Jak ktos jest 'zwierzeciem miejskim' to zadne argumenty go
nieprzekonaja do mieszkania w domu. Jezeli jednak wbrew instynktowi
samozachowawczemu takie miejskie zwierze (ulegajac owczemu pedowi -
bo znajomi i wokol wciaz sie buduja) zamieszka w domu, to mamy
wlasnie takie cierpkie wnioski. Tylko mam pytanie - po co bylo pchac
sie do domu?
Sa takze, inne typy - 'zwierzeta domowe' ktore w mieszkaniach (nawet
z duzym balkonem) dusza sie. Ciasne, ograniczajace perygrynacje do
trasy pokoj-przedpokoj-kuchnia. Ciagnie ich do niekoszonej trawy,
dlubania w ziemi, mozliwosci jaka daje jedynie dom - ze za oknem
wystarczy zrobic krok i stapa sie po ziemi. Zero klatek schodowych,
wind, smierdzacych wywiewow z kuchennej wspolnej wentylacji. Siat z
zakupami nie trzeba wnosic na pietro. A pawlacz w przedpokoju nie
udaje, ze jest piwnicą. Nie przeszkadza, ze trzeba wciaz cos
zamykac, dogladac, podlewac. Praca u siebie to odpoczynek - zamiast
siedzenia na kanapie po odkurzeniu przyslowiowych 50 metrow. Ziemia
i piach za oknem jest przedluzeniem domu - zwlaszcza, ze okno
tarasowe jest otwarte od kwietnia do wrzesnia, a sprzatanie nie
stanowi istotnego problemu. I jeszcze zwierzaki, ktore w takim domu
przemieszczaja sie bez ograniczen pomiedzy ogrodem a podloga pod
rozgrzanym w chlodne dni kominkiem.
A szambo, no coz co dwa tygodnie podjezdza Pan Zdzich i tyle.
W skali roku, koszty utrzymania mojego 200 m domu sa nizsze niz 57
metrowego mieszkania 3 pokojowego (łoł - 3 pokoje na 57 metrach!) na
warszawskich Bielanach - w ktorym mieszkaja moi tesciowie.
Mieszkalem juz i w nowym budownictwie i w starej kamienicy ale
ciagnelo do domu. Bo jak sie w domu czlowiek wychowal, to nie da
rady wtloczyc sie formatke 'M' - chocby nie wiem jak ekskuzywnego :-
))