• drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego

Wietnamska brać Dodaj do ulubionych

  • 26.04.05, 18:33
    O "polskich" Wietnamczykach troszkę rozmawialiśmy przy okazji wyborów miss
    Wietnamu w Polsce, czy Jarmarku Europa. Chcę wrócić tematu, bo i materiałów
    przybyło, a i dziś, w BBC natknęłam się na zdjęcia z wojny wietnamskiej,
    której zakończenie miało miejsce 30 lat temu. Sposobność dobra, by temat
    odświeżyć. Wietnaczycy są chyba najliczniejszą grupą imigrantów, do tego
    dobrze zorganizowaną, widoczną przez bary z sajgonkami, ale tak naprwadę co my
    o nich wiemy?
    Na początek proszę zobaczyć zdjęcia z wojny wietnamskiej. Może lepiej
    zrozumiemy przebywających z nami?
    www.bbc.co.uk/polish/specials/1413_vietnam
    --
    ijaw
    --
    Dyskryminacja Rasowa,Kulturowa
    Edytor zaawansowany
    • 26.04.05, 19:08
      W sierpniu ub.r. obchodzono Dzień Wietnamu w Polsce. Piękne zdjęcia z
      uroczystości zobaczymy w reportażu Bożeny Navickiej, dziennikarki, zajmującej
      się tematem Wietnamczyków.
      bo.boo.pl/index.php?option=com_content&task=view&iid=32<emid
      Z kolei z reportażu "Noc wietnamskich tułaczy" poznamy przyczyny opuszczania kraju.
      Cytat:

      "– W Wietnamie panuje absolutnie nie wietnamska marksistowsko - leninowska
      dyktatura, system policyjny w skrajnym wydaniu, którego Polska nie zaznała nawet
      w latach 50-tych – tłumaczył Krzysztoń. – Mało wiemy o realiach współczesnego
      Wietnamu – przyznała redaktor Jankowska i zauważyła, że: „Wietnamczycy
      rozproszeni są po świecie podobnie jak Polacy; wielu z nich żyje we Francji,
      Wielkiej Brytanii, USA, Kanadzie czy Nowej Gwinei”.

      Jakie jest odniesienie Wietnamczyków do innych?
      Cytuję:

      "-Obserwując Wietnamczyków w Polsce, byłym ZSRR czy w USA nie zauważyłem u nich
      żadnej nienawiści – dziwił się kolejny słuchacz i zaproponował, żebyśmy uczyli
      się od Wietnamczyków kultury!"
      bo.boo.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=45<emid
      --
      ijaw
      --
      Dyskryminacja Rasowa,Kulturowa
      • 26.04.05, 19:16
        zdjęcia z uroczystości można obejrzeć bez logowania się, wystarczy kliknąć w
        fotoreportaże i poszukać na dole Dzień Wietnamu w Polsce, link wpisałam dobry,
        nie wiem dlaczego tak wyszło
        --
        ijaw
        --
        Dyskryminacja Rasowa,Kulturowa
        • 26.04.05, 21:30
          Polecam do przeczytania książkę o tytule jak post. Autorką jej jest Maria Teresa
          Tran Lai-Wilkanowicz, żona Polaka, która po 27 latach otrzymała polskie
          obywatelstwo.
          W książce jest o rodzinie, życiu w Wietnamie, o polityce i KK, o małżeństwie i
          życiu w Polsce, i innych.
          Aktualnie ją czytam.
          Wyd. Społeczny Instytut Wydawniczy Znak 2004 r.
          --
          ijaw
          --
          Dyskryminacja Rasowa,Kulturowa
    • 27.04.05, 15:26
      Podaję linka do forum wietnamskiego w Polsce
      www.sws.org.pl
      --
      ijaw
      --
      Dyskryminacja Rasowa,Kulturowa
      • 27.04.05, 15:45
        Więc Wietnaczycy nie otrzymają azylu. I my próbowaliśmy pomóc. Nie wyszło. Przeczytajcie artykuł ze strony SWS, z wyrokiem sądu w tej sprawie.

        "Nie wypada komentować wyroku sądu. A broń Boże sąd obrazić, to już wprost karalne! Ale opowiedzieć chyba można...
        18 kwietnia 2005 roku, przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym w Warszawie odbyło się sześć rozpraw szóstki uciekinierów z komunistycznego Wietnamu. Ludzie ci znani są już nieźle czytelnikom strony SWS, „Kontratekstów”, niektórych gazet, wydawanych na papierze. Przypomnijmy więc sobie w skrócie: szóstka opozycyjnych działaczy z Wietnamu, którym udało się opuścić kraj w obliczu bezpośredniego zagrożenia, poprosiła Polskę o udzielenie im azylu. Urząd do spraw Repatriacji i Cudzoziemców odmówił, Rada do spraw Uchodźców nawet nie rozpatrywała sprawy, po prostu przyklepała decyzję Urzędu, teraz Sąd Administracyjny orzekł, że wszystko odbyło się lege artis.
        A było tak: wyznaczono, jedną po drugiej, sześć spraw, przeznaczając na każdą z nich piętnaście minut. Stawili się prawie wszyscy uchodźcy (nie przyszła matka półrocznego dziecka, które zachorowało), kilkoro obserwatorów i strony: reprezentująca uchodźców mec. Barbara Leszczak i urzędniczka, reprezentująca Państwo w administracji uosobione.
        Przewodnicząca składu zaproponowała, żeby sprawy rozpatrywać, zgodnie z zasadami, indywidualnie, ale generalne sprawy omówić łącznie, bo są podobne. Głos zabrała mec. Leszczak, której wystąpienie przewodnicząca składu sędziowskiego przerwała, przypominając, że argumenty skarżących decyzję Urzędów są przedstawione na piśmie. Bez przeszkód mówiła za to urzędniczka, która pomyliła różne organizacje opozycji wietnamskiej, informowała, że w krajach Unii Europejskiej w ciągu ostatnich pięciu lat udzielono azylu tylko jednemu Wietnamczykowi (czemu więc Polska miałaby brać w obronę aż sześcioro?), sugerowała, że z przestrzeganiem praw człowieka w Wietnamie nie jest tak źle (wspomniała o tym, że Urzędy mają własne, wiarygodne źródła informacji), tłumaczyła Sądowi, że opozycja demokratyczna jest wśród Wietnamczyków otoczona powszechną pogardą, że wielu opozycjonistów przebywa w Polsce nielegalnie a także przypomniała, że emigracyjne struktury korzystają z pomocy materialnej m. in. Unii Europejskiej, kaperują więc nowych członków z niskich pobudek. Sąd słuchał z uwagą, a głowa przewodniczącej składu wykonywała ruchy, oznaczające powszechnie pełną aprobatę dla słyszanych treści.
        Usłyszeliśmy, że niektórzy wyjechali z kraju bez paszportu, co stanowi złamanie prawa, inni zaś z paszportem, co dowodzi bezspornie, że są całkowicie bezpieczni. Publikacja artykułów na łamach antyreżimowej prasy emigracyjnej nie jest, zdaniem Urzędów, działalnością opozycyjną, bo nic takiego znów w tych artykułach nie ma. Udział w kongresie demokratycznej emigracji w Warszawie to także nic takiego, zwłaszcza, że przedstawiono tylko zdjęcia z tego kongresu, a to nie stanowi dowodu.
        Usłyszeliśmy, że ubieganie się o azyl polityczny jest tylko metodą legalizacji pobytu, a Państwo Polskie nie jest frajer, bystre jest! I nie da się nabrać, nie ma głupich!
        Usłyszeliśmy też, że Konwencja Genewska itp. każą dowieść bezspornie, że w wypadku odesłania do kraju będzie się przedmiotem represji, a kwestia przestrzegania praw człowieka w owym kraju nie ma związku ze sprawą.
        Siedziałem i próbowałem przypomnieć sobie oblicze prokurator Bardonowej, tak, bez związku z tym, co działo się na sali...
        Następnie sąd odbył krótką naradę i ogłosił wyrok: wobec faktu, że uchodźcy nie udowodnili ponad wszelką wątpliwość, że po ich deportacji w objęcia komunistów zostaną uwięzieni bądź straceni, Urzędy słusznie postanowiły w naszym imieniu odmówić im pomocy.
        Sąd nie zajął się w ogóle skargą na to, że tłumaczenie, które było dziełem ex – pracownika ambasady Socjalistycznej Republiki Wietnamu Wolnej – Niezależnej - Szczęśliwej, zawierało wierutne brednie. A także tym, że Rada do spraw Uchodźców, napotkawszy tę samą, sześciokrotną, skargę na nierzetelność tłumaczenia, nie uznała za stosowne nawet pomówić z uchodźcami. Wiele rzeczy nie zwróciło na siebie uwagi sądu."

        --
        ijaw
        --
        Dyskryminacja Rasowa,Kulturowa
        • 06.07.05, 16:30
          Wietnamscy opozycyjoniści nie uzyskawszy statusu uchodźcy politycznego w Polsce
          pozostali nielegalnie. Wczoraj schwytano Nguyen Lama.
          "Jeżeli istnieje cień podejrzeń, że na miejscu potraktowany zostanie nieludzko,
          to okrucieństwem będzie wydalenie go - uważa senator Krzysztof Piesiewicz."

          "Wietnamski opozycjonista Nguyen Lam został wczoraj zatrzymany w Opolu.
          Deportacja do ojczyzny to skazanie go na prześladowania
          Lam to jeden z szóstki wietnamskich dysydentów, o których głośno było w mediach.
          Władze polskie odmawiały im statusu uchodźcy, choć ci zapewniali, że w Wietnamie
          byli prześladowani i nie mogą tam wrócić.
          - Nguyen jest w najgorszej sytuacji. Deportacja to dla niego wyrok śmierci albo
          długoletnie więzienie - mówi Ton van Ahn, mieszkająca w Polsce redaktorka
          opozycyjnego pisma "Cau Vong" ("Tęcza").
          Nguyen ma 46 lat. Po nieudanej próbie ucieczki z kraju w 1988 roku, został
          osadzony na pięć lat w więzieniu. Do Polski przybył przez zieloną granicę w 2003
          roku. Urząd ds. Repatriacji i Cudzoziemców oraz sądy uznały zeznania jego i
          pozostałej piątki za niewiarygodne i nakazały opuszczenie Polski. Nie pomogły
          apele znanych osobistości życia publicznego, m.in. Andrzeja Friszke, Jerzego
          Pomianowskiego, Bronisława Geremka, ani fakt, że za uchodźców poświadczył Nguyen
          Gia Kieng, lider opozycji wietnamskiej mieszkający we Francji.
          Jaki los czeka Lama? Teraz Straż Graniczna sprawdza jego tożsamość. Potem może
          trafić do aresztu deportacyjnego. - Zostanie wydalony. Postępowanie
          administracyjne w jego sprawie się zakończyło, a on nie podporządkował się i nie
          opuścił Polski - wyrokuje Jan Węgrzyn, dyrektor Urzędu ds. Cudzoziemców.
          Inaczej widzą tę sprawę politycy. - Jeżeli istnieje cień podejrzeń, że na
          miejscu potraktowany zostanie nieludzko, to okrucieństwem będzie wydalenie go -
          uważa senator Krzysztof Piesiewicz. Podobnie sądzi poseł Maciej Płażyński, który
          składał w Sejmie interpelację w sprawie Wietnamczyków. - Wystarczająco długo
          żyłem w PRL, żeby mieć wyobraźnię, co znaczy komunistyczny Wietnam. Jest
          25-lecie "Solidarności" i oczekiwałbym od władz polskich więcej wyobraźni, bo
          sami byliśmy nie tak dawno w podobnej sytuacji.
          Na 446 wniosków złożonych od 2000 roku przez Wietnamczyków, status uchodźcy
          otrzymała jedna.
          ALEKSANDRA MAJDA"
          rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_050706/kraj/kraj_a_12.html
          --
          ijaw
          --
          DR,K
          • 29.09.05, 21:25
            W październikowej Olivii jest artykuł o Wietnamczykach. Niestety cały w wersji
            papierowej. Potem wpiszę kilka akapitów.

            The gioi moi* znaczy Nowy Świat
            Ton Van Anh*: "Mario, bardzo ci dziękuję za zaufanie. Za to, że chcesz z nami
            rozmawiać, zrozumieć nasz świat, przełamać pewien stereotyp, w którym
            Wietnamczyk to żółty automat bez duszy, bez imienia. Sprzedaje za grosze
            bieliznę, trampki, smaży psie mięso w budach. I żyje w wietnamskim getcie".

            Nazywam się Ton Van Anh. Ton, to nazwisko bardzo słynne w Wietnamie. Od wieków
            związane z historią mojego kraju. Van Anh to imię. W tłumaczeniu na polski:
            Jasny Obłok. Od dwunastu lat mieszkam w Polsce. Studiuję socjologię na
            Uniwersytecie Warszawskim. Piszę pracę magisterską o Wietnamczykach w Polsce.
            Pracuję w redakcji wietnamskiego, dysydenckiego pisma "Can Vong" (co znaczy:
            "Tęcza"). Pomagam moim rodakom - uchodźcom politycznym. Tłumaczę, załatwiam
            sprawy w urzędach, odwiedzam przyjaciół w areszcie deportacyjnym. I... wiem już,
            że nie mogę wrócić do swojej ojczyzny. Tam, w najlepszym przypadku czeka mnie
            więzienie.

            30 tys. Wietnamczyków wybrało Polskę
            "Nie są wędrownymi handlarzami, jak ocenia ich przeciętny Polak, ani członkami
            azjatyckiej mafii" - mówi Robert Krzysztoń, antropolog z sekcji dalekowschodniej
            Instytutu Paderewskiego. "Według raportu brytyjskiej policji o przestępczości
            etnicznej, wietnamska kultura nie sprzyja patologiom. Większość >>polskich<<
            Wietnamczyków, to uchodźcy z kraju, który jest jednym z ostatnich bastionów
            komunizmu. Część z nich to przedsiębiorcy, którzy prowadzą w Polsce interesy od
            początku lat 90. Jednak wśród wietnamskich imigrantów są również ludzie
            nieuczciwi, powiązani z Wietnamską Partią Komunistyczną".

            The gioi moi - czytaj: Tej zoi moi, Van Anh - czytaj: Van ań
            olivia.redakcja.pl/wydania/artykul.asp?Artykul=758
            --
            ijaw
            --
            DR,K
            • 04.10.05, 14:14
              Dziś w G.Wyborczej:

              "Wietnamczycy pracujący w Polsce zebrali 40 tys. zł, pieniądze zostaną
              przeznaczone na pomoc dla powodzian z Wietnamu.
              Stowarzyszenie Kobiet Wietnamskich wraz z Klubem Seniora i Stowarzyszeniem
              Wietnamczyków postanowiły pomóc poszkodowanym oraz ich rodzinom. Pieniądze
              zbierano przez dwa dni na Stadionie Dziesięciolecia i w Centrum Handlowym ASG.
              Zebrane środki (ok. 40 tys. zł) zostaną przesłane na konta wietnamskiej akacji
              humanitarnych. To już nie pierwszy raz Stowarzyszenie Kobiet Wietnamskich pomaga
              ofiarom klęsk żywiołowych. - Zebraliśmy wśród naszych rodaków 30 tys. zł dla
              ofiar tsunami w Tajlandii. Pieniądze przekazaliśmy Polskiemu Czerwonemu
              Krzyżowi. Wietnamczycy pomagali również Polakom podczas powodzi w 1997 r. -
              Przekazaliśmy wtedy polskim powodzianom żywność i ubranie - mówi Nguyen Thi Ngoc
              Thach, prezes Stowarzyszenia Kobiet Wietnamskich. Stowarzyszenie powstało cztery
              lata temu, by pomagać przede wszystkim przebywającym w Polsce wietnamskim
              kobietom i ich dzieciom. Obecnie liczy sto członkiń. - Wspieramy duchowo i
              materialnie kobiety, które znalazły się w trudnej sytuacji życiowej. Odwiedzamy
              je w szpitalach, oferujemy pomoc prawną w zalegalizowaniu ich pobytu w Polsce.
              Prowadzimy również zbiórki pieniężne na rzecz wietnamskich dzieci. Organizujemy
              dla nich zabawy, a dla najlepszych uczniów kupujemy prezenty. W ten sposób
              zachęcamy naszą młodzież do kształcenia się i zdobywania pozycji społecznej -
              mówi Thu Hoa Grabowska członkini stowarzyszenia."

              miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,2950020.html?nltxx=1077927&nltdt=2005-10-04-04-06


              --
              ijaw
              --
              DR,K
              • 04.10.05, 14:17
                • 06.10.05, 21:57
                  Świat polskich Wietnamczyków oczyma księdza. Dziś w GW artykuł. Bardzo ciekawy
                  jest ten fragment:
                  "- Wietnamczyk nigdy nie powie, że był dyskryminowany. Dla niego akt
                  chuligaństwa jest po prostu aktem chuligaństwa. Mógłby tak samo ucierpieć z rąk
                  rodaka. Oni tłumaczą nas przed nami samymi."

                  Warto by tak "niechuliganić", moi drodzy rodacy.

                  "Mniejszość wietnamska w Warszawie według polskiego księdza

                  Ksiądz Edward Osiecki z zakonu werbistów ma wizytówkę w dwóch językach: na
                  jednej stronie widnieje wietnamskie "cha do dau", na drugiej "duszpasterz". Nic
                  dziwnego - prowadzi Centrum Emigranta przy Ostrobramskiej. Specjalnością ma tu
                  być zielona herbata.

                  Magda Dubrowska: Co to za obraz nad Księdza biurkiem?

                  Ks. Edward Osiecki: Przedstawia Matkę Boską z La Van. W czasie prześladowań
                  wietnamskich katolików w XIX w. ludzie chowali się w górach. Pewnego razu
                  przyszła do nich kobieta z dzieckiem na rękach. Pocieszała, zbierała lecznicze
                  zioła. To była Matka Boska. La Van to teraz taka wietnamska Częstochowa.

                  Dlaczego zainteresował się Ksiądz mniejszością wietnamską w Warszawie?

                  - Kiedyś spowiadałem pewnego wietnamskiego katolika. Dopiero wtedy uświadomiłem
                  sobie, że przecież nie wszyscy Wietnamczycy są buddystami. W ich kraju tradycja
                  katolicyzmu jest długa i bogata. Zrozumiałem też, że wietnamska mniejszość na
                  emigracji ma trudności z otrzymaniem podstawowych sakramentów. Często wynika to
                  po prostu z barier językowych.

                  Wtedy powstała Wspólnota Katolików Wietnamskich?

                  - Tak, w 1996 r. Na początku liczyła 40 osób, teraz ok. 350. Najpierw były
                  nieformalne spotkania i modlitwy w prywatnych mieszkaniach. Ale brakowało
                  miejsca, w którym można spokojnie porozmawiać o problemach albo wypić herbatę i
                  pośpiewać. Dlatego stworzyliśmy Centrum Emigranta. Nie ograniczam się tylko do
                  duszpasterstwa. Pomagam Wietnamczykom w nauce polskiego, pomagam w legalizacji
                  pobytu. Mało kto wie, że wielu z nich to uchodźcy polityczni. Uciekają przed
                  komunistycznym reżimem do kraju, który kojarzy im się z "Solidarnością". Jeśli
                  wrócą do Wietnamu, w najlepszym razie grozi im więzienie. Pomagam też kobietom,
                  które mają urodzić dziecko, a nie przysługuje im szpital. Nie chodzi o to, żeby
                  nawracać, ale żeby pomóc w ludzkich sprawach.

                  Co Ksiądz myśli o warszawskich Wietnamczykach?

                  - Niepunktualni. Niezwykle lojalni i pracowici. Bardzo troszczą się o dzieci i o
                  miejsce, w którym przebywają. Myślą o przyszłości. Skromni. O sobie mówią tylko
                  poprzez relację z drugim człowiekiem. Mnie nazywają "dziadkiem", bo jestem
                  starszy. Siostra mówi do brata "brat", ale brat do siostry zwraca się tak samo.
                  Dwie siostry też mówią do siebie "bracie". Nie ma znaczenia płeć, tylko relacja.

                  Czy dostaje Ksiądz sygnały o agresji wobec Wietnamczyków?
                  - Wietnamczyk nigdy nie powie, że był dyskryminowany. Dla niego akt chuligaństwa
                  jest po prostu aktem chuligaństwa. Mógłby tak samo ucierpieć z rąk rodaka. Oni
                  tłumaczą nas przed nami samymi.

                  Czy mniejszość wietnamska się izoluje?

                  - Nie ma bardziej mylnego poglądu. W Wigilię wietnamscy znajomi zapraszają mnie
                  tylko po to, żebym im pomógł rozdać prezenty sąsiadom. Powiedziałbym, że to
                  raczej Polacy są zamknięci i nieufni. Największą barierą we wzajemnych relacjach
                  jest język: nie potrafimy zrozumieć czyjejś mowy, więc ją wyśmiewamy.

                  Mówi Ksiądz po wietnamsku?

                  - Tylko pojedyncze słowa."
                  miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,2952643.html?nltxx=1077927&nltdt=2005-10-05-04-06
                  --
                  ijaw
                  --
                  DR,K
                  • 07.10.05, 14:01
                    W Gazecie Wyborczej artykuł o młodych Wietnamczykach:

                    "Coraz więcej wietnamskich uczniów w szkołach
                    Grzeczne wietnamskie dziewczynki nie palą, nie piją i nie nocują poza domem -
                    opowiada Nguyen Hong Trang, uczennica klasy I IB w I Społecznym LO. Jej rodzina
                    jest już "spolszczona". Zaakceptowała nawet blond irokeza na głowie jej starszej
                    siostry.
                    Nguyen Hong Trang nosi tenisówki Pumy, dżinsy i modny żakiet. Choć urodziła się
                    w Polsce, świetnie mówi też po wietnamsku. W zeszłym roku przez cztery miesiące
                    chodziła do szkoły w Hanoi - z tego miasta pochodzą jej rodzice. W domu rozmawia
                    z nimi po wietnamsku, tak jak jej wietnamscy rówieśnicy. Zdarza się, że starsi
                    nie znają polskiego, tak jak babcia Biu Giang Quana, ucznia II klasy Społecznego
                    Gimnazjum nr 20 przy Raszyńskiej. Rodzice czuwają też nad zachowaniem tradycji -
                    słuchają muzyki przywiezionej z ojczyzny, oglądają wietnamską telewizję, gotują
                    orientalne potrawy. - U nas codziennie jest inne danie kuchni wietnamskiej -
                    opowiada Le Trong Nghia, inaczej Piotr.
                    - Mama robi schabowe, ale przyprawia je naszymi potrawami - dodaje Nguyen Hong
                    Trang.
                    Młodzi Wietnamczycy, którzy chodzą do warszawskich szkół, rozmawiają jednak ze
                    sobą wyłącznie po polsku. Jednak dla historii swojego kraju mają duży szacunek.
                    - Mój dziadek walczył za Wietnam - podkreśla Piotr. Ale jego bohaterami są też
                    Polacy walczący o niepodległość. Wymienia ich jednym tchem: Jan
                    Nowak-Jeziorański, Józef Piłsudski, Tadeusz Kościuszko, Kazimierz Pułaski.
                    Przy gimnazjum i liceum z programem IB przy Raszyńskiej uczy się kilkunastu
                    uczniów pochodzenia wietnamskiego. Twierdzą, że nie lubią pytań o to, który kraj
                    bardziej lubią, bo nie da się na nie odpowiedzieć. Największy problem ma ich
                    kolega Tomasz Viet Nguyen, którego mama jest Polką. Nie potrafi odpowiedzieć,
                    czy jest Wietnamczykiem, czy Polakiem. Co najbardziej odróżnia ich od polskich
                    nastolatków? - Szacunek dla rodziców i dystans wobec nich - twierdzi Le Dieu
                    Linh, tegoroczna maturzystka. Jako jedyna chce zostać w Polsce. Pozostałych
                    ciągnie do Wietnamu, USA, Anglii.
                    Wietnamscy uczniowie są też w niemal każdej klasie Gimnazjum nr 42 na Twardej.
                    Vu Hoang Minh, Ania Do Lan Anh i Maciąg Tuan Anh chodzą do jednej klasy.
                    Twierdzą, że nie czują się źle w innej kulturze. - Moja mama na pewno nie
                    mogłaby słuchać techno, ale tata tak - podkreśla Ania Hoang Minh. Nauczyciele
                    mają dobrą opinię o wietnamskich uczniach. - Są pracowici i grzeczni - mówi
                    Andrzej Wyrozembski, dyrektor gimnazjum. A Krystyna Starczewska, dyrektor
                    Społecznego Gimnazjum nr 20, dodaje: - To bardzo zdolni uczniowie."
                    miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,2954460.html?nltxx=1077927&nltdt=2005-10-06-04-06
                    --
                    ijaw
                    --
                    DR,K
                    • 08.10.05, 12:34
                      Myślałam, że wszyscy Wietnamczycy podobnie wyglądają. Byłam przekonana, że
                      handlują albo prowadzą orientalną gastronomię. Z czasem uświadomiłam sobie, że
                      większość z nich to intelektualiści lub artyści.
                      Anna Gajewska, aktorka warszawskich teatrów, współzałożycielka fundacji
                      artystycznej Arteria - Przestrzeń Wymiany Działań, jeszcze na początku tego roku
                      nic nie wiedziała o mieszkających w stolicy Wietnamczykach. W styczniu wpadła na
                      pomysł, by nakręcić o nich film.
                      Pretekstem miał być Tydzień Wietnamski, który właśnie odbywa się w stolicy.
                      Pierwsze kontakty nawiązała na wietnamskich imprezach karaoke. Potem poszło jak
                      po sznurku.
                      - Starsze osoby było niezwykle trudno namówić. Młodzi byli chętni i otwarci -
                      opowiada.
                      Powoli zaczęła odkrywać warszawsko-wietnamską rzeczywistość.
                      - Okazało się, że mimo tolerancyjności myślałam o nich stereotypami. Byłam
                      przekonana, że handlują na Stadionie albo prowadzą orientalną gastronomię. Z
                      czasem uświadomiłam sobie, że co drugie stoisko prowadzą intelektualiści, a co
                      drugi bar artyści - mówi i dodaje: - Myślałam też, że wszyscy Wietnamczycy
                      podobnie wyglądają. Nic bardziej mylnego. Różnią się między sobą tak samo jak
                      Polacy.
                      Film pt. "Warszawiacy" będzie można oglądać dziś (w sobotę 8 października) od
                      godz. 14 w namiocie ustawionym na Polu Mokotowskim. Szczegóły na stronie:
                      www.warszawiacy.art.pl
                      Tłumacz
                      Imię i nazwisko: Nguyen Dinh Dung, czyli Kowalski Jan
                      pseudonim artystyczny: Lam Quang My, czyli Las Jasny Piękny
                      wiek: 61 lat
                      mieszka: w bloku na Woli
                      rodzina: żona, trzy córki i czternastomiesięczna wnuczka Wiktoria
                      co robi: pisze wiersze, jest tłumaczem. Na wietnamski przełożył m.in. wiersze
                      Miłosza, Szymborskiej, Norwida, Krasińskiego i Karola Wojtyły
                      co robił: jako fizyk pracował w Instytucie Fizyki Polskiej Akademii Nauk
                      w Polsce od: pierwszy raz przyjechał pod koniec lat 60. W 1971 roku
                      zdobył dyplom Politechniki Gdańskiej i wrócił do Wietnamu, gdzie pracował w
                      Centrum Badań Nauki i Technologii w Hanoi
                      w Warszawie od: 1989 roku
                      w stolicy podoba mu się: to, że ludzie są bardzo otwarci. - Mam tu mnóstwo
                      przyjaciół - mówi
                      za Wietnamem tęskni: - Koło mojego domu rodzinnego był taki las jasny i piękny
                      w filmie "Warszawiacy" mówi: bardzo cenię młode pokolenie polskiej poezji.
                      Sąsiadki
                      Małgorzata Śmiechowska (studentka zarządzania w turystyce i hotelarstwie) i jej
                      mama Elżbieta Śmiechowska (emerytka) od siedmiu lat mieszkają drzwi w drzwi z
                      rodziną pana Nguyen Dinh Dung.
                      - Na początku trochę przeszkadzały nam zapachy ich kuchni. Ale ostatnio już
                      prawie w ogóle tego nie czuć. Chyba polubili polskie dania - domyśla się
                      Elżbieta i wspomina, jak raz została poczęstowana lukrowaną truskawką z puszki.
                      - Była przepyszna - mówi.
                      Panie Śmiechowskie wiedzą, że sąsiedzi nie obchodzą Bożego Narodzenia, za to
                      świętują Nowy Rok.
                      Zauważyły, że państwo Nguyen nie są jedyną wietnamską rodziną, która mieszka w
                      ich bloku, i że Wietnamczycy bardzo chętnie i bardzo często składają sobie wizyty.
                      - Są jak jedna duża rodzina. Razem jeżdżą na zakupy, razem jedzą - mówi Małgorzata.
                      - Ale z wizytą u nas państwo Nguyen byli tylko raz. Wpadli zobaczyć, jak
                      urządziłyśmy mieszkanie - opowiada Elżbieta.
                      Panie Śmiechowskie chciałyby wiedzieć, czym zajmują się ich sąsiedzi i z czego żyją.
                      - Widzimy czasem, jak dźwigają wielkie paczki z wietnamskim jedzeniem. Może
                      kupują dla siebie, a może na handel - mówi Małgorzata.
                      - Bardzo mnie dziwi, skąd oni mają tyle pieniędzy. Bo na takie duże mieszkanie,
                      jak oni mają, to jednak potrzeba trochę zarobić - dodaje Elżbieta.
                      Panie Śmiechowskie są zgodne, że trafiły na bardzo dobrych sąsiadów.
                      - Kulturalni, uprzejmi i niegłośni. Mówimy sobie dzień dobry. Pytamy, co
                      słychać. I słuchamy opowieści o Wietnamie, bo z tego, co wiem, jeżdżą tam co
                      roku - mówi Elżbieta.
                      Licealistka
                      Imię i nazwisko: Dam Van Anh, czyli Rozsądna Chmurka
                      imię polskie: Ania
                      wiek: 17 lat (w grudniu skończy 18)
                      mieszka: w bloku na Woli
                      rodzina: rodzice i brat
                      co robi: jest w klasie maturalnej XXXIII LO im. M. Kopernika. Na maturze będzie
                      zdawała język polski, angielski i podstawowy niemiecki, rozszerzoną historię i
                      matematykę
                      plany na przyszłość: chce zdawać na Międzywydziałowe Studia Humanistyczne,
                      psychologię lub polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim
                      lubi: literaturę i historię. Pisze wiersze - po polsku
                      w Warszawie od: 14 lat
                      w stolicy podoba jej się: to, że tu się dużo się dzieje: imprezy kulturalne,
                      festiwale, kina, teatry
                      w stolicy nie podoba jej się: nastawienie do Wietnamczyków. Kiedyś chłopak
                      jadący na rowerze napluł jej w twarz i krzyknął: "Do Wietnamu!"
                      za Wietnamem tęskni: bo tam została jej ukochana babcia, do której chodziła na
                      Wigilię i domowy obiad
                      w filmie "Warszawiacy" mówi: - Jestem "spolszczona". Nie chcę nosić długich
                      czarnych włosów, tylko dredy.
                      Dyrektorka
                      Polonistka Iwona Kutrzyk-Jurków od 1993 roku jest wicedyrektorką XXXIII LO im.
                      M. Kopernika.
                      Wtedy po raz pierwszy zetknęła się z mniejszością wietnamską.
                      - Co roku mamy tu przynajmniej jedno wietnamskie dziecko, a obecnie do liceum
                      chodzi ośmiu Wietnamczyków, Mongołka i dwie Australijki. Może to dlatego, że
                      mamy klasy z maturą międzynarodową - mówi.
                      O wietnamskich uczniach: - Są ciekawi świata i bardzo żądni wiedzy. Zwykle mają
                      bardzo dobre oceny.
                      Od najmłodszych lat czują odpowiedzialność za swoją edukację i przyszłość.
                      Chciałabym, żeby polskie dzieci były tak świadome, nastawione na cel i sukces.
                      O wietnamskich rodzicach: - Interesują się, przejmują. Dzwonią do szkoły, sami
                      wychodzą z inicjatywą.
                      O Rozsądnej Chmurce, która chodzi do jej liceum: - Spokojna, dobrze ułożona,
                      skromna - nie chwali się sukcesami. Świetnie mówi po polsku. Zresztą jak
                      wszystkie wietnamskie dzieci, które przeszły w Polsce pełną edukację.
                      Córka Iwony Kutrzyk, 21-letnia Kasia, od wielu lat przyjaźni się z
                      Wietnamczykiem Zanem.
                      Studentka
                      Imię i nazwisko: Thu Thuy Vu, czyli Jesienna Woda
                      wiek: 20 lat (skończy 15 października)
                      mieszka: w bloku na Woli
                      co robi: studiuje wzornictwo przemysłowe na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych
                      w Polsce od: 1989 roku
                      w Warszawie od: 1995 roku
                      czy chciałaby wrócić do Wietnamu: - Jeżdżę na wakacje co dwa lata. I to wystarczy
                      w Warszawie podoba jej się: - W Wietnamie czuję się obco. Tu czuję się wolna.
                      Jestem częścią tego miasta
                      za Wietnamem tęskni: - Bo tam czuję się jak dziecko. Gdy przyjeżdżam, wszyscy
                      się o mnie troszczą
                      mama: filolog polski, na początku uczyła polskiego Wietnamczyków, potem
                      zajmowała się domem, dziś pisze słownik wietnamsko-polski
                      tata: skończył prawo i był zawodowym żołnierzem w Wietnamie, teraz handluje na
                      Stadionie
                      w filmie "Warszawiacy" mówi: - Wietnam jest podobnych rozmiarów co Polska, ale
                      żyje w nim dwa razy więcej ludzi. To widać na ulicach - pełno ludzi i skuterów.
                      Jej fryzjer
                      Irek Cebaj ma 31 lat, jest fryzjerem i od sześciu lat strzyże Wietnamczyków.
                      Ostrzygł ich już ponad setkę.
                      - W zasadzie to na początku strzygłem Koreańczyków. Ale oni tacy do siebie
                      podobni, że trudno odróżnić - mówi.
                      W 1999 roku Irek pracował w salonie fryzjerskim w Centrum Handlowym na Targówku.
                      - Strzygłem głównie pracowników Daewoo i ich żony - wspomina.
                      Teraz strzyże w salonie przy ul. Wolskiej. Ma cztery stałe klientki - Wietnamki.
                      W tym Thu Thuy Vu.
                      - Mają piękne, sztywne, mocne i grube włosy. Polki zazdroszczą im intensywnego
                      koloru i blasku - mówi.
                      Ale Thu ma już dosyć swoich włosów. Chciałaby, żeby się kręciły, falowały.
                      - Każda kobieta chce mieć coś innego - Irek tłumaczy ze znawstwem.
                      Swoim wietnamskim klientkom proponuje fryzury dłuższe, krótkie u góry i mocno
                      postrzępione.
                      - Nie trzeba nad nimi wiele pracować. Ich włosy same się układają. Tnę je tak,
                      by się poruszały razem z właścicielką,
                      A co Irek myśli o swoich wietnamskich klientkach?
                      - Są miłe, ale nijakie. Nie akcentują się. Nigdy nie są tak naprawdę zadowolone
                      albo smutne. Jakby w ich życiu nie było emocji.
                      Irek, jak na prawdziwego fryzjera przystał
                      • 08.10.05, 12:35
                        Irek, jak na prawdziwego fryzjera przystało, w czasie strzyżenia lubi gawędzić.
                        - Wietnamki są skryte. Mało opowiadają o sobie, o rodzinie. O Wietnamie też nie
                        chcą mówić. Jak już, to lakonicznie, typu: tam jest wilgotno i ciepło. Zupełnie
                        inaczej zachowują się moje klientki z Ukrainy czy Czarnogóry. One z radością
                        opowiadają o wszystkim. I wyraźnie tęsknią za swoim krajem, znajomymi - opowiada.
                        - A w ogóle to podobają ci się Wietnamki? - pytam.
                        - To nie mój typ. Wolę inny kształt buzi, inny krój nosa, oczu. Jednym słowem,
                        wolę Włoszki.
                        Studentka
                        Imię i nazwisko: Ton Van Anh, czyli Jasny Obłoczek
                        wiek: 26 lat
                        mieszka: w bloku w Śródmieściu
                        rodzina: rodzice i brat
                        w Polsce od: 1992 roku
                        w Warszawie od: 2000 roku
                        wcześniej mieszkała: w Sosnowcu
                        co robi: kończy socjologię na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze pracę magisterską
                        o mniejszości wietnamskiej Polsce. Jest tłumaczką i publicystką. Pisze relacje
                        o prawdziwym życiu w Wietnamie: prześladowaniach, torturach, obozach
                        koncentracyjnych. Pomaga rodakom, którzy dopiero przyjechali do Polski. Tłumaczy
                        pisma urzędowe
                        w stolicy podoba jej się: że jest dużo parków i skwerów
                        w stolicy nie podoba jej się: modernizacja miejskiej architektury, nowe
                        wysokościowce
                        za Wietnamem nie tęskni: bo kojarzy jej się wyłącznie z komunistycznym reżimem i
                        prześladowaniami.
                        w filmie "Warszawiacy" mówi: - Wietnamczycy harujący na stadionie albo w barach
                        to inteligencja albo uchodźcy polityczni. Wybierają Polskę, bo w naszym kraju to
                        wciąż silny symbol zwycięstwa demokracji nad komunizmem. Polska to "Solidarność"
                        i Jan Paweł II. Polska to nadzieja.
                        Jej narzeczony
                        Robert Krzysztoń ma 43 lata i jest członkiem zarządu Instytutu Paderewskiego.
                        - To centroprawicowa organizacja zajmująca się programowaniem politycznym -
                        wyjaśnia.
                        W instytucie zajmuje się sekcją do spraw Dalekiego Wschodu.
                        - Los Wietnamczyków już dawno nie był mi obojętny. Trzy lata temu zdałem sobie
                        sprawę, że skoro oni są w Warszawie, to z konkretnych powodów. Nie tylko po to,
                        żeby było fajnie, miło i smacznie - opowiada.
                        W końcu odkrył mechanizmy, które rządzą wietnamską imigracją. Zaangażował się i
                        dwa lata temu na spotkaniu dyskusyjnym opozycji wietnamskiej poznał Jasny Obłoczek.
                        Od tej pory działają razem. Piszą do opozycyjnego periodyka "Cau Vong"
                        ("Tęcza"), planują otwarcie rozgłośni radiowej.
                        - Wietnamczyk w Polsce to jest przede wszystkim ktoś, kto funkcjonuje w
                        nienormalnych warunkach. Musi się ciągle ukrywać, zwłaszcza jeśli (a tak jest w
                        większości przypadków) przebywa w Polsce nielegalnie.
                        Roberta najbardziej boli, że Polska, która tak niedawno wyszła z opresji
                        komunizmu, niechętnie przyznaje azyl uchodźcom politycznym.
                        - Polska trzyma stronę Komunistycznej Republiki Wietnamskiej - uważa.
                        Dzięki swojej dziewczynie Robert odkrył też wietnamską społeczność Warszawy: -
                        Wbrew mitom jest bardzo otwarta. Oni chcą się asymilować, nawet jeśli nie znają
                        polskiego - twierdzi. I dodaje: - Nie użalają się nad sobą. Kiedy Wietnamczyk ma
                        problem, to ma. I nikomu o tym nie powie.
                        Magdalena Dubrowska, Tomasz Kwaśniewski
                        miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,2958327.html?as=1&ias=1

                        --
                        ijaw
                        --
                        DR,K
                        • 08.10.05, 12:42
                          Tydzień Wietnamski sprowokował dziennikarzy do pisania o tej mniejszości.

                          "Handlarz i kucharz - te prace najczęściej wykonują Wietnamczycy mieszkający w
                          Warszawie. Ich urodzone w Polsce dzieci nie chcą iść w ślady rodziców i pragną
                          zostać prawnikami, politykami, artystami. Od najmłodszych lat ciężko pracują, by
                          to osiągnąć.
                          Wietnamskie dzieci uczące się w Warszawie często biorą udział w olimpiadach
                          naukowych, znają po kilka języków obcych i mają wielkie plany na przyszłość.
                          Taką osobą jest Kasia Thu Ha Do Van 13-latka, której średnia ocen w gimnazjum to
                          5,0. Mówi w pięciu językach: po polsku, angielsku, wietnamsku, rosyjsku i
                          francusku. Wygrała olimpiadę szkolną z matematyki, jej prace z języka polskiego
                          i historii szkoła wysłała na ogólnopolskie konkursy. Jest bardzo obowiązkowa:
                          potrafi uczyć się do 1 w nocy, a potem wstać o 6 rano, by jeszcze powtórzyć
                          materiał. Lubi chodzić do szkoły, choć nie zawsze spotyka się z życzliwością
                          uczniów.
                          - Czasami gdy nauczyciel pyta o coś, mimo że znam odpowiedź, nie zgłaszam się,
                          mam dość słuchania za plecami uwag w stylu: "Ta głupia Chinka znów się
                          wymądrza"- mówi Kasia, dodając, że takie sytuacje motywują ją do jeszcze
                          większego wysiłku - Wiem, że jak będę się dużo uczyć, to dostanę się na studia
                          prawnicze. Gdy je skończę, chcę zostać burmistrzem, potem ministrem spraw
                          zagranicznych, a na zwieńczenie mojej kariery będę pierwszą kobietą prezydentem
                          Polski. Wtedy pokażę tym wszystkim, którzy mi dokuczali. - planuje.
                          Monika Ngo Thu Thiey ma 11 lat. Rodzice posłali ją do brytyjskiej szkoły, żeby
                          uniknęła przykrych uwag od polskich rówieśników. Jej średnia ocen to 6,0.
                          Najbardziej lubi informatykę, w domu całymi godzinami siedzi przed komputerem.
                          Wygrała olimpiadę szkolną z matematyki i fizyki, nauczyciele po czwartej klasie
                          od razu przenieśli ją do szóstej. Lila Nguyen Thi Hung Ly również ma 11 lat,
                          chodzi do szkoły podstawowej. Uczy się po dwie godziny dziennie, ma średnią to
                          5,2. Jest najlepsza z matematyki i angielskiego w całej szkole.
                          Nguyen Viet Trung, choć ma dziewięć lat, był już finalistą czterech konkursów
                          fortepianowych. Grać na tym instrumencie uczyć się zaczął dwa lata temu,
                          naśladując siostrę. Teraz uczy się w szkole muzycznej. Wietnamczykom
                          mieszkającym w Warszawie bardzo zależy na tym, żeby dzieci dobrze się uczyły.
                          Rząd Wietnamu i organizacje wietnamskie wspierają ich w tym. - Stowarzyszenie
                          Kobiet Wietnamskich w Polsce co jakiś czas zbiera pieniądze wśród rodaków i za
                          nie kupuje dobrym uczniom prezenty. Nasza ambasada funduje co roku dla
                          najlepszych uczniów wakacje w Wietnamie. - mówi Nguyen Thi Ngoc Thach,
                          przewodnicząca Stowarzyszenia Wietnamskich Kobiet. Być może dlatego młodzi
                          Wietnamczycy chodzący do społecznego gimnazjum nr 20 zbierają same pochwały od
                          nauczycieli.
                          - To bardzo grzeczna, bezproblemowa i bardzo dobrze ucząca się młodzież.
                          Wyraźnie pozytywnie wybijająca się poza przeciętność - mówi dyrektor gimnazjum
                          Krystyna Starczewska. Dodaje, że ich dobre wyniki w nauce mogą wzbudzać wśród
                          rówieśników niezdrowe emocje. - Oni i tak się wyróżniają wyglądem, a w Polsce
                          każdy, kto jest inny, ma z tego powodu nieprzyjemności. Nauczyciele chwalący
                          wietnamskich uczniów muszą to robić umiejętnie, by inni nie poczuli się gorsi,
                          bo to może budzić konflikty - mówi.
                          miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,2958311.html?nltxx=1077927&nltdt=2005-10-08-04-06
                          --
                          ijaw
                          --
                          DR,K
                          • 04.06.06, 14:17
                            "Podróż do Azji" odbywać się będzie codziennie w dniach 7-10 czerwca. Wycieczki
                            wyruszać będą na trasę co pół godziny od godz. 7 do 12. Bilety po 15 zł trzeba
                            rezerwować mailowo lub telefonicznie: azja@arteria.art.pl, 0-604 777 231.
                            Organizatorzy akcji: Przestrzeń Wymiany Działań "Arteria" i festiwal Sąsiedzi
                            dla Sąsiadów.
                            serwisy.gazeta.pl/cjg/1,31903,3385941.html
                            Wycieczki odbywać się będą od czwartku 7 czerwca w ramach praskiej imprezy
                            "Sąsiedzi dla sąsiadów". Oczywiście według "czasu wietnamskiego" - czyli od
                            godz. 7 rano do południa. Na trasę chętni wyruszać będą parami ze stacji PKP
                            Powiśle. Z mapą, na której zaznaczono kilka przystanków. I z odtwarzaczem mp3, z
                            którego usłyszą wietnamskie szlagiery i komunikaty, które prowadzić ich będą
                            przez całą trasę. Z biletem w ręku i kraciastą torbą z towarem pojadą
                            podmiejskim pociągiem na Stadion Dziesięciolecia. W słuchawkach usłyszą
                            komunikat stewardessy, która poinformuje ich łagodnym głosem o panującej tam
                            pogodzie. Tak, jakby rzeczywiście lądowali w innym świecie, po pokonaniu tysięcy
                            kilometrów samolotem, a nie 3-minutowej trasy pociągiem przez Wisłę. Na samym
                            Jarmarku Europa czeka na nich sporo niespodzianek. Zdradzamy tylko kilka z nich:

                            • w budce z kasetami wideo obejrzą na telewizorku krótkie filmy autorstwa
                            wietnamskiej artystki mieszkajacej w Berlinie;

                            • na stoisku 105 wyładują towar i popracują chwilę dla handlującego tu
                            Wietnamczyka;

                            • w sklepiku typu „mydło i powidło" specjalny talon wymienią na mango juice;

                            • w barze spotkają się z młodą Wietnamką, studentką socjologii i działaczką
                            społeczną, która opowie im o zawiedzionych nadziejach Wietnamczyków, którzy
                            przyjechali do Polski - kraju „Solidarności";

                            • pośrodku targowiska usiądą wygodnie na kanapie i posłuchają opowieści młodych
                            Wietnamczyków i stadionowych historii.

                            Cała wyprawa trwa ok. 90 minut i kończy się w buddyjskiej świątyni, do której
                            normalnie wyznawcy innych religii nie mają wstępu. Już można zapisywać się na tę
                            egzotyczną wycieczkę. Liczba miejsc ograniczona.

                            --
                            ijaw
                            --
                            DR,K
                            • 09.06.06, 23:26
                              Relacja z pierwszych "wycieczek do Wietnamu"

                              "Handlowali na stadionie, rozmawiali o polityce, kontemplowali piękno
                              buddyjskiej świątyni - w środę 7 czerwca pierwsi chętni odbyli "Podróż do Azji".

                              miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34886,3402723.html
                              Wycieczki odbywać się będą do soboty, ale wszystkie terminy są już
                              zarezerwowane. WSZYSCY WARSZAWIACY SĄ ZAPROSZENI W SOBOTĘ 10 CZERWCA NA IMPREZĘ
                              PODSUMOWUJĄCĄ "PODRÓŻ DO AZJI" W WIETNAMSKIM CENTRUM KULTURY "TANG LONG" (UL.
                              ZAMOJSKIEGO 4), TUŻ OBOK BUDDYJSKIEJ ŚWIĄTYNI. W programie m.in. oprowadzenie po
                              pagodzie (godz. 16, 17 i 18), pokaz sztuk walki mistrza Nama i jego uczniów
                              (godz. 15), wietnamska muzyka i projekcje filmu "Warszawiacy" Anny Gajewskiej o
                              wietnamskiej społeczności w Polsce.

                              --
                              ijaw
                              --
                              DR,K
                              • 14.06.06, 23:16
                                reporterskim okiem:

                                miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34861,3410117.html
                                Wietnamczyków można było spotkać w Centrum Kultury "Thang Long" przy ul.
                                Zamoyskiego, gdzie świętowali swój Wietnamski Dzień.
                                Kto tam zajrzał, nie żałował. To przedziwne miejsce - kolorowa oaza ulokowana
                                pomiędzy wietnamskim sektorem Jarmarku Europa a zrujnowanym fragmentem starej
                                Pragi. Znajduje się tam buddyjska świątynia i centrum kultury, do których na co
                                dzień mają dostęp wyłącznie Wietnamczycy. W sobotę mogli tam wejść wszyscy. W
                                popołudniowym słońcu i w świątecznych dekoracjach wietnamskie centrum wyglądało
                                jak sceneria baśni. Dzieci bawiły się na skraju stawu o kształcie wielkiego
                                smoka, wokół dziedzińca powiewały kolorowe chorągiewki, a na ścianach wisiały
                                współczesne malowidła i zdjęcia z Wietnamu. W drewnianych kramikach sprzedawano
                                ludowe wyroby i przysmaki.
                                I co najciekawsze - spotkali się tam tego dnia wietnamscy oficjele i
                                opozycjoniści. Ci pierwsi - goście w czarnych garniturach, którzy przyjechali
                                należącymi do ambasady czarnymi limuzynami, oklaskiwali część oficjalną imprezy,
                                podczas gdy ci drudzy na dziedzińcu gorąco dyskutowali o tym, czy to dobry
                                pomysł, by uczestniczyć w tym wydarzeniu. - Moim zdaniem dobry. Są tu dziś
                                zarówno Wietnamczycy, jak i Polacy, warto się pokazać - mówi wietnamski działacz
                                społeczny Ngo Van Tuong. - My tu jesteśmy w ramach imprezy "Sąsiedzi dla
                                sąsiadów" i pokazujemy swój program - sztuki walki, film Ani Gajewskiej
                                "Warszawiacy" o żyjących tu Wietnamczykach, Maciek Magura-Góralski oprowadza
                                chętnych po świątyni. Nie jest źle - dodaje.
                                Sobotnie spotkanie było też okazją do podsumowania głównego punktu festiwalu -
                                "Podróży do Azji" - nietypowych wycieczek śladami Wietnamczyków w Warszawie
                                zorganizowanych przez fundację Arteria. - Świetnie się udały - podsumowuje
                                współorganizatorka Joanna Warsza, producentka teatralna z TR Warszawa. - Od
                                środy do soboty wypuściliśmy na trasę, która prowadziła z dworca PKP Powiśle
                                przez Stadion Dziesięciolecia do buddyjskiej świątyni, ponad sto osób. A
                                chętnych było trzykrotnie więcej. Dziś nagrywamy wywiady z uczestnikami, ich
                                wrażenia i wnioski z tej podróży. Mówią, że odkryli zupełnie nowy, fascynujący
                                świat, o którego bogactwie nie mieli pojęcia.

                                --
                                ijaw
                                --
                                DR,K
    • 01.05.05, 09:11
      "Wietnamczycy świętują rocznicę zakończenia wojny"
      serwisy.gazeta.pl/swiat/0,34266.html
      • 04.05.05, 21:32
        Z forum wietnamskiego wyciągnęłam fragment artykułu Roberta Krzysztonia
        "Wietnamczycy". Jak wygląda życie w Wietnamie i dlaczego ludzie stamtąd uciekają?
        Proszę:

        "W 1975 roku wojska komunistyczne zajęły Sajgon. Cały Wietnam dostał się pod
        władzę prosowieckiego reżimu.
        Skończyła się krwawa wojna, wojna, w której na terytorium Wietnamu (o
        obszarze mniej więcej równym Polsce) zrzucono więcej bomb, niż na wszystkich
        frontach II Wojny Światowej! Ale cierpienia Wietnamczyków bynajmniej się nie
        skończyły.
        Triumf komunistów spowodował ucieczkę pierwszej fali uchodźców, około dwóch
        milionów ludzi. Wielu rzucało się w morze na wątłych łódkach. „Boat people”,
        jedna z najbardziej przerażających ikon XX wieku, to byli Wietnamczycy. Fale
        morskie pochłonęły wiele istnień ludzkich. Szacuje się, że utonęło od pięciuset
        tysięcy do miliona ludzi. Część łódek zatopiło morze, część kanonierki i
        myśliwce z czerwonymi gwiazdami.
        W Wietnamie zapanował terror. Powstały obozy koncentracyjne, rozwinęły się
        tajna i jawna policja, zaczęła się bezwzględna indoktrynacja. W szkołach
        nauczyciele zapoznawać zaczęli uczniów ze sztuką podpatrywania innych i
        donoszenia o tym, co zauważyli, w każdym bloku mieszkalnym powstał
        „nieformalny”, ale wszystkim wiadomy posterunek Służby Bezpieczeństwa. Terror
        rozpętany po 1975 roku nie daje się porównać nawet z czasami stalinowskimi w Polsce.
        Nie stał się jednak Wietnam krajem „nowego, socjalistycznego społeczeństwa”.
        Tradycja wspólnotowego życia, mocna religijność, zakorzenienie okazały się
        zaporą nie do przebycia dla hord nowego porządku.
        Walka z kulturą trwa od tego czasu do dziś. Artyści, ludzie nauki,
        dziennikarze są przedmiotem pilnej obserwacji. Wielu straciło życie. Szaleje
        cenzura, blokowane są strony internetowe. A jednak bibuła wciąż się ukazuje!
        Wojna z religią także nie straciła nigdy impetu. Kościół katolicki jest
        tolerowany, ale zarówno duchowni, jak i wierni są często przedmiotem represji.
        Do rangi symbolu urasta postać ks Tadeo Nguyen Van Ly, który praktycznie całe
        kapłańskie życie spędził w więzieniach. Obecnie odsiaduje kolejny wyrok...
        Kościół buddyjski, ten sam, który zasłynął protestami przeciw łamaniu
        praworządności w Wietnamie Południowym, został po prostu rozwiązany w 1982 roku.
        W jego miejsce władze powołały powolne sobie stowarzyszenie. Struktury religijne
        buddyzmu trwają w podziemiu i na emigracji.
        Pierwszego dnia minionej Wielkiej Nocy do miast na Płaskowyżu Centralnym
        weszło lub wjechało traktorami około trzydziestu tysięcy chłopskich
        demonstrantów, żądających swobód religijnych i politycznych. Żadnych postulatów
        ekonomicznych nie było. Władze zamknęły cały region, odcięły wszelką łączność i
        przystąpiły do pacyfikacji. Dziś wiadomo o czterystu ofiarach śmiertelnych.
        Warszawa stała się w ciągu minionych kilkunastu lat jednym z najprężniejszych
        ośrodków politycznych i kulturalnych diaspory wietnamskiej. Ukazuje się tu
        miesięcznik „Dan Chim Viet”, czytany na całym świecie, pracuje tu wielu artystów
        najwyższej miary. Kwitnie także życie religijne.
        Dzieje się tak pomimo, że Polska nie traktuje uciekinierów z Wietnamu
        życzliwie. Przybysze przez „zieloną granicę” nie mają możliwości legalizacji
        pobytu, ci, którzy mieszkają tu dłużej, tracą masowo karty, uprawniające do
        legalnego życia nad Wisłą.
        W Wietnamie, wskutek korupcji, paszport można uzyskać względnie łatwo. O
        polską wizę jest jednak niesłychanie trudno.
        Władze RP nie są zapewne świadome, że ten stan rzeczy jest na rękę jedynie
        komunistycznemu reżimowi. Mam nadzieję, że władze RP nie są tego świadome... Na
        pewno nie jest zgodny z interesem Polski, która powinna być zainteresowana w
        tym, żeby wiedzieć kto na jej terytorium mieszka i co, mniej więcej, porabia. Na
        pewno nie jest zgodny z naturalnym prawem: w Polsce rodzą się „nielegalne
        dzieci”, od pierwszych dni życia formalnie skazane na deportację, nikt nie
        wnika, jakie są stosunki uchodźców z reżimem, od którego uciekli. A jest to
        rzeczywistość skomplikowana!
        Często słyszę, że niewielu Wietnamczyków stara się o azyl polityczny w
        Polsce. To prawda, proszę tylko pamiętać o tym, że wystąpienie o azyl jest
        traktowane w Wietnamie jako podjęcie „wrogiej działalności”. A większość tych
        ludzi pozostawiła w kraju rodziny!
        Pamiętajmy, że utrzymywanie sytuacji „nielegalności” uchodźców, oddaje ich
        niejako w ręce ambasady. Aby deportować człowieka schwytanego bez dokumentów,
        trzeba ustalić jego tożsamość. Potrzebna jest tu współpraca ambasady. A więc,
        sytuacja jest prosta: jeśli ktoś okaże się wyjątkowo dokuczliwy dla reżimu, może
        być pewien „poznania go” przez ambasadę. Niebezpiecznie więc, także nad Wisłą,
        nie podporządkowywać się nakazom partii.
        Od początku tego stulecia komuniści zaostrzyli kurs wobec opozycji i
        społeczeństwa. Rok 2002 był rekordowy pod względem liczby aresztowań i procesów
        politycznych. A, pamiętajmy o tym, że w Wietnamie każdy proces polityczny, czy
        religijny, jest procesem „szpiega”. Wymiar ludowej sprawiedliwości nie wnika w
        to, na czyją rzecz pracują „szpiedzy” skazywani np. za rozpowszechnienie wśród
        przyjaciół, (ale też wysłanie go do Pierwszego Sekretarza) drogą poczty
        elektronicznej teoretycznego artykułu o demokracji, przetłumaczonego ze strony
        internetowej ambasady USA (13 lat), albo za utrzymywanie kontaktu z działaczami
        opozycji, przebywającymi na emigracji (12 lat).
        Jeden z liderów społeczności lokalnej na wspomnianym wcześniej Płaskowyżu
        Centralnym został zabity zastrzykiem z trucizny, który zrobiono mu tuż przed
        zwolnieniem z aresztu. Zginął kilka godzin później, w domu, opowiedziawszy co
        się stało rodzinie i sąsiadom, świadom, co wróży mu tajemniczy zastrzyk.
        Nikt nie zna dokładnej liczby więźniów politycznych i religijnych, istnieją
        jedynie szacunki, dotyczące osób „zaginionych” i ofiar mordów, dokonanych przez
        „nieznanych sprawców”.
        Dziś, tak jak trzydzieści lat temu, w Wietnamie płoną świątynie, ludzie
        siedzą w „aresztach domowych”, kwitnie korupcja i despotyzm watażków wszystkich
        szczebli. USA obłożyły Wietnam sankcjami ekonomicznymi za rażące lekceważenie
        praw człowieka. W Polsce tymczasem często słyszę, że Wietnam „liberalizuje się”,
        że trwa tam proces „demokratyzacji”. Jest dokładnie odwrotnie.
        Do Polski przybyło ostatnio sześć osób, które poprosiły tu o azyl polityczny.
        Są to osoby całkowicie jednoznaczne, znane liderom emigracyjnych struktur
        demokratycznych, czasem o bogatej już przeszłości więziennej. Wszyscy byli w
        chwili wyjazdu przedmiotem śledztwa organów bezpieczeństwa.
        Wszystkim azylu odmówiono.
        Robert Krzysztoń"

        --
        ijaw
        --
      • 05.05.05, 11:37
        Premier Wietnamu pojedzie do USA
        PAP 06:05


        Premier Phan Van Khai
        (fot. AFP)
        Wirtualna Polska dziś podaje:

        "Po raz pierwszy od zakończenia wojny wietnamskiej 30 lat temu szef rządu
        Wietnamu złoży wizytę w Stanach Zjednoczonych. Jak potwierdził w czwartek sam
        premier Phan Van Khai, uda się on do USA w końcu czerwca.

        O planowanej podróży szef wietnamskiego rządu poinformował w Canberze w
        Australii, gdzie obecnie składa wizytę. (ck)"

        --
        ijaw
    • 20.05.05, 10:28
      "Luna zaprasza dziś o godz. 20.15 na kolejne spotkanie z cyklu "Filmowe podróże
      w czasie i przestrzeni" - wieczór wietnamski. Będzie można zobaczyć "Schyłek
      lata", współczesną opowieść o trzech siostrach, mieszkankach Hanoi. Kulturę i
      przyrodę azjatyckiego kraju przybliży pokaz slajdów i wykład. Na koniec
      zaplanowano poczęstunek przy wietnamskich rytmach.
      j.lu."

      źródło:rzeczpospolita.pl
      --
      ijaw
      --
      DR,K
    • 22.05.05, 17:14
      Co mówi były pułkownik reżimu komunistycznego o Wietnamie? I kim jest obecnie?
      To w artykule, pt. "Zrozumiałem ogrom zbrodni" Niżej cytat.

      "Jaką rolę w odzyskiwaniu przez kraj wolności odgrywa wietnamska emigracja?

      Emigracja informuje świat o łamaniu praw człowieka w Wietnamie i o istniejącym
      tam ruchu wolnościowym, może wpływać na politykę państw demokratycznych wobec
      reżimu. Emigranci poznają funkcjonowanie demokracji w praktyce - owo
      demokratyczne know how będzie nie do przecenienia, kiedy kraj wreszcie odzyska
      wolność. Szczególnie pożądane będą środowiska Wietnamczyków ze wschodniej
      Europy, zwłaszcza z Polski: to w większości ludzie, którzy opuścili kraj
      niedawno, znają doskonale realia życia w komunizmie, a teraz poznają państwo,
      które uwolniło się z komunizmu i buduje swoją wolność. To doświadczenie o
      historycznym wymiarze."
      kiosk.onet.pl/art.html?NA=1&ITEM=1222322&KAT=1292
      --
      ijaw
      --
      DR,K
      • 27.05.05, 15:24
        Stowarzyszenie Wietnamczyków w Polsce "Solidarność i Przyjaźń"
        00-864 Warszawa,
        ul. Krochmalna 2 m 719
        tel. (22) 529 65 88
        e-mail nvhao@vietmedia.com
        prezes Nguen van Thai

        --
        ijaw
        --
        DR,K
        • 27.05.05, 15:26
          Centrum Kultury Wietnamskiej Thang Long (Lecący Smok)
          Warszawa
          ul. Zamoyskiego 4
          --
          ijaw
          --
          DR,K
          • 29.05.05, 12:55
            "Van Anh studiuje socjologię. Wraz z rodzicami przyjechała do Polski 12 lat
            temu. Przez rok z kolegami ze studiów wydawała wietnamską gazetę. Oni wyjechali
            do Londynu na staż w BBC. Van Anh nie chciała. - To dlatego, że czuję się tu
            potrzebna - wyjaśnia. Uczy swoich rodaków polskiego, pomaga im jako tłumacz. -
            Przed wejściem w życie ustawy abolicyjnej (1 września 2003 r.) dla
            przebywających nielegalnie w Polsce cudzoziemców zorganizowaliśmy wspólnie z
            ojcem Osieckim dyżur prawnika, tłumaczyłam dokumenty, towarzyszyłam
            Wietnamczykom podczas wizyt w urzędzie wojewody."

            Fragmencik artykułu z Tyg. Powszechnego. Reszta tutaj:
            wiadomosci.wp.pl/wid,6948976,prasaWiadomosc.html
            --
            ijaw
            --
            DR,K
            • 26.10.06, 23:17
              "Mnie tam oni nie przeszkadzają, ale we wsi jest wielki niepokój
              Pani, co my tu z nimi mamy! - wykrzykuje Maria Domasiewiczowa i wciąga nas do
              sieni. - 30 lat tu mieszkamy. Piękna i spokojna wieś to była. A teraz takich
              odmieńców nam tu przywiało. Żyć się odechciewa!!
              Obok Domasiewiczów mieszkają Nguje i Thu, którzy ostatnio wyrównali podwórko
              grubą warstwą ziemi. Przez to jest o pół metra wyżej niż u Domasiewiczów. - Jak
              deszcz pada, powódź mamy, załamuje ręce Maria. - Mówię im, żeby coś z tym
              zrobili, a ten skośny odpowiada, że będzie mi płot budował. Jak wezmę siekierę,
              to mu łeb urąbię. Budować to on sobie może w Azji!
              Domasiewiczowie przyznają, że wietnamscy sąsiedzi nie piją, nie awanturują się i
              nie hałasują. - Ale pogadać z takim nie można, bo polskiego nie znają. I tylko
              "panu dobrze będzie" powtarzają jak katarynki. A nam z nimi dobrze nie jest, o
              nie! - mówi Janusz, mąż Marii.
              - I brudasy takie. Jak torbę z zakupami przyniosą, to zmiętą rzucają pod siatkę.
              Wiatr zawieje i tydzień na krzaku wisi - dodaje Domasiewiczowa.
              Mroków odwiedzałyśmy siedem razy. Na podwórku Nguje i Thu zawsze było czysto,
              żadna reklamówka na krzaku nie wisiała.
              Gruba Yen wygrywa
              Mroków to niewielka miejscowość na trasie Łódź - Warszawa. Trzy ulice,
              oficjalnie trzystu mieszkańców. Niewiele się dzieje: czasem przemknie jakiś
              pies, dziecko wraca rowerem ze szkoły, starsza pani maszeruje do jedynego we wsi
              sklepu spożywczego. Wszystko się zmienia o godz. 17. Mrokowianie żartują, że ich
              główna ulica przypomina wtedy Marszałkowską. Korek taki, że przez wieś jedzie
              się z pół godziny.
              W co drugim samochodzie siedzi Wietnamczyk. Między autami przeciskają się
              dziesiątki zdezelowanych rowerów - to wracają ci, którzy przyjechali do Polski
              niedawno. Nie zdążyli dorobić się samochodu.
              Mroków to sypialnia Wietnamczyków. A jednak rodowici mrokowianie niewiele wiedzą
              o azjatyckich sąsiadach.
              - Pani, ja ich nawet nie rozróżniam. Żaden nie gada po polsku! - mówi napotkana
              kobieta.
              Wietnamczycy pojawili się w 2002 roku. Przyciągnęło ich wielkie centrum targowe
              EACC w pobliskiej wsi Wólka Kosowska. Dzięki niemu bezrobocie w gminie sięga
              zaledwie 6 proc.
              W EACC Wietnamczycy mają własną halę, w której sprzedają tanią odzież. Jest też
              wietnamski fryzjer, wietnamski sklep spożywczy i wietnamski bar Yen Beo, czyli
              Gruba Yen.
              Gruba Yen to właścicielka restauracji. Tanimi sajgonkami walczy z konkurencją -
              polską restauracją Kupieckie Jadło, która jest naprzeciwko.
              - Czasem jedzą u nas ci, za przeproszeniem, skośni. Ale ja u nich? Nigdy. Nie
              lubię azjatyckiej kuchni - potrząsa grzywką szefowa kuchni Kupieckiego Jadła
              Kiedy w Grubej Yen zamawiamy krewetki z ryżem, uśmiechnięty Wietnamczyk podaje
              je na plastikowej tacce. Obok tłumy Wietnamczyków. Jedzą na porcelanie, oglądają
              wietnamską telewizję na plazmowym ekranie.
              W wietnamskiej hali pracuje większość mieszkańców okolicznych wsi. Sprzedają,
              sprzątają, rozwożą towar. - Dobrze, że jest jakaś robota. Całkiem nieźle płacą -
              mówi Ania z Mrokowa, ekspedientka w azjatyckim sklepie.
              Ani tylko homarów żal. Przywożone do sklepu w Wólce lądują w akwarium i nikt ich
              nie karmi. Jeśli nie zostaną sprzedane, zdechną. Na szczęście nieczęsto się to
              zdarza. - Czasem Wietnamczycy kupują i z dziesięć naraz. Bardzo je lubią - mówi
              Ania.
              Homar kosztuje 130 złotych, więc Ania nie zjadła ani jednego.
              Fryzjerkę cholera bierze
              Okolica żyje z Wietnamczyków. Mieszkańcy Mrokowa wynajmują im pokoje i domy.
              Jedna z gospodyń sprzedaje im weki, a w warsztacie samochodowym naprawiają
              głównie auta Wietnamczyków."

              Dalszy ciąg w linku:
              www.gazetawyborcza.pl/1,75480,3695694.html
              --
              www.drk.up.pl
              • 27.04.07, 21:29
                MSWiA podejmie się trudu policzenia Wietnamczyków żyjących w Polsce. Conajmniej
                dziwna to inicjatywa.

                wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,4093999.html
                Wskazówki w sprawie Wietnamczyków resort rozesłał do wojewodów w całym kraju.
                Urzędnicy mają sprawdzić liczbę zawieranych przez nich małżeństw i to, czy
                starają się o pozwolenie na pracę. A także czy asymilują się z lokalną
                społecznością i jak wielu małych Wietnamczyków chodzi do szkół. - Nazywamy to
                fotografią społeczności - twierdzi rzecznik Ministerstwa Michał Rachoń. - Dane z
                całej Polski posłużą do sporządzenia raportu z całego kraju. Badania migracji
                ludności to jeden z prawnych obowiązków ministerstwa, a badania nad tą grupa nie
                były prowadzone od początku lat 90. - dodaje Michał Rachoń.
                Liczeniem Wietnamczyków z Mazowsza ma się zająć wydział spraw cudzoziemców w
                urzędzie wojewódzkim. Jego pracownicy o raporcie jednak nic nie wiedzą. Prośba
                od dane już miesiąc temu trafiła za to do Urzędu Repatriacji i Cudzoziemców,
                który określił, ilu Wietnamczykom przyznano pozwolenia na pobyt. - Nasze dane
                nie uwzględniają ciemnej liczby osób, które przebywają w Polsce nielegalnie -
                zaznacza dyrektor generalny Urzędu Jan Węgrzyn.
                - Badania prowadzimy we współpracy z organizacjami Wietnamczyków, którzy lepiej
                orientują się, kto przekroczył polską granicę nielegalnie. Naszym celem nie jest
                karanie tych osób, tylko poznanie ich warunków życia - podkreśla rzecznik Rachoń.
                Tymczasem działacze organizacji wietnamskich o badaniu dowiadują się od "Gazety"
                i prześwietlanie ich środowiska nie bardzo im się podoba. Dziwią się, że MSWiA
                nie korzysta z gotowych już opracowań prof. Pawła Boskiego ze Szkoły Wyższej
                Psychologii Społecznej. - Moje wieloletnie badania nie dotyczą wprawdzie
                demografii, więc nie podają dokładnej liczby Wietnamczyków w Polsce, ale też nie
                wierzę, by ktokolwiek był w stanie ją podać. Przyglądałem się za to
                Wietnamczykom od strony socjologicznej i psychologicznej, poznałem ich zwyczaje.
                Myślę, że nagła potrzeba przeliczenia Wietnamczyków wynika z zamieszania wokół
                Stadionu Dziesięciolecia, na którym większość z nich handluje - mówi "Gazecie"
                prof. Paweł Boski.
                Strażnik miejski, który od lat pracuje na terenie zamieszkanym przez
                Wietnamczyków, nie wierzy, że badania MSWiA choćby zbliżą się do rzeczywistości.
                - Po pierwsze jest to środowisko hermetyczne, które nie dopuszcza ludzi z
                zewnątrz ani nie wyjawia swoich tajemnic. Jasne jest, że na paszport jednej
                osoby do Polski wjeżdża nawet kilkanaście osób, bo oblicza Azjatów są dla
                naszych strażników granicznych nie do rozróżnienia. Wiadomo też, że w Warszawie
                Wietnamczyków jest pewnie dwa razy więcej niż w dokumentach, ale nigdy nie
                dowiemy się ilu - dodaje strażnik. I wspomina wezwania do interwencji na
                Stadionie Dziesięcolecia, kiedy po przyjeździe radiowozu okazało się, że nie ma
                winnych i tak naprawdę do niczego tam nie doszło.
                Co na to Wietnamczycy
                • Ton Van Anh - zaangażowana wietnamska działaczka społeczna, dziennikarka
                radia Wolna Azja, członkini Stowarzyszenia Wolnego Słowa i koordynatorka Sekcji
                Dalekiego Wschodu w Instytucie Paderewskiego
                - Szacujemy, że w Polsce mieszka 20-30 tys. Wietnamczyków, z czego tylko 5 tys.
                poza Warszawą. 80 proc. przebywa tu nielegalnie. Na podstawie formalnych
                papierów administracja nie policzy Wietnamczyków. Uciekli z komunistycznego
                kraju, boją się ujawnić, bo grozi im deportacja. A polski rząd niechętnie
                przyznaje im status uchodźcy. W ciągu ostatnich dziesięciu lat na 500
                rozpatrywanych przypadków przyznano taki status jednej osobie! Polska
                administracja nie jest, niestety, instytucją, która cieszy się zaufaniem wśród
                Wietnamczyków. Można policzyć dzieci, bo zgodnie z międzynarodową Konwencją o
                Prawach Dziecka każda szkoła ma obowiązek przyjąć nieletniego, niezależnie od
                tego, czy przebywa na terytorium danego kraju legalnie, czy nie. Z mojego
                doświadczenia wynika, że warszawskie szkoły nie odmawiają przyjęcia dzieci
                nielegalnych imigrantów. Takie badania powinny być przeprowadzone we współpracy
                ze środowiskami imigranckimi, które mają największą wiedzę o społeczności
                wietnamskiej w Polsce, np. z Instytutem Paderewskiego.
                • Le Tuan Nam, 25-latek, w Polsce od 1992 r, warszawiak. Pracuje w branży
                handlowej.
                - Takie badania to fajny pomysł, ale nie wiem, czemu mają służyć. Ustalić liczbę
                legalnych imigrantów nie jest trudno, bo przecież figurują w administracyjnych
                komputerach. To tak jakby ustalać, ilu Polaków mieszka w Polsce. Jeżeli zaś
                chodzi o Wietnamczyków przebywających tu nielegalnie, a takich jest zdecydowana
                większość, to oni nigdy się nie ujawnią. A nawet jeśli się obliczy tych
                nielegalnych, i wyjdzie np. 50 tys., to co z nimi dalej? Zamknąć w więzieniu?
                Odesłać do Wietnamu? MSWiA lepiej by zrobiło, zastanawiając się, jak pomóc
                ludziom uciekającym z biedy do kraju, który traktują jak ziemię obiecaną.
                Powinni pomyśleć np. nad stworzeniem dla nich odpowiednika Zielonej Karty.
                • Ngo Van Tuong, warszawski dziennikarz, fotograf i prywatny przedsiębiorca, w
                Polsce od 23 lat.
                - Nic nie słyszałem o liczeniu Wietnamczyków, jestem zaskoczony! I od razu mam
                pewne wątpliwości, co do intencji i sposobu prowadzenia takich badań.
                Wietnamczycy mogą poczuć się inwigilowani, śledzeni. Nie wykluczam, że takie
                badania są potrzebne, na pewno mogą dać przydatne wskazówki, ale wszystko zależy
                od tego, czy będą obiektywne, konsultowane ze społecznością wietnamską.
                Wietnamczycy są nieufni, dlatego urzędnicy powinni najpierw porozumieć się z
                przedstawicielami społeczności, wyjaśnić cele. Warto wspomnieć, że środowiska
                akademickie (zwłaszcza UW i Wyższa Szkoła Psychologii Społecznej) od kilku lat
                prowadzą badania nad mniejszością wietnamską w Polsce. Urzędy nie korzystają z
                tych analiz, a nagle chcą przeprowadzać szacunki samodzielnie.
                --
                www.drk.up.pl
  • Powiadamiaj o nowych wpisach

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.