• drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego

Pogodzenie sprzecznosci pewnej Dodaj do ulubionych

  • 10.06.13, 13:25
    Rozmawialem tutaj z Nanie i przypomnial mi sie pewien dylemat, moze ktos chce sie podzielic refleksja.

    Jest teoria, ze wszelkie problemy mozna sprowadzic do rozbuchanego ego i wlasnych potrzeb, w tym krzywdy i urazy. Jesli ktos np mnie wyzywa a ja sie denerwuje- to jest to efekt mojej zbyt rozbuchanej potrzeby szacunku i uznania. Gdy ktos mnie oszuka i cierpie to mam zbyt wybujala potrzebe zaufania. Gdy mam kiepska prace i cierpie to jest to efekt mojego zbyt rozwinietego poczucia wyjatkowosci. Gdy stresuje sie brakiem pieniedzy to znaczy, ze mam zbyt wybujala potrzebe bezpieczdenstwa. Gdy zamartwiam sie ubogim zyciem erotycznym, to mam zbyt wybujale potrzeby seksualne. I tak dalej.

    Pracujac nad soba czlowiek uczy sie znajdowania swoich wad, ktore sa powodem problemow.
    I dalej- recepta na te cierpienia jest panowanie nad tymi swoimi wadami, czyli wybujalymi potrzebami i ego.

    Z drugiej strony, inne teorie mowia o tym, ze zrodlem problemow jest zaprzeczanie wlasnym potrzebom, ignorowanie wlasnych uczuc, emocji, pragnien. Czyz juz nie pachnie sprzercznoscia? Dalej- czlowiek cierpi, poniewaz robi to co 'powinien' a nie to, co naprawde chce czy lubi robic. Wchodzi w relacje, pracuje, spedza czas wolny, ma taki a nie inny stosunek do pieniedzy czy wypoczynku- z zaprzeczeniu do samego siebie.

    Tutaj element, taki 'buddyjski' laczacy te dwie kwestie jak klamra- ktory polega na odpowiedzi na pytanie- kim jestem? czego chce? co czuje? Czy jestem tym kim jestem, czy akceptuje to, kim jestem? I pojawia sie fundamentalne pytanie: czy moje potrzeby wymagaja poskromienia- czy odwrotnie, afirmacji? Ktore potrzeby sa autentyczne, a ktore maskuja inne potrzeby?

    Np ktospisze tutaj, ze nalezy byc soba, wsluchac sie w siebie- a zarazem krytykuje uczucia leku, ktore kieruja czlowiekiem. To oddaje to zamieszanie, o ktorym mowie. Czy nalezy w ten lek wsluchac sie i uznac za swoj i wazny, czy odwrotnie- uznac, ze jest on obcy i trzebaby go zwalczac, ignorowac?

    Mowia, ze nie ma zlych emocji, sa tylko przyjemne i nieprzyjemne- i wszystkie sa wazne, bo cos wskazuja. Zarazem chore emocje moga wskazywac zle. Czyli bycie 'soba' to wsluchanie sie w swoje istniejace emocje, ale zarazem zakwalifikowanie ich jako niewlasciwych i wymagajacych pracy. W kierunku jakiegos wzorca.

    Pytanie- skad ten wzorzec wziac, jesli ma on byc zgodny z naszymi 'prawdziwymi' potrzebami- do ktorych przeciez nie mamy dostepu (bo maskuja go rozbuchane, zle emocje).
    Zaawansowany formularz
    • 10.06.13, 19:07
      trochę to rozważania teoretyczne, tak sztuka argumentowania i przeprowadzania wywodów logicznych dla samych wywodów ;-). Już przy zdiagnozowaniu problemu i wybraniu określonego nurty psychoterapii sprawia przedstawia się prościej. Ale ja myślę, że wszystkie emocje są potrzebne. Za każdą kryje się jakaś prawda o nas i myślę, że wiemy, które emocje lubimy przeżywać, a których nie. Choć wszystkie one dla naszego rozwoju są potrzebne :-)
      --
      no to sru.....
      1041737
      • 10.06.13, 23:55
        torado napisała:

        > trochę to rozważania teoretyczne, tak sztuka argumentowania i przeprowadzania w
        > ywodów logicznych dla samych wywodów ;-). Już przy zdiagnozowaniu problemu i wy
        > braniu określonego nurty psychoterapii sprawia przedstawia się prościej. Ale ja
        > myślę, że wszystkie emocje są potrzebne. Za każdą kryje się jakaś prawda o nas
        > i myślę, że wiemy, które emocje lubimy przeżywać, a których nie. Choć wszystki
        > e one dla naszego rozwoju są potrzebne :-)

        Moze tak to wyglada, ale mnie to nurtuje. Moze rzecz nie w ocenie emocji (ta zla, ta dobra) tylko w ocenie, czy ta emocja sluzy mnie czy nie.
    • 10.06.13, 20:03

      -- Od dawna mówię,że łączenie wschodniej duchowości i zachodniej psychologii tworzy niestrawną mieszankę.
      Moim zdaniem; należy najpierw uporać się z problemami emocjonalnymi podczas psychoterapii.
      Gdy mamy jako tako poukładane problemy emocjonalne i większą samoświadomość siebie, to wtedy możemy pracować nad udoskonaleniem swego charakteru i rozwojem duchowym.
      Odwrotny tryb postępowania moim zdaniem zawsze prowadzi na manowce.
      Człowiek nie jest w stanie sam poznać siebie Nie jest też możliwe poznanie siebie poprzez czytanie filozoficznych rozważań.
      (.Nie udało mi się dotąd spotkać człowieka,o którym mogłabym powiedzieć,że jest wysoko rozwinięty duchowo,chociaż wielu tak o sobie myślało i co więcej, innych nauczali jak żyć.
      To znaczy spotkałam takich ludzi,lecz żaden nie był z tego nurtu,o którym piszesz.)

      Poznać siebie można to zrobić jedynie w relacji z drugim człowiekiem.
      Mnisi buddyjscy też przecież sami nie prowadzą własnego samorozwoju,lecz korzystają z pomocy doświadczonych i zaawansowanych na ścieżce duchowej nauczycieli.
      Ponadto, oni dorastają w innej kulturze i mają niejako z mlekiem matki wpojone pewne zasady i wartości.
      My tego nie mamy. W kulturach kolektywistycznych, jak np.japońska, dziecko od przedszkola jest wychowywane w duchu współpracy grupowej.Preferuje się interesy grupy,a nie swoje własne. W zachodniej, indywidualistycznej i mocno rywalizacyjnej kulturze, te wpajane wartości są zupełnie inne.Dlatego oni nie lubią pracować z ludźmi z zachodu.Japończycy są też ogromnie zestresowanym społeczeństwem.Przedkładanie na każdym miejscu potrzeb innych nad swoje własne, mści się niestety nawet u nich na zdrowiu.Są ponadto wychowywani w duchu ogromnego perfekcjonizmu,co również nie jest bez wpływu na zdrowie.

      'Jeśli nie jesteś gotowy zmienić swojego życia,nie można ci pomóc".
      Hipokrates(460-377 p.n.e.)
      • 10.06.13, 23:21
        Owszem społeczeństwa które lepiej prosperują, myślę że są lepiej zorganizowane we współpracy, jest w nich taki duch łączenia funkcji i uzupełniania się dla wspólnego celu. Polska nie należy do takiego modelu społecznego, ale inne blaski i cienie mamy podobne w różnych aspektach do np. krajów UE.
        Nie zgodzę się żeby też była bardziej znacząca liczba samobójstw w Japonii, niż np. alkoholizm i staczanie się na margines społeczny w Polsce. Każde społeczeństwo ma swoje blaski i cienie, każdy człowiek też, nie ważne czy oświecony czy po wielu dobrych terapiach. Jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził - jak stwierdza przysłowie.

