Dodaj do ulubionych

Nie na kocią łapę

07.03.14, 21:58
W Dniu Świętości Życia, czyli - uwaga, bo może będziecie chciały to świętować - 25 marca ruszy oficjalna akcja wiadomo-jakich-środowisk pod nazwą Keep calm and dont kocia łapa'. Akcja ma na celu skłonienie Polaków i a nawet Polek do wchodzenia w związki małżeńskie.

W 2013 roku zawarto najmniej małżeństw od 1945 roku. Rośnie natomiast liczba związków nieformalnych. Kampania Ośrodka Duszpasterstwa Rodzin działającego przy Episkopacie Polski, ma być próbą obudzenia wrażliwości społecznej na rosnącą od wielu lat liczbę związków partnerskich. - Ich liczba budzi niepokój wielu rodziców i duszpasterzy. Wiele tych związków opiera się na założeniu, że dopóki jest nam ze sobą dobrze to możemy razem żyć i korzystać z przyjemności. Wraz z rosnącym stale zjawiskiem konkubinatów pojawia się negatywna konsekwencja w postaci lęku przed odpowiedzialnością za drugą osobę, lęku przed posiadaniem dzieci, przed zaangażowaniem się na poważnie w życie społeczne. – tłumaczy ks. dr Przemysław Drąg, dyrektor KODR.

Zdaniem organizatorów akcji, dziś coraz częściej próbuje się usprawiedliwiać zjawisko kohabitacji tłumacząc, że dobrze przeżyty konkubinat pomaga w dobrym życiu małżeńskim i rodzinnym. - Wiele jednak badań prowadzonych w USA czy w Kanadzie wykazuje, że małżeństwa, które żyły wcześniej w konkubinacie bardzo szybko się rozpadają, a sam konkubinat nie daje żadnej gwarancji szczęśliwego małżeństwa. Co więcej dowiedziono, że dzieci których rodzice żyły w związkach nieformalnych, same uciekają później przed odpowiedzialnością i powielają wzór swoich rodziców, żyjąc w związkach na próbę – wyjaśnia ks. dr Przemysław Drąg.


Jak już zauważyła przytomnie Środa: w fakcie, ze do małżeństwa z zapałem zachęcają ludzie, którzy z zasady nie ożenią się i nie wyjdą za mąż, jest rzeczywiście przedziwny. Ale myślenie, ze tego typu akcyjki sprawią, ze ktoś, kto się wachał, istotnie pogna dać na zapowiedzi, to czysta naiwność, myślę.


--
feminists aren’t humorless just because your jokes suck
Edytor zaawansowany
  • triss_merigold6 07.03.14, 22:03
    Niezależnie od religijnych konotacji z którymi można się totalnie nie zgadzać, akurat feministki powinny tę/podobną akcję wesprzeć dla dobra tych wszystkich młodych kobiet, obsadzonych w rolach kryzysowych narzeczonych.
  • bene_gesserit 07.03.14, 22:12
    Mam głęboko w swoim pięknym nosku to, co aktualnie jest wskazywane jako to czym powinny się zająć feministki.


    --
    dont hejt de pleja, hejt de gejm
  • totorotot 08.03.14, 08:52
    Triss no nie osłabiaj mnie ;))) sama jesteś taką kryzysową narzeczona, masz dwójkę dzieci i zdaje się jesteś szczęśliwa :))
    Bardziej niż w małżeństwie byłaś :))

    Lepiej być kryzysową narzeczoną niż kryzysową żoną :)

    --
    Let the music be your master
  • urko70 14.03.14, 12:22
    totorotot napisała:

    > Lepiej być kryzysową narzeczoną niż kryzysową żoną :)

    To bardzo ograniczony wybór, wskazywałby na brak szczęśliwych żon - a tak nie jest.

    Jest się taką żoną jaką się umie być i w jakich wybranych przez siebie okolicznościach
    funkcjonuje się.
  • tigertiger 08.03.14, 09:26
    feministki powinny tę/podobną akcję wesprzeć dla dobra tych wszystkich m
    > łodych kobiet, obsadzonych w rolach kryzysowych narzeczonych.

    Co to ma wspólnego z walką o równouprawnienia ? Głównym celem feministycznych organizacji dziś jest dociekanie faktycznej realizacji wywalczonych równych praw tych już zalegalizowanych ale funkcjonujących tylko jako zapis prawny. Feministkom więc chętnie wspierają wszelkie akcje wpierające kobiety i ich rozwój, kampanie społeczne zwracające uwagę społeczną na niezauważane problemy kobiet. Chodzi więc o stworzenie jak najlepszych możliwości rozwoju i zaadaptowania się w społeczeństwie dla kobiet, a nie wpływanie na ich decyzji osobiste. Przymuszanie kobiet wbrew ich woli budzi feministyczny sprzeciw, łamanie praw człowieka i dyskryminacja ze względu na płeć. To czy kobiety chcą wychodzić za mąż czy żyć na kocią łapę, czy chcą mieć jedno dziecko, gromadkę, czy wcale, być utrzymaną, czy utrzymywać się samodzielnie to jest ich indywidualna sprawa. Wpływanie na czyjeś osobiste decyzje nie jest ani etyczne, ani zgodne z prawem. A to stoi w opozycji do wolności każdego człowieka. Tylko w pełni wolne kobiety (także od presji społeczno-kulturowej) i świadome swoich praw stanowią część tolerancyjnego społeczeństwa.
  • znana.jako.ggigus 08.03.14, 15:41
    robić i wspierać takie akcje? Nie sądzisz, że logiczniej byłoby gdyby prawo reagowało na zmiany obyczajowe i dawało ludziom normalnie żyć bez ślubu? Wolisz zmuszać w imięc czego? Aż prosi mi się tutaj napisać arg. z Twego życia, ale ad personam to nie mój poziom.
    --
    ’Cause I told you once / And then I told you twice / And now I told you three times / And at the risk of repeating myself I’m gonna say it again: I wanna be your lover - Jarvis Cocker.
  • totorotot 08.03.14, 16:00
    Ja juz napisałam, ale wysłałam to z garscią całusków, wiec sie nie obrazi raczej :P

    --
    no alarms and no surprises
  • znana.jako.ggigus 08.03.14, 16:06
    będziecie osądzeni
    --
    ’Cause I told you once / And then I told you twice / And now I told you three times / And at the risk of repeating myself I’m gonna say it again: I wanna be your lover - Jarvis Cocker.
  • kotek.filemon 10.03.14, 09:28
    Look who's talking!


    --
    Raus
  • szczerytom 10.04.14, 15:39
    Wiecie co .Gdybyśmy wszyscy zarabiali średnią krajowa na łapkę ,to i by był i wzrost naturalny i wzrost formalnych związków. Inna sprawą że "biorę cię w zdrowiu i w chorobie ........" w dzisiejszych czasach jest banałem ,formułka a nie faktyczna przysięgą .
  • urko70 11.04.14, 11:49
    szczerytom napisał:

    > Wiecie co .Gdybyśmy wszyscy zarabiali średnią krajowa na łapkę ,to i by był i w
    > zrost naturalny i wzrost formalnych związków. Inna sprawą że "biorę cię w zdrow
    > iu i w chorobie ........" w dzisiejszych czasach jest banałem ,formułka a nie f
    > aktyczna przysięgą .

    Jaką widzisz zależność pomiędzy poziomem zarobków, a rzadszym wchodzeniem
    w formalne związki?

    Myślę, że problem jest związany z tym o czym piszesz w drugiej części wypowiedzi.
    Ot lekkomyślnie wziąć sobie ślub z odgórnym nastawieniem, że jak nie wyjdzie to
    się wymieni na lepszy model, jak następny nie podpasuje to się wymieni na kolejny
    i kolejny i kolejny. I pół biedy jeśli takie osoby nie mają dzieci. Ale gdy jest to
    normalny związek (w znaczeniu najczęściej spotykany) czyli mający dzieci, to takie
    dzieci maja potem po kilka mam czy tatusiów - biologicznego, wychowującego obecnie
    czy wychowującego w kolejnym związku.
  • berta-death 07.03.14, 22:30
    Mnie najbardziej śmieszą te statystyki, jak to wcześniejszy konkubinat wpływa na późniejszy rychły rozwód. A dokładniej, ich interpretacja. Dla mnie to jest dowód tylko i wyłącznie na to, że ślub nie jest cementem na rozlatujący się związek. Podobnie jak i dziecko. Nie sądzę, żeby wiele par brało ślub po kilku czy kilkunastu latach związku, z innego powodu niż chęć ratowania związku.
  • bene_gesserit 07.03.14, 22:46
    Ja bym chętnie te statystyki poczytała, bo z doświadczenia wiem, ze ludzie, którzy mają małą wiedzę o statystyce i metodologii badań naukowych, wyciągają wnioski-z-kosmosu, najczęsciej takie, jakie im pasują (że powołam się na śp jasia kalesona i jego dowodzenie, ze zamiłowanie koczkodanic zielonych do czerwonych plastikowych patelni dowodzi, ze miejsce kobiet jest w kuchni). To raz.

    Dwa - przytoczyłam akurat ten fragment manifestu akcji (chociaż kusiło inne, bo są śmieszniejsze), bo dokonuje sie w nim typowej dla częsci wiadomo-którego środowiska manipulacji: otoż pragnienie szczęścia przestawia się jako 'konsumpcję' i 'hedonizm', a konserwatywne wartości jako wartość jedyną. Nawet, jesli (w co mocno powątpiewam) istotnie prosta wykładnia nieznanych, bo dziwnym trafem nie przytoczonych badań jest literalna, to co ma z tego wynikać? Że jak ktoś się chajtnie, to nawet jeśli będzie po uszy nieszczęsliwy w związku, zostanie w nim, bo tak? Świetlana perspektywa, doprawdy. Od razu widać, ze głosza ją ludzie, którzy nie mają pojęcia o czym mówią. I po co, i do kogo.


    --
    dont hejt de pleja, hejt de gejm
  • porazostatni 08.03.14, 01:49
    >Dla mnie to jest dowód tylko i wyłącznie na to, że ślub nie jest cementem na rozlatujący się >związek.

    Mnie to też wydaje, że to jest powód. Para myśli, że po ślubie będzie lepiej, a tu nic i rozwód. Statystykami nie dysponuje, jeno oglądałam program o szybkich rozwodach. Były tam długotrwałe konkubinaty, trwające z 10 lat.
  • bene_gesserit 08.03.14, 12:40
    Interpretacji tych faktów może być mnóstwo. Sęk w tym, ze ksiądz który chce wypłynąc na anty-kociej akcji w mediach zdecydował się akurat na taką. A maniplacja to kłamstwo, kłamstwo to grzech, nawet jeśli intencje w serduszku czyste.

    Swoją drogą, mało mnie obchodzą statystyki z krajów protestanckich i odległych. Wolałabym podobne z naszego grajdołka.


    --
    dont hejt de pleja, hejt de gejm
  • kotek.filemon 10.03.14, 15:35
    bene_gesserit napisała:

    > Swoją drogą, mało mnie obchodzą statystyki z krajów protestanckich i odległych.
    > Wolałabym podobne z naszego grajdołka.

    Statystyki są takie, że od upadku kumuny rośnie stabilnie liczba rozwodów, maleje liczba zawieranych małżeństw, rośnie odsetek dzieci pozamałżeńskich. Proponuję przypomnieć sobie swoje szkolne lata (moja podstawówka przypadała akurat na 80-te) i dzieci z rodzicami po rozwodzie. To był margines (tylko bez złych konotacji mi tu). Teraz nie jestem na bieżąco (nie mam dzieci i mieszkam poza PL), ale kolega mówił, że dziatwa mu donosi ilu jest rozwodników (jawnych, czyli tam gdzie dzieci o tym mówią) i jest to spory odsetek. OK, to żaden dowód, luźna obserwacja z drugiej ręki...

    --
    Raus
  • znana.jako.ggigus 10.03.14, 16:48
    też chodziłam do szkoły w latach 80 i co prawda moi rodzice zapoczątkowali trend rozwodów, bo jak na tamte lata, byli starszawi (ponad 40), ale po nich się posypało.
    Był nawet pewien Sylwester dla dorosłych u mnie w domu, moi rofzice jako jedyni rozwiedzeni, a pół roku później prawie wszystkie bawiące się wówczas pary były albo po separacji, albo już po rozwodzie.
    To nie jest tendencja tylko z komuną związana, np. w Niemczech zach. i wsch. też to jest na podobnym poziomie. Mimo iż prawo tutaj jest b. restrykycyjne, trzeba przed rozwodem żyć rok w separacji.
    --
    ’Cause I told you once / And then I told you twice / And now I told you three times / And at the risk of repeating myself I’m gonna say it again: I wanna be your lover - Jarvis Cocker.
  • porazostatni 08.03.14, 01:29
    Widocznie za mało w Polsce rozwodów. Tymczasem statystyki z zeszłego roku:
    Co trzecie małżeństwo w Polsce kończy się rozwodem
    Z raportu opracowanego przez demografów z Uniwersytetu Łódzkiego wynika, że prawdopodobieństwo rozwodu maleje wraz z każdym dzieckiem, które urodzi się w małżeństwie - pisze "Rzeczpospolita". Główne przyczyny rozwodów we współczesnej Polsce to zmniejszająca się dzietność, emigracja i emancypacja kobiet.
    39,2 proc. rozwodników w Polsce ma jedno małoletnie dziecko, 37,9 proc. nie ma dzieci w ogóle. Tylko 3,1 proc. spośród rozwiedzionych osób ma troje dzieci, a 1,2 proc. - czworo. - Rodziny wielodzietne to zazwyczaj takie, w których wzajemne relacje są znacznie lepszej jakości i dlatego rozpadają się rzadziej. Poza tym na kilkoro dzieci decydują się najczęściej osoby głęboko wierzące, a w ich przypadku rozwód często po prostu nie wchodzi w grę - wyjaśnia Piotr Szukalski, demograf z Uniwersytetu Łódzkiego. Z kolei prof. Krystyna Iglicka, demograf, zwraca uwagę na inny aspekt wielodzietności. - Przy jednym dziecku lub przy braku dzieci łatwiej podzielić się majątkiem i opieką. Przy kilkorgu pojawia się także problem alimentów. Trzeba naprawdę bardzo dużo zarabiać, żeby być w stanie płacić np. na czwórkę - tłumaczy małą liczbę rozwodów wśród wielodzietnych par.
    Z raportu wynika też, że liczba rozwodów w Polsce systematycznie rośnie - co roku rozstaje się 70 tys. par, co oznacza, że w naszym kraju rozpada się co trzecie małżeństwo. Odsetek ten jest wyższy w Warszawie i Łodzi, gdzie rozpada się 45 proc. małżeństw.
    (Wprost za Rzepą)

    Była nawet w TV reklama społeczna, przeciw rozwodom. Chyba Fundacji Mama i Tata. I nie sądzę, aby poza wierzącymi takie akcje, przekonały kogokolwiek.
  • berta-death 08.03.14, 01:42
    Na rozwód trzeba sobie móc pozwolić. Wystarczy wziąć statystyki dotyczące przyczyn rozwodów. Poza enigmatyczną niezgodnością charakterów, mamy przemoc, zdrady i alkohol. I jeszcze to kobiety częściej występują o rozwód. Można się domyślić, że mężczyźni jak występują, to głównie z powodu znalezienia sobie kogoś innego. A kto zechce się związać z Mietkiem mającym na głowie kilkoro dzieci? Podobnie która Mietkowa odważy się odejść od męża, mając kilkoro dzieci. Nawet jak ten Mietek, pije, bije i zdradza a co dopiero jak wykazuje jedynie niezgodność charakteru. Ważne, że jakiś grosz do domu jednak przynosi. Bo samemu zarabiać mając tyle dzieci na głowie, nie jest prosto. A nawet jak nie przynosi i rodziną się nie interesuje, to też lepiej żeby był, bo większe poważanie wśród ludzi ma żona patologicznego menela niż samotna matka wielodzietna.

    Jeszcze normy społeczne do tego dochodzą. Jak facet odejdzie od bezdzietnej czy mało dzietnej żony, to nikt się nie czepia. Jak zostawi gromadkę dzieci, to nawet jak celebrytą jest, to psy na nim wieszają. Zamachowski na własnej skórze tego doświadczył.
  • totorotot 08.03.14, 08:56
    I jeszcze to kobiety
    częściej występują o rozwód.
    Można się domyśli
    > ć, że mężczyźni jak występują,
    to głównie z powodu znalezienia
    sobie kogoś inne
    > go


    Jak małżeństwo się rozchodzi na spokojnie, to często to żoną składa wniosek o rozwód, bo opłaty obliczane są na podstawie dochodów składającego. A że często kobieta ma niższe dochody, to rozwodzacy się chcą ponieść niższe koszty sprawy sądowej.

    --
    enjoy the silence
  • martishia7 08.03.14, 16:35
    39,2 proc. rozwodników w Polsce ma jedno małoletnie dziecko, 37,9 proc. nie ma
    > dzieci w ogóle. Tylko 3,1 proc. spośród rozwiedzionych osób ma troje dzieci, a
    > 1,2 proc. - czworo.

    Przepraszam, ja tylko do tego, bo ta informacja jest też głupia jak but z lewej nogi i kompletnie niczemu nie służy. Zadam pytanie - ile spośród wszystkich par małżeńskich - i tych rozwodzących się i nie, ma troje dzieci i więcej? Szczerze mówiąc sama co do dokładnej liczby nie mam pojęcia, ale pamiętam z jakiejś publikacji, że kobiet (niezależnie czy stanu wolnego, czy mężatek), których dzietność wynosi 3 i więcej, jest poniżej 10% w ogólnej liczbie kobiet w wieku rozrodczym. Logicznym jest, że osoby mające liczbę dzieci 3+ mają niski udział procentowy w ogólnej liczbie rozwodów, bo w ogóle jest ich mało w społeczeństwie.
  • berta-death 08.03.14, 19:20
    Nie do końca, jednak jest jakaś korelacja pomiędzy liczbą dzieci a rozwodami.
    www.ips.uw.edu.pl/pliki/podyplomowe/podyplomoweSNoPiPS/dlastudentow/rodziny_wielodzietne_i_niepelne.pdf
  • martishia7 08.03.14, 23:41
    Ja nie zaprzeczam, ale z całą pewnością nie można takiego wniosku wyprowadzić z informacji, że "pośród rozwodników mało jest ludzi z liczbą dzieci 3+". I nie są aż tak dramatyczne dysproporcje, jak ta informacja sugeruje.
  • porazostatni 10.03.14, 10:20
    Dlaczego ma być głupia jak but ? W innym artykule badaczka wprost dochodzi do wniosku :
    Demografowie: dopiero trzecie dziecko gwarantem trwałości małżeństwa.

    Z udało wygrzebać, choć nie wiem z którego roku 17% rodzin to wielodzietnie (liczba dzieci 3 i więcej).
  • tigertiger 08.03.14, 06:57
    Niektórzy wąchający się bardzo łatwo dają się namówić gdy ktoś z rodziny używa argumentów materialnych. Te działania odnoszą skutek na osoby nie tyle religijne co "kościelne", a te wywierają presję na tych członków rodzinny, którym nie w smak przed ołtarzem stawać, ale gdy można coś przy tej okazji ekstra dostać samochód, mieszkanie, spora kasę to i perspektywa rozwodu jakoś mniej straszna:)
    No chyba, że rodzinna warunek postawi, że cofnie co dała po rozwodzie. Tak czy inaczej chodzi o tworzenie presji społecznej, a to zawsze w dłuższej perspektywie przynosi zamierzony skutek tak jak kropla drążąca skałę.
  • tricolour 08.03.14, 10:47
    ... i jest lepsze od każdego innego związku nieformalnego. Nie trzeba być wąchaczem czyli praktykiem małżeńskim, by takie rzeczy wiedzieć, tak jak nie trzeba latać rakietą, by być astronomem czy zabijać ludzi, by mieć materiał dla anatomopatologa.

    Ale trzeba mieć kościelnego piedrolca w głowie, by być mężatką i jednocześnie uważać swój stany cywilny za fanaberię kościelną.
  • berta-death 08.03.14, 11:02
    A co daje małżeństwo poza niewątpliwymi korzyściami materialnymi i prawnymi?
  • bene_gesserit 08.03.14, 11:03
    W przypadku twojego szanownego przedpiścy - możliwość wymiany starej żony na nową.

    --
    dont hejt de pleja, hejt de gejm
  • tricolour 08.03.14, 11:06
    ... to pisz prawdę, bo inaczej szmacisz się kłamstwem.

    Nie ja wymieniałem tylko zostałem opuszczony. Na zdrowie!
  • totorotot 08.03.14, 14:14
    tricolour napisał:

    > ... to pisz prawdę, bo inaczej szmacisz się kłamstwem.
    >
    > Nie ja wymieniałem tylko zostałem opuszczony. Na zdrowie!


    No ja się nie dziwię, że taka męska szmata została kopnięta w dupę. Gratulacje dla Twojej ex że się pozbyła wrzoda ;D

    --
    [url=http://forum.gazeta.pl/forum/f,248365,Wolny_Magiel.html][img]http://fotoforum.gazeta.pl/photo/2/vd/rj/ynw5/A8w3TgVg9Itt8rXnpX.jpg[/img][/url]
  • tricolour 08.03.14, 14:50
    ... że ktoś - posługują się analogią - taką szmatę jak ty wziął za żonę. Bo wyrzucić kopem szmatę jest rzeczą normalną, ale trzymać ścierwo w domu?

    :)
  • totorotot 08.03.14, 15:57
    Ach no widzisz, niestety, niestety, tworzymy z moim mężusiem kochający się, udany związek :)
    A w domku mnie trzyma, bo mnie lubi ;) A ja jego - wizawi :) I właśnie robię mu gołąbeczki. Z sosikiem pomidorowym. Mniam. Podam mu je pod jego wieeelki nosek. Ale będzie żarł aż do wypęku.
    A Ty co masz dziś na obiadek?
    :D


    --
    A.D.I.D.A.S.
  • tricolour 08.03.14, 16:24
    ... co sam zrobię. Moja żona jest w ogrodzie. Hobby, jedno z kilku. Krokusy już wyszły, werbeny trzeba posadzić więc ziemię jej donoszę, węże rozwijam, pelargonie z zimowania przynoszę, a w przerwie zapeklowałem szynkę. Na wtorek, bo musi posiedzieć ze trzy dni w solach.

    Dziś na obiad jest troszkę ubogo, bo spady. Dwa kawałki polędwic kurzych dla syna. Z wczoraj. Panga w porach dla żony. Też z wczoraj. Ja zaś zjem kawałek tej szynki, co ją pekluję, bo uciąłem sobie kawał. U mnie jest tak, że obiady gotuję ja. Dla żony, syna i siebie.

    Nie dla żonki i syneczka, bo to poważni ludzie są. Nie wypierdki.
  • totorotot 08.03.14, 16:27
    A mój kochany mężuś odwala czarną robotę w ogrodzie :) Z naszymi wypierdkami :)
    No a u Was taaaki gender, paczpan. Równouprawnienie? Feminizm? Tfu! Jeszcze powiedz, ze chałupę sprzątasz patrialchalnie :)

    --
    Let the music be your master
  • tricolour 08.03.14, 16:36
    ... żona była z synkiem na wyjeździe edukacyjnym więc najpierw odkurzyłem połowę domu, potem przeleciałem rejon mopem z jakimś syfiastym z natury rzeczy cytrusem w zapachu. Na koniec porozkładałem śmieci w wory kolorowe. Aaaa... i pranie powiesiłem, ale to już czysta przyjemność.

    To ani feminizm, ani gender. Moim zdaniem tak się realizuje w praktyce miłość.
  • totorotot 08.03.14, 16:38
    tricolour napisał:

    > ... żona była z synkiem na wyjeździe edukacyjnym więc najpierw odkurzyłem połow
    > ę domu, potem przeleciałem rejon mopem z jakimś syfiastym z natury rzeczy cytru
    > sem w zapachu. Na koniec porozkładałem śmieci w wory kolorowe. Aaaa... i pranie
    > powiesiłem, ale to już czysta przyjemność.
    >
    > To ani feminizm, ani gender. Moim zdaniem tak się realizuje w praktyce miłość.


    No to juz nie wiem, co Ci na to napisać.
    Mam takie samo zdanie, dokładnie. Dlaczego więc piszesz na tym forum w kontrze do reszty? Nie obserwuję postów zbyt dokladnie i nie zauważyłam dotychczas gdzie leży linia podziału poglądów Twoich-a "feministek".


    --
    There's a place in the sun where there is love for everyone
  • tricolour 08.03.14, 16:47
    ... a żadne z moich uczuć, które teraz się pojawiają, nie mówią mi, że jest inaczej i ich widmo jest płaskie, to też odpowiem serio:

    Uważam, że piszę nie kontry do poglądów tylko wytykam wewnętrzne sprzeczności, które stawiają tezy w gorszym świetle. Przez tę sprzeczność właśnie.

    Przykładowo: jeśli ktoś uważa coś katolickiego za kretyńskie, to ma prawo tak uważać, a jeśli to jeszcze udowodni, to tym lepiej i dla tego, który tak twierdzi i lepiej dla katolicyzmu. Ale jeśli przy twierdzeniu nie wytrzyma i wtrąci coś np. o katopoyebach (co się tu nagminnie zdarza) to mnie swędzi tak ustawić jego wypowiedź - jeśli się tylko da - by sam się tym epitecie odbił.

    I dziękuję Ci za to pytanie, na które prawie nikogo nie stać.
  • kocia_noga 08.03.14, 17:33
    bene_gesserit napisała:

    Bo w razie czego trzeba opluwac kogos w sądzie, zbierać dowody, dawać kasę prawnikom, zamiast wystawić walizki lub postawić warunki.


    --
    To analfabeta. Nie umie czytać ani pływać.
  • tricolour 08.03.14, 11:16
    ...materialnymi i prawnymi, które tak beztrosko wymieniłaś z szybkością błyskawicy, a które to stanowią dla 95% populacji świata wartość o wymiarze wręcz fizycznego istnienia, jest podstawowa korzyść o wymiarze psychicznym: określenie własnego standardu i umiejętność jego osiągnięcia.
  • berta-death 08.03.14, 11:21
    Ależ to dosłownie chodzi o fizyczne istnienie. Wiesz jakie podatki płaci się nie będąc w zerowej grupie podatkowej. Jakby ci przyszło zapłacić 40% wartości odziedziczonego bądź darowanego mieszkania, to też byś sobie pluł w twarz, że się nie ożeniłeś w porę. Myślisz, że o co homoseksualistom chodzi i o co chodzi tym, którzy nie chcą im umożliwiać ożenków. Jedni nie chcą płacić a drudzy chcą, żeby ci pierwsi jednak płacili i zasilali budżet podatkami.
  • tricolour 08.03.14, 11:36
    ... choć ja osobiście uważam, że homoseksualizm nie jest związkiem, którego "ranga" umożliwia małżeństwo. Jest oczywiście jakimś związkiem, ale bez przesady z poprawnością i urawniłowką: nie wszystko co ma cztery nogi jest małżeństwem.
  • totorotot 08.03.14, 14:16
    berta-death napisała:

    > A co daje małżeństwo poza niewątpliwymi korzyściami materialnymi i prawnymi?

    NIC


    --
    [url=http://forum.gazeta.pl/forum/f,248365,Wolny_Magiel.html][img]http://fotoforum.gazeta.pl/photo/2/vd/rj/ynw5/A8w3TgVg9Itt8rXnpX.jpg[/img][/url]
  • totorotot 08.03.14, 14:23
    Bo małżeństwo to jest w zasadzie umowa cywilno prawna, jednocześnie ustanawiająca pełnomocnictwa i pełniąca rolę testamentu a także ułatwia kwestie zarządu wspólnym mieniem w tym potomkami.
    Do niczego innego ludziom nie jest ono potrzebne.

    Kościołowi natomiast jest, w celu płacenia za kolejne sakramenty, jeśli ktoś oczywiście zdecyduje się na ślub kościelny.

    Te wszystkie przemowy, listy, wezwania do małżeństw niczym się w istocie nie różnią od reklam Coca coli.

    Musisz używać kremu na zmarszczki bo będziez stara i brzydka - dawać nam za niego kasę.
    Musisz tankować na naszej stacji bo mamy najzajebiszczejsze paliwo i kawę bo inaczej silnik ci padnie - zostawiaj u nas kasę.
    Musisz wziąć ślub bo cię po śmierci diabeł będzie gotował w kotle - dawaj nam na ślub, organistę i czerwony chodnik do ołtarza, na chrzciny, co tydzień na msze (pamiętaj o tym kotle i diable z widłami jak co tydzień nam nie dasz na tacę), na kolędę, na komunię, na zdobienie kościoła kwiatkami, na bierzmowanie, na rocznicę komunii, na rocznicę chrzcin, na roraty, na zielone światki, na boże ciało DAWAJ KASE DAWAJ KASE DAWAJ KASE A JAK DASZ KASE TO PO ŚMIERCI BĘDZIESZ MIEĆ TRZYDZIEŚCI DZIEWIC DO DYSPOZYCJI ORAZ PIĘKNE SUKIENKI I DŁUGIE WŁOSY I SPOTKASZ SIĘ ZE SWOJĄ KOCHANĄ BABCIĄ ORAZ Z PIMPUSIEM, KTÓRY ZDECHŁ JAK BYŁEŚ W PODSTAWÓWCE

    --
    no alarms and no surprises
  • aron2004 08.03.14, 15:04
    już bez przesady - koszty księdza to 1% kosztów ślubu i wesela. A po ślubie przecież nie musowo chodzić do kościoła i dawać na tacę.
    --
    Umcyk bum, umcyk bam. Jadę busem jestem pan.
    www.pitz.cba.pl
  • bene_gesserit 08.03.14, 15:19
    Pozostaje pytanie, w jakim to celu brać w takim razie ślub kościelny a nie cywilny.
    --
    a moja mama zawsze mi powtarzala: 'maksiu, badz grzecznym kotkiem, bo odrodzisz sie czlowiekiem'
  • aron2004 08.03.14, 15:57
    1. przekonania religijne
    2. wpływ otoczenia/rodziny
    3. wpływ filmów, książek
    4. atmosfera ślubu kościelnego - biała suknia itp.

    Ksiądz bierze dziś średnio za ślub 1000 zł tak że nie są to Bóg wie jakie pieniądze łorkiestra weźmie co najmniej 2 razy tyle
    --
    Umcyk bum, umcyk bam. Jadę busem jestem pan.
    www.pitz.cba.pl
  • totorotot 08.03.14, 15:58
    Nie mam pojęcia, bo ja akurat nie brałam slubu kościelnego, prędzej by mi na nosie krosta wielkości pomnika świebodzińskiego wyrosla :)

    --
    [url=http://forum.gazeta.pl/forum/f,248365,Wolny_Magiel.html][img]http://fotoforum.gazeta.pl/photo/2/vd/rj/ynw5/A8w3TgVg9Itt8rXnpX.jpg[/img][/url]
  • tricolour 08.03.14, 16:31
    ... tylko jako konsekwencję wyboru wiary. Gdy przyjmiesz wiarę, to jest to decyzja rodząca określone konsekwencje. Jak każda decyzja zresztą. Jedną z nich są określone obowiązki - tak jak na przykład w małżeństwie: biorąc sobie małżonka na małżonka bierzesz na siebie także obowiązki - między innym obowiązek wzięcia ślubu kościelnego, na który to obowiązek świadomie się godzisz gdy jesteś wiernym.

    Nie ma w ślubie kościelnym nic nadzwyczajnego.
  • kocia_noga 08.03.14, 17:42
    bene_gesserit napisała:

    > Pozostaje pytanie, w jakim to celu brać w takim razie ślub kościelny a nie cywi
    > lny.

    Właśnie też się nad tym zastanawiam.
    --
    To analfabeta. Nie umie czytać ani pływać.
  • znana.jako.ggigus 08.03.14, 18:11
    bo wszyscy mieli w rodzinie, a ty nie. Bo przecież każdy chodzi do kościoła.
    Nacisk ze strony otoczenia, który pozostaje nadal silny, bo prawie nikt nie ma odwagi się wyłamać.
    --
    ’Cause I told you once / And then I told you twice / And now I told you three times / And at the risk of repeating myself I’m gonna say it again: I wanna be your lover - Jarvis Cocker.
  • znana.jako.ggigus 10.03.14, 16:56
    przywileje. Np. nie trzeba ustalać ojca. Niektórym ludziom daje poczucie trwałości, bo trzeba się rozwieść, jakby co. Niektóre kobiety chcą zmienić nazwisko np. i niektąre po prostu chcą mieć męża. I to wcale niemało kobiet.
    Wiem to wszystko, bo wyszedłszy za mąż, nie zmieniłam nazwiska i nie nosiłam obrączki.
    I dopóki się nie ujawniłam, byłam dla wielu ludzi jedną z tych biedulek, co im się nawet za mąż nie udało wyjść.
    --
    ’Cause I told you once / And then I told you twice / And now I told you three times / And at the risk of repeating myself I’m gonna say it again: I wanna be your lover - Jarvis Cocker.
  • kora3 16.03.14, 12:46
    zawsze mnie rozwala - serio :)
    Bo ci, którym przeszkadza cudze życie bez sformalizowania cudzego związku, zawsze, ale to zawsze pokazują tylko jedną stronę medalu.
    Mianowicie taką, ze w razie "wu" majatek się dzieli po połowie i na siebie można dostać alimenty. :), no i dziedziczy się po współmałżonku z ustawy
    Tylko, ze zawsze, ale to zawsze, takie osoby "dyplomatycznie" zapominają, że, aby dzielić coś na połowe, to trzeba coś konkretnego mieć, alimenty na zonę po rozwodzie nie są wcale obligatoryjne, alimenty mogą być zasądzone także od zony na męża, a dziedziczy się z ustawy b. fajnie, ale musi się mieć CO odziedziczyć :), a mogą to być także długi
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)
  • znana.jako.ggigus 16.03.14, 13:50
    ja np. zrobilam i b, sobie chwalilam, kiedy dostalam maly, ale zawsze spadeczek:)
    A ww argumetnacja niekoniecznie jest moja.
    Podalam wiele powodow. dla ktoryc h ludzie ida do USC.
    Za granica n. ulatwialo to swego czasu wiele problemow.
    --
    ’Cause I told you once / And then I told you twice / And now I told you three times / And at the risk of repeating myself I’m gonna say it again: I wanna be your lover - Jarvis Cocker.
  • kora3 17.03.14, 10:26
    to wyłączenie wspólności majątkowej, a wiec wyłączenie tego osławionego dobrodziejstwa:)

    Co do spadku - o ile wiem, to jeśli byłaś będąc mezatką wskazana w testamencie bez współmałzonka, jako spadkobiorca, to spadek i yak stanowił Twój majątek odrębny (tak , jak majątek nabyty przed slubem).

    Nie wiem jak za granicą jest, ale w PL nie ma najmniejszych problemów w prawnym uregulowaniu spraw finansowych i innych w zw. nieformalnym.
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • znana.jako.ggigus 17.03.14, 10:34
    nie intercyza nie jest koniecznie wyłączeniem wspólności majątkowej. Intercyzę można sobie ustalić dobrowolnie, dobra nabyte podczas małżeństwa mogą być wspólne.
    I niekoniecznie żeby dostać spadek, trzeba być wskazanym w testamencie.
    Niekoniecznie musi być spadek, bo przypadek o którym piszesz, to co innego.
    I nadal twierdzę, że intercyza to genialna rzecz.
    --
    ’Cause I told you once / And then I told you twice / And now I told you three times / And at the risk of repeating myself I’m gonna say it again: I wanna be your lover - Jarvis Cocker.
  • kora3 17.03.14, 10:41
    rozwiązanie może być.
    Nie jestem prawnikiem, ale wiem, ze dziedziczyć można także (a może przede wszystkim) z ustawy, ale wówczas o ule mi wiadomo, także odziedziczony przez jednego z małżonków majątek stanowi jego majątek odrębny.
    I , znów o ile mi wiadomo, nie ma konieczności wskazywania w intercyzie na coś, co dzieje się z mocy samego prawa.
    Ale nie jestem od tego jakimś specem - uważam, że jeśli komuś pasuje intercyza, to od tego ma prawnika,. żeby sformułował jej założenia tak, by pasowały i czesc :)
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • znana.jako.ggigus 17.03.14, 10:51
    nabędzie jedna ze stron w małż., to należy do obu stron, chyba że postanowią inaczej.
    Więc jeżeli wskazujesz w intecyzie rozdzielność, to nie piszesz o tym, że np. dobra dziedziczone z ustawy należą się jednej stronie. To wówczas oczywiste, że wszelkie dobra - spadek, wygrana, podarunki, życiowy fart, świetne zarobki, rzeczy znalezione - należą się jednej stronie.
    Intercyza nie wylicza okoliczności, bo nie można ich przewdzidzieć, a jedynie określa warunki.

    --
    ’Cause I told you once / And then I told you twice / And now I told you three times / And at the risk of repeating myself I’m gonna say it again: I wanna be your lover - Jarvis Cocker.
  • kora3 17.03.14, 11:21
    znana.jako.ggigus napisała:

    > nabędzie jedna ze stron w małż., to należy do obu stron, chyba że postanowią in
    > aczej.


    niekoniecznie Ggigus. Ze wspólnoty majątkowej wyłączone są np. nagrody, które nie stanowią części uposażenia, tantiemy za sprzedaż dóbr intelektualnych (płyt, książek), spadki, w których spadkobiorcą jest tylko jedno z małzonków.
    Zatem jeżeli ktoś sobie będąc w małżeństwie za tak uzyskane pieniądze coś kupi, to w swietle prawa jest to tylko jego. Musi oczywiście potrafić w razie czego udowodnić, ze zakupił to właśnie za takie pieniądze. Jeśli do zakupy czego z TYCH pieniędzy współmałżonek się dorzuci, albo kasa będzie wzięta ze wspólnego to współmałzonkek jest współwłaścicielem tego w części, w jakiej się dorzycił ze swego, albo w połowie części, w jakiej zostało to wzięte ze wspólnego.

    > Więc jeżeli wskazujesz w intecyzie rozdzielność, to nie piszesz o tym, że np. d
    > obra dziedziczone z ustawy należą się jednej stronie. To wówczas oczywiste, że
    > wszelkie dobra - spadek, wygrana, podarunki, życiowy fart, świetne zarobki, rze
    > czy znalezione - należą się jednej stronie.


    Widzisz, rzecz w tym, że o ile wiem, to spadek w którym tylko jedno z małżonków jest spadkobiorcą stanowi jego majątek odrębny z mocy samego prawa.
    Podarunki także stanowią majątek odrębny z mocy samego prawa. Mowa rzecz jasna o cennych podarunkach. Np. Twoja mama może podarować załóżmy działkę budowlaną TYLKO Tobie, mimo, ze jesteś mezatką. Nawet gdybyś nie miała spisywanej intercyzy, to byłaby TYLKO Twoja działka.



    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • znana.jako.ggigus 17.03.14, 12:38
    wspólnota, o ile strony nie określą inaczej. Wszystko, co się nabywa w trakcie, jest wspólne, o ile nie ma innej regulacji.

    --
    ’Cause I told you once / And then I told you twice / And now I told you three times / And at the risk of repeating myself I’m gonna say it again: I wanna be your lover - Jarvis Cocker.
  • kora3 17.03.14, 13:12
    znana.jako.ggigus napisała:

    > wspólnota, o ile strony nie określą inaczej. Wszystko, co się nabywa w trakcie,
    > jest wspólne, o ile nie ma innej regulacji.


    od innych aktów prawnych Ggigus. Piszesz to zresztą sama (pogrubiona czesc zdania), tylko mam wrazenie, ze Ty za inną regulację uważasz li tylko intercyzę.
    Tymczasem tak nie jest.
    Oczywiście nie znam niemieckich przepisów w tej materii (a o ile pamiętam dobrze, to mieszkasz na stałe w Nimczech) i nie wykluczam wcale, ze mogą się one różnić od polskich.
    Nie sądzę wszelako, że drastycznie.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • znana.jako.ggigus 17.03.14, 13:20
    ambicji udowadniania Ci czekolgolwiek.
    Nie uważam za jedyną regulację intercyzę, są też inne - np. akt zawarcia małżeństwa.
    Ale nie chce mi się sprawdzać, cytować, itepe. Szkoda czasu.
    --
    ’Cause I told you once / And then I told you twice / And now I told you three times / And at the risk of repeating myself I’m gonna say it again: I wanna be your lover - Jarvis Cocker.
  • znana.jako.ggigus 17.03.14, 13:49
    pl.wikipedia.org/wiki/Ma%C5%82%C5%BCe%C5%84ska_wsp%C3%B3lno%C5%9B%C4%87_maj%C4%85tkowa
    --
    ’Cause I told you once / And then I told you twice / And now I told you three times / And at the risk of repeating myself I’m gonna say it again: I wanna be your lover - Jarvis Cocker.
  • kora3 18.03.14, 08:42
    na co NIE MOŻNA rozszerzyć wspólności majątkowej małżonków. M.in. na to co przypada mu z tytułu dziedziczenia, darowizny itd.
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • znana.jako.ggigus 18.03.14, 09:56
    W małżeństwie, w którym obowiązuje ustrój wspólności majątkowej ustawowej występują trzy masy majątkowe: majątek wspólny małżonków oraz dwa majątki osobiste każdego z małżonków. Majątki te zwykle w trakcie trwania wspólności ustawowej nie są wyodrębnione i stanowią jedną całość gospodarczą. Ich podział następuje dopiero po ustaniu wspólności. Rozdzielenie takie może być dokonane w drodze umowy pomiędzy małżonkami lub może być wynikiem postępowania sądowego o podział majątku wspólnego.
    --
    ’Cause I told you once / And then I told you twice / And now I told you three times / And at the risk of repeating myself I’m gonna say it again: I wanna be your lover - Jarvis Cocker.
  • kora3 18.03.14, 10:31
    znana.jako.ggigus napisała:

    > W małżeństwie, w którym obowiązuje ustrój wspólności majątkowej ustawowej wystę
    > pują trzy masy majątkowe: majątek wspólny małżonków oraz dwa majątki osobiste k
    > ażdego z małżonków. Majątki te zwykle w trakcie trwania wspólności ustawowej ni
    > e są wyodrębnione i stanowią jedną całość gospodarczą. Ich podział następuje do
    > piero po ustaniu wspólności. Rozdzielenie takie może być dokonane w drodze umow
    > y pomiędzy małżonkami lub może być wynikiem postępowania sądowego o podział maj
    > ątku wspólnego.


    w pogrubioną frazę tego co cytujesz na stronie wiki.

    Pokaże Ci się to:

    "Majątek osobisty – w rozumieniu polskiego Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego jest to występujący w ustroju małżeńskiej wspólności majątkowej majątek należący do wyłącznie jednego małżonka.

    Ustawodawca nie definiuje majątku osobistego; wylicza jedynie, jakie przedmioty majątkowe wchodzą w jego skład. Są to:
    przedmioty majątkowe nabyte przed ustanowieniem wspólności ustawowej,
    przedmioty osobistego użytku,
    odszkodowania uzyskane za wyrządzoną szkodę cielesną oraz zadośćuczynienia,
    przedmioty uzyskane tytułem darowizny, legatu, dziedziczenia,
    prawa niezbywalne,
    nagrody za indywidualne osiągnięcia,
    prawa indywidualne jak np. prawo autorskie."

    Jak widzisz, to co ci pisałam nie jest gołosłowne.





    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • znana.jako.ggigus 18.03.14, 10:51
    . Majątki te zwykle w trakcie trwania wspólności ustawowej nie są wyodrębnione i stanowią jedną całość gospodarczą.

    inaczej intercyza nie miałaby sensu.
    --
    ’Cause I told you once / And then I told you twice / And now I told you three times / And at the risk of repeating myself I’m gonna say it again: I wanna be your lover - Jarvis Cocker.
  • kora3 18.03.14, 11:02
    nie, no właśnie nie! One są wyodrębnione z mocy samego prawa Ggigus.
    Na tyle są, że nie można na nie rozszerzyć wspólnoty majątkowej umową. Można jedynie np. uczynić małzonka współwłaścicielem jakiego dobra nabytego przed slubem (np. domu, mieszkania), a także współwłaścicielem przedmiotu, który się odziedziczyło, czy też nabyło z odziedziczonych pieniędzy.
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • porazostatni 10.03.14, 10:36
    I dlatego rośnie w Polsce liczba konkubinatów.

    > Ale trzeba mieć kościelnego piedrolca w głowie, by być mężatką i jednocześnie u
    > ważać swój stany cywilny za fanaberię kościelną.

    Chwila, chwila zdanie Kościoła, a prawo to nie to samo. Nawet jeśli sąd da rozwód, to Kościół uznaje wyższość sakramentu. Drugi ślub to jest tylko cywilny. O ile ktoś nie załatwi sobie unieważnienia małżeństwa, to wg dogmatów katolickich jest dalej żoną/mężem.
  • tricolour 10.03.14, 12:55
    Bzdura kompletna. To nie kościół uznaje wyższość tylko wierny sam idzie i prosi o sakrament slubujac jego trwałość do grobowej deski. Nikt do tego nie zmusza. Nikt.

    Nie ma tez żadnego unieważnienia. Jest stwierdzenie nieważności a to zasadnicza różnica.
  • porazostatni 14.03.14, 17:57
    > Bzdura kompletna. To nie kościół uznaje wyższość tylko wierny sam idzie i prosi
    > o sakrament slubujac jego trwałość do grobowej deski.

    Zgoda, ale mi chodziło o sytuacje po rozwodzie. Bzdurą jest dla ciebie fakt, że odmówią udzielenia ci drugiego ślubu w kościele ? O ile nie będzie stwierdzenia nieważności albo nie zmienisz wyznania. Bo dla nich liczy się poprzednie małżeństwo, mimo że rozwodnik uznaje jego niższość.

    >Nikt do tego nie zmusza. Nikt.

    Zdarzają się różne sytuacje w życiu.

    > Nie ma tez żadnego unieważnienia. Jest stwierdzenie nieważności a to zasadnicz
    > a różnica.

    Okey, fachowo nazywa się stwierdzeniem nieważności. O to mi chodziło.
  • cetherena 14.03.14, 19:28
    tricolour napisał:

    > Nie ma tez żadnego unieważnienia. Jest stwierdzenie nieważności a to zasadnicz
    > a różnica.

    Czy stwierdzenie nieważności to nie synonim unieważnienia? Jak można stwierdzić, że małżeństwo było nieważne, jeśli ludzie po ślubie kościelnym dobrowolnie żyli razem całe lata i mają dzieci? Jak kościół określa status tych dzieci? Jako dzieci nieślubne? Czy małżonkowie po stwierdzeniu nieważności małżeństwa stają się znowu panną i kawalerem?
  • kora3 16.03.14, 13:01
    cetherena napisała:
    >
    > Czy stwierdzenie nieważności to nie synonim unieważnienia?

    Nie. Unieważnić można cos, co było ważne, ale przestało być ważne. Np. unieważnia się umowę kupna -sprzedaży, jeśli kupujący zgodnie z przepisami w terminie odstępuje od niej.

    Jeśli ww. umowa została zawarta z naruszeniem prawa (np. sprzedający nie miał prawa rozporządzać przedmiotem, który sprzedawał) to nigdy ona wazna w świetle prawa nie była, wiec nie można jej unieważnić, a jedynie stwierdzić, że została nieważnie zawarta.


    Jak można stwierdzić
    > , że małżeństwo było nieważne, jeśli ludzie po ślubie kościelnym dobrowolnie ży
    > li razem całe lata i mają dzieci?


    Jest cały szereg okoliczności, które czynią małżeństwo sakrametalne nieważnym w chwili jego zawierania.

    Jak kościół określa status tych dzieci? Jako
    > dzieci nieślubne?


    Nie.

