"Zapodałam" temat, a tu od razu jakieś jątrzenie.
Po pierwsze: mamusia jest pazerna, bo to wiem z tego, że choć pada na twarz, to
ima się tysiąca różnych zajęć, które przynoszą DOCHÓD - oto święte słowo. Poza
tym to, co czasem powie o niej mój chłop, nawet nie ukierunkowując mnie w ten
czy inny sposób na takie jej widzenie, pozwala wnioskować, że pani tej
szczególnie zależy na pomnożeniu majątku, choć ma spory, a zdrowie podupada od
ciągłej harówy. Nie ma też czasu na inne zajęcia, które przynoszą relaks, nie
wypoczywa (bo po co, koszty). Podejrzewam, że pani ta pójdzie do grobu co
prawda, bogata, ale jednak za wcześnie.
Po drugie: pani ta wyraża się o swoich dzieciach tak, jakby one nie miały prawa
głosu, własnego zdania, jest u nich po prostu: matka i tatko kazali, to ja robię.
I to mnie martwi i w tym właśnie widzę problem dla feministek: docieranie do
tych konserwatywnych i zamkniętych społeczeństw, pokazywanie dróg
alternatywnych. Owszem, jeżeli chcesz, możesz zostać i pracować w gospodarstwie,
ale możesz też iść na studia, jeżeli chcesz.
Tu chodzi o danie alternatywy.
Co, w takim razie, pytam, zrobiły feministki w tej sprawie?
--
Pojawiam się i znikam, i znikam, i znikam...