Dodaj do ulubionych

Co się zmieniło w opiece laktacyjnej w szpitalach

26.03.19, 12:28
Rodziłam dwa razy w odstępie 4 lat - koniec 2014 i koniec 2018 (tym razem Boże Narodzenie i Nowy Rok w szpitalu).
Obydwa szpitale z wyższym stopniem referencyjności (ale jednak dwa różne, więc porównanie nie będzie idealne).
4 lata temu - córeczka przystawiona krótko po porodzie, choć położne nie od razu zauważyły, że mlaszcze, w związku z czym natychmiast mialam załatwione obie brodawki, mm w małych buteleczkach łatwo, niemal nachalnie dostępne, dokarmianie bez pytania, kontakt z położną laktacyjną tylko na moją wyraźną prośbę (obejrzała zmacerowane brodawki, powiedziała, jakiej wielkości nakładek mogę używać. Technika niesprawdzona). Nikt mi nie powiedział, że mleka mam zapewne wystarczająco dużo, że po powrocie do domu mogę zacząć odczuwać, że piersi są puste, ale puste nie będą. Dokarmiałam w szpitalu, kupiłam mm do domu (po zapytaniu o to młodej lekarki). W domu mimo wszystko starałam się odstawić mm, co udało się po około dwóch lub trzech tygodniach od porodu. Niemniej jednak maluch bardzo ulewał, przybierał w dolnych granicach normy, był obsypany jakaś wysypką, miał suche placki na buziaku, męczący refluks (taki kolkowy, wieczory to był płacz i zgrzytanie zębów). Po ukończeniu czwartego tygodnia trafiłyśmy na tydzień do szpitala, gdzie orzeczono skazę białkową (wówczas dowiedziałam się, że mogła być ona spowodowana mm) z, hiperbilirubinemię (w związku z czym odstawiłam młodą od piersi na dwa dni na rzecz nutramigenu). Potem walka o przyrosty, o to, by maluszek nie oprotestowywał piersi, nie odginał się (dziś wiem, że to też kwestia niskiego napięcia mięśniowego), jadł częściej (w tym temacie odstawiłam smoczek za radą forumek z forum o kp i pomogło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - myślę, że to on miał największy wpływ na niskie przyrosty, a nie skaza, której być może nie było, czy hiperbilirubinemia, która wcale nie była taka hiper, o czym wiem dziś). Dobiłyśmy do 3 lat i prawie 10 miesięcy, ale pierwszych kilka miesięcy było tak trudnych, że naprawdę się dziwię, że dałam radę. Niewątpliwie jednak mimo braku wiedzy naprawdę chciałam karmić.
Teraz - każda położna po kursie dotyczącym kp. Jedna gadała głupoty ("pani dziecko płacze z głodu, sprawdźmy laktatorem, ile pani ma mleka, albo podajmy butelkę, jak się uspokoi, to znaczy, że za mało mleka" - nie było to skierowane do mnie, na szczęście, ale adresatka tych słów aż się popłakała). Nigdy więcej nic głupiego na temat kp tam nie słyszałam. Każda poproszona, a czasem i nie poproszona o pomoc położna, służyła sensowną radą. Po nowym roku pojawiła się też "pani laktacyjna". Weszła do naszego pokoju i omawiała przyrosty, spadki konkretnych dzidziusiów (pokój dla dwóch mam). Ja nie potrzebowałam pomocy - technicznie szło nam dobrze, dziecię żarte i spokojne (pierwsza córeczka chlustała - czyżby od buteleczek z mm? - ciągle się budziła, a tu tymczasem spokój, ulewanie w normie bez spektakularnych fontann i sinienia). U sąsiadki większy spadek, mniej zaś spokoju - pani laktacyjna poświęciła jej więc więcej czasu. Jako że długo tam leżałam, panią laktacyjną spotkałam jeszcze wiele razy. Za każdym razem bardzo seksownie wspierała mamy - jedną przy nawale, z brakiem możliwości ściągnięcia mleka dzieckiem (maluszek malutki, nieco przed terminem, a brodawki wklęsłe), laktatorem i ręcznie, inną jako pierwiastkę, jeszcze inne po CC. Mimo że o kp przeczytałam już sporo i służyłam nawet niektórym mamom radą, to przez kotarę w trakcie wizyt pani laktacyjnej usłyszałam też parę nowych rzeczy ☺️ oraz zdanie wypowiedziane do jednej z mam, która urodziła swoje bobo siedem lat po pierwszym dziecku: "gdybym mówiła pani to, co mówiłam siedem lat temu, powinni mnie natychmiast zwolnić. Od tamtej pory dowiedzieliśmy się o kp jeszcze wielu nowych rzeczy." Myślę, że gdybym rodziła teraz po raz pierwszy, to mimo tego że zapewne o kp wiedziałabym równie mało, co za pierwszym razem, byłoby łatwiej o sukces albo raczej o mniej błędów, zwłaszcza ten z dokarmianiem. Położne cieszyły się z wyłącznego kp (jakie to ważne), buteleczki potrzebne do dokarmiania leżały dyskretnie pod choinką ☺️☺️☺️, nie wręczano ich zaś na każdy kwęk, jeśli mamy były po trudnych porodach (a spotkałam dwie takie), które przez pierwsze godziny nie były w stanie zająć się maluszkiem, pytały o wyraźną zgodę na nakarmienie km, jeśli dziecię zechciałby jeść. Nadto dowiedziałam się, że dziecko może mieć przedłużoną hiperbilirubinemię w związku z kp, że może to trwać do trzech miesięcy nawet (a czasem trzy i pół), że dziecko z taką żółtaczką sobie radzi i że już od dziesięciu lat nie stosuje się w takim przypadku odstawienia od piersi na jakiś czas (chyba że bilirubina jest już toksycznie wysoka), bo ryzyko kłopotów z laktacją jest większe niż ewentualne zyski z zobaczenia że poziom bilirubiny nieco spadł.
Ogólnie oceniam zmiany na plus. Zdecydowanie. Ale ten drugi szpital to jeden z tych "lepszych", uniwersytecki, w dużym mieście, z bankiem mleka, dobrymi warunkami sanitarnymi itd.

Mam jednak ogromną nadzieję, że coś się zmienia. Jednego jednak zmienić się nie da - i tak ostateczny sukces kp należy do nas, mam.
Edytor zaawansowany
  • katica1 26.03.19, 12:37
    Dodam jeszcze, że mam kapitalną położną środowiskową w rejonie. Niemniej jednak cztery lata temu dała mi listę produktów spożywczych, które jeść mogę, i których jeść nie powinnam. Teraz, po czterech latach chciałam jej - jako kobieta, która w temacie kp przeczytała całe internety i umie już chyba dość dobrze selekcjonować informacje w tym zakresie - powiedzieć, by tej listy już nikomu nie dawała. A tymczasem pani położna zapytała mnie, czy wiem, na czym polega dieta matki karmiącej i na mój rozbiegany wzrok (bo bałam się dyskusji o tamtej liście) szybko odpowiedziała, że na tym, iż takiej diety nie ma! Mama ma się odżywiać zdrowo.
    Tak naprawdę moja położna cztery lata temu też powinna już to wiedzieć. Nie wiedziała, ale cieszę się, że w międzyczasie w trakcie szkoleń pozyskała nową wiedzę i ją przekazuje. Zwłaszcza że jest już niemal na emeryturze, a doświadczonym pracownikom często ciężko zmienić przekonania.
  • indjanek 26.03.19, 18:29
    O, mam podobne wnioski smile
    2 porody - ten sam szpital, 11.2015 i 03.2019. Uniwersyteckie Centrum Kliniczne, duże miasto.
    2015 - pierwsze dziecko długi poród SN, dziecko duże (4kg) z zaburzeniami adaptacji, zabrany na neonatologię. Ja po dużej utracie krwi ledwo żywa. Nikt nie pytał czy zgadzam sie na dokarmianie, nikt nie przyszedł żeby choćby ściągnąć trochę siary dla małego. Potem problemy z odpowiednim przystawieniem i z przyrostami. Położne przynosiły mleko co 3h bez pytania, o pomoc przy przystawieniu musiałam prosić sama. (Pewnie bym nawet na to nie wpadła ale koleżanki mnie uprzedzały, że problemy mogą się pojawić i mam domagać się pomocy).
    Więcej wsparcia dostałam na forum o kp.

    2019 - nagła decyzja o cc. Dziecko bardzo szybko przystawione, całą noc położna przynosiła mi dziecko do karmienia. Potem na położnictwie częste pytania jak sobie radzę z kp. Łóżko obok dziewczyna z bliźniętami ledwie żywa po nocy karmienia prosi o położną o mm - pytanie położnej czy są wskazania lekarskie do dokarmiania. Po każdą porcję mleka musiała specjalnie chodzić. Na koniec pediatra z miniwykładem i tesktami w stylu "proszę się postarać bo kp to najlepsze co może pani dać swoim dzieciom", "natura tak to zaplanowała, że jest pani w stanie wykarmić nawet bliźnięta" , "o tym czy dziecko się najada świadczą tylko przyrosty i moczone pieluchy" itd. No byłam zbudowana.

    Położne oglądały też piersi, doradzały przy nawale itd.

    Także ten sam szpital, 3 lata i takie zmiany smile
  • born_to_sea 28.03.19, 10:16
    > Łóżko obok dziewczyna z bliźniętami ledwie żywa po nocy karmie
    > nia prosi o położną o mm - pytanie położnej czy są wskazania lekarskie do dokar
    > miania. Po każdą porcję mleka musiała specjalnie chodzić. Na koniec pediatra z
    > miniwykładem i tesktami w stylu "proszę się postarać bo kp to najlepsze co może
    > pani dać swoim dzieciom", "natura tak to zaplanowała, że jest pani w stanie w
    > ykarmić nawet bliźnięta" , "o tym czy dziecko się najada świadczą tylko przyros
    > ty i moczone pieluchy" itd. No byłam zbudowana.

    A mnie się opisana sytuacja nie podoba. Tzn. prawdę lekarz powiedział, owszem, sama znam osobiście dwie mamy, które wykarmiły bliźnięta. Nie wiem, może coś pominęłaś w opisie, może w rzeczywistości sytuacja wyglądała nieco inaczej. Z postu wynika jednak, że przemęczona młoda mama została skrytykowa za pomysł podania mm, ale jakoś nikt jej w tym kp bliźniąt nie pomógł. Ostatecznie i tak chodziła po to mm, a czuła się pewnie przy tym upokorzona. Czy nie lepiej by było, gdyby od czasu do czasu wpadła do niej położna, zapytała, czy ok, pomogła w przystawieniu maluchów w wygodnej dla mamy pozycji... Żeby np. mamie wodę podała, albo zaproponowała, że teraz ona dzieci przewinie, a mama niech spokojnie idzie na siusiu i podmycie krocza. Wreszcie, żeby zapewniła ją, że sobie świetnie radzi. Kurczę, to są takie drobiazgi, ale dla przemęczonej kobiety, która pewnie akurat w baby blues będzie wchodziła bardzo, bardzo ważne sad
    I jak nie znoszę tego określenia, i nigdy nie wierzyłam, że coś takiego faktycznie może istnieć, tak nazwałabym takie podejście terrorem laktacyjnym. Przecież to wcale nie zacheca do kp sad
  • indjanek 28.03.19, 11:30
    Może trochę to uprościłam, słyszałam tylko urywki. Chciałam też pokazać różnicę pomiędzy donoszeniem mleka bez potrzeby a obecną sytuacją.
    Położna była u niej częściej niż u mnie, podpowiadała kiedy przystawiać które dziecko. Jednak generalnie zadady zmieniły się o tyle, że w ogóle o pomoc bardziej trzeba poprosić i pójść, w każdej sytuacji. Nawet po leki. Położne przychodzą 2 razy dziennie i zapewniają, że gdyby były potrzebne trzeba do nich podejść.
  • born_to_sea 02.04.19, 10:11
    No to brzmi lepiej
  • ela.dzi 01.05.19, 15:16
    Tak miała moja sąsiadka. Ryczała ona, ryczało dziecko, a nikt nie chciał dać jej mleka. Koszmar sad Oczywiście nie pokarmiła długo.
  • eowen 28.03.19, 13:48
    Mam podobne doświadczenie, ale tylko podobne smile Bo z pierwszym dzieckiem, urodzonym pod koniec 2014r. przeszłam sporo, by karmić piersią. Ale udało się i karmiłam ponad 3 lata. Wtedy, młoda z 35t. trafiła do inkubatora, na ręce mogłam ją wziąć dopiero po 2 tygodniach.
    Natomiast po nagłym cc, gdy wieczorem mnie uruchomiono, nikt nie przyszedł, by porozmawiać o dziecku. W sumie przez cały pobyt żadna położna się w naszym pokoju nie pojawiła. JA zresztą, jeszcze w szoku po cc totalnie nieprzygotowana na to wszystko, co mnie czekało.

    Tylko dzięki innym dziewczynom, same wcześniaki na innym piętrze, dowiedziałam się, że można im mleko odciągać. U nas laktatory chodziły cały czas, bo każda (6!) miała inną porę karmienia, ściągało się mleko co 2 godziny i biegło do dziecka. Wszędzie dostępne mm, dzieciaki od razu dokarmiane (ale mówię o wcześniakach, one miały osobne IOM).
    Panował mit diety matki karmiącej, położne ochrzaniały za sok pomarańczowy stojący na parapecie. Natomiast wtedy pomogła mi główna nanentolog, gdy miałam straszny kryzys - młoda po zapaleniu płuc kiepsko przybierała, byłam pewna, że tylko na mm będzie lepiej. Przekonała mnie, że kp ma sens, zwłaszcza dla takiego malucha jak moja córka.

    4 lata później, ten sam szpital i te same ulotki o diecie matki karmiącej wink Natomiast już pojawiały się konsultantki laktacyjne i pomagające położne czy lekarki. Natomiast sam poziom wiedzy różny, w zależności od osoby. Często wzajemnie sobie zaprzeczały, co dziewczynom z problemami przy kp zdecydowanie nie pomagało. MM dostępne, ale na prośbę. Wszystkie dziewczyny, które poznałam, chciały karmić piersią, ale też wszystkie miały jakieś problemy. Nawet te, które już miały dzieci, okazywało się, że te z tymi pierwszymi też coś przy kp nie zagrało wcześniej. Byliśmy jedyni z synkiem na 10 osób, które karmiły się bezproblemowo (mały 1 dnia przybrał 100gr!).
  • born_to_sea 02.04.19, 10:24
    Kurczę, to ja widzę, że Żelazna jest w awangardzie, tam już na początku 2014r. nie rozdawali mm, aktywnie wspierali kp. Każdej mami dawali bardzo dobrze napisany poradnik, przychodziły położne, uczące przedstawiać.

    Nie powinno tak być, że o odciąganiu dla wcześniaka musiałaś się dowiedzieć od innych mam, i że nawet teraz poziom wiedzy peronelu jest różny...
  • born_to_sea 02.04.19, 10:25
    Hahaha, przedstawiać.... Przystawiać miało być smile
  • eowen 02.04.19, 12:09
    Ale ten mój słowotok powyżej jest niegramatyczny smile

    A wracając do - w 2014 r. ja leżałam na ginekologii, córka na neonatologii - dwa zupełnie odrębne światy, które łączyłyśmy tylko my, mamy. CC miałam rano, uruchomiono mnie wieczorem, z lekarzem o córce rozmawiałam dopiero następnego dnia, gdy dowlokłam się na jej piętro. Lekarzy na obchodzie na ginekologii interesowała tylko blizna i macica. Nie my jako mamy i nasze ewentualne problemy z karmieniem. Więc gdy w nocy, po zabiegu, po kilku godzinach snu, obudziły mnie laktatory, w ogóle nie wiedziałam, co co chodzi. Byłam totalnie skołowana, raz - cc, dwa - stan dziecka, trzy - ten cały, dziwny, szpitalny świat, w którym się znalazłam.
    Rano mi dziewczyny opowiedziały, jak to wszystko wygląda, przyniosły butelki na mleko, a jak przyjechał mąż (sama nie mogłam iść na IOM, po c ktoś musiał mi z rodziny towarzyszyć), to poszłam zobaczyć dziecko, dać te kilka kropelek siary, które odciągnęłam i dowiedzieć się czegoś o małej. A potem to już wpadłam w ten rytm dobowy, podporządkowany kpi.

    Teraz, jako matka z dzieckiem na dużej sali, czułam dużo większą opiekę. Natomiast, wiedziałam też już więcej i znałam szpital (2 miesiące wcześniej leżałam też tu na patologii). Lekarki (to ważne, bo lekarze nie) przy obchodzie dopytywały się o kp, odczucia, kierowały do doradczyni. Zdecydowanie lepiej. Natomiast, co do konsultacji kp - w szpitalu były 2 panie, wymieniały się. Jedna ze starej szkoły - zamiast pokazać na dziecku, jak przystawić, pokazała dziewczynom zdjęcia. Twierdziła, że kp ma prawo boleć, bo przecież dziecko nie potrafi ssać, więc muszą się z tym pogodzić. Druga, młodsza wink, już pomagała przystawić, ból przy kp diagnozowała jako złe przystawienie. Do tego położne, z milionem dobrych rad odnośnie kp, nierzadko złych. Ale przynajmniej coś się dzieje w tym temacie, mam nadzieję, że za kilka lat każda dziewczyna szukająca pomocy przy kp, ją znajdzie.
  • born_to_sea 02.04.19, 13:13
    A ciekawa jestem, dziewczyny, czy te wasze szpitale są na tej liście, spawdzicie? laktacja.pl/article/6,szpitale-przyjazne-dziecku Bo założenia tej inicjatywy są naprawdę super, pytanie jak to w praktyce wygląda.
  • indjanek 02.04.19, 13:40
    Mojego nie widzę.
  • eowen 02.04.19, 13:42
    Mojego nie ma.
  • katica1 04.04.19, 20:04
    Moich obu szpitali nie widzę. Nie widzę też szpitali mojej siostry, kuzynek, koleżanek ...
    "Mój" szpital w tym zakresie sprzed trzech miesięcy z chęcią na tę listę bym jednak wpisała. Mimo jednej pani położnej, która chciała mierzyć pojemność piersi laktatorem...

    Bardzo dobrze byłoby, gdyby każda mama dostawała w szpitalu sensowny poradnik kp. Taki - powiedzmy - ogólnopolski. I żeby takie poradniki dostawali też pediatrzy, położne, także środowiskowe. Wtedy i mamy byłyby uzbrojone w sensowną wiedzę, i personel medyczny nie mówiłby tak chętnie niesprawdzonych rzeczy.

    Swoją drogą nie spotkałam w obu szpitalach jakiegokolwiek ginekologa, który w trakcie obchodu pytałby o kp. Pediatrzy owszem, ale oczywiście w kontekście dziecka.

    Mój ginekolog poobu porodach badał piersi i pytał o to, czy są jakieś problemy. Nie wiem jednak, czy byłby w stanie pomóc, gdyby problemy były. Niemniej jednak już samo pytanie to chyba ewenement.
  • katica1 05.04.19, 11:45
    A czytałyście na mataja.pl w najnowszym artykule o naukowych odkryciach, że w Meksyku mamy po CC karmią o dwa miesiące dłużej niż mamy po porodzie sn? A u nas zapewne jest inaczej. Bo pokutują różnego rodzaju mity.

    Ostatnio poznałam dużo młodych wiekiem swoich bobasów mam - normalna sprawa, jak się jest w miarę świeżo upieczoną mamą niemowlęcia. Jedna z nich praktycznie jeszcze przed porodem zakładała, że nie uda się jej wykarmić maleństwa, bo zabraknie pokarmu, skoro u niej w rodzinie żadna kobieta nie karmiła. I niestety, stało się zasadniczo tak, jak mówiła. Od samego początku potrzebowała butelki. Nic nie dały rozmowy z pediatrą, doradcą, bo przecież u niej w rodzinie... Mówiłam, że u mnie w rodzinie zasadniczo od dwóch pokoleń też jestem pierwsza... Wtedy znalazły się też inne powody, np. zmęczenie bardzo trudną ciążą. A przecież można by uznać, że kp jest łatwiejsze i mniej męczące od mm. Smutna dla mnie to historia. Mam nadzieję, że jeśli dzieciątko tej mamy będzie samo mieć dzieci, to kp będzie znów czymś naturalnie możliwym, a nie naturalnie niemożliwym. Czymś w pewnym sensie łatwym, oczywistym, do opanowania.

    Dziedziczenie w materii kp to chyba niestety głównie dziedziczenie zachowań i braku rzetelnej wiedzy. Do tego należy chyba dodać zbytnią medykalizację kultury zachodniej, odejście od kierowania się instynktem, utratę wiary w możliwości natury (czyli własnego organizmu). Cieszę się bardzo, że mimo tego że moja mama karmiła nas krótko, nie pomyślałam, że ja też tak muszę.
  • kariatyda79 18.04.19, 14:40
    W Poznaniu nie załapał się żaden szpital ... i w sumie lista odzwierciedla smutną wielkopolską rzeczywistość.
  • ela.dzi 01.05.19, 15:03
    Ja dwa razy rodziłam w szpitalu, który jest na powyższej liście. Nie było idealnie odnośnie kp, ale mimo wszystko źle nie było, choć największy problem, to kwestia tego, że co zmiana personelu, to inne zalecenia i często całkiem sprzeczne. 2 razy przystawianie po CC, ale za pierwszym razem dopiero po 4 h. Było i dokarmiać strzykawką i po co się męczyć, butelka wygodniejsza. Dać smoczka i po cholerę daje pani smoczek. Karmić przez nakładki jak i szybko pani przestanie karmić przez nakładki, a prawdopodobne wystarczyło tylko podciąć wędzidełko. Jeszcze swoja zrobiła położna środowiskowa z dietą, choć sama kobieta laktacyjnie była dość dobrze przygotowana. Psychicznie wymęczyło mnie to, trzymało mnie to, że się uparłam na karmienie. Przy drugim chciałam tylko, żeby nikt mi nie przeszkadzał wink Ale i tak pamiętam jak położna powiedziała, żebym poprawiała chwyt dziecka, bo mnie pogryzie, a ja wiedziałam swoje i niestety położna miała rację wink
  • ela.dzi 01.05.19, 15:05
    Dodam, że nikt mi dzieci nie dokarmiał po kryjomu i nie proponował mlekay. To matka o tym decydowała i szła po mleko.
  • ela.dzi 01.05.19, 15:12
    I dodam jeszcze, że przy żółtaczce miałam dziecko przy sobie i miałam je karmić, choć wtedy chyba lepsze byłoby, żeby dziecko dostałoby MM, a ja mogłabym odpocząć. Fizycznie czułam się fatalnie po pierwszym porodzie, za dużo tego było naraz.
  • indjanek 04.05.19, 19:48
    Ja też przy żółtaczce miałam syna koło siebie, na karmienie wyjmowałam i wyłączałam lampy.
  • katica1 05.05.19, 13:41
    Pierwsza moja córka była zabierana na lampy. Domoeilam jej swoje mleko, ale i tak była dokarmiana. Buteleczka leżała na wałku z pieluszki tetrowej skierowana w stronę buziaka. Dzieciaczek sam niejako się obsługiwał.

    Teraz system rooming in (bo inny szpital). Córka niechętnie sama spała pod lampami. Był to dla mnie stres, zwłaszcza że żółtaczka była długa i swieciłyśmy się z 10 dni. A mimo to czułam się lepiej - człowieczka karmiłam sama, z piersi, co pewnie zaskutkowało poźniejszym brakiem problemów z kp i skazą białkową. W gruncie rzeczy byłam tym mniej zmęczona. Chodzi chyba też o to, że matka po porodzie potrzebuje kontaktu z dzieckiem. Wtedy, kiedy mi zabierano starszą córkę, niespecjalnie umiałam odespać, do tej jeszcze odciągałam mleko.
  • amiralka 13.05.19, 09:46
    Z zaciekawieniem przeczytalam wasze laktacyjne porownania i historie. Ja moje dzieci urodzilam we Francji, w 2014 r i 10 dni temu. Pierwsze w szpitalu, tez posiadającym label Szpital Przyjazny Dziecku. Opieka laktacyjna wydala mi sie super - oczywiscie zadnego mm (mamy nie kp musialy zapewniac sobie same), dokarmien. Rooming in w pojedynczych pokojach, wszystkie pielęgniarki z duza wiedzą na temat kp, przychodzące na kazdy moj dzwonek, a nadużywalamwink Z perspektywy czasu widze jednak blędy: 2h skory do skory, nikt mi nie przystawil dziecka, sama przystawilam w pozycji na boku, pozycja zresztą to nie jest najlepsza na skin to skin. Maly wiec sobie tylko pomamlal brodawke, ja wzielam to za ssanie. Dopiero w nocy pielegniarki pokazaly mi ze jego odruch ssania jestslaby, a ja juz mialam.nawal wiec piersi twarde jak futbolowki, nielastyczne brodawki i maluch nir przyzwyczajony do ssania. Pielegniarki robily wszystko, uczyly nas roznych pozycji, rozbieraly go, wyciskaly mleko na jezyk itp. Zaproponowalam nakladki nie byly zachwycone ale mly zalapal wreszcie. Dopiero po miediacu zabawy z laktatorem i ogromnym zapaleniu piersi i spadku laktacji zrozumialam dlaczego nie byly fankami... Dzis mysle ze moglam byla zmiękczyc tr piersi jakos, cieple oklady i upuszczanie... Tak to miesiac trwalo odstawianie tych nakladek. Koniec koncow i tak kp do 4rz!
    Tym razem urodzilam w domu narodzin, z polozna ktora znala mnie od poczatku ciazy. Skora do skory na brzuchu od razu (przy starszym nie chcialam go miec nazakladanie szwu, teraz nie bylo potrzeby szwow nawet), slyszalam jak jedna polozna mowi: ojej sam znalazl piers, a ta moja : tak ale jeszcze nie zassal i ulozyla mu wargi az zassal. Tej samej nocy dalej skora do skory (starszak ubrany w korytku pierwszą noc w ogole nie budzil sie na ssanie), maly ssal 2 razy. Stwierdzilam ze jedt mistrzem ssania, potraktowalam go jak samodzielnego czterolatka. Polozna w domu szybko skorygowala, przypomniala mi pozycje typu futbolowka, nauczyla jak robic opatrunek z mojegi mleka, jak draznic brodawka nosek cey warge, zeby otwieral szerzej buzie i jak wymasowac zlogi wtrzkcie nawalu. Tak wiec idealnie. Ale w domu narodzin nie ma hospitalizacji wiec gdybym byla sama w nocy z niessącyn maluchem i nawalem, dalabyn radę?
  • born_to_sea 23.05.19, 21:52
    Gratulacje smile
    Napiszesz, czy porody w DN są we Francji refundowane? Ile czasu tam byłaś po porodzie?
  • amiralka 27.05.19, 10:18
    Dziękuję. Są refundowane w malym stopniu przez Securité Sociale, pozostala kwote pokrywa ubezpieczyciel prywatny tzw mutuelle, którą ma kazdy kto pracuje (lub jego czlonek rodziny). Jesli nie masz mutuelle albo jest tania i malo co pokrywa, to akurat w naszym dn (CALM, gdyby ktos szukal w Paryzu) jest fundusz solidarnosciowy, ktory moze pomoc uboższym parom.
    Ja urodzilam o 20h30, spedzilismy noc, ok 10h polozna mnie spionizowala (stracilam troche krwi i mialam bardzo niskie cisnienie po porodzie, stad czekanie do rana), dziecko mialo pierwsze badanie i o 11h 30 pedzilismy do starszaka.
    Generalnie zostaje sie 4h-12h ale to zalezy od pory urodzenia, bo jesli wieczorem i w nocy to wszyscy zostają na nocleg i sniadanie. Co bylo bardzo wygodne, zwlaszcza ze spisz z mężem (i dzieckiem) na lozku w kt rodzilas (czy w pokoju, bo chyba malo kto tam rodzi na lozkuwink w swojej pościeli.
    A teraz bemol, takich miejsc we Fr jest 7 czy 8, w tym 2 w terytoriach zamorskich, czyli kropla w morzu. I są one "eksperymentem" w najgorszym razie mogą zniknąć za 5 lat... czeka nas jeszcze dluga walka.
    A jak jest w Polsce z dn? Ktos sie orientuje?
  • katica1 28.05.19, 10:03
    We Wrocławiu nie ma domu narodzin.
    Tylko nieliczne położne przyjmują porody w domu, co oczywiście nie jest w najmniejszym stopniu refundowane.
  • kariatyda79 28.05.19, 14:47
    W Poznaniu podobnie sad
  • born_to_sea 20.07.19, 10:52
    W Polsce jest kilkanaście DN, ale nie znam ich lokalizacji (tu zaskoczenie, nie wiedziałam, że w takich wielkich miastach jak Wrocław i Poznań nie ma żadnego). Warszawa ma dwa - przyszpitalny na Żelaznej i prywatny w Łomiankach (ten był chyba pierwszy w Pl).
    W tych, które mają umowę z NFZ, nie płaci się za nic.
    Pierwsze dziecko udziłam w DN na Żelaznej i też mąż mógł do rana zostać i spać ze mną w łóżku - bardzo to fajne. Pokój połączony jest z łazienką (własną) i pomieszczeniem z wagą i resztą sprzętu do pomiaru noworodka. Są 2h skin-to-skin, potem ważenie i ubieranie, cały czas przy tacie (ja wtedy prysznic wzięłam). Mają zapasy jedzenia na noc zostawione - mnie położna przyniosła gorącą zupę warzywną, chociaż to środek nocy był (miałam ochotę ją ucałować za tę zupę).
    Jakieś 12h po porodzie zostałam przeniesiona na oddział położniczy, gdzie kierowane są również położnice "szpitalne". Wypis standardowo w 3 dobie, ale można na własne życzenie wcześniej.
  • born_to_sea 20.07.19, 10:55
    Za to porody domowe nie są refundowane, usługi położnej trzeba w pełni opłacić samemu
  • amiralka 20.07.19, 15:37
    Dzieki za info !
  • malinciaania 29.07.19, 10:08
    na szczęście nie miałam jakiś negatywnych doświadczeń w szpitalu z nauką karmienia - pielęgniarki pomogły mi nakarmić dziecko piersią, dawały mi świetne rady na temat karmienia, a jak zaczęłam mieć zapalenie piersi, to nie odstępowały mnie od łóżka. A przy domowych wizytach moja położna doradziła mi wybór laktatora, podarowała mi saszetki na laktację i ogólnie, to dobrze wspominam te wizytysmile

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka