Dodaj do ulubionych

Karmienie powyżej roku, a potrzeby rozwojowe.

16.03.16, 10:35
Pamiętacie dr Spocka? Najmłodsze dziecko wywala mi książki upchane na regale i właśnie w ręce wpadł mi podręcznik tegoż Pana, który zakupiliśmy z mężem gdzieś na początku naszej drogi rodzicielskiej, czyli dawno temu smile.
I zaczęłam przeglądać i trafiłam na rozdział o "Odstawieni dziecka od piersi i butelki". I jest tam takie coś : "popieram z zasady rozwiązania najbardziej naturalne, nie jestem jednak pewien, czy karmienie piersią do drugiego roku życia lub dłużej należy za takowe uznać, jeśli brać pod uwagę potrzeby dzieci". On uważa, że w przytaczanych często za przykład społeczeństwa preindustrialnych, gdzie karmienie piersią trwa o wiele dłużej niż w krajach Zachodu, głównym motywem tamtejszych rodziców jest regulacja poczęć, czyli opóźnienie możliwości ponownego zajścia w ciążę, przez tamtejsze kobiety, (choć to nie zawsze działa), dlatego przedłużają karmienie piersią na tyle, na ile się da.
Jako kolejną przyczynę odwlekania zakończenia karmienia piersią, wiąże on z występowaniem u tych matek (rodziców) występowanie jednocześnie ogólnie bardziej tolerancyjnego stanowiska w kwestiach wychowania, co jego zdaniem spowodowane jest, że część rodziców zawsze chce robić dokładnie coś odwrotnego niż ich rodzice, "pod warunkiem, że da się znaleźć jakieś uzasadnienie dla swojego postępowania. To skutek naturalnej rywalizacji między pokoleniami". Pisze dalej: "z psychologicznego punktu widzenia jak najbardziej słuszne jest zachęcanie dziecka, aby przechodziło do kolejnych faz rozwoju, kiedy tylko zdradza ku temu gotowość. Kiedy rodzice pozwalają mu pozostawać na jakimś etapie zbyt długo, może to w niektórych przypadkach przyczynić się do ogólnego spowolnienia dojrzewania emocjonalnego; niektóre dzieci karmione piersią dłużej niż rok zamiast odzwyczajać się, stają się bardziej zależne od pokarmu matki i stan taki może utrzymywać się co najmniej kilka miesięcy (lub lat?); może to negatywnie wpłynąć na proces uniezależniania się od matki". Uważa on, że "potrzeby dorastającego dziecka wciąż się zmieniają i chcąc stworzyć mu jak najlepsze warunki rozwoju, należy zaspokajać je w odpowiednim czasie; bywa, że matka w ogóle nie chce zrezygnować z karmienia piersią (chyba ma na myśli, że liczy na tzw. samo odstawienie się dziecka) i dlatego może się zdarzyć, że w najbardziej odpowiednim momencie dla dziecka u niej pojawia się rozczarowanie".
I co Wy o tym myślicie? Zaznaczam od razu, że mój wpis nie ma zamiaru wywołać żadnej burzy na forum etc. Piszę o tym, bo od jakiegoś czasu mam autentycznie mieszane uczucia co do sensu i zasadności długiego karmienia piersią dzieci, biorąc pod uwagę to co obserwuję w przypadku swoich dzieciaków.
Dwójkę starszych postanowiłam odstawić w nocy po 1 roku. Efekt był taki, że karmienie skończyło się definitywnie w ciągu kolejnych kilku miesięcy, zanim dzieci ukończyły 1,5 roku. Na trzecie dziecko musiałam kilka lat poczekać. W między czasie trochę poczytałam w temacie i kiedy zaszłam w ciążę, wiedziałam już, że chcę tym razem dać dziecku szansę odstawić się samemu i poczekać aż dojrzeje do tego, oraz innych spraw rozwojowych. Byłam z siebie dumna, że nie ingeruję, że cierpliwie pozwalam i zostawiam inicjatywę dziecku. Karmienie trwało ponad 2,5 roku. Tylko, że ostatnio już taka zadowolona z siebie nie jestem sad. Córka za blisko 2 miesiące skończy 6 lat i jest tak jak w opicie pana dr niedojrzała emocjonalnie i to bardzo w moim odczucie, oraz porównując ją do dwójki starszego rodzeństwa.
Zupełnie wbrew temu co sądziłam i oczekiwałam, że pozwalanie dziecku na dojrzewanie w swoim tempie do różnych rzeczy, w tym zakończenia ssania piersi, sprawi, że córka wyrośnie na silną, pewną siebie i emocjonalnie dojrzałą dziewczynkę, a jest tak jak powyżej.
W czym się to przejawia? Ogólnie w dużym uzależnieniu ode mnie. I znowu wygląda na to, że pan dr miał racjęsad. Zawsze tak było, tylko, że ja wcześniej zanim urodziłam kolejne dziecko po niej, tłumaczyłam sobie, że ona jest jeszcze mała i że to normalne, że mnie tak faworyzuje i że w ogóle to nie uzależnienie, ale silna więź! Chyba się zapędziłam i okłamywałam...Córka aktualnie non stop w ciągu dnia mówi, że mnie kocha i mam wrażenie, że to zaczyna przybierać na sile. Kiedy się jej pytam dlaczego mnie aż tak kocha, to mówi, że kocha tylko mnie i nikogo więcej, bo jestem najlepsza etc. Ale wierzcie mi, ja wcale nie jestem taka dobrasmile. Jest MEGA zazdrosna nie tylko o najmłodszą, ale i o starsze rodzeństwo, o męża, o moje koleżanki, kiedy chcę z jakąś się umówić i pogadać. Czuję coraz bardzie, że to dziecko chce mnie zawłaszczyć na wyłączność i nie podoba mi się to, źle się z tym czuję,bo wiem, że to dla niej nie jest dobre na dłuższą metę, tylko nie wiem, jak ją odseparować psychicznie i emocjonalnie, żeby nie czuła odrzucona? Choć mam wrażenie, że ona czuje się odtrącona za każdym razem, kiedy jej czegokolwiek odmawiam lub jeśli zajmuje się i poświęcam swoją uwagę choćby na chwilę komukolwiek innemu.
Jak to jest u Was, z Waszymi dziećmi, które długie karmienie piersi mają już za sobą? Proszę o szczerość i uczciwość, ale jeśli kogoś nie stać to rozumiem i nie zmuszam do odpowiedzi.
I proszę nie podawać mi przykładów, że w Afryce czy gdzieś tam kobiety karmią długo i jest ok. ; bo z wielu względów to nijak sie ma to do nas europejczyków, więc pozostańmy może na własnym "podwórku".
Dziękuję.
Edytor zaawansowany
  • 16.03.16, 11:39
    Doktor Spock pisze bzdury na podstawie swoich mniemań - nie jest "pewny", "uważa". A na dodatek głupio "uważa", z tego wynika, że ludzie-ssaki karmią piersią w celu antykoncepcyjnym lub żeby rywalizować z poprzednim pokoleniem, wtf.
    A Ty problemy wychowawcze ze swoją córką zwalasz na dłuższe karmienie niż u poprzednich dzieci, mogłabyś napisać - synowie bruneci są ok, a córka ruda i wredna czyli wszystko co rude jest wredne. Jest co raz więcej badań na temat dobroczynnych skutków dkp nie tylko zdrowotnych, ale też dla psychiki, pierwsze z brzegu: evolutionaryparenting.com/the-role-of-breastfeeding-in-self-regulation/
  • 16.03.16, 11:55
    A możesz być mniej agresywna? Byłoby łatwiej prowadzić ewentualną rozmowę.
    Napisałam wyraźnie, że jak ktoś nie chce się wypowiadać w temacie, bo go irytuje etc. to nie musi.
    To, że dr Spock jest idiotą, to Twoja opinia, masz do niej prawo, ale to w sumie żaden argument. Facet jest, był psychologiem nie tylko pediatrą i te cytaty z jego książki jakie zamieściłam, jakoś dziwnie pasują akurat do mojej sytuacji. Zresztą on nawet pisze w kolejnych rozdziałach, że to przedłużające się karmienie nie zawsze i nie u wszystkich dzieci może spowodować problemy z separacja od matki. Jego wypowiedzi są zdecydowanie bardziej pełne szacunku i otwartości niż Twoje.
    Rozumiem, że mnie już zdiagnozowałaś i ze 100% przekonaniem twierdzisz, że sprawa zbytniej zależności córki ode mnie na pewno nie wynika z długiego karmienia, ale z mojej niewydolności wychowawczej w jakimś zakresie? To, może pokuś się jeszcze o uzupełnienie swojej diagnozy i spróbuj pokazać mi, gdzie popełniłam błędy? Będę wdzięczna.
    Przykro mi, ale link jaki podajesz jest dla mnie bezużyteczny, ponieważ nie czytam biegle po angielsku.
  • 17.03.16, 08:57
    Mnie nie irytuje sam temat, ale niekompetencja guru-ekspertów, którzy nie wiedzą o czym piszą. Mimo to nigdzie nie napisałam, że Spock jest idiotą! Napisałam dokładnie, że na temat kp pisze bzdury i wyciąga głupie wnioski - widzisz chyba różnicę między tymi dwoma stwierdzeniami. I zgadza się - opinie nie są argumentami, a według Twojego postu, Spock właśnie to robi - prezentuje jako fakty swoje mniemania. Nie uważam go za idiotę zresztą, jego podejście do dzieci było jak na tamte czasy nowatorskie i - jak piszesz - pełne szacunku. Z drugiej strony, był on znany z tego, że prezentował swoje opinie jako fakty i akurat to w jego wypadku okazało się bardzo niebezpieczne dla dzieci - na przykład "uważał" on, że dzieci powinny spać na brzuchu, bo na jego logikę wtedy nie krztuszą się tym co uleją i to redukuje ryzyko śmierci. Nie opierał się też na żadnych statystykach - a wiadomo, że akurat ta pozycja niestety sprzyja śmierci łóżeczkowej. To taka dygresja, ale widać, że w swych rozważaniach na temat naturalnego i kompletnego karmienia piersią też opiera się tylko na swoich wyobrażeniach.
    I nie bardzo wiem o czym piszesz - nigdy Cię nie "diagnozowałam", jedyne co zrobiłam to przedstawiłam nielogiczność Twojego myślenia, że bierzesz jedną zmienną (dkp) i wyciągasz jakieś głębsze wnioski. Nie pisałam nic o Twojej "niewydolności wychowawczej" - nie znam Ciebie, nawet z postów wink Nie mam pojęcia o Twoich kompetencjach wychowawczych - zresztą czytając jeszcze raz, nie jestem pewna, czy w ogóle masz jakieś problemy wychowawcze, czy po prostu masz córeczkę w trudniejszym okresie. Jak mogę Ci pokazać gdzie robisz błędy, skoro nic o Was nie wiem?
    Jedyne co mogę Ci napisać - u mnie było podobnie, mój brat bardzo niezależny od maleńkości, a ja płaczliwa, całe życie przyklejona do spódnicy matki, nerwowa, zazdrosna, zaborcza. Długość kp w obu wypadkach = 0. Za to duża różnica temperamentów. I - inne podejście matki do nas. Samodzielność mojego brata była zawsze wspierana, niestety moja - mocno podkopywana. Moja mama myślała, że dziewczynki są takie kruche i roztoczyła nade mną nawet nie parasol ale ochronny klosz. Ale to pewnie nie Was problem i temat na inną dyskusję. Tak że są takie dzieci - wrażliwe, emocjonalne, z wiecznym deficytem uczuć.
    Szkoda, że linka nie możesz przeczytać - wnioski by Cię na pewno uspokoiły. W ogromnym podsumowaniu (streszczam z pamięci) - według badań, wynika, że dkp wspiera rozwój bardzo ważnej cechy u dzieci - samoregulacji emocji i umiejętności odraczania. I że im dłuższe karmienie tym prawdopodobieństwo zyskania tych kompetencji jest większe. I że to prawdopodobnie wypadkowa dwóch przyczyn - dzieci lepiej się rozwijają, gdy mają matki, które dbają o ich potrzeby i dostają dużo bliskości oraz - w kwasów nasyconych w mleku, dzięki którym lepiej rozwija się mózg.
  • 18.03.16, 11:01
    Acha, A co to dokładnie znaczy samoregulacja emocji i umiejętność odraczania? Jak obserwuję jej różne zachowania na np. dość błahe sprawy jak zapięcie kurtki, czy zbyt gorąco, to mam wrażenie, że jej stopień samoregulacji pojawiających się w takich sytuacjach negatywnych emocji, zirytowania, podenerwowania jest równy zerusad. Co do odraczania, to strach powiedzieć jej, że coś będziemy robić, gdzieś iść za kilka dni itp. bo nie daje żyć, zamęczając pytaniami i wylewając żale, że TAK DŁUGO TRZEBA JESZCZE CZEKAĆ!
    Opinia dr Spocka, jak i innych "ekspertów" jest dla mnie tylko opinią, żadnym dogmatem czy prawdą objawioną. Zastanawiam się po prostu nad nimi i ile może lub nie być prawdy w nich w moim przypadku.
    Córka być może ma jakiś gorszy okres, wiele na to wskazuje, dorasta, chyba do niej dotarło, że skończył się pewien etap i dzidziusiem już nigdy nie będzie i chyba z uporem maniaka stara się w jakiś aspektach swojego życia jeszcze do tego stanu powracać.
    O dkp pomyślałam, bo to dla mnie cały czas dość niejasne, że ona niby taka doinwestowana emocjonalnie dzięki dkp, a jak widać ma emocjonalne problemy o wiele większe niż starsze dzieci, które tego nie miały?
    Uważam, że nie zaliczam się do matek nadopiekuńczych, aczkolwiek z wiekiem jestem łagodniejsza i chyba bardziej otwarta na czułość i okazywanie emocji. Wcześniej miałam większe parcie na dążenie do ideałów.
    Co do spania na brzuchu, to praktycznie chyba wszystkie moje dzieci przez kilka miesięcy spały na brzuchu, mimo tych tragicznych statystyk, ponieważ na plecach wybudzały się przez swoje machanie rączkami i nóżkami. A żaden różek czy kocyk nie był w stanie ich skutecznie "zablokować".
  • 18.03.16, 16:06
    No bo ze statystykami też tak jest, że dotyczą pewnego ryzyka, a nie przewidują że coś będzie "na pewno". Zakładając, że dzieci dkp faktycznie są "doinwestowane" jak to piszesz - to zwiększa szanse na wiele pozytywnych skutków, ale nie znaczy, że przyjdą one na pewnowink Zresztą pewnie czytałaś posty rozczarowanych mam, że mimo że kp dzieci chorują, a jak to, skoro kp ma chronić. Kp zmniejsza ryzyko zapadalności na wiele chorób, ale gwarancji też nie daje.
    Ale, ale. Colin, przepraszam Cię, ale jak czytam o Twojej córce w tym poście, to mam wrażenie, że opisujesz mi zupełnie normalną choć emocjonalną sześciolatkę. Umiejętność odraczania gratyfikacji to nie znaczy, że dziecko będzie cierpliwie i bez emocji czekało na fajne wydarzenie - polecam wpisz sobie w google, jest mnóstwo artykułów, wyjaśnią Ci lepiej niż ja.
    Piszesz dużo o "uzależnieniu" dziecka od Ciebie. Zastanawiam się, czy taki termin w ogóle jest na miejscu - uzależnienie to albo choroba, w sensie nałogu, albo zupełnie normalny stan - dzieci są zależne od swoich rodziców. Ta historia o szpitalu, którą opisujesz - w ogóle mnie nie nie dziwi. Córka martwiła się o Ciebie i przeżywała Twoją nieobecność. Zupełnie normalne jak na jej wiek. Robiła sceny - no takie są często dziewczynki, taka drama queen Ci się pewnie trafiła wink Choć nie dziwię się, że to był dla Ciebie ogromny problem, bo jak sama piszesz, musiałaś się zająć sobą, nowym dzieckiem.
    Kolejny punkt, cytat z Rozwoju psychicznego dziecka od 0 do 10 lat "Przez mniej więcej sześć miesięcy około szóstego roku życia wiel u rodziców uzna swoje dziecko za krańcowo trudne. Zachowanie w tym wieku przypomina w znacznym stopniu zachowanie dwuipółlatka. Dziecko podlega gwałtownym emocjom i jest rozdzierane przez skrajności. W jednej chwili Was kocha, w następnej - nienawidzi. (...) Rzeczywistym zaś powodem jest to, że matka nie zajmuje jż, jak poprzednio centralnego miejsca. Teraz to dziecko chce być centrum świata. (...) A wiele rzeczy przebiega nie tak, bo dzieci pięcioipółletnie oraz sześcioletnie podobnie jak dwuipółlatki, bardzo wiele wymagają od innych i w swoich żądaniach są nieustępliwe. (...) Dziecko w tym wieku reaguje na innych negatywnie." A poza tym kłamią, kradną i w ogólewink Wg autorów - paskudny wieku wink
    No właśnie, zastanawiam się nad jednym - czy ona nie za bardzo cierpi z zazdrości o kolejne dziecko? Wiem, miałaś dwoje starszych dzieci i jesteś na pewno dużo bardziej doświadczona ode mnie, ja mam tylko jednego dwulatka. Ale może Twoje poprzednie doświadczenia dotyczyły łatwiejszy w obsłudze chłopców, mniej rozemocjonowanych niż Twoja córka? Może ona jakoś z tym nowym maluchem sobie nie radzi i przeżywa klasyczną regresję (odrzucanie taty to częsty objaw tego), chce być znów malutką córeczką swojej mamusi, bez konkurencji? Co fakt, że tata, jak piszesz czy jak może źle interpretuje - ma mało empatii i podejścia do dzieci, tylko pogarsza. Może właśnie - znów piję do jednego z poniższych Twoich wpisów nt Juula - może właśnie to chce Ci pokazać?
    I serio, dkp na pewno nie ma nic z tym wspólnego, myślę, że to u Was przypadek. A może też karmiłaś ją długo dłużej, bo bardziej tego potrzebowała, biorąc pod uwagę wysoką wrażliwość i emocjonalność?
    Na koniec polecam poszukać na stronie hafiji wywiadu z Agnieszką Stein o dkp. Psycholożka ta, czy psycholog jeśli wolisz, mówi wyraźnie, że ona nigdy w swoich diagnozach o dkp nie pyta, bo nie ma ono nic do rzeczy.

  • 19.03.16, 11:04
    Czytałam wywiad ze Steinsmile. I wszystkie jej książki.
    Widzisz w Twoim cytacie o tym jak zachowują się standardowe 6 latki jest, że matka już nie jest w centrum świata, ale ono. No w naszym przypadku jest tak, że ja nadal, wciąż jestem na piedestale, a zaraz za mną jest ona. Ostatnio bardzo często powtarza, że kocha tylko mnie, bo taka cudowna się urodziłam jako jej mamusia. Odrzuca ojca, rodzeństwo, nie tylko te młodsze. A kocha tylko mnie, ewentualnie moich rodziców (z którymi zawsze miała dość ograniczony kontakt, a w ostatnim czasie w ogóle nie mamy z nimi kontaktów).
    To w moim odczuciu przekracza typowe uczucie przywiązania i bliskości. Idealizuje mnie ewidentnie i traktuje niemalże jak Matkę Boską. Mam poczucie, że nie jest to ani zbyt normalne, ani typowe, ani na dłuższą metę zdrowe.
    Jest wrażliwcem, jest temperamentna, jest emocjonalna i wybuchowa, co w sercu to na dłoni etc. Taka jest i akceptuję to, chociaż nie zgadzam się na pewne jej zachowania z tym związane.
    O najmłodszą jest zazdrosna to fakt, ale dopiero w sumie od niedawna, jak ta stanęła mocno na swoich nogach. Wcześniej była ukochaną siostrzyczką, bardzo się na nią cieszyła. Teraz mała jest głupia i śmierdzi i jej nie lubi. Powtarzam jej, że nie musi jej lubić itd. Ale mam wrażenie, że to jest jak grochem o ścianę. Zresztą w ogóle relacje z resztą rodzeństwa się jej pogorszyły. Kłóci się i tnie ze starszymi non stop.
    Może to taki wiek, taki etap, może przejdzie...a może nie. Nie chciałabym, żeby tego typu zachowania i relacje między nimi się utrwaliły, bo kurcze takie życie z wiecznie chandryczącymi się ludźmi w domu jest bardzo wyczerpujące.
  • 21.03.16, 14:04
    No to rzeczywiście niefajnie to trochę wygląda, jak opowiadasz. Piszesz, że jesteś pedagogiem - na pewno masz kontakt z psychologami i placówkami, gdzie rodzice mogą dostać wychowawcze wsparcie. Jak czytałam niżej jak córka zachowuje się wobec taty, to myślę, że na Twoim miejscu popróbowałabym przedstawić sytuację jakiemuś specjaliście. Bo rzeczywiście, ewidentnie córka próbuje przez to swoje zachowanie i faworyzowanie Ciebie coś Wam przekazać, to daje obraz nierównowagi w rodzinie - jeśli mogę Ci szczerze napisać jak to wygląda z boku, kiedy to przedstawiasz. W każdym razie życzę Wam powodzenia i mam nadzieję, że jakoś się ta sytuacja u Was wyprostuje.
    A co do dkp, jeszcze jedna sytuacja: mój brat ma dwójkę, akurat chłopców. Pierwszy - typ takiego odludka i wydający się bardzo niezależny. U babci spędzał noce od kiedy miał dwa latka, zawsze zadowolony z tego powodu. Młodszy - to właściwie ciągły wrzask "mama mama". Dorastając zazdrościł jednak bratu tych nocy u babci i w końcu jak miał ok pięciu lat - postanowił sobie, że też pójdzie tam spać bez mamy. Przyszedł i powiedział: "wziąłem pięć ulubionych maskotek, żeby nie płakać i powiedziałem sobie, że będę dzielny". Byliśmy z niego dumni. Nadszedł wieczór a mój mały bratanek... mamamamamamama!!!. Dziecko usnęło po godzinie płaczu sad Taki typ "mamowy", no.
    Długość karmienia jednego i drugiego syna: coś ok trzy miesiące każdy. A pewnie, gdyby jakimś cudem bratowa zdecydowała się przy tym drugim kp dłużej utrzymać laktację - też najprostszym wytłumaczeniem byłoby "długie" karmienie piersią...
  • 21.03.16, 15:07
    Tak myślę, że dkp nie ma nic do rzeczy, po Waszych wpisach i historiach.
    A co do córki, to chyba doznałam olśnienia. Rozmawiałam z nią wczoraj i pytałam się z troską, dlaczego nie lubi taty, rodzeństwa etc. Odpowiadała, że oni nie są tacy fajni jak ja, jakby chciała żeby byli i coś w ten deseń. Tata ją zaczepia, bo mówi do niej Jula, Jula, koniec jazdy wysiadamy, jak wracają z przedszkola, bo ona często lubi przysypiać. A rodzeństwo się jej czepia i ją krytykuje. Najmłodsza zaś jest głupia, bo ją szarpie za włosy - to fakt, szarpie, gryzie i szczypie WSZYSTKICH w rodzinie, ale tylko córka ma z tym taki problem.
    Pierwsze co mi przyszło po tej rozmowie do głowy, to: no tak, mąż i znajome mają widocznie rację, że rozpuszczona jest jak dziadowski bicz, bo zachowuje się jak niezadowolona księżniczka, że inni nie są tacy jakby sobie życzyła w danym momencie! Bo koleżanki też są raz fajne, a za dwa dni beznadziejne i głupie. Tak samo było z babcią. Najpierw babunia była ukochana, kupowała słodycze etc. Ale jak babcia zaczęła czasem czegoś wymagać, to zrobiła się be i starą głupią babąsad. Już miałam się poddać tej diagnozie, ale coś mi nie grało, bo ja przecież też nie jestem idealna i czasem na nią krzyczę, czy wyrażam swoją dezaprobatę. Nie zawsze się z nią zgadzam itd. A mimo to chociaż widzę po jej twarzy, że miałaby może ochotę mnie tak samo "potraktować" jak innych, to się powstrzymuje i nadal jestem ukochaną mamusią. I przypomniałam sobie, że odrzucenie rodziców, czy bliskich bierze się z poczucia, że jest się niekochanym. Ja byłam takim dzieckiem. Rodzice mówili, że mnie kochają, zapewniali, że mnie chcieli, a ja jakoś tego nie czułam. Długo wierzyłam w to, że naprawdę mnie nie kochali, że tylko tak mówili, ale naprawdę nie kochali. Dopiero niedawno zrozumiałam pod wpływem różnych "lektur" skąd to subiektywne poczucie bycia niekochaną się u mnie wzięło. Sprawa wydaje się być dość banalna. Otóż rodzice zauważali mnie głównie wtedy, kiedy coś robiłam nie tak, coś było wg nich niewłaściwe itd. Nie dawali mi swojej uwagi i nie pokazywali mi, że jestem dla nich kimś wartościowym jak było ok. jak robiłam coś fajnego etc. I stąd wysnułam wniosek, że skoro jedyne na co mogę liczyć z ich strony, to krytyka i dezaprobata, to znaczy, że mnie nie akceptują taka jaką jestem, nie lubią i nie kochają i pewnie woleliby, żeby mnie w ogóle nie było. Przeniosłam to analogicznie do tego co teraz dzieje się z córką i to jest właśnie to. Tata nie zachwyca się tak jak ja jej pracami plastycznymi, występami w przedszkolu, nie widzi w jego oczach zachwytu jak wspina sie wysoko na pajęczynie, jak pokonuje jakąś trudność, ale błyskawicznie komentuje jej jakieś głupawe, czy dziecinne zachowanie, wymagając żeby zachowywała się bardziej stosownie i dojrzalej, bo to już nie jest dzidziuś. Bingo! To samo jest ze starszym rodzeństwem, oni też w ostatnim czasie więcej ją krytykują i co i rusz zwracają uwagę, solidaryzują się ze mną, chyba próbują mnie wspierać jak adwokaci, chociaż zawsze im mówię, żeby się nie wtrącali, bo adwokatów nie potrzebuję. Ale chyba muszę sprawiać wrażenie bardzo zmęczonej i chcą mi w ten sposób pomóc wychowywać młodsze dzieciuncertain.
    Muszę znaleźć sposób na to, żeby przekonać dziecko, że nawet jak ktoś jej zwraca uwagę, czy ja krytykuje to jeszcze nie znaczy, że jej nie lubi czy nie kocha. Że nie warto się tak bardzo przejmować co inni gadają. Tylko jeszcze nie mam pomysłu jak to zrobić? Może masz jakieś? Co do męża, to porozmawiam z nim o tym i poproszę go, żeby częściej gryzł się w język jak będzie miał ochotę ją skrytykować i pouczać, a częściej pokazał, że jest z niej zadowolony.
  • 21.03.16, 22:45
    Hm, to skomplikowana sprawa. Wiesz, jak ktoś jest wrażliwy na krytykę, to mówienie, żeby się tak nie przejmował, może do niego słabo trafiać. Ale ogólnie - rozmawiać, rozmawiać i rozmawiać, to zawsze jest najlepsza droga. Też, tak jak piszesz, postawiłabym bardzo na rozmowę z mężem, ale i starszymi braćmi. Może jak im się wytłumaczy, że córka ma teraz trudniejszy okres i potrzebuje dużo wsparcia i pozytywnego podejścia od całej rodziny, postarają się? Może zrób jakąś wspólną rozmowę o krytyce i krytykowaniu, gdzie każdy będzie mógł się bezpiecznie wypowiedzieć na temat swoich uczuć plus mogłabyś pogadać na temat komunikacji bez przemocy, wprowadzić choćby w formie zabawy zmianę komunikatów "bo Ty jesteś..." na "co ja czuję, kiedy coś robisz". (Moje dziecko rośnie i mój mąż zaczyna ciągle do niego mówić "teraz nie jesteś miły" kiedy mały robi coś głupiego - też próbuję to u niego wyplenić, łatwo nie jest, choć się ze mną zgadza, że znacznie lepiej powiedzieć "wkurza mnie, kiedy rzucasz talerzami"wink
    W ogóle, czytając uważnie co piszesz, mam wrażenie, że problem u Was nie dotyczy tylko córki, ale całej rodziny. Może powinniście więcej coś robić fajnego razem, żeby poczuć się jak ekipa, sama nie wiem, tak strzelam po omacku. Dla mnie dobrym pomysłem dla rodziny są takie wspólne posiadówki, oczywiście w formie zabawy, na przykład po wspólnej bitwie na poduszki czy innych śmiechach chichach, byle wspólnych. Wtedy uprawiamy gadanie na jakiś temat - możesz wziąć dzieciaki, męża i powiedzieć na przykład: słuchajcie w tym tygodniu wszyscy powiedzieliśmy sobie trochę do słuchu, wiemy mniej więcej jakie mamy do siebie pretensje itp, to może dla odmiany każdy postara się teraz powiedzieć parę dobrych słów o każdym innym? Może to brzmieć sztucznie, ale możesz zacząć i powiedzieć: "podobało mi się, że A pomagał mi w kuchni, B raz sam usiadł do zadania bez poganiania, C zrobiła ładną wyklejankę w szkole. A co się wam u innych podobało?"

    Najważniejsze, że myślisz i szukasz przyczyn, taka matka to skarb dla dziecka, przecież łatwiejsze byłoby sobie powiedzieć, np. że to jednak to dkp to przyczyna i nic nie robić.
    Dla mnie też ma duży sens, to co napisała katica. Dla córki ojciec jest bardzo ważną postacią i jeśli nie czuje więzi z nim, to faktycznie może idealizować Ciebie. Znasz może Rodzicielstwo przez zabawę Lawrence'a Cohena? On tam opisuje, wprawdzie chyba chodziło o dwulatkę, jak jego córeczka zaczęła odrzucać mało obecną w domu mamę, na rzecz taty.
  • 22.03.16, 16:32
    Dzięki za wszystkie sugestie odnośnie wspólnego spędzania czasu razem, rodzinnie. Na pewno tego do tej pory brakowało. Tzn. myślę, że dzieci przyzwyczaiły się, że są głównie ze mną, a tata jest z doskoku, na chwilę. Ja też się chyba do tego przyzwyczaiłam, łapię się ostatnio na tym, że czekam aż będę sama w domu, a on pójdzie do pracy. Ale od kiedy pracuje tylko na jeden etat i wszystkie popołudnia, oraz dni wolne jest z nami, to stara się włączać jak najbardziej. Widzę to i doceniam. Problem polega na tym, że mój mąż, jest taki dość sztywny i szorstki w obejściu. Ja jestem inna, bardziej łagodna, bardziej tolerancyjna, więcej odpuszczam, bo chcę , żeby dzieci miały jak najwięcej wolności. Mężowi też dużo odpuszczam, bo gdybym tak sumiennie chciała reagować na wszystkie jego "akcje", to byśmy mieli jedną wielką regularna awanturę w domu, a tego nie chcę. No jest trudny, co tu dużo gadać. Akceptuję go po tylu latach razem z dobrodziejstwem inwentarzawink. Niestety dzieciaki chyba nie są już tak spolegliwe jak ja i tata ich zwyczajnie często wkurza, ot co. Myślę, że taki jest sens wypowiedzi córki: nie lubię taty, bo nie jest taki fajny i kochany jak ty.
    Dwójka najstarszych dzieci to już nastolatki (15 i 11), więc oni są akurat w okresie określania swojej tożsamości i kształtowania osobowości, nie za wiele da się od nich już wymagać smile. Jak mawia Juul, proces wychowywania zakończony i pozamiatanesmile.
    Mamy mocne postanowienie, więcej czasu spędzać w terenie na łonie natury, podczas różnych wypraw i wycieczek, jak tylko zrobi się cieplej. A tata obiecał, że postara się mniej strofować córkę, a więcej doceniać i mieć cieplejsze nastawienie do niej, ale i do wszystkich. Co z tego wyjdzie, zobaczymy, za jakiś czas.
  • 22.03.16, 19:13
    Fajnie, rozmowa to podstawasmile
    Trzymam kciuki za polepszenie!
  • 16.03.16, 12:15
    Starszy syn sam się odstawił, gdy byłam w ciąży. Jest wybitnie tatusiowy od maleńkości. Nie doszukiwałabym się związku dkp z charakterem Twojej córki.
  • 16.03.16, 12:34
    Nie doszukuję się. Raczej zastanawiam, zadaję sobie pytania czy to mogło mieć wpływ? A jeśli tak, to jak duży? Gdybym nie miała młodszego dziecka i nie karmiła go znowu piersią, pewnie nie zastanawiałbym się nad tym tak dogłębnie i przyjęłabym za fakt jakieś wytłumaczenie na tak, albo na nie. Ale ponieważ karmię ponad rok i docierają do mnie różne dość sprzeczne informacje co do sensowności tego długiego karmienia zwłaszcza pod kątem emocji i dojrzewania psychicznego dziecka, to szczerze powiedziawszy nie chciałabym za kilka lat przerabiać znowu tego samego z kolejną córką. Chciałabym podjąć właściwą decyzję, zadziałać, coś zmienić jeśli coś robię nie tak, żeby nie pluć sobie w przysłowiową brodę potem. I tyle. Dlatego pytam i szukam różnych opinii, nie tyle diagnozujących mnie jako matkę, ale rozważających sam fakt o jakim jest wątek, czy może to długie karmienie piersią mieć wpływ na opóźnienie rozwoju emocjonalnego dziecka czy nie?
    Wiem, że większość z Was pisze często o tym, że wręcz przeciwnie, dzieci są bardziej dojrzałe, samodzielne etc. Dlatego zastanawia mnie, dlaczego w naszym przypadku tak się nie stało i co mogło mieć na to wpływ oprócz długiego karmienia? Czy całe moje ogólne podejście wychowawcze, żeby czekać, nie przyspieszać, dać czas, zostawić to dziecku? Może to dobre intencje i chwalebne, ale błędne, bo się nie sprawdziły? Dodam, że czekam nadal aż córka przestanie się moczyć w nocy, bo nadal to robi i mimo rozmów i badań jakie aktualnie robimy, w ogóle nie widzę z jej strony inicjatywy, żeby jakoś chciała próbować nad tą swoją fizjologią zapanować.
  • 16.03.16, 16:07
    To jest już kolejny wątek, w którym przedstawia się teorie jakiegoś 'eksperta' niepoparte żadnym badaniem naukowyn w celu pokazania jakie to dkp jest złe i jakie negatywne skutki niesie. Żeby naprawdę dojść do jakichkolwiek zależności między dkp a jakimś zachowaniem/ cechą dziecka, to trzeba by je jednocześnie karmić i nie karmić, co jest awykonalne. Nawet bliźnięta jednojajowe mogą mieć różne charaktery i takie badanie przeprowadzone na nich może być niemiarodajne. Tym bardziej, że wspominasz, że córka bardzo przypomina Ciebie i z wyglądu i z charakteru.
  • 16.03.16, 16:15
    Przypisujesz mi nieprawdziwe intencje. W pierwszym wpisie chyba dość jasno wyraziłam się o co mi chodzi.
    "Tym bardziej, że wspominasz, że córka bardzo przypomina Ciebie i z wyglądu i z charakteru".- co masz na myśli to pisząc, bo nie rozumiem do czego to odnosisz? Ja nie byłam karmiona długo piersią. Konkretnie byłam karmiona bardzo krótko, takie wtedy były czasy.
  • 17.03.16, 08:47
    Że niezależnie czy byś długo karmiła córkę czy nie i tak byś znalazła swoje odzwierciedlenie w niej. Naprawdę znam sporo mam, które długo karmiły i ich dzieci przejawiają tak różne cechy i zachowania, że nie sposób znaleźć jakikolwiek zbiór cech wspólnych.
  • 17.03.16, 09:02
    Moja młodsza siostra była karmiona przez 2 lata, mama zadecydowała o zakończeniu karmienia. Z racji tego, że była młodsza, to zawsze była przylepą mamy. Potem w okresie dojrzewania dała rodzicom nieźle popalić (ja nie za bardzo, bardziej jako niemowlę i małe dziecko, karmiona byłam przez rok) i wtedy to ja zbliżyłam się do mamy. Teraz w dorosłości mam wrażenie, że to ona znów ma lepszy kontakt z mamą. A poza tym zawsze miała swoje zdanie i chodziła własnymi drogami. Generalnie jesteśmy tak różne, że czasem się nas pytają czy to prawda, że jesteśmy siostrami. Nie sądzę, żeby dkp miało cokolwiek z tym wspólnego.
  • 18.03.16, 10:35
    Ok. Właśnie o to mi chodzi, o podzielenie się takimi historiami z dkp w tle. Dziękismile
  • 16.03.16, 18:02
    ela.dzi napisał(a):

    > Starszy syn sam się odstawił, gdy byłam w ciąży. Jest wybitnie tatusiowy od mal
    > eńkości. Nie doszukiwałabym się związku dkp z charakterem Twojej córki.

    Sam? A Twoje wątki o odstawianiu?

    --
    Zdrowy Sen Dziecka
  • 17.03.16, 08:42
    Jak już do czgoś się odnosisz, to wiedz chociaż do czego dokładnie. Syn definitywnie sam się odstawił, w nocy z moją i męża pomocą.
  • 17.03.16, 22:00
    ela.dzi napisał(a):

    Syn definitywnie sam się odstawił, w nocy z moją i męża pomocą.

    Hmmm...sama sobie zaprzeczasz. Jak może się sam ostawić z czyjąś pomocą?

    Samoodstawienie jest jak dziecko samo nie chce już piersi, a nie jak mamusia mówi cycuś śpi.
  • 18.03.16, 16:08
    Nie wiem co tu jest trudnego do zrozumienia. Z nocnych karmień zrezygnowałam JA, potem z dziennych SYN.
  • 16.03.16, 12:54
    Nazwisko - dr Spock nic mi nie mówi.
    To, co cytujesz wydaje mi się (z mojego doświadczenia) nie ma wielkiego odzwierciedlenia w rzeczywistości.
    Generalnie nie lubię gdy na temat karmienia piersią (szczególnie tego powyżej roku, dwóch) wypowiadają się ludzie, którzy nigdy tego nie robili, nie prowadzili rzetelnych badań, a tylko "jakieś tam" obserwacje. Choćby nie wiem jakie tytuły naukowe mieli przed nazwiskiem...
    Szczególnie, że rzeczy o których pisze mogą wynikać z tak wielu czynników, że długie karmienie piersią - występujące w społeczeństwach zachodnich tak rzadko, może nie mieć w ogóle na nie wpływu. A czynniki, o których myślę to między innymi:
    - wiek, w którym zostajemy (po raz pierwszy) mamami;
    - czy mama wraca do pracy i w jakim wieku dziecka;
    - jak długo nie ma jej w domu, czy dziecko jest w tym czasie w placówce typu żłobek czy z nianią, czy np. z babcią;
    - czy dziecko ma rodzeństwo; które jest z kolei; jaka jest różnica wieku pomiędzy rodzeństwem;
    - jaki wpływ na wychowanie dziecka - szczególnie w pierwszych latach życia ma ojciec (czy jest w domu przez pół dnia, czy przez pół godziny);
    - i pewnie kilkanaście innych, które przyjdą mi do głowy jak wyłączę komputer smile

    A moje doświadczenie jest takie:
    Najstarsza - 7 i pół roku. Karmiona mniej więcej 4 lata (nie pamiętam dokładnie momentu odstawienia), ostatni rok w tandemie z siostrą.
    Dojrzałość emocjonalna? Skomplikowana. Jako maluch 2 - 3 - 4-letni radziła sobie świetnie. Nad wyraz dojrzała, odważna, pewna siebie... W okolicach 5 roku życia coś się załamało. Straciła trochę pewności siebie (choć tu wydaje mi się to plusem). Czasem trudno jej uwierzyć we własne możliwości. W szkole, z rówieśnikami, z nauką, z samodzielnością radzi sobie świetnie. W relacjach z rodzicami (szczególnie ze mną) jest już trochę gorzej. Przy każdym "zakazie" reaguje złością i tekstami typu "nie lubię Cię, nie kocham Cię..." Długo pamięta różne "urazy". A jednocześnie potrzebuje dużo czułości, często przychodzi żeby się przytulić (jako dziecko młodsze przytulała się rzadko), często przychodzi w nocy do naszego łóżka... Nie ma poczucia humoru związanego z jej osobą (nie potrafi żartować sama z siebie)...
    Nie wiążę jej zachowań z długim karmieniem. Raczej z wiekiem, z odreagowywaniem szkolnego stresu, z ogólnie "trudną" relacją między nami. (Zostałam mamą w wieku lat 30, co wydaje mi się zbyt późno, żeby naturalnie przyjmować zmiany pojawiające się wraz z pojawieniem się dziecka więc nasze wzajemne relacje to trochę "walka"). W dodatku jestem z wykształcenia pedagogiem więc miałam (i wciąż trochę mam) pomysłów na to jakie jest i powinno być dziecko, co życie wciąż weryfikuje (czasem boleśnie).

    Średnia - 4 i pół roku. Karmiona trochę ponad cztery lata, pierwszy rok w tandemie z Najstarszą, ostatni w tandemie z Najmłodszą.
    Emocjonalność - na poziomie wieku, może ciut powyżej. W przedszkolu, z rówieśnikami radzi sobie świetnie. Nie lubi sytuacji "nowych", ale szybko je "oswaja". Pewna siebie z dużym poczuciem humoru, z takim powiedziałabym ironicznym podejściem do własnych słabości i niedoskonałości, co pozwala jej szybciej odreagowywać stres związany z tym, że coś jej się nie udało, lub czegoś nie potrafi...
    Relacje z innymi dorosłymi - dobre (nie lubi obcych). Z rodzicami też. Mamy dużo prostsze relacje niż z najstarszą. Też często się "obraża", ale szybciej jej przechodzi, przychodzi się "połasić", jak ja to nazywam i łatwiej zapomina urazy.
    Wydaje mi się, że jej zachowanie, postawa, dojrzałość jest związane z jej pozycją w rodzinie - jest "średnia", ma 3 lata starszą siostrę i 3 lata młodszą siostrę. Swoje potrzeby bycia "dzidziusiem" załatwia w zabawie ze starszą, a swoją "dorosłość" udowadnia w zabawach z młodszą...

    Najmłodsza - 1,5 roku. Wciąż karmiona. Dojrzała jak na swój wiek. Empatyczna, otwarta, pewna siebie, walczy o swoje... Więcej o takim maluchu nie da się powiedzieć... Zobaczymy co będzie dalej...

    Dla mnie długie karmienie nie wiąże się zupełnie z "przyzwyczajaniem dziecka do pokarmu matki", tylko do uczenia dziecka, że zawsze, w każdej sytuacji może przyjść do matki, że niezależnie od tego, co się będzie działo wokół mama jest tą ostoją, daje pewność siebie, poczucie wartości, odwagę do zdobywania świata.
    Patrząc na moją najstarszą, kiedy w trudnych sytuacjach między nami, gdy powie mi dużo przykrych słów, potrafi po niezbyt długim czasie przyjść, przytulić się, wydaje mi się, że to jest właśnie dobry efekt długiego karmienia - wie, że może przyjść zawsze i wszędzie. I znajdzie moje kochające ramiona. Czasem zmęczone, czasem zezłoszczone, ale zawsze gotowe, żeby ją przytulić i być razem...

    Póki co z mojego doświadczenia z osobistymi dziećmi, jak i z pracy z innymi, a także z obserwacji dzieci moich znajomych, zauważam, że wiek w okolicach 6 - 7 lat to taki pierwszy poważny "kryzys" emocjonalny...
    Tylko uświadomiłam to sobie, pisząc powyższe zdanie, że większość "moich przykładów" to dziewczynki smile
    To jest okres wychodzenia z wieku przedszkolnego, szukania własnej tożsamości, oderwania się od rodziców - i z jednej strony są gotowe, żeby iść "w świat" - do szkoły, do większych, głębszych relacji z rówieśnikami, a jednocześnie wciąż się boją oderwać od rodziców. I wtedy naszym zadaniem jest dać im tę pewność, że z jednej strony mogą rozwinąć skrzydła i lecieć w świat, a z drugiej dać im poczucie, że póki co uczą się latać... I że zawsze wracają do gniazda, nabierają siły i znów lecą...

    Tak jakoś filozoficznie mi się zrobiło smile
    Oczywiście ja doświadczam tego, że jest to bardzo trudne.
    Ty masz już jakieś doświadczenie ze starszymi. Ale przypuszczam, że z każdym dzieckiem jest inaczej, i że wciąż trzeba się tego uczyć...
    --
    http://www.suwaczki.com/tickers/4o0q0ihbswh7yleg.png

    "Przekazywanie życia wymaga daru z własnego życia,
    dlatego ból splata się w kobiecie z radością."
  • 16.03.16, 14:24
    Dziękuję Ci, że chciałaś tak obszernie podzielić się swoimi doświadczeniami i spostrzeżeniamismile. To dla mnie cenne.
    Mamy widać oprócz kilkorga dzieci jeszcze coś wspólnego, ja też jestem pedagogiem z zawodu. I czasem mam wrażenie, że mi to bardziej przeszkadza niż pomaga w rodzicielstwiesmile.
    Co do tych okoliczności jakie wymieniłaś oprócz długiego karmienia, to też tak uważam, że mają one wpływ. I odpowiadając na nie zastanawiam się jak duże? Co mogło przesądzić? Czy w ogóle coś mogło, czy raczej to jaka córka jest to wypadkowa różnych tych zmiennych?
    Jest trzecia z kolei, przed nią jest 2 starszych, a po niej jedno młodsze, więc też jakby w środku, ale też jakby bardziej przy najmłodszej?
    Dwójkę starszych dzieci urodziłam mając dwadzieścia kilka lat, byłam relatywnie młoda. Ją jak już miałam 30 skończone. Dwójkę starszych wychowywałam bardziej stanowczo i konsekwentnie. Uważałam, że jako dorosła osoba i rodzic, wiem lepiej od dziecka co mu jest w danym momencie potrzebne, chociaż starałam się nie narzucać autorytarnie ze wszystkim. Przy córce miałam już inne podejście do macierzyństwa i rodzicielstwa w ogóle. I nie dlatego, że czegoś żałowałam przy starszych, albo negowałam swoje postępowanie przy nich. Po prostu chyba zafascynowałam się tym bliskościowym nurtem jaki zaczął do mnie docierać. Temu uważnemu i delikatnemu towarzyszeniu dziecku i postanowiłam spróbować tak wychowywać dziecko. Teraz przy kolejnym dziecku, chyba się trochę z tego leczę, bo widzę, że można się tak jak we wszystkim zapędzić w przysłowiowy kozi róg i przegiąć w drugą stronęsad.
    Do pracy poszłam jak córka miała 2,5 roku. Przez pół roku zajmowała się nią kochająca i bardzo ustępliwa babcia, a potem poszła do przedszkola. Ponieważ pracowałam w przedszkolu, praca nie zajmowała mi zbyt dużo czasu, ale absorbowała mnie dość mocno psychicznie. Dwa lata w tamtej pracy były dla mnie trudne i mocno stresujące, z ulgą przyjęłam wiadomość, że jestem w ciąży.
    Tata przez większość jej dotychczasowego życia był mało obecny. Dużo pracowała, od rana do wieczora, a jak był to nie angażował się w kontakty z nią. Ona go od zawsze odrzucała, wcześniej się go chyba bała, choć on w ogóle nie jest straszny, a teraz mówi, że się go wstydzi i że jest dziwny. On nie miał nigdy takiej siły przebicia, żeby ten kontakt z nią utrzymywać nawet trochę wbrew jej postawie, bo taki już jest jako człowiek.
    Ogólnie córka jest do mnie bardzo podobna pod każdym względem. Spośród wszystkich dzieci, ona jest moim klonem. Wygląda jak ja i charakter ma w dużej mierze po mnie.
    Kiedy ja byłam dzieckiem mniej więcej w jej wieku, to pamiętam, że zachowywałam się podobnie jak ona. Sprawiałam wrażenie, że jestem wiecznie nieszczęśliwa, niezadowolona i obrażona na cały świat, bez jakiejś uchwytnej i uzasadnionej przyczyny. Tylko, że ja miałam trochę inna sytuację w domu (trudniejszą, gorszą) i zawsze wydawało mi się, że byłam i jestem taka jaka jestem przez tą domową sytuację i to, że raczej nie mogłam liczyć ani na specjalną bliskość z rodzicami, ani na zrozumienie, bo jak nawet się przed nimi otworzyłam, to byłam źle zrozumiana i to się powtarzało, więc z czasem zamknęłam się zupełnie na nich.
    Twoje doświadczenia z dwójką dzieci karmionych długo dają mi pewną nadzieję i pocieszenie, że rzeczywiście chyba długie karmienie piersią nie ma specjalnie żadnego znaczenia, a ryzyko, że może odbić się negatywnie na rozwoju emocjonalnym dziecka wydaje się być bezpodstawnesmile.
    Trochę mnie to uspokoiło, dziękismile.
  • 16.03.16, 17:05
    Ja byłam dzieckiem dokładnie takim jak Twoja córka. Kochającym mamę, zaborczym, zawłaszczającym ją całkowicie, zazdrosnym o siostrę, zazdrosnym do tego stopnia, że jako kilkulatka umyślnie robiłam jej krzywdę fizyczną i psychiczną, wmawiałam jej, że ona jest adoptowana, że to ja jestem jedynym, ukochanym i prawdziwym dzieckiem. Źle się odnajdywałam w przedszkolu i szkole. Byłam przy tym niesamowicie nieśmiała, panicznie bałam się obcych i nowych, nieznanych sytuacji, nawet na imprezach rodzinnych trzymałam się dosłownie maminej spódnicy. Z ojcem kontakt był bardzo letni. Tolerowałam, nie kochałam.
    Na zakazy reagowałam spazmami i histerią.
    Karmiona piersią byłam 2 miesiące...
    Do tego miałam ogromny deficyt i głód bliskości i kontaktu fizycznego.
  • 16.03.16, 20:50
    Rzeczywiście widzę bardzo dużo zbieżności w Twoim opisie z jej zachowaniem. Te spazmy i histeria..skąd ja to znam. Ostatnio była chora. Niby zwyczajna jelitówka, a ona tak się zachowywała jakby była umierająca. Kilka razy dziennie myślałam, czy nie wzywać pogotowia, albo lecieć na ostry dyżur, mimo, że co trzy dni latałam z nią do rodzinnego. Modliłam się, żeby już jej było lepiej, bo sądziłam, że osiwieję zupełnie jak to dłużej będzie trwało.
    No właśnie córka sprawia wrażenie, jakby ciągle było jej mało, bliskości, czułości, dotyku, kontaktu. Wieczny niedosyt. Skąd to się bierze? I czy można coś na to zaradzić? Paradoksalnie, to właśnie ona wg mnie, ale i reszty rodziny dostała ode mnie najwięcej uwagi i tego wszystkiego co powyżej, niż np. starsze dzieci. Skąd więc to ciągłe emocjonalne ssanie?
  • 17.03.16, 07:13
    Nie wiem czy to dobry trop, ale w moim przypadku takie zachowanie jak u Twojej córki było spowodowane chyba tym, że nie miałam w dzieciństwie kontaktu z ojcem. W sensie ojciej to taki dobry, prosty, poczciwy, pracowity chłop, ale przy pierwszym dziecku w ogóle się nie odnajdywał w roli ojca. O dziwo był ze mną chyba pół roku czy rok na wychowawczym, ale dla niego opieka nad dzieckiem sprowadzała się do tego żeby przewinąć, nakarmić i zostawić w łóżeczku, a samemu iść do warsztatu, piwnicy i zrobić coś 'produktywnego'. Wiecie, żadnego przytulania, usypiania, kołysania itp.
    Więc ja ten cały głód bliskości i potrzebę miłości i całkowitego zawłaszczenia obsesyjnie przelewałam na matkę.
    A np moja siostra już nie, ale przy niej tata był zupełnie inny. Ona była mała, wątła i chorowita, więc ona była noszona, całowana, tatę uwielbiała, a tata ją. Ja już wtedy byłam 'duża', miałam 3 lata więc znów mi nikt bliskości nie zapewnił. Pamiętam jak za każdym razem jak tata brał ją na ręce i nosił ja wpadałam w spazmatyczny płacz, że ja też chcę, ja też chcę na ręce. Nigdy mnie nikt wtedy nie wziął, Pamiętam tylko takie śmiechy-chichy, ale przecież Ty już taaaka duuuuża dziewczynka jesteś...
    Nie wiem jak to u Was wygląda, jakie są relacje ojca z córką, ale wiem jedno, że takie mocno emocjonalne dziewczynki, obsesyjnie łaknące miłości, czułości, dotyku, kontaktu, które nie mają tego zapewnionego od ojca dokonują w dorosłym życiu złych, bardzo złych wyborów odnośnie partnerów.
    Na swoim przykładzie to piszę, tylko i wyłącznie, ale warto na to zwrócić uwagę. Ja wybierałam fatalnie, pakowałam się w jakieś chore układy, ale potrzeba akceptacji i miłości była jak głód narkotykowy. Trochę mi zajęło żeby sobie pewne rzeczy poukładać i męża mam chyba w miarę normalnego wink
  • 17.03.16, 08:31
    Kania - ja byłam "córeczką tatutusia", a mimo wszystko moje zachowanie przypominało Twoje (oprócz tego, że nie miałam młodszej siostry do dręczenia, a sama byłam takąwink. Mój starszy brat był trochę w Twojej pozycji - mój ojciec też nie odnalazł się w pierwszym macierzyństwie i chyba nie przepada za chłopcami. Mimo to - miałam tak samo ze stosunkiem do matki i głodem bliskości. Całe moje dzieciństwo spędziłam na rękach lub na kolanach, chciałam mamę tylko dla siebie, ciągle wyznawałam jej miłość, jak wyjeżdżała na jedną noc, to mój świat się walił i z ukochanym tatą tylko nie chciałam za bardzo zostawiać (mówimy o etapie wczesnoszkolnym, nie niemowlęctwiewink I też, jak collin pisze, byłam taka niezadowolona wiecznie.
    Ja obstawiam, że ten typ tak ma, taki temperament smile Wyrosłam na duszę towarzystwa wink
  • 17.03.16, 08:47
    O tak, wieeeeczne niezadowolenie, wszystko źleee, na szczęście ten etap mam już za sobą, teraz 'leczę' z tego mojego męża, ale opornie idzie.
    Bardzo możliwe, że tak jak piszesz ten typ tak ma wink Na pewno nie widzę tu związku z długim karmieniem piersią. Ja w przedszkolu i w szkole podstawowej cierpiałam katusze, naukę i nauczycieli uwielbiałam, wśród rówieśników nie mogłam się odnaleźć.
    Teraz też nie jest źle, pracowałam zawsze z ludźmi, że tak powiem na 'front desku' i klienci mnie uwielbiali i w towarzystwie też się odnajduję świetnie. I o dziwo mimo tego, że do lat nastoletnich mama była całym moim światem, to teraz mamy stosunki poprawne, ale nieco chłodne, coś się popsuło i nie jestem w stanie mamy przytulić, cmoknąć w policzek, czy powiedzieć że ją kocham. Może to wina tego, że mama jest niesamowicie zawłaszczającą babcią, bardzo chce kontrolować życie wnuka i muszę jej bardzo pilnować, żeby nie weszła nam na głowę. Natomiast z ojcem, mimo że niewiele rozmawiamy, to dużo lepiej się teraz rozumiemy, mamy podobny tok myślenia i charakterem jesteśmy do siebie bardziej podobni.
    Z siostrą teraz też mamy dobre stosunki, ale w dzieciństwie było strasznie, nie wiem skąd w nas były takie pokłady agresji, ale krew się u nas lała często.
  • 17.03.16, 08:51
    I ja pamiętam swoją zazdrość o siostrę, chociaż oboje rodzice poświęcali mi naprawdę dużo uwagi i nie szczędzili czułości.
  • 18.03.16, 11:12
    Bardzo ciekawe jest to o czym piszeciesmile. Widzę wiele zbieżności i zależności, ale też widzę, że to co mogłoby mieć znaczenie, w innym przypadku nie miało, lub miało bardzo niewielki wpływ.
    Widać, że czasem pewne rzeczy się dzieją i co byśmy nie robili nie mamy zbyt wielkiego wpływu na innych ludzi, w tym na nasze dzieci.
  • 16.03.16, 21:34
    Kania, nie poznaję koleżanki wink
  • 17.03.16, 08:48
    Pani Z. - każdy ma swojego trupa w szafie wink
  • 16.03.16, 18:05
    Bardzo interesujące to, co piszesz. Opis Twojej córki po części przypomina mi moją (poza tym, że uwielbia też swojego tatusia), a ma dopiero 2.2. Nigdy nie przeszło mi przez głowę, że dkp może być tego powodem, ale jestem zaintrygowana. Będę śledzić ten wątek, a w między czasie, sama trochę poszperam na ten temat. Dzięki.


    --
    Zdrowy Sen Dziecka
  • 16.03.16, 20:53
    smileJa nie wiem czy dkp jest powodem jej zachowania i różnych reakcji. Wydaje mi się to mało prawdopodobne, żeby to był jedyny czy główny powód. Raczej myślę, że może jakoś się niefortunnie przyczyniło do tego, że jest taka ode mnie uzależniona? Ale tego też nie wiem, tylko gdybam i się zastanawiam.
  • 16.03.16, 20:02
    Mam dwójkę karmionych dość długo piersią dzieci. (trochę więcej niż 2,5 roku)
    Starsza podobna do Twojej. Przylepiec. Z ogromnymi potrzebami na tulenie, bliskość. Koleżanki się śmiały, że będę ją nosić na rękach, aż jej nogi do ziemi sięgać będą (bo jak gdzieś z nią szłam, to ładowała się na ręce). W przedszkolu zaadoptować się nie mogła. Wypisałam jak miała 5 lat. Ale w zerówce już sobie radziła.

    To typ wrażliwca, przeżywającego wszystko bardzo głęboko, trzymającego fason przed światem. Ale z poczuciem, że zawsze może na mnie liczyć. Opowiadała mi, że w dzieciństwie bała się wampira pod łóżkiem i dlatego spała twarzą do pokoju - aby w razie czego zawołać rodziców. Nie mówiła mi o tym, jak była mała, ale uderzyło mnie jej głębokie poczucie tego, że może nas zawołać (mnie) i przyjdziemy - zawsze jak będzie nas potrzebować.
    Oczywiście życie weryfikuje takie idealistyczne spojrzenie na rodziców, ale mimo wszystko dziewczę nadal wrażliwe i łatwe do zranienia, ale jednocześnie bardzo asertywne, odważne.

    Syn to zupełnie inna historia. Zawsze bardzo niezależny, samodzielny, uparty. Zaniedbałam go, mniej przytulałam, mniej czytałam bajek, mniej się nim zajmowałam - przecież sobie radził... Złudne. Też wrażliwiec, ale bez tego poczucia oparcia. Mamy problemy. Jedna pani psycholog tłumaczyła nam, jak ważne są pierwsze dwa lata życia dziecka. Wspomniałam o długim karmieniu, ale choć ją korciło, to mimo wszystko nie znalazła wskazań, że to było złe - raczej źle byłoby, gdybym go odstawiała na siłę (wyjaśniłam, że dzieci dorastają do rozstania z piersią, i wystarczy poczekać, aby takie odstawianie przeszło bezboleśnie - w miarę) Ogólnie nie miała zastrzeżeń do tego etapu życia (wyraziła się, że jego dzieciństwo było takie "puchate" - miękkie, ciepłe, dobre). A potem się rypło...

    Więc tak, myślę, że długie karmienie może być złe: jeśli matka 1.5 rocznego dziecka które przeżywa fizjologiczny nawrót do potrzeby ogromnej bliskości (bo właśnie nauczyło się chodzić, poczuło się niezależne, ale spotkało się z ograniczeniami i wynikającą z tego frustracją) przestraszy się, że to jest złe i desperacko będzie próbowała go odstawić wbrew jego protestom. (nie wnikam w inne powody, bo życie bajką nie jest)

    I jeszcze jedno. Mam wrażenie, że czasem te przyklejone, domagające się bliskości dzieci, nie dające się odstawić zbyt wcześnie - to dzieci, które potrafią wyrażać swoje potrzeby i domagać się ich spełniania. Przekonanie, że warto walczyć, że mogą liczyć na drugiego człowieka, zostaje im na długo.

    Filozoficznie, przepraszam, ale moje macierzyństwo narażone jest właśnie na ciężkie próby i trochę tęsknię za czasami, gdy miałam moc uszczęśliwienia dziecka.
  • 16.03.16, 21:05
    Dziękujęsmile. Wszystkie takie osobiste historie są dla mnie ważne. Dają mi do myślenia, skłaniają do spojrzenia z innej perspektywy, czasem sugerują dystans.
    Rzeczywiście córka była i jest waleczna. Jest BARDZO asertywna, niestety chyba głównie w domu, na swoim terenie, wśród bliskich. W przedszkolu dość dobrze się zaadoptowała, nie było problemów, jest bardzo lubiana wśród dzieci, ale często opowiada mi, że ten się brzydko do niej odzywa, tamta zabiera jej rzeczy osobiste i nie chce oddać mimo próśb zwrotu. Ta się ciągle jej czepia, a tamta robi do niej głupie miny, albo ciągle sie naśmiewa. Rozmawiam z nią o tych sytuacjach, pytam co ona na to, jak reaguje? Co robi jak takie sytuacje mają miejsce? Mówi, że jej przykro i smutno, albo, że ją to denerwuje i złości, ale dzieci jej nie słuchają jak prosi, żeby przestały czy dały jej spokój. Wiem, że te historie są w jej odczuciu wyolbrzymione, jak spytać inne dziecko co ono na to, to się okazuje, że inne dzieci w ogóle nie przywiązują specjalnej wagi do tych "incydentów". Teraz weszła w fazę krytykowania wszystkiego i wszystkich. Nie jest lekko.
  • 17.03.16, 10:46
    O tak - Najstarsza też przechodzi przez fazę krytykowania wszystkiego i wszystkich... A właściwie nie "przechodzi", tylko trwa... U nas działa tak szczególnie w domu. Jakoś ze szkoły jest zadowolona. A w domu wiecznie marudna. Wszystko jest zawsze źle... "Bo Wy mnie nie kochacie!", "Bo siostra ma lepiej, ją inaczej traktujecie...".
    Pamiętam, że jak była mała i się obudziła - to niezależnie od tego, jak długo spała, czy była wyspana czy nie zawsze marudziła. Tak z godzinę. Potem wracała "do normy". Jak przychodziłam po nią do przedszkola (poszła jak miała 5 lat) to zawsze miała niezadowoloną minę - bo albo przyszłam za wcześnie, albo za późno. Jak wraca skądś - od koleżanki, od babci, z wakacji jest zawsze niezadowolona. Dopiero jak się zaczynam dopytywać o szczegóły, to okazuje się, że jednak było fajnie. Jak odwiedzają ją koleżanki - i muszą już iść, albo jesteśmy u znajomych i wracamy do domu - zawsze marudzi, że to już koniec. Nie potrafi cieszyć się spontanicznie, że przecież była dobra zabawa... Muszę jej to uświadamiać, podpowiadać a i tak nie zawsze "dotrze".
    Jak coś ją boli - to zawsze "bardzo, bardzo". Często mam sytuacje, że zastanawiam się, czy to jej wyjątkowa wrażliwość na ból czy jechać z nią do szpitala, bo rzeczywiście dzieje się coś strasznego. Jak ząb ją bolał, to potrafiła jęczeć przez cały dzień, nawet po przeciwbólowych. A po wizycie u dentysty się okazywało, że jednak nie było tak strasznie... (Wizyty u dentysty i jej zachowanie na fotelu to oddzielny wątek...).

    Średnia zawsze jest zadowolona. Jak była mała i budziłam ją żeby starszą do przedszkola zaprowadzić zawsze wstawała uśmiechnięta - mimo, że często pospała by jeszcze. Jak zabieram ją z przedszkola (poszła jako 4-latka), zawsze podskakuje, cieszy się, że przyszłam... Jak wychodzimy od znajomych cieszy się, że wraca do domu (czasem uczy się "marudzenia" od starszej)...

    A ja się bardzo często zastanawiam skąd Najstarsza tak ma? I szukam jakiś swoich błędów... Oczywiście na pewno jakieś popełniłam (i popełniam) ale wydaje mi się, że po prostu jest wyjątkowym wrażliwcem... I taki ma temperament. I jest niesamowicie do mnie podobna - co też na pewno generuje konflikty.
    Trochę sobie tłumaczę, że mógł mieć na to wpływ przebieg porodu - po długim czasie i różnych problemach (i moich i córki) zakończył się CC. Nie mogłam jej od razu przytulić, najpierw ją zawinęli w coś, dali "powąchać" (tak tylko do policzka) i zabrali na badania... Dwie godziny na siebie "czekałyśmy", a potem znów mi ją zabrali na całą noc...
    Wydaje mi się, że dzieci po CC gorzej sobie radzą ze stresem. Jednak nie ma tego momentu "dobrego zakończenia", który jest przy porodzie naturalnym...

    Ja miałam podobne relacje z moją mamą. Też jesteśmy do siebie podobne. Całe życie walczyłyśmy, choć jednocześnie miała dla mnie dużo czułości. Ale jak się kłóciłyśmy to na ostro... Myślę, że w naszym przypadku łagodzenie konfliktów zawdzięczam tacie. Miałam z nim bardzo dobry kontakt, choć nie poświęcał nam jakoś szczególnie dużo uwagi. Ale ja byłam zawsze jego księżniczką (jestem i najmłodsza i jedyna córka), co pomagało mi w trudnych relacjach z mamą. Zawsze byłam o nią zazdrosna, że poświęca więcej czasu braciom, innym dzieciom (miała zdolność przygarniania wszystkich "zagubionych"), że jak jej potrzebuję, to jest w pracy... (pracowała w internacie - na zmiany i rano i popołudniu, pamiętam więc taki okres, że jak jej godziny pracy były zupełni inne niż moje lekcje, to w tygodniu widziałyśmy się dopiero w piątek po południu...)
    Teraz mam z mamą bardzo dobry kontakt - polepszyło się między nami, zbliżyłyśmy się paradoksalnie wtedy jak wyprowadziłam się z domu... Ale jak się kłócimy to wciąż na ostro - każda musi mieć ostatnie zdanie...
    A mama karmiła mnie piersią bardzo krótko - jakieś 3 miesiące. Choć moich braci też nie za długo - jednego 9, drugiego 6 miesięcy... To i tak "długo" jak na tamte czasy smile
    I ta relacja z moją mamą jakoś przekłada mi się na relację z moją Najstarszą. I daje mi nadzieję, że będzie lepiej smile Choć może przyjdzie mi na to dłuugo poczekać.
    --
    http://www.suwaczki.com/tickers/4o0q0ihbswh7yleg.png

    "Przekazywanie życia wymaga daru z własnego życia,
    dlatego ból splata się w kobiecie z radością."
  • 17.03.16, 10:08
    Ja mam dwóch synów. Starszy karmiony 2 lata 3 miesiące, młodszy 2 lata 7 miesięcy, obaj do łagodnie wspieranego samoodstawienia.
    Starszy ma 7 lat i zespół Aspergera, emocjonalnie jest bardzo niedojrzały, reaguje histerią na każdą zmianę planów albo jak coś idzie nie po jego myśli, no ale to efekt zaburzenia. Młodszy 4, społecznie ogarnięty, w przedszkolu ma paczkę kumpli i przewodzi zabawom. Bracia są bardzo związani z sobą, potrafią cały dzień bawić się razem, rodzice im niepotrzebni. Młodszy bardziej wylewny, czasem przychodzi tylko po to żeby powiedzieć że lubi/kocha mamą/tatę; starszemu nic bardziej emocjonalnego niż "jestem samotny" nie przejdzie przez usta.

    Ale wiesz - powiem ci coś. Nigdy ale to nigdy mi nie przyszło do głowy rozważać wpływu długiego karmienia na dojrzałość emocjonalną moich dzieci. A wiesz dlaczego? Bo ja kompletnie nie mam poczucia, że ich karmiłam "długo". Może jakbym karmiła 4-5 lat, to bym się czuła jakimś outlierem i zastanawiała, czy to nie za długo i czy to ma jakiś wpływ. Gdybym karmiła rok czy półtora, to mogłabym się zastanawiać, czy to nie za krótko i czy to ma jakiś wpływ. Ale około 2,5, tak jak moi i jak twoja córka? Toż to absolutna norma jest.

    --
    Rad nie rad, nie chcę zdrad, na pohybel łzom -
    wolej krzyż przyjąć niż służyć panom dwom.
  • 17.03.16, 13:55
    Ja karmiłam córkę 3 lata i 2 miesiące, do samoodstawienia, bezbolesnego. Teraz ma 3 lata i 10 miesięcy. Jest wcześniakiem z 34 tygodnia, ale po fajnym porodzie i z dobrym startem.
    U nas problemem jest brak chęci kontaktów z dziećmi, najchętniej zabawy tylko z mamą i tatą. Do przedszkola chodzi, ale ciągle słyszę, że przedszkole "jest obleśne", bo nie ma mamci, taty, babci Gosi itp. Nie płacze tam, ale wspomina mnie, jakoś niespecjalnie lubi tam przebywać. Ewidentnie czeka na weekendy i na czas z nami.
    I też się trochę zaczęłam martwić, czy to związanie emocjonalne ze mną i brak chęci na kontakty z rówieśnikami nie jest wynikiem zbyt długiego kp...
    Z drugiej strony ostatnio musiałam wyjechać na 2 dni, mała spędziła pierwszą noc z tatą i dziadkami, bez mamy. I co? Nic, zero wrażenia to na niej zrobiło, gdy wysiadłam z pociągu bardziej interesowało ją pendolino niż mama i przytulanie się z nią.
  • 18.03.16, 13:17
    No widzisz u nas jest inaczej. Córka jest ewidentnie ode mnie uzależniona psychicznie i emocjonalnie, to nie są tylko jakieś moje przypuszczenia i obawy niczym nie potwierdzone.
    Podczas ostatniej ciąży z jej młodszą siostrą, na ostatni miesiąc przed porodem wylądowałam w szpitalu, bo miałam stan przed rzucawkowy. Wróciłam do domu w między czasie na chwilę, bo święta były i chciałam je spędzić z rodziną. I chyba wtedy wyszło po raz pierwszy, jak ona źle znosi moją nieobecność. Mąż sobie z nią nie radził. Wg mnie niewiele też robił, żeby sobie z nią jakoś radzić, ale on już taki jest i go nie zmienię. Córka robiła dramatyczne sceny, że chce do mamy, trudno było ją uspokoić i czymś pocieszyć. Płakała mi przez telefon. Jak ją mąż do mnie przywiózł do szpitala to wyglądało, że wszystko jest ok, a potem zaczynała nagle płakać, a często dopiero w drodze powrotnej się rozklejała. To był trudny też czas dla mnie, bo musiałam być w szpitalu i nie wiedziałam jak jej pomóc. I to tak trwa w zasadzie do dziś, czyli grubo ponad rok. Chce żebym to ja ją zaprowadzała i odbierała z przedszkola (nie robię tego, bo jest mi niewygodnie z młodszą tarabanić się ponad pół godziny autobusem w tę i z powrotem, zajmuje się tym mąż), tylko ja mogę umyć jej włosy, bo tego nie cierpi, tylko mamusi się bezie słuchać, bo tylko mamusie kocha, tak ostatnio mówi. To nie są moje urojenia, bynajmniejwink
  • 18.03.16, 13:07
    Jeśli chodzi o moje osobiste odczucia do tego, czy karmiłam dziecko długo, to też uważam, że raczej niezbyt długo smile. Długo dla mnie to ponad 4-5 lat. Ale w ogólnym odbiorze innych ludzi karmieni przez rok dziecka, które od pół roku już prawie wszystko je normalnie to długo! I dlatego pod tym kątem pisze, że to może za długo to nasze 2,5 roku.
  • 17.03.16, 21:25
    Nie chcę się mądrzyć, bo mam dopiero jedno dziecko, dwuletnie i wciąż karmione. Nie znam też dr Spocka, więc ciężko mi się o nim wypowiadać. Natomiast, mam wrażenie - było to podnoszone w innym wątku ostatnio i przyznała mi to też znajoma psycholog- że psychologowie (i inni specjaliści) mają jednak tendencję do upraszczania, nie zauważania własnych uprzedzeń i sprzedawania niesprawdzonych teorii pod płaszczykiem autorytetu. Dowodem jest dla mnie fragment o "regulacji poczęć" przez karmienie - oczywiście, funkcja jest również taka, ale po pierwsze, nie jedyna, po drugie, raczej nieuświadomiona (z antropologią miałam akurat dużo do czynienie i wiem). Więc byłabym ostrożna czytając takie sądy, na które doktor nie przytacza zbyt przekonujących argumentów.

    Po drugie, zauważyłam, że dkp jest takim chłopcem do bicia. Lubią się nad nim pastwić logopedzi, pediatrzy, psychologowie i kto tam - bo a naszym uprzedzonym społeczeństwie najłatwiej zwalić na takie "zboczenie" (i przy okazji na matkę i jej "chore" potrzeby), zamiast poszukać realnych przyczyn. To też dość wygodne, bo karmienie już zakończone, więc teraz już za późno, żeby weryfikować hipotezę, że było czemuś winne. Też czasami mam wątpliwości, czy dobrze robię, że karmię - bo mój maluch jest nieśmiały, "przyklejony" do mnie, nie bardzo umie beze mnie zasnąć (tylko czasem się udaje) - łatwo zwalić winę na karmienie. Trudniej mi uznać, że nie jestem taką dobrą matką, jak mi się wydaje, że są czynniki, na które nie mam wpływu (na emigracji dziecko nie ma zbyt dużo kontaktu z ludźmi poza mną i mężem) oraz zaakceptować, że synek ma swój charakter i już. Ja bym się tu powołała na Juula: dzieci współpracują i świetnie odzwierciedlają rodziców. Czasami rodzicowi trudniej zauważyć, gdzie leży problem i ulega takim "antykarmieniowym" teoriom, podczas gdy rozwiązanie może być o wiele trudniejsze. Nie wiem, jak jest w Twoim przypadku i nie oceniam - ale piszę, jak mi się wydaje.

    I jeszcze co do europejskiego podwórka: uważam, że to podwórko trzeba zmieniać. 30 lat temu mówiono, że dziecko trzeba karmić co 3 godziny, nie przytulać, nie podnosić z łóżeczka. W XIX wieku arystokratki oddawały dziecko mamkom, opiekunkom i guwernantkom. Czy to było dobre? Niekoniecznie smile Może powinniśmy czerpać jednak z Afryki?
  • 18.03.16, 13:22
    Dzięki. Sięgam do Juula. Znowu zaczęłam czytać "Twoje kompetentne dziecko" chociaż czytałam to kilka lat temu, ale chyba niewiele z tego wtedy do mnie dotarło.
    Teraz to czytam i rozumiem, że ona coś próbuje mi pokazać swoim zachowaniem, ale nie bardzo rozumiem co? W tym cały szkopułsad.
  • 20.03.16, 01:12
    A może ona kompensuje sobie brak relacji z tatą zintensyfikowaniem relacji z Tobą? Wie, że bedziesz reagować, zajmować się nią. Wie, że nie zostanie zraniona przez Twoją obojętność. Wyróżnia Cię, niejako dając tacie znać, że nie potrzebuje z nim relacji, choc w rzeczywistości jest na odwrót.
    Oczywiście, tylko gdybam.
  • 20.03.16, 13:03
    Być może tak jest, tylko co ja mam na to poradzić? Wychodzę z założenia, że za relacje z własnymi dziećmi jesteśmy sami odpowiedzialni. Tzn. nie zamierzam pracować nad jej relacją z jej ojcem, czy nad realcją z dziadkami i wnukami, bo to nie moja broszka, że tak powiem. Ja mam swoją relację z dziećmi i ciagle nad nią pracuję, niemalże każdego dnia, bo zawsze jest coś, bo mam autorefleksje różne, bo dostaję tzw. feedback zwrotny od dzieci etc. Robię to co mogę, tzn. staram się nie być nadopiekuńcza i nie robić z nią zawsze i wszystkiego. Tata codziennie odbiera ją z przedszkola, zawozi na imprezy czy urodziny. Zabiera ją i brata za basen, czy inne wyjścia, na które ja nie mam ochoty iść itd. Problem polega na tym, że ona odrzuca jawnie i bezpośrednio ojca. Jest niezadowolona, że ją waśnie odbiera z przedszkola. Jest zła, że siedzi koło niego z przodu w samochodzie, właśnie sobie wczoraj wymyśliła, że będzie siedzieć z tyłu - widziałam minę męża, niby się tym nie przejmuje, ale zauważa to mimo wszystko. Jak ją chce wziąć na kolana, albo przytulić, to zazwyczaj się wyrywa, odpycha i ucieka. Twierdzi, że się jego wstydzi i że on jest dziwny. Wygląda to tak, jakby chciała, żeby on był inny niż jest w rzeczywistości, co jest nierealne. Efekt jest taki, że mąż twierdzi, że ją rozpuściłam, i że ona to jest córeczka mamusi i oczywiście cały rogaty charakterek odziedziczyłą po mnie, więc generalnie wszystko co się z nią dzieje to moja wina.
    Mąż nie jest wylewny, ani zbyt uczuciowy jeśli chodzi o dzieci, bo w stosunku do mnie jest inaczej. Ze starszymi też nie ma jakieś szczególnie bliskiej relacji, ale wydaje się, że starszym dzieciom to jakoś mniej więcej odpowiada. A córka ostatnio jest wściekła, jak mąż mnie przytula i się całujemy, komentując to: o nie znowu się całują, tylko nie znowu ta miłość! sad
  • 20.03.16, 14:54
    Kurczę, dla mnie Twoje podejście jest b.dziwne, bo u nas, gdy relacje męża neurotyka, który do tego jeszcze jest mega przepracowany ostatnio, z naszą córką szwankują, staram się mu co nieco podpowiadać, podsuwać książki, rozwiązania, rozmawiać na ten właśnie temat. Staram się kierować ich relację - poprzez próbę uświadomieniu mu tego, co źle robi - ku lepszemu. Bo kiepska relacja między nimi odbija się negatywnie na całej naszej trójce i zaburza poczucie komfortowej równowagi.
    Nie masz potrzeby rozmowy z mężem na ten temat, uświadomienia mu jego błędów, ewent. rozmowy z córką, która na pewno jest w stanie b.dużo opowiedzieć już o sobie i swoich emocjach?
  • 20.03.16, 22:03
    Wiesz nie lubię nikogo "uświadamiać", tak samo jak nie lubię kiedy ktoś mi próbuje to robić.
    Mój mąż wie swoje na ten temat i ma swoje zdanie o tym skąd jest tak jak jest. Napisałam trochę o tym powyżej, może doczytaj. Nie lubi czytać, no chyba, że wyniki jakiś rozgrywek sportowych. Z Twojego opisu wynika, że Ty traktujesz swojego chłopa jak drugie dziecko i mu kulturalnie pokazujesz co robi źle wink. Wg mnie nie tędy droga i jest to zazwyczaj bezskuteczne. On jest dorosłym człowiekiem z takim samym stażem rodzicielskim jak ja, ale jest inny niż ja i ma inne podejście do życia i priorytety. Wiadomo, że jak coś szwankuje w relacji pomiędzy członkami rodziny, to wszyscy będą to odczuwać, bo są w to uwikłani. Ale ja nie mam ochoty być wiecznym rozjemcą i arbitrem każdego z nich. Muszą się sami nauczyć metoda prób i błędów jak sobie te swoje relacje między sobą układać poprawnie. I moje podejście nie wynika z egoizmu, czy czegoś innego, ale z poczucia wolności osobistej jaką uważam, że ludzie posiadają i z której powinni się nauczyć odpowiednio korzystać, oraz z tego, że każdy jest odpowiedzialny sama za siebie. Dzieci też są odpowiedzialne za swoje relacje z rodzeństwem. Ja jestem odpowiedzialna za relację z nimi i z mężem, ale nie jestem już odpowiedzialna za relację ich ojca z nimi. A z córką rozmawiam, przecież piszę co mi mówi i jak argumentuje swoje odczucia. Sama sobie tego nie wymyślam.
  • 20.03.16, 23:05
    Hm, czemu jak drugie dziecko?
    Jeśli widzę, że u niego coś szwankuje, a mam wiedzę, która może mu pomóc, to czemu się z nią nie podzielić?
  • 21.03.16, 09:45
    Bo może on nie chce Twojej wiedzy? Może uważa, że się mądrzysz i nie lubi tego? A może uważa, że mu ta wiedza do niczego nie przydatna, bo i tak jej nie będzie potrafił zastosować? A może uważa, że nie jest zbyt fajnym i super ojcem, ale nie krzywdzi dzieci i to im powinno wystarczyć? Wiesz możliwości może być bardzo dużo. Poza tym, kto daje Ci prawo twierdzić, że coś szwankuje w relacji ojciec-dziecko? Ty tak to widzisz i obierasz, a ojciec może tego wcale tak nie widzieć. I co mam go "uświadamiać" na siłę? Podchodząc w ten sposób do dorosłych ludzi wychodzisz z założenia, że jesteś mądrzejsza, bo widzisz w ich postępowaniu jakieś braki, luki i dajesz sobie prawo, żeby ich pouczać więc wychowywać, a to nie jest dobry pomysł, szczególnie jeśli chodzi o mężczyzn smile. Naprawdę nie polecam. Niejedna kobieta była po kilku latach małżeństwa mocno zdziwiona, że mąż ma inną, choć na nic sie nie skarżył smile.
  • 21.03.16, 10:50
    Mąż to widzi inaczej, ja też - więc akurat nie mogę powiedzieć, że się mądrzę. Sam widzi i przyznaje, że zastosowanie niektórych wskazówek naprawdę daje rezultaty i że jego relacja z dzieckiem tylko na tym korzysta. Działa to zresztą w obydwie strony: gdy ja coś robię nie bardzo, on mnie wspiera poprzez swój feedback i konstruktywną krytykę.
    Nie uważam, żebyśmy się w stosunku do siebie mądrzyli. Po prostu obserwujemy siebie nawzajem i chcemy być lepszymi rodzicami. Piszę to w odniesieniu do mojego męża. Jeśli Twój jest inny - wiadomo, co człowiek, to inna historia.
  • 21.03.16, 10:58
    Poza tym widzę, że mąż też jest zainteresowany lepszą relacją. Ostatnio poszedł na warsztaty rodzicielskie, a teraz ciągnie mnie na cały cykl tych warsztatów. Więc nie jest tak, że ja siedzę i ględzę, a on zniecierpliwiony macha ręką i zmienia temat.
  • 21.03.16, 15:19
    No widzisz Twój mąż chce się uczyć i jest zainteresowany, sam wychodzi z inicjatywą i super. Mój to zwykły, prosty i dość ograniczony chłop, któremu sie tego wszystkiego co powyżej nie chce. Wychowywany był przez zimnych emocjonalnie, nieempatycznych rodziców (znam ich więc wiem o czym piszę) i w sumie to cud, że się nie powiesił, albo nie zrobiła sobie lub komuś jakiejś krzywdy, więc cieszę się, że jest takim ojcem jakim jest, bo na nic więcej raczej go zwyczajnie nie stać.
  • 21.03.16, 14:30
    Szonik - u nas podobnie. Z tym, że mąż mnie nie ciągnie na żadne warsztaty ze sobą, raczej jest zadowolony, że ktoś odwala "czarną robotę" (czyli kształcenie się w tematach pedagogicznych) i mu to potem streszczawink Zgadzam się, że wpychanie męża w pozycję drugiego dziecka nie jest dla żadnej ze strony (zwłaszcza chyba dziecka) zdrowe ale konstruktywna, nieraniąca krytyka, konfrontacja swoich metod i oczekiwań i wspólne wypracowywanie jakiegoś jednego spójnego frontu wobec dzieci to raczej oznaki silnego związku.
  • 24.03.16, 21:39
    Hehe, streszczanie mężowi wiedzy o dzieciach - skąd ja to znam! Dobry z nas zespół, bo on z łatwością wprowadza w życie, to co ja (tylko) wyczytam.

    Taki przykład: opowiadam mu kiedyś o tym, jak reagować na wybuchy złości malucha (chyba po lekturze "Mądrych rodziców") i tego samego wieczoru w stresie sama wściekam się, że jestem w niedoczasie, że gdzieś tam nie zdążę, że wszystko bez sensu... A on zamiast zwyczajnie, po męsku - jak to zawsze bywało - dawać mi rady i racjonalnie tłumaczyć (że jest czas, że mogę zrobić to i to, i że w ogóle nie ma tragedii), bez słowa mocno mnie przytula.
    Szczęka mi opadła. Dobry jest.
    A ja tylko oczytana wink
  • 23.03.16, 12:41
    Na zakończenie wątku, który pokazał mi, że dkp raczej nie ma nic wspólnego z zależnością zbytnia od matki, chcę podzielić się tym co przeczytałam właśnie w "Charakterach":
    "Zręby kobiecości powstają w relacji z matką. Ona jest wzorem kobiecości. Dziewczynka stroi się w jej suknie i mówi, że Julia Roberts mogłaby sprzątać przy jej mamie. To jest dobry początek.
    Ważne przy tym, czy matka akceptuje siebie i córkę. Dziewczynka najpierw idealizuje matkę, a potem zaczyna krytycznie na nią patrzeć. Dostrzega, że ma już zmarszczki albo utyła. I nie jest miła dla taty. Albo przeciwnie ? nie umie się postawić ojcu, wciąż mu ulega, gotuje i sprząta, zamiast się zająć sobą i pójść do fryzjera. W którymś momencie córka musi zrzucić matkę z tronu".
    Z tego widać, że idealizacja matki jest normalna i stanowi jakiś etap w rozwoju dziewczynki, także odrzucenie ojcasmile. Kiedyś zrzuci mnie z tronuwink. Przerabiałam to już z najstarszą córką. Nie tak intensywnie, raczej spokojnie i po cichu, ale wyraźnie poczułam w pewnym momencie, że już nie jestem ukochaną, idealną mamusią. Teraz córa ma 15 lat i znowu się zbliżyłyśmy. To sie tak chyba plecie i przechodzi falami, tylko w codziennym chaosie spraw ważnych i mniej ważnych, gdzieś mi to umyka i tracę rozeznanie. Najważniejsze, że dkp nie można zepsuć dzieckawink
  • 24.03.16, 17:23
    Collin, myślę, że wnioski są trafne. Zrzucaniem z tronu się nie martw - im prędzej to nastąpi (definitywnie w czasie dojrzewania, najlepiejwink tym szybciej dziecko dojrzeje i zacznie widzieć matkę jako normalnego człowieka - z wadami i zaletami, od którego można czerpać przykład, bądź uczyć się na błędach. Piszę prędzej, bo wiem jak bolesne jest takie dojrzewanie w momencie kiedy się powinno już dawno te zatargi z matką mieć zakończone. Podsumowując - córka w swoim tempie przetnie pępowinę, dwuletnie karmienie, jak piszesz, na pewno jej nie zepsuło. A o roli taty i całej rodziny jako systemu oczywiście też nie zapominamy.
    Pozdrawiam Cię serdecznie i trzymam za Was kciuki.
  • 06.04.16, 23:21
    Jeszcze tylko dodam swoje 3 grosze smile ja byłam karmiona prawie 3 lata i od zawsze byłam bardzo "ja sama" - niczego się nie bałam, uciekałam mamie w nieznanych miejscach jak jeszcze raczkowałam albo ledwie łaziłam. Zresztą do dzisiaj taka jestem smile taki charakter po prostu. Tak samo jak po prostu takie charaktery mają wasze dzieci, a wg mnie kp nie ma z tym nic wspólnego.
  • 07.04.16, 12:52
    O, dzięki za "dorosły" przykład!
  • 07.04.16, 15:20
    Dodam jeszcze, że mój brat, nie karmiony piersią ani razu, jak był mały ponoć ciągle wisiał na mamie. Teraz już mu się to zmieniło i jest raczej ogarnięty, wszędzie pójdzie, wszystko załatwi itp, ale dość długo był taki mamusiowy. Do przedszkola nie chodził, bo za bardzo płakał za mamą. Nawet jak poszedł do szkoły, to się jeszcze bidulek moczył w spodnie i tęsknił za mamą. Ja piersiowa, ponoć nawet się nie obejrzałam za mamą jak mnie zostawiała czasem w jakimś obcym miejscu.
  • 07.04.16, 17:36
    Dobrze wiedzieć, że może być bardzo różnie ??
  • 10.04.16, 19:48
    Moja córka ma 6 l i 7 m-cy, 1,5 roku kp, więc ani krótko ani długo.  Krótko po odstawieniu zaczęłam organizować swoją firmę i N. Więcej czasu niż ze mną zaczęła spędzać z tatą i maila też opiekunki. . Wszystko świetnie funkcjonowało do mniej więcej jej 4 rż, pominąwszy fakt, że N. nie radziła sobie z emocjami, niepokojem, tęsknotą, smutkiem, radością nieokiełznaną - jest bardzo emocjonalna.. Wtedy też zaczęła drzeć ze mną koty, oj działo się działo! Wyszło na to, ze to wszystko z tęsknoty za mną-  a mnie się wydawało,  że jak dziecko z uśmiechem robi mamie pa pa i idzie z nianią na wyprawę to nie ma mowy o tesknocie! Problem z naszym porozumieniem się pogłębiał i trzeba było coś z tym zrobić. Zaczęłam więcej czasu z nią spędzać, wróciło do mnie parę obowiązków względem Natki, które przejął mąż a przede wszystkim zapewniałam ją, że kocham, zawsze będę.. Jak urodziła się mlodsza znów się zdarzały kosmiczne awantury, bo ja przemęczona, ona tego nie rozumiejąca, a domagająca się uwagi i zazdrosna. Marzyła o siostrze i bywa, że jest szczęśliwa,że ją ma, jednak częściej włącza jej się niechęć do Alki i robi jej różne złośliwostki, a to zabiera jej to co Ale właśnie zainteresowało, a to mówi jej, że mama jest tylko jej.. A Alicja jest nie lepsza - N. sie do mnie przytula, Ala ją odgania, jest zaborcza ta młodsza moja przylepa. Ma 20 m-cy, nadal kp, ale już teraz wykazuje większe zrównoważenie niż Natka kiedykolwiek. Teoria dr. Spocka przy nas wali się na łeb na szyję. Na poparcie jeszcze ja - megaemocjonalność, nad którą panować nauczyłam się po 30 tce, a kp nigdy nie byłam, bo mama miała powikłanie po porodzie .
    Myślę, że Twoja córka ma gorszy czas, Wam przybyło obowiązków, cierpliwość nie ta i dlatego bywa gorąco. Wychowawczyni mojej córki mówiła mi, że do 7 rż dziecko ma prawo do nie radzenia sobie z emocjami, trzeba ją uczyć radzenia sobie stresem w akceptowalny sposób,staram się jak mogę, nadal bywa gorąco, ale mamy też kilka sukcesów smile Myślą że dobrą linię postępowania obraliście, a Spockiem sie nie przejmuj...

    --
    Drobnostka, Mama Natki i Ali
  • 10.04.16, 20:37
    Dzięki za podzielenie się swoimi doświadczeniami. U nas dużo lepiej. Dużo z nią rozmawiam i o tym jak była malutka i o tym co jest teraz i już nigdy nie wróci. Pomału pewne sprawy do niej docierają ?
  • 18.04.16, 12:36
    Moim zdaniem łączysz fakty, które nie są ze sobą zależne. Naprawdę uzależniać dziecko od siebie można na wiele różnych sposobów i jako matka która karmiła dziecko do 3,5 rż, nie uważam by sam fakt karmienia miał aż tak gigantyczny wpływ na charakter dziecka.

    Twoja córka ma taki charakter, takie potrzeby. Może jest High Need Baby? Może fakt, że miedzy nią a starszymi jest kilka lat różnicy wpłynął na to, że traktowałaś ją i traktujesz bardziej "dzidziusiowo" niż starszych? Może jest traktowana inaczej niż starsi, bo jest dziewczynką (nie krzycz, że na pewno tak nie jest, tylko zastanów się najpierw b.głęboko)? Jako dziecko najmłodsze, które nagle zostało środkowym, też ma trudną sytuację emocjonalną.

    W kulturach pierwotnych karmi się długo, bo tam nikt nie znał tabelek, zaleceń i badań. Matka dawała pierś póki dziecko chciało; póki było to dla niej wygodne i efektywne. Kotki, suki i inne ssacze mamy też się nie zastanawiają, kiedy odstawiać. im instynkt podpowiada - miałam kiedyś kotkę z kociętami, czwórkę wydaliśmy do nowych domów jak miały skonczone 2 miesiące, jeden został i podsysał sobie mleko jeszcze przez miesiąc czy dwa, aż ona zaczęła go odganiać - cezury czasowe określane przez naukę są tutaj absolutnie arbitralne.

    --
    Piękny i Bestia - FB
  • 18.04.16, 12:55
    Zgadzam się z tym co piszesz. Po wielu Waszych wpisach i konfrontacji tego z obserwacjami mojej córki wiem już, że długie czy krótkie karmienie wpływu raczej na nią by nie miało.
    Faktycznie jest tak, że ona jest bardziej uczuciowa i emocjonalna niż starsze rodzeństwo. Dzisiaj np. jadę z nią rano autobusem do przedszkola, a ona z taką miną ala Mona Lisa patrzy się na mnie i mówi: wiesz, a ja mam skarb. Ja na to: taaak? A jaki? A ona: mama i tata to mój skarb smile. Nogi się uginają tak mnie rozczuliła smile. Od starszych dzieci nigdy nie usłyszałam tego typu deklaracji. Taka kochliwa jest i bardzo uczuciowa, wrażliwa uczuciowo.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.