        Co do duchowości, to każdy ma swoje potrzeby, preferencje i powinien w nich szukać uzupełnienia dla siebie.
        Akuratnie medytacja będąca głównym narzędziem buddyzmu, jest bardzo dobrze zakotwiczona w psychoterapii, wykorzystywana w ośrodkach i instytucjach terapeutycznych jako narzędzie w uzyskiwaniu poprawy u pacjentów, jest także stosowania w innych odmianach np. muzykoterapia która funkcjonuje w podobnym stylu w buddyjskich mantrach wibracji dźwięku itp. Nie ma tam natomiast praktyk teistycznych. Czyli bardziej ten wschód i zachód łączy się tutaj.
        Poza tym ogólnie duchowość w języku psychologii jest stymulantem uczuć wyższych, czy ktoś ma tam zbyt duże problemy żeby to mogło pomóc, czy może niedobór, to już w gestii doświadczeń indywidualnych. Przesada zawsze może zaszkodzić, nawet tlen może być szkodliwy w zbyt dużych dawkach.
        Poza tym zbyt duża zależność od guru/terapeuty prowadzącego za rączkę, też nie jest wskazana, podobnie jak skrajna samodzielność... oczywista oczywistość ;)
        • 11.06.13, 07:57
          Proszę mnie dobrze zrozumieć;ja nie kwestionuję wschodniej duchowości,ani technik służących jej pogłębieniu takich jak medytacja.
          Nie kwestionuję też duchowości w wydaniu chrześcijańskim.Nie oceniam też,która duchowość jest lepsza czy gorsza,bo byłaby to bzdura.

          Co więcej,uważam,że sama psychoterapia bez uwzględnienia duchowości jest niewystarczająca i nie jest w stanie rozwiązać wszystkich problemów człowieka.

          Chodzi mi tylko o to,że tę drogę tzw."rozwoju duchowego" wybierają często u nas ludzie z poważnymi problemami emocjonalnymi.Rezultat najczęściej jest taki,że jest to forma ucieczki od problemów,a nie ich rozwiązanie i przezwyciężenie.
          Chodziło mi też o to,że w społeczeństwach gdzie wszyscy wyznają te same wartości jest łatwiej realizować te wartości.
          Jeśli w społeczeństwie wielką wartością jest np..szacunek dla innej osoby,to raczej nas też nie będą spotykać napaści i przemoc. Jeśli w danej kulturze darzy się szacunkiem ludzi starych,to niejako z "urzędu" ten szacunek im przysługuje i nie rodzi to wtedy takiego buntu jak u nas.
          --
          'Jeśli nie jesteś gotowy zmienić swojego życia,nie można ci pomóc".
          Hipokrates(460-377 p.n.e.)
          • 11.06.13, 08:26
            No tak, to jak laczenie roznych kultur. Rozne kultury maja rozne wzorce i prozne moze byc dazenie do 'zsocjalizowania sie' jesli uzywa sie norm spoleczneosci innej niz tej, w ktorej sie zyje i obraca (nie troche innej, ale znaczaco). To tak jak zycie imigranta- jak bedzie sie socjaliziowal nei wiadomo nawet jak, ale uzywajac wzorcow wlasnej kultury, to bedzie niezrozumiany. albo jak woli moze pozostac w narodowym getcie ( i wielu tak robi).
            To dziala nawet wewnatrz kraju, jak do towarzystwa ktore je szprotki z gazety i pije piwo z gwinta przyjdzie ktos kto wyjmie sztucce i szklanke i kocyk to zostanie potraktowany jako 'nie swoj' i odwrotnie, na przyjeciu w snobistycznym domu nie tylko szprotki z gazety ale nawet zbyt szybkie jedzenie wzbudzi szok.
            Dlatego warto byc tez ostroznym w psychoterapii przy udzielaniu rad i wskazowek, biorac pod uwage, w jakim srodowisku dana osoba zyje i w jakim chce czy ma zamiar zyc. Uczenie buddyjskiej metody 'twoj krzywdziciel to twoj darczynca' kogos z getta moze byc zgubne. w ogole uczenie pewnych zasad powinno byc jakos polaczaone z pewnym dystansem, bo nie da sie zastosowac mechanicznych rozwiazan dobrych na kzda okazje i warto znac kilka jezykow.
          • 11.06.13, 10:16
            Terapia też najczęściej jest ucieczką od chorej rzeczywistości. Też jest modelem odnajdywania drogi do spełnienia. Jasne że im lepiej jest rozwinięta taka droga, tym lepszy profesjonalizm.
      • 10.06.13, 23:41
        No tak, to tez na pewno istotny aspekt, cywilizacyjny, czyli tzw mentalnosc. Spoleczenstwa dalekiego wschodu szczegolnie, a w mniejszym stopniu Afryki czy reszty Azji, w odroznieniu od swiata zachodniego, sa ksztaltowane w kulturze kolektywistycznej. Jest takie ciekawe pojecie jak 'kultura wstydu' i 'kultura poczucia winy', ta pierwsza to mentalnosc wschodnia, gdzie glownym motywatorem jest reakcja otoczenia i odbior spoleczny, wiec popelnienie tzw zlego uczynku ma charakter glownie zlamania norm spolecznych, wylamania sie poza zwyczaje. W kulturze zachodu z kolei kultura poczucia winy koncentruje sie na wewnetrznym przezyciu, na sumieniu, jako glownym sedzia dzialan kazdej osoby i jest to oczywiscie bardziej indywidualistyczne.
        Dlatego tez dla nas, ludzi zachodu (jesli tak sie kwalifikujemy) Azjaci moga sprawiac wrazenie dzikich i zimnych, z racji niezrozumienia tej roznicy kulturowej, bo tam np morderstwo moze miec mniejsza wage kradziez. Slyszalem tez, ze z tej mentalnosci wywodzi sie rowniez kultura strasznego przesladowania jencow wojennych, bo wg tych norm honor jest wazniejszy niz zycie i ktos, kto poddal sie i chce ocalic zycie nie zasluguje na szacunek. Spoleczenstwa wschodu sa tez przeciez bardzo hierarchiczne, ogromna wage odgrywa starszenstwo, posluszenstwo, dyscyplina.

        Nei wiem, na ile to jednak dzis jeszcze tak dziala, bo oni sa zainfekowani swiatem zachodnim, a swiat zachodni nimi, tylko czesto wlasnie bez zrozumienia i wtedy rodza sie takie sprzecznosci i nieporozumienia jak opisalem w temacie. Nie da sie pewnie logicznie polaczyc pewnych rzeczy i tyle. Inne pewne da sie, ale potrzeba troche wysilku.

        Mozna ujac to na zasadzie zdrowego rozsadku: moje potrzeby sa wazne, ale musza byc umiarkowane, mam nad nimi panowac a nie one nade mna, no ale pojawia sie setka pytan typu: co to znaczy umiarkowane, dlaczego tak a nie inaczej, i tak dalej.



        • 11.06.13, 08:24
          Tak,masz rację; jest to kultura wstydu.Gdy lecąc do Japonii nie potrafiłam w samolocie przełknąć pierwszego japońskiego posiłku (był to zimny,wyjęty z lodówki,makaron typu nitki,zagnieciony z zieloną herbatą i podany z sosem sojowym),to stewardessa na zwróconą jej uwagę,że mi to nie smakuje, oblała się cała pąsowym rumieńcem i była strasznie zażenowana.
          Tak samo, nie można było zwracać uwagi kelnerom w hotelu,którym się bardzo te europejskie dania myliły i nie odróżniali jajecznicy od omletu czy jajek sadzonych.Myliły się im też sztućce jakie mają podać do jakiego dania.Zwrócenie im uwagi byłoby okropnym despektem dla nich.
          Tak samo, obsada restauracji była okropnie skonsternowana, kiedy im zabrakło wina,które akurat zamówiliśmy,mimo,że nikt nie dał odczuć,że to jakiś problem.

          Natomiast co do podejścia do spraw innych.Oczywiście,że są pewne wartości inaczej oceniane.
          Tylko ,że u nas też występuje pewien relatywizm w stosunku np.do zabijania. Odebranie komuś życia jest zbrodnią,ale już podczas wojny nią nie jest, jeśli odebraliśmy życie komuś w walce z wrogiem.Jest wtedy nagradzane jako bohaterstwo.
          Większość zachodnich społeczeństw do niedawna również karała śmiercią różnych przestępców.
          W pewnych społeczeństwach z naszego kręgu kulturowego nadal się jeszcze kultywuje vendettę jako zmycie plamy na honorze.

          --
          'Jeśli nie jesteś gotowy zmienić swojego życia,nie można ci pomóc".
          Hipokrates(460-377 p.n.e.)
          • 11.06.13, 08:31
            Moze troche tej kultury wstydu przydaloby sie w Polsce czasem, nie byloby takich akcji gdzie prezydent miasta wykloca sie o 5 zlotych za bilet (choc moze to byla i kultura wstydu z jej strony, kto wie, wstydzila sie ze nie ma wejscia za darmo tylko musi placic 'jak szarak':)
            Kiedys czytalem, ze jakis amerykasnki szef wzbudzi szko w fabryce w Japonii, bo podszedl do linii do pracownikow i sie przywital podaniem reki, a tam ponoc to nie do pomyslenia, by szef zwyklemu podawal reke, to i dla jednego i dla drugiego strasznie wstydliwa sytuacja.
            Amerykanie chyba najdalej posuneli sie w tej kulturze egalitarno-wolnosciowej, choc teraz zaczynaja ich inwigilowac coraz bardziej z kazda minuta i moze niedlugo zamienia sie w Koree polnocna.(apropo takich spazmow na pokaz jak tam to nawet za stalina w rosji nie bylo).
          • 12.06.13, 01:16
            szaman.ka napisała:

            > Tak,masz rację; jest to kultura wstydu.Gdy lecąc do Japonii nie potrafiłam w sa
            > molocie przełknąć pierwszego japońskiego posiłku (był to zimny,wyjęty z lodówki
            > ,makaron typu nitki,zagnieciony z zieloną herbatą i podany z sosem sojowym),to
            > stewardessa na zwróconą jej uwagę,że mi to nie smakuje, oblała się cała pąsowym
            > rumieńcem i była strasznie zażenowana.

            Typowa postawa szatańskich narcyzów ;)
            Jak murzyn przyjdzie do polskiego przybytku kulinariów i schabowego wypluje wraz ze stwierdzeniem - co to za gó... - to co to i o kim świadczy?

            > Tak samo, nie można było zwracać uwagi kelnerom w hotelu,którym się bardzo te e
            > uropejskie dania myliły i nie odróżniali jajecznicy od omletu czy jajek sadzony
            > ch.Myliły się im też sztućce jakie mają podać do jakiego dania.Zwrócenie im uwa
            > gi byłoby okropnym despektem dla nich.
            > Tak samo, obsada restauracji była okropnie skonsternowana, kiedy im zabrakło wi
            > na,które akurat zamówiliśmy,mimo,że nikt nie dał odczuć,że to jakiś problem.

            Biedni Japończycy. Najpierw była Hiroszima, później Nagasaki, a na sam koniec Szamanka z koleżankami przyszła dobić :)

            > Natomiast co do podejścia do spraw innych.Oczywiście,że są pewne wartości inacz
            > ej oceniane.
            > Tylko ,że u nas też występuje pewien relatywizm w stosunku np.do zabijania. Ode
            > branie komuś życia jest zbrodnią,ale już podczas wojny nią nie jest, jeśli odeb
            > raliśmy życie komuś w walce z wrogiem.Jest wtedy nagradzane jako bohaterstwo.
            > Większość zachodnich społeczeństw do niedawna również karała śmiercią różnych p
            > rzestępców.
            > W pewnych społeczeństwach z naszego kręgu kulturowego nadal się jeszcze kultywu
            > je vendettę jako zmycie plamy na honorze.

            To tak jak wojna gang kontra policja, po obu stronach stoją bohaterzy. W więzieniu jak ktoś siedzi za zabicie policjanta, jest traktowany z wielkim szacunkiem. Ktoś w policji jak zastrzeli gangstera w czasie jatki, jest bohaterem który zachował zimną krew w dramatycznej sytuacji.

            Tak to już jest.
            • 12.06.13, 10:02
              Widać Life,że nie latałeś samolotami.Nie każdy pasażer musi jeść wszystko,co mu podadzą,np. ze względów religijnych,dietetycznych.W business class,a taką leciałam, zwykle jest pewien wybór dań i steward przynosi zastępcze danie.Można też wybierać drinki.Ja nie mogę jeść zimnego jedzenia i jeśli chcesz uważać ,że to świadczy o moim narcyzmie,to uważaj sobie,jeśli się z tym lepiej czujesz.
              --
              'Jeśli nie jesteś gotowy zmienić swojego życia,nie można ci pomóc".
              Hipokrates(460-377 p.n.e.)
            • 12.06.13, 10:58
              lifeisaparadox napisał:

              > To tak jak wojna gang kontra policja, po obu stronach stoją bohaterzy. W więzie
              > niu jak ktoś siedzi za zabicie policjanta, jest traktowany z wielkim szacunkiem
              > . Ktoś w policji jak zastrzeli gangstera w czasie jatki, jest bohaterem który z
              > achował zimną krew w dramatycznej sytuacji.
              >
              > Tak to już jest.


              Roznica jest taka, ze policja reprezentuje spoleczenstwo, a gang dziala przeciw spoleczenstwu, wiec tutaj jedno i drugie bohaterstwo ma zupelnie inne oblicze: policjant ktory zabije gangstera bedzie bohaterem nie tylkoo policji, ale calej spolecznosci, natomiast gangstera ktory zabil policjanta respektem darza tylko takie same szumowiny jak on sam.
              • 12.06.13, 21:24
                kropidlo5 napisał:

                > Roznica jest taka, ze policja reprezentuje spoleczenstwo, a gang dziala przeciw
                > spoleczenstwu, wiec tutaj jedno i drugie bohaterstwo ma zupelnie inne oblicze:
                > policjant ktory zabije gangstera bedzie bohaterem nie tylkoo policji, ale cale
                > j spolecznosci, natomiast gangstera ktory zabil policjanta respektem darza tylk
                > o takie same szumowiny jak on sam.

                Teraz w miejsce szumowin wstaw terrorystów, a w miejsce strażnika teksasu Amerykę.
                Albo Koreę Północną.
                Oni tak samo mają poprzestawiane.
                • 12.06.13, 22:19
                  Terrorysci? Ameryka? Nie bardzo rozumiem, o co chodzi. Czy o zlozonosc polityki miedzynarodowej? Z gangsterami i policjantami sprawa jest duzo prostsza, bo wylaczajac sytuacje korupcji w policji to mamy jednak sytuacje dosc czarno-biala.Jedni robia dobra robote, drudzy szkodza, no chyba ze uwazasz, ze nie ma czegos takiego jak gangster, jest tylko czlowiek 'zarabiajacy inaczej'.
                  • 13.06.13, 01:28
                    Polityka międzynarodowa to tak samo jak policjanci z gangsterami, jedni przejdą resocjalizację i zostaną demokratami, a drudzy wyprowadzą czołgi i rakiety na łąki i miasta.

                    Ciekawe co by było gdyby wszyscy złożyli broń i przestali się identyfikować z tym co mają w głowie, a tym bardziej brać to na poważnie. Taki globalny kindergarden.
                    • 13.06.13, 08:30
                      Ale kto zostanie demokratami, konserwatysci? Czy terrorysci?
                      Nie rozumiem nadal tego przelozenia.
                      Policjant jest zwyklym pracownikiem. Moze byc uczciwym pracownikiem, a moze nie. Gangster z natury jest nieuczciwy, bo kradnie i wymusza. Nie da sie tego zrownac.
                      Polityk jest pracownikiem, moze byc uczciwy lub nie. Terrorysta jest z reguly albo zaslepiony ideologia, albo uzywa parawanu i robi to dla korzysci czy slawy.Tez nie da sie tego zrownac.
        • 11.06.13, 10:01
          Religia wschodu to buddyzm, a buddyzm polega na uwolnieniu się od zaciemnień umysłu i pułapek rozumu - w tym społecznych, osądów, a nader wszystko od przywiązania do swojego ego. Osiągnięciu nirwany, po śmierci, a za życia oświecenia. Jest to filozofia religijna polegająca na wolności od rzeczywistości kolektywnej (kolejnego wcielenia na ziemi lub pójścia do np. nieba, piekła itp). W buddyzmie np. chrześcijańskie niebo jest określane jako kolejny świat, w którym dyktatorem jest Bóg, a jego mieszkańcy albo się podporządkowują, albo są niszczeni lub zsyłani na ziemię tudzież do piekła. Tak że jest to postrzegane jako kolejne więzienie i układ hierarchiczny (bo tym w swojej istocie jest), który musi mieć kiedyś swój koniec. Tak samo buddyzm uznaje cywilizacje, jako twory które pojawiają się i zanikają, a prawdziwy pokój może być osiągnięty tylko poprzez brak przywiązania do ich trwałości i swobodę pod postacią absolutnej wolności.
          To katolicyzm jest religią kolektywistyczną, batem na sumienia, grzeszność i ulepszanie się jako istota społecznie dopasowana, spędzająca całe życie na przypodobaniu się i podporządkowaniu Bogu, który w nagrodę przyjmie po śmierci do Nieba. Wzmacnia więzi między wyznawcami i dąży do tworzenia hermetycznej wspólnoty, podobnie jak Islam.
          Dlatego w pewnym sensie buddyzm jest aspołeczny, ponieważ nie dąży do silnej hierarchizacji, ale wręcz wolności od niej. To między innymi Budda jako pierwszy wprowadził demokrację 2500 lat temu, czyli zdanie większości, a nie decyzje hierarchów nie liczących się z resztą zgrupowania.

          Najlepiej katolicyzm sprawdza się w społecznościach takich jak Afryka, czy Meksyk, gdzie bardzo sprawdza się porządek moralny, trzymanie przestępców w więzieniach, narzucanie reguł i zasad metodą silnej pięści, rozwijanie cywilizacji władzy chroniącej obywateli, krzewiącej prawo i zasady życia społecznego. Tam jest wzrost katolicyzmu, bo przestępczość jest ogromna, okrucieństwo i zdziczałe gangi dziesiątkują ludzi. W Europie, w której społeczeństwo ma rządy laickie, katolicyzm mija się ze swoją rolą, odnotowuje spadek wierzących. Tutaj właśnie takie luźne religie jak np. buddyzm mają najlepszy wzrost poparcia, w Afryce buddyzm praktycznie nie istnieje (0.01% czyli 50.000 osób).
          W Europie to 0.2% czyli jakiś milion, co też nie jest jakimś wielkim odsetkiem, ale wzrasta.
          Myślę że to jest taki układ równoważący, bo z jednej strony w Japonii jest ogromna współpraca i nastawienie pro-społeczne, a z drugiej buddyzm daje komfort osobistej niezależności od tego układu.
          Tak samo np. w Afryce funkcjonuje katolicyzm, jako uzupełniacz, normalizujący dziką samowolkę pozbawioną humanitaryzmu.
          • 11.06.13, 12:01
            Buddyzm jest popularny w Azji, ale daleki od hegemonii, glownie dominuje w Azji pld-wsch (Wietnam, Tajlandia, Birma) z tego co wiem, w Chinach dominuja inne wierzenia, Konfucjanizm itp, w Japonii Shintoizm, w Indiach hinduizm, w Indonezji i Malezji oraz Bangladeszu Islam a Filipiny to katolicyzm. Europe tez nie jest katolicka- raczej protestancko-katolicko-prawoslawna a najbardziej laicka dzis. Religia to tylko czesc rzeczywistosci.

            Katolicyzm o ktorym mowisz to zamordyzm ktory nic nie ma wspolnego z naukami Jezusa, (Jezus wiezniow nei wsadzal a z nimi jadal, rowniez z prostytutkami, piesci nie uzywal tylko mowil o nadstawianiu policzka, sprzeciwial sie mentalnosci starotestamentowej (opartej na oko za oko) a nawet z posoborowym nauczaniem, ale przez wieki Kosciol byl hierarchia i wladza- dlatego tak go w europie zwalczano az w koncu zwalczono. Europejczycy sa inspirowani wieloma roznymi pradami bowiem, w tym nalezaloby uznac tez wierzenia poganskie czy Grecje i rzym.

            Na buddyzmie sie nie znam wiec nie bede sie wypowiadal, wiele osob znajduje w nim jakas atrakcyjnosc, w tym na zachodzie, troche mierzi mnie to, ze ta religia stala sie taka 'modna', ze bycie buddysta jest przez wielu postrzegane jako sposob na zaimponowanie innym- ale oczywiscie nie ma to nic wspolnego z oryginalna wiara czy prawdziwymi buddystami, po prostu tak jak Rydzyk zniecheca do kosciola tak jakis hollywodzki celebryta klasy C afiszujacy sie buddyzmem zniecheca do niego.

            Indywidualizm vs kolektywizm to ciezka dyskusja, byly kiedys podzialy na spoleczenstwa indywidualistyczne i kolektywistyczne, pierwsze wywodzily sie glownie z kregu nordyckiego i anglo-saskiego oraz z nowego swiata, a drugie to praktycznie reszta swiata. Z tym, ze nalezy rozroznic indywidualizm od aspolecznosci, bo jedno wcale nie oznacza drugiego. Skandynawowie sa indywidualistyczni ale zarazem zgodnie wspolpracuja w szerszymspoleczenstwie, maja jakies tam normy narzucone, w ramach ktorych jest duzo miejsca na indywidualizm, podobnie w Anglii czy USA, tymczasem na Sycylii twoja rodzina i wioska musi wiedziec o tobie wszystko i decydowac nawet o intymnch sprawach, tak to sie rozklada, zarazem panuje duzy nepotyzm i korupcja, bo szwankuje wspolpraca w wiekszej grupie spolecznej, anonimowej.
            Jesli spojrzec na realia gospodarcze czy spoleczne, to zaden system wierzen nie warunkuje postepu, dobrobytu, szesliwosci i pokoju, istnieje nedza i przemoc i dyktatury w krajach buddyjskich jak i islamskich jak i chrzescijanskich, istnieje tez dobrobyt w pewnych niszach kazdej z nich.


            • 11.06.13, 12:09
              ps


              Konfucjanizm (儒學, rúxué, lub 儒家, rújiā) – system filozoficzno-religijny zapoczątkowany w Chinach przez Konfucjusza (Kong Fuzi, Kongzi) w V wieku p.n.e., a następnie rozwinięty m.in. przez Mencjusza (konfucjanizm idealistyczny) i Xunzi (konfucjanizm realistyczny) w III wieku p.n.e. Konfucjanizm głosi, że zbudowanie idealnego społeczeństwa i osiągnięcie pokoju na świecie jest możliwe pod warunkiem przestrzegania obowiązków wynikających z hierarchii społecznej oraz zachowywania tradycji, czystości, ładu i porządku.

              Dokładne określenie, czy konfucjanizm jest religią, czy filozofią jest trudne. Według europejskich kryteriów jest to mieszanka pojęć religijnych, społecznych, ekonomicznych, etycznych i obyczajowych tworzących spójny, choć nie do końca zdefiniowany światopogląd.

              Duch konfucjanizmu jest w wielu krajach Dalekiego Wschodu wciąż żywy i głęboko zakodowany w świadomości wielu ludzi, spełniając podobną rolę kulturową jak "podstawowe wartości chrześcijańskie" w krajach Zachodu.


              Moze tu jest cos na rzeczy?
              pl.wikipedia.org/wiki/Konfucjanizm
            • 12.06.13, 01:50
              Ilekroć znajomi wpadają po niedzielnej mszy, pytam co było na kazaniu. Zawsze patrzą na mnie jak na kosmitę.

              Tak że nie był bym taki srogi dla naśladowców Buddy.
      • 11.06.13, 10:39
        Przedkładanie na każdym miejscu potrzeb innych nad swoje własne, mści się niestety nawet u nich na zdrowiu.Są ponadto wychowywani w duchu ogromnego perfekcjonizmu,co również nie jest bez wpływu na zdrowie.

        ciekawe rzeczy piszesz Szamanko - pokazujesz inna stronę, niż tę co ja znam, ja mam w sumie inny obraz kultury wschodu, generalnie czerpie inspirację z niej od kiedy o niej usłyszałam, mnie ona bardzo pomaga w życiu akurat :)

        z tego co się mówi, to Japończycy są długowiecznym narodem, wiec zdrowym raczej, ich perfekcjonizm mam wrażenie, ze odbywa się bez ciśnienia, w spokoju, choć może to umiłowanie perfekcjonizmu faktycznie życie utrudnia im bardziej świat postępuje naprzód

        a to zażenowanie kelnerów itp. może oni maja jakiś kompleks przed ludźmi z zachodu... ale w sumie to normalne nie jest

        jeśli chodzi o religię katolicką, mam koleżankę, która od kilku lat przeżywa pewną wewnętrzna tragedią, pomocy zamiast u psychoterapeutów szuka w kościele, ze szkodą dla siebie, jej tragedia jest jakby wypychana ze świadomości i zastępowana miłością do Jezusa, wręcz jakby problem pod dywanem był, ona każdego dnia zakłada maskę, i mówi, ze jest silna, Bóg daje jej siłę itp, ale jej ciało krzyczy wręcz coś innego, ja mam wrażenie, ze to kiedyś po prostu wybuchnie, bo ona to w sobie tłumi... ja widzę w niej takie cierpienie... i ciągłe stanie w miejscu...

        czasem tu na form ktoś przyzna, ze korzysta z porad psychoterapeutów, i ja tego człowieka inaczej odbieram niz tę koleżankę, czasem ten ktoś się przyzna, ze choć wie jak życie zmienić to jest mu ciężko, bo zakorzenione wzorce itp., ale jest w nim taki spokój, taka wiara we własne siły, w to że zależy wszystko ode niego tylko musi podjąć wysiłek pracy nad sobą, a ta moja koleżanka jakby swoje cierpienie jakimiś substytami szczęścia chciała zastąpić, w stylu ogromna miłość do Boga... może niektórym ludziom wiara pomaga, jej sił nie daje, to cierpienie ją niszczy :(
        • 11.06.13, 11:40
          Tak,Japończycy są długowiecznym narodem głównie z tego powodu,że odżywiają się 10 razy bardziej zdrowo niż my.
          Nie,to co napisałam o kelnerach to nie były ich kompleksy.Nikt z nas nawet im nie zwrócił uwagi,bo byliśmy o tym już uprzedzeni.Jedliśmy tam tylko śniadania,a że wybór dań europejskich był mały (byliśmy tam jedynymi białymi) to jedliśmy to, co nam przynieśli.Zauważyliśmy,że sobie pisali ściągi na dłoniach; jakie sztućce mają podać!!!.

          To nie tak,masz mylne wyobrażenie.Oni na zewnątrz są opanowani i spokojni.
          (Ja tam byłam w oficjalnej delegacji i była z nami tłumaczka świetnie zorientowana w tamtejszych realiach ponieważ tam studiowała.)
          Gdy podczas jednej z wizyt jeden z Japończyków coś nam demonstrował zauważyłam,że strużki potu spływają mu na biały fartuch.Domyśliłam się ,że to z przejęcia,bo pomieszczenie było klimatyzowane i pytam tłumaczki czy mam rację?.Ona na to,że tak.On się denerwuje,bo szef na niego patrzy,a on tutaj musi demonstrować zagranicznej delegacji i chce to zrobić jak najlepiej,by nie przynieść wstydu.
          Mają zupełnie inny stosunek do pracy niż u nas..W biurach wielkoprzestrzennych, gdy wchodziliśmy,to Ci najbliżsi wejścia wstawali od biurek i głęboko się nam kłaniali,a Ci przy biurkach dalej oddalonych nawet głowy nie unieśli z ponad papierów.
          Jest też dużo udawania w tym ich zapracowaniu.Często siedzą po godzinach nie tyle z konieczności,lecz dlatego by szef widział,że są potrzebni oraz ze względów finansowych.
          Po takiej dziesięcio,czy dwunastogodzinnej dniówce razem wspólnie z kolegami z pracy udają się do jakiejś knajpki,by się zrelaksować.Nietaktem,byłoby wtedy dalej wałkować problemy z pracy ,tak jak to jest u nas we zwyczaju.Bawią się,śpiewają,opowiadają dowcipy przy piwie czy nawet sake,ale pitej w niewielkich ilościach.Nikt tam się nie upija.
          Jest to wszystko możliwe dzięki temu,że w domu czeka żona,która niestety musi zaakceptować taki tryb życia,który tam jest normalny..Niestety, kobiety mają ograniczone możliwości kariery zawodowej i ich kariera raczej nie sięga wyżej niż do kierownika sekcji.
          Nie wiem ;na ile szerząca się w ostatnich latach amerykanizacja zmieniła tam stosunki społeczne.
          Wtedy, gdy ja tam byłam ,wielomilionowe Tokio było miastem całkowicie bezpiecznym i kobieta sama w nocy mogła spokojnie poruszać się po mieście i jeździć metrem.
          W sprawach seksualnych panuje dość duża otwartość.Dla mnie szokiem było gdy w parku spotkaliśmy orszak weselny i po wymianie z nimi form grzecznościowych, jeden z weselników-starszy pan,dobrze ubrany zawołał do mnie po angielsku,że miałby ochotę pójść ze mną do łóżka. Zapytałam tłumaczki; czy powinnam się obrazić,ale powiedziała ,że nie,że to nie było nic obraźliwego.

          --
          'Jeśli nie jesteś gotowy zmienić swojego życia,nie można ci pomóc".
          Hipokrates(460-377 p.n.e.)
          • 11.06.13, 12:31
            Kucze zazdroszcze, zawsze Japonia byla jednym z moich marzen na listach podrozy, moze kiedys jeszcze pojade. Choc Tokio podobno bardzo drogie.
          • 11.06.13, 12:56
            Japonią interesuje się w od niedawana i póki co to widzę, ze poznałam jedynie tę miłą dla oka otoczkę ;)

            Kropidło jeśli chodzi o buddyzm czy konfucjonizm to moje zainteresowanie nie ma nic wspólnego z jakimś trendem, ja po prostu gdy pierwszy raz w życiu o tym przeczytałam (mając kilkanaście lat) to po prostu jakby mnie olśniło :)

            • 11.06.13, 17:37
              malwi.4 napisała:

              > Japonią interesuje się w od niedawana i póki co to widzę, ze poznałam jedynie t
              > ę miłą dla oka otoczkę ;)
              >
              > Kropidło jeśli chodzi o buddyzm czy konfucjonizm to moje zainteresowanie nie ma
              > nic wspólnego z jakimś trendem, ja po prostu gdy pierwszy raz w życiu o tym pr
              > zeczytałam (mając kilkanaście lat) to po prostu jakby mnie olśniło :)
              >


              Ok, czuj sie rozgrzeszona:)
    • 10.06.13, 22:36
      > Pytanie- skad ten wzorzec wziac, jesli ma on byc zgodny z naszymi 'prawdziwymi'
      > potrzebami- do ktorych przeciez nie mamy dostepu (bo maskuja go rozbuchane, zl
      > e emocje).

      Zewnętrzny wzorzec stosownego odczuwania i okazywania właściwych emocji? Strach się bać!

      Czyli bycie 'soba' to wsluchanie sie w swoje istniejace emocje, ale zarazem zakwalifikowanie ich jako niewlasciwych i wymagajacych pracy. W kierunku jakiegos wzorca.

      Moim zdaniem
      1) wsłuchanie się w swoje emocje
      2) rozeznanie się w tym wysłuchanym np. jest gniew lub smutek, czy jest on adekwatny do sytuacji czy wybujały, zamiast emocji może być też silny nakaz "musisz, powinieneś postępować tak a tak" a przy tym słabiuśka emocja którą ów nakaz ma zdusić lub która jest reakcją na przymus
      Bez klasyfikowania automatycznie odczuwanych emocji jako niewłaściwych, do zastąpienia lepszym gotowym wzorcem z zewnątrz
      3) podjęcie działania albo powstrzymane się od działania np.przeczekanie aż największa fala opadnie gdy czuję że emocje mnie zalewają i mogę komuś zrobić krzywdę, czasem można jedynie próbować nie nakręcać bardziej gniewu czy rozpaczy.
      • 10.06.13, 23:49
        No wlasnie, zewnetrzny wzorzec- jak to sie ma do wewnetrznego wzorca? Chinskim targiem?:)
        No niby wiadomo, ze w procesie dorastania czerpiemy normy z otoczenia, bo niby skad, mamy tez pewne wrodzone predyspozycje (temperament, zdolnosci) i na pewnym etapie zaczyna sie przebieranie w tym sklepie ofert o krojenie takiej, jaka odpowiada.
        Moze problem polega na nieumiejetnosci dokonania wyboru, gdy nie jestesmy do tego przygotowani. Latwiej jest zyc w spoleczenstwie, gdzie kazdy ma ustalone swoje miejsce, choc rodzic to moze frustracje i bunt, ale jak sie nie ma dostepu do pewnych rzeczy, to mniej zal pewnie...
        No ale wlasnie, dokonywanie tego wyboru to owo 'sluchanie siebie' i tutaj pjawia sie ten ja, ktory podpowiada sprzeczne rzeczy: jak ta dziewica, ktora boi sie a by chciala. Moze problem polega na stlamszeniu potrzeb przez otoczenie, na istnieniu znaczacego kogos, kto jest zwenetrznym sumieniem i zyje w konflikcie z wewnetrznym sumieniem. wtedy wybory nie sa wlasne, tylko sa cieniem wyborow innej osoby (jak u dzieci uzaleznionych od zdania rodzicow).

    • 10.06.13, 23:27
      kropidlo5 napisał:


      > Jesli ktos np mnie wyzywa a ja sie denerwuje
      > - to jest to efekt mojej zbyt rozbuchanej potrzeby szacunku i uznania.

      a według mnie być może jest to efekt przewrażliwienia i potrzeba choćby minimalnego szacunku - ktoś trafia w twój czuły punkt, raz ktoś tak trafił w mój czuły punkt tu na forum, jak ochłonęłam, dotarło do mnie, ze mnie to zabolało, bo napisał słowa, które w dzieciństwie słyszałam, nie odpowiedziałam na zaczepkę

      tak zauważyłam, że jedne słowa krytyki nie wywołują we mnie żadnej reakcji, a przy innych czuję się wręcz... skompromitowana



      > Gdy mam kiepska
      > prace i cierpie to jest to efekt mojego zbyt rozwinietego poczucia wyjatkowosci

      a może faktycznie "stać" cię na więcej ,ale się boisz (ja to wszystko hipotetycznie piszę)

      > . Gdy stresuje sie brakiem pieniedzy to znaczy, ze mam zbyt wybujala potrzebe
      > bezpieczdenstwa. Gdy zamartwiam sie ubogim zyciem erotycznym, to mam zbyt wybuj
      > ale potrzeby seksualne. I tak dalej.

      i może faktycznie zarabiasz zbyt mało, by czuć się bezpiecznie, a życie erotyczne satysfakcji nie daje ;)

      ja myslę, ze nie tędy droga, by bagatelizować te powyższe potrzeby, bo być może jest w nich coś na rzeczy

      > Pracujac nad soba czlowiek uczy sie znajdowania swoich wad, ktore sa powodem pr
      > oblemow.
      > I dalej- recepta na te cierpienia jest panowanie nad tymi swoimi wadami, czyli
      > wybujalymi potrzebami i ego.

      według mnie potrzeba, by więcej zarabiać, by życ wygodniej nie jest wadą, wadą może być potrzeba większego zarabiania, by statusem materialnym nadrobić braki innych uśpionych potrzeb


      > czlowiek cierpi, poniewaz robi to co 'powinien
      > ' a nie to, co naprawde chce czy lubi robic. Wchodzi w relacje, pracuje, spedza
      > czas wolny, ma taki a nie inny stosunek do pieniedzy czy wypoczynku- z zaprzec
      > zeniu do samego siebie.

      czemu nie spędzasz wolnego czasu tak jak chcesz?? a może spędzasz go tak jak lubisz, ale irytuje cie to, ze nie spędzasz go wyjątkowo, oryginalnie, bo tak wypada... ale niektórzy przedkładają spokój, ciszę i zapach lasu nad oryginalność, silne wrażenia, zmieniające się krajobrazy itp. (hipotetycznie piszę, nie wiem co ty preferujesz)


      > Z drugiej strony, inne teorie mowia o tym, ze zrodlem problemow jest zaprzeczan
      > ie wlasnym potrzebom, ignorowanie wlasnych uczuc, emocji, pragnien.

      i własnie według mnie trzeba iść za głosem wewnętrznym, nie patrzeć się na to, co robią ludzie wokół mnie, ale na to co mi sprawia przyjemność, wiadomo, ze nie wszystkie potrzeby da się zaspokoić, ale te które sa w granicach naszych możliwości, powinniśmy próbować zaspokajać - dzięki temu uciekamy od frustracji a jej miejsce zajmują pozytywne emocje, będąc pod wpływem pozytywnych emocji łatwiej jest żyć, radzić sobie z przeciwnościami, konfliktami z innymi osobami

      jeśli chodzi o lęk, myśle, ze lęk powinno sie oswoić, być przygotowanym psychicznie na te sytuacje które wywołują w nas lęk

      bardzo spodobały mi się słowa Szamanki:
      Poznać siebie można to zrobić jedynie w relacji z drugim człowiekiem.

      można to chyba przetłumaczyć, ze o człowieku mówią emocje, jakie sa w nim wywoływane poprzez kontakt z drugim człowiekiem

    • 11.06.13, 22:41
      Różnie na to można patrzeć. Jedno ze spojrzeń, to poprzez strach. To jedna z pierwotnych emocji i najsilniejsza. Jest maskowana. Tworzymy kolejne "warstwy", zarówno we własnej psychice, jak i potem w analizie, i rozbudowane teorie. A pod spodem pewnym sednem, w dużej mierze, zwykle jest strach. Strach, że np. sobie nie poradzimy. Rozwiązaniem może być pogodzenie się z tym, że nic nie jest pewne oraz praca nad sobą, rozwijanie się (zdobywanie wiedzy, przełamywanie swojego strachu nowymi doświadczeniami), aby zwiększać w sobie poczucie, że sobie poradzimy -- cokolwiek życie w nas jutro rzuci; a jeśli nawet nie damy rady, to przynajmniej będziemy mieli "czyste sumienie", że zrobiliśmy co było w naszej mocy. Zresztą już samo działanie w dobrym kierunku (zgodnym z tym co w "głębi serca" uważamy za dobry, a w głębi serca dobrze wiemy co należy nam zrobić aby jutro było lepiej) zmniejsza strach i zwiększa pozytywne emocje.

      Złość często pod spodem napędza strach. Agresja i złość, to częściowo taki maskowany strach.

      Zwalczanie wprost i ignorowanie tego co czujemy, to chyba kontr-produktywne taktyki. Może lepszym rozwiązaniem jest stworzenie/zdobycie czegoś -- tego czego nam brakuje (zrozumienia, wiedzy, itp.).

      > Dalej- czlowiek cierpi, poniewaz robi to co 'powinien' a nie to, co naprawde chce czy lubi robic.

      Inni ludzie chętnie nami kierują i mówią nam co mamy robić, wpływ rodziców jest olbrzymi, siedzi w naszej nieświadomości i -- rozważając zrobienie czegoś -- potrafimy zastanawiać się "co by pomyślał ojciec"... Dopóki tak jest, nie żyjemy swoim życiem. A dopóki się boimy, trzymamy się z grubsza tej ścieżki wytyczonej przez otoczenie, głównie rodziców.

      W wyborze swojej ścieżki życiowej, warto zignorować głosy innych ludzi, a zagłębić się w siebie. Odkryjemy wtedy, że to co 'powinniśmy' jest zbieżne z tym co chcemy i lubimy robić. I gdzieś na tej ścieżce odzyskuje się spokój ducha.
      • 12.06.13, 10:07
        Zgadzam się z tym co napisałeś NVV !
        --
        'Jeśli nie jesteś gotowy zmienić swojego życia,nie można ci pomóc".
        Hipokrates(460-377 p.n.e.)
      • 12.06.13, 10:54
        Akceptacja siebie to brak strachu- tak by wynikalo. Ale akceptacja siebie zawiera w sobie akceptacje tych cech, ktorych z jakichs wzgledow nie lubimy. Mozna nad nimi pracowac, a mozna je uznac. I tu jest pies pogrzebany: czy pracowac, czy akceptowac?
        Wieczne doskonalenie sie moze prowadzic do ciaglego poczucia 'niedoskonalosci' i samobiczowania, z kolei akceptacja wszystkiego jak leci oznacza zawezenie opcji wyboru. czyli cos pomiedzy, ale gdzie?
        Moze istotnie te problemy ujawniaja sie w zderzeniu z innymi ludzmi i problemem prawdziwym jest brak wiary w siebie i ten strach przed innymi. Wiele cech nie ma jednej 'dobrej' wykladni.
        Co to znaczy lenistwo? Dla niektorych leniem jest ten, kto usiadzie na odzine w bezruchu, a dla innych dopiero ten, co spi na smieciach. Co to jest lojalnosc? Co to jest przyjazn? Co to jest intymnosc? Prywatnosc? Wolnosc? Ile to jest 'duzo' a ile 'malo'?

        Jesli nie mam w sobie jasnych, wlasnych, definicji wszelakich pojec, a szukam ich na zewnatrz, to moge wiecznie odbijac sie od dwoch scian. Ktos mnie nazwie leniwym i juz mam zadanie zwalczac lenistwo a za chwile inny powie, ze jestem pracowity. A wlasciwie dlaczego powinienem przyjmowac czyjes definicje?

        To jest problem leku przed odrzuceniem, brak umiejenoscci okreslania wlasnych granic, porzadkowania wlasnego podworka wedle wlasnego uznania, tylko slucha sie podszeptow albo nakazow to z lewej to z prawej.

        Musi chyba nastapic przelaczenie z sily zewnetrznej na sile wewnetrzna, no ale tutaj zaraz ktos moze zaczac wyskakiwac z pojeciami typu aspolecznosc czy wrogosc, wiec nie chodzi tutaj o dzialanie przeciw komus, a dla siebie.

        • 12.06.13, 11:37
          Rzeczywiście chodzi o tzw.wewnątrzsterowność.
          Natomiast co do akceptowania swoich wad.Należy unikać określeń typu;" ja jestem leniwy,niedbały,ostrożny" itd.itp. Każdy z nas chce czasami poleniuchować i bywa leniwy w niektórych sprawach,a w innych nie.Każdy robi rzeczy mądre i głupie,ale to nie znaczy,że jest tylko mądry i tylko głupi.Ważne by się nie utożsamiać ze swoim zachowaniem,które może być jednorazowe czy okazjonalne.
          Akceptacja swoich wad polega na tym,że uznaję,że bywam złośliwy,uparty,niedokładny,leniwy,zarozumiały,egoistyczny itd.Jeśli uważam,że to wady,to staram się to zmieniać,a nie projektować na innych i im przypisywać.
          --
          'Jeśli nie jesteś gotowy zmienić swojego życia,nie można ci pomóc".
          Hipokrates(460-377 p.n.e.)
          • 12.06.13, 12:29

            No wlasnie, a niezyczliwi ludzie lubia wlasnie robic odwrotnie- czyli wziac na tepate pojedyncze zachowania lub bledy i rozwlekac to na caly zyciorys wszerz i wzdluz i robic z tego glowna ceche osoby.

            Zaleznosc od niezyczliwych osob to chyba powod 99,9% problemow emocjonalnych na swiecie.
        • 12.06.13, 12:41
          To co piszę nie jest przemyślane, mogę palnąć głupstwo, ale fajnie tak swobodnie podyskutować, szczególnie że mam wrażenie że jesteśmy na podobnym etapie życia i pisząc to, po części piszę do siebie. Czasem tak jest łatwiej -- pisząc do kogoś, dotrzeć do siebie.

          Wg mnie, dopóki nie ranimy osób i istot trzecich, mamy prawo żyć jak nam się podoba -- w tym możemy miesiącami medytować, żyć w szałasie na drzewie, itp. -- to nasze życie i my decydujemy co z nim robimy, a odpowiadamy tylko przed sobą.

          Problem dla wielu jest w tym, że czują że łamią wtedy 'oczekiwania' innych. Ale te oczekiwania... ci którzy nas kochają, chyba w głębi chcą abyśmy byli wolni i robili jak uważamy osiągając szczęśliwy życie, ale dopóki widzą że nie mamy w sobie pewności, sterują nami wpływając na nas, w dobrej wierze...

          Jest taki ładny obraz Leonarda da Vinci. Leonardo wiele treści starał się przemycić... te treści są wciąż tak samo aktualne w XXI wieku, i wciąż tak samo trudno o nich mówić wprost.

          Z tym definiowaniem się poprzez pryzmat innych, to ciekawy temat. Wiele osób powtarza, że możemy się definiować tylko poprzez innych. Wiele przymiotników to subiektywne oceny innych -- np. Kowalski dla jednego może być leniem, dla drugiego tytanem pracy. Kowalski definiując się przez pryzmat innych może tu dostać "schizofrenii". Kowalski definiując się tym jak inni go postrzegają, zmieniając otoczenie, "zmieni siebie", bo inne przymiotniki z zewnątrz zaczną padać w otoczeniu które na inne wartości zwraca uwagę.

          W temacie obok zauważyłeś, że życie jest pełne paradoksów, a większość mówi coś przeciwnego do tego jak jest naprawdę. Jednym z paradoksów jest to, że gdy jeden człowiek nazywa drugiego np. leniem, to tak naprawdę jest nadwrażliwy na coś co w sobie nie akceptuje (wyparcie i projekcja). Chyba człowiek który jest pogodzony ze sobą (jest świadomy swoich cech), nie nazwie drugiego leniem, ani nawet tak nie pomyśli. Bo to nie jego interes, nie jego życie; on(a) szanuje wybory nawet tych którzy żyją w szałasie -- człowiek pogodzony ze sobą pilnuje swojego życia, żyje i daje żyć innym (dopóki nie ranią innych), on po prostu "jest jaki jest". Jest wolny. I może, pozornie paradoksalnie, inni przestają go oceniać, a oceniają siebie względem tego jak on(a) ich postrzega.

          Napiszę jedną rzecz wprost. Może pomóc zrozumieć wiele. Człowiek to zwierze. Ma hierarchie społeczną. Większość ludzi nie jest świadoma jak bardzo i jak to wpływa na nas. Im jest się wyżej, tym m.in. mniej empatii i mniej zważania na to co inni uważają o nas. Plus jest taki, że im bardziej jest się tego świadomym i się to dostrzega, tym w większym stopniu można to kontrolować, być sobie sterem i wyzwolić się z życia dla innych, a dostrzec że można żyć dla siebie. Można też wtedy mniej emocjonalnie, a bardziej bardziej racjonalnie i świadomie zdecydować co chcemy zrobić z naszym życiem. Może będzie tam jakaś równowaga pomiędzy szczęściem swoim, a życiem dla innych. Bo szczęście innych (bliskich nam) daje nam szczęście i jakoś tak powiązani jesteśmy, choćbyśmy nawet uciekli na drugi koniec Ziemi, to będziemy pamiętać kto nas urodził i wychował -- pewne emocje będą w nas.

          Wg mnie całe życie to droga potencjalnego samo-doskonalenia, ale to generalnie przyjemna droga gdy idziemy do przodu -- każde doświadczenie nas czegoś uczy (a przynajmniej może). I dopiero z perspektywy można docenić lekcje jakie przeszliśmy. Nawet te najgorsze momenty -- zostają jako wspomnienia, z których można wyciągać pozytywne rzeczy: zwiększają zrozumienie innych ludzi i siebie.
          • 12.06.13, 12:57
            > Problem dla wielu jest w tym, że czują że łamią wtedy 'oczekiwania' innych. Ale
            > te oczekiwania... ci którzy nas kochają, chyba w głębi chcą abyśmy byli wolni
            > i robili jak uważamy osiągając szczęśliwy życie, ale dopóki widzą że nie mamy w
            > sobie pewności, sterują nami wpływając na nas, w dobrej wierze...


            To istotny aspekt. Oczekiwania. Nas wobec swiata i swiata wobec nas. Czesto jest tak, ze idzie to w parze- duzo oczekuje i duzo daje- a czasem malo daje a duzo oczekuje.
            Mysle, ze chyba zdrowie polega na minimalizacji oczekiwan- swoich wobec innych jak i innych wobec mnie? Redukcji ich do minimum, ktore tworzy jakas wiez, ale nie wkracza ani kroku dalej?

            To jest problem osob, ktore maja oczekiwania, a nie osob, ktore ich nie spelniaja. rzecz w tym, ze gdy ktos ma duze oczekiwania- za ich nierealizacje obwinia druga strone. To jest pulapka.

            Zarazem oczekiwania wobec innych to brak akceptacji dla nich jakimi sa. Oczywiscie w rozsadnych granicach, bo pewne oczekiwania dotycza relacji wzajemnych, i te mozna miec, a inne dotycza spraw prywatnych.

            I tu jest kolejny problem, z ktorym ja mam klopot: postulat pracy nad soba i minimalizowania oczekiwan- wraz w pakiecie z postulatem, by nie zajmowac sie innymi, by byc tolerancyjnym, by akceptowac.

            I tu pojawia mi sie taka 'niesprawiedliwosc'- ja zmniejszam oczekiwania wobec innych, ale inni zwiekszaja oczekiwania wobec mnie. Skoro mam byc bardziej akceptujacy, wyrozumialy, pomocny itp- to znaczy chyba, ze bardziej mam sprostac oczekiwaniom innych?

            To jak, u siebie te ocekiwania wypalac a u innych chodowac? Jak w tym sens?
        • 12.06.13, 12:44
          akceptacja siebie - tak na prawdę to co dla nas jest wadą w nas, dla kogoś innego może być naszą zaletą, niektóre cechy warto zaakceptować, ja myślę, ze często problemem w nas nie są te cechy, które uznajemy za wady, ale ta szarość w nas, które wynika z braku akceptacji tego jacy jesteśmy, akceptując siebie ta szarość zaczyna znikać i stajemy sie innymi ludźmi, czujemy się bardziej atrakcyjni, i tak tez nas odbierają inni

          ale są takie wady które utrudniają życie, ja właśnie taką jedną u siebie dostrzegłam, i się zastanowiłam zaakcetować ją?? raczej nie, bo ona nie jest taką moją własną cechą, nie jest uzewnętrznieniem tego jaka jestem, ale wynika z lęku, ze strachu

          i zastanawiam się jak ją zmienić, i chyba jedyne poprzez zmierzanie się z tym problemem, nie uciekanie przed nim, będzie to związane z łamaniem jakiegoś zakodowanego wzorca, nie będzie to łatwe

          być może za nasze wady można uznać te cechy, które wynikają ze strachu, z leku (przed odrzuceniem, przed kompromitacja, przed porażką) a te cechy które wypływają z naszego wnętrza warto zaakceptować, nie dążyć na siłę do jakiegoś ustalonego wzorca np. człowieka pewnego siebie, atrakcyjnego, odważnego, wiodącego życie pełne wrażeń
          • 12.06.13, 13:02
            być może za nasze wady można uznać te cechy, które wynikają ze strachu, z leku
            > (przed odrzuceniem, przed kompromitacja, przed porażką) a te cechy które wypływ
            > ają z naszego wnętrza warto zaakceptować, nie dążyć na siłę do jakiegoś ustalon
            > ego wzorca np. człowieka pewnego siebie, atrakcyjnego, odważnego, wiodącego życ
            > ie pełne wrażeń

            Mysle, ze tak. Nalezy zapytac sie samego siebie, o co naprawde chodzi i na czym/ na kim naprawde nam zalezy. Czy warto imponowac ludziom, ktorych nie znam albo nie lubie nawet?
            Neurotyk z reguly stara sie zadowolic wszystkich i polaczyc sprzecznosci, oczywiscie nierealne.
    • 12.06.13, 12:18
      Kropi; czyżbyś zamiarował buddystą zostać ?
      --
      'Jeśli nie jesteś gotowy zmienić swojego życia,nie można ci pomóc".
      Hipokrates(460-377 p.n.e.)
      • 12.06.13, 12:45
        ja myślę, że się Kropidlak się waha - nie chce być posądzony o lans ;)
      • 12.06.13, 12:46
        Nie, buddysta raczej nie, malo znam buddyzm by go chwalic czy ganic, raczej mam pozytywne skojarzenia z tym systemem, natomiast jak kazda religia tak i buddyzm ma w sobie dla mnie bariere nie do pokonania na dzis w postaci wiary w rzeczy niematerialne. Niby okreslam siebie jako agnostyk, ale to jest blizsze ateizmowi niz jakiejs religii.
        Zatem, mam problem z korzystaniem z religijnych filozofii w pelni, bo tam klamra spinajaca jest jakis konkretny niematerialny porzadek, w ktory ja zwyczajnie nie wierze. Czy to niebo i pieklo, czy karma i rozne wcielenia, dla mnie to po prostu nie do przejscia.
        • 12.06.13, 12:55
          nie trzeba "brać" wszystkiego, można czerpać to, co współgra z tym co czujemy, ja mam filozofię swoją własną i wciąż ją udoskonalam
          • 12.06.13, 12:58
            malwi.4 napisała:

            > nie trzeba "brać" wszystkiego, można czerpać to, co współgra z tym co czujemy,
            > ja mam filozofię swoją własną i wciąż ją udoskonalam

            Nei zawsze. Czasem pozaziemski kontekst nadaje caly sens sytuacji. Na przyklad postulat, zeby cierpiec bo czeka na ciebie nagroda w niebie jest bezprzedmiotowy gdy w to niebo nie wierzysz.

            • 12.06.13, 18:23
              Na przyklad postulat, zeby cierpiec bo czeka na ciebie nagroda w niebie

              pewnie masz na myśli religie katolicka, ja tej religii nie odbieram tak, ze mamy cierpieć, dla nagrody, to najpierw było cierpienie, a potem człowiek nadał mu sens, tłumacząc, ze będzie nagroda po śmierci, w religii katolickiej raczej nie cierpienie jest najważniejsze, ale miłość do bliźniego

              w życiu każdego człowieka jest cierpienie i pewnie po to ludzie od zarania dziejów wymyślają religie, systemy filozoficzne, by sobie wytłumaczyć, ze to cierpienie nie idzie na marne, i jeszcze próbują odpowiedzieć na największa niewiadomą: co po śmierci

  • Powiadamiaj o nowych wpisach

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.