Dodaj do ulubionych

lewiatan rozwodowy?...

28.10.03, 12:29
Tad kiedys oburzal sie, ze panstwo chce sie wtracac do
tego, jak on wychowuje dzieci (a dokladnie, czy bije
czy nie bije).

ciekawi mnie bardzo, co sadzicie o pomysle latwiejszych
rozwodow (w urzedzie stanu cywilnego, czyli tam, gdzie
malzenstwo zawarto):

polityka.onet.pl/artykul.asp?DB=162&ITEM=1137561&MP=1
czy tutaj tez chcecie petac lewiatana?...
Edytor zaawansowany
  • Gość: BD IP: 195.136.36.* 28.10.03, 12:59
    Witam,

    sagan2 napisała:

    > ciekawi mnie bardzo, co sadzicie o pomysle latwiejszych
    > rozwodow (w urzedzie stanu cywilnego, czyli tam, gdzie
    > malzenstwo zawarto)

    W idei małżeństwa leży trwałość. Małżeństwo to tzw. pre-commitment - ludzie
    dobrowolnie wybierają ograniczenie swojej wolności dla jakiegoś wyższego celu.
    To coś jak z lokatą bankową - można pieniądze trzymać na nisko operocentowanym
    ROR, albo na lokacie terminowej - ta druga forma ogranicza nam czasowo dostep
    do pieniedzy, ale gwarantuje wyższy zysk.

    W tym sensie nie jest tak, że im łatwiejszy rozwód tym lepiej. No chyba, że
    wraz z ułatwieniem rozwodów zniesiemy przywileje małżeństwa (np. dziedziczenie
    traci tu pewien sens). Rozwody nie powinny być łatwe - powinny być rozsądnie
    trudne.

    Ciekawym pomysłem, acz raczej nierealizowalnym, byłoby istnienie kilku klas
    małżeństw - od takich, które rozwiązuje się "od ręki", po takie gdzie rozwód
    jest bardzo trudny bądź niemożliwy. Wiązałyby się z nimi różne przywileje. W
    momencie zawarcia ślubu małżonkowie wybieraliby sami typ małżeństwa. Istniałaby
    możliwość przejścia z jednego typu małżeństwa do drugiego, ale tylko "w górę" -
    na silniejszy związek.

    pozdrawiam,

    BD
  • olciak 28.10.03, 13:32
    Klasy małżeństwa? rozsądnie trudne? a nie uwazasz, ze skoro jak sam/sama
    napisałeś/ napisałas zawiązanie malżeństwa wynika ze świadomej decyzji dwojga
    dorosłych lduzi, to to samo powinno dotczyć możliwosci jego rozwiązywania?
    Zostajac w Twojej terminologii: wkładasz kasę na lokatę długoterminową, ale po
    kilku miesiacach okazuje się, że musisz zain westować np. w operację -
    "chrzanisz" utratę oprocentowania - zdrowi ważniejsze!!!
    małżeństwo, rodzina, to cudowne instytucje, ale tylko wówczas, jesli obie
    strony czują i myslą to samo na ich temat. Utrudnianie rozwodów wtedy, gdy
    małżonkowei na siebie patrzeć nie mogą lub po prostu juz nie chcą nikomu i
    niczemu nie służy, a juz najśmieszniejszy jest ten punkcik kodeksu rodiznnego
    mówiący o orzekaniu rowody tylko w sytuajci, gdy jest w zgodzie z interesem
    społecznym - paranoja!!!
  • Gość: BD IP: 195.136.36.* 28.10.03, 14:09
    Witam,

    olciak napisała:

    > Klasy małżeństwa? rozsądnie trudne? a nie uwazasz, ze skoro jak sam/sama
    > napisałeś/ napisałas zawiązanie malżeństwa wynika ze świadomej decyzji dwojga
    > dorosłych lduzi, to to samo powinno dotczyć możliwosci jego rozwiązywania?

    Drobny problem polega na tym, że często podejmujemy decyzję dotyczące naszej
    przyszłości, które mogą okazać się niezgodne z naszymi przyszłymi
    preferencjami. Obiecuje się np. kogoś kochać do śmierci pomimo przeszkód, to
    jest to świadoma decyzja dwojga dorosłych ludzi, która "anuluje" moc pewnych
    innych ich decyzji w przyszłości. To się nazywa metapreferencja.

    > Zostajac w Twojej terminologii: wkładasz kasę na lokatę długoterminową, ale
    > po kilku miesiacach okazuje się, że musisz zain westować np. w operację -
    > "chrzanisz" utratę oprocentowania - zdrowi ważniejsze!!!

    Zgadza się - ale utrata oprocentowania (oraz kara umowna za zerwanie lokaty) to
    są właśnie odpowiedniki "rozsądnie trudnego rozwodu". Zwolennicy łatwych
    rozwodów chcieliby zjeść ciastko i je mieć - dużo oprocentowanie, a brak
    konsekwencji zerwania lokaty.

    pozdrawiam,

    BD
  • sagan2 29.10.03, 09:03
    Gość portalu: BD napisał(a):


    > Zgadza się - ale utrata oprocentowania (oraz kara
    > umowna za zerwanie lokaty) to są właśnie odpowiedniki
    > "rozsądnie trudnego rozwodu". Zwolennicy łatwych
    > rozwodów chcieliby zjeść ciastko i je mieć - dużo
    > oprocentowanie, a brak konsekwencji zerwania lokaty.

    ta analogia nie jest najlepsza.
    przeciez przy rozwodzie traci sie przywileje, ktore daje
    malzenstwo - prawne i "zyciowe" (np szpital). te utracone
    przy rozwodzie przywileje, to wlasnie owo
    "oprocentowanie". dochodzi do tego na ogol "kara za
    zerwanie kontraktu" - alimenty, sprawa dzieci, podzial
    majatku itp.
    a trudny rozwod to DODATKOWE utrudnienie!!!
    to tak, jakby aby zerwac lokate, trzeba bylo czekac 3
    lata i jeszcze zaplacic za to sporo forsy OPROCZ kary
    przewidzianej w umowie.

    rozwodzac sie wcale nie "mamy ciasta i zjadamy ciastko" -
    tracimy przywileje, na ogol zostajemy w jakis tam sposob
    ukarani (alimenty, samotne wychowywanie dzieci, podzial
    majatku itp). nie ma ciastka (raczej okruszki i nadzieja
    na nowe ciastko...). a trudny rozwod, to tak, jakby nie
    miec ciastka, i dodatkowo zakupic ciastka dla wszystkich
    wokolo (oprocz samego siebie...).
  • ich1 28.10.03, 17:44
    > juz najśmieszniejszy jest ten punkcik kodeksu rodiznnego
    > mówiący o orzekaniu rowody tylko w sytuajci, gdy jest w zgodzie z interesem
    > społecznym - paranoja!!!

    Powstrzymuję się z całych sił przed użyciem bardziej dosadnych wyrażeń,więc
    ujmijmy to tak: z całym szacunkiem, możesz nie gadać głupot? Nie ma
    takiego "punkcika". Jest tylko przepis ( a nie punkcik), zgodnie z którym
    orzezcenie rozwodu jest niedpouszczalne jeżeli byłoby tp sprzeczne z zasadami
    współżycia społecznego.
  • Gość: barbinator IP: *.katowice.cvx.ppp.tpnet.pl 28.10.03, 13:37
    Jakby nie patrzeć to jest to ingerencja państwa w prywatne sprawy dwojga
    dorosłych ludzi. Jeżeli uznaje się, że państwo ma z pewnych powodów takie prawo
    to trzeba pogodzić się także z prawem państwa do narzucania obywatelowi
    poglądów arbitralnie uznanych za słuszne także w innych sprawach. Choćby
    właśnie we wspomnianej sprawie ustawowego "zakazu klapsa" - można się wóczas
    spierać czy dany pomysł ustawodawczy jest sensowny, ale nie można argumentować
    tak jak to zrobiło na wątku o klapsach parę osób: "państwo ma się nie wtrącać w
    życie rodzinne i już"
    Sagan zwróciła tutaj uwagę na swoistą hipokryzję: wiele osób łatwo godzi się na
    ingerencję państwa jeśli ta ingerencja jest akurat zgodna z jego własnymi
    wyobrażeniami o tym co słuszne. Natomiast gdy zgodna nie jest - natychmiast
    przypominają sobie o liberalizmie i krzyczą "jak najmniej państwa w państwie"
    czy "ręce precz od rodziny"...
    Pozdr. B.
  • frisky2 28.10.03, 14:00
    klaps to nieco inna sprawa - tam chodzi o przemoc fizyczna wobec innej osoby.
  • olciak 28.10.03, 14:16
    chyba najśmieszniejsze w całym "systemie małżeńsko - rozwodowym" jest to, że
    jeśli chcecie sie pobrać, to nikt Was nie pyta o powody, ale gdy już się
    zamierzacie rozstac, to macie się tłumaczyć i udowadniać, często wbrew
    prawdzie, że był w Waszym domu "syf i malaria", albo "sodoma z gomorą" go
    nawiedzały regularnie wsparte co i raz przez "białe myszki"...
  • malvvina 28.10.03, 14:32
    panstwo ingeruje w prywatne sprawy dwojga ludzi w momencie zawarcia slubu lecz
    malo kto mysli o prawdziwej naturze tego kontraktu - nie mowiac juz o tym ze
    malzenstwo (tupcie se ile chcecie) to podstawowa komorka spoleczna blablabla
    Panstwo ma interes w kazdym kontrakcie


    > Jakby nie patrzeć to jest to ingerencja państwa w prywatne sprawy dwojga
    > dorosłych ludzi. Jeżeli uznaje się, że państwo ma z pewnych powodów takie
    prawo
    >
    > to trzeba pogodzić się także z prawem państwa do narzucania obywatelowi
    > poglądów arbitralnie uznanych za słuszne także w innych sprawach.

    --
    La vita e' bella
  • sagan2 28.10.03, 15:51
    Gość portalu: barbinator napisał(a):


    > Sagan zwróciła tutaj uwagę na swoistą hipokryzję: wiele
    > osób łatwo godzi się na ingerencję państwa jeśli ta
    > ingerencja jest akurat zgodna z jego własnymi
    > wyobrażeniami o tym co słuszne.

    dokladnie o to mi chodzilo. i nie dotyczy to wylacznie
    ingerencji panstwa. czesto manewrujemy miedzy skrajnymi
    "izmami", dopasowujac je na chwile do wlasnych pogladow.
  • tad9 28.10.03, 16:50
    sagan2 napisała:

    > Gość portalu: barbinator napisał(a):
    >
    >
    > > Sagan zwróciła tutaj uwagę na swoistą hipokryzję: wiele
    > > osób łatwo godzi się na ingerencję państwa jeśli ta
    > > ingerencja jest akurat zgodna z jego własnymi
    > > wyobrażeniami o tym co słuszne.
    >
    > dokladnie o to mi chodzilo. i nie dotyczy to wylacznie
    > ingerencji panstwa. czesto manewrujemy miedzy skrajnymi
    > "izmami", dopasowujac je na chwile do wlasnych pogladow.

    Jeśli "dokładnie o to" Wam obu chodziło, to - doprawdy - jestem zaskoczony, tym
    bardziej, że nie po raz pierwszy już piszecie o tego rodzaju "hipokryzji". Nie
    jest to tymczasem żadna "hipokryzja", lecz różne podejście, do różnych
    problemów. Czym innym jest "rozwód", czym innym jest "klaps". Ktoś w
    odniesieniu do jednego z tych fenomenów może być zwolennikiem ingerencji
    państwa, a w odniesieniu do drugiego wręcz przeciwnie, i nie ma tu
    ani "hipokryzji", ani "niekonsekwencji". Nikt rozsądny nie podporządkowuje
    WSZYSTKICH problemów jednej zasadzie (np. nieingerencji państwa), choć jako
    pewien zasadniczy wskaźnik zasadę taką może uznawać za właściwą.
    Na takiej samej zasadzie, jaką się tu posługujecie, ja mógłbym
    zarzucać "hipokryzję" tym, którzy z jednej strony chcą SWOBODY aborcji, a z
    drugiej stronu OGRANICZENIA "seksizmu" w pracy, no bo w końcu, albo się jest za
    ingerencją państwa, albo przeciw ....
  • sagan2 28.10.03, 16:53
    tad9 napisał:

    > Nie jest to tymczasem żadna "hipokryzja", lecz różne
    > podejście, do różnych problemów. Czym innym jest
    > "rozwód", czym innym jest "klaps".

    dobrze, wytlumacz mi, w czym (zasadniczo) rozwod i klaps
    sa rozne na tyle, aby w jednym przypadku byc za, a w
    drugim przeciw ingerencji panstwa w *zycie prywatne*.
  • tad9 28.10.03, 19:07
    sagan2 napisała:


    > dobrze, wytlumacz mi, w czym (zasadniczo) rozwod i klaps
    > sa rozne na tyle, aby w jednym przypadku byc za, a w
    > drugim przeciw ingerencji panstwa w *zycie prywatne*.

    Proponuję Ci mały eksperyment (skoro nie widzisz "zasadniczej" różnicy, między
    klapsem a rozwodem). Namów męża, by dał Ci klapsa (zanotuj swoje
    spostrzeżenia), a następnie przeprowadźcie rozwód (zanotuj swoje
    spostrzeżenia). Następnie, porównaj notatki. Powinny pojawić się tam pewne
    różnice pomiędzy oboma fenomenami: klapsem i rozwodem.
  • sagan2 29.10.03, 08:56
    Tad, nie odpowiedziales na mohe pytanie:
    dlaczego panstwo ma prawo wtracac sie do prywatenej
    sprawy, czy malzonkowie sie rozwodza, czy nie, a nie ma
    prawa wtracac sie w wychowanie dzieci przez tych
    malzonkow?
    nie chodzi o roznice miedzy klapsem a rozwodem, ale o
    wtracanie sie panstwa do zycia prywatnego.
    bardzo prosze o odpowiedz.
  • tad9 29.10.03, 20:59
    sagan2 napisała:

    > Tad, nie odpowiedziales na mohe pytanie:
    > dlaczego panstwo ma prawo wtracac sie do prywatenej
    > sprawy, czy malzonkowie sie rozwodza, czy nie, a nie ma
    > prawa wtracac sie w wychowanie dzieci przez tych
    > malzonkow?
    > nie chodzi o roznice miedzy klapsem a rozwodem, ale o
    > wtracanie sie panstwa do zycia prywatnego.
    > bardzo prosze o odpowiedz.

    Ależ ja wcale nie zabierałem tu głosu w tej sprawie. Nawet nie czytałem
    materiału do którego podałaś link. Stwierdziłem tylko, że klaps i rozwód to
    dwie różne rzeczy i można patrzeć na nie z innych perspektyw.
  • Gość: barbinator IP: *.katowice.cvx.ppp.tpnet.pl 29.10.03, 08:43
    No to widzę, że będę musiała to jeszcze raz wyjaśnić.
    Oczywiście masz rację Tad, gdy mówisz że nie ma niekonsekwencji w tym, że ktoś
    uważa iż w jednej sprawie państwo powinno ingerować w życie prywatne ludzi a w
    drugiej nie. Co więcej, postawa odwrotna (państwo NIGDY nie powinno ingerować w
    sprawy prywatne) jest nie do obrony choć niektórzy ultraliberałowie próbują to
    czynić.
    Jednak problem leży w sposobie argumentacji używanej w celu poparcia swoich
    racji.
    Gdyby nasz archetypiczny PAKK (Polak, Antyfeminista, Katolik, Konserwatysta)
    powiedział tak: jestem zdania, że państwo może i powinno ingerować w prywatne
    sprawy rodzin jednak nie zgadzam się na ingerencję w tej konkretnej sprawie
    (np. bicia dzieci) - to wszystko byłoby w porządku i nikt nie mówiłby o jego
    hipokryzji.
    Jednak PAKK z reguły tak nie mówi.
    On mówi: jestem przeciwny temu przepisowi (bicie dzieci) gdyż państwo nie
    powinno wtrącać się do spraw rodziny. (często w tym miejscu pada jeszcze coś o
    komunistach i feministkach, którzy jak wiadomo stale chcą coś psuć w rodzinie -
    w przeciwieństwie do PAKKa, naturalnie..;)) I to właśne jest niedopuszczalne,
    gdyż zasada nieingerencji państwa jest tutaj wykorzystywana jako argument na
    poparcie swoich przekonań - a jeśli tak, to ta zasada MUSI obowiązywać także i
    w innych sprawach, np rozwodach.
    Należałoby jescze wyjaśnić dlaczego PAKK używa tego argumentu zamiast uczciwie
    wyrazić swój pogląd - a więc powiedzieć: "jestem zdania, że państwo może i
    powinno ingerować w prywatne sprawy rodzin jednak nie zgadzam się na ingerencję
    w tej konkretnej sprawie".
    Wyjaśnienie jest proste: Pakk wie, że powyższe zdanie, choć uczciwe, jest
    znacznie trudniejsze do obrony. Przecież oponenci PAKKa mogą mu wówczas
    powiedzieć tak: "aha, więc ty drogi PAKKu uważasz, że państwo może się wtrącać
    w prywatne sprawy ludzi tylko pod warunkiem że to wtrącanie jest zgodne z
    twoimi pakkowskimi poglądami" Wtedy PAKK będzie musiał długo i żmudnie
    wyjaśniać dlaczego konkretny pomysł ustawowy jest jego zdaniem chybiony. Ale po
    co miałby to robić skoro istnieje taki wspaniały wynalazek jak demagogia a PAKK
    nie lubi się wysilać i zawsze wybiera łatwe argumenty.
    Przecież "argument" "łapy precz od polskich rodzin" jest nie do odparcia i o to
    właśnie chodziło...
    Dodam jeszcze, że nie jest to bynajmniej jedyny taki przykład.
    Podobnie było np ze sprawą kampanii walki z homofobią. Okazało się bowiem, że
    zasada iż państwo nie powinno się zajmować wdrażaniem tzw "właściwych postaw"
    czyli propagowaniem wartości uznawanych przez nie za słuszne, jest szalenie
    elastyczna i raz obowiązuje a raz nie. Nie rozwijam tego wątku, gdyż w
    kontekście tego co napisałam wyżej jest to rzecz oczywista i nie wymagająca
    wyjaśnień.
    Pozdr. B.
  • tad9 29.10.03, 15:48
    Gość portalu: barbinator napisał(a):

    > No to widzę, że będę musiała to jeszcze raz wyjaśnić.
    > Oczywiście masz rację Tad, gdy mówisz że nie ma niekonsekwencji w tym, że
    ktoś
    > uważa iż w jednej sprawie państwo powinno ingerować w życie prywatne ludzi a
    w
    > drugiej nie. Co więcej, postawa odwrotna (państwo NIGDY nie powinno ingerować


    Droga B. jesteś świetna - jeśli chodzi o walkę z potworami, które sama sobie
    stwarzasz.
  • Gość: barbinator IP: *.katowice.cvx.ppp.tpnet.pl 29.10.03, 17:29
    tad9 napisał:

    > Gość portalu: barbinator napisał(a):
    >
    > > No to widzę, że będę musiała to jeszcze raz wyjaśnić.
    > > Oczywiście masz rację Tad, gdy mówisz że nie ma niekonsekwencji w tym, że
    > ktoś
    > > uważa iż w jednej sprawie państwo powinno ingerować w życie prywatne ludzi
    > a
    > w
    > > drugiej nie. Co więcej, postawa odwrotna (państwo NIGDY nie powinno ingero
    > wać
    >
    >
    > Droga B. jesteś świetna - jeśli chodzi o walkę z potworami, które sama sobie
    > stwarzasz.


    Czy to znaczy, że twoim zdaniem nie ma na tym forum dyskutantów argumentujących
    w taki sposób jak to opisałam?
  • jasmina22 29.10.03, 19:12
    po raz kolejny nasuwa się pytanie o cel ,i tak w sprawie rozwodu
    przypuszczam że wszelkie utrudnienia i ingerencja państwa mają głównie na celu
    dobro dziecka , bardziej niż psychiczny komfort rodziców wynikajacy z gładkiego
    i szybkiego załatwienia sprawy. Aby jedak moje założenie było prawdziwe , to w
    przypadku par bezdzietnych nie byłoby już powodu do jakiejkolwiek nadmiernej
    ingerencji.

    Co do klapsów choć dość mgliście przypominam sobie odnośny wątek , mam
    wrażenie ,że znajduję się tutaj po stronie tradycyjnie antyfe . Ingerencja
    państwa nie wydaje się w tym przypadku mieścić w granicach tzw " common
    sense" , i choć zabrzmi to dla niektórych może demagogicznie common sense
    is not so common .
  • tad9 29.10.03, 20:02
    Gość portalu: barbinator napisał(a):


    > Czy to znaczy, że twoim zdaniem nie ma na tym forum dyskutantów
    >argumentujących w taki sposób jak to opisałam?

    Nie wiem. Jeśli uważasz, że są -udowodnij to, na KONKRETNYCH przykładach.
  • sagan2 28.10.03, 15:49
    czyli rozumiem, ze twierdzisz, ze "cel uswieca srodki". w
    tym konkretnym przypadku - malzenstwo to sprawa na tyle
    wazna (i laczaca sie z przywilejami), ze panstwo ma prawo
    sie wtracac (trudne rozwody). ale przeciez rodzicielstwo
    tez jest sprawa niezwykle wazna, a dobro dzieci powinno
    byc sprawa nadrzedna...
    ... czyli tutaj panstwo tez ma prawo sie wtracac?
    a przeciez (o ile pamietam) chcialbys, aby rodzice mieli
    wiekszy wplyw na edukacje dzieci (niech sie ucza tego,
    czego chca rodzice). nie pamietam, co sadzisz o klapsie?
    popierasz zakaz czy jestes przeciw zakazowi?
    wiec jak to jest? dlaczego panstwo pa prawo wtracac sie
    do rozwodow, a nie ma prawa do bicia dzieci, ich
    wychowania czy edukacji (albo przynajmniej ma mniejsze
    prawo)?
    co jest tym kryterium w malzenstwie (za wtracaniem sie),
    a co w rodzicielstwie (przeciw wtracaniu sie)?

    pisales o roznych "stopniach" malzenstw. czy zatem
    popierasz konkubinat (zalozmy, na wymogi tej dyskusji, ze
    mowimy o parach hetero)? tam tez partnerzy maja mniejsze
    prawa (w obecnej propozycji ustawy) i moga szybko
    rozwiazac swoj zwiazek... to w sumie dokladnie jak Twoje
    "malzenstwo nizzszego stopnia" ;) zgadzasz sie?
  • ich1 28.10.03, 17:57
    Ponieważ widzę tu pewną niechęć do sądowego orzekania rozwodu, chciałbym
    zwrócić uwagę na kilka kwestii, które przemawiają jednak za tym, aby rozwody
    były w miarę sformalizowane.
    1. Z chwilą zawarcia małżeństwa powstaje między małzonkami wspólnota
    majątkowa. Po rozwodzie ona ustaje. Jest to zagadnienie bardzo skomplikowane,
    prowadzące do wielu sporów, etc. Interwencja sądu w takich razach jest
    nieodzowna, tak aby sytuacja po pewnym czasie stała się w miarę klarowna,
    chociażby dla wierzycieli niegdysiejszych małżonków.
    2. Jakkolwiek ciężko w to uwierzyć, to trafiają się jeszcze małżeństwa które
    mają dzieci. Po rozwodzie konieczne jest orzeczenie o władzy rodzicielskiej.
    Sam urzędnik może sobie z tym nie poradzić, jako że są to kwestie bardzo
    drażliwe.
    3. Dodatkowo jest jeszcze kwestia alimentów. Jaka osoba będzie płaciła coś
    swojej byłej drugiej połowie, bo jakiś urzędas jej tak kazał? Jak urzędnik ma
    taki problem rozwiązać?
    Muszę powiedzieć, że niechęć pań do sądowych rozwodów trochę mnie zaskoczyła.
    Nikomu źle nie życzę, ale w bardzo wielu przypadkach to kobieta wychodzi
    lepiej na tym, że państwo w osobie sędziego sprawuje pewną kontrolę nad
    procesem rozwodowym...
  • sagan2 29.10.03, 08:54
    czy czytales artykul? o ile pamietam, pomysl prostych
    rozwodow bylby przewidziany dla par, ktore zgodnie
    wiedza, co zrobic z podzialem majatku, dziecmi i
    alimentami. w wypadku nieporozumien - zostaje sad, jak do
    tej pory.
    pomijam drobny fakt, ze istneijea intercyzy
    przedmalzenskie, malzenstwa bezdzietne albo takie, ktore
    chca sie rozstac po przyjacielsku i same potrafia
    wszystko zalatwic.

    poza tym, jestes pewien naszych (pan) opini o szybkim
    rozwodzie? ja zadalam pytanie, jak to sie ma do
    intwerwencji panstwa w zycie jednostki... nigdzie nie
    wyrazilam swojej opini...
    ... ale oczywiscie zostala mi przypisana...
  • Gość: BRvUngern-Sternber IP: *.bg.am.lodz.pl 28.10.03, 18:57
    Ze szczegolnym sadyzmem uderzajaca w dzieci.Poniewaz ten nieudolny projekt
    pozwalalby latwo wykpic sie od obowiazkow wobec dzieci.Jest to proste.Na czym
    polega problem rozwodu?Na tym ze praktycznie nie da sie go przeprowadzic.Taka
    niby prosciutka sprawa jak podzial majatku.Jak podzielic meble,telewizor
    itd.Ale pozostaje problem z dziecmi jak ustalic i ich wychowanie podzial
    obowiazkow???Tylko feministycznym prymitywom moze wydawac sie to latwe.Zreszta
    prymitywom wszystko wydaje sie proste tak jak np. komunie rzadzenie.Tymczasem
    szybki rozwod oznacza nie uregulowanie tych spraw.Zreszta nawet obecny rozwod
    ich dobrze nie reguluje poniewaz nie jest to mozliwe.Po prostu rozwod jest
    niezgodny z natura...
  • Gość: barbinator IP: *.katowice.cvx.ppp.tpnet.pl 28.10.03, 21:22
    Gość portalu: BRvUngern-Sternber napisał(a):

    Po prostu rozwod jest
    > niezgodny z natura...


    Ależ wręcz przeciwnie... To raczej monogamiczne małżeństwo jest niezgodne z
    naturą. Zgodnie z naturą bowiem ludzki samiec powinien dążyć do przekazania
    swoich cennych genów możliwie najliczniejszemu potomstwu zaś stała partnerka
    ogranicza jego możliwości reprodukcyjne do maksymalnie jednego dziecka rocznie.
    Zdrowy samiec po zapłodnieniu samicy udaje się na poszukiwanie następnej
    partnerki - tak to przynajmniej jest w naturze. Natomiast w świecie w którym my
    żyjemy (przynajmniej ja i inni ludzie cywilizowani) obowiązują pewne normy
    kulturowe, jak np małżeństwo monogamiczne, zasada wierności małżeńskiej itd.
    Wiesz Bru, twoi koledzy z frakcjii betonu antyfeministycznego powinni cię
    trochę doedukować - kto to widział, nie znć nawet podstaw swojej własnej
    ideologii... nawet tak głupiej, ale żeby nie znać podstaw...
  • tad9 28.10.03, 21:30
    Gość portalu: barbinator napisał(a):

    > Gość portalu: BRvUngern-Sternber napisał(a):
    >
    > Po prostu rozwod jest
    > > niezgodny z natura...
    >
    >
    > Ależ wręcz przeciwnie... To raczej monogamiczne małżeństwo jest niezgodne z
    > naturą. Zgodnie z naturą bowiem ludzki samiec powinien dążyć do przekazania
    > swoich cennych genów możliwie najliczniejszemu potomstwu zaś stała partnerka
    > ogranicza jego możliwości reprodukcyjne do maksymalnie jednego dziecka
    rocznie.
    >
    > Zdrowy samiec po zapłodnieniu samicy udaje się na poszukiwanie następnej
    > partnerki - tak to przynajmniej jest w naturze. Natomiast w świecie w którym
    my
    >
    > żyjemy (przynajmniej ja i inni ludzie cywilizowani) obowiązują pewne normy
    > kulturowe, jak np małżeństwo monogamiczne, zasada wierności małżeńskiej itd.
    > Wiesz Bru, twoi koledzy z frakcjii betonu antyfeministycznego powinni cię
    > trochę doedukować - kto to widział, nie znć nawet podstaw swojej własnej
    > ideologii... nawet tak głupiej, ale żeby nie znać podstaw...

    Zwracam uwagę, że to feministki "czczą naturę".
  • Gość: barbinator IP: *.katowice.cvx.ppp.tpnet.pl 29.10.03, 08:46
    tad9 napisał:


    >
    > Zwracam uwagę, że to feministki "czczą naturę".


    Nie zapomnij tego napisać jak następnym razem ktoś znowu wystrzeli
    z "odwiecznymi prawami natury łamanymi przez feministki" - np poprzez prace
    zawodowa kobiet czy rodzenie dzieci po 30-stce. Liczę na ciebie, Tad...
  • tad9 29.10.03, 20:01
    Gość portalu: barbinator napisał(a):

    > tad9 napisał:
    >
    >
    > >
    > > Zwracam uwagę, że to feministki "czczą naturę".
    >
    >
    > Nie zapomnij tego napisać jak następnym razem ktoś znowu wystrzeli
    > z "odwiecznymi prawami natury łamanymi przez feministki" - np poprzez prace
    > zawodowa kobiet czy rodzenie dzieci po 30-stce. Liczę na ciebie, Tad...


    Doprawdy B. nie wiem co napisać. Możesz wyjaśnić o co Ci właściwie chodzi?
  • Gość: Jacenty IP: 217.96.29.* 29.10.03, 11:07
    Szczególnie zgodna z naturą jest "wysysanie" małego dziecka z macicy...
  • Gość: BRvUngern-Sternber IP: *.bg.am.lodz.pl 29.10.03, 19:08
    No tak pomrocznosc jasna.O jakiej naturze mowa?Jak rozumiem o zwierzetach?
    Feministki porownuja sie do zwierzat?Nie jest to dla mnie
    zaskoczeniem.Tymczasem ja mowie o ludziach.Wiem ze feminizm zatraca cechy
    ludzkie ale to nie znaczy ze takich cech nie ma.w naturze natomiast czlowieka
    lezy chec przekazania swojej historii czyli faktycznie nazwiska ktore swiadczy
    o pochodzeniu.Nastepnie majatku swojemu dziedzicowi.Do tego celu potrzebne jest
    malzenstwo i pewnosc ze to jest jego dziecko.Tymczasem beton feministyczny
    bredzi o jakiejs naturze podobnej zwierzeta ktora rzekoma pole
    na:kopulacji,kopulacji,kopulacji.Jest to charakterystyczne dla prymitywnego
    myslenia.Ale musze zmartwic beton nawet u zwierzat cos takiego nie wystepuje.
    Nie odsylam do nauki bo to i tak nic nie da.
  • Gość: Jacenty IP: 217.96.29.* 29.10.03, 11:15
    Baronie powiedziałaś to bardzo śmiało ale chyba blizej prawdy niż zrobiła to
    pani fe. W naturze mężczyzny leży także odpowiedzialność za własne potomstwo
    czyli opieka i dawanie bezpieczeństwa. W wersji fe to naturalne samcom homosap.
    zachowanie, wobec zbyt licznego potomstwa, nie jest możliwe.Pozdrawiam.
  • Gość: Odra IP: *.teleton.pl / 192.168.0.* 29.10.03, 15:03
    To może skorzystajmy z pomysłu szyitów - małżeństwo na czas określony?
  • maly.ksiaze 29.10.03, 20:39
    ... jak sprawę chce widzieć BD: to znaczy, że małżeństwo jest rodzajem
    dobrowolnego związania siebie (podobnie jak na przykład wstąpienie do
    ochotniczej armii), to wtedy propozycja nadmiernego ułatwienia rozwodów
    demontuje instytucje małżeństwa. To znaczy: czyni je bezużytecznym, bo co to
    za supeł, co go może każdy urzędnik USC rozwiązać?
    W mojej opinii - raczej niemądra propozycja.

    Pozdrawiam,

    mk.
  • Gość: tad IP: *.krosno.cvx.ppp.tpnet.pl 01.11.03, 09:41
    Nie wiem w jakim kierunku rozwinęła się ta dyskusja, dodam jednak od siebie
    kilka uczonych uwag:
    Małżeństwo współczesne opiera się na afekcie. Dawniej, była to instytucja o
    wiele bardziej poważna. Trwałość małżeństwa wzmiacniało to, że nie była ono
    tylko wspólnotą emocjonalną, ale także -w znacznie większym niż dziś stopniu -
    ekonomiczną, czy ochronną. Z czasem sporą część tych funkcji wzięło na siebie
    państwo, ów Lewiatan, pochłaniający coraz większe obszary naszej prywatności
    (samo pojawienie się tzw. "ślubów cywilnych" to przejaw totalitarnych apetytów
    Lewiatana). Pozbawienie małżeństwa sporej części "twardych" funkcji ekonomiczno-
    opiekuńczo-ochronnych, sprawiło, że musi ono opierać się tylko na tym, co
    zostało, czyli głównie na czymś tak ulotnym jak emocje, i dlatego niszczy je
    byle kryzys. To, co dawniej byłoby po prostu przejściowym zaburzeniem związku,
    dziś kończy się najczęściej rozwodem. Wydaje się przy tym, że rozbuchane
    socjalnie "państwo dobrobytu", mogące skutecznie "zastępować" funkcje
    małżeństwa jest przejściowym fenomenem historycznym. Okazuje się zbyt
    kosztowne, by mogło funkcjonować przez znacząco długi okres czasu. I tu
    dochodzimy do kwestii "wyzwolenia kobiet". Otóż, jak łatwo zauważyć, kobiety
    nie są w stanie funkcjonować samodzielnie w takim samym stopniu w jakim zdolni
    są do tego mężczyźni. Przyczyny tego stanu rzeczy leżą rzecz jasna w biologi.
    Ona to sprawia, że kobieca "samodzielność" wymaga istniena swego
    rodzaju "strefy ochronnej", czy może inaczej mocno rozbudowanego "zaplecza".
    Warto sobie uświadomić, że spora część "okropności patriarchatu" jakimi epatują
    niedouczone feministki, nie służyła "uciskowi" kobiet, lecz ich ochronie.
    Kobiety "wyzwoliły się", gdy Lewiatan zaczął przejmować funkcje rodziny. Mówiąc
    inaczej, nie było to "wyzwolenie", lecz "zmiana pana": kiedyś kobiety
    były "ubeswłasnowolnione" przez rodziny, dziś są niewolnicami Lewiatana. Gdyby
    nagle Lewiatan zwinął owo "zaplecze" (chociażby np. żłobki i przedszkola),
    nastąpiłby triumfalny powrót "patriarchatu".
  • Gość: uta IP: 68.160.254.* 02.11.03, 03:16
    jestem od kilku miesiecy po rozwodzie. O rozwod wystapil moj maz, ktory
    jednak robil wszystko azeby przedluzyc proces. Po trzech latach w
    ramach "rozsadnych utrudnien" sedzia zdolal przesluchac jednego mojego swiadka
    i 9 meza. Moje kilkakrotne wnioski poczawszy od sprawy pojednawczej o rozwod
    bez orzekania o winie nie spotkaly sie ze zrozumieniem mojego meza. Rozwod
    uzyskalam po 4 latach, w 10 miesiecy po wycofaniu przeze mnie wszystkich moich
    swiadkow, rezygnacji z brania jako dowod sprawy karnej, ktora znajduje sie od
    dwoch lat w sadzie karnym przeciwko mojemu mezowi o przemoc domowa i grabiez
    mojego mienia (meble z XIX w.), rezygnacji z jakiegokolwiek ustalania opieki
    nad dzieckiem, (sedzia przyznal mezowi nie ustalajac mi zadnych kontaktow)na co
    przystalam za rada adwokata, gdyz w przeciwnym razie sprawa moglaby sie toczyc
    do pelnoletnosci dziecka. termi za 10 miesiecy, kiedy juz nic sie nie dzialo
    uzyskalam dzieki pisaniu odwolan i w odpowiedi na koplejna skarge otrzymalam
    odpowiedz, ze uwzgledniono moja prosbe o ...przyspieszenie terminu. Orzeczono
    calkowita moja wine, uzasadnienie jest zwyklym oszczerstwem dowody opieraja sie
    na maz pozwanej powiedzial bez podania nr strony z akt.( nie bede tu sie
    rozwlekac) i oczywiscie nie odwolalam sie za rada nie tylko adwokata ale i
    wlasnego rozumu. W najlepszym razie sprawe odeslano by do ponownego
    rozpatrzenia, co gwarantowalo by mi wiele, wiele lat dalszej zabawy. Tak
    skonstruowane polskie prawo pozwala na cos takiego. To wlasnie ma sluzyc
    zasadom wspolzycia spolecznego, dobru dziecka ta eskalacja nienawisci i utrata
    zdrowia i lat w imie ochrony wartosci rodzinnych. Najlatwiej teoretyzowac,
    czlowiek jest istota wolna i o tym z kim chce mieszkac, czy spac nie powinien
    decydowac urzednik, na dodatej pozbawiony etyki. To wlasnie strach,ze ktos
    bedzie co sie pchal w twoje zycie powoduje, ze w zachodniej Europie coraz mniej
    jest slubow ( we Francji ponad polowa par zyje bez slubu.Zapewne dyzurni
    panowie z tego forum cos mi przywala, ale ja juz splywam stad
  • kitus_kotus 02.11.03, 12:28
    mialas totalnego pecha. podobno w polsce wiekszosc w sadach rodzinnych
    stanowia kobiety i stad dyskrytminuje sie przy rozwodach mezczyzn. a tu
    prosze - klasyczny przyklad solidarnosci penisow. i jeszcze odizolowali matke
    od dziecka. pewnie twoj maz mial kupe kasy. tak to sie maja piekne zapisy o
    ochronie rodziny i dobru dziecka do smutnej rzeczywistosci rozwodu.
  • ada296 02.11.03, 22:56
    gdy małżeństwo jest bezdzietne i małżonkowie "się nie lubią" a chcą się
    zgodnie rozejść - niech to zrobią w USC i nie zawracają głowy sądom


    --
    ...wszystko można co nie można byle z wolna i z ostrożna...

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka