Noi poszlismy.
Wystawa jest ogromna (cala gora Zachety, kilkaset metrow) - po
przejsciu paru sal trudno juz z czymkolwiek obcowac, nad
czymkolwiek sie skupic czy zastanowic. Imho bogactwo wystawy dziala
paradoksalnie przeciwko niej. Za duzo tam tez dziel li i wylacznie
politycznych - nie rozumiem np z jakiego klucza znalazl sie na
wystawie dokument mlodego Albanczyka, ktory znalazl filmowy zapis
partyjnego wystapienia jego matki sprzed trzydziestu lat i kazal
sie jej z niego tlumaczyc. Co to ma wspolnego z genderem?
Natlok sprawia tez, ze po godzinie-dwoch chodzenia po wystawie ma
sie serdecznie dosyc myslenia o menstruacji, prokreacji,
rodzicielstwie, seksie, macierzynstwie, orgazmach, ciele, opresji,
rolach spolecznych, wzwodach, homoseksualizmie, queer itd. Bleh,
ucieklismy z wielka ulgą.
--
prawak o grzebaniu w spodniach drogą konfabulacji