Dodaj do ulubionych

szkolne ,,kwiatki''

23.01.14, 09:18
ja już nie wyrabiam z tymi anglistami po wyższych szkołach lansu i dansu :)

wczoraj mama 2-klasisty przyniosła mi sprawdzian do pokazania, ocena obniżona do 3+ ze względu na ,,zjedzenie'' a przed quarter (chłopiec napisał quarter to zamiast a quarter to ), co pani uznała za niepoprawne, nie tak dawno musiałam tłumaczyć gimnazjaliście, że nauczyciel nie miał racji z if I was/if I were, nie mówiąc już o robieniu sprawdzianów z samych tylko regułek nie popartych przykładami w 3 klasie podstawówki, gdzie dzieciaki nie mają pojęcia, co to jest podmiot (dowiedzą się tego w 4 klasie na polskim)

takich ,,kwiatków'' jest całe mnóstwo, często muszę tłumaczyć, że pani się pomyliła, pokazywać rodzicom przykłady w słownikach i udowadniać

spotykacie się z czymś takim? powstaje zgrzyt, bo np. dzieciaki mówią w klasie, że na lekcjach prywatnych miały taki, czy taki przykład w tekście, słuchaniu itp. i zrobienie sobie wroga z nauczyciela gotowe; rodzicom, którzy chcą chodzić wyjaśniać - odradzam, kto wie, czy to się jakoś nie odbije na dziecku w przyszłości (bo nauczyciele są różni, mściwi też)
Edytor zaawansowany
  • engteacherka 23.01.14, 09:20
    nie twierdzę, że jestem nieomylna, bo nikt nie wie wszystkiego, ale to z czym się borykam, to są podstawy podstaw...
  • there.there 23.01.14, 11:39
    W dobie niżu demograficznego na studiach i zatrudniania w szkołach po znajomości to o czym piszesz coraz częściej staje się normą.

    Moje kwiatki:
    - brak punktu za ułożenie zdania "My parents used to listen to rap music" - przecież to niemożliwe, że twoi dziecko rodzice słuchali rapu
    - mirror = miroł - potwierdzone przez dwóch 10-letnich świadków
    - sprawdziany pisemne ze... speakingu w jednym z liceów

    Było tego więcej, ale to pamiętam najlepiej. I również nie uważam się za nieomylnego, ale są pewne granice żenady:) Tez do konca nie wiem jak reagować na takie rewelacje. Póki co staram się nie pogrążac szkolnych nauczycieli i tłumaczę uczniom a to że może pani ma amerykanską wymowe, albo że w klasie musi dodatkowo zmagać się z dyscypliną i w tych warunkach uczyć jest trudniej. Łatwo jest oceniać z zewnątrz, gdy w publicznej szkole uczyło się tylko kilka tygodni w ramach praktyk jak w moim przypadku.
  • engteacherka 23.01.14, 12:26
    pamiętam starszego pana metodyka ze studiów, bardzo mądrego człowieka, który nam powtarzał, że każdą wątpliwość należy zawsze rozpatrywać na korzyść ucznia, nie upierać się i nie przekonywać do swoich racji, jeśli nie jesteśmy w 100% pewni swego
  • ponurra_kurra 23.01.14, 17:36
    No tak, kwiatki się zdarzają, tyle, że czasem to sami uczniowie coś źle przepiszą, a czasem po prostu nauczyciel zawali.... Ale - mam jedną świętą zasadę - NIGDY w takiej sytuacji nie podważam autorytetu nauczyciela, staram się wybrnąć coś na zasadzie jak pisał there.there. Może 'skażona' jestem wieloletnim uczeniem w szkołach państwowych i wiem, w jakich warunkach nieraz muszą pracować nauczyciele, a może po prostu pozostały mi resztki przyzwoitości i nie sprawia mi absolutnie żadnej satysfakcji wytykanie błędów nauczycielskich moim uczniom czy ich rodzicom. W każdym razie, uważam takie zachowanie za totalnie nieprofesjonalne.
  • engteacherka 23.01.14, 22:46
    z reguły dzieciakom nie wierzę, jeśli nie widzę czarno na białym
  • claratrueba 23.01.14, 18:39
    Kwiatkiem, którego dowód rzeczowy mam jest rozprawka mojego syna przeciwko karze śmierci, gdzie pani poprawiła cytaty (ujęte w cudzysłów więc wątpliwości być nie mogło).Np. "Never shall I accept.." zostało "poprawione" na "I will never accept..." a autorowi cytowanej wypowiedzi tytuł "Justice" (taki mają sędziwie SCOTUS) na "Judge".
    Generalnie po owych "poprawkach" z wypowiedzi, której niejeden jurysta by się nie powstydził wyszedł bełkot ignoranta.
    Nie pozostawiłam tego bez reakcji, tyle, że z mojej rozmowy z ową panią wynikło tylko jej głębokie przekonanie, że to ja mu napisałam ową pracę bo cyt:" przecież niemożliwe, żeby gimnazjalista.. (..) bo ja mam dziecko w tym wieku to wiem jakie są ich możliwości". Czego nie skomentowałam.
    Z "kwiatków", które są dziełem absolwentów miejscowej Wyższej szkoły Zawodówki najbardziej podoba mi się Łolfgang Amadeus MoZart oraz przetłumaczenie tytułu "Wish you were here" jako "szkoda, że tu byłeś".
  • anglofil 23.01.14, 19:32
    Było powiedzieć, że możliwości sa widocznie dziedziczne.....
  • amused.to.death 23.01.14, 20:26
    Ja nigdy nie jestem pewna czy to wina nauczyciela czy uczeń źle zapisał, bo nieodmiennie dziwi mnie brak umiejętności przepisania czegoś z tablicy lub nieumiejętność przeczytania tego co jest napisane - i nie mówię tu o błędach wymowy.
  • jakiloginwziac 23.01.14, 20:47
    Ja czasem na korepetycjach zaglądam do pustych ćwiczeń i pytając co robili całą lekcję słyszę np. "Pani krzyczała na kolegę". Albo: "Oglądaliśmy film. Z napisami."
    Jako nauczyciel szkolny naturalnie spotkałam się ze nieufnością. Raz ośmiolatek przekazał mi, że jego tata powiedział, że wprowadzam dzieci w błąd, bo "raz, dwa, trzy" to nie liczebniki, bo liczebniki to "pierwsze, drugi, trzeci". Naturalnie przy dzieciach tak czy inaczej nie mówiłam o "liczebnikach", wspomniałam o nich tylko w wiadomości do rodziców. Dlatego jak na lekcjach prywatnych ktoś wspomina o nudnych lekcjach szkolnych i błędach nauczycieli, to dzielę to przez osiem.
  • engteacherka 23.01.14, 22:36
    a jak coś zostało przez nauczyciela na czerwono ,,poprawione''?

    nie o fantazji dziecięcej tu mówię, tylko o przykładach, które widziałam na własne oczy
  • claratrueba 24.01.14, 05:59
    W takiej syt. nie mam żadnych oporów by ignorancję nauczyciela nazwać ignorancją. Sorry, ale moich wpadek nikt krył nie będzie, żadna Karta Nauczyciela nie ochroni mnie jak zacznę źle uczyć. Nie zamierzam też robić z siebie idiotki kryjąc czyjeś niedouczenie. Trawestując powiedzenie Piłsudskiego "reputacja jest jak dziura w d..pie, każdy ma swoją". To niech o nią dba. Już samo istnienie nas- prywatnych nauczycieli jest dowodem, że szkoła coś zawala. I wszystkie te opowieści "jak to w szkole się nie da nauczyć TAAAKIEJ młodzieży" to jest pokrywanie własnych braków kompetencji. W Niemczech się da? W Norwegii się da? W Rosji się da? Jakaś młodzież inna tam jest?
    Ja jestem z pokolenia, w którym korepetycje były rzadkością. I dotyczyły albo tych, którzy chcieli nauczyć się więcej niż program szkolny zakładał albo bardzo mało zdolnych. Teraz nie uzupełniam szkoły tylko ją zastępuję. I jeszcze mam udawać, że to jest OK, że ktoś po prostu nie nadaje się do swojej pracy?
  • engteacherka 24.01.14, 07:58
    zarówno moja mama jak i babcia były nauczycielkami; jak to się stało, że kiedyś 2-letnie studium nauczycielskie przygotowywało do pracy lepiej niż dzisiejsze 5-letnie studia? Inspektor też w czasach wczesnej komuny patrzył nauczycielom na ręce a nie w papiery, codziennie można było się spodziewać wizyty na lekcji ( a nie zapowiedzianej hospitacji), więc każda lekcja, to musiała być perełka
    ...to i korepetycje nie były potrzebne

    ja nigdy nie korzystałam z korepetycji, ale miałam niesamowite samozaparcie, do poziomu pre-int nauczyłam się angielskiego sama
  • claratrueba 24.01.14, 09:17
    engteacherka napisała:

    > zarówno moja mama jak i babcia były nauczycielkami; j

    Tośmy obie genetycznie obciążone, ja po babci i dziadku (jeszcze przedwojenni nauczyciele).
    Powiem Ci, co moim zdaniem jest problemem. Nie wiedza (dobry nauczyciel uzupełnia ja całe życie) a osobowość czyli charakter. Trzeba chcieć nauczyć a nie tylko uczyć. Trzeba czuć się odpowiedzialnym za nauczenie , chcieć szukać metod skutecznych a nie tylko wygodnych czy wyuczonych.
    Pamiętam jak sprawdzając klasówki swoich uczniów mój dziadek- matematyk zadawał babci-łacinniczce pytanie "co JA robię nie tak, połowa klasy napisała fatalnie". Nie tak typowe obecnie narzekania, że głąby się trafiły.
    Inne mam jeszcze wspomnienie: dziadek opowiadający o swojej niefortunnej skardze na zachowanie klasy i reakcję dyrektora: "Panie kolego, zadaniem naszym jest radzić sobie z młodzieżą. Dla takich, którzy sobie nie radzą są inne zawody". No i nauczył się sobie radzić.
    To jest zawód specyficzny, trudny, dla ludzi o silnym charakterze, zdolnościach przywódczych, o żądzy wiedzy (jak się jej nie ma to się jej nie da uczniom) a zadaje się, że rzadko przez takich wybierany. Znacznie częściej przez takich, których kuszą długie wakacje, ferie, krótki wymiar obowiązkowej obecności w pracy. Potem, kiedy okazuje się, że to praca przerastająca ich osobowość zaczyna się problem. Zniechęcenia, odwalania, nudziarstwa i zwalania na program, młodzież, rodziców i Bóg wie co jeszcze.
  • engteacherka 24.01.14, 09:51
    otóż to
    zawsze raziły mnie w szkołach teksty typu: nie dosyć, że tumany, gamonie i jeszcze lenie

    co do cech, to jeszcze specyficzna mieszanka wyrozumiałości i stanowczości się przydaje :)
  • engteacherka 24.01.14, 09:51
    ,,to jeszcze'' miało być ))
  • claratrueba 24.01.14, 10:02
    Wyrozumiałość- tak, jako zrozumienie dla słabości umysłu (zdolności) nie dla słabości charakteru- lenistwa, skłonności do odpuszczania sobie bo trudne.
    No i cierpliwość. Tego trzeba dużo.
    Ale powiem Ci, co jeszcze pomaga, choć generalnie to potępiana cecha- próżność. Jako potrzeba wyróżniania się- "inni nie dają rady z tym osobnikiem/materiałem a ja tak".
    No ale to jest generalnie cecha napędowa sukcesu w każdej dziedzinie. Cecha w Polsce potępiana, tu raczej wychowuje się w duchu skromności. Co przekłada się na nędzną liczbę sukcesów i ludzi sukcesu.
  • yoka1 24.01.14, 10:02
    a ja myślę, że aby móc na ten temat się wypowiadać, to trzeba jakiś czas przepracować w zwykłej szkole.
    Ktoś, kto nigdy nie pracował, niestety niewiele wie i mówię to z doświadczenia. Gdy żyłam z korepetycji i kursów w szk.jęz. też podobnie się bulwersowałam. Po czym znalazłam zatrudnienie w szkole i pracowałam na każdym szczeblu edukacji od podst po szkoły ponadgimnazjalne, no i perspektywa mi się poszerzyła.
    I mogę tylko powiedzieć, że zdarzyło mi się usłyszeć od ucznia, że niepotrzebnie z nimi to tyle wałkuję, oni chodzą na korki to pan/i na tych prywatnych lekcjach jeszcze raz im to wytłumaczy;(
    I którzy uczniowie najwięcej się nauczyli w zwykłej szkole? A no ci, którzy nie mieli owych korepetycji, a więc i nie mieli wyjścia, jak słuchać, dopytywać i jak najwięcej wynieść z lekcji.
  • claratrueba 24.01.14, 10:24
    Ja pracowałam w szkole, zresztą bardzo złej (liceum do kŧórego trafiali wywaleni z innych szkół). Ale to było jeszcze wtedy, kiedy nauczycieli angielskiego brakowało (miałam dwa etaty + kilka godzin) i korepetycje i kursy były niezbyt dostępne.
    Teraz zrobiło się błędne koło (nam kasę napędza to nie narzekajmy): w szkole można uczyć słabo, bo korepetytor wyprostuje (a dobrze zdany egzamin napędzi chwały nauczycielowi szkolnemu). Z drugiej strony ci, którzy mają korepetycje potrafią nieźle rozwalić lekcje, bo oni uważać nie muszą.
    jest to problem, nie przeczę. Ale: w klasie mojego syna w liceum większość osób (w tym on) zrezygnowało z korepetycji, gdy poziom nauczania okazał się bardzo wysoki. Korki brało nadal raptem 3 osoby z 22. Wyraźnie słabsze, nie nadążające.
  • engteacherka 24.01.14, 10:26
    pracowałam w państwowych szkołach, w różnych grupach wiekowych przez 10 lat (uczyłam nie tylko angielskiego), znam to środowisko z autopsji i opowieści mamy i babci
    są nauczyciele bardzo dobrzy i bardzo marni, a ostatnio obserwuję zwiększenie liczby tych, którym się zwyczajnie nie chce
  • claratrueba 24.01.14, 10:37
    a ostatnio obserwuję zwiększenie l
    > iczby tych, którym się zwyczajnie nie chce

    Wiesz co, ja pracuję również (w sumie głównie) w środowisku prawniczym, współpracuję też z kilkoma firmami produkcyjnymi, handlowymi.
    Obserwuję zwiekszenie liczby tych, którym sie zwyczajnie nie chce. Cecha charakterystyczna- młody wiek. Coś z wychowaniem części obecnych dwudziestoparo- , trzydziestolatków było mocno nie tak.
  • yoka1 24.01.14, 10:44

    > Obserwuję zwiekszenie liczby tych, którym sie zwyczajnie nie chce. Cecha charak
    > terystyczna- młody wiek. Coś z wychowaniem części obecnych dwudziestoparo- , tr
    > zydziestolatków było mocno nie tak.

    otóż to. młodym się zwyczajnie nie chce, a starzy i tak mają etat zapewniony do emerytury i mają dyplomowanie, wyżej się nie da, więc nie ma po co się wysilać.
  • amused.to.death 24.01.14, 12:57
    > Obserwuję zwiekszenie liczby tych, którym sie zwyczajnie nie chce. Cecha charak
    > terystyczna- młody wiek. Coś z wychowaniem części obecnych dwudziestoparo- , tr
    > zydziestolatków było mocno nie tak.

    na forum Oszczędzanie jest właśnie wątek świetnie ilustrujący to o czym piszesz:
    forum.gazeta.pl/forum/w,20012,149101154,149101154,oszczedzanie_siebie.html
    ale ja bym powiedziała, że tych 'zmęczonych' zawsze jest zdecydowanie więcej i nie wiem czy to się zmienia na przestrzeni lat czy nie - raczej kwestia na kogo akurat trafisz:)
  • claratrueba 24.01.14, 13:53
    ale ja bym powiedziała, że tych 'zmęczonych' zawsze jest zdecydowanie więcej i nie wiem czy to się zmienia na przestrzeni lat czy nie - raczej kwestia na kogo akurat trafisz:)

    To pewnie prawda. Ale wiesz, co się zmieniło? To, że kiedy zaczynałam pracę w szkole, w 1992 roku to te zmęczone, narzekające, sfrustrowane, starające się Boże broń nie przepracować to były osoby ok. 50tki. My- młodzi nie byliśmy tacy (choć nie wykluczam, że ktoś był ale wstydził się narzekać).
    Teraz właśnie młode osoby zachowują się tak jak wówczas prawie emeryci (lub emeryci, bo po 25 latach pracy w szkolnictwie emerytura przysługiwała). A wśród nas, prawie (lub już) 50 latków taka postawa jest rzadkością. Może dlatego, że my naprawdę boimy się stracić pracę czy stracić klientów bo wiemy jakie mamy szanse zaczynać od nowa? A może (teoria mojej mamy) zbyt dobrze pamiętamy beznadziejność komuny by cieszyć się z tego co jest teraz?
  • yoka1 24.01.14, 10:42
    oczywiście, problem jest złożony i nie jest tak, że tak samo wygląda to wszędzie i w każdej szkole.
    Chcę też zauważyć, że obecnie rynek korepetycji też wiele pozostawia do życzenia. Udzielają ich wszyscy, bo przecież każdy teraz "zna" angielski. Spotkałam osoby, które udzielają korepetycji za 10-15zł/godz na podstawie tego, że ...byli 4-6 miesięcy w UK i coś tam robili. Na moje pytanie, jakie mają kwalifikacje, usłyszałam, że do tego nie trzeba żadnych kwalifikacji, bo zna angielski...haha

    To samo w szkołach.
    Pracują ci super i ci byle jacy, którzy coś tam zaocznie w szkole wyższej gwizdania pokończyli lub przekwalifikowali się i nie są ambitni, liczy się dla nich to, że utrzymali etat, a nie to, czy potrafią uczyć i czy faktycznie znają język.
    Przykład taki obserwuję właśnie w znanej mi szkole. Skarga, goni skargę, a nauczyciel dalej "uczy" ang
  • claratrueba 24.01.14, 10:52
    To jest chyba problem niecenienia prawdziwej wiedzy przez Polaków. Lepiej kasę zaoszczędzić kosztem jakości nauki dziecka niż faktycznie dać mu szansę dobrej nauki.
    W szkole jest problem zamiatania problemu, skarg rodziców pod dywan, bo weźmie korki i szkoła w rankingu będzie i tak wysoko. Więc toleruje się nauczycieli bardzo słabych. CO Z KOLEI DEMORALIZUJE MŁODZIEŻ- uczy postawy olewania swojej pracy. I "psuje" nauczycieli ambitnych lub skłania ich do odejścia ze szkoły- tak było ze mną. Nie wytrzymałam znoszenia towarzystwa obiboków, a także ich złośliwości. Niby po co? Taki biolog to może bez etatu nie wyżyje ale ja mogłam. Bez zrywania kontaktu z uczeniem, z młodzieżą, co zawsze lubiłam.
  • communicativemethodsucks 24.01.14, 15:16
    No cóż. Widziałem ogłoszenie - mam gdzieś zapisane, ale nie chcę deprecjonować autorki - z prośbą o przygotowanie do egzaminu CAE, absolwentki kolegium nauczycielskiego.
    Tak to jest. I to nie chodziło bynajmniej o "principles: nominalisation, passivisation, end-weight, given-new" ; tylko o przerobienie ambitnego podręcznika do CAE (Expert).

    Aha, to nie była państwowa szkoła, na szczęście.


    --
    _______________________________________________________________________________
    Learning is about making mistakes and knowing them to be mistakes. In fact, we cannot say 'a mistake' unless we have learnt something.
  • baba67 24.01.14, 16:29
    Wierze Ci,

    Ale tak na marginesie-Twoje popisy sa tu niestrawne Rozumiem ze musisz sie jakos lansowac zeby zdobywac klientow, ale tu obawiam sie mija to sie celem.
    --
    Śmiech to jest poważna sprawa.
    Gogol
  • communicativemethodsucks 29.01.14, 08:20
    baba67 napisała:

    > Wierze Ci,
    >
    > Ale tak na marginesie-Twoje popisy sa tu niestrawne Rozumiem ze musisz sie jak
    > os lansowac zeby zdobywac klientow, ale tu obawiam sie mija to sie celem.

    A jak mogę się lansować (nie ważne czy po to żeby zdobywać klientów, czy z jakiegokolwiek innego powodu) będąc anonimowym uczestnikiem forum dla nauczycieli? Ta wypowiedź, obawiam się, mija się z celem.

  • baba67 29.01.14, 12:02
    No wlasnie. To po co tu ogon rozwijasz?
    --
    Śmiech to jest poważna sprawa.
    Gogol
  • communicativemethodsucks 30.01.14, 15:41
    baba67 napisała:

    > No wlasnie. To po co tu ogon rozwijasz?

    Bo nie można pozostawić insynuacji, nawet bezsensownych bez odpowiedzi.
    Tylko i wyłącznie dlatego.
  • ponurra_kurra 24.01.14, 16:58
    Amen;)
  • ponurra_kurra 24.01.14, 17:00
    To miała być odpowiedź do tego:)

    > a ja myślę, że aby móc na ten temat się wypowiadać, to trzeba jakiś czas przepr
    > acować w zwykłej szkole.
    > Ktoś, kto nigdy nie pracował, niestety niewiele wie i mówię to z doświadczenia.
    > Gdy żyłam z korepetycji i kursów w szk.jęz. też podobnie się bulwersowałam. Po
    > czym znalazłam zatrudnienie w szkole i pracowałam na każdym szczeblu edukacji
    > od podst po szkoły ponadgimnazjalne, no i perspektywa mi się poszerzyła.
    > I mogę tylko powiedzieć, że zdarzyło mi się usłyszeć od ucznia, że niepotrzebni
    > e z nimi to tyle wałkuję, oni chodzą na korki to pan/i na tych prywatnych lekcj
    > ach jeszcze raz im to wytłumaczy;(
    > I którzy uczniowie najwięcej się nauczyli w zwykłej szkole? A no ci, którzy nie
    > mieli owych korepetycji, a więc i nie mieli wyjścia, jak słuchać, dopytywać i
    > jak najwięcej wynieść z lekcji.
  • anglofil 25.01.14, 11:29
    Nie znam się, ale dla mnie opisane powyżej są nie tylko przejawy niedokształcenia ale też przerażającej ciasnoty umysłowej, która zresztą mnie jakoś nie dziwi, wszak szkoła nie tylko wychowuje, ale i reprezentuje społeczeństwo.
  • engteacherka 25.01.14, 13:33
    Mnie w szkole państwowej najbardziej uwierało to, że o jakości nauczyciela świadczył tylko i wyłącznie porządek w papierach, nikogo nie obchodziło, jak ktoś naprawdę uczy i co robi na lekcji, jeśli tylko data w planie pracy zgadzała się z datą w dzienniku - wszystko było ok., uczenie, by nauczyć w tym wszystkim było najmniej ważne

    kiedy zlikwidowali placówkę, w której uczyłam, zdecydowałam, że kończę ze szkołą państwową
  • ponurra_kurra 25.01.14, 18:33
    Bo w szkole państwowej to właśnie najbardziej o papiery chodzi, a nie o uczenie, i nie jest to bynajmniej wina nauczycieli. Odbija się to oczywiście na jakości pracy i cierpi na tym uczeń. Poza tym, mam wrażenie, że w dobie niżu demograficznego i obaw związanych z możliwą utratą pracy, nauczycieli opanował idiotyczny wyścig szczurów (obserwacje z podwórka mojego niegdysiejszego liceum) i prześcigują się w wymyślaniu niejednokrotnie idiotycznych projektów, coby się 'wykazać' przed dyrekcją, zaś prawdziwa dydaktyka leży odłogiem, gdyż z braku czasu uczą na 'odwal się'.
  • kociamama 15.03.14, 09:44
    Nie generalizowałabym - wszystko zależy od placówki i dyrektora/ki. Ja miałam cudną dyrekcję, która doceniała moją pracę, a mój burdel w papierach uchodził mi jakoś.
  • kociamama 15.03.14, 09:41
    Zgadzam się z Clarą.

    W szkole da się uczyć. Ja pracowałam w zwykłym gimnazjum rejonowym, choć nie powiem, dzieciaki były mądre i nie było dużo tzw. "patologii". NIe chcę się wypowiadać autorytarnie, bo choć miałam do czynienia z tkz. "trudnymi", to raczej na skalę mikro. Nie wiem, jak to jest pracować z calkowicie "trudnymi" klasami.

    Z drugiej strony, może nie ma całkowicie "trudnych" klas? Jak dzieciaki są trochę wolne, bo mają zaległości, to przecież można napisać odpowiedni program.

    Ja miałam super nauczycielki - taką byłam farciarą i tylko 2, jedną w podst. jedną w lic. "Nauczyłam" się mówić w szkole, przed pierwszym wyjazdem zagranicę, dlatego wiem, że można się nauczyć wiele w szkole, bez założenia, że tylko na anglistyce jest to możliwe, albo tylko jeśli się wyjedzie zagranicę.

    Jednakże osoby, które same dopiero na studiach zaczęły się rozwijać językowo, a ten rozwój czasem może być, hmmm, taki sobie - nie wyobrażają sobie, że w szkole można się języka poduczyć porządnie. no i taka zasada - im kto mniej pewnie się czuje w języku, tym surowiej ocenia.

    Nie lubię jednak biadolenia na nauczycielki ze szkół państwowych. Są dobrzy i źli nauczyciele i szkolni i prywatni.
  • ioreta 26.01.14, 14:39
    Bardzo ciekawa rozmowa.
    Niektórzy z Was biorą poprawkę na to, że uczniowie mogą coś przekręcić, źle przepisać i uparcie wmawiają korepetytorom i rodzicom, że pani tak mówiła. Mój przykład: uczennica twierdzi, że pani w szkole uczyła, że enough wymawia się: inał czy jakoś tak. Nie wiem tego, nie jestem w stanie sprawdzić. Mogę jej wierzyć na słowo, ale nie muszę, bo to nie ma znaczenia. Mogę tylko powiedzieć, jak się prawidłowo wymawia i tyle. Dziecko z przedszkola, albo z wczesnych klas podstawówki przychodzi i uparcie powtarza jakieś słówko źle przez nią wymawiane (nie pamiętam akurat jakie). Gdy pytam, kto jej tego nauczył, twierdzi, że pani w przedszkolu/szkole. Też tego nie wiem, dzieci zapamiętują czasami inaczej, na zajęciach nawet jak powtarzamy to 20 razy to czasami nadal przekręcają wymowę i tak to zapamiętują.
    Bardzo popularne jest też jechanie po nauczycielach ze szkół publicznych w takich przypadkach:
    - w szkole to wie pani, jaki jest poziom. No jak oni mogą Bugsy przerabiać w III klasie, jak to jest książka dla przedszkoli (true story)
    - jak to, dziecko uczy się od 3. roku życia, teraz jest w II klasie i znowu te kolory (true story)
    - pani to na pewno się na niego uwzięła, a jak pytam się o podstawowe słowa, np. co oznacza make, do, go to nie wie (true story, poziom gimnazjum)
    Z drugiej strony doświadczenia w szkole nie mam, oprócz miesięcznych praktyk, ale trochę wiem, jak sytuacja wygląda. Jeden chłopak od razu powiedział, że on tego pisał nie będzie, po co ma robić zadanie, jak i tak pan korepetytor mu to wytłumaczy. Więc zajęcia rozwala, tak jak pisał to ktoś wcześniej. Drugi chłopak przychodzi z zadaniami zrobionymi do przodu na korepetycjach, nie da się go potraktować nawet jako fast finisher.
    Sprawa jest trudna, świat stanął na głowie, tym bardziej szkoła.
    Ja nie mówię, że jestem nieomylna, nawet w swoich notatkach po polsku popełniam błędy, literówki, a później po jakimś czasie, gdy to czytam, sama się dziwię, jakie głupoty napisałam :D Nikt z nas nie jest chodzącą wikipedią (chociaż w wikipedii też znajdziemy błędy), ale ważne jest, żeby uczyć dzieci, gdzie mogą sprawdzić podaną im wiedzę, a nawet jak mogą ją sami (bez nauczyciela) zdobyć.

    _____
    www.angielskidlakazdego.blox.pl
  • engteacherka 28.02.14, 12:40
    szkolnych kwiatków nauczycielskich ciąg dalszy:
    1. kl V SP an MP3 - skreślone na czerwono poprawione na ''a MP3" (pod spodem wyjaśnienie nauczyciela tej treści: ,,przypomnij sobie, jakie litery są spółgłoskami '') :) :)

    2. He will famous in future ( tym razem gimnazjum, dziewczyna uczy się, że jest he will be dla siebie, a na potrzeby sprawdzianów bez ,,be'')
  • ioreta 01.03.14, 22:11
    He will famous in future? Ale jak to? A ten nauczyciel/nauczycielka nie ma klucza odpowiedzi, książki nauczyciela itd.? Nikt do tej pory jej nie uświadomił? Często bardziej rozgarnięci gimnazjaliści sami poprawiają nauczyciela :D

    Natomiast co do MP3 - dobry przykład, chociaż szczerze nigdy się nad nim nie zastanawiałam. Ciekawe, co ta pani powiedziałaby na "an hour" (przecież h to spółgłoska), "an F-16" itd. A może to nauczyciele uczą zbyt sztywno tych reguł - przed samogłoskami "an", a przed spółgłoskami "a" i tyle? Może warto zwrócić uwagę na wyjątki?

    A powiedzcie mi, bo tak się zastanawiam - czy zgodzicie się ze stwierdzeniem, że tylko I, he, she, it to osoby liczby pojedynczej, natomiast you to gramatycznie już liczba mnoga. Zgodzicie się?
    _____
    www.angielskidlakazdego.blox.pl
  • chinwag 02.03.14, 22:41
    > A może to nauczyciele uczą zbyt sztywno tych reguł - przed samogłoskami "an", a przed
    > spółgłoskami "a" i tyle? Może warto zwrócić uwagę na wyjątki?

    Jakie wyjątki masz na myśli?
  • ioreta 03.03.14, 00:11
    No właśnie takie - "an hour", "an MP3", "an F-16" itd.
    _____
    www.angielskidlakazdego.blox.pl
  • claratrueba 03.03.14, 09:18
    Jakie wyjątki masz na myśli?

    Nie do końca wyjątki, bo czy "a" czy "an" to decyduje wymowa nie pisownia. Dlatego "a horse" i "an hour" oraz "a universal solution" i "an unnaceptable offer".
    Sztywne stosowanie "a' lub "an" bez uwzględnienia wymowy świadczy po prostu o braku rzeczywistego kontaktu nauczyciela z językiem. Kontakt z podręcznikiem to trochę mało.
    Tu zresztą pojawia się problem na etapie np. matury rozszerzonej, kiedy teksty zawierają jak najbardziej intencjonalnie zmieniony szyk zdania, zgodny z literacką tradycją jakiegoś sformułowania, a bezwiednie powielający je uczeń jest poprawiany.
    Bo nauczycielowi literatura w języku angielskim jest obca. To i obce jest, wcale nierzadkie, "but the answer came there none".
  • aga.p.p 03.03.14, 09:35
    Nauczyciel powinien wiedzieć, że samogłoska i spółgłoska to, jak sama nazwa mówi, głoska, czyli dźwięk. Tutaj wychodzą naleciałości z polskiego, gdzie uczy się dzieci rozróżniać samo- i spółgłoski po literach; w angielskim absolutnie nie powinno się tego robić. MP3 i F-16 zaczynają się od samogłosek (em, ef), tutaj nie ma mowy o jakichkolwiek wyjątkach.

  • aga.p.p 03.03.14, 09:36
    Zainterweniowałabym. Przecież taka nauka jest całkowicie bez sensu. Dzieciak się wysypie przy pierwszym lepszym egzaminie.
  • claratrueba 03.03.14, 10:16
    aga.p.p napisała:

    > Zainterweniowałabym. Przecież taka nauka jest całkowicie bez sensu. Dzieciak si
    > ę wysypie przy pierwszym lepszym egzaminie.

    Otóż zależność między wynikami egzaminów a jakością nauczyciela szkolnego jest czasem dziwna "im (w szkole) gorzej, tym lepiej". Wszak od czegoś jesteśmy my.
    Tu szkoła przypomina skecz z Monty Pythona: człowiek "strzela" z parasola, tymczasem z krzaków z dubeltówki strzela ktoś zupełnie inny, "parasolowy strzelec" dostaje nagrodę. Przy czym czy nagradzający wie o tym, kto faktycznie ustrzelił tę kaczkę, to sie nie wyjaśnia. I tu jest różnica. Bo szkoła na ogół doskonale wie kto zawdzięcza swoje wyniki nauczycielowi szkolnemu a kto prywatnym lekcjom/kursom/pracy rodziców.
    W moim mieście od kilkunastu (!) lat legendą jest pan P., którego lekcje nie mają nic wspólnego z nauka języka. Interwencje były, szczególnie kiedy Smoleńsk stał się tematem lekcji, po polsku. Tu ów pan osamotniony nie jest- mamy też polonistę i historyka (rysujących na tablicy trajektorie lotu oraz pancerną brzozę). Wszyscy są nie do ruszenia bo... ich klasy mają ponadprzeciętne wyniki egzaminów, są w nich uczniowie z nagrodami w konkursach. Bo światli rodzice płacą ciężkie pieniądze korepetytorom lub sami z dziećmi siedzą wiedząc, co oferuje szkoła. A interwencja u nauczyciela jest całkowicie bezskuteczna bo wypiera się albo obwinia klasę, że go wciąga w takie tematy a on, biedaczysko, nie potrafi się oprzeć. Interwencja u dyrektora rzadko jest zmasowanym atakiem wszystkich rodziców, zwykle część tak się boi, że ich dziecku stanie sie krzywda ze strony atakowanego, że pokornie akceptuje nędzę zajęć. Ale zdarza się, że rodzice podejmują działania. I dyrekcja przedstawia TWARDE DANE- WYNIKI EGZAMINÓW przeciwko miękkim słowom rodziców. Nawet wyrażając współczucie i jakieś "ja to wszystko wiem ale nic nie mogę wobec tych dokumentów". Po stronie nauczyciela, którego rodzice chcą przywołać do porządku lub zmienić staje murem (choć zdarzają sie wyrwy) reszta grona pedagogicznego. By nie tworzyć precedensu, że rodzic ma coś do powiedzenia.
    Kopanie się z koniem,
  • aga.p.p 03.03.14, 10:42
    To jest horror jakiś. Zwłaszcza z punktu widzenia dziecka - załamałabym się, gdybym musiała zakuwać idiotyzmy wyłącznie na użytek nauczyciela. Bo głównie o tym mówię. Zbaczanie z tematu jeszcze można przeżyć (chociaż to też marnowanie czasu), ale mówimy o braku wiedzy niezbędnej do wykonywania zawodu. Tolerowanie czegoś takiego kompletnie nie mieści mi się w głowie.
  • claratrueba 03.03.14, 11:19
    aga.p.p napisała:

    > To jest horror jakiś. Zwłaszcza z punktu widzenia dziecka - załamałabym się, gd
    > ybym musiała zakuwać idiotyzmy wyłącznie na użytek nauczyciela.

    A ja, wiesz, widzę w tym sporą dawkę bardzo przydatnej wiedzy życiowej- dziecko przekonuje się, że niekoniecznie ten, kto ma władzę, ma również rację. Że świat sprawiedliwy to może jest u Disneya a tu jest taki, jaki jest. Uczy się również nieprzyjmowania kogoś z określonym tytułem jako autorytetu, uczy się autorytetu szukać. I wiedzy szukać.
    Oczywiście wymaga to określonej postawy rodziców, którą na pewno nie powinno być traktowanie oceny każdego nauczyciela jako wykładnika rzeczywistych umiejętności ich dziecka i pasjonowanie się wysokością oceny.
    Z punktu widzenia przygotowania do funkcjonowania we współczesnym społeczeństwie polskim, szkoła wywiązuje się ze swego zadania znakomicie.
  • anglofil 03.03.14, 19:50
    uhahahaha, szkoda tylko, że szanse na taką meta naukę mają uczniowie szkół dobrych, pochodzący z klasy średniej, a inni odpadają z gry w przedbiegach - no ale tu też mamy realia społeczeństwa polskiego. Dlaczego nie interweniujecie? Ja dzieci nie uczę, ale pamiętam swoje zdziwienie jak zobaczyłam w planie lekcji w szkole prywatnej (o dobrej opinii) topic: A Christmas. Uznałam to za przejęzyczenie bo byłam przekonana, że ludzie po anglistyce to nie tylko znają wszelkie możliwe szyki zdania ale potrafią jeszcze prześledzić ich historię do kilku stuleci wstecz. A tu bęc. A swoją drogą, jaki ma być poziom w szkole skoro co drugi znany mi "filolog filolog anglista z mgr" ma manierę typu "to be honest, nie znoszę faceta" - jakby trzeba się było chwalić znajomością języka na poziomie intermediate. Jakby mieli zero szacunku dla języka - ani do polskiego ani do angielskiego. Albo "my daughter is sulking today" - WTF, nie znasz słowa nabarmuszony, nadąsany - chciałoby się powiedzieć. Tłumacze tego nie robią. A i język znają lepiej ;)
  • claratrueba 04.03.14, 08:20
    Anglofil,
    ludzie po anglistyce z mojej miejscowej Państwowej Wyższej Szkole Zawodówce to są ludzie, którzy by się tam dostać mogli mieć 35% (słownie trzydzieści pięć procent) z rozszerzonej matury z ang. i resztę "byle zdaną". Miewam z nimi korepetycje na 2-3 roku, np. z Present Perfect czy w ogóle z czasów. To są ludzie, którzy zgłaszają się, żeby im pisać prace licencjackie i nie rozumieją dlaczego spotykają ich z mojej strony takie słowa jakie słyszą. Potem zostają nauczycielami.
    Natomiast co do nierówności szans z klasą średnią. To nie jest tak, że to szkoła wyrównuje te szanse- tak nigdy i nigdzie nie było, to jest pobożne życzenie. Z którym w latach 70. rozprawił się Ivan Illich w "Deschooling society" - polecam by przekonać się, że nic się nie zmieniło. Uczyłam i nadal uczę dzieci z domów, które klasą średnią nie są ale maja prawdziwe aspiracje by dzieci do takiej należały. czasem to są domy niezamożne ale na edukację dzieci pieniądze są, są na książki, a co najważniejsze- rodzice poświęcają swój czas by dzieci dopilnować, naprawdę interesują się ich postępami. Te dzieci nie odpadają w przedbiegach, są bardzo ambitne, pracowite. Mają pełną świadomość, że szkoła to jakiś dodatek do rzeczywistego zdobywania wiedzy. Zresztą, znam ich późniejsze sukcesy.
    Jednocześnie mam wokół siebie milionerów bo mieszkam w dawnej wsi, która stała się dzielnicą, gdzie cena metra kwadratowego ziemi to 300 zł. I to jest żaden rynek korepetycji, za to świetny rynek playstation, quadów i innych pierdelexów. A szkoła.. szkoda gadać.
    Klasa średnia prawdziwa to "chów wsobny" nie z powodu zamożności, a z powodu świadomości ważności edukacji oraz wyniesionego z domu kapitału kulturowego. I wcale mnie to nie martwi, raczej martwi mnie, że rośnie nam pseudo-klasa średnia, o horyzontach umysłowych i potrzebach innych niż materialne niewielkich.
  • aga.p.p 11.03.14, 10:59
    > A ja, wiesz, widzę w tym sporą dawkę bardzo przydatnej wiedzy życiowej- dziecko
    > przekonuje się, że niekoniecznie ten, kto ma władzę, ma również rację.

    Smarkiem będąc bardzo się w takich sytuacjach buntowałam. Tak, wiem, czasami się nie przeskoczy, ale zdecydowanie odmawiam uczenia dzieci konformizmu. Jeśli nauczyciel notorycznie robi podstawowe błędy, to trzeba mu podziękować, a nie siedzieć bezczynnie i tłumaczyć dziecku, że w szkole ma udzielać złych odpowiedzi. No, ale ja trochę idealistką jestem w niektórych sytuacjach:)
  • kociamama 15.03.14, 09:58
    Okiem byłej nauczycielki gimnazjum - rodzice często chcą utrzymać status quo;)
    Rodzice są różni i obecnie "rządzą" szkołą. Zauważam, że im bardziej prymitywni i z "traumą" szkolną, tym większe afery robią.

    U mnie też na początku, szczególnie jak przejmowałam klasę po innej nauczycielce, był okres "interwencyjny". Bo właśnie, trzeba było na lekcji pracować i mówić. A rodzicom często bardziej zależy na dobrych ocenach, niż na wiedzy dziecka. Więc dopóki się nie zorientowano po pół roku, że jak się uczniowie/uczennice przykładają, to dostają u mnie dobre oceny, panowało przerażenie. A pracować musieli wszyscy, bo oceniałam postęp w nauce, nie sam efekt. Potem już (prawie) wszyscy byli zadowoleni. I nawet dzieci nie marudziły, że tamten powiedział 6 zdań i dostał 5-, a ten tu się nagadał i tylko 4.


  • alina460 16.03.14, 11:31
    Średnia szkoła, klasa maturalna. Nauczycielka uczy młodzież tworzenia pytań w past simple. Przykład z tablicy:
    "Who did write that book?"

    Swoją drogą... Będzie jeszcze gorzej, bo teraz powstało mnóstwo kierunków typu: nauczanie wczesnoszkolne z angielskim. Jaki jest ten angielski..... bez komentarza.
  • kociamama 16.03.14, 12:14
    Znam dużo nauczycieli, którzy skończyli anglistykę, taką "normalną", państwową, 5-cio letnią, i są beznadziejnymi nauczyciel(k)ami. Znam też dużo osób, które już w czasie studiów (niekoniecznie anglistycznych) super-nauczali.

    Po prostu w szkołach ląduje trochę ludzi, którzy mówili, że "nigdy nie będą uczyć", a potem życie ich do tego zmusiło. A w szkole papier był najważniejszy. Obecnie zaczyna się to trochę zmieniać i dyrektorki/dyrektorzy zaczynają patrzeć na skuteczność nauczania, nie tylko na papier i stopień awansu nauczycielskiego.
  • claratrueba 16.03.14, 19:27
    kociamama napisała:

    > Znam dużo nauczycieli, którzy skończyli anglistykę, taką "normalną", państwową,
    > 5-cio letnią, i są beznadziejnymi nauczyciel(k)ami

    Wiesz, wśród ludzi, którzy nauczyli się języka są tacy, którzy mają zdolności językowe i tacy, którzy ich nie mają. To trochę tak jak z muzyką- nauczyć się grać może każdy byle nie głuchy ale nie każdy ze słuchu zagra i taki nie jest w stanie nauczyć.
    Uczyłam wiele osób u których np. znajomość słowa impossible nie oznaczała, że sa w stanie odgadnąć co to może być impossiblity. To było zupełnie nowe słowo, którego znaczenie musieli poznać. jedna z takich osób jest nauczycielką.
    Nie chcę oceniać tego w kategoriach tępoty bo widzę, że często ludzie po prostu przyswajają taki bezmyślny sposób uczenia się- bez zauważania związków. Jeśli nie wie jaki jest wzór na objętość graniastosłupa o podstawie trapezu to jej nie obliczy chociaż zna wzór na powierzchnię trapezu.
    A język obcy wymaga i pewnej giętkości umysłu, i pewnej wrażliwości na słowo- odczytywania niuansów, zauważania typowości lub nietypowości. Jeśli tego się nie ma (bo się z literaturą jest na bakier i w swoim języku i obcym) to z uczeniem jest kiepsko.
    Bo nikomu nie można dać tego, czego się samemu nie ma.
  • kociamama 17.03.14, 09:20
    Poza tym, język trzeba non-stop szlifować. Ludzie, którzy uważają, że ich dyplom jest na zawsze poświadczeniem ich kompetencji - nie nadają się na nauczyciel(k)i. Jeśli od uczniów wymaga się ciągłego rozwoju, samemu się trzeba ciągle rozwijać - bo kto się nie rozwija jezykowo, ten popada w regres.

  • claratrueba 17.03.14, 09:45
    Otóż to.
    Niestety, nie tylko wśród nauczycieli ale i w innych zawodach zwanych inteligenckimi nie brakuje osób, które kiedyś ojciec moich uczniów nazwał "kucharka z dyplomem uniwersytetu" dla określenia zainteresowań i rozrywek owych wykształciołków.
  • anglofil 17.03.14, 21:54
    Święte słowa.
  • ania_banasik 23.03.14, 19:46
    Nic się nie martw, w świetle obecnych przepisów absolwent takiego kierunku nie może uczyć angielskiego, może tylko być nauczycielem wczesnoszkolnym.
    A swoją drogą niepotrzebnie infantylizujesz tę specjalność, bo zamysł sam w sobie jest bardzo ciekawy, szkoda tylko, że nijak ma się do wymagań dotyczących kwalifikacji do nauczania języka. Znam pełno osób świetnie władających językiem i potrafiących skutecznie nauczyć go na wyższych poziomach, ale nie mających (a może niemających - nie wiem) pojęcia o nauce dzieci. Do tego potrzeba osobnej metodyki, innej wiedzy o uczniu - tego wszystkiego uczą na takich studiach. No i oczywiście pewnych predyspozycji psychicznych.
    --
    www.english-nook.blogspot.com

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka