Dodaj do ulubionych

Konflikty między dziećmi a drugą żoną

12.06.06, 11:37
A ja znam doświadczenia tego typu od lat z trochę innej strony... Druga żona
pewnego ojca (wcale nie jakaś młodsza - normalny związek po wcześniejszych
rozwodach obojga) uparcie i konsekwentnie zatruwa życie jego dwóm już dawno
dorosłym córkom, kiedy tylko wejdą w sferę rażenia. I nie można do niczego
się przyczepić "dla dobra taty", bo przecież on z nią żyje na co dzień i nie
można pozwolić żeby wyżywała się na nim. I tak babsko czuje się totalnie
bezkarne. Warto może jeszcze dodać, że w jej przypadku to jak "z chłopa
król"...
Edytor zaawansowany
  • 12.06.06, 12:23
    Mój kuzyn jakiś czas temu wymienił żonę na "nowszy model". Ze związku zostało
    mu dwoje dzieci w wieku szkolnym. Żona, która ciężko to przeżyła, bo w jakiś
    niepojęty sposób kochała tego palanta, miala ogromną klasę i wytłumaczyła
    dzieciom, ze "tatuś nie kocha juz tylko mnie, wyjesteście dla niego
    najważniejsi".
    Co prawdą nie było, bo 10-letnia córka stwierdziła, że "gdybyśmy byli
    najważniejsi, toby nas nie zostawił". O prawo do spotykania sie z dziećmi nie
    walczył, bo była żona udostępniła mu to w każdym żądanym zakresie.
    I od początku pojawiły się problemy. Spotkanie uniemożliwiała żona, ale tym
    razem druga. Ciągle pojawiały się jakieś pilne sprawy, gdy powinien iść na
    szkolne przedstawienie, albo na urodziny córki czy syna. Zakupy, opieka nad JEJ
    matką czy wyjazd za miasto były wazniejsze od jego dzieci. Do domu wstepu nie
    miały, chociaż się w nim wychowały. Gdy córka trafiła do szpitala, okazało się,
    że znacznie ważniejsze są wczasy, których absolutnie dla jej zdrowia
    psychicznego odwołać nie wolno. Kuzyn wniósł sprawę o obnizenie alimentów, bo
    nic go z dziećmi już przecież nie łączy, a w związku z następca tronu pojawiły
    się nowe wydatki.
    On był dość bogaty, jego pierwsza rodzina nie.
    Cyrk zaczął się, gdy "Druga" była w ciąży. Kuzyn dzieci nie widział chyba z 1,5
    roku. Miał chyba wyrzuty sumienia i żąl do "Drugiej", bo małżeństwo rozpadło
    się chyba dość szybko. Rozwód nastąpił później.
    Stan obecny: Córka z pierwszego związku ojca nie zaprosiła na ślub. NIgdy go
    nie było, jak go potrzebowała - teraz go nie potrzebuje. I słusznie. Matka jej,
    po ogromnej awanturze, usłyszała, że nie zmuszała ojca do spotkań z nimi. Tylko
    jak miało to robić?
    Syn nie utrzymuje kontaktów z ojcem, na ślub go nie zaprosi. Już to
    zapowiedział. I nikt go nawet do tego juz nie namawia.
    Syn z drugiego małżeństwa nie spotyka sie z ojcem - utrudnia to matka.
    Kuzyn pije i przychodzi sie wypłakiwać do mnie. Wczoraj go wyrzuciłam.

    ps. Jak przeczytałam wypowiedź idotki, że w soboty nie ma co robić przez 6
    godzin, bo dzieci spotykają się z ojcem, to mam ochotę zaproponować jej
    czytanie książęk. Miłe, pozyteczne i czegoś się mozna dowiedzieć. NIe wiedziała
    z kim się wiąże? Mąż dzieci utajnił? NIe wie, że z własnymi sa problemy?
  • 12.06.06, 12:29
    Robta co chceta! Jak sobie poscielesz tak sie wyspisz. Fuck!!!
  • 16.06.06, 16:55
    Pozdrawiam.Te same sytuacje są w całej Europie dlatego tylko potwierdzam.

    Przy okazji szukam właśnie takich tekstów,podobnych komentarzy dotyczących,
    prawa do spotkań ojców ze swoimi dziećmi.Szukam "lektorów" z Polski,dla mojej
    organizacji PAPAX (PAPA PAX).Poza partyjnej i nie religijnej.Zbieramy podpisy
    do Parlamentu Europejskiego(potrzebujemy 5 mln)o zmianę przepisów prawnych.

    Automatyczne i kontrolowane prawo dla ojców,dziadków,studentów do spotkań
    z własnymi dziećmi,wnukami,rodzeństwem.Wiele krajów europejskich zostało przez
    sądy,co prawda ukarane,za lekceważenie praw dziecka,ale bez skutku.

    Dzieci są maltretowane,nie mają szans często na przeżycie,są bite i to często
    przez kobiety,domy dziecka w całej Europie zapełniałą się,sytuacja jest
    tragiczna.Mordowane!!Majątek dzieci jak z przed 60 laty często przez sprytnych
    adwokatów już jest zrabowany.Są pierwsze wyroki sędziów o zakazie
    uczęszczania,przykładowo dzieci na mszy.
    Są już pierwsze pozwy przeciwko przykładowo dzieciom od 8 roku życia,że
    nie mogą określonych ulic(przykładowo w Berlinie)przechodzić(Gettos).
    Babcie po 70,są wykluczone ze spotkań z wnukami.Przez sądy w Europie.
    itd.Handel z małymi dziećmi z Polski,Ukrainy z Rosji,Słowacji i innych krajów i
    żantażowanie przez gangsterów matek dzieci wzrasta.Dzieci jako żantaż!!!
    To dotyczy dzieci,także z Polski.Nie wspominam o narkotykach o sadystycznych
    bijatykach w szkołach i o braku n.P Informatyki w szkołach podstawowych.

    Grużlica jest z powrotem.Zaznaczam w tej super Europie.Policja,prawnicy
    nawet eurpejska bezpieka nie ma szans.Są tak słabo wyposażeni i opłacani,że
    ta tragedia w Europie nie ma końca.A prokuratorzy generalni w Europie?

    Zaczęłem co prawda w jązyku niemieckim ale potrzebuje wsparcia od was,z Polski.
    Obudzcie się.Wyniszczanie następnego pokolenia się rozpoczęło.
    To nie są mżonki czy iluzje.Kościoły w Europie nie reagują,politycy mają strach
    przed oczyma.Powtarzam-organizacja neutralna.Po zmianie przepisów,będzie
    zamknięta.Od rodziny,nawet po rozwodzie,zależy nasza przyszłość.
    Przyszłość dzieci.Moja email:komponist24@gmail.com
    Strony:www.papax.de .Tam są skandale i wyroki.Jeszcze po niemiecku.

    Co prawda prawnicy próbują wszystkich prawnych alternatyw ale poinformowałem
    Hackerów w całej Europie,w Rosji również i w Stanach dlatego co nie którzy przy
    władzy,mają strach przed armią specjalistów.Banki nie mają jakichkolwiek
    zabezpieczeń.Serwery konzernów to dla specjalistów zabawa.

    Potem ta sama sytuacja w USA.Podpisy do UNO i UNESCO.
    Koniec z likwidacją następnego pokolenia!!!
    Ochrona Praw Dzieci!!!

    Mark Lips

  • 12.06.06, 12:39
    Ile ludzi, tyle roznych sytuacji. Przebywając u mojego ojca bardzo nie lubię,
    gdy rozmawiając ze mna zamyka drzwi, zeby towarzyszka jego zycia (od 10 lat)
    nie slyszala o czym rozmawiamy lub gdy ją prosi o niezabieranie glosu, bo to
    nie jej sprawa. I tu się myli. To jest jej sprawa! Chcąc nie chcąc oboje
    uczestniczą w moim zyciu, czy to się komus podoba, czy nie. Przez sam fakt, ze
    sie ze soba zwiazali. Tak myslę. Moze dlatego, ze przy okazji lubię tę kobietę:)
  • 12.06.06, 13:02
    Co za mądra z Ciebie dziewczyna! Gdyby mój mąż był taki, z pewnością z chęcią
    witałabym jego syna w moim domu. A tak to właśnie on zepsuł wszystko. Nie
    rozbiłam małżeństwa. Poznałam człowieka rozwiedzionego. Zaakceptowałam jego syna
    - on mnie na poczatku też. Polubiłam go. Niestety mój mąż od razu separował go
    ode mnie i naszych dwóch synów. Robert mieszkał w innym mieście, ale zapraszałam
    go do nas na wakacje. Był 2-3 razy.I chociaż był z pobytu u nas zadowolony, mąż
    wolał spotykać się z nim w rodzinnym mieście. Nigdy nie byłam natrętna,
    pozwalałam im pobyć samemu ze sobą. Nasi synowie nigdy się ze sobą nie żyli. Z
    ich relacji bowiem wynika, że , przy Robercie tatuś traktował ich źle. Tak, jaby
    chciał pokazać Robertowi, że to on jest dla niego najważniejszy. Moi synowie nie
    chcieli później z nim jeździć do męża rodziny, bo tam zawsze doznawali
    upokorzenia. Robert juz pracuje, ma 28 lat. Ostatnio mąż zaprosił go do nas po
    wielu latach. jeden z synów, wyszedł z domu, nie chciał się z nim spotykać. Za
    karę mój mąż nie odzywał się do niego przez 2 tygodnie. Potraktował naszego syna
    jak śmiecia. Myślę, że mój syn miał prawo nie chcieć tego spotkania. Mąż z
    naszymi dziećmi nigdy nie rozmawiał o swoim byłym małżeństwie, niczego nie
    wytłumaczył. Żądał tylko specjalnych honorów dla Roberta-od nas wszystkich. To
    spowodowało, że mamy do niego o to żal, ja również. Nasze i tak rzadkie
    kontakty z jego synem również się rozluźniły. Efektem tego jest to, że przyrodni
    bracia się nie tolerują. Winą za to obarczam męża.
    Na zakonczenie mam mały apel do dzieci ojców, mających drugie żony- to nie one
    odbierają Wam tatusiów- to mężczyźni, ojcowie Was porzucają. Nie można siłą
    kogos odebrać drugiej osobie. Czy wy wiecie, jakie bzdury mężczyźni opowiadają o
    sobie kobietom? Jacy są nieszcześliwi, biedni, nierozumiani? A kobiety? Też
    pragną szczęścia. A w ich naturze leży uszczęśliwianie pokrzywdzonych. Miejcie
    więc raczej pretensje do swoich tatusiów, bo to oni dla waszego dobra nie
    potrafili zrezygnować z innej kobiety. I to od niech najczęściej zależy postawa
    drugiej zony- jeśli nie musi się czuć zagrożona, polubi was!
  • 12.06.06, 13:09
    Nie maja co robic, nie wiedza jak sie zachowac i potem wychodzi taki wstyd.
    Bardzo przykre to, co pisesz. Czy nikt tych ludzi nie uczy co to zrozumienie i
    szacunek dla drugiego czlowieka?
  • 12.06.06, 15:25
    NIc dodac, nic ujac.
  • 12.06.06, 15:33
    annamarianna1 napisała:
    > Na zakonczenie mam mały apel do dzieci ojców, mających drugie żony- to nie one
    > odbierają Wam tatusiów- to mężczyźni, ojcowie Was porzucają. Nie można siłą
    > kogos odebrać drugiej osobie. Czy wy wiecie, jakie bzdury mężczyźni
    opowiadają
    > o
    > sobie kobietom? Jacy są nieszcześliwi, biedni, nierozumiani? A kobiety? Też
    > pragną szczęścia. A w ich naturze leży uszczęśliwianie pokrzywdzonych. Miejcie
    > więc raczej pretensje do swoich tatusiów, bo to oni dla waszego dobra nie
    > potrafili zrezygnować z innej kobiety. I to od niech najczęściej zależy
    postawa drugiej zony- jeśli nie musi się czuć zagrożona, polubi was!




    tiaaa, w naturze kobiety lezy uszczęśliwianie padalców, którzy porzucają żony i
    dzieci. Oczywiscie "uszczęśliwianie " przez wchodzenie do łóżka zonatemu
    facetowi, zeby mu tak dobrze zrobić.
    A potem , dzieci mają być wdzięczne tym paniom , ze im tak tatusia
    uszczęśliwiają....haha
  • 12.06.06, 20:50
    cogita napisała:
    > tiaaa, w naturze kobiety lezy uszczęśliwianie padalców, którzy porzucają żony
    i
    >
    > dzieci. Oczywiscie "uszczęśliwianie " przez wchodzenie do łóżka zonatemu
    > facetowi, zeby mu tak dobrze zrobić.
    > A potem , dzieci mają być wdzięczne tym paniom , ze im tak tatusia
    > uszczęśliwiają....haha

    Mój ty bosze,biedni ci faceci i rozum mają w gaciach. A te wredne baby do tych
    gaci sie dobierają.Nieboraki z tych facetów, zupełnie nie wiedzą co czynią.
  • 12.06.06, 21:29
    Mysle,ze gdzies mialabym milosc czy nawet szacunek kochanki ojca...a i ojca tez!!!!!
  • 13.06.06, 09:25
    nie przeginaj, laska -
    chyba że z mamusi też zrobisz nie żonę tatusia, ale jedynie kochanję, która mu
    dzieciątko słodkie urodziła

    mowa o partnerce, nie o skrywanym romansie i kochankach, przynajmiej próbuj
    trzymać się tematu

    --
    Sygnaturka jaka jest każdy widzi :)
  • 16.06.06, 13:00
    Dopoki ojciec nie ma zoltych papierow, to moze robic ze swym zyciem co mu sie
    podoba. Nic ci do tego. Nawet, jesli ci sie to nie podoba.Taka jest prawda i
    juz.Ciebie tez splodzil nie z milosci do ciebie, tylko do kobiety, twojej
    matki.Kiedys partnerka byla twoja matka, dzisiaj inna i nie mozesz wnikac w to,
    co zdecydowalo o jego wyborze, gdyz jest doroslym samodzielnym czlowiekiem. A
    ty musisz uszanowac jego wybor,tak jak szanujesz i godzisz sie z jego
    poprzednim wyborem zony na twoja matke.Poza tym jestes winna mu szacunek jako
    ojcu, co nie jest niczyim wymyslem, tylko odwiecznym pewnikiem w wielu
    kulturach.
    Chce jeszcze dodac, ze jestem pierwsza zona meza bez "przeszlosci" i zupelnie
    bez emocji i obiektywnie widze ten temat.
  • 12.06.06, 21:44
    Oczywiście tatusiowie są winni i to na nich powinna spoczywać odpowiedzialność
    za opuszczaną rodzinę. Natomiast kobieta, która zgadza się na romans z
    mężczyzną żonatym wiedząć o tym jest zwykłą Flądrą. Wiadomo, że problemy domowe
    nie mają szans z uśmiechem rodem ze sklepu z drogimi czekoladkami. Ona nie
    powinna się nawet umówić z takim panem na towarzyską kawę czy do kina. To już
    wykracza poza więzy służbowe.Zbyt wiele takich związkow kończy sie fiaskiem w
    zderzeniu z codziennością.Te kobiety tak pragnące swego szczęścia cudzym
    kosztem potem dopiero widzą małość tego "cudownego " faceta. Natomiast zostaje
    zrujnowane życie dzieci i pierwszej żony. Są pewne zasady i kto je narusza ten
    jest po prostu nikczemnikiem. Swoją drogą to Tatusiowie powinni dzieciom
    dożywotnio płacić odszkodowanie moralne za urazy psychiczne i trudności w
    stworzenia normalnego związku w przyszłości.
  • 13.06.06, 09:30
    ...kulturalnym i cywilizowanym społeczeństwie ciągle rozgrzesza się faceta :)))
    czekoladki i uśmiechy przegrywają z domowymi problemami?
    przecież on się na te domowe problemy zdecydował, na litość boską :))))
    nie traktujmy mężczyzn jak kretynów, to też ludzie :)

    a kochanka z reguły płaci paskudną cenę za wkraczanie w związek
    znam historię takiej, która 3 lata nie wiedziała o małżeństwie ukochanego
    jej wina???
    NA PEWNO, przecież on nie musi się czuć zobowiązany mówić prawdę :)
    to ona ma go sprawdzić i wziąć na siebie jego złamaną przysięgę :))))))))

    --
    Sygnaturka jaka jest każdy widzi :)
  • 14.06.06, 19:58
    mam wrazenie, ze dyskusja zeszla na niewlasciwe tory. przeciez zaczelo sie od
    sytuacji, w ktorej facet sie rozwodzi i wtedy dopiero pozonaje druga zona. a nie
    o kochankach, ukrywanych na boku, przed ktorymi taki pan zwykle tez ukrywa, ze w
    ogole ma rodzine.


    wiec proponuje: do rzeczy, czyli jak mowili Rzymianie ad rem :)

    a w temacie: na szczecie nigdy nia znalazlam sie w takiej sytuacji. mam jednak
    kolezanke, ktorej rozwiedzeni rodzice sa wzorem przyjazni. maja nowych parterow,
    nowe dzieci, a na wigilli spotykaja sie razem - WSZYSCY. takiej madrosci
    zyciowej zycze Wam drogie corki, matki, zony pierwsze i drugie.

    pozdrawiam
    kaska
  • 16.06.06, 14:14
    bardzo dziwia mnie niektore odpowiedzi...:/ moj ojciec ma takze druga zone, i
    szczerze mowiac mam z nia lepszy kontakt niz z ojcem...teraz mam tak naprawde 2
    rodziny,i z obiema zyje dos dobrze. to samo jesli chodzi o kontakty z
    rodzenstwem, z nowego malzenstwa zarowno ojca jak i mamy. mam wrazenie ze osoby
    piszace na forum to przede wszystkim jedynaki, ktore nie potrafia z nikim
    dzielic sie rodzina...a przeciez dla szczescia wszystkich jest to niezbedne.
    trzeba pozwolic kazdemu decydowac o sobie-takze dzieciom o tym czy chca sie
    spotykac z druga rodzina ojca. to naprawde nie musi byc nieprzyjemne !!!
  • 16.06.06, 18:10
    Kalija2 napisala:" Swoją drogą to Tatusiowie powinni dzieciom
    dożywotnio płacić odszkodowanie moralne za urazy psychiczne i trudności w
    stworzenia normalnego związku w przyszłości."
    czy ty aby nie mialas urazow psychicznych w przeszlosci? Co niby ma wspolnego z
    powodem do rozwodu Tatus gdy ma "porabana" zone( tak jakby to mamusie nie
    wchodzily do innych lozek). A ile kobiet wymusza zerwanie kontaktow z dziecmi z
    pierwszego malzenstwa. Kto i komu ma tu placic odszkodowania. To jakies bzdety.
  • 16.06.06, 19:00
  • 20.01.07, 00:24
    Jestem w zwiazku z rozwodnikiem.on ma syna niestety.tak niestety.na litosc
    boska wiem ze nie jest winne dziecko ale do cholery jasnej co ja jestem winna
    ze pokochalam rozwodnika.wiem wiem mozecie powiedziec wiedzialas w co sie
    pakujesz. a myslicie ze to na poczatku przeszkadza? nie! niezauwaza sie tego na
    poczatku sie toleruje dziecko usmiecha sie na samo wspomnienie imienia. ale
    pozniej jest proza zycia. mieszkamy razem z moim chlopakiem a syn 8letni z
    matka daleko. i moj chlopak odwiedza go ok raz na 3 mce kocha go wiem ale na
    litosc boska to ja z nim zyje to ja sie opiekuje moim chlopakiem to ja z nim
    spedzam wiecej czasu jak nie caly czas. wiec uwazam ze on nie ma juz syna bo go
    nie wychowuje nie jest z nimnie widzi jak dorasta. rodzicem sie jest wtedy gdy
    z dzieckiem sie przebywa i ma sie wplyw na krztaltowanie jego osobowosci i
    charakteru. nie ma prawa sie nazywac ojcem a tylko dawca nasienia. kim sa
    rodzice ci co oddali do domu dziecka czy ci co zaodoptowali i wychowuja dziecko?
    sranie w banie z tym ze mam nie przeszkadzac w kontaktach z tak zwanym synem.
    zyje z moim chlopakiem moze w przyszlosci mezem i co za 10 lat synus zapuka ze
    chce pieniedzy? nie ma prawa. a nikt sie nie zastanawia co ja czuje? nie ma
    prawa mi odbierac czasu :syn: mojego chlopaka bo on tak chce. trudno rozstali
    sie i koniec zycie toczy sie dalej.to ja jestem z moim chlopakiem codziennie a
    nie przyjdzie pewnego dnia synus i mi powie spadaj bo to moj ojciec a ty jestes
    ta druga. o nie!!!!!!
  • 16.06.06, 12:54
    > Na zakonczenie mam mały apel do dzieci ojców, mających drugie żony- to nie one
    > odbierają Wam tatusiów- to mężczyźni, ojcowie Was porzucają. Nie można siłą
    > kogos odebrać drugiej osobie. Czy wy wiecie, jakie bzdury mężczyźni opowiadają
    > o
    > sobie kobietom? Jacy są nieszcześliwi, biedni, nierozumiani?

    ...przypuszczam ze identyczne bzdury opowiadaja mezczyznom takze i kobiety...
    ...zeby nie bylo nieporozumien, mimo tego ze to nie ja zostawilem moja byla
    zone, nie ma we mnie goryczy...bywa w zyciu takze i tak...syn jest nadal
    NASZ...i mysle ze oboje to doceniamy...nie zawsze wiec tylko tatusie sa
    wszystkiemu winni..prawda z reguly lezy posrodku...
  • 16.06.06, 18:43
    soniaaa, a powiedzialas mu to?Zaprotestuj ktoregos dnia i wypowiedz swoje
    zdanie w tej kwestii.
  • 17.06.06, 01:47
    soniaaa napisała:
    > Ile ludzi, tyle roznych sytuacji. Przebywając u mojego ojca bardzo nie lubię,
    > gdy rozmawiając ze mna zamyka drzwi, zeby towarzyszka jego zycia (od 10 lat)
    > nie slyszala o czym rozmawiamy lub gdy ją prosi o niezabieranie glosu, bo to
    > nie jej sprawa. I tu si

    Powiedz mu o tym, tylko w 4 oczy, bo rozmowa moze byc krepujaca (takze i dla
    niej). I nie wykrzycz w zlosci, tylko wytlumacz, ze lubisz jego wybranke, a poza
    tym to, skoro on ja wybral na towarzyszke zycia, to jest ona w jakis sposob
    wazna takze i dla Ciebie.
  • 25.04.08, 20:35
    soniaaa napisała:

    > Ile ludzi, tyle roznych sytuacji. Przebywając u mojego ojca bardzo nie lubię,
    > gdy rozmawiając ze mna zamyka drzwi, zeby towarzyszka jego zycia (od 10 lat)
    > nie slyszala o czym rozmawiamy lub gdy ją prosi o niezabieranie glosu, bo to
    > nie jej sprawa. I tu się myli. To jest jej sprawa! Chcąc nie chcąc oboje
    > uczestniczą w moim zyciu, czy to się komus podoba, czy nie. Przez sam fakt, ze
    > sie ze soba zwiazali. Tak myslę. Moze dlatego, ze przy okazji lubię tę kobietę:
    > )

    Dzieciom to nic nie dogodzi jest wiele ojców którzy odwrotnie postępują niż twój
    ,pozwalają obcym kobietom wtrącać się w nie swoje sprawy ,pozwalają na to aby
    źle o tych dzieciach mówiły i nastawiają swoich facetów przeciwko swoim
    dzieciom. Masz bardzo mądrego ojca ,szkoda że tego nie doceniasz. Nie rozumiesz
    tego że może lubisz tą kobietę bo tatuś nie pozwolił na to aby ci zrobiła
    krzywdę(choć nie twierdzę że kobieta twojego ojca jest zła)Gdyby wszyscy ojcowie
    mieli
    takie podejście jak twój nie byłoby tylu problemów z macochami oby takich więcej.
  • 12.06.06, 12:49
    Strasznie głupi komentarz autorki artykułu. Wydaje mi się że w takich
    sytuacjach dziwaczne jest nie rozmawianie z partnerką czy też drugą zoną o
    własnych dzieciach, decyzjach finansowych z nimi związanych, etc.A co do
    dzieci , małżeństwo nie kończy się przez kogoś trzeciego, trzecia osoba pojawia
    się bo ktoś tej osoby zwyczajnie szuka bo związek pozornie poprawny dobry nie
    był.Rzecz w tym,że jak wszyscy mają klasę i zdrowy rozsądek to starają się żyć
    zgodnie a nie walczyć ze sobą.
  • 12.06.06, 12:55
    Nie rozumiem tej postawy "drugich żon" by nie pozwalać na kontakty z dziecmi z poprzedniego zwiazku lub stawiac ultimatum "albo one , albo ja". Ja sama namawiam partnera by jak najczęsciej widywał się z córką, bo wiem jakie to jest dla obydwojga ważne.
  • 12.06.06, 13:08
    A ile ich jest ? :-) Ja jakoś mam wrażenie,że autorką artykułu jest "pierwsza"
    żona. Z osób które znam to wygląda to że raczej dzieci często pod
    wpływem "porzuconych" partnerek stawiają z miejsca weto dla wszelkich kontaktów
    z partnerką ojca, albo i same porzucone. Wystarczy troszkę poczytać fora
    internetowe
  • 12.06.06, 13:17
    Jak dorosły człowiek woli spędzać 6h weekendu z dorosłymi (!) dziećmi i to
    regularnie jak sugeruje artykuł, to coś tu jest poważnie nie w porządku albo z
    nim albo z całym małżeństwem
  • 12.06.06, 13:29
    Może nie umiem czytać, ale w tekście nic nie ma o tym, żeby to były dzieci
    dorosłe. Jeżeli sądzisz, że rodzić, który poswięca 6 godzin tygodniowo (to moje
    domniemanie - bo zwykle w ciągu tygodnia wszyscy są zajęci) WŁASNYM dzieciom,
    jest dziwny. No to ja już nic nie rozumiem.
    Przecież chyba nie z nimi sę rozwiódł? To chyba nadal są jego dzieci. Skoro
    drugi rodzic (najczęściej matka) jest z nimi kilka godzin codziennie (poza
    pracą i snem), to chyba 6 godzin nie jest dużo. A dorosłym dzieciom to już
    ojciec niepotrzebny?
  • 14.06.06, 20:00
    jest - jedna ma 25 lat, a druga 30.
  • 12.06.06, 13:28
    Nie zawsze.Ja akurat jestem taką córką z pierwszego małzeństwa.Na początku
    trudno mi było zaakceptować nowa partnerkę ojca, jak też nowego partnera
    mamy.Po prostu w pewnym wieku (miałam wtedy jakieś 15 lat) takie sprawy sa
    bardzo trudne.Ale z wiekiem wiele rzeczy zrozumiałam, musiałam
    zaakceptować.Chcac nie chcąc.Pomimo ze nie przepadam za nową żoną ojca, jestem
    dla niej miła.Na dystans, ale zawsze.Dlaczego?Po prostu wiem, jak ja bym sie
    czuła, gdyby mój ojciec nie akceptował( i to okazywał) mojego męża.Tak wiec
    wpadam na herbatkę, pogadamy o bzdurach w miłej atmosferze...ale sprawy ważne i
    osobiste omawiam przez telefon.To chyba jakieś wyjście, co?
  • 12.06.06, 13:17
    Z tego co wiem bigamia jest w polsce zabroniona.
  • 12.06.06, 13:20
    Pierwszy raz sie nie do konca z pania Dodziuk zgadzam. To normalne, ze ojciec i
    dzieci z pierwszego malzenstwa maja swoje sprawy i tajemnice, z ktorych czesci
    druga zona ojca jest wylaczona (ba! nawet ich wlasna matka, bo dzieci maja
    swoje sprawy na wylacznosc z kazdym z rodzicow). Ale to nie jest normalne,
    jesli jest totalnie odizolowana, nie wie nic o dzieciach swego partnera, nie ma
    z nimi prawie kontaktow, bo to tak, jakby nie wiedziala nic o jednej z
    najwazniejszych zyciowych spraw kochanego mezczyzny. Tam gdzie sa tajemnice,
    sekrety i wykluczenie nie ma zwiazku. Nikt nie wymaga od dzieci milosci czy
    sympatii, ale minimum normalnej grzecznosci i szacunku wobec drugiego czlowieka
    jest obowiazkowe. A tutaj nawet tego nie ma! Odnosze wrazenie, ze to nie drugie
    zony i dzieci, ale mezczyzni nie staja na wysokosci zadania w takich
    przypadkach, bo odizolowanie tych dwoch swiatow od siebie jest dla nich
    najlatwiejsze, nie musza i nie chca uczynic zadnego wysilku, by te stosunki
    byly przynajmniej poprawne. Mam wrazenie ze to panowie nie radza sobie ze swoim
    poczuciem winy w zwiazku z rozpadem pierwszego malzenstwa i nie potrafia ani
    drugiej zonie ani dzieciom powiedziec czasem "nie". Np. Nie mozesz zle
    traktowac mojej zony. Nie mozesz decydowac o sprawach moich dzieci.
    Zycie w rodzinie to sztuka kompromisu, nie jest dobrze, jak ktokolwiek (nawet
    dzieci!) dyktowal wszystkim, co maja robic i by jego potrzeby bez wyjatku
    wygrywaly.
    Temat znam z autopsji i wiem, ze mozna inaczej, najwiecej to zalezy od wysilkow
    meza i ojca.


    --
    urodzony pierwszego dnia wiosny
  • 13.06.06, 09:38
    oczywiście, że druga żona może - a nawet powinna - decydować jak pełnoprawny
    członek rodziny o sprawach dzieci z poprzednich/ego małżeństw/a
    nie tylko dlatego, że członkiem rodziny jest
    ale i z tego względu, że opieka nad dziećmi łączy się z wydatkami - a to
    dotyczy również zarabianych wspólnie pieniedzy
    i kolejna sprawa - jak inaczej spędzać choćby święta???
    ojciec i dzieci jako rodzina, a żona jako gość?
    i to gość, który przygotowanie tychże świąt bierze w dużej mierze na siebie???

    rodzina to rodzina, nie ma tu miejsca na dyskusje, w które sprawy wolno
    ingerować, a w które nie - to dorośli tworzą taki, a nie inny dom dzieciom -
    przy dobrej woli wszystkich wszystko da się pokojowo ustawić - tylko wszystkich
    po równo należy brać pod uwagę

    mąż ma żonę traktować jak normalnego, pełnoprawnego członka rodziny
    dzieci też
    zaś żona ma traktować dzieci męża dokładnie tak samo
    i finito

    --
    Sygnaturka jaka jest każdy widzi :)
  • 16.06.06, 13:10
    Dzieci niekoniecznie muszą traktować drugą żonę ojca jako pełnoprawnego członka
    rodziny, zależy czy zasługuje na szacunek i przyjaźń. Jeśli zniszczyła
    małżeństwo rodziców to raczej nie chciałabym mieć z taką osoba kontaktów. Z
    ojcem też byłyby raczej chłodne
  • 16.06.06, 18:45
    ok
    ale sprawiedliwym jest, by członków rodziny, również matkę, ciotkę i babkę,
    ocenia się wedle jednych kryteriów

    więc jeśli ojciec i mama zawsze są ok, niezależnie od swoich uczynków - to nie
    ma najmniejszego powodu, by surowiej traktować kogoś, kto członkiem rodziny się
    stał

    --
    Sygnaturka jaka jest każdy widzi :)
  • 12.06.06, 13:48
    A ja się zgodzę w wielu punktach z p. Dodziuk.
    Jeśli kobieta wyobraża sobie związek jako wieczne trzymanie się za ręce,
    planowanie wszystkiego razem, wszystkie wyjazdy muszą być wspólne i "my nie
    byliśmy daleko od siebie dłużej niż 3 dni, a i tak wtedy płakałam", to powinna
    poszukać sobie kawalera. Najlepiej sieroty.

    Każdej kobiecie przyda się własna przestrzeń życiowa, własne hobby (tylko jej,
    nie wspólne z partnerem), część odzielnych znajomych, umiejętność samodzielnego
    organizowania sobie czasu. Druga żona/partnerka musi mieć te cechę na 100%.
    Inaczej będzie siedzieć w czterech ścianach i "wymóżdżać".

    Inna sprawa to kwestie finansowe, wydarzenia w życiu tamtej rodziny - każdy
    mężczyzna reaguje indywidualnie. Jeden potrzebuje podzielić się wiadomościami
    (gorzej - potrafi emocjonalnie obarczyć drugą żonę jego problemami). Inny czuje
    potrzebę zachowania tej sfery życia dla siebie. Zawsze musi pamiętać, że
    powinien myśleć odpowiedzialnie o dwóch swoich rodzinach (byłej i aktualnej).

    Piszę to z pozycji drugiej partnerki, której mężczyzna spotyka się regularnie
    ze swoimi dziećmi i pewną część budżetu domowego przeznacza na finansowanie ich.
    Wiem, co to wyjazd na wakacje sama.
    Wiem, co to wypad na piwo ze znajomymi sama.
    Wiem, co to spędzenie weekendu sama, bo mężczyzna wyjechał z dziećmi.
    Wiem, czym jest patrzeie jak mężczyzna rozmawia przez telefon o kłopotach ich
    dziecka w szkole i czekanie, czy będzie chciał SAM o tym opowiedzieć.
    Nie ma związków idealnych.

    --
    Bo myśleli, że to Paraolimpiada i zaskoczył ich sprawny rywal...
  • 12.06.06, 14:14
    wystarczy poczytać sobie forum "macochy " , gdzie właśnie macochy szczerze, bo
    anonimowo piszą o swej nienawiści do ex żon , do pasierbów, doradzają sobie,
    jak zminimalizować alimenty, jak nie wspierać finansowo studiujacych pasierbów,
    co zrobić, aby nie zabierać jego dzieci na wczasy.
    Nie bez przyczyny słowo MACOCHA ma negatywne znaczenie.
  • 12.06.06, 14:27
    Wystarczy poczytac ciebie eksiowo, bo na macochach czegoś takiego nie ma. Taka
    jesteś chora z zazdrości ,że twój eks jest szczęśliwy z kim innym ?
  • 12.06.06, 14:41
    no i miałam rację uderz w stół, a odezwie się "szczęśliwa "macocha.
    Wystarczy poczytać pare watków i cały obraz macoch mamy , jak na dłoni.
    Zazdrosne o dzieci, o exie, które były przed nimi, o cały świat.
  • 13.06.06, 09:41
    i mam nadzieję, że przynajmniej przeczuwasz, że określasz też te kobiety, które
    mają naprawdę dobry kontakt z dziećmi partnera

    --
    Sygnaturka jaka jest każdy widzi :)
  • 16.06.06, 12:42
    Trafiłaś jak kulą w płot , jestem pasierbicą. To moja matka pijąc gorzałę przez
    wiele lat zrujnowała nam życie i zniszczyła naszą rodzinę, bo wcale mu się nie
    dziwię,że wkońcu kogoś znalazł a jak wreszcie przestala po latach pić to ojciec
    odszedł. I nie znoszę swojej macochy bo zwyczajnie jest, do ojca też mam żal że
    odszedł. Obiektywnie patrząc ani ona zła ani on skur... . A mamę zwyczajnie
    kocham i tyle.
  • 12.06.06, 14:40
    ...na tym forum też bardziej doświadczone macochy pomagają mniej doświadczonym
    w zrozumieniu tego, że dzieci męża z porzedniego związku trzeba zaakceptować,
    ale, że od samych tych dzieci i ich postawy wobec macochy też dużo zależy,
    jeśli są to dzieci nastoletnie lub dorosłe.



    Nie bez przyczyny słowo MACOCHA ma negatywne znaczenie


    Nie tylko niedoświadczone macochy przyczyniają się do takiego wizerunku. Wielki
    udział mają w tym niektóre byłe żony i pasierbowie.
  • 12.06.06, 14:44
    No tak na kogo tu winę zwalić, ze są wstrętne macochy, oczywiście na ex żony i
    pasierbów....haha
    Same macochy sobie na to zapracowały.
  • 12.06.06, 14:52
    Oczywiście, że najlepiej by było tak uznać: aby to macochy/ojczymowie ponieśli
    odpowiedzilność za nieudany związek z przeszłości ich partnerów, bo tak
    wygodnie.
    A byłam pasierbicą i wiem, że nastoletnie dziecko jak najbardziej też jest
    odpowiedzilne za swoje zachowanie wobec macochy/ojczyma.
  • 13.06.06, 09:45
    potwierdzam jak najbardziej
    również jako "pasierbica", zaprzyjaźniona z ojczymem bardziej niż jakakolwiek
    moja koleżanka ze swoim biologicznym ojcem

    --
    Sygnaturka jaka jest każdy widzi :)
  • 12.06.06, 15:03
    Podpisuje sie rekami i nogami pod tym postem :)
    Czlowiek to nie wlasnosc przekazywana z rąk do rąk.
    Z partnerem mozemy tworzyc jednosc, ale nie jedno - cialo i dusze...

    Podziwiam za madrosc zyciowa lilith76
  • 12.06.06, 16:49
    Lilith, nie trywializujmy, i nie sprowadzajmy kobiety z artykułu do roli
    zakochanej smarkuli, która bez misia nie zaśnie. To nie o czas czy atencję tu
    chodzi, ale o zwykły szacunek dla żony.

    Jeśli np. facet zaprasza gości - to niezależnie czy to jego córki czy kumpel z
    wojska - powinien to ustalić z partnerką. Jeśli w stosunku do dorosłych dzieci
    facet - proszony czy nieproszony - na kazdy gwizdek leci z pomocą, nawet nie
    spytawszy żony o to, co ona o tym sądzi - to nic dziwnego, że partnerka czuje
    się zignorowana. A jeśli jeszcze do tego na jej prośby nie reaguje - nic
    dziwnego że jej z tym źle. Jesli mój mąż niefrasobliwie obiecuje np. w czasie
    wakacji zająć się pieskiem swojego syna, to zrobię aferę, bo ja nie mam ochoty
    na pobudkę o 6 rano. Takich przykładów jest mnóstwo i wtłaczam mu wciąż do
    głowy zasadę "nic o nas - bez nas".

    Piszesz przez pryzmat własnych doświadczeń - przez pryzmat moich powiem tyle -
    inaczej się odbiera te same sytuacje jeśli chodzi o małe dzieci, bo jest
    łatwiej. Po drugie - sądzę że inaczej odbiera się decyzję podjętą wspólnie, a
    inaczej jeśli np. jest się stawianym pod ścianą na zasadzie "jedź sama, ja nie
    mogę, bo obiecałem córce, że będę jej podlewał kwiatki". Nikt nie mówi, że
    facet musi przekazywać wszystkie informacje o swoich dzieciach. Ale po prostu
    nie ma prawa decydować sam kiedy konsekwencje mogą mieć wpływ na ich wspólne
    życie.
  • 12.06.06, 16:56
    Ale po prostu
    > nie ma prawa decydować sam kiedy konsekwencje mogą mieć wpływ na ich wspólne
    > życie.

    zgodzę się z tobą i z wypowiedzią elfa poniżej - mnóstwo zależy od faceta
    (teksty, że olał dzieci, bo druga żona go podburzyła można pomiędzy bajki
    włożyć - wygodnie mu było), ale widocznie to nie temat dla WO.

    Dodziuk odniosła się do określonego listu i określonej rodziny (przegany już na
    forum macochowym), uwypukliła jeden aspekt takiego związku. ciężko
    wygeneralizować to na resztę.

    --
    Bo myśleli, że to Paraolimpiada i zaskoczył ich sprawny rywal...
  • 12.06.06, 16:57
    zapominacie o jednej najwazniejszej sprawie, ze dzieci dla faceta to krew z
    krwi, a druga, trzecia, czy n_ta partnerka dzisiaj jest, a jutro zastapi ją
    inna.
  • 12.06.06, 19:05
    moja córka to również krew z mojej krwi, jednak wydaje mi się oczywiste, że
    niektóre decyzje które jej dotyczą powinnam przynajmniej konsultować z mężem,
    mimo że jej ojcem nie jest. Rozmawiamy więc o tym, jak jej zorganizować
    wakacje, czy prywatna szkoła czy państwowa - bo to ma wpływ na nas oboje. W
    drugą stronę powinno to wyglądać tak samo.

    To moje dziecko, ale ono odejdzie - ja zostanę przy boku tego faceta. To on
    będzie mnie wspierał, pomagał - ona będzie miała własne życie. I dlatego tak
    ważne jest aby się dogadywać z partnerem, szczególnie kiedy dzieci są dorosłe.
  • 12.06.06, 13:58
    mój mąż ma dorosłego syna, ale szczęśliwie udaje sie przebrnąć bez kłopotów we
    wzajemnych relacjach, dodatkowo nasz 4letni syn uwielbia "WIELKIEGO BRATA",
    mozna nauczyć się żyć nie stwarzając dodatkowych zupełnie niepotrzebnych
    stresów, na początku obu stronom było niec trudno, ale przy odbobinie dobrej
    woli z obu stron udało sie świetnie
  • 12.06.06, 14:44
  • 12.06.06, 14:48
    Mu mnie jest podobny problem z moim drugim mezem...
    Nie umie zaakceptowac moich kontaktow z dorastajaca corka.
    Rosci sobie prawa do wychowywania jej. Do czasu pozwalalam na to, jednak po
    konsultacji z psychologiem odberalam mu wszelkie prawa w decydowaniu o zyciu i
    wychowaniu mojej corki. ON troche sie buntuje, ale za to moje kontakty z corka
    ulegly duzej poprawie. Mysle, ze z czasem moj mezczyzna tez to zrozumie...
  • 12.06.06, 14:44
    Większośc z was opisuje historie gdzies zasłyszane, a mnie taki przypadek
    spotkał osobiście. Mój ojciec 6 lat temu odszedł z domu do innej kobiety.
    Zostawił mnie i mamę dla kobiety z którą spotykał się na długo przed odejściem.
    Nadal gdzieś na dnie serca czuję do niego żal, że tak postąpił, że nie chciało
    mu sie walczyc o małzeństwo. Ale co zrobic, stało się i koniec. Obecnie moje
    relacje z ojcem napewno są lepsze od tych kiedy mieszkał z nami, ale daleko mu
    do idealnych. Jestem dorosłą 24-letnią kobietą a mój ojciec jakiś czas temu
    przypomniał sobie że dziecko trzeba wychowywac. Tym samym próbuje mnie
    zasymilowac ze swoją życiową partnerką. Szczerze mówiąc nie mam na to ochoty,
    mimo ze akceptuję jego związek (bo niby co innego mi pozostaje). O tych
    wszystkich odczuciach opowiedziała mu ale on dalej tego nie rozumie i robi mi
    karczemne awantury. Wystarczy mi świadomośc że mój ojciec jest z kobietą dla
    której zostawił moją matke, na nic więcej nie mam ochoty. Jednak mój ojciec
    odbiera to jako mój brak wychowania i złośliwośc. Zupełnie nie wiem jak sobie z
    tą sprawą poradzic ...
  • 12.06.06, 14:53
    jest tam słowo MACOCHA - słyszała je pani??
  • 12.06.06, 15:00
    rsrh napisał:

    > jest tam słowo MACOCHA - słyszała je pani??

    A slyszala Pani slowo GENERALIZACJA ???

    MOja corka ma "macoche" bardzo ja lubi, lubi spedzac czas ze swoim ojcem i jego
    nowa partnerka. Ja mam do niej stosujek obojetny, mimo, ze moj ex nie placi
    alimentow na swojej dzieci. Nie przenoscie swoich zlosci na niczemu niewinne
    kobiety. Dlaczego nie umiecie przyznac, ze to tatus jest nie fair??
  • 12.06.06, 15:03
    a dlaczego to tatuś nie chce płacić alimentów na swoje dzieci?
    Moze to zasługa tej "niewinnej" kobiety?
  • 12.06.06, 15:07
    Tatus jest doroslym czlowiekiem i jesli moglabym kogos obwianiac to jedynie
    jego rodzicow ze takiego "trutnia" wychowali. Jesli inne Panie obwiniaja swoje
    nastepczynie to podziwniam Was, ze zwialazlyscie sie kiedys z takimi bezmózgimi
    i bezwolnymi istotami.
  • 12.06.06, 15:11
    Ech... to konflikty miedzy doroslymi ludzmi, przenoszenie swoich frustracji,
    karanie za wlasne badz czyjes winy... Moj nie palci, nie cierpie go za to, ale
    dlaczego ma byc temu winna macocha??? I nie zbaczajmy z tematu. Za placenie
    odpowiedzialni sa TATUSIOWIE, a nie ich kobiety!
  • 12.06.06, 15:14
    a ty umiesz czytać ze zrozumieniem??? i nie widzisz, ze to macochy kombinuja ,
    jakby tu nie płacić alimentow.
  • 12.06.06, 15:18
    cogita napisała:

    > a ty umiesz czytać ze zrozumieniem??? i nie widzisz, ze to macochy
    kombinuja ,
    >
    > jakby tu nie płacić alimentow.

    No bo cisna mi sie na usta brzydkie slowa. UMIEM CZYTAC ZE ZROZUMIENIEM!
    A czy to macochy maja zasadzone alimenty czy wasi byli ???

  • 12.06.06, 15:44
    cogita, jak masz tezy to dobrze dobieraj argumenty, bo na razie strzelasz sobie
    w stopę.

    --
    Bo myśleli, że to Paraolimpiada i zaskoczył ich sprawny rywal...
  • 12.06.06, 21:06
    cogita napisała:

    > oto jeden z przykładów
    > forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=14479&w=43473992

    Przykładów na co? Na to, co głosisz wszem i wobec? Że macochy są zawsze złe?
    To przeczytaj ten tekst jeszcze raz i zauważ, że to jest post byłej ŻONY,
    której ex- mąż nie chce pokrywać innych wydatków poza alimentami (nawet te
    hamburgery by odliczał.
  • 13.06.06, 06:58
    zdaje się, że to była żona chce odliczyć z alimentów byłemu mężowi kwote która
    wydał na syna podczas spotkania.
    TAK ROZUMIEM TO CO TAM NAPISANO!
    To nie macocha walczy o wydane dodatkowo pieniadze tylko matka chce je oddać
    byłemu męzowi!
  • 12.06.06, 15:15
    > jest tam słowo MACOCHA - słyszała je pani??

    rsrh czytał Bettelheima?
    ;)

    --
    Bo myśleli, że to Paraolimpiada i zaskoczył ich sprawny rywal...
  • 12.06.06, 19:49
    Nie widze związku z moim pytaniem do autorki czy znany jej jest termin
    MACOCHA?Gdyby na forum była dysputa o psychiatrii dzieciecej a zwłaszcza o
    autyżmie- to pytanie Pani byłoby zasadne!!
    Pozdrawiam.
  • 12.06.06, 15:44
    No cóż...
    Na podstawie lektury utwierdzam się w przekonaniu, że najbardziej NATURALNYM
    środowiskiem człowieka jest RODZINA, rodzina, gdzie małżeństwo trwa do końca życia.
    Wszelkie "drugie" związki, "dzieci mojego męża" są po prostu nienaturalne - i
    stąd wszystkie problemy.

    Nienaturalna jest druga mamusia, dwóch tatusiów itd. itp.
    Tata, mama i dzieci - to jest rodzina (*).

    Możecie sobie myśleć, co chcecie, ale daleko mi do kręgów Rydzykowo-moherowych.

    (*) gorzej jak tata jest pijanym bydlakiem, ale to już inna historia. Od takiego
    taty się ucieka, taki tata się drugi raz nie żeni, tylko znajduje sobie
    partnerkę-pijaczkę, a konflikty są rozwiązywane pięścią i denaturatem.
    I nikt się nie zastanawia nad relacjami z macochą, bo nikt nie wie co to te relacje.
  • 12.06.06, 15:54
    zgadzam się, a jestem szczęśliwą partnerką faceta "z odzysku", ale tylko to ;
    niestety wszyscy (każde z nas i nasze dzieci z poprzednich związków)
    dotkliwie odczuwamy brak tzw. normalnej rodziny
  • 12.06.06, 15:58
    Teza chwalebna pod warunkiem, że KAŻDY mężczyzna pasuje do KAŻDEJ kobiety.
    Niestety, częściej się zdarza, że ludzie tworzą rodzinę średnio dopasowni
    charakterami, temperamentami i pomimo pracy nad związkiem, starań dochodzą do
    wniosku, że i oni, i dzieci będą szczęśliwsi jeśli ułożą sobie życie oddzielnie.

    Nie podejmuję się rozszyfrowania dlaczego zakłada się niekiedy rodzinę z kimś
    do kogo się nie pasuje.


    > (*) gorzej jak tata jest pijanym bydlakiem, ale to już inna historia. Od
    takieg
    > o
    > taty się ucieka, taki tata się drugi raz nie żeni, tylko znajduje sobie
    > partnerkę-pijaczkę, a konflikty są rozwiązywane pięścią i denaturatem.
    > I nikt się nie zastanawia nad relacjami z macochą, bo nikt nie wie co to te
    rel
    > acje

    W tym świecie oczywiście brakuje kobiet, które odchodzą z dziećmi - z różnych
    powodów - np. do innych mężczyzn.

    Takie fantazje to się ma w wieku 15 lat. Potem poznaje się prawdziwe życie.


    --
    Bo myśleli, że to Paraolimpiada i zaskoczył ich sprawny rywal...
  • 12.06.06, 18:21
    Nikt nikogo nie zmusza do ślubu w wieku 18 lat - przecież jest czas, żeby się
    poznać, nawet zamieszkać ze sobą przed ślubem... Rozwody oczywiście zdarzają
    się, ale to nic dobrego. Lepiej, żeby ludzie byli sobie wierni i się kochali. A
    jeśli ktoś ma 3cią, 4tą żonę to argumenty o niedopasowaniu może sobie wsadzić
    gdzieś:) Pozdrawiam
  • 16.05.07, 13:04
    jak sa konflikty i nie wiadomo o co chodzi to zawsze chodzi o forse - znane
    powiedzonko......i tu tak wlasnie jest w konflikcie kopciuszkowsko-pasierbsko-
    macoszym. Dlatego poki co wiem jedno - na poczatku malzenstwa nawet przed
    narodzinami dziecka powinnien byc wrecz prawny przymus zeby dziecku zalozyc
    polise posagowa, z pierwszych zbieranych przez pierwsze powiedzmy kilka lat
    pieniadze. potem sobie mozna sie rozwodzic albo i nie i sie dorabiac. wtedy nie
    ma taki porozwodowy dzieciak pretensji do nikogo o kase na studia czy zycie .
    pod warunkiem oczywiscie ze nie jest pazernym potworem skrupulatnie podjudzanym
    przez tego rodzica z ktorym zamieszka po rozwodzie. ale wtedy pozostaje mu juz
    tylko jego durnowata zlosliwa pazernosc. i zadna nowa rodzina, nowa zona/maz
    czy nowe dzieci nie beda cierpiec z powodu zawyżanych bezsensownie alimentow.
  • 16.06.06, 10:50
    zapytaniaznak napisał:

    > Na podstawie lektury utwierdzam się w przekonaniu, że najbardziej NATURALNYM
    > środowiskiem człowieka jest RODZINA, rodzina, gdzie małżeństwo trwa do końca
    życia....>
    > Nienaturalna jest druga mamusia ...

    Nie przyszło ci czasem do łebka, że drugie małżeństwo dośc często zawiera się
    własnie dlatego, że to pierwsze trwało do końca życia - drugiej strony. W
    takich związkach też są problemy z dziećmi z poprzedniego małżeństwa.

    --
    O, to ja - taka mądra jestem?!
  • 16.06.06, 13:06
    Mój mąż jest właśnie z takiej rodziny. Jego ojciec zmarł 10 lat temu, od 3 lat
    moja teściowa jest związana z jakimś facetem. Koleś tylko na weekendy
    przyjeżdża, od poniedziałku do piątku teściowa siedzi sama. A my od dwóch
    miesięcy wydzwaniamy do niej, żeby podała jakikolwiek termin weekendowy, kiedy
    będziemy mogli przyjechać, spokojnie porozmawiać, żeby ten koleś raz na jakiś
    czas nie siedział u niej, żebyśmy mieli tą swobodę rozmowy o naszych prywatnych
    sprawach. I niestety, nie możemy się doprosić. Mimo, że zapewnia, jak bardzo
    kocha swojego syna, nie jest w stanie poświęcić jednego weekendu, na spotkanie
    z nami.
    Ostatnio okazało się, że ten facet się rozchorował i będzie miał operację.
    Zapowiedziała nam, że jak tylko on pójdzie do szpitala, to od razu nas
    powiadomi, i będziemy mogli przyjechać do niej, bo on będzie leżał w szpitalu.
    Jak dla mnie to zarówno kontakty mojej teściowej z synem jak i ze swoim
    partnerem są do kitu.
  • 12.06.06, 16:11
    mąz jest starszy o 21 lat ode mnie, ma 4 dzieci z poprzednich związków. Dzieci
    sa juz dorosłe. Problemem jest najstarsza córka: ma dostęp do konta Tatusia i
    bez ograniczeń z niego korzysta bo jej partner ciągle jest bez kasy, od ojca
    swojego dziecka nie stara się o alimenty bo " to tak głupio - jemu się nie
    przelewa". Tylko tatus jest niezawodny, kiedys mu odda... Wpada do nas na kilka
    dni bo ma interes do załatwienia w naszym mieście... A ja tylko chciałabym,
    zeby kiedyś mąż uwzglądnił moje potrzeby np. nie wyrażając zgody na jej wizytę
    bo np. mamy inne plany, albo zeby przyblokował jej dostep do konta bo jej
    potrzeby obciążaja nas oboje. kiedy próbowałam mu to wytłumaczyć, oburzył sie:
    to co, mam powiedzieć: córko radź sobie sama w życiu bo ja mam żone i musze
    liczyc sie także z jej zdaniem????
    Tak, własnie tak, ja nie chcę by zrywał kontakty z dziećmi tylko by uczynił je
    (te kontakty) racjonalnymi. Nie widze powodu dla którego musze rezygnować z
    wyjazdu na urlop bo partner mojej pasierbicy płaci duze alimenty a
    własnie "musieli" kupic sobie nowy telewizor za pieniądze mojego męża. Niech
    kazdy żyje swoim życiem. Mam z mężem wspólnośc majątkową i jego długi obciążają
    także mnie, byc może któregoś dnia (mąż ma 68 lat) tylko mnie... Małżeństwo to
    nie tylko siedzenie przed telewizorem i wspólne łóżko... Chce mieć wpływ na
    sposób spedzenia np. swiąt a nie dowiadywac sie, ze córka "zapowiedziała swój
    przyjazd". Jestem żoną, gospodynia we wspólnym mieszkaniu i dlaczego moje
    zdanie się nie liczy? To dla mnie jej przejazd znaczy dodatkowa pracę przy
    obsłudze gościa więc nie moge byc pomijana.Kiedy zauważyłąm, że córka od wielu
    lat nie była na grobie matki i że jako ojciec powinien zwrócic jej uwagę -
    usłyszałam, ze widocznie była bardzo zajeta... Ja juz powoli zaczynam tęsknić
    za utracona półtora roku temu niezaleznością... ale zal mi męża bo zaczyna
    podupadac na zdrowiu... Kto się nim zaopiekuje, kiedy odejdę? To dobry
    człowiek...
  • 12.06.06, 16:13
    Jestem córką (prawie trzydziestoletnią), której rodzice są po rozwodzie i oboje
    mieli partnerów. Partnerkę mojego ojca bardzo lubię. Wiem, że tato dzieli się z
    nią wieloma swoimi przemyśleniami, szuka oparcia i rady. Wiem, że tego
    potrzebuje. Bo to normalne i ludzkie - w każdym razie tak się dzieje w związku
    ludzi, którzy nie tylko się kochają ale też się zwyczajne lubią.

    Jestem też z mężczyzną z tzw garbem, który ma dwójkę dzieci. Rozmawia ze mną o
    nich, dzieli się ze mną ich problemami, pyta o radę. I to też uważam za
    normalne. Oczywiście stawiam granicę, kiedy uważam, że chce bardziej niż
    zazwyczaj obciążyć mnie ich problemami. Uważam też, że mam prawo do tego aby
    nie spotykać się z jego dziećmi, kiedy nie mam na to ochoty. Tak samo jak i one
    bez mojego udziału. Nie wyobrażam sobie natomiast braku porozumienia w
    kwestiach majątkowych. To podstawa przy tego typu związkach. Tak jak i
    wcześniejsze ustalenia dotyczące ilości czasu jakie dzieci spędzają w domu ojca
    i tego na ile macocha chce jego w tych spotkaniach wesprzeć.

    Kocham mamę i tatę. Dla nich zawsze będę ich córką. I bardzo chcę żeby byli
    szczęśliwi.

    Odnosząc się zaś do samego artykułu i tego co napisała pani Dodziuk. Częściowo
    się zgadzam a częściowo nie. Po prawie 2,5 roku własnej terapii wiem, że to
    nie chodzi tylko o to aby zająć się sobą, czy właściwie zadbać o swój związek.
    Chodzi o to, aby partner umiał ustawić jedną i drugą stronę. Dlatego reakcję
    tego jedynego mężczyzny, który ustawił córki do pionu uważam za dojrzałą. Bo wg
    mnie w tego typu relacjach najwięcej zależy od dojrzałości mężczyzny.

    Pozdrawiam serdecznie,
    elf
  • 12.06.06, 16:16
    ciekawa jestem czy rady byłby te same, gdyby rzecz nie dotyczyła relacji
    pomiędzy mężem a dorosłymi dzieci, a np. relacji mąż-teściowa? gdyby facet
    poświęcał czas sprawom swojej matki, z nią konferował za plecami małżonki i z
    nią czynił ustalenia? Albo gdyby sytuacja dotyczyła pełnej rodziny, gdzie jeden
    z rodziców stale "konspiruje" z dziećmi za plecami drugiego, i z pominięciem
    współmałżonka podejmuje decyzje? w rodzinie nieomal każda sytuacja dotyczy
    obojga, czy to normalne jeśli w małżeństwie każde ciągnie ten wózek w swoją
    stronę?

    > Chcę się dołączyć do pytania jednej z drugich żon: 'Czy to jest objaw miłości
    do ojca - zniszczyć jego nowy związek?', i oczywiście zadać pytanie
    przeciwstawne: 'Czy to jest objaw miłości do męża - dążyć do zrujnowania jego
    relacji z dziećmi?'.

    czemu jest to przedstawione na zasadzie albo-albo - albo zniszczenie relacji z
    dziećmi, albo zniszczenie związku? czemu ma służyć odwracanie pytań? dla mnie
    to czytelna aluzja do tego, że to parnterka powinna w tym układzie odpuścić, że
    to ona powinna "być ponadto", pogodzić się z sytuacją w imię miłości do
    partnera. Wg mnie to nie kobiety powinny ustawiać te relacje - to rola faceta,
    który je łączy. On powinien wypracować standard, który obu stronom
    umożliwi "pokojową egzystencję", nawet jeśli nie darzą się sympatią. To jego
    obowiązkiem jest dbałość o pogodzenie interesów obu swoich rodzin.

    "Bo przecież (przepraszam za banał) chodzi nie tylko o to, co robi się razem,
    lecz także o to, jak się to robi."

    Owszem, ale kwestia leży również w tym, czego się NIE ROBI razem (i dlaczego),
    czego się NIE MÓWI, i jak wiele obszarów życia jest odrębnych, ile wspólnych -
    których jest więcej i jaki mają ciężar gatunkowy. W rodzinie bardzo mało jest
    decyzji które NIE DOTYCZĄ obojga. Jeśli ojciec umawia się z córkami w jakiejś
    kwestii - dotyczy to również jego drugiej żony, ona powinna o tym wiedzieć i
    jej zdanie powinno być brane pod uwagę. Drugie małżeństwo nie powinno być
    oparte na zasadzie "sam sobie sterem + partner na doczepkę", bo trudno się
    dziwić, że ten partner będzie się w takim układzie czuł jak piąte koło u wozu.

    łatwo powiedzieć - znajdź swoje zainteresowania, żyj swoim życiem - niby
    slusznie, ale to tak jak z tortem - raz na jakiś czas jest pyszny, ale jeśli
    stanowi podstawę jadłospisu, to bardzo szybko traci na atrakcyjności.

    Jak ma się czuć żona - widząc że żyją obok siebie, na pół gwizdka bo "to nie
    jej sprawa"? jak tworzyć więź, jak podtrzymywać dobre relacje w związku, gdzie
    jedna strona jest wyłączona z obiegu, bo nie ma prawa uczestniczyć w istotnym
    obszarze życia męza - który co prawda ją dotyka, ale teoretycznie nie ma prawa
    nań wpływać?

    normalne jest, że nie wszyscy dogadują się na tyle dobrze, żeby jakoś tę
    rodzinę spiąć razem i z pewnością druga żona nie musi być zaangazowana w
    relacje pomiędzy mężem a córkami, nie musi znać spraw i problemów pasierbów -
    jeśli sobie tego nie życzą. Normalne jest, że dziecko nie chce żeby jego
    zwierzenia słyszała osoba obca, ale to nie znaczy, że rodzic biologiczny nie
    musi się liczyć z partnerką we wszelkich kwestiach związanych z dziećmi. Bo te
    KONSEKWENCJE tychże kwesti nie są już jedynie sprawą na płaszczyźnie rodzic-
    jego dzieci, ale i na płaszczyźnie dzieci - nowa RODZINA ojca.
  • 12.06.06, 19:59
    > Jak ma się czuć żona - widząc że żyją obok siebie, na pół gwizdka bo "to nie
    > jej sprawa"? jak tworzyć więź, jak podtrzymywać dobre relacje w związku, gdzie
    > jedna strona jest wyłączona z obiegu, bo nie ma prawa uczestniczyć w istotnym
    > obszarze życia męza - który co prawda ją dotyka, ale teoretycznie nie ma prawa
    > nań wpływać?

    To teraz wyobraź sobie jak ma się czuć 25-letnia, 30-letnia córka, której ojciec
    poślubia niewiele od niej starszą kobietę, i ta chce wpływać na relacje ojca/córki bo stała się jego żoną.
    Ta córka ze swoim ojcem tworzy relacje od wielu lat, mają własne przeżycia, wspólne sprawy, własne kody - "macocha" dla córki jest osobą obcą, często niewiele starszą, naprawdę sądzisz że dorosła córka będzie podejmować decyzje na podstawie zdania żony ojca.
    Może się zdarzyć, że córka jest ateistką, ojciec to szanuje, żeni się jednak z nawiedzonym beretem.
    Beret stwierdzi, że dopóki córka nie ochrzci dzieci i nie zacznie chodzić na msze, ona nie chce ich widzić w domu.

    Ludzie wychowują się w różnych wartościach, inaczej jedzą, różnie spędzają czas wolny, mają własne sposoby sprzątania, jedni lubią gości, inni nie, jedni chodzą w garniturach w niedziele, inni w tym samym czasie w któtkich spodenkach jadą na rower.
    Na dodatek wszyscy myślą, że to ich sposób na życie jest najlepszy, skoro u mnie w niedziele był rosół, to dalej będzie, a nie pomidorowa, kto to widział pomidorową w niedzielę?

    Czy tak trudno sobie odpuścić, trzeba wciąż udawadniać, że się jest tą najważniejszą i najmądrzejszą, wścibiać nos gdzie nikt nas nie chce?

    Mam koleżankę "obdarzoną" przez swojego ex drugą żoną. I niestety, konflikty są często, bo po kazdej wizycie dziecka u taty i "macochy", padają uwagi na temat jak dziecko je, jak się ubiera, jak się uczy - to ma za duze buty, to za małą koszulkę, to włosy nie obcięte, a to się nie oddzywa, a to jest za głośne itp., oczywiście w odróżnieniu od dziecka "macochy" - czyli dziecka idealnego.
    Nie przyjdzie jej na myśl, że jej poprzednicza jest inna od niej. Nie gorsza, czy lepsza - inna. I to co ona uwaza za słusze, dla kogoś innego wcale takie być nie musi. To nie znaczy, że dziecko jest źle wychowane, a ex jest złą matką.
    Jest po prostu inna, ma swoje zasady i ma do nich prawo.

  • 12.06.06, 21:29
    Córki są dorosłe, mają pewnie własne rodziny - ojciec ma swoją, w stosunku do
    której też ma pewne obowiązki. I to jest coś co im umknęło. Nikt nie powinien
    narzucać innym niechcianych relacji - ani z machochą, ani z teściową, ale osoby
    na poziomie potrafią się znaleźć nawet w tak niekomfortowej sytuacji. Czy
    naprawdę nie znasz innego modelu rodzinnych relacji niż "wściubianie",
    połajanki i wtrącanie się w cudze sprawy? niektórzy potrafią dość miło spędzić
    czas, nawet nie przepadajac za sobą, temat zawsze się znajdzie, ale
    niekoniecznie kontakty oznaczają od razu że ktoś wlezie z butami w twoje życie.

    Nikt tez nie mówi o ingerowaniu w układy rodzic-dziecko - póki nie dotyczą one
    również drugiej rodziny. Nic mi do tego jak ktoś gotuje pomidorową - póki jej
    we mnie nie wpycha, nic mi do tego jak wychowuje swoje dzieci - póki nie
    naruszają mojej przestrzeni i nie szaleją u mnie, nic mi do tego jak żyje
    dziecko mojego męża - póki to mnie osobiście nie dotyka. Natomiast jeśli sposób
    życia skutkuje np. tym, że ktoś mi organizuje MÓJ czas podrzucając psa do
    opieki, albo np. że płacimy za kogoś długi - to wybacz, mam pełne prawo
    wiedzieć - i współdecydować, bo to jak najbardziej moja sprawa.

    NIkt nie musi się lubić, co nie znaczy, że trzeba siedzieć spokojnie jak ktoś
    cię lekceważy, a do tego sprowadza się ta sytuacja.
  • 12.06.06, 23:00
    Znam różne modele rodzinnych relacji, mimo że o nich nie piszę,(podobnie zasadzie pisząc o wojnie punickiej nie wymieniam wszyskich innych wojen, które znam)- rozumiem, że to taki mały przytyk z twojej strony.
    Pisząc o wścibianiu nosa odniosłam się do twojego poprzedniej wypowiedzi, gdzie piszesz, że biologiczny rodzic musi liczyć się z partnerką we wszystkich kwestiach dotyczących dzieci, jak i do komentowanego artykułu, gdzie kolejna żona żali się, że nie jest dopuszczana do finansowych spraw WSPÓLNYCH dla ojca
    i córek, ale nie dotyczących jej majątku.
    Co do organizacji twojego czasu, można mieć pretensje do dzieci, że przychodzą co sobotę do taty, zabierając wam wspólny czas - jak pisze jedna z kolejnych żon
    "szkoda mi na to czasu, bo sobota jest dla mnie dniem, kiedy moglibyśmy być razem", a można się z tego cieszyć, że ma się za męża człowieka któy potrafi utrzymać relacje z dziećmi.

    Mieszkając z człowiekim, który ma dzieci z inną kobietą, praktycznie wszystko można uznać, za rzeczy które osobiście dotykają - najcześciej chodzi o czas i pieniądze, okazuje się jednak, ze również o rozmowy przez telefon i wspólne tajemnice.

    Wydaje mi się, że przydałoby się więcej dystansu, każdy człowiek ma własne obszary, i takie zachowania, musisz mi wszystko powiedzieć i o wszystkim chcę decydować, mogą udusić. Przynajmniej mnie duszą, w żadnym związku nie czułam się jednym ciałem, ani tez nie wymagam znajomości wszelkich spraw partnera.

    Szanuję jego sprawy i nie mam potrzeby koniecznie o wszystkim wiedzieć, odróżniam lekceważenie mnie od prawa do prywatności i własnych decyzji.
  • 13.06.06, 11:18
    Wszystko jest kwestią wyważenia. Na przykładzie - jeśli mój mąż umawia się z
    dzieckiem np. w sobotnie przedpołudnie - to nie mam z tym najmniejszego
    problemu.

    Ale najbardziej standardowy scenariusz wygląda tak: umawiają się np. na 11, a
    my z mężem jesteśmy umówieni gdzieś na 15-tą. I sytuacja się komplikuje, bo po
    11 czekający mąż zaczyna dzwonić, okazuje się że dziecię ma inne sprawy i
    będzie o 12.30; o 12.30 znowu telefony i znowu poślizg i w rezultacie jeśli
    dochodzi do spotkania - to o godzinie 14, co skutecznie rozwala nam cały grafik
    dnia - wtedy to już jest to również moja sprawa.

    Jeśli umawiają się na 19-tą, a syn ma jak zwykle poślizg i dojeżdża o 23.30 -
    to również jest moja sprawa, bo mnie budzi. To samo z telefonami - nie
    przeszkadzają mi w najmniejszym stopniu pod warunkiem, że nie wydzwania bez
    powodu po 23.

    co do kwestii finansowych - w większości małżeństw istnieje wspólnota
    majątkowa, nie ma takiej możliwości, żeby ojciec miał sprawy finansowe z
    dziećmi - i nie dotyczyłyby one również jego żony. Jesli np. żyruje kredyt
    swoim dzieciom - jest to również sprawa jego żony. To są przede wszystkim
    WSPÓLNE sprawy między małżonkami, tu nie ma prawa mieć tajemnic.
  • 13.06.06, 11:33
    burza4 napisała:

    > Wszystko jest kwestią >
    > I sytuacja się komplikuje, bo po
    > czekający mąż zaczyna dzwonić, okazuje się znowu telefony i znowu poślizg i
    w rezultacie jeśli
    > dochodzi do spotkania - to , co skutecznie rozwala nam cały grafik
    >

    >
    > Jeśli umawiają się (..) pod warunkiem, że nie wydzwania bez
    > powodu .


    Posluchaj burza4, wlasciwie mialm nie pisac w tym waqtku, ale skoro szybko
    przejrzalam odpisze: przeczytaj jeszcze raz i wykonaj tylko jedna rzecz: p-r-z-
    e-a-n-a-l-i-z-u-j.. w-l-a-s-n-e.. z-y-c-i-e.

    Powiem szczerze, ze wspolczuje takiego modelu i doprawdy nie pojmuje az tak
    wielkiej, zyciowo pogodzonej akceptacji stron dla zludzen, fikcji, dla zycia "w
    grafiku", dla zycia "od- do".

    Wybacz, ale nie rozumiem jak czlowiek myslacy (nie zwierze) moze za wlasnym i
    cudzym przyzwoleniem tak funkcjonowac i mimo, ze faktem jest brak dystansu po
    obu stronach- mnie osobe z zewnatrz- Twoja historia przeraza.

    Nie obraz sie, ale ja po prostu nie rozumiem jak swiadomie mozna tak zyc...

    kowianeczka

    --
    Aby pokochać jakąś rzecz, wystarczy sobie powiedzieć,
    że można ją utracić.
    Gilbert Keith Chesterton (1874 - 1936)
  • 13.06.06, 11:43
    Przepraszam, że się wtrącę, ale rozumieć nie musisz.
    Różnie w życiu się układa i nie wszystko od razu da się przewidzieć. Ludzie w
    trakcie wspólnego życia również się zmieniają. Myślę, że Burza miała na myśli
    tylko to, że wiele spraw - wydawać by się mogło - dotyczących dzieci i ich ojca
    dotyczy również jego życiowej partnerki. I ponieważ wniósł do ich wspólnego
    życia taki a nie inny bagaż, to powinien również ponosić tego konsekwencje i
    liczyć się ze swoją partnerką. Amen. Do diabła, nie można całej
    odpowiedzialności za związek zwalać na barki "macochy". Mężczyzna też ma w tym
    swoje 50%.
  • 13.06.06, 13:07
    kowianeczka napisała:
    > Powiem szczerze, ze wspolczuje takiego modelu i doprawdy nie pojmuje az tak
    > wielkiej, zyciowo pogodzonej akceptacji stron dla zludzen, fikcji, dla
    zycia "w grafiku", dla zycia "od- do".

    możesz to szerzej rozwinąć? co dla ciebie jest fikcją? co konkretnie cię
    przeraża? przecież moje problemy to pikuś w porównaniu z innymi?

    Jeden ma problem z teściową, inny z dziećmi. Cudzymi, własnymi, bez różnicy.
    Nawet dorosłymi. To co mi przeszkadza nie musi przeszkadzać innym, ale w moim
    domu mam prawo wymagać poszanowania moich poglądów. Relacje między moim mężem a
    jego synem to osobny rozdział i mój mąż ma delikatnie mówiąc spaczone
    podejście - ale choć wiele mogłabym na ten temat powiedzieć, to nie ingeruję -
    póki nie wchodzą mi na odcisk.
  • 13.06.06, 23:08
    Przykładami z życia możemy się przeżucać, i każdy przykład będzie służył wzmocnieniu swojego stanowiska, mam wrażanie że twoje to takie, że druga żona ma prawo i przywilej o wszystkim wiedzieć i o wszystkim decydować z samej definicji bycia żoną, ja natomiast uważam, że ojciec ma prawo do wspólnych spraw z dorosłymi córkami i mają one prawo decydować czy chcą "macochę" dopuścić do swoich spraw czy nie. Podkreślam - do swoich spraw, które z macochą nie mają nic wspólnego, chyba że ta, tak będzie interpretować sprawy, ze wyjdzie na to, ze wszystko ją dotyka, np. mąż rozmawia przez telefon, ją to dotyka bo mógłby głaskać ją po głowie, zamiast rozmawiać z córką - łatwo tu dojść do absurdu.
    I nic drugiej żonie do tego; decydując się świadomie na życie z ojcem dorosłych dzieci nie powinna oczekiwać, że nie jej dzieci, zaakceptują ją jako powiernicę wspólnych spraw i zmienią się stosownie do jej oczekiwań.
    Świetnie jak się tak stanie i wszyscy tego będą chcieli, ale każdy ma prawo do własnych spraw, do intymności.
    To mężczyzna wybrał sobie drugą żonę, bo ją kocha, co nie znaczy automatycznie, że pokochają ją dzieci i zaakceptują jak własnego rodzica, naiwnością jest tak sądzić.

    Co do spóźnień dziecka twojego partnera, rozumiem że cię do może denerwować, ale dziecko należy wychowywać, także ucząc punktualności. To należy do zadań rodziców, nikt nie rodzi się doskonały, lecz pewnych zasad uczy się w toku wychowania, twój mąż również powinien potrafić wyegzekwować takie sprawy, wszak jest rodzicem.

    Otóż ojciec może mieć sprawy finansowe z dziećmi, choć twoim zdaniem nie ma takiej możliwości.
    Wyobraź sobie taką sytuację, oboje rodziców wypracowują majątek, w tym przykładowo mieszkanie, samochód, dom w górach. Matka umiera, ojciec żeni się ponownie po roku czy dwóch. Twoim zdaniem, żeby sprzedać dom w górach i podzielić między swoje dzieci, musi oczekiwać zgody swojej drugiej żony? Przecież ona z jego majątkiem nie miała nic wspólnego. To dorobek matki i ojca dzieci, a nie drugiej żony ojca.
  • 14.06.06, 11:57
    Pisałam wyraźnie, że druga żona nie musi wiedzieć o wszystkim, ba - powiem
    więcej - większość "ich" spraw guzik mnie obchodzi, tu nie o zwierzenia
    przecież chodzi, a o lekceważący stosunek dzieci do partnerki. Nie bardzo sobie
    wyobrażam, żeby ktokolwiek przychodząc do nas rzucał mi "cześć" w progu i
    zamykał się w osobnym pokoju z moim mężem, mijając mnie jak powietrze. Nawet
    jeśli mąż umawia się na męskie pogaduchy z kumplem - to zawsze jest to
    poprzedzone wspólną herbatką i krótką rozmową we wspólnym gronie - dopiero
    potem panowie zostają sam na sam.

    Facet nie musi przestawać być mężem, kiedy przychodzą córki, może i powinien
    starać się wypracować przyzwoity standard kontaktów. Nie muszą się lubić, ale
    minimum kultury wymaga, aby przychodząc do czyjegoś domu nie ignorowac
    obecności gospodyni. Tymczasem facet w tej sytuacji chowa głowę w piasek, gra
    na dwa fronty. "Kto z nami, kto przeciw nam".

    BTW - spóźnienia były jedynie przykładem sytuacji, gdzie kwestia spotkania
    ojciec-syn dotyczy również mnie. Naturalnie - to rzecz wychowania, nad którym
    nie będę się rozwodzić. Wyjaśniłam mężowi mój pogląd na niektóre sprawy - i
    wie, że czasem musi się dostosować również do mnie.

    > Wyobraź sobie taką sytuację, oboje rodziców wypracowują majątek, w tym
    przykład > owo mieszkanie, samochód, dom w górach. Matka umiera, ojciec żeni
    się ponownie > po roku czy dwóch.

    Strony mają prawo rozporządzać majątkiem odrębnym dowolnie - to jasne. W twoim
    przykładzie dzieciom należy się majątek po matce w drodze spadku, to nie ma nic
    wspólnego z drugą żoną. Ale np. zachowanie tego w tajemnicy - choć "legalne" -
    w małżeństwie jest po prostu dziwne, nie sądzisz?

    Napisałam jasno - chodzi o sytuacje, które wpływają na wspólne życie w drugim
    małżeństwie, bieżące wydatki i inwestycje. Tym bardziej jeśli żona po prostu
    NIE WIE co się dzieje, bo nikt jej NIC nie mówi, to trudno żeby czuła się z tym
    komfortowo? równie dobrze może się okazać, że te "ich" sprawy finansowe
    sprowadzają się do tego, że jej mąż nabrał dla dzieci kredytów, nakupował na
    raty, teoretycznie żona nie odpowiada, ale - tylko teoretycznie...
  • 08.08.06, 13:11
    > to również jest moja sprawa, bo mnie budzi. To samo z telefonami - nie
    > przeszkadzają mi w najmniejszym stopniu pod warunkiem, że nie wydzwania bez
    > powodu po 23.


    rozumiem, ze bycie obudzonym w srodku nocy [czy o jakiejkolwiek porze] nie jest
    przyjemne, ale dziecko ma prawo zadzwonic do swojego rodzica o kazdej porze i w
    kazdej spawie, ktora wedlug dziecka jest wazna.




  • 12.06.06, 18:07

    Proponowałabym zacząć opisywać taki konflikt od początku związku.
    Zadam sobie trudu:
    -a jak ona była traktowana?
    -ile wyzwisk otrzymała pocztą i nocnymi telefonami?
    -jak ta kobieta była traktowana przez córcie??
    -ile telefonów z wyzwiskami otrzymały jej dzieci-nawet dorosłe??
    -ile spraw z jej drugiego małżeństwa zostało "wywleczonych" do exżony przez jego
    dzieci;witane serdecznie, przyjmowane jak własne dzieci?

    Nie zajmuję tu żadnego stanowiska,ale złego początki czasem ciagną się w przyszłość.
  • 12.06.06, 19:00
    Poznałam takią sytuację na własnej skórze. Mój partner zamieszkał ze mną
    i ...swoim synem. Do pewnego mementu było świetnie. Nie było żadnych problemów,
    mielismy świetny kontakt. Aż pewnego dnia wszystko się popsuło. Teraz jest źle,
    czaem nie chce mi się wracać do domu, a mój partner mówi,że.......za bardzo sie
    przejmuję.
  • 17.06.07, 13:43
    Jakbym czytala o sobie. Moj maz ma corke z poprzedniego zwiazku. Do niedawna
    rowniez wszystko ukladalo sie miedzy nami dobrze, az tu nagle nastapil
    kryzys.Nie wiem, co robic, jest mi z tym zle, bo chcialabym,zeby nasza rodzina
    byla normalna,zeby moje relacje z jego corka byly jesli nie idealne to
    przynajmniej dobre...Ale nie jest latwo, choc sie staram jak moge :(
  • 12.06.06, 19:21
    Mile Panie, Panowie i Dzieci,
    Z wlasnego doswiadczenia wiem, ze nie jest "latwo", ale.....chodzi o to, by jak
    najmniej wyrzadzic krzywdy sobie, drugiej zonie, bylemu, dzieciom (kolejnosc
    dowolna) i chodzi o to, by zadac sobie pytanie "Po co sie krzywdzic nawzajem?".
    Nie warto. Natomiast warto, by przyrodnie rodzenstwo mialo dobry kontakt, by
    nikt nie czul sie zle w nowym zwiazku, by poczucie winy zminimalizowac, by
    przezyc godnie dalsze lata zycia:). Zycie jest za krotkie na "dowalanie" sobie
    nawzajem.....moj ex-maz jest na dzien dzisiejszy super ojcem naszej 30 letniej
    pociechy, pociecha owaz ma b. dobre relacje z przyrodnim rodzenstwem......i o
    to chodzi. Serdecznie wszystkich pozdrawiam.
  • 12.06.06, 19:55
    Pierwsza sprawa jaka facet musi zalatwic...to dac swoj testament do przeczytania
    wszystkim z ktorymi moga byc problemy. Po czym walnac piescia w stol i wrzasnac:
    Nie myslcie dzieciaki ze jak wykonczycie ja, to wiecej dostaniecie...NIE,
    pojdzie na schronisko dla zwierzat. To samo dotyczy ciebie moja kochana druga
    zono...

    Wtedy jest szansa ze sie dogadaja...:)




    --
    Podrap sie jak Cie swedzi, nie mecz sie...
  • 12.06.06, 20:09
    Czytam te wszystkie posty, każdy ma po trochę racji. Jedno jest pewne, żeby było
    normalnie każdy musi zachowywać sie normalnie, tj. kulturalnie. Nie muszą
    pasierby kochać przyrodnie rodzeństwo ani swoich macoch czy ojczymów, ani ojczym
    czy macocha nie musi kochac swoich przybranych dzieci. Ważna jest kultura i
    akceptowanie praw tej drugiej strony. Innaczej nigdy nie będzie zgody, ciągle
    będą kłótnie, pretensje czy zawiść. A dorośli powinni ponieść konsekwencje tego
    do czego doszło nie ważne czy z ich winny czy nie, bo wina zawsze gdzieś leży
    choćby po środku. Najgorzej zawsze wychodzą dzieci małe. Bo te dorosłe mają
    "swój" rozum i powinni umieć przyjąć do wiadomości fakt, że ich rodzice nie są
    razem i zachowywać się kulturalnie, bo każdy człowiek ma prawo do życia w
    szczęściu. Żałuję, że nie czytałam postu od faceta, który jest między swoją
    drugą żoną a pierwszą, między swoimi dziećmi a obecnymi z drugiego małżeństwa,
    czy pasierbami. Ludzie jak mówi zmarły ks. Twardowski: " śpieszcie się kochać
    ludzi, tak szybko odchodzą...". A swoją drogą ciekwe co mają do powiedzenia
    kobiety, które są 3, 4 czy kolejnymi żonami... . A są takie kobiety... Wszystko
    co mówię wynika z moich własnych obserwacji czy to w rodzinie czy wśród
    znajomych. Sama jestem szczęśliwą mężatką (1-wszą) i mam kochanego synusia. Z
    doświadczenia niestety własnego też wiem, że do rozpadu małżenstwa może
    przyczynić nie tylko druga osoba kobieta czy facet, ale też własna rodzina.
    Wierzę jednak w Wielką Miłość co może przetrwać każdą burzę... Życzę wszystkim
    zwaśnionym i tym szczęśliwcom spokojnego życia(jesli nie w miłości).
  • 13.06.06, 10:43
    Dla mnie jedno jest jasne. Córka, która nazywa drugą żonę ojca intruzem i ma
    pretensję do ojca o tę żonę to po prostun zimna, nieczuła, zła, obrzydliwa,
    wredna egoistka, zapatrzona tylko w siebie, nielicząca się z uczuciami innych,
    przecież bliskich osób. Należałoby takie tępić, niszczyć jak chwasty. A czy ta
    córka jest pewna, że jej się tak wspaniale ułoży życie, że nigdy nie będzie
    samotna? Że nigdy nie będzie tą drugą? Tak tę sprawę widzę, chociaż jestem
    szczęśliwa w swoim czterdziestoletnim związku, nigdy nie byłam samotna i nigdy
    nie byłam tą drugą. Ale to nie znaczy, że nie można pewnych spraw zrozumieć.
    Trzeba mieć serce i rozum, a nie beton w tych miejscach.
  • 13.06.06, 19:07
    cytuję matylde57:
    "Dla mnie jedno jest jasne. Córka, która nazywa drugą żonę ojca intruzem i ma
    pretensję do ojca o tę żonę to po prostun zimna, nieczuła, zła, obrzydliwa,
    wredna egoistka, zapatrzona tylko w siebie, nielicząca się z uczuciami innych,
    przecież bliskich osób. Należałoby takie tępić, niszczyć jak chwasty. A czy ta
    córka jest pewna, że jej się tak wspaniale ułoży życie, że nigdy nie będzie
    samotna? Że nigdy nie będzie tą drugą?.."

    Ech, a co maja powiedziec dzieci, których ojciec wiąże sie z kobietą prostacką i
    krzykliwą?? której własna córka (na podobieńswo mamusi)jest wulgarna, średnio
    urodziwa i mało inteligentna??najprosciej sie odegrac na dzieciach(po co maja
    kończyc studia skoro córka skończyła zawodówke?, dlaczego na wszystko mają
    odpowiedz? i kto w ogole pyta je o zdanie??)

    do matyldy57- wszystko zależy od kultury i umiejetności dojścia do porozumienia,
    czasem dla dzieci lepiej nie musiec poznawac "tej drugiej". Zwiazek tworzy dwoje
    osób, każda wnosi coś od siebie. Dzieci z poprzedniego zwiazku nie sa meblem
    który mozna wymienić czy wyrzucic. Nastoletnie czy dorosłe nie musi zaakceptowac
    nowego układu sił na tyle by czuć potrzebę zmieniania siebie pod katem nowej
    osoby, co teoretycznie jest potrzebne dla stworzenia harmonijnego układu..

    p.s. nigdy niczego nie mozna byc pewnym, ale człowiek podobno najlepiej uczy sie
    na własnych błędach. Moja rada dla "drugich żon": wiecej luzu, nerwowa atmosfera
    niczemu nie służy, ojciec jest bardzo ważna osobą w zyciu córki, ale nie ma to
    jak koledzy, przyjaciółki i na odwrót córka jest bardzo ważna, ale każdy facet
    to w gruncie żeczy egoista(i mysli głównie o własnym szcześciu).pozdr

    --
    malyflowers
  • 16.06.06, 12:30
    zaczynamy dochodzic do czegoś istotnego!
    ojciec jest bardzo ważną osobą w życiu córki
    dokładnie tak
    podobnie jak mąż jest bardzo ważną osobą w życiu żony

    więc - drogie dzieci - więcej luzu
    żeby później do samej siebie żalu nie mieć - jak to, tata zrezygnował ze
    swojego związku dla mnie, a ja zakładam własną rodzinę - zamiast zająć się
    samotnym ojcem?!...

    hmm... tylko czy aby pozwolenie dziecku na złe traktowanie wybranki nie
    prowadzi aby do wychowania zbyt egocentrycznej osoby, by przejęła się takowym
    ojcem? - samotnym czy też z trzecią czy czwartą żoną, wybraną w bezpiecznym
    momencie zajęcia się przez dziecko tylko swoim życiem

    --
    Sygnaturka jaka jest każdy widzi :)
  • 14.06.06, 10:25
    ...gorzej, jak ta druga żona zapragnie mieć dziecko, a na ogół tak kobiety
    pragną "się zabezpieczyć na wypadek", no i jeśli to dziecko już jest na
    świecie, to biada temu lub tym z pierwszego małżeństwa.Niestety, znam to z
    autopsji, ja i mój mąż jesteśmy tymi dziećmi z pierwszych małżeństw, zepchnięci
    na margines, trochę zapomniani, a na pewno skutecznie izolowani przez
    te "biedne drugie żony", które, jak to u zwierząt bywa, walczą zaciekle o
    uznanie i zabezpieczenie swego potomstwa, a odrzucenie tego, które nie
    jest "krwią z ich krwi". Moja macocha była aniołem, dopóki nie doczekała się
    dziecka z moim ojcem, wtedy zmieniła front, przyjęła postawę roszczeniowo-
    pretensyjną, wygrała, na 7 lat pozbawiając mnie kontaktów ze swoim mężem, a gdy
    już zdawało się, że uda się coś wskrzesić na nowo, raz jeszcze dała popalić
    tak, że teraz ma wolne pole, dodatkowo wspierana przez moje przyrodnie
    rodzeństwo. Mój mąż nie widział ojca od roku, a jego macocha to wredna,
    pozbawiona skrupułów i wyrachowana suka, która nigdy nie daje porozmawiać ojcu
    z synem na osobności, krążąc jak sęp, nasłuchując, matacząc i
    podpuszczając "starego", byleby tylko jej i jej dzieci było na wierzchu. Myślę,
    że każdy, kto zechce w przyszłości rozwieść się i podarować swemu dziecku taki
    wrzód na tyłku, jakim jest ojczym, macocha i ostatni gwóźdź do trumy czyli
    przyrodnie rodzeństwo, powinien najpierw sobie palnąć w łeb, już lepiej być
    sierotą, niż znosić towarzystwo histerycznego babska, które traktuje was jak
    konkurencję lub gburowatego faceta, który zachowuje się jakby robił łaskę, że
    ożenił się z waszą matką, robi z byle czego problem, a nawet straszy, że was
    wyrzuci z mieszkania, bo on tu jest głową rodziny. Ohyda!!!
  • 15.06.06, 23:34
    Bardzo ciekawy artykuł. Czytałam omawiane listy, gdy ukazywały się w WO. Każda
    z osób wypowiadających się ma swoje racje. Życie drugiej żony nigdy nie jest
    łatwe, co zresztą potwierdza puenta tegoż tekstu:

    ‘Małżeństwo z facetem „z przeszłością” to zawsze ryzykowna sprawa’

    A jednak wiele kobiet podejmuje to ryzyko. Pełne obaw, lęków postanawiają
    poddać się swoim uczuciom i wejść w nowy związek. Wchodzą z wiarą w to, ze uda
    im się, wierzą, że będą szczęśliwe jak nigdy przedtem. To ciężka droga, bycie
    drugą żoną... Nie piszę z autopsji ale wiem, że miłość nie zna granic...
    Mężczyzna, który jest mi bliski jest rozwodnikiem, bezdzietnym. Nie wiem jak
    potoczą się nasze losy, czy pójdziemy dalej życiową drogą razem, czy osobno ale
    wiem, ze Ona zawsze będzie w Jego sercu. Zaakceptowałam to. Wiem jednak, że
    potrzeba grubego czarnego markera, by odrzucić PRZESZŁOŚĆ. Kiedy ciągnie się i
    wraca jak cień, nie wróży to dobrze nowemu związkowi.

    O wszystkim można rozmawiać. Trzeba chcieć. Ludzie dorośli i dobrze wychowani
    potrafią okazywać sobie szacunek, a przynajmniej powinni.


    --
    Wszystko ma swój Czas
  • 16.06.06, 14:58
    Cały czas oskarżasz te macochy, ale weź pod uwagę, że za kontakt z Tobą nie
    odpowiada ona tylko Twój ojciec. Gdyby chciał się z Toba kontaktować, to żadna
    siła, a na pewno nie nowa żona bymu nie była straszna. To samo tyczy się
    drugiej żony ojca Twojego męża: też gdyby chciał to powiedziałby jej, że ma
    syna, z którym czy ona chce, czy nie on jako ojciec chce mieć kontakt.
    Jako dzieci bronicie swoich mało stanowczych ojców oskarżając macochy.
    Chcielibyście zmiany postawy tych macoch, a nie zmiany postwy Waszych ojców na
    bardziej stanowczą. A kluczem są Wasi ojcowie, a nie te macochy.
    Też mialam ojczyma i wiem, że za kontakt ojczym/macocha - pasierbowie odpowiada
    rodzic dziecka, a nie jego partnerka/partner.
    Jeśli ulega on czyjejkolwiek presji: czy to dzieci z poprzedniego związku, czy
    nowej żonie to ma on słaby charakter i to jego winą są takie niepoprawne
    kontakty między jego dziećmi, a nowymi partnerkami.
  • 16.06.06, 17:18
    m-m-m napisała:

    > Jeśli ulega on czyjejkolwiek presji: czy to dzieci z poprzedniego związku,
    > czy nowej żonie to ma on słaby charakter i to jego winą są takie niepoprawne
    > kontakty między jego dziećmi, a nowymi partnerkami.

    Zgadza się, co nie znaczy, że nie można osądzać i mieć pretensji do macochy, wszak z punktu widzenia dzieci jej działania zmierzają do pogorszenia ich sytuacji, zazwyczaj z powodu jej egoistycznych celów.
    Ostateczny wybór zależy od ojca, ale nie wszyscy są tak twardzi jak Terminator czy Rambo. To co opisujesz to bardziej wywód logiczny, w życiu jednak zazwyczaj podlegamy emocjom, i na decyzje wpływają różne czynniki, zachowania i słowa innych ludzi, bowiem one powodują powstawanie rozmaitych odczuć - takich jak niepokój, poczucie winy, lęk. Ludzie posiadają różne poziomy zdrowia psychicznego, jedni są bardzie podatni na manipulację, inni jej nie ulegają.
    Gdyby było inaczej osoba podżegająca do morderstwa nie ponosiłaby odpowiedzialności, wszak ten, co morduje ponosi sam odpowiedzialność za swój czyn, mógł nie słuchać, prawda? A jednak tak nie jest - osoba, która namawia również odpowiada. Oczywiście, że to inny ciężar gatunkowy sprawy, jednak mechanizm podobny.
  • 16.05.07, 13:07
    ml130676 napisała:

    > ...gorzej, jak ta druga żona zapragnie mieć dziecko, a na ogół tak kobiety
    > pragną "się zabezpieczyć na wypadek", no i jeśli to dziecko już jest na
    > świecie, to biada temu lub tym z pierwszego małżeństwa.Niestety, znam to z
    > autopsji, ja i mój mąż jesteśmy tymi dziećmi z pierwszych małżeństw,
    zepchnięci
    >
    > na margines, trochę zapomniani, a na pewno skutecznie izolowani przez
    > te "biedne drugie żony", które, jak to u zwierząt bywa, walczą zaciekle o
    > uznanie i zabezpieczenie swego potomstwa, a odrzucenie tego, które nie
    > jest "krwią z ich krwi". Moja macocha była aniołem, dopóki nie doczekała się
    > dziecka z moim ojcem, wtedy zmieniła front, przyjęła postawę roszczeniowo-
    > pretensyjną, wygrała, na 7 lat pozbawiając mnie kontaktów ze swoim mężem, a
    gdy
    >
    > już zdawało się, że uda się coś wskrzesić na nowo, raz jeszcze dała popalić
    > tak, że teraz ma wolne pole, dodatkowo wspierana przez moje przyrodnie
    > rodzeństwo. Mój mąż nie widział ojca od roku, a jego macocha to wredna,
    > pozbawiona skrupułów i wyrachowana suka, która nigdy nie daje porozmawiać
    ojcu
    > z synem na osobności, krążąc jak sęp, nasłuchując, matacząc i
    > podpuszczając "starego", byleby tylko jej i jej dzieci było na wierzchu.
    Myślę,
    >
    > że każdy, kto zechce w przyszłości rozwieść się i podarować swemu dziecku
    taki
    > wrzód na tyłku, jakim jest ojczym, macocha i ostatni gwóźdź do trumy czyli
    > przyrodnie rodzeństwo, powinien najpierw sobie palnąć w łeb, już lepiej być
    > sierotą, niż znosić towarzystwo histerycznego babska, które traktuje was jak
    > konkurencję lub gburowatego faceta, który zachowuje się jakby robił łaskę, że
    > ożenił się z waszą matką, robi z byle czego problem, a nawet straszy, że was
    > wyrzuci z mieszkania, bo on tu jest głową rodziny. Ohyda!!!

    mysle ze jestes TOTALNYM ROZWYDRZONYM WRZODEM NA D....jak wszystkie wychowane
    tak jak ty palanty pod tytulem pasierbiątka biedne i pokrzywdzone....mysle ze
    ojciec cie wydziedziczyl i chwala mu za to....
  • 16.06.06, 02:58
    Nasowa mi sie tylko jedno pytanie, czy ojcom wraz z rozwodem obcieto jaja?
    To, jak dzieci sa traktowane po rozwodzie przez nich i ich partnerki zalezy
    tylko i wylacznie od nich. To sa ich dzieci i powinna to byc ich decyzja wiec
    nie obwiniajmy tylko te wstretne macochy. Skoro pozwalaja na zle traktowanie
    swoich dzieci to nie raczej nie nalezy im sie miano ojca.
    No ale jak im (tym ojcom) obcieto ... to nie ma sie co dziwic.
  • 16.06.06, 10:43
    Rodzice rozwiedli sie jak mialam 14 lat. Kiedy mialam 18 ojciec, ku mojej
    wielkiej radosci spotkal nowa partnerke, w swoim wieku, i ozenil sie. Bylam
    zachwycona ze jest znowu szczesliwy. Az do dnia.... kiedy ojcie zmarl... po
    niecalych dwoch latach malzenstwa... przyjechalam na pogrzeb, a wlasciciwie
    przed, zaraz po telefonie ze nie zyje... i odmowiono mi wstepu do domu ojca...
    mieszkalam w hotelu... po pogrzebie okazalao sie ze nie mam prawa do NICZEGO:
    ani pamiatek - chociazby papiery, dyplomy, zdjecia.... ani do "majatku" -
    mieszkanie, samochod, konto w calosci pochadzacego z poprzedniego zycia taty-
    nic nie bylo osiagniete w ciagu tych dwoch lat... Ona po prostyu wystawila mnie
    za drzwi, kazala podpiac papier ze poniewaz zabieram kilka zlotych lancuszkow
    to rezygnuje z reszty - ja gowniara lat 20 i w szoku podpisalam... i po 50
    latach zycia mojego ojca zostala mi lampa, kilka pocztowek, ksiazka.... i te
    lancuszki....
    Dzis mam 37 lat... i dalej mnie to boli, nie pogodzilam sie z tym do dzisiaj, i
    ona pozostaje jedyna osoba w moim zyciu ktorej nienawidze, i ktora chcialabym
    odnalezc tylko po to zeby dac jej w twarz :(((
  • 16.06.06, 10:49
    Widze, ze przedmioty i sprawy spadkowe najbardziej cie bolą ...
  • 16.06.06, 11:04
    boszszsz... naprawde tak to zrozumiales? A moze postarasz sie przeczytac
    jeszcze raz z glebszym zrozumieniem, albo wczuc sie w sytuacje autorki postu?
    Moze wtedy przyjdzie ci do glowy cos innego niz tylko zal o kase?
  • 16.06.06, 11:08
    Po co sie przelogowujesz, i tak widac, ze to ty. Twój racjonalizatorsko-
    mentorski ton jest charakterystyczny. Ale ... na autorytet nalezy sobie
    zasłuzyc, jezeli go wymagasz.
  • 16.06.06, 11:19
    socjolog76 napisał:

    > Po co sie przelogowujesz, i tak widac, ze to ty.

    buahahaha! dobre! A raczej... zalosne...
  • 16.06.06, 11:24
    EOT
  • 16.06.06, 13:16
    Koleś, marny z ciebie socjolog a psycholog to już pożal się Boże. Życzę ci,
    żebyś ty się kiedyś znalazł w podobnej sytuacji, może wtedy obudzi się w tobie
    zrozumienie.
  • 21.06.06, 11:43
    Niestety, drugie żony biorą sobie na męża faceta obciążonego służebnością.
    Jakby kupowały dom, w którym ma dozywocie jakaś ciotka, albo przez teren
    posesji przechodzi droga publiczna. Trzeba dobrze czytać umowy, zwłaszcza
    teksty małym drukiem.
  • 21.06.06, 16:02
    To nie jest tak Kotami jak ci się wydaje. Druga żona i życie daje nową szansę.
    To zrozumiałe, że facet, czy kobieta moze mieć zobowiązania. Od klasy partnerów
    zależy czy potrafią do tego podejść rozsądnie i poukładać to. Problem w tym, że
    większość facetów nie ma klasy i tak jak mój najpierw w ogóle ukrywa, że ma
    córkę, a potem uważa, że skoro się wydało to ja powinnam to zaakceptować bez
    szemrania. A ja czuje się urażona. On ma to w dupie i uważa mnie za wriatkę.
    Gdy mówię mu, że jakoś nie potrafię sobie poradzić z nową sytuacją, to też ma
    to w dupie, bo uważa, że to mój problem że sobie nie radzę. Widzisz KOtami,
    gdyby ten facet traktował mnie jak prawdziwą partnerkę, to pewnie "przychyliła
    bym mu nieba", ale on zachowuje się tak jakby akcentował, że powinnam być mu
    wdzieczna, że w ogóle ze mną chce być (mam 36 lat i jedno małżeństwo na
    koncie). A ja z kolei mam w dupie taki układ, bo nie uważam aby robił mi jakąś
    szczególną łaskę. Czuję w tym związku, że tak naprawdę to jestem singlem z
    lokatorem w moim mieszkaniu, który tylko od czasu do czasu zapłaci czynsz
    (mimo, że to bardzo bogaty cżłowiek). Ta jego córka jest mi obojętna, bo on
    przez to jak postępuje on jest mi obojętny. Pewnie zapytasz mnie dlaczego z nim
    jestem. Odpowiem: bo jak narazie nie chce mi się zminiać, nie chce mi się w
    kimś zakochiwać i w ogóle jakoś zobojętniałam. Biega za mną jakiś całkeim miły,
    7 lat młodszy facet. Pryzstojny lekarz. A mi po prostu nie chce się... Nowy
    facet, to tylko nowe problemy.
  • 23.03.10, 14:01
    kabaty3 napisała:

    > Rodzice rozwiedli sie jak mialam 14 lat. Kiedy mialam 18 ojciec,
    ku mojej
    > wielkiej radosci spotkal nowa partnerke, w swoim wieku, i ozenil
    sie. Bylam
    > zachwycona ze jest znowu szczesliwy. Az do dnia.... kiedy ojcie
    zmarl... po
    > niecalych dwoch latach malzenstwa... przyjechalam na pogrzeb, a
    wlasciciwie
    > przed, zaraz po telefonie ze nie zyje... i odmowiono mi wstepu do
    domu ojca...
    > mieszkalam w hotelu... po pogrzebie okazalao sie ze nie mam prawa
    do NICZEGO:
    > ani pamiatek - chociazby papiery, dyplomy, zdjecia.... ani
    do "majatku" -
    > mieszkanie, samochod, konto w calosci pochadzacego z poprzedniego
    zycia taty-
    > nic nie bylo osiagniete w ciagu tych dwoch lat... Ona po prostyu
    wystawila mnie
    >
    > za drzwi, kazala podpiac papier ze poniewaz zabieram kilka zlotych
    lancuszkow
    > to rezygnuje z reszty - ja gowniara lat 20 i w szoku podpisalam...
    i po 50
    > latach zycia mojego ojca zostala mi lampa, kilka pocztowek,
    ksiazka.... i te
    > lancuszki....
    > Dzis mam 37 lat... i dalej mnie to boli, nie pogodzilam sie z tym
    do dzisiaj, i
    >
    > ona pozostaje jedyna osoba w moim zyciu ktorej nienawidze, i ktora
    chcialabym
    > odnalezc tylko po to zeby dac jej w twarz :(((



    ja tez dalabym jej w twarz, wiesz ja jestem druga zona i wszyscy
    mysla o mnie bardzo zle, ze wyszlam za maz dla pieniedzy itd., tylko
    ze to ja utrzymuje corke mojego meza i nigdy nie zrobilabym czegos
    takiego, nikt tego nie docenia, zadnego dobrego slowa, ktos cos
    sobie ubzdural i ta ubzdurana mysl prowadzi go przez cale zycie
  • 16.06.06, 10:29
    Zgadzam sie z autorka artykulu. To nie jest milosc, tylko walka o wplywy i
    wladze. Tam gdzie jest milosc jest tez zrozumienie i tolerancja i chec by nasz
    partner byl szczesliwy. I wiem o czym pisze, bylam druga zona i choc nasze
    malzenstwo rozpadlo sie do dzisiaj mam dobry kontakt z synem mojego ex.
    Tylko ,ze ja nie walczylam z dzieckiem o uczucia, staralam sie by on mnie
    zaakceptowal i nie traktowal jak rywalke.Mile panie , drugie zony to jest
    rzeczywiscie ryzyko poslubic mezczyzne z przeszloscia.Ale nie traktujmy dzieci
    naszych mezow jak rywali do ich serc.Sprobujmy zrozumiec ich stanowisko i
    cieszmy sie miloscia naszego partnera. Wiecej zyskamy cierpliwoscia a nasz
    partner doceni nas i nasza milosc.
  • 23.03.10, 14:13
    niestety Twoja teoria nie srawdzila sie na moim przykladzie, do tego
    o zym mowisz potrzeba normalnych ludzi,a nie zadufanych w sobie,
    egoistycznych materialistow,

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.