Dodaj do ulubionych

kolejne związki małżeńskie - a religia

08.03.02, 13:43
Kochani jak radzicie sobie z problemem wiary kiedy nie ułożył sie Wam związek
sakramentalny i jesteście w drugim lub kolejnym związku.Przecież prawie każda
religia potępia to bezpośrednio uważając za grzech lub pośrednio poprzez prawo
karmy ,reinkarnacji itp.?
Edytor zaawansowany
  • Gość: Tashi IP: *.gl-jp.digi.pl 08.03.02, 23:12
    ekika napisał(a):

    > Przecież prawie każda religia potępia to (...), pośrednio poprzez prawo
    > karmy ,reinkarnacji itp.?

    Mogłabyś\Mógłbyś rozwinąć? Palę się z ciekawości, jakież to potępienia czekają wg prawa karmy na niesakramentalnie związanych. I koniecznie: co ma do tego reinkarnacja? jesli piszesz o wierze, zakładam, że chodzi o chrześcijaństwo - a mnie sie wydawało, że tam prawo karmy nie jest w użyciu...
    Tashi
  • debe 08.03.02, 23:23
    Droga/i Tashi

    chrzescijanstwo nie jest jedyna religia na swiecie, jak wszyscy wiemy...
  • hookean 08.03.02, 23:42
    ekika napisał(a):

    > Kochani jak radzicie sobie z problemem wiary kiedy nie ułożył sie Wam związek
    > sakramentalny i jesteście w drugim lub kolejnym związku.Przecież prawie każda
    > religia potępia to bezpośrednio uważając za grzech lub pośrednio poprzez prawo
    > karmy ,reinkarnacji itp.?

    Mam, zatem rozumieć, że żyję teraz(reinkarnacja)gdyż miałem kiedyś kilka kobiet
    miast jednej?
    Co więcej, dlaczego religia miałaby pochwalać to, co się dzieje w pierwszym
    związku, jeśli prowadzi "to" do jego zerwania natomiast potępiać
    jednocześnie "to" samo dopiero za razem kolejnym?
    Co więcej, dlaczego potępiać drugi już związek, jeśli jest dobry dla obojga a
    zachwalać związek pierwszy, w którym para ma się już po dziurki w nosie
    delikatnie pisząc?
    Ostatecznie czy tracimy wiarę w Boga po drugim lub n-tym związku?


  • ekika 09.03.02, 14:05
    Macie rację nie jestem precyzyjna gdyż nie znam sie dobrze na innych religiach
    niż chrześcijańcka /katolicka/, a i problem który chcę poruszyć nie prosty do
    wyjaśmienia przez internet. ale tak sie jakoś składa że w sporej większości
    obrządków zawiera sie jeden związek małżeński na całe życie i nawet jeżeli z
    możliwością jego rozwiązania to nie jest to nigdy proste.Pomijając sprawe
    obrzędowości pozostaje sprawa sumienia :ślubu "i że cię nie opuszczę aż do
    śmierci ", sprawa dzieci których ojcem jest ten pierwszy ,prawo które mówi że
    krzywda wyrządzona komuś /bylej żonie,mężowi/wróci do nas -być może to nie
    prawo karmy /tak jak mówiłam nie znam się zbyt dobrze / , a także pogląd że
    czasami cierpimy w życiu doczesnym za krzywdy wyrządzone w innym wcieleniu lub
    będziemy za nie cierpieć w przyszłości.
    Celowo nie zawężam tylko do katolicyzmu bo pewne normy moralne są uniwersalne
    dla wielu wyznań a mnie interesują szczególnie w odniesieniu do związków
    sakramentalnych.Np sama jestem w związku
    w który wkładam wiele wysiłku dlatego że jest to już ten ostateczny,
    przypieczętowany ślubem w kościele i dwójką dzieci.Gdyby to był związek "wolny"
    nie zastanawiałabym się nawet 5 minut/ kocham faceta ale wiem że mnie oszukuje
    choć chyba mnie nie zdradzil przy czym to nie ma aż takiego znaczenia /Gdyby
    był zalegalizowany w usc zastanawiałabym się tydzień ,w USC i w kościele
    pewnie nieco dłuzej.Ponieważ mam do tego dwójkę dzieci ciągnę to już rok, ale
    od pół roku zaczynam mieć wąpliwości bo mnie to wykańcza .I teraz pojawiają
    się wyrzuty sumienia:bo sakrament ,bo ślubowałam,bo dzieci ,bo w końcu nic się
    takiego nie dzieje bo może zbyt miałam sielankowo i histeryzuję itp. Poza tym
    kocham faceta.
    Problem w tym że np dekalog czy inne zbiory praw są po to żeby tak naprawdę
    ustrzec nas przed cierpieniem.Gdybyśmy wszyscy ich przestrzegali nawet każdy w
    zakresie swojej religii nie byłoby osób nieszczęśliwych.Mamy jednak wolną wolę
    i jest tak jak jest.Pytam jak będąc w drugim związku radzicie sobie z problemem
    że dzieci widują się z ojcem tylko weekendy,że na tym cierpią że to Wasza
    wina /i nie mówcie że to lepiej niż by miały słuchać kłótni bo do kłotni jest
    zawsze dwoje/,Ze bć móże rozpad jest też z waszej winy/to wy zdradziliście /i
    współmałżonek cierpi przez was.Przecież nie wierzę że wychodzicie ze związku w
    którym są dzieci i pokrywacie wszystkie niewygodne kwestie kirem niepamięci bo
    tak się nie da .Może uda mi się uniknąć czegoś co właśnie przeczuwam np.że i
    tak i tak będę nieszczęśliwa a może nawet bardziej bo nie da się zbudować nic
    lepszego?
  • hookean 09.03.02, 14:33
    Zastanawiające jest, że istnieje podejście u ludzi takie, w którym zaczynają
    starać się o związek dopiero po ślubie dla mnie powinno być to również i przed
    inaczej ślub najpewniej jest diabła warty.
    Przyznam, że trochę sprzeczne to, co piszesz, bo z jednej strony powiadasz, że
    kochasz męża myślisz, że Cię oszukuje, ale raczej nie zdradza, choć ostatecznie
    nie ma to dla Ciebie znaczenia. Podaj, więc powód, dla którego masz już dość
    bycia w tym małżeństwie, nuda?
    Nie piszesz wcale, co do Ciebie czuje małżonek darzy Cię jakimś przyjaznym
    uczuciem czy też przychodzi do domu zalany w trupa i nawet nie spojrzy w Twoją
    stronę?
    Czego w ogóle oczekiwałaś we wzajemnych relacjach z mężem i od swojej roli jako
    matki?
    To narzekanie na brak atrakcji tzn., jakich? Ciągłego szaleństwa z mężem,
    podróży w nieznane wydzielających adrenalinę?
  • Gość: ekika IP: 62.89.73.* 09.03.02, 14:36
  • Gość: ekika IP: 62.89.73.* 09.03.02, 16:41
    Hookean, dla kobiety zdrada duchowa może być bardziej bolesna - a ta jak mi
    się wydaje już się dokonała - dlatego napisałam, że reszta nie ma znaczenia.
    Przez wiele lat nasz zwiazek byl bardzo dobry w naturalny sposób i nie bylo
    takiej potrzeby aby się specjalnie o oto starać.Nadchodzi jednak taki moment że
    trzeba to zacząć robić .Wiem o czym mówisz, bo przeczytalam mnóstwo książek na
    ten temat.Problem w tym - jak ten moment rozpoznać.
    Z czasem przestajemy odgadywać myśli partnera i jego pragnienia wpół słowa.
    Z różnych powodów . Bo życie ...bo dzieci znów chore ....bo kończysz kolejny
    projekt i już ryjesz nosem.... bo nie ma pieniędzy.Trzeba rozmawiać.
    O uczuciach , o troskach , o tym czego pragniemy .Tylko jak to zrobic z facetm
    który za nic nie powie co go gryzie.
    Ja żyłam i było mi dobrze , byłam zadowolona .Jeżeli jemu nie pasowało - -
    dlaczego milczal? Próba rozmów wielokrotnie kończyła się zapewnieniamia że
    mnie kocha i żebym się nie martwiła.Nie da się nie martwić,jeżeli widzisz że
    osoba którą kochasz Cię oszukuje. Jeżeli ze złapanego sms-a dowiadujesz sie że
    nie tylko ty ją kochasz, jeżeli raz czy drugi słyszysz strzępki /a raczej
    ton / rozmów telefonicznych.
    A w pewnym momencie nie jest to już tylko kwestia martwienia - ale depresji
    i związanych z tym objawów fizycznych których nie jest sie w stanie
    znieść./bOle brzucha, drżenie rąk, płacz nie do opanowania - normalne objawy
    współuzależnienia i lęku /.Nie sądzisz chyba że to nuda.
    Pytasz czy przychodzi zalany w trupa - nie ,ale przychodzi na rauszu piwnym
    o wiele częćciej niż dawniej i to byl dla mnie pierwszy sygnal że cos sie chyba
    dzieje.Gdy zapytałam co sie dzieje usłyszalam ze kłopoty w pracy.Przyjęłam do
    wiadomości i się odczepiłam bo wiem ze tam mu nie pomogę. A potem rozmowa tel
    jedna, druga , sms i zaczynasz miec oczy dookoła głowy. Jeżeli nikt ci nic nie
    wyjasni masz 2 wyjścia:
    1.zwariować bo ci sie dwa światy nie zgadzają / To juz mam za sobą i sie
    leczę /
    2.odejść.
    I tu pojawia sie mój problem - bo ani pije, ani bije ani nawet nie nie
    kocha / przynajmniej tak mówi a to i tak dużo /,w dodatku ja bardzo go kocham
    i to mnie wykańcza / w ciągu 3 miesięcy schudlam 9 kg ,posiwialam i
    postarzałam się o 10 lat/.Tak nie da się żyć bo ginę ja jako Ja.
    Odejść - egoizm - bo dzieci.
    Przecież na dobrą sprawę nawet sie nie kłócimy
    /chyba że ja napiję się piwa :-))))) /.
    Lila nie mam nikogo innego i chyba bym nie chciała na razie - chociaż czasem
    myślę że to by złagodziło mój ból.Nie chcę sie angażować bo pogrzebię wszystko
    sama. Narazie umówiłam się z facetem i nie przyszłam ... to mi wystarcza-
    mimo że trochę nieładnie - ale mi pomaga i mam nadzieję że niezbyt go zrani.
    Jeżeli chodzi o terapie to odpada bo mój mężczyzna uważa że nic się nie dzieje
    i w życiu nigdzie nie pójdzie żresztą ja też niechętnie.
  • hookean 09.03.02, 17:34
    Gość portalu: ekika napisał(a):

    > Ja żyłam i było mi dobrze , byłam zadowolona .Jeżeli jemu nie pasowało - -
    > dlaczego milczal? Próba rozmów wielokrotnie kończyła się zapewnieniamia że
    > mnie kocha i żebym się nie martwiła.Nie da się nie martwić,jeżeli widzisz że
    > osoba którą kochasz Cię oszukuje. Jeżeli ze złapanego sms-a dowiadujesz sie że
    > nie tylko ty ją kochasz, jeżeli raz czy drugi słyszysz strzępki /a raczej
    > ton / rozmów telefonicznych.

    Dlaczego milczał pytasz?
    Prawdopodobnie, dlatego iż go nie pytałaś czy podziela Twoje zadowolenie, bo
    niekoniecznie to, że Tobie było dobrze musiało oznaczać, że jemu również.


    > Pytasz czy przychodzi zalany w trupa - nie ,ale przychodzi na rauszu piwnym
    > o wiele częćciej niż dawniej i to byl dla mnie pierwszy sygnal że cos sie chyba
    > dzieje.Gdy zapytałam co sie dzieje usłyszalam ze kłopoty w pracy.Przyjęłam do
    > wiadomości i się odczepiłam bo wiem ze tam mu nie pomogę.

    Właśnie to, że się odczepiłaś mogło znaczyć radź sobie sam, mi jest dobrze i
    znalazł sobie piwnych współtowarzyszy niedoli, może i koleżankę, która pewnie też
    mu nie pomogła, ale wykazała jakieś tam zainteresowanie,(bo żony to nie obchodzi,
    mógł tak to odebrać).


    >A potem rozmowa tel
    >jedna, druga , sms i zaczynasz miec oczy dookoła głowy. > Jeżeli nikt ci nic nie
    > wyjasni masz 2 wyjścia:
    > 1.zwariować bo ci sie dwa światy nie zgadzają / To juz mam za sobą i sie
    > leczę /
    > 2.odejść.
    > I tu pojawia sie mój problem - bo ani pije, ani bije ani nawet nie nie
    > kocha / przynajmniej tak mówi a to i tak dużo /,w dodatku ja bardzo go kocham
    > i to mnie wykańcza / w ciągu 3 miesięcy schudlam 9 kg ,posiwialam i
    > postarzałam się o 10 lat/.Tak nie da się żyć bo ginę ja jako Ja.
    > Odejść - egoizm - bo dzieci.
    > Przecież na dobrą sprawę nawet sie nie kłócimy
    > /chyba że ja napiję się piwa :-))))) /.

    To, co może osłabić Twoją miłość do niego Twoja własna śmierć?
    W takim tempie za 12 miesięcy będziesz psychiczną i fizyczną staruszką wypaloną
    życiowo a on nawet tego nie zauważy.
    Mówisz, że się nawet nie kłócicie potrzebujesz jeszcze bójek?
    Jaki jest jego stosunek do waszych dzieci, które z was się nimi opiekuje?
    Jeśli chcesz żyć normalnie i stać Cię jeszcze na to zarówno finansowo i uczuciowo
    musisz podjąć bardziej zdecydowane kroki, bo wasz związek się sam nie uratuję być
    może nikt go już nie uratuje. Kochasz swoje dzieci chcesz się nimi zajmować(mam
    nadzieję, że tak,)więc nie czekaj, bo nie masz dużo czasu z tego, co widzę i
    zapomnij proszę Cię o kwestiach wiary, bo niedługo nie będziesz wierzyła w
    cokolwiek.


  • Gość: Lila IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 09.03.02, 14:56
    Sprobuj znalezc jakiegos madrego specjaliste od problemow malzensko- rodzinnych
    i koniecznie z nim porozmawiaj szczerze. Myslisz, ze masz duzy problem i nie
    wiesz jak z tego wybrnac, myslisz , ze jedynym rozwiazaniem jest odejscie.
    Niekoniecznie. Musisz porozmawiac szczerze z mezem i to najlepiej w obecnosci
    specjalisty, osoby madrej i postronnej. Moze wszystko mozna ulozyc tak, ze
    bedziecie znowu wszyscy bardzo szczesliwi.Drugi zwiazek moze byc dla ciebie
    niewypalem. Czy masz kogos innego????? Pozdrawiam.
  • Gość: ekika IP: 62.89.73.* 09.03.02, 17:01
    Lila - czytaj powyżej -źle mi sie wysłało ,dziękuję za odzew.Pozdrawiam.
  • Gość: Lila IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 09.03.02, 22:48
    Ekkika ty jestes jednym , wielkim klebkiem nerwow. Ty definitywnie tak zyc nie
    mozesz.Ktos inny( inny mezczyzna) w twoim zyciu waszych problemow nie rozwiaze,
    wrecz przeciwnie, to moze tylko pogorszyc obraz.Odradzam ci to definitywnie.
    Piszesz o tym, ze maz cie oszukuje, ale konkretnie co ty masz na mysli, czy
    obawiasz sie ,ze on ma kogos i odejdzie? Czasami ktos moze sie upijac tylko
    piwem, to moze rowniez doprowadzic do uzaleznienia. No i zycie rodziny moze nie
    byc wowczas ciekawe, mimo iz to nie wodka. Przeciez ty bedac w takim stanie nie
    mozesz byc pogodnym obrazem dla dzieci, w ten sposob nie dajesz im tego co im
    potrzeba : poczucia spokoju i bezpieczenstwa. Sama siebie tez oszukujesz, nie
    zaslugujesz na takie zycie. Porozmawiaj z kims madrym w tych sprawach, sama
    jesli maz nie chce. Jesli dojdziesz do wniosku, ze nic nie mozna naprawic, to
    zwyczajnie odejdz. Dzieciom potrzebny jest spokoj i zadowolona matka, jesli
    nie mozna miec i matke i ojca. Piszesz, ze schudlas, posiwialas, jestes
    nerwowa to ten twoj maz tego nie widzi? Musi widziec i co robi do diabla? Nic?
    Walcz o siebie i dzieci, nie daj sie zmarnowac, pomysl co by bylo z dziecmi
    gdyby nie daj Boze ciebie zabraklo? Sama tez chyba sie nie po to rodzilas, aby
    tylko cierpiec. Wez sobie kartke papieru i zacznij pisac to co cie boli, co cie
    dreczy, co ci nie pasuje. Pisz wszystko, takie luzne mysli, bez zastanowienia i
    systematyzowania. Pisz co ci sie tylko pojawi w glowie i dobrego i zlego. Potem
    przeczytaj to wszystko, moze na drugi dzien, na spokojnie. Moze to rozjasni ci
    widzenie waszej sytuacji i zobaczysz do czego powinnas dazyc , co dla ciebie
    najwazniejsze. Pamietaj TY I DZIECI powinnyscie byc numer jeden w tych
    rozrachunkach. Pozdrawiam , pisz co o tym myslisz.Jestes wazna dla nas tutaj ,
    dla ludzi obcych, jestes najwazniejsza i JEDYNA, NIEZASTAPIONA dla swoich
    dzieci. Mam nadzieje ze i dla siebie samej jestes rowniez wazna.
  • zlakobieta 10.03.02, 11:10
    trudno mi radzic, bo to ardzo delikatna sprawa i Twoje malzenstwo. Jesli
    doradze zle, to duzo stracisz.
    Napisze po prostu co mysle.
    Z tego, co opowiedzialas jasno wynika, ze twoj maz kogos ma. Niewazne jest
    rzeczywiscie czy fizycznie Cie zdradzil. Jesli inna kobieta pisze, ze go kocha
    i on prowadzi z nia czule rozmowy przez telefon, to niestety jest zle.
    Ja widze to tak. Jemu brakowalo czegos w malzenstwie (moze rzeczywiscie Twojej
    uwagi i pochylenia sie NAD NIM, a nie nad jego problemami, ktorych jak sama
    napisalas nie bylas w stanie pomoc mu rozwiazac) Znalazl inna - nowa, swieza
    kobiete nieobciazona wspolnym domem, dziecmi troskami... Taka, ktora mogla cala
    swoja uwage skupic na nim i na uczuciu do niego. Kazdy szuka w zyciu takiej
    osoby, a juz szczegolnie kiedy ma problemy.
    Poszedl na latwizne. Okazal sie slaby.
    I tu pojawia sie swiatelko w tunelu. Moze sie myle ale moim zdaniem to jest
    tylko jego odskocznia. Prawdopodobnie powiedzial jej, ze rodziny nie zostawi,
    bo gdyby mial taki plan, to juz by zaczal go realizowac i Ty bys to zauwazyla.
    Zaczelyby sie drobne sprzeczki, roznice pogladow, wytykanie twoich wad
    (posrednie lub bezposrednie) itp. Mysle, ze on widzi, ze jestes dobra zona i
    nie dajesz mu powodow (czyt. usprawiedliwienia) racjonalnych do tego aby cie
    krzywdzic. postanowil wiec miec rodzine, a jednoczesnie miec te druga, jak to
    sie brzydko mowi na boku.
    Mozesz sprobowac przeprowadzic terapie wstrzasowa. Porozmawiaj z nim szczerze.
    Powiedz, ze wiesz o tamtej (bez dokladnych szczegolow skad i jak-po prostu
    WIESZ)i pokaz mu swoj bol. Niech uslyszy od ciebie jak cierpisz i niech ci
    szczerze powie (zmus go do tego) DLACZEGO CI TO ROBI? Powiedz, ze go kochasz i
    nie mozesz byc z nim na takich zasadach. po prostu niech wybierze.
    Jest to plan ryzykowny, bo ja nie znam waszej sytuacji w 100% i moge sie mylic
    co do jego motywow. Jezeli jest inaczej niz napisalam, to on moze odejsc. mimo
    wszystko jednak zakladajac, ze napisalas wszystko szczerze o Waszej sytuacji,
    sadze ze ta deklaracja spowoduje, ze do Was wroci i rozstanie sie z ta druga.
    Niestety istnieje jeszcze niebezpieczenstwo, ze bedzie sie z nia nadala
    spotykal tylko w oekszej tajemnicy i bardziej ostroznie ale na to juz nie
    poradzisz chyba, ze "czego oczy nie widza..."
    Zastanow sie tylko czy potrafisz mu te zdrade NAPRAWDE WYBACZYC, bo jesli nie
    to daj sobie spokoj i pozwol mu odejsc albo odejdz sama. Decydujac sie na
    dalsze wspolne zycie musisz sobie zdac sprawe z tego, ze temat ten powinien
    pozostac tabu i juz nigdy wiecej nie wyplynac przy zadnej okazji. Jesli wiesz,
    ze nie dasz rady, to odpusc od razu, bo Twoj zwiazek jest i tak skonczony, a Ty
    tylko przedluzysz agonie (wiem co pisze. tak zrobila moja mama. nie potrafila
    zrezygnowac z meza i nie potrafila mu wybaczyc. to najgorsze co moze byc).
    Pozdrawiam cie bardzo, bardzo serdecznie i trzymam kciuki.
    Badz silna dla siebie i dla dzieci.
    Napisz co postanowilas. Bede czekac. :)))
  • Gość: Magdis IP: *.telia.com 10.03.02, 18:04
    Ja mam tylko jedno do powiedzenia- podziwiam twoja wytrwalosc. Ja bym z nim
    porozmawiala powaznie i powiedziala, ze zamierzam go zostawic. Moze to go
    zmobilizuje do ratowania zwiazku, jesli nie to dowidzenia.
    Co do religi- bo od tego sie zaczelo- nie wszystkie religie zakladaja zwiazek
    raz na cale zycie. Religia protestancka dopuszcza nawet ponowne malzenstwo, po
    przemysleniu i rozmowie z ksiedzem. To przeciez tez religia chrzescijanska. Kto
    jest w stanie zdecydowac co jest lepsze dla dzieci i wobec Boga -twoj
    rozpadajacy sie zwiazek czy szansa na nowy i lepszy, takze jako wzor dla
    dzieci.
  • Gość: moi IP: 213.25.85.* 11.03.02, 14:21
    Z tego co wiem kościół katolicki dopuszcza możliwość nieudnego związku
    sakramentalnego, z tym, że w takim przypadku zaleca (nakazuje?) separację i
    życie w samotności lub ewentualnie w związku z drugą osobą, ale bez współżycia
    seksualnego.
  • Gość: Kim IP: 213.77.91.* 11.03.02, 16:32
    Właśnie ostatnio baaardzo zdziwiło mnie, że Kościół katolicki dopuszcza
    powtórny związek, byle "biały" - czyli nie współżyjąc nie łamię przysięgi
    miłości, wierności?? Czegoś tu nie rozumiem?
  • Gość: ekika IP: 62.89.73.* 11.03.02, 19:47
    Wiedziałam że są tzw. białe związki małżeńskie ale to w moim przypadku nie
    wchodziłoby w grę nawet gdyby. Po prostu znam siebie ,znam nature swojej
    seksualności i seksualności w ogóle i w życiu nie skażę sie dobrowolnie na
    tortury do końca życia /zamienił stryjek siekierkę na kijek/.Szanuję poglądy
    kościoła katolickiego ,bo to moje poglady - ale ten pomysł mógł się zrodzić
    tylko w głowie która nie ma pojęcia o co chodzi /a może właśnie wie i na
    złość???:))))/.
    Jeśli chodzi o łamanie przysięgi to myślę tak :

    co do uczciwości -sprawa jest prosta - to kwestia woli,

    wierność -tu już gorzej, bo jak odgadnąć kto zdradza bo dał sobie
    przyzwolenie/przygoda, adrenalina/, a kto bo jest chory /czytaj uzależniony od
    seksu, co podobno wskazuje na niską samoocenę /

    natomiast z miłością nie ma żartów: nie podlega aktowi woli,jest niezależna od
    nas i naszych życzeń /serce nie sługa/.
    Jednakże jej utratę /lub nadejście/zawsze musimy postrzegać jako
    konsekwencję pewnych wydarzeń i wyborów, a także działań przez nas
    podejmowanych lub zaniechanych.
    Np jeżeli z partnerem z pracy,kortu czy kądkolwiek spędzam więcej czasu na
    rozmowie niż z własnym partnerem ,patrzę mu w oczy dłużej niż partnerowi;to
    jego potrzeby staram sie zaspokajać - kłopoty wcześniej czy póżniej sie
    pojawią.Na przeciw wyjdzie im frustracja i pretensje naszego współmałżonka.I
    po wielkiej miłości.
    Miłóść nie pojawia się znikąd.Algorytm,przepis na to jak rodzi sie miłość jest
    wbrew pozorom bardzo prosty, i niechcianych,toksycznych miłości można uniknąć.
    Tak jak można ochronić miłość dobrą i pożądaną , m.in.małżeńską.
    Sposób na uniknięcie jednej i ochronę drugiej jest taki sam ...używać rozumu
    albo przestrzegać przykazań, Każdego kościoła ,nie tylko katolickiego.
    Powtarzam się- gdyby każdy to robił nie byłoby ludzi nieszczęśliwych.Potem leci
    jak domino,jak lawina porywając winnych i niewinnych / do jakich w tym
    przypadku oczywiście SIEBE zaliczam;;-)))))/
    Pozdrawiam,dziękuję za głosy w dyskusji i zapraszam do dalszej.
  • malek1 11.03.02, 19:59
    Mysle, ze czasem pare rzeczy sie rozumie opacznie - nie ze zlej woli, ma sie
    rozumiec.
    Jesli KK znaje malzenstwo za nierozerwalne, to ludzie zyjacy w zwiazkach
    niesakramentalnych zyja w stanie odbiegajacym od normy KK. Stad - jako bedacy w
    grzechu - nie moga przystepowac do sakramentow (spowiedz tak, ale bez
    rozgrzeszenia, chyba, ze zyja jak brat z siostra. Znam takie pary, podziwiam,
    ich zwiazki sa cholernie silne). Spotkalem wiele takich niesakramentalnych par,
    ktore szanowaly sie i obdarzaly sie miloscia o ktorej pary sakramentalne moga
    tylko marzyc. Kosciol nie odrzuca takich par - sa w Kosciele, tyle, ze nie moga
    korzystac z sakramentow, co wcale nie znaczy, ze sa mniej warci (bo przeciez
    Komunia sw. nie jest jedynym srodiem zbawienia i nie jest tez nagroda za
    moralne zycie).
    Warto by takie pary niesakramentalne znalazly swoje miejsce w Kosciele i by
    duszpasterze nie traktowali ich nieludzo - jak tredowatych, to - ufam - oni
    przed pobozniosiami do Krolestwa niebieskiego wejsc moga. A z pewnoscia - ze
    wzgledu na cierpienie - Bogu sa b. mili.
    Serdecznosci - Malek1
  • Gość: Kim IP: 213.77.91.* 12.03.02, 09:33
    Jeśli pary niesakramentalne nie są gorsze - to dlaczego nie mogą przystępować
    do sakramentów. Coś tu chyba nie tak. Po co mam przystępować do spowiedzi,
    jeśli i tak jestem gorsza, bo przecież rozgrzeszenia nie dostanę. A jeśli bym
    miała kochanka równolegle z mężem - to rozgrzeszenie dostać mogę! Mogę kochać
    tego drugiego mężczyznę najgłębszą miłością, dzielić z nim codzienność, moje
    myśli - i wszystko jest w porządku, dopóki mnie nie dotknie??? Przecież to
    obłuda! Czy miłość małżeńska ogranicza się do seksu? A bez seksu nie jest
    miłością? Jestem po rozwodzie i wiem, że w Kościele Katolickim jestem osobą
    gorszej kategorii - i tłumaczenia, że jest inaczej są mętne, bo dla mnie liczą
    się fakty. Bez względu na przyczynę rozwodu będę tam kimś bez pełnych uprawnień.
  • Gość: ekika IP: 62.89.73.* 12.03.02, 10:44
    Kim,właśnie po to ta cala dyskusja ,bo jak nie czuć się gorszym jeżeli nie ma
    się dostępu do sakramentów.I nie ma to nic wspólnego z księżmi i ich stosunkiem
    do takich par, bo ja zdaję sobie sprawę że księża to też ludzie / vide PAetz/
    i też nie wolni od problemów.
    Ten stosunek się już zresztą zmienia także w K.K bo np rozmaite kościoły np
    amerykańskie mają juz to uregulowane.Mam na myśli stosunek duszpasterzy a nie
    dostęp do sakramentów /bo tak szczegółowo się nie znam/.
    Dla mnie nie jest ważne co myśli o mnie dany ksiądz tylko moje sumienie, a
    dostęp do sakramentów to jednak sprawa sumienia.
    Problem w tym że korzystając z nich często , NA PRAWDĘ /takie są moje
    doświadczenia/ jesteśmy w stanie łaski i to zwyczajnie przekłada sie na życie.
    Nie chcę sie wywnętrzać na tak ogólnym forum, ale jest w moim życiu okres
    kiedy prośby zgłaszane w modlitwie / a czasem tylko w myśli !!!/ spełniały
    się dosłownie z dnia na dzień ,w sposób trudny do uznania za zbieg
    okoliczności.Znam osoby których to takze dotyczy.
    Jest to jednak także okres kiedy korzystałam z sakramentów w sposób naturalny
    b. często.
    Potem życie,praca , dzieci coraz większe, czasu coraz mniej coraz rzadziej do
    kościola i modlitwa już nie taka.I co ??.I po sielance. I to co opisałam na
    wstępie.A miało być tak cudnie .I było,dopóki temu pomagałam.
    Czy można to zmienić spowrotem na lepsze? Z pomocą Bożą na pewno- choć
    niekoniecznie musi to być dokładnie to - na co liczymy.
    Jak liczyć na pomoc boską bez dostępu do sakramentu?
    Napewno można ,ale nie ma już w tej wierze owej siły,która sprawia że
    modlitwy zostają wysłuchane z dnia na dzień a marzenia się spełniają w
    lot.Pozdrawiam .


  • Gość: Kim IP: 213.77.91.* 12.03.02, 11:15
    A ja się modlę, na przekór wszystkiemu, żeby udało się nam zbudować to
    szczęście, które nas spotkało. Chociaż bez sakramentu i właściwie w grzechu...I
    boli mnie, że w Kościele Katolickim słyszę, że najważniejsze jest moje
    sumienie... Wcale nie jest najważniejsze, bo jeśli sumienie mówi mi co innego
    niż doktryna, to niestety moje zdanie się nie liczy. Nie powinnam kochać kogoś,
    kogo uszczęśliwiam i kto mnie uszczęśliwia. Bo to grzech i nikt mnie z tego nie
    rozgrzeszy... Ale kogo tym krzywdzę???? Mogę czuć i moje sumienie może mi
    mówić, że nie grzeszę, ale dla księdza w konfesjonale to nie ma znaczenia.
  • malek1 12.03.02, 12:51
    Droga Kim,

    rozumiem Cie. Ale z ludzkim bolem nie da sie dyskutowac - takie jest bol i
    taki jest czlowiek.
    Tak wiec pamietam o Tobie przed Tym, ktory rozumie Cie lepiej niz ja.
    Pa - Malek
  • Gość: Pastwa IP: 172.17.15.* 12.03.02, 13:00
    Kościół przez obstawanie przy tym, co nazywa moralnością, skazuje
    najrozmaitszych ludzi na niezasłużone i zbyteczne cierpienia, ponieważ opatrzył
    etykietą moralności zbiór małostkowych przepisów postępowania, które nie mają
    nic wspólnego ze szczęściem ludzi.
    Uważam, że Bóg w swym nieskończonym miłosierdziu nie może popierać takich
    nakazów nawet jesli wymyślili je ci, którzy w Jego imieniu mówią na Ziemi.
    Dobrze urządzony świat potrzebuje wiedzy, dobroci i odwagi. Nie potrzeba mu
    żalów i westchnień za przeszłością ani zakuwania w kajdany ludzi za pomocą słów
    wyrzeczonych niegdyś przez ignorantów.Potrzebna mu jest nadzieja na przyszłość,
    a nie oglądanie się wstecz.


  • Gość: Kim IP: 213.77.91.* 12.03.02, 13:10
    Kościół zmienia z biegiem czasu swoje zasady, a my mamy się zawsze
    podporządkować, czyli zmieniać sposób myślenia, czucia. To co wczoraj było
    grzechem według Kościoła Katolickiego - jutro może grzechem nie być. Ja wolę
    słuchać mojego głosu sumienia.
  • Gość: ekika IP: 62.89.73.* 12.03.02, 14:08
    Kim.
    Jestem dokładnie o krok za Tobą ,z moim sumieniem i moimi wyborami których
    muszę dokonac .Może i K.K. żmienia zasady co "chwile " i dobrze bo inaczej
    byłybyśmie obie na stosie, ale o ile wiem 10 przykazań (a niechby każdy tylko
    je stosował) ma kilka tysięcy lat i nie wzięło się znikąd, tylko w oparciu o
    realia życia i natury ludzkiej.I gdyby nawet wątpić czy to rzeczywiście sam
    Bóg dał je Żydom - trudno odmówić im uniwersalności jak na tyle lat jakie
    upłyneły od tego faktu.
    Pastwa nie wiem ile masz lat , czy masz dzieci i żonę,ale to co nazywasz
    kajdanami ,to zapewnienie siebie przez dwoje młodych - z reguły -lecz dorosłych
    ludzi - i to z WOLNEJ a nie przymuszonej woli ,o swojej miłośći i że o tym że
    trwać będzie zawsze.To co nazywasz słowami wyrzeczonymi "przez ignorantów" to
    podstawa, aby kobieta mogła bezpiecznie budować swój dom ,który nie może
    przestać istnieć tylko dlatego że mamusi lub tatusiowi (częściej) niestety sie
    odwidziało.Prawie w każdej sytuacji przegrana jest kobieta i jej dzieci i tego
    nie zmieni nawet najbardziej butna wypowiedż dowolnie utytułowanego
    forumowicza.Bo:
    -po pierwsze to MY siedzimy z małymi dziećmi i nie budujemy sobie bazy
    zawodowej i fininsowej a w razie rozwodu zgadnij kto na tym traci?
    -to My raczej dostaniemy dzieci pod opiekę i jeżeli nie wpłyną alimenty
    -To My mamy kłopot skad wziąć forsę na buty i lizaki (zwłaszcza miła sytuacja
    jak sie ileś lat było na urlopach itp.
    - wreszcie to my w tym kraju nawet jak dostaniemy robotę to gorzej płatną niz
    facet i jeszcze na emeryturze nas orżną.
    Z takiej pozycji gadki o wiedzy, dobroci i odwadze oraz nadziei na przyszlość
    wyglądają całkiem inaczej i nie ma z nimi nic wspólnego ani K.K ani wiara tylko
    najnormalniejsze poczucie za odpowiedzialności za swoje słowa i rodzinę
    zakładaną z w l a s n e j n i e p r z y m u s z o n e j woli.
    Te problemy nie dotyczą przecież tylko katolików ,a rozmaite religie i zbiory
    praw tylko je próbują porządkować w naszym interesie.Niektóre w sposób zawiły i
    skomplikowany, inne -w prosty, logiczny i ponadczasowy.
    Tak jak 10 przykazań.
    Pozdrawiam
  • Gość: Kim IP: 213.77.91.* 12.03.02, 14:48
    Przykazania się nie zmieniają, ale zmienia się ich wykładnia, czyli przełożenie
    na czyny. Czy wiecie, że 60 lat temu niedopuszczalne były naturalne metody
    planowania rodziny? Drażni mnie to wkładanie wszystkich rozwiedzinych do
    jednego kotła, bo jest różnie. Dla mnie to była porażka, rozpacz... A teraz
    nadal muszę za to płacić...
  • frisky2 12.03.02, 14:50
    No nie jest tak do konca. Np. przykazanie "nie zabijaj" znaczy chyba to samo,
    co znaczylo 5 tys. lat temu?
  • Gość: Pastwa IP: 172.17.15.* 12.03.02, 14:58
    Znaczy, ale nie ochroniło to wcale tysięcy ludzi przed "stosem" a przykazanie
    takie przecież jasne.
    Może, dlatego iż powstało potem wiele nowych "mądrzejszych" przykazów?
  • frisky2 12.03.02, 15:00
    Tylko, ze stosy potepili w koncu sami chrzescijanie. Jak juz sie mowi o
    zmianach i ewolucji pogladow w roznych religiach i kosciolach, to trzeba tez
    pamietac, ze czesc zasad i kanonow pozostala niezmienna.
  • Gość: Pastwa IP: 172.17.15.* 12.03.02, 15:11
    Zgadza się, sęk w tym, iż prawie wszystkie kanony(tzn. wyjściowe przykazania
    danej religii)nijak dość często się mają do ich późniejszych interpretacji
    i "ulepszeń”( nie mówię, że akceptowanych przez 100% wyznawców), z czego
    powstają w końcu zaprzeczenia tychże praw wyjściowych bardzo często jak
    najbardziej słusznych i mądrych.
  • frisky2 12.03.02, 15:14
    Moim zdaniem to o czym piszesz dotyczy zasad nie tyle "objawionych", co
    wymyslonych przez samych ludzi.
  • Gość: Pastwa IP: 172.17.15.* 12.03.02, 15:28
    Ostatecznie to człowiek wszystko interpretuje i zapisuje tak jak mu rozum myśli
    podpowiada(czymkolwiek miałby być ten impuls, czy to "objawianiem" czy też
    jakimś "olśnieniem" umysłu człowieka)
  • Gość: Pastwa IP: 172.17.15.* 12.03.02, 14:51
    Zupełnie mnie nie zrozumiałaś.
    Moim jedynym zamierzeniem jest, aby dwoje ludzi mogło się cieszyć wzajemnym
    szczęściem, kiedy mają tego potrzebę. Nie uznaję życia w cierpieniu obu ludzi,
    jeśli wynika ono tylko z jakiś nakazów a nie z własnej woli.
    Szczęścia i dobrobytu nie gwarantują, bowiem żadne przepisy a jedynie nasze
    własne postępowanie i ciężka praca.

    Piszesz ekika:
    >po pierwsze to MY siedzimy z małymi dziećmi i nie budujemy sobie bazy
    >zawodowej i fininsowej a w razie rozwodu zgadnij kto na tym traci?
    >-to My raczej dostaniemy dzieci pod opiekę i jeżeli nie wpłyną alimenty
    >-To My mamy kłopot skad wziąć forsę na buty i lizaki (zwłaszcza miła sytuacja
    >jak sie ileś lat było na urlopach itp.

    To był wybór Twojego rozumu i nie masz prawa nikogo akurat za to obwiniać,
    zwłaszcza swojego męża. Przyjęłaś bierną postawę liczenia tylko na męża, więc
    musiałaś się liczyć z jej konsekwencjami.

    Ja natomiast odnoszę się do sytuacji, w których para nie jest uwikłana w
    podobne zależności finansowe.
    Kwestii odpowiedzialności nie poruszam pozostawiam ją ludzkiemu sumieniu.
    Nie zachęcam przecież nikogo w tym i Ciebie, aby od kogokolwiek odchodził wbrew
    swojej woli. Kto chce cierpieć w związku z niekochaną osobą, dlatego by nie
    łamać wcześniejszych obietnic jak najbardziej ma do tego prawo.
    Pisałem natomiast o katolikach, bo żyję w Polsce gdzie są oni większością.

    Z tego, co piszesz nie masz żadnych wyrzutów moralnych a jedynie potrzeby
    finansowe.

  • Gość: ekika IP: 62.89.73.* 12.03.02, 17:38
    Pastwa, dziękuję że odniosłeś sie jakoś tam do moich słów ,nie napisałeś tylko
    czy masz żonę i dzieci.Oczywiście nie musiałeś, ale to by pewnie rzuciło mi
    pełniejsze światło na twoje słowa.
    nie traktuj mych słów jako strikte mojego problemu /ja akurat masm swoja firmę
    i z pieniędzmi nie mam trudności/ ale nie można oddzielić bytu finansowego od
    funkcjonowania pełnej rodziny.
    Jeżeli nie masz dzieci,to to że tego nie rozumiesz - będzie ci wybaczone.
    Możliwe są c.a. 3 układy:

    1./ jedno zarabia pieniądze - drugie zajmuje sie dziećmi - częste
    2./oboje na zmianę zajmują sie dziećmi - b.męczące
    3./mają gosposię lub spadek po babci -co na jedno wychodzi

    gdyby to zwyczajowo w Polsce mężczyżni wychowywali dzieci -to Ty z nimi byś
    siedział i ja mówiłabym Ci że to wybór Twojego rozumu.

    Tak sie składa że to kobieta rodzi i karmi i musi przyjąć"postawę liczenia
    tylko na męża" jak Ty to nazywasz.A na kogo niby ma liczyć.
    A możetrzeba TAKIE zostawiać na pastwę(nomen -omen) losu?
    Niestety nie ja to wymysliłam że do życia są potrzebna pieniądze,i sielanka ich
    zbędnośći szybko sie kończy.A może się mylę?
    90% normalnych par jest uwikłanychjest w zalezności finansowe ,bo budują domy
    biorą wspólne kredyty i spłacają samochody.
    Co do odpowiedzialności sie nie wypowiadasz pozostawiając ją kwestii sumienia.A
    dla mnie to odpowiedzialność za rodzinę jest osią tej dyskusji.

    Ostatnie zdanie pozostawiam bez komentarza . Pozdrawiam i proszę o jeszcze.

  • Gość: Pastwa IP: 172.17.15.* 12.03.02, 18:45
    ekika piszesz:
    >gdyby to zwyczajowo w Polsce mężczyżni wychowywali dzieci -to Ty z nimi byś
    >siedział i ja mówiłabym Ci że to wybór Twojego rozumu.

    Powiedz mi czy to „zwyczaj” mówi Ci co masz robić w życiu czy Ty sama?
    Tak się składa, że znam wiele małżeństw w których zarówno kobieta jak i
    mężczyzna opiekują się dzieckiem i jest to dla mnie zrozumiałe.

    >Tak sie składa że to kobieta rodzi i karmi i musi przyjąć"postawę liczenia
    >tylko na męża" jak Ty to nazywasz.A na kogo niby ma liczyć.
    >A możetrzeba TAKIE zostawiać na pastwę(nomen -omen) losu?

    Są naturalnie okresy w których jedno z partnerów przejmuje chwilowo ciężar od
    drugiego. Nie trwa to przecież wiecznie więc nie zwalajmy problemu
    samodzielności na powyższe sprawy.

    >Niestety nie ja to wymysliłam że do życia są potrzebna pieniądze,i sielanka
    >ich zbędnośći szybko sie kończy.A może się mylę?
    ᢒ% normalnych par jest uwikłanychjest w zalezności finansowe ,bo budują domy
    >biorą wspólne kredyty i spłacają samochody.
    >Co do odpowiedzialności sie nie wypowiadasz pozostawiając ją kwestii
    >sumienia.A dla mnie to odpowiedzialność za rodzinę jest osią tej dyskusji.

    Odpowiadam na Twoje pytanie:nie mam dzieci, ale też i nie piszę o nich.
    Jest mnóstwo małżeństw, w których nie ma jeszcze dziecka a istnieje chęć
    rozstania się i podziały materialne nie są tam istotą problemu. To właśnie do
    takich klarownych sytuacji z punktu widzenia danej pary odnoszę się w swoich
    wypowiedziach.
    Pozostawiam w nich miejsce również na takie przypadki jak Ty opisujesz, bowiem
    wierzę, że ludzie sami najlepiej orientują się w swojej sytuacji nawet bardzo
    niezdrowej i mają prawo zdecydować sami, co dalej, bo nie istnieją takie
    przepisy, które zrobią za nich dobrze w małżeństwie czy też po za nim.
    Co do odpowiedzialności tylko ty sama musisz rozstrzygnąć ten problem i nie ma
    się, co tu zasłaniać religią.

    Charakter mojej wypowiedzi wynika ze sposobu, w jaki postawiłaś swój problem w
    pierwszym poście. Zrozumiałem z niego, że jasno wiesz, co masz(macie?)Czynić a
    przeszkadzają Ci(wam) w tych działaniach zakazy religijne.

    Pozdrawiam



  • Gość: barabasz IP: *.pppool.de 12.03.02, 19:10
    z gory uprzedzam, ze nie czytalem wszystkich wypowiedzi, ale sadze, ze
    przesledzilem w miare dokladnie Twoje.
    Twoje poglady wykazuja duza niespojnosc, aby nie powiedziec: sprzecznosc.
    z jednej strony stwierdzasz, ze milosc nie jest kwestia woli, z drugiej,
    ze "obrona" milosci polega mniej lub bardziej na trzymaniu sie litery
    przykazan, np. dekalogu. czymze jest trzymanie sie litery przykazan, jesli nie
    kwestia wolnej woli (pomijam przypadki patologiczne, gdzie czlowiek obiektywnie
    nie jest w stanie rozrozniac miedzy dobrem a zlem)?
    abstrahujac od mojego stosunku do przykazan: milosc jest - w p r z e c i w i e
    n s t w i e do tzw. "zakochania" (gra hormonow) jak najbardzie wyborem wolnej
    woli. chce lub nie chce kochac drugiego czlowieka. chce lub nie chce dzielic z
    nim zyca. chce lub nie chce byc za niego odpowiedzialnym.
    bajka o "niemoznosci" dawania milosci w drodze wolnego wyboru (woli) jest bajka
    egocentrykow szukajacych tylko i wylacznie -jakze falszywie pojetego- wlasnego
    dobra.
    polecam Ci serdecznie powrot do malego ksiecia : "oswoiles mnie i teraz jestes
    za mnie odpowiedzialny". czymze innym jest w gruncie rzeczy milosc, jak nie jak
    najszerzej pojeta odpowiedzialnoscia za partnera, ktorego kiedys udalo nam
    sie "oswoic" ?
    z najlepszymi zyczeniami
    b.
  • Gość: ekika IP: 62.89.73.* 12.03.02, 19:12
  • Gość: EKIKA IP: 62.89.73.* 12.03.02, 19:35
    Barabaszu .
    Zgadzam sie z Tobą całkowicie kiedy rozgraniczasz "zakochanie od miłości"
    Pisząc zdanie zakończone "serce nie sługa" miałam tak naprawdę zakochanie na
    myśli, ale rozgryzanie tego powyżej uznałam za przekraczajace ramy tego wątku.
    Poza tym miłość i zakochanie są przez przeciętnego czytelnika na tyle często
    mylone że myślę ze nie popełniłam większego nadużycia /wyłącznie na potrzeby
    tego wątku/. Pewno nie miałbyś wątpliwości gdybyś przeczytał resztę wypowiedzi.
    Zgadzam sie także kiedy miłość prawdziwą definiujesz jako akt woli i
    odpowiedzialności (kocham nadal- bo CHCE cię kochać).
    Mógłby to być temat na następny wątek.pOZDRAWIAM
  • sabe-na 12.03.02, 21:30
    ekika napisał(a):

    > Kochani jak radzicie sobie z problemem wiary kiedy nie ułożył sie Wam związek
    >
    > sakramentalny i jesteście w drugim lub kolejnym związku.Przecież prawie każda
    > religia potępia to

    Kosciół katolicki uznaje zwiazek małżeński za nierozerwalny, ale mówiąc: "co Bóg
    złączył - człowiek niech nie rozłącza" i jednocześnie: "cokolwiek złączycie na
    ziemi - będzie złączone w niebie, a cokolwiek rozłączycie na ziemi - będzie
    rozłączone w niebie".
    No i znane są przecież przypadki uniewaznienia małżeństw zawartych w kosciele.
    O małżonkach mówi sie "juz nie dwoje, ale jedno ciało". Jezeli jednak smierć tę
    jedność już przekreśla - to dlaczego,tak się zastanawiam, nie miałaby jej
    przekreślić śmierć miłości?
    Przy czym - wydaje mi sie, nie nalezy wszystkiego pojmować bezdusznie. Wszakze
    najważniejsze sa intencje. Zupełnie inaczej powinien być potraktowany małżonek,
    który zdradza i porzuca, a potem zawiązuje nowy zwiazek, a zupełnie inaczej
    porzucony.
    I sumienie jest tu jedynym sędzią. Jezeli komus zalezy - znajdzie drogę.

    Pozdrawiam
  • Gość: Malek1 IP: *.ppp.lrz-muenchen.de 12.03.02, 22:09
    Jedno drobne ale wazne sprostowanie: nie uniewaznia sie malzenstw w Kosciele,
    ale ORZEKA SIE NIEWAZNOSC, tzn. stwierdza sie, ze (chociaz w kosciele sobie
    slubowali a potem byla impreza) nigdy zgodnie z prawem malzenstwo nie zostalo
    zawarte (ze wzgledu na przeszody to uniemozliwiajace, np. kobieta nie
    wiedziala, ze face jest homoseksualista, bo on to ukrywal)
    Pozdr - M.
  • sabe-na 13.03.02, 08:00
    Gość portalu: Malek1 napisał(a):

    > Jedno drobne ale wazne sprostowanie: nie uniewaznia sie malzenstw w Kosciele,
    > ale ORZEKA SIE NIEWAZNOSC, tzn. stwierdza sie, ze (chociaz w kosciele sobie
    > slubowali a potem byla impreza) nigdy zgodnie z prawem malzenstwo nie zostalo
    > zawarte (ze wzgledu na przeszody to uniemozliwiajace, np. kobieta nie
    > wiedziala, ze face jest homoseksualista, bo on to ukrywal)

    Wydaje mi się, ze nie masz racji.
    Z tego, co piszesz wnioskuje, ze masz podstawy, aby tak twierdzic, teoretyczne
    podstawy.
    Ja moge mówić jedynie na podstawie doswiadczenia - znam takie osoby, które
    usilnymi staraniami doprowadzily do uniewaznienia swojego związku.(Czy nazwiesz
    to orzeczeniem niewazności - to juz tylko słowa)
    A historia zna przypadki "wielkich tego świata", którzy również dostawali
    "kościelny rozwód".
    I dlatego, poniewaz w duzej mierze zależy to od INTERPRETACJI, mysle, że jezeli
    komuś zalezy - znajdzie drogę.

    Pozdrawiam
  • Gość: Malek1 IP: *.ppp.lrz-muenchen.de 13.03.02, 08:42
    Drogi/a
    piszesz po prostu brednie i tyle. Ale o czym mozna mowic kiedy nie rozrozniasz
    uniewaznienia (cos bylo wazne i nagle wazne nie jest - zwroc uwage, ze nawer po
    rozwodzie ludzie nie maja w dowodzie panna/kalwaler, ale rozwodnik) a
    orzeczenie niewaznosci (tzn. udowodnienie, ze warunki do malzenstwa konieczne
    nie zostaly dopelnione).
    Ale tlumaczyc mozna dlugo kiedy ktos rozumie albo stara sie zrozumiec. Ot
    znowoz taka mala roznica.
    Pa- M.
  • sabe-na 13.03.02, 08:54
    Drogi Ekspercie!
    Sam napisałeś, ze chodzi o te "warunki, które nie zostały dopełnione, aby
    małzeństwo uznać za ważne".
    I wszyscy się co do tego zgadzaja. Kwestia tylko wykazania niedopełnienia. A to
    juz kwestia sumienia.

    Poniewaz nie wystepuję tutaj jako ekspert, co zaznaczyłam, to nie wydaje mi sie
    słuszne, aby nazywać bredniami to, co piszę. Kazdy wszak ma prawo mysleć, nawet
    jeżeli sposób rozumowania jest Ci obcy.

    Pozdrawiam

  • Gość: Malek1 IP: *.ppp.lrz-muenchen.de 13.03.02, 09:14
    Droga Sabeno,

    nie chodzi o sumienie: niedopelnienie trzeba udowodnic i sa tu konkretne
    przypadki i tylko te.
    Wydaje mi sie, ze brednie moze pisac kazdy (za dosc mocne slowo jest mi
    przykro) -nie tylko ekspert. I nie o sposob myslenia tu chodzi, tylko o
    zrozumienie tego, co napisalem. Rozumiec nie trzeba - mozna. Tylko, ze dyskujsa
    jest dosc zamacona. Ale to juz zdaje sie sprawa emocji.
    Serdecznosci jeszcze serdeczniejsze - :))) M.
  • sabe-na 13.03.02, 09:29
    Gość portalu: Malek1 napisał(a):

    >
    > nie chodzi o sumienie: niedopelnienie trzeba udowodnic i sa tu konkretne
    > przypadki i tylko te.

    Właśnie o sumienie chodzi w tym konkretnym przypadku. Bo chyba nie zaprzeczysz,
    ze praktycznie to WSZYSTKO mozna udowodnić - zalezy to od umiejętnosci
    adwokata/prokuratora, oraz od sędziego. I tak to mozna potem pięknie opisać i
    ponazywać, ze to sumienie prawie nie ma odwagi pisnąć, a co mówić o
    gryzieniu...;-)

    Pozdrawiam
  • Gość: Malek1 IP: *.ppp.lrz-muenchen.de 13.03.02, 09:44
    Droga Sabeno,

    silna z Ciebie Panna - jam slabiutki i coraz slabszy. MOja ostatnia proba:
    nie chodzi o sumienie - choc od niego sie zaczyna. Sa konkretne i tylko te
    przeszkody (nawzalem je w ostatnim poscie dosc nieprecyzyjnie przypadkiami) i
    tylko na ich podstawie mozna orzec niewaznosc malzensta (por. tu moj pierwszy z
    gory post). NIE MOZNA WSZYSTIEGO UDOWODNIC - bo z urzedu jest ktos taki jak
    obronca wezla malzenskiego, ktory to broni instytucji malzensta (ktore w
    trakcie procesu jest wazne, bo nie udowodniono czegos innego; to tak jak
    domniemanie niewinnosci) i spraw szczegolowo bada i nie jest strona w sporze. A
    juz na koniec - bardzo trudno orzec niewaznosc malzensta i dzieje sie to zadko,
    choc warto te probe podjac, jesli sa watpliwosci co do spraw najistotniejszych.

    Ostatnie i najserdeczniejsze serdecznosci - M.
    P.S. Nie jestem tu ekspertem, po prostu uwazalem na zajeciach. Co to sie
    wszystko przydac w zyciu moze, moj Ty Boze :0))))
  • sabe-na 13.03.02, 10:50

    To jeszcze raz ja, jeśli można.
    Pozwolę sobie powtórzyć, bo wiem, co mówię: prawie wszystko można udowodnić,
    jesli się chce orzec nieważność małżeństwa. To tylko kwestia umiejętności
    adwokata. Wszak proces toczy sie zgodnie z litera prawa, a prawo jest tworem
    człowieka. Opiera sie wprawdzie na prawie boskim, ale - tu jest właśnie kwestia
    interpretacji i... sumienia(!). (Cały czas mowa o prawie kanonicznym, oczywiscie).

    Zaczął sie ten wątek od sprawy sakramentów w związkach niesakramentalnych.
    I to w kontekście tego zaczęłam mówić o "uniewaznianiu" czy tez jak sprostowałeś
    "uznaniu za nieważne" małżeństywa poprzedniego. Tu też jest kwestia sumienia i li
    tylko jego. Bo, jak mówię, doprowadzić do "uznania za nieważne" - można. I w
    związku z tym - "legalnie" przystępować do sakramentów.
    I naprawdę pozostaje tylko (i az) sumienie.

    Pozdrawiam

  • re_ne 13.03.02, 00:46
    Caly problem chyba w tym, ze kosciol to taka instytucja, ktora zradza w nas
    tylko strach i poczucie winy.
    W imie czego slaba, bezbronna kobieta do konca zycia ma sie meczyc np z mezem
    alkoholikiem, ktory w dodatku jeszcze ja leje? - bo to przewaznie idzie w parze.
    Ta kobieta kiedy odejdzie, przez kosciol bedzie potepiona!!! Bedzie zyla w
    leku, ze kiedys spotka ja za to ZASLUZONA kara!!!
    Nie dostanie rozgrzeszenia - ale chyba juz tylko w Polsce!!!, gdzie koscol jest
    wybitnie zacofany, a ludzie, szczegolnie ci starsi, patrza w ksiezy jak w
    bostwo!!!
    W Niemczech, jesli jest konkretny powod - slub koscielny moze byc rozwiazany, i
    jako ciekawostke podam, ze nie ma tu czegos takiego jak spowiedz w polskim
    kosciele, tylko jest spowiedz zbiorowa. Wyglada to w ten sposob, ze jest to
    specjalna msza z odpowiednim kazaniem i kazdy spowiada sie z tego co nabroil w
    duchu - i jest rozgrzeszony!!! :))

    Inaczej rzecz ma sie w przypadku, gdzie w malzenstwie nie dochodzi wprawdzie do
    rekoczynow, ale milosc miedzy malzonkami juz wygasla, a na horyzoncie pojawila
    sie nowa. W takim przypadku zaden kosciol i to chyba w zadnej z religii
    malzenstwa nie rozwiaze, ale uwazam, ze jesli obydwie strony sa zgodne co do
    kwestii rozstania sie ze soba, to powinny nawet to zrobic i to bez zadnych
    psychicznych zachamowan.


    Pozdrawiam
  • Gość: zula IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 13.03.02, 09:22
    A czy Pan Bóg nie kazał nam przypadkiem się miłować. Kochajcie się, tak mówi, a
    jeśli ja kocham swojego byłego męża ale jako człowieka ale nie jako towarzysza
    życia to czy grzeszę? Kocham go i nie zrobiłabym mu krzywdy, ale nie chcę z nim
    żyć pod jednym dachem bo to on mi tą krzywdę wyrządził swego czasu. W imię Boga
    wybaczyłam mu to i potrafię z nim normalnie rozmawiać. Cudzołożę... nie
    przecież śpię w swoim własnym łóżku, można by zażartować... Cóż znaczy
    słowo "cudzołożyć", to znaczy zdradzać? To w imię kościoła katolickiego
    zdradzam swojego ślublengo męża z człowiekiem z którym jestem teraz, mimo że z
    mężem nie współżyje od kilkudziesięciu miesięcy... zdradzam, cudzołożę nawet
    jeśli nie mieszkam...

    Czy Pan Bóg wywiódł mnie na pokuszenie dając mi tę miłość zamiast tametej, czy
    powinnam cierpieć i żyć w czystości, clatego że kiedyś przysięgałam przed
    Bogiem miłość do końca życia... Wystawiona na pokuszenie... dlaczego
    cierpiałam, kiedy mój mąż dopuszczał się zdrady, cudzołożył... dlaczego Pan Bóg
    pozwolił mi cierpieć... Dziś nie cierpię, dziś jestem szczęśliwa... czy Pan Bóg
    nie cieszy sięże jestem szczęsliwa i dopiero teraz jestem w stanie żyć tak by
    swojego życia danego mi kiedyś przez niego samego nie znarnować na użalaniu się
    na siebie i swój los... Kośció katolicki, wiara katolicka... Ja wierzę w Boga i
    wiem że on mnie kocha i nie chciałby bym cierpiała... a kler, czy oni cierpią
    jeżdżąc nowymi samochodami za pieniądze z tacy swoich parafian... czy to nie
    kościół katolicki narzucił sobie celibat i sam go łamie... kościół katolicki
    narzuca nam to co jest mu wygodnie... Czy za unieważnienie małżeństwa nie
    bierze pieniążków, czy za ślub kościelny nie bierze pieniążków, czy za chrzest,
    komunię św. nie bierze ... miejmy umiar...

    Najważniejsze to wierzyć że Pan Bóg nas kocha i chce byśmy kroczyli za nim w
    wierze. Pismo święte mówi o duszpasterzach by nauczali... gdzie jest napisane -
    bierzcie pienądze, kiedy chodzicie kolędować... oni mają nauczać a nie kazać
    nam jak mamy się zachowoywać. ...
  • Gość: Malek1 IP: *.ppp.lrz-muenchen.de 13.03.02, 09:47
    Zula,

    jakie to wszystko proste. Oj jakie proste...
  • Gość: zula IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 13.03.02, 10:48
    A czy Pan Bóg kazał nam komplikować sobie życie? Czy powiedział - słuchajcie
    księży, duszpasterzy oni zawsze mają rację? A nasi księża właśnie tak się
    zachowują jakby to oni byli Bogami. A mają tylko w imienu Boga przemawiać...

    Malek1, czy życie nie jest i tak skąplikowane na tyle by jeszcze sobie tego
    dobrego dokładać? Ja je sobie upraszam, i jest mi z tym dobrze, ale to może
    tylko i wyłącznie moje sumienie. A to akurat mam czyściutkie - nikomu krzywdy
    nie robię, nie kradnę, nie zabijam, nie cudzołożę, nie ... wielu rzeczy jeszcze
    nie robię ale kocham życie, kocham ludzi i wszelkie stworzenie. A dlaczego
    kocham, bo Pan Bóg mi na to pozwolił dając mi spotkać najcudowniejszego
    człowieka z którym dziś dzielę swoje życie. To dzięki niemu uwierzyłam że świat
    nie jest taki zły... Myślisz, że Pan Bóg działał bez celu... Przecież jako
    Ojciec kocha mnie swoje dziecko i chce dla mnie jak najlepiej, wiec...

    Pozdr.
  • re_ne 13.03.02, 09:52
    Zula, z tym characzem na kosciol to jest osobny i obszerny temat! Samochody
    jakimi jezdza ksieza to jeszcze nic w porownaniu z bezsensownoscia i skrajna
    rozrzutnascia jaka jest zakup przez kler w Czestochowie rzezbionych i BOGATO
    POZLACANYCH mebli. I kto za to placi????? Wiadomo!!! - naiwni wierni!!!!!
    Uwazam ze powinien w Polsce przyjac sie system placenia podatku na kosciol taki
    jaki jest na zachodzie.
    Z dochodow brutto automatycznie placi sie symboliczny podatek na kosciol, w
    ramach ktorego oplacone sa wszystkie sakramenty od chrztu poczawszy i na
    pogrzebie skonczywszy. Czy takie rozwiazanie nie byloby w Polsce lepsze???


    Pozdrawiam
  • Gość: ekika IP: 62.89.73.* 13.03.02, 10:22
    kochani myśle że podatki na kościół to świetny temat ,ale wykracza poza ramy
    tego wątku może by załozyć nowy :)))))?
    pozdr .E.
  • re_ne 13.03.02, 10:30
    Witaj Ekiko!!!!!

    Mysle, ze sie na mnie nie gniewasz, .... :)



    Pozdrawiam Cie i posylam Tobie usmiechy!!! :)))))))
    Rene
  • ekika 13.03.02, 10:36
  • ekika 13.03.02, 10:44
    Rene oczywiście że się nie gniewam,dbam tylko żeby mi wątek nie odszedł od
    tematu.Pozatym rzeczywiście uważam że to dobry temat na nowy wątek.:)))) E.
  • malek1 13.03.02, 19:11
    Poelcam wszystkim 2 artykuly z TP: Wolenskiego (filozof i agnostyk) i
    Sobanskiego (ks. i prawnik koscielny). Adresik:
    www.tygodnik.com.pl/numer/tp/index.html

    Z harcerskim: czuj czuj czwaj - Malek1, harcerz niegdysiejszy
  • Gość: trzcina IP: 62.89.73.* 13.03.02, 21:32
    Rzadko miewamy i rybki, i akwarium... I często coś wybrać trzeba. To, o czym
    rozmawiacie, to wybór między miłością i miłością, trudny i zawsze bolesny. I
    traci się bliskość albo ukochanego człowieka, albo Boga w sakramencie. Nie
    stoję przed takim wyborem, nie wiem, co okazałoby się dla mnie
    ważniejsze ...Ale jest też ten wybór prostą konsekwencją innego, wyboru(?)
    Kościoła i małżeństwa takiego właśnie, sakramentalnego, nierozerwalnego. Tyle
    że w małżeństwie, inaczej niż w kapłaństwie sporo zależy od drugiej osoby.
    Dlatego chyba najtrudniej mają osoby opuszczone.
    Tobie, Ekiko i wszystkim dziękuję za ciekawy watek
    Pozdrawiam i lecę czytać Woleńskiego

  • Gość: tipi IP: 158.66.22.* 14.03.02, 13:06
    Oczywiście, życie składa sie z wyborów, jak mawiał pewien mój przyjaciel. ALe
    jest jeszcze jedne aspekt, myślę że pozytywny całej tej sprawy. Sakrament
    małżeństwa, tak samo jak inne sakramenty to rzeczywistość bosko- ludzka. Co
    oznacza, że Bóg tym ludziom, którzy ślubują sobie wierność, miłośc i że siebie
    nie opuszczą, obiecuje, że On będzie im dawał łaskę do wypełnienia tych
    przyrzeczeń. Oczywiście między ludźmi rozgrywają sie czasem dramaty i trudno
    jest wytrzymać - jesteśmy przekonani, że ta rzeczywistość w której tkwimy jest
    zupełnie bez sensu i że ona przynosi cierpienie i szkodę nam samym i naszym
    bliskim, a zwłaszcza dzieciom. I w takiej sytuacji rzeczywiście jest prawie
    niemożliwe brać pod uwagę to, ze Bóg rzeczywiście obiecał w sakramencie
    małżeństwa to że będzie dawał łaskę byśmy mogli sie kochać, być sobie wierni i
    wytrwać ze sobą do śmierci. A On rzeczywiście taka łaskę daje.
    Gdy ja wchodziłem w małżeństwo, byłem człowiekiem bardzo pokopanym
    emocjonalnie - zamkniętym w sobie, bałem się ludzi, uważałem siebie za
    człowieka mało wartego i niegodnego zainteresowania i miłości innych. Dziś
    wiem, że właściwie byłem wtedy na skraju choroby psychicznej. Pan Bóg dał, że
    jesteśmy razem w małżeństwie 20 lat, mamy siedmioro dzieci i żyjemy. I myślę,
    że mogę powiedzieć również w imieniu mojej żony, że pomimo trudów zmęczenia,
    czasem kłótni i konfliktów itp. itd. jest nam ze sobą dobrze i jesteśmy w sumie
    szczęśliwi. I nie stało sie to za sprawą jakiejś mojej pracy nad sobą,
    psychoterapii czy czegoś takiego.
    Do ekiki: jeżeli uważasz, że chcesz podjąć próbę wytrwania w swoim małżeństwie,
    to módl się wytrwale, to nie są bajki - Bóg naprawdę słyszy i wysłuchuje, co
    sama z resztą wiesz. A wysłuchuje szczególnie "zgnębionych na duchu" jak to
    jest w którymś psalmie. Módl sie, nie wiem jak - na różańcy , własnymi
    słowami, - proś Go nieustannie. Spróbuj zaprosić do wspólnej modlitwy męża.
    Jak już się tak rozgadałem to opowiem jak przez wiele lat nie potrafiłem
    zaakceptować i pokochać moich starszych synów - drażnili mnie ciągle, byłem w
    stosunku do nich opryskliwy, często na nich krzyczałem, oni sie odwzajemniali
    nieposłuszeństwe, powoli sytuacja stwałą się drobnym piekiełkiem. Wtedy
    powiedziałem "Słuchajcie - musimy się modlić" - i zaczęliśmy przed każdym
    posiłkiem wspólnie modlić i prosić Go aby obdarzył nas miłością wzajemną. I Bóg
    nie dał nam długo czekać - w ciągu mniej więcej roku sytuacja się zmieniła
    diametralnie - nie potrafię powiedzieć w jaki sposób (a z wykształcenia jestem
    pedagogiem i co nieco o dynamice grup i procesach grupowycvh jak i o terapii
    rodzin czytałem), to znaczy trochę rozumiem, bo ta zmiana wiązała się z
    urodzeniem sie czwartego syna - jakoś tak się stało, że i ja mogłem go pokochać
    a i starsi synowie też pokochali to małe dziecko i to był taki katalizator.
    Pozdrawiam serdecznie ekikę i wszystkich.

  • malek1 14.03.02, 21:47
    Dzieki za Twoja historie. Fajna.

    Pa - Malek1
  • Gość: So_Y IP: 217.168.131.* 15.03.02, 11:20
    Najprosciej jak sie da... byc ateista i pozbywamy sie problemu raz na zawsze :-)

    Pzdr
    So_Y
  • Gość: ekika IP: 62.89.73.* 15.03.02, 11:59
    dziękuje wszystkim za odzew ,jesteście kochani (........to zabrzmiało jak
    podlizywanie ale rzeczywiście tak myślę).:)))))E.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka