Dodaj do ulubionych

Konkurs - Skarbnica wiedzy

28.08.06, 11:01
Zapraszamy do udziału w konkursie na relacje z wakacji. Napiszcie gdzie warto
jechać, co zobaczyć, jakich miejsc unikać i dlaczego. Nagrodą w konkursie jest
aparat cyfrowy Olympus MJu 720 SW.

Zadanie konkursowe polega na opisaniu na tym forum, historii zawierającej
wiele przydatnych dla innych turystów informacji dotyczących miejsca
odwiedzonego przez Was w czasie wakacji.

Konkurs trwa od 28 sierpnia 2006 roku do 10 września 2006 roku.
Szczegółowe informacje na jego temat znajdują się na
Stronie konkursu.
Edytor zaawansowany
  • piootr3 04.09.06, 12:14
    W A K A C J E
    Moje wakacje zaczely się troszkę wcześniej niż zazwyczaj. Chciałem poznać kraj,
    ludzi, a przede wszystkim obejrzeć pozostałości po Imperium Rzymskim.
    Szukałem wraz z Panią Elą możliwości dostania się do Tunezji w miarę tanio i na
    własą rękę. Jak podliczyliśmy, to jednak najtańszą wersją okazał się jednak
    wyjazd z biurem Scan Hollidey (2 osoby-1762,67 PLN za dwa tygodnie), oczywiście
    wykupione 4 dni przed wyjazdem. Styczeń, to martwy sezon, więc i ceny niskie.
    Wyjazd 6, a powrót 20 stycznia.
    Mieszkaliśmy, a własciwie, nocowaliśmy w hotelu Enansim. Hotel taki , jak
    zapłata za niego. Obsługa życzliwa. Po załatwieniu formalności poszliśmy na
    dworzec kolejowy, gdzie otrzymaliśmy rozkład jazdy pociągów. Ponieważ mieliśmy w
    hotelu załatwione tylko śniadania, znaleźliśmy swojską garkuchnię, gdzie do
    końca pobytu jadaliśmy obiady. Za 12 TND mieliśmy tyle, że gdyby nie kotka, to
    sporo by zostało... Tunezja , to kraj kotów. Wszędzie ich pełno i raczej się nie
    boją. Byle nie głaskać, bo wtedy lezą i miaucząc domagają się jeszcze, jeszcze...
    Na drugi dzień (07.01) wyjazd nad jezioro Ichkeul.
    Pociąg z Susse odjeżdża o 7.23, więc na stacji jesteśmy już o 6.40. Pełno
    wojska. 10 i 11 stycznia jest święto Eid el-Kebir (poświęcenie Izaaka przez
    Abrahama), więc jadą na przepustki, a tym samym zrobiła się nie kolejka ale
    koleja do kas. Czynne są dwie. Stanęliśmy w dwóch kolejkach. Pani Ela wygrała! I
    już pierwsza nauczka! Kobiety pracują , mężczyźni urzędują. Za dwa bilety do
    Tunisu zapłaciliśmy 13 TND.
    W pociągu Pani Ela rozmawiała z Belgijką i Anglikiem, którzy na miejscu pracują.
    Niezbyt pochlebnie wyrażali się o męskiej populacji Tunezji.
    W Tunisie o 9.15, jesteśmy głodni, ale najpierw na kawę , bo Pani Ela robi się
    nerwowa. Niedaleko dworca, po prawej stronie jestkawiarenka, gdzie miejscowi. Po
    220 milimów. WSPANIAłA! Później błąd! Wchodzimy do restauracyjki, gdzie siedzi
    samotny Arab w burnusie. 2*kurczak, sos i bułka, razem 12,500 TND. Drogo i
    niedobre. Ten kurczak chyba samodzielnie "zszedł". No i dalej w drogę. Kupujemy
    bilety do Tinja (tindżia). Dostanie się do pociągu nie jest takie proste.
    Najpierw kontrola biletów przy wejściu na perony. Czekamy , aż podstawią pociąg
    i następna kontrol. Jak u nas za dawnych czasów... Przed odjazdem w wagonie
    zjawia się stary Arab i coś mówi. Młodzież się podśmiewa, ale starsi dają mu
    pieniądze. Wyjaśniono nam , że zbierał na barana (w to święto każda rodzina
    powinna mieć owieczkę), który kosztuje 300 TND. Chłopina się nachodzi, bo dawali
    mu jakieś drobiazgi. No i wreszcie w Tinja! Taksówką jedziemy do Menzel Bourgiba
    (2 TND) i tam załatwiamy sobie nocleg w Schronisku Młodzieżowym za 14 TND w
    pokoju 2-osobowym. Zaczyna się robić zimno (w nocy po 10 stopni) , więc Pani Ela
    zaszantażowała kierownika (trochę znał angielski), strasząc go, że jeżeli nie da
    jakiegoś ogrzewania, to będzie ją musiał grzać całą noc. Pomogło! Dali olejak.
    Rano , nocny stróż poczęstował nas kawą. Ze szczerego serca. Ze szczerego serca
    Pani Ela dała mu czapeczkę...
    Łapiemy taryfę i jedziemy nad jezioro. Nowa nauczka! Cenę na dłuższe trasy
    trzeba negocjować. Zdarł z nas! Zapłaciłem poczwórnie (18TND).
    Park Narodowy. Droga pod górkę , tak ze 4 km. Widoki przepiękne! Kolory,
    kaktusy, skały... Muzeum na szczycie raczej marne i niezbyt ciekawe, za to
    tarasy widokowe... Do jeziora jakieś 300 m. w dół... Widok piękny, ale jakoś
    żadne z nas nie chciało tam zejść. Mały spacerek wzdłóż urwiska i powrót. Jak na
    razie mamy 10 km w nogach. Do Menzel Bourgiba dostajemy się okazją. Stary ,
    rozlatojący się Peugeot. Tylko silnik dobrze chodził! Kierowca uśmiechnięty
    zapakował nas koło siebie i coś całą drogę tłumaczył. Zrozumiałem "automatik",
    które słowo wymawiał,ilekroć pomagał ręcznie ruszyć wycieraczkom (padało).
    Bardzo się bronił, ale mu wcisnąłem 5 TND. Byłem rozanielony, ale później Pani
    Ela sprowadziła mnie na ziemię. Tak mocno się do mnie przytulała , bo bała się ,
    że wypadnie razem z drzwiczkami. A ja myślałem...
    Mamy trochę czasu, więc mały spacerek po Tinja. Wszędzie przedświąteczny ruch.
    Pełno owieczek, nawet na 2 piętrze w bloku. Bardzo żałowała baranka.
    Akurczakami, to się zażera!!!
    Powrót do Sousse. W pociągu z Tunisu do Sousse rozmawiamy ze studentem o Tunezji
    i Tunezyjczykach. Bezrobocie - 25%, średnia płaca - 300 TND. Ludzie pracują na
    czarno i sezonowo. Benzyna i sojal - bardzo tanie. Kobiety w domu trzymają
    mężczyzn za mordę! Teraz rozumiem dlaczego tak przesiadują po kawiarniach!!!
    Poniedziałek 9 stycznia.
    Spacerkiem po Sousse. Muzea, jak wszędzie w poniedziałki pozamykane. Zwiedzanie
    Mediny (takie ichnie stare miasto). Dolepił się do nas nobliwy Arab i za 3 TND
    doprowadził nas do Muzeum Mediny. Sami byśmy tam trafili, ale frycowe się płaci.
    Trzeba mówić, że się nie ma pieniędzy.
    10 stycznia
    Święto Ofiarowania Izaaka (rżną barany i ucztują). Te barany, to chyba zarzynali
    na ulicy, bo w rynsztokach pełno krwi. Pani Ela Nerwowa brzydko się wyraziła o
    tej tradycji. Przy okazji wspomniała co wczoraj widzieliśmy i obdarzyła to
    odpowiednim komentarzem! Przecież każdemu może się zdażyć, że wioząc żywego
    baranka w bagażniku, ten bagażnik się otworzy! Byli bardzo zdziwieni. I baranek
    i kierowca.
    Pusto. Można spokojnie połazić po Medinie. Piękne stare mury obronne, wąskie
    uliczki, kolorowe drzwi...Egzotyka... I spokój... Trafiliśmy do otwartej
    piekarni i kupiliśmy na jutro 2 bagietki ( po 200 milimów). Potem spacer
    brzegiem morza. Wspaniałe kolory i morza i nieba. A to styczeń...
    11 stycznia
    Pobudka o 3.30 i o 4.15 w drogę! Po drodze kawiarnia, już albo jeszcze
    otwarta.Kawa! Kawa! (po 300 milimów) Na dworcu autobusowym pełno ludzi (i
    kobiet). Jedziemy do Gafsa, później do Tozeur (nocleg), Medenine (nocleg),
    powrót do Sousse. Bilety kupuje się w atobusie. Kasy jeszcze pozamykane.
    Najpierw trzeba się dostać do tego autobusu. Zastosowałem taktykę blokady. Pani
    Ela pierwsza, ja za nią z dwoma plecakami po bokach. Nikt się nie przedarł!!!
    Mamy miejsca siedzące! Za nami wsiadła rodzina z czworgiem dzieci w wiku 1, 2,
    3, 4 lat. Jedno zostało przy matce, drugie dał znajomemu, trzecie zachował sobie
    , a czwarte posadził koło młodej dziewczyny i coś do niej burknął. Była
    rozanielona!!! Gdybym , to ja miał takie ślady po jeździe autobusem... Szminki w
    tym kraju są bardzo nietrwałe! Stęplują!
    Za przejazd zapłaciliśmy za dwie osoby 23,700 TND. O 10.20 w Gafsa! Pani Ela
    odwiedziła miejscową toaletę. Stwierdziła, że na Ukrainie było czyściej. Jak
    dobrze, że zabraliśmy swój papier toaletowy. To Afryka i ludzie dbają o higienę
    podmywając się, tyle, że po podmyciu nie ma czym się osuszyć!
    Z Gafsa do Tozeur jedziemy louagem (taksówka ośmiomiejscowa). Za przejazd 9,300
    TND. W Tozeur usiłujemy dogadać się w miejscowej informacji turystycznej. Młody
    człowiek wyjątkowo odporny! Sami znajdujemy hotel Aichsa 17,500 za pokój
    2-osobowy. Jaka cena, takie warunki. Zwiedzamy oazę. Muzeum po 5,500 TND ,
    ciekawe i warto! Belvedere - teras widokowy ; wspaniały widok na całą oazę!
    Rano 12 stycznia
    Tozeur-Gabes 17.500
    Gabes -Medenine 7,600
    Louageami.
    Z Tozeur do Gabes droga przez jezioa (schott). Piękne widoki, góry odbijające
    się w wodzie, pustynia, kolory, ślady rzek...
    W Medenine taxi do centrum 2 TND. Znajdujemy hotel HANA za jedyne 10 TND
    (pokój). Weście piękne! Kafelki, glazura! Zachciało nam się luksusu i wzieliśmy
    pokój z prysznicem i toaletom. Było wziąć za 5 TND!!! Nie zaryzykowałem kąpieli.
    Z kibelka korzystaliśmy wspólnego (bardzo czysty). Pani Ela wprowadziła małe
    zamieszanie. Jak ktoś korzysta z WC, to cały czas kaszle.
    Jest jeszcze wcześnie więc idziemy na miasto i wynajmujemy taksówkę aby nas
    poobwoził po okolicy. Kierowca Ali taki , jak jego samochód! Biedny, ale bardzo
    sympatyczny. Trzy godziny jazdy i oglądania. Serpentyny dróg, skalista
    pustynia,tu i ówdzie małe osady. Dotarliśmy do ksaru El Hallaut. Proponowano nam
    nocleg za 26
  • piootr3 04.09.06, 14:28
    Proponowano nam nocleg za 26 TND za pokój 3-osobowy z wygodami w ksarze.
    Dalej w drogę. Widoki... Góry, jak z epoki dinozaurów. Nawet jakiś dowcipniś
    postawił rzeźbę dinozaura z małym na szczycie góry.
    Powrót do Medenine, kolacja i do wyra (inaczej tego nie da się nazwać!).
    13 stycznia
    Medenine - Sfax 19.300
    Sfax - Sousse 13,000
    Oczywiście za dwie osoby. Wyjazd o 7.25 , na miejsu o 13.40.
    Oczywiście louagem. Wszystkie te taksówki miały zepsute szybkościomierze. Tylko
    w tym ze Sfaxu do Sousse był sprawny . Jak zobaczyłem, że jedzie 130 km/h , to
    wszystko zrozumiałem. Po co stresować pasażerów...
    14 stycznia
    Tym razem bierzemy taksówkę i jedziemy na stację louage. O 8 wyjazd do Dugga.
    Dowożą nas do Teboursouk (razem 22 TND). Do samej Duggi 8 km. Bierzemy wolnego
    louage i za 5 TND jesteśmy na miejscu. Wstęp po 3 TND.
    Szybciutko na kawę do miejscowej kawiarni. 1 TND! Najgorsza i najdroższa , jaką
    piłem w Tunezji!!! Pani Ela Miłosierna, kiedy się wykłócałem o kawę nakarmiła
    dwa koty naszymi bułkami. Zeżarły 1,5 buły z topielcem.
    Ruiny piękne. Amfiteatr, świątynia, posadzki po których się chodzi (piękne
    mozaiki, jeszcze nie zniszczone). Pasterz pasący w tych ruinach owce...
    Wracmy serpentyną w dół, to tylko 8 km. Za to jakie widoki! Kolory piaskowca,
    zieleni i nieba... Mijamy pasterza, który pędzi stado owiec. Jedna mała owieczka
    oderwała się od stada i ciekawa podbiegła do nas. Obejrzała, coś po swojemu
    powiedziała i pobiegła oglądać psy. Tym napyskowała! Tylko osobnik płci męskiej
    mógł być taki ciekawy świata, a co za tym idzie inteligentny. Kiedy podzieliłem
    się swoimi przemyśleniami z Panią Elą , zostałem nazwany męską szowinistyczną
    świną! (intelgencję posiada podobno tylko płeć żeńska). Po przejściu jakiś 3 km
    mija nas traktor z przyczepą. Zatrzymał się i zaprasza. Ladujemy się i jedziemy.
    Machamy do mijanych ludzi, którzy z wielką uciechą nam odmachują. Mijamy
    pasterza w brunatnym burnusie, z 2-metrową laską w jednej ręce. W drógiej trzyma
    komórkę i gada... Wreszcie jesteśmy na stacji , łapiemy taksówkę (louage) i
    jedziemy do Beja. Na miejscu ok. 16. Szukamy hotelu i zostajemy doprowadzeni
    przez miejscowego do hotelu Fenix. Nocleg 40 TND. Za to z łazienką i czyściutko!
    Środek kraju. Jesteśmy oglądani ze zdziwieniem, pewnie rzadko tutaj widzą
    turystów. Najpierw obiadek, a później zwiedzanie. Sklepów. Pani Ela kupuje jakąś
    szmatę. W Indiach ,byłoby to sari, tutaj nie wiem... Kasjerka ma umalowane
    dłonie w piękne wzory. Mężatka. Ale bez chusty.
    Miasto piękne i tętniące życiem. No i mężczyźni siedzący do rana w
    kawiarniach.Pani Ela nie może tego zrozumieć, a kiedy przedstawiam jej swoją
    teorię, to ją tylko utwierdza w przekonaniu, że jestem męskim szowinistą. Z
    trzeciego członu zrezygnowała, bozagroziłem, że też pójdę do kawiarni.
    15 stycznia
    O 7 udało nam się wydostać z hotelu. Wszyscy spali! Idziemy do kawiarni.
    Wspaniała kawa za 400 milimów. Barman bardzo serdeczny i zachwycony, że widzi
    Panią Elę. Kiedy wychodzimy , kładzie rękę na sercu i się kłania. Rozkochała go
    w sobie? Jedziemy do Jendouba. (5 TND za dwie osoby). Po drodze patrol policji.
    Czekali na nas! Kontrola paszportów, ale jak zobaczyli, że Polacy...
    Jendouba. Taksówka do Bulla Regia - 3,200. Zwiedzanie 10 TND i czekolada dla
    przewodniczki. Wreszcie Pani Ela może się nagadać z kobietą. Wstęp na teren
    jakieś grosze. Dugga była bardziej rozległa, ale tutaj czuć mieszkańców.
    Rzymianie mieszkali w piwnicach. Ale jakich! Zachowały się mozaiki, system
    wentylacyjny. Jesteśmy zachwyceni. Zwiedzanie zajmuje jakieś 3 godziny. Powrót
    na stację louage i decyzja - jedziemy do Tabarki!
    1,5 godziny jazdy przez malownicze górskie okolice. Lasy, doliny, serpentyny
    dróg, już ze względu na same widoki warto było jechać! (6,700 za dwie osoby). W
    Tabarce Zwiedzamy fort genueński z XVI czy XVII wieku. Stoi na szczycie góry.
    Wleźliśmy, zobaczyliśmy, zleźliśmy. I mieliśmy dosyć!!!
    Do Tunisu jedziemy za 16,200 i do Sousse za 14,600. W hotelu o 21.00.
    16 stycznia
    6.30. Budzik obudził. Jesteśmy trochę zmęczeni , ale El Jem trzeba zobaczyć!
    Przejazd kosztuje 7 TND za dwie osoby. Coloseum robi wrażenie! Pani Ela mówi, że
    jest bardziej okropne niż w Rzymie. Niedaleko jest muzeum. Oglądamy posadzki.
    Szczeólnie piękne są w pokojach dziecinnych. Piękne pastelowe , stonowane
    kolory. Wracamy do hotelu i robimy wolne na resztę dnia.
    17 stycznia
    Zwiedzanie Sousse. Muzeum Sousse - 3 TND. Warto! Po zwiedzaniu idziemy do Muzeum
    Mediny. Jest to 3-cia brama w stronę portu. Chcieliśmy sobie skrócić drogę i
    weszliśmy w drugą. Cóż... Polecam panom, ktorzy lubią kobiety o rubensowskich
    kształtach... O ceny nie pytałem, jakoś tak nie wypadało. Zresztą Pani Ela, tak
    się ze mną zlepiła, że tworzyliśmy jakby jedną całość. Wreszcie , jednak
    trafiliśmy do właściwego muzeum! Z wieży widok na całą Medinę.
    18 stycznia
    Tunis , Kartagina. Powrotny bilet - 11 TND (kolej) , jeden
    Konduktor znajomy. Wymiana uśmiechów, pozdrowień...
    Wyjazd 0 6.50, w Tunisie o 8.40.
    Pani Ela po kawie do Małego Wigwamu. Wraca zszokowana! Odkryła tajemnicę! Już
    wie czym się podcierają! Widziała! To byla halka, lub róg spódnicy... Cóż...
    Jedziemy metrem do stacji Charthage-Hannibal. Powrotny bilet dla dwóch osób , to
    niecały dinar. Wejście po 6 TND. Piękne , ale mało. Jednak Rzymianie ich bardzo
    nie lubili! Widok z tarasu na zatokę i Tunis... No i koty proszące o
    pogłaskanie... Wracamy do Tunisu. Obiad w miejscowej garkuchni - razem 8,600
    TND. W menu Sphagetti Polonaise. Nie pytałem co to jest.
    Jedziemy do Muzeum Bardo. Taksówka zawiozła za 3,200, dałem 5 TND. Wstęp 6 TND.
    Trzeba! Warta obejrzenia rzeźba "Pijanego Herkulesa". Hmmm. Pocieszające, że i
    ON miał pewne problemy, ale żeby aż tak!!! Wracamy przez Medinę. Tylko 3 razy
    pytałem o drogę. Pani Ela za 1 TND kupiła fartuszek. Podobno dla mnie... Zacznę
    chyba chodzić do kawiarni... Wreszcie w pociągu o 17.35. Sprzedawcy upierdliwi.
    Nauczyłem ich nowego słowa - sio! Wymawiają - szio. O 19.25 w Sousse.
    19 stycznia
    Ostatni dzień. Zwiedzamy Ribbat, łazimy po mieście. Zegnamy się. Na suku robimy
    drobne zakupy. Pamiątki. Trzeba się targować. Bez plecaków jesteśmy traktowani ,
    jak normalni turyści. Wcześnie spać, bo o 3 wyjazd!
    20 stycznia
    Powrót do Warszawy. Podwójny szok! Temperatura minus 15. Moja torba podróżna
    zniszczona! Dobrze , że blisko do domu.
    Temperatura wreszcie wzrosła, ale odszkodowania za torbę od Tunisair jeszcze nie
    dostałem. Czekam...
  • mica.w 05.09.06, 21:06
    Niedawno wróciłam z Tunezji. Byłam w hotelu Scheherazade w Sousse przez 2
    tygodnie :). Hotel jest *** i zaraz przy plaży :) Pokój miałam na morze jak
    zreszta 90% tych pokoi w hotelu. Jedzenie jest bardzo dobre. Nie słyszałam by
    sie tam ktoś po nim rozchorował. Śniadania są w godz od 6:00 do 9:30, obiady
    12:00-14:00, a kolacja 19:00-21:00. Jest duży wybór sałatek i dań. Jeżeli
    chodzi o napoje to za herbate kawe i mleko nie trzeba płacić oraz soki
    (podobno świerze - nie próbowałam). Za butelke wody mineralnej płaciłam 1
    dinara 100 milimów (1dinar=2,5zł). Pokoje są ładne z widokiem na morze :).
    Sprzątaczki sprzątają codziennie. obsługa hotelu jest ogólnie bardzo przyjazna
    i nie było z nią problemów. W hotelu popołudniu oraz wieczorami są
    organizowane animacje. O 23 zaczyna sie dyskoteka.
    Hotel położony jest ok 1godz drogi od centrum Sousse (taksówką 10min -
    3dinary), a od Port el-Kantaoui 1godz 20min pieszo (taksówka ok 10-15min - ok
    4dinary).
    W Portcie el-Kantaoui jest ZOO i wesołe miasteczko, warto się też tam wybrać
    nocą i zobaczyć piękny port.
    Miejsce gdzie jest położony hotel jest bardzo ładne i spokojne w porównaniu z
    centrum (tunezyjczycy wiecznie na coś trąbią więc jest duży hałas, szczególnie
    w centrum Sousse). Przy hotelowej plaży można wypożyczyć skutery wodne,
    pojeździć na bananie oraz polatać na spadochronie za motorówką :) (polecam - 1
    osoba 20dinarów; 2 osoby 30dinarow).
    W Sousse mozna zwiedzić Museum L'Olivier (muzeum oliwek) mozna kupić tam wyroby
    z oliwek tj.: mydła, oliwe itp. oraz Musse Dar Essid - jest tam pokazane jak
    żyją tunezyjczycy znajduje sie tam punk widokowy na całe miast. Do zwiedzania
    jest także w centum (Medina) forteca.
    Jeżeli chodzi o wycieczki fakultatywne to najlepiej wziąśc wycieczke na Sahare
    oraz Tunis-Cartagine.
    Wycieczka na Sahare jest 2dniowa i jest tam wiele atrakcji. Ostrzegam przed
    obiadem w miejscowości Matmata, jeżeli ktoś ma delikatny żoładek zalecałabym
    ostrożność. Jezeli chodzi o hotel w którym sie zatrzymałam w miejscowości Douz
    to był super. Podobno ma *** ale ja bym mu dała *****. Piękny basen i porządne
    pokoje, a jedzenie jest bardzo dobre :). U przewodnika należy wykupić dodatkowe
    atrakcjie tj.: bryczki, jeepy i wielbłądy. Polecam wykupić wszystkie.Wielbłądy
    są pierwszego dnia wieczorem po przyjeżdzie do hotelu; jest ok 2godz na
    odswierzenie sie i popłuwanie w basenie. Podwieczór wielbłądy - super zabawa :).
    Drugiego dnia bryczki i jeepy (goraco polecam jeepy). Bryczkami jedzie sie do
    plantacji daktyli a jeepami zwiedza się różne oazy -jezeli ktoś nie weźmie tych
    atrakcji spędzi pół dnia w autokarze :( .
    Jeżeli chodzi o wycieczke Tunis - Cartagina to polecam ją ze względu na
    obejrzenie Cartaginy oraz miasteczka Sidi Bousaid.
    Życze miłych wakacji
    Monia
  • avao 06.09.06, 11:33
    Na lotnisku w Tunisie uderzył nas dziwny zapach, który można było porównać do
    kadzidła. Była trzecia w nocy, wszędzie cicho i pusto, a przy tym… okropnie
    gorąco i wilgotno (po kilku dniach pobytu odkryliśmy, że przez tę wilgoć w
    gorącej Tunezji nie chce schnąć pranie). W hotelu – Kantaoui Holidays – byliśmy
    na szóstą rano. Dostaliśmy zakwaterowanie w budynku oddalonym od drugiego o
    kilka minut. Niestety, obsługa stwierdziła, że zanim nas tam zaprowadzi, musimy
    zjeść śniadanie. Bagaże zostawiliśmy więc w recepcji i o szóstej rano, zmęczeni
    ale jednocześnie ciekawi wszystkiego wokół, poszliśmy na stołówkę.
    Pokój w hotelu okazał się być całkiem ładny, duży i czysty (jeden z
    najładniejszych, jakie dostawali Polacy). Za to klimatyzacja działała słabiutko
    i przez cały okres pobytu była jedynie kiepską wentylacją. Mimo to i tak
    mieliśmy powody do zadowolenia – pokojówka, która na samym początku dostała
    dinara, przychodziła 2 razy dziennie, nigdy nie brakowało czystych ręczników,
    ani papieru. Awarię klimatyzacji zgłaszaliśmy… siedmiokrotnie. Jedyne co nam
    zaproponowano to zmiana pokoju, na co się nie zdecydowaliśmy, gdyż nasi znajomi
    z drugiego budynku dostali pokój trzy razy mniejszy, o wiele brzydszy, a do tego
    dwa razy ewidentnie brudną pościel.
    Rezydentka z Triady, pani Kasia, była osóbka miłą, ale nie sprawiała wrażenia
    osoby, która może pomóc przy rozwiązywaniu hotelowych problemów. Na stołówce
    ustawicznie brakowało czystych kubków i talerzy, ale wynagradzały to dość dobre
    posiłki. Problemy żołądkowe oczywiście nas nie ominęły, dlatego opakowanie
    nifuroksazydu na osobę to jedna z podstawowych rzeczy, jakie należy zabrać. Na
    śniadania warto było chodzić około 8, gdy był jeszcze mały tłok. Z kolei
    obiadokolacje jedliśmy zazwyczaj tuż po otwarciu stołówki – ok. 18.30, bo często
    później nie można było dostać już tych najlepszych potraw. Ulica przy hotelu
    była brudna i często w rynsztoku pływały ścieki. Główny budynek znajdował się
    bezpośrednio przy ulicy. Drugi, ten w którym mieszkaliśmy i przy którym był
    basen, oddalono alejką o ok. 100 metrów. Basen jest duży, ale można kapać się w
    nim tylko do 18. Dodatkowo, czystość wody, w porównaniu z morzem, nie zachęca do
    tej kąpieli. Za leżaki i materace należało płacić, tak samo jak na prywatnej
    plaży hotelowej, gdzie też podobno jest basen. Trzeci basen, a raczej duży
    brodzik, znajduje się w budynku ze stołówką i do głowy nam nie przyszło, by
    próbować tam wejść… Na prywatnej plaży hotelu nie byliśmy ani raz, bo jak na
    oferowane warunki jest zdecydowanie za droga. Plaża publiczna to wąski pasek
    piasku, w którym można znaleźć zgniłe rośliny, butelki, papierki i wszelkie inne
    niepożądane rzeczy – jednym słowem, i nie da się tego inaczej nazwać – wielki
    syf. Arabowie nie zwracają uwagi, czy np. grając w piłkę nie ochlapią leżących.
    Ponieważ hotel położony jest niedaleko Portu Kantaoui, to właśnie tam
    chodziliśmy na piękną, szeroką i czystą plażę, gdzie nie brakowało miejsca i
    rzeczywiście można było poczuć się jak w śródziemnomorskim kurorcie.
    Skoro jesteśmy już przy porcie – każdy kto ma możliwość, powinien go zwiedzić i
    zobaczyć, że w Tunezji nie wszędzie jest chociażby bród na ulicach. Dla tych,
    którzy dopiero planują podróż, polecam znalezienie hotelu bezpośrednio w porcie.
    Oprócz samej przystani można ciekawie spędzić czas przy kolorowo oświetlanej,
    grającej fontannie, w aqua parku, mini zoo, lub po prostu przechadzając się
    pomiędzy pobielanymi budynkami. W porcie mieści się też jeden z kilku tylko
    sklepów, w których można kupić alkohol – Magasin General. My skorzystaliśmy też
    z dwugodzinnej wyprawy katamaranem. Przy odrobinie szczęścia można zobaczyć
    delfiny, a chętni mogą zażyć kąpieli na otwartym morzu. Polecam katamaran Paradise.
    Na zakupy (nie spożywcze) najlepiej wybrać się do Sousse na Medinę, czyli
    otoczone murami stare miasto. Targowanie się z Arabami to obowiązek i… czysta
    przyjemność, Dobra rada – jeżeli coś naprawdę nam się spodoba, nie można tego po
    sobie okazać. Ja kupiłam w ten sposób dużą skórzaną torbę za 17 dinarów.
    Zobaczyłam ją już z daleka, jednak gdy podeszłam, uparcie twierdziłam, ze szukam
    żółtej (były tylko pomarańczowe), nawet wyszłam już ze sklepu i poszłam dalej, a
    Arab dogonił mnie i zaproponował taką cenę. Wyjściowa cena wynosiła 65 DT. Taki
    zabieg zastosowaliśmy jeszcze kilkakrotnie i za każdym razem sprawdził się
    :)Moim rekordem są posrebrzane kolczyki, które na początku kosztowały 45 DT, a
    kupiłam je za 5. Uwaga na przyprawy w woreczkach – nierzadko są atrapą lub
    odpadkami, o czym przekonałam się na własnej skórze. Warto kupować na wagę. W
    bocznych uliczkach można spotkać sprzedawców oferujących żółwie i kameleony
    nawet po 10 DT. Niestety, mogliśmy je tylko oglądać, chyba, że ktoś chce
    ryzykować przemyt…
    W bankach w Sousse warto też wymieniać pieniądze, ale nie wszystkie naraz, bo
    ciężko nam będzie potem odzyskać dolary bądź euro. Ciekawostką jest, że w
    Tunezji domy publiczne oraz prostytucja są legalne, a aborcja na życzenie
    kobiety bezpłatna. Na domy takowe natrafić można szczególnie na Medinie.
    Dzielnice Sousse oddalone od centrum są mniej bezpieczne i na pewno nie należy
    wybierać się tam wieczorami. W Tunezji kobiety zazwyczaj nie uczestniczą w
    nocnym życiu towarzyskim, mimo, że jest to jeden z bardziej liberalnych krajów
    arabskich. Panowie bawią się sami, i to jak!!! – gdyby zatańczyli w podobny
    sposób w Polsce, nie mieliby już łatwego życia…
    My nie kupowaliśmy w zasadzie żadnego dodatkowego jedzenia. Raz jeden wybraliśmy
    się na pizzę i nie można było nazwać jej kulinarnym cudem. Od tej pory
    polegaliśmy wyłącznie na hotelowej kuchni. Do Polski przywieźliśmy chałwę i
    różne orzeszki – warto. Jeśli chodzi o wodę, najlepiej smakowała nam niegazowana
    Sabrine. Nie warto eksperymentować z wodą z kranu. Bardzo tania jest coca-cola,
    sprzedawana także w butelkach 1,5 l. W Tunezji można kupić tylko jeden rodzaj
    piwa – Celtia. Nie wiem ile w tym prawdy, ale podobno produkuje je syn
    prezydenta (sam prezydent zaś jest na plakatach i zdjęciach po prostu wszędzie).
    W zwykłych sklepach dostępny jest tylko wariant bezalkoholowy piwa. Z % możemy
    kupić Celtię w Magasin General, Mono Prix (około 1 dinara) lub po prostu w
    barach – za ok. 2 DT. Mają też tylko jeden wariant wędliny – z wyglądu
    przypomina on mortadelę, ale smakuje lepiej. Nazywają to salami.
    Najpopularniejszym środkiem transportu jest taxi, stosunkowo niedrogie pod
    warunkiem ustalenia ceny bądź dopilnowania włączenia licznika przed wyruszeniem.
    Na liczniku powinna znajdować się początkowo kwota 350 milimów. Dla
    odważniejszych polecam publiczny autobus, gdzie z portu do Sousse jedzie się za
    1 dinara od dwóch osób – nie ma nic tańszego, ale sam autobus jedzie dłużej i
    można być narażonym na zaczepki ze strony Arabów.
    Sami Arabowie są bardzo przyjaźni, bo na nas zarabiają. Gorzej, gdy usłyszą
    słowo „problem”. Doskonale mówią po polsku i angielsku, nie wspominając o
    francuskim, który u nich jest tak popularny jak arabski (Tunezja przez
    kilkadziesiąt lat była kolonią francuską). Mają wielki szacunek do władzy, w tym
    do prezydenta i policji (nie wolno fotografować budynków władz, ani
    policjantów). Kierowcy jeżdżą jak wariaci, ani lewym, ani prawym pasem. Non stop
    słychać trąbienie, a drobne uszkodzenia i pourywane zderzaki są rzadko kiedy
    naprawiane, bo zwyczajnie nie opłaca się tego robić. Uważajcie przy
    przechodzeniu przez jezdnię!
    Jedną z najpopularniejszych wycieczek fakultatywnych jest dwudniowy wypad na
    Saharę. Program i ceny są podobne we wszystkich biurach. My pojechaliśmy z
    Triadą, płacąc za całość 185 DT. Podstawa kosztuje 135 DT, ale dopiero te
    dodatkowe 50 dinarów zapewniają niezapomniane wrażenia i tutaj ostrzeżenie:
    jeżeli ktoś nie ma zamiaru płacić tej dodatkowej kwoty, niech ni
  • avao 06.09.06, 11:35
    niech nie wybiera się wcale, bo nie będzie niestety zadowolony, a Saharę zobaczy
    tylko z okna autokaru. Na dodatkowo płatne atrakcje składają się: karawana na
    wielbłądach (12 dinarów), wycieczka bryczką do oazy rolniczej (5 dinarów) oraz
    jeepy (33 dinary). Podczas karawany dostaje się specjalne stroje, a nam udało
    się trafić na zachód słońca na Saharze, a zaraz potem na burzę piaskową – warto
    zabrać okulary!!! Wielbłądy uwielbiają być głaskane. W oazie ogląda się uprawy
    tunezyjskich roślin. Jest tam pan, który popisowo wdrapuje się na palmę i robi
    na niej różne dziwne sztuczki, trzymając się jedynie nogami. Przy wyprawie
    jeepami podstawowa rada – nie siadajcie z tyłu, a mniej odważni niech zapną
    pasy, bo będzie się działo... Najpierw wertepy, a potem: strome podjazdy,
    jeszcze bardziej strome zjazdy, wyścigi w tumanach kurzu – coś niesamowitego. A
    po drodze: góra w kształcie wielbłąda, miasteczko z „Gwiezdnych wojen”, pasmo
    Atlasu, oazy ze źródełkami i wodospadami oraz odcinek specjalny po trasie rajdu
    Paryż – Dakar.
    Sama wycieczka trwa dwa dni i obejmuje jeszcze kilka innych atrakcji, w tym
    zwiedzanie berberyjskich domków wydrążonych w skałach, amfiteatru El Jem oraz
    meczetu w Kairouanie. Nocuje się zazwyczaj w hotelu Touareg w Douz, polecam
    kąpiel w basenie po powrocie z karawany, gdy jest już ciemno i pływając ogląda
    się rozgwieżdżone niebo. Tylko uwaga! – następnego dnia pobudka o 4 rano.
    Uff. To chyba na tyle. Nie sposób jest opisać wszelkie wrażenia z
    dwutygodniowego pobytu w Tunezji, ale jedno jest pewne – warto zwiedzić ten
    kraj, aby później przypominały nam się choćby takie szczegóły, jak napis w
    jednej z wysoko położonych górskich oaz na Saharze: „NAJWIĘCEJ WITAMINY MAJĄ
    POLSKIE DZIEWCZYNY I MOJA HERBATA MIĘTOWA” Pozdrawiam :)
  • ev27 10.09.06, 22:48
    W Tunezji spędziłam dwa tygodnie na przełomie lipca i sierpnia . Był to
    zupełnie spontaniczny wyjazd, na który zdecydowałam się na tydzień przed dniem
    wylotu. I była to jedna z lepszych decyzji w moim życiu. Przeżyłam bowiem
    niezapomniane wakacje, zobaczyłam przepiękne miejsca i spotkałam sympatycznych,
    uśmiechniętych ludzi, dzięki którym przez chwilę poczułam się niemal
    jak "gwiazda". Ale może zacznę od początku, czyli od godziny 8.45 kiedy to
    samolot linii Nouvelair wzbił się nad Poznań, a ja wraz z kilkudziesięcioma
    innymi pasażerami rozpoczęłam swoją tunezyjską przygodę. Był to mój pierwszy
    lot samolotem, dlatego chociaż spokojny i bezproblemowy, i tak dostarczył mi
    mnóstwa wrażeń - tym bardziej, że miałam miejsce przy oknie , co wszystkim
    polecam !!! Na lotnisku w Monastirze wylądowaliśmy niemal w samo południe i
    pierwsze co nas uderzyło to ... fala gorąca ! Ale w końcu przylecieliśmy w
    samym środku lata do afrykańskiego kraju więc nie ma się co dziwić i
    narzekać.Po załatwieniu wszystkich formalności i krótkiej podróży autobusem (
    ok. 5 min. )dotarliśmy do hotelu Ruspina, w którym zamieszkaliśmy.Tu od progu
    spotkaliśmy się z dużą życzliwością ze strony personelu. Oczekiwanie na
    przydział pokoju umilili nam miętową herbatką, ciasteczkami i wizytą
    animatorów, którzy zareklamowali swoją działalność. Sam hotel od początku
    zrobił na nas bardzo dobre wrażenie. Położony jest w strefie turystycznej
    Monastiru z dala od miejskiego zgiełku. Składa się z okazałego budynku głównego
    oraz bungalowów. Pokoje ( przynajmniej te, które widziałam ) są ładne i
    czyste. W każdym znajduje się telewizor- bez polskich programów na szczęście,
    telefon, a w łazience suszarka. Do dyspozycji turystów jest jeden duży basen
    oraz dwa mniejsze przeznaczone dla dzieci. Atrakcją jednego z nich jest kilka
    zjeżdżalni. Dzieci są zresztą otoczone szczególną opieką. Specjalnie dla nich w
    hotelu pracują polscy animatorzy z biura ScanHoliday, którzy organizują im
    zajęcia w dużym namiocie, na plaży, na małym placu zabaw i jeszcze w wielu
    innych miejscach. Codziennie odbywa się też minidisco, na którym maluchy mogą
    się do woli wyszaleć. Również dorośli nie mogą narzekać na brak atrakcji.
    Animatorzy tunezyjscy dwoją się i troją by zachęcić wszystkich do zabawy i
    proponowanych prze siebie zajęć - gimnastyki porannej, aerobiku wodnego
    i "zwykłego",nauki salsy i tańca brzucha, siatkówki, piłki wodnej,buli.
    Wielbiciele sportu znajdą też na terenie hotelu korty tenisowe, pole do
    minigolfa oraz stoły do ping - ponga. Wracając jeszcze na moment do animatorów
    to wieczorami proponują oni występy kabaretowe, Wybory Miss i Mistera hotelu,
    rozmaite turnieje, w które angażują chętnych gości.O 23.00 w barze na plaży
    rozpoczyna się dyskoteka. A skoro już mowa o plaży to znajduje się tuż przy
    hotelu. Jest czysta, zadbana, pilnowana przez pracowników hotelu i tylko
    czasami pojawiają się na niej kilogramy glonów. Ale to podobno znakomity
    kosmetyk, więc nie ma się czym przejmować !!! Jedzenie w hotelu jest pyszne i
    bardzo urozmaicone - szczególnie obiadokolacje. Warto popróbować specjałów
    kuchni tunezyjskiej, które serwowane są codziennie.My pierwsze dni naszych
    wakacji spędziliśmy na słodkim lenistwie plażowo - basenowym urozmaicanym
    jedynie wypadami do pobliskiego - świetnie zaopatrzonego sklepu o szumnej
    nazwie "Miami Shopping Center". W końcu jednak postanowiliśmy wybrać się
    dalej . Na pierwszy ogień wybraliśmy Monastir.Polecam odwiedzić tamtejszą
    medinę,piękne mauzoleum Habiba Burgiby oraz meczet - można wejść na
    dziedziniec. Warto odnaleźć też nieco ukyte wejście do Jasmina Center,czyli
    sklepu pełnego tunezyjskich pamiątek oraz wybrać się na spacer brzegiem morza.
    Po tej pierwszej wyprawie nabraliśmy ochoty na kolejne, tym bardziej, że
    taksówki okazały się całkiem tanim i szybkim środkiem transportu zapewniającym
    dodatkowo sporą dawkę emocji.Wkrótce zatem odwiedziliśmy Sousse , do którego
    wracaliśmy zresztą kilkakrotnie.Tu też warto zobaczyć parę miejsc. Przede
    wszystkim Ribat i Wielki Meczet. Przed każdą podróżą taksówką ustalaliśmy cenę
    z kierowcą i zawsze udawało nam się wynegocjować niższą kwotę od tej
    proponowanej przez niego na początku. W dalsze trasy wyjeżdżaliśmy ze
    zorganizowanymi grupami. Tak było łatwiej i szybciej. I tak z biurem
    ScanHoliday odwiedziliśmy ogród zoologiczny " Friguia", Tunis, Kartaginę , Sidi
    Bou Said, natomiast z biurem Sahelvoyager Saharę.Wszystkie te wyprawy były
    świetnie zorganizowane i dostarczyły nam wspaniałych przeżyć oraz wielu
    ciekawych informacji na temat historii i życia codziennego Tunezji. Jednak
    szczególnym sentymentem darzę wyprawę na Saharę. Zobaczyłam bowiem miejsca i
    zjawiska ( fatamorgana), które dotąd znałam tylko z książek, i które zawsze
    wydawały mi się bardzo odległe i zupełnie dla mnie niedostępne. Przeżyłam
    niesamowitą jazdę jeepami, po której niestraszna mi żadna kolejka z lunaparku
    oraz podróż na grzbiecie wielbłąda. A piękna osady Chebika nie odda żadna
    fotografia.Ogromne wrażenie zrobiły też na mnie wykute w jaskiniach domy
    berberyjskie. Wycieczka z Sahelem kosztowała 165 dinarów, dodatkowo płatne były
    wielbłądy ( 15 dinarów )oraz przejazdy bryczkami( 6 dinarów ).Polecam każdemu,
    bo tych wrażeń nie da się z niczym porównać.
    Na zakończenie pozwolę sobie jeszcze na kilka ogólnych spostrzeżeń. Nie piszę
    tutaj czego należy unikać, bo po prostu nie spotkałam się z takimi sytuacjami i
    miejscami. Może miałam szczęście ? Nic co jadłam, ani co piłam mi nie
    zaszkodziło.Słońce mnie nie przypiekło ( to z pewnością zasługa kremów z
    wysokimi filtrami ). Przez cały mój pobyt w Tunezji spotykałam się z ogromną
    życzliwością ze strony jej mieszkańców i mimo, iż spędzałam sporo czasu sama
    zawsze czułam się bezpiecznie i nigdy nie przydarzyła mi się żadna nieprzyjemna
    historia.Owszem Tunezyjczycy zaczepiali mnie na każdym kroku ( ze względu na
    swoją karnację byłam z pewnością jedną z bielszych osób jakie widzieli ), ale
    zwykle chcieli po prostu porozmawiać, powiedzieć mi coś miłego, ewentualnie się
    oświadczyć.Gdy im odmawiałam spokojnie odchodzili,a następnego dnia znów
    pięknie się uśmiechali. Życzę wszystkim takich wakacji!
    P.S. Nie traćcie czasu na dopatrywanie się jakichś drobnych
    niedociągnięć,kłótnie i zrzędzenie. W końcu przyjechaliście do kraju o zupełnie
    innej kulturze, tradycjach, religii, kuchni i macie, często jedyną w życiu,
    szansę by to poznać.
  • Gość: Sonia i Gutek!!!!! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 11.09.06, 09:53
    Sonia i Gutek!!!!
    Zgubiliśmy wasze numery!!!
    odezwijcie się do nas po powrocie!!!
    Ania i Max!!!!

  • amra 13.09.06, 14:19
    Witajcie,

    Konkurs "Skarbnica Wiedzy" dobiegł końca. Dziękujemy za liczny udział i
    podzielenie się cennymi wspomnieniami. Jury po długiej debacie postanowiło, że
    nagrody otrzymają:

    - Pierwsze miejsce: qdlaty44
    - Drugie miejsce: g-agnieszka
    - Trzecie miejsce: platynka.iw

    Zwycięzcom serdecznie gratulujemy, tym którzy nie wygrali dziękujemy za opowieści,
    które pomogą przyszłym podróżnikom.

    pozdrawiamy!
    Redakcja Portalu

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Booking.com
Nakarm Pajacyka