    Czy małżonkowie po stwierdzeniu nieważności małżeństwa stają
    > się znowu panną i kawalerem?


    najogólniej mówiąc - kanonicznie - tak.
    Nie jest to jednak równoznaczne z tym, że oboje mogą wstąpić ponownie w sakramentalne zw. małżeńskie.
    Wszystko tu zależy od tego z jakiej przyczyny orzeczone nieważnośc ich zw. sakramentalnego.
    Jeśli np. przyczyną orzeczenia nieważności była niechęć jednego ze współmałżonków do posiadania dzieci, to badane jest, czy owa niechęć nadal jest, czy też nie. Jeśli nadal, to taka osoba pomimo stw. niewaznosci poprzedniego zw. w nowy wstąpić nie może.



    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • abolesta 15.05.14, 17:44
    Witam,
    Zainteresowanych zapraszam na swój blog dot. kościelnego procesu o stwierdzenie nieważności małżeństwa:
    bolesta.blog.onet.pl/
  • kora3 16.03.14, 13:08
    tricolour napisał:

    > ... i jest lepsze od każdego innego związku nieformalnego.


    ale dlaczego odpowiadasz za wszystkich :)

    Jako praktyk w obu rodzajach związku muszę powiedzieć, ze nieformalny związek jest dla mnie o niebo lepszy niż małżeństwo.
    Czuję się w nim pewniej, lepiej, jestem zabezpieczona materialnie znacznie bardziej, niż w małżeństwie.

    Nic nie mam do formalizowania związków przez innych - żeby jasność była. Jeśli ktoś chce formalizacji z dowolnej przyczyny, to jego sprawa.
    Ale kompletnie nie zgadzam się z tezą, ze to dla każdego lepsze :)

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 17.03.14, 08:57
    ... trochę wstyd, że kobieta po przejściach nawet czytać nie umie. Może to było powodem tych przejść?

    "jest lepsze od każdego innego związku nieformalnego" - słowo "każdego" dotyczy związku. Nie osób. Zatem nie zgadzasz się z własną tezą wynikającą z nierozumnego czytania. Zalecam rozumne czytanie.
  • kora3 17.03.14, 10:36
    tricolour napisał:

    > ... trochę wstyd, że kobieta po przejściach nawet czytać nie umie. Może to było
    > powodem tych przejść?


    ciekawa teoria:) możesz rozwinąć tę myśl?:)

    >
    > "jest lepsze od każdego innego związku nieformalnego" - słowo "każdego" dotyczy
    > związku. Nie osób. Zatem nie zgadzasz się z własną tezą wynikającą z nierozumn
    > ego czytania. Zalecam rozumne czytanie.


    Człowieku dobry, z tego co piszesz powyżej, wynika, że nie umiesz czytać ze zrozumieniem TY.

    Ja wcale nie odczytałam Twej wypowiedzi niewłaściwie.
    Napisałeś, jak słusznie zauważasz, że "małżeństwo jest lepsze od każdego innego związku nieformalnego". Popełniłeś błąd nawiasem mówiąc, bo małżeństwo jest zw. formalnym, wiec to zdanie powinno brzmieć "małżeństwo jest lepsze od każdego innego związku", ale mniejsza o to.

    Nie wskazałeś przy tym jakie/czyje małżeństwo jest wg ciebie lepsze niż każdy inny związek, zatem popełniłeś :) figurę retoryczną, która po łacinie nazywa się pars pro toto:) (część za całość)
    Jeśli nie piszesz "czasem", "dla mnie" , "na ogół", to piszesz o WSZYSTKICH małzeńśtwach i o WSZYSTKICH innych związkach.
    Tymczasem ja ze swojego doświadczenia (innych poniekąd też) oraz ze swojego także przekonania nie mogę się zgodzić z Twoją tezą, albowiem WG MNIE małżeństwo nie jest ani lepsze, ani gorsze od wolnego związku.
    Czy teraz pojmujesz erudyto?:)



    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 17.03.14, 10:43
    kora3 napisała:

    > >trochę wstyd, że kobieta po przejściach nawet czytać nie umie. Może t
    > > o było powodem tych przejść?

    >
    > ciekawa teoria:) możesz rozwinąć tę myśl?:)

    Problemy w komunikacji między ludźmi to jeden z powodów "przejść" o których mowa.
    IMO jeden z głównych.
  • tricolour 17.03.14, 11:15
    ... choć to na wyrost. Ja sam tak o sobie nie mówię, a serwilizm uważam za wadę.

    Celowo napisałem "jest lepsze od każdego innego związku nieformalnego" ponieważ małżeństwo nie jest jednym związkiem formalnym. Pisząc swoje słowa zrównałem te wszystkie związki, których założenie i utrzymanie wiąże się z gotowością i wysiłkiem emocjonalnym, zwanym "rytuałem przejścia". Nie można zatem twierdzić, że "małżeństwo jest lepsze od każdego innego związku" bo to nie jest prawda: czasem jest równe. Ale zawsze jest lepsze od związku nieformalnego. Lepsze o to, że osoby stać na więcej.

    "Nie wskazałeś przy tym jakie/czyje małżeństwo jest wg ciebie lepsze niż każdy inny związek" - owszem, nie wykazałem, bo nie mam zwyczaju dowodzić fałszywych twierdzeń. A to, co twierdziłem, wykazałem (na swoich oczywiście założeniach) w poprzednim akapicie.

    "WG MNIE małżeństwo nie jest ani lepsze, ani gorsze od wolnego związku" - Twoja historia przeczy Twoim słowom.
  • kora3 17.03.14, 11:27
    tricolour napisał:

    > Celowo napisałem "jest lepsze od każdego innego związku nieformalnego" ponieważ
    > małżeństwo nie jest jednym związkiem formalnym.


    masz na myśli separację? A cóz to za "związek", jak się ludzie separują?

    Ale zawsze jest lepsze od związku nieformalnego. Lepsze o to, ż
    > e osoby stać na więcej.


    w jakim sensie "stać"?
    >
    >
    > "WG MNIE małżeństwo nie jest ani lepsze, ani gorsze od wolnego związku" - Twoja
    > historia przeczy Twoim słowom.


    Wcale nie. Bo moja jak piszesz "historia" nie ma tu nic do rzeczy:) Nie jest ona bowiem wyznacznikiem dla wszystkich związków, ani dla wszystkich ludzi.
    Wg mojej oceny, DLA MNIE z powodu przekonań, a także doświadczenia wolny związek jest lepszy od małżeństwa, ALE to wcale nie znaczy, że tak musi być dla każdego.

    Zatem wg mnie małżeństwo nie jest ani lepsze, ani gorsze niż wolny związek.


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 17.03.14, 11:55
    ... tylko sformalizowany związek partnerski (choć to kretyńska nazwa) z powodów wymienianych przez osoby, które go zakładają. A nie muszą zakładać. Tam też znajdziesz odpowiedź na pytanie: w jakim sensie stać.

    A Twoja historia ma wiele do rzeczy. I nie chodzi o materialne szczegóły, co mógł ukraść mąż, a ile dobrowolnie podarował konkubent tylko o to, że w ogóle masz przymus opisywania swojego życia gdy ktoś naruszy Twoje poczucie wartości (co jest lepsze, to czy tamto) płynące najpierw z gó...anego małżeństwa, a potem ze wspaniałego konkubinatu. Chodzi o to, że musisz taką wyliczanka reperować poczucie wartości.

    Albo inaczej, ogólnie: że Twoje poczucie wartości jest podatne na ocenę, a nie niezmiennie wynika z Ciebie. Bez względu na meandry historii.
  • kora3 17.03.14, 12:12
    tricolour napisał:

    > ... tylko sformalizowany związek partnerski (choć to kretyńska nazwa) z powodów
    > wymienianych przez osoby, które go zakładają.


    Rozumiem - nie brałam tego pod uwagę, bo takowe zw. nie funkcjonują w PL, w każdym razie, na razie

    A nie muszą zakładać.

    Wiesz, jeśli chodzi o pary hetero, to jakkolwiek nie miałabym nic przeciw temu, by sobie mogły tak zw. rejestrować nie za bardzo widzę jaki to ma sens logiczny.
    Hetero pary maja możliwość formalizowania zw. poprzez zawarcie małżeństwa, zatem moim zdaniem kolejna forma formalizacji jest im zbedna. Ale to moje zdanie jedynie.

    Chodzi o to, że musisz taką wyliczanka reperować poc
    > zucie wartości.


    Widzisz, akurat nie za bardzo się to trzyma kupy. Bo ja tak naprawdę nigdy nie odczuwałam chęci do formalizowania związków. Deklarowała, tak już jako b. młoda osoba, tak młoda, że nie było wówczas jeszcze mowy o poważnych związkach w moim życiu. Po prostu mnie to nie kręciło, nie widziałam w tym żadnej korzyści, ani niczego fajnego.
    Wyszłam za mąż tylko dlatego, że ślub (także wyznaniowy) był priorytetem dla moje eksmęża.
    Niepotrzebnie zrezygnowałam z wewnętrznego przekonania i wzięłam te śluby, ale co znów pragnę podkreślić - to, że moje małżeństwo zakończyło się akurat rozwodem nie ejst w moim odczuciu argumentem przeciw małżeństwu jako takiemu.
    >
    > Albo inaczej, ogólnie: że Twoje poczucie wartości jest podatne na ocenę,
    > a nie niezmiennie wynika z Ciebie. Bez względu na meandry historii



    Kolejna kula w płot :)
    jestem tak wychowana z domu, że nie pozwalam nikomu kogo sama nie zapraszam do swego życia, wchodzić w nie z butami :) Z racji pewnych predyspozycji moich, mało kto by się poważył na nieszanowanie tego, czyli np. poddawanie krytyce mojego stylu zycia:)


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 17.03.14, 15:32
    .... to z powodów zasadniczych nie mam płaszczyzny do rozmowy z Tobą. Ten brak wspólnej przestrzeni do rozmowy objawia się tym, że "rejestrowanie" związku ma dla Ciebie tylko wymiar - jak napisałaś - logiczny. Znaczy jest lub nie ma.

    Tymczasem obecność mojej żony i dzieci ma dla mnie zupełnie inny wymiar niż logiczny.
  • kora3 18.03.14, 08:44

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 18.03.14, 09:02
    To, co pisałem wcześniej argumentów dodatkowych już nie potrzebuje.

    A nie posiadanie dzieci, to upośledzenie. Kalectwo wręcz fizyczne. Zresztą Twoje widzenie związku jako stan okradania lub darowania (bo w takiej optyce piszesz) jest spójną wizją wraz z niechęcią do posiadania dzieci.
  • kora3 18.03.14, 10:36
    tricolour napisał:
    >
    > A nie posiadanie dzieci, to upośledzenie. Kalectwo wręcz fizyczne.

    Dlaczego? :)

    Zresztą Twoj
    > e widzenie związku jako stan okradania lub darowania (bo w takiej optyce piszes
    > z) jest spójną wizją wraz z niechęcią do posiadania dzieci.


    Wręcz przeciwnie - ja akurat nie przykładam do finansów w związku specjalnej wagi i nigdy nie przykładałam. Wspomnialam o finansach, bo gross rozmówców uważa, iż małżeństwo jest formą zabezpieczenia materialnego.


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 18.03.14, 10:56
    kora3 napisała:

    > tricolour napisał:
    > >
    > > A nie posiadanie dzieci, to upośledzenie. Kalectwo wręcz fizyczne.
    >
    > Dlaczego? :)
    >
    > Zresztą Twoj
    > > e widzenie związku jako stan okradania lub darowania (bo w takiej optyce
    > piszesz) jest spójną wizją wraz z niechęcią do posiadania dzieci.

    >
    > Wręcz przeciwnie - ja akurat nie przykładam do finansów w związku specjalnej wa
    > gi i nigdy nie przykładałam.

    Twoje wypowiedzi przeczą temu.
    - kilkukrotne podkreślane, że eksa wyrzuciłaś ze swojego mieszkania.
    - Twoje podkreślanie czyją to walizkę ktoś spakuje gdy odchodzi "spakować walizki, swoje albo czyjes"
    - wypisanie listy prezentów jakie dostałaś od konkubenta na własność
    - etc


    > Wspomnialam o finansach, bo gross rozmówców uważa,
    > iż małżeństwo jest formą zabezpieczenia materialnego.

    Jaki znowu "gross"?
    Aby tego "materialnego" to sobie sama nie dopowiedziałaś?
    Pomiędzy "wspomnieć", a dość często w różnych wątkach poruszać jest różnica.
  • kora3 18.03.14, 11:07
    urko70 napisał:
    > Twoje wypowiedzi przeczą temu.
    > - kilkukrotne podkreślane, że eksa wyrzuciłaś ze swojego mieszkania.
    > - Twoje podkreślanie czyją to walizkę ktoś spakuje gdy odchodzi "spakować wali
    > zki, swoje albo czyjes"
    > - wypisanie listy prezentów jakie dostałaś od konkubenta na własność
    > - etc


    Zwaz na to Urko, że to wszystko pisałam nie bez kontekstu, a w kontekście właśnie dyskusji o tym, jako małżeństwo zawsze było lepszym zabezpieczeniem w sensie materialnym, niż wolny związek.
    Gdybym przywiązywała szczególną wagę do finansów w związku nigdy bym się nie związała w jakikolwiek sposób z moim eksmężem. A wiąząc się z nim wiedziałam, że obrał sobie taką drogę zawodową po studiach, która w najbliższym czasie oznaczać bedzie groszowe zarobki.




    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 18.03.14, 11:24
    kora3 napisała:

    > > Twoje wypowiedzi przeczą temu.
    > > - kilkukrotne podkreślane, że eksa wyrzuciłaś ze swojego mieszkania.
    > > - Twoje podkreślanie czyją to walizkę ktoś spakuje gdy odchodzi "spakowa
    > ć wali
    > > zki, swoje albo czyjes"
    > > - wypisanie listy prezentów jakie dostałaś od konkubenta na własność
    > > - etc[/i]
    >
    > Zwaz na to Urko, że to wszystko pisałam nie bez kontekstu, a w kontekście właśn
    > ie dyskusji o tym, jako małżeństwo zawsze było lepszym zabezpieczeniem w
    > sensie materialnym, niż wolny związek.

    Szczególnie to zaznaczenie czyją własnością jest walizka...
    Poza tym o wywaleniu z Twojego mieszkania to pisalas w innych wątkach.

  • kora3 18.03.14, 11:52
    urko70 napisał:
    >
    > Szczególnie to zaznaczenie czyją własnością jest walizka...

    A gdzieś zaznaczałam czyją?:)

    > Poza tym o wywaleniu z Twojego mieszkania to pisalas w innych wątkach.
    >


    Zastanów się Urko, jak technicznie można "wywalić" z mieszkania kogoś, kto jest większy i silniejszy od Ciebie, a także co niebagatelne, w mieszkaniu tym zameldowany.

    Nawet gdyby z pomocą innych osób udało mi się siłowo usunąć ówczesnego małżonka z mieszkania, to natychmiast mógłby powrócić w asyście policji, która z godnie z przepisami prawa, nakazałaby mi wpuszczenie go z powrotem i umożliwienie mieszkania tam nadal.
    Logiczne wiec, że nawet jeśli użyłam słowa "wywalić" w odniesieniu do eksmęża, to jasne jest, że nie mogło to być "wywalenie" siłowe.
    I takie też - nie było :)
    Po prostu, kiedy uznałam, że nic się już nie da zrobić dla mojego ówczesnego meza i naszego związku oraz, ze w związku z tym co się dzieje moje uczucia doń bezpowrotnie wygasły, należy się rozstać nie tylko mentalnie, ale także fizycznie (poprzez zaprzestanie wspólnego zamieszkiwania), a następnie formalnie.
    Dolary przeciw orzechom, że bedac w mojej sytuacji uznałbyś tak samo, tylko prawdopodobnie znacznie wcześniej.

    Prosiłam zatem człowieka, żeby się wyprowadził, co uważałam za słuszne, bo dlaczego mielibyśmy nadal razem mieszkac, skoro już z sobą nie jesteśmy. Uwazałam także, że człowiek z honorem, a za takiego mimo wszystko miałam eksmęża, wyprowadzi się z mieszkania, które nie jest jego i w utrzymaniu którego nigdy nie partycypował. Mogłam tylko prosić, zmusic nie mogłam, bo jak wspomniałam - był zameldowany.


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 18.03.14, 12:34
    kora3 napisała:

    > > Szczególnie to zaznaczenie czyją własnością jest walizka...
    >
    > A gdzieś zaznaczałam czyją?:)

    Cytowałem przecież, wystarczyło przeczytać. Skoro to problem to cytuję po raz kolejny:
    "swoje albo czyjes"


    > > Poza tym o wywaleniu z Twojego mieszkania to pisalas w innych wątkach.
    > >

    >
    > Zastanów się Urko, jak technicznie można "wywalić" z mieszkania kogoś, kto jest
    > większy i silniejszy od Ciebie, a także co niebagatelne, w mieszkaniu tym z
    > ameldowany.


    To Twoje słowa "Wywaleniem nie tyle obrazków co eksmęża".
    Niemniej tu istotą była nie techniczna możliwość co kwestia poruszania przez Ciebie
    tego Twojego mieszkania w wielu innych wątkach.


    > Nawet gdyby z pomocą innych osób udało mi się siłowo

    Zapoznaj się ze znaczeniem słowa "wywalić". Nie ma tam nic o ograniczeniu
    znaczenia do fizyczności danego zachowania.
    Można wywalić ze stanowiska i nie robi się tego siłą fizyczną.
  • kora3 18.03.14, 14:19
    urko70 napisał:
    >
    > Cytowałem przecież, wystarczyło przeczytać. Skoro to problem to cytuję po raz k
    > olejny:
    > "swoje albo czyjes"


    aaaaa zatem nie zrozumiałeś:) swoje - gdy Ty się wyprowadzasz, czyjeś - gdy ktoś ma się wyprowadzić


    > co kwestia poruszania przez Ci
    > ebie
    > tego Twojego mieszkania w wielu innych wątkach.


    Bo gdyby nie było moje, tylko wspólne to nie mogłabym "wywalić" - proste, bo byłoby to zwyczajnie nieuczciwe z mojej strony, prawda?


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 18.03.14, 15:13
    kora3 napisała:

    > > Cytowałem przecież, wystarczyło przeczytać. Skoro to problem to cytuję
    > po raz kolejny: "swoje albo czyjes"

    >
    > aaaaa zatem nie zrozumiałeś:) swoje - gdy Ty się wyprowadzasz, czyjeś - gdy kto
    > ś ma się wyprowadzić

    Swoje / czyjeś określa własność danej rzeczy. Jeśli rzeczy są wspólne to
    wyprowadzający się po prostu pakuje walizkę i nie potrzeba dodawać czy
    dana walizka jest swoja czy czyjaś. Użycie tego zaimka zwraca uwagę na własność.
    Zatem albo kręcisz albo nie znasz znaczenia słów swoja / czyjaś.


    > > co kwestia poruszania przez Ciebie tego Twojego mieszkania w wielu innych wątkach.
    >
    > Bo gdyby nie było moje, tylko wspólne to nie mogłabym "wywalić" - proste, bo by
    > łoby to zwyczajnie nieuczciwe z mojej strony, prawda?

    Tu znów uciekasz od przyznania się, że nie tylko w tym kontekście pisałaś o tym
    swoim mieszkaniu.

  • kora3 18.03.14, 15:29
    urko70 napisał:
    >
    > Swoje / czyjeś określa własność danej rzeczy. Jeśli rzeczy są wspólne to
    > wyprowadzający się po prostu pakuje walizkę i nie potrzeba dodawać czy
    > dana walizka jest swoja czy czyjaś. Użycie tego zaimka zwraca uwagę na własność
    > .
    > Zatem albo kręcisz albo nie znasz znaczenia słów swoja / czyjaś.


    Może Cię to zaskoczy Urko, ale rzeczy osobiste każdego z małżonków sa wg obowiązujących przepisów ich i tylko ich własnością. wiec obojętnie czyja byłaby w tym momencie walizka :) , jako taka, to jej zawartośc ma jednego właściciela :)

    >
    > Tu znów uciekasz od przyznania się, że nie tylko w tym kontekście pisałaś o tym
    >
    > swoim mieszkaniu.


    Ależ w tym. Ja bardzo szanuję cudzą własność i uważam, że jeśli cos jest czyjes, to jest jej/jego, a jeśli wspólne, to wspólne
    >


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 18.03.14, 15:40
    kora3 napisała:

    > > Swoje / czyjeś określa własność danej rzeczy. Jeśli rzeczy są wspól
    > ne to
    > > wyprowadzający się po prostu pakuje walizkę i nie potrzeba dodawać czy
    > > dana walizka jest swoja czy czyjaś. Użycie tego zaimka zwraca uwagę na wł
    > asność
    > .
    > > Zatem albo kręcisz albo nie znasz znaczenia słów swoja / czyjaś.

    >
    > Może Cię to zaskoczy Urko, ale rzeczy osobiste każdego z małżonków sa wg obowią
    > zujących przepisów ich i tylko ich własnością. wiec obojętnie czyja byłaby w ty
    > m momencie walizka :) , jako taka, to jej zawartośc ma jednego właściciela :)

    Nie mówimy ani o zawartości walizki ani o prawnej kwestii, a o Twojej
    wypowiedzi w której uznałaś za właściwe zaznaczyć własność.


    > > Tu znów uciekasz od przyznania się, że nie tylko w tym kontekście pisa
    > łaś o tym swoim mieszkaniu.

    >
    > Ależ w tym. Ja bardzo szanuję cudzą własność i uważam, że jeśli cos jes
    > t czyjes, to jest jej/jego, a jeśli wspólne, to wspólne

    Inne wątki nie miały tego kontekstu.
    Problem w tym, że Twoje wypowiedzi wskazują, że przywiązujesz dużą wagę
    do własności, również w związku.
  • kora3 18.03.14, 15:48
    urko70 napisał:
    >
    > Nie mówimy ani o zawartości walizki ani o prawnej kwestii, a o Twojej
    > wypowiedzi w której uznałaś za właściwe zaznaczyć własność.


    Zastanów się spokojnie - jeśli TY wyjeżdżasz i zabierasz z sobą bagaż, to chyba z własnymi rzeczami? No właśnie. Zatem ten kto się wyprowadza zabiera swoje rzeczy też:)
    >
    > Inne wątki nie miały tego kontekstu.
    > Problem w tym, że Twoje wypowiedzi wskazują, że przywiązujesz dużą wagę
    > do własności, również w związku.


    Przywiazuje duzą wagę do uczciwosci, także w związku. Dlatego wyproszenie kogoś ze swojego mieszkania uważam w pewnych sytuacjach za dopuszczalne, ale wyproszenie kogoś z mieszkania, którego jest współwłaścicielem - nie.


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 18.03.14, 16:00
    Choćby z tego prostego powodu, że żeby nie mieć dzieci to trzeba to aktywnie zorganizować. To nie jest dylemat w rodzaju: nie chcę samochodu niemieckiego więc kupię francuski.

    Żeby nie mieć dzieci przez dziesięciolecia regularnego seksu, to trzeba skutecznej antykoncepcji. Więc kim je bym był gdybym kazał żreć żonie syf, którego sam bym nawet kijem nie tknął? Byłbym normalny? W moim rozumieniu byłbym sukinsynem. A nie chcę nim być.

    To pierwszy powód jaki mi przyszedł do głowy... reszta też Cię interesuje?
  • kora3 18.03.14, 16:18
    tricolour napisał:

    > Choćby z tego prostego powodu, że żeby nie mieć dzieci to trzeba to aktywnie zo
    > rganizować.


    Wcale niekoniecznie. Można nie mieć dzieci, bo się samemu ich mieć nie może, nie może ich mieć ukochana osoba, albo też kolokwialnie mówiąc ktoś mógł w swoim zyciu nigdy z nikim nie być związany, w każdym razie na tyle, by chcąc mieć dziecko w ogóle mógł się z taką osoba na nie zdecydować.

    Jednak masz rację, że jeśli może się mieć dzieci i ma się z kim, a nie chce się ich mieć, trzeba nie tyle specjalnej hmmm organizacji, co zadbania o to, żeby dzieci nie było.
    Pytanie, czy to źle, że ktoś nie ma dzieci, których mieć nie chce. Wg mnie znacznie gorszą jest sytuacja, gdy ktoś dziecka nie chce, a ono się pojawia i jest niechciane.

    >
    > Żeby nie mieć dzieci przez dziesięciolecia regularnego seksu, to trzeba skutecz
    > nej antykoncepcji.


    Zgadzam się.

    Więc kim je bym był gdybym kazał żreć żonie syf, którego sam
    > bym nawet kijem nie tknął?


    No przede wszystkim, to ja nie dopuszczam sytuacji, w której o metodzie unikania ciązy ma decydować mąż za zonę (np.), wiec jakaś sytuacja, w której kazałbyś swojej żonie, jak to ładnie określiłeś :) żreć, jakiś syf :) jest kosmiczna. Ale każdy sobie w związku kształtuje tak relacje, jak chce oczywiście.

    Wazne wszelako, żebyś miał swiadomośc, że pastylki anty nie są jedynym sposobem na unikania ciązy.
    Nie od rzeczy byłoby także gdybyś wiedział, że nie za bardzo można je brać przez wspomniane dziesięciolecia, ale to inna bajka.


    Miej także świadomośc co być może Cię zaskoczy, ze antykoncepcję różnego rodzaju stosują także ludzie, którzy chcą mieć dzieci i mają je.
    Jest bardzo niewiele par, które chcą/dopuszczają możliwość, że każde ich zbliżenie seskualne może skończyć się ciąza. Ci ludzie również przez większość swego płodnego zycia stosuja taką, czy inną antykoncepcję.


    Byłbym normalny? W moim rozumieniu byłbym sukinsyne
    > m. A nie chcę nim być.


    Dla mnie, jak wspomniałam, w ogóle dziwne byłoby, gdyby mi partner narzucał sposób unikania ciązy leżący po mojej stronie i to jeszcze w formie nakazu. Kosmos jakiś:)

    >
    > To pierwszy powód jaki mi przyszedł do głowy... reszta też Cię interesuje?


    Reszta mnie interesuje bardziej - bo ten powód, jak wspomniałam powyżej, jest mocno naciągany. Raz, że w normalnym związku niky nikomu nie "każe żreć syfu", dwa, że antykoncepcję stosują także ludzie chcacy mieć dzieci i mający je tylko nie zaraz całą gromadę


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 18.03.14, 19:19
    ... za żadne skarby nie wiązałbym się z kobietą, która żre syf, którego nigdy bym do ust nie wziął. Nieważne co by to było. Może tak to ujmę skoro słowo "kazać" tak Cię dotknęło.

    I raczej nie możesz mówić o innych sposobach antykoncepcji (innej niż hormonalno-chemiczna) gdy się rzeczywiście nie chce mieć dzieci. Bo każdy inny sposób jest dużo bardziej zawodny. A po to się nie chce mieć dzieci, by ich realnie nie mieć, a nie po to, by się co miesiąc zamartwiać. Inne sposoby odpadają i pozostaje żarcie syfu. Przez dziesięciolecia. Nie ma innej drogi i dlatego napisałem "kazać żreć" , bo gdy nie chcesz dzieci MUSISZ żresz syf. Zatem ani ja nie chcę być sukinsynem, ani nie chcę wiązać się z kimś upośledzonym.

    Oczywiście antykoncepcję stosują osoby nawet mające dzieci. Tyle, że ona mają mentalną gotowość na posiadanie dziecka, a nie spolaryzowaną orientację jakby tu się skutecznie zabezpieczyć w każdy możliwy sposób.
  • kora3 19.03.14, 08:18
    tricolour napisał:

    > ... za żadne skarby nie wiązałbym się z kobietą, która żre syf, którego nigdy b
    > ym do ust nie wziął. Nieważne co by to było. Może tak to ujmę skoro słowo "kaz
    > ać" tak Cię dotknęło.


    Ależ mnie nie dotknęło, dlaczego miałoby? Przecież mnie to nie dotyczy, raczej zaskoczyło.
    >
    . Inne sposoby odpadają i
    > pozostaje żarcie syfu.
    Przez dziesięciolecia.[/i] Nie ma innej drogi i dlatego nap
    > isałem "kazać żreć" , bo gdy nie chcesz dzieci MUSISZ żresz syf. Zatem ani ja n
    > ie chcę być sukinsynem, ani nie chcę wiązać się z kimś upośledzonym.[/i]

    Widzę, ze Twoja wiedza na ten temat jest mocno ograniczona. I to zarówno co do metod anty ogólnie, jak i możliwości zażywania hormonalnej antykoncepcji w czasie. Mogę jednak być przykładem na to, że to co piszesz to nieprawda - pastylki anty zażywałam zaledwie kilka lat na ponad 20 lat życia seksualnego i to dawno temu relatywnie.
    >
    > Oczywiście antykoncepcję stosują osoby nawet mające dzieci. Tyle, że ona mają m
    > entalną gotowość na posiadanie dziecka, a nie spolaryzowaną orientację jakby tu
    > się skutecznie zabezpieczyć w każdy możliwy sposób.


    Niekoniecznie mają mentalną gotowość. Ludzie, którzy spełnili się rodzicielsko (mają taką liczbę dzieci, jaką zaplanowali) także zabezpieczają się na "mur - beton", bo byle jak się zabezpieczać i bać co miesiąc, jak słusznie zauważyłeś, jest bez sensu.


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 19.03.14, 08:58
    ... to możesz sobie stosować antykoncepcje różne. Proszę bardzo. Ale czas płynie, przychodzi pięćdziesiątka i wtedy co? Nagła rodzi się chęć do posiadania dziecka, bo cykl trwający regularnie ileś tam, nagle ma dni dwadzieścia lub pięćdziesiąt i generalnie nic skutecznie nie zadziała? Nic poza chirurgią czy środkami wczesnoporonnymi.
  • kora3 19.03.14, 09:05
    tricolour napisał:

    > ... to możesz sobie stosować antykoncepcje różne. Proszę bardzo.

    Wiesz, jakkolwiek uważam, że każda kobieta powinna obserwować swój cykl, to nie stosowałam nigdy metod anty opartych na tejże obserwacji, bo nie mam do nich przekonania, a przede wszystkim - zaufania.


    Ale czas płyni
    > e, przychodzi pięćdziesiątka i wtedy co?


    A czego byś oczekiwał?:)

    Nagła rodzi się chęć do posiadania dzi
    > ecka, bo cykl trwający regularnie ileś tam, nagle ma dni dwadzieścia lub pięćdz
    > iesiąt i generalnie nic skutecznie nie zadziała?


    zadziała, zadziała

    Nic poza chirurgią czy środkam
    > i wczesnoporonnymi.


    Podwiazanie jajowodów w celu li tylko ubezpłodnienia jest u nas nielegalne. Oczywiście wykonuje się je, ale zwykle przy okazji CC lub jakiejś ingerencji chirurgicznej. Środki wczesnoporonne także sa u nas zakazane, a poza tym to trudno byłoby je stosować, jako met. anty.


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 19.03.14, 09:13
    ... szklana wody zamiast. No, to zadziała!

    Tyle, że to upośledzenie.
  • kora3 19.03.14, 09:25
    tricolour napisał:

    > ... szklana wody zamiast. No, to zadziała!
    >
    > Tyle, że to upośledzenie.


    ależ skąd - w normalnym swiecie normalnych ludzi metodę anty dobiera lekarz w oparciu o stan zdrowia pacjentki a także inne kryteria (wiek, obciążenia genetyczne itd.) wraz z pacjentką uwzględniając jej światopogląd oraz plany prokreacyjne.

    Nawiasem mowiac - Twoje wywody nie trzymają się kupy, bo skoro w wieku 50+ tak łatwo zajść w nieplanowaną ciąże:), to dlaczego nie ma zbyt wielu dzieci urodzonych przez takie matki?:)
    Rzekłabym nawet, że taka mama byłaby ewenementem:). Jak zauważam, nie ma takich mam zbyt wiele także w środowiskach tzw. otwartych na życie.

    Przede wszystkim musisz wiedzieć, ze na ogół płodnośc kobiety z wiekiem spada, wiec wcale nie tak łatwo jest kobiecie w wieku okołomenopauzalnym zaciążyć. Ale MOZE się to zdarzyć, wiec większość rozsądnych kobiet w pewnym wieku stosuje antykoncepcję, która im nie szkodzi, a skutecznie zapobiega "wpadce" i to bez względu na to, czy są to osoby bezdzietne, czy też mające dzieci.



    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 19.03.14, 09:34
    ... "skoro w wieku 50+ tak łatwo zajść w nieplanowaną ciąże dlaczego nie ma zbyt wielu dzieci urodzonych przez takie matki?" vs "na ogół płodnośc kobiety z wiekiem spada, wiec wcale nie tak łatwo jest kobiecie w wieku okołomenopauzalnym zaciążyć".

    Mam taką prośbę w rozmowie: nie ślizgaj się. Powierzchowność nie służy jakości rozmowy: jeśli Ty nie chcesz mieć dzieci to nie pisz o jakichś wyimaginowanych ludziach, którym lekarz dobiera środek antykoncepcyjny uwzględniając światopogląd i plan prokreacyjny. Pisz o własnym światopoglądzie i takim planie prokreacyjnym, który wyklucza posiadanie dzieci, których - jak pisałaś - NIGDY nie chciałaś mieć. To osadza rozmowę w konkrecie, a nie w takim środowisku, w którym zakonnicy blisko do zamtuza.
  • kora3 19.03.14, 09:47
    tricolour napisał:

    > Mam taką prośbę w rozmowie: nie ślizgaj się. Powierzchowność nie służy jakości
    > rozmowy: jeśli Ty nie chcesz mieć dzieci to nie pisz o jakichś wyimaginowanych
    > ludziach, którym lekarz dobiera środek antykoncepcyjny uwzględniając światopogl
    > ąd i plan prokreacyjny


    Wiesz, mam wrażenie, ze wykazujesz nerwowość jakąś z braku argumentów.
    Nic nie piszę o żadnych wyimaginowanych ludziach, tylko o normalnej procedurze.
    Nie słyszałam o przypadku, by lekarz na siłę zapisał pacjentce pigułki, gdy ona nie chce:)
    Ro raczej w druga stronę działa: panie czasem mając poważne przeciwskazania dla zazywania antykoncepcji hormonalnej domagają się od lekarza recepty na nie.


    . Pisz o własnym światopoglądzie i takim planie prokreacy
    > jnym, który wyklucza posiadanie dzieci, których - jak pisałaś - NIGDY nie chcia
    > łaś mieć.


    Ale co ja osobiście ma tu do rzeczy? Bo nie rozumiem...
    Zresztą - znajduję się właśnie w opisanej grupie normalnych ludzi - to lekarz doradzał mi jaką metodę na dany moment wybrać, chyba to logiczne, bo kto inny miałby?
    Jak widać:) taka ze tak powiem "procedura" się sprawdza, bo nigdy nie miałam sytuacji, w której bodaj obawiałabym się, że jestem w niechcianej ciąży - zatem to działa:)

    Jak wspomniałam w innym poscie - mam pytanie do Ciebie. Nie wiem ule lat ma Twoja żona, ale wspominałeś o paniach 50+ i cyklu rozregulowanym...
    Jeśli to nie nazbyt osobiste, to powiedz mi, co zrobicie, gdy Twoja żona wspomniany wiek osiągnie i będzie mieć nieregularny cykl. Czy zakładasz, że w tym wieku możecie jeszcze zostać rodzicami, czy wołałbyś tego, z jakichkolwiek względów uniknąć? a jeśli tak, to w jaki sposób?

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 19.03.14, 09:56
    ... to będzie realna rzecz więc nie ma unikać, bo i tak się nie uniknie: pewnie przyjdzie czas na antykoncepcję. Nie było to jeszcze szczegółowo omawiane, bo to za dziesięć lat.... jest czas.
  • kora3 19.03.14, 10:02
    tricolour napisał:

    > ... to będzie realna rzecz więc nie ma unikać, bo i tak się nie uniknie: pewnie
    > przyjdzie czas na antykoncepcję. Nie było to jeszcze szczegółowo omawiane, bo
    > to za dziesięć lat.... jest czas.


    Ciesze się, ze pytanie nie uraziło. Co prawda to kiedy dana kobieta wchodzi w okres menopauzy jest cechą osobnicza, wiec trudno na bank określić wiek, w jakim to się stanie, ale ogólnie - masz rację.
    Zatem, jak rozumiem - w takim okresie już wykluczać będziecie prokreację?
    No to tak samo, jak inni ograniczający swa płodność - tylko, ze Wy akurat dopiero w tym okresie, a inni - jak uważają. :)


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 19.03.14, 10:09
    ... w konkretnym celu: żeby nie mieć dzieci, których nie będzie miał kto wychować.

    Tyle, że to jeszcze do dyskusji. Bo wcale nie jest pewne, że jestem jedyna osobą, która może wychowywać.
  • kora3 19.03.14, 10:13
    tricolour napisał:

    > ... w konkretnym celu: żeby nie mieć dzieci, których nie będzie miał kto wychow
    > ać.


    powód może mieć każdy jaki chce, ważne, że chce unikac płodzenia na dany moment.



    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 19.03.14, 14:25
    ... szczególnie gdy ja poddaję rzecz przemyśleniu, a Ty kategorycznie nie chcesz dzieci choć dodajesz - z niewiadomych powodów - "na dany moment" czym zmieniasz sens swoich słów.

    Taki diabłu ogarek... zupełnie tracąc wiarygodność.
  • kora3 19.03.14, 14:34
    tricolour napisał:

    > ... szczególnie gdy ja poddaję rzecz przemyśleniu, a Ty kategorycznie nie chces
    > z dzieci choć dodajesz -


    Kązdy jest tak samo dobry, czy też ważny, bo dotyczy konkretnej osoby i JEJ wyborów.

    z niewiadomych powodów - "na dany moment" czym zmienia
    > sz sens swoich słów.


    Nie, nigdzie o SOBIE nie piszę, ze "na dany moment" nie planuję dzieci, musiałeś się pomydlić, albo coś źle zrozumieć.
    Pisałam ogólnie o ludziach, że stosują antykoncepcję, nie tylko wówczas, gdy wcale, nigdy po prostu nie chcą mieć dzieci, ale także wówczas, gdy nie chcą mieć ich na dany moment (np. jeszcze, albo już)
    >
    > Taki diabłu ogarek... zupełnie tracąc wiarygodność.

    Nie wiem skąd to wziąłeś - nigdzie nie pisałam, ze moja decyzja jest na ten moment. Nie mogłabym tak napisać, bo tak nie jest, pomijając już fakt, że jestem w wieku, kiedy urodzenie dziecka, szczególnie już pierwszego jest mocno statystycznie ryzykowne i dla kobiety i dla ewentualnego dziecka.


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 19.03.14, 14:38
    ... prowadzi do nieporozumień. Jeśli raz piszesz o sobie, a raz o jakichś ludziach, to nie wiadomo kiedy o kim jest to "na dany moment".

    "Pisałam ogólnie o ludziach, że stosują antykoncepcję, nie tylko wówczas, gdy wcale, nigdy po prostu nie chcą mieć dzieci, ale także wówczas, gdy nie chcą mieć ich na dany moment" - naprawdę uważasz, że trzeba takie rzeczy pisać? A do czego innego może jeszcze służyć antykoncepcja?
  • kora3 19.03.14, 14:46
    tricolour napisał:

    > ... prowadzi do nieporozumień. Jeśli raz piszesz o sobie, a raz o jakichś ludzi
    > ach, to nie wiadomo kiedy o kim jest to "na dany moment".


    alez wiadomo :) dwa posty wyżej napisałam do Ciebie, że nieważne dlaczego ktoś unika zapłodnienia, ważne, ze na dany moment unika. To było w kontekście Twej deklaracji, że w razie rozregulowanego cyklu zony, zastanowicie się nad antykoncepcją.


    - naprawdę uważasz, że trzeba takie rzeczy pisać? A do cz
    > ego innego może jeszcze służyć antykoncepcja?


    Lo matko :) - chodzi o to, że wcześniej pisałeś tak, jakby antykoncepcja miała dotyczyć tylko ludzi, którzy wcale nie planują w swoim życiu dzieci. Potem przyznałeś, że dotyczy także ludzi, którzy nie planują go w danym momencie życia.


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 17.03.14, 10:28
    kora3 napisała:

    > tricolour napisał:
    >
    > > ... i jest lepsze od każdego innego związku nieformalnego.

    >
    > ale dlaczego odpowiadasz za wszystkich :)

    Nie wszystkich tylko wszystkie.


    > Jako praktyk w obu rodzajach związku muszę powiedzieć, ze nieformalny związek j
    > est dla mnie o niebo lepszy niż małżeństwo.

    Niestety, wiele osób nie umie stworzyć związku z wybraną przez siebie osobą
    i uważa, że wstępując w małżeństwo to się samo zrobi, a potem pluje na instytucję małżeństwa zrzucając na nią swoje zaniedbania w tworzeniu związku.
    W takich sytuacjach oczywistym jest, że lepszymi dla nich są związki bez zobowiązań,
    bez odpowiedzialności... ot zawsze można zamknąć drzwi i mieć w nosie.


    > Czuję się w nim pewniej, lepiej, jestem zabezpieczona materialnie znacznie bard
    > ziej, niż w małżeństwie.

    Czyli "co je moje to nie Twoje" - jak na tym budować pełną wspólnotę, zaufanie....
    Ale wystarczy wyobrazić sobie, że tracisz swój majątek, masz problemy zdrowotne...
    i nie masz na kogo liczyć bo każdy wie, że przed taką osobą trzeba się materialnie
    zabezpieczać.
    Ale oczywiście co kto woli.

    > Nic nie mam do formalizowania związków przez innych - żeby jasność była. Jeśli
    > ktoś chce formalizacji z dowolnej przyczyny, to jego sprawa.
    > Ale kompletnie nie zgadzam się z tezą, ze to dla każdego lepsze :)

    I tu w pełni się z Tobą zgadzam - są osoby które mają różne systemu wartości.
  • kora3 17.03.14, 11:08
    urko70 napisał:
    >
    > Nie wszystkich tylko wszystkie.

    ?????


    >
    > Niestety, wiele osób nie umie stworzyć związku z wybraną przez siebie osobą
    > i uważa, że wstępując w małżeństwo to się samo zrobi, a potem pluje na instytuc
    > ję małżeństwa zrzucając na nią swoje zaniedbania w tworzeniu związku.


    Możesz mi wskazać gdzie ja na coś "pluje"?
    Czy to, ze się stwierdza, iż się czegos nie chce, bo wg mego uznania nie jest to dla mnie, to się pluje zaraz?

    Rozumiem, ze jeśli Ty chętnie słuchasz Szopena, a nie lubisz Mozarta, to plujesz na Mozarta?:)


    > W takich sytuacjach oczywistym jest, że lepszymi dla nich są związki bez zobowi
    > ązań,
    > bez odpowiedzialności... ot zawsze można zamknąć drzwi i mieć w nosie.


    rzecz w tym, że ZAWSZE można spakować walizki, swoje albo czyjes i mieć w nosie.

    >
    > Czyli "co je moje to nie Twoje" - jak na tym budować pełną wspólnotę, zaufanie.

    Nie, wręcz odwrotnie. :)
    Ja jestem osobą pracującą, zarabiającą i gdyby przyszło mi utrzymać się samej, nie miałabym z tym najmniejszych problemów.
    Tak się jednak składa, że mój partner zarabia więcej ode mnie (nie z powodu dyskryminacji płciowej w PL:), tylko z racji zawodu i funkcji).
    Kiedy zdecydowaliśmy się prawie 7 lat temu na wspólne zycie, normalnym było to, ze rozmawialiśmy także o tym, jak wyobrażamy sobie podział w kosztach utrzymania mieszkania, a wcześniej - jego zakupu. oboje mamy swoje mieszkania, ale w innych miastach, niż to gdzie wówczas oboje pracowaliśmy, wiec logiczne, ze musieliśmy pomyśleć o zakupie, by razem mieszkać.
    Mieszkanie zostało w całości zakupione za pieniądze mego partnera, ale ja jestem jego właścicielem. Tak po prostu chciał, a ja się zgodziłam. Podobnie - stałam się poprzez akt darowizny właścicielem dwóch nieruchomości, które należały do niego.
    Oboje jesteśmy pełnomocnikami swoich kont bankowych z pełnym do nich dostępem. jestem także dysponentem jego polisy ubezpieczeniowej (tej z pracy) oraz częściowo - także tej założonej prywatnie. W zasadzie jedyne rzeczy, jakie mamy "osobne" to są samochody, choć też nie byłoby problemu z wpisaniem jako drugiego właściciela kogo się chce:) Ale po co?
    No i takie duperelki, jak np. komputery, czy TV kupujemy niekoniecznie na wspólną f-rę. Wszystko grubsze - owszem.
    Prawdę mówiąc, to niewiele znam żon, które dostały od swoich mezów na prezent np. slubnym mieszkanie i dwie działki z jego majątku odrębnego. Dala SIEBIE, nie na współwłasność.
    Nie wydaje ci się, ze takie coś swiadczy o szczególnym zaufaniu w związku (który dodam, wówczas nie trwał długo, nawet w sensie znajomości) oraz trosce o byt partnerki?
    Inna sprawa, ze mojego partnera zwyczajnie na to stać. Dochodzi do tego jeszcze to, że ma on zawód bardzo niebezpieczny i najzwyczajniej w świecie częściej może niż inni ludzie w analogicznym doń wieku, po prostu myśli o tym, co byłoby po jego zgonie.


    > Ale wystarczy wyobrazić sobie, że tracisz swój majątek, masz problemy zdrowotne
    > ...


    :) No nie wiem, jak można stracić cały majątek (ja czy on) - nie prowadzimy działalności odpowiadając majątkiem prywatnym za firme, nie uprawiamy hazardu, wiec....

    A co do problemów zdrowotnych - cóż, gdy mój eksmąż się wreszcie ode mnie wyprowadził, byłam właśnie na długotrwałym zwolnieniu lekarskim pomiędzy ciężkimi operacjami...

    Napisałam "ode mnie", bo mieszkanie było moje, panieńskie.

    > i nie masz na kogo liczyć bo każdy wie, że przed taką osobą trzeba się material
    > nie
    > zabezpieczać.
    > Ale oczywiście co kto woli.


    jak wyżej :)
    Tak się złożyło, ze jakiś czas przed wyprowadzką mego eksmęża odebrałam mu prawa do korzystania z mojego konta bankowego. A odebrałam, bo wydawał mnóstwo kasy z niego na głupoty. Gdyby nie to, to nie wykluczam, ze konto to byłoby puste i musiałabym liczyć na pomoc rodziców.
    Ani z mojego konta, ani z lokat mój partner nie korzysta, choć ma dostęp. Jestem też obecnie dobrze ubezpieczona na wypadek leczenia szpitalnego, czy wypadku (od takiego w pracy przez pracodawcę, podobnie jak mój partner; od takiego poza pracą - indywidualnie)

    >
    > I tu w pełni się z Tobą zgadzam - są osoby które mają różne systemu wartości.


    owszem i nic w tym złego, póki nie narzucają innym swoich przekonań. Ja nie narzucam.


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 17.03.14, 11:58
    kora3 napisała:

    > Możesz mi wskazać gdzie ja na coś "pluje"?

    Uderz w stół... i się odzywasz?


    > Czy to, ze się stwierdza, iż się czegos nie chce, bo wg mego uznania nie jest t
    > o dla mnie, to się pluje zaraz?

    Możesz sobie tam wstawić "krytykuje" ("niebo lepszy niż małżeństwo. ") wolna wola,
    istota była gdzie indziej.


    > Rozumiem, ze jeśli Ty chętnie słuchasz Szopena, a nie lubisz Mozarta, to plujes
    > z na Mozarta?:)

    Nie pytaj mnie proszę czy i co Ty rozumiesz.
    Niektóre spolszczenia naprawdę "dają" po oczach...


