Re: Beznadziejna miłość
Autor:
Gość: Ona..
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
24.10.03, 11:45
Czytajac wasze listy i ogolnie listy na temat milosci uczuc, odnajduje siebie i
swoja sytuacje zyciowa.
Moje malznstwo choc nadal trwa powoli dobiega konca,z poczatku udane,opierajace
sie na milosci,szacunku,zrozumieniu,wspolnym pojmowaniu wartosci rodziny w
spoleczenstwie.Z roku na rok cos w nas umieralo,razem a jednak osobno.Mialam w
sobie duzo sily zeby probowac ratowac to co zaczelo sie walic,dla niego bylam
nikim,na swoj temat slyszalam wiele przykrych slow,ale trwalam
cierpliwie,znosilam jego humory i kaprysy,bronilam go przed rodzina twierdzac
ze jest bardzo dobrym czlowiekiem tylko ma zle dni.Trwalo to kilka lat,raz bylo
cudownie innym razem bylo bardzo zle, ale nigdy nie podniosl na mnie reki i
nawet nie probowal tego uczynic.Teraz od 3-4 lat bardzo sie zmienil, jest innym
czlowiekiem,zrozumial ze zle postepowal i stara sie wszystko odbudowac na nowo
i jestem z tego zadowolona ale.....jest juz za pozno zebysmy znowu byli
wspanialym malzenstwem,ja tego nie chce.Poswiecilam na ratowanie mojego zwiazku
wiele lat, wsadzilam w to wiele wysilku,dawalam mu szanse za szansa,czulam ze
sie ponizam, ze robie cos wbrew swojej woli tylko dla dobra naszego malzenstwa
zebysmy przetrwali na dlugie lata.Wreszcie peklo we mnie wszystko stracilam
sily i wiare w to ze bedzie lepiej.Nie kocham mojego meza i nic mnie z nim nie
laczy emocjonalnie,od 3 lat jestesmy dobrymi kumplami, ale nie ma mowy o tym
zeby kiedykolwiek cos sie zmienilo.Nawet terapia nam nie pomoze,bo ja juz nie
umiem jego pokochac,nie umiem wspominac razem przezytych milych chwil,nawet
wspolne dzieci nie sa dla mnie powodem aby razem byc,nie umiemy razem rozmawiac
ani sie smiac,stal mi sie bardzo obojetny i nieraz zastanawiam sie dlaczego ja
tak dlugo trwalam w tym zwiazku,dlaczego robilam wszystko zebysmy byli razem,
bo dopiero teraz zdalam sobie sprawe ze tak naprawde to ja go nigdy nie
kochalam,popropstu chcialam miec przy sobie partnera,ojca dla
dzieci,przyjaciela.
Jestem samodzielna kobieta, daje sobie w zyciu rade,mezczyzn traktuje po
przyjacielsku, jestem do nich troche zrazona i bardzo ostrozna w kontaktach,
ale staram sie byc bardzo mila i zawsze usmiechnieta.
Jednak moje kobiece serce potrzebowalo i potrzebuje milosci, takiej
prawdziwej,dojrzalej,nigdy nie szukalam ona przyszla do mnie sama,zapukala do
sercai powolutku wchodzila.Nie podejrzewalam ze z czasem ropali ogien tak
wielki, ze nie bede w stanie go ugasic.
Poznawalismy sie przez kilka miesiecy,dojrzewalismy jak jablka na drzewie, zeby
potem spasc na ziemie i ocknac sie ze to milosc, ze kochamy sie i chcemy ze
soba byc, ale tylko chcemy bo tak naprawde nie mozemy.On ma rodzine ktorej nie
zostawi, ja jeszcze jestem w starym zwiazku, ale jestem wolna osoba.
Jestem szczesliwa ze jego poznalam ,pokochalam,ale z drugiej strony bardzo
cierpie, ze to wszystko nie moze sie jakos ulozyc.Minelo juz wiele czasu, a ja
nie wiem co mam robic? kochac dalej, byc z nim,czekac na spotkanie, tesknic,a
moze zaczac sie leczyc z tej milosc? zadac sobie kilka miesiecy a moze lat bolu
i cierpienia.Patrzac na siebie widze dwie osoby, jedna kochajaca
szczerze,dajaca mezczyznie cale swoje serce,druga silna odpycha od siebie ta
milosc walczy z nia,jak aniol z diablem.Bije sie myslami sama ze soba i juz nie
wiem co mam robic, opadaja mi rece.
Dla mnie to jest beznadziejna milosc,ktora nie ma szans na to zeby
przetrwac,chociaz .........nigdy nie wiadomo co sie moze wydarzyc.Mam nadzieje
ze zycie bedzie dla mnie laskawe.