyłka" i on to wie, widzę
      że się pilnuje.
      Niech się pilnuje, żarty się skończyły.

      P.S. Martyna, z tą rozmową z udziałem mediatora pewnie masz rację, ale ja
      chciałam iść do poradni małżeńskiej, natomiast mój mąż stwierdził, że nie ma
      tekiej potrzeby, że poradzimy sobie sami. Jeśli chodzi o rozmowę na zasadzie:
      JA się boję, JA się martwię, to już to przerabiałam. Tłumaczyłam, że nie
      czepiam się że nie pracuje, tylko boję się, że nie mamy pieniędzy, martwię się
      że nie będę za co miała zrobić opłat, kupić chleb itp., mówiłam, że ja się nie
      czepiam tylko mówię co czuję nawet jeśli to mu się nie podoba, to ja tak czuję.
      Zachęcałam żeby on zrobił to samo, mówiłam że jeśli mi nie powie co mu się we
      mnie nie podoba to ja nie będę tego wiedzieć. Ale to nic nie dało, on nie
      potrafi albo nie chce rozmawiać. Dla niego jest to rozgrzebywanie starych spraw
      i chyba strata czasu.
      Pozdrawiam Wszystkich po Świętach!
      anuta
  • Powiadamiaj o nowych wpisach

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.