Dodaj do ulubionych

Biuro matrymonialne OSTOYA

18.01.06, 20:03
Szłam z mężczyzną koło Smyka w Warszawie, a zarazem nieopodal parkanu, na
którym dumnie reklamuje się biuro matrymonialne OSTOYA. Granatowe litery na
różowym tle, naśladujące pismo, wyraziste, a sentymentalne...
Oboje powiedzielismy niemal w jednym momencie: Ostoya -Ale nazwa! I
zaśmialiśmy się:ja jakos wesoło, on raczej ironicznie. Mnie się bowiem
przypomniały przedwojene ciotki, które odradzały pannnom płoche romanse z
elegantami i ogólne fiu-bździu, a zalecały szukanie mężczyzny - ostoi! W
słuszmych latach, z silnym ramieniem, sumiastym wąsem, wysokim urzędem i
grubym portfelem!
A tu mężczyzna ze mną idący mówi:
- Na polowanie na facetów wzywają! Biuro matrymonialne - ostoja rzadkiej
zwierzyny! - i robi wysoce zdegustowaną minę...
Słowem: Obława, obława, na młode wilki obława!...
I teraz pytanie moje do szlachetnych forumowiczów: Czyż nasze reakcje i
skojarzenia nie były typowe dla naszych płci? Czy nie jest tak, że kobiety
częściej widzą matrymonialną "ostoyę" jako silne ramię podtrzymujące stropy
zasobnego, mieszczańskiego domu, a mężczyźni - jako obławę na ich dzikie
ciała i dusze?.. Czy to tylko świadczy o mojej osobistej niskiej emancypacji,
bo gdybym była wyzwolona, też bym skojarzyła ostoyę z obławą na moją dzikość?
Czas mi już do psychiatry czy pomoże jeszcze psycholog?
Z czym wam się kojarzy pragnienie małżeństwa? Z zastawianiem sideł i wnyków,
podchodami, a jak trzeba to i z bronia palną, czy z wiotkim spłynieciem na
meskie ramię, popartym cichym westchnieniem?.. Jakim stylem zaczęliście swoje?
Obserwuj wątek
    • moc_ca Re: Biuro matrymonialne OSTOYA 18.01.06, 20:30
      Ja w kwestii formalnej.
      Pan który skojarzył nazwę biura z polowaniem zapewne poszedł prostszym tokiem
      skojarzeń, mianowicie koła łowieckie mają zawsze jakąś nazwę, najczęściej
      przeze mnie spotykana to "OSTOYA" lub "OSTOJA".
      W rzeczywistości oba porównania, i Twoje i mężczyzny który szedł za Toba są
      zupełnie zrozumiałe. Ostoja - I znaczenie - ktoś (lub coś) będący dla kogoś
      oparciem lub - II znaczenie - teren leśny na ktorym gromadzi się zwierzyna łowna

      A małżeństwo pojmuję jako (dobrowolne) ukoronowanie związku dwojga kochających
      się osób (czyli podaniem silnego ramienia i miękkim spłynięciem na nie) choć
      wiem że bywa upolowaniem zwierzyny z gatunku mężczyzna. :-)


      --
      Sza!
      • illiterate Re: Biuro matrymonialne OSTOYA 18.01.06, 20:48
        A - troche o/t, ale samo sie nasunelo - po co koronowac?

        'Ukoronowanie zwiazku' kojarzy mi sie ze slynnym wyjatkiem z propagowanego
        przez kosciol podrecznika do zycia w rodzinie i jego wizja malzenstwa
        jako 'pieca w ktorym mozna upiec chleb seksu' czy jakos tak.

        No po co koronowac, jak udany zwiazek korona sama w sobie jest?
        • moc_ca Re: Biuro matrymonialne OSTOYA 19.01.06, 18:10
          illiterate napisała:

          > No po co koronowac, jak udany zwiazek korona sama w sobie jest?

          Też tak uważam ale hellaa pytała konkretnie o skojarzenie związane z małżeństwem
          a czymże ono jest jeśli nie ukoronowaniem związku? hmm jednym nie potrzeba tej
          legalizacji innym jest niezbędna - as you wish ..


          --
          Sza!
    • fleuret Re: Biuro matrymonialne OSTOYA 19.01.06, 18:11
      hellaa napisała:
      > I teraz pytanie moje do szlachetnych forumowiczów: Czyż nasze reakcje i
      > skojarzenia nie były typowe dla naszych płci? Czy nie jest tak, że kobiety
      > częściej widzą matrymonialną "ostoyę" jako silne ramię podtrzymujące stropy
      > zasobnego, mieszczańskiego domu,

      Współczesne kobiety wiedzą, że najlepiej jest liczyć na siebie,
      wedle starego powiedzenia: chcesz liczyć, licz na siebie.
      Nie uwieszają się na męskim ramieniu, nie oplatają jak przedwojenny bluszcz...
      Pewnie, że miła (do pewnego stopnia) jest sytuacja: mogę tylko leżeć i
      pachnieć...ale to zbyt nudne na dłuższą metę...

      > a mężczyźni - jako obławę na ich dzikie
      > ciała i dusze?..

      to się nazywa zamach na ich niezależność...

      > Czy to tylko świadczy o mojej osobistej niskiej emancypacji,
      > bo gdybym była wyzwolona, też bym skojarzyła ostoyę z obławą na moją dzikość?
      > Czas mi już do psychiatry czy pomoże jeszcze psycholog?

      Przesadzasz. Nie znam kobiety, która nazwałaby małżeństwo zamachem na jej
      dzikość...Czasem jednak dochodzą do wniosku, że był to zamach na ich dobre serce


      > Z czym wam się kojarzy pragnienie małżeństwa? Z zastawianiem sideł i wnyków,
      > podchodami, a jak trzeba to i z bronia palną, czy z wiotkim spłynieciem na
      > meskie ramię, popartym cichym westchnieniem?.. Jakim stylem zaczęliście swoje?

      Mnie się kojarzy z wyborem. Czasem mniej a czasem wiecej świadomym.
    • rybolog Re: Biuro matrymonialne OSTOYA 19.01.06, 22:55
      To ja Ci odpowiem tak...Lata, lata temu mielismy takiego kumpla Kazia. Kazio byl
      kolejarzem na Wschodnim i czesto przychodzil do nas na Brzeska i Bazar
      Rozyckiego zeby biznes robic. Gites z niego byl chlopina, bo rozumial ze ludzie
      musza miec zysk. Bardzo go lubilismy, zreszta on nas tez i...pewnego dnia
      zaprosil nas na swoj slub. Ciarki nam po plecach przeszly ale postanowilismy nie
      sprawic mu zawodu i przyjechac z dodatkowymi skrzynkami gorzaly...No i
      pojechalismy. Kazio mieszkal w Radzyminie, kolo cmentarza, wiec myslelismy ze
      nie trudno bedzie trafic...No i tu byl nasz blad, bo tam sa dwa i to nie obok
      siebie. Zenek mowil zeby zeby bryka pojechac ale my chcielismy byc porzadni,
      wiec wybralismy PKS. Dzieki Bogu, ze pomiedzy jednym a drugim cmentarzem jest
      kosciol...i tam wlasnie trafilsmy na mloda pare. Kazio sie bardzo ucieszyl jak
      zobaczyl nas z tymi skrzynkami wody ognistej...jego ukochana mniej, duzo mniej.
      Ktos tam nawet obok warknal: Kim sa te zule? No, ale wszystko dobrze sie
      skonczylo, nikt nic nie pamietal i bylo gites...Problem w tym ze Kazia po slubie
      wcielo, minal miesiac, dwa, trzy i nic. Wtedy postanowilismy sie znowu wybrac do
      Radzymina. Pojechalismy, dorwalismy Kazia w niedziele po sumie koscielnej wraz z
      zona...a on do nas: Chlopaki, ja mam juz inne zycie, zrozumcie mnie. Pamietam
      Zenek zapytal sie wtedy: Kaziu ale czy lepsze?...Nie doczekalismy sie
      odpowiedzi, bo jak ta jego zonusia zaczela nadawac...to tylko powiedzielmy
      Kaziowi ze my tu tylko przejazdem. No i wtedy Kazio wybuchl i zaczal krzyczec:
      Babo, czy ty nie rozumiesz, ze nie moge spelnic wszystkich twoich zachcianek,
      pracujac na panstwowej posadzie, zarabiajac to co zarabiam i wracac do domu o
      przyzwoitej porze!!! To nie jest bajka, to jest bitwa!!!

      Rok pozniej Kazio sie rozwiodl i zaczal placic alimenty, zawsze byl dumny z
      tego, mowil ze taniej, duzo taniej...


      --
      Podrap sie jak Cie swedzi, nie mecz sie...
      • seerena Re: Biuro matrymonialne OSTOYA 20.01.06, 01:14
        Haha, Rybolog niezłe ;)
        A jesli chodzi o skojarzenia to mi się sama nazwa biuro matrymonialne kojarzy z
        czymś niedzisiejszym, przestarzałym, ostoya z własnie takim brakiem energii,
        ruchu, stagnacją. Dla mnie małżeństwo nie ejst ani żadną łapanką na dzikie
        zwierzyny ani szukaniem tylko oparcia. Jest po prostu rytuałem, który trzeba
        spełnić bo takie są normy społeczne i prawne :)) Nie jest wazny ten papierek,
        wazny jest człowiek którego wybieramy aby spędzic z nim życie i się zestarzeć. A
        ostoją/podporą powinnismy byc dla siebie nawzajem.
      • shachar Re: Biuro matrymonialne OSTOYA 20.01.06, 04:18
        dla wszystkich, ktorzy nie czytali, artykul Milskiej-Wrzosinskiej

        Czy mężczyzna potrzebuje małżeństwa?

        Dla mężczyzny ślub to inwestycja coraz mniej opłacalna. Ociągają się zwłaszcza
        mili chłopcy, za których chętnie byśmy wychodziły. Co ich powstrzymuje?

        Znajomy czterdziestolatek na pytanie, czy uważa swoje małżeństwo za udane,
        odparł: "Dla mojej żony z pewnością". Mężczyźni z młodszego pokolenia, by
        uniknąć tego rodzaju gorzkiej konstatacji, odwlekają ślub, jeśli w ogóle
        zamierzają go brać. Tymczasem, jak wynika z badań, zdecydowana większość
        młodych kobiet lubiłaby wyjść za mąż, i to niekoniecznie dlatego, że męskie
        szowinistyczne społeczeństwo poddało je od dzieciństwa ukierunkowującemu
        treningowi (gumowy słodki dzidziuś, kuchenka, mebelki jak prawdziwe), ale
        raczej ze względu na to, że są bystre i widzą, jak jest: małżeństwo jest
        układem dobrze zaspokajającym potrzeby kobiety, jeśli tylko umie się ona w nim
        przytomnie umościć.

        Matrymonialny odwrót

        Z kolei dla mężczyzny ślub to inwestycja coraz mniej opłacalna. Jeśli wierzyć
        antropologom, małżeństwo monogamiczne samo w sobie jest porażką podstawowej
        strategii prokreacyjnej samca bazującej na zapłodnieniu maksymalnej liczby
        partnerek. Mężczyźni byli zmuszeni z tego wzorca zrezygnować, bo nadprodukcja
        przypadkowo poczętych dzieci przestała być akceptowalna moralnie, społecznie i
        ekonomicznie. Przestawili się zatem z ilości na jakość i zaczęli dbać o
        mniejszą liczbę dzieci poczętych z jedną partnerką, a nie z wieloma. To
        sytuacja dla kobiet bardzo korzystna.

        Niestety, od jakiegoś czasu mężczyźni są w matrymonialnym odwrocie. Wprawdzie
        nie wszyscy - życie pokazuje, że tradycjonaliści, którzy w razie czego posłuch
        w łóżku i w domu wymuszą pięścią, żenią się akurat dość chętnie i bez obaw.
        Ociągają się raczej mili chłopcy, za których chętnie byśmy wychodziły, ci,
        którzy szanują i lubią kobiety i zostali wyedukowani w kulturze związku
        partnerskiego.

        Co ich powstrzymuje?

        Pit bez zobowiązań

        W dzisiejszych czasach seks jest dostępny bez ślubu, dzieci przestały się
        dzielić na małżeńskie i inne, a legalna żona nie jest gwarantowanym bezpłatnym
        robotnikiem do obsługi wspólnego gospodarstwa. Mężczyzna może mieć więc poważną
        wątpliwość, czy małżeństwo jest mu do czegokolwiek potrzebne.

        Zwłaszcza że kandydatki na żony wymagają dużo, a dają nie tak znów wiele. Chcą
        dla siebie jednocześnie przywilejów tradycyjnie męskich (wolność, autonomia,
        samorealizacja), ale też tych uznawanych za raczej kobiece (bezpieczeństwo
        materialne i społeczne, oparcie). W dodatku trudno im się zgodzić na koszty
        związku: konieczność dostosowania się do drugiej osoby, obowiązki,
        odpowiedzialność. Nie muszą i nie chcą prasować koszul, gotować codziennych
        obiadków, mieć wyłączności na reprezentację rodziny na wywiadówkach i być
        dyspozycyjne seksualnie na żądanie. Ale z drugiej strony oczekują, że mąż
        wypełni PIT, naprawi pralkę, da w prezencie najnowszy krem odmładzający za 700
        zł i zawsze obiegnie samochód dookoła, by otworzyć drzwi.

        My, współczesne kobiety, chcemy mieć wszystko natychmiast, bez wysiłku i
        poświęceń. Zastawiamy więc na naszych mężczyzn liczne pułapki, tyle że w
        ostatecznym rozrachunku same w nie wpadamy.

        Politykę finansową ustalamy w duchu zasady: "Co moje, to moje, a co twoje, to
        jeszcze zobaczymy". Żądamy szacunku dla naszej pracy zawodowej ("Zrób dzieciom
        kolację, bo ja mam raport do zrobienia na jutro"), ale jej finansowe owoce
        traktujemy jako prywatny dochód, który zagospodarowujemy zgodnie z naszymi
        potrzebami, podczas gdy zarobki męża mają być pod naszą kontrolą.

        W zakresie prokreacji wyznajemy bezkompromisową formułę: "Mój brzuch należy do
        mnie". Chcemy rozstrzygać o zajściu w ciążę, a nawet jej utrzymaniu lub nie,
        ale mężczyźnie nie dajemy prawa do decyzji o poczęciu ("No tak, to fakt,
        mówiłam, że biorę pigułki, bo od dwóch lat biorę. Ale zapomniałam, że akurat
        zrobiłam przerwę, bo mi lekarz zalecił. No i stało się. Co, nie jesteś
        zadowolony? Jak nie chcesz, to sobie poradzę, sama urodzę i wychowam"), ani o
        tym, czy dziecko ma się urodzić ("Jak będę chciała, to usunę, a tobie nic do
        tego").

        Nie chcemy być traktowane jak zabawki seksualne - laleczki dostępne na życzenie
        dla rozładowania rozmaitych męskich napięć, ale same traktujemy naszych
        partnerów jak misie pluszaki, w których ramiona wtulamy się, gdy jest nam
        zimno, smutno i źle, szepcząc przy tym: "Chcę się tylko przytulić... Taka
        jestem nieszczęśliwa... Na nic nie mam siły". Żądamy, by nasz nowoczesny
        partner rozumiał, że bliskość fizyczna może być wyrazem nie tylko pragnień
        seksualnych, ale i czułości, natomiast same nie zamierzamy uznać, że
        konstrukcja typowego mężczyzny uniemożliwia wytrzymanie dwóch tygodni czysto
        platonicznych przytulanek. Otóż takie numery wypada robić tylko tatusiowi,
        który musi znieść stoicko, że w pełni rozwinięta nastolatka pakuje mu się do
        łóżka, szlochając: "Tato, boję się, miałam taki zły sen...". Jednak na tatusia
        miało się tylko jedną szansę w życiu, a mąż zasadniczo służy do czego innego.

        Oczekujemy, że - zgodnie z zaleceniami tygodników kobiecych - nasz partner
        zapewni nam po kilka orgazmów na życzenie, znajdzie punkt G i wszystkie inne
        punkty, rozbudzi w nas nieznane nam dotąd pokłady seksualności, a przy tym
        będzie jak po viagrze (chociaż poczułybyśmy się zdradzone i oszukane, gdyby
        rzeczywiście ją zażywał), ale nie zamierzamy w najmniejszym stopniu zachowywać
        się uwodząco, bo przecież erotyczna prowokacja poniża kobietę i czyni z niej
        podległą samicę. Bez fałszywego wstydu pokazujemy partnerowi nasze fizyczne
        defekty, bo jeśli kocha, to musi akceptować nas w pełni.

        Nękanie codzienne

        Uważamy, że mężczyzna powinien uczestniczyć we wszystkich obowiązkach domowych,
        również (a może zwłaszcza) tych, których nie lubi: zmywaniu, praniu czy zmianie
        pieluch, a same się obruszamy, gdy wyraża zdziwienie, że nie pojechałyśmy do
        wulkanizatora z przebitą przez nas oponą ("Ja miałam to zrobić? Chyba
        żartujesz! Przecież nie dałabym rady, zresztą nawet nie wiem, gdzie jest
        warsztat").

        Chcemy, żeby nam opowiadał o swoich sprawach zawodowych, a nie lekceważąco
        zbywał: "Przecież i tak to cię nie interesuje", ale po trzech minutach relacji
        o negocjacjach, gdzie odegrał pierwszoplanową rolę, wykrzykujemy: "To Marek też
        tam z tobą był? Nic mi nie mówiłeś, że już wrócił. A wiesz, że jego żona chyba
        kogoś ma?".

        Sądzimy, że powinien spędzać więcej czasu z rodziną, nie pracować wieczorami i
        w weekendy, ale gdy mówi, że wobec tego zrezygnuje z dodatkowego zlecenia i
        zarobi mniej, niepokoimy się: "A co z naszą działką? Przecież mieliśmy ją w tym
        roku ogrodzić, wykarczować i rozejrzeć się za jakimś niedrogim projektem". Gdy
        znękany małżonek próbuje nas przekonać, że nie da się jednocześnie pracować
        mniej i zarabiać więcej, mówimy znacząco, że inni jakoś potrafią, pozostawiając
        jego domyślności, czy uważamy go za niedołęgę, czy raczej za cwaniaczka
        sprytnie wymigującego się od bycia z dziećmi.

        Chyba nigdy nie miałyśmy takiej szansy stworzenia korzystnego dla kobiet modelu
        relacji męsko-

        -damskich jak teraz. I tę właśnie szansę krok po kroku marnujemy. Za kilka
        pokoleń nasze następczynie będą się mogły rozkoszować towarzystwem damskich
        bokserów oraz mężczyzn homoseksualnych z wyboru rozmnażających się przez
        klonowanie.

        Zofia Milska-Wrzosińska psycholog, psychoterapeuta z Laboratorium
        Psychoedukacji. Wydała książkę "Bezradnik. O kobietach, mężczyznach, miłości,
        seksie i zdradzie"























        • illiterate Re: Biuro matrymonialne OSTOYA 20.01.06, 08:28
          Hehe, czytajac go po raz pierwszy, wydawalo mi sie, ze ten artykul bedzie zyl
          wiecznie. I owszem - bywa wyciagany przez mizoginow na forach feministycznych
          ('a Milska, nie dosc ze psycholog, to jeszcze kobieta, napisala, ze baby to sie
          dla forsy tylko chajtaja'), ale tu? Jezu.

          Stek bzdur, i to taki ekskatedralny, bez, bron boze, powolywania sie na
          jakiekolwiek statystyki, wyniki badan, cokolwiek. Naprawde uwazasz, ze ona ma
          racje? Na jakiej podstawie? Bo moja rzeczywistosc temu przeczy.
      • fleuret Re: Biuro matrymonialne OSTOYA 20.01.06, 07:33
        Poświadczam, że opowieść Ryba jest zgodna
        z rzeczywistością pod względem topograficznym.
        Nawet sam Isaac Bashevis Singer nie oddałby jej lepiej…
        Dodam, że omawiany ślub miał miejsce w kolegiacie
        fundacji księżnej Eleonory Czartoryskiej z Waldsteinów,
        żony Michała, kanclerza Wielkiego Księstwa Litewskiego.
        Ale to nie ja byłam żoną Kazika...
      • hellaa Re: Biuro matrymonialne OSTOYA 22.01.06, 21:18
        Potwierdzam, że opowieść Ryba jest także prawdziwa pod względem socjo-
        psychologicznym!
        Są miejscowości, gdzie na rogatkach powinien stać /podświetlany nocą, by i
        zbłakani byli świadomi/ bilboard z dantejskim cytatem, co się zaczyna
        od "Lasciate...". Gdyby Kazik wziął żonę z Marek, Zielonki, czy nawet Kobyłki,
        nie trafiłby być może w kleszcze dwu cmentarzy, zaciskające się na jego
        swobodnie dotąd pomykających odnóżach jak wnyki na łapach zająca skaczącego
        dotąd swobodnie po lesie na Aleksandrowie...
        Nie przyszpiliłby go do gliniastej i gliniankami słynącej ziemi oścień
        Kolegiaty, a ksiądz o chytrym nazwisku nie zasygnowałby swą pieczecia cyrografu
        na jego wolność...
        Ale było jak było. I jest jak jest. Wszystko szalone, niewytłumaczalne choć z
        pozoru proste, dziwne, pełne magii i koincydencji...
        O Rybie, o Fleur, czyż nie?... :)))))
        • fleuret Re: Biuro matrymonialne OSTOYA 23.01.06, 07:53
          O Hellaa, pomyśl jak krwawy hollywoodzki finał mogłaby mieć ta historia gdyby
          Kazik pojął za żonę jakąś dziedziczkę czy właścicielkę stadniny z okolic Niegowa!
          Sama nie wiem czy radzymińskie bagna są siedliskiem większej magii, czy też
          dzikie łąki nadburzańskie. Doprawdy nie wiem...Odkąd nie włóczą się tam stada
          krów, okolica dyszy szalonymi czarami.
        • rybolog Re: Biuro matrymonialne OSTOYA 23.01.06, 21:35
          Alez oczywiscie ze tak:))) Kazio sie poczul osaczony, ciagle o tym mowil. Ale
          robota na Wschodnim bardzo mu pomogla w zwalczeniu tej fobii. Pamietam jak
          ktoregos dnia usiadl i powiedzial: Jak sie patrze na te pociagi odjezdzajace w
          sina dal, to zdalem sobie sprawe, ze ja tez moge do takiego pociagu wsiasc i
          pojechac...po czym popatrzyl sie na nasze zaskoczone geby i dodal: Ale bez was
          chlopaki to nigdzie nie jade:)



          --
          Podrap sie jak Cie swedzi, nie mecz sie...
          • hellaa Re: Biuro matrymonialne OSTOYA 24.01.06, 09:03
            Rybie, tak się zastanawiam, czy nie jestem przypadkiem twoją sukcesorką?...
            Czy to aby nie ty pozostawiłeś przy którymś z brzeskich czy ząbkowskich
            śmietników, jakoś tak na przełomie lat 80/90, piekny zbiór pism literackich, a
            to: Odrę, Literaturę na Świecie /Henry Miller!/, Poezję i Pismo?
            Jako nieletnie dziecię chetnie eksplorujące także śmietniki, naszłam raz taki
            zbiór, przyhołubiłam go, i: 1. Oblewałam się pąsem w czasie zgłebiania
            millerowych akapitów 2. Długo rozważałam, kimże był ten, który w tak
            niespodziewanym miejscu pozostawił tak nietypową spuściznę...
            Doszłam do wniosku, że ani chybi był to młody jakiś pisarz, który w praskiej
            kamienicy, ogrzewając zmarznięte dłonie kagankiem, próbował wznieść się na
            wyżyny duchowo-intelektualno-finansowe /wtedy jeszcze dobrze płacili pisarzom/,
            ale to się nie udało, więc wystawił przed śmietnik swe "książki zbójeckie" i:
            1. jął handlować ruskimi zegarkami na bazarze 2. uwieziono go do Ząbek-Drewnicy
            3. porzucił niegościnną ziemię, a raczej praskie bruki, by szukać natchnienia
            pod niebem Italii 4. /wersja skrócona/ porzucił ziemię na rzecz nieba. Po
            lekturze twojej opowieści o Kaziku muszę dodać punkt 5: OŻENIŁ SIĘ.
            Hipoteza brzmi: Ryb to był!
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka