Dodaj do ulubionych

Rozmaitosci, ciekawostki, dowcipy i anegdoty...

04.03.06, 21:51
...wlasne, zasłyszane i znalezione w internecie.
Zgodnie z umową zakładam nowy watek z bardziej, jak sądzę, rozszerzonym
programem. Zachęcam do udziału i zgłaszania ewentualnych uwag.
Edytor zaawansowany
  • charyzmatek 04.03.06, 22:41
    Jutro oglaszam moje urodziny. Ale was zagielo? Zaloze nowe majtki i chinski
    biustonosz. Ale bez spotkan z ptaszkami.
  • wikul 04.03.06, 22:45
    charyzmatek napisała:

    > Jutro oglaszam moje urodziny. Ale was zagielo? Zaloze nowe majtki i chinski
    > biustonosz. Ale bez spotkan z ptaszkami.


    Czy to bedą te barchanowe stringi na szelkach ?
  • ewa553 04.03.06, 22:45
    OK Charyzmatek, wysylam Ci w prezencie urodzinowym wirtualne stringi.
    --
    מזל טוב
  • charyzmatek 04.03.06, 22:51
    merci,merci.
  • wikul 04.03.06, 22:43
    W jego okolicy Wajda z Jahodą i Beatą Tyszkiewicz kręcili Bramy raju. Stołowali
    się u pewnego listonosza, który wieczorem był kucharzem amatorem i wspaniale
    przyrządzał kalmary nadziewane wątróbkami rybnymi z czosnkiem i pietruszką.
    Kiedy to było?
    Kiedy Frank Sinatra po raz pierwszy zaśpiewał, a cały świat za nim Strangers in
    the night. Nawet tańczyłem do tej melodii z Beatą.
    Tam, w Dubrowniku, Kazio Marianowicz zahipnotyzował pewnego hotelowego portiera
    opowiadaniem o kryzysie twórczym, jaki przechodzi… aby sprzedać maszynę do
    pisania. Przysięgał, że chce zmienić zawód literata, że dojadł mu już reżim PRL-
    u z jego cenzurą, zaliczkami, domami pracy twórczej, drukowaniem w
    wielotysięcznych nakładach, więc postanowił rzucić to wszystko w diabły i oddać
    mu tę maszynę półdarmo… Zresztą nie tylko on przeżywa taki kryzys twórczy, ale
    i Janusz Minkiewicz, i inni polscy literaci przebywający wtedy w Dubrowniku. W
    ten sposób wymienili na dinary sześć maszyn. Bawili się przez miesiąc i jeszcze
    nakupowali do domu butów i różnokolorowych rajstop dla znajomych dziewcząt.
    A dzisiaj - co za przyjemność jechać na wakacje z wymienialnym złotym, czekami
    American Express lub kartą VISA?
    To samo z lekarstwami.
    Mira Michałowska opowiada, jak spotkała kiedyś Stryjkowskiego z olbrzymią torbą
    tak wypchaną, że wlókł ją po ziemi.
    - Julek, co ty tam dźwigasz?
    - Rzucili urosan w aptece za rogiem - powiedział uszczęśliwiony.
    Tego samego Stryjkowskiego zapytano kiedyś:
    - Julek, ile ty masz lat?
    - Co znaczy, ile? Tyle co wszyscy.
    Znane? Tak. Ale zawsze śmieszne.
    Antoni Słonimski spotyka drobniutkiego, niskiego Stryjkowskiego na spacerze w
    Alejach Ujazdowskich.
    - Skąd pan wraca? Gdzie pan był, panie Julku?
    - W ogrodzie botanicznym.
    - Aha, rozumiem. Chodzi pan tam… rosnąć.
    J.Gruza
  • gabidd 04.03.06, 23:17
    Rok chyba 1976 z trudem zdobyte wczasy w Rumunii nad Morzem Czarnym, wyjazd
    początek września powrót pazdziernik. Cieszylismy się jak małe dzieci no to
    najjemy sie winogron wspaniałych pomidorów , arbuzów , brzoskwiń, papryki
    wszystko prosto z tzw. krzaka.I jeszcze wspaniałe słońce,chociaż juz nie będzie
    takich upałow. Jedziemy pociągiem prawie dwa dni. Nareszcie jest . Jadąc
    pociagiem widzimy zdala morze. Jesteśmy u kresu męczącej podróży. Wysiadamy z
    pociągu, wspaniałe słońce. Jesteśmy szczęśliwi. Autokar wiezie nas do hotelu.
    Jesteśmy potwornie zmęczeni, ale wychodzimy na spacer popatrzeć na morze hotel
    stoi tuż przy plaży, brak piasku jest tylko jakis taki pył. Tłumaczą nam, ze to
    morze wyrzuca muszle i rano walec przjezdza i wszystko ugniata. MYślimy sobie
    niech ugniata jutro od rana kąpiele i opalanie. NOc, Śpimy . Ranek buidzi nas
    ciche stukanie o blache za oknem i cos chodzi stukając po balkonie. Myślimy że
    to ichniejsze mewy czy inne ptactwo robi sobie ranny obchód. Wstajemy wyglądamy
    i o zgrozo pada deszcz. I tak cholernik padał z małymi przerwamiprzez całe trzy
    tygodnie gdzie za miedzą czyli w Warnie była przepiękna pogoda. Ostatnia noc w
    hotelu nikt nie śpi wycieczka składająca sie z około 30 osób bardzo
    zintegrowana ichniejszym winem , rano wracamy do kraju. Iiiiiiiiiii od rana
    świeci przepiękne słońce, żal wyjezdzać. No cóz skonczyły się wczasy.
    Przyjezdzamy do Polski dworzec centralny tata przynióśł nam ciepłe płaszcze bo
    jednak tam było o wiele cieplej. Następnym, razem dalsze opowieści z wyprawy
  • wikul 05.03.06, 00:19
    Oto autentyczny list nadesłany do ZUS jako odpowiedź na żądanie udzielenia
    bliższych informacji, dotyczących wypadku przy pracy obywatela Antoniego P, z
    Błędowa.

    Szanowni Państwo!

    Jestem z zawodu murarzem. W dniu wypadku pracowałem sam na dachu nowego,
    trzypiętrowego budynku. Po zakończeniu prac stwierdziłem, iż mam trochę cegieł
    porozrzucanych wkoło siebie. Zdecydowałem się nie znosić ich na dół, lecz
    spuścić w beczce używając liny na bloku, przytwierdzonym do ściany na trzecim
    piętrze budynku. Jak pomyślałem, tak zrobiłem.

    Zabezpieczywszy linę na dole, wszedłem na dach i zawiesiłem na niej beczkę, po
    czym załadowałem ją cegłami. Następnie zszedłem na dół i odwiązałem linę,
    przygotowawszy się do jej silnego - zaznaczam - trzymania i powolnego
    opuszczania 150.kilogramowego ciężaru.

    Nadmieniam, że w raporcie z wypadku określiłem moją wagę ciała na cyrka 80 kg.
    Jakież było moje zaskoczenie, gdy nagłym szarpnięciem do góry straciłem
    orientację, jednak liny nie puściłem. Wraz z liną ruszyłem w szybkim tempie do
    góry, tuż przy ścianie drąc łokcie do krwi. Gdzieś w połowie budynku spotkałem
    się z opadającą beczką. To tłumaczy pękniętą czaszkę oraz złamany lewy obojczyk
    i wystawiony lewy bark..

    Zwolniłem trochę z powodu beczki, ale kontynuowałem gwałtowne wciąganie, nie
    zatrzymując się do momentu, gdy kostki mojej prawej ręki zaklinowały się w
    bloku. Na szczęście pozostałem przytomny i byłem w stanie trzymać mocno linę,
    pomimo bólu i poniesionych ran. W tym momencie beczka uderzyła o ziemię, w
    wyniku czego jej dno pękło a zawartość wypadła.

    Nadmieniam, że obolały na drugim końcu liny ważyłem nadal 80 kg. W tej sytuacji
    zacząłem gwałtownie spadać i w połowie budynku ponownie spotkałem się z
    pękniętą beczką, która tym razem wznosiła się do góry. W efekcie mam popękane
    kostki i rany szarpane nóg.

    Z przykrością muszę stwierdzić, że gdy leżałem półprzytomny i obolały na stosie
    cegieł, nie mogłem wstać ani się ruszyć a ponadto przestałem trzeźwo myśleć i
    puściłem linę ważącą 5 kg, to pusta beczka ważąca jednak nadal 25 kg przeważyła
    ciężar liny i spadając z wysokości trzeciego piętra połamała mi nogi.

    Mam nadzieję, że udzieliłem Państwu wyczerpujących wyjaśnień, potrzebnych do
    zakończenia postępowania w mojej sprawie oraz że jasne jest w jakich
    okolicznościach zdarzył się ten wypadek.

    Z poważaniem Antoni P.


    Autentyczność tego listu watpliwa.
    W.
  • wikul 05.03.06, 00:24
    Seksuologia
    wzwód członka
    Autor: tomekwawa1
    Data: 26.04.02, 02:19
    zarchiwizowany
    --------------------------------------------------------------------------------
    Panie doktorze, mam 19 lat i podczas wzwodu mój członek kiedy jest najbardziej
    napięty -jest prosty, ale nie unowsi mi się w lini prostej tylko ok. 20 stopni
    jest zwrócony w lewą stronę. Jeśli jest napięty ale nie aż tak bardzo jest
    zwrócony troche mniej w lewo. Zauważyłem to jakieś pół roku temu, czy istnieje
    jakiś sposób aby mój członek unosił się w lini prostej do góry. Czy członek
    powinien dokładnie stawać po lini prostej w góre, bo słyszałem że jądro lewe
    jest 2 cm niżej od prawego i jest to podobno normalne. Bo myśle że umnie
    członek nienaturanie w stanie mocnego wzwodu jest skręcony do 20 stopni w lewo.
    Czy trzeba leczyć to operacyjnie? Może są jakieś inne metody? Co powinienem
    zrobić. Prosze o odpowiedź. Tomek 19.
  • ewa553 05.03.06, 10:33
    Maz wraca po rocznej ekspedycji z dzunglii.Jest smutny,teskno patrzy w
    okno.Zona w koncu nie wytrzymala i zaczela go naciskac zeby
    powiedzial co sie dzieje.Opieral sie troche a w koncu wyznal ze w dzungli
    mial ...romans z gorylem.Zona jakos to przetrawila i
    pociesza go:
    nie martw sie.o tym wiemy tylko ty i ja.Goryl przeciez nie mowi.
    Na to maz ze lzami w oczach:
    no wlasnie...nie mowi...nie dzwoni...nie pisze...

    --
    מזל טוב
  • ewa553 05.03.06, 10:34
    Trzech facetów cale zycie zbieralo na wyjazd do Kenii, ale zbierali az tak, ze
    jedli suchy chleb popijajac woda. No i w koncu uzbierali i wyjechali. Pewnego
    wieczoru jeden z nich mowi:
    - Ej chlopaki, moze napijemy sie wodki drugi mowi:
    - Ok, super
    a trzeci:
    - Kurwa, to ja cale zycie prawie nic nie jem, nie pije po to, zebysmy
    wyjechali! Zbieram na to, zebym mogl sobie pozwolic na zwiedzanie, na
    wycieczki!!! A wy wydajecie na wodke??? Ja sie na to nie pisze!
    I obrazony poszedł spać. No wiec tych dwoch poszlo, kupilo 2 flaszki, nachlali
    sie i wrocili do domu. W domu zobaczyli, że nie ma trzeciego! Wychodza przed
    kwaterke... patrzą... a tam lezy krokodyl - gruby, ogromny, piekny krokodyl z
    otwarta paszcza! Patrza - a z tej paszczy wystaje glowa tego trzeciego. Stoja
    tacy najebani, patrzą i jeden mowi:
    - Patttssssszzzzz starrrryyyyyy, na wooooodke sęęępiłłłłłł, a śpiwooorek toooo
    ma Lacosty

    --
    מזל טוב
  • del.wa.57 05.03.06, 14:10
    O listonoszu:))
    Pewnego wieczora ojciec słyszy modlitwę synka:
    - Boże, pobłogosław mamusię, tatusia i babcię. Do widzenia, dziadziu.
    Uznaje, że to dziwne, ale nie zwraca na to szczególnej uwagi. Następnego dnia
    dziadek umiera. Jakiś miesiąc później ojciec ponownie słyszy dziwną modlitwę
    synka:
    - Boże, pobłogosław mamusię i tatusia. Do widzenia, babciu.
    Następnego dnia babcia umiera. Ojciec jest nie na żarty przestraszony. Jakieś
    dwa tygodnie później słyszy pod drzwiami syna:
    - Boże, pobłogosław mamę. Do widzenia, tatusiu.
    Ojciec - prawie w stanie przedzawałowym. Następnego dnia idzie do roboty
    wcześniej, żeby uniknąć ruchu ulicznego. Cały czas jest jednak spięty, rozbity,
    rozkojarzony, spodziewa się najgorszego. Po pracy idzie wzmocnić się do pubu.
    Do domu dociera koło północy. Od progu przeprasza żonę:
    - Kochanie, miałem dzisiaj fatalny dzień...
    - Miałeś zły dzień? Miałeś zły dzień? Ty?! A co ja mam powiedzieć? Listonosz
    miał zawał na progu naszych drzwi!

  • del.wa.57 05.03.06, 14:13
    Listonosz przechodzi na emeryturę.
    Wszyscy z okolicznych domów postanowili, że będzie on po raz ostatni
    chodził od domu do domu i tym razem tylko odbierał prezenty za swoją
    wieloletnią pracę.
    Puka do pierwszych drzwi...dostaje wspaniałe wyposażenie
    wędkarskie...promienieje z radości.
    Puka do drugich drzwi...otrzymuje bilet na Hawaje...cieszy sie nasz
    listonosz ogromnie.
    Puka do trzecich drzwi...otwiera mu wspaniała blondynka...mrugając
    oczętami zaprasza go do swojego łoża i spełnia przez całą noc
    najskrytsze
    marzenia sexualne listonosza.
    Rano podaje mu do łóżka wspaniałe śniadanie. Listonosz jest
    wniebowzięty...
    Gdy urocza blondynka nalewa mu do szklanki kawę, listonosz zauważa
    ukrytego pod szklaneczką dolara, zaciekawiony pyta:
    - Noc byla wspaniała, śniadanie tez, ale dlaczego ten dolar?
    Na to blondynka przewracając oczami:
    - Wczoraj wieczorem zapytałam mojego męża, co mam Ci dać za Twoją
    wieloletnią służbę. Odpowiedział mi:
    Pierdol go, daj mu dolara.
    Śniadanie było moim pomysłem.

  • charyzmatek 05.03.06, 17:01
    Dlaczego koty są lepsze od mężczyzn?
    (autor nieznany - lub raczej autorka)


    Kot zawsze trafia do kuwety.
    Kota łatwiej wytresować.
    Nie musisz nigdy spędzać czasu z matką swojego kota.
    Jeżeli będziesz prosić wystarczająco długo, kot w końcu cię wysłucha.
    Kotu można obciąć pazury. Spróbuj nakłonic faceta, aby obciął paznokcie u nóg.
    To nic jeżeli kot będzie się ocierać o twoją najlepszą przyjaciółke.
    Gdy kot wskoczy na twoje kolana, wystarczą delikatne pieszczoty aby go
    usatysfakcjonować.
    Kot wie, że jesteś kluczem do jego szczęścia ... Mężczyzna myśli, że to on jest
    szczęściem.
  • charyzmatek 05.03.06, 17:04
    Idzie zupełnie zielony student na egzamin z pediatrii. Siadł, dostał papier z
    pytaniem i się gapi. Pytanie brzmi: "Podaj cztery zalety mleka z piersi". Co tu
    napisać ... Myśli, wzdycha, patrzy w sufit ... W końcu zdecydował się napisać
    cokolwiek mu przyjdzie do głowy:


    Nie trzeba gotować.
    Koty nie mogą go wypić.
    Dostępne zawsze kiedy potrzebne.

    Jak narazie nieźłe. Ale trzeba napisać CZTERY zalety. Znów wzdycha, myśli,
    patrzy w sufit ... i nagle olśnienie! Złapał długopis i dumnie napisał:

    Dostępne w atrakcyjnych pojemnikach.
  • charyzmatek 05.03.06, 17:06
    Ojciec z synkiem podczas spaceru mijają dom publiczny. Synek zaintrygowany
    charakterystycznym wyglądem budynku pyta:
    - Tata, a co tu jest?
    Ojciec nie chcąc skłamać, ale i nie chcąc powiedzieć prawdy mówi:
    - Widzisz synku ... to jest taki dom w którym za pieniądze można zaznać
    rozkoszy.
    Mały zapamiętał sobie słowa ojca i po obiedzie wyciągnawszy od niego dyche na
    kino, naturalnie poleciał do burdelu. Wpada do środka, buch tą dychę na ladę i
    mówi:
    - "Plose pani, chciałbym zaznać roskosy".
    Burdelmama spojrzała na niego, ukroiła trzy pajdy chleba, posmarowała masłem i
    miodem i wręczyła to maluchowi. Mały po powrocie do domu mówi do ojca:
    - Tata, zgadnij gdzie byłem!
    - No ... w kinie ...
    - Nie tata, w tym domu co żeśmy mijali ...
    - ?!!! No i co!???
    - Dwom dałem radę, ale trzecia już mogłem
  • charyzmatek 05.03.06, 17:07
    tylko wylizać ...


    ***
  • wikul 05.03.06, 17:28
    "A ty, biedna głowo, myślałaś, że zostaniesz aktorką!".
    Zdanie to rzucone w rozpaczy - w barze Caro w Grand Hotelu w Sopocie - miało
    swój głęboki, dramatyczny wymiar.
    Ale po kolei. Była kiedyś w Warszawie dziewczyna. Ładna, długonoga, zgrabna, ze
    słowiańską urodą, z pewnym zwariowaniem i fantazją oraz nieprzepartą chęcią
    zostania aktorką. Nic niezwykłego, istniały takich setki. Ale ta była uparta do
    bólu. Miała wszystko przed sobą: karierę w najstarszym zawodzie świata,
    małżeństwo z obcokrajowcem z własnym zamkiem lub co najmniej "kocią łapę" z
    komunistycznym dziennikarzem "Unity".
    Była w grupie koleżanek, które z dalekiego Targówka wędrowały na salony
    rzymskie bogatych i oszalałych na ich punkcie Włochów. Na przykład taka
    dziewczyna, znana jako "Słoneczko Bristolu". Ale to nie ta.
    Będę aktorką!
    Świat SPATiF-u, aktorów, reżyserów, ludzi filmu, teatru - to był jej wymarzony
    cel.
    Robiła wszystko, aby zdać do Wyższej Szkoły Teatralnej i Filmowej. Próbowała
    omotać Jerzego
    Toeplitza, który był tam rektorem. Nic z tego. Odprowadzana przez koleżanki
    z "biznesu" na egzamin, dla kurażu wypiła setkę, potknęła się przy wejściu na
    salę egzaminacyjną, czknęła, grzecznie przeprosiła komisję i całkowicie
    zapomniała tekstu z Romea i Julii. Stąd ten dramatyczny okrzyk, który wyrwał
    się jej z piersi w barze Caro.
    - A ty, biedna głowo…
    Otóż obok niej siedziała jedna z żon Toeplitza, bujna, przystojna blondynka,
    bardzo atrakcyjna i towarzyska. Nasza bohaterka załamała się. Jak ona na
    egzaminie mogła konkurować z taką żoną o względy rektora. Stąd ten prosty, ale
    jakże przejmujący okrzyk: "A ty, biedna głowo, myślałaś, że zostaniesz
    aktorką" - w poczuciu własnej nędzy towarzyskiej. Nie wiedziała oczywiście, że
    Toeplitzów było kilku. Ta była żoną KTT, który nie miał nic wspólnego z Wyższą
    Szkołą Teatralną i Filmową.
    "Biedna głowa" nigdy nie zrezygnowała ze swojego marzenia, by zostać aktorką.
    Po latach tułaczki po różnych prowincjonalnych scenach zdała egzamin
    eksternistyczny dla już pracujących aktorów i… zgasła. Wegetowała przez wiele
    lat na marginesie wielkiego życia teatralnego. Zbrzydła, schudła, poszarzała.
    Koleżanki z arystokratycznymi tytułami po włoskich mężach czy kochankach,
    obrylantowane, czasami wracają, aby zadać szyku w Polsce. "Biedna głowa" w
    nieopalanym pokoju przeżywa jeszcze jedną klęskę. Mężczyzna, z którym zadawała
    się podczas stanu wojennego, fotograf jakiejś zagranicznej agencji, zostawił ją
    na lodzie. Po wykorzystaniu jej jako kuriera, by przewoziła zdjęcia z gdańskich
    strajków do centrali, za co groziło jej więzienie, szykany, Bóg wie co jeszcze,
    rzucił ją jak psa, gdy zabłysła jutrzenka wolności. Ale "biedna głowa" nie
    żałuje tego okresu. Był to jeszcze jeden wzlot w innej, żądającej poświęceń
    sprawie.
    - Non, je ne regrette pas… - mówi.
    Od powodzenia w młodości, przez nieudolność w swoim aktorstwie, do żmudnego
    zdobywania tego trudnego zawodu, pomyłek, gorzkich rozczarowań na tle mitu,
    życia popularnych aktorów. Dzięki pasji to wszystko przetrwała. I dziś, co było
    złego w jej życiu, obróciło się na dobre. Jest dojrzała, świadoma, dramatycznie
    poważna, wiarygodna i bardzo interesująca. Musiała przez to wszystko przejść,
    aby "biedna głowa", mimo biedy, została "mądrą głową".
    Zazdroszczę jej tego życiorysu, tego ukochania zawodu i… poddania się losowi
    bez rezygnacji… aż do ostatecznej klęski.
    Lata temu, pewnego wieczoru, stali bywalcy restauracji i dansingu w Bristolu
    zastali drzwi zamknięte. Przed wejściem stały czarne mercedesy i potężnie
    zbudowani mężczyźni ze słuchawkami w uszach. Szach Iranu, Reza Pahlawi,
    przyjechał z oficjalną wizytą do Warszawy. Cały hotel zarezerwowano dla jego
    obstawy i kobiet. Po oficjalnych rozmowach z komunistycznymi przywódcami miał
    się rozerwać w restauracji z dansingiem. Orkiestra, światła, pusty parkiet.
    Planując ten wieczór, któryś z jego ludzi podrzucił mu kilka
    numerów "Przyjaciółki" ze zdjęciami polskich dziewcząt na okładkach.
    - Ta! - wskazał palcem szach Iranu Reza Pahlawi.
    Ubecja irańska do polskiej, polska do redakcji "Przyjaciółki": kto to jest?
    Nikt nie wie. Fotograf, pijany, zeznaje. Samochody na syrenach, poszukiwania.
    Po nitce do kłębka, czyli do mnie.
    Łomot do drzwi.
    - Milicja! Otwierać!
    Otwieram.
    - Kto to jest? - pokazują okładkę z "Przyjaciółki".
    - Moja znajoma.
    - Nazwisko. Adres.
    Wychodzą pospiesznie, zostawiając jednego, aby mnie pilnował.
    Zastanawiam się, co "biedna głowa" mogła zmalować. Szpiegostwo? To jest ten
    paragraf, który można najłatwiej każdemu przyłożyć. Rodzice jej przerażeni.
    Córka jest w teatrze. Którym? Wymieniają nazwę. Znów jeden zostaje w domu na
    wypadek, gdyby przyszła. Z okładką "Przyjaciółki" w ręku łażą po foyer teatru.
    Jest.
    - Służba bezpieczeństwa. Prosimy z nami.
    Znów dom.
    - Proszę się ubrać elegancko, ale nie wyzywająco, makijaż skromny, naturalność.
    Najlepiej w pastelowych kolorach. Musisz być taka jak na okładce.
    Rodzice płaczą. Jazda samochodem do Bristolu. SB polskie do SB irańskiego -
    Savaku.
    - Jest.
    - Okej.
    Wprowadzają ją na salę, pustą, przyciemnioną. Orkiestrze, która gra już od pół
    godziny, oczy wyłażą na wierzch. Poznają "biedną głowę", która tu bywała co
    noc. Szach je kolację w głównej loży, w pozostałych siedzą ludzie-szafy z
    Savaku i dyskretnie rozstawione SB w szatni, toalecie, kuchni.
    "Biedna głowa" siada swobodnie, zapala papierosa. Jest na swoim terenie!
    Człowiek-szafa wyjmuje jej papierosa z ręki i gasi go w popielniczce.
    - Nie pali się przy szachu.
    - Let her smoke! - mówi z uśmiechem szach Iranu.
    "Biedna głowa" sięga po drugiego papierosa, chce zapalić. Szach wyjmuje jej
    zapalniczkę z ręki i sam elegancko przypala.
    - Thanks.
    Nieraz już była w takiej sytuacji. "Starający się" i ona - "obiekt pożądania".
    Wie, jak grać.
    Pułkownik SB, jako kelner, podsuwa zakąski.
    - Nie jem o tej porze. Dziękuję.
    Rozpoczyna się wieczór pełen niespodzianek. Reza, przygotowany na kurwę,
    spotyka kogoś zupełnie innego. "Biedna głowa" imponuje mu inteligencją,
    wdziękiem i poczuciem humoru warszawskiej dziewczyny. Łamaną angielszczyzną
    rozmawiają o wszystkim, śmieją się, tańczą. Jedyna para na pustym parkiecie w
    Bristolu. Ona wie, jak w tańcu-przytulance zręcznie odsuwać rękę partnera od
    ponętnych części swego ciała. Wiotka, wiosenna, jasna. On, też rozluźniony,
    traci swoje lata i powagę szacha Iranu.
    - Call me Reza - mówi szach, kładąc czule rękę na jej dłoni. A potem obiecanki
    cacanki. Chce ofiarować wszystko, aby tylko była zawsze obok niego.
    - Ale teatr?
    - Zbuduję ci teatr.
    - Muszę najpierw zdać do szkoły teatralnej.
    - Zbuduję dwie szkoły teatralne, trzy, cztery… Wszędzie zdasz celująco.
    - Ale ja chcę grać po polsku.
    - Będziesz dla mnie grała, w jakim języku zechcesz.
    - I chcę, żeby koleżanki widziały mnie na scenie.
    - Zaprosimy wszystkie twoje koleżanki, aby cię oglądały i podziwiały. Opłacimy
    im przylot, hotele, damy prezenty i ugościmy jak księżniczki. No problem.
    "Biedna głowa" odmawia, zbyt dobrze zna obietnice podnieconych mężczyzn.
    Nad ranem odwożą ją czarnym mercedesem. Przed domem stała karetka pogotowia
    wezwana do matki, która tej nocy dostała zawału serca.
    We Francji czaił się już Chomeini i dni szacha Iranu były policzone.
    Wczoraj czytam w prasie, że "biedna głowa" dostała nagrodę wojewody za
    wspaniałą kreację aktorską.
    Happy end?
    J.Gruza
  • gabidd 05.03.06, 17:32
    wikulku kochany ale dałeś ostatnią opowieśc Gruzy na starym wątku.:))
  • wikul 05.03.06, 17:35
    gabidd napisała:

    > wikulku kochany ale dałeś ostatnią opowieśc Gruzy na starym wątku.:))



    Bo taka smutna, nie pasowała mi trochę do tego nowego.
    Pzdr.
  • del.wa.57 05.03.06, 19:23
    Syn pisze list do matki:
    "Droga Mamo! Urodzil mi sie syn.
    Zona nie miala pokarmu, wziela mamke - Murzynke, wiec synek zrobil
    sie czarny"...

    Matka odpisuje:
    "Drogi Synu! Gdy Ty sie urodziles, równiez nie mialam mleka w
    piersiach. Wychowales sie na krowim, ale rogi wyrosly ci dopiero
    teraz"...
  • wikul 05.03.06, 19:40
    Dzisiejsze młode pokolenie nie wyobraża sobie, ile wysiłku, sprytu i
    pomysłowości wykazywali ludzie w tej części Europy, aby dostać się do
    restauracji.
    Pamiętam słynną Stolicę w Warszawie, gdzie przed wejściem działy się
    niewyobrażalne sceny. Jeden zaciekły gość uczepił się drzwi wejściowych i
    krzyczał: "Wołajcie milicję, wołajcie wojsko, wołajcie straż ogniową. Nikt mnie
    stąd nie oderwie!!!".
    Drugi próbował wejść "na Węgra". Rozmawiał z kolegą po węgiersku, używając
    kilku zasłyszanych słów w stylu: "Eterem… Gierek…". Milicjant, pamiętając
    przysłowie, że "Polak Węgier dwa bratanki", długo próbował mu wytłumaczyć, że w
    tym lokalu nie ma już wolnych miejsc. Ale po dłuższej chwili kolega rzekomego
    Węgra mówi do niego: "Stasiu, daj spokój, jutro tu jeszcze przyjdziemy".
    Upokorzony przedstawiciel władzy wyciągnął pałkę. "Ja ci dam "Eterem"! Ja ci
    dam "Gierek"…!" Pałowanie, szarpanina, czapka z orzełkiem toczy się po
    stopniach w błoto, zajeżdża nysa z posiłkami, kajdanki i na Wilczą. Tak reżim
    mścił się na tych, co chcieli codziennie bawić się po lokalach.
    Słynny Cukrowski. Postać legendarna, znana w latach sześćdziesiątych całej
    Warszawie. Przy wejściu do Kameralnej ani nie dawał stówy portierowi, ani nie
    upokarzał się proszeniem. Po prostu nachylał się do ucha portiera i pytał
    konspiracyjnym szeptem:
    - Major Kwiatkowski już jest?
    - Jeszcze go nie widziałem - odpowiadał potulnie portier.
    - Gdyby pytał o mnie, jestem przy barze.
    I wchodził do środka bez problemu.
    Dostałem zaproszenie do nowo otwartego SPATiF-u.
    Dzisiaj restauratorzy wydają przyjęcia dla wybranych, aby zachęcić do
    przychodzenia do lokalu. Na otwarciu tym pojawiło się mnóstwo osób, które
    tęsknią za atmosferą dawnego Klubu. Nowi, młodzi aktorzy mają nadzieję na
    spotkanie reżysera, producenta, reklamodawcy. Starsi, że spotkają jeszcze
    starszych. Żony zapomnianych aktorów przedstawiają swoje dzieci, które też są
    już aktorami, z kolei ich dzieci, czyli wnuki, grają role dzieci w
    telenowelach. Biegały wśród gości mimo późnej pory, obniżając zdecydowanie
    przeciętną wieku.
    Ewa Frykowska komentuje:
    - Mężowie występują w reklamówkach funduszy emerytalnych, synowie w reklamach
    pasty do zębów, wnuki smakują na ekranie snickersy, a żony, matki, babki
    dogorywają w pionie.
    Potem było śpiewanie.
    - Silentio! - krzyczał jakiś aktor, chcąc popisać się śpiewem przed dawno nie
    widzianymi kolegami.
    Ktoś go gorąco poparł:
    - Ja znam Italię. Byłem przez trzy tygodnie w Rimini. On mówi, żeby być cicho.
    Ale nie jest. Starając się przekrzyczeć tłum, śpiewają Zorbę, bluesa, Volare i
    Gdybym był bogaczem…
    Robi się coraz głośniej.
    Śmieją się młode aktorki, otaczające korpulentnego mężczyznę.
    Jak łatwo jest rozbawić dziewczęta, gdy jest się producentem filmowym.
    Zosia Czerwińska siedzi na swoim dawnym miejscu pod ścianą.
    - Kiedyś przede mną na stoliku stały dwie setki wódki. Dzisiaj leżą dwie pary
    okularów. Do dali i do bliży.
    Myślę sobie, że jest nam już bliżej niż dalej.
    J.Gruza
  • wikul 05.03.06, 23:31
    wikul napisał:

    > ...wlasne, zasłyszane i znalezione w internecie.
    > Zgodnie z umową zakładam nowy watek z bardziej, jak sądzę, rozszerzonym
    > programem. Zachęcam do udziału i zgłaszania ewentualnych uwag.



    Przed chwilą usłyszane od Pietrzaka u Wojewódzkiego :
    Mąż wchodzi znienacka do mieszkania a tam żona zabawia się wibratorem.
    - co to jest do cholery, wrzeszczy mąż,
    - nie twój interes, odpowiada żona.
  • del.wa.57 06.03.06, 15:06
    idzie królik z flaszką wódki przez las za drzewem stoi lis i mówi:
    - o jest flaszka i zagrycha!
    no idzie za nim.
    a tu za drzewem stoi dzik i mówi:
    - o flaszka, zagrycha i ruda dziwka!
    no idzie za nimi.
    a tu za drzewem stoi niedźwiedź i mówi:
    - o flaszka, zagrycha, ruda dziwka i jest komu wpier..... spuścić!

    ---
  • anka125 06.03.06, 16:22
    Przychodzi ksiądz po kolędzie i pyta Jasia:
    - Masz zeszycik do religii?
    - Mam - odpowiada Jasio.
    - To pokaż. Jasio przynosi.
    - A chodzisz z rodzicami do kościółka co niedzielę?
    - Chodzę - odpowiada Jaś.
    - A do którego kościółka chodzicie?
    - Do Tesco.

  • gabidd 06.03.06, 16:43
    www.durex.pl
  • wikul 06.03.06, 19:10
    Rzecz dzieje się w Leningradzie. Hol hotelu Rewolucji Październikowej. Godzina
    piąta rano, wstaje słońce, próbujemy wyjść do miasta: Fedorowicz, Rinn,
    Szczepanik, ja i jeszcze kilka osób. Przy drzwiach, zamkniętych na potężną
    kłódkę, stoi portier ubrany w uniform admirała cesarskiej floty; szamerunki,
    czapka, złote pagony i guziki. Nie chce otworzyć drzwi.
    Szczepanik mówi coś o wolności jednostki, o "trzecim koszyku" konferencji w
    Helsinkach, że mamy prawo wyjść z hotelu, o jakiej porze chcemy, pijani czy
    trzeźwi, że to skandal, że doniesiemy do ambasady itd.
    A ten gra swoją i naszą nieobecność, czyli pustkę. Czyści paznokcie, dłubie w
    uchu, strzepuje pyłek z akselbantów, przeciera błyszczący lakierek. Nas w jego
    obecności nie ma… Wspaniałe aktorstwo - tradycje wielkich twórców rosyjskiego
    teatru w połączeniu z pracą w KGB.
    Ktoś wpada na pomysł (chyba ja), żeby dać portierowi dziesięć rubli. W
    okamgnieniu istniejemy, jesteśmy żywi, przyjaźni, sympatyczni i wynurzamy się z
    nicości za sprawą dziesięciorublowego banknotu. Portier otwiera kłódkę i
    wypuszcza nas na wspaniale oświetlone wschodzącym słońcem miasto.
    Petersburg. Jasnoniebieskie albo żółte domy, pałace - "dworcy". Wczesny ranek,
    bez żadnego tłumu. Puste ulice wyglądają fantastycznie… Idziemy z grupą
    dziewcząt z baletu przez Pole Marsowe. Pada decyzja o powtórnym zdobyciu Pałacu
    Zimowego, wydajemy okrzyk: "Uurrra…!". I wdrapujemy się na kraty głównej bramy,
    tak jak bolszewicy podczas Rewolucji Październikowej. Dziewczyny w krótkich
    spódniczkach wyglądają od dołu jak z magazynu porno. Ze stróżówki wybiega
    zaspana "babuszka".
    - Kak, że tak! Eto niekulturno!
    Szybko schodzimy na dół w strachu, że zadzwoni po milicję. Uciekamy przez
    zalany wschodzącym słońcem gigantyczny plac… Rzeczywiście, po chwili słyszymy z
    oddali ryk silnika samochodowego i krótkie klaksony. Widzimy, jak zbliża się do
    nas czarna wołga i tuż przed nami hamuje z piskiem opon.
    Wyskakuje z niej dwóch facetów. Tajniacy?! Jeden z nich zdyszany mówi:
    - Izwinitie, pażałsta. Czy moglibyście jeszcze raz tak biec? Kręcimy film
    o Petersburgu i bardzo nam się to podoba. Stoimy z kamerą tam daleko. My
    was prosim. Poszliśmy na rękę kolegom filmowcom.
    Rozumiałem ich trudności z kręceniem filmu w tym mieście pełnym kolejek,
    zmęczonych ludzi i pustych półek. Mieli zamówienie na kolorową pocztówkę,
    a nie film dokumentujący prawdziwe oblicze miasta.
    Ciąg dalszy, akcja rozgrywa się nad Newą. W dali widać "Aurorę", a my, oparci o
    balustradę, podnieceni "białym niedźwiedziem" (wódka plus szampan) pomieszanym
    z "czerwonymi gwiazdami Moskwy" (szampan plus koniak), dyskutujemy o naszym
    polskim charakterze. Czy jako Słowianie zdolni jesteśmy do pewnych gestów,
    wyrzeczeń, ryzyka, balansując na granicy śmierci, tak łatwo jak Rosjanie?
    Słynne picie szampana na parapecie okna, tyłem do ulicy (próbował tego Daniel
    Olbrychski). Czy pieniądze są ważniejsze, czy zwariowane gesty, których
    człowiek Zachodu nie pojmuje, nie rozumie i które uważa za idiotyzmy?
    Tak! Jesteśmy Słowianami! I mamy od nich więcej poczucia romantycznego fasonu…
    - Okej - mówię. Trzymam w ręku pudełko, które dał mi Fedorowicz. Są w nim
    pieniądze dziewcząt za całą trasę. Dla mnie one nic nie znaczą, stać mnie na
    taki gest - wyrzucić je na pamiątkę naszego spotkania w Petersburgu, tu, do
    Newy. Teraz i zaraz. Rzucam pudełko do leniwie płynącej rzeki.
    Przez jeden gest zwariowanego Słowianina zapamiętają ten poranek do końca
    życia. Rozlega się krzyk rozpaczy:
    - Czy ty wiesz, że to była cała nasza forsa, idioto?!
    W pudełku tym był rzeczywiście rulon rubli, za całą ich dwumiesięczną harówkę
    na trasie. Dziewczyny, jak każdy ostrożny obcokrajowiec, bały się zostawiać
    pieniądze w hotelu. Dały mi je na przechowanie.
    Zaczęły biec z prądem rzeki, obserwując żółte pudełko po tytoniu fajkowym Jacka
    Fedorowicza, z pieniędzmi w środku. Płynęło spokojnie środkiem. Krzyk,
    dyskusja, płacz, wymyślanie pod moim adresem.
    Oczywiście perfidnie grałem zwariowanego słowiańskiego bohatera tej przygody.
    Dawno wyjąłem pieniądze i przełożyłem je do kieszeni. Chciałem później zwrócić
    je wielkopańskim gestem jako własne i błysnąć zdolnością poświęcania tak
    przyziemnych walorów dla słowiańskiej fantazji.
    Niestety, nie przewidziałem tego, że puste pudełko od razu nie utonie. Zaczęło
    płynąć i niebezpiecznie szybko zbliżać się do brzegu.
    Tymczasem na historycznym zwodzonym moście, znanym z filmu Matka Pudowkina,
    powstało małe zamieszanie. Strażnicy, którzy pilnują mostu, dowiedzieli się, że
    rzeką płyną jakieś "dieńgi". Nieliczni przechodnie też zostali w to wciągnięci
    i tak rosnąca grupa ludzi zaczęła biec wzdłuż brzegu, wypatrując żółtego
    pudełeczka. Ja z nimi.
    Mój żart powoli przeradzał się w jakiś koszmar. Zacząłem modlić się, aby to
    przeklęte pudełeczko wreszcie zatonęło. Nie chciało. Natomiast prąd znosił je
    coraz bliżej kamiennego brzegu Newy. Wiadomość o płynących rzeką pieniądzach
    rozniosła się lotem błyskawicy. Kiedy żółte pudełko naszego kolegi snoba
    znalazło się blisko brzegu, chętni do pomocy Rosjanie utworzyli rodzaj węża
    ludzi dobrej woli i trzymając się za ręce, weszli w wodę i je wyłowili!
    Ryk radości i okrzyki entuzjazmu. Dziewczęta z baletu otwierają pudełko. Gdy
    zobaczyły, że jest puste, rzuciły się z krzykiem w moim kierunku, bijąc mnie i
    drapiąc, obrzucając stekiem wyzwisk nie nadających się do publikacji.
    Wściekłość wszystkich, że tak się obnażyli i dali łatwo oszukać, była
    uzasadniona.
    Słowianie! A picie szampana, gdy się stoi tyłem na parapecie? A gdzie rosyjska
    ruletka? A gdzie przypalanie sturublowym banknotem cygara?
    Dzwoni do mnie bardzo zamożny artysta. Na fali swojej popularności grający
    wszędzie za najwyższe stawki - luksusowe samochody w całej rodzinie, willa,
    urlopy w ciepłych krajach, narty we Francji zimą… król życia. Długo opowiada,
    jak musiał walczyć o lukratywny kontrakt w reklamie, aby szczerzyć zęby na
    plakatach, w telewizji, w gazetach.
    - Sławek, dzwonisz z komórki! - słyszę, jak jego żona upomina artystę z głębi
    mieszkania. Ten natychmiast kończy rozmowę.
    - Aha, przepraszam cię, cześć!
    Taryfa nieco droższa.
    Bog pomiłuj!
    J.Gruza
  • ewa553 07.03.06, 10:07
    Niedźwiedź powiada " jak zaryczę w lesie to wszystkie zwierzęta drżą ze
    strachu"
    Lew mówi : " jak zaryczę na stepie to wszystkie zwierzęta uciekają
    Kurczak na to : A jak ja kichnę to cały świat sra w gacie"

    --
    מזל טוב
  • gabidd 07.03.06, 10:20
    to jest bomba
  • gabidd 07.03.06, 10:37
    zadzwoniłam do szwecji do przyjaciółki i jej popwiedziałam o zakatarzonym
    kurczaczku , to tak sie śmiała że nie mogłam jej uspokoić.
  • wikul 07.03.06, 19:58
    Warszawską słoneczną ulicą idzie moja znajoma. Słońce, upał, w ręku trzyma
    książkę. "Z przeceny" - tłumaczy zawstydzona, jakby bała się, że mógłbym ją
    posądzić o snobizm. Bacon - Eseje. Otwieram. "Jest równie naturalną rzeczą
    umierać, jak się rodzić: ale dla małego dziecka być może jedno jest równie
    przykre, jak i drugie. Kto umiera, zajęty poważnymi sprawami, jest podobny do
    tego, kto zostaje raniony w gorącej walce…". Mój przyjaciel, Kobiela, był
    zajęty poważnymi sprawami. Został raniony.
    Na wiadomość o jego śmierci ogarnęła mnie wściekłość. Nic bardziej
    bezsensownego. Jeszcze wszystko było przed nim. Niespełniona do końca poważna
    sprawa. Kobiela był nie tylko aktorem w tradycyjnym rozumieniu - odgrywającym -
    był twórcą. Wszystkie estrady, telewizyjne i filmowe epizody to tylko wprawki.
    Dojrzewał artysta. Wiem na pewno, że to, co chciałby zrobić naprawdę, to jego
    własny, autorski film.
    Nie okazano mu zaufania. Próbował, pisał, namawiał. O ileż łatwiej jest tanim
    komedyjkom. Komedia autorska. Film autorski. Ma do niego prawo nie tylko
    pisarz, dziennikarz, reżyser, ale także aktor.
    Tak jest na całym świecie. Tym bardziej że Kobiela, począwszy od kabaretu Bim-
    Bom, przez estradę, telewizyjną audycję Poznajmy się aż do setki filmowych
    epizodów, gdzie zawsze coś wymyślił na tle bzdurnego tekstu, z jednego zdania
    potrafił zbudować sytuację dramatyczną, śmieszną, wzruszającą - dowodził swego
    talentu, daleko wykraczającego poza teren aktorstwa.
    Zaangażować Kobielę znaczyło podeprzeć się kimś inteligentnym, podeprzeć się
    artystą nie tylko od min, gagów i chwytów.
    Był rozgoryczony, jak każdy z nas, chciał mieć możliwość wypowiedzenia własnego
    zdania. Odsłonięcia prawdy o życiu w sobie tylko właściwy sposób, stanięcia z
    maszynami do rejestrowania - mikrofonem i kamerą - na miejscu, w którym on
    tylko stał. Stał, patrzył na ludzi, śmiał się, płakał, wzruszał, bawił.
    Kobieli nie było już po roku. Takie jest prawo cyklu produkcyjnego - od startu
    do premiery. Teraz wychyla się do nas nieoczekiwanie w różnych telewizyjnych
    serialach i epizodach dawno nakręconych filmów.
    Między jednym a drugim odcinkiem serialu Przygody pana Michała oglądałem wraz z
    milionami telewidzów lądowanie na Księżycu. Drobny epizod. Kobiela jako
    braciszek zakonny. Pewnie jeden dzień zdjęciowy, gdzieś tam zagrany mimochodem,
    a jak ładnie.
    Marnotrawstwo, marnotrawstwo wielkiego talentu. A jednak, gdyby nie ten epizod,
    byłoby go mniej.
    J.Gruza
  • del.wa.57 08.03.06, 15:03
    Puść bąka, a powiem ci kim jesteś...

    Uwaga ! Osobom wrażliwym oraz tym które jedzą nie polecam, czytasz na własne
    ryzyko !

    Ambitny: Zawsze jestes gotowy pierdnąć

    Koleżeński: Lubisz wąchać czyjeś pierdnięcia

    Niekoleżeński: Przepraszasz, wychodzisz i pierdzisz w samotności

    Roztargniony: Nie możesz odróżnić swojego pierdnięcia od cudzego

    Zaczepny: Pierdzisz zawsze głośniej niż inni

    Dziecinny: Pierdzisz, a potem się śmiejesz

    Sprytny: Pierdzisz i kaszlesz w tym samym czasie

    Zarozumiały: Myslisz że zawsze możesz pierdnąć głośniej

    Przyjacielski: Wąchasz czyjeś pierdnięcia i mówisz im co zjedli

    Okrutny: Pierdzisz w łóżku i nakrywasz głowę żony kołdra

    Nieuczciwy: Pierdzisz i zwalasz na psa

    Zawiedziony: Pierdzisz niesmrodliwie

    Głupi: Uwielbiasz czyjeś pierdnięcia, i na dodatek myślisz że to twoje własne

    Nierozsądny: Wstrzymujesz pierdnięcia godzinami

    Malkontent: Narzekasz ze ludzie pierdzą w towarzystwie, ale gdy sam to robisz
    dajesz długie i nieciekawe wyjasnienia używając zawiłej terminologii medycznej

    Masochista: Pierdzisz w wannie i próbujesz przegrysć bąbelki

    Nieszczęsliwy: Nie możesz się spierdzieć

    Umuzykalniony: Pierdzisz na każda nutę

    Nerwowy: Wstrzymujesz pierdnięcia w połowie

    Dumny: Myślisz, że twoje pierdnięcia są wyjątkowo przyjemne dla otoczenia

    Sadysta: Po pierdnięciu w łóżku, poprawiasz sobie kołdrę

    Naukowiec: Pierdzisz do butelek i szczelnie je zakorkowujesz

    Wrażliwy: Pierdzisz i potem płaczesz

    Wstydliwy: Czerwienisz się po każdym pierdnięciu


    ---------------------------------------------------------------------

  • del.wa.57 08.03.06, 16:54
    Na wyspie jest trzech rozbitków: dwudziestolatek, czterdziestolatek i
    siedemdziesięciolatek. Na sąsiedniej wyspie była naga dziewczyna.
    Dwudziestolatek rzuca się w fale i krzyczy:
    - Płyńmy do niej!
    Na to czterdziestolatek:
    - Spokojnie Panowie, zbudujmy najpierw tratwę.
    A siedemdziesięciolatek:
    - Panowie, po co! Stąd też dobrze widać.
  • del.wa.57 08.03.06, 16:58
    Co robi facet, żeby wziąć kąpiel z bąbelkami?
    - Zjada na obiad groch z kapustą.
  • del.wa.57 08.03.06, 17:08
    Żona w łóżku z kochankiem, wpada maż, straszna awantura, wyrzuca ja z domu,
    rozwód, tragedia. Ona przyszła do kościoła, modli się:
    - "Panie Boże, jakbyś mógł cofnąć czas, żeby to się nie zdarzyło, to zrobię co
    zechcesz..."
    - "Dobrze" - odpowiada gromki bas z wysokości sufitu - "ale musisz o czymś
    pamiętać. Zginiesz na morzu!!!"
    - "Dobrze Panie Boże, zgadzam się na te warunki..."
    PYK! Czas się cofnął, ona znów w łóżku z kochankiem: szybko go wyrzuciła z
    domu, wrócił maż, wszystko było Ok, byli bardzo szczęśliwi. Za jakieś pięć lat
    żona dostaje maila, ze wygrała wycieczkę dookoła świata statkiem pasażerskim.
    Pamiętając o przestrodze ("zginiesz na morzu") zadzwoniła do firmy
    turystycznej, ze musi niestety zrezygnować, ponieważ wisi nad nią fatum. Na to
    człowiek z powyższej firmy tłumaczy jej, ze są szalupy ratunkowe, helikoptery,
    ze w ogóle ten statek jest taki, ze przy nim titanic
    to pikuś. No to kobieta w końcu dała się przekonać i popłynęła. Oczywiście gdy
    byli na pełnym morzu rozpętała się burza i statek zaczął tonąć. Kobieta,
    zobaczywszy ze jest w beznadziejnej sytuacji, wznosi modły:
    - "Boże, zgadzam się za ja powinnam zginąć na morzu, taka była miedzy nami
    umowa, ale po co ginie wraz ze mną parę tysięcy ludzi???"
    Gromki bas z nieba odpowiada:
    - "Ja was, pięć lat zbierałem!!!"
  • del.wa.57 08.03.06, 17:22
    Emotikonki





    (_!_) zwykla pupa

    (__!__) gruba pupa

    (!) cienka pupa

    (_._) plaska pupa

    (_X_) pupa ocenzurowana

    (_$_) pupa wartosciowa

    [_T_] pupa kwadratowa

    (_:_) pupa dziwna

    (_@_) cyberpupa

    (_?_) pupa tajemniczna

    (_#_) pupa skaleczona

    (_%_) pupa z hemoroidami

    ------------------------------------------------

  • del.wa.57 08.03.06, 17:24
    (o)(o) biust doskonaly

    ( + )( + ) piersi na silikonie

    (*)(*) piersi ze stwardnialymi sutkami

    (@)(@) piersi z wielkimi sutkami

    (^)(^) piersi zmarzniete

    (o)(O) piersi niesymetryczne

    (:o)(o) piersi pogryzione przez wampira

    \o/\o/ piersi babci

    ( - )( - ) piersi rozgniecione na drzwiach od prysznica

    |o||o| piersi androidki

    . . piersi Kate Moss

    ( o Y o ) piersi do playboya

  • jowitta17 08.03.06, 21:02
    delwo dobra jesteś nie ustępujesz wikulowi
    prosimy o bis
  • del.wa.57 08.03.06, 21:05
    Dzięki Jowitko:)))
    Staram się,lubię kopać po necie i wyszukiwac różności:)
  • wikul 08.03.06, 21:57
    Idzie drogą wśród domków jednorodzinnych lekko zawiany facet. Trzyma w ręku
    sadzonkę, suchy patyczek z rachitycznymi korzonkami na dole, prawie
    usychającymi z braku wody.
    - Czy kupi pan nowozelandzką śliwkę?
    - Tak. Ile?
    - Na piwo i setkę.
    Po siedmiu latach wyrasta z tej śliwki wspaniały włoski orzech. Polska! Ale nie
    może być sama śliwka, musi być nowozelandzka, dopiero znajdzie się nabywca.
    Drobny pijaczek ząbkował dopiero w marketingu, ale prawidłowo oceniał
    psychologię potencjalnego klienta. Nie może być w Polsce "tania odzież", musi
    być "zachodnia tania odzież", wtedy kupią… Sama "śliwka", sam "orzech" albo
    sama "tania odzież" nie wystarczą.
    Na szczęście coraz bardziej przymiotnik "polski" podnosi się powoli z upadku.
    Polska komedia, polska konfitura, polski film obyczajowy, polski przebój
    festiwalowy, polski Daniec, Deląg, polskie Brathanki, polska Kasia Paskuda,
    polskie wydanie "Playboya", polski…
    J.Gruza
  • gabidd 08.03.06, 22:26
    I tu jest prawda wikulku, jeszcze kilka lat temu jak siępowiedziało ze jakiś
    towar był polski to każdy kręcił noskiem, a teraz to nawet są sklepy u nas na
    osiedlu ze staropolska żywnością, polski żur, polka szynka, polskie dżemy itd
  • wikul 08.03.06, 22:34
    Po raz pierwszy jechałem do Stanów na tak długo. Odstąpiłem moją kawalerkę na
    parterze bloku przy ulicy Franciszkańskiej, naprzeciw ambasady chińskiej,
    Wojtkowi Frykowskiemu. Temu samemu, który zginął potem w masakrze w willi
    Polańskiego w Bel Air. Wojtek odwoził mnie na lotnisko swoim małym, ale szybkim
    morrisem.
    Padał deszcz. Odruchowo wziąłem parasol. Rzeczywiście, w drodze z budynku
    lotniska do samolotu otworzyłem go. Po raz drugi zrobiłem to w tym samym
    miejscu, po trzech miesiącach, kiedy wróciłem do Warszawy. Natomiast podczas
    całej wyprawy sprawiał mi tylko kłopot, nie mówiąc o tym, że w Stanach płaciłem
    za niego dodatkowo, jak za "one piece more". Wlokłem go ze sobą wszędzie, choć
    gdy padał deszcz, parasol można było kupić za parę centów w każdy kiosku.
    Zaczęło się już w Paryżu, gdy czekałem na znajomych. Ze zdziwieniem
    obserwowałem znaczące spojrzenia różnych mężczyzn rzucane w moim kierunku.
    Miałem w ręku ów nieszczęsny parasol, oczywiście na wypadek deszczu, bo
    wydawało mi się, że niebo się chmurzy. A był to podobno znak rozpoznawczy dla
    wszystkich homoseksualistów, przyjeżdżających na weekend z Anglii do Paryża.
    W letni wieczór, podczas spaceru z przyjaciółmi po Paryżu, dopadł do mnie
    pewien niewysoki i podłej urody brunet, za to też z parasolem, i rzucał co
    pewien czas jakieś hasła i kwoty.
    - Cent franc, chčrie - szeptał i odskakiwał na bezpieczną odległość.
    Z początku myślałem, że to wariat, ale później zorientowałem się po ironicznym
    uśmieszku moich znajomych, o co chodzi. Nie opuszczał nas przez całą noc.
    Najpierw było to zabawne, potem męczące, a na końcu chciałem mu łeb rozbić tym
    parasolem.
    - Zakochał się - usprawiedliwiali go znajomi.
    A natręt podniósł kwotę i eskalował coraz to nowe żądania, doskonale znając
    rynek na te usługi.
    - Deux cent franc avec diner!
    - Trois cent franc avec diner et boissons et dejeuner.
    - Powiedz mu, niech da tysiąc franków, ale z kolacją i napojami dla wszystkich,
    inaczej cię nie sprzedamy.
    Nad ranem, gdy siedzieliśmy w pustej już kawiarni, po przegadanej całej nocy,
    nieoczekiwanie pojawił się znowu i rzucił cicho ostatni argument:
    - Je t'aime…! Chčrie.
    W Ameryce było mniej zabawnie, ale głównie z powodu rosyjskich statków z
    głowicami atomowymi, płynących wtedy na Kubę. Po raz pierwszy wówczas
    Amerykanie przestraszyli się i obłędnie rzucili się na sklepy i supermarkety,
    wykupując w panice wszystko, co było do zjedzenia.
    Przyjeżdżając z kraju, gdzie puste półki były na porządku dziennym, miałem
    pełną satysfakcję. Na szczęście Chruszczow odwołał te statki i znów wszystko
    wróciło do normy.
    Ich, nie mojej, ja wracałem tam, gdzie normą było zupełnie co innego.
    W Warszawie padało. Otworzyłem spokojnie parasol. Wreszcie się przydał. Któryś
    ze współpasażerów w drodze od samolotu do budynku lotniska w ulewnym deszczu
    zauważył ze zdumieniem:
    - Ale pan przewidujący, skąd pan wiedział, że tu będzie padało?
    W mieszkaniu na Franciszkańskiej było wszystko w najlepszym porządku. Tyle że
    nowe. Wojtek był wypłacalny i zawsze correct. Nowa kuchnia, nowa umywalka,
    wanna i muszla klozetowa, odmalowane ściany. Dlaczego, pojąłem dopiero, gdy
    gospodyni domu przyniosła mi pakiet wezwań na milicję, kolegium i do sądu.
    - Wszystko rozumiem, Wojtku, ale dlaczego trzeba było wstawiać nową wannę?
    - Wiesz, Andrzej Kostenko urządził konkurs, ile osób zmieści się jednocześnie
    pod prysznicem.
    Niestety, nie udało mi się odnowić mojej ukochanej gosposi, którą Wojtek
    zdemoralizował całkowicie. Kiedy przyszła po raz pierwszy po moim powrocie ze
    Stanów, była bardzo niezadowolona, że musi sprzątać.
    - Kiedy pana nie było, przychodzę raz rano i widzę, że drzwi niezamknięte, a
    pan Wojtek leży w płaszczu i kapeluszu na podłodze. Przestraszyłam się, że coś
    się stało, a on otworzył jedno oko i powiedział: "Ma tu pomoc sto złotych,
    niech nie sprząta, niech idzie sobie na kawę. I niech przyjdzie w przyszłym
    tygodniu". W następnym tygodniu było to samo, z tą tylko różnicą, że pan Wojtek
    leżał ubrany na łóżku. Pan Wojtek to był pan. A pan to każe sprzątać i jeszcze
    nie płaci.
    - Pani Wando…
    - Co?
    - Ja w tym tygodniu też…
    - No dobra, z głodu nie umieram.
    - Ale ja chciałbym jeszcze pożyczyć do następnego razu…
    - Ile?
    - Sto.
    - Oj, co ja z panem mam. Jak pan był kawalerem, to pieniądze walały się po
    szufladach, że tylko wyjmowałam i odkurzałam. Po co to żenić się takiemu,
    mógłby się pan teraz gołymi piętami po tyłku bić, a tak…
    Pani Wanda była słodka.
    Poprosiłem ją kiedyś o przyszycie guzików do koszuli.
    - Gdzie ma pan guziki?
    - Leżą tam, na półce.
    Zająłem się czymś, a ona nawlekła igłę i zaczęła przyszywać. Słyszę, że
    mamrocze coś pod nosem.
    - Oj, jakie teraz te guziki słabe robią. Oj, jak się kruszą, jak się kruszą. Co
    za guziki pan kupił takie kruche…
    - Niech pani pokaże, dlaczego się tak kruszą?
    Przyszywała mi białe krążki… witaminy C, które leżały na półce.
    Trochę zastępowałem jej syna, który zginął w czasie wojny. Była żoną jedynego
    komisarza Żyda w granatowej policji przed wojną. Podczas okupacji musiała wiele
    wycierpieć.
    Nie słuchałem jej rad w sprawie tamtego małżeństwa.
    Teraz żałuję.
    J.Gruza
  • gabidd 09.03.06, 09:49
    A czy wiecie za czyja namową Chruszczow odstąpił od KUby?
  • del.wa.57 09.03.06, 15:20
    Horoskop



    (na całe życie i bez owijania w bawełnę)

    Baran - Mars (20.III - 18.IV)
    Urodzeni pod tym znakiem są z natury rzeczy ociężali umysłowo i z trudem uczą
    się najprostszych czynności. Tylko długotrwałym biciem Barana można skłonić do
    przyswojenia minimum wiedzy (tabliczka mnożenia, wyjątki na "RZ"). Ludzie spod
    tego znaku z powodu swojej tępoty w pracy dezorganizują wszystko, dzięki czemu
    awansują szybko na wysokie stanowiska. W kontaktach towarzyskich Barany są z
    reguły niezmiernie uciążliwe i z powodu najmniejszego pretekstu, a nierzadko i
    bez, wywołują karczemne burdy i bijatyki. Na szczęście żyją krotko.

    Byk - Wenus (19.IV - 19.V)
    Wdzięk powiatowego Casanovy i skłonności homoseksualne. Niczym nie zmącone
    przekonanie, ze jest pępkiem świata. Lubi mizdrzyć się zarówno przed lustrem
    jak i w pracy. Najbliższą rodzinę terroryzuje od urodzenia do późnej starości.
    Nigdy niczego nie czyta, choć o wszystkim ma z góry wyrobione zdanie. Poci się.

    Bliźnięta - Merkury (20.V - 20.VI)
    Ludzie spod tego znaku w ogóle nie osiągają dojrzałości zarówno intelektualnej,
    jak i uczuciowej. Jedyne co naprawdę potrafią, to raz w tygodniu wypełnić kupon
    Totolotka. Niezdarnie to ukrywają, ale największą przyjemność sprawia im
    dłubanie w nosie. Zapraszając takiego do domu należy pamiętać, ze kradnie i
    koniecznie przed wyjściem zrewidować.

    Rak - Księżyc (21.VI - 21.VII)
    Szkoda słów. Nie pomoże nawet oddział zamknięty. Urodzeni pod znakiem Raka
    oszukują na każdym kroku, zdradzają, uwielbiają podłożyć świnię. Rakom nie
    można wierzyć nigdy i w niczym. Jeśli np. Rak mówi, ze ceni sobie twoja
    przyjaźń, to można być pewnym, ze przed godzina napisał do szefa donos. Raki
    stale komuś czegoś zazdroszczą, a po dwudziestym piątym roku życia łysieją,
    garbią się i tracą zęby. Słusznie zresztą.

    Lew - Słońce (22.VII - 21.VIII)
    Urodzeni pod znakiem Lwa od najmłodszych lat maja skłonności do narkomanii,
    pijaństwa i najbardziej brutalnej rozpusty. Nie lubią się uczyć, z trudem
    kończą szkoły, nawet specjalne, uwielbiają krzywoprzysięstwo i bardzo chętnie
    zeznają przed sadem. Zdemaskowani wywołują awantury i dantejskie sceny. W życiu
    rodzinnym Lwy na szczęście nie uczestniczą.

    Panna - (22.VIII - 21.IX)
    Bardziej osobiste wiązanie się z ludźmi urodzonymi pod tym znakiem to rzecz
    beznadziejna, bo Panna - zarówno rodzaju męskiego, jak i żeńskiego - jako
    partner erotyczny wykazuje wdzięk słonia i pomysłowość królika. Dzieci ze
    związku Panny z jakimkolwiek innym znakiem kończą na ogol w klinikach dla
    nerwicowców. Umysłowo Panna pozostaje zawsze stuprocentowa dziewica.

    Waga - Wenus (22.IX - 22.X)
    Trzeba mieć prawdziwego pecha, żeby urodzić się pod znakiem Wagi. Ta przesadza
    właściwie o wszystkim. Wagi maja krotka pamięć i wzrok, dwie lewe ręce, tępy
    słuch i dowcip, ambicje zawodowe i poczucie humoru w zaniku. Nie maja natomiast
    szczęścia do pieniędzy, powodzenia w miłości, rozumu i zdrowia. Ze względu na
    to, ze maja to, czego nie maja, Wagi są idealnymi współmałżonkami.

    Skorpion - Mars (23.X - 21.XI)
    Ma manie prześladowczą. Nic nie jest w stanie zmienić jego przekonania, ze
    licznym, stałym niepowodzeniom Skorpiona winien jest zawsze ktoś inny, a nie on
    sam. Ze strachu atakuje pierwszy i od tylu. Z przyjemnością dręczy zwierzęta i
    marzy o posadzie dozorcy w ZOO.

    Strzelec - Jowisz (22.XI - 20.XII)
    Osobnik spod tego znaku wykazuje dużo energii i pomysłowości - urodzony
    działacz społeczny. Oczywiście do czego się nie weźmie, to spieprzy. W
    dzieciństwie zabiera młodszym dzieciom cukierki. Ma skłonności do samogwałtu i
    podgląda w toalecie. Na starość pisuje wspomnienia od początku do końca
    zmyślone.

    Koziorożec - Saturn (21.XII - 19.I)
    Każde zdrowe i dbające o swoj rozwój społeczeństwo powinno natychmiast izolować
    osoby spod znaku Koziorożca. Koziorożec, sam alkoholik i analfabeta, chętnie
    deprawuje młodzież, gwałci staruszki, póki nie popadnie w nieuchronna
    impotencje. Nadaje się wyłącznie do kopania rowów, a i to pod nadzorem. W życiu
    rodzinnym przeważnie bije.

    Wodnik - Uran, Saturn (20.I - 18.II)
    Ma szalony pociąg do gastronomii czwartej kategorii i nigdy nie oddaje
    pożyczonych pieniędzy. Mężczyźni spod tego znaku, wcześniej czy później,
    okazują się ekshibicjonistami, a kobiety nimfomankami. W zakładzie
    penitencjarnym czują się nieźle.

    Ryby - Jowisz, Neptun (19.II - 19.III)
    Bez przerwy powoduje ciągle nieporozumienia w pracy i w domu. Prochu na pewno
    nie wymyśli. Sprawdza się jako kontroler biletów autobusowych. Lubi
    pornografie. Bron Boże nie dopuszczać go do urządzeń bardziej skomplikowanych,
    niż tłuczek do kartofli, bo popsuje. Znak sprzyjający - żaden.


    Z tego horoskopu wynika,ze powinno śię mnie odizolowac od społeczeństwa,jestem
    alkoholik,analfabeta,gwałce staruszki i grozi mi impotencja!!!!
    Kurcze...ciekawa przyszłośc:))))))))))))))))

  • wikul 09.03.06, 21:41
    Sylwester prywatnie, sylwester publicznie. W nowym hotelu, przy stoliku, na
    chodzonego po różnych sylwestrach, w łóżku, na Starym Mieście, z młodą
    dziewczyną, starą żoną. W ciągu tych lat zdarzyło mi się parę, które
    szczególnie zapamiętałem.
    W Zakopanem. Wszystko zaczynało się od "Halamy", gdzie środowisko korzystało z
    tanich pobytów w domu ZAiKS-u. Rzadko tam było słychać stukot maszyny do
    pisania. Raczej śmiechy i narady, gdzie idziemy i co robimy.
    - Dzisiaj na Kasprowym jakaś pani wzięła mnie za Holoubka.
    - A co na to żona?
    - Nic.
    - A mnie wczoraj na Antałówce jedna wzięła za Konica.
    - I co?
    - I nic.
    - Może to ta sama.
    Śmiechom i żartom, podlanym obficie alkoholem, nie było końca.
    Sylwester u Witka Dudziaka, młodego wówczas architekta, zakopiańczyka.
    Człowieka, który po kolei rozkochiwał w sobie wszystkie przyjeżdżające panie ze
    stolicy. Rozwodził, łączył, rzucał, przyjmował, mieszkał, budował wspólnie,
    pisał nowele sportowe, tańczył w lokalach, palił w piecu, gotował, jeździł na
    nartach, był przyjacielem Dygata, pracował w Szwajcarii - był królem życia.
    Zazdrościłem mu.
    A więc do niego! Stuprocentowego mężczyzny!
    Witek wybudował piękny dom na Gubałówce. Radzimy, jak w tę noc tam dojechać,
    robimy plany. Przyłącza się do nas hrabia Potocki z Paryża. Nie wiadomo, czy to
    prawdziwe nazwisko, czy pseudonim sportowy, bo hrabia rzekomo bierze udział w
    wyścigach Formuły 1. Przyjechał do Zakopanego najnowszym porsche, budząc
    zazdrość wszystkich panów.
    Myślę, że hrabia zdecydował się na wspólną zabawę pod wrażeniem nóg żony
    Andrzeja Konica, która w trakcie robienia planów sylwestrowych siedziała w
    krótkiej spódnicy na schodach, w dość swobodnej pozie.
    Żona hrabiego z dzieckiem zostaje w domu, my pakujemy się do porsche i udajemy
    w kierunku Gubałówki. W połowie drogi zabrakło benzyny. Hrabia, przyzwyczajony,
    że na Zachodzie stacje benzynowe są co kilka metrów, myślał, że może nabrać
    benzynę w każdym miejscu i o każdej porze, w dodatku w noc sylwestrową. Gówno.
    Zostaje w samochodzie, a my wynajmujemy za ciężkie pieniądze dorożkę i wracamy
    po benzynę do Zakopanego.
    Hrabia koniecznie chce czekać na nasz powrót z Konicową w samochodzie, ale
    zabieramy ją ze sobą. Podjeżdżamy pod stację benzynową dorożką ciągniętą przez
    konia, czym wzbudzamy zdumienie pijanego pracownika CPN-u. Tu zastaje nas
    Nowy Rok. Wypijamy szampana z gazdą, który nas wiezie, i co koń wyskoczy
    wracamy do por-sche, w którym siedzi wściekły hrabia. Przy tankowaniu oblewa
    sobie smoking benzyną i ruszamy do Witka.
    Wytworne perfumy hrabiego mieszają się ze smrodem siedemdziesięciooktanówki, bo
    żółtej już od wczoraj zabrakło w całym województwie. Do Witka Dudziaka na
    południowym stoku Gubałówki jest stromo. Lód, kamienie. Kilka razy podjeżdżamy
    i ślizgając się, znowu się cofamy.
    To nie jest Formuła 1, to Zakopane nocą. Obrywają się halogeny, obciążony
    samochód trze dupą o zakopiańskie wyrwy w lodzie. Hrabia, chcąc zajechać z
    fasonem aż pod sam dom, nie daje za wygraną. Wreszcie wysiadamy, hrabia kładzie
    się na ziemi i ogląda zrujnowane podwozie, przeklinając po francusku, jak na
    hrabiego przystało.
    Przy wejściu gospodarz przyjmuje przywiezionego z Francji szampana z piwnic
    barona Rothschilda, w zamian za to podaje hrabiemu rumuńskiego
    w "musztardówce". Ale jest fajnie, przyćmione światło, większość już pijana.
    Księżyc oświetla widoczny naprzeciwko Giewont. Dziewczyny piękne. Bigos, wódka.
    Wódka, bigos. Potem już sama wódka. Hrabia nie może się zdecydować, tańczyć
    dalej, pić, opowiadać o Formule 1 czy wymiotować.
    Zaciągając z rosyjska, druga żona Tadeusza Łomnickiego, prawdziwa moskiewska
    kniahini z dziada pradziada, demaskuje hrabiego jako chłopa pańszczyźnianego.
    Robi się lekkie zamieszanie, zażegnane okrzykiem gospodarza:
    - Panie proszą panów!
    Konicowa porywa hrabiego do tańca, nie bacząc na kalumnie rzucane przez
    kniahinię. Chce wynagrodzić hrabiemu straty poniesione przy podjeździe na górę.
    Całość w sosie bardzo Witkacowskim, bo i Zakopane, i artyści, i arystokracja,
    rozpustnice, i folklor. Co pewien czas bowiem pojawia się stara góralka, która
    dorzuca drew do kominka.
    - Może on i jest chłop pańszczyźniany, ale por-schem 921 przyjechał - mówi
    Konicowa i obraca go dookoła. Tańczyła z nim dwie godziny.
    Nagle zapada decyzja: jechać dalej, do hotelu Kasprowy. Pokazać hrabiemu, jak
    za żelazną kurtyną obchodzi się sylwestra. Niech im tam w Paryżu opowie!
    Dojechać, to dojechać, ale wejść do zatłoczonych lokali gastronomicznych w tych
    czasach, i jeszcze w sylwestra, to dopiero była sztuka. Świadomi trudności
    stanęliśmy trochę z boku, wypuszczając hrabiego jako pierwszego. Zaczął pukać
    do drzwi restauracji hotelowej, w której huczała zabawa.
    Najpierw delikatnie, potem coraz głośniej, w końcu, oburzony na służbę, zaczął
    kopać wytwornym lakierkiem w drzwi uzbrojone w potężne stalowe gwoździe. W tym
    momencie otworzyło się maleńkie okienko do kontrolowania: kto puka i ile da.
    Hrabia, nie znając miejscowego, a można powiedzieć, że wtedy ogólnopolskiego
    zwyczaju "mów mi do ręki", w dalszym ciągu poganiał kopnięciami w drzwi
    opieszałego odźwiernego. Rozległ się szczęk łańcucha i, o dziwo, drzwi się
    otworzyły. Hrabia uprzejmym gestem zaprasza nas do środka i w tym momencie
    otrzymuje potężny cios w szczękę od wściekłego portiera.
    Poszedłem "na małpę" - telewizja miała wtedy jeszcze pewną estymę w
    społeczeństwie - i załagodziłem sprawę czerwonym banknotem.
    - A, jeżeli państwo z panem Wajdą, to proszę bardzo.
    Na parkiecie piekło. Biusty, muszki, szampan leje się strumieniami, niektórzy
    już pod stołami, na stole ostatni course gastronomiczny, czerwony barszczyk z
    uszkami.
    Pot, śmiech, łzy i alkohol.
    A na parkiecie publiczność sterroryzowana przez osobnika w czarnym garniturze
    ze sztuczną ręką obciągniętą rękawiczką.
    Już od dwóch godzin orkiestra pod jego dyktando finansowe grała tylko jedną
    melodię… Publiczność wyła, krzyczała, że dosyć, a orkiestra w kółko to samo.
    Była to podobno zemsta za to, że narzeczona tego pana rzuciła go dla jakiegoś
    bogatego szewca z Radomia. Melodia, którą musiała grać orkiestra, to popularny
    wówczas szlagier: Oj, szewczyku, nie bądź głupi…
    Słowami tej piosenki desperat przestrzegał i dawał do zrozumienia swojemu
    następcy, że dziewczyna nie jest warta jego uczuć i pieniędzy.
    - I ponownie, na specjalne życzenie pana X, z dedykacją dla kogoś z Radomia:
    Oj, szewczyku, nie bądź głupi…
    Hrabia tańczył do białego rana, tylko nie mógł zrozumieć dwóch rzeczy: dlaczego
    w Polsce gra się wciąż tę samą melodię i co miał na myśli pijany kelner, który
    na pytanie "Czy pan tu podaje?" wsadził rękę za dekolt jednej z naszych pań i
    powiedział: "Tak, ale jestem straszny sobek" - i zniknął na dwie godziny.
    Jeszcze kilka dni po sylwestrze w różnych lokalach Zakopanego spotykaliśmy się
    z wyrafinowaną zemstą na szewcu z Radomia. Gdzie tylko biedak pokazywał się ze
    swoją ukochaną, zjawiał się natychmiast jego rywal, przekupywał orkiestrę,
    która grała Oj, szewczyku, nie bądź głupi… Owa muzyczno-wokalna presja chyba
    doszczętnie zrujnowała romans tych dwojga.
    Niech się schowa Gombrowicz z jego Tancerzem mecenasa Kraykowskiego. Aby dobić
    kochanków, zakopiański "mściciel" do każdego garnituru dobierał rękawiczkę w
    tym samym kolorze co garnitur.
    Granatowy garnitur - granatowa sztuczna ręka, brązowy - brązowa…
    J.Gruza
  • del.wa.57 09.03.06, 15:27
    Manewry Nato



    PRAWDZIWA rozmowa radiowa jaka odbyła się podczas manewrów wojskowych NATO
    przy wybrzeżach Nowej Fundlandii w październiku 1995 roku:
    Amerykanie: Prosimy zmieńcie kurs o 15 stopni na północ by uniknąć kolizji.
    Kanadyjczycy: Sugerujemy, byście to WY zmienili kurs o 15 stopni na południe by
    uniknąć kolizji.
    Amerykanie: Tu kapitan okrętu marynarki wojennej USA, powtarzam, zmieńcie SWÓJ
    kurs.
    Kanadyjczycy: Nie. To ja powtarzam, wy zmieńcie SWÓJ kurs.
    Amerykanie: TU LOTNISKOWIEC USS MISSOURI. JESTEŚMY DUŻYM OKRĘTEM WOJENNYM USA.
    NATYCHMIAST ZMIEŃCIE SWÓJ KURS!
    Kanadyjczycy: TU LATARNIA MORSKA. - I co teraz?

  • del.wa.57 09.03.06, 15:41
    Do spowiedzi przychodzi młoda kobieta i mówi księdzu:
    K: Wybacz mi ojcze, bo zgrzeszyłam.
    O: A co konkretnie zrobiłaś, córko?
    K: Nazwalam pewnego mężczyznę sk****synem.
    O: A dlaczego go tak nazwałaś?
    K: Bo mnie pocałował.
    O: Tak jak ja całuję cię teraz?
    K: Tak.
    O: Moje dziecko, to nie jest powód, by nazywać człowieka sk****synem.
    K: Ale ojcze, on dotknął jeszcze mojej piersi!
    O: Tak jak ja dotykam jej teraz?
    K: Tak.
    O: Moje dziecko, to nie jest powód, by nazywać człowieka sk****synem.
    K: Ale ojcze, on mnie rozebrał!
    O: Tak jak ja ciebie teraz? - spytał ksiądz rozbierając ją.
    K: Tak, ojcze.
    O: Moje dziecko, to nie jest powód, by nazywać człowieka sk****synem.
    K: Ale ojcze, on wsadził swoje wie-ojciec-co w moja wie-ojciec-co.
    O: Tak jak ja teraz? - spytał ksiądz wsadzając swoje wiecie-co w jej wiecie-co
    K: Tak, taaaak, taaaaaaaaak, ojcze!
    O: [kilka minut później] Moje dziecko, to nie jest powód, by nazywać człowieka
    sk****synem.
    K: Ale ojcze, on miał AIDS!
    O: To skurwysyn!

  • del.wa.57 09.03.06, 15:44
    Pewnego razu Bóg chciał sobie zobaczyć, jak żyją ludzie na Ziemi. Kazał więc
    sprowadzić telewizor, włączył, akurat kobieta rodziła. Meczy się okrutnie,
    krzyczy, wiec Bóg się pyta:
    - Co to jest? Dlaczego tak kobieta się tak męczy?
    - No bo powiedziałeś: "I będziesz rodziła w bólu" - odpowiada któryś anioł.
    - Tak? No... Tego... Ja tak żartowałem...
    Przełącza - górnicy. Zaharowani, spoceni, walą kilofami. Bóg się pyta:
    - A to co to jest? Oni muszą się tak męczyć?
    - Ale sam powiedziałeś: "I w trudzie będziesz pracował..."
    - Oj, "powiedziałeś, powiedziałeś" - mówi Bóg, drapiąc się w głowę - to takie
    żarty były, ja żartowałem...
    Przełącza, a tam piękna, wielka świątynia, bogato zdobiona, od zewnątrz i
    wewnątrz, przed nią luksusowe lśniące samochody, w środku gromada biskupów -
    dobrze odżywieni, pięknie ubrani, złote łańcuchy, itp. itd.
    Bóg się uśmiecha promieniście:
    - O, to mi się podoba! A co to jest?
    - A to są właśnie ci, którzy wiedza, że żartowałeś...
  • del.wa.57 09.03.06, 15:45
    Przychodzi baba do nieba. Św. Piotr każe jej czekać w kolejce. Baba siedzi i
    nagle słyszy przerażający krzyk:
    - Aaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!
    A po chwili znów:
    - Aaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!
    - Co to było, święty Piotrze?
    - A to właśnie osoba przyjęta do nieba. Niestety, każdej takiej osobie musimy
    wywiercić dziurki, w które następnie wkręcamy skrzydła...
    - Aaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!
    - A to co było?
    - No, rzecz jasna, jeszcze jedna dziurka, na aureolkę....
    - Święty Piotrze.... A czy ja mogę iść do piekła?
    - Do piekła? Przecież tam ciągle diabły gwałcą!
    - A niech gwałcą... Do tego mam już przynajmniej wywiercone dziurki!

  • gabidd 09.03.06, 16:58
    wikul wspaniały horoskop, a del.wa kawały świetne
  • del.wa.57 09.03.06, 17:22
    Kochana horoskop tez mój!!!!No!
    Kurcze chyba jeszcze po święcie wczorajszym nie możesz dojść do siebie,co?
    pochlałas?
    :))))))))
  • gabidd 09.03.06, 17:26
    Nie bo mi nie wolno , ale za 2 tygodnie moje imieniny to cosik wypije jak
    zdrowie pozwoli
  • del.wa.57 09.03.06, 17:44
    Wypije za Twoje zdrowie:))
  • gabidd 09.03.06, 18:02
    ok 24 marca
  • wikul 09.03.06, 22:25
    Wzywają na dziesiąte piętro, w windzie spotykam Mariusza Waltera, Janusza
    Rzeszewskiego i paru innych.
    Strach było jechać tą windą, zawsze można się było nadziać na "Krwawego Maćka".
    Raz tylko dał mu odprawę jakiś nowo przyjęty kamerzysta, który nie miał
    pojęcia, że jedzie z prezesem. Gdy ten mu zwrócił uwagę, że powinien odwiedzić
    fryzjera, odpalił: "A chuj to pana obchodzi".
    Mania prześladowania długich włosów.
    Jedziemy w górę. Każdy z nas myśli, o co tym razem chodzi: opeer, akcja
    nadzwyczajna, urodziny Gierka, koprodukcja Jelcza, przyjeżdża Breżniew albo
    Giscard d'Estaing.
    Siadamy w przestronnym gabinecie. Prezes bez wstępów:
    - Michotek dał dupy, ma być uroczysta Barbórka, a on w scenariuszu proponuje mi
    na wstępie numer "Umarł Maciek, umarł…".
    Rzeszewski od razu mówi, że idzie do szpitala, Mariusz, że wyjeżdża za granicę,
    ktoś tam ma chore dziecko, pada na mnie. Nie pomagają wykręty. Jedziemy z
    Krzysztofem Materną do Katowic.
    Próba. Wycinamy numer "Umarł Maciek…", zamieniamy na Rinn "Gdzie ci
    mężczyźni…". Nagle komunikat przez megafon:
    - Wszyscy, poza towarzyszami wyznaczonymi przez KW, proszeni są o opuszczenie
    sali.
    Zostajemy z Materną, bo coś tam mamy do uzgodnienia. Zostaje również w sali
    grupa gości z Francji, bo nie rozumieją po polsku. Widownia i scena pustoszeją,
    tylko na niektórych miejscach siedzą jacyś mężczyźni. Odbywa się dalszy ciąg
    próby, ale… entuzjazmu.
    - Walczak, po słowach pierwszego sekretarza krzyczycie…
    Walczak wstaje, tuż za siedzącymi towarzyszami z Francji i krzyczy:
    - Niech żyje towarzysz Gierek…! Gierek! Gierek…!
    Francuzi podskakują jak oparzeni.
    - Bardzo dobrze, teraz wy z kopalni… Po słowach "pokój i przyjaźń" wołacie…
    Francuzi nie rozumieją. Zdumieni, słuchają w pustej sali kolejnych okrzyków
    pełnych gorącego zaangażowania i entuzjazmu. Zrozumieli dopiero podczas
    przemówienia pierwszego sekretarza.
    Po powitaniach, okrzykach, życzeniach i referacie cała wierchuszka ruszyła
    środkowymi schodami do loży honorowej. Po drodze Gierek spotyka przy kamerze
    syna swoich dawnych sąsiadów z Sosnowca. Wita się z nim, cała grupa gości,
    myśląc, że to ktoś ważny, po kolei ściska mu dłoń. Francuzi też.
    - Bonsoir… towarzyszu.
    Po koncercie dostajemy z Materną laski sztygarskie. Przywożę swoją do Warszawy,
    kładę na szafę. Kilkakrotnie spada, próbując mi zrobić dziurę w głowie.
    Słusznie.
    J.Gruza
  • ewa553 09.03.06, 20:21
    Gabi, ja wiem kiedy masz urodziny wiec nie oszukuj:)))
    --
    מזל טוב
  • wikul 09.03.06, 22:27
    Ch - Chałupy. Najpierw było ekskluzywnie, potem najazd zboczeńców, następnie
    tych, co chcieli podpatrywać zboczeńców, a ostatnio znów zrobiło się
    ekskluzywnie. Oczywiście w wyobrażeniu samych bywalców… czyli mniej wziętych
    aktorów, reżyserów, profesorów na emeryturze i żon tych jeszcze aktywnych, co
    nie mają czasu na wylegiwanie się na plaży helskiej.
    Wieczorem spotkania przy kawie, piwie w uroczej, małej kawiarence przy szosie.
    Eleganckie samochody mijają Chałupy i zmierzają do Juraty.
    Przejeżdża moja ulubiona Konicowa swoim nowo kupionym autem, jadąc na urlop do
    Bryzy w Juracie… Konicowa, poza tym że jest "żoną", prowadzi dobrze
    prosperującą firmę.
    Zatrzymuje się w Chałupach na chwilę. "Ekskluzywni" wylegają na szosę, oglądają
    samochód, podziwiają klimę, komputery, przyspieszenie, tapicerkę, popielniczki…
    Zazdroszczą.
    Konicowa oddala się w perspektywę helskiej szosy, prowadzącej do Juraty.
    W Chałupach zostaje zapaszek lekkiego podejrzenia, że może my nie jesteśmy tacy
    ekskluzywni jak Konicowa.
    Tymczasem ona zajeżdża do Bryzy tym swoim cackiem samochodowym. A tu parkingowy
    mówi do niej przez głośnik:
    - Personel parkuje tam za kuchnią. Zaraz zwolni się miejsce, bo kucharz
    wyjeżdża do domu.
    Prawdziwe cacka stały w blaskach zachodzącego słońca na parkingu dla gości.
    Konicowa musiała długo tłumaczyć, że ona nie do kuchni… lecz na salony.
    Ale "ekskluzywni" w Chałupach o tym "misunderstandingu" nie wiedzieli. Pewnie
    by lepiej się poczuli przed zaśnięciem.
    Mieszczanin szlachcicem zawsze bawił. Nawet, gdy szlachcic jest zwykłym
    mieszczaninem.
    J.Gruza
  • gabidd 09.03.06, 23:07
    Ewa ja nie bujam urodziny wtedy co wiesz a imieniny teraz
  • gabidd 09.03.06, 23:31
    „Tadeusz Rydzyk w Toruniu mieszka/Czarną sukienkę ma ten koleżka/Uczy, tłumaczy
    w Radiu Maryja/Kto godny chwały a kto wręcz kija. (...) A gdy podskoczyć mu
    ktoś próbuje/Armię beretów mobilizuje/Ich nie obchodzi co sądzi prasa/Że dla
    Rydzyka Bogiem jest kasa/Mohery wielbią swego pasterza/Dla nich ważniejszy jest
    od Papieża”.
  • wikul 09.03.06, 23:44
    EGOISTKI

    Kiedy żona wyjechała, Dreptak sprzątnął swe mieszkanie.
    Kupił wódkę, metr kiełbasy, cukier, kawę i herbatę,
    A następnie poobdzwaniał rozmaite takie panie
    I z młodzieńczym entuzjazmem pozapraszał je na chatę.

    Jakoż wszystkie obiecały, lecz nie przyszła ani jedna,
    Bo kobieta ma naturę tak podstępną i tak marną,
    Przy tym tak jest nieżyczliwa (żeby nie powiedzieć - wredna)
    Że nie lubi by ją nagle wezwać niby straż pożarną.

    Każda chciałaby miłości, telefonów co nie miara,
    A gdy dzwonisz raz do roku, chłodno pyta cię i krótko:
    - Co u ciebie, czyżby wreszcie wyjechała twoja stara?
    A mężczyzna - szczera dusza - woła: - Owszem - przyjdź prędziutko!!!

    Wtedy ona obiecuje, ale jakoś niezbyt pewnie,
    Narażając go na straty finansowe i wysiłek.
    Bo, jak już się wyżej rzekło, będąc nastawionym rzewnie
    Facet bufet uzupełnia i usuwa każdy pyłek.

    Dreptak też z ufnością czekał prawie całe dwa tygodnie.
    Mył naczynia, prał skarpetki, tu posprząta, tam naprawi.
    To w wazonie zmienia kwiatki to prasuje sobie spodnie,
    Bo wciąż wierzy, że się wreszcie któraś z pań u niego zjawi.

    Ale one, podejrzewam, że nie miały Boga w sercu
    Nie przybyły, postępując nieetycznie i łajdacko.
    Wreszcie żona wraca z wczasów. Patrzy: Dreptak na kobiercu
    Coś tam czyści i pucuje, a mieszkanko lśni jak cacko.

    Żona padła mu w objęcia a on padł w objęcia żony.
    Zanosiło się na scenę romantyczną jak z Petrarki.
    Ale Dreptak do porządków tak już był przyzwyczajony,
    Że odłożył ją na tapczan i poleciał czyścić garnki.

    Trudno ukryć, że ta nowość jego żonie dość dogadza.
    Gdy on krząta się i sprząta, pichci, albo myje miski,
    Ona, mając nadmiar czasu, najcyniczniej jego zdradza.
    A to wszystko przez te panie co nie przyszły - EGOISTKI.

    Andrzej Waligórski
  • wikul 10.03.06, 00:08
    Wchodzi facet do lokalu z krokodylem.
    - Proszę wyjść ! On jest niebezpieczny !
    - On jest bardzo miły i nikomu nie zrobi krzywdy, mogę to udowodnić. Facet
    prowadzi krokodyla na środek, wali pięścią trzy razy w łeb krokodyla i mówi:
    -Otwórz gębę !
    Krokodyl otwiera, a facet zdejmuje gacie i wklada przyrodzenie do środka,
    następnie wali znowy trzy razy i mówi: - Zamknij gębę !
    Krokodyl zamyka i wszyscy widzą, jak zęby krokodyla zatrzymują się o centymetry
    od ważnych organow. Facet chowa interes i mówi:
    - Może ktoś chce spróbować ?
    Odzywa się nieśmiały głos:
    - Ja, ale niech pan mnie nie bije tak mocno w glowę.
  • ewa553 10.03.06, 09:52
    Sposoby na ptasią grypę:

    1) nie bawić się ptaszkiem
    2) nie chodzić spać z kurami
    3) nie siadać na jajach
    4) nie rzucać pawia
    5) nie wycinać orła w progu
    6) uważać na wylatujące gile
    7) nie pić na sępa

    --
    מזל טוב
  • del.wa.57 10.03.06, 20:26
    Dekalog
    Człowiek rodzi się zmęczonym i żyje po to by wypocząć.
    Kochaj swe łóżko jak siebie samego.
    Odpoczywaj w dzień, abyś mógł spać w nocy.
    Jeżeli widzisz kogoś odpoczywającego pomóż mu.
    Praca jest męcząca.
    Co masz zrobić dziś, zrób pojutrze, będziesz mieć dwa dni wolnego.
    Jeżeli zrobienie czegoś sprawia Ci trudność — pozwól to zrobić innym.
    Nadmiar odpoczynku nigdy nikogo nie doprowadził do śmierci.
    Kiedy ogarnie Cię ochota do pracy, to usiać i poczekaj aż Ci przejdzie.
    Praca uszlachetnia, lenistwo uszczęśliwia.
  • del.wa.57 10.03.06, 20:29
    Bajki
    O apostołach: Pijta, palta, a-po-stołach nie rzygajta.
    O dziewannie: Dzie-wanna, bo będę rzygał.
    O Jacusiu: Ja-coś tu wódki nie widzę.
    O Jabłonce: Miałam ci ja-błonkę.
    O rannych pantoflach: Leży zakrwawiony facet na łóżku, a pod łóżkiem ranne
    pantofle.
    O naleśniku: Na-leśniku drzewo leży.
    O paltociku: Pal, to Ci kurwa płuca zgniją.
    O orzeszku: O żesz kur..., jak cię.
    O romantyzmie: Roman tyż mnie dziecko zrobił.
    O Magdzie: Ma gdzie ale nie ma z kim.
    O tekturze: Te, która godzina?
    O Leszku: Leż kurwa spokojnie.
    O Napoleonie: Nopol Leon, bo zimno. (albo): Ona po Leonie ma dwójkę dzieci.
    O powidłach: Po widłach są dziury w plecach...
    O Iruchnie: Odprowadzę i ruchnę.
    O dźwigu: Dźwi gówniarzu zamknij?
    O panterze: Pan tera wysiada.
    O żabie: Zabierz pan te łapska!
    O śledziu, panterze i puszczy: Śledź pan tera żonę, bo się puszcza.
    O zarażonej: Ubieraj się zara żona wraca!
  • del.wa.57 10.03.06, 20:31
    Rodzaje kobiet
    Rusałki - ten mnie rusał, tamten rusał.
    Damy - temu damy, tamtemu damy.
    Kotki - ten mnie miał, tamten miał.
    Złote rybki - rypią się jak złoto.
    Słomiane - rżną się jak sieczka.
    Pobożne - najchętniej leżą krzyżem.
    Dziecinne - co do rączki to do buzi.
    Chemiczne - rozkładają się w temperaturze pokojowej.
    Partyjne - przyjmują wszystkich członków.
    Domatorki - byle komu, aby w domu.

  • wikul 10.03.06, 21:11
    Zbyszek Cybulski nie żyje. O śmierci Cybulskiego dowiedziałem się w
    Sztokholmie, gdzie przygotowywałem z Kobielą polsko--szwedzki program
    rozrywkowy. Zbyszek był w Szwecji bardzo popularny. Przed wyjazdem zrobiliśmy
    dla telewizji sztukę Mały światek Sammy Lee, emitowaną już po śmierci aktora.
    Daniel Olbrychski wspomina, jak słyszał głos Cybulskiego przez okno w jakimś
    domu i myślał, że albo on zwariował, albo nieboszczyk zmartwychwstał.
    Tyle zostało napisane o Zbyszku, że trudno coś do tego dodać, ale jednocześnie
    nie mogę go pominąć w tych wspomnieniach, bo od samego początku moich studiów,
    a później pracy, gdzieś był zawsze koło mnie. Oczywiście szybował wysoko, a ja
    poruszałem się w rejonie rozrywki, humoru, komedii.
    Zbyszek "zacierał" - nie wiem, czy ktoś to pamięta. Miał taki tik nerwowy, że
    nie mógł wyjść z pokoju, zamkniętego pomieszczenia czy zejść ze sceny, jeżeli
    nie odbył takiego rytuału zacierania nogą najdrobniejszego papierka, śmiecia,
    jakby szukał czegoś albo bał się, że coś ważnego zgubił… Znajomi,
    przyzwyczajeni do tego, nie zwracali uwagi, dla innych było to zadziwiające.
    Każde wyjście było dla niego trudne, musiał "pozacierać" może własne ślady…
    W podróży do Londynu, gdy szli razem z dyrektorem Warmińskim i Zbyszek na
    zaśmieconej ulicy miał do przydeptania i zatarcia setki porzuconych opakowań,
    papierków, śmieci, na Oxford Street Janusz Warmiński zirytowany powiedział:
    - Panie Zbyszku, chodźmy wreszcie! Czego pan szuka? Zgubił pan coś?
    - Panie dyrektorze, jak byłem w Londynie ostatni raz, znalazłem dwadzieścia
    funtów w jednym banknocie i dlatego tak sprawdzam, może jeszcze coś znajdę… -
    tłumaczył zawstydzony.
    Nie było to prawdą.
    Gra i życie to dla Zbyszka było to samo. A życie pędziło, nie zawsze był czas,
    aby nauczyć się precyzyjnie tekstu. W monodramie Mały światek Sammy Lee
    umieściłem na końcu linii telefonicznej suflerkę, która mówiła tekst, a Zbyszek
    grał. Cała prawie sztuka opiera się na rozmowach telefonicznych, w których
    bohater błaga o drobną pożyczkę, bo grożą mu śmiercią dealerzy narkotyków.
    Koledzy dziwili się, jak Zbyszek mógł spamiętać godzinę gadania, bez przerwy.
    Zwykle Zbyszek pisał tekst sztuki na meblach, ścianach, wiszących kalendarzach
    i na podłodze. Później krytycy pisali o ciekawej interpretacji, że pół aktu
    Zbyszek grał na kolanach z twarzą przy ziemi. Był też krótkowidzem.
    Ale wszystko to było zatopione w jego instynkcie aktorskim, wielkim talencie i
    umiejętności znajdowania prawdy w każdej sytuacji.
    Za granicą było łatwiej z tekstem, grał w obcych językach, a że nie znał ich
    zbyt dobrze, posługiwał się językiem polskim i tym, co najlepiej pamiętał.
    Zwykle to było "Zdrowaś Mario, łaskiś pełna…" Niezależnie od charakteru sceny,
    roli czy partnera, z którym aktualnie dialogował… sadził sceny miłosne
    na "Zdrowaś Mario…" albo dramatycznie na "Wierzę w Boga…" - i był rewelacyjny.
    Zachodni reżyserzy byli zachwyceni, a potem francuski czy szwedzki aktor
    dubbingowali w obcym języku i recenzenci pisali o kreacji. To, co jest w duszy,
    okazywało się ważniejsze od mniej lub bardziej popularnego języka.
    W Polsce, w jednej ze sztuk amerykańskich, grał współczesnego chłopaka, główna
    rola. Spektakl wywieziono gdzieś na prowincję. Sala była pełna, a gwiazdor się
    spóźniał. Wszyscy przyszli na niego i tylko na niego… mimo wspaniałej całej
    obsady. W nabożnej ciszy siedzi cała sala, za kulisami chodzą nerwowo koledzy
    aktorzy, reżyser pali jednego papierosa za drugim.
    Nagle słychać z daleka szum motor
    u, powoli coraz wyraźniej, zbliża się… Jest! Z hukiem silnika zajeżdża przed
    teatr Zbyszek. Jeździł wówczas motorem. Otwierają się drzwi. Na widownię
    wchodzi aktor, stukot butów do jazdy na motorze, skórzana kurtka, idzie wśród
    siedzących jak trusia widzów, zdejmuje po drodze kask, idzie na scenę, poprawia
    okulary na nosie… i zaczyna grać.
    Jest wspaniały.
    Zbyszek miał zwyczaj pukać w ramię rozmówcę i nazywać go "Starenia" niezależnie
    do wieku, zażyłości, płci czy stopnia znajomości.
    Znany był rzekomy romans naszego gwiazdora z Marleną Dietrich. Ta wiekowa pani
    została zauroczona sceną miłosną, gdzie młody Polak w okularach grał
    przypuszczalnie na "Zdrowaś Mario…" we francuskim filmie.
    Czy doszło do "konsumpcji", nie wiadomo.
    Kobiela z zazdrości opowiadał, że wszystko się rozpadło, gdy Marlena sięgnęła
    po słownik polsko-francuski i zrozumiała wreszcie, co oznacza to stale
    powtarzane "Starenia, starenia…" w najbardziej intymnych zbliżeniach z
    Polakiem.
    A miała wówczas jakieś sto lat.
    J.Gruza
  • ewa553 10.03.06, 21:28
    Pamietam ten monodram z Cybulskim. Byl po prostu rewelacyjny. Nie pamietalam ze
    zostal nadany dopiero po jego smierci. Chyba sie Gruza myli, bo jak Zbyszek
    zginal, lezalam akurat w szpitalu i to dosc dlugo, musialam to wiec widziec
    przed szpitalem.
    Myli sie Gruza rowniez, ze Marlena miala ze sto lat. Urodzila sie w 1901, wiec
    ma poczatku szescdziesiatych lat miala "zaledwie" z szescdziesiat:))))
    Ale wybacvzam mu to: Gruza byl wtedy mlody, wiec kazda kobieta po czterdziestce
    byla dla niego starucha.
    --
    מזל טוב
  • wikul 10.03.06, 21:57
    ewa553 napisała:

    >Pamietam ten monodram z Cybulskim. Byl po prostu rewelacyjny. Nie pamietalam ze
    >zostal nadany dopiero po jego smierci. Chyba sie Gruza myli, bo jak Zbyszek
    >zginal, lezalam akurat w szpitalu i to dosc dlugo, musialam to wiec widziec
    >przed szpitalem.
    >Myli sie Gruza rowniez, ze Marlena miala ze sto lat. Urodzila sie w 1901, wiec
    >ma poczatku szescdziesiatych lat miala "zaledwie" z szescdziesiat:))))
    >Ale wybacvzam mu to: Gruza byl wtedy mlody, wiec kazda kobieta po czterdziestce
    >byla dla niego starucha.



    Też pamietam ten monodram, chociaż wtedy jeszcze nie miałem własnego telewizora.
    Miałem wrażenie jakby Cybulski grał samego siebie.
    A co do wieku Marleny ? To przecież nie bigrafia a wspomnienia z przymróżeniem
    oka.
  • wikul 11.03.06, 20:44
    Naprzeciwko Pałacu Kultury, w wieżowcu przy Marszałkowskiej, gdzie mieszkałem
    na szesnastym piętrze, odwiedza mnie pewna pani.
    W trakcie pełnego czułości zbliżenia dzwonek do drzwi.
    - Mąż! - krzyczy ona i zbiera w pośpiechu swoje rzeczy.
    - Jak?! Skąd?! Jesteś mężatką?!
    - Tak! Nie otwieraj, to szaleniec!
    Dzwonek coraz bardziej natarczywy.
    - Błagam cię, Władek mnie zabije.
    Walenie do drzwi.
    - Trudno.
    Idę do drzwi, a ona chowa się na balkonie.
    - Kto tam?
    - Milicja.
    Mąż z milicją! Chce mieć świadka do rozwodu. Otwieram.
    Rzeczywiście, w drzwiach stoi milicjant i salutuje.
    - Dzień dobry, obywatelu. Można…?
    - Proszę. - Półnagi wyglądam jak kretyn.
    Władza staje na środku pokoju. Rozgląda się.
    - Wiecie, że jutro jest dwudziesty drugi lipca?
    - Oczywiście, że wiem.
    - Będzie manifestacja, pochód i ważni towarzysze na trybunie naprzeciwko.
    Chcemy, żebyście od dzisiaj nikogo obcego w domu nie przyjmowali.
    - A skąd! Nikogo obcego za próg nie wpuszczam.
    - Z waszego okna widać trybunę?
    - Absolutnie nie widać ani trybuny, ani żadnego ważnego towarzysza.
    - A z balkonu? Można…?
    Wychodzi na balkon i natyka się na stojącą przy ścianie wpółnagą kobietę.
    - Żona?
    - Tak jakby.
    - Aha! Rozumiem. Będzie jutro?
    - Nie, skądże! Zaraz wychodzi. Wpadła na chwilę, trochę rozmawialiśmy i zaraz
    sobie idzie.
    - To dobrze. Zatem jesteśmy umówieni.
    - Tak jest! - zapewniam służbiście.
    - Do widzenia.
    - Cześć.
    Wychodzę na balkon.
    - Ubieraj się!
    Dobrze, że ze strachu nie skoczyła na dół.
    "Expressiak" tylko czekał na takie sensacje.
    J.Gruza
  • wikul 13.03.06, 00:00
    Piętro wyżej mieszkał ktoś, kogo nie znałem. Pewnego razu uczyniłem mocne
    postanowienie, by nie poddawać się atmosferze burdelu w tym przeklętym bloku.
    Gdyby we wszystkich kawalerkach narożnych w tym budynku kochankowie wpadli w
    jeden rytm w trakcie uprawiania miłości, mogliby go przewrócić.
    Basta!
    Zgromadziłem jakieś poważne książki. Nastawiłem płytę z chorałami
    gregoriańskimi i zagłębiłem się w lekturze.
    Zaczęło się od lekkiego skrobania w mieszkaniu nade mną, jakby paznokciem po
    dykcie. Potem szuranie nóg od tapczanu, potem skrzyp sprężyn i szepty, krzyki,
    okrzyki, wreszcie wycia i rozkazy, kategoryczne wezwania do akcji. Słychać było
    tylko głos kobiecy, męski zamieniał się w rzężenie, natomiast ona z powodzeniem
    mogła podkładać ścieżkę dźwiękową w niejednym filmie hard porno.
    Próbowałem to zagłuszyć śpiewami kościelnymi z płyty, ale bezskutecznie.
    Wyobraźnia podsuwała coraz bardziej fascynujące obrazy. Wreszcie nie
    wytrzymałem, wskoczyłem na okno i przytknąłem ucho do rury centralnego
    ogrzewania. Nie bacząc na parzący metal, łowiłem na wysokości szesnastego
    piętra dźwięki i okrzyki tej gwałtownej supersamicy. Trwało to dość długo, a
    repertuar jej okrzyków i fantazja były nieograniczone.
    Gdy skończyli, ja odpadłem od rury, kobieta szła do łazienki jednocześnie ze
    mną. Ona dla ablucji "postcoitalnej", a ja z czerwonymi rękoma pod zimną wodę,
    aby złagodzić skutki poparzenia.
    Powtarzało się to z pewną regularnością. Mój przyjaciel Mieczysław Jahoda,
    który zawsze był zazdrosny o moje kontakty męsko-damskie, często obserwował
    mnie przez wojskową lornetkę z placu Teatralnego, gdzie mieszkał.
    - Stary, co ty tak jak małpa stoisz w oknie i trzymasz się kaloryfera? - spytał
    mnie następnego dnia na obiedzie w Związku Literatów.
    Nie umiałem się usprawiedliwić.
    Pisaliśmy u mnie Czterdziestolatka, gonił nas termin. I nagle się zaczęło.
    Najpierw ciche skrzypienie, potem szuranie… i dalszy ciąg według znanego
    scenariusza, nie do zatwierdzenia ani przez ówczesną, ani dzisiejszą telewizję.
    KTT wściekły, że ja na oknie przy rurze zamiast dialogów Karwowskiego powtarzam
    okrzyki sąsiadki erotomanki. Postanowiłem z tym skończyć. Muszę ją zobaczyć.
    Rozpalona wyobraźnia nie dawała mi spokoju.
    Następnego dnia rano, kiedy seans tych na górze dobiegł końca, usłyszałem plusk
    wody w łazience, a potem trzask drzwi za wychodzącym partnerem i stukot
    pantofli, gdy sąsiadka z góry wracała do pokoju.
    Zdecydowałem się. Schodami przeciwpożarowymi dostałem się na jej piętro i
    zapukałem do drzwi. Serce waliło mi jak młotem, gdy czekałem, aż ujrzę tę
    rozpustnicę.
    - Kto tam?
    - Proszę pani, bardzo przepraszam, ale jestem sąsiadem z dołu. Woda zalewa mi
    sufit w łazience, obawiam się, że to od państwa.
    - Chwileczkę, tylko się ubiorę.
    Jest naga, w pantoflach na wysokim obcasie, naga! Próbowałem dojrzeć coś przez
    wizjer.
    Szczęk otwieranego zamka w drzwiach. Ukazuje się jakaś kobiecina w aksamitnym
    szlafroku, w okularach, z głową wciśniętą w ramiona, płaska jak deska. Zupełne
    nic.
    Wchodzę do środka, otwiera mi drzwi łazienki, pomalowanej na ten szary
    charakterystyczny kolor, z rurami na wierzchu. Zaglądam pod brudną wannę, udaję
    zainteresowanego rurami. Jeszcze raz rzucam okiem na właścicielkę, pozbywam się
    złudzeń i wracam do siebie.
    Już nigdy więcej nie wiszę na rurze, na wysokości szesnastego piętra.
    J.Gruza
  • gabidd 13.03.06, 09:31
    No to, to opowiadanie jest juz w częściprzekłamane dlatego że z budynku
    mieszkalnego ktory był jedyny w czasie gdy pisał to opowiadanie nie mozna było
    zobacvzyć bydynku na ścianie wschodniej, gdyż załaniał go Teatr Wielki z
    drugiej strony stoi wieżowiec ale z niego też trudnoi by zobaczyć Gdyż to by
    było za daleko no ale moze jakby to był jakiś teleskop.
  • gabidd 13.03.06, 11:55
    Wraca facet do domu i od progu krzyczy:
    -Jessssssst wygrałem w lotto, jest udało się Sześć szóstka- wydziera sie
    zadowolony z siebie. Patrzy , a tu żona siedzi smutna i płacze

    -Co się stało - pyta
    Na to żona
    _Mamisia moja dzisiaj umarła
    Facet wrzeszczy:
    Yeeeeeeeesssssssssssssssss Kurwa Kumulacja!!!
  • wikul 13.03.06, 19:57
    gabidd napisała:

    > No to, to opowiadanie jest juz w częściprzekłamane dlatego że z budynku
    > mieszkalnego ktory był jedyny w czasie gdy pisał to opowiadanie nie mozna
    było
    > zobacvzyć bydynku na ścianie wschodniej, gdyż załaniał go Teatr Wielki z
    > drugiej strony stoi wieżowiec ale z niego też trudnoi by zobaczyć Gdyż to by
    >
    > było za daleko no ale moze jakby to był jakiś teleskop.



    Zróć uwagę na tytuł - "Gra wyobraźni".
  • gabidd 13.03.06, 19:58
    dla mnie "gra wyobraźni"to raczej to że wisiał na tej rurze
  • wikul 13.03.06, 20:11
    Dużo niżej, w tym samym bloku, mieszkała matka Grzegorza Przemyka. Pamiętam go,
    kiedy był jeszcze bardzo mały i chodził do przedszkola. Kręciliśmy z Kobielą i
    Fedorowiczem Poznajmy się i robiliśmy między innymi prowokacyjne wywiady z
    dziećmi, zmieniając im w rozmowie płeć: "Jak masz na imię, chłopczyku?" -
    pytaliśmy dziewczynkę. Dziecko protestowało, używając bardzo zabawnych
    argumentów. Najpierw zadawaliśmy pytania na rozgrzewkę: "Kim chciałbyś być? Kim
    jest twój ojciec?". I tu pamiętam, jak Grzegorz nagle się zasmucił.
    Domyśliliśmy się, że chodzi o rozbitą rodzinę… A później, już w tym wieżowcu,
    często spotykaliśmy się w windzie. Zawsze parę zdań, nieśmiały uśmiech. Był jak
    trzcina wątły, wybujały, blady, delikatny. Podobny do mego syna, który na
    szczęście urodził się dużo później i nigdy nie miał okazji zderzyć się z tamtą
    brutalną siłą. Obaj tak samo pełni młodzieńczej fantazji, przekory i wiary,
    zaufania do drugiego człowieka.
    Grzegorz napotkał bestie.

    J.Gruza
  • jowitta17 13.03.06, 21:51
    wikul a ile tych bestii jest jeszcze nie ujawnionych?
  • wikul 14.03.06, 01:05
    jowitta17 napisała:

    > wikul a ile tych bestii jest jeszcze nie ujawnionych?



    Trudne pytanie zadałaś.
    pzdr.
  • wikul 14.03.06, 01:47
    Bar w klubie "Scena", piątkowy wieczór. Patrzymy z góry na kłębiący się tłum
    dyskotekowy. Wspominamy z przyjacielem pewną studentkę ASP, młodą, o której
    wszyscy marzyli. Była to wariatka niesłychanie uzdolniona i z tą
    nieświadomością oddziaływania na mężczyzn jako dziecko-kurwa. Obaj kochaliśmy
    się w niej na zabój i nienawidziliśmy się wzajemnie.
    Julita przyszła kiedyś na karnawałowy bal przebierańców w kostiumie zrobionym
    tylko z "Expressu Wieczornego". Były to pospinane szpilkami płachty gazety. Po
    szalonych tańcach, już po godzinie, była półnaga. Emocje wśród nas wzrosły do
    niebotycznych poziomów. Julita szalała na parkiecie, nie zdając sobie sprawy z
    perwersji całej sytuacji.
    Szczątki czerwonych tytułów na gołych, sterczących cyckach i resztki gazety
    ledwo zakrywające tyłek. Pożeraliśmy ją wzrokiem. Dziś Julita jest stateczną
    matką kilkorga dzieci, ma spokojną pracę, nie wiem, czybym ją poznał.
    Patrzę na swego dawnego konkurenta.
    - Postarzałeś się - mówię i zaraz się poprawiam: - Postarzeliśmy się.
    - Zawsze byłem stary - i dodaje po angielsku (długi czas spędził w Londynie): -
    I was an old dirty man w wieku ośmiu lat. Już wtedy wąchałem majtki swoim
    kuzynkom. Dlaczego mnie nie lubisz?
    - Ja?
    - Czuję to.
    - Masz rację, nie lubię starych ludzi.
    - A siebie?
    - Też.
    Podobnie jak Maklak wymyśliłem początek filmu. Niestety już nakręconego. Tomasz
    Mann Śmierć w Wenecji napisał, a Visconti nakręcił.
    Ile jednak może być wersji romansu starszego pana z kimś młodym, pociągającym?
    Tysiące.
    Zamiast Wenecji mam Tunezję. Banalny pobyt z jakąś agencją turystyczną w
    Hammamecie. Hotel, basen, leżakowanie w cieniu palm. Chory na serce mężczyzna
    obserwuje jasnoblond dziewczynę. Jest nią oczarowany, a jednocześnie zazdrosny
    o jej swobodne kontakty z innymi mężczyznami. Ona przeciąga się, skacze do
    wody, smaruje się olejkiem. Przechodzi obok niego tuż-tuż… uśmiecha się
    zalotnie.
    Codziennie na plaży pojawiają się tak zwani animatorzy kultury. Chamscy w swoim
    tanim profesjonalizmie osobnicy, którzy prowadzą w trzech językach gry i
    konkursy dla turystów. Dziewczyna bierze udział w tych zabawach, z entuzjazmem
    młodości poddaje się w różnych konkurencjach tym wakacyjnym pajacom. Jej
    drużyna przegrywa ostatecznie, a ona musi za karę biec i całować wszystkich
    mężczyzn znajdujących się wokół basenu. Idiotyczne! Starszy pan w napięciu
    patrzy, jak dziewczyna, wykonując zadanie, zbliża się do
    niego, i kiedy pochyla się nad nim, on przytrzymuje jej rękę i mówi szeptem:
    - You are one of the most beautiful girls in the team, sweetheart.
    - I know captain, I know… - uśmiecha się prowokująco.
    Pachniała mlekiem i miodem.
    Mężczyzna, zamiast przeżyć ostatni romans swego życia i umrzeć na serce,
    wyjeżdża następnego dnia, bo ma… samolot czarterowy!
    Tak więc, tania turystyka zabija wielką literaturę. Nie można być Tomaszem
    Mannem, podróżując ze Sport Touristem.
    Nie da rady.
    J.Gruza
  • ewa553 14.03.06, 08:52
    smutne:((((((((
    --
    מזל טוב
  • graga21 14.03.06, 18:26
    Instrukcja czyszczenia muszli toaletowej:

    1. Podnieść klapę muszli i wlać jedną ósmą szklanki szamponu dla zwierząt.
    2. Wziąć kota na ręce i głaskając go iść wolno w stronę łazienki.
    3. W odpowiednim momencie wrzucić kota do muszli, zamykając jednocześnie
    klapę. W razie potrzeby stanąć na niej.
    4. Kot w tym czasie samodzielnie rozpocznie czyszczenie muszli, wytwarzając
    przy tym wystarczającą ilość piany. Odgłosami dochodzącymi z muszli nie należy
    się niepokoić i spokojnie pozwolić kotu wyżyć się do woli!
    5. Zainicjować fazę mycia turbo i płukania końcowego poprzez kilkukrotne
    uruchomienie spłuczki.
    6. Jeśli stanie na klapie muszli było konieczne, poprosić kogoś innego o
    otwarcie drzwi wejściowych. Zadbać o to, żeby nikt nie znajdował się między
    drzwiami łazienki a wejściowymi.
    7. Z bezpiecznej odległości możliwie szybko otworzyć klapę toalety. Duża
    szybkość kota spowoduje samoczynne wysuszenie jego sierści.
    8. W ten sposób i toaleta i kot są znowu czyściutkie.

    Pozdrowienia
    Pies
    ----------------------------------------------------------------------
    Kliknij po więcej! >>> link.interia.pl/f18ed
  • wikul 14.03.06, 18:33
    Do Warszawy przyjechała z Nowego Jorku Miriam G. obsypana złotem i brylantami…
    Bywała u znajomych na przyjęciach, premierach, a potem w SPATiF-ie. Tam poznała
    grupę młodych aktorów, którzy zawsze siedzieli w oczekiwaniu na takie panie.
    Wśród nich - niezwykle wtedy popularny wśród reżyserów filmowych - aktor Jerzy
    C.
    Zawsze gotowy, zawsze dyspozycyjny, pokazywał się w drobnych rólkach prawie we
    wszystkich polskich filmach. Za to przy stoliku, we wszystkich SPATiF-ach w
    Polsce, grał role główne.
    Miriam, po kilku drinkach, wzruszona dowcipem i towarzyskimi zaletami aktora
    C., opowiada pół po rosyjsku, pół po angielsku jakieś historie z Petersburga o
    wodzach Rewolucji Październikowej: że razem z bolszewikami obalała carat, że
    zdobywała Pałac Zimowy, a w Smolnym razem z Leninem…
    Wszyscy brali to za fantazje i chęć popisania się przed młodymi ludźmi w Klubie
    Aktora. Trzeba powiedzieć, że Miriam wyglądała na swoje lata, ale potrafiła
    przetańczyć w Bristolu do rana, a w przyćmionych światłach, wydawała się
    jeszcze wcale, wcale… Po Bristolu zakochani aktor C. z Krakowa i Miriam z
    Nowego Jorku poszli dalej w Polskę.
    Wylądowali na jakiejś prywatce na Starym Mieście, a nad ranem, po spełnieniu
    nadzwyczajnie efektownej sesji erotycznej, aktor C. widzi obok siebie śpiącą
    swoją panią w świetle wschodzącego słońca znad Wisły i jest lekko przerażony.
    Mumia.
    "Uciekaj skoro świt, bo rano będzie wstyd…", jak słusznie zauważyła Agnieszka
    Osiecka.
    Obok leży otwarta torebka z wysypaną zawartością, między innymi paszport z
    orłem amerykańskim. Ostrożnie otwiera i czyta: Miriam G. Urodzona w Petersburgu
    w roku 1896… W Smolnym mogła mieć 21 lat! A więc wszystko, co mówiła, to
    prawda. Jeżeli ona tej nocy go skusiła, oczywiście po liftingu i głębokich
    peelingach, to mając dwadzieścia lat, rzeczywiście mogła robić wrażenie na
    wodzach rewolucji.
    Z pistoletem za pasem, w bluzie ŕ la Dzierżyński, z rewolucyjnym ogniem w oku,
    może nawet i Lenin przerwał pisanie przemówienia do żołnierzy i robotników,
    aby…
    Po tym, co Miriam wyprawiała pamiętnej nocy na Starym Mieście, powstało
    domniemanie, że aktor C. został "szwagrem" KC bolszewików, czyli większości
    bolszewików. A może nawet samego Lenina!
    Po owym epizodzie aktor C. cieszył się jeszcze większym wzięciem u miejscowych
    reżyserów.
    J.Gruza
  • wikul 14.03.06, 18:30
    ewa553 napisała:

    > smutne:((((((((



    Smutne ? Normalna kolej rzeczy . Kazdy wiek ma swoje radosci .
  • ania1022 14.03.06, 19:50
    wikul napisał:

    > Smutne ? Normalna kolej rzeczy . Kazdy wiek ma swoje radosci .

    Albo swoje smutki :))
  • wikul 14.03.06, 20:04
    Wizyta Jeana Cocteau w Warszawie. Wieczór autorski w Teatrze Żydowskim.
    Zapamiętałem tylko rękawy od koszuli wykończone koronką i ciemny obcisły żakiet
    z weluru. Całe high society podniecone zaprasza go na kolacje. Do kogo? Tylko
    do Leszka Zahorskiego, który po powstaniu warszawskim znalazł się we Francji,
    tam poznał żonę Francuzkę.
    A więc kolacja u Leszka. Bardzo wyselekcjonowani goście, prominenci kultury.
    Wśród nich wzięty podówczas felietonista tygodników kulturalnych. Rozmowy na
    najwyższym szczeblu intelektualnym - teoria sztuki, estetyki i filozofii…
    Namaszczony i uwznioślony felietonista wraca do domu taksówką marki Warszawa ze
    Starego Miasta w rejony placu Na Rozdrożu.
    Nagle przed lokalem Paradis, później Melodia, czerwone latarki milicji.
    Mordobicie i awantura. Taksówka zostaje zarekwirowana dla stróżów porządku
    publicznego, którzy wyciągają z lokalu pijanych, pokrwawionych osobników i
    ładują wszystkich do wnętrza warszawy.
    Na niewysokiego wzrostem felietonistę siada dwumetrowy sierżant milicji i
    rozkazuje kierowcy: "Do komendy na Wilczą". Tam przed komisariatem czeka już na
    pasożytów ścieżka zdrowia.
    Są kolejno wyciągani i pałowani. Tłumaczenie, że Jean Cocteau… kolacja,
    dyskusja o impresjonizmie… nie pomaga. Wyszedł z komendy nad ranem i już nie
    brał taksówki.
    Co pewien czas, kiedy zaglądam na półkę z koszulami, sięgam po identyczną, jaką
    miał Cocteau, z rękawami w koronkach. Dostałem ją od pewnego amerykańskiego
    impresaria na festiwalu w Sopocie. On podobno otrzymał ją od Franka Sinatry.
    Nigdy nie odważyłem się jej założyć. Leży na półce od kilkunastu lat,
    przekładana z miejsca na miejsce, brudzi się, sam oddaję ją co pewien czas do
    pralni, gdzie krochmalą ją i z trudem rozprasowują koronki.
    Przypomina mi zawsze smutnego pana z wielkim orlim nosem, w welurowym ciemnym
    żakiecie. I brutalnie śmieszną scenę spod knajpy obok byłego KC.
    Tam też kiedyś nad ranem uprzejmi milicjanci oferowali się podwieźć Zosię
    Czerwińską milicyjną nyską do domu.
    Wsiadła.
    Samochód nie rusza.
    - Przepraszam, że czekamy tak długo, ale babce klozetowej gdzieś kabura od
    pistoletu się zapodziała - mówi sierżant.
    J.Gruza
  • framberg 22.03.06, 01:41
    Czasami mi się podobał. Jednak zazwyczaj nie. Był zawsze Cybulskim, kogo by nie
    grał. W "Rękopisie znalezionym w Saragossie" Hassa miałem wrażenie, że ma
    okulary na nosie. Ale film mi sie podobał. Książka również.
  • gabidd 15.03.06, 11:44
    Pozdrowienia z Bieszczad

    12 sierpnia
    Przeprowadziliśmy się do naszego nowego domu w Bieszczadach.
    Boże jak tu pięknie! Drzewa wokół wyglądają tak majestatycznie. Wprost nie
    mogę się doczekać,kiedy pokryją się śniegiem.

    14 października
    Bieszczady są najpiękniejszym miejscem na ziemi! Wszystkie
    liście zmieniły kolory - tonacje pomarańczowe i czerwone.
    Pojechałem na przejażdżkę po okolicy i zobaczyłem kilka jeleni.
    Jakie wspaniałe! Jestem pewien, że to najpiękniejsze zwierzęta na
    ziemi. Tutaj jest jak w raju. Boże, jak mi się tu podoba!

    11 listopada
    Wkrótce zaczyna się sezon polowań. Nie mogę sobie wyobrazić,
    jak ktoś może chcieć zabić coś tak wspaniałego, jak jeleń!
    Mam nadzieję, że wreszcie spadnie śnieg.

    2 grudnia
    Ostatniej nocy wreszcie spadł śnieg. Obudziłem się i
    wszystko było przykryte białą kołdra. Widok jak pocztówki
    bożonarodzeniowej! Wyszliśmy na zewnątrz, odgarnęliśmy śnieg ze schodów i
    odśnieżyliśmy drogę dojazdową. Zrobiliśmy sobie świetną bitwę śnieżną
    (wygrałem), a potem przyjechał pług śnieżny, zasypał to co odśnieżyliśmy i
    znowu
    musieliśmy odśnieżyć drogę dojazdową. Kocham Bieszczady!

    12 grudnia
    Zeszłej nocy znowu spadł śnieg. Jest pięknie!
    Pług śnieżny znowu powtórzył dowcip z drogą dojazdową.
    Po prostu kocham to miejsce.

    19 grudnia
    Kolejny śnieg spadł zeszłej nocy. Ze względu na nieprzejezdną
    drogę dojazdową nie dojechałem do pracy.
    Jestem kompletnie wykończony odśnieżaniem. Pieprzony pług śnieżny.

    22 grudnia
    Zeszłej nocy napadało jeszcze więcej tych białych gówien.
    Całe dłonie mam w pęcherzach od łopaty.
    Jestem przekonany, że pług śnieżny czeka tuz za rogiem,
    dopóki nie odśnieżę drogi dojazdowej. Skurwysyn!

    25 grudnia
    Wesołych Pierdolonych Świąt!
    Jeszcze więcej gównianego śniegu. Jak kiedyś wpadnie mi w
    ręce ten skurwysyn od pługu śnieżnego... przysięgam - zabiję!!
    Nie rozumiem, dlaczego nie posypią drogi solą, żeby
    rozpuściła to gówno.

    27 grudnia
    Znowu to białe kurestwo spadło w nocy.
    Przez trzy dni nie wytknąłem nosa, z wyjątkiem odśnieżania
    drogi dojazdowej za każdym razem, kiedy przejechał pług. Nigdzie
    nie mogę dojechać. Samochód jest pogrzebany pod górą białego gówna.
    Meteorolog znowu zapowiadał dwadzieścia pięc centymetrów tej
    nocy. Możecie sobie wyobrazić, ile to oznacza łopat pełnych śniegu?

    28 grudnia
    Meteorolog się mylił! Tym razem napadało osiemdziesiąt pięć
    centymetrów tego białego kurestwa. Teraz to nie odtaje nawet do lata!
    Pług śnieżny ugrzązł w zaspie a ten chuj przyszedł pożyczyć
    ode mnie łopatę! Powiedziałem mu, że sześć już połamałem kiedy
    odgarniałem to gówno z mojej drogi dojazdowej, a potem ostatnią
    rozpierdoliłem o jego zakuty łeb a trzonek wsadzilem mu w dupe. (smiesznie
    wygladal)

    4 stycznia
    Wreszcie wydostałem się z domu.
    Pojechałem do sklepu kupić coś do jedzenia i kiedy wracałem, pod
    samochód wpadł mi pierdolony jeleń i całkiem go rozjebał.
    Narobił szkód na trzy tysiące. Powinni powystrzelać te skurwysyńskie
    jelenie. Że też myśliwi nie rozwalili wszystkich w sezonie!

    3 maja
    Zawiozłem samochód do warsztatu w mieście. Nie uwierzycie,
    jak zardzewiał od tej jebanej soli, którą posypują drogi...

    18 maja
    Przeprowadziłem się z powrotem do miasta. Nie mogę sobie
    wyobrazić, jak kurwa ktoś kto ma odrobinę zdrowego rozsądku może
    zamieszkać na jakimś zadupiu w Bieszczadach
  • ewa553 15.03.06, 13:03
    hehe, tak to wygladaja romantyczne marzenia, jak sie je zrealizuje:)))))
    przypomina mi to opowiadanie pani, ktora uciekajac przed bawarska zima
    przeniosla sie z Monachium na stale na Karaiby. Po paru miesiacach wrocila i
    opowiadala, jak tam strasznie: wstajesz rano, slonce juz swieci, w poludnie
    jeszcze bartdziej swieci, tak ze nawet do basenu nie mozna wejsc, wieczorem
    jestes po kolacji, a to cholerne slonce ciagle jeszcze swieci. Idac w nocy
    spac, zasuwasz grube kotary, bo slonce ciagle jeszcze swieci....
    --
    מזל טוב
  • wikul 15.03.06, 18:35
    W Oborach oglądam angielski film z lat pięćdziesiątych o starych ludziach:
    Memento mori, który jak gdyby przenika się z tym, co otacza mnie tutaj w
    rzeczywistości: starzy, schorowani ludzie. W filmie obserwuję wspaniale
    obsadzoną każdą postać i świetne aktorstwo, bardzo angielskie.
    Gdy kręciliśmy fragment Alicji w Londynie w Pine Wood Studio, potrzebny był
    typowy angielski kamerdyner. Asystent przyniósł mi gruby album ze zdjęciami
    aktorów, którzy się specjalizują tylko w rolach kamerdynerów. Było ich około
    pięciuset. Wybrałem na chybił trafił.
    Miał tylko jedną linijkę tekstu do powiedzenia. Przyszedł do nas i
    zapytał: "Czy to jest dramat, czy komedia?". Komedia. Zagrał wspaniale, bez
    reżyserii, analizy tekstu, metody Stanisławskiego i zbędnej straty czasu.
    Zastanawiam się nad typologią takich albumów w Polsce: dyrektorzy, robotnicy,
    młodzi, starzy, księża, małolaty, emeryci, matki, kochanki, żony…
    Poza takimi kategoriami jak amant, amantka, pierwsza naiwna, im większe
    uszczegółowienie charakteru postaci, tym trudniejsza sztuka aktorska. Na
    próbach lub w garderobie aktorzy często zabawiają się graniem pijanego albo
    homoseksualisty. To bardzo łatwe, ale utrudnić sobie, narzucając zawodowe
    cechy, wiek, upodobania, nałóg, socjalną lub polityczną przynależność, to jest
    już wyższa szkoła jazdy…
    Słynne były mistrzowskie etiudy aktorskie Dymszy i Bieleni w garderobie, gdy
    odgrywali różne osoby o orientacji kochających inaczej… Dymsza potrafił
    piętrowo utrudniać sobie zadanie i zawsze wychodził zwycięsko.
    Na przykład pokazywał, jak homoseksualista weteran, ze sztywną nogą, na
    pochodzie 22 lipca maszeruje przed trybuną honorową, gdy pada deszcz.
    Wszystko było czytelne.
    Ale byli aktorzy, którzy specjalizowali się w pewnych rolach i przez całe życie
    nie próbowali się pokusić o zagranie czegoś przeciwnego do swojego emploi.
    W czasach wczesnego PRL-u był taki aktor, który miał własnego szofera, a
    jeździł odrapaną syrenką. Specjalizował się w rolach arystokratów, ludzi
    wolnych zawodów i wytwornych kochanków. Kiedy mu przyszło do grania
    rewolucjonisty w zgłodniałym tłumie szturmującym pałac królewski, zamiast
    krzyczeć wraz z innymi: "Chleba…! Pracy!" - wołał z precyzyjną, aktorską
    dykcją: "Pieczywa! I jakiegoś zajęcia!".
    J.Gruza
  • wikul 16.03.06, 21:08
    W Kabarecie Starszych Panów Wiesław Gołas śpiewał:
    "A gdy spływa zmrok wieczorny,
    Typem staję się upiornym.
    Twarz mi blednie, włos mi rzednie,
    Psują mi się zęby przednie".
    W tej sprawie byłem ofiarą nauki. Za czasów studenckich leczyli mnie studenci.
    Najpierw "umartwiali" mi zęby, potem próbowali na nich eksperymentów swojego
    profesora. Wymyślił on taką metodę: wyjmowano chory ząb, reperowano go na boku,
    a potem wsadzano z powrotem. Miała to być rewelacja w skali światowej.
    Straciłem w ten sposób dolną piątkę i szóstkę i górną czwórkę. Był środek
    czerwca, upał. Okna pootwierane, egzamin dyplomowy, w obecności profesora
    wynalazcy, odbywał się na parterze. Tłum gapiów zgromadzony pod oknem
    komentował cała operację. Zlany krwią, trzymając zdającej egzamin studentce
    narzędzia, siedziałem na fotelu około czterech godzin, odkłaniając się
    znajomym, którzy właśnie przechodzili ulicą.
    Zęby moje, przeważnie zakończone krzywymi korzeniami, nie nadawały się do
    ekstrakcji, a co dopiero do replantacji. Zrażony do dyplomantów Akademii
    Medycznej, postanowiłem raz skorzystać z gabinetu prywatnego.
    Przechodząc ulicą Andrzeja w Łodzi, zobaczyłem nieco podniszczoną tabliczkę z
    napisem "Lekarz dentysta przyjmuje w godzinach od… do…". Spojrzałem na zegarek.
    Świetnie. Mam do zaplombowania górną trójkę.
    Idę po schodach na pierwsze piętro dostojnej łódzkiej kamienicy. Drzwi
    ozdobione mosiężną tabliczką. Dzwonię dzwonkiem, który się ręcznie kręci. Długa
    cisza, po czym słychać jakieś szuranie. Ktoś zbliża się z odległych pokoi.
    - Kto tam?
    - Ja do doktora.
    Zdumiewająco długa pauza.
    - Chwileczkę.
    Szczęk zamków. Drzwi otwiera jakaś staruszka. Korytarz ciemny, mieszczański,
    wysoki chyba na cztery metry, liczne drzwi do różnych pokoi.
    - Proszę siadać, doktor zaraz pana przyjmie.
    Siadam, czekam, rozglądam się. Ponuro. Macam językiem dziurę po wypadniętej
    plombie w górnej trójce. Słyszę jakieś szmery z jednego pokoju, jakby
    przesuwanie mebli, atmosfera robi się coraz dziwniejsza. Nagle otwierają się
    drzwi i ukazuje się ta sama staruszka, tylko w białym kitlu, promienna i jakby
    odmłodzona.
    - Proszę.
    Wchodzę do gabinetu. Widzę stary zniszczony fotel, jakiś stolik i archaiczną
    maszynę do borowania z pedałem, który obraca kołem. Obok otomana, lampa, jakieś
    robótki zasłonięte przed chwilą białym parawanem.
    Widać na oko, że ostatni pacjent był tu chyba przed wojną. Przez chwilę miałem
    nadzieję, że to może asystentka, a lekarz zjawi się za chwilę, ale nie.
    Staruszka zaprasza mnie na fotel i już w jednej ręce trzyma lusterko, a drugiej
    tak zwany szperacz, zakończony szpikulcem.
    - Słucham pana?
    Mam ochotę uciec pod byle pretekstem, ale widząc starszą panią w wykrochmalonym
    fartuchu, z taką kruchą wiarą w swoją wiedzę i praktykę, rozumiem, że nie mogę
    jej dobić. Siadam na fotelu i pokazuje dziurę w zębie.
    Zmienia okulary na mocniejsze i zaczyna "penetrować".
    Syczę z bólu.
    - Ach, widzę… - Podnosi okulary na czoło. - Mam plomby za trzydzieści,
    czterdzieści i za czterdzieści pięć złotych. Którą pan sobie życzy?
    Wybieram najdroższą i przeklinam moment, w którym wszedłem do tego mieszkania.
    Zaczyna się czyszczenie "cariesu". Staruszka dyszy z wysiłku przy nadeptywaniu
    pedału bormaszyny. Ból rozwierca mi mózg. Trzymam się kurczowo oparć fotela.
    Uciec! Nie, nie mogę jej tego zrobić. Nieużywana od lat bormaszyna warczy, na
    twarzy staruszki pojawiają się krople potu.
    Plomba wypadła po trzech dniach.
    J.Gruza
  • wikul 17.03.06, 21:23
    Jak mogły być Szczęki II, dlaczego też nie zęby? Z powodu górnej lewej szóstki
    zaczął mi puchnąć w Nowym Jorku policzek. Umówienie się u dobrego dentysty w
    Nowym Jorku nie jest sprawą prostą ani tanią. Jestem ubezpieczony przez State
    Department. To pogarsza sprawę. Zwrot za rachunek przychodzi po kilku
    miesiącach, coś o tym wiedzą w gabinetach lekarskich.
    Dzwonię do Ewy Pape, by znalazła dla mnie dentystę. Załatwia. Mam wizytę u
    lekarza w dobrej dzielnicy, gdzieś na rogu Piątej Alei i Pięćdziesiątej Siódmej
    Ulicy. Jadę taksówką z bolącym zębem, nie zwracając uwagi na licznik. Płacę i
    nie żądam reszty, otumaniony proszkami przeciwbólowymi. Mosiężna tabliczka z
    nazwiskiem lekarza, hol z portiernią, winda, recepcja. Sekretarka o urodzie
    modelki z okładki "Vogue" wprowadza do komputera moje dane.
    Przeprasza, że muszę czekać, ale pan doktor wcisnął mnie między stałych i
    umówionych już od tygodni pacjentów.
    Podobno w Stanach dentyści dbają o bardzo niski limit studentów stomatologii,
    aby hamować dopływ nowych lekarzy. Utrudniać i windować niebotyczne ceny za
    usługi. Ale to chyba oszczerstwo. Wychodzi do mnie pan doktor ze szczerym,
    sympatycznym uśmiechem, wita mnie, wtrącając parę zdań po polsku. Pochodzi z
    Białegostoku. Nazywa się też jakoś tak podobnie.
    Zaprasza do gabinetu i sumituje się, że musiałem trochę czekać. Ogląda ząb,
    lekko się krzywi i oznajmia, że trzeba będzie prześwietlić. Pytam, gdzie to
    mogę zrobić, on mówi, że tu zaraz, na miejscu. Przystojna asystentka przynosi
    rodzaj kołdry ołowianej, przykrywa mnie, podjeżdża aparatem rentgena i robi
    zdjęcie. Gdy czekam na wywołanie, doktor pyta mnie o Wałęsę. Opowiadam.
    Doktor przyznaje się, że przyjął mnie tylko ze względu na Wałęsę.
    - Walesa is good.
    Zaczynam się rozpływać w opisach pana Lecha. Doktor chłonie jak gąbka.
    Przynoszą zdjęcie. Decyzja o ekstrakcji. Doktor mówi, że potrwa to chwilę.
    Zakłada rękawiczki. Ciągnę opowieść o Wałęsie, kiedy asystentka szykuje
    narzędzia. Kątem oka patrzę w okno, gdzie robotnicy z niesłychaną precyzją i
    szybkością budują wieżowiec. Znając swoje pokrzywione korzenie, powątpiewam w
    optymizm doktora, że potrwa to chwilę. Otwieram usta. Teraz mówi lekarz na
    przemian o "Walesie" i co pamiętają rodzice z czasów, gdy mieszkali "w
    Białystok". Obserwuję windy pracujące na budowie. Nagle trach, ząb pęka w
    kawałki. Rozpoczyna się dłutowanie.
    Znika temat Wałęsy, pozostają wspomnienia z Białegostoku. Po półgodzinie nie
    ma już mowy o Białymstoku. Tylko co pewien czas wyrywa się spod maski
    krótkie: "Fuck!". Asystentka donosi coraz to nowe narzędzia w foliowych
    aseptycznych opakowaniach. Trzeba odwołać następnych pacjentów czekających
    w kolejce. Wieżowiec rośnie w górę, robotnicy przechodzą na wyższe piętro.
    Ponowne zdjęcie, co tam jeszcze zostało w szczęce. Lekarz pracuje w pocie czoła
    nad ekstrakcją zakrzywionych korzeni. W duchu przeklina i Wałęsę, i Białystok.
    Na wieżowcu robotnicy przechodzą na następne piętro. Wreszcie dentysta zszywa
    dziąsło i zalany potem i moją krwią pozwala mi wstać. Asystentka sprząta
    gabinet, który wygląda jak po amputacji nogi. Próbuję coś zagadać o Wałęsie,
    ale doktor macha ręką: Forget it.
    Siadam w poczekalni pełnej wściekłych pacjentów.
    - Pan ciągle krwawi?
    - Niestety.
    - Brał pan aspirynę?
    - Tak.
    - Shit!! Nie mogę pana tak wypuścić, mógłby mnie pan potem zaskarżyć. Proszę
    siadać i czekać.
    Za oknem już ciemno. Następna zmiana robotników wieżowca posuwa się o następne
    piętro. Kiedy wychodziłem do domu, recepcjonistka posłała mi kwaśny
    uśmiech. "Do niezobaczenia się z panem", jak w skeczu Lawińskiego mówi
    Rosenkranz do znajomego na pożegnanie. Rachunek wystawił na 600 dolarów.
    Pieniądze przyszły po roku. Wałęsa tymczasem został prezydentem. A ja
    przesłałem do Nowego Jorku zdjęcie z panem Leszkiem.
    "Walesa is good" na wszystko. Jak za zdjęcie z nim wchodzono do sejmu, to
    dlaczego ja nie miałem się dostać do gabinetu w Nowym Jorku?
    Dzisiaj ulicę Śniadeckich w Warszawie zamieniono na zagłębie stomatologiczne.
    Co drugi dom to przychodnia, lecznica, gabinet. I wszyscy dentyści zakładają
    już gumowe rękawiczki i maski. Nie wiadomo tylko, czy ze strachu przed aids,
    czy z chęci zbliżenia się do Europy.
    J.Gruza
  • ewa553 18.03.06, 15:33
    Przychodzi facet do lekarza i kazde sie wykastrowac. Lekarz probuje mu
    odradzac, ale bezskutecznie. Operacja odbywa sie. Po przebudzeniu pacjent
    widzi schylonych nad soba kilku lekarzy. Zapewniaja go, ze wszystko poszlo
    sprawnie, ale chca wiedziec dlaczego zdecydowal sie na ten zabieg.
    "No bo ja ozenilem sie z Zydowka". No to przeciez wystarczyloby aby sie pan
    obrzezal! "a co ja powiedzialem?" pyta pacjent:))))
    --
    מזל טוב
  • wikul 18.03.06, 22:01
    - Dzień dobry! Pan Witold? Bo my jesteśmy tu z sierżantem i jednym szeregowym
    z WAT-u. I możemy zaraz do pana przyjechać.
    - Ale z kim pan chce rozmawiać?
    - To nie pan Witold? Gruca?
    - Nie! Gruza. Jedna litera, a kolosalna różnica… zainteresowań.
    Rzucam słuchawkę. Witek też mi mówi, że ma pomyłkowe telefony, tylko od
    dziewcząt. Do dzisiaj wiele osób zwraca się do mnie, udając zażyłość,
    per "panie Witoldzie".
    Ciągle byłem bez mieszkania. Wreszcie zdecydowałem się na wizytę u znanego
    bonzy spółdzielni mieszkaniowych, aby wydębić coś dla siebie. Długo
    rozmawialiśmy o telewizji, o projektach audycji, wydawało się, że mnie zna,
    kojarzy, ale ciągle kazał mi przychodzić za tydzień. Zauważyłem też pewną
    rezerwę w stosunku do mnie. Jakieś skrępowanie, sztuczność. Zdesperowany
    przycisnąłem go pewnego dnia, aby mi wreszcie coś powiedział konkretnego.
    - Bo nie wyjdę panu z tego gabinetu! - zagroziłem pół żartem, pół serio.
    Jakby się przeraził. Sięgnął po słuchawkę.
    - Słuchajcie tam, prezesie. Jest tu u mnie towarzysz Gruca, ten tancerz. Tak,
    ten sam - rechocze obleśnie. - No nie, nie określiłbym tego tak dosadnie.
    Chodzicie do opery? Wiecie, my tu popieramy jego choreografie… Znaczy tańce…
    Co? Wy też? To bardzo dobrze. Trzeba mu coś załatwić do mieszkania, bo u mnie
    chce nocować! He, he, he… A jak wiecie, nie idę na to… On tam do was się
    zgłosi. Mogę go wysłać?
    Nie protestowałem, jedna litera. Co za różnica.
    Wyszedłem z gabinetu, kołysząc biodrami, a w drzwiach zalotnie mrugnąłem na
    pożegnanie.
    L - luje. Nagrywałem kiedyś w studiu do późna. Chciałem coś szybko zjeść i
    wrócić do domu. Pojechałem do SPATiF-u. Wszystkie stoliki zajęte. Dosiadam się
    do znanego mi z widzenia osobnika. Zamawiam. Do tamtego dosiada się jakiś jego
    znajomy, który z kolei traktuje mnie jak bliskiego znajomego tego, którego
    ledwo znam. Polak ze Szwecji. Proponuje wódkę.
    Odmawiam.
    Opowiada, jak kobiety rodzą w Szwecji, a my, mężczyźni w Polsce, jesteśmy
    zacofani, bo nie asystujemy przy porodzie. Pokazuje zdjęcia z porodu żony, on
    stoi obok. Zbliżenie odcinania pępowiny.
    Tymczasem dostaję cynaderki w sosie własnym.
    Postanowiłem nie pić, ale zdesperowany sięgam po kieliszek. Do stolika
    podchodzi Marek Piwowski, chce pożyczyć pieniądze, bo gdziekolwiek się
    dosiądzie, musi płacić rachunek.
    Dosiada się zwykle tam, gdzie siedzą młode kobiety. Pożyczam mu dziesięć
    dolarów, on idzie wymienić u szatniarza Franka. Płaci za dwie dziewczyny
    siedzące z jakimś podejrzanym typem.
    Zjadłem, chcę wyjść.
    Okazuje się, że Szwed nie ma czym zapłacić, a ja przecież też piłem. Proponuje,
    że jeśli zapłacę, on mi pokaże na wideo poród żony w kolorze, u niego do domu,
    i wtedy on zwróci mi pieniądze. Odmawiam.
    Idziemy do szatni, gdzie Franio wymienia każdą walutę. W tym czasie wchodzi
    jakaś para.
    - Mam cię, oszuście! - krzyczy facet z twarzą pooraną bliznami.
    Jego towarzyszka wyrywa mi z ręki pieniądze, które Szwed zdołał wymienić jako
    część zapłaty za kolację.
    - Że też panu nie wstyd, panie Jerzy, zadawać się z takim hochsztaplerem.
    Oszukał nas w Szwecji na kilkaset koron. To zwykły złodziej!… Tak z żoną zawsze
    pana ceniliśmy.
    Wychodzę szybko, nie tłumacząc, że widzę Szweda po raz pierwszy w życiu.
    W Alejach, za dwiema dziewczynami z facetem, wlecze się Piwowski, jakby chciał
    zrekompensować sobie straty "dalszym ciągiem", pod hasłem: "Co zrobimy z tak
    pięknie rozpoczętym wieczorem?".
    Przechodzę szybko na drugą stronę ulicy. Słyszę za sobą krótką charakterystykę.
    - O, jeszcze jeden luj z telewizji szuka przygody.
    Piwek idzie za nimi jak pies, jest lekko wstawiony. Mnie zatrzymuje znudzony
    milicjant.
    - Co to, nie można po pasach, tylko tak jak po łące za krowami się chodzi…?
    Dowód!
    - Nie mam - odpowiadam wściekły.
    - Jak to, obywatelu?
    - A tak to. Nie mam, bo nie ma takiego przepisu, żeby mieć.
    Od słowa do słowa i idziemy na Wilczą. Komenda Śródmieście. Nic już nie mówię,
    zaciąłem się. Miał być spokojny, cichy wieczór.
    Ja idę akurat w swoją stronę, na Lwowską. A on, pod pozorem tej błahej sprawy,
    chce usiąść w ciepłej komendzie, bo mróz jest siarczysty.
    W komisariacie mój milicjant siada za stołem i zaczyna pisać. Pogardliwie daję
    mu do zrozumienia, że mam go w dupie. Każe mi wyłożyć na stół wszystko, co mam
    przy sobie. To jest zawsze bardzo krępujące.
    Z drugiego pokoju wychodzi potężnie zbudowany sierżant i grzecznie sumituje się
    przed kolegą:
    - Stasiu, bardzo cię przepraszam, pożycz mi pałki, bo swoją zostawiłem w
    radiowozie.
    - Bardzo cię proszę, Kaziu, weź!
    Sierżant wychodzi, po chwili słychać głosy zza ściany.
    Łup! Łup!
    - O Jezu, panie sierżancie, dosyć! Powiem wszystko!
    Mój milicjant siedzi, a ja stoję i opróżniam kieszenie.
    Wchodzi sierżant.
    - Bardzo ci dziękuję, Stasiu.
    Kładzie pałkę na stole.
    - Bardzo proszę, Kaziu.
    Coraz szybciej wykładam wszystkie drobiazgi na stół, papierki z notatkami,
    stare guziki, prezerwatywę na wszelki wypadek… klucze.
    Milicjant obserwuje mnie spode łba.
    Wraca sierżant.
    - Bardzo cię przepraszam, Stasiu, ale jeszcze raz muszę cię prosić.
    - Ależ bardzo cię proszę, Kaziu.
    I znowu zza cienkiej ściany.
    Łup! Łup!
    - O Jezu, powiem, powiem… Był ze mną "Czarny" i on ją bił. A ja wyrwałem jej
    torebkę, ale…
    - Dziękuję ci, Stasiu.
    - Bardzo cię proszę, Kaziu…
    Wyjąłem dowód i położyłem obok pałki.
    - No i co, znalazł się dowód, panie telewizorze?
    - Nie wiedziałem, że mam.
    - Wiedziałem, wiedziałem… A teraz… - znacząco zaczyna zginać gumową pałkę -
    spierdalaj, luju!
    W okamgnieniu zebrałem leżące na stole rzeczy i "spierdoliłem" bez godności
    komunikatora medialnego. Miałem tylko wejść na chwilę do Klubu i coś zjeść, a
    zostałem lujem.
    J.Gruza
  • gabidd 18.03.06, 23:24
    to juz było wikulku kochany
  • wikul 19.03.06, 02:00
    gabidd napisała:

    > to juz było wikulku kochany



    Tak ? To skleroza ze mnie. Kończą sie już niestety opowiesci Gruzy.
    Pzdr.
  • wikul 19.03.06, 02:03
    Dalszy ciąg parady natrętów. Piszemy Czterdziestolatka w hotelu PAN-u w
    Jabłonnie. W niedzielę ma przyjechać Ewa Pape ze swoim nowym narzeczonym,
    amerykańskim senatorem X. Mam wobec niej pewne zobowiązania. Zatrzymałem się u
    niej, gdy mieszkała ze swoim pierwszym mężem w Nowym Jorku na Park Avenue. Pod
    bardzo dobrym numerem. Bywałem z nimi w najlepszych dyskotekach, knajpach,
    klubach. Załatwiła mi wizytę u dentysty w Nowym Jorku, co nie jest łatwe ani
    tanie. Teraz się rewanżuję. Zamawiam wystawną kolację w pałacu.
    Na senatorze musi to zrobić duże wrażenie. Wybieram pieczołowicie miejsce w
    piwnicy, w której kiedyś, przed bitwą pod Olszynką Grochowską, biesiadował
    książę Józef Poniatowski ze swoimi oficerami i ich kobitkami.
    Ale już przy wejściu, w barze, zauważam pewnego osobnika, który z twarzą
    schowaną w dłoniach siedzi nad filiżanką czarnej kawy i setką koniaku.
    Rzucam ostatnie spojrzenie na przygotowany przez kierownika sali stół - wygląda
    imponująco. Nakrycie na cztery osoby: Ewa, moja żona, senator i ja.
    Wychodzę i w tej samej chwili, zaczepia mnie on - siedzący ponuro osobnik.
    - Panie reżyserze, pozwoli pan, że się przedstawię.
    Wymienia jakieś nazwisko i podaje mi spoconą "piątkę".
    - Chciałbym się z panem napić francuskiego koniaku.
    - Bardzo przepraszam, ale czekam na przyjaciół, tak że…
    Do barmanki:
    - Towarzyszko Jadziu, nalejcie reżyserowi. Niech pan chlapnie. Pan się dziwi,
    że tu siedzę taki smutny od godziny.
    - Nie, dopiero teraz pana zauważyłem.
    - Proszę pana, moja tragedia polega na tym, że zostałem tu przywieziony w
    teczce.
    - Nie rozumiem.
    - Przywieziono mnie z Warszawy w teczce, jako pierwszego sekretarza w
    Legionowie. Przed godziną skończyło się zebranie, na którym mnie jednogłośnie
    wybrano.
    - Gratuluję.
    - Tak, ale jeszcze przed miesiącem byłem wicekonsulem we Francji. To prawda, że
    tutaj urodziłem się i wychowałem. Ale żeby mnie tak z Paryża do Legionowa,
    panie, to woła o pomstę do nieba…! Jadziu, jeszcze po jednym.
    - Najmocniej przepraszam, ale czekam na bardzo ważnych gości…
    - Jedno sobie przysiągłem, proszę pana. Jak ten samolot już uniósł się w
    powietrze i tak siedziałem z żoną przy oknie, jak zobaczyłem z góry ten Paryż
    pode mną, to przysiągłem sobie wtedy: "Paryżu, ja do ciebie wrócę!".
    Czknął potężnie.
    - Pardon.
    Szybkim, ale chwiejnym krokiem udał się w kierunku toalety.
    Ewa z senatorem zajechali wynajętym mercedesem.
    Złota jesień, spacer po pięknym parku, wspaniały pałac - to robi wrażenie. Ewa
    całkowicie panowała nad senatorem. Pozwoliła mu sfinansować pod Chicago rzeźbę
    zrobioną w terenie, czyli usypane góry i doły wykopane w różne wzory przez jej
    znajomego artystę. Dzieło to podziwiać można tylko z prywatnego samolotu
    senatora. Kosztowało majątek.
    Idziemy na kolację.
    Kelnerzy czekają, usłużnie podsuwają nam krzesła. Senator zachwycony. Piwnica
    księcia Poniatowskiego, malunki, historia, którą opowiadam, to wszystko robi
    wrażenie. Whisky, wódka, wino… Jesteśmy przy przekąskach, gdy nagle były
    wicekonsul z Paryża, a obecnie pierwszy sekretarz Legionowa, przysuwa sobie
    krzesło i siada na piątego. Nalewa sobie z naszej butelki wódkę do kieliszka
    mojej żony, która nie pije alkoholu, i mówi:
    "A vôtre santé!".
    Sytuacja staje się niezręczna.
    Próbuję się jakoś znaleźć, przedstawiam byłego konsula. Senator, amerykański
    demokrata, chociaż republikanin, wyciąga rękę, wita się z wicekonsulem. Ten
    kontynuuje opowieść o swojej tragedii w Legionowie, przegryzając kiszonym
    ogórkiem. Senator prosi, żebym tłumaczył. Z wściekłości zapominam nie tylko
    angielskiego, ale i polskiego.
    - He came here in a suitcase… Sorry! Jak jest teczka po angielsku? Executive
    case… Packed in executive case…
    - O, really…? Very interesting. - Senator, przyzwyczajony nie dziwić się
    niczemu u komunistów, uśmiecha się uprzejmie.
    Rozpoczyna się surrealistyczna rozmowa, gdzie zdania kompletnie oderwane
    mieszają się z innymi na inny temat. Pierwszy sekretarz pije jak smok, zjada
    nam jakieś sałatki, coraz bardziej bełkocze. Nienaganny senator rozumie tylko
    jedno słowo: Paryż.
    - O, Paris…! Nice city, for sure.
    Przywołuję kierownika sali, rzucam błagalne spojrzenia i pokazuję na natręta.
    - A co ja mam zrobić? To pierwszy sekretarz… - szepcze mi do ucha i rozkłada
    bezradnie ręce, mimo że jest w randze kapitana z Rakowieckiej.
    Kolacja zamienia się w koszmar. Senator myśli, że to mój znajomy i tak
    wyglądają wszyscy Polacy po wódce. Ewa też właściwie nie wie, co jest grane.
    Nadrabia miną, były wicekonsul idzie w Dostojewskiego, płacze… "Paryżu, ja do
    ciebie wrócę!".
    - Z jakiego powodu on płacze? - pyta senator.
    Nieudolnie tłumaczę.
    - I swear my beloved Paris, I`ll come back to you, for sure.
    - Of course! He must go back. Paris is a nice city! - przytakuje senator.
    W tym momencie zjawia się jakaś kobieta, dosyć potężnej postury, podchodzi do
    naszego stolika, bez słowa łapie wicekonsula za włosy i ciągnie go w kierunku
    wyjścia. Wicekonsul odjeżdża dupą po śliskiej marmurowej posadzce,
    zaprojektowanej przez księcia Poniatowskiego, i znika w perspektywie korytarza.
    Senator zostaje z kieliszkiem uniesionym do góry i ze zdziwieniem w oku…
    - Couleur local - mówi, nie od rzeczy po francusku, senator.
    Kierownik sali nachyla mi się do ucha:
    - Zadzwoniłem po żonę, tylko ona mogła go wyprowadzić.
    Po tej wizycie amerykańskiego senatora i Ewy też sobie przyrzekłem: "Paryżu, ja
    do ciebie wrócę".
    Ale zostałem w Warszawie.
    J.Gruza
  • del.wa.57 19.03.06, 15:51
    Maż wraca od lekarza i mówi, że zostało mu tylko 24 godziny życia. Wskakuje
    więc do łóżka i kocha się wiec z żoną bardzo namiętnie. Po kilku godzinkach mąż
    przytula się do żonki i mówi: - Może jeszcze raz kochanie? Pozostało mi tylko
    16 godzin życia. Żonka cos tam odburknęła i z seksu nic nie wyszło. Kilka
    godzin później ta sama sytuacja, jednak żona nie daje za wygraną, tłumacząc
    mężowi, że niedawno się kochali. Po następnych kilku godzinach on znów usiłuje
    ją przytulić i prosi: - Może tym razem, kochanie? Pozostało mi tylko 4 godziny
    życia. Żona zirytowana tym jego marudzeniem, odwraca się i mówi: - Ale ja muszę
    rano wstać do pracy, a ty nie.
  • del.wa.57 19.03.06, 16:23
    Mężczyzna i pies mają wiele cech wspólnych...
    Wyszperane w Sieci

    I jednemu i drugiemu zawsze za mało miejsca w łóżku.
    I jeden i drugi skoczyłby w ogień za przyjacielem, ale nie pożyczy mu pieniedzy.
    I jeden i drugi chetnie żuje patyczki.
    I jeden i drugi zazncza swój rewir.
    Ani jeden, ani drugi nie umie wyjaśnić, o co mu naprawdę chodzi.
    I jeden i drugi są mniej podatni na nerwice, jeśli moga wyjść z domu
    I jednego, i drugiego facynuje zapach kobiety.
    Ani jeden, ani drugi nie umie dobrze pozmywac ani pozamiatać.
    Obydwaj nie wstydzą się, gdy puszczą bąka.
    I jeden i drugi nie zauwaza, ze właśnie byłaś u fryzjera.
    Obydwaj uwielbiają wszelkie gry.
    Obydwaj nie lubią listonosza ani twojej mamy.
    Obydwaj nie mają za gros zrozumienia dla rozmów telefonicznych.
    Obydwaj nie rozumieją, co ty takiego widzisz w tych kotach
  • wikul 19.03.06, 17:21
    Zamknięcie wystawy Szare w kolorze. Pamiątki, zdjęcia, rekwizyty z lat
    sześćdziesiątych. Zebrało się pół Warszawy. Przeważnie starsi panowie z młodymi
    żonami i starsze panie, jako wdowy. W kącie siedzi aktorka Zosia Czerwińska w
    białym kostiumiku i trzyma kurczowo zdjęcia ze ślubu Zbyszka Cybulskiego z
    panną Chwalibóg. Pokazuje wszystkim.
    - O, tu stoję, zaraz za Zbyszkiem, jeszcze jestem z nosem.
    - Dlaczego z nosem?
    - Bo wtedy go miałam.
    - Teraz też masz.
    - Ale nowy, po dwóch operacjach.
    - Pokaż.
    Zosia pokazuje nos.
    - Zdjęcie pokaż, nos widzę.
    - Ale nikomu nie dawaj, bo mi ukradną, a to moja jedyna pamiątka z dawnym
    nosem.
    Wśród zwiedzających obowiązuje kryterium "rozpoznania". Jeżeli się poznają,
    jest nieźle. Gorzej, gdy wymieniamy uśmiechy, uściski rąk, nie mając pojęcia, z
    kim i dlaczego.
    Znany fotografik Vogiel przepytuje przechodzących, aby zgadli, jak ma na imię.
    Mało kto pamięta.
    Przedstawiam mu dla żartu Lucjana Kydryńskiego, poznał go, ale z kolei ten
    długo rozmawiał, nie wiedząc, kim jest ten wysoki były blondyn.
    Rzuca mi się na szyję jakiś starszy pan.
    - Poznajesz?
    - Oczywiście.
    - Kłamiesz! No, to jak mam na imię?
    - No…
    - A widzisz!
    - Co robisz? - chcę go zidentyfikować.
    - To co zawsze… - nie daje się.
    - Aha.
    - Mieszkam w Kanadzie. Teraz już wiesz?
    - Wiem, że nic wiem.
    - Tereszczenko!
    - O, kurwa! Napijmy się.
    Wszystkie obrazy z tamtej epoki wiszące na ścianach są z napisem: "Sprzedane".
    Nie wiadomo, czy moda na tamte lata, czy cena niska.
    Stoimy z redaktorem Ungierem i wspominamy Klub Dziennikarza na Foksal. Lubiłem
    tam chodzić. Kelner zwracał się do gości per "panie redaktorze". Imponował mi
    ten tytuł, wolałem go od: panie reżyserze, panie dyrektorze, kierowniku, panie
    młody, a ostatnio - panie starszy.
    Co prawda, była taka anegdota o jednym z kelnerów w tym klubie, że jak podawał
    talerz z zupą, zawsze moczył brudny paznokieć w środku. Jeden z ważnych
    redaktorów wezwał kierownika sali i zwrócił mu uwagę na ten niezbyt higieniczny
    sposób podawania potraw.
    - Ja mogę im powiedzieć, panie redaktorze… Ale to się nie przyjmie.
    Na wystawie z zainscenizowanego baru mlecznego dochodzą charakterystyczne
    zapachy. Obok już eleganckie bary Zachęty. Zosia Czerwińska opowiada, że była
    tu kilka dni temu i chciała napić się herbaty.
    W jednym z nich powiedziano jej, że mają ostatni czajnik gorącej wody, ale
    potrzebna jest do umycia blatu. Poszła do drugiego. Tam bufetowa oznajmiła jej,
    że owszem, jest herbata, ale bardzo gorąca i z pewnością Zosia będzie ją długo
    piła, a ona musi dzisiaj wcześniej wyjść.
    To nie był bar mleczny.
    "Koń", pseudonim znanego bywalca warszawskiego, żali się nam, że podszedł do
    grupy swych kolegów z dawnych Hybryd, rzucając im kordialnie:
    - Cześć, mastodonty!
    Nikt nie zareagował. Zapomnieli, że tak się nazywali w tamtych czasach. Dobrze,
    że go poznali.
    Jest też Henio Meloman, który bywał na wszystkich koncertach jazzowych
    Melomanów i co noc tańczył popisowo rock and rolla… Żegna się ze mną i
    odchodzi, kulejąc.
    W sali na dole z koncertu Namysłowskiego ucieka Holoubek po pierwszym utworze,
    udając, że zasłabł. Gdzie te czasy, kiedy śmietanka aktorstwa polskiego, z
    Aleksandrą Śląską na czele i z głuchnącym już Januszem Warmińskim, potrafiła
    siedzieć do rana na koncertach jazzowych. Ale wtedy to był cały sznyt i tak
    zwany protest song. Byłem przy tym, jak Witek Sobociński zrugał Tyrmanda, że
    nie ma zielonego pojęcia o jazzie. Ale przecież wtedy nie chodziło tylko o
    jazz, to była manifestacja "przeciw".
    Tymczasem podają whisky, a potem świetne jedzenie. Rzucamy się na papierowe
    talerzyki. Prosimy o zajęcie stolika jakiegoś młodego człowieka. Kiedy wstaje,
    ustępując nam miejsca, Konicowa mówi:
    - Niech pan chociaż weźmie ze sobą brudny talerz.
    - Nie, nie… Ja odchodzę tylko na chwilę. Jeszcze wrócę.
    Wtedy Zuzia Łapicka nawiązuje do romantycznego spotkania Maćka Karpińskiego z
    młodą dziewczyną w pewnej kawiarni. Kiedy wyszedł z toalety i był już przy
    stoliku z dziewczyną swoich marzeń, babka klozetowa siedząca obok dwóch zer
    obudziła się i na całą salę zawołała:
    - Chwileczkę, chwileczkę… A nie nabrudził pan tam?
    - Dlaczego miałem nabrudzić? - zapytał spłoniony jak panna wzięty scenarzysta
    filmowy i krytyk.
    - Siedział tak długo, to i może nabrudził po sobie…? Niech płaci za to! Bo nie
    będę sprzątać po brudasach.
    Konicowa śmieje się i po chwili zaczyna wklepywać sobie zmarszczki.
    - Wczoraj też, po spotkaniu z wami, cały słoik kremu ściągającego zużyłam, aby
    zmarszczki zlikwidować…
    - Ale ci się nie udało - złośliwie komentuje Zosia Czerwińska, która już miała
    wyjść godzinę temu, ale zwabiona bufetem została.
    Ogłaszają, że będzie śpiewać Hanna Rek. Nie możemy jej poznać.
    Anna Seniuk fotografuje się na tle kandelabru.
    - Lenina mam opanowanego - mówi Dżin, znany angielski producent, który cały
    swój majątek stracił kiedyś na filmie reżyserowanym przez Skolimowskiego. A
    odzyskał go podobno, gdy zakupił akcje kilku hoteli w Atlantic City, zanim
    wiadomo było, że dostaną zgodę na "gambling", czyli tak zwane Las Vegas.
    - We Lwowie, w młodości - wspomina Dżin - musieliśmy rysować czterech wieszczów
    komunizmu na szturmówkach. Włosy są najtrudniejsze do rysowania. Z łysym
    Leninem szło nam jak z płatka. Raz koło - pokazuje ręką - i czaszka gotowa, ale
    Marksa, Engelsa z tymi kędziorami… tragedia.
    W holu siedzi z opuszczoną głową Edzio Krasiński. Zasłabł. Zawsze go cechowała
    elegancja i dobre maniery… nawet w zasłabnięciu. Ktoś pobiegł po taksówkę.
    Żegna się z nami. Wszystkich pamięta po imieniu. Biorą go pod pachy i
    wyprowadzają… tak jak dawniej z Kameralnej.
    Jutro rozbierają wystawę. Będą zrywać zdjęcia, wyniosą te wszystkie termosy,
    pralki Franie… rekwizyty świata minionego. To już koniec filmu.
    J.Gruza
  • wikul 19.03.06, 17:26
    No i skończyło się źródełko anegdot J.Gruzy. To był ostatni odcinek.
    Ponieważ nie wszystkie odcinki zamieściłem na tym forum, tym wszystkim
    którzy smodzielnie chcieliby poczytać te wspomnienia, podaję adres :

    www.tvp.pl/alfabet/spis.htm
  • ewa553 19.03.06, 17:49
    Do konca trzymales link w tajemnicy:)))))
    Ale Bogiem a prawda: dobrze zrobiles, czekalam zawsze w napieciu na nastepny
    odcinek. Dzieki Ci!!
    --
    מזל טוב
  • wikul 19.03.06, 18:41
    ewa553 napisała:

    > Do konca trzymales link w tajemnicy:)))))
    > Ale Bogiem a prawda: dobrze zrobiles, czekalam zawsze w napieciu na nastepny
    > odcinek. Dzieki Ci!!



    I o to chodzi Ewuniu by przyjemności dawkować równomiernie.
    Pzdr.
  • ewa553 19.03.06, 18:59
    wikule, pozwalam sobie przypomniec, ze watek znow osiagnal setke wpisow, wiec
    prosze zalozyc czesc 3!!!!
    --
    מזל טוב
  • wikul 19.03.06, 20:09
    ewa553 napisała:

    > wikule, pozwalam sobie przypomniec, ze watek znow osiagnal setke wpisow, wiec
    > prosze zalozyc czesc 3!!!!


    Ten pierwszy mial ponad 200 !
  • jowitta17 20.03.06, 22:16
    wikulku drogi !ale chyba nas nie opuścisz? ja też niecierpliwie
    czekalam zawsze na cdn.......
    pozdrawiam
  • wikul 20.03.06, 23:22
    jowitta17 napisała:

    > wikulku drogi !ale chyba nas nie opuścisz? ja też niecierpliwie
    > czekalam zawsze na cdn.......
    > pozdrawiam


    Coś tam zawsze znajdę. Własnie przyszła w poczcie SUBskrybcja Dobrego Humoru.
  • wikul 22.03.06, 23:08
    Mąż pyta żonę:
    -Czemu nigdy mi nie mówisz, kiedy przeżywasz orgazm?
    -Bo nigdy cię wtedy nie ma w domu!
  • grenka1 22.03.06, 23:21
    80-latek chce się kochać z żoną.
    - Ale tylko z prezerwatywą - zaznacza żona.
    - Przecież w twoim wieku nie grozi Ci ciąża - przekonuje mąż.
    - Ale salmonella od starych jaj tak!




    --
    Marzenia miej takie, jakbyś miała żyć wiecznie.
    Żyj tak, jakbyś miała umrzeć jeszcze dziś.
    (James Dean)
  • gabidd 19.03.06, 19:21
    wikulku załóż nowy wątek ale po co podawałęś linka trzeba było jeszcze cos
    wyszperać
  • wikul 19.03.06, 20:10
    gabidd napisała:

    > wikulku załóż nowy wątek ale po co podawałęś linka trzeba było jeszcze cos
    > wyszperać


    Z tego linka niewiele juz sie dało wydusic. Muszę poszukać coś nowego.
    Pzdr.
  • gabidd 19.03.06, 22:49
    szukaj Kochany szukaj, a jak się zrobi ciepełko to na piwko pójdziemy ja stawiam
  • wikul 19.03.06, 23:27
    gabidd napisała:

    > szukaj Kochany szukaj, a jak się zrobi ciepełko to na piwko pójdziemy ja
    stawia
    > m


    A jak ulegnę ?
  • gabidd 20.03.06, 08:42
    mam taką nadzieję
  • wikul 20.03.06, 23:28
    Dwa aktualne dowcipy (takie sobie):


    Niedźwiedź: - Jak zaryczę w lesie, to wszystkie zwierzęta drżą ze strachu.
    Lew: - Jak ja zaryczę na stepie, to wszystkie zwierzęta uciekają.
    Kurczak: - A jak ja kichnę, to cały świat robi w gacie!


    - Panie te kurczaki świeże?
    - Jasna sprawa, wczoraj jeszcze kichały wesoło!


    I jeden (dłuższy) na deser :

    Policjant zatrzymuje faceta jadącego mercedesem, ponieważ nie zatrzymał się na
    znaku Stop.
    - Poproszę prawo jazdy.
    - Ale panie władzo, czy mógłby pan powiedzieć co ja takiego zrobiłem?
    - Nie zatrzymał się pan na znaku Stop.
    - Ale panie władzo, po co miałem się zatrzymywać? Nie widziałem żadnego
    samochodu w odległości kilometra.
    - Nic nie szkodzi, przepisy trzeba przestrzegać.
    - No, ale panie władzo, gdy dojeżdżałem do znaku to zwolniłem gdzieś do 20
    kilometrów na godzinę i gdy nie zobaczyłem żadnego samochodu, pojechałem dalej.
    - Zwolnił pan, ale się pan nie zatrzymał - mówił poirytowany glina.
    - Czy nie ma pan co innego do roboty, tylko wlepianie mandatów za nic? Lepiej
    idź pan sobie pączka zjeść!
    - Udam, że nie słyszałem ostatniego komentarza. A teraz prawo jazdy poproszę.
    - No dobra, ale niech pan mi najpierw wytłumaczy, jaka jest różnica pomiędzy
    zwolnieniem a zatrzymaniem. Ja nadal nie rozumiem czemu nie wystarczy zwolnić.
    - Chętnie panu wytłumaczę - glina otwiera drzwi od merca, wyciąga kierowcę i
    zaczyna go lać pałą po łbie. Po pięciu minutach pyta:
    - Czy chce pan żebym zwolnił, czy żebym się zatrzymał?
  • framberg 22.03.06, 01:45
    Zdaje się wsponałeś coś wcześniej o pobycie na polowaniu?
    No to dla Ciebie kawał myśliwski:

    rozmawiają dwaj myśliwi:
    - albo kaczki lecą za wysoko albo my tego jamnika za nisko rzucamy -
  • del.wa.57 22.03.06, 15:52
    Para wybrała się na zimowe ferie do małego, romantycznego domku gdzieś w
    górach. On od razu poszedł do drewutni po drwa do kominka. Po powrocie krzyczy:
    - Kochanie, jak strasznie zmarzły mi ręce!
    - Włóż je między moje uda i ogrzej - odpowiada ona czule.
    Jak powiedziała, tak zrobił i to go rozgrzało. Zjedli obiad i on poszedł
    narąbać jeszcze trochę drewna. Po powrocie woła:
    - Kochanie, ależ mi zimno w ręce!
    - Włóż je między moje uda i ogrzej - odpowiada ponownie dziewczyna.
    Nie trzeba mu było dwa razy powtarzać. Po kolacji chłopak udał się po zapas
    drewna na całą noc. Ledwo wrócił, od razu woła:
    - Jejku, jejku, kochanie, jak mi zimno w ręce!
    - Ręce, ręce! - nie wytrzymuje dziewczyna. - A uszy to ci nie marzną?

  • del.wa.57 22.03.06, 15:54
    I co, biorą, panie Nowak? - pyta Franek.
    - Biorą, biorą. Wczoraj teczkę mi zabrali, a dzisiaj już rower...
  • del.wa.57 22.03.06, 16:00

    Wychodzi baca przed chałupę, przeciąga się i wola:
    - Jaki piękny dzionek!
    A echo z przyzwyczajenia:
    - ... Mać, mać, mać...!

  • grenka1 22.03.06, 16:31
    Myśliwy mówi do kolegi:
    - Podobno sprzedałeś swego psa myśliwskiego, którego tak bardzo lubiłeś?
    - Tak. Ostatnio był nie do wytrzymania. Ilekroć opowiadałem historie z moich
    polowań, kręcił przecząco łbem.




    --
    Marzenia miej takie, jakbyś miała żyć wiecznie.
    Żyj tak, jakbyś miała umrzeć jeszcze dziś.
    (James Dean)
  • ewa553 22.03.06, 21:06
    Jaki jest pierwszy objaw ptasiej grypy? Gesia skorka:))))

    a teraz nie dowcip, lecz smutna prawda: kolo mojego domu (mieszkam w poblizu
    Renu) zauwazylam dzis szyldy: Sperrbezirk! Ptasia grypa. Kotow nie wolno
    wypuszczac na dwor, psy tylko na linie. Moje koty balkonowe, ale coraz wpadaja
    jakies ptasie przyglupy przez siatke i draznia koty. Musze teraz uwazac.
    --
    מזל טוב
  • wikul 22.03.06, 23:28
    Lekarz pyta się rozebranego pacjenta : - Takie krzywe nogi to ma pan od
    małego?
    - Nie panie doktorze. Od kolan.
  • grenka1 23.03.06, 08:22
    Lekarz otworzył właśnie nowy gabinet i czeka na swojego pierwszego pacjenta.
    Nagle słychać stukanie do drzwi, po chwili wchodzi jakiś facet. Pielęgniarka
    długo tłumaczy mu ze trzeba cierpliwie poczekać, bo pan doktor ma mnóstwo
    pacjentów. W końcu lekarz każe wprowadzić faceta, ale by zrobić na nim
    wrażenie, podnosi słuchawkę telefonu i zaczyna fantazjować: Naprawdę nie mogę
    pana przyjąć, jestem strasznie zapracowany. No...może za miesiąc...Dobrze,
    proszę jeszcze zadzwonić. Odkłada słuchawkę i udaje ze dopiero w tej chwili
    zauważył faceta, pyta:
    - Co pana tu sprowadza?
    - Jestem z telekomunikacji. Przyszedłem podłączyć telefon.


    --
    Marzenia miej takie, jakbyś miała żyć wiecznie.
    Żyj tak, jakbyś miała umrzeć jeszcze dziś.
    (James Dean)
  • wikul 24.03.06, 21:38
    Pablo_Key (nadesł. DJWW) | Pon 05-09-2005 05:00:00 | 23140x czytane

    Cytaty z formularzy, jakie wypełniały Angielki zwracając się o zasiłek na
    dziecko:

    - Odnośnie tożsamości moich bliźniaków: ojcem pierwszego z nich jest Jim
    Munson, nie jestem pewna co do drugiego dziecka, ale podejrzewam, że zostało
    spłodzone tej samej nocy.

    - Nie jestem pewna co do tożsamości ojca, ponieważ kiedy na imprezie
    wymiotowałam przez okno, ktoś mnie wziął od tyłu. Mogę dostarczyć liste
    mężczyzn obecnych na przyjęciu.

    - Nie znam imienia ojca mojej małej córeczki. Została poczęta na przyjęciu przy
    3600 Grand Avenue, gdzie odbyłam stosunek seksualny bez zabezpieczeń. Pamiętam,
    że było tak cudownie, że odpłynęłam. Jeżeli go znajdziecie, przyślijcie mi jego
    numer telefonu. Dzięki..

    - Nigdy nie uprawiałam seksu z mężczyzną. Własnie oczekuje na list od papieża,
    że poczęcie mojego syna jest niepokalane i że jest on kolejnym wcieleniem
    Chrystusa.

    - Nie znam tożsamości ojca mojej córeczki. Jeździ BMW, które teraz ma dziurę w
    obiciu drzwi po moim obcasie. Mozecie sprawdzić w okolicznych serwisach BMW,
    czy ktoś tam ostatnio nie naprawiał takiej usterki.

    - Nie mogę podać tożsamości ojca mojego dziecka, ponieważ - jak mnie
    poinformował - miałoby to katastrofalny wpływ na brytyjską gospodarkę.

    - Nie jestem pewna tożsamości ojca mojego dziecka, bo dla mnie wszyscy
    żołnierze wyglądają tak samo.

    - Ojcem dziecka jest Peter Smith. Jeżeli dacie radę się z nim skontaktować,
    zapytajcie, co zrobił z moimi płytami AC/DC.

    - Sądząc po dacie narodzin, dziecko zostało poczęte w Disneylandzie. Może to
    naprawdę królestwo czarów??

    I najlepsze na koniec:

    - Nie jestem pewna co do tożsamości ojca mojego dziecka. W końcu, jeżeli się
    zje całą puszkę fasoli, nie wie się, która z nich wywołała pierdnięcie
  • gabidd 24.03.06, 22:32
    wikulek kochany to ostatnio to już spłodziłeś ale wszystko fajne
  • wikul 05.04.06, 21:32
    Od prawieków w całym świecie,
    Kogo kolka w boku gniecie,
    Każdy sobie pierdzi chętnie,
    Cicho, smutno lub namiętnie.

    Stary, młody, mały, duży
    Wszystkim dym się z dupy kurzy,
    Każdy chętnie portki pruje,
    Bliźnim pod nos popierduje.

    Pierdzą panny, dobrodzieje,
    Księża, szlachta i złodzieje,
    Nawet papież chociaż miernie,
    Też kadzidłem sobie piernie.

    Pierdzą ludzie na siedząco,
    Na stojąco i chodząco,
    Pierdzą nawet przy kochaniu,
    By dać taktu jak przy graniu.

    Krasawice w wieku kwiecie,
    Pierdzą cicho jak na flecie,
    A poważne w wieku damy
    Wypierdują całe gamy.

    I w teatrze i w kościele,
    W dnie powszednie i niedziele,
    I filozof i matołek,
    Każdy pierdzi ciągle w stołek.

    Jeden przebrał w jadle miarkę
    I ma w dupie oliwiarkę.
    Gdy chciał pierdnąć na odmianę,
    Obsrał okna, drzwi i ścianę.

    Ten zaś smrodzi jak niecnota,
    Jakby zjadł zdechłego kota.
    A kiedy się czosnku naje,
    To aż wiatrak w oknie staje.

    A ten trzeci jest w chumorze,
    Kiedy pierdnąć sobie może,
    Więc natęża siłę całą
    By popierdzieć chwilę małą.

    Tam jąkała w kącie stoi
    Dupę ściska bo się boi
    Chciałby sobie puścić bąka
    Lecz w pierdzeniu też się jąka.

    Jendym słowem w całym świecie,
    Kogo bzdzina w dupie gniecie,
    Wszyscy niech se pierdzą chętnie,
    Cicho, smutno lub namiętnie.

    Aleksander Fredro
  • wikul 09.04.06, 22:25
    Gdy się człowiek robi starszy,
    Wszystko w nim po trochu parszy-
    wieje;

    Ceni sobie spokój miły
    I czeka, aż całkiem wyły-
    sieje.

    Wówczas przychodzą nań żale,
    Szczęścia swego liczy zale-
    głości.

    I mimo tak smutne znamię,
    Straszne go chwytają namię-
    tności...

    Z desperacją patrzy czarną
    Na swe lata młode zmarno-
    wane,

    W wspomnień aureolę boską
    Pręży myśli swoje rozko-
    chane...

    Z żalem rozważa w swej nędzy
    Każde "nicniebyłomiędzy-
    nami",

    Każdy nie dopity puchar,
    Każdy flirt młodzieńczy z kuchar-
    kami...

    Wspomni z jakąś wielką gidią
    Swe gruchania, ach jak idio-
    tyczne,

    I czuje w grzbiecie, wzdłuż szelek,
    Jakieś dziwne prądy elek-
    tryczne...

    Jakąś gęś, z którą do rana
    Szukali na mapie Ana-
    tolii,

    Jakiś powrót łódką z Bielan,
    Jakiś wieczór pełen melan-
    cholii...

    Gdybyż, ach, snów wskrzesła mara,
    Dziergana w rozkoszy ara-
    beski.

    Gdybyż bodaj raz, ach gdyby
    Sycić swą CHUĆ jak sam Przyby-
    szewski!...

    ...I wdecha zwiędłe zapachy
    Nad swych marzeń trumną nachy-
    lony,

    I w letnią noc, w smutku szale
    Łzami skrapia własne kale-
    sony...

    Tadeusz Boy Żelenski
  • wikul 25.04.06, 23:35
    Noc. W kuchni ze skrzypieniem otwierają się drzwi od lodówki. Wychodzi z niej
    spasiona mysz. W jednej łapie trzyma wielki kawał żółtego sera, a drugą ciągnie
    za sobą wielkie pęto kiełbasy. Kieruje się do pokoju, skąd rozlega się potężne
    chrapanie gospodarzy. Taszczy ten cały majdan z żarciem przez środek pokoju w
    stronę szafy, pod którą ma wejście do swojej norki. Już prawie przy wejściu do
    swej norki, dostrzega pułapkę na myszy, a na niej malutki kawałeczek słoninki.
    Mysz kręci z dezaprobatą głową i mruczy:
    - Jak dzieci, kurna, jak dzieci!
  • jowitta17 26.04.06, 12:14
    oj święto prowda

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka