Rozstanie

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • Witam! Do tej pory nie pisałam na forach w poszukiwaniu rady, rozwiązania
    problemów, ale chyba nadszedł czas, że powinnam, bo czuję, że sobie nie radzę.
    Może ktoś zechce przeczytać mój wywód i cokolwiek mi doradzi. Sama już nie
    jestem obiektywna, nie umiem trzeźwo ocenić sytuacji...
    Jestem w kilkuletnim związku. Jeszcze jestem... Za kilka dni bowiem okaże się
    zapewne, że to co przez kilka lat budowałam, rozpadnie się jak domek z kart.
    Mój związek był szczęśliwy, ale mieliśmy problemy, jak każda para. Kłóciliśmy
    się, czasem o bzdety, a czasem o poważniejsze rzeczy. Na pewno różnice naszych
    charakterów powodowały sprzeczki. Ja jednak wyzanwałam i wyznaję zasadę, że
    jesli jest jakiś problem, to bez sensu udawać, że go nie ma, że wszystko jest
    super, ale że należy o tym porozmawiać i go rozwiązać. Tych rozmów z cyklu
    poważnych było wiele, inicjowałam je ja, ponieważ z reguły faceci takowych nie
    lubią... Moim celem zawsze było rozwiązanie problemu. Głupio to zabrzmi, ale
    lwią część tych problemów stanowiła kwestia spędzania wolnego czasu. On zawsze
    powtarzał mi, że taki już jest, że lubi się dobrze bawić (w dosłownym
    znaczeniu tych słów). Nie widziałam w tym aż takiego problemu, żeby miało to
    wpływać na nasz związek. Ale męczące stało się to, że nie można było z nim
    osiągnąć kompromisu co do tej dobrej zabawy (dodam, że sama zawsze byłam
    towarzyską osobą, ale z czasem to u mnie trochę zmalało). Kolejnym naszym
    kłopotem jest to, że on zaangażował się w nową pracę bez reszty. Zaczęła ona
    zajmować w jego życiu kluczowe miejsce... Co jakiś czas słyszałam, że jego
    praca i znajomi z pracy są dla niego bardzo ważni. Pojawiły się dziwne
    tajemnice związane z jego służbowymi wyjazdami czy obowiązkami (gdyby nie
    robił z nich tajemnic, to dla mnie byłyby normą). Nie chciał, żebym aplikowała
    do jego firmy, gdy bardzo długo nie mogłam znaleźć pracy (myślałam, że gdybym
    dostała tę posadę, to aby tylko mieć za co żyć mogłabym tam popracować, a w
    międzyczasie szukać czegoś nowego, skoro to byłby dla niego aż taki problem,
    ale on uznał, że to nie fair wobec niego...)... Kilka razy zawiódł mnie, nie
    będąc przy mnie w ważnych momentach mojego życia. Ale ja pewnie go też
    zawiodłam, nikt nie jest ideałem... Jdnak zawsze bardzo się starałam, żeby
    nasz związek był udany, ważne było dla mnie jego szczęście, bardzo go kochałam
    i kocham nadal...
    Zrobiłam kilka rzeczy, które były błędem (chyba teraz muszę to stwierdzić...).
    Zrezygnowałam z prestiżowych studiów w innym mieście, by być z nim. Potrafiłam
    rezygnować ze swoich planów, by go widywać. A on w tym czasie nie zrezygnował
    z niczego i ma swoje życie w takim kształcie, jakie ono było wcześniej...
    Wiem, że to były błędy, ale miłość ma jakąś dziwną moc i sprawia, ze potrafimy
    robić wszystko z myślą o ukochanej osobie.
    Jakiś czas temu (kilka tygodni chyba) okazało się, że on zastanawia się nad
    sensem naszego związku. Nawet nie miałam świadomości, że tak jest, bo on nigdy
    nie mówił mi o swoich uczuciach, tylko chował je w sobie. To był błąd, bo
    gdybym wiedziała, co on czuje, to teraz nie borykalibyśmy się z tymi
    problemami. Ja wykazałabym się wększym zrozumieniem, a tymczasem myślałam, że
    on te poważne rozmowy traktuje jako moje gderanie i ma wszystko gdzieś. I stąd
    mieliśmy tych rozmów tak wiele. Urósł z nich olbrzymi problem, a ja nawet nie
    wiem, kiedy to się stało...
    Teraz jest tak: on nie wie, czego chce, nie wie, czy nasz związek ma sens, czy
    to jest TO... Musi sobie wszystko przemyśleć. Ponad tydzień temu już prawie
    doszło do rozstania, ale on chciał, żebyśmy dali sobie kilka dni do namysłu.
    Wczoraj była kolejna rozmowa i ja chciałam odejść, bo nie potrafię żyć ze
    świadomością, że mogłabym go unieszczęśliwiać, ale on mi na to nie pozwolił,
    chciał kolejnych kilka dni... Nie wiem, co te kilka dni może zmienić - albo
    się wie, że się kogoś kocha, albo nie... Już dwa razy przeżywałam nasze
    ewentualne rozstanie i mam je przeżyć po raz trzeci (bo przecież nie okaże się
    za te kilka dni, że nagle zrozumiał, że mnie kocha, że chce ze mną być - to
    raczej tlko odwleczenie decyzji w czasie...)... I nie wiem, jak mam to
    przeżyć. Nigdy jeszcze nie kochałam nikogo tak jak jego. Nigdy nie myślałam z
    taką pewnością, że chcę spędzić z kimś życie... Tak strasznie brakuje mi jego
    bliskości (nasze życie intymne było cudowne, idealne...)... A on na pytanie,
    czy nie brakuje mu tej bliskości, odpowiedział, że... nie wie. To strasznie
    boli...
    A propos spędzania życia - tu też tkwi problem. Mimo, że kwestia ślubu
    pojawiała się w naszych rozmowach i że on to inicjował, okazało się, że on nie
    chce ślubu. Było to dla mnie zaskoczeniem, z tego, co zawsze mówił, wynikało,
    że myśli o tym, że zbliżamy się do planowania ślubu. Ale stwierdziłam po
    namyśle, że on do tego jednak nie dojrzał emocjonalnie, a ja nie mam zamiaru
    zaciągać go siłą do ołatrzai nie chcę być tą, o której on kiedyś powie, że
    zmusiła go do ożenku. Być może napatrzył się na innych ludzi, którzy się
    rozwiedli i nie chciał, żeby jemu się tak życie zawaliło, a być może ktoś mu
    udzelił "dobrej rady"... Bardzo tego chciałam, bo uważałam, że będę dobrą żoną
    (nadal to wiem), ale do tego nie można nikogo zmusić. A on się ucieszył na
    takie moje stanowisko...
    Teraz mam świadomość, że za kilka dni nasz związek będzie przesłością i nie
    umiem sobie z tym poradzić. Nadal bardzo go kocham, ale serce mi pęka na myśl,
    że on nie wie, czy kocha mnie... Najbardziej boję się, ze popadnę w jakąś
    depresję. Dostałam niedawno dobrą pracę, na której mi zależy i ta sytuacja
    wpływa już teraz na mnie, a co bedzie, gdy będę musiała nauczyć się żyć
    zupełnie bez niego?
    Nie wyobrażam sobie, ze jego w moim życiu zabraknie. Tak było między nami
    cudownie, że nie umiem o tym ot tak zapomnieć. Nie rozumiem całej tej
    sytuacji. Jeszcze w Święta było między nami tak cudownie normalnie, czule i
    wtedy nawet bym nie przypuszczała, że za miesiąc będziemy stać przed decyzją o
    rozstaniu. Jescze wtedy nawet padł temat wspólnego życia!... A teraz?... Boże,
    nie wierzę, że to się dzieje.
    Jeśli jest ktoś, kto wie, jak dać sobie radę z rozstaniem, to proszę, niech
    odpowie. Nie umiem powstrzymać łez. Nie będę go prosić o to, żeby mnie kochał.
    Chyba mam już świadomość, że to nie ma sensu na pół gwizdka, że on musiałby
    się teraz mocno zaangażować, udowodnić, że bardzo mnie kocha, że nie wyobraża
    sobie życia beze mnie. To cud, który chyba się nie wydarzy. I to tak boli, a
    jestem z tym sama. Proszę, niech mi ktoś pomoże...
    • 25.01.09, 16:03 Odpowiedz

      > poważnych było wiele, inicjowałam je ja, ponieważ z reguły faceci
      takowych nie
      > lubią...

      panowie lubią i potrafia zainicjowac takie rozmowy - jak chcą


      Co jakiś czas słyszałam, że jego
      > praca i znajomi z pracy są dla niego bardzo ważni. Pojawiły się
      dziwne
      > tajemnice związane z jego służbowymi wyjazdami czy obowiązkami
      (gdyby nie
      > robił z nich tajemnic, to dla mnie byłyby normą).


      Poznał pewnie w pracy sympatyczna koleżanke. Żona/dziewczyna zawsze
      dowie sie odstatnia. U nas w pracy takie romanse trwaja i po 2 lata.
      Wszyscy wiedza tylko żony nikt nie poinformuje.


      > będąc przy mnie w ważnych momentach mojego życia. Ale ja pewnie go
      też
      > zawiodłam, nikt nie jest ideałem...

      Od razu go tłumaczysz, zależy jakie kalibru było to zawiedzenie,
      jakie ważne momenty. Ja bym kilka razy nie dala sie zawieść.



      Jdnak zawsze bardzo się starałam, żeby
      > nasz związek był udany, ważne było dla mnie jego szczęście, bardzo
      go kochałam
      > i kocham nadal...

      Zapytaj i popros o konkretna odpowiedź czy on też.

      > Zrobiłam kilka rzeczy, które były błędem (chyba teraz muszę to
      stwierdzić...).
      > Zrezygnowałam z prestiżowych studiów w innym mieście, by być z
      nim. Potrafiłam
      > rezygnować ze swoich planów, by go widywać. A on w tym czasie nie
      zrezygnował
      > z niczego i ma swoje życie w takim kształcie, jakie ono było
      wcześniej...

      Twoja wina, dlaczego zrezygnowałaś ze swoich marzeń czy celów?
      Prosił Cie o to? Czy tylko chcialaś byc przy swoim misiu bo go tak
      kochasz ? A skoro on nie zrezygnował z niczego i Tobie nie kazał to
      nie wypominaj mu tego

      >> Jakiś czas temu (kilka tygodni chyba) okazało się, że on
      zastanawia się nad
      > sensem naszego związku. Nawet nie miałam świadomości, że tak jest,
      bo on nigdy

      Czyli podjął juz decyzję, tylko nie wie jak Ci to powiedzieć.
      Chce się rozstać bo ma juz inna koleżankę ale jak im nie wyjdzie to
      wróci do Ciebie, tylko Ty musisz mu obiecać że będziesz czekała az
      on sobie "przemyśli"
      Chce kolejnych dni? Co tydzien będziecie sie spotykac i on będzie
      mowił że jeszcze nie, że może za tydzien? a w tygodniu będzie sie
      super bawil z inną? Troche to śmieszne


      > bliskości (nasze życie intymne było cudowne, idealne...)... A on
      na pytanie,
      > czy nie brakuje mu tej bliskości, odpowiedział, że... nie wie. To
      strasznie
      > boli...

      Czyli nie było idealne. Przynajmniej dla niego.

      > rozwiedli i nie chciał, żeby jemu się tak życie zawaliło, a być
      może ktoś mu
      > udzelił "dobrej rady"... Bardzo tego chciałam, bo uważałam, że
      będę dobrą żoną
      > (nadal to wiem),


      Po czym wnioskujesz, ze będziesz dobrą żoną? Przeciez tak samo
      mogłaś byc dobra dziewczyną. To jest tak samo tylko że bez papierka.

      > umiem sobie z tym poradzić. Nadal bardzo go kocham, ale serce mi
      pęka na myśl,
      > że on nie wie, czy kocha mnie... Najbardziej boję się, ze popadnę
      w jakąś
      > depresję.

      Więc chyba wystarczy. On nie umie tego powiedzieć a Ty go nadal
      kochasz?


      > Jeszcze w Święta było między nami tak cudownie normalnie, czule i
      > wtedy nawet bym nie przypuszczała, że za miesiąc będziemy stać
      przed decyzją o
      > rozstaniu.

      Niektórzy przed rozstaniem albo jak nabroją robia sie bardzo mili.


      > Jeśli jest ktoś, kto wie, jak dać sobie radę z rozstaniem, to
      proszę, niech
      > odpowie. Nie umiem powstrzymać łez. Nie będę go prosić o to, żeby
      mnie kochał.

      Jak sobie poradzić?
      Rzucić sie w wir nowej pracy
      Zrealizowac swoje odłożone plany dotyczące studiów
      Zrobic cos dla siebie
      Odnowic znajomości które pewnie zaniedbałaś bo miałaś JEGO
      A kolejna nowa i znowutas jedyna miłośc sama przyjdzie



    • 25.01.09, 16:05 Odpowiedz
      mary-beth napisała:
      okazało się, że on zastanawia się nad
      > sensem naszego związku. Nawet nie miałam świadomości, że tak jest,
      bo on nigdy
      > nie mówił mi o swoich uczuciach, tylko chował je w sobie.



      Nic nie wiesz o jego uczuciach względem Ciebie. Jak to możliwe w
      kilkuletnim związku?


      To był błąd, bo
      > gdybym wiedziała, co on czuje, to teraz nie borykalibyśmy się z
      tymi
      > problemami. Ja wykazałabym się wększym zrozumieniem, a tymczasem
      myślałam, że
      > on te poważne rozmowy traktuje jako moje gderanie i ma wszystko
      gdzieś.


      Nic nie rozumiem. Gdybyś wiedziała, że on coś sobie robi z tego
      Twojego gadania, to byś nie gadała? A tak to gadałaś, bo myślałaś,
      że on to traktuje jak gderanie i ma gdzieś...
      Teraz jak wyszło, że on pod wpływem tych rozmów rozważa czy wasz
      związek ma sens, chciałabyś cofnąć czas i nie sprawiać mu takiej
      przykrości jak komunikowanie o swoich frustracjach w związku?
      Bardzo ciekawe podejście. Nic by mnie w tym nie zdziwiło, gdybyś
      napisała, że jesteś jego niewolnicą, ale Ty piszesz o związku, hm...



      I stąd
      > mieliśmy tych rozmów tak wiele. Urósł z nich olbrzymi problem, a
      ja nawet nie
      > wiem, kiedy to się stało...
      > Teraz jest tak: on nie wie, czego chce, nie wie, czy nasz związek
      ma sens, czy
      > to jest TO... Musi sobie wszystko przemyśleć. Ponad tydzień temu
      już prawie
      > doszło do rozstania, ale on chciał, żebyśmy dali sobie kilka dni
      do namysłu.
      > Wczoraj była kolejna rozmowa i ja chciałam odejść, bo nie potrafię
      żyć ze
      > świadomością, że mogłabym go unieszczęśliwiać, ale on mi na to nie
      pozwolił,
      > chciał kolejnych kilka dni... Nie wiem, co te kilka dni może
      zmienić - albo
      > się wie, że się kogoś kocha, albo nie...



      Z tego co piszesz wynika, że nigdy nie mówił Ci że kocha, poza tym
      był nielojalny, nie dość wspierający (w trudnych chwilach) oraz mało
      empatyczny, a wręcz despotyczny (niemożność dojścia do porozumienia
      w różnych kwestiach). Możliwe więc, że nie jest dla niego tematem
      rozważań czy Cię kocha, czy, ale czy chce być z Tobą bez względu na
      stan uczuć.


      Już dwa razy przeżywałam nasze
      > ewentualne rozstanie i mam je przeżyć po raz trzeci (bo przecież
      nie okaże się
      > za te kilka dni, że nagle zrozumiał, że mnie kocha, że chce ze mną
      być - to
      > raczej tlko odwleczenie decyzji w czasie...)... I nie wiem, jak
      mam to
      > przeżyć. Nigdy jeszcze nie kochałam nikogo tak jak jego. Nigdy nie
      myślałam z
      > taką pewnością, że chcę spędzić z kimś życie... Tak strasznie
      brakuje mi jego
      > bliskości (nasze życie intymne było cudowne, idealne...)... A on
      na pytanie,
      > czy nie brakuje mu tej bliskości, odpowiedział, że... nie wie. To
      strasznie
      > boli...
      > A propos spędzania życia - tu też tkwi problem. Mimo, że kwestia
      ślubu
      > pojawiała się w naszych rozmowach i że on to inicjował, okazało
      się, że on nie
      > chce ślubu. Było to dla mnie zaskoczeniem, z tego, co zawsze
      mówił, wynikało,
      > że myśli o tym, że zbliżamy się do planowania ślubu.



      A co takiego mówił, jeżeli wolno spytać? Może to były tylko Twoje
      pobożne życzenia?...


      Ale stwierdziłam po
      > namyśle, że on do tego jednak nie dojrzał emocjonalnie, a ja nie
      mam zamiaru
      > zaciągać go siłą do ołatrzai nie chcę być tą, o której on kiedyś
      powie, że
      > zmusiła go do ożenku. Być może napatrzył się na innych ludzi,
      którzy się
      > rozwiedli i nie chciał, żeby jemu się tak życie zawaliło, a być
      może ktoś mu
      > udzelił "dobrej rady"... Bardzo tego chciałam, bo uważałam, że
      będę dobrą żoną
      > (nadal to wiem), ale do tego nie można nikogo zmusić. A on się
      ucieszył na
      > takie moje stanowisko...
      > Teraz mam świadomość, że za kilka dni nasz związek będzie
      przesłością i nie
      > umiem sobie z tym poradzić. Nadal bardzo go kocham, ale serce mi
      pęka na myśl,
      > że on nie wie, czy kocha mnie... Najbardziej boję się, ze popadnę
      w jakąś
      > depresję. Dostałam niedawno dobrą pracę, na której mi zależy i ta
      sytuacja
      > wpływa już teraz na mnie, a co bedzie, gdy będę musiała nauczyć
      się żyć
      > zupełnie bez niego?
      > Nie wyobrażam sobie, ze jego w moim życiu zabraknie. Tak było
      między nami
      > cudownie, że nie umiem o tym ot tak zapomnieć. Nie rozumiem całej
      tej
      > sytuacji. Jeszcze w Święta było między nami tak cudownie
      normalnie, czule i
      > wtedy nawet bym nie przypuszczała, że za miesiąc będziemy stać
      przed decyzją o
      > rozstaniu. Jescze wtedy nawet padł temat wspólnego życia!... A
      teraz?... Boże,
      > nie wierzę, że to się dzieje.
      > Jeśli jest ktoś, kto wie, jak dać sobie radę z rozstaniem, to
      proszę, niech
      > odpowie. Nie umiem powstrzymać łez. Nie będę go prosić o to, żeby
      mnie kochał.
      > Chyba mam już świadomość, że to nie ma sensu na pół gwizdka, że on
      musiałby
      > się teraz mocno zaangażować, udowodnić, że bardzo mnie kocha, że
      nie wyobraża
      > sobie życia beze mnie.




      Myślę sobie, że tutaj - między wierszami - zawarłaś odpowiedź na
      pytanie co się stało. Po kilku latach związku, w którym facet był
      wyłącznie na swoich warunkach, dawał tyle ile chciał, a brał to co
      mu hojnie dawałaś, nie angażując się zbytnio, ani nie deklarując
      niczego konkretnego (te rozmowy o ślubie z pewnością Ty również
      prowokowałaś, a on nie zaprzeczał, więc brałaś jego milczenie za
      aprobatę), nagle postanowiłaś go docisnąć i ...klapa. Facet zaczął
      się zastanawiać na poważnie czy to ma sens. Tobie zaczął tykać zegar
      biologiczny, jemu nie. Ot i cała historia.



      To cud, który chyba się nie wydarzy. I to tak boli, a
      > jestem z tym sama. Proszę, niech mi ktoś pomoże...
      • 25.01.09, 16:49 Odpowiedz
        > Nic nie wiesz o jego uczuciach względem Ciebie. Jak to możliwe w
        > kilkuletnim związku?

        Pisząc, że on nie mówił o swoich uczuciach, miałam na myśli, że nie mówił mi, że
        coś jest nie tak, że w tej i tej sytuacji nie podobało mu się, co zrobiłam czy
        powiedziałam, zawsze milczał w czasie sprzeczki, a wymiana zdań pozwoliłaby nam
        zamierzyć problem i go rozwiązać. Tymczasem one się powtarzały, bo przez brak
        jego reakcji ja uważałam problem za nierozwiązany, a jak już wspomniałam, uważam
        że bez sensu udawać, że wszystko gra, gdy nam coś nie pasuje. A co do tego, czy
        wiedziałam o jego uczuciach w kilkuletnim związku... Wiem, że mnie kochał i to
        bardzo. Mówił mi to często, każdy sms kończył tymi słowami - co do tego nie
        miałam żadnych wątpliwości.

        > To był błąd, bo
        > > gdybym wiedziała, co on czuje, to teraz nie borykalibyśmy się z
        > tymi
        > > problemami. Ja wykazałabym się wększym zrozumieniem, a tymczasem
        > myślałam, że
        > > on te poważne rozmowy traktuje jako moje gderanie i ma wszystko
        > gdzieś.
        >
        >
        > Nic nie rozumiem. Gdybyś wiedziała, że on coś sobie robi z tego
        > Twojego gadania, to byś nie gadała? A tak to gadałaś, bo myślałaś,
        > że on to traktuje jak gderanie i ma gdzieś...
        > Teraz jak wyszło, że on pod wpływem tych rozmów rozważa czy wasz
        > związek ma sens, chciałabyś cofnąć czas i nie sprawiać mu takiej
        > przykrości jak komunikowanie o swoich frustracjach w związku?
        > Bardzo ciekawe podejście. Nic by mnie w tym nie zdziwiło, gdybyś
        > napisała, że jesteś jego niewolnicą, ale Ty piszesz o związku, hm...

        Ja nie wiem, czy to wpływ tych rozmów, czy coś innego spoodowało, że on się
        zastanawia. Powtórzę to, co napisałam wyżej - gdyby reagował w naszych rozmowach
        na moje argumenty, to pewne problemy, które się powtarzały, byłyby wcześniej
        rozwiązane i być moze nasza sytuacja wyglądałaby inaczej. Nie uważam się za
        niewolnicę. A gdybym nie chciała mu sprawiać przykrości i tylko tym dobrodusznie
        się kierowała, to nic negatywnego bym mu przez te kilka lat nie powiedziała!
        Życie we dwoje nie polega na tym, aby trzymać się wiecznie za rączki i udawać,
        że jest super, gdy nie jest! Gdy jest problem, trzeba go rozwiązać.

        > Z tego co piszesz wynika, że nigdy nie mówił Ci że kocha, poza tym
        > był nielojalny, nie dość wspierający (w trudnych chwilach) oraz mało
        > empatyczny, a wręcz despotyczny (niemożność dojścia do porozumienia
        > w różnych kwestiach). Możliwe więc, że nie jest dla niego tematem
        > rozważań czy Cię kocha, czy, ale czy chce być z Tobą bez względu na
        > stan uczuć.

        Wiem, że dla Ciebie to może i głupio zabrzmi, ale pierwszego dnia, gdy
        zostaliśmy parą (po jakimś czasie spotykania się) usłyszałam, że nigdy jeszcze w
        nikim tak się nie zakochał, że zostanę jego żoną... Wiem, że z czasem taka
        miłość i namiętność, która była na początku nieco maleje, może powszednieje, ale
        ja słyszałam często, że on mnie kocha i wiedziałam, czułam, że tak jest. On
        również słyszał to ode mnie - okazywanie sobie uczuć było u nas bardzo
        naturalne. Nie twierdzę nic z tego, co piszesz (nielojalny, despotyczny itp.).
        Starałam się opisać to, co było, żeby ogląd sytuacji dla kogoś z zewnątrz był
        jak najlepszy.

        > Już dwa razy przeżywałam nasze
        > > ewentualne rozstanie i mam je przeżyć po raz trzeci (bo przecież
        > nie okaże się
        > > za te kilka dni, że nagle zrozumiał, że mnie kocha, że chce ze mną
        > być - to
        > > raczej tlko odwleczenie decyzji w czasie...)... I nie wiem, jak
        > mam to
        > > przeżyć. Nigdy jeszcze nie kochałam nikogo tak jak jego. Nigdy nie
        > myślałam z
        > > taką pewnością, że chcę spędzić z kimś życie... Tak strasznie
        > brakuje mi jego
        > > bliskości (nasze życie intymne było cudowne, idealne...)... A on
        > na pytanie,
        > > czy nie brakuje mu tej bliskości, odpowiedział, że... nie wie. To
        > strasznie
        > > boli...
        > > A propos spędzania życia - tu też tkwi problem. Mimo, że kwestia
        > ślubu
        > > pojawiała się w naszych rozmowach i że on to inicjował, okazało
        > się, że on nie
        > > chce ślubu. Było to dla mnie zaskoczeniem, z tego, co zawsze
        > mówił, wynikało,
        > > że myśli o tym, że zbliżamy się do planowania ślubu.
        >
        >
        >
        > A co takiego mówił, jeżeli wolno spytać? Może to były tylko Twoje
        > pobożne życzenia?...

        > Myślę sobie, że tutaj - między wierszami - zawarłaś odpowiedź na
        > pytanie co się stało. Po kilku latach związku, w którym facet był
        > wyłącznie na swoich warunkach, dawał tyle ile chciał, a brał to co
        > mu hojnie dawałaś, nie angażując się zbytnio, ani nie deklarując
        > niczego konkretnego (te rozmowy o ślubie z pewnością Ty również
        > prowokowałaś, a on nie zaprzeczał, więc brałaś jego milczenie za
        > aprobatę), nagle postanowiłaś go docisnąć i ...klapa. Facet zaczął
        > się zastanawiać na poważnie czy to ma sens. Tobie zaczął tykać zegar
        > biologiczny, jemu nie. Ot i cała historia.

        To co mówił, to były różne rzeczy, które pozwalały mi przypuszczać, że tę
        kwestię traktuje poważnie, że do niej po prostu dojrzewa i nie uważam, żeby były
        to moje pobozne życzenia. Jaką atrakcją jest zaciągnąć faceta siłą do ołtarza???
        Ja tego tematu nigdy nie poruszyłam sama. Raz tylko zainicjowałam na ten temat
        rozmowę, po czym nigdy do tego nie wróciłam. Ale ponieważ okazało się, że on do
        tego jeszcze nie dojrzał, że może faktycznie tego nie chcieć lub się tego bać
        (różni są faceci), to ja spasowałam. Marzyłam, jak każda kobieta o slubie, ale
        nie w ten sposób! Więc gdzie tu moje pobożne życzenia, skoro gdy tylko okazało
        się, że jemu cokolwiek nie pasuje, ja spasowałam i nie miałam zamiaru cisnąć?
        Tak się okazuje, że jeśli ktokolwiek był na czyichkolwiek warunkach w tym
        związku, to ja na jego. Ale nawet nie przyszło mi do głowy by traktować to w
        kategoriach jakichkolwiek warunków. Nasz związek był udany, oprócz problemów,
        jakie w życiu się zdarzają. Oboje kochaliśmy się bardzo, wiem to. Nie wiem, o co
        teraz chodzi. Ciężko mi to wszystko zrozumieć.

        Mimo wszystko dziękuję za odpowiedź, pewnie coś mi się w głowie rozjaśniło...
        • 25.01.09, 17:44 Odpowiedz
          mary-beth napisała:

          > zawsze milczał w czasie sprzeczki, a wymiana zdań pozwoliłaby nam
          > zamierzyć problem i go rozwiązać. Tymczasem one się powtarzały, bo
          przez brak
          > jego reakcji ja uważałam problem za nierozwiązany,





          To co on robił, to bierna agresja. Wcale nie mniejszy kaliber od tej
          czynnej, wbrew pozorom. Niektórzy nawet uważają, ze większy. Jak
          dostaniesz lanie, to możesz szybciej się połapać, że coś w związku
          nie gra (delikatnie mówiąć), a jak facet odmawia kontaktu, to już
          trudniej.


          a jak już wspomniałam, uważa
          > m
          > że bez sensu udawać, że wszystko gra, gdy nam coś nie pasuje.



          Racja. On jednka wybrał udawanie lub całkowicie zlekcewazył Ciebie i
          Twoje problemy.



          A co do tego, czy
          > wiedziałam o jego uczuciach w kilkuletnim związku... Wiem, że mnie
          kochał i to
          > bardzo. Mówił mi to często, każdy sms kończył tymi słowami - co do
          tego nie
          > miałam żadnych wątpliwości.
          >



          Nie umniejszam wagi słodkich słówek, wyznań przy księżycu itd. Nie
          jestem cyniczna i wiem jakie to ważne. Ale miłość to coś więcej.



          > >
          >
          > Ja nie wiem, czy to wpływ tych rozmów, czy coś innego spoodowało,
          że on się
          > zastanawia. Powtórzę to, co napisałam wyżej - gdyby reagował w
          naszych rozmowac
          > h
          > na moje argumenty, to pewne problemy, które się powtarzały, byłyby
          wcześniej
          > rozwiązane i być moze nasza sytuacja wyglądałaby inaczej.


          Ale nie reagował. W tym rzecz...



          Nie uważam się za
          > niewolnicę.



          Pardakos polega na tym, że najtrudniej samemu to rozpoznać u siebie.
          Podobnie jak każde inne uzależnienie.



          A gdybym nie chciała mu sprawiać przykrości i tylko tym dobroduszni
          > e
          > się kierowała, to nic negatywnego bym mu przez te kilka lat nie
          powiedziała!
          > Życie we dwoje nie polega na tym, aby trzymać się wiecznie za
          rączki i udawać,
          > że jest super, gdy nie jest! Gdy jest problem, trzeba go rozwiązać.




          On widać wolał tylko trzymać się za rączki.





          >
          > Wiem, że dla Ciebie to może i głupio zabrzmi, ale pierwszego dnia,
          gdy
          > zostaliśmy parą (po jakimś czasie spotykania się) usłyszałam, że
          nigdy jeszcze
          > w
          > nikim tak się nie zakochał, że zostanę jego żoną... Wiem, że z
          czasem taka
          > miłość i namiętność, która była na początku nieco maleje, może
          powszednieje, al
          > e
          > ja słyszałam często, że on mnie kocha i wiedziałam, czułam, że tak
          jest.



          Nie, nie zabrzmiało to dla mnie głupio. Jak już wcześniej napisałam,
          nie jestem cyniczna i też uwielbiam te wszystkie gesty, czułe
          słówka, wyznania i cały ten taniec godowy. Żyję jednak na tyle
          długo, by dostrzec, że często na tym się kończy. I nic nie można na
          to poradzić, tak po prostu jest. A że boli? Owszem, ale tak to już
          jest...



          On
          > również słyszał to ode mnie - okazywanie sobie uczuć było u nas
          bardzo
          > naturalne. Nie twierdzę nic z tego, co piszesz (nielojalny,
          despotyczny itp.).



          Nielojalny jest dla mne ktoś, kto zostawia bliską osobę w potrzebie,
          a Ty piszesz, że parę razy Cię zawiódł. Despotyczny jest dla mnie
          ktoś kto narzuca swoje zdanie, bez ogladania się na innych, a Ty
          piszesz, że nie mogłaś z nim dojść do porozumienia na przykład w
          sprawie spędzania wolnego czasu.





          > Tak się okazuje, że jeśli ktokolwiek był na czyichkolwiek
          warunkach w tym
          > związku, to ja na jego.



          To właśnie napisałam. Cały związek był ustawiony na jego warunkach.
          Ty również.




          Ale nawet nie przyszło mi do głowy by traktować to w
          > kategoriach jakichkolwiek warunków.



          I to był Twój podstawowy błąd. W związku trzeba umieć nie tylko
          dawać, ale i brać.



          Nasz związek był udany,



          Z pewnością dla niego był udany - nic nie musiał, brał to co sama
          dawałaś, zanim zdążył pomyśleć, że by tego chciał. Dostawał też
          mnóstwo rzeczy, których wcale nie oczekiwał (poświęcenie studiów).
          Zbuntował się tylko jak zbyt ekspansywnie zaczęłaś wkraczać w jego
          sferę zawodową, no i kiedy temat slubu zaczął się klarować jako
          nieunikniony.



          oprócz problemów,
          > jakie w życiu się zdarzają. Oboje kochaliśmy się bardzo, wiem to.
          Nie wiem, o c
          > o
          > teraz chodzi. Ciężko mi to wszystko zrozumieć.




          A gdyby tak go wprost o to zapytać?

          • 25.01.09, 19:37 Odpowiedz
            > A gdyby tak go wprost o to zapytać?

            Zapytany wprost powiedział, że nie wie, co się w nim dzieje, że musi sobie wszystko przemyśleć, że potrzebuje czasu, że to wszystko jest bardzo skomplikowane, że nie wie, czy to jest TO... Może i faktycznie jest targany jakimś wewnętrznym, niezrozumiałym dla mnie konfliktem, ale sam tego nazwać nie umiał.
            Dziękuję Ci. Wszystko jakoś zaczyna mi się układać w pewną całość, choć to nie jest proste. Okrutnie wiele błędów popełniłam, przez co m.in. sama teraz muszę to wszystko przeżywać. Nie jestem jakaś wariatką, po prostu bardzo wierzyłam w nasz związek i teraz ciężko mi uwierzyć w to, co się dzieje...
            • 25.01.09, 19:52 Odpowiedz
              Ca-ti, ja biję się sama ze sobą. Nie mam zamiaru go prosić, żeby mnie kochał!...
              Nawet jak się namyśli i stwierdzi, że jednak chce ze mną być, to co - mam być mu
              za to wdzięczna? Wiem doskonale, że nie można nikogo zmusić do miłości, a skoro
              z jego strony je nie ma... Jestem wartościową osobą, potrafię wiele dać od
              siebie, ale chcę zachować szacunek sama do siebie... Nie umiem postawić się w
              roli męczennicy, która będzie dziękować za to, że ktoś łaskawie chce z nią być.
              To, co napisałaś to w większości prawda. Mocno uzależniłam swoje życie od niego
              i to był kolosalny błąd. Nie wiem, co będzie dalej, pewnie czas pokaże. Wiem, że
              będę bardzo cierpiała, bo nagle rozwiały się moje złudzenia (pewnie gdyby nie
              kilka Twoich słów, to może dalej tkwiłabym w tym śnie...). Boję się, czy mam
              wystarczająco dużo sił, żeby przejść nad tym do porządku dziennego, skoro już
              nie jest ze mną najlepiej.
              • 25.01.09, 20:28 Odpowiedz
                Okrutna prawda jest taka, że jak mężczyźnie zależy na kobiecie, jak
                ją kocha, to zawsze znajdzie sposób, żeby jej o tym powiedzieć,
                okazać jej to. Działa to oczywiście również w druga stronę.

                My, kobiety niezwykle często (za często!) popełniamy ten błąd, że
                idealizujemy sobie miłość, związek, tego jednego, jedynego. I
                pogrążamy się w jakiejś otchłani (śnie, jak piszesz), z której
                trudno dostrzec rzeczywisty świat. Tak bardzo nie chcemy się
                obudzić, że nawet najbardziej oczywiste fakty (zdrady, niechęć,
                obojetność) będziemy interpretowac tak aby pasowały nam do
                układanki. A jak już w żaden spsób nie da się wytłumaczyć draństwa,
                głupoty, obojętności, nieudolności i czego tam jeszcze, czym raczy
                nas nasz ideał, zaciskamy zęby i mówimy sobie, że my go uratujemy
                (okażemy jak może być mu z nami dobrze, jakie jesteśmy wspaniałe,
                niezastąpione, kochające itd.). To ma być coś w rodzaju lekcji dla
                naszego ukochanego, który jest dobry, tylko sam jeszcze o tym nie
                wie. Ale jak my mu pokażemy jak powinno się kochać, to on się nauczy
                i tak nas będzie kochał.
                Niestety tak NIGDY się nie dzieje. I dlatego cierpimy.

                Pamiętaj, nie ma żadnego powodu aby w jakimkolwiek związku cokolwiek
                z siebie poświęcać, godzić się na wykorzystywanie, obojętność,
                agresję, brak szacunku do własnej osoby. W miłości i dobrym związku
                rozkwitamy. Dobry związek i miłość to nie suma dwóch wartości, jak w
                działaniu arytmetycznym, to jeszcze wartość dodana do tej sumy,
                która nadaje jej inny wymiar.
    • 25.01.09, 17:22 Odpowiedz
      Jestem w kilkuletnim związku. Jeszcze jestem... Za kilka dni bowiem
      okaże się
      zapewne, że to co przez kilka lat budowałam, rozpadnie się jak
      domek z kart.
      ...............................................................
      1.Mozna byc i w 50 letnim zwiazku, a byc caly czas sam.
      2.Zwiazek buduja dwie osoby. A nie jedna.
      3.Zwiazek nie jest szczesliwy, o ile ma problemy.
      4. Roznice charakterow, to powazny problem, ktory komplikuje
      scalenie zwiazku.
      5.Problemy rozwiazuje sie razem, a nie samemu.
      6.Wolengo czasu nie trzeba spedzic razem. Mozna spedzac oddzielnie.
      Zwiazek to nie symbioza i papuszki nierozlaczki.
      7. Czlowiek ma prawo do tajemnic.Ale nie ma prawa do zdrad i
      oszustw.
      8. Prestizowe studia to studia, o ktore zabija sie cala zgraja
      ludzi, o jedno miejsce. Nie rzuca sie takich dla milosci.
      9. On nie jest idealaem i nie ma co go idealizowac.
      Cierpisz zapewne dlatego, ze go idealizujesz w twoich myslach stal
      sie dla ciebie wartoscia zbyt wielka, do ktorej on sam nie jest w
      stanie dorosnac.

      Mysle ze dobrze zrobisz jezeli wrocisz na te prestizowe studia czy
      zajmiesz sie prestizowa praca o ile sprawia ci radoche. A milosc i
      facetow zaczniesz traktowac z przymruzeniem oka i trzymajac lekka
      reka. Relacja to jeszcze nie wszystko w tym zyciu. Oprocz relacji
      czlowiek potrzebuje wlasnegoz zycia i tobie wyraznie go brak.
    • 26.01.09, 14:44 Odpowiedz
      Zapamiętaj sobie do końca życia: nie warto dla
      faceta/bachora/matki/siostry/przyjaciółki/... poświęcać czegokolwiek.
      Twój panicz jest cwanym egoistycznym patałachem.
      Im wcześniej się z nim rozstaniesz, tym lepiej dla Ciebie. Im póxniej to
      zrobisz, tym mniejsze prawdopodobieństwo tego, ze nie zastąpisz jednego fiuta
      innym.
      • 26.01.09, 15:07 Odpowiedz
        factory2 napisała:

        > Zapamiętaj sobie do końca życia: nie warto dla
        > faceta/bachora/matki/siostry/przyjaciółki/... poświęcać czegokolwiek.
        > Twój panicz jest cwanym egoistycznym patałachem.
        > Im wcześniej się z nim rozstaniesz, tym lepiej dla Ciebie. Im póxniej to
        > zrobisz, tym mniejsze prawdopodobieństwo tego, ze nie zastąpisz jednego fiuta
        > innym.
        To, że ktoś jest egoistą, z czego ja być może zbyt późno zdałam sobie sprawę, nie oznacza, że ja jestem idiotką. Czasem ludzie dają od siebie wiele i zbyt późno uświadamiają sobie, że tyle samo powinni dostać. Pewnie to wszystko mocno naiwne, ale jednak... Taka jestem. Teraz przyszło mi płacić za swoje błędy. Dobrze, że znalazło się kilka osób na tym forum, dzięki którym łatwiej było mi otworzyć oczy...
        • 26.01.09, 16:29 Odpowiedz
          Mary, moge ci poradzic jedno. Uspokoj sie, wycisz przez jakis czas. Rozstan sie
          bo to wiekszego sensu nie ma.
          Ale zakoncz ta znajomosc rozmawiajac. Sprobuj dowiedziec sie co poszlo nie tak.
          A po co???
          zebys nie zostala teraz bez odpowiedzi. Niestety czas teraz bedzie najgorszy dla
          ciebie, wiec zadbaj zeby miec odpowiedzi na swoje pytania. Mi tego wlasnie
          brakuje, choc tez zlamac sie nie zlamie.
          • 26.01.09, 17:59 Odpowiedz
            lilaa napisała:

            > Mary, moge ci poradzic jedno. Uspokoj sie, wycisz przez jakis czas. Rozstan sie
            > bo to wiekszego sensu nie ma.
            > Ale zakoncz ta znajomosc rozmawiajac. Sprobuj dowiedziec sie co poszlo nie tak.
            > A po co???
            > zebys nie zostala teraz bez odpowiedzi. Niestety czas teraz bedzie najgorszy dl
            > a
            > ciebie, wiec zadbaj zeby miec odpowiedzi na swoje pytania. Mi tego wlasnie
            > brakuje, choc tez zlamac sie nie zlamie.

            Bardzo Ci dziękuję za wyrozumiałość. Są chwile, gdy myślę, że wytrzymam, ale
            zaraz przychodzi najgorsze i wtedy boję się, że się złamię, że się poddam, gdy
            on tylko powie, że jednak chce o nas walczyć... Nie chcę czekać aż on się
            zdecyduje, a potem dziękować mu, że łaskawie chce mnie kochać, bo to tak
            poniżające, a ja w tym wszystkim naprawdę chcę zachować szacunek sama do siebie,
            bo wiem, że choć oboje popełnialiśmy błędy, to jestem wartościową osobą... Boję
            się tego, co będzie jutro, pojutrze... Tak bardzo przywiązałam się już nawet do
            jego rodziny i traktowałam ją jak swoją, a oni mnie podobnie... Jestem już w tak
            strasznym stanie, ale zdaję sobie sprawę, że chwilami byłam głupia. Nie wiem,
            jak to przetrwać, jak się nie złamać, zwłaszcza, że podświadomie czekam na
            telefon, na odzew, zastanawiam się, czy kiedykolwiek jeszcze będziemy razem...
            Oj, głupie to, wiem, ale co zrobić...
            • 26.01.09, 21:17 Odpowiedz
              rozumiem cie ja tez mialam podobna sytuacje, tylko ze po roku bycia razem. Teraz
              o ponad miesiaca staram sie budowac swoje zycie. Nawet poszlam do psychologa.
              \boje sie kazdego dnia, boje sie ze on sie odezwie ja w swej naiwnosci mu
              uwierze. Ostatnio zaczal pisac maile zwykle kolezenskie. Ja odpisalam i znowu
              wpadlam w trybiki oczekiwania az po dwoch dniach wymiany maili pojechalam do
              niego i poprosilam o zaniechanie maili. Nie potrafie jeszcze bez emocji i
              nadziei patrzec w jego strone.
              Mam wzloty i upadki, ale da sie, da sie zyc samemu. Planuje sobie czas, zaczynam
              wychodzic do ludzi. a to dopiero ponad miesiac.... trzymaj sie i nie wracaj.
              jesli chcesz moge ci podeslac mailem dwie fajne ksiazki o zwiazkach, mi pomogly
              uwierzyc ze jestem warta faceta z poukladanymi emocjami a nie karuzeli, dzis tak
              jutro srak...
              • 26.01.09, 21:45 Odpowiedz
                anat napisała:

                > rozumiem cie ja tez mialam podobna sytuacje, tylko ze po roku bycia razem. Tera
                > z
                > o ponad miesiaca staram sie budowac swoje zycie. Nawet poszlam do psychologa.
                > \boje sie kazdego dnia, boje sie ze on sie odezwie ja w swej naiwnosci mu
                > uwierze. Ostatnio zaczal pisac maile zwykle kolezenskie. Ja odpisalam i znowu
                > wpadlam w trybiki oczekiwania az po dwoch dniach wymiany maili pojechalam do
                > niego i poprosilam o zaniechanie maili. Nie potrafie jeszcze bez emocji i
                > nadziei patrzec w jego strone.
                > Mam wzloty i upadki, ale da sie, da sie zyc samemu. Planuje sobie czas, zaczyna
                > m
                > wychodzic do ludzi. a to dopiero ponad miesiac.... trzymaj sie i nie wracaj.
                > jesli chcesz moge ci podeslac mailem dwie fajne ksiazki o zwiazkach, mi pomogly
                > uwierzyc ze jestem warta faceta z poukladanymi emocjami a nie karuzeli, dzis ta
                > k
                > jutro srak...

                Dziękuję za Twoją odpowiedź.Ze mną jest chyba tak samo, także boję się, że po
                pierwsze po raz trzeci zabraknie mi odwagi, by odejść, a po drugie, że się
                złamię lub załamię... Będę bardzo wdzięczna za te książki, pisz na mail
                mary-beth@gazeta.pl Dzięki! I także trzymaj się! Mimo strasznego bólu, który raz
                maleje, raz narasta, wiem, że jakoś muszę sobie przecież poradzić, i Ty także
                dasz radę!... Pozdrawiam!!!
              • 21.02.11, 21:19 Odpowiedz
                Mmm malutka prosb czy mogłabys mi tez przesłać ksiażki o zwiazkach :) z gory dziekuje i pozdrawiam
    • 26.01.09, 22:32 Odpowiedz

      "Zrezygnowałam z prestiżowych studiów w innym mieście, by być z nim. Potrafiłam
      rezygnować ze swoich planów, by go widywać. A on w tym czasie nie zrezygnował z
      niczego i ma swoje życie w takim kształcie, jakie ono było wcześniej... Wiem, że
      to były błędy, ale miłość ma jakąś dziwną moc i sprawia, ze potrafimy robić
      wszystko z myślą o ukochanej osobie."

      w tym przypadku raczej robiłaś z myślą o sobie gdyż to TY bardziej chciałaś się
      z nim widywać . Gdyby on chciał to tez umiałby zrezygnować. '
      Kobiety które rezygnują z siebie sa dla facetów bardzo wygodne (i odwrotnie
      też) ale z czasem okazuje się ze mężczyźni jednak wolą kobietę o które muszą
      powalczyć. Które im stawiają wyzwania. Kótre ich nieco zwodza bo seks to
      rodzaj rytuały gogdowego gry płci a seks dla meżczn ważny może nawet ?
      bardziej niż dla kobiet ?

      w każdym razie równocześnie mężczyźni potrzebują stabilizacji
      i wielu z nich dorasta do momentu kiedy CHCĄ mieć stały związek. czasem chcą
      go zaczynać z pułapu świeżości a "stara" partnera która liczyła na wiele i
      która ich do tego niejako przygotowała - nei wydaje się im porywająca do tego
      trudnego dzieła.

      to ze nei dał ci zerwać znaczy tylko tylko tyle że to ON musi zerwać
      Nie mzoęsz TY kontrolować sytuacji Nie mozeszsz go zostawić
      Nikt nei może go zostawić
      to ujma w życiorysie

      natomiast on cię zostawi

      bądź pierwsza ale bez złości go zostaw
      przeżyliście wiele dobrego i niech to będzie jego plusem choć on nie chce
      kontynuować


      • 27.01.09, 06:45 Odpowiedz
        czytajac to co piszesz mam ochote juz nigdy nie wchodzicw zaden zwiazek. moze
        dlatego ze za wczesnie i nie mam sily...
        ja na poczatku nie blam za bardzo przekonana co do jednego faceta, spotykalismy
        sie ale cos mi tam po glowie chodzilo.
        staral sie a ja zaczelam widziec jego dobre trony i wpadlam...
        pozniej chwile bylo fajnie i koniec. nie wiadomo czemu. pozostaly pytania czemu???
        i tu koleje pytanie czy nie moze byc normalnie? czy trzeba kogos zwodzic przez
        rok zeby dojsc downiosku no nie, nie da rad? odsuwac sie emocjonalnie? bez slowa
        wyjasnienia? doprowadzic dosytuacji ze zastanawiasz sie /kobieta/ co ja w tym
        zwiazku robie? i tak dwa miesice, zani kobieta stwierdzi ze nie chce? bo samemu
        odejsc nie umie? nie chce? a pozniej mowic zostawila mnie, ta zla kobieta. a jak
        m nie zostawic skoro slyszy: nie wiem co d ciebie czuje, nie pasujmy do
        siebie.Ale to ona kazala mi odejsc, wyprowadzic sie....
        a najlepsze jest to ze pozniej jak juz duma jest nasycna, wraca, udaje kolege,
        znowu krazy i nie daje zyc normalnie..
        To krzywdzace gry na uczuciach, na ktore nie ma prochow, mozna sie upic ale to
        jednorazowy ratunek:(

        • 28.01.09, 01:09 Odpowiedz
          dominuje w tobie chęć ucieczki
          nie wchodzenie w związek i nie ponoszenie ryzyka nie da ci szczęścia

          cokolwiek robisz wartościowego i angażujesz swoją energie ZAWSZE ponosisz ryzyko
          i to jest piękne

          i dlatego czasem daje owoce podczas gdy ucieczka - nigdy
    • 27.01.09, 07:47 Odpowiedz
      To są letnie kluchy a nie mężczyzna. On nigdy nie zaangażuje się uczuciowo całą swoją osobą, bo tego po prostu nie potrafi. Chłód uczuciowy, obojętność, egocentryzm, brak empatii, niezdolność do trwałych, głebokich związków uczuciowych, to podstawowe cechy jego osobowości. "Wasze" życie intymne było "cudowne, idealne" tylko w Twoim mniemaniu. Zerwać z Tobą to dla niego tyle, co splunąć, bez cienia tęsknoty i żalu za tym, co było, pójdzie dalej. Jemu z jego schizofreniczną osobowością przy każdej dziurze będzie jednakowo dobrze. A Ty kochałaś jedynie...własne wyobrażenia. I tylko utracone złudzenia możesz opłakiwać. Jego nie warto.
      --
      Bóg zadba o moje miejsce na parkingu.
    • 27.01.09, 10:57 Odpowiedz
      Droga mary-beth...

      Zostaw tego swojego faceta

      I niestety- szybko do Ciebie wróci. Kilka tygodni? Namyśli się,
      namyśli i wróci.

      Bo naprawdę WIELE dla niego oddałaś, w związku Waszym byłaś na jego
      zasadach, oddałaś siebie. Takich kobiet na długo się nie zostawia.
      Z takich kobiet na stałe się nie rezygnuje

      więc prawie na pewno wróci

      tylko, że to wcale nie będzie takie fajne dla Ciebie...

      A on łatwo z tego nie zrezygnuje
      • 28.01.09, 12:24 Odpowiedz
        mary..... jakbym czytała o sobie, jestem w tym samym punkcie co Ty i
        jeszcze naiwnie czekam ze sie ułozy, płacze z bezsilnosc bo serce
        mowi jedno a rozum i przyjaciele drugie... tak bym chciala zeby to
        był tylko kryzys, ale moj (chyba jeszcze) M ma takie same symptomy
        jak twój, nie umie mówic o problemach... nie kłoci sie, tylko jest
        bierny... a jak zapytalam czy mu na mnie zalezy to sie wystraszył ze
        chce go zaciagnac do ołtarza a on nie ma w planach zakladania
        rodziny (sic!)... ups... no ja poki co tez nie ale tego nie
        wykluczam a on tak. wiec po co?????? a jednak jakas tam moja naiwna
        czastka marzy ze jednak bedziemy razem i bedziemy szczesliwi... i
        co? kazdy z boku powie ze jestem po prostu głupia... ale czy emocje
        i uczucie da sie tak od razu wyciszyc? nie ma niestety pigułki
        zapomnienia miłości...

        daj znac jak sie u ciebie rozwinelo...
      • 26.06.10, 15:21 Odpowiedz
        Pieknie napisane
    • 29.01.09, 13:54 Odpowiedz
      Chciałam podziękować wszystkim za odpowiedzi, za to, że chciało Wam się czytać
      moją historię i się do niej ustosunkować...

      Aktualnie jestem przed kolejną poważną rozmową na nasz temat, choć poważna to
      ona nie będzie, raczej żałosna... Nie wiem, jak ją odbyć. Nie chce mi się już
      słuchać, jak to on nie wie, co czuje, czy mnie kocha, czy to TO... Intensywnie
      nad wszystkim myślę (choć wolałabym już naprawdę o wszystkim zapomnieć, myśleć o
      sobie, nie wspominać, nie płakać!...), oczy otwierają mi się każdego dnia
      szerzej. Mimo wszystko bardzo źle to wszystko znoszę (łącznie z objawami
      fizycznymi :( )... Wiem, że nie ma sposobu, by przejść przez to bezboleśnie, że
      swoje przecierpieć muszę.

      Dziękuję wszystkim!
      • 29.01.09, 15:32 Odpowiedz
        Mary-beth, po przeczytaniu Twojego postu postanowilam opisac swoja
        historie w osobnym wątku, bardzo podobna do Twojej, otrzymalam
        naprawde super porady i wsparcie od forumowiczów. czuję podobnie jak
        Ty... Twoj chociaz mowi o jakichkolwiek uczuciach do Ciebie:)
        trzymam kciuki, moze sie ułozy...
        pozdrawiam
        • 29.01.09, 15:56 Odpowiedz
          adg-ak napisała:

          > Mary-beth, po przeczytaniu Twojego postu postanowilam opisac swoja
          > historie w osobnym wątku, bardzo podobna do Twojej, otrzymalam
          > naprawde super porady i wsparcie od forumowiczów. czuję podobnie jak
          > Ty... Twoj chociaz mowi o jakichkolwiek uczuciach do Ciebie:)
          > trzymam kciuki, moze sie ułozy...
          > pozdrawiam

          Myślę, że nie ułoży się, a na pewno nie z nim... Chciałam zapytać o jedną rzecz
          i proszę o jakąś obiektywną odpowiedź. W związku z moją sytuacją odczuwam
          fatalne tego skutki fizyczne: ogromny stres, nagły paniczny strach, bóle
          brzucha, niepokój, czasem nie mogę oddychać, mam mdłości. To chyba nie jest
          normalne, prawda? Bardzo mnie to już martwi i boję się, że źle się skończy, choć
          jak już wspominałam - chciałabym w końcu zapomnieć, zacząć myśleć o sobie!...
          Ale to wszystko chyba mnie przerosło.
          • 29.01.09, 16:16 Odpowiedz
            Powinas brac psychotropy, serio.Pol roku i wyjdziesz na prostą.
            • 29.01.09, 17:50 Odpowiedz
              kozica111 napisała:

              > Powinas brac psychotropy, serio.Pol roku i wyjdziesz na prostą.

              Dziękuję, ale nie, dziekuję! Przeżywam silny stres, który się uzewnętrznia, ale
              już dwie książki i Wy, którzy zdecydowaliście się mi pomóc i doradzić,
              sprawiliście, że oczy mi się otworzyły. Teraz "tylko" muszę znaleźć sposób na
              wzięcie się w garść, na zdrowy egoizm, który pozwoli mi zapomnieć.
          • 29.01.09, 16:16 Odpowiedz
            jak zaczelam sobie uzmyslawiac ze bede musiala sie rozstac to az
            mnie zatkało z bólu. nie mogłam oddychac. przez kilka dni mimo
            usilnych prób nie mogłam jesc, nie czulam łaknienia, próby jedzenia
            konczyły sie podchodzeniem jedzenia do gardła. nie moglam normalnie
            spac, budziłam sie w nocy i jak tylko sobie przypomnialam sytuacje
            adrenalina nie pozwalala mi zasnac, płakałam, wyłam z bólu. w pracy
            od tygodnia nic nie zrobiłam, bo się zadręczałam myslami najpierw o
            co chodzi, potem jak juz wiedzialam, to zadawalam sobie pytanie
            dlaczego. ludzie zeby nie czuc bolu robią głupie rzeczy... ja
            wlasnie taką zrobiłam... poczytaj sobie mój wątek to sama
            zobaczysz... i wstyd mi, bo wiem ze tylko odwlekam TEN moment
    • 06.06.09, 06:04 Odpowiedz
      meżczyżni mówią tak "nie wiem"gdy nie wiedza sami w którą stronę isc. Nawet gdy
      kochaja.
    • 28.10.09, 12:48 Odpowiedz
      Czesc,
      prosze niech mi ktos pomoze bo czuje sie okropnie. Jakis czas temu zerwalam z
      narzeczonym, potem do siebie wrocilismy. Dwa tygodnie temu znow zamieszkalismy
      razem. Bylo naprawde super, wrecz idealnie. Bylam szczesliwa. Dobrze sie
      dogadywalismy, jesli nawet byl jakis problem to rozmawialismy i bylo ok. I teraz
      2 dni temu stalo sie znow to samo co wczesniej. Poklocilismy sie o jakas
      pie..., on zaczal mi mowic zebym sie odwalila, ja mu na to ze ma tak do mnie
      nie mowic no i zaczal mowic jeszcze gorzej. Na koniec nazwal mnie ku... i wtedy
      go uderzylam. Wiec zaczal mnie wyzywac od psychopatek, kazal mi sie wynosic i
      wyszedl do pracy. Pojechalam do rodzicow. On wieczorem zadzwonil z pretensjami
      ze co to ma wszystko znaczyc i znow zaczal mnie nazywac wariatka, wiec
      powiedzialam mu dowidzenia i skonczylam rozmowe. I teraz w ogole sie nie odzywa.
      A mi jest strasznie zle. Wiem ze nie powinien mnie tak traktowac. Ale myslalam
      ze tym razem bedzie dobrze, jest taki kochany jak sie tak nie zachowuje. Bylismy
      juz razem ponad 4 lata, myslalam ze wezmiemy slub, na czerwiec mamy wyznaczony
      termin. Wszystkie moje plany na przyszlosc byly jakos z nim zwiazane. I nie wiem
      co mam zrobic. On mnie juz nawet chyba nie chce, nie odzywa sie do mnie w ogole,
      uwaza ze to co sie stalo to moja wina bo go uderzylam. Wiem ze nie powinnam ale
      bylam taka zla na to jak sie do mnie odezwal i ze znow robi to co tyle razy mi
      obiecywal ze juz nie bedzie. Najgorsze jest to ze wszystko bylo dobrze,
      przynajmniej ja tak to widzialam. Zreszta on tez wydawal sie szczesliwy, troche
      go znam i nie wydaje mi sie zeby udawal. Nie rozumiem czemu mi to zrobil. Ja go
      kocham i nigdy bym takiego czegos nie zrobila.
    • 28.10.09, 20:28 Odpowiedz
      piszesz o tym ze ciagle rozmawiacie o problemach, waznych, ze jego
      styl zycia i potrzeby bycia w gronie kolegow itp. sa problemem, po
      co ciagle rozmawiacie na ten sam temat, nie dochodzicie dojakiegos
      wniosku czy kompromisu. wlasciwie dlaczego przeszkadza ci ze on chce
      wyjsc, jesli ci go brakuje, to moze nie draz tematu jego wypadow
      tylko ten ze ci go brakuje. jesli mu na tobie zalezy to moze to miec
      znaczenie dla niego. jak widac sposob rozwiazywania problemow moze
      stac sie duzym problemem. oddaliliscie sie od siebie, skoro czujesz
      ze zrezygnowalas ze zbyt wielu rzeczy to pewnie tak jest, ale
      rezygnujac nie powinnas oczekiwac od niego ze bedzie padal na
      kolana, jesli mu na tobie zalezy to pewnie to wazne dla niego, tylko
      ze taka rezygnacja moze doprowadzic do tego ze czujesz sie
      zle,jestes zgorzkniala i sflustrowana,co ostatecznie tylko moze
      zatruc zwiazek. poza tym czlowiek ponoszac straty bardzo duzo sie
      uczy chcac nie chcac. jesli z czegos rezygnujesz to pamietasz o tym,
      ze tak sie stalo, zdecydowalas sie, ale przeciez i tak moze byc
      roznie, przeciez niczego ci to nie zapewnia, mozesz sobie sama
      pomyslec ze az tyle zrobilas i coz trudno stalo sie, byc moze
      jeszcze mozesz to odzyskac albo uznajesz ze taka kolej rzeczy, on
      chyba nie chce byc z toba,nie chce byscie byli razem w pracy,
      poprzez seks tez nie czuje sie zwiazany z toba. jak to mozliwe ze
      miesiac z zycia jest w stanie tyle zmienic w uczuciach miedzy
      ludzmi. o tym czy zwiazek ma szanse byc trwaly decyduje czego ludzie
      potrzebuja, zabawy, przygody czy czegos wiecej, a ilosc alternatyw
      jest niewyczerpana. im bardziej ludzie sie znaja, (co sierzadko
      zdarza,gdyz zazwyczaj nieznaja samych siebie) i pojmuja w
      sposob "calosciowy" tzn. widza w kims z kim sa czlowieka z jego
      przeszloscia, tym jaki jest teraz oraz oczywiscie czego by chcial,
      co jest dla niego najwazniejsze,tym wiecej dla siebie znacza.
      relacje miedzy ludzmi sa dynamiczne, ale nie zmienia to jakis
      wspolnych planow, nie wytwarza sytuacji jakiegos ciaglego
      balansowania na lini. nie wszystko mozna zaplanowac i nie wszystko
      mozna kontrolowac wiec tez moga sie rozstac, ale przynajmniej oboje
      dobrze wiedza dlaczego, nawet jesli wynika to z potrzeb jednej
      osoby.
    • 29.10.09, 14:21 Odpowiedz
      Na kilometr pachnie mi ta inna kobieta. Symptomy sa
      charakterystyczne....
      Zazwyczaj wlasnie wtedy pojawiaja sie watpliwosci na temat
      dotychczasowego zwiazku!!
    • 21.12.09, 23:17 Odpowiedz
      JAk tak? już Ci się ułożyło ??? po dacie widać ze minął prawie
      rok.Ciekawe co sie działo dalej....
    • 22.12.09, 11:57 Odpowiedz
      Mysle ze moglas stac sie dla niego drugorzedna wartoscia. Jego pasja
      to praca, pomiedzy Wami nie ma takiej relacji.
      Co Was laczy, napisalas duzo ale nie napisalas co bylo wspolnego,
      waznego, co nadawalo piekna temu zwiazkowi ?
      Nie wiem czy sie ten zwiazek konczy ale im wiecej sie dopytujesz o
      ten kmoniec, im wiecej sama chcesz skonczyc go wbrew sobie tym
      mniejsze ma szanse przetrwac.
      Poczekaj, nie dopytuj sie o jego koniec, jesli przyjdzie to
      przyjdzie, ale bez dopytywania moze przetrwac.
      Jesli przetrwa ten kryzys to postaraj zmienic ten zwiazek, zbuduj go
      na tych wartosciach ktore sie nie starzaja i nudza.

      Jesli nie przetrwa to unikaj zalu nad soba. Unikaj rowniez zalu nad
      przeszlymi chwilami, niespelnionymi pragnieniami i nad
      niedoczekanymi chwilami na ktore sie czekalo.
      Jesli uda Ci sie uniknac zalu to rozstanie bedzie prawie bezbolesne
      bo milosc nie przynosi bolu, przynosi go zal.
      Serdeczne pozdrowienia.


    • 26.04.10, 13:39 Odpowiedz
      Witam,

      Szukam ludzi do badania, dlatego zwracam się z prośbą o wypełnienie ankiety

      Jeżeli jesteś osobą która niedawno rozstała się z partnerem/partnerką proszę
      wypełnij ankietę

      www.moje-ankiety.pl/wypelnij/kwestionariusz/11713/sec-RxsOdTsC
      wielkie dzięki, ratujecie moją edukację
    • 25.06.10, 22:30 Odpowiedz
      Mam nadzieje, ze autorka tego watku poradzila sobie jak najlepiej. Ja natomiast ze swojej strony chcialam Wszystkim podziekowac za odpowiedzi. Jestem w takiej samej sytuacji w tym momencie zycia. Mam troche inaczej ... bo 34 minelo i jak ktos wczesniej napisal zegar biologiczny itd. Coz nie powinnam tyle czekac. Fakt blad. Ale dowiedzialam sie z tego watku, ze przez te lata borykalam sie z bierna agresja. Wredna sprawa rozmawiac z kims kto ... milczy.

      Takze mary-beth dzieki za Twoj post. Po przeczytaniu go znacznie mi lzej. Pewnie jeszcze nie raz z niczego ot tak sie rozplacze, ale juz nie tak mocno. Az ktoregos dnia zaczne znow od lat sie smiac.

      pozdrawiam

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.