    > rzecz w tym, że ZAWSZE można spakować walizki, swoje albo czyjes i mieć w nosie

    Różny jest "tylko" stopień trudności tego odchodzenia.
    Póki co jesteś ze swoim konkubentem dwoma równoległymi bytami, które konsumują
    życie, a gros ludzi tworzy rodziny, rodzi i wychowuje dzieci.
    "czyjes" - to kolejna sugestia przedkładania własności nad wspólnotę.


    > Inna sprawa, ze mojego partnera zwyczajnie na to stać.

    Czyli nic się nie zmieniło - najpierw piszesz, ze wolny związek zapewnia
    większą pewność (zabezpieczenie) materialną, a potem dopisujesz listę podarunków
    jakie dostałaś. I to wszystko w kontekście Twoich wcześniejszych informacji o tym
    jak pogoniłaś męża z Twojego mieszkania a także w kontekście bardzo niebezpiecznego
    zawodu Twojego konkubenta.
    ROTFL


    > > Ale wystarczy wyobrazić sobie, że tracisz swój majątek, masz problemy
    > zdrowotne ...

    >
    > :) No nie wiem, jak można stracić cały majątek (ja czy on) - nie prowadzimy dzi
    > ałalności odpowiadając majątkiem prywatnym za firme, nie uprawiamy hazardu, wie
    > c....

    Różnie bywa w życiu, czasem wystarczy jedna zła decyzja, czasem choroba
    wymagająca dużych środków - czego ofc nikomu nie życzę.


    > Napisałam "ode mnie", bo mieszkanie było moje, panieńskie.

    Och wiem wiem, że Twoje, wiele razy o tym pisałaś, a ja w przeciwieństwie do niektórych
    czytam i najczęściej pamiętam.


    > Tak się złożyło, ze jakiś czas przed wyprowadzką mego eksmęża odebrałam mu praw
    > a do korzystania z mojego konta bankowego. A odebrałam, bo wydawał mnóstwo kasy
    > z niego na głupoty. Gdyby nie to, to nie wykluczam, ze konto to byłoby puste i
    > musiałabym liczyć na pomoc rodziców.

    Pytanie czemu związałaś się z osobą, która była tak różna od Ciebie...?

  • kora3 17.03.14, 12:36
    urko70 napisał:
    >
    > Możesz sobie tam wstawić "krytykuje" ("niebo lepszy niż małżeństwo. ") wolna wo
    > la,
    > istota była gdzie indziej.


    Ależ ja nie krytykuje niczyjego małżeństwa, piszę, ze mnie jest lepiej w wolnym związku.
    Jeśli napiszę: wolę wyjazd nad morze, niż w góry, to ja krytykuje czyjs wyjazd w góry?
    >
    > Niektóre spolszczenia naprawdę "dają" po oczach...

    niemniej sa poprawne :)

    >
    > Różny jest "tylko" stopień trudności tego odchodzenia.

    no wiesz - stopień trudności zależy od ludzi. Od tego, czy potrafią się rozsatać kulturalnie, bez cyrków, czy potrafią dogadać się w kwestii dzieci (jeśli mają rzecz jasna), podziału majątku (jeśli mają rzecz jasna).


    > Póki co jesteś ze swoim konkubentem dwoma równoległymi bytami, które konsumują
    > życie, a gros ludzi tworzy rodziny, rodzi i wychowuje dzieci.


    Ale ja nie chce mieć dzieci. :) Nie chciałam ich mieć nigdy. Jednakowoż są przecież ludzie w wolnych związkach mający dzieci.

    >
    > Czyli nic się nie zmieniło - najpierw piszesz, ze wolny związek zapewnia
    > większą pewność (zabezpieczenie) materialną,


    NIE i NIE KŁAM - nigdzie tego nie napisałam. Napisałam, ze JA jestem w wolnym związku bezpieczniejsza materialnie niż w małżeństwie. I to jest prawda.

    a potem dopisujesz listę podarunkó
    > w
    > jakie dostałaś.


    Nie starczyłoby tego forum :)

    I to wszystko w kontekście Twoich wcześniejszych informacji o t
    > ym
    > jak pogoniłaś męża z Twojego mieszkania a także w kontekście bardzo niebezpiecz
    > nego
    > zawodu Twojego konkubenta.


    Nie "pogoniłam" tylko prosiłam, żeby się wyprowadził. Uważałam to za uczciwe, skoro nie kupił tego mieszkania, nie dołożył się do jego zakupu, a także praktycznie nie partycypował w kosztach utrzymania.
    A jeśli chodzi o pracę partnera - no z tego co widzę, większość jego kolegów po fachu ma podobne podejście do zabezpieczania swoich żon i partnerek na wypadek "wy", wiec to ma raczej znaczenie.
    >
    > Pytanie czemu związałaś się z osobą, która była tak różna od Ciebie...?

    to jest dobre pytanie. :) Bo mi się wydawało, że nie różni się tak bardzo oraz wydawało mi się, że ją kocham. A wszystko to wydawało mi się, bo ta osoba w okresie tzw. "chodzenia" w fazie, która pozwoliła na to, żeby się mogło tak wydawac.
    >


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 17.03.14, 13:12
    kora3 napisała:

    > Ależ ja nie krytykuje niczyjego małżeństwa, piszę, ze mnie jest lepiej w wolnym
    > związku.
    > Jeśli napiszę: wolę wyjazd nad morze, niż w góry, to ja krytykuje czyjs wyjazd
    > w góry?

    Wydawało mi się, że w tym wątku wyraża się opinie w odniesieniu do sporu:
    kocia łapa - małżeństwo.


    > > Niektóre spolszczenia naprawdę "dają" po oczach...
    >
    > niemniej sa poprawne :)

    Jak wiele innych udziwnień w zwrotach i składniach.


    > > Różny jest "tylko" stopień trudności tego odchodzenia.
    >
    > no wiesz - stopień trudności zależy od ludzi.

    Nie. Stopień trudności "wyjścia" z danego związku zależy od rodzaju i stopnia
    formalizacji tego związku.


    > > Póki co jesteś ze swoim konkubentem dwoma równoległymi bytami, które kons
    > umują życie, a gros ludzi tworzy rodziny, rodzi i wychowuje dzieci.[/i]
    >
    > Ale ja nie chce mieć dzieci. :) Nie chciałam ich mieć nigdy. Jednakowoż są prze
    > cież ludzie w wolnych związkach mający dzieci.

    Czy chcesz czy nie chcesz, to dla oceny związku danego rodzaju to nie ma znaczenia.
    Są przeróżni ludzi i przeróżne związki i dowodzi to tylko tego, że występują przeróżne.
    Każdą umowę można zerwać/przestac przestrzegać a jednak ludzie podpisują umowy
    aby wiedzieć na czym stoją, mieć pewną pewność (różną zależnie od przypadku)


    > > Czyli nic się nie zmieniło - najpierw piszesz, ze wolny związek zapewn
    > ia większą pewność (zabezpieczenie) materialną,

    >
    > NIE i NIE KŁAM - nigdzie tego nie napisałam. Napisałam, ze JA jestem w w
    > olnym związku bezpieczniejsza materialnie niż w małżeństwie. I to jest prawda.

    Mamy tu możliwość dwóch sytuacji:
    1. pierwsza z nich potwierdza moje słowa bo:
    wolny związek zapewnia większą pewność (zabezpieczenie) materialną
    to to samo co
    w wolnym związku bezpieczniejsza materialnie

    2. druga w której podkreślasz swoją wyjątkową sytuację, w wyjątkowym związku.

    Po Twojej zarzucie kłamania zakładam, że chodzi o opcję 2.

    Czyli jednak miałem rację pisząc "nic się nie zmieniło": w dyskusji nt.: kocia łapa czy małżeństwo Ty opisujesz sytuacje wyjątkowe.


    > Nie "pogoniłam" tylko prosiłam, żeby się wyprowadził.

    To Twoje słowa: "Wywaleniem nie tyle obrazków co eksmęża "


    > to jest dobre pytanie. :) Bo mi się wydawało, że nie różni się tak bardzo oraz
    > wydawało mi się, że ją kocham.

    Związałaś się z nią bo Ci się wydawało, ze to, wydawało że tamto...
    Czy będzie nieprawdą jeśli nazwie się takie zachowanie niedojrzałym, nieodpowiedzialnym?
  • kora3 17.03.14, 14:10
    urko70 napisał:
    >
    > Wydawało mi się, że w tym wątku wyraża się opinie w odniesieniu do sporu:
    > kocia łapa - małżeństwo.


    Ja właśnie nie mam zdania w sporze:) Bo uważam, ze taki spór sam w sobie jest bezsensowny. Każdy ma bowiem prawo mieć swój pogląd na swoje życie, także w tym zakresie.
    Każdy też ma jakieś doświadczenia.
    Dlatego też ja w żadnym razie nie krytykuję instytucji małżeństwa, ani nie uważam, że dla każdego jest ona gorszym wyborem niż wolny związek.
    Co więcej - uważam, że każdy ma prawo chcieć zalegalizować swój związek bez względu na powody tej chęci. Wiec dla mnie równie dobrym powodem jest chęć zmiany statusu z panny na mężatkę, jak przekonanie, że wspólnie żyć można tylko w związku sakramentalnym.
    >
    > Nie. Stopień trudności "wyjścia" z danego związku zależy od rodzaju i stopnia
    > formalizacji tego związku.


    W czasie, gdy ja się rozwodziłam (10 lat temu), aby uzyskać rozwód należało w sadzie okręgowym złożyć pozew i czekac na 1 rozprawę. Wówczas obligatoryjna była jeszcze tzw. rozprawa "ugodowa" bez względu na to, czy strona pozwana zgadzała się na rozwód, czy nie (a to było wiadomo po jej odpowiedzi na pozew). Ja złożyłam pozew w lipcu, a 1 rozprawa była we wrześniu i to tylko dlatego tak późno, bo były wakacje:)
    Trwało to z 10 minut - sąd sprawdził dane małżonków, przyjął dokumenty dot. ich zarobków i zapytał mnie, jako pozwaną czy podtrzymuję zdanie zawarte w pozwie. Następnie zapytał pozwanego, czy on podtrzymuje swoje. Wyznaczono datę następnej rozprawy (na październik) i tyle.
    Kolejna rozprawa trwała minut 15:) Po czym orzeczony został rozwod.

    Już od dobrych kilku lat nie ma czegos takiego jak rozprawa ugodowa i rozwód można uzyskać na pierwszej i ostatniej rozprawie. Uprzedzając - tak, także wówczas, gdy ma się dzieci. Strony jeszcze przed rozprawą spisują z sobą zasady dot. tych dzieci po rozwodzie: tj. wysokość alimentów (jeśli nie ustalono jej wcześniej w odrębnym postępowaniu), miejsce stałego pobytu dziecka/dzieci z którymś z rodziców, czas, miejsce, długość czasu spędzanego z rodzicem, z którym dziecko/dzieci nie będą na stałe mieszkać.
    Można to przed rozprawą dostarczyć sądowi, ale można także dopiero na rozprawie przedstawić.
    W sytuacji, gdy obie strony sa "dogadane" i obie akceptują te zasady, sąd się do nich na ogół wcale nie miesza:)
    Nie znajduję w tym specjalnej trudności, powiem szczerze.

    Schody zaczynają się wówczas, gdy strony nie chcą/nie umieją się dogadać. Brak zgody na rozwód, brak zgody na rozwód na warunkach podanych przez powoda/dkę, niezgoda na ustalenia dot. dzieci i alimentowania.

    Uprzedzajac: podziału majątku dorobkowego nie dokonuje się podczas rozwodu. Przeprowadza się go (o ile się chce, bo nie jest to obligo) w odrębnym postępowaniu już po uprawomocnieniu się orzeczenia o rozwodzie.
    Podczas rozwodu sad zajmuje się majątkiem wspólnym małżonków tylko w takim zakresie, jak korzystanie np. ze wspólnego mieszkania do czasu orzeczenia rozwodu, jednak nie obligatoryjnie, a wówczas, gdy któraś ze stron zgłasza, że np. współmałżonek z którym się rozwodzi utrudnia mu korzystanie ze wspólnego mieszkania.

    >
    > Czy chcesz czy nie chcesz, to dla oceny związku danego rodzaju to nie ma znacze
    > nia.


    Ależ SAM napisałeś, że tymczasem inni mają rodziny i rodzą oraz wychowują dzieci. :) To nie ma znaczenia, czy ma?


    > Każdą umowę można zerwać/przestac przestrzegać a jednak ludzie podpisują umowy
    > aby wiedzieć na czym stoją, mieć pewną pewność (różną zależnie od przypadku)


    Oczywiście, czy ktoś im zabrania, ba nawet przeszkadza w tym sam takiej umowy nie chcąc spisać?

    >
    > Mamy tu możliwość dwóch sytuacji:
    > 1. pierwsza z nich potwierdza moje słowa bo:
    > wolny związek zapewnia większą pewność (zabezpieczenie) materialną
    > to to samo co
    > w wolnym związku bezpieczniejsza materialnie


    Nie, to właśnie nie to samo.
    "wolny związek zapewnia itd." - jest wspomniana przeze mnie już figurą retoryczna pars pro toto - KAZDY wolny związek, KAŻDEMU zapewnia itd.
    "w wolnym związku jestem bezpieczniejsza" - to zdanie o sobie, nie o wszystkich. :)
    >
    > 2. druga w której podkreślasz swoją wyjątkową sytuację, w wyjątkowym związku.
    >


    Nie, jestem w takim związku, jak mnie i mojemu partnerowi odpowiada.

    > Po Twojej zarzucie kłamania zakładam, że chodzi o opcję 2.
    >
    > Czyli jednak miałem rację pisząc "nic się nie zmieniło": w dyskusji nt.: kocia
    > łapa czy małżeństwo Ty opisujesz sytuacje wyjątkowe.


    Nie, absolutnie nie opisuję wyjątkowych sytuacji.
    Wśród par zyjących w wolnych związkach w moim otoczeniu (mowa o ludziach dojrzałych, nie o parce studentów w wynajętym mieszkaniu, która czeka ze ślubem na skończenie studiów) wszyscy mają sprawy majątkowe jakoś uregulowane. Jak? Tak, jak im się podoba.
    Podobnie - znam małżeństwa, w których każde zawsze płaci za siebie (wyjścia np. do restauracji, wakacje), a wydatki domowe dzieli na połowę i to w sytuacji, gdy zarobki obojga się znacznie różnią. To ich sprawa, każdy sobie w swoim związku ustala takie zasady finansowe, jakie uważa i jakie akceptuje małżonek/partner.
    >
    > Związałaś się z nią bo Ci się wydawało, ze to, wydawało że tamto...
    > Czy będzie nieprawdą jeśli nazwie się takie zachowanie niedojrzałym, nieodpowie
    > dzialnym?


    Ależ skąd:) Nieodpowiedzialnie postąpiłam godząc się na sluby, ale przede wszystkim postąpiłam b. głupio, bo niezależnie od tych slubów, kiedy zaczęło się z moim eksmężem dziać co się działo, to uważałam, ze skoro chciałam z nim być, to trzeba z tym coś zrobić. Na to zmarnowałam sobie ok. 3 lat życia, zamiast po paru jazdach wystawić mu walizki.
    Było jednak, minęło, za swój błąd sama zapłaciłam i więcej już takiego nie popełniłam, bo jak widzisz, obecnie jestem z odpowiednim człowiekiem w dobrym związku.


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 17.03.14, 15:15
    kora3 napisała:

    > zapytał mnie, jako pozwaną czy podtrzymuję zdanie zawarte w pozwie
    > . Następnie zapytał pozwanego, czy on podtrzymuje swoje. Wyznaczono datę następ
    > nej rozprawy (na październik) i tyle.

    Ech te Twoje opisywanie swoich spraw... - po co, kogo to, koro ... ogarnij się. :)
    Natomiast zaskoczyłaś mnie tym że i Ty i Twój mąż byliście oboje pozwanymi.


    > Nie znajduję w tym specjalnej trudności, powiem szczerze.

    Nie znajdujesz bo sprowadzasz to do papierkologii.


    > Schody zaczynają się wówczas, gdy strony nie chcą/nie umieją się dogadać. Brak
    > zgody na rozwód, brak zgody na rozwód na warunkach podanych przez powoda/dkę, n
    > iezgoda na ustalenia dot. dzieci i alimentowania.

    A w przypadku braku ślubu, pakujesz walizkę i wychodzisz.


    > Uprzedzajac: podziału majątku dorobkowego nie dokonuje się podczas rozwodu.

    Ty... Kora... skąd Ci się bierze potrzeba opisywania tego :)
    Masz jakieś wewnętrzna przekonanie, że to wiedza tajemna, którą tylko Ty,
    z tu obecnych, posiadłaś? :)




    > > Czy chcesz czy nie chcesz, to dla oceny związku danego rodzaju to nie
    > ma znaczenia.

    >
    > Ależ SAM napisałeś, że tymczasem inni mają rodziny i rodzą oraz wychowują dziec
    > i. :) To nie ma znaczenia, czy ma?

    A co to ma do Twojego niechcenia? Aby nie pomieszałaś dwóch różnych części dyskusji?


    >
    > > Każdą umowę można zerwać/przestac przestrzegać a jednak ludzie podpisują
    > umowy aby wiedzieć na czym stoją, mieć pewną pewność (różną zależnie od przypad
    > ku)

    >
    > Oczywiście, czy ktoś im zabrania, ba nawet przeszkadza w tym sam takiej umowy n
    > ie chcąc spisać?

    Nie tyle zabrania co sugeruje bezsensowność małżeństwa:
    "ZAWSZE można spakować walizki"


    > > 2. druga w której podkreślasz swoją wyjątkową sytuację, w wyjątkowym z
    > wiązku.
    > >

    >
    > Nie, jestem w takim związku, jak mnie i mojemu partnerowi odpowiada.

    To nie ma nic wspólnego z wyjątkowością tego związku.

    Nie pierwszy raz w dyskusji o problemie podajesz jakieś wyjątkowe przypadki.


    > > Po Twojej zarzucie kłamania zakładam, że chodzi o opcję 2.
    > >
    > > Czyli jednak miałem rację pisząc "nic się nie zmieniło": w dyskusji nt
    > .: kocia
    > > łapa czy małżeństwo Ty opisujesz sytuacje wyjątkowe.

    >
    > Nie, absolutnie nie opisuję wyjątkowych sytuacji.
    > Wśród par zyjących w wolnych związkach w moim otoczeniu (mowa o ludziach dojrza
    > łych, nie o parce studentów w wynajętym mieszkaniu, która czeka ze ślubem na sk
    > ończenie studiów) wszyscy mają sprawy majątkowe jakoś uregulowane. Jak? Tak, ja
    > k im się podoba.

    Jak wiele z kobiet żyjących w takich konkubinatach jest obdarowywanych tak jak Ty?



    > Ależ skąd:) Nieodpowiedzialnie postąpiłam ...

    Jak myślisz, jak sądzisz, jak Ci się wydaje: czemu? Czego zabrakło?
  • kora3 18.03.14, 09:01
    urko70 napisał:
    > Ech te Twoje opisywanie swoich spraw... - po co, kogo to, koro ... ogarnij się.

    ale jakie swoje sprawy, co tu osobistego napisałam? Nic - tylko opis, jak to technicznie wygląda.
    > :)
    > Natomiast zaskoczyłaś mnie tym że i Ty i Twój mąż byliście oboje pozwanymi.
    >


    Ty się także czasem pomylisz, wiesz?:)

    >
    > Nie znajdujesz bo sprowadzasz to do papierkologii.


    A do czego twoim zdaniem się to sprowadza?
    >
    >
    > A w przypadku braku ślubu, pakujesz walizkę i wychodzisz.
    >


    W przypadku posiadania śluby także samo, tylko potem podajesz o rozwód :)

    >
    > Nie tyle zabrania co sugeruje bezsensowność małżeństwa:
    > "ZAWSZE można spakować walizki"

    Bo ZAWSZE można. To nie jest argument przeciw małżeństwu jako takiemu, a przeciw fałszywemu argumentowi, ze daje ono jakieś "gwarancje" w związku.

    >
    > To nie ma nic wspólnego z wyjątkowością tego związku.

    No toz przecież napisałam, ze nic w nim wyjątkowego w sensie dogadywania się.
    >
    > Jak wiele z kobiet żyjących w takich konkubinatach jest obdarowywanych tak jak
    > Ty?


    Nie mam pojęcia i jak wiesz, nie pytałabym ludzi o takie rzeczy.
    Natomiast - o ile wiem, to większość ludzi żyjących w wolnych związkach (poważnych ludzi) sprawy dotyczące związku (nie tylko majątkowe) reguluje sobie także ze strony prawnej.
    Kto nie reguluje, sam sobie jest winien i tyle.

    >
    > Jak myślisz, jak sądzisz, jak Ci się wydaje: czemu? Czego zabrakło?


    Niczego nie zabrakło, Urko.
    Po prostu - wówczas bylam osobą o prawie 20 lat młodszą niż teraz. Przypomnij sobie swoje wybory (jakiekolwiek) sprzed 20 lat i zastanów, czy dziś tak samo byś postąpił :)
    Poniekąd akurat moje małżeństwo było z racji pewnych okoliczności, które na jaw wyszły dopiero kilka lat po rozwodzie, wyjątkowe . A jak wspomniałeś - takich sytuacji nie powinno się rozpatrywać rozmawiając ogólnie.



    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 18.03.14, 09:04
    ... a którą sama stawiasz. Małżeństwo niczego nie gwarantuje. Małżeństwo jest przede wszystkim stanem emocjonalnym. Jego brak, to wersja uboższa związku.
  • kora3 18.03.14, 10:33
    tricolour napisał:

    > ... a którą sama stawiasz. Małżeństwo niczego nie gwarantuje. Małżeństwo jest p
    > rzede wszystkim stanem emocjonalnym. Jego brak, to wersja uboższa związku.


    Wiesz, znów przemawiasz pars pro toto - Ty, jakaś grupa ludzi - uważacie, że bez rejestracji związku jest on uboższy, wiec tak jest dla wszystkich.
    Otóż - nie.


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 18.03.14, 15:49
    No weź się zastanów, co piszesz w zdaniu: "uważacie, że bez rejestracji związku jest on uboższy".

    Oczywiście, że jest uboższy o to, co następuje, po słowie "bez". Ręka bez palców jest uboższa o palce. Oko daltonisty bez rozróżniania kolorów jest uboższe o nieodbierane widmo barw. Związek bez jego sformalizowania jest uboższy o sprawy formalne oraz te emocjonalne, które są inspiracją do formalizacji.

    Oczywiście możesz uważać, że owe sprawy emocjonalne nie mają dla Ciebie znaczenia. Zgoda. Ale i tak jest uboższy, za to dotkliwość straty jest znikoma. To jest jednak zasadnicza różnica twierdzić, że zubożenie nie jest dotkliwe niż, że zubożenia nie ma wcale.
  • kora3 18.03.14, 16:23
    tricolour napisał:

    Związek bez jego sformalizowania
    > jest uboższy o sprawy formalne


    niekoniecznie, to zależy od tego, jak sobie ludzie sprawy formalne w związku nieformalnym poukładają.

    oraz te emocjonalne, które są inspiracją do form
    > alizacji.


    Dla mnie założenie, że jeśli się kocha to musi się chcieć ślubu jest ...dziwne.
    >
    > Oczywiście możesz uważać, że owe sprawy emocjonalne nie mają dla Ciebie znaczen
    > ia.


    Własnie emocjonalne mają:) ale moje emocje nie potrzebują formalizacji. Może dlatego, że są tak silne w moim związku i jestem uch i siebie oraz partnera - pewna.

    Zgoda. Ale i tak jest uboższy, za to dotkliwość straty jest znikoma.

    Naprawdę niewiele wiesz o wolnych związkach:)



    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 19.03.14, 09:26
    ... dla Ciebie jest dziwne.

    Dla mnie nie jest dziwne, że związek dwojga rozwija się od poznania i zwrócenia uwagi, przez sympatię, głęboką przyjaźń i miłość. Wyraża się to okresem "chodzenia ze sobą", narzeczeństwa, małżeństwa i rodzicielstwa - to są naturalne etapy. Dziecko jest wyrazem mojej miłości do żony. Ja to wyraźnie czułem, czuję i jest to uczucie wręcz namacalne. Ono się rozwijało i ma swój określony obszar w moich zasobach.

    Moment, w którym sobie to uświadomiłem, w którym mnie ta myśl pochłonęła w pełni wpisuje się nie tylko w historię naszego związku. Jest też oczywiste, że rezygnacja z jakiegokolwiek etapu rozwoju związku czyni ten związek uboższym i to wręcz kalekim.
  • kora3 19.03.14, 09:35
    e i twoje go związku.
    Nikt tych odczuć oczywiście nie neguje, ale one są subiektywne.
    Nie masz żadnych podstaw, by twierdzić, czy nawet przypuszczać, ze wszyscy inni też tak mają, chcą i czują ...
    PS. Pozwole sobie zadać ci pytanie. O ile możesz - odpowiedz.
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 19.03.14, 10:06
    ... bo ja też stałem przed problemem kolejnego dziecka. Z poprzedniego małżeństwa mam dorosłą córkę i jakoś nie uśmiechała mi się wizja kolejnego tatusiowania.

    Tyle, że ja nie lubię nie wiedzieć dlaczego mi się coś nie uśmiecha gdy się kiedyś uśmiechało. I wyraźnie zdałem sobie sprawę, że to wyłącznie mój egoizm jest niezadowolony. Bo - piszę serio - na JEDNE wakacje nie pojedzie. Trochę mi się wstyd zrobiło... przyznaję. Ale to nie wszystko.

    Bo kiedyś, nad ciepłym morzem, wróciliśmy do portu. Po kąpieli usiedliśmy w portowej knajpie i wyraźnie poczułem, że to mój kres, że mój kapelusz nabrał wody. Że możemy dalej polecieć, że mogę wybudować kolejny jacht, ale to żadna różnica jakościowa w naszym życiu. Siedziałem jak w raju i czułem marnowanie potencjału. Bolało.

    Wtedy uświadomiłem sobie, że syn nada temu marnotrawstwu wymiar dalszego osobistego rozwoju. Jego i mojego. Nadał. To są te podstawy. I uważam je za uniwersalne.
  • kora3 19.03.14, 10:29
    do własnych przemyśleń nt. swojego życia, w tym także swojego związku.
    tricolour napisał:

    >
    > Wtedy uświadomiłem sobie, że syn nada temu marnotrawstwu wymiar dalszego osobis
    > tego rozwoju. Jego i mojego. Nadał. To są te podstawy. I uważam je za uniwersal
    > ne.


    wszystko to piękne i prawdziwe:) poza tym, ze uważasz to za uniwersalne...
    To są Twoje przemyślenia, Twoje wybory i były - Twoje dylematy.

    Postaraj się zrozumieć, ze sa ludzie (niewielka grupa), którzy nie czują wcale potrzeby posiadania dzieci. Nie, ze ich nie mogą mieć, nie ze nie mają z kim, nie w końcu dlatego, ze obawiają się w związku z uch ewentualnym posiadaniem, że nie będzie ich stać, mogą zachorować, mieć chore dziecko - po prostu nie czują takiej potrzeby.

    Ja do takich ludzi należę. Zwyczajnie nigdy nie odczuwałam, że chciałabym mieć dziecko. a co znaczy takie coś odczuwać, naprawdę widziałam, choćby po mojej własnej siostrze.
    Taka postawa towarzyszyła mi w zasadzie - od zawsze. Nie jest to jakas niechęć do dzieci, bo lubię dzieci w ogólności i jestem przez nie lubiana. Po prostu - taka potrzeba jest dla mnie równie abstrakcyjna, jak np. chęć bycia rolnikiem, albo księgowym ...

    Uwazam, że uczciwe postawienie sprawy w takich kwestiach (nie tylko w takich, ale te są kluczowe w związku) jest zwyczajnie przyzwoite. Mój partner ma dwoje dorosłych już dzieci z byłego małżeństwa, nie jest zatem osobą niespełnioną rodzicielsko. Nie miał i nie ma parcia na dziecko ze mną, ale takiej możliwości nie wyklucza i nie wykluczał. Wykluczam ją ja. Podobnie, jak on nie jest na "nie" dla ewentualnego slubu, a ja zdecydowanie bym go nie chciała, choć przyznaję:), gdyby zalezało od tego moje, albo jego zycie, to bym się zgodziła nań.
    W innej sytuacji - nie. A jeśli dla kogoś kluczową rzeczą byłoby, żeby mieć z partnerką dzieci, to po prostu bym z taką osobą nie wchodziła w związek.
    Na pewno nie wchodziłabym w związek z kimś, dla kogo kluczową sprawą byłaby formalizacja związku. Po prostu dlatego, że nie chcę tej formalizacji.
    Nie ma m wszelako takiej sytuacji, by ślub, czy wspólne dziecko było dla mego partnera priorytetem. Gdyby było - nie związałabym się z nim.



    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 19.03.14, 14:20
    ... dlaczego zamiennie używasz "nie chcę" oraz "nie czuję potrzeby"?

    Bo dla mnie oznacza to kluczenie. Jest wielka różnica między "nie czuję potrzeby jechać do Japonii" oraz "nie chcę jechać do Japonii". Pierwsza oznacza obojętność (która nie wiadomo w jakim kierunku może się rozwinąć), druga oznacza, że czynnie nie chcę i jestem w niechęć zaangażowana.

    A dla mnie czynna niechęć ma źródło. I to jest interesujące: dlaczego nie chcę?
  • kora3 19.03.14, 14:29
    tricolour napisał:
    Jest wielka różnica między "nie czuję potrzeb
    > y jechać do Japonii" oraz "nie chcę jechać do Japonii". Pierwsza oznacza obojęt
    > ność (która nie wiadomo w jakim kierunku może się rozwinąć), druga oznacza, że
    > czynnie nie chcę i jestem w niechęć zaangażowana.


    Ja to widzę inaczej Tricolourze: dla mnie "nie chcę" nie oznacza zaraz jakichś negatywnych emocji z brakiem na cos chęci związanych. Np. dziś nie chcę iśc na koncert z kolegą, bo nie mam nastroju, ergo nie czuję potrzeby bawienia się na koncercie. Nie ma w tym nic negatywnego ani wobec kolegi proponującego wyjście, ani wobec rodzaju muzyki, jaka na tym koncercie będzie.
    >
    > A dla mnie czynna niechęć ma źródło. I to jest interesujące: dlaczego nie chcę?

    Wyjaśniłam - bo nie czuję takiej potrzeby, checi.
    Wg mnie decyzja o posiadaniu, albo nie dzieci jest b. poważna. Zarówno taka na "tak", jak i taka na "nie", dlatego wg mojej oceny nie można tu kierować się np. owczym pedem w stylu - nie czuję potrzeby, ale wszyscy mają, to ja też.



    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 19.03.14, 14:35
    ... niechęć do dzieci to nie jest niechęć do wyjścia ka koncert. Na koncert nie idziesz i już. Żeby nie mieć dzieci, a uprawiać seks, to trzeba tysiące razy, wręcz zawsze, zadbać o nieposiadanie dzieci.

    Mówiąc inaczej, koncertowo: dlaczego zawsze kiedy mowa o koncercie robisz wszystko, by nań nie pójść? To już nie jest brak potrzeby, to coś znaczenie głębszego...

    Niczego nie wyjaśniłaś.
  • kora3 19.03.14, 14:41
    tricolour napisał:

    > ... niechęć do dzieci to nie jest niechęć do wyjścia ka koncert.

    Nie odczuwam niechęci do dzieci:)

    Na koncert nie
    > idziesz i już. Żeby nie mieć dzieci, a uprawiać seks, to trzeba tysiące razy,
    > wręcz zawsze, zadbać o nieposiadanie dzieci.


    Owszem, ale nie jest to jakieś uciążliwe w moim przypadku i nigdy nie było.

    >
    > Mówiąc inaczej, koncertowo: dlaczego zawsze kiedy mowa o koncercie robisz wszys
    > tko, by nań nie pójść? To już nie jest brak potrzeby, to coś znaczenie głębszeg
    > o...


    Dlatego, ze nie mam ochoty, ani potrzeby.
    >
    > Niczego nie wyjaśniłaś.

    Może nie chcesz zrozumieć, albo zwyczajnie - nie potrafisz:)


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 19.03.14, 14:47
    ... można założyć, że jeśli ktoś nie rozumie, to nie potrafi. Tyle, że insynuowanie mojej ułomności intelektualnej słabo świadczy o Tobie. Mogłaś przecież pokusic sie o wyjaśnienie, o dobranie takiego prostego języka, bym zrozumiał.

    A co piszesz na pytanie dlaczego nie chcesz? Odpowiedź: Dlatego, ze nie mam ochoty, ani potrzeby.

    Masz zatem umiejętność udzielania krągłych, ale powierzchownych odpowiedzi.
  • kora3 19.03.14, 14:59
    tricolour napisał:
    >
    > A co piszesz na pytanie dlaczego nie chcesz? Odpowiedź: Dlatego, ze nie mam
    > ochoty, ani potrzeby.

    >
    > Masz zatem umiejętność udzielania krągłych, ale powierzchownych odpowiedzi.


    Jeśli nie zcujesz jakiejś potrzeby, albo nie masz na to checi - to nie ma jak wyjaśnić komuś kto czuje i ma chęć, ze można nie mieć checi i nie czuć.

    Spróbuję ci to wyjaśnić na przykładzie: moja przyjaciółka lubi słodycze, a ja nie. W niej widok słodyczy powoduje reakcję, ze jak to mówią, slinka jej cieknie, a u mnie - żadnej.
    Kiedy ktoś mnie czestuje słodyczami, grzecznie odmawiam.
    I czasem zdarza się:), że padają zwroty: "Ale dlaczego? Nie musisz się przecież odchudzać...", "Chorujesz na coś?", "Przecież to takie pyszne!" - no nie, ani nie choruje, ani nie musze się odchudzać, po prostu nie lubię słodyczy, nie sa dla mnie smaczne. Nie libię ich nie w sensie, ze budzą u mnie odruch wymiotny, tylko NORMALNIE - nie mam ochoty tego jeść, nie smakuje mi to.
    Niełatwo wytłumaczyć coś takiego komuś, kto słodycze bardzo lubi, bo on sobie wręcz nie wyobraza, że można nie lubić. Taka osoba zwykle myśli, że jeśli ktoś tego nie je, to jest na diecie - odchudzającej, albo zrowotnej, nic innego nie przychodzi jej do głowy:)

    Wracając natomiast do tematu antykoncepcji. Piszesz, że człowiek, który nie chce mieć dzieci, a uprawia seks tysiące razy musi zadbać o to, by dzieci nie było. Przyznałam Ci racje i podtrzymuję, ale chciałabym jeszcze dodać, że ludzie, którzy mają dzieci/ chcą mieć dzieci TAKZE przez większość swego życia ograniczają swą płodnośc, w taki czy inny sposób.
    Wyłączając ludzi, którzy w takich sprawach ida na zywioł oczywiście.

    zdecydowana większość ludzi w naszej kulturze nie udzie na żywioł, ergo - nie chce/nie dopuszcza sytuacji, w której każde zbliżenie seksualne ma się skończyć ciązą.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 20.03.14, 08:08
    ..."moja przyjaciółka lubi słodycze, a ja nie. W niej widok słodyczy powoduje reakcję, ze jak to mówią, slinka jej cieknie, a u mnie - żadnej. Kiedy ktoś mnie czestuje słodyczami, grzecznie odmawiam. I czasem zdarza się:), że padają zwroty: "Ale dlaczego? Nie musisz się przecież odchudzać...", "Chorujesz na coś?", "Przecież to takie pyszne!" - no nie, ani nie choruje, ani nie musze się odchudzać, po prostu nie lubię słodyczy, nie sa dla mnie smaczne. Nie libię ich nie w sensie, ze budzą u mnie odruch wymiotny tylko NORMALNIE - nie mam ochoty tego jeść, nie smakuje mi to"

    Czyli facet proponuje seks - Ty grzecznie odmawiasz. OK - rozumiem. Stało się teraz dla mnie jasne, że nie chcesz małżeństwa, bo małżeństwo bez seksu jest z definicji nieważne. Nawet cywilne. Rozumiem też skąd koncentracja na opisie zjawisk czysto materialnych w Waszym związku.

    Tylko co to za związek, psia mać?
  • kora3 20.03.14, 08:26
    tricolour napisał:
    >
    > Czyli facet proponuje seks - Ty grzecznie odmawiasz. OK - rozumiem. Stało się t
    > eraz dla mnie jasne, że nie chcesz małżeństwa, bo małżeństwo bez seksu jest z d
    > efinicji nieważne. Nawet cywilne. Rozumiem też skąd koncentracja na opisie zjaw
    > isk czysto materialnych w Waszym związku.
    >
    > Tylko co to za związek, psia mać?


    Wiesz, mnie się nie zdarza, żeby mi mój facet proponował seks. Po prostu w naszym związku działa to inaczej :) nie proponujemy sobie seksu:)
    Ale pomimo, iż bardzo licha twa prowokacja - odpowiem :)

    Seks w większości związków w cywilizacji zachodniej nie musi zaraz wiazać się dla pary z prokreacją i to jest oczywistość. Poza góra kilkoma razami w życiu ( w większości), ludzie się kochają, ale nie chcą/nie zakładają, że z tego będzie potomstwo.
    Różnica pomiędzy ludźmi bezdzietnymi z wyboru, a tymi, którzy świadomie mają/chcą mieć dziecko/dzieci jest taka, że u bezdzietnych nie występuje taki moment, w którym rezygnują z antykoncepcji, by mieć dziecko/dzieci. Tyle.

    Twoja argumentacja jest taka, przepraszam, rodem z przedszkola - nie chcesz dzieci - nie uprawiaj seksu.

    Blędnie poza tym zakładasz, że każda para/człowiek, która nie wyklucza posiadania dzieci w przyszłości, albo ma je spłodzone w przeszłości jest tzw. otwarta na życie.
    Tak nie jest - bardzo wiele par chcących mieć dzieci w przyszłości, a także mających je już, nie zakłada na dany moment rozmnażania się.

    Paradoksalnie, najczęściej z seksu rezygnują ludzie deklarujący wspomniane otwarcie na życie z przyczyn religijnych. Mowa oczywiście nie o ludziach z tych samych przyczyn idących na żywioł, a o ludziach stosujących met. NPR. Wykluczają oni jakiekolwiek wspomaganie tych metod sztuczną antykoncepcją np. prezerwatywą, wiec zostaje im b. mało czasu w cyklu kobiety, w którym mogą się kochać mając pewność, że nie skończy się to ciązą, której w tym momencie nie planują.

    Przy regularnych cyklach u kobiety wyznaczenie takiego czasu jest bajecznie łatwe u nie trza do tego żadnych wykresów, mierzenie temperatury itd. Rzecz w tym, ze metody NPR nie służą wcale wyznaczeniu czasu pewnej niepłodności kobiety, bo ta jest bardzo łatwa do wyznaczenia przez zwyczajne liczenie, a służą określeniu czasu tzw. niepłodności względnej.
    To znaczy określeniu momentu owulacji, by unikać współżycia w jej czasie oraz czasie przed nia tak krótkim, ze plemniki mają szansę jeszcze żyć i dotrzeć (jeden z nich) do jaja.
    To jest wcale niełatwe - prawda. W dodatku te metody bywają zawodne w tym zakresie, wiec ludzie stosujący tylko NPR i na ten moment wykluczający posiadanie potomstwa rezygnują z seksu w dniach, które mogą być "bezpieczne" i mogą być także "niebezpieczne". wtedy najprawdopodobniej grzecznie sobie odmawiają:) - nie wiem, bo nie mam doświadczenia, nie stosuje takich metod anty.


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 20.03.14, 08:42
    ... tym bardziej oczywista staje się stara, rzymska maksyma: Ktoś, kto nie umie przedstawić sprawy krótko i zwięźle, łże. Nawet ta cukiernicza ilustracja jest tandetna.

    Choć z drugiej strony patrząc, to facetowi mającemu dwójkę dzieci, spełnionemu rodzicielsko, posiadanie kobiety, która nie chce mieć dzieci, nie chce się wiązać i z rewolucyjnie odsłoniętą piersią broni statusu jałowej kochanki, może być wyjątkowo wygodnie.
  • kora3 20.03.14, 08:59
    i usiłujesz nieudolnie obrazić rozmówcę :)

    To ty nie umiesz wskazać, dlaczego DLA MNIE małżeństwo miałoby być lepsze niż wolny związek:)
    Ani w aspekcie emocjonalnym, ani zadnym innym.
    Natomiast, raczej wnosząc z Twej wypowiedzi, zdecydowałeś się na 2 dziecko w nowym związku, bo ... najpewniej naciskała na to Twoja nowa zona.
    Na kolejne już bys się nie zdecydował...
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 20.03.14, 09:12
    ... i bardzo się cieszę.

    "To ty nie umiesz wskazać, dlaczego DLA MNIE małżeństwo miałoby być lepsze niż wolny związek:)" - nie rozumiesz. Mnie nie interesuje Twój wolny związek. Mnie nawet nie interesuje to, czy Ty w ogóle żyjesz więc o szczegółach życia mowy nie ma.

    Za to bardzo mnie śmieszy opowieść o wolnym związku i niechęci do posiadania dzieci gdy partner ma dzieci. Widać z tego jakie to wybiórcze partnerstwo, gdy żona daje to, czego nie daje konkubina, ale mniejsza z tym - Twój wybór.

    I owszem, przyznaję: dla Ciebie, w takiej sytuacji najlepszy jest wolny stan, w którym jesteś. Tyle, że to stan dość tandetny, ale nie musisz się zgadzać z taką oceną...
  • kora3 20.03.14, 09:27
    tricolour napisał:

    > ... i bardzo się cieszę.


    zatem szczere gratulacje.
    >
    >
    > Za to bardzo mnie śmieszy opowieść o wolnym związku i niechęci do posiadania dz
    > ieci gdy partner ma dzieci. Widać z tego jakie to wybiórcze partnerstwo, gdy żo
    > na daje to, czego nie daje konkubina, ale mniejsza z tym - Twój wybór.


    Mój partner nie ma zony. Rozstali się i rozwiedli, nim my się w ogóle poznaliśmy. Jego dzieci są już tzw. przedorosłe, bo miał je b. młodo.
    Sa to b. mili ludzie, z którymi mam koleżeńskie relacje (z racji relatywnie niedużej różnicy wieku). W czasie, gdy się pojawili na swiecie zarówno ich ojciec, jak i matka byli b. młodymi ludźmi i nie sądze, ze zastanawiali się nad "spełnieniem się jako rodzice". :)
    >
    > I owszem, przyznaję: dla Ciebie, w takiej sytuacji najlepszy jest wolny stan, w
    > którym jesteś. Tyle, że to stan dość tandetny, ale nie musisz się zgadzać z ta
    > ką oceną...


    Dla mnie tandetne byłoby branie jakichś ślubów, gdy tego nie chcę. Zrobiłam to w moim zyciu i wiem, ze to było głupie i bez sensu.



    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 20.03.14, 09:34
    ... no co szkodzi?

    Powiedz partnerowi, że chcesz mieć dziecko. Że chyba zmieniłaś zdanie i o tym myślisz. Czas płynie, a Ty myślisz. I co on na to? A może i ślub, by dzieciak nie miał porządny formalnie start?

    Po co to? By zobaczyć, czy rzecz (potencjalnie) ważna Dla Ciebie jest tak samo ważna dla życiowego partnera.
  • kora3 20.03.14, 09:51
    tricolour napisał:

    > ... no co szkodzi?

    nic, ale nie muszę :)
    >
    > Powiedz partnerowi, że chcesz mieć dziecko. Że chyba zmieniłaś zdanie i o tym m
    > yślisz. Czas płynie, a Ty myślisz. I co on na to? A może i ślub, by dzieciak ni
    > e miał porządny formalnie start?


    Pojmij wreszcie, że nie ma tu sytuacji, kiedy FACET nie chce mieć dziecka oraz ślubu. Pisałam Ci już - mój partner nie jest nastawiony anty ani do posiadania ze mną dziecka, ani do formalizacji naszego związku.

    Nie ma parcia ani na jedno, ani na drugie, ale wcale tego nigdy nie wykluczał.
    Sądzisz, ze dwoje już wówczas dojrzałych ludzi zdecydowało się na wspólne zycie nie rozmawiając o takich sprawach?
    Przecież to absurd byłby. Rozmawialiśmy o takich sprawach jeszcze nie planując wspólnego życia (a zdecydowaliśmy się na to relatywnie szybko) po prostu się poznając.
    Po tym, jak się zdecydowaliśmy mój partner powiedział wprost, że chciałby, bym rozważyła możliwość jednak sformalizowania związku. Chociaż nie zakładałam ślubu, pierścionek przyjęłam:)

    Wiedział, ze nie jestem za formalizacją w moim wydaniu, ale poprosił o rozważenie tej możliwości i ja go rozumiem.
    To jest facet odpowiedzialny, a wie, że w jego pracy wypadek, na ogół = śmierć.
    Ponieważ rozważyłam i uznałam, że nie potrzeba mi tego, załatwiliśmy sprawy zabezpieczeń mnie na wypadek "wu" formalnie z pomocą prawnika.
    Dla mnie bardzo ważne jest, ze mój partner nie naciskał i nie naciska na mnie ws. slubu.
    Ciągle jednak deklaruje otwartość na takie rozwiązanie, wspomniał o tym także mojej mamie i swojej po śmierci mego śp. taty (latem zeszłego roku).
    Sam zatem widzisz, ze ja nie muszę przeprowadzać takich idiotycznych "eksperymentów", bo gdybym powiedziała, ze chce slubu, to pewnie zmontowałby to w ciągu tygodnia :) - to żaden problem (poza organizacją ewentualnego wesela, bo jesteśmy w załobie po moim tacie)

    Co natomiast do dzieci - sądzę, ze nie uwierzyłby mi, ze teraz chce mieć dziecko nagle i nie myślę o konsekwencjach takiej decyzji dla mnie i przyszłego dziecka (chodzi o mój wiek). Po prostu za dobrze mnie zna :) o wie, ze nie naraziłabym swego potomstwa świadomie na ryzyko związane z późnym wiekiem matki.
    >
    > Po co to? By zobaczyć, czy rzecz (potencjalnie) ważna Dla Ciebie jest tak samo
    > ważna dla życiowego partnera.


    Ale dla mnie właśnie ważne, żeby partner nie miał parcia na sluby i dzieci. I on o tym wie.


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 20.03.14, 10:02
    ... że facet na wieść, że chcesz ślubu montuje imprezę w ciągu tygodnia. Wychodzi, że to dla niego ważne. A dla Ciebie nie do przyjęcia. Jeśli na tym polega partnerstwo w wolnym związku, że jedno leje na to, co dla drugiego ważne, to ja tego partnerstwem nie nazwę nigdy.

    Po drugie: nie wiesz, co powie facet gdy się dowie, że chcesz mieć dziecko. Domyślasz się, że nie uwierzy i to wszystko. To też jest partnerstwo? To że się domyślasz, że nie uwierzy?

    Bo moim zdaniem domyślanie się, że ktoś nie uwierzy to wyjątkowo wątłe podstawy.
  • kora3 20.03.14, 10:19
    tricolour napisał:

    > ... że facet na wieść, że chcesz ślubu montuje imprezę w ciągu tygodnia. Wychod
    > zi, że to dla niego ważne. A dla Ciebie nie do przyjęcia
    . Jeśli na tym polega p
    > artnerstwo w wolnym związku, że jedno leje na to, co dla drugiego ważne, to ja
    > tego partnerstwem nie nazwę nigdy.


    Widzisz - nie. Ty chyba nie widzisz różnicy pomiędzy sytuacją, kiedy cos dla kogos jest priorytetem, a ktoś czego nie wyklucza, jest otwarty na coś o ile druga strona zechce.
    Pierwsza sytuacja miała miejsce w moim małżeństwie - mój eksmąż uważał slub i to wyznaniowy za priorytet. Mój partner natomiast nie ma jakichś ograniczeń relogijnych, czy społecznych, które wywierałyby na nim presję, by ślub brać.
    natomiast nie jest doń nastawiony anty, wiec gdybym chciała, to ok. Po prostu decyzje o tym zostawił mnie deklarując otwartość na każdą z ewentualnanosci.
    To, ze zmontowałby w ciągu tygodnia ślub to nic dziwnego. Gdybym zdecydowała się na slub, to na pewno nie wyznaniowy. Załatwienie dokumentów o tym, ze jesteśmy zdolni cywilnoprawnie do zawarcia małżeństwa jest bajecznie łatwe :) zmontowanie imprezy poślubnej też, kwestia ceny.
    >
    > Po drugie: nie wiesz, co powie facet gdy się dowie, że chcesz mieć dziec
    > ko.


    Wiem, zapewne zapytałby, czy rozważam możliwość adopcji. Człowieku, jak mogę nie wiedzieć co o mnie wie człowiek, z którym od 7 lat dzielę życie? Jak mogę zakładac w ogóle, ze nie zna moich poglądów?


    Domyślasz się, że nie uwierzy i to wszystko. To też jest partnerstwo? To że
    > się domyślasz, że nie uwierzy?


    Nie, nie domyślam się - WIEM. Przecież my nie gadamy tylko o jakichś prozaicznych sprawach, ale także o tych, które sa w kręgu naszych ogólnych zainteresowań. Mój partner wie jaki mam stosunek do narażania swego potomstwa na wady świadomie, bo rozmawiałam z nim o tym przy okazji choćby mojej pracy :)
    >
    > Bo moim zdaniem domyślanie się, że ktoś nie uwierzy to wyjątkowo wątłe podstawy
    > .

    jak wyżej - tak samo, jak ja wiem, jakie on ma poglądy np. polityczne, choć do życia razem wcale i to nie jest potrzebne. :)


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 20.03.14, 13:22
    ... proszę, napisz, czym się Twój wolny związek różni od małżeństwa? To znaczy: wyobraźmy sobie, że wychodzisz za mąż za obecnego faceta. Czym to hipotetyczne małżeństwo się różniłoby od dzisiejszego wolnego związku?
  • kora3 20.03.14, 14:43
    moze poza tym, ze przyjęłabym jego nazwisko, jako drugi człon dodany do obecnego. Podpisywałabym się w pracy i tak obecnym.
    Zaspokoiłam Twą ciekawość?

    Uprzedzając pytanie: dlaczego zatem nie wezmę ślubu? odpowiadam: bo mi do niepotrzebne do niczego, nie kręci mnie i nie mam chęci.
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 21.03.14, 09:28
    ... jeśli chodzi o czas pieczenia kurczaka czy skuteczność wybielacza do majtek.

    Ale gdyby było rzeczywiście niczym, to by Ci było obojętne czy jesteś żoną czy konkubiną. Ale nie jest. Bo masz fobię na małżeństwo. Z tego powodu różnią się i to zasadniczo.

    Tyle że wypierasz źródła tej fobii. I o tym cała pisanina.
  • kora3 21.03.14, 11:23
    tricolour napisał:

    > Ale gdyby było rzeczywiście niczym, to by Ci było obojętne czy jesteś żoną czy
    > konkubiną. Ale nie jest. Bo masz fobię na małżeństwo. Z tego powodu różnią się
    > i to zasadniczo.
    >
    > Tyle że wypierasz źródła tej fobii. I o tym cała pisanina.


    Wiesz czym jest "fobia"? Tak z definicji? Fobia to jest z grubsza irracjonalny lęk.
    Nie czuję leku prze formalizacja, tylko nie czuje potrzeby (żadnej) jej wprowadzania w moje życie.
    Przykład: gdyby przyszło mi płacić wysoki podatek od tego, ze mój związek jest nieformalny, to pewnie zgodziłabym się na slub, bo po co płacić za brak tegoz. Ale nie ma takiego podatku, to nie musze.

    Kolejna sprawa: dlaczego Tobie tak przeszkadza, ze inni żyja w zw. nieformalnym. Interesujesz się dlaczego, z jakich przyczyn, po co? Rozumiem, ze interesowałaoby Cie to jako podatnika, który musi na takie osoby mówiąc kolokwialnie - płacić.
    Ale już chyba zorientowałeś się, ze na nas/na mnie nie musisz. Wiec dlaczego? Masz jakąś obseskę na punkcie takich związków?



    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • tricolour 21.03.14, 12:54
    ... że uważam konkubinat ze związek gorszy od małżeństwa. Ja to twierdze i tyle.

    To Tobie przeszkadza moje twierdzenie do tego stopnia, że kolejny dzień to roztrząsasz. Gdyby nie przeszkadzało, to byś mnie olała ciepłym strumieniem zajęta własnymi sprawami, a jednak piszesz sążniste elaboraty.

    Mówiąc inaczej: czyhanie w tym wątku na moje (i nie tylko moje) wpisy, to potrzeba kontroli, by Twojemu konkubinatowi ktoś niepostrzeżenie łątki nie przypiął, a której byś nie zdementowała ostatnim postem.

    To dowód jak nisko cenisz coś, co uporczywie musisz bronić, bo samo się nie broni nawet przed Tobą.
  • kora3 21.03.14, 13:25
    zamiast zosatwić cidze życie innym ludziom, a zając się swoim (jak bym nie poszła na to, ze by mieć dziecko, albo nie mieć pod naciskiem współpartnera)
    Nie umiesz oderwać się od stereotypu i tyle :)
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 18.03.14, 10:08
    kora3 napisała:

    > ale jakie swoje sprawy, co tu osobistego napisałam? Nic - tylko opis, jak to t
    > echnicznie wygląda.

    "Masz jakieś wewnętrzna przekonanie, że to wiedza tajemna, którą tylko Ty,
    z tu obecnych, posiadłaś?"


    > Ty się także czasem pomylisz, wiesz?:)

    Jak ja się pomylę to przyznaję się do tego i nie zaczynam tego przyznawania
    się od "Ty..."


    > > Nie znajdujesz bo sprowadzasz to do papierkologii.
    >
    > A do czego twoim zdaniem się to sprowadza?

    Jeśli ktoś sprowadza małżeństwo do papierka to rzeczywiście, żadnego małżeństwa
    nie powinien zawierać, ani być dopuszczany.


    > A w przypadku braku ślubu, pakujesz walizkę i wychodzisz.
    >
    > W przypadku posiadania śluby także samo, tylko potem podajesz o rozwód :)

    Wtedy i tylko wtedy, kiedy dla kogoś ślub to tylko i wyłącznie świstek papieru.


    > Bo ZAWSZE można. To nie jest argument przeciw małżeństwu jako takiemu, a przeci
    > w fałszywemu argumentowi, ze daje ono jakieś "gwarancje" w związku.

    Fałszywemu wg i dla Ciebie (i Tobie podobnych).


    > To nie ma nic wspólnego z wyjątkowością tego związku.
    >
    > No toz przecież napisałam, ze nic w nim wyjątkowego w sensie dogadywania się.

    ROTFL


    > > Jak wiele z kobiet żyjących w takich konkubinatach jest obdarowywanych
    > tak jak Ty?

    >
    > Nie mam pojęcia [...]

    Czyli nie masz podstaw do kwestionowania, że Twój konkubinat w którym
    dostałaś na własność wymienione rzeczy jest wyjątkowy.


    > Jak myślisz, jak sądzisz, jak Ci się wydaje: czemu? Czego zabrakło?
    >
    > Niczego nie zabrakło, Urko.

    Nie zabrakło Ci umiejętności:
    a. poznania drugiego człowieka z którym wchodzisz w związek?
    b. właściwej oceny czy dany związek (przed" ślubem) to jest właśnie to?
    c. ułożenia relacji, dogadania się z drugim człowiekiem?
    etc...

    Niczego nie zabrakło, a do wypadku doszło...
  • kora3 18.03.14, 11:00
    urko70 napisał:
    >
    > "Masz jakieś wewnętrzna przekonanie, że to wiedza tajemna, którą tylko Ty,
    > z tu obecnych, posiadłaś?"


    Nie, aczkolwiek choćby z konwersacji z kimś innym widać, że sporo ludzi nie zna np. obowiązujących przepisów. Niekoniecznie nie znasz ich Ty, ale zwaz na to, że my rozmawiamy na forum i nie tylko piszemy z sobą, ale jesteśmy także czytani, także przez osoby, które niekoniecznie muszą się wypowiadać.

    >
    > Jeśli ktoś sprowadza małżeństwo do papierka to rzeczywiście, żadnego małżeństwa
    > nie powinien zawierać, ani być dopuszczany.


    Ale my nie rozmawialiśmy chyba o MAŁZEŃSTWIE, tylko o ROZWODZIE w tym momencie.
    Gdy do niego dochodzi małżeństwo, jako związek już NIE ISTNIEJE, Urko.
    Zatem jest tylko "na papierze" i strona powodowa (ewentualnie obie strony) chce/chcą po prostu zlikwidować ów papier, na którym niby istnieje, bo jest to niezgodne ze stanem faktycznym.

    Zatem, gdy nie ma już związku, to takie małzeństwo się rozpadło i nie ma już nic poza papierkologią.
    >
    > Wtedy i tylko wtedy, kiedy dla kogoś ślub to tylko i wyłącznie świstek papieru.

    Zatem często, bardzo często - gdyby przyjąć Twój tok myślenia:)

    A całkiem serio - zawsze w życiu może zdarzyć się tak, że ktoś z kimś już nie chce (ewentualnie obie osoby z sobą wzajemnie) być nie chce. Z najróżniejszych przyczyn.
    Sądzac po statystykach rozwodowych w PL, zdarza się to nierzadko.
    Jednakowoż teza, że ktoś się rozstaje z małżonkiem/nką dlatego, że ślub dlań nic nie znaczy, jest moim zdaniem zbyt śmiała.
    Zastanawia mnie, czy Ty np. chciałbyś być z kobietą, która Cię bije, zdradza, pije, tprawia hazard i nie chce się zmienić? Czy chciałbyś być nadal z taka kobietą, bo ...miałbyś z nią ślub, a przecież slub to nie tylko "papierek"?
    >
    > Fałszywemu wg i dla Ciebie (i Tobie podobnych).
    >


    Sądząc po statystykach rozwodowych to ta frakcja ma jednak rację

    >
    > ROTFL


    a co w tym śmiesznego? Serio pytam
    >
    >
    > Czyli nie masz podstaw do kwestionowania, że Twój konkubinat w którym
    > dostałaś na własność wymienione rzeczy jest wyjątkowy.


    Nie, nie jest wyjątkowy, Urko. Dlatego, ze w każdym związku należy brać pod uwagę tzw. warunki brzegowe. Trudno oczekiwać, że para ludzi po studiach tuż, mieszkajaca przy rodzicach będzie się wzajemnie obdarowywać nieruchomościami. Trudno, bo ich nie ma. Czy to znaczy, że taka para tworzy jakościowo gorszy związek od np. mojego? Nie.
    Nie chodzi tu bowiem o wymiar dóbr materialnych a o troske o wspólny byt i partnera/rkę.
    >
    > Nie zabrakło Ci umiejętności:
    > a. poznania drugiego człowieka z którym wchodzisz w związek?


    No wiesz, jak wspomniałam, moje małzeństwo było wyjątkowe właśnie z powodu niemoznosci poznania tego człowieka w pełni.
    Mojego eksmęża przed ślubem znałam dość długo, bo jeszcze nim staliśmy się parą, jako, ze studiowaliśmy na jednym roku. Nie, nie mogę powiedzieć, ze zabrakło mi tej umiejetnosci, a jeśli mnie jej zabrakło, to zabrakło jej po prostu wszystkim, którzy go w tamtym okresie poznali.

    > b. właściwej oceny czy dany związek (przed" ślubem) to jest właśnie to?

    Jak wspomniałam, z powodu wyjątkowości sytuacji trudno byłoby komukolwiek takiej oceny dokonać.

    > c. ułożenia relacji, dogadania się z drugim człowiekiem?
    > etc..


    No widzisz, rzecz w tym, że z taką osobą nie da się ani dogadywać, ani układać relacji i to jest naukowo potwierdzone.
    >
    > Niczego nie zabrakło, a do wypadku doszło...

    Nie doszło do zadnego wypadku :) (na szczęście, bo mogło).
    Po prostu związek się rozpadł i nalezało to w trybie pilnym usankcjonować prawnie. Dlaczego w pilnym, to już inna bajka :)


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 18.03.14, 12:26
    kora3 napisała:

    > "to wiedza tajemna, którą tylko Ty,z tu obecnych, posiadłaś?"
    >
    > Nie, aczkolwiek choćby z konwersacji z kimś innym widać, że sporo ludzi nie zna

    To czemu w konwersacji z tym kimś innym tego nie opisujesz, a opisujesz
    w rozmowie ze mną?


    Jeśli ktoś sprowadza małżeństwo do papierka to rzeczywiście, żadnego małż
    > eństwa nie powinien zawierać, ani być dopuszczany.

    >
    > Ale my nie rozmawialiśmy chyba o MAŁZEŃSTWIE, tylko o ROZWODZIE w tym momencie

    Jeśli sprowadzasz małżeństwo do papierka to rzeczywiście napisać pozew,
    podać powody, przejść rozprawy. Ale już tu są różnice pomiędzy opuszczaniem
    konkubinatu a opuszczaniem małżeństwa.


    > Gdy do niego dochodzi małżeństwo, jako związek już NIE ISTNIEJE, Urko.
    > Zatem jest tylko "na papierze" i strona powodowa (ewentualnie obie strony) chce
    > /chcą po prostu zlikwidować ów papier, na którym niby istnieje, bo jest to niez
    > godne ze stanem faktycznym.

    Ty naprawdę uważasz, że pożarłaś wszelkie mądrości świata.
    Otóż nie Koro, nie pożarłaś ani też nie zjadłaś ich.
    Małżeństwo to coś znaczenie więcej niż świstek papieru i inaczej przechodzi się
    kryzysy w małżeństwach a inaczej w związku typu sp. z o.o.



    > > Wtedy i tylko wtedy, kiedy dla kogoś ślub to tylko i wyłącznie świstek
    > papieru.

    >
    > Zatem często, bardzo często - gdyby przyjąć Twój tok myślenia:)

    Znów się pomyliłaś:
    miało być "powódka" a pisałaś "pozwana".
    miało być "gros", a napisałaś "gross"
    miało być "mój", a napisałaś "Twój"



    > A całkiem serio - zawsze w życiu może zdarzyć się...

    Przypadki szczególne zawsze się zdarzają i na nie są pewne rozwiązania.
    Tyle tylko, że to nie ma nic do różnego stopnia trudności w opuszczaniu różnych związków.


    > > Fałszywemu wg i dla Ciebie (i Tobie podobnych).
    >
    > Sądząc po statystykach rozwodowych to ta frakcja ma jednak rację

    Możesz to rozwinąć?


    > a co w tym śmiesznego? Serio pytam

    Skoro pytasz: Twoje gubienie się w rozmowie.


    > >
    > > Czyli nie masz podstaw do kwestionowania, że Twój konkubinat w którym
    > > dostałaś na własność wymienione rzeczy jest wyjątkowy.

    >
    > Nie, nie jest wyjątkowy, Urko.

    Napisałaś wyraźnie "nie mam pojęcia" na pytanie jak wiele kobiet jest tak obdarowanych.
    Więc nie masz podstaw do oceny wyjątkowości swojego związku.


    > Dlatego, ze w każdym związku należy

    To co należy to jedno, a to co się dzieje to drugie.


    > >
    > > Nie zabrakło Ci umiejętności:
    > > a. poznania drugiego człowieka z którym wchodzisz w związek?

    >
    > No wiesz, jak wspomniałam, moje małzeństwo było wyjątkowe właśnie z pow
    > odu niemoznosci poznania tego człowieka w pełni.

    W pełni to można czasami poznać kogoś po wielu latach. Czyli w pełni to nikt nikogo
    nie pozna przed małżeństwem. Ważne aby poznać na tyle na ile jest to realnie możliwe
    aby po ślubie dobrze ze sobą żyć.

    > Mojego eksmęża przed ślubem znałam dość długo, bo jeszcze nim staliśmy się parą
    > , jako, ze studiowaliśmy na jednym roku. Nie, nie mogę powiedzieć, ze zabrakło
    > mi tej umiejetnosci, [...]

    Nie zabrakło Ci umiejętności poznania go, czyli poznałaś go, czyli wiedziałaś za
    kogo wychodzisz. Czyli on po ślubie zmienił się jak za dotknięciem różdżki? :D


    > b. właściwej oceny czy dany związek (przed" ślubem) to jest właśnie to?
    >
    > Jak wspomniałam, z powodu wyjątkowości sytuacji trudno byłoby komukolwiek takie
    > j oceny dokonać.

    Czy są jakiekolwiek sytuacje w Twoim, życiu które nie są wyjątkowe?
    Wyjątkowe małżeństwo, wyjątkowa sytuacja, wyjątkowy konkubinat w którym
    partner kupuje nieruchomości i przepisuje na konkubinę, wyjątkowi znajomi którzy
    nie umieją posprzątać w 10min, wyjątkowa siostra która ukrywa ciążę. W sumie te
    wyjątkowości powinny Ci się znormalnieć.


    > > c. ułożenia relacji, dogadania się z drugim człowiekiem? etc..
    >
    > No widzisz, rzecz w tym, że z taką osobą nie da się ani dogadywać, ani u
    > kładać relacji i to jest naukowo potwierdzone.

    Skoro nie zabrakło Ci umiejętności jej poznania, to po co wychodziłaś za tę osobę za mąż jeśłi z tą osobą nie da się dogadywać / układać...?


    > > Niczego nie zabrakło, a do wypadku doszło...
    >
    > Nie doszło do zadnego wypadku :) (na szczęście, bo mogło).
    > Po prostu związek się rozpadł i nalezało to w trybie pilnym usankcjonować prawn
    > ie. Dlaczego w pilnym, to już inna bajka :)


    Wypadkiem w małżeństwie jest rozwód.
    Te pytania były retoryczne bo to oczywiste że zabrakło tych wszystkich rzeczy,
    bo gdyby ich nie zabrakło to małżeństwo by rozkwitło lub w ogóle by do niego nie doszło.
  • kora3 18.03.14, 14:16
    urko70 napisał:
    >
    > Jeśli sprowadzasz małżeństwo do papierka to rzeczywiście napisać pozew,
    > podać powody, przejść rozprawy.


    Acha - a jeśli nie sprowadzasz, top dajesz się np. poniżać i bić w imie tego, ze nie sprowadzasz?

    Ale już tu są różnice pomiędzy opuszczaniem
    > konkubinatu a opuszczaniem małżeństwa.


    Pomiędzy opuszczeniem współmałzonka/ współpartnera nie ma żadnych róznic. Możesz opuścić, albo być opuszczonym w 3 minuty. Róznica polega na tym, ze jeśli chcesz uregilowac sytuację prawnie, to w sytuacji małżeństwa musisz się rozwodzić.
    >

    > Małżeństwo to coś znaczenie więcej niż świstek papieru i inaczej przechodzi się
    > kryzysy w małżeństwach a inaczej w związku typu sp. z o.o.


    No jak widać po statystykach rozwodowych w dużej mierze się tych kryzysów nie przechodzi , skoro małżeństwa się rozpadają
    >
    > miało być "mój", a napisałaś "Twój"

    Nie, no właśnie Twój - skoro tyle jest rozwodów, to ludzi, dla których malzeństwo to świstek papieru jest sporo, nie?
    >
    > Przypadki szczególne zawsze się zdarzają i na nie są pewne rozwiązania.

    Tyle, ze rozwody sa dość powszechne, na tyle, ze nie można powiedzieć, że sa to przypadki szczególne.
    >
    > Możesz to rozwinąć?

    No , jak wyżej - rozwodów jest u nas całkiem sporo zatem posiadanie slubu nie jest żadna gwarancją w związku.
    >
    > Napisałaś wyraźnie "nie mam pojęcia" na pytanie jak wiele kobiet jest tak obdar
    > owanych.
    > Więc nie masz podstaw do oceny wyjątkowości swojego związku.


    Bo nie chodzi o to kto kogo czym obdaruje, tylko o podejście do wzajemnego zabezpieczenia (także materialnego) w wolnych związkach. Z tego co widzę po takowych związkach ludzi poważnych w otoczeniu, takie zabezpieczenia się stosuje, tak samo, jak dba się o to, by zawsze była "podkladka" np. na wspólny zakup.

    >
    > Nie zabrakło Ci umiejętności poznania go, czyli poznałaś go, czyli wiedziałaś z
    > a
    > kogo wychodzisz. Czyli on po ślubie zmienił się jak za dotknięciem różdżki? :D


    Nie, nie zaraz po slubie. Jakiś rok po nim. I nie pod dotknieciem różdżki, bynajmniej.
    Teraz od paru lat wiem dlaczego, wtedy nie wiedzialam

    >
    > Czy są jakiekolwiek sytuacje w Twoim, życiu które nie są wyjątkowe?

    w zasadzie poza sytuacją małżeńską wszystko jest nie wyjątkowe:)
    >
    > Skoro nie zabrakło Ci umiejętności jej poznania, to po co wychodziłaś za tę oso
    > bę za mąż jeśłi z tą osobą nie da się dogadywać / układać...?


    Nie da się w pewnych fazach Urko. Każdy specjalista ci to potwierdzi.
    >
    >
    > Wypadkiem w małżeństwie jest rozwód.

    eeeee - rozwód to jest formalność. To przed nim zwukle w małżeństwie zdarza się jakiś "wypa
    dek"

    > Te pytania były retoryczne bo to oczywiste że zabrakło tych wszystkich rzeczy,
    > bo gdyby ich nie zabrakło to małżeństwo by rozkwitło lub w ogóle by do niego ni
    > e doszło.


    Nie możesz tego wiedzieć, nie znając istotnego szczegółu Urko. :)


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 18.03.14, 14:54
    kora3 napisała:

    > Acha - a jeśli nie sprowadzasz, top dajesz się np. poniżać i bić w imie tego, z
    > e nie sprowadzasz?

    Nie.


    > Ale już tu są różnice pomiędzy opuszczaniem
    > > konkubinatu a opuszczaniem małżeństwa.

    >
    > Pomiędzy opuszczeniem współmałzonka/ współpartnera nie ma żadnych róznic.

    Dla kogoś kto do małżeństwa podchodzi tylko jak do świstka papieru.


    > > Małżeństwo to coś znaczenie więcej niż świstek papieru i inaczej przec
    > hodzi się
    > > kryzysy w małżeństwach a inaczej w związku typu sp. z o.o.

    >
    > No jak widać po statystykach rozwodowych w dużej mierze się tych kryzysów ni
    > e przechodzi
    , skoro małżeństwa się rozpadają

    To, że małżeństwa rozpadają się nie ma NIC wspólnego z tym, ze małżeństwo
    to coś więcej niż luźny związek.
    To jest związane tylko i wyłącznie z brakiem umiejętności o których pisałem
    odnośnie Twojej sytuacji.


    > Nie, no właśnie Twój - skoro tyle jest rozwodów, to ludzi, dla których malzeńst
    > wo to świstek papieru jest sporo, nie?

    Nie. To kolejna Twoja pomyłka.



    > > Możesz to rozwinąć?
    >
    > No , jak wyżej - rozwodów jest u nas całkiem sporo zatem posiadanie slubu nie j
    > est żadna gwarancją w związku.

    Tricolour ma rację pisząc:
    " Kolejny fałszywa teza, z którą walczysz... a którą sama stawiasz"


    > > Napisałaś wyraźnie "nie mam pojęcia" na pytanie jak wiele kobiet jest
    > tak obdarowanych.
    > > Więc nie masz podstaw do oceny wyjątkowości swojego związku.

    >
    > Bo nie chodzi o to kto kogo czym obdaruje, tylko o podejście do wzajemn
    > ego zabezpieczenia (także materialnego) w wolnych związkach.

    I o tym właśnie nie masz pojęcia.


    > Z tego co widzę po
    > takowych związkach ludzi poważnych w otoczeniu, takie zabezpieczenia się stosu
    > je, tak samo, jak dba się o to, by zawsze była "podkladka" np. na wspólny zakup

    To stoi w sprzeczności z Twoim "nie mam pojęcia" sprzed niecałych 6h.
    Jaka jest wiarygodność Twoich słów skoro w ciągu kilku h zmieniasz zdanie?



    > > Nie zabrakło Ci umiejętności poznania go, czyli poznałaś go, czyli wie
    > działaś z
    > > a
    > > kogo wychodzisz. Czyli on po ślubie zmienił się jak za dotknięciem różdżk
    > i? :D

    >
    > Nie, nie zaraz po slubie. Jakiś rok po nim. I nie pod dotknieciem różdżki, byna
    > jmniej.
    > Teraz od paru lat wiem dlaczego, wtedy nie wiedzialam

    No tak... bo rok to dla Ciebie "nie zaraz po ślubie".
    I zaraz wyciągniesz z rękawa kolejną zaskakującą okoliczność, która jeszcze
    bardziej sprawi, że twoja sytuacja była jeszcze bardziej wyjątkowa.


    > > Czy są jakiekolwiek sytuacje w Twoim, życiu które nie są wyjątkowe?
    > ]
    >
    > w zasadzie poza sytuacją małżeńską wszystko jest nie wyjątkowe:)

    Jasne, a konkubin które dostają mieszkanie na własność, które dostają
    inne nieruchomości na własność jest na pęczki.
    Ty naprawdę nie zauważasz, ze wszystko co opisujesz jest wyjątkowe. Zawsze
    jest jakieś ale, jakaś inność, jakiś przypadek szczególny, jakaś wyjątkowość.
    I to nie jest pytanie.


    > > Skoro nie zabrakło Ci umiejętności jej poznania, to po co wychodziłaś
    > za tę oso
    > > bę za mąż jeśłi z tą osobą nie da się dogadywać / układać...?

    >
    > Nie da się w pewnych fazach Urko. Każdy specjalista ci to potwierdzi.

    Coś mi mówi, że zaraz okaże się, że Twój chłopak później mąż był poważnie chory.
    Zawsze coś wyciągniesz z rękawa. :)


    > > Wypadkiem w małżeństwie jest rozwód.
    >
    > eeeee - rozwód to jest formalność. To przed nim zwukle w małżeństwie zdarza się
    > jakiś "wypadek"

    Możemy bawić się w słówka jednak nie zmieni to faktu, że z braku pewnych umiejętności:
    źle oceniłaś
    źle wybrałaś
    źle układałaś relacje
    źle się zaczęło i źle się skończyło

    Oczywiście zostawiamy margines na meteoryt, który trafił Twojego lubego w
    głowę zaczynając chorobę psychiczną.


    > > Te pytania były retoryczne bo to oczywiste że zabrakło tych wszystkich
    > rzeczy,
    > > bo gdyby ich nie zabrakło to małżeństwo by rozkwitło lub w ogóle by do ni
    > ego ni
    > > e doszło.

    >
    > Nie możesz tego wiedzieć, nie znając istotnego szczegółu Urko. :)

    Z jednym to bym sobie poradził, Ty takich istotnych szczegółów masz na pęczki. :D
  • kora3 18.03.14, 15:24
    urko70 napisał:
    >
    > Nie.

    No to skoro nie, to musisz się z tym kimś rozstać, najlepiej także formalnie.
    Pozostaje zatem rozwód, albo separacja.

    >
    > Dla kogoś kto do małżeństwa podchodzi tylko jak do świstka papieru.


    czyli można tak podchodzić?:)
    >
    > To, że małżeństwa rozpadają się nie ma NIC wspólnego z tym, ze małżeństwo
    > to coś więcej niż luźny związek.


    To, co dany związek znaczy dla kogoś zależy TYLKO od tego kogoś.,

    > To jest związane tylko i wyłącznie z brakiem umiejętności o których pisałem
    > odnośnie Twojej sytuacji.


    ale ...Ty nie znasz mojej (małżeńskiej ) sytuacji, wiec nie mogłeś pisać na serio odnosnie niej
    >
    > Nie. To kolejna Twoja pomyłka.

    Chwila, piszesz, że małżeństwo to coś więcej niż świstek papieru. Ale piszesz, że można się jednak ze współmałżonkiem rozstać w pewnych sytuacjach. Duzo ludzi się rozstaje - w różnych. No to jak to jest?
    >
    > I o tym właśnie nie masz pojęcia.

    No jak widać MAM, bo sama jestem w wolnym związku już 7 lat, znam wieli ludzi w takowych będących także dłużej, mających z nich dzieci.
    Ro Ty nie masz pojęcia, bo Tobie wolny związek kojarzy się chyba albo z parką studentów czekających ze slubem, albo z jakimiś ciemnymi ludźmi, ewentualnie biedakami.


    >
    > To stoi w sprzeczności z Twoim "nie mam pojęcia" sprzed niecałych 6h.
    > Jaka jest wiarygodność Twoich słów skoro w ciągu kilku h zmieniasz zdanie?


    Niczego nie zmieniam Urko i nie manipuluj starym zwyczajem:)
    Nie pytałam nigdy moich koleżanek żyjących w wolnych zw. CO im podarował ich partner np. to i nie wiem, chyba, ze któraś sama mówi. Natomiast o sprawach tzw. organizacyjnych nierzadko się rozmawia, wiec mam rozeznanie, ze ludzie o to dbają.
    >
    > No tak... bo rok to dla Ciebie "nie zaraz po ślubie".

    Nie, nie zaraz. Akurat tego, ze stanie się to za rok nie mógłby przewidzieć nawet specjalista, bo to cecha osobnicza.
    >
    >
    >
    > Jasne, a konkubin które dostają mieszkanie na własność, które dostają
    > inne nieruchomości na własność jest na pęczki.


    Nie wiem, nie pytam ludzi o takie rzeczy, zrozum.

    > Ty naprawdę nie zauważasz, ze wszystko co opisujesz jest wyjątkowe. Zawsze
    > jest jakieś ale, jakaś inność, jakiś przypadek szczególny, jakaś wyjątkowość.
    > I to nie jest pytanie.


    Wiesz, przepraszam Cie bardzo, ale ja tego, że mój facet zarabiający sporo więcej ode mnie kupuje mieszkanie oraz jak to się mówi otrzymuje dom zupełnie nie uważam za wyjątkowe.
    Raczej za wyjątkową uważałabym sytuację, gdyby miała to robić znacznie słabiej uposażona kobieta, albo partner oczekiwałby, że wszystko będą płacić po połowie.
    Znam, takie małzeństwa, gdzie właśnie niezależnie od uposażenia wszystko dzielone jest po połowie, albo każdy płaci za siebie. Nie komentuję tego, ale owszem uważam to za układ nie dla mnie i dziwny.
    >
    > Coś mi mówi, że zaraz okaże się, że Twój chłopak później mąż był poważnie chory

    Nie, mój chłopak, jak to określiłeś był wcześniej poważnie chory. I żaden to as z rękawa, bo o tym na innym forum dyskutowałam wiele razu z ludźmi, których bardzo dobrze poznałam, a oni mnie. Można sobie to przeczytać...
    Skoro już jesteś taki ciekawski, to tę nieuleczalną chorobę zdiagnozowano u niego, gdy był późnym nastolatkiem. Leczył się, wiec ataki choroby nie występowały. Niestety, już na studiach pod wpływem pewnego środowiska odstawił leki i naprawdę uqwierzył, ze jest zdrowy, a diagnoza była błędna.
    Przez pewien czas zachowywał się normalnie i tak też się czuł. Ten czas nieszczęśliwie przypadł na okres, w którym go poznałam i zostaliśmy potem parą. Niestety później, właśnie w jakiś rok po ślubie jego choroba "nieatakowana" już lekami od dłuższego czasu dała o sobie znać.
    Nie można go było namówić na bodaj rozmowę ze specjalistą. Nie dało się mu pomóc.
    Usiłowałam mu pomóc, ale ze tak powiem "po omacku", bo wówczas nie wiedziałam nic o diagnozie i chorobie. Nie wiedziałam także rozwodząc się z nim.
    Dowiedziałam się kilka lat po rozwodzie. Przy takiej okazji, ze mam pewność, iż jest to info prawdziwa.
    >
    > Możemy bawić się w słówka jednak nie zmieni to faktu, że z braku pewnych umieję
    > tności:
    > źle oceniłaś


    Oceniłam na tyle, na ile w tym momencie się dało, pewnych rzeczy nie mogłam przewidzieć, a nikt mnie o nich nie poinformował

    > źle wybrałaś

    niewątpliwie, zapłaciłam za swój błąd i mam spokój

    > źle układałaś relacje

    Z taką osobą nie da się układać relacji.

    > źle się zaczęło i źle się skończyło

    Zaczeło się dobrze, potem było źle, ale skończyło się - znów dobrze - rozstaliśmy się i tyle.


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 18.03.14, 16:16
    kora3 napisała:

    > No to skoro nie, to musisz się z tym kimś rozstać, najlepiej także formalnie.
    > Pozostaje zatem rozwód, albo separacja.

    Dyskutujesz sama ze sobą. Sama postawisz tezę, sama odpowiesz, sama
    będziesz próbowała wcisnąć swoją tezę komuś innemu.


    > >Dla kogoś kto do małżeństwa podchodzi tylko jak do świstka papieru.
    >
    > czyli można tak podchodzić?:)

    Fizycznie to można wiele rzeczy, pytanie: czy powinno się?
    Jaśniej(?) możesz zrobić siku na środku ulicy ale czy powinnaś?



    > To, co dany związek znaczy dla kogoś zależy TYLKO od tego kogoś.,

    Pełna zgoda. Nigdzie nie twierdziłem inaczej. Masz pełne prawo do traktowania
    małżeństwa jako umowy spółki z ograniczoną odpowiedzialnością.
    Tyle tylko, że ktoś kto tak powierzchownie traktuje małżeństwo gó... o nim wie,
    i takież samo ma umocowanie do wypowiadania się na jego temat.


    > > To jest związane tylko i wyłącznie z brakiem umiejętności o których pi
    > sałem odnośnie Twojej sytuacji.

    >
    > ale ...Ty nie znasz mojej (małżeńskiej ) sytuacji, wiec nie mogłeś pisać na ser
    > io odnosnie niej

    W tym miejscu jest to najmniej ważne bo odnosiłem się nie do Ciebie.


    > > Nie. To kolejna Twoja pomyłka.
    >
    > Chwila, piszesz, że małżeństwo to coś więcej niż świstek papieru. Ale piszesz,
    > że można się jednak ze współmałżonkiem rozstać w pewnych sytuacjach. Duzo ludzi
    > się rozstaje - w różnych. No to jak to jest?

    No to uważaj, będę pisał powoli a i czytaj uważnie bo "ni byndę pywtyrzał" :)
    To, że małżeństwo to coś znacznie więcej niż świstek papieru nie ma związku z
    rozpadaniem się małżeństw. Ma jedynie związek z tym o czym powyżej było czyli
    z brakami umiejętności w ocenie drugiej osoby i/lub brakami umiejętności w
    dogadaniu się.

    Znacznie więcej to nie to samo co kompletnie nierozerwalne.


    > > I o tym właśnie nie masz pojęcia.
    >
    > No jak widać MAM, bo sama jestem w wolnym związku już 7 lat, znam wieli ludzi w
    > takowych będących także dłużej, mających z nich dzieci.
    > Ro Ty nie masz pojęcia, bo Tobie wolny związek kojarzy się chyba albo z parką s
    > tudentów czekających ze slubem, albo z jakimiś ciemnymi ludźmi, ewentualnie bie
    > dakami.

    Teraz piszesz że masz, a 6h temu pisałaś, ze nie masz. To są Twoje słowa.
    Ja Koro droga tak jak twierdziłem pól roku temu tak podtrzymuję, że w omawianych
    przez nas kwestiach miałem i mam znacznie więsze doświadczenie do Ciebie.


    > >
    > > To stoi w sprzeczności z Twoim "nie mam pojęcia" sprzed niecałych 6h.
    > > Jaka jest wiarygodność Twoich słów skoro w ciągu kilku h zmieniasz zdanie
    > ?

    >
    > Niczego nie zmieniam Urko i nie manipuluj starym zwyczajem:)
    > Nie pytałam nigdy moich koleżanek żyjących w wolnych zw. CO im podarował ich pa
    > rtner np. to i nie wiem, chyba, ze któraś sama mówi. Natomiast o sprawach tzw.
    > organizacyjnych nierzadko się rozmawia, wiec mam rozeznanie, ze ludzie o to dba
    > ją.

    Nie o sprawach organizacyjnych tu pisałem tylko o wyjątkowości Twojego konkubinatu
    w którym facet za swoje kupił Ci mieszanie i obdarował Cię innymi nieuruchomościmi.
    Więc winnaś cofnąć swoją kłamliwą sugestię o manipulacji.



    > > No tak... bo rok to dla Ciebie "nie zaraz po ślubie".
    >
    > Nie, nie zaraz. Akurat tego, ze stanie się to za rok nie mógłby przewidzieć naw
    > et specjalista, bo to cecha osobnicza.

    Szukaj szukaj....

    > >
    > > Jasne, a konkubin które dostają mieszkanie na własność, które dostają
    > > inne nieruchomości na własność jest na pęczki.

    >
    > Nie wiem, nie pytam ludzi o takie rzeczy, zrozum.

    No właśnie, nie wiesz, nie masz pojęcia ale zapierasz się że Twój związek
    nie jest wyjątkowy.


    > > Ty naprawdę nie zauważasz, ze wszystko co opisujesz jest wyjątkowe. Za
    > wsze
    > > jest jakieś ale, jakaś inność, jakiś przypadek szczególny, jakaś wyjątkow
    > ość.
    > > I to nie jest pytanie.

    >
    > Wiesz, przepraszam Cie bardzo, ale ja tego, że mój facet zarabiający sporo wię
    > cej ode mnie kupuje mieszkanie oraz jak to się mówi otrzymuje dom zupełnie nie
    > uważam za wyjątkowe.
    > Raczej za wyjątkową uważałabym sytuację, gdyby miała to robić znacznie słabiej
    > uposażona kobieta, albo partner oczekiwałby, że wszystko będą płacić po połowie
    > .
    > Znam, takie małzeństwa, gdzie właśnie niezależnie od uposażenia wszystko
    > dzielone jest po połowie, albo każdy płaci za siebie. Nie komentuję tego, ale
    > owszem uważam to za układ nie dla mnie i dziwny.

    Nie o ponoszeniu bieżących kosztów tu mowa.

    > > Coś mi mówi, że zaraz okaże się, że Twój chłopak później mąż był poważ
    > nie chory

    >
    > Nie, mój chłopak, jak to określiłeś był wcześniej poważnie chory. I żade
    > n to as z rękawa, bo o tym na innym forum dyskutowałam wiele razu z ludźmi, któ
    > rych bardzo dobrze poznałam, a oni mnie. Można sobie to przeczytać...
    > Skoro już jesteś taki ciekawski, to tę nieuleczalną chorobę zdiagnozow
    > ano u niego, gdy był późnym nastolatkiem. Leczył się, wiec ataki choroby nie wy
    > stępowały. Niestety, już na studiach pod wpływem pewnego środowiska odstawił le
    > ki i naprawdę uqwierzył, ze jest zdrowy, a diagnoza była błędna.

    Ależ Koro mnie to w ogóle nie interesuje, kompletnie także zarzut ciekawskości
    znów nie trafiony.
    Wiedzialas ze byl i jest chory, wiedzialas na studiach ze odstawil...

    > Przez pewien czas zachowywał się normalnie i tak też się czuł. Ten czas nieszcz
    > ęśliwie przypadł na okres, w którym go poznałam i zostaliśmy potem parą. Nieste
    > ty później, właśnie w jakiś rok po ślubie jego choroba "nieatakowana" już lekam
    > i od dłuższego czasu dała o sobie znać.

    Jw - wiedzialas.


    > > Możemy bawić się w słówka jednak nie zmieni to faktu, że z braku pewny
    > ch umieję
    > > tności:
    > > źle oceniłaś

    >
    > Oceniłam na tyle, na ile w tym momencie się dało, pewnych rzeczy nie mogłam prz
    > ewidzieć, a nikt mnie o nich nie poinformował

    No no.... nie wiedzials o chorobie o leczeniu o zaprzestaniu leków

  • kora3 18.03.14, 16:55
    urko70 napisał:
    >
    > Fizycznie to można wiele rzeczy, pytanie: czy powinno się?


    Dobrze, to wyjasnij może w jakiej sytuacji rozwodowej uznałbyś, ze ktoś potraktował małżeństwo, jak wspomniany świstek.
    Kiedy ktoś jest bity, poniżany, zdradzany - to z tego co zrozumiałam - opuszczenie współmałzonka dopuszczasz?

    >
    > Pełna zgoda. Nigdzie nie twierdziłem inaczej. Masz pełne prawo do traktowania
    > małżeństwa jako umowy spółki z ograniczoną odpowiedzialnością.


    Ja wcale nie traktuję nijak obecnie małżeństwa, bo mnie nie dotyczy z mojej własnej inicjatywy poniekąd.

    > Tyle tylko, że ktoś kto tak powierzchownie traktuje małżeństwo gó... o nim wie,
    > i takież samo ma umocowanie do wypowiadania się na jego temat.


    a jeśli ktoś nie tworzy długotrwałego poważnego wolnego związku g.. o nim wie i nie powinien wcale zabierać glosu:)
    >
    >
    > W tym miejscu jest to najmniej ważne bo odnosiłem się nie do Ciebie.


    a do kogo?
    >
    >
    > Teraz piszesz że masz, a 6h temu pisałaś, ze nie masz. To są Twoje słowa.


    Zapytałeś ile jest kobiet w wolnych związkach obdarowanych przez partnera, tak jak ja.
    Odpowiedziałam, ze nie wiem ...A TY wiesz? Znasz wszystkie kobiety żyjące w wolnych zw. i zrobiłeś jakas sondę? Bo ja - nie. a nawet gdybyśmy dysponowali wynikami takich badań, to one i tak byłyby niemiarodajne. Bo, żeby daną rzeczą kogoś obdarować, to trzeba ją MIEC. Czyli załóżmy kohabitantka marnie zarabiającego gościa na pewno nie dostanie odeń mieszkania, ale ma dostep do konta, jest dysponentem polisy itd.

    O sprawach organizacyjnych u ludzi, których znam mam w takich, czy innych "wudełkach" rozeznanie.

    > Ja Koro droga tak jak twierdziłem pól roku temu tak podtrzymuję, że w omawianyc
    > h
    > przez nas kwestiach miałem i mam znacznie więsze doświadczenie do Ciebie.


    Dobry kawał, dawaj dalej :)
    .
    >
    > Nie o sprawach organizacyjnych tu pisałem tylko o wyjątkowości Twojego konkubin
    > atu
    > w którym facet za swoje kupił Ci mieszanie i obdarował Cię innymi nieuruchomośc
    > imi.


    a co w tym nadzwyczajnego? Możesz mi wyjaśnić? Kocha mnie, ufa mi, stać go - dlaczego miałby mi nie kupic i nie obdarować?

    > Więc winnaś cofnąć swoją kłamliwą sugestię o manipulacji.

    Nie, bo to była manipulacja :)
    > >
    >
    > No właśnie, nie wiesz, nie masz pojęcia ale zapierasz się że Twój związek
    > nie jest wyjątkowy.


    Tłumaczylam Ci - nie jest. Nie jest wyjątkową w wolnym związku sytuacja, kiedy jedno drugie zabezpiecza na wypadek np. swojej śmierci. Uczepiłeś się tego mieszkania :), a przecież dobrze wiesz, ze chodzi o sam fakt zabezpieczenia, a nie o jego ze tak powiem wysokość, bo ta zależy przecież od możliwości finansowych.

    Jeśli nadal nie pojmujesz to wyjaśnie Ci na przykładzie. Jak wiesz rodzic ma obowiązek alimentować dziecko, bez względu na to, czy dziecko jest ze związku formalnego czy nie.
    Jak myślisz - które z dzieci ma szanse mieć wyższe alimenty załóżmy od ojca - takie, którego ojciec zarabia 3 tys. złotych, czy takie, którego ojciec zarabia 8 tys. złotych?

    > Wiedzialas ze byl i jest chory, wiedzialas na studiach ze odstawil...

    Nie, nie kłam, nie wiedziałam. Napisałam przecież, ze dowiedziałam się pare lat po rozwodzie dopiero.

    >
    > Jw - wiedzialas.

    Nie, a niby SKAD miałam wiedzieć. Ty jak się zeniłeś, to kazałeś zonie przynieść zaświadczenie od psychiatry, ze jest zdrowa na umyśle?
    >
    > No no.... nie wiedzials o chorobie o leczeniu o zaprzestaniu leków

    Nie, nie wiedziałam. O wszystkim tym dowiedziałam się podczas procesu stw. niewaznosci małżeństwa o które wniósł mój mąż. Podczas tego procesu obije zostaliśmy poddani badaniom psychologicznym przez biegłych. Biegły badający mego eksmęża zalecił przebadanie go przez psychiatrę, który stwierdził chorobę i wskazał, ze najprawdopodobniej jest zadawniona. Wówczas dopiero podczas ponownego słuchania mój eksmąż, a także jego rodzina, która podał za świadków przyznali, ze diagnoza była, ale oni wszyscy uważali ją za błędną (pod wpływem pewnego środowiska), dlatego też jak zgodnie wyjaśniali nie wspomnieli mnie o tym przed ślubem, ani kanonikowi podczas pierwszych swoich przesłuchań w sadzie biskupim. Wówczas też podali szczegóły dot. czasu odstawienia leków. Uczestnik takiego procesu PO zakończeniu czynności procesowych I instancji może sobie przeczytać akta - wszystko opinie biegłego o sobie, o byłym małżonku, zeznania świadków i strony przeciwnej. Stąd wiem jak było. Od czasy mego rozwodu do czasu uzyskania tej informacji minęło 5 lat.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 24.03.14, 10:09
    kora3 napisała:

    > urko70 napisał:
    > > Fizycznie to można wiele rzeczy, pytanie: czy powinno się?
    >
    > Dobrze, to wyjasnij może w jakiej sytuacji rozwodowej uznałbyś, ze ktoś potrakt
    > ował małżeństwo, jak wspomniany świstek.

    Zapytałaś "czyli można tak podchodzić?:)" i odniosłem się do tego.
    W sytuacji kiedy zawarte małżeństwo, w kontekście trudności w odejściu od małżonka,
    niczym się nie różni od konkubinatu. O tym mówiliśmy. Twoje dodatkowe okoliczności
    (bicie poniżanie etc) to już budowanie nowej sytuacji, o której tu nie było mowy.


    > >Pełna zgoda. Nigdzie nie twierdziłem inaczej. Masz pełne prawo do
    > > traktowania małżeństwa jako umowy spółki z ograniczoną odpowiedzialnością.

    >
    > Ja wcale nie traktuję nijak obecnie małżeństwa, bo mnie nie dotyczy z mojej wła
    > snej inicjatywy poniekąd.

    Odnosiłem się do Twoich słów:
    "To, co dany związek znaczy dla kogoś zależy TYLKO od tego kogoś."
    To co i jak traktujesz to mnie nie interesuje, a już najmniej ważne z czyjej to było
    inicjatywy ale rozumiem, że miałaś potrzebę podkreślenia tego.


    > > Tyle tylko, że ktoś kto tak powierzchownie traktuje małżeństwo gó... o
    > nim wie,
    > > i takież samo ma umocowanie do wypowiadania się na jego temat.

    >
    > a jeśli ktoś nie tworzy długotrwałego poważnego wolnego związku g.. o nim wie i
    > nie powinien wcale zabierać glosu:)

    A jeśli tworzył przez dłużej niż Ty to i ma prawo i ma wiedzę.


    > >W tym miejscu jest to najmniej ważne bo odnosiłem się nie do Ciebie.
    >
    > a do kogo?

    Koro, to już przestaje być zabawne. Może zacznij czytać i pilnować tego o czym
    jest mowa!
    Przywołałaś statystyki czy przeszłaś na bardzo ogólny temat i ja odniosłem się
    do Twoich słów. Masz poniżej.
    "No jak widać po statystykach rozwodowych w dużej mierze się tych kryzysów
    nie przechodzi , skoro małżeństwa się rozpadają "
    "To jest związane tylko i wyłącznie z brakiem umiejętności o których pisałem
    odnośnie Twojej sytuacji. "



    > >
    > > Teraz piszesz że masz, a 6h temu pisałaś, ze nie masz. To są Twoje słowa.
    >

    >
    > Zapytałeś ile jest kobiet w wolnych związkach obdarowanych przez partne
    > ra, tak jak ja.
    > Odpowiedziałam, ze nie wiem ...

    O tym właśnie piszę raz nie wiesz wiesz a po kilku godzinach już wiesz.



    > Dobry kawał, dawaj dalej :)

    Niestety nie ma w tym nic ani zabawnego ani śmiesznego.


    > > Nie o sprawach organizacyjnych tu pisałem tylko o wyjątkowości Twojego
    > konkubinatu
    > w którym facet za swoje kupił Ci mieszanie i obdarował Cię innymi nieuruc
    > homościami.

    >
    > a co w tym nadzwyczajnego? Możesz mi wyjaśnić?

    Mogę ale nie widzę sensu. Znów coś przekręcisz, lub zrobisz sobie z tego
    manipulację tak jak poniżej.


    > > Więc winnaś cofnąć swoją kłamliwą sugestię o manipulacji.
    >
    > Nie, bo to była manipulacja :)

    Nie była bo nie o tym pisałem.


    > > No właśnie, nie wiesz, nie masz pojęcia ale zapierasz się że Twój zwią
    > zek
    > > nie jest wyjątkowy.

    >
    > Tłumaczylam Ci - nie jest. Nie jest wyjątkową w wolnym związku sytuacja, kiedy
    > jedno drugie zabezpiecza na wypadek np. swojej śmierci. Uczepiłeś się tego mies
    > zkania :), a przecież dobrze wiesz, ze chodzi o sam fakt zabezpieczenia, a nie
    > o jego ze tak powiem wysokość, bo ta zależy przecież od możliwości finansowych.

    Wobec tego do czego sama się przyznałaś (że nie wiesz jak wiele kobiet jest tak obdarowywanych przez konkubentów) to nie masz uprawnień do oceny ani tym
    bardziej tłumaczenia.


    > Jeśli nadal nie pojmujesz to wyjaśnie Ci na przykładzie. Jak wiesz rodzic ma ob
    > owiązek alimentować dziecko, bez względu na to, czy dziecko jest ze związku for
    > malnego czy nie.
    > Jak myślisz - które z dzieci ma szanse mieć wyższe alimenty załóżmy od ojca - t
    > akie, którego ojciec zarabia 3 tys. złotych, czy takie, którego ojciec zarabia
    > 8 tys. złotych?

    To, które zostało "domyślnie" uznane przez ojca czyli w najczęstszym przypadku:
    pochodzi z małżeństwa czyli sformalizowanego związku.
    Czyli: lepiej zabezpieczona jest osoba ze sformalizowanego związku. A Ty
    opisując swój przypadek sugerowałaś coś zupełnie innego:
    "pewniej, lepiej, jestem zabezpieczona materialnie znacznie bardziej, niż w
    małżeństwie"


    > [i]> Wiedzialas ze byl i jest chory, wiedzialas na studiach ze odstawil...[
    > /i]
    >
    > Nie, nie kłam, nie wiedziałam. Napisałam przecież, ze dowiedziałam się pare lat
    > po rozwodzie dopiero.

    Leczył się zna studiach, pisałaś że znaliście się na studiach...


    > > Jw - wiedzialas.
    >
    > Nie, a niby SKAD miałam wiedzieć.

    Stąd, że był Twoich chłopcem i miał zostać mężem więc to oczywiste, że jeśli
    rozważa się małżeństwo to chce się poznać daną osobę.


    > > No no.... nie wiedzials o chorobie o leczeniu o zaprzestaniu leków
    >
    > Nie, nie wiedziałam.

    Czyli zabrakło Ci umiejętności poznania drugiego człowieka - miałem rację.
    Owszem jednych poznaje się łatwiej a innych trudniej, nie zmienia to faktu,
    ze go nie poznałaś.

    Nie bardzo sobie wyobrażam jak można nie być ciekawym drugiego
    człowieka z którym ma się dzielić całe życie. Jak można dać się nabrać komuś
    kto unika rozmowy / wyjawienia swojej poważnej choroby.
  • kora3 24.03.14, 13:00
    urko70 napisał:
    >
    > Czyli zabrakło Ci umiejętności poznania drugiego człowieka - miałem rację.
    > Owszem jednych poznaje się łatwiej a innych trudniej, nie zmienia to faktu,
    > ze go nie poznałaś.


    nic nie wiesz o rej chorobie najwyraźniej
    >
    > Nie bardzo sobie wyobrażam jak można nie być ciekawym drugiego
    > człowieka z którym ma się dzielić całe życie.


    Nie można - tylko, że ktoś może coś świadomie ukrywać, nie wpadłeś na to?

    Jak można dać się nabrać komuś
    > kto unika rozmowy / wyjawienia swojej poważnej choroby.


    Mój eksmąż nie był pierwszym moim chłopakiem i przyznam się, że zadnego nie pytałam, czy aby nie cierpi na chorobę psychiczną. Ty pytałeś o to jakąkolwiek swoją dziewczynę z przyszłą żoną włącznie?


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 24.03.14, 14:32
    kora3 napisała:

    > nic nie wiesz o rej chorobie najwyraźniej

    "Najwyraźniej" droga Koro, to próbujesz swoimi wszelakimi wyjątkowościami
    argumentować sytuacje niewyjątkowe, sytuacje spotykane najczęściej.


    > Nie można - tylko, że ktoś może coś świadomie ukrywać, nie wpadłeś na to
    > ?

    I najbliższa osoba nie zorientuje się, że coś nie gra..., że jakiś temat, jakiś okres
    w życiu jest omijany... albo budzi zaniepokojenie, że ktoś inaczej niż inni reaguje
    na kawały na wariatach (wszyscy się śmieją a ta jednak osoba dziwnie się rozgląda na boki sprawdzając czy nikt jej nie rozpoznał) - to tylko przykłady.


    > Jak można dać się nabrać komuś
    > > kto unika rozmowy / wyjawienia swojej poważnej choroby.

    >
    > Mój eksmąż nie był pierwszym moim chłopakiem i przyznam się, że zadnego nie pyt
    > ałam, czy aby nie cierpi na chorobę psychiczną. Ty pytałeś o to jakąkolwiek sw
    > oją dziewczynę z przyszłą żoną włącznie?

    Być może tu jest problem, tu czyli w przekonaniu, że jedynym sposobem
    dowiedzenia się jest przeprowadzenie serii pytań... dokładnie tak jakby
    wypełniało się kwestionariusz osobowy:
    kiedy i jakie choroby zakaźne
    kiedy do żłobka
    kiedy do przedszkola
    kiedy do szkoły
    jak często grypy anginy
    etc

    Ja wychodzę z innego założenia, mianowicie: być blisko drugiej osoby, być
    wrażliwym/ą na drugą osobę, na zmiany nastrojów humorów, a do tego
    potrzebna jest obserwacja jak ktoś się zachowuje, jak reaguje, jak opowiada
    o dzieciństwie, młodości itd. I ja nigdy nie byłem zaskoczony jakimś "niusem"
    z przeszłości mimo iż nigdy nie zadawałem pytań typy takiego jak zasugerowałaś.


    Ale dla jasności: mimo iż trudno mi sobie wyobrazić jak można nie wyczuć nie
    rozpoznać pewnych zagadek drugiego człowieka to oczywiście dopuszczam
    możliwość występowania takich sytuacji. Tyle tylko, że są to sytuacje wyjątkowe
    i nie mogą być żadnym argumentem w dyskusjach o sytuacjach/ludziach normalnych.
  • kora3 25.03.14, 07:43
    urko70 napisał:
    >
    > "Najwyraźniej" droga Koro, to próbujesz swoimi wszelakimi wyjątkowościami
    > argumentować sytuacje niewyjątkowe, sytuacje spotykane najczęściej


    Ależ właśnie - nie. Wyraźnie napisałam, ze moja sytuacja małzeńska BYŁA wyjatkowa i nie można na jej podstawie wnioskować, jak np. Ty, ze nie poznałam dobrze przyszłego meza i w związku z tym małżeństwo się rozpadło. Nie poznałam, bo nie miałam takiej możliwości właśnie z powodu tego, ze sytuacja ta była wyjątkowa.

    > I najbliższa osoba nie zorientuje się, że coś nie gra...,

    Urko, jeśli mamy rozmawiać poważnie, to udzielę Ci odpowiedzi.
    Otóż - choroba ta ma to do siebie, że ktoś, kto nie znał chorego przez ujawnieniem się u niego choroby, zwykle wcale nie orientuje się, ze ma do czynienia z chorym, jeśli chory jest w fazie "uśpienia" choroby. Zmiany w jego osobowości na ogół sa widoczne, ale dla ludzi, którzy chorego znali przez choroba.

    że jakiś temat, jakiś
    > okres
    > w życiu jest omijany... albo budzi zaniepokojenie, że ktoś inaczej niż inni rea
    > guje


    O widzisz, tu jest dobry argument i nawet b. pasujący do tej sytuacji. Bo mój eksmąż był ze mną na jednym roku, skończył szkołę średnią trwającą tyle samo lat, co moja, a był ode mnie starszy 3 lata. I owszem, pewnie, że pytałam dlaczego zaczął studia dopiero 3 lata po maturze! Normalnie odpowiadał, że nie dostał się po maturze na nie, nieco zniechęcił i postanowił iść do pracy. Po przepracowaniu 3 lat uznał, ze jednak chce jeszcze raz spróbować się dostać na wybrany kierunek no i się udało. Nie miałam powodów mu nie wierzyć - w końcu zdarza się, że ktoś się nie dostanie na studia, nie? Nie zbudzało mego zdziwienia także, że nie dostawszy się gość poszedł do pracy, bo niby co miał robić? Siedzieć na garnuszku rodziców? Jego wyjaśnienia były logiczne i spójne, do wszystkich, bo nie tylko ja pytałam dlaczego później zaczął studia - takie same. Tak szczerze - w Tobie takie tłumaczenie wzbudziłoby wątpliwości?

    > na kawały na wariatach (wszyscy się śmieją a ta jednak osoba dziwnie się rozglą
    > da na boki sprawdzając czy nikt jej nie rozpoznał) - to tylko przykłady.


    Wracamy do tego, że (to nie przygana) niewiele wiesz o tej chorobie. Ja wówczas nie wiedziałam niemal nic - ot, ze jest takowa. Ta choroba nie zaburza intelektu chorego, wiec jeśli to jest osoba inteligenta, to takową pozostaje także będąc chorą.
    Bardzo często zdarza się, że chorujący na nią doskonale zdają sobie sprawę, że pewne ich zachowania, czy o ile można tak powiedzieć- poglądy, mogą się innym wydawać dziwaczne, czy wręcz wariackie. Dlatego zupełnie świadomie unikają ujawniania ich otoczeniu.
    >
    >
    > > Jak można dać się nabrać komuś
    > > > kto unika rozmowy / wyjawienia swojej poważnej choroby.


    Rzecz w tym, że nic nie wskazuje na chorobę u tego człowieka.
    Zważ na to, że on funkcjonował w otoczeniu, które ja także dobrze znałam - na jednym roku studiów byliśmy. NIKT się nie zorientował, że to osoba chora, łącznie z jego przyjacielem oraz gronem bliższych kolegów z roku. Nikomu też z nich się z tego nie zwierzył.

    > Być może tu jest problem, tu czyli w przekonaniu, że jedynym sposobem
    > dowiedzenia się jest przeprowadzenie serii pytań...


    Być może Cię zaskoczę teraz :), ale taka (no może nie dokładnie taka) seria pytań została memu eksmezowi zadana przed ślubem kościelnym. W tamtym czasie (nie wiem jak teraz) o ile ślub miał się odbywać poza parafiami obojga narzeczonych (a u nas tak było) konieczne było spisanie tzw. protokołu przedślubnego.
    Nie wiem czy wiesz, jak się to obywa. W każdym razie jest część solo dla każdego z narzeczonych oraz wspólna. Padają m.in pytania dot. życia narzeczonych (także przed byciem parą), w tym także pytania o choroby, oczywiście takie, które mogą mieć istotny wpływ na małżeństwo - zatem nałogi, choroby psychiczne itd. Ów protokół został "z urzędu" dołączony do akt sprawy o stw. nieważności i miałam okazję sobie go przejrzeć. Mój eksmąż nie wspomniał nic o diagnozie z czasów nastoletnich.

    >
    . I ja nigdy nie byłem zaskoczony jakimś "niusem"
    > z przeszłości mimo iż nigdy nie zadawałem pytań typy takiego jak zasugerowałaś.
    >


    Raz jeszcze - przy tej chorobie w tej fazie, o której mowa nie było takiej możliwości.
    I to też opinia specjalisty, Urko, biegłego po prostu.
    Sądzisz, że Sąd Biskupi nie był ciekaw, jak to możliwe, że znałam gościa 3 lata zanim zostaliśmy parą, a potem byłam jego dziewczyną przez kolejne 2 i nie zorientowałam się, że choruje psychicznie? Oczywiście, ze był ciekaw, tylko opinie na ten temat pozostawił specjaliście - psychiatrze po prostu.

    Tyle tylko, że są to sytuacje wyjątkowe
    >


    Oczywiście, wszak sama o tej wyjątkowości wspomniałam

    > i nie mogą być żadnym argumentem w dyskusjach o sytuacjach/ludziach normalnych.

    I też nie były żadnym argumentem:)


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 25.03.14, 09:58
    kora3 napisała:

    > > "Najwyraźniej" droga Koro, to próbujesz swoimi wszelakimi wyjątkowości
    > ami
    > > argumentować sytuacje niewyjątkowe, sytuacje spotykane najczęściej

    >
    > Ależ właśnie - nie.

    Poniżej Twoje słowa od których zaczął się spór:
    "pewniej, lepiej, jestem zabezpieczona materialnie znacznie bardziej,
    niż w małżeństwie. "


    > Wyraźnie napisałam, ze moja sytuacja małzeńska BYŁA wyjatkowa i nie można na jej podstawie wnioskować,

    Skoro ona była wyjątkowa to manipulacją było twierdzenie, że w konkubinacie
    czujesz się pewniej niż w małżeństwie... ponieważ, ponieważ odnosiłąś ogólną
    dyskusję do przypadku wyjątkowego.


    > > I najbliższa osoba nie zorientuje się, że coś nie gra...,
    >
    > Urko, jeśli mamy rozmawiać poważnie, to udzielę Ci odpowiedzi.

    Koro, chciałbym abyś udzielała mi odpowiedzi wtedy kiedy stawiam pytania.


    > że jakiś temat, jakiś okres w życiu jest omijany... albo budzi zaniepokojenie,
    > że ktoś inaczej niż inni reaguje

    >
    > O widzisz, tu jest dobry argument i nawet b. pasujący do tej sytuacji. Bo mój e
    > ksmąż był ze mną na jednym roku, skończył szkołę średnią trwającą tyle samo lat
    > , co moja, a był ode mnie starszy 3 lata. I owszem, pewnie, że pytałam dlaczego
    > zaczął studia dopiero 3 lata po maturze! Normalnie odpowiadał, że nie dostał s
    > ię po maturze na nie, nieco zniechęcił i postanowił iść do pracy. Po przepracow
    > aniu 3 lat uznał, ze jednak chce jeszcze raz spróbować się dostać na wybrany ki
    > erunek no i się udało. Nie miałam powodów mu nie wierzyć - w końcu zdarza się,
    > że ktoś się nie dostanie na studia, nie? Nie zbudzało mego zdziwienia także, że
    > nie dostawszy się gość poszedł do pracy, bo niby co miał robić? Siedzieć na ga
    > rnuszku rodziców? Jego wyjaśnienia były logiczne i spójne, do wszystkich, bo ni
    > e tylko ja pytałam dlaczego później zaczął studia - takie same. Tak szczerze -
    > w Tobie takie tłumaczenie wzbudziłoby wątpliwości?

    Znam ludzi, którzy nie zdali za pierwszym razem i wtedy zdawali za rok i ewentualnie za rok chyba jedna ze znanymi mi osób trzy razy podchodziła. Nie znam sytuacji kiedy ktoś robi sobie trzyletnią przerwę i dopiero wtedy zdaje. Jeśli tak się zdarza to najczęściej z bardzo konkretnych przyczyn do których ciężko zaliczyć "zniechęcenie". Takie przyczyny to: choroba, to sytuacja finansowa to inne przypadki losowe. Dlatego tak, owszem, ten klocek układanki nie pasowałby mi do całości. Poza tym przecież w czasie rozmów padałyby pytania o tą jego 3letnią pracę: a co robiles, a na czym to polegalo, a gdzie to było, a pokażesz mi - ot zwykłe pytania które padają w czasie dziesiątek rozmów młodych ludzi.




    > > Być może tu jest problem, tu czyli w przekonaniu, że jedynym sposobem
    > > dowiedzenia się jest przeprowadzenie serii pytań...

    >
    > Być może Cię zaskoczę teraz :), ale taka (no może nie dokładnie taka) seria pyt
    > ań została memu eksmezowi zadana przed ślubem kościelnym. W tamtym czasie (nie
    > wiem jak teraz) o ile ślub miał się odbywać poza parafiami obojga narzeczonych
    > (a u nas tak było) konieczne było spisanie tzw. protokołu przedślubnego.
    > Nie wiem czy wiesz, jak się to obywa. W każdym razie jest część solo dla każdeg
    > o z narzeczonych oraz wspólna. Padają m.in pytania dot. życia narzeczonych (tak
    > że przed byciem parą), w tym także pytania o choroby, oczywiście takie, które m
    > ogą mieć istotny wpływ na małżeństwo - zatem nałogi, choroby psychiczne itd. Ów
    > protokół został "z urzędu" dołączony do akt sprawy o stw. nieważności i miałam
    > okazję sobie go przejrzeć. Mój eksmąż nie wspomniał nic o diagnozie z czasów n
    > astoletnich.

    Ja wyrażam przypuszczenie, że poznanie opierasz tylko na pytaniach jak z
    kwestionariusza, a Ty powtarzasz: nikomu nic nie powiedział.


    > > I ja nigdy nie byłem zaskoczony jakimś "niusem"
    > > z przeszłości mimo iż nigdy nie zadawałem pytań typy takiego jak zasugero
    > wałaś. >

    >
    > Raz jeszcze - przy tej chorobie w tej fazie,

    Koro, zapytałaś mnie o moje zachowania to ja odpowiedziałem Ci, nie mieszaj
    do tego "swoich" chorób.


    > Tyle tylko, że są to sytuacje wyjątkowe
    >
    > Oczywiście, wszak sama o tej wyjątkowości wspomniałam
    >
    > > i nie mogą być żadnym argumentem w dyskusjach o sytuacjach/ludziach no
    > rmalnych.

    >
    > I też nie były żadnym argumentem:)

    W dyskusji nt "kociej łapy" wyraziłaś argument za związkiem nieformalnym:
    "pewniej, lepiej, jestem zabezpieczona materialnie znacznie bardziej,
    niż w małżeństwie."

  • kora3 25.03.14, 10:35
    urko70 napisał:
    >
    > Poniżej Twoje słowa od których zaczął się spór:
    > "pewniej, lepiej, jestem zabezpieczona materialnie znacznie bardziej,
    > niż w małżeństwie. "


    No i? To jest fakt - jestem. To nie znaczy, że kazda kobieta w każdym wolnym związku jest zabezpieczona lepiej, niż byłaby w małżeństwie, to znaczy tylko to, że ja - jestem. I akurat w tym zakresie choroba mojego eksmęża nie ma nic do rzeczy, bo w czasie, gdy byliśmy małżeństwem pracował on przecież. Tyle, ze wybrał po studiach taką drogę zawodową, która przynajmniej na starcie nie przynosi sensownych pieniędzy.
    >
    > Skoro ona była wyjątkowa to manipulacją było twierdzenie, że w konkubinacie
    > czujesz się pewniej niż w małżeństwie... ponieważ, ponieważ odnosiłąś ogólną
    > dyskusję do przypadku wyjątkowego.


    Zważ Urko na pewien szczegół - otóż ja wychodząc za mojego eksmęża, a także rozwodząc się z nim nie wiedziałam, ze moje małżeństwo jest wyjątkowe.
    Zatem będąc w tym małżeństwie nie mogłam się w nim czuć mniej pewnie z powodu wiedzy o chorobie ówczesnego meza, bo ja tej wiedzy nie miałam.

    >
    > Znam ludzi, którzy nie zdali za pierwszym razem i wtedy zdawali za rok i ewentu
    > alnie za rok chyba jedna ze znanymi mi osób trzy razy podchodziła. Nie znam syt
    > uacji kiedy ktoś robi sobie trzyletnią przerwę i dopiero wtedy zdaje.


    A ja znam - nawet w mojej rodzinie jest taka osoba. Nie w tym jednak rzecz - bo nawet jeśli wielu takich ludzi nie ma, to nie jest to jakieś b. niezwykłe, a przez to podejrzane.

    Jeśli tak
    > się zdarza to najczęściej z bardzo konkretnych przyczyn do których ciężko zali
    > czyć "zniechęcenie".


    Wydaje mi się, ze teraz to już naciągasz, żeby wyszło, ze coś powinno wzbudzić moje wątpliwości. Tymczasem nie wzbudziło niczyich - mam na myśli osoby, które z nami studiowały i było blisko z moim eksmężem.


    Dlatego tak, owszem, ten klocek układanki nie pasowałby mi d
    > o całości.


    Urko, być może mnie teraz także dziwiłaby osoba, która robi sobie 3-letnią przerwę w nauce. Ale wówczas - nie. I jak wspomniałam w nikim ze znajomych nie budziło to jakichś wątpliwości. Być może dlatego, ze myśmy wówczas mieli pom 19-20 lat, a nie po 40. Ludzie pytali z ciekawości, dostawali prawdopodobną odpowiedź i nie drążyli tematu, który w gruncie rzeczy przecież interesujący szczególnie - nie był.

    Poza tym przecież w czasie rozmów padałyby pytania o tą jego 3letnią
    > pracę: a co robiles, a na czym to polegalo, a gdzie to było, a pokażesz mi - o
    > t zwykłe pytania które padają w czasie dziesiątek rozmów młodych ludzi.


    Ależ on pytany - mówił gdzie pracował i czym się zajmował! Była to forma i branża związana z jego zawodem ze szkoły średniej - zawodem o innym profilu, niż kierunek studiów. Nie było to jakieś zajęcie szczególnie interesujące, w szczególności dla ludzi, którzy w większości nie mieli wówczas żadnych doświadczeń zawodowych, bo zaraz po maturze poszli na studia dzienne. Nie przypominam sobie, żeby kogokolwiek jakoś specjalnie zajmował ten jego pracowniczy "epizod" - po prostu nie było to ciekawe dla nikogo.

    >
    > Ja wyrażam przypuszczenie, że poznanie opierasz tylko na pytaniach jak z
    > kwestionariusza, a Ty powtarzasz: nikomu nic nie powiedział.


    Nie, Urko, nie postrzegam tak poznania drugiego człowieka:) Natomiast to o czym Ty piszesz powyżej, to jest jakiś kosmos. Naprawdę sądzisz, że dla studentów dziennych, w tym czyjeś dziewczyny najistotniejszym szczegółem z życia czyjegoś miała być jakaś nieciekawa praca, w zadem sposób nie związana z ich kierunkiem studiów?
    >
    > Koro, zapytałaś mnie o moje zachowania to ja odpowiedziałem Ci, nie mieszaj
    > do tego "swoich" chorób.


    Rzecz w tym, że gdybyś Ty był na moim miejscu wówczas także, mimo swych jak piszesz niezwykłych zdolności poznawczych :), nie byłbyś w stanie stwierdzić, że masz do czynienia z osobą chorą psychicznie. No, może gdybyś był w wieku 20-25 lat buiegłym psychiatrą to inaczej sprawa by wyglądała.
    >
    > W dyskusji nt "kociej łapy" wyraziłaś argument za związkiem nieformalnym:
    > "pewniej, lepiej, jestem zabezpieczona materialnie znacznie bardziej,
    > niż w małżeństwie."


    I to jest fakt niezaprzeczalny nie mający niczego wspólnego z chorobą mojego eksmęża, a zatem także z wyjątkowością mej małżeńskiej sytuacji.



    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 25.03.14, 12:54
    kora3 napisała:

    > urko70 napisał:
    > >
    > > Poniżej Twoje słowa od których zaczął się spór:
    > > "pewniej, lepiej, jestem zabezpieczona materialnie znacznie bardziej,
    > > niż w małżeństwie. "

    >
    > No i? To jest fakt - jestem. To nie znaczy, że kazda kobieta w każdym w
    > olnym związku jest zabezpieczona lepiej, niż byłaby w małżeństwie, to znaczy ty
    > lko to, że ja - jestem.

    No i są tu dwie możliwości:
    1. prawdą jest to co napisałem wcześniej a Ty zaprzeczyłaś czyli:
    "próbujesz swoimi wszelakimi wyjątkowości
    argumentować sytuacje niewyjątkowe, sytuacje spotykane najczęściej "
    2. piszesz bez związku z poruszonym tematem "co lepsze małżeństwo czy
    kocia łapa" ponieważ jakakolwiek wyjątkowa sytuacja nie może wpływać
    na ocenę co lepsze.

    Jaki z Ciebie praktyk (?) w skoro w małżeństwie byłaś 3 lata a do tego było ono
    tak wyjątkowe że o niczym nie może świadczyć.
    "Jako praktyk w obu rodzajach związku muszę powiedzieć, ze nieformalny
    związek jest dla mnie o niebo lepszy niż małżeństwo. "


    > > Skoro ona była wyjątkowa to manipulacją było twierdzenie, że w konkubi
    > nacie
    > > czujesz się pewniej niż w małżeństwie... ponieważ, ponieważ odnosiłąś ogó
    > lną
    > > dyskusję do przypadku wyjątkowego.

    >
    > Zważ Urko na pewien szczegół - otóż ja wychodząc za mojego eksmęża, a także roz
    > wodząc się z nim nie wiedziałam, ze moje małżeństwo jest wyjątkowe
    > ].
    > Zatem będąc w tym małżeństwie nie mogłam się w nim czuć mniej pewnie z powodu w
    > iedzy o chorobie ówczesnego meza, bo ja tej wiedzy nie miałam.

    Ale teraz wiesz i tym właśnie związkiem próbujesz argumentować wyższość
    konkubinatu nad małżeństwem.



    > > Znam ludzi, którzy nie zdali za pierwszym razem i wtedy zdawali za rok
    > i ewentu
    > > alnie za rok chyba jedna ze znanymi mi osób trzy razy podchodziła. Nie zn
    > am syt
    > > uacji kiedy ktoś robi sobie trzyletnią przerwę i dopiero wtedy zdaje.

    > Jeśli tak
    > > się zdarza to najczęściej z bardzo konkretnych przyczyn do których ciężk
    > o zali
    > > czyć "zniechęcenie".

    >
    > Wydaje mi się, ze teraz to już naciągasz,

    Zapytałaś: "w Tobie takie tłumaczenie wzbudziłoby wątpliwości? "
    to odpowiedziałem Ci. Jaki sens ma udzielanie Ci odpowiedzi skoro i tak będzie
    ona przez Ciebie odrzucana....

    > Dlatego tak, owszem, ten klocek układanki nie pasowałby mi d
    > > o całości.

    >
    > Urko, być może mnie teraz także dziwiłaby osoba, która robi sobie 3-letn
    > ią przerwę w nauce. Ale wówczas - nie. I jak wspomniałam w nikim ze znajomych n
    > ie budziło to jakichś wątpliwości. Być może dlatego, ze myśmy wówczas mieli pom
    > 19-20 lat, a nie po 40.

    Zapewniam Cię, ze nie tylko Ty miałaś wtedy ok 20stki.



    > > Ja wyrażam przypuszczenie, że poznanie opierasz tylko na pytaniach jak
    > z
    > > kwestionariusza, a Ty powtarzasz: nikomu nic nie powiedział.

    >
    > Nie, Urko, nie postrzegam tak poznania drugiego człowieka:)

    "Mój eksmąż nie wspomniał nic o diagnozie"


    > Natomiast to o czym
    > Ty piszesz powyżej, to jest jakiś kosmos. Naprawdę sądzisz, że dla studentów d
    > ziennych, w tym czyjeś dziewczyny najistotniejszym szczegółem z życia czyjegoś
    > miała być jakaś nieciekawa praca, w zadem sposób nie związana z ich kierunkiem
    > studiów?

    To już Twoja interpretacja także sama sobie z nią dyskutuj. :)
    Ja pisałem o prawdziwości przyczyny 3 letniej przerwy między maturą a studiami,
    pisałem o poznawaniu kogoś przez bliską obserwację zachowań, przez podświadome
    łączenie w całość historii danego człowieka. Czy to była praca, czy więzienie, czy podróż dokoła świata czy w końcu leżenie na działce do góry brzuchem to nie ma znaczenia.
    Znaczenie ma to czy to wszystko pasuje do siebie.


    > > Koro, zapytałaś mnie o moje zachowania to ja odpowiedziałem Ci, nie mi
    > eszaj do tego "swoich" chorób.

    >
    > Rzecz w tym, że gdybyś Ty był na moim miejscu wówczas także, mimo swych
    > jak piszesz niezwykłych zdolności poznawczych :), nie byłbyś w stanie stwierdzi
    > ć, że masz do czynienia z osobą chorą psychicznie. No, może gdybyś był w wieku
    > 20-25 lat buiegłym psychiatrą to inaczej sprawa by wyglądała.

    Znów stawiasz swoją tezę i dyskutujesz sobie z nią - jeśli przeszkadzam Ci to
    powiedz tylko słowo to przestane pisać i będziesz mogła do woli...
    Ja nie odnoszę się do umiejętności stwierdzenia choroby, a do umiejętności zauważenia
    że kilka lat wcześniej ktoś ma 3 letnią wyrwę w życiorysie.

    > > W dyskusji nt "kociej łapy" wyraziłaś argument za związkiem nieformaln
    > ym:
    > > "pewniej, lepiej, jestem zabezpieczona materialnie znacznie bardziej,
    > > niż w małżeństwie."

    >
    > I to jest fakt niezaprzeczalny nie mający niczego wspólnego z chorobą mojego ek
    > smęża, a zatem także z wyjątkowością mej małżeńskiej sytuacji

    Ten fakt to nie ma NIC wspólnego z oceną co lepiej zabezpiecza: małżeństwo
    czy kocia łapa - przestań w już o tej chorobie....!
  • kora3 25.03.14, 13:29
    urko70 napisał:
    > 1. prawdą jest to co napisałem wcześniej a Ty zaprzeczyłaś czyli:
    > "próbujesz swoimi wszelakimi wyjątkowości
    > argumentować sytuacje niewyjątkowe, sytuacje spotykane najczęściej "


    Urko, zakrawa to - znow poniekąd- na manipulację z Twojej strony. A to dlatego, że o ile pamiętam,. to twierdziłeś, ze wyjątkowy jest mój wolny związek, a nie było takowe moje małżeństwo. W każdym razie początkowo tak twierdziłeś, nie znając sprawy.
    Tymczasem ja swego wolnego związku nie uważam za wyjątkowy na tle innych - ze tak się wyrazę adekwatnych (np. ludzi w podobnym do nas wieku, o podobnych oczekiwaniach od związku)

    > 2. piszesz bez związku z poruszonym tematem "co lepsze małżeństwo czy
    > kocia łapa" ponieważ jakakolwiek wyjątkowa sytuacja nie może wpływać
    > na ocenę co lepsze.


    Mogę pisać co chce w temacie co lepsze DLA MNIE - nieprawdaż? Nie rozciągam tego na wszystkich. Napisałam przecież, że OGÓLNIE nie uważam małżeństwa ani za lepsze, ani za gorsze od wolnego związku. Nie uważam, bo każdy sam decyduje w jakim związku lepiej się czuje, odnajduje.
    >
    > Jaki z Ciebie praktyk (?) w skoro w małżeństwie byłaś 3 lata a do tego było ono
    >
    > tak wyjątkowe że o niczym nie może świadczyć.


    Jak to obliczyłeś?:) Bo mnie wyszło 5 lat :) - nominalnie, czyli od daty ślubu do daty rozwodu.

    > "Jako praktyk w obu rodzajach związku muszę powiedzieć, ze nieformalny
    > związek jest dla mnie o niebo lepszy niż małżeństwo.


    No właśnie - sugeruję zwrócić na wytłuszczenie:)
    >
    > Ale teraz wiesz i tym właśnie związkiem próbujesz argumentować wyższość
    > konkubinatu nad małżeństwem.


    Niczego takiego NIE próbuję. Nie stosuję pars pro toto. Cały czas piszę o tym, że DLA MNIE wolny związek/kohabitacja jest lepszy/a niż małżeństwo pod każdym względem i to jest prawda.

    >
    > Zapytałaś: "w Tobie takie tłumaczenie wzbudziłoby wątpliwości? "
    > to odpowiedziałem Ci. Jaki sens ma udzielanie Ci odpowiedzi skoro i tak będzie
    > ona przez Ciebie odrzucana....


    Urko, ponowię pytanie - czy naprawdę tak myślałbyś o tym, gdybyś dowiedział się o 3-leyniej przerwie w nauce swego kolegi z roku mając lat 19-20?
    >
    > Zapewniam Cię, ze nie tylko Ty miałaś wtedy ok 20stki.

    No właśnie nie tylko ja, co w większości tyle mieli ludzie u mnie na 1 roku:) I nikogo jakoś nie zajmowała az tak ta sprawa. Zapytano się gościa, on odpowiedział i nikt się na tym już za bardzo nie skupiał. Gdybym tylko ja była taka "nieostrożna" w tej sprawie, to owszem moznaby uznac, że to dziwne, tym bardziej, że ten człowiek za 3 lata został moim chłopakiem. Rzecz w tym, że nikogo z nas ona jakoś szczególnie nie zadziwiła, ani nie wydawała się podejrzana.
    >

    > Ja pisałem o prawdziwości przyczyny 3 letniej przerwy między maturą a studiami,

    Jak wspomniałam - może nie było takich osób wiele, ale były i w nikim to nie wzbudzało jakichś podejrzeń.

    > Znaczenie ma to czy to wszystko pasuje do siebie.

    Ale tu wszystko pasowało - może budziłoby to jakieś podejrzenia, gdyby gośc zmieniał wersje, daty w rozmowach z różnymi osobami. ale tak nie było.

    a do umiejętności zauw
    > ażenia
    > że kilka lat wcześniej ktoś ma 3 letnią wyrwę w życiorysie.


    Ale on nie miał żadnej przerwy w życiorysie, Urko. On naprawdę w tym czasie pracował i naprawdę tam, gdzie mówił, ze pracował. Przyznaję, że ja nie sprawdzałam tego ani jako jego kolezanka, ani jako jego dziewczyna, ani narzeczona, ani nawet żona. Jednakowoż jako ta ostatnia widziałam jego swiadectwo pracy przy okazji składania jakiś papierów do OFE, czy gdzie tam, nie pamiętam.

    Ty chyba odniosłeś wrazenie, że on kłamał z tą pracą, a w tym czasie był w psychiatryku, czy cos takiego. Otóż - nie. pewności nie mam tylko co do tego, czy naprawdę zaraz po maturze zdawał na studia i się nie dostał, czy też wcale nie zdawał i od razu zdecydował się iśc do pracy, a myśl o studiach zrodziła mu się dopiero później.

    >
    > Ten fakt to nie ma NIC wspólnego z oceną co lepiej zabezpiecza: małżeństwo
    > czy kocia łapa - przestań w już o tej chorobie....!


    Hmmm no wiesz, a o tyle, że jeśli mówiąc kolokwialnie mąż żeniąc się jest "goły", a będąc już w małżeństwie zarabia niewiele, to: nie ma szans, żeby żonie coś cennego podarował ze swojego majątku, albo uczynil ja współwłaścicielem czegoś takiego, bo on tego zwyczajnie nie ma oraz w razie rozstania żona nie może liczyć na jakieś przyzwoite alimenty (czy to na dzieci, czy siebie - o ile takie zostaną zasądzone), bo sąd będzie brał pod uwagę zarobki meza.

    Oczywiście - także w wolnym związku, jeśli gość nic nie ma, to nic nie podaruje itd.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 25.03.14, 16:02
    kora3 napisała:

    > urko70 napisał:
    > > 1. prawdą jest to co napisałem wcześniej a Ty zaprzeczyłaś czyli:
    > > "próbujesz swoimi wszelakimi wyjątkowości
    > > argumentować sytuacje niewyjątkowe, sytuacje spotykane najczęściej "

    >
    > Urko, zakrawa to - znow poniekąd- na manipulację z Twojej strony. A to dlatego,
    > że o ile pamiętam,. to twierdziłeś, ze wyjątkowy jest mój wolny związek, a nie
    > było takowe moje małżeństwo. W każdym razie początkowo tak twierdziłeś, nie zn
    > ając sprawy.
    > Tymczasem ja swego wolnego związku nie uważam za wyjątkowy na tle innych - ze t
    > ak się wyrazę adekwatnych (np. ludzi w podobnym do nas wieku, o podobnych oczek
    > iwaniach od związku)

    1. wyrwałaś z kontekstu prezentowania alternatywy
    2. wyjątkowość czy jej brak tego małżeństwa nie ma tu znaczenia - istotna była
    wyjątkowość konkubinatu.
    3. Ile jest warte to uważanie skoro wcześniej na pytanie:
    "Jak wiele z kobiet żyjących w takich konkubinatach jest obdarowywanych tak jak Ty?"
    odpowiedziałaś: "Nie mam pojęcia" ?


    > > 2. piszesz bez związku z poruszonym tematem "co lepsze małżeństwo czy
    > > kocia łapa" ponieważ jakakolwiek wyjątkowa sytuacja nie może wpływać
    > > na ocenę co lepsze.

    >
    > Mogę pisać co chce w temacie co lepsze DLA MNIE - nieprawdaż?

    Ten wątek nie ma tematu: co lepsze dla Kory.
    Ten wątek traktuje o ogólnie o związkach.


    > > Jaki z Ciebie praktyk (?) w skoro w małżeństwie byłaś 3 lata a do tego
    > było ono
    > > tak wyjątkowe że o niczym nie może świadczyć.

    >
    > Jak to obliczyłeś?:) Bo mnie wyszło 5 lat :) - nominalnie, czyli od daty ślubu
    > do daty rozwodu.

    To Twoje słowa: "zmarnowałam sobie ok. 3 lat życia".
    Tak liczona wartość nominalna mogłaby trwać i pól wieku i nie miałoby to
    znaczenia ponieważ praktykę zdobywa się w praktyce.


    > > "Jako praktyk w obu rodzajach związku muszę powiedzieć, ze nieformalny
    > > związek jest dla mnie o niebo lepszy niż małżeństwo.

    >
    > No właśnie - sugeruję zwrócić na wytłuszczenie:)

    To nie wątek od Tobie tylko o rodzajach związków.


    > >
    > > Ale teraz wiesz i tym właśnie związkiem próbujesz argumentować wyższość
    > > konkubinatu nad małżeństwem.

    >
    > Niczego takiego NIE próbuję. Nie stosuję pars pro toto. Cały czas piszę o tym,
    > że DLA MNIE .....

    Który to już raz piszesz: dla mnie o mnie, u mnie.... Koro, to nie o Tobie wątek! :)


    > >
    > > Zapytałaś: "w Tobie takie tłumaczenie wzbudziłoby wątpliwości? "
    > > to odpowiedziałem Ci. Jaki sens ma udzielanie Ci odpowiedzi skoro i tak b
    > ędzie ona przez Ciebie odrzucana....

    >
    > Urko, ponowię pytanie - czy naprawdę tak myślałbyś o tym, gdybyś dowiedział się
    > o 3-leyniej przerwie w nauce swego kolegi z roku mając lat 19-20?

    Ja rozróżniam koleżankę od dziewczyny/narzeczonej/zony.
    Mieszasz narzeczonego z kolegą.

    cdn
  • kora3 25.03.14, 16:52
    urko70 napisał:

    > 2. wyjątkowość czy jej brak tego małżeństwa nie ma tu znaczenia - istotna była
    > wyjątkowość konkubinatu.


    Ależ jak wspomniałam - nie uważam mojego konkubinatu (naukowo to kohabitacja:)) za wyjątkowy - pisałam ci dlaczego:)

    > "Jak wiele z kobiet żyjących w takich konkubinatach jest obdarowywanych tak jak
    > Ty?"
    > odpowiedziałaś: "Nie mam pojęcia" ?


    Bo nie mam - tak samo nie ma pojęcia ile żon jest tak obdarowywanych przez mezów.

    >
    > Ten wątek nie ma tematu: co lepsze dla Kory.
    > Ten wątek traktuje o ogólnie o związkach.


    no wiec jak napisałam także - nie ma reguły to, czy to, bo to zależy - od sytuacji, oczekiwań itd.


    >
    > To Twoje słowa: "zmarnowałam sobie ok. 3 lat życia".


    No tak - pierwszego roku za zmarnowany nie uważam, a ostatni byliśmy w separacji i też go zmarnowany bynajmniej nie uważam
    >
    > To nie wątek od Tobie tylko o rodzajach związków.

    ło matko - toż pisałam - że nie ma na to reguly ogólnej.

    >
    > Który to już raz piszesz: dla mnie o mnie, u mnie.... Koro, to nie o Tobie wąte
    > k! :)
    >


    I ok - zatem ja jestem przykładem na to, że konkubinat może być lepszy i bardziej komfortowy niż małżeństwo, a ktoś inny będzie przykładem na to, że przeciwnie.
    Co z tego wynika? Że nie ma reguły:)
    >
    > Ja rozróżniam koleżankę od dziewczyny/narzeczonej/zony.
    > Mieszasz narzeczonego z kolegą.


    Niczego nie mieszam - wszak ci napisałam, że poznaliśmy się na 1 roku i byliśmy KOLEGAMI, a po 3 latach zostaliśmy parą.
    W czasie kiedy nia zostaliśmy, ow epizod "pracowniczy" już był mi znany, jako koleżance i we mnie, jako koleżance nie budził podejrzeń (w nikim zresztą innym - też). Dlaczego miałby zacząc nagle budzić, gdy zostałam jego dziewczyną (a potem narzeczona i żoną)?

    Zresztą - może faktycznie w Tobie takie coś wzbudziłoby jakieś podejrzenia, ale jak tak teraz sobie przypominam, to znałam ludzi, którzy robili "dziwniejsze" rzeczy w zakresie edukacji, niż 3 letnia przerwa w nauce (i praca w tym czasie) po niezdanym egzaminie na wymarzony kierunek. Np. kolega z roku po 4 semestrach, mając calkiem dobre wyniki nagle postanowił zdawać na medycynę (zupełnie niepokrewny kierunek do dotychczas studiowanego), na którą się dostał, a którą następnie zmienił na farmację. Albo - ja chociażby. Po studiach, które sama wybrałam i, po której znalazłam fajną i nieźle płatną pracę, poszłam na podyplomówkę o zupełnie innym profilu, który nijak także był związany z moją pracą i w efekcie zmieniłam zawód i prace skończywszy ją.
    W tobie być może moje czy kolegi wybory edukacyjno - zawodowe wzbudziłyby zaraz podejrzenia, ale w innych wzbudzały tylko ewentualnie - ciekawośc, która została zaspokojona i tyle :)


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 25.03.14, 23:09
    kora3 napisała:

    > urko70 napisał:
    >
    > > 2. wyjątkowość czy jej brak tego małżeństwa nie ma tu znaczenia - isto
    > tna była
    > > wyjątkowość konkubinatu.

    >
    > Ależ jak wspomniałam - nie uważam mojego konkubinatu (naukowo to kohabitacja:))
    > za wyjątkowy - pisałam ci dlaczego:)

    Twoje uważanie nie ma tu znaczenia. :)

    > > "Jak wiele z kobiet żyjących w takich konkubinatach jest obdarowywanyc
    > h tak jak Ty?"
    > > odpowiedziałaś: "Nie mam pojęcia" ?

    >
    > Bo nie mam -

    Czyli nie masz skali porównawczej do innych konkubin a tym samym nie masz
    podstaw do stwierdzenia, że to że dostałaś w prezencie kilka nieruchomości jest
    normalne dla konkubinatu, a Twoje uważanie jest niemiarodajne.


    > > Ten wątek nie ma tematu: co lepsze dla Kory.
    > > Ten wątek traktuje o ogólnie o związkach.[/i]
    >
    > no wiec jak napisałam także - nie ma reguły to, czy to, bo to zależy - od sytua
    > cji, oczekiwań itd.


    No więc skoro nie o Tobie to Twoje indywidualna wręcz wyjątkowa sytuacja o
    niczym nie świadczy.

    > >
    > > To Twoje słowa: "zmarnowałam sobie ok. 3 lat życia".

    >
    > No tak - pierwszego roku za zmarnowany nie uważam, a ostatni byliśmy w separacj
    > i i też go zmarnowany bynajmniej nie uważam

    Nie wiem co uważasz bo przedstawiasz sprzeczne wypowiedzi, wiem co piszesz,
    a napisałaś jw.: 3 lata zmarnowane.



    > > Który to już raz piszesz: dla mnie o mnie, u mnie.... Koro, to nie o T
    > obie wąte
    > > k! :)
    > >

    >
    > I ok - zatem ja jestem przykładem na to, że konkubinat może być lepszy i bardzi
    > ej komfortowy niż małżeństwo, a ktoś inny będzie przykładem na to, że przeciwni
    > e.

    I to jest clou sporu. Tyle tylko, że to kompletnie niczego nie dowidzi w ogólnej dyskusji nt tego co daje małżeństwo.
    Zawsze znajdzie się jakiś wyjątek, zawsze i od wszystkiego - i niczego to nie dowodzi.
  • kora3 26.03.14, 07:08
    urko70 napisał:
    >
    > Twoje uważanie nie ma tu znaczenia. :)

    Ma, bo zdaje się, ze powielasz, jak paru innych forumowiczów stereotypy pt. chlop się nie chce zenic, babka się godzi na wolny związek, nie jest w zadem sposób zabezpieczona na wypadek śmierci partnera/rozstania i tyle. Tymczasem w większości znanych wolnych związków ludzi poważnych to tak nie funkcjonuje. -
    >
    > Czyli nie masz skali porównawczej do innych konkubin a tym samym nie masz
    > podstaw do stwierdzenia, że to że dostałaś w prezencie kilka nieruchomości jest
    >
    > normalne dla konkubinatu, a Twoje uważanie jest niemiarodajne.


    Ty także nie masz żadnej skali porównawczej ani wśród kobiet w wolnych związkach, ani wśród zon:)
    Poza tym upierasz się przy konkretnych darowiznach, a to jest całkiem już bez sensu, Urko.
    Bo jak pisałam - nie idzie o to ile, ale czy. Mąż zarabiający grosze i nie mający majątku też zonie nie kupi, nie podaruje żadnych nieruchomości, bo nie ma ich i nie ma też z czego kupić. No, ale zone chroni prawo - tak, polegające na tym, że po ewentualnym rozstaniu z mezem podzielą sobie 50 m. kw mieszkania w kredycie i telewizor oraz pralke :)
    >
    > No więc skoro nie o Tobie to Twoje indywidualna wręcz wyjątkowa sytuacja o
    > niczym nie świadczy.


    Zatem ŻADNA, niczyja - o niczym nie swiadczy, bo przecież KAZDA jest indywidualna.
    >
    > Nie wiem co uważasz bo przedstawiasz sprzeczne wypowiedzi, wiem co piszesz,
    > a napisałaś jw.: 3 lata zmarnowane.


    A jeśli czyjs mąż po 15 latach udanego małżeństwa zaczał pic i ono się rozpadło po 2 latach, to ten ktoś zmarnował 17 lat zycia sobie? Zresztą - każdy ma prawo czuc ze zmarnował tyle ile uważa, co wpływu na faktyczną długośc trwania związku - nie ma.
    >
    > I to jest clou sporu. Tyle tylko, że to kompletnie niczego nie dowidzi w ogólne
    > j dyskusji nt tego co daje małżeństwo.
    > Zawsze znajdzie się jakiś wyjątek, zawsze i od wszystkiego - i niczego to nie d
    > owodzi.


    przede wszystkim Urko, to należałoby ustalić - czy my mówimy o "korzyściach" z małżeństwa subiektywnych, czy obiektywnych.
    To ważne, bo to ma tu kluczowe znaczenie.
    Subiektywne "korzyści" są najróżniejsze: kobieta chce być mezatką, chce nosić obrączkę, chce przestać być "starą panną", chce zadowolić rodzine/srodowisko zamążpójściem itd. Ma do tego prawo i jestem ostatnia osobą, która radziłaby TAKIEJ kobiecie wolny związek.

    Obiektywne "korzyści" z małżeństwa to: wspólnota majątkowa (obejmuje tylko majątek powstały w czasie trwania małżeństwa, którą można znieść, albo zawęzić), dziedziczenie z ustawy (które ustaje jeśli dojdzie do rozwodu. Wazne jest też, ze żeby to była "korzyść" to małżonek musi cos mieć, żeby można było to odziedziczyć, czasem np. ma długi), uznanie dziecka za dziecko meza "z urzędu" (czemu wspomniany, mając wątpliwości co do swego ojcostwa może zaprzeczyć), możliwość (ważne - nie konieczność, a jedynie możliwość) alimentowania zony przez męża po rozwodzie - tylko, ze to działa, o czym nie wspomina się często w OBIE strony - o ile działa, bo alimentowanie takie orzekane jest w wyjątkowych sytuacjach. No i jeszcze to, że aby formalnie zwiazac się z inną kobietą maż musi uzyskac rozwód. Żeby natomiast odejść od zony i zamieszkać z inną go nie potrzebuje - żaden sąd administracyjnie nie może komuś kazać z kimś życ, także gdy sa po slubie.


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 26.03.14, 09:42
    kora3 napisała:

    > > Twoje uważanie nie ma tu znaczenia. :)
    >
    > Ma, bo zdaje się, ze powielasz, jak paru innych forumowiczów stereotypy pt. chl
    > op się nie chce zenic, babka się godzi na wolny związek, nie jest w zadem sposó
    > b zabezpieczona na wypadek śmierci partnera/rozstania i tyle. Tymczasem w więks
    > zości znanych wolnych związków ludzi poważnych to tak nie funkcjonuje. -

    Nie ma z innych powodów (powodów wskazywanych wielokrotnie).
    Do głowy mi nie przyszła możliwość jaką przedstawiłaś i nazwałaś stereotypem.


    > > Czyli nie masz skali porównawczej do innych konkubin a tym samym nie
    > masz
    > > podstaw do stwierdzenia, że to że dostałaś w prezencie kilka nieruchomośc
    > i jest
    > >
    > > normalne dla konkubinatu, a Twoje uważanie jest niemiarodajne.

    >
    > Ty także nie masz żadnej skali porównawczej ani wśród kobiet w wolnych
    > związkach, ani wśród zon:)

    Piszesz "także" i to kolejna Twoja wypowiedź potwierdzająca że nie masz podstaw.
    A o tym czy ja mam czy nie mam to nie wiesz.


    > Poza tym upierasz się przy konkretnych darowiznach, a to jest całkiem już bez s
    > ensu, Urko.
    > Bo jak pisałam - nie idzie o to ile, ale czy. Mąż zarabiający gro
    > sze i nie mający majątku też zonie nie kupi, nie podaruje żadnych nieruchomości
    > , bo nie ma ich i nie ma też z czego kupić. No, ale zone chroni prawo - tak, po
    > legające na tym, że po ewentualnym rozstaniu z mezem podzielą sobie 50 m. kw mi
    > eszkania w kredycie i telewizor oraz pralke :)

    Ma to sens ponieważ nieruchomość, BA, trzy nieruchomości mają znacznie
    większą wartość tym samym większe zabezpieczenie niż przykładowo 10letnie
    auto kupione partnerce na własność.
    Porównujesz nieporównywalne. Porównujesz zamożny konkubinat z mniej niż
    przeciętnie zamożnym małżeństwem.


    > No więc skoro nie o Tobie to Twoje indywidualna wręcz wyjątkowa
    > sytuacja o niczym nie świadczy.

    >
    > Zatem ŻADNA, niczyja - o niczym nie swiadczy, bo przecież KAZDA jest indywidual
    > na.>

    Pojedyncza jeśli jest wyjątkowa i owszem: żadna ale jeśli ktoś poda swoją
    sytuację która nie odbiega do "przeciętnej w Polsce" to już świadczy.


    > > Nie wiem co uważasz bo przedstawiasz sprzeczne wypowiedzi, wiem co
    > piszesz, a napisałaś jw.: 3 lata zmarnowane.

    >
    > A jeśli czyjs mąż po 15 latach ....

    Mówimy o Tobie i Twoim króciutkim małżeństwie w czasie którego ciężko
    nabrać praktyki do stopnia w którym można się nazwać praktykiem.


    > > I to jest clou sporu. Tyle tylko, że to kompletnie niczego nie dowidzi
    > w ogólnej dyskusji nt tego co daje małżeństwo.
    > > Zawsze znajdzie się jakiś wyjątek, zawsze i od wszystkiego - i niczego to
    > nie dowodzi.

    >
    > przede wszystkim Urko, to należałoby ustalić - czy my mówimy o "korzyściach" z
    > małżeństwa subiektywnych, czy obiektywnych.
    > To ważne, bo to ma tu kluczowe znaczenie.

    Obojętnie o jakich mowa to zawsze może wystąpić jakiś przypadek który wg
    jakiejś innej osoby jest lepszy od innych: "może być lepszy"
    Czyli nie ma to żadnego znaczenia.
  • urko70 26.03.14, 11:42
    kora3 napisała:

    > > Zapewniam Cię, ze nie tylko Ty miałaś wtedy ok 20stki.
    >
    > No właśnie nie tylko ja, co w większości tyle mieli ludzie u mnie na 1 roku:) I
    > nikogo jakoś nie zajmowała az tak ta sprawa.

    Może dlatego, że mało kto był z Twoim narzeczonym w tak bliskich relacjach
    w jakich są narzeczeni?




    > Ty chyba odniosłeś wrazenie, że on kłamał z tą pracą, [...]

    Najpierw pisałaś o świadomym ukrywaniu a potem o tym co Ci opowiadał:
    1. "ktoś może coś świadomie ukrywać"
    2. "Normalnie odpowiadał, że nie dostał się po maturze na nie, nieco zniechęcił i
    postanowił iść do pracy. Po przepracowaniu 3 lat uznał, ze jednak chce jeszcze
    raz spróbować się dostać na wybrany kierunek no i się udało. Nie miałam powodów
    mu nie wierzyć"


    > >
    > > Ten fakt to nie ma NIC wspólnego z oceną co lepiej zabezpiecza: małżeństw
    > o czy kocia łapa - przestań w już o tej chorobie....!

    >
    > Hmmm no wiesz, a o tyle, że jeśli mówiąc kolokwialnie mąż żeniąc się jest "goły
    > ", a będąc już w małżeństwie zarabia niewiele, to: nie ma szans, żeby żonie coś
    > cennego podarował ze swojego majątku, albo uczynil ja współwłaścicielem czegoś
    > takiego, bo on tego zwyczajnie nie ma oraz w razie rozstania żona nie może lic
    > zyć na jakieś przyzwoite alimenty (czy to na dzieci, czy siebie - o ile takie z
    > ostaną zasądzone), bo sąd będzie brał pod uwagę zarobki meza.
    >
    > Oczywiście - także w wolnym związku, jeśli gość nic nie ma, to nic nie podaruje
    > itd.

    Sama widzisz, że porównywanie zamożnego konkubinatu do niezamożnego
    małżeństwa jest z gruntu błędnym czyli i wnioski z niego są G warte.
  • berta-death 26.03.14, 01:01
    Aleś się czepił tych 3lat. Przecież to przypadek, gorsze zawirowania w życiu ludzie mają i wychodzą na prostą, są zdrowi i normalni. Ot szaleństwa młodości. Naprawdę taki epizod jak rozpoczęcie studiów z 3-letnim poślizgiem nie ma prawa wzbudzić żadnych podejrzeń co do zdrowia psychicznego danej osoby. Zwłaszcza, że jak mówił, pracował.

    Moim zdaniem dużo gorzej o człowieku świadczy, jak 3krotnie bez powodzenia zdaje na ten sam kierunek studiów, zwłaszcza jak nie chodzi tu o kierunek na który ekstremalnie trudno się dostać, np ASP czy filmówka. Bo to świadczy, że nie potrafi realistycznie oszacować swoich możliwości, czyli żyje w jakimś oderwaniu od rzeczywistości. A jak już nie pracował przez ten czas, to mocno coś nie halo. Czyli ani się nie uczył, skoro nie zdał to się nie uczył, ani nie pracował. Czyli gapił się w sufit, albo menelił. Bardzo źle świadczy też zmienianie studiów co rok. Raz można się pomylić, ale bycie wiecznym studentem, co to żadne studia mu przypasować nie mogą, to też świadczą o tym, że delikwent ma nierówno pod sufitem. Nie równo pod sufitem ma osoba, która ciągle wylatuje ze studiów. Raz można zawalić, ale jak to się powtarza, to też coś nie halo. A takich osób jest multum i zdecydowana większość z nich jednak wychodzi na prostą. Wystarczy sobie poczytać biografie znanych ludzi, jak szaleli. Nie mniej jednak w biografiach chorych psychicznie też takie rzeczy można wyczytać.

    No i na tym tle gość, który sobie pracował spokojnie przez 3lata a potem poszedł po rozum do głowy i zdecydował, że jednak trzeba iść na studia, nie rzuca się w oczy jako podejrzany dziwak.
    Można się zastanawiać dlaczego wojsko się o niego nie upomniało, ale dostać kategorię D to z byle powodu można.
  • kora3 26.03.14, 07:19
    berta-death napisała:
    >
    > No i na tym tle gość, który sobie pracował spokojnie przez 3lata a potem poszed
    > ł po rozum do głowy i zdecydował, że jednak trzeba iść na studia, nie rzuca się
    > w oczy jako podejrzany dziwak.


    Dokładnie tak - mnie by bardziej zastanawiał ktoś, kto nie pracowałby w tym czasie np.

    > Można się zastanawiać dlaczego wojsko się o niego nie upomniało, ale dostać kat
    > egorię D to z byle powodu można.


    o widzisz - to mądry argument. O ile pamiętam, to mój eksmąż wspomniał, ze ma kat. D, ale nikt za bardzo się nie interesił dlaczego ( i ja nie wiem np. dlaczego - czy z powodu tej choroby, czy jakoś inaczej to załatwił), bo wówczas już dość powszechne było "załatwianie sobie" kat. D z racji strupka na tyłku, albo gluta w nosie:)

    Inna sprawa, że ja się wówczas obracałam w środowisku ludzi, którzy z wojskiem nie mieli do czynienia, bo po maturze szli na studia dzienne, więc temat ten ani mnie, ani moich kolegów z ro,lu za bardzo nie interesował.


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 26.03.14, 09:03
    berta-death napisała:

    > Aleś się czepił tych 3lat.

    Nie czepił tylko zwrócił uwagę, na to że przypisywanie sobie przez Korę
    roli "praktyka" jest naciągane.

    > Można się zastanawiać dlaczego wojsko się o niego nie upomniało, ale dostać kat
    > egorię D to z byle powodu można.

    Nie wiem czy z byle powodu, wiem, że na 25chłopa jeden dostał D drugi E, a cała
    reszta A i to w czasach kiedy nikt nie chciał do armii.
    Ale nawet tu powstaje pytanie czy padło pytanie typu:
    - "A co z wojskiem?"
    i jaka padła odpowiedź, jakiej treści czy była kompletna, składna, spokojna czy na
    prędce układana.
    Odpowiedzi typu "szybko sie meczę, mam astmę, mam zeza" etc są niezwykle
    łatwo weryfikowalne przez osobę typu narzeczona ponieważ taka osoba jest
    bardzo blisko i na codzień widzi czy takie problemy występują czy jednak przez kilka
    lat nie były widoczne żadne oznaki wskazujące na realność tych powodów.

    Poza tym kwestie 3 lat oraz umiejętności "diagnozy" narzeczonego to jedne w
    wielu poruszanych w kontekście oceny który związek ma więcej zalet.
  • berta-death 26.03.14, 13:17
    Za moich czasów w moich stronach powszechne było wymigiwanie się z wojska za łapówkę. I naprawdę byle pretekst wtedy wystarczał, żeby dostać kategorię D. A jak nie dało się znaleźć byle pretekstu bo chłop był na schwał, to się lewe papiery na lewe przypadłości kupowało.
    Często chłopaki tylko dlatego szły na studia, czy do szkół policealnych żeby do wojska nie iść. Ale nie każdy chciał się bawić w fikcyjne studia, część wolała iść do pracy. Nie każdy pochodzi ze środowiska, gdzie panuje kultura studiowania. Bo równie dobrze mogła się go zapytać, dlaczego nie poszedł na jakiekolwiek studia skoro nie dostał się tam gdzie chciał. Jest masa kierunków, gdzie przyjmują bez egzaminu, albo organizują we wrześniu dodatkowe egzaminy. Natomiast nie każdemu odpowiada studiowanie byle czego, byle tylko mieć status studenta czy później byle jakiego mgr mieć.
    Podobnie po 3latach można pójść po rozum do głowy, bo np przekonał się chłopak, że sama matura to jednak mało. Bo np zamarzył mu się awans, ciekawsza praca, lepsze pieniądze, co było trudne do zrealizowania jak się miało jedynie średnie wykształcenie.
    Ja bym to tylko w tych kategoriach interpretowała, nawet dzisiaj, nawet ze swoim rozumem. Nie przyszłoby mi do głowy doszukiwanie się jakiegoś drugiego dna w tak prozaicznej sytuacji.

    Do tego weź poprawkę na specyfikę schizofrenii. Ta choroba ma okresy remisji, w których jest się w pełni zdrowym. A jak jest się w pełni zdrowym, to człowiek zachowuje się całkiem normalnie, jak wszyscy. Kora nie miała najmniejszych szans zorientować się, że ma do czynienia z osobą chorą psychicznie, bo w tym konkretnym okresie, jej eks był zdrowy. Ona wyszła za mąż za człowieka zdrowego, który w przeszłości, zanim się poznali, miał epizod choroby. I który ponownie zachorował po ślubie.

    Inna kwestia to ta, czy oszukiwał świadomie czy nie. Miał krótki epizod choroby, z którego się wyleczył. I przez parę lat wszystko było ok. Niewykluczone, że był pewien, tak jak i jego rodzina, że to była krótkotrwała pojedyncza przypadłość, która minęła i już nie wróci. Zatem i oni nie mieli powodu, żeby do tego wracać, rozpamiętywać i rozpowiadać wszystkim dookoła. Uznali sprawę za niebyłą. I w gruncie rzeczy mogło się tak stać. Choroba mogła nie wrócić nigdy, albo przez najbliższe 40lat.
  • urko70 26.03.14, 13:56

    Ty wiesz swoje, ja wiem swoje. Nie kwestionuję, że tak bywało, stwierdzam, że o
    takiej powszechności to ja mieszkając w dużym mieście nie słyszałem.
    Jeśli nie studia to straż pożarna, milicja, niektórzy (ze względów religijnych)
    w jakiś pracach szpitalnych...

    Miał grypę, wyzdrowiał a potem złapał kolejna grypę....
    A to że przestał brać leki to pikuś, Pan pikuś.

    To bardzo miłe (dla Kory), że tak jej bronisz jednak ona sama pisała, że on
    skłamał do protokołu kościelnego pomijając fakt choroby psychicznej więc o
    nieświadomości nie ma mowy.
    Pisała również o tym, ze leki przestał brać nie pod wpływem uzdrowienia, a pod
    wpływem "pewnego środowiska" - cokolwiek miała na myśli to kilkukrotnie powtrzając
    to tworzyła aurę tajemniczości z sugestią, że to była co najmniej współwina tego
    tajemniczego środowiska.
    Oczywiście zaraz może się okazać że tym środowiskiem było środowisko lekarzy :D.
  • znana.jako.ggigus 26.03.14, 14:54
    osób namówiło na odstawienie leków czy metody mniej tradycyjne.
    Zachoruj na coś i skarż się, to się przekonasz, ilu ludzi zajmuje się poradnictwem w kwestii zdrowia.

    --
    ’Cause I told you once / And then I told you twice / And now I told you three times / And at the risk of repeating myself I’m gonna say it again: I wanna be your lover - Jarvis Cocker.
  • berta-death 26.03.14, 14:56
    Ja tylko oceniam te dwie informacje jakie Kora podała o swoim eks. Jedna to ta związana z chorobą, o czym dowiedziała się jakiś czas po ślubie, czyli to, że jako młodzieniec miał epizod schizofrenii i potem po ślubie kolejny. A druga to ta z 3-letnią przerwą pomiędzy maturą i studiami, w której jak twierdził, pracował w wyuczonym w szkole średniej zawodzie. No i jeszcze dostał kat D.
    Na podstawie czegoś takiego, naprawdę nie można się zorientować, że ktoś jest schizofrenikiem w stanie remisji. Przyczyna nawrotu choroby to inna kwestia. Podejrzewam, że skoro przestał zażywać leki, to znaczy, że już wcześniej choroba się objawiła i ta podtrzymująca dawka, którą brał okazała się za mała. I pierwszym poważniejszym objawem nawrotu było właśnie odstawienie leku. A potem się posypało do reszty.

    A z tym małżeństwem to nie jest prosta sprawa, bo żona odpowiada za długi męża i ma wobec niego zobowiązania alimentacyjne. I w przypadku takiej choroby, jest prawnie zobowiązana do ponoszenia jej konsekwencji. A chory nieźle może namieszać i dać popalić. Na forum przeczytałam o przypadku gdzie żona została pozwana o alimenty od obcej baby, bo mąż w trakcie epizodu manii dziecko jej zrobił. To dotyczyło chorego na CHAD. A rozwodu z chorym w trakcie zaostrzenia choroby, to można nie dostać.
  • urko70 26.03.14, 16:01
    berta-death napisała:

    > A z tym małżeństwem to nie jest prosta sprawa, bo żona odpowiada za długi męża
    > i ma wobec niego zobowiązania alimentacyjne.

    Bardzo ciekawe podejście.. prezentować negatywy małżeństwa dla żony w kontekscie zachwytów Kory nad konkubinatem w którym dostała na własność trzy nieruchomości.
    To również porównywanie nieporównywalnych.

    Tak samo żona wobec męża jak i mąż wobec żony maja pewne obowiązki no ale tutaj to sie podnosi tylko odpowiedzialność żony....
  • kora3 30.03.14, 10:11
    a tymczasem entuzjaści formalizacji związków zawsze podnoszą, ze owa formalizacja to forma zabezpieczenia dla kobiety i potomstwa.

    Zawsze jest mowa o alimentach na była żonę w razie "wu":), a kwestia alimentowania byłego meża jest "dyplomatycznie" pomijana. Dodatkowo o tych alimentach mówią owi entuzjaści tak, jakby alimentowanie byłej żony po rozwodzie było jakimś standardem. a tymczasem nim wcale nie jest. To nie jest oczywistość, ze w razie rozwodu eksmaż ma obowiązek alimetowac byłą żonę!
    KAZDE z byłych małżonków może zostać do tego zobligowane w szczególnych sytuacjach i pod pewnymi warunkami.
    Szczególną taką sytuacją jest taka, gdy były małżonek nie może z obiektywnych przyczyn podjąć pracy. Taką obiektywną przyczyną może być np. stan zdrowia, ciąża, koniecznośc opieki nad niepełnosprawnym dzieckiem itd.
    Pamiętać też trzeba, że o alimenty na siebie nie może występować osoba, którą w orzeczeniu rozwodowym sad uznał za winną lub współwinną rozpadu małżeństwa.

    Nie jest zatem wcale takie proste uzyskanie świadczenia alimentacyjnego od byłego małzonka:) - a tymczasem jest to tak przedstawiane, jakby z automatu były maż musiał alimentować byłą żone.

    Pomijana jest też zwykle kwestia tego, że przecież zarówno w przypadku alimentowania dzieci (króre nie zależy wcale od tego, czy dziecko jest ze związku formalnego, czy nie) , jak i ewentualnego alimentowania byłego małżonka wysokość alimentów zależy od możliwości finansowych alimentującego. Jeśli są one małe, to i alimenty będą małe. Tymczasem przedstawiane jest to tak, że po rozwodzie kokosy się dostanie na siebie i dzieci, jakby całkiem niezależnie od poborów eksmęża:)

    Co do Twej uwagi o tych nieruchomościach (chyba przeboleć tego nie możesz:)) oraz mej postawy - nikogo bym nie namawiała na to, by chcąc formalnego związku był w nieformalnym. Przeciwnie - uważam, że jeśli komuś zależy na ślubie z dowolnej przyczyny, to powinien jasno się określić w tej sprawie i trzymać się swego.

    Mnie chodzi jedynie o to, by nie podtrzymywać mitów w temacie zabezpieczeń, jakie daje małżeństwo kobiecie.
    Mówmy i piszmy prawdę:
    - tak, po slubie jest wspólnota majątkowa (którą można wyłączyć, częściowo wyłączyć i która nie obejmuje majątku odrębnego), ALE ona obejmuje nie tylko dobra, tylko także ZOBOWIAZANIA (np. kredytowe)
    - tak, po ślubie dziedziczy się po współmałżonku z ustawy, ALE także dziedziczy się zobowiązania (np. długi)
    - tak, po rozwodzie można ubiegać się o alimentowanie przez eks, ALE wcale nie jest powiedziane, że się te alimenty dostanie ORAZ były współmałżonek TAKZE może ubiegać się o to świadczenie z naszej kieszeni.

    To nie są żadne argumenty przeciw formalizacji, tylko suche fakty.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 31.03.14, 10:03
    kora3 napisała:

    > No właśnie - to działa w OBIE strony

    Więc czemu porównuje się konkubinat w którym kobieta dostała trzy nieruchomości
    na własność z małżeństwem w którym kobieta miałaby spłacać długi męża?


    > a tymczasem entuzjaści formalizacji związków zawsze podnoszą, ze owa formalizac
    > ja to forma zabezpieczenia dla kobiety i potomstwa.
    >
    > Zawsze jest mowa o alimentach na była żonę w razie "wu":), a kwestia alimentowa
    > nia byłego meża jest "dyplomatycznie" pomijana.

    Jeśli odpowiesz sobie na nw pytania to szybko zdejmiesz powyższy cudzysłów.
    Jak często zdarzają się alimenty na żonę a jak często na męża?
    Jak często na żonę z dziećmi a jak często na ojca z dziećmi?
    Jak często matka dostaje prawo do opieki a jak często ojciec?


    > Co do Twej uwagi o tych nieruchomościach (chyba przeboleć tego nie możesz:))

    "Przeboleć"(?) koniecznie zapoznaj się ze znaczeniem tego słowa.


    > Mnie chodzi jedynie o to, by nie podtrzymywać mitów w temacie zabezpiec
    > zeń, jakie daje małżeństwo kobiecie.

    Rysuje tu się obraz kogoś kto bardzo by chciał aby związek innych niż Twój nie był
    w żadnym stopniu lepszy od tego w którym akurat jesteś.


    > Mówmy i piszmy prawdę:
    > - tak, po slubie jest wspólnota majątkowa (którą można wyłączyć, częściowo wyłą
    > czyć i która nie obejmuje majątku odrębnego), ALE ona obejmuje nie tylko dobra,
    > tylko także ZOBOWIAZANIA (np. kredytowe)
    > - tak, po ślubie dziedziczy się po współmałżonku z ustawy, ALE także dziedziczy
    > się zobowiązania (np. długi)
    > - tak, po rozwodzie można ubiegać się o alimentowanie przez eks, ALE wcale nie
    > jest powiedziane, że się te alimenty dostanie ORAZ były współmałżonek TAKZE moż
    > e ubiegać się o to świadczenie z naszej kieszeni.
    >
    > To nie są żadne argumenty przeciw formalizacji, tylko suche fakty.

    ROTFL
  • kora3 31.03.14, 10:55
    urko70 napisał:
    >
    > Więc czemu porównuje się konkubinat w którym kobieta dostała trzy nieruchomości
    >
    > na własność z małżeństwem w którym kobieta miałaby spłacać długi męża?
    >


    A KTO porównywał - zacytuj :)
    >

    > Jak często zdarzają się alimenty na żonę a jak często na męża?

    Irko, zarówno na meza, jak i na żonę zdarzają się one rzadko.

    > Jak często na żonę z dziećmi a jak często na ojca z dziećmi?

    Chwila, chwila - nie ma czegoś takiego jak alimenty na "zonę z dziećmi", czy "ojca z dziećmi" - alimenty na dzieci orzekane są osobno, a na (eks)współmałzonka osobno. Istotnie częściej sądy decydują, ze miejsce pobytu małoletnich dzieci będzie w miejscu pobytu matki, ale wcale nie oznacza to bynajmniej, że jest to równoznaczne z alimentowaniem JEJ przez (eks)meża.

    > Jak często matka dostaje prawo do opieki a jak często ojciec?

    Jak wyżej.

    > "Przeboleć"(?) koniecznie zapoznaj się ze znaczeniem tego słowa.

    haha:)

    >
    > Rysuje tu się obraz kogoś kto bardzo by chciał aby związek innych niż Twój nie
    > był
    > w żadnym stopniu lepszy od tego w którym akurat jesteś.


    Chyba źle się czujesz - co mnie interesują związku innych? No chyba, ze ktoś mnie prosi o rade, czy sam o swoim opowiada. Mnie interesuje mój związek i mnie mój w każdym aspekcie odpowiada, a wszyscy inny mogą sobie być w takich, jak im odpowiadają, albo nie odpowiadają. Co mnie to?

    >
    > ROTFL


    Wskaż, gdzie napisałam nieprawdę:)


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 01.04.14, 11:07
    kora3 napisała:

    > > Więc czemu porównuje się konkubinat w którym kobieta dostała trzy
    > > nieruchomości
    > >
    > > na własność z małżeństwem w którym kobieta miałaby spłacać długi męża?
    > >

    >
    > A KTO porównywał - zacytuj :)

    Wątek jest o "konkubinat wobec małżeństwo":
    - Ty przywołujesz swój konkubinat z 3 nieruchomościami w prezencie
    - Berta: małżeństwo w którym "żona odpowiada za długi męża "



    > > Jak często zdarzają się alimenty na żonę a jak często na męża?
    >
    > Irko, zarówno na meza, jak i na żonę zdarzają się one rzadko.

    Koro, zanim coś wyślesz to przeczytaj i upewnij się że piszesz na temat.
    Powyższe moje pytanie wyraźnie rozdzieliło alimentowanie żony od alimentowania męża.


    > > Jak często na żonę z dziećmi a jak często na ojca z dziećmi?
    >
    > Chwila, chwila - nie ma czegoś takiego jak alimenty na "zonę z dziećmi", czy "o
    > jca z dziećmi" - alimenty na dzieci orzekane są osobno, a na (eks)współmałzonka
    > osobno. Istotnie częściej sądy decydują, ze miejsce pobytu małoletnich dzieci
    > będzie w miejscu pobytu matki, ale wcale nie oznacza to bynajmniej, że jest to
    > równoznaczne z alimentowaniem JEJ przez (eks)meża.

    "Nie ma" dla kogoś kto zna temat "przez szybkę".
    Rzeczywistość jest taka, że alimenty idą do kieszeni rodzica i nikt nigdy nie sprawdzi
    na co dokładnie zostały wydane (potrzeby dziecka czy rodzica) a spraw typu "daję na
    dziecko a matka wydaje na ciuszki jest całkiem sporo). także teoretycznie oczywiście
    masz rację ale praktycznie wygląda to inaczej.


    > > Jak często matka dostaje prawo do opieki a jak często ojciec?
    >
    > Jak wyżej.

    Właśnie, dostaje dzieci częściej praktycznie zawsze więc i pieniądze ida do kieszeni matki.

    Czyli alimentowania eksmęża czy dzieci wychowywanych przez eksmeża to wypadki SPORADYCZNE, tym samym nie mogą być żadnym sensownym argumentem w dyskusji.



    > > "Przeboleć"(?) koniecznie zapoznaj się ze znaczeniem tego słowa.
    >
    > haha:)

    Umiejętność śmiania się z siebie jest istotna ale ważniejszym jest abyś nie używała
    wobec innych słów niezgodnie z ich znaczeniem ponieważ sugerujesz nieprawdę.


    > Rysuje tu się obraz kogoś kto bardzo by chciał aby związek innych niż Twój
    > nie był w żadnym stopniu lepszy od tego w którym akurat jesteś.

    >
    > Chyba źle się czujesz - co mnie interesują związku innych? No chyba, ze ktoś mn
    > ie prosi o rade, czy sam o swoim opowiada. Mnie interesuje mój związek i mnie m
    > ój w każdym aspekcie odpowiada, a wszyscy inny mogą sobie być w takich, jak im
    > odpowiadają, albo nie odpowiadają. Co mnie to?

    Dwa razy pytasz mnie o swoje zainteresowania - jak Ci odpowiem, to zaczniesz
    kwestionować więc nie ma sensu odpowiadać.


    > >ROTFL
    >
    > Wskaż, gdzie napisałam nieprawdę:)

    Śmiałem się z tych "Twoich" faktów. Problem z Tobą jest taki, zepiszesz rzeczy
    oczywiste i prawdziwe tyle tylko, że nie mające znaczenia, zastosowania, będące
    wyjątkami, będące możliwościami a nie zasadami.
  • kora3 01.04.14, 14:27
    urko70 napisał:
    >
    > Wątek jest o "konkubinat wobec małżeństwo":

    watek jest o tym, że jakaś organizacja zrobiła akcję :) mającą na celu propagowanie formalizacji związków.

    > - Ty przywołujesz swój konkubinat z 3 nieruchomościami w prezencie
    > - Berta: małżeństwo w którym "żona odpowiada za długi męża "


    Owszem i...? To jest pokazanie drugiej strony tego, co propagują organizatorzy akcji. Nie wolno pokazywać prawdy?

    >
    > Koro, zanim coś wyślesz to przeczytaj i upewnij się że piszesz na temat.
    > Powyższe moje pytanie wyraźnie rozdzieliło alimentowanie żony od alimentowania
    > męża.


    Jedna i druga sytuacja zdarzają się rzadko w stosunku do orzekanej liczby rozwodów.
    >
    >
    >
    > "Nie ma" dla kogoś kto zna temat "przez szybkę".
    > Rzeczywistość jest taka, że alimenty idą do kieszeni rodzica i nikt nigdy nie s
    > prawdzi
    > na co dokładnie zostały wydane (potrzeby dziecka czy rodzica


    Sprawdzi, oczywiście jeśli chce. jeśli rodzic alimentujący ma jakiekolwiek wątpliwości dotyczące celu na jaki sa wydawane alimenty na dziecko może i powinien zwrócić się do sadu rodzinnego i nieletnich o wyjaśnienie sprawy.
    Nie ma najmniejszych trudności z uzyskiwaniem potwierdzeń zakupów, zatem ....

    ) a spraw typu "daj
    > ę na
    > dziecko a matka wydaje na ciuszki jest całkiem sporo). także teoretycznie oczyw
    > iście
    > masz rację ale praktycznie wygląda to inaczej.


    Praktycznie to b. wiele matek, które po rozstaniu się z ojcem dziecka/dzieci wychowuje je samotnie ma problem ze "ściągnięciem" z tegoż ojca alimentów na dziecko i to bez względy na to, czy dziecko jest ze związku formalnego, czy nie.

    W praktyce rodzic przy którym są po rozstaniu dzieci ma prawo zaspokajać także swoje potrzeby - ze swoich pieniędzy. wiec nie ma nic złego, ze matka wyda swoją kasę na swoje ubrania jeśli ja stać i jesli zaspokaja potrzeby dziecka. W razie wątpliwości są jak wspomniałam prawnicy i ostatecznie - sądy.
    >
    > Właśnie, dostaje dzieci częściej praktycznie zawsze więc i pieniądze ida do kie
    > szeni matki.


    Po pierwsze - to jest żaden argument w TEJ dyskusji, ponieważ mowa teraz o dzieciach, a do alimentowania tychże zobowiązani sa rodzice niezależnie od tego, czy dziecko pochodzi ze związku formalnego, czy nieformalnego. Zatem, jak piszesz, "pieniądze idą do kieszeni matki", a matka ta wcale nie musu być (jeszcze) żona, ani byłą zoną. :)
    >
    > Czyli alimentowania eksmęża czy dzieci wychowywanych przez eksmeża to wypadki S
    > PORADYCZNE, tym samym nie mogą być żadnym sensownym argumentem w dyskusji.


    Powtarzam - na dzieci mają łożyć oboje rodzice i nie ma znaczenia, czy dzieci sa z formalnego związku czy wolnego. Zatem eksmąż placący na dzieci będące przy byłej zonie jest dokładnie w takiej samej sytuacji prawnej, jak ekspartner płacący na swoje dzieci, które sa przy byłej partnerce.
    Tak piszesz, jakby ojciec dziecka ze związku nieformalnego nie miał obowiązku płacić na swoje dziecko, które jest przy matce:) nieuwaga, czy kolejna manipulacja?:)
    >
    >
    > Dwa razy pytasz mnie o swoje zainteresowania - jak Ci odpowiem, to zaczniesz
    > kwestionować więc nie ma sensu odpowiadać.


    Jest takie pojecie jak "pytanie retoryczne" , wiesz?:)
    >
    > Śmiałem się z tych "Twoich" faktów. Problem z Tobą jest taki, zepiszesz rzeczy
    > oczywiste i prawdziwe tyle tylko, że nie mające znaczenia, zastosowania, będące
    > wyjątkami, będące możliwościami a nie zasadami.


    To wcale nie sa sytuacje wyjątkowe, gdy żona musi spłacać długi meza. To sa sytuacje częstsze niż odwrotne - czyli maż musi spłacać długi zony.
    Sytuacją wyjątkową jest to osławione alimentowanie byłego współmałżonka! Bo także na rzecz kobiet jest ono orzekane rzadko.
    Natomiast bardzo powszechną jest sytuacja, że gdy rozstaje się małżeństwo mające jak to mówią g...., to do wielkiego podziału zostaje mieszkanie w kredycie i 5 letnie auto np.



    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • kora3 01.04.14, 14:46
    Małżeństwo z 10 letnim stażem, 1 dziecko 8 l., majątek dorobkowy: mieszkanie 65 m. kw. w kredycie, dwa samochody warte może po 10 tys. każdy, dwa odbiorniki TV, sprzęt AGD, meble (bynajmniej nie antyki).
    Pan zarabia jakieś 4 paczki na rękę, z czego ok. 50 proc. stanowią diety delegacyjne i prowizje (co nie wchodzi w skład podstawy naliczania alimentów, bo nie jest stałym składnikiem zarobku). Pani jakieś 2,5 tys. na rękę. Właśnie się rozwodzą.
    Mogą się oczywiście dogadać, ale załóżmy, że to sad będzie decydował o podziale majątku i alimentach.
    Na dziecko przy takich zarobkach pana pani więcej niż 500, góra 600 złotych na dziecko nie dostanie. Sąd pewnie przydzieli jej 2/3 mieszkania, bo z nia najpewniej zostanie dziecko. Zatem ona i dziecko 2 pokoje, eksmąż - 1 pokój. Kuchnia, przedpokój, łazienka, WC - wspólne. Zarówno pani, jak i pan mogą się wyprowadzić pozostawiając całośc mieszkania eksmęzowi/eksżonie, ale czy tak czy tak druga strona będzie musiała spłacić pierwszą, a pierwsza przejąć w całości pozostały do spłaty kredyt. Ze spłaty żadne z nich nie kupi sobie mieszkania.
    Ani eksżona nie dostanie alimentów od eksmęża na siebie, ani eksmąż od eksżony, bo oboje są zdolni do pracy (poniekąd też oboje pracują).

    Tak wygląda sytuacja w praktyce. Mnie się jakoś względem tych "zabezpieczeń" nie jawi rózowo, a Tobie?
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 02.04.14, 15:52
    kora3 napisała:

    > Tak wygląda sytuacja w praktyce. Mnie się jakoś względem tych "zabezpieczeń" ni
    > e jawi rózowo, a Tobie?

    A w analogicznej sytuacji ale bez małżeństwa:
    - pan się wyprowadza (jeśli to było mieszkanie pani) i szukaj wiatru w polu w celu
    udowodnienia ojcostwa tym samym pozwania o alimenty.
    - jeśli to nie było mieszkanie pani to pani nie ma do niego prawa - ot przez te
    10-11 lat konsumowała to co zarobiła i mając 35-40 lat nie ma mieszkania, mało
    zarabia więc i nie ma na utrzymanie dziecka więc sąd nie powinien jej przyznać
    opieki nad dzieckiem (no chyba, że zachodzą wyjątkowe okoliczności).

    Jeśli Pani zachorowała, a panu odwidziało się to pan się pakuje i zmienia lokal,
    a pani jest w kłopocie bo nie ma środków do życia ale jeśli miała ślub to pan
    obowiązany jest ją alimentować.

    Kiedyś "paczkami" nazywało się "stówy".
    Jeśli masz na myśli 400zł /mc to chyba to jakaś pomyłka, jeśli masz na myśli
    400.000zł /mc to też to bardzo mało prawdopodobne.

    Możliwych sytuacji jest mnóstwo, można je domknąć ogólnym stwierdzeniem, że
    każde wzajemne zobowiązanie daje pewne prawa i obowiązki dając równocześnie
    większą stabilność. Na tym polega i do tego służą wszelkie umowy tak małżeńskie
    jaki i biznesowe: stabilizują wzajemne funkcjonowanie.
  • kora3 03.04.14, 10:11
    urko70 napisał:
    > - pan się wyprowadza (jeśli to było mieszkanie pani) i szukaj wiatru w polu w c
    > elu
    > udowodnienia ojcostwa tym samym pozwania o alimenty.


    No tu to już niezłym mitem jedziesz:) - w analogicznej sytuacji dziecko ma 8 (słownie: osiem) lat. Skąd pomysł, że matka teraz miałaby wnosić o ustalenie ojcowstwa?:)
    Przecież to absurd. Skoro para żyła z sobą 10 lat i ojcem dziecka jest były partner pani, to najpewniej uznał on dziecko przed jego narodzinami (to możliwe i praktykowane), albo tuż po nich. Zatem niczego nie trzeba mu udowadniać w kwestii ojcostwa.
    Pozostaje kwestia wyegzekwowania alimentów, z czym maja problem matki niezależnie od tego, czy dziecko jest z formalnego związku czy nie.
    My tu jednak mówić mamy o sytuacji analogicznej - zatem pan nie bezrobotny, ani nieuchwytny i najpewniej alimenty na dziecko będzie płacić.

    > - jeśli to nie było mieszkanie pani to pani nie ma do niego prawa

    A no widzisz - tu dochodzimy do ważnej kwestii. Otóż:
    Jeśli mieszkanie stanowiłoby odrębny majątek któregokolwiek z małżonków - np. któreś z nich kupiłoby je przed ślubem, to odpowiednio eksżona/eksmąż także nie mają żadnych praw do tego majątku byłego współmałzonka.
    Chciałeś rozpatrywać sytuację analogiczną, zatem nie ma opcji, ze mieszkanie jest jednej ze stron. Jest wspólne, w kredycie. Kredyt na mieszkanie można wziąć z kimkolwiek, także ze współpartnerem/rka, ale także no. z przyjacielem.

    - ot przez te
    > 10-11 lat konsumowała to co zarobiła i mając 35-40 lat nie ma mieszkania,


    Dokładnie tak samo, jak eksżona, która wprowadziła się do mieszkania aktualnego meza i mieszkała w nim, ale mieszkanie to stanowiło majątek odrębny aktualnego meza.
    Tak mi wyrzucałeś, ze wspominałam, iż mój eksmąż wyprowadził się z mojego (a nie wspólnego) mieszkania, a to co piszesz pokazuje, że chyba nie rozumiesz tego mechanizmu:)
    No właśnie on mimo, ze był mezem nie miał zadnego prawa własności do mieszkania kupionego przez zone przed ślubem. Takie prawo może mieć każdy bez względu na śluby, komu właściciel mieszkania go udzieli czyniąc go współwłaścicielem, albo właścicielem poprzez akt darowizny. Sam fakt zawarcia z kims małżeństwa nie czyni współwłaścicielem majątku odrębnego tej osoby.

    mało
    > zarabia więc i nie ma na utrzymanie dziecka więc sąd nie powinien jej przyznać
    > opieki nad dzieckiem (no chyba, że zachodzą wyjątkowe okoliczności).


    Tu kolejny mit. W polskich warunkach w oczach sady dochody pani nie sa za małę na to, by wraz z kwotą alimentów mogła mieć dziecko przy sobie. To raz. Dwa, że w Polsce zasadniczo naprawdę rzadko sądy przyznają opiekę nad dzieckiem ojcom z kilku powodów, z których podnoszona przez panów uch dyskryminacja jest w moim odczuciu ostatnim, o ile występuje.

    >
    > Jeśli Pani zachorowała, a panu odwidziało się to pan się pakuje i zmienia lokal
    > ,
    > a pani jest w kłopocie bo nie ma środków do życia ale jeśli miała ślub to pan
    > obowiązany jest ją alimentować.


    Hmmm - no niby tak. Tylko, że o ile mi wiadomo, to osoba etatowo pracująca w PL (a tu o takiej pani wszak mówimy) chorując pobiera zasiłek chorobowy, zatem nie pozostaje bez środków do zycia. Zatem sąd niekoniecznie musi zdecydować o alimentowaniu jej, powiem więcej - raczej nie zdecyduje. Jeśli dojdzie do rozwodu to ważne jest jeszcze czy osoba ta nie okaze się aby całkowicie, albo współwinna rozpadowi małżeństwa jest tak - to nie może nawet wnieść o alimentowanie jej, bo wniosek zostanie odrzucony z przyczyn formalnych.

    >
    > Kiedyś "paczkami" nazywało się "stówy".
    > Jeśli masz na myśli 400zł /mc to chyba to jakaś pomyłka, jeśli masz na myśli
    > 400.000zł /mc to też to bardzo mało prawdopodobne.
    >


    No, jak widać chyba mało masz do czynienia z polskim wymiarem sprawiedliwości w tym zakresie i praktyką. :) Miałam oczywiście na myśli kwotę 400-600 złotych i niech ci się nie zdaje, ze to jakaś "pomyłka". Myslisz, ze gościowi, który zarabia miesięcznie 2 tys. złotych (a tyle zarabia, bo diety delegacyjne i prowizje nie są podstawa do naliczania alimentów, gdyż nie stanowią stałej części poborów) są da 1 dziecko "dowali" 1000 złotych? Jesteś w błędzie:)
    Oczywiście matka będzie wnosić o ok. 800 złotych, ale jeśli gość nie będzie się godził na to, małe są szanse zasadzenia takiej kwoty.
    Poza tym cały czas mowa tu znów o alimentach na dziecko , zatem fakt, czy związek z jakiego pochodzi był formalny, czy nie, nie ma żadnego znaczenia.

    > Możliwych sytuacji jest mnóstwo, można je domknąć ogólnym stwierdzeniem, że
    > każde wzajemne zobowiązanie daje pewne prawa i obowiązki dając równocześnie
    > większą stabilność. Na tym polega i do tego służą wszelkie umowy tak małżeńskie
    > jaki i biznesowe: stabilizują wzajemne funkcjonowanie.


    Jak pokazałam powyżej owe wszelkie umowy stabilizujące działają hmmm no różnie, zależnie o sytuacji :), wiec ...

    Ty zresztą niemożebnie mieszasz, bo chcesz mówić o sytuacji analogicznej podobno, a potem piszesz, że ojcostwo ktoś będzie ustalać, gdy dziecko ma 8 lat, a wspólne mieszkanie ma być czyimś majątkiem odrębnym, wiec co tu za analogia?:)



    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 03.04.14, 11:38
    kora3 napisała:

    > urko70 napisał:
    > > - pan się wyprowadza (jeśli to było mieszkanie pani) i szukaj wiatru w
    > polu w c
    > > elu
    > > udowodnienia ojcostwa tym samym pozwania o alimenty.

    >
    > No tu to już niezłym mitem jedziesz:) - w analogicznej sytuacji dziecko
    > ma 8 (słownie: osiem) lat. Skąd pomysł, że matka teraz miałaby wnosić
    > o ustalenie ojcowstwa?:)

    Stąd że matka teraz oczekuje alimentów.


    > Przecież to absurd. Skoro para żyła z sobą 10 lat i ojcem dziecka jest były par
    > tner pani, to najpewniej uznał on dziecko przed jego narodzinami (to możliwe i
    > praktykowane), albo tuż po nich. Zatem niczego nie trzeba mu udowadniać w kwest
    > ii ojcostwa.

    Twoje "najpewniej" jest tylko Twoim i to za mało. Analogicznie z argumentem
    że to jest możliwe.



    > > - jeśli to nie było mieszkanie pani to pani nie ma do niego prawa
    >
    > A no widzisz - tu dochodzimy do ważnej kwestii. Otóż:
    > Jeśli mieszkanie stanowiłoby odrębny majątek któregokolwiek z małżonków - np.
    > któreś z nich kupiłoby je przed ślubem, to odpowiednio eksżona/eksmąż także
    > nie mają żadnych praw
    do tego majątku byłego współmałzonka.
    > Chciałeś rozpatrywać sytuację analogiczną, zatem nie ma opcji, ze mieszk
    > anie jest jednej ze stron. Jest wspólne, w kredycie. Kredyt na mieszkanie można
    > wziąć z kimkolwiek, także ze współpartnerem/rka, ale także no. z przyjacielem.

    A: w czasie trwania luźnego związku z Alą, Jacek kupuje mieszkanie - czyje ono jest?
    B: w czasie trwania małżeństwa z Alą, Jacek kupuje mieszkanie - czyje ono jest?


    > - ot przez te
    > > 10-11 lat konsumowała to co zarobiła i mając 35-40 lat nie ma mieszkania,
    >

    >
    > Dokładnie tak samo, jak eksżona, która wprowadziła się do mieszkania aktualnego
    > meza i mieszkała w nim, ale mieszkanie to stanowiło majątek odrębny aktualnego
    > meza.

    Zupełnie inaczej niż eksżona której eksmąż kupił mieszkanie w czasie trwania
    małżeństwa i nie pisali żadnych klauzul.

    > Tak mi wyrzucałeś, ze wspominałam, iż mój eksmąż wyprowadził się z mojego (a ni
    > e wspólnego) mieszkania, a to co piszesz pokazuje, że chyba nie rozumiesz tego
    > mechanizmu:)

    Zwracałem uwagę na coś zupełnie innego.


    > mało zarabia więc i nie ma na utrzymanie dziecka więc sąd nie powinien jej
    > przyznać opieki nad dzieckiem (no chyba, że zachodzą wyjątkowe okoliczności).

    >
    > Tu kolejny mit. W polskich warunkach w oczach sady dochody pani nie sa za małę
    > na to, by wraz z kwotą alimentów mogła mieć dziecko przy sobie.

    Praktykujący prawnicy mówią coś innego ale oczywiście możesz mieć swoje zdanie.


    > >
    > > Jeśli Pani zachorowała, a panu odwidziało się to pan się pakuje i zmienia
    > lokal, a pani jest w kłopocie bo nie ma środków do życia ale jeśli miała ślub to
    > pan obowiązany jest ją alimentować.

    >
    > Hmmm - no niby tak. Tylko, że o ile mi wiadomo, to osoba etatowo pracująca w PL
    > (a tu o takiej pani wszak mówimy) chorując pobiera zasiłek chorobowy, zatem ni
    > e pozostaje bez środków do zycia. Zatem sąd niekoniecznie musi zdecydować o ali
    > mentowaniu jej, powiem więcej - raczej nie zdecyduje. Jeśli dojdzie do rozwodu
    > to ważne jest jeszcze czy osoba ta nie okaze się aby całkowicie, albo współwinn
    > a rozpadowi małżeństwa jest tak - to nie może nawet wnieść o alimentowanie jej,
    > bo wniosek zostanie odrzucony z przyczyn formalnych.

    1. "niby"? Skąd to niby?
    2. Czemu ograniczasz się tylko do etatowców? Sprowadzając sprawę tylko do
    nich sugerujesz, że to co napisałem jest nieprawdą, a przecież jest cała masa
    ludzi pracujących w innych formach niż etat włącznie z tym, że owa pani mogła
    prowadzić dom.


    > >
    > > Kiedyś "paczkami" nazywało się "stówy".
    > > Jeśli masz na myśli 400zł /mc to chyba to jakaś pomyłka, jeśli masz na my
    > śli 400.000zł /mc to też to bardzo mało prawdopodobne.

    >
    > No, jak widać chyba mało masz do czynienia z polskim wymiarem sprawiedliwości w
    > tym zakresie i praktyką. :) Miałam oczywiście na myśli kwotę 400-600 złotych i
    > niech ci się nie zdaje, ze to jakaś "pomyłka". Myslisz, ze gościowi, który zar
    > abia miesięcznie 2 tys. złotych (a tyle zarabia, bo diety delegacyjne i prowizj
    > e nie są podstawa do naliczania alimentów, gdyż nie stanowią stałej części pobo
    > rów) są da 1 dziecko "dowali" 1000 złotych? Jesteś w błędzie:)

    W jakiej formie zatrudnienia można mieć wynagrodzenie netto 500zł?
    Dieta to pokrycie kosztów "podróży", prowizja to już część wynagrodzenia.
    Premie również nie są stałą częścią poborów bo są zależne od różnych
    czynników, a sąd bierze łącznie dochody za danych okres.
    Znajomy kilka lat temu zarabiał ok 2kzł netto i dostał alimenty na poziomie 1.5kzł.

    "Możliwości zarobkowe zobowiązanego nie mogą być zawsze utożsamiane
    z faktycznie osiąganymi zarobkami. [...]
    Podstawą oceny możliwości zarobkowych w odniesieniu do pracownika będzie
    zarówno jego stałe wynagrodzenie obejmujące wynagrodzenie zasadnicze,
    premie i dodatki, jak i świadczenia w naturze stanowiące uzupełnienie
    wynagrodzenia [...] "



    > > Możliwych sytuacji jest mnóstwo, można je domknąć ogólnym stwierdzenie
    > m, że
    > > każde wzajemne zobowiązanie daje pewne prawa i obowiązki dając równocześn
    > ie
    > > większą stabilność. Na tym polega i do tego służą wszelkie umowy tak małż
    > eńskie
    > > jaki i biznesowe: stabilizują wzajemne funkcjonowanie.

    >
    > Jak pokazałam powyżej owe wszelkie umowy stabilizujące działają hmmm no różnie,
    > zależnie o sytuacji :), wiec ...

    Nie wiem co i komu pokazywałaś ale na pewno nie podważyłaś istoty zawierania
    umów czyli większej pewności / stabilizacji.

  • kora3 03.04.14, 16:54
    urko70 napisał:
    >
    > Stąd że matka teraz oczekuje alimentów.


    To nie jest takie proste Urko.
    Matka ma możliwość wskazania kto jest jej zdaniem ojcem (albo ze nie jest nim pan uznawany za takiego "z urzędu") tuz po urodzeniu dziecka. Jeśli sama zadeklaruje w urzędzie, ze ojciec dziecka jest nieznany, to po takim czasie ma nikłe szanse na skuteczne uznanie jego ojcostwa i alimenty. Może jeszcze odpowiedzieć za wyłudzanie zasiłku, bo wiedziała/domniemywała kto jest ojcem i nie wniosła zaraz o ustalenie ojcostwa i alimenty od ojca, tylko brała zasiłek od państwa.
    >
    >
    > Twoje "najpewniej" jest tylko Twoim i to za mało. Analogicznie z argumentem
    > że to jest możliwe.


    Tak samo możliwe jest, że dziecko wspomniane urodzone w małżeństwie ma status dziecka ojca nieznanego, jeśli maz skutecznie wniósł o zaprzeczenie.
    Mamy mówić o sytuacji analogicznej!

    > A: w czasie trwania luźnego związku z Alą, Jacek kupuje mieszkanie - czyje ono
    > jest?


    Zalezy :) Jacek może Alę uczynić współwłaścicielem kupowanej nieruchomości, albo jej ja podarować. Jesli nie - Jacek jest właścicielem.

    > B: w czasie trwania małżeństwa z Alą, Jacek kupuje mieszkanie - czyje ono jest?

    Zależy :) - jeśli Jacek kupił za kase stanowiąca majątek odrębny (ze sprzedaży czegoś co takowy stanowiło, z darowizny dla siebie, ze spadku dla siebie itd.) to jest tylko Jacka. Jesli ze wspólnej kasu, to wspólne.

    Tylko, ze w wolnym związku b. łatwo wpisać, ze kupuje się RAZEM i finał. Jesli ktoś tego nie robi, to najwyraźniej - nie chce.

    >
    > Zupełnie inaczej niż eksżona której eksmąż kupił mieszkanie w czasie trwania
    > małżeństwa i nie pisali żadnych klauzul.


    jak pisałam - zależy z czego kupił. Ale mieliśmy mówić o sytuacji analogicznej - WSPÓLNY kredyt na mieszkanie :)
    \
    >
    > Zwracałem uwagę na coś zupełnie innego.


    Ależ nie:) pisałeś co się dzieje, gdy w wolnym związku rozpadającym się mieszkanie jest własnoscią pana, albo pani. Dokładnie to samo co się dzieje w rozpadającym się małżeństwie, gdy owo mieszkanie stanowi majątek odrębny jednego z małżonków - drugi nic do niego nie ma.
    Natomiast mowa miała być o sytuacji analogicznej - jest mieszkanie we WSPÓLNYM kredycie:)
    >
    > Praktykujący prawnicy mówią coś innego ale oczywiście możesz mieć swoje zdanie.

    zalinkuj plizzzz
    :)

    >
    > 1. "niby"? Skąd to niby?

    Stąd, ze o ile nie ma przeszkód formalnych można składać wniosek. a to, ze się nie dostanie alimentów na siebie, to fakt.

    > 2. Czemu ograniczasz się tylko do etatowców? Sprowadzając sprawę tylko do
    > nich sugerujesz, że to co napisałem jest nieprawdą, a przecież jest cała masa
    > ludzi pracujących w innych formach niż etat włącznie z tym, że owa pani mogła
    > prowadzić dom.


    Dałam taki przykład ...Kupa gości tez pracuje na umowy smieciowe, albo wcale, a sad zasądza im alimenty na dzieci, biorąc pod uwagę możliwości zarobkowania..
    Tak samo jest w przypadku pań ubiegających się o alimenty na siebie - ocenia jakie mają możliwości, nawet jeśli wcale nie pracują.

    >
    > W jakiej formie zatrudnienia można mieć wynagrodzenie netto 500zł?

    Można na pewną cząstke etatu. Ja mam taką cząstkę etatu na uczelni państwowej np. :)
    Tylko, ze to nie jest mój jedyny dochód.

    > Dieta to pokrycie kosztów "podróży", prowizja to już część wynagrodzenia.

    Nie bierze się jej pod uwagę przy naliczaniu, bo nie jest stałą czescią.

    > Premie również nie są stałą częścią poborów bo są zależne od różnych
    > czynników, a sąd bierze łącznie dochody za danych okres.


    Premie to co innego, bo sa stałe.

    > Znajomy kilka lat temu zarabiał ok 2kzł netto i dostał alimenty na poziomie 1.5
    > kzł.


    a na ile dzieci przepraszam? Na 1? Jesli tak mówił, to albo dziecko było bardzo chore, albo kit ci wcisnął. Nie ma takiej opcji.

    Goac łatwo wykazałby w sadzie, ze za taka kwotę się nie utrzyma - za to nawet mieszkania nie opłaci.
    >
    > Nie wiem co i komu pokazywałaś ale na pewno nie podważyłaś istoty zawierania
    > umów czyli większej pewności / stabilizacji.

    uważam, ze MOJE umowy w tym zakresie stanowią wieksza stabilizację i pewność. Zaprzeczysz temu?:)
    >


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 08.04.14, 10:05
    kora3 napisała:

    > urko70 napisał:
    > >
    > > Stąd że matka teraz oczekuje alimentów.

    >
    > To nie jest takie proste Urko.

    Sprowadziłaś w tym miejscu problem do pytania:
    "Skąd pomysł, że matka teraz miałaby wnosić o ustalenie ojcowstwa?"
    to ja Ci odpowiedziałem na to pytanie. To bardzo proste.


    > > Twoje "najpewniej" jest tylko Twoim i to za mało. Analogicznie z argum
    > entem że to jest możliwe.

    >
    > Tak samo możliwe jest, że dziecko wspomniane urodzone w małżeństwie ma status d
    > ziecka ojca nieznanego, jeśli maz skutecznie wniósł o zaprzeczenie.
    > Mamy mówić o sytuacji analogicznej!

    Tylko wtedy kiedy przysięga małżeństwa niewiele znaczy dla danej kobiety.


    > > A: w czasie trwania luźnego związku z Alą, Jacek kupuje mieszkanie - c
    > zyje ono jest?

    >
    > Zalezy :) Jacek może Alę uczynić współwłaścicielem kupowanej nieruchomości, alb
    > o jej ja podarować. Jesli nie - Jacek jest właścicielem.

    Nie uczynił. Więc jest Jacka.

    > > B: w czasie trwania małżeństwa z Alą, Jacek kupuje mieszkanie - czyje
    > ono jest?

    >
    > Zależy :) - jeśli Jacek kupił za kase stanowiąca majątek odrębny (ze sprzedaży
    > czegoś co takowy stanowiło, z darowizny dla siebie, ze spadku dla siebie itd.)
    > to jest tylko Jacka. Jesli ze wspólnej kasu, to wspólne.

    Kupił za kasę zarobioną w czasie ostatnich lat w czasie trwania małżeństwa -
    mieszkanie jest wspólne.

    Powyżej dałem przykład najczęstszych sytuacji kiedy ludzie żyją razem, zarabiają,
    nie zachodzą przypadki szczególne typu ustanowienie wspolwlascicielem czy
    majątek odrębny.
    Jacek bardzo dobrze zarabia i jeśli kupuje mieszanie to jest ono:
    a. tylko jego jeśli to wolny związek
    b. obojga jeśli to małżeństwo.

    Ala jest bezpieczniejsza w sytuacji b.


    > Tylko, ze w wolnym związku b. łatwo wpisać, ze kupuje się RAZEM i finał. Jesli
    > ktoś tego nie robi, to najwyraźniej - nie chce.

    Jak "razem" skoro to Jacek płaci.... :)
    Fundamentem związku jest miłość, zaufanie etc. Wprowadzanie do związku
    dodatkowych zapisów z marszu podważa wzajemne zaufanie obojga.


    > >
    > > Zupełnie inaczej niż eksżona której eksmąż kupił mieszkanie w czasie trwa
    > nia małżeństwa i nie pisali żadnych klauzul.

    >
    > jak pisałam - zależy z czego kupił. Ale mieliśmy mówić o sytuacji analogicznej
    > - WSPÓLNY kredyt na mieszkanie :)

    No tak... bo jeśli kupił z pieniędzy pochodzących z napadu na bank to masz gorzej...


    > >Zwracałem uwagę na coś zupełnie innego.
    >
    > Ależ nie:)

    Ależ tak.


    > > Praktykujący prawnicy mówią coś innego ale oczywiście możesz mieć
    > swoje zdanie.

    >
    > zalinkuj plizzzz
    > :)

    Mam ich nagrać i wrzucić plik do sieci?


    > > 1. "niby"? Skąd to niby?
    >
    > Stąd, ze o ile nie ma przeszkód formalnych można składać wniosek. a to, ze się
    > nie dostanie alimentów na siebie, to fakt.

    Manipulujesz. Ja wskazałem, ze w jednej sytuacji kobieta ma prawo do roszczeń
    a w drugiej nie ma takiego prawa. Więc nie ma mowy o żadnym "niby"


    > > 2. Czemu ograniczasz się tylko do etatowców? Sprowadzając sprawę tylko
    > do
    > > nich sugerujesz, że to co napisałem jest nieprawdą, a przecież jest cała
    > masa
    > > ludzi pracujących w innych formach niż etat włącznie z tym, że owa pani m
    > ogła
    > > prowadzić dom.

    >
    > Dałam taki przykład ...

    Przykład sugerujący nieprawdziwnosć argumentu.


    > > W jakiej formie zatrudnienia można mieć wynagrodzenie netto 500zł?
    >
    > Można na pewną cząstke etatu. ....

    Ręce opadają z tym Twoim wyszukiwaniem sytuacji wyjątkowych.
    Więc uprzejmie Cię informuję, że jeśli ktoś pracuje na np 1/4 etatu to nie ma to znaczenia.


    > > Dieta to pokrycie kosztów "podróży", prowizja to już część wynagrodzen
    > ia.

    >
    > Nie bierze się jej pod uwagę przy naliczaniu, bo nie jest stałą czescią.
    >
    > > Premie również nie są stałą częścią poborów bo są zależne od różnych
    > > czynników, a sąd bierze łącznie dochody za danych okres.

    >
    > Premie to co innego, bo sa stałe.

    Bzdura:
    "Premia jest to składnik wynagrodzenia bieżącego przyznawany pracownikowi jako
    uzupełnienie płacy zasadniczej, a uzależniony od spełnienia określonych kryteriów."

    Jeszcze raz:
    "Możliwości zarobkowe zobowiązanego nie mogą być zawsze utożsamiane
    z faktycznie osiąganymi zarobkami. [...]
    Podstawą oceny możliwości zarobkowych w odniesieniu do pracownika będzie
    zarówno jego stałe wynagrodzenie obejmujące wynagrodzenie zasadnicze,
    premie i dodatki, jak i świadczenia w naturze stanowiące uzupełnienie
    wynagrodzenia [...]



    > > Znajomy kilka lat temu zarabiał ok 2kzł netto i dostał alimenty na poz
    > iomie 1.5 kzł.

    >
    > a na ile dzieci przepraszam? Na 1? Jesli tak mówił, to albo dziecko było bardzo
    > chore, albo kit ci wcisnął. Nie ma takiej opcji.

    Na dwoje i nikogo nie obchodziło, że jemu zostało 500zł więc Twoje
    "Myslisz, ze gościowi, który zarabia miesięcznie 2 tys. złotych [...] są da
    1 dziecko "dowali" 1000 złotych? Jesteś w błędzie:)"
    Było nieprawdziwe.


    > Goac łatwo wykazałby w sadzie, ze za taka kwotę się nie utrzyma - za to nawet m
    > ieszkania nie opłaci.

    Sąd uznał, że jest w stanie zarabiać więcej i nie maiło znaczenia, ze żona została w mieszkaniu a on musiał się wynieść z pełnymi konsekwencjami (nie było orzeczcenia
    o winie)


    > > Nie wiem co i komu pokazywałaś ale na pewno nie podważyłaś istoty zawi
    > erania umów czyli większej pewności / stabilizacji.

    > uważam, ze MOJE umowy w tym zakresie stanowią wieksza stabilizację i pewność. Z
    > aprzeczysz temu?:)

    Twoje umowy nie mają tu żadnego znaczenia. :)
  • kora3 08.04.14, 11:40
    urko70 napisał:

    > to ja Ci odpowiedziałem na to pytanie. To bardzo proste.


    Nie, bo mowa miała być o sytuacji ANALOGICZNEJ - zatem dziecko jest uznane przez partnera w wolnym związku, a kredyt na mieszkanie - wspólny :)
    Wówczas mowa o sytuacji analogicznej dla opisanej - małżeńskiej.
    >
    > Tylko wtedy kiedy przysięga małżeństwa niewiele znaczy dla danej kobiety.

    a co to ma do rzeczy? Mezczyzna będący mezem matki może skutecznie wnieśc o zaprzeczenie ojcostwa dziecka urodzonego w trakcie małżeństwa i nie wnosić o rozwód :)

    >
    > Kupił za kasę zarobioną w czasie ostatnich lat w czasie trwania małżeństwa -
    > mieszkanie jest wspólne.


    Niekoniecznie - ale tak - owszem .. Tylko znów sprowadzasz sprawę do tego, że tak się dzieje z automatu pomijając zupełnie, ze para w wonnym związku także MOZE SOBIE TE SPRAWY UREGULOWAĆ. A Ty piszesz tak, jakby się tego nie dało zrobić, co jest kompletną nie[prawdą - vide chociażby moja/nasza sytuacja:) Jeśli ktoś tego w wolnym związku nie robi, to widać nie chce, podobnie - jeśli współmałżonek nie czyni drugiego współwłaścicielem swego majątku odrębnego, to widać tak osoby w tym związku chcą.

    >
    > Jacek bardzo dobrze zarabia i jeśli kupuje mieszanie to jest ono:
    > a. tylko jego jeśli to wolny związek


    No właśnie NIEKONIECZNIE - bo Jacek ma prawo dysponować swoim majątkiem nawet już na wstępie kupując go ustanowić drugiego współwłaściciela w postaci np. swej partnerki. Cały czas piszesz tak, jakby ludzie w wolnym związku nie mogli mieć wspólnego majątku, a tymczasem - przecież mogą.

    > b. obojga jeśli to małżeństwo.
    >
    > Ala jest bezpieczniejsza w sytuacji b.


    To zależy tylko od Jacka i Ali czy Ala jest tak samo bezpieczna czy bezpieczniejsza.

    >
    > Jak "razem" skoro to Jacek płaci.... :)

    Normalnie :)

    > Fundamentem związku jest miłość, zaufanie etc. Wprowadzanie do związku
    > dodatkowych zapisów z marszu podważa wzajemne zaufanie obojga.


    No właśnie, zatem po co te zapisy w małżeństwie w ogóle:)

    >
    > No tak... bo jeśli kupił z pieniędzy pochodzących z napadu na bank to masz gorz
    > ej...


    ze co?
    >
    > Mam ich nagrać i wrzucić plik do sieci?

    Nie wystarczy, gdy wrzucisz średnia dot. orzekanych kwot alimentów :)

    >
    >
    > Manipulujesz. Ja wskazałem, ze w jednej sytuacji kobieta ma prawo do roszczeń
    > a w drugiej nie ma takiego prawa. Więc nie ma mowy o żadnym "niby"


    ma prawo tylko do wnioskowania o te roszczenia, nie ma tak, ze obligatoryjnie zostaną jej przyznane świadczenia.
    >
    >
    > Przykład sugerujący nieprawdziwnosć argumentu.
    >


    Ależ skąd - osoba, która dotychczas nie pracowała, bo prowadziła dom wcale także nie musi mieć przyznanych alimentów na swoją rzecz, podobnie jak osoba w chwili rozwodu bedąca bezrobotna bez prawa do zasiłku
    >
    > Ręce opadają z tym Twoim wyszukiwaniem sytuacji wyjątkowych.
    > Więc uprzejmie Cię informuję, że jeśli ktoś pracuje na np 1/4 etatu to nie ma t
    > o znaczenia.


    Owszem - ma. Gdyby ta osoba miała płacić alimenty to będą naliczane od także tej części.

    > "Premia jest to składnik wynagrodzenia bieżącego przyznawany pracownikowi jako
    > uzupełnienie płacy zasadniczej, a uzależniony od spełnienia określonych kryteri
    > ów."


    Wlasnie - jeśli nie spełnisz kryteriów - nie dostaniesz.

    [i]> Podstawą oceny możliwości zarobkowych w odniesieniu do pracownika będzie
    > zarówno jego stałe wynagrodzenie obejmujące wynagrodzenie zasadnicze,
    > premie i dodatki, jak i świadczenia w naturze stanowiące uzupełnienie
    > wynagrodzenia [...][/b][/i]

    Tak, jeśli mają one charakter stały!
    Np. w mundurówce jest dodatek za stopień i jest on stały tak długo póki nie awansujesz na stopień wyższy (albo nie zostaniesz zdegradowany do niższego)
    >
    > Na dwoje i nikogo nie obchodziło, że jemu zostało 500zł więc Twoje
    > "Myslisz, ze gościowi, który zarabia miesięcznie 2 tys. złotych [...] są da
    > 1 dziecko "dowali" 1000 złotych? Jesteś w błędzie:)"
    > Było nieprawdziwe.
    >


    Podeslij mi może orzeczenie sadu , bo jakos nie wierzę :)

    >
    > Sąd uznał, że jest w stanie zarabiać więcej i nie maiło znaczenia, ze żona zost
    > ała w mieszkaniu a on musiał się wynieść z pełnymi konsekwencjami (nie było orz
    > eczcenia
    > o winie)


    Krecisz - jeśli nie miał wyroku za zneczanie się nad rodziną to nie było powodu do eksmitowania go. Mógł się dobrowolnie wynieść, ale wówczas zona musiała mu spłacić jego czesc za mieszkanie.
    >
    >
    > Twoje umowy nie mają tu żadnego znaczenia. :)
    Mają - pokazują,z e w wolnym związku można być b. dobrze zabezpieczonym na wypadek śmierci, czy rozstania z partnerem


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 08.04.14, 16:57
    kora3 napisała:

    > to ja Ci odpowiedziałem na to pytanie. To bardzo proste.
    >
    > Nie, bo mowa miała być o sytuacji ANALOGICZNEJ - zatem dziecko jest uznane prze
    > z partnera w wolnym związku, a kredyt na mieszkanie - wspólny :)
    > Wówczas mowa o sytuacji analogicznej dla opisanej - małżeńskiej.

    Owszem tak, pytałaś "Skąd pomysł, że matka teraz miałaby wnosić "
    Mylisz analogię z identycznością.


    > > Tylko wtedy kiedy przysięga małżeństwa niewiele znaczy dla danej kobie
    > ty.

    >
    > a co to ma do rzeczy?

    Napisałaś:
    "Tak samo możliwe jest, że dziecko wspomniane urodzone w małżeństwie
    ma status dziecka ojca nieznanego,"

    jeśli jest ono urodzone w danym małżeństwie a mimo to ojciec nieznany to
    zrozumiałem że z innego ojca niż mąż kobiety - no chyba, ze znów wyszukujesz
    jakąś szczególną sytuację.
    A jeśli nie jest to mąż kobiety to znaczy, miała seks pozamałżeński czyli przysięgę
    miała w nosie.


    > >
    > > Kupił za kasę zarobioną w czasie ostatnich lat w czasie trwania małżeństw
    > a - mieszkanie jest wspólne.

    >
    > Niekoniecznie - ale tak - owszem .. Tylko znów sprowadzasz sprawę do tego, że t
    > ak się dzieje z automatu pomijając zupełnie, ze para w wonnym związku także MOZ
    > E SOBIE TE SPRAWY UREGULOWAĆ. A Ty piszesz tak, jakby się tego nie dało zrobić,
    > co jest kompletną nie[prawdą - vide chociażby moja/nasza sytuacja:) Jeśli ktoś
    > tego w wolnym związku nie robi, to widać nie chce, podobnie - jeśli współmałżo
    > nek nie czyni drugiego współwłaścicielem swego majątku odrębnego, to widać tak
    > osoby w tym związku chcą.

    Wszystko się da Koro, no może poza zdjęciem majtek przez głowę. Tylko, że
    małżeństwo to nie firma, to nie jest spółka biznesowa w której trzeba wszystko
    regulować umowami, szczególnymi zapisami. Tym m.in. różni się małżeństwo
    od wolnych związków, ze wszystko jest wspólne bez dodatkowych uregulowań.
    Bo jest oparte na miłości i zaufaniu. A w wolnych związkach trzeba to wszystko
    dodatkowo ubierać w umowy, darowizny, zapisy etc.


    > > Jacek bardzo dobrze zarabia i jeśli kupuje mieszanie to jest ono:
    > > a. tylko jego jeśli to wolny związek
    >
    >
    > No właśnie NIEKONIECZNIE - bo Jacek ma prawo dysponować swoim majątkiem
    > nawet już na wstępie kupując go ustanowić drugiego współwłaściciela w postaci n
    > p. swej partnerki. Cały czas piszesz tak, jakby ludzie w wolnym związku nie mo
    > gli mieć wspólnego majątku, a tymczasem - przecież mogą.
    >
    > > b. obojga jeśli to małżeństwo.
    > >
    > > Ala jest bezpieczniejsza w sytuacji b.

    >
    > To zależy tylko od Jacka i Ali czy Ala jest tak samo bezpieczna czy bezpieczni
    > ejsza.

    To oczywiste że Jacek ma prawo dysponować swoim majątkiem i zadysponował:
    poszedł i kupił mieszkanie, nastepnie oznajmił Ali: kochanie kupiłem nam mieszkanie,
    zobacz jakie fajne.

    Co Ala ma zrobić(?) ma powiedzieć: Jaaacek ale daj mi połowę, no pliiiiiz.
    ?


    > > Jak "razem" skoro to Jacek płaci.... :)
    >
    > Normalnie :)

    Jacek płaci, Jacek kupuje, Jacek idzie do notariusza i pisze na siebie.



    > > Fundamentem związku jest miłość, zaufanie etc. Wprowadzanie do związku
    > > dodatkowych zapisów z marszu podważa wzajemne zaufanie obojga.

    >
    > No właśnie, zatem po co te zapisy w małżeństwie w ogóle:)

    To zależy co masz na myśli.


    > > No tak... bo jeśli kupił z pieniędzy pochodzących z napadu na bank to
    > masz gorzej...

    >
    > ze co?

    Że to, że co rusz podnosisz jakieś szczególne pochodzenie pieniędzy podczas gdy
    ludzie kupują za to co zarobią. Jacek zarobił i kupuje mieszkanie i jesli jest w
    małżeństwie z automatu jest ono wspólne z Alą, a jeśli nie jest to małżeństwo
    to jest wyłącznie Jacka tym samym Ala ma mniejszą pewność/bezpieczeństwo.



    > > Mam ich nagrać i wrzucić plik do sieci?
    >
    > Nie wystarczy, gdy wrzucisz średnia dot. orzekanych kwot alimentów :)

    A co to ma do wypowiedzi praktykujących prawników nt wysokości dochodów "pani" ?


    > >
    > > Manipulujesz. Ja wskazałem, ze w jednej sytuacji kobieta ma prawo do rosz
    > czeń a w drugiej nie ma takiego prawa. Więc nie ma mowy o żadnym "niby"

    >
    > ma prawo tylko do wnioskowania o te roszczenia, nie ma tak, ze obligatoryjnie z
    > ostaną jej przyznane świadczenia.

    A kobieta poza małżeństwem nie ma takiego prawa.
    NIGDZIE nie ma tak, że obligatoryjnie każdy dostanie.


    > > Przykład sugerujący nieprawdziwnosć argumentu.
    >
    > Ależ skąd

    Stąd, ze ograniczyłaś swoje rozważania do etatowców.


    > > Ręce opadają z tym Twoim wyszukiwaniem sytuacji wyjątkowych.
    > > Więc uprzejmie Cię informuję, że jeśli ktoś pracuje na np 1/4 etatu to ni
    > e ma to znaczenia.

    >
    > Owszem - ma. Gdyby ta osoba miała płacić alimenty to będą naliczane od także te
    > j części.

    Sąd bierze pod uwagę zdolność do podjęcia pracy a nie tylko wykonywaną pracę.


    > > "Premia jest to składnik wynagrodzenia bieżącego przyznawany pracownik
    > owi jako
    > > uzupełnienie płacy zasadniczej, a uzależniony od spełnienia określonych k
    > ryteriów."

    >
    > Wlasnie - jeśli nie spełnisz kryteriów - nie dostaniesz.

    To spełniaj!
    masz ponizej zacytowane ze premie też sie wuzględnia.


    > [i]> Podstawą oceny możliwości zarobkowych w odniesieniu do pracownika będz
    > ie
    > > zarówno jego stałe wynagrodzenie obejmujące wynagrodzenie zasadnicze,
    > > premie i dodatki, jak i świadczenia w naturze stanowiące uzupełnienie
    > > wynagrodzenia [...][/b][/i]
    >
    > Tak, jeśli mają one charakter stały!

    Nic o tym nie pisali.
    Staraj sie rodzicu tak abyś je dostawał - skoro dostawałeś przez ostatnie miesiące na
    podstawie których sąd szacuje dochód to czemu miałbys nie dostawać przez kolejne.


    > > Na dwoje i nikogo nie obchodziło, że jemu zostało 500zł więc Twoje
    > > "Myslisz, ze gościowi, który zarabia miesięcznie 2 tys. złotych [...] są
    > da 1 dziecko "dowali" 1000 złotych? Jesteś w błędzie:)"
    > > Było nieprawdziwe.

    >
    > Podeslij mi może orzeczenie sadu , bo jakos nie wierzę :)

    Mam jechać do kumpla aby on wyszukał wyrok sądu, sksesorawać go po to aby Tobie pokazać?
    Ty sie chyba Koro szaleju objadłaś.


    > >
    > > Sąd uznał, że jest w stanie zarabiać więcej i nie maiło znaczenia, ze żon
    > a zost
    > > ała w mieszkaniu a on musiał się wynieść z pełnymi konsekwencjami (nie by
    > ło orz
    > > eczcenia
    > > o winie)

    >
    > Krecisz - jeśli nie miał wyroku za zneczanie się nad rodziną to nie było powodu
    > do eksmitowania go. Mógł się dobrowolnie wynieść, ale wówczas zona musiała mu
    > spłacić jego czesc za mieszkanie.

    Nie pisałem o eksmitowaniu - nie manipuluj.


    > > Twoje umowy nie mają tu żadnego znaczenia. :)
    > Mają - pokazują,z e w wolnym związku można być b. dobrze zabezpieczonym na wypa
    > dek śmierci, czy rozstania z partnerem

    Przypadki jednostkowe nie mają znaczenia.
  • kora3 10.04.14, 13:29
    urko70 napisał:

    > Mylisz analogię z identycznością.

    Niczego nie mylę:) analogia to podobieństwo, zbieżnośc. A Ty chcesz porównywać skrajnie różne sytuacje.

    > A jeśli nie jest to mąż kobiety to znaczy, miała seks pozamałżeński czyli przys
    > ięgę
    > miała w nosie.


    ale co to ma do sprawy?
    >
    > Wszystko się da Koro, no może poza zdjęciem majtek przez głowę. Tylko, że
    > małżeństwo to nie firma, to nie jest spółka biznesowa w której trzeba wszystko
    > regulować umowami, szczególnymi zapisami.


    hehe - jest to instytucja, gdzie sprawy "biznesowe" uregilowane są OGÓLNYMI przepisami.

    Tym m.in. różni się małżeństwo
    > od wolnych związków, ze wszystko jest wspólne bez dodatkowych uregulowań.


    Nieprawda - choćby majątek odrębny na starcie nie jest wspólny:)

    > Bo jest oparte na miłości i zaufaniu. A w wolnych związkach trzeba to wszystko
    > dodatkowo ubierać w umowy, darowizny, zapisy etc.


    W małżeństwie tak samo, a w dodatku taka to miłość i zaufanie, ze trzeba małżonkom zapisów dot. spraw majątkowych w małzeńswie :)

    >
    > To oczywiste że Jacek ma prawo dysponować swoim majątkiem i zadysponował:
    > poszedł i kupił mieszkanie, nastepnie oznajmił Ali: kochanie kupiłem nam mieszk
    > anie,
    > zobacz jakie fajne.


    Jeśli nam - to połowę powinien jej darowac:)

    >
    > Co Ala ma zrobić(?) ma powiedzieć: Jaaacek ale daj mi połowę, no pliiiiiz.
    > ?


    A to sa kwestie miedzy nimi. Małzonkowie też mogą dysponować swoim majątkiem odrębnym i to kwestia ich dogadania się, czy np. maz zeniąc się u wprowadzając zonę do SWOJEGO domu daruje jej jakąś jego czesc, czy nie :)

    >
    > Jacek płaci, Jacek kupuje, Jacek idzie do notariusza i pisze na siebie.
    >


    Rzecz w tym, ze Jacek i ala mogą zdecydować jak co i na kogo piszą :) Wiem z autopsji, zatem ...:)
    >
    >
    > To zależy co masz na myśli.


    No te niby wielkie "zabezpieczenia" "z urzędu" dla współmałzonka:) Po co skoro to przecież wielka miłość, ale w razie rOZWODU hehehe:)

    >
    >
    > Że to, że co rusz podnosisz jakieś szczególne pochodzenie pieniędzy podczas gdy
    > ludzie kupują za to co zarobią. Jacek zarobił i kupuje mieszkanie i jesli jest
    > w
    > małżeństwie z automatu jest ono wspólne z Alą, a jeśli nie jest to małżeństwo
    > to jest wyłącznie Jacka tym samym Ala ma mniejszą pewność/bezpieczeństwo.


    Ale nie jest zadną szczególna sytuacją, ze ktoś będąc w małżeństwie otrzymuje spadek, czy darowiznę na siebie. Nie jest też niczym wyjątkowym posiadanie czegoś przed slubem i możliwość wyłącznego dysponowania swoim majątkiem ...
    Tak samo nie jest wcale wyjątkową sytuacja, gdy para w wolnym związku kupuje coś wspólnie, czy bierze na coś wspólny kredyt.

    >
    >
    >
    > > > Mam ich nagrać i wrzucić plik do sieci?
    > >
    > > Nie wystarczy, gdy wrzucisz średnia dot. orzekanych kwot alimentów :)
    >
    > A co to ma do wypowiedzi praktykujących prawników nt wysokości dochodów "pani"
    > ?


    ale jakiej pani? Sprawdź ile średnio dostaje się na 1 dziecko - proste.

    >
    > A kobieta poza małżeństwem nie ma takiego prawa.
    > NIGDZIE nie ma tak, że obligatoryjnie każdy dostanie.


    No poza małżeństwem nie ma - zaiste powód aromatyczno - miłosny, żeby brać ślub :) O jeszcze wazny szczegół - kobieta poza małżeństwem nie zostanie także zobligowana do łożenia ewentualnie na współmałzonka :)

    >
    > Sąd bierze pod uwagę zdolność do podjęcia pracy a nie tylko wykonywaną pracę.

    Owszem - zarówno w przypadku kobiety, jak i mężczyzny

    > Staraj sie rodzicu tak abyś je dostawał - skoro dostawałeś przez ostatnie miesi
    > ące na
    > podstawie których sąd szacuje dochód to czemu miałbys nie dostawać przez kolejn
    > e.


    Bo np. byleś chory/ firma ma trudności finansowe itp.

    >
    > Mam jechać do kumpla aby on wyszukał wyrok sądu, sksesorawać go po to aby Tobie
    > pokazać?
    > Ty sie chyba Koro szaleju objadłaś.
    >


    No to się nie posługuj niewiarygodnym kompletnie przykładem :)
  • urko70 10.04.14, 14:04
    kora3 napisała:

    > Niczego nie mylę:) analogia to podobieństwo, zbieżnośc. A Ty chcesz porównywać
    > skrajnie różne sytuacje.

    Skrajnymi to są Twój konkubinat w którym dostałaś na własnosć trzy nieruchomości
    i rozpadające się małżeństwo "gołodupców" bez pracy. Oba przypadki sa przez Ciebie
    przywołane.


    > > A jeśli nie jest to mąż kobiety to znaczy, miała seks pozamałżeński cz
    > yli przysięgę miała w nosie.

    >
    > ale co to ma do sprawy?

    Pytałaś, więc Ci odpowiedziałem.


    > > Wszystko się da Koro, no może poza zdjęciem majtek przez głowę. Tylko,
    > że
    > > małżeństwo to nie firma, to nie jest spółka biznesowa w której trzeba wsz
    > ystko
    > > regulować umowami, szczególnymi zapisami.

    >
    > hehe - jest to instytucja, gdzie sprawy "biznesowe" uregilowane są OGÓLNYMI prz
    > episami.

    I małżonkowie nic z tym nie muszą robić.


    > Tym m.in. różni się małżeństwo
    > > od wolnych związków, ze wszystko jest wspólne bez dodatkowych uregulowań.
    >

    >
    > Nieprawda - choćby majątek odrębny na starcie nie jest wspólny:)

    Od każdej zasady są wyjątki i niczym one nie negują zasady.


    > > Bo jest oparte na miłości i zaufaniu. A w wolnych związkach trzeba to
    > wszystko
    > > dodatkowo ubierać w umowy, darowizny, zapisy etc.

    >
    > W małżeństwie tak samo,

    Nie tak samo, wszystko czego się dorobią w czasie związku jest wspólne,
    a w wolnym związku jest albo konkubiny albo konkubenta - chyba, że zawrą
    dodatkową umowę - tyle tylko, ze wterdy niczym się nei różnią od dowolnych
    przypadkowych ludzi na ulicy - bo każdy z każdym może sobie zawrzeć takie umowy.


    > >
    > > To oczywiste że Jacek ma prawo dysponować swoim majątkiem i zadysponował:
    > > poszedł i kupił mieszkanie, nastepnie oznajmił Ali: kochanie kupiłem nam
    > mieszk
    > > anie,
    > > zobacz jakie fajne.

    >
    > Jeśli nam - to połowę powinien jej darowac:)

    "nam" w znaczeniu: będą je użytkować oboje.


    > >
    > > Co Ala ma zrobić(?) ma powiedzieć: Jaaacek ale daj mi połowę, no pliiiiiz
    > .
    > > ?

    >
    > A to sa kwestie miedzy nimi.

    To są kwestie jakie wskazują na różnice między wolnym związiem a małżeństwem.


    > >
    > > Jacek płaci, Jacek kupuje, Jacek idzie do notariusza i pisze na siebie.
    > >

    >
    > Rzecz w tym, ze Jacek i ala mogą zdecydować jak co i na kogo piszą :) Wiem z au
    > topsji, zatem ...:)

    Różnica polega na tym, że to jest tylko możliwością, a w małżeństwie dzieje się tak z automatu.


    > >To zależy co masz na myśli.
    >
    > No te niby wielkie "zabezpieczenia" "z urzędu" dla współmałzonka:) Po co skoro
    > to przecież wielka miłość, ale w razie rOZWODU hehehe:)

    Masz powyżej przykład: Jacek kupił mieszanie i Jacek je ma, a Ala nic nie ma bo
    Jacek nie uznał za potrzebne, stosowne, wlaściwe dać jej połowę. Ala nie ma,
    a nie zabezpieczenia.
    SPECJALNIE DLA CIEBIE: Jacek kupił je za pieniądze zarobione w czasie trwania związku.


    > > Że to, że co rusz podnosisz jakieś szczególne pochodzenie pieniędzy po
    > dczas gdy
    > > ludzie kupują za to co zarobią. Jacek zarobił i kupuje mieszkanie i jesli
    > jest
    > > w
    > > małżeństwie z automatu jest ono wspólne z Alą, a jeśli nie jest to małżeń
    > stwo
    > > to jest wyłącznie Jacka tym samym Ala ma mniejszą pewność/bezpieczeństwo.
    >

    >
    > Ale nie jest zadną szczególna sytuacją, ze ktoś będąc w małżeństwie otrzymuje s
    > padek, czy darowiznę na siebie. Nie jest też niczym wyjątkowym posiadanie czego
    > ś przed slubem i możliwość wyłącznego dysponowania swoim majątkiem ...
    > Tak samo nie jest wcale wyjątkową sytuacja, gdy para w wolnym związku kupuje co
    > ś wspólnie, czy bierze na coś wspólny kredyt.

    Spadki etc czy posiadanie przed ślubem dotyczą obu rodzajów związków tkaże nie
    ma sensu ich rozważać. Jest sens rozważąć róznice czyli co się dzieje z zasobami
    zdobytymi przez obojga w czasie trwania związku.
    I połową tych dóbr Ala jako zona jest zabezpieczona, a jako konkubina nie jest
    zabezpieczona.



    > > > > Mam ich nagrać i wrzucić plik do sieci?
    > > >
    > > > Nie wystarczy, gdy wrzucisz średnia dot. orzekanych kwot alimentów
    > :)
    > >
    > > A co to ma do wypowiedzi praktykujących prawników nt wysokości dochodó
    > w "pani" ?

    >
    > ale jakiej pani?

    Tej o której była mowa.


    > > A kobieta poza małżeństwem nie ma takiego prawa.
    > > NIGDZIE nie ma tak, że obligatoryjnie każdy dostanie.

    >
    > No poza małżeństwem nie ma [...] kobieta poza małżeństwem nie zostanie także zobl
    > igowana do łożenia ewentualnie na współmałzonka :)

    Właśnie, NIE MA.
    A przywołując to o czym wcześniej pisaliśmy, że kobiety łożące na współmałżonków
    to liczba poniżej błędu pomiaru to to łożenie na małżonka nie ma znaczenia.


    > > Staraj sie rodzicu tak abyś je dostawał - skoro dostawałeś przez ostat
    > nie miesi
    > > ące na
    > > podstawie których sąd szacuje dochód to czemu miałbys nie dostawać przez
    > kolejn
    > > e.

    >
    > Bo np. byleś chory/ firma ma trudności finansowe itp.

    Mam wrażenie, że przywoływanie wyjątków to już nie przypadek a zwykła
    złośliwość mająca na celu uniknięcie Twojej odpowiedzialności za Twoje słowo. :(


    > > Mam jechać do kumpla aby on wyszukał wyrok sądu, sksesorawać go po to
    > aby Tobie
    > > pokazać?
    > > Ty sie chyba Koro szaleju objadłaś.
    > >

    >
    > No to się nie posługuj niewiarygodnym kompletnie przykładem :)

    To, ze on Tobie jest niewygodny nie znaczy, ze jest niewiarygodny.
  • kora3 12.04.14, 12:53
    urko70 napisał:
    >
    > Skrajnymi to są Twój konkubinat w którym dostałaś na własnosć trzy nieruchomośc
    > i
    > i rozpadające się małżeństwo "gołodupców" bez pracy.


    No wiesz, bezrobocie w naszym kraju jest dość spore, wiec rozpad małżeństwa w którym obije nien pracują nie jest jakims unikatem.


    A ja przywołałam akurat prawdziwy przykład rozpadu małżeństwa, w którym oboje pracują, wiec nie zmyślaj :)
    >
    > I małżonkowie nic z tym nie muszą robić.

    No nie muszą, bo państwo uznało, ze owo ich zaufanie jest ograniczone z góry :)
    >
    >
    > Od każdej zasady są wyjątki i niczym one nie negują zasady.


    ale to nie jest żaden wyjątek
    >
    >
    > Nie tak samo, wszystko czego się dorobią w czasie związku jest wspólne,


    Tak samo - jest przepus, który z góry zakłada, ze jest współóne. Czylku musi na to być uregulowanie prawne, przy całej tej miłości i zaufaniu :)

    > a w wolnym związku jest albo konkubiny albo konkubenta - chyba, że zawrą
    > dodatkową umowę
    - tyle tylko, ze wterdy niczym się nei różnią od dowolnych
    > przypadkowych ludzi na ulicy - bo każdy z każdym może sobie zawrzeć takie umowy


    No i ?
    My mówimy o jakichś "mistycznych" sprawach, czy o konkretach?:)
    >
    > "nam" w znaczeniu: będą je użytkować oboje.

    nie, ja też użytkowała mieszkanie wraz z mezem u MY tam mieszxkaliśmy, ale było ( i jest) moje, nie?

    >
    > Różnica polega na tym, że to jest tylko możliwością, a w małżeństwie dzieje się
    > tak z automatu.


    Chcesz mi powiedzieć, że gdyby nie akt ślubu Jacek nie podzieliłby się z Alą mieszkaniem?:) Niezła miłość i zaufanie :)

    > SPECJALNIE DLA CIEBIE: Jacek kupił je za pieniądze zarobione w czasie trwania z
    > wiązku.
    >


    ala nie ma nic na własne życzenie :)

    >
    > Spadki etc czy posiadanie przed ślubem dotyczą obu rodzajów związków tkaże nie
    > ma sensu ich rozważać. Jest sens rozważąć róznice czyli co się dzieje z zasobam
    > i
    > zdobytymi przez obojga w czasie trwania związku.


    Zależy o LUDZI. Pojmij to wreszcie, że można sobie brać ślub tylko po to, żeby potem cos kupując nie trza było aktu/faktury na 2 osoby, ale naprawdę sporządzenie ww. to żaden wysiłek :)

    > I połową tych dóbr Ala jako zona jest zabezpieczona, a jako konkubina nie jest
    > zabezpieczona.


    Jako konkubina może być w każdej chwili :)
    > >
    > > No poza małżeństwem nie ma [...] kobieta poza małżeństwem nie zostanie ta
    > kże zobl
    > > igowana do łożenia ewentualnie na współmałzonka :)
    >
    > Właśnie, NIE MA.
    > A przywołując to o czym wcześniej pisaliśmy, że kobiety łożące na współmałżonkó
    > w
    > to liczba poniżej błędu pomiaru to to łożenie na małżonka nie ma znaczenia.


    Co do łożenia - masz rację - natomiast co do spłacania długów powstałych w trakcie małżeństwa - wręcz przeciwnie.

    Pozornie OT - kiedyś można było się w sklepach natknąć na tabliczkę "Po odejściu od kasy reklamacji nie uwzględnia się" - z treści można się co najwyżej było pośmiać, bp prawo w temacie reklamacji u rękojmi stanowi, jak stanowi:) Tak samo można się było pośmiać z ogłoszeń typu "Za długi meza nie odpowiadam XY", bo prawo w temacie długów zaciągniętych przez współmałzonka stanowi, jak stanowi.
    Dopóki zatem wspólnota majątkowa małżonków nie ustanie wskutek stosownego zapisu, albo prawomocnego orzeczenia o separacji lub rozwodzie, trwa i konsekwencje ewentualnych zobowiazań spadają na oboje, nawet gdy np. zona grosza z zaciągniętej pozyczki nie widziała.
    Jasne, że duże kredyty np. hipoteczne wymagają zgody (i podpisu) współmałżonka, ale małe pozyczki - nie.
    A takich ktoś kto np. lubi pograć na tzw. automatach może wziąć nawet klikanaście po czym spokojnie w czasach Schengen wyjechać sobie gdzieś bez kontroli paszportowej i szukaj wiatru w polu:) Jest zona na miejscu? jest - to musi spłacać...
    >
    > Mam wrażenie, że przywoływanie wyjątków to już nie przypadek a zwykła
    > złośliwość mająca na celu uniknięcie Twojej odpowiedzialności za Twoje słowo. :
    > (


    Ale to NIC wyjątkowego, Urko. O ile pamiętam,. to wspomniałam, ze wieksza czesc dochodów pana z mego przykładu to DIETY i PROWIZJE. Wiadomo, ze nie sposób przewidzieć prowizji, nie? W jednym miesiącu ktoś może z nich mieć 3 tysiące zł. a w innym 1000. Zalezy od niego, ale nie tylko - od branzy i jej ze tak powiem ruchliwości w danym okresie czasu, od działań konkurencji, od szeregu spraw.

    > To, ze on Tobie jest niewygodny nie znaczy, ze jest niewiarygodny.

    On jest ogólnie niewiarygodny, chyba, ze Twój szlachetny kolega zmienił sobie specjalnie prace na gorzej płatną, by mniej płacić :) a sad się w tym połapał :)


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • majaa 12.04.14, 18:16
    kora3 napisała:

    >
    > > I połową tych dóbr Ala jako zona jest zabezpieczona, a jako konkubina
    > nie jest
    > > zabezpieczona.

    >
    > Jako konkubina może być w każdej chwili :)

    No właśnie, może. To zależy wyłącznie od dobrej woli Jacka. Może ją mieć, albo nie. Albo mieć tylko przez pewien czas, a potem z jakichś przyczyn zmienić decyzję, nawet bez wiedzy Ali. Przecież nie tylko małżeństwa przechodzą kryzysy, w konkubinacie też może zdarzyć się nieciekawy okres. Zabezpieczenie w małżeństwie natomiast nie jest zależne od kaprysów partnerów.

  • kora3 14.04.14, 07:32
    Masz rację - dlatego też nie przekonują mnie argumenty np. Urko, że małżeństwo to zaufanie i miłość i nic poza tym nie jest potrzebne:) Widocznie jednak jest skoro "z urzędu" są owe równie przyznasz w praktyce wyglądające "zabezpieczenia":)

    Jak dla mnie to jest mi całkowicie obojętne czy i dlaczego dana para bierze śluby, albo ich nie bierze. :)
    Chciałabym także podkreślić, ze moje spojrzenie na ze tak powiem wyższośc wolnego związku nad związkiem formalnym jest tylko moje - tzn. odnosi się do moich odczuć, doświadczeń i oczekiwań. Każdy inny może mieć inne i naprawdę nie oceniam tego, że ktoś bierze ślub po to, by w razie rozstania druga strona go nie oskubała. Zastanawiałabym się wszelako nad stopniem zaufania do takiej osoby, ale to naprawdę już sprawa miedzy dwojgiem ludzi dlaczego nie mają do siebie zaufania np.

    To o czym pisałam ma charakter ogólny i bynajmniej nie oceny Maju. Po prostu uważam, ze należy sytuację przedstawiać zgodnie z prawdą. A owa prawda jest taka, że:
    - w praktyce te zabezpieczenia małżeńskie wyglądają róznie (zależnie głownie od zasobności stadła, czy też jednego ze współmałżonków)
    - obok wspomnianych zabezpieczeń są także zobowiązania i one mogą spaść na współmałoznka, gdy drugi jest nieuczciwy, czy niefrasobliwy.

    Tymczasem entuzjaści formalizacji zawsze piszą tak, jakby małżeństwo stanowiło szczególnie dla kobiety zawsze na bank pewne zabezpieczenia, a o tym, że także na kobietę (i na ogół tak jest) spadają nierzadko zobowiązania zaciągnięte przez meza.

    Tylko o to chodzi Maju. Tak naprawdę nie ma dla mnie znaczenia czy i dlaczego ktoś chce brać śluby czy to będzie światopogląd, chec zmiany nazwiska i statusu, poglądy, czy chęć zysku, albo brak zaufania - nie mnie oceniać czyjeś motywacje.

    Ja mam swoje poglądy i swoje motywacje, by nie formalizować związku i tak kieruje swoim życiem, by nie działać wbrew sobie i to mi się udaje (z czego się poniekąd cieszę:)).
    Nikogo bym jednak nie namawiala, by zmieniał swoje poglądy na ten temat w zakresie swojego związku, bo uważam, że to niepotrzebne i szkodliwe. Każdy ma prawo decydowac o sobie i powinien to robić zgodnie z sobą- jeśli ktoś zatem chce formalizacji, to pod żadnym pozorem nie powinien rezygnować ze swoich poglądów.
    Nie popieram postaw tych pań, które chcąc ślubu udają przed swoimi partnerami, ze im na tym nie zależy oczekując, że im się odmieni.

    To jest niestety pokłosie tego, że niektóre kobiety deklarując mentalną niezaleznosc uważają, iż bez faceta nic nie znaczą i trzymają się kurczowo takich, jacy im się trafią nie bacząc na to, że nie spełniają oni tak ważnego kryterium, jak spojrzenie na związek.

    I tylko proszę maju, nie pisz mi, ze uczucia, wielka miłość itd. Uczucia i wielka miłość tak, ale to nie pojawia się od razu, a z czasem. Na początku może być zauroczenie najwyżej i jeśli ktoś totalnie nie spełnia kryteriów jakie ma się wobec potencjalnego partnera/rki to łatwo je "przewalczyć" jeśli się chce.
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 14.04.14, 10:57
    kora3 napisała:

    > Masz rację - dlatego też nie przekonują mnie argumenty np. Urko, że małżeństwo
    > to zaufanie i miłość i nic poza tym nie jest potrzebne:) Widocznie jednak jest
    > skoro "z urzędu" są owe równie przyznasz w praktyce wyglądające "zabezpieczenia
    > ":)

    "Tym m.in. różni się małżeństwo od wolnych związków, ze wszystko jest
    wspólne bez dodatkowych uregulowań. Bo jest oparte na miłości i zaufaniu.
    A w wolnych związkach trzeba to wszystko dodatkowo ubierać w umowy,
    darowizny, zapisy etc."


    Pomiędzy "jest oparte na miłości i zaufaniu" a "zaufanie i miłość i nic poza
    tym nie jest potrzebne" jest ogromna różnica - tyle w kwestii Twojego
    niezbyt dokładnej próby zacytowania mnie.

    Co do wypowiedzi Mai to ja zrozumiałem ją jako wskazanie Ci, że to tylko
    możliwość, możliwość zależna od woli / ochoty Jacka czy za zarobione pieniądze
    kupi np mieszkanie na nich oboje czy tylko na siebie.
    Być może Maja wyjaśni co miała na myśli.
  • kora3 14.04.14, 11:49
    Zatem małżeństwo to tylko zmuszanie prawem do wspólnoty:) Fajne oparcie w miłości i zaufaniu:)
    Wiesz, wolę jednak swój związek - mojego faceta nikt i nic nie zmusza, żeby mnie szanować i dbac o mnie :) i tak ma być :)
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 14.04.14, 12:53
    kora3 napisała:

    > Zatem małżeństwo to tylko zmuszanie prawem do wspólnoty:) Fajne oparcie w miłoś
    > ci i zaufaniu:)

    To co tu napisałaś bardzo dobrze obrazuje to jak Ty postrzegasz małżeństwo:
    "to tylko zmuszanie".
    Po prostu pojęcia nie masz o małżeństwie a oceniasz je przez pryzmat swojego
    nieudanego. Tu również ma zastosowanie powiedzenie baby "przez szybkę".
  • kora3 14.04.14, 14:29
    urko70 napisał:

    >
    > To co tu napisałaś bardzo dobrze obrazuje to jak Ty postrzegasz małżeństwo:
    > "to tylko zmuszanie".


    top co napisałeś doskonale obrazuje, ze nie umiesz dostrzegać ironii. To cały czas TY mnie przekonujesz, że małżeństwo = ustawowe "zabezpieczenia". A skoro takie, to idąc tropem Twojego myslenia - to zmuszanie :)

    > Po prostu pojęcia nie masz o małżeństwie a oceniasz je przez pryzmat swojego
    > nieudanego. Tu również ma zastosowanie powiedzenie baby "przez szybkę".

    hehehe
    a Ty nie masz żadnego pojęcia o wolnych związkach nieprawdaż? :)


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 15.04.14, 09:45
    kora3 napisała:

    > >
    > > To co tu napisałaś bardzo dobrze obrazuje to jak Ty postrzegasz
    > > małżeństwo: "to tylko zmuszanie".

    >
    > top co napisałeś doskonale obrazuje, ze nie umiesz dostrzegać ironii. To cały c
    > zas TY mnie przekonujesz, że małżeństwo = ustawowe "zabezpieczenia". A skoro ta
    > kie, to idąc tropem Twojego myslenia - to zmuszanie :)

    Podtrzymuję powyższe.
    Z logiką to ta Twoja wypowiedzi nie ma za wiele wspólnego.


    > [i]> Po prostu pojęcia nie masz o małżeństwie a oceniasz je przez pryzmat s
    > wojego
    > > nieudanego. Tu również ma zastosowanie powiedzenie baby "przez szybkę".[/
    > i]
    > hehehe
    > a Ty nie masz żadnego pojęcia o wolnych związkach nieprawdaż? :)

    To jest nieprawda.
    Jak i dziesiątki innych kwestii w których próbowałaś mi coś wmówić / sugerować.
    Jak potrzebujesz to szczegóły na priv - może w końcu zauważysz kto jest kim.
  • majaa 14.04.14, 15:41
    Ja również nie wnikam i nie oceniam, dlaczego ludzie biorą śluby. Ale wierzę, że zdecydowana większość bierze je jednak rzeczywiście z miłości po prostu. Z założeniem, że jest to ta jedyna, właściwa osoba, za którą oficjalnie, urzędowo i w obecności swoich bliskich chce się wziąć odpowiedzialność i założyć z nią rodzinę. A oczywiste jest, że wiąże się to zarówno z pewnymi obowiązkami, jak i prawami i zabezpieczeniami. Po to właśnie jest ten ślub, żeby nie trzeba było latać po prawnikach i regulować poszczególnych spraw.

    Nie zamierzam też nikomu radzić czy lepiej jest brać, czy nie brać ślubu. Niech każdy robi, jak uważa za stosowne. My z mężem nie widzieliśmy powodu, dla którego nie mielibyśmy brać ślubu, skoro oboje przed laty doszliśmy do wniosku, że zamierzamy razem spędzić życie i być dla siebie wzajemnie wsparciem. Dla nas był to właśnie taki gest zaufania i oddania. A przy tym po prostu wiele spraw nam załatwia, ułatwia, a niczego nie utrudnia. Dlatego ja akurat uważam, że ślub jest lepszą opcją, niż konkubinat. Konkubinat nosi wg mnie pewne znamiona tymczasowości, z założenia liczy się z możliwością zmian. Ślub natomiast stanowi jakąś formalną umowę, więc odpowiedzialność za słowa i czyny jest tu większa siłą rzeczy i tym samym wymaga większego przekonania co do słuszności swojego wyboru. Tak ja to widzę, a inni mogą mieć oczywiście inne podejście i inne motywacje.

  • kora3 15.04.14, 08:15
    Ja myślę sobie, że jakkolwiek środowiska organizujące takie akcje, jak ta będąca tematem watku są zaniepokojone, to jednak model związku sformalizowanego jest u nas dominujący.
    Powiadasz, ze tak jest bo ludzie się kochają ...Widzisz, dla mnie z kolei jest tak, że jak ludzie się kochają, to chcą być razem. Forma w jakiej to realizują, to ich wybór.

    Tak naprawdę to, ze mamy obecnie większy odsetek wolnych związków niż kiedyś wynika z kilku dość prostych powodów.

    Po pierwsze - dziś młodzi ludzie później niż np. pokolenie temu wchodzą w stałe związki. Wynika to z tego, że młodzi ludzie płci obojga częściej niż kiedyś studiują, statystycznie bardziej niż kiedyś starają się zadbać o swoją karierę zawodową.
    Nic w tym dziwnego - kiedyś praca była, często byle jaka, ale dla każdego, teraz żeby mieć pracę na miarę swoich oczekiwań, trzeba się postarać i wykazać. Łatwiej to robić nie będąc jeszcze rodzicem. A nierzadko właśnie to, że młodzi, wspólnie mieszkający ludzie chcą legalizować związek jest podyktowane chęcią posiadania potomstwa.
    A nawet jeśli motyw jest inny, to młodzi ludzie zwlekając nierzadko z formalizacją, bo chcą najpierw np. uzbierać sobie kasę na wesele, o jakim marzą, a nie brać na ten cel kredyty.
    Z kolei społeczeństwo z reguły akceptuje takie związki zarówno w skali ze tak powiem globalnej, jak i lokalnej (w obrębie własnej rodziny).
    To sa jednak wolne związku, które z założenia mają skończyć się ślubem, z którym para po prostu zwleka na ten moment.

    Druga grupa wolnych związków to związki ludzi, którzy w nie wchodzą będąc już osobami dojrzałymi. Nierzadko są to osoby mające za sobą zw. małżeński. Te osoby z oczywistych przyczyn nie widzą w ślubach nic mistycznego, ani "magicznego", bo już wiedzą, jak się to może skończyć:) Zwykle sa to też ludzie, którzy niekoniecznie planują dzieci z obecnego związku oraz już coś zgromadzili w swoim życiu w sensie majątkowym.
    Te osoby nie mają zwyczajnie żadnej motywacji, by zmieniać stan cywilny (oczywiście, żeby jasność była, piszę ogólnie siłą rzeczy). Motywacją tą nie są ewentualne przyszłe wspólne dzieci, bo się ich nie planuje, nie jest nią też ów wspólny dobytek, który para zgromadzi razem, bo każde już coś swojego ma, a także wie, że nietrudno jest mieć coś razem nie będąc małżeństwem.

    Żeby jasność była - podkreślę raz jeszcze - napisałam siłą rzeczy ogólnie, bo z wyłączeniem sytuacji, gdy dla kogoś śluby sa ważne ze względów światopoglądowych, środowiskowych itp. oraz z wyłączeniem takiej sytuacji, gdy ktoś chce zawierać slub ze względów materialnych.

    Tak czy owak, dla drugiej grupy "wolnosciowców" także jest spore przyzwolenie społeczne, tym większe, ze idzie o dorosłych i na ogół już "ustawionych" zawodowo i materialnie oraz niezależnych ludzi.





    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 14.04.14, 09:40
    kora3 napisała:

    > > Skrajnymi to są Twój konkubinat w którym dostałaś na własnosć trzy nie
    > ruchomości i rozpadające się małżeństwo "gołodupców" bez pracy.

    >
    > No wiesz, bezrobocie w naszym kraju jest dość spore, wiec rozpad małżeństwa w k
    > tórym obije nien pracują nie jest jakims unikatem.

    Tu była mowa o skrajnościach, o podawanych przez Ciebie skrajnych przypadkach.


    > > I małżonkowie nic z tym nie muszą robić.
    >
    > No nie muszą, ...

    A konkubenci muszą.


    > > Nie tak samo, wszystko czego się dorobią w czasie związku jest wspólne
    > ,

    >
    > Tak samo - jest przepus, który z góry zakłada, ze jest współóne. Czylku musi na
    > to być uregulowanie prawne, przy całej tej miłości i zaufaniu :)

    Nie rozumiem ani tego co tu napisałaś ani związku z tym co ja napisałem.


    > > a w wolnym związku jest albo konkubiny albo konkubenta - chyba, że
    > zawrą
    > > dodatkową umowę
    - tyle tylko, ze wterdy niczym się nei różnią od dowo
    > lnych
    > > przypadkowych ludzi na ulicy - bo każdy z każdym może sobie zawrzeć takie
    > umowy

    >
    > No i ?

    No i to jest różnica - w małżeństwie wszystko (czego się dorobią) jest wspólne,
    a w konkubinacie na każdą rzecz muszą pisać umowę.


    > > "nam" w znaczeniu: będą je użytkować oboje.
    >
    > nie,

    Lepiej ode mnie wiesz w jakim znaczeniu to napisałem?


    > > Różnica polega na tym, że to jest tylko możliwością, a w małżeństwie d
    > zieje się tak z automatu.

    >
    > Chcesz mi powiedzieć, że gdyby nie akt ślubu Jacek nie podzieliłby się z Alą mi
    > eszkaniem?:) Niezła miłość i zaufanie :)

    Chciałem i powiedziałem Ci coś innego.
    Niemniej i owszem m.in. z takich powodów ludzie nie formalizują związków bo
    nie wiedzą czego mogą się spodziewać po drugiej osobie.


    >
    > > Spadki etc czy posiadanie przed ślubem dotyczą obu rodzajów związków tkaż
    > e nie ma sensu ich rozważać. Jest sens rozważąć róznice czyli co się dzieje z z
    > asobami zdobytymi przez obojga w czasie trwania związku.

    >
    > Zależy o LUDZI. Pojmij to wreszcie, że można sobie brać ślub tylko po to, żeby
    > potem cos kupując nie trza było aktu/faktury na 2 osoby, ale naprawdę sporządze
    > nie ww. to żaden wysiłek :)

    Teksty typu "pojmij wreszcie" szczególnie od Ciebie to niezły żart także może
    daruj sobie. To co napisałaś ma się nijak do tego na co odpisujesz.


    > > I połową tych dóbr Ala jako zona jest zabezpieczona, a jako konkubina
    > nie jest zabezpieczona.

    >
    > Jako konkubina może być w każdej chwili :)

    To tylko "możliwość". Tylko.


    > > > No poza małżeństwem nie ma [...] kobieta poza małżeństwem nie zosta
    > nie także zobligowana do łożenia ewentualnie na współmałzonka :)
    > >
    > > Właśnie, NIE MA.
    > > A przywołując to o czym wcześniej pisaliśmy, że kobiety łożące na współma
    > łżonkó
    > > w
    > > to liczba poniżej błędu pomiaru to to łożenie na małżonka nie ma znaczeni
    > a.

    >
    > Co do łożenia - masz rację - natomiast co do spłacania długów powstałych w trak
    > cie małżeństwa - wręcz przeciwnie.

    Czyli nie wyszło Ci "łożenie" i wymyślasz kolejny powód....
    Na spłacanie długów dość dawno ludzie wymyślili sposób.

  • kora3 14.04.14, 11:22
    urko70 napisał:
    >
    > Tu była mowa o skrajnościach, o podawanych przez Ciebie skrajnych przypadkach.

    Jakich konkretnie?:)

    > >
    > > No nie muszą, ...
    ale mogą :)
    >
    > A konkubenci muszą.
    Też mogą :)
    >
    > Nie rozumiem ani tego co tu napisałaś ani związku z tym co ja napisałem.

    Noi jeśli małżeństwo to takie zaufanie, to po kija te uregulowania?:)

    >
    > No i to jest różnica - w małżeństwie wszystko (czego się dorobią) jest wspólne,
    > a w konkubinacie na każdą rzecz muszą pisać umowę.


    Ale jaki to stanowi problem?
    >
    > Lepiej ode mnie wiesz w jakim znaczeniu to napisałem?

    Dalam Ci konkretny przykład z małżeństwa:)

    >
    > Chciałem i powiedziałem Ci coś innego.
    > Niemniej i owszem m.in. z takich powodów ludzie nie formalizują związków bo
    > nie wiedzą czego mogą się spodziewać po drugiej osobie.


    Albo z takich formalizują, jak widać po wymianie naszych postów: bo boją się, ze druga osoba się nie podzieli jeśli nie będzie musiała, bo boją się, ze nie okaze wsparcia w trudnej sytuacji, jeśli nie będzie musiała ....

    >
    > Teksty typu "pojmij wreszcie" szczególnie od Ciebie to niezły żart także może
    > daruj sobie. To co napisałaś ma się nijak do tego na co odpisujesz.


    Możesz udowodnić?:)
    >
    >
    > To tylko "możliwość". Tylko.

    W przypadku zony istnieje możliwość odpowiadania za długi - miła perspektywa?:)

    >
    > Czyli nie wyszło Ci "łożenie" i wymyślasz kolejny powód....
    > Na spłacanie długów dość dawno ludzie wymyślili sposób.
    >


    Jaki? Więzienie?

    Sytuacja trwałego alimentowania byłego współmałzonka orzeczona przez sąd jest b. rzadka. Tak w przypadku kobiet, jak i mężczyzn. a Ty się ciagle na nią powołujesz, jednocześnie podnosząc by nie nie powoływać się na przypadki skrajne i wyjątkowe. Gdzie tu konsekwencja?:)


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 02.04.14, 00:10
    kora3 napisała:

    > urko70 napisał:
    > >
    > > Wątek jest o "konkubinat wobec małżeństwo":
    >
    > > - Ty przywołujesz swój konkubinat z 3 nieruchomościami w prezencie
    > > - Berta: małżeństwo w którym "żona odpowiada za długi męża "

    >
    > Owszem i...?

    I zacytowałem to o co prosiłaś. A Ty nie cytujesz gdy ja proszę.


    > > Koro, zanim coś wyślesz to przeczytaj i upewnij się że piszesz na tema
    > t.
    > > Powyższe moje pytanie wyraźnie rozdzieliło alimentowanie żony od alimento
    > wania
    > > męża.

    >
    > Jedna i druga sytuacja zdarzają się rzadko w stosunku do orzekanej liczby rozwo
    > dów.

    Nie sądzisz, zę zanim sie odpowie to warto by było przeczytać to na co się odpowiada?


    > > "Nie ma" dla kogoś kto zna temat "przez szybkę".
    > > Rzeczywistość jest taka, że alimenty idą do kieszeni rodzica i nikt nigdy
    > nie s
    > > prawdzi
    > > na co dokładnie zostały wydane (potrzeby dziecka czy rodzica

    >
    > Sprawdzi, oczywiście jeśli chce. jeśli rodzic alimentujący ma jakiekolwiek wątp
    > liwości dotyczące celu na jaki sa wydawane alimenty na dziecko może i p
    > owinien zwrócić się do sadu rodzinnego i nieletnich o wyjaśnienie sprawy.
    > Nie ma najmniejszych trudności z uzyskiwaniem potwierdzeń zakupów, zatem ....

    Zatem znów znasz temat przez szybkę.



    Przepraszam ale tego przekręcania i zmieniania tematów nie da się czytać. :(
  • kora3 02.04.14, 08:38
    urko70 napisał:
    >
    > Nie sądzisz, zę zanim sie odpowie to warto by było przeczytać to na co się odpo
    > wiada?


    Ale o co ci chodzi? Prawda jest taka, że jakkolwiek istnieje możliwość alimentowania byłego współmałzonka to sądy rzadko orzekają takie rozwiązanie. Czego nie rozumiesz?
    >
    > Zatem znów znasz temat przez szybkę.

    Wiesz, taka argumentacja jest niepoważna po prostu. :) Skoro nie mam takiej sytuacji, to nie znam tematu? Dobrze wiesz, ze w pracy często stykam się z problemami, z którymi większość ludzi nie ma przez całe życie kontaktu - np. z wyrokami dożywotniego pozbawienia wolności. I co? Nie powinnam ruszac tego, bo przecież znam tylko "przez szybke"?
    Prawda jest taka, ze można i trzeba iśc do sądu, gdy ma się wątpliwości w temacie o jakim piszesz. nie chce ktoś - jego sprawa. Mozliwosci - ma.


    Widzę, ze manipulacja nie wyszła to zmykasz. :)
    Nie da to się czytać tych bzdur co piszesz :)

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 02.04.14, 15:25
    kora3 napisała:

    > > Nie sądzisz, zę zanim sie odpowie to warto by było przeczytać to na co si
    > ę odpo wiada?[/i]
    >
    > Ale o co ci chodzi? Prawda jest taka, że jakkolwiek istnieje możliwość alimento
    > wania byłego współmałzonka to sądy rzadko orzekają takie rozwiązanie. Czego nie
    > rozumiesz?

    Prawda jest taka, że na niewygodne Ci kwestie odpowiadasz unikiem nie odnosząc
    się do tych kwestii.

    > > Zatem znów znasz temat przez szybkę.
    >
    > Wiesz, taka argumentacja jest niepoważna po prostu. :) Skoro nie mam takiej syt
    > uacji, to nie znam tematu? Dobrze wiesz, ze w pracy często stykam się z problem
    > ami, z którymi większość ludzi nie ma przez całe życie kontaktu - np. z wyrokam
    > i dożywotniego pozbawienia wolności. I co? Nie powinnam ruszac tego, bo przecie
    > ż znam tylko "przez szybke"?

    Dobrze wiem, że:
    - sama pisujesz o swojej pracy a jeśli ja do niej nawiązywałem to strzelałaś focha.
    - takie jak Twoje znanie tematu to właśnie znajomość przez szybkę (kolor, kształt
    widzisz i umiesz opisać ale smaku, istotny nie doświadczyłaś więc nie znasz).


    > Widzę, ze manipulacja nie wyszła to zmykasz. :)

    Ano nie wychodzą Ci te manipulacje, a ja przyznaję, że kończy mi się
    cierpliwość do ich czytania.
  • kora3 03.04.14, 10:25
    urko70 napisał:
    >
    > Prawda jest taka, że na niewygodne Ci kwestie odpowiadasz unikiem nie odnosząc
    > się do tych kwestii


    Odpowiedziałam wyczerpująco Urko:
    1. O alimentowanie przez eksmałzonka wnosić może osoba, która nie została w orzeczeniu rozwodowym uznana za winną, albo współwinną rozpadu związku.
    2. O powyższe wnosić może osoba, która na moment wniesienia wniosku pozostaje bez środków do życia z przyczyn obiektywnych. Za obiektywne przyczyny sąd uznaje brak możliwości podjęcia pracy oraz brak możliwości uzyskania innych niż alimentowanie świadczeń. Co to znaczy? To znaczy, że jeśli ktoś jest bezrobotny bez prawa do zasiłku, to wcale nie jest obiektywna przyczyna:) Jeśli jest bowiem przy tym zdrowy, zdolny do pracy, to może sobie tej pracy szukać. To się fachowo nazywa możliwości zarobkowe/zawodowe.. To, że dana osoba dotychczas nie pracowała nie ma na ogół znaczenia - nie pracowała, ale może pracować.
    >
    > Ano nie wychodzą Ci te manipulacje, a ja przyznaję, że kończy mi się
    > cierpliwość do ich czytania.


    Urko, jakie manipulacje? Piszę - jak jest. A Ty podnosisz kwestię alimentowania dzieci, która nie ma nic wspólnego z tym, czy dzieci te są ze związku formalnego i tym usiłujesz pokazać, ze kasa z alimentów trafia do kieszeni eksżony:)
    Jeśli już tak na to patrzeć, ze do kieszeni rodzica przy którym są dzieci, to owszem - na ogół matki. Tylko nie ma znaczenia, czy ta matka była/jeszcze jest żoną ojca dziecka, czy nie.

    W innym poscie chcesz niby mówić o sytuacji analogicznej do przedstawionej przeze mnie, a piszesz coś o ustalaniu ojcostwa, gdy dziecko ma 8 lat i mieszkaniu jednej ze stron, zamiast analogicznie - jak u wspomnianej małżeńskiej pary - we wspólnym kredycie.
    No sam powiedz, jak to odbierać?

    Podkreślam jeszcze raz - nic nie ma do tego, ze ktoś sobie chce brac sluby, o ile czuje taka potrzebę. Rozmawiamy o "zabezpieczeniach" wynikających z zawarcia związku małżeńskiego, tzw. "z urzędu".


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 03.04.14, 10:42
    kora3 napisała:

    > > Prawda jest taka, że na niewygodne Ci kwestie odpowiadasz unikiem
    > > nie odnosząc się do tych kwestii

    >
    > Odpowiedziałam wyczerpująco Urko:
    > 1. O alimentowanie przez eksmałzonka wnosić może osoba, która nie została w orz
    > eczeniu rozwodowym uznana za winną, albo współwinną rozpadu związku.
    > 2. O powyższe wnosić może osoba, która na moment wniesienia wniosku pozostaje b
    > ez środków do życia z przyczyn obiektywnych. Za obiektywne przyczyny sąd
    > uznaje brak możliwości podjęcia pracy oraz brak możliwości uzyskania innych ni
    > ż alimentowanie świadczeń. Co to znaczy? To znaczy, że jeśli ktoś jest bezrobot
    > ny bez prawa do zasiłku, to wcale nie jest obiektywna przyczyna:) Jeśli jest bo
    > wiem przy tym zdrowy, zdolny do pracy, to może sobie tej pracy szukać. To się f
    > achowo nazywa możliwości zarobkowe/zawodowe.. To, że dana osoba dotychcz
    > as nie pracowała nie ma na ogół znaczenia - nie pracowała, ale może prac
    > ować.

    Nieprawda. Nie odpowiedziałaś mi. Napisałaś o sprawach o które ja nie pytałem,
    a pominęłaś to o co pytałem.


    > > Ano nie wychodzą Ci te manipulacje, a ja przyznaję, że kończy mi się
    > > cierpliwość do ich czytania.

    >
    > Urko, jakie manipulacje? Piszę - jak jest. A Ty podnosisz kwestię alimentowania
    > dzieci, która nie ma nic wspólnego z tym, czy dzieci te są ze związku formalne
    > go i tym usiłujesz pokazać, ze kasa z alimentów trafia do kieszeni eksżony:)
    > Jeśli już tak na to patrzeć, ze do kieszeni rodzica przy którym są dzieci, to o
    > wszem - na ogół matki. Tylko nie ma znaczenia, czy ta matka była/jeszcze jest ż
    > oną ojca dziecka, czy nie.

    Twoje manipulacje, jedyne pytanie to czy to robisz świadomie...
    Piszesz o setkach różnych spraw które nie dotyczą tego o co się w danym
    momencie spieramy i to że one są czasem prawdziwe niczego nie dowodzi.

    Jeśli związek był formalny to masz domniemanie ojcostwa, jeśli nie był to zanim
    napiszesz pozew o alimenty trzeba by udowodnić ojcostwo - czyli związek jest.

    Obojętnie czy związek był czy nie był formalny jeśli alimenty są płacone to zawsze do kieszeniu rodzica (najczęściej matki) i praktycznie nie ma opcji weryfikacji ile z nich
    idzie na dziecko a ile na potrzeby matki. A wobec tego, że to matki częsciej dostają
    dzieci/alimenty to i są bardziej od ojców zabezpieczone.

    > W innym poscie chcesz niby mówić o

    1. nie chcę i nie niby tylko mówię (piszę).
    2. odnoś się do danych słów tam gdzie one padły, w przeciwnym wypadku pogubisz się.
  • kora3 03.04.14, 11:35
    urko70 napisał:
    >
    > Nieprawda. Nie odpowiedziałaś mi. Napisałaś o sprawach o które ja nie pytałem,
    > a pominęłaś to o co pytałem.

    >
    > Jeśli związek był formalny to masz domniemanie ojcostwa

    Owszem - tylko znów - każda ze stron czyli zarówno matka dziecka, jak i domniemany ojciec mogą wnieść o zaprzeczenie ojcostwa.

    , jeśli nie był to zanim
    >
    > napiszesz pozew o alimenty trzeba by udowodnić ojcostwo - czyli związek jest.


    No nie za bardzo jeśli mamy omawiać analogiczną sytuację do opisanej przeze mnie.
    Natomiast ogólnie - tak. Tylko należy pamiętać, że ustalanie ojcostwa dziecka ze zw. nieformalnego nie jest obwarowane koniecznością udziału sądu, ani w sprawie uznania ojcostwa, ani w sprawie alimentacyjnej.
    W praktyce wygląda to tak, ze meżczyzna poczuwający się do ojcostwa w USC deklaruje, iż jest ojcem i matka to potwierdza. Można to uczynić nim dziecko przyjdzie na świat. Wówczas też rodzice deklarują jakie nazwsko (nazwiska) będzie nosić dziecko.

    Jeśli nie sa już razem także ws. o alimenty nie musi się opierać o sad - mogą złożyć notarialne oświadczenia na te okoliczności.

    Schodu zaczynają się dopiero, gdy mężczyzna się do ojcostwa nie poczuwa. Tylko, że te schody są także wówczas, gdy nie poczuwa się ojciec domniemany z ustawy (mąż matki, albo były mąz matki). Różnica jest taka, że w przypadku wskazywania jakiegoś gościa jako ojca to na ogół matka wnosi o ustalenie ojcostwa, a w przypadku gdy do tegoż nie poczuwa się ojciec domniemamy z ustawy to on wnosi o zaprzeczenie (choć może także matka, albo oboje). W dzisiejszej dobie badań DNA ustalenie ojcostwa/zaprzeczenie mu jest bajecznie łatwe.

    >
    > 1. nie chcę i nie niby tylko mówię (piszę).
    > 2. odnoś się do danych słów tam gdzie one padły, w przeciwnym wypadku pogubisz
    > się.


    To ty się chyba gubisz - ja piszę o mieszkaniu małżeństwa w kredycie, a Ty o tym, że jeśli mieszkanie było pani, to ... a jeśli pana, to ...
    Miała być analogiczna sytuacja - analogiczna jest wówczas, gdy para w wolnym związku ma wspólne mieszkanie w kredycie na oboje.

    Podobnie z dzieckiem. Analogiczna sytuacja to taka, w której pan w wolnym związku dziecko uznał u jest ono w swietle prawa jego.


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 03.04.14, 12:16
    kora3 napisała:

    > urko70 napisał:
    > >
    > > Nieprawda. Nie odpowiedziałaś mi. Napisałaś o sprawach o które ja nie
    > pytałem, a pominęłaś to o co pytałem.


    I przemyśl to sobie proszę bo to bardzo utrudnia dyskusję z Tobą.


    > > Jeśli związek był formalny to masz domniemanie ojcostwa
    >
    > Owszem - tylko znów - każda ze stron czyli zarówno matka dziecka, jak i domniem
    > any ojciec mogą wnieść o zaprzeczenie ojcostwa.

    I dopiero po stwierdzeniu / udowodnieniu że dany facet nie jest ojcem on może
    wnieść o ustanie obowiązku alimentacyjnego. Do tego czasu ma płacić czyli
    formalny związek zabezpieczał finanse matki z którą zostało dziecko.


    > , jeśli nie był to zanim napiszesz pozew o alimenty trzeba by
    > udowodnić ojcostwo - czyli związek jest.

    >
    > No nie za bardzo jeśli mamy omawiać analogiczną sytuację do opisanej prz
    > eze mnie.
    > Natomiast ogólnie - tak.

    "Nie za bardzo" ale "ogólnie tak" - rewelacja.
    Analogiczna nie znaczy taka sama.
    Analogia jest.
    Mówiąc brzydko: chcesz pieniędzy to udowodnij, ze facet z którym mieszkałaś
    ostatnie kilka lat jest ojcem.


    > Schodu zaczynają się dopiero, gdy mężczyzna się do ojcostwa nie poczuwa. Tylko,
    > że te schody są także wówczas, gdy nie poczuwa się ojciec domniemany z ustawy
    > (mąż matki, albo były mąz matki). Różnica jest taka, że w przypadku wskazywani
    > a jakiegoś gościa jako ojca to na ogół matka wnosi o ustalenie ojcostwa, a w pr
    > zypadku gdy do tegoż nie poczuwa się ojciec domniemamy z ustawy to on wnosi o z
    > aprzeczenie (choć może także matka, albo oboje). W dzisiejszej dobie badań DNA
    > ustalenie ojcostwa/zaprzeczenie mu jest bajecznie łatwe.

    Czyli jednak rozumiesz, że w przypadku małżeństwa "piłeczka" jest po stronie
    faceta to on musi udowodnić że nie jest ojcem, a do tego czasu płaci bo jest
    domniemanym ojcem. W przypadku nieformalnego związku jest odwrotnie.


    > >
    > > 1. nie chcę i nie niby tylko mówię (piszę).
    > > 2. odnoś się do danych słów tam gdzie one padły, w przeciwnym wypadku pog
    > ubisz się.

    >
    > To ty się chyba gubisz - ja piszę o

    I to "chyba" ratuje Cię - wszędzie wciskasz te swoje przypuszczenia "chyba, raczej, niby"
    Ty tutaj piszesz o innych wypowiedziach.
  • kora3 03.04.14, 16:29
    urko70 napisał:
    >
    > I dopiero po stwierdzeniu / udowodnieniu że dany facet nie jest ojcem on może
    > wnieść o ustanie obowiązku alimentacyjnego. Do tego czasu ma płacić czyli
    > formalny związek zabezpieczał finanse matki z którą zostało dziecko.


    Tylko, ze potem wypłacone świadczenia trzeba zwrócić wraz z odsetkami.


    > Analogiczna nie znaczy taka sama.
    > Analogia jest.
    > Mówiąc brzydko: chcesz pieniędzy to udowodnij, ze facet z którym mieszkałaś
    > ostatnie kilka lat jest ojcem.


    ale to na ogół ustala się WCZESNIEJ. Nie musi się mieszkać z facetem, żeby wskazać go jako ojca swego dziecka lub, żeby sam się zadeklarował.

    >
    > Czyli jednak rozumiesz, że w przypadku małżeństwa "piłeczka" jest po stronie
    > faceta to on musi udowodnić że nie jest ojcem, a do tego czasu płaci bo jest
    > domniemanym ojcem. W przypadku nieformalnego związku jest odwrotnie.


    Formalnie tak nie jest - to matka wskazuje kto jest ojcem, jeśli facet się nie deklaruje. w przypadku domniemanego ojca "z urzędu" matka także ma prawo wnieść o zaprzeczenie ojcostwa.

    >

    > Ty tutaj piszesz o innych wypowiedziach.

    Są te Twoje wypowiedzi, wiec teraz nie udawaj :)


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • kora3 03.04.14, 11:08
    Urko, to ja właśnie miałam taką sytuację. W czasie, gdy doszło do wyprowadzki mego eksmęża i wniesienia przeze mnie o rozwód poważnie chorowałam. Nie była to choroba śmiertelna, ale taka, która czasowo uniemożliwiała mi pracę, a rokowania z powodu tego, że lekarze nie umieli ustalić przyczyny dolegliwości były takie sobie.
    W okresie przebywania na zwolnieniach lekarskich naturalnie otrzymywałam zasiłek chorobowy (w wysokości 100 proc. uposażenia etatowego, bo moje zwolnienia były dłuższe niż 7 dni), ale z racji tego, że normalnie sporą czesc moich dochodów stanowiło wynagrodzenie nie z etatu, a z praw autorskich, na zwolnieniu miałam znacznie mniej kasy, niż normalnie pracując. Do tego dochodziła konieczność zakupu nietanich leków, pobyty w szpitalu itd.
    No i co? No i nic...Nawet gdybym wniosła o alimentowanie mnie przez wówczas jeszcze meza, sąd nie zasądziłby tych alimentów na moją rzecz. Bo miałam zasiłek chorobowy, wiec nie pozostawałam bez środków do zycia z powodu choroby.
    Sadu wcale by nie obeszło, ze ja z tytuły choroby mam 1/3 powiedzmy swoich normalnych zarobków, bo na zwolnieniu nie wolno mi pracować (choć teoretycznie mogłabym coś pisać nawet w szpitalu:)), musze opłacić mieszkanie, kupić jedzenie, leki. Mam z czego zyć, wiec (jeszcze) mąż nie ma obowiązku mnie alimentować. Tak wygląda praktyka Urko.

    Teraz mam w otoczeniu taką sytuację: para małżeńska (jeszcze). Roczne dziecko ze zw. małżeńskiego. Pani przed porodem była na umowie śmieciowej, jej mąż też. pani ma jeszcze jedno dziecko, z dawnego, nieformalnego związku.
    I co się dzieje? Ano to, że pan prace na umowę śmieciową stracił. Nie ma prawa do zasiłku. Pani otrzymuje: alimenty na starsze dziecko od swego dawnego chłopaka (w wys. 800 złotych) bez nakazu komorniczego, tzw. płacone "z reki", alimenty w wysokości 300 złotych zasądzone wobec męza, który nie płaci, bo nie ma z czego, jako bezrobotny i to swiadczenie wypłaca państwo za niego za pośrednictwem MOPS-u. Na siebie pani od eksmęża nie wyegzekwuje żadnych alimentów, bo jest młoda i zdrowa, dziecko tez nie choruje przewlekle ani nie jest n.pełnosprawne, wiec pani może iśc do pracy! No, ale ma roczne dziecko! A to nic nie szkodzi, są żłobki! Pani może z racji swej sytuacji ubiegać się o preferencyjne warunki przyjęcia dziecka do żłobka, o obnizenie dlań kosztów korzystania z niego i tyle.
    Na alimenty od eksmęża liczyć nie może, bo on sam nie pracuje a poza tym nie ma podstaw.
    W praktyce, to lwią czesc dochodów tej psani stanowią alimenty na starsze dziecko płacone dobrowolnie przez ojca tego dziecka, który mezem pani nigdy nie był :)


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście :)"
  • urko70 03.04.14, 12:45
    kora3 napisała:

    > Urko, to ja właśnie miałam taką sytuację.

    Nie wątpię że całe Twoje życie jest wyjątkowo wyjątkowe i wcale mnie nie
    zaskakuj, że każdą kwestię, którą dyskutujemy masz jakąś swoją sytuację.


    > W czasie, gdy doszło do wyprowadzki m
    > ego eksmęża i wniesienia przeze mnie o rozwód poważnie chorowałam. Nie była to
    > choroba śmiertelna, ale taka, która czasowo uniemożliwiała mi pracę, a rokowani
    > a z powodu tego, że lekarze nie umieli ustalić przyczyny dolegliwości były taki
    > e sobie.
    > W okresie przebywania na zwolnieniach lekarskich naturalnie otrzymywałam zasiłe
    > k chorobowy (w wysokości 100 proc. uposażenia etatowego, bo moje zwolnienia był
    > y dłuższe niż 7 dni),

    Fajnie masz, innym etatowcom wypłaca się najczęściej 80%.


    ale z racji tego, że normalnie sporą czesc moich dochodów
    > stanowiło wynagrodzenie nie z etatu, a z praw autorskich, na zwolnieniu miała
    > m znacznie mniej kasy, niż normalnie pracując. Do tego dochodziła konieczność z
    > akupu nietanich leków, pobyty w szpitalu itd.
    > No i co? No i nic...Nawet gdybym wniosła o alimentowanie mnie przez wówczas jes
    > zcze meza, sąd nie zasądziłby tych alimentów na moją rzecz. Bo miałam zasiłek c
    > horobowy, wiec nie pozostawałam bez środków do zycia z powodu choroby.
    > Sadu wcale by nie obeszło, ze ja z tytuły choroby mam 1/3 powiedzmy swoich norm
    > alnych zarobków, bo na zwolnieniu nie wolno mi pracować (choć teoretycznie mogł
    > abym coś pisać nawet w szpitalu:)), musze opłacić mieszkanie, kupić jedzenie, l
    > eki. Mam z czego zyć, wiec (jeszcze) mąż nie ma obowiązku mnie alimentować. Tak
    > wygląda praktyka Urko.

    Skoro miałaś środki do życia to całkiem słusznie by Ci nie zasądził.

    Już sama sugestia, składania pozwu o rozwód z równoczesnym wnioskowaniem o
    alimentowanie jest dość wyjątkowa.
    Skoro miałaś środki do życia to całkiem słusznym byłoby oddalenie Twojego oczekiwania.
    Ale co by postanowił sąd to ja nie wiem - pytanie jest skąd Ty to wiesz...?

    > Teraz mam w otoczeniu taką sytuację: para małżeńska (jeszcze). Roczne dziecko z
    > e zw. małżeńskiego. Pani przed porodem była na umowie śmieciowej, jej mąż też.
    > pani ma jeszcze jedno dziecko, z dawnego, nieformalnego związku.
    > I co się dzieje? Ano to, że pan prace na umowę śmieciową stracił. Nie ma prawa
    > do zasiłku. Pani otrzymuje: alimenty na starsze dziecko od swego dawnego chłopa
    > ka (w wys. 800 złotych) bez nakazu komorniczego, tzw. płacone "z reki", aliment
    > y w wysokości 300 złotych zasądzone wobec męza, który nie płaci, bo nie ma z cz
    > ego, jako bezrobotny i to swiadczenie wypłaca państwo za niego za pośrednictwem
    > MOPS-u. Na siebie pani od eksmęża nie wyegzekwuje żadnych alimentów, bo jest m
    > łoda i zdrowa, dziecko tez nie choruje przewlekle ani nie jest n.pełnosprawne,
    > wiec pani może iśc do pracy! No, ale ma roczne dziecko! A to nic nie szkodzi,
    > są żłobki! Pani może z racji swej sytuacji ubiegać się o preferencyjne warunki
    > przyjęcia dziecka do żłobka, o obnizenie dlań kosztów korzystania z niego i tyl
    > e.
    > Na alimenty od eksmęża liczyć nie może, bo on sam nie pracuje a poza tym nie ma
    > podstaw.
    > W praktyce, to lwią czesc dochodów tej psani stanowią alimenty na starsze dziec
    > ko płacone dobrowolnie przez ojca tego dziecka, który mezem pani nigdy nie był
    > :)

    Jesteś mistrzynią w zagmatwanym przedstawieniu sytuacji. :(

    Uporządkujmy:
    1. alimenty na starsze dziecko (jako lwia część jej dochodów) idą nie tylko na
    to dziecko czyli jest to dowód na to co pisałem, że facet nie ma praktycznej
    możliwości ograniczania wydatków matki z pieniędzy jakie płaci na dziecko.

    2. Mi osobiście to się nie podoba ale mnóstwo kobiet po 3-6-9-12 miesiącach
    owszem korzysta ze żłobków. Więc Twoje "No, ale ma roczne dziecko!" nie jest
    żadnym argumentem.

    3. Owszem jest młoda i zdrowa i jej dziecko ma rok czyli na siebie nie ma co oczekiwać
    alimentów szczególnie od kogoś kto również nie pracuje.

    4. Na alimenty o eksmęża i owszem liczyć może - liczyć w znaczeniu ma do
    tego prawo. Sąd ocenia jego zdolność do pracy i zasądza, jeśli sie uporczywie
    uchyla to trafi do więzienia.

  • kora3 03.04.14, 16:23
    urko70 napisał:

    >
    > Fajnie masz, innym etatowcom wypłaca się najczęściej 80%.

    Nieprawda - jeśli zwolnienie jest dłuższe jest to 100 proc. zawsze. Wówczas do 30 dni płacuł pracodawca, a potem ZUS.
    >
    > Skoro miałaś środki do życia to całkiem słusznie by Ci nie zasądził.

    Owszem - zatem sam widzisz, ze to, iż zona podupadnie na zdrowiu nie jest wcale przesłanką do alimentowania.
    .
    > Ale co by postanowił sąd to ja nie wiem - pytanie jest skąd Ty to wiesz...?

    Prawnicy potrafią ocenic możliwości na podstawie przepisów i swego doświadczenia.
    Pytałam czysto teoretycznie :)
    >

    >
    > Jesteś mistrzynią w zagmatwanym przedstawieniu sytuacji. :(


    E tam, sprawa z życia, sytuacja, jakich wiele.

    > > 1. alimenty na starsze dziecko (jako lwia część jej dochodów) idą nie tylko na
    > to dziecko czyli jest to dowód na to co pisałem, że facet nie ma praktycznej
    > możliwości ograniczania wydatków matki z pieniędzy jakie płaci na dziecko.


    Dowód na co? Podnosiłes to jako argument za formalizacją :) Tu jej nie było. A jakby ojciec starszego dziecka CHCIAŁ, to mógłby dochodzić w sadzie ile idzie na jego dziecko, a ile na dziecko młodsze i kobietę. Jego wybór, ze nie chce ...

    >
    > 2. Mi osobiście to się nie podoba ale mnóstwo kobiet po 3-6-9-12 miesiącach
    > owszem korzysta ze żłobków. Więc Twoje "No, ale ma roczne dziecko!" nie jest
    > żadnym argumentem.


    Nie ma znaczenia co się Tobie podoba. Są przepisy. Jest okres urlopu macierzyńskiego i finał. Wychowawczy nie jest obowiązkowy i opłacany. Państwo zakłada, ze po macierzyńskim kobieta może pracować.

    >
    > 3. Owszem jest młoda i zdrowa i jej dziecko ma rok czyli na siebie nie ma co oc
    > zekiwać
    > alimentów s