Dodaj do ulubionych

(3) Moje Indie - historia

16.03.07, 14:02
C.d.

Pojechaliśmy dalej Lodi Rd do grobowca Safdarjanga (XVIII w.). Grobowiec ten
jest jednym z ostatnich przykładów budownictwa mogolskiego. Niedługo potem
nastąpił upadek państwa wielkich Mogołów. Przy wejściu podbiegła do mnie
czwórka dzieci. Jasne, niewinne spojrzenia. Znalazłam już nieco rozpuszczony
batonik czekoladowy, który dała mi Nadia w samolocie. Dzieci były
zachwycone.

Kierowca z autorikszy, w między czasie „uciął sobie pogawędkę” z kolegą ale
kiedy mnie zobaczył zostawił go, podszedł z uśmiechem. Jadąc Safdarjang Rd
zatrzymaliśmy się przy Indira Gandhi Memorial. Taki napis jest widoczny od
strony ulicy ale ani słowa nie było o muzeum. Policjant pomógł mi wskazując
wejście. Interesujące miejsce, bogate w rozmaite pamiątki po I. Gandhi, w
tym: zdjęcia z rodziną, gabinet pełen książek, pokój, w którym przyjmowała
gości, polityków z całego świata, jadalnia. W szklanej gablocie: sari, buty i
torebka, które miała na sobie w dniu zabójstwa. To był 1984 rok. Pamiętam, bo
mama kilka dni później wylatywała do Indii.

Indira Gandhi nie była spokrewniona z Mahatmą Gandhi, jak niektórzy uważają.
W wyniku wygranych wyborów (1966 r.) stanęła na czele rządu. „Pozbawiona
ograniczeń systemu parlamentarnego – opanowała inflację i wzmocniła
gospodarkę (...) Z drugiej strony więziono politycznych przeciwników pani
premier, sędziowie byli marionetkami w rękach przywódców a prasa była pod
ścisłą kontrolą. Zwiększyły się wpływy syna Indiry – Sańdźaja Gandhiego, ale
jego nieludzki program przymusowej sterylizacji spotkał się z ostrym
sprzeciwem”. (...)

W 1980 roku, Indira Gandhi ponownie została wybrana na premiera. Mimo
początkowej popularności, polityka przez nią prowadzona przestała cieszyć się
poparciem. „Nie potrafiła poradzić sobie z konfliktami społecznymi w
niektórych regionach a także z atakami na niedotykalnych (deliktów). Ponadto,
zaszkodziła jej brutalność policji, korupcja, jak również niepokoje w
północno – wschodnim Pendżabie”. W czerwcu 1980 roku zginął w katastrofie
awionetki syn Indiry – Sańdźaj.

Cztery lata później Indira Gandhi została zamordowana. Rano, 31 października
1984 roku szła przez ogród na spotkanie z Peterem Ustinowem. Przygotowywał
program telewizyjny o Indiach, spędził z panią premier kilka wcześniejszych
dni. Przechodziła obok Beanta Singha, który stał w budce wartownika,
powiedziała „namaste” (dzień dobry). Podniósł rewolwer, strzelił do niej pięć
razy a towarzysz służby Beanta – Satwant (także sikh)dodał do niej serię z
automatu. Asystenci i Sonia – zabrali Inidirę Gandhi do samochodu służbowego.
Pojechali do Indyjskiego Instytutu Nauk Medycznych. Zmarła. W tym czasie –
prezydent Indii, Giani Zail Singh (sikh) kończył wizytę w Sanie (Jemen) a syn
Rajiv podróżował po Bengalu. Pogrzeb. Odbył się na błoniach nad rzeką Jamuną,
gdzie wcześniej spalono zwłoki Mahatmy Gandhiego, J. Neru oraz syna Sańdźaja.
Wokół stosu kremacyjnego pani Gandhi zbudowanego z 500 kg drzewa sandałowego
śpiewano hymny ze wszystkich świętych ksiąg wszystkich wyznań Indii. Ciało
zostało spalone a popioły, zamiast do Gangesu – trafiły w Himalaje.
Czym tłumaczy się zamordowanie I. Gandhi? To był „odwet za wcześniejszą
nieprzemyślaną decyzję wysłania armii indyjskiej w celu usunięcia ze Złotej
Świątyni w Amnitsarze uzbrojonych radykałów sikhijskich”. Domagali się oni
własnego państwa, które nazywałoby się Khalistan. W walkach między sikhami a
wyznawcami hinduizmu zginęło ponad trzy tysiące osób (głównie sikhów, którzy
padli ofiarą linczu). Ochroniarze I. Gandhi, którzy ją zamordowali byli
właśnie sikhami.

Drugi syn Indira Ghandi – Radżiw (były pilot Indian Airlines), który został
po niej premierem, również został zabity. W 1991 roku przez bojowniczkę
Tamilskich Tygrysów – separatystycznego ugrupowania wojskowego na Sri Lance.
Sonia Gandhi (Włoszka), wdowa po Radżiwie została premierem w 1998 r.
Aktualnie, główne problemy podejmowane przez indyjskie media to: spory o
Kaszmir między Indiami a Pakistanem a także ciągłe konflikty społeczne między
hindusami a muzułmanami.

Zatrzymałam się na polityce, bo ciąg dalszy mojego zwiedzania New Delhi
właśnie z nią był związany. Rajpath (Droga Królewska). Na szerokiej arterii –
co roku, 26 stycznia (Święto Republiki, uchwalenie konstytucji) odbywa się
parada. Przejechaliśmy obok Rashtrapati Bhavan – pałacu prezydenckiego
łączącego architektonicznie styl mogolski i europejski. W oddali widok łuku
triumfalnego – India Gate. Na Bramie Indii umieszczono 85 tys. nazwisk
żołnierzy indyjskich poległych w czasie pierwszej wojny światowej oraz wojny
angielsko – afgańskiej (1919 r.). Obejrzałam Sansad Bhavan – budynek
parlamentu (rotunda otoczona kolumnadą).
Wjeżdżając na Connaught Place poprosiłam kierowcę abyśmy zatrzymali się przy
Rajiv Chowk i tam też się rozstaliśmy. Zajrzałam do United Coffee House,
typowo hinduskiej restauracji, Willis (sklep z odzieżą).

Wracając do hotelu Ajanta minęłam kino Plaza, weszłam w Chelmsford Rd mijając
dworzec kolejowy New Delhi, idąc pomiędzy ludźmi, rikszami rowerowymi,
autorikszami, autobusami, krowami, choć tych jest tutaj coraz mniej. Czy
zadziałała decyzja sądu z Delhi (2005 r.), że władze miejskie będą płacić za
schwytanie krowy i odprowadzenie ich do specjalnych podmiejskich schronisk
około 2000 rupii?

Edytor zaawansowany
  • ewapoland1 22.03.07, 11:34
    Delhi, następnego dnia

    Święto Niepodległości to cztery dni wolnego dla Hindusów. W prasie oferty
    wyjazdów weekendowych. Wyspałam się choć huk wiatraka zaczął mi przeszkadzać i
    wyłączyłam go około 5 nad ranem. Spakowałam się, zaniosłam plecak do
    przechowania, do czasu przejazdu na dworzec kolejowy Old Delhi. Ulica rozgrzana
    od upału. Zamieciona Chelmsford Rd. Trędowaci. Na poboczu spał chłopak z
    kikutami nóg.
    Przez przypadek znalazłam cafejkę Barista przy Connaught Place. Przejrzałam
    gazety, odetchnęłam od gorąca mimo, że w cafejce nie było klimatyzacji tylko
    wiatraki.
    Przy Janpath Rd zajrzałam do magazynu Central Cottage Industries Emporium.
    Kupiłam balsamy i olejki do ciała z drzewa sandałowego a także kaszmirską
    herbatę. Za trzy godziny wyjeżdżam do Jaisalmeru.
  • ewapoland1 22.03.07, 11:42
    W pociągu: Delhi - Jaisalmer

    W pociągu już prawie 17 godzinę. Poznałam podróżujących samotnie: Petera ze
    Stanów Zjednoczonych i Monique z Francji. W Jaipurze na stacji wsiadło
    małżeństwo Holendrów.
    Na dworzec kolejowy Old Delhi dojechałam autorikszą, zmieniając na kolejną po
    tym, jak kierowca pierwszej po drodze zmienił zdanie i zażądał
    nieprawdopodobnej ceny z przejazd. Przy wejściu bramki, kontrola. Czysto.
    Czekając na pociąg (spóźniony) usiadłam pod tablicą informującą o przyjazdach i
    odjazdach pociągów. Wokół mnie po chwili znalazło się kilkanaście osób
    wpatrując się, nie spuszczając wzroku. Meczące. Peron 18. Wagon III klasy, za
    metalowymi prętami w oknach widziałam tłum pasażerów. Przeszłam dalej. Na
    wydruku przytwierdzonym do wagonu znalazłam swoje imię i nazwisko a także numer
    kuszetki.
  • ewapoland1 22.03.07, 11:44
    Miasto robi nieprawdopodobne wrażenie, jak z Baśni Tysiąca i Jednej Nocy.
    Przyjechaliśmy po czternastej zaskoczeni, że napis na stacji kolejowej to nasza
    stacja docelowa. Pożegnałam się z Holendrami, Monique i Peterem. Wyszłam przed
    budynek dworca. Co za różnica wobec Delhi! Autoriksze ustawione w kolejce, w
    pobliżu stojący w równym rzędzie właściciele lub pracownicy hoteli z tablicami
    informującymi o nazwie. Porządku pilnuje policja. Podeszłam do jednego
    policjanta pytając o Jaisal Palace. Wskazał na człowieka z tablicą, który
    okazało się później był właścicielem hotelu. Koledzy, konkurenci klepali go po
    plecach a ten wydawał się zadowolony. Mężczyzna wrzucił mój plecak z tyłu auta.
    Usiadłam obok dwóch dziewczyn z Anglii. Menedżer zaskoczony: Wielka Brytania?
    Polska? –„Ostatnio mamy „inwazję” Włochów i Hiszpanów”- powiedział. Każdy
    samochód wyjeżdżający z parkingu przy dworcu musi uiścić opłatę. Złożyłyśmy
    się. Przy wejściu do fortu droga biegła w dół, wkrótce byliśmy już przed
    hotelem z żółtego/ złotego piaskowca. Obejrzałam kilka pokoi. Wybrałam 109 z
    łazienką, balkonem i widokiem na fort. Menedżer pokazał nam taras na dachu,
    wspaniałe widoki na miasto, pustynię. Zeszłam do recepcji spełnić zadość
    hinduskiej biurokracji. Wykąpałam się. Od czasu do czasu zaglądam przez okno na
    zewnątrz, puste, pustynne krajobrazy z drzewkami gdzieniegdzie.

    Jaisalmer założony został w XII w. (1156 r.). Leżał wtedy na szlaku karawan z
    Indii do Azji Środkowej. Dzięki temu szybko się bogacił. Kupcy i mieszkańcy
    zbudowali tutaj wiele wystawnych domów i rezydencji. Powstanie portu w Bombaju,
    rozkwit żeglugi morskiej – stały się przyczyną powolnego spadku znaczenia
    Jaisalmeru. Podział Indii na stany i zlikwidowanie szlaków handlowych przez
    Pakistan spowodowało jeszcze większe zubożenie mieszkańców. Brak wody pitnej
    ale także wojny między Indiami a Pakistanem (1965 r. I 1971 r.)

    W forcie.
    Zbudowany w 1156 r. przez radżpuckiego władcę Dżajsala, a następnie umocniony
    przez jego sukcesorów – znajduje się na szczycie 80 metrowego wzgórza Trikuta.
    ¼ mieszkańców (spośród około 58 tys.) ma swoje mieszkania w obrębie murów, przy
    których jest aż 99 bastionów.
    Jestem w restauracji Ristorante Italiano La Purezza z widokiem na zachodnią
    część miasta i pustynię. Mieści się na końcu wąskiej uliczki, za świątynią
    Surya. Strome schody, ciemne korytarze. Uchylone drzwi. Małe pomieszczenie, bez
    okna. Na ścianie obrazki a pod nimi włączony telewizor i dzieci wpatrzone w
    jego ekran. Siedziały na betonie. Łóżko. Nic więcej. Miniaturowa, ciasna
    zabudowa. Tak żyje większość. „Czuć” wpływy arabskie.
    Idąc tutaj, w pobliżu targu owocowego i warzywnego Shatia Market spotkałam
    właściciela hotelu. Wspomniał o safari.

    Cudowne miasteczko, przez swój spokój. Niebo nieco zachmurzone, w oddali
    słychać klaksony autoriksz. Architektura „koronkowa”, nigdy dotychczas czegoś
    podobnego nie widziałam. Wałęsające się po ulicach krowy, jakby uśpieni
    mieszkańcy, nie nagabują zajęci swoimi sprawami.

    Pokazałam kelnerowi, że restauracja rekomendowana jest w przewodniku Pascala.
    Funkcjonuje od dziesięciu lat. Powstała jako „efekt” licznych podróży
    właściciela po krajach europejskich. Pierwszy ciepły posiłek od wczoraj.
    Właściwie nic nie jadłam oprócz migdałów Petera w pociągu, którymi hojnie mnie
    częstował.

    Peter. Pełen entuzjazmu i ciepła emanującego wokół – doktor, asystent profesora
    w naukach społecznych w BMCC – Borough of Manhattan Community College w The
    City University of New York. Pomaga także studentom w ramach działającego przy
    Uniwersytecie – centrum psychologicznego. – „Uwielbiam swoją pracę za
    niezależność jaką mi daje i ... długie wakacje podczas których podróżuję”.
    Pisze wiersze i eseje z podróży. W Indiach uwielbia Ledah i Waranasi, gdzie
    znajduje „prawdziwe życie ludzi”. Kiedy – podczas podróży – o drugiej w nocy
    Holendrzy świecili nam po twarzach latarką szukając swoich miejsc – bez chwili
    namysłu zabrał swoje rzeczy, pościel i przeniósł się na miejsce Monique (ona
    spała na jego).
    Od samego rana biegał zadowolony po wagonie, notował, czytał „Rozwój i wolność”
    Amartya Sen, Noblisty. Sen urodził się w Indiach lecz mieszkał w Wielkiej
    Brytanii. Został wyróżniony za wkład w tzw. ekonomię dobrobytu. Kilka jego
    pomysłów udało się z dobrym skutkiem wprowadzić w życie w Indiach.
  • ewapoland1 22.03.07, 11:47
    Monique.
    Pracuje w szkole architektury w Paryżu, tam też mieszka. Już wielokrotnie
    wcześniej podróżowała po Indiach. Z Jaisalmeru, gdzie zamierzała zatrzymać się
    kilka dni jechała do Bombaju spędzić czas z przyjacielem, producentem filmowym.
    Rozmawialiśmy o Europie Środkowej. Nie byli w Polsce. Peter zna jednak i to
    dość dobrze twórczość Czesława Miłosza a Monique: filmy Andrzeja Wajdy. Pojawił
    się także Jan Paweł II. Uznali, że „Solidarność” odegrała olbrzymią rolę dla
    zmian politycznych w Europie Środkowej. Peter nie miał opinii o Polsce. Zadawał
    mi wiele wnikliwych pytań. Monique, mająca znajomą, której rodzice są Polakami
    uznała: „Jesteście religijni”. Z takim stwierdzeniem mam kłopot, bo zauważam
    zmiany w Polsce. Czy Polacy są religijni?
    Wskazywaliśmy na podobieństwa i różnice między krajami europejskimi starając
    się znaleźć wyjaśnienie: co to znaczy być Europejczykiem? Monique dość
    krytycznie wyrażała się o muzułmanach mieszkających we Francji.
    –„Nie adoptują się, nie chcą. Noszenie chust przez dziewczynki czy kobiety
    dojrzałe to dla mnie prowokacja” – nie pogłębiała tematu.
    Peter. Monique. Inteligentni, świadomi siebie i swoich celów.

    Jaisalmer - następnego dnia

    Negocjacje przy zakupie patchworków w patio przepięknego Patwon-ki-Haveli.
    Uzasadnieniem wysokich cen była „doskonała jakość”, jak zapewniali sprzedawcy
    częstując mnie masala tea i rozkładając dziesiątki pledów.

    Siedząc w patio w oczekiwaniu na zmniejszenie jednej z narzut, która mi się
    spodobała a wydała się za duża - przyglądałam się wchodzącym i wychodzącym
    grupkom Włochów, rozmawiałam z przewodnikami. „Polityczne pytanie” – uśmiechnął
    się jeden z nich. Stwierdzenie wiązało się z moim pytaniem o konflikt
    pakistańsko – indyjski. Usłyszałam, podobnie jak kiedyś w Egipcie (chodziło o
    konflikt egipsko – izraelski): - „Ludzie są w porządku. To: polityka, władza,
    media”. Przeszliśmy do dyskusji o Sonii Gandhi (jest ceniona w Indiach).
    Wspomniałam o wizycie w Delhi – Indira Gandhi Memorial Museum. Mężczyzna znał
    dokładną datę i okoliczności śmierci pani premier.

    Tematy też „lżejsze”. Dzieci, studenci zaczynają wakacje w połowie kwietnia.
    Trwają około półtora miesiąca. W dużej mierze determinowane jest to pogodą.
    Wtedy w Radżastanie, temperatura powietrza dochodzi do 50 stopni C. Drugi
    mężczyzna, przystojny Hindus - przysiadł się po chwili.
    Manish jest przewodnikiem po Jaisalmerze w j. włoskim i j. francuskim. Zajmuje
    się również handlem, eksportuje produkty indyjskie na rynki: włoski i
    francuski. –„Lubię swoją pracę. Poznaję ludzi, różne kultury i zwyczaje”.
    Zaprosił mnie na herbatę do domu swoich rodziców.





  • ewapoland1 22.03.07, 11:50
    W restauracji na dachu hotelu Jaisel Palace wypiłam lassi szafranowe i kawę.
    Menedżer hotelu przysiadł się rozrysowując na serwetce plan safari, m.in. do
    Khuri słynącej z pustynnych wydm i domków z gliny i piasku. Manish uznał,
    że „nie warto”. Byłam już na safari w Egipcie. Nie pojechałam. Menedżer
    spoglądał wokół. –„Jadę na dworzec, za chwilę przyjedzie Jaisalmer Exp.
    Codziennie to samo. Konkurencja jest duża” – powiedział.

    Wzmocniona kawą zanurzyłam się w wąskie uliczki u podnóża fortu. Szłam śladami
    małej grupki Francuzów do Nathmal-ki-Haveli, rezydencji z końca XIX w.,
    należącej kiedyś do premiera. Wejścia strzegą słonie z piaskowca oraz Hindusi
    siedzący na schodach. Na uliczkach: krowy a przy wejściach do mieszkań -
    piorące kobiety. Poszłam dalej. Patwon-ki-Haveli przypomina koronkową
    konstrukcję z piaskowca w kolorze miodu. Budowla powstała w I połowie XIX w.
    (1800 – 1860 r.) z inicjatywy pięciu dżingijskich braci, którzy wzbogacili się
    na handlu biżuterią i delikatnymi brokatami. Z dachu haveli – wspaniały widok
    na fort. Francuz zrobił mi zdjęcie. Miasto jak z piasku powstałe.

    Odpoczywam ale za chwilę wybieram się zobaczyć trzecią ze słynnych haveli –
    Salim Singh-ki-Haveli, zbudowaną około trzysta lat temu, w pobliżu wejścia do
    fortu. Kim był Salim Singh? Pełnił funkcję premiera, gdy w Jaisalmer była
    stolicą stanu książęcego. Dach zdobią podpórki w kształcie pawi. Później zajrzę
    do pałacu byłego maharadży, w forcie. Jego część jest udostępniona zwiedzającym.

    Wieczorem w forcie

    Spędziłam trochę czasu w hotelu. Kiedy wyszłam ulice mokre były od padającego
    wcześniej deszczu. Nie mogło to trwać długo. Nic nie słyszałam. Niebo jest
    zachmurzone. Niespodzianka. Po obejrzeniu kukiełek radżastańskich, za bramą
    spostrzegłam idącego z przeciwnej strony Petera. Usiedliśmy na murku. Oboje z
    Monique zamieszkali w obrębie fortu. Monique w Jaisal Castle usytuowanym na
    wale obronnym z widokiem na pustynię a Peter w Killa Bhawan. Zdecydował się
    przenieść do Jahwas Niwas Palace, pałacu z piaskowca, około 1 km od fortu. –
    „Tutaj jest zbyt duszno. Tam mam chociaż basen i pływanie nabiera innego
    znaczenia” – żartował. Poszliśmy do sklepiku, gdzie Monique wybierała
    patchworki. Peter znalazł sobie barwną chustę ale nie był przekonany do tego
    typu zakupów. Do safari także nie. Pokazał mi wyrysowaną trasę, poza szlakami
    turystycznymi. Nie miał zbyt wiele czasu. Parę dni i wracał do Delhi skąd od
    razu miał samolot do Nowego Jorku. Przemiły człowiek. Wesoły, otwarty, ciekawy
    świata, doskonały rozmówca i uważny słuchacz. Rozmawiając w pociągu czułam jego
    głębokie zainteresowanie sprawami społecznymi zwłaszcza w krajach słabo
    rozwiniętych i rozwijających się. Wymieniliśmy się adresami mailowymi, gdyby
    nie udało się nam spotkać. Monique nadal negocjowała ceny. Pożegnaliśmy się.
    Zastanawiam się, jak dojadę do Jodhpuru. Mam kilka możliwości, przede
    wszystkim: autobus lub pociąg i żadnej rezerwacji.

    W hotelu recepcjonista obiecał, że obudzi mnie przed szóstą rano, będzie także
    czekała autoriksza przed hotelem, którą dojadę na dworzec kolejowy. Do Jodhpuru
    będę jechać w III klasie lokalnego pociągu zatrzymującego się na każdej stacji.
    Nowe doświadczenie. W Jodhpurze mam być o 14.30. Większa część dnia w ścisku,
    upale, bez klimatyzacji. Przypomniała mi się podróż z wyspy Phuket do Nikkon si
    Thamarat (sprawdzić nazwę) w Tajlandii ale wtedy była to jazda lokalnym
    autobusem.

    Po rozstaniu z Peterem i Monique poszłam zwiedzić siedmiopiętrowy pałac.
    Mnóstwo „zakamarków”, okna a z nich widok na miasto, na pustynię i jezioro Gadi
    Sagar niedaleko dworca kolejowego. Wokół nie ma żadnej zabudowy oprócz
    Jaisalmer Folklore Museum i Titon-ki-Pot. Ze szczytu pałacu – wspaniały widok.
    Zaczął padać deszcz. Intensywnie. Krótko. Na prośbę obsługi wpisałam się do
    księgi gości. Przejrzałam kilka kartek wcześniej. Żadnego śladu Polaków.
    Podszedł do mnie chłopak. Zaczęliśmy rozmawiać. Jego ojciec jest lokalnym
    artystą. Pokazał mi sygnet, który po bliższym przyjrzeniu się zachwycał ilością
    symboli i precyzją wykonania. Praca nad jednym takim sygnetem trwa dwadzieścia
    dni. Nawet nie pytałam o cenę, żartując „szkoda, że nie jestem żoną
    maharadży...”

    Odwiedziłam także sklepik, gdzie dzień wcześniej kupiłam pocztówki.
    –„Nie ma wujka, teraz ja jestem właścicielem sklepu” – zastrzegł od razu uroczy
    12 – letni chłopiec.
    Oglądając ręcznie robione zeszyty z ekologicznego papieru i ozdobnymi okładkami
    z materiału z wyszytymi wzorami rozmawialiśmy.
    Cała rodzina chłopca mieszka w Jaisalmer oprócz siostry, która po wyjściu za
    mąż przeprowadziła się do Jodhpuru. –„Chodzę do prywatnej szkoły dlatego mogę
    rozmawiać w j. angielskim. Dzisiaj mam wolne i cały dzień jestem w sklepie.
    Zwykle przychodzę tutaj po lekcjach pomóc wujkowi. Zachęcam cudzoziemców aby
    zatrzymali się przy naszym sklepiku, weszli do środka. Mam duże sukcesy” –
    powiedział z dumą. Przyniósł mi herbatę a ja pomyślałam o dzieciach w jego
    wieku z przeciętnej europejskiej, polskiej rodziny. Chłopiec doskonale zna j.
    angielski dzięki kontaktom z cudzoziemcami, posiadł sztukę komunikacji i
    negocjacji, świetnie liczy.

    Zobaczyłam wiele w Jaisalmer. To spokojne miasto żyjące w dużej mierze z
    turystyki.
    Podróżujący kupują haftowane materiały, radżastańskie lusterka, pledy, koce,
    stare wyroby z kamienia oraz antyki. Baza hotelowa i restauracyjna jest dość
    bogata.

    Najwięcej cudzoziemców widziałam – nie w typowo hinduskich barach czy
    restauracjach ale w tych „bardziej” europejskich, np. na tarasie Monica
    Restaurant (vis a vis głównego wejścia do fortu, na początku wąskiej uliczki
    prowadzącej do Salim Singh-ki-Haveli), w 8th July Restaurant (przy centralnym
    placu w forcie), w Refreshing Point Rooftop Restaurant (gdzie mieści się także
    mała niemiecka piekarnia ze specjalnością: rogaliki nadziewane czekoladą) czy
    we włoskiej restauracji La Purezza. W centrum Cabarete na Dominikanie była
    piekarnia i cukiernia francuskie. Sandwiche z bagietek, croissanty, „prawdziwa”
    kawa. Wszystko to przyciągało cudzoziemców jako bardziej znajome niż „niepewne”
    lokalne restauracyjki.

    W Jaisalmer znajduje się Bhang Shop mający rządową licencję na produkowanie
    wyrobów z dodatkiem marihuany (bhang). Można więc tu wypić lassi z dodatkiem
    marihuany czy zamówić ciastka i inne słodycze bhang.
    L`Usine w Genewie. Zdziwiona byłam wysoką ceną apetycznie wyglądających
    ciastek. Koledzy śmiali się podając powód.

    Co można zjeść w restauracjach Jaisalmeru? Radżastańskie thali, kurczaka w
    sosie imbirowym, ziemniaki z groszkiem curry, sangwala z baraniny z kremem
    szpinakowym, mięsne tandoori thali, momos (knedle). Co wypić? Oprócz
    wszechobecnej coli czy pepsi, wodę mineralną, lassi: bananowe, szafranowe, z
    miodem (ect), masala tea. Herbata jest popularna w Indiach. Kawę mało kto pije
    a ta „po hindusku” jest dla wielu podróżujących zbyt słodka. Alkoholu raczej
    nie widziałam, podobnie: nietrzeźwych ludzi także nie.
  • ewapoland1 22.03.07, 11:52
    W pociągu

    Bilet kupiłam za niecałego 1 USD w okienku na dworcu kolejowym. Na peronie
    niewiele osób, kobiety w barwnych sari, dzieci. Wschodzi słońce. W wagonie – na
    siedzeniach, warstwa piachu. Jestem na skraju pustyni Thar.
    Nie spałam dobrze ostatniej nocy. Wstałam około piątej rano. Zanim zgasło
    światło zdążyłam się wykąpać, spakować. Przestały działać wiatraki. Zrobiło się
    duszno. Otworzyłam drzwi balkonowe. Jeszcze ciemno. Po przeciwnej stronie ulicy
    siedziała trójka dzieci tylko w majtkach, z rozczochranymi, od dawna nie
    czesanymi włosami. Przyglądały się z zainteresowaniem. Na półce szafki z
    telewizorem znalazłam świeczkę, co oznacza, że braki w dostawie prądu zdarzają
    się często. Kwadrans przed szóstą zapukał do drzwi chłopak z obsługi aby mnie
    obudzić, tak jak wcześniej się umawialiśmy. Poprosiłam go o szklankę gorącej
    wody. Herbata brzoskwiniowa dodała mi energii. W recepcji zostawiłam wiadomość
    dla Petera, informując go o wyjeździe do Jodhpuru, dziękując za wspólnie
    spędzone chwile. Pod hotelem czekała autoriksza. Puste i zaśmiecone uliczki
    Jaisalmeru. Przy bramie wejściowej do fortu zatrzymaliśmy się. Kierowca zawołał
    kolegę. Przesiedliśmy się do jego autorikszy. Pojechaliśmy inną drogą, krótszą.
    Fruwające papiery, inne odpadki zalegające na ulicach, stada krów,
    gdzieniegdzie siedzący mężczyźni, popijający herbatę. Na dworzec kolejowy
    dojechaliśmy na czas.

    Siedzę w wagonie przy oknie z poziomymi prętami zamiast szyb. Za nim, mężczyzna
    wpatrujący się w każde słowo, które piszę. Znajomy trzech radżastańskich
    kobiet, które usiadły naprzeciwko. Dzieci z pomalowanymi na czarno oczami co ma
    chronić je od słońca. Tak tłumaczyła dzień wcześniej kobieta siedząca ze swoim
    miesięcznym dzieckiem przed wejściem do fortu, sprzedająca ozdoby.
    Kobiety, w swoich strojach i z ozdobami, wyglądają niesamowicie. Hindus zza
    okna zniknął, ale od czasu do czasu pojawiają się inni, zatrzymują się, nic nie
    mówią tylko patrzą.
    Czteroletni chłopczyk nie odrywa ode mnie wzroku. Spogląda dużymi czarnymi
    oczami. Na szyi ma zawieszony amulet (tzw. rakhi).
    Starsza kobieta żegnając się położyła dłonie na głowach kobiet i dzieci.
    Pociąg powoli rusza.
  • ewapoland1 22.03.07, 11:54
    Ponad ośmiogodzinna podróż okazała się nie lada wyczynem. Po przybyciu do
    stacji docelowej, wysiadł tłum ludzi ze mną, mokrą od potu zmieszanego z
    piaskiem pustyni. Przejście wiaduktem nad torami do głównego holu dworca. Po
    drodze całe rodziny proszące o pieniądze. Kupiłam wodę i gorące ćapati, które
    dostałam zapakowane w gazetę. W holu siedzący, leżący.
    Po jednej stronie kasy biletowe, po drugiej International Tourist Bureau i choć
    powinno pracować od czwartej rano do północy, drzwi były zamknięte. Wyszłam na
    zewnątrz. Zamiast autorikszy – nieco większe tempo, hałaśliwe pojazdy
    trójkołowe. Podeszłam do jednego z kierowców, po chwili pojawiło się trzech.
    Zmęczona popatrzyłam na nich mówiąc, że właśnie rozmawiam.
    Nie ruszyli się z miejsca. Wąskie, brudne uliczki. Wjechaliśmy w ulicę handlową
    High Court Rd, stamtąd na Sador Market z Wieżą Zegarową i dalej w uliczkę do
    Shivam Paying Guest House.
    Po mnie przyjechali dziewczyna z chłopakiem, prawdopodobnie Brytyjczyków.
    Weszliśmy. Nikogo. Kierowca pobiegł na górę. Na „niby” recepcji zjawił się
    chłopak. Jego wyraz twarzy wskazywał na zdziwienie. Zapytałam o wolny pokój. –
    „Boli mnie żołądek” – odpowiedział i więcej go już nie zobaczyłam. Kierowca
    zszedł mówiąc, że za pięć minut przyjdzie właściciel, który spał właśnie.
    Miejsce „widmo”. Dziewczyna ze swoim chłopakiem Fredem wyszli ze mną. Przy
    Makarana Mohalla, przed Haveli Guest House kierowca zatrzymał tempo. Były wolne
    miejsca. Kiedy weszłam do recepcji, w pokoju obok, przy stole siedziało
    czterech mężczyzn. Pili herbatę, czytali gazety i nie wykazywali żadnego
    zainteresowania, że właśnie ktoś przyszedł. Z holu korytarza podszedł do mnie
    chłopak z obsługi. Obejrzałam kilka pokoi.

    Wybrałam pokój nr 8, tuż poniżej restauracji na dachu. Zza moskitiery
    usłyszałam: „Przepraszam panią. Wyłączę na chwilę wiatrak aby napełnić go
    wodą”. Nie lubię tych wiatraków, więcej szumu robią niż dają schłodzone
    powietrze. Wykąpałam się, położyłam na dwie godziny. Ciemno już było, gdy
    weszłam po stromych schodkach na dach.
    Tutaj mieści się restauracja, dwupoziomowa, zadbana, ze wspaniałymi widokami na
    miasto. Para Niemców, grupka starszych Włochów, Amerykanka czytająca książkę.
    Uśmiechnęłam się, gdy zamiast filiżanki kawy dostałam cały dzbanek. Lassi
    bananowe, uwielbiam. Niebo – zachmurzone, w oddali – błyski. Dzieci puszczały
    latawce stojąc na dachach domów. Podświetlony, imponujący w swojej wielkości –
    fort Meherangarh stojący na skalnym wzgórzu. Powoli zaczęły zapalać się światła
    w domach. Z różnych stron miasta – azan, nawoływanie muzzeinów do wieczornej
    modlitwy. Poczucie, jakbym była w jakimś kraju muzułmańskim.

    Już wiem, jaka to budowla zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie, kiedy
    dojeżdżaliśmy do pierwszej stacji Raika Bagh w Jodhpurze. W oddali. Umaid
    Bhawan. Ogromny pałac Umaida Singh – maharadży. Nazywany jest także pałacem z
    Chitar – ponieważ oprócz marmuru – do jego budowy użyto piaskowca z Chitaru.
    Budowę, według projektu prezesa Brytyjskiego Królewskiego Instytutu
    Architektów – rozpoczęto w 1929 r.
    Przez 15 lat pracowało na niej około trzech tysięcy robotników. Mieli zajęcie
    podczas suszy, jaka wtedy panowała. W 1947 r. zmarł maharadża Umaid. Jego
    następca zajmuje aktualnie część zabudowań. Pozostałe przeznaczono na hotel,
    kryty basen, kort tenisowy, salę bilardową, dwie restauracje. W zespole
    pałacowym mieści się także muzeum. Można w nim zobaczyć przedmioty należące
    kiedyś do maharadźy, m.in. broń, stare zegary, zegarki na łańcuszkach, trofea
    myśliwskie, porcelanę.

    Jodhpur. Na skraju Wielkiej Pustyni Thar. „Błękitne miasto”. U podnóża fortu –
    pomalowane na niebiesko domy. Mieszkają w nich bramani (więcej o roli bramanów)
    ale także przedstawiciele innych kast ozdabiają tym kolorem fasady domów. Ponoć
    kolor niebieski „odbija światło a także odstrasza komary”.

    Kolory... Błękitny indygo to kolor Kryszny, pasterskiego boga – człowieka, to
    odcień „dopiero co uformowanych chmur, niosący mrok deszczu”. W innych źródłach
    przeczytałam, że to kolor Wisznu.
  • ewapoland1 22.03.07, 11:55
    Kolory indyjskiej flagi także mają swe symboliczne znaczenie. Szafrnowy
    (pomarańczowy) to kolor hinduizmu. „Uosabia płomień, w którym giną wszelkie
    nieczystości, jest barwą joginów, którzy się wyrzekają przyjemności i żyją
    wstrzemięźliwie”. Pomarańczowe turbany mają sadhu (więcej o nich).
    Pomarańczowe są nagietki z których Hindusi robią naszyjniki kwiatowe. Często są
    nimi ozdobione bóstwa w świątyniach. Jak w filmie Miry Nair „Monsunowe wesele”.
    W indyjskiej dzielnicy w Bangkoku widziałam na straganach takie naszyjniki.
    Miasto Jodhpur założone zostało w II połowie XV w. (1459 r.) przez Rao Dżodha,
    przywódcę Rathorów, jednego z klanów radżpuckich. Podobnie, jak Jaisalmer –
    położone przy szlaku handlowym, bogaciło się na handlu opium, drzewem
    sandałowym, daktylami i miedzią. Następcy Rao Dżodha rządzili nie tylko w
    Jodhpurze, ale i w innych stanach książęcych.
    Marwar – Kraina Śmierci. Tak kiedyś nazywało się Królestwo Rathore. Co roku
    odbywają się obchody Marwar Festiwal. Jednego dnia w Jodhpurze, innego w Osiyan
    (przejeżdżałam przez tę miejscowość). To święto tańca i muzyki poświęcone
    radżastańskim bohaterom.
    Obecnie w mieście żyje około 846 tys. mieszkańców.
    Jodhpur słynie z bryczesów – spodni do jazdy konnej (jodhpurs), antyków. W
    Maharani Art. Government Emporium – czteropoziomowym sklepie, można kupić
    rozmaite tkaniny a Mohanlal Verhomal obok Wieży Zegarowej sprzedaje przyprawy,
    w tym tzw. winter tonic (na wzmocnienie potencji, taka hinduska viagra).

    Pada intensywnie deszcz. Strumienie płyną przez okienko przy suficie w
    łazience. Nad pokojem jest jedna z sal restauracji, deszcz nie dostanie się
    raczej.

    Jodhpur, następnego dnia

    Przez całą noc była burza, grzmiało i kilkakrotnie wyłączane było światło,
    wiatraki. Grupa Włochów, wieczorem – dość szybko poszła do swoich pokoi niosąc
    świeczki. Do południa kropił deszcz a że większość mniejszych uliczek nie jest
    pokrytych asfaltem można sobie wyobrazić po czym i wokół czego się chodzi.
    Zajrzałam do sklepiku z ręcznie robioną biżuterią. Chłopiec pokazał mi zdjęcia
    rodziny przy jej wytwarzaniu.
    Wsiadłam do tempo. Umówiłam się z kierowcą, że po podwiezieniu na dworzec,
    zaczeka na mnie a ja w tym czasie kupię bilet i wrócimy na Sadar Market. Wtedy
    też miałam mu zapłacić. Nie spotkaliśmy się jednak więcej. Okazało się, że na
    dworcu, pod napisem International Tourist Bureau kryje się jedynie poczekalnia
    natomiast rezerwacja biletów jest w innym, wolno stojącym budynku w pobliżu
    poczty. Kiedy wróciłam, kierowcy już nie było.

    Azan. Meczety muszą być zlokalizowane w różnych częściach miasta gdyż
    nawoływania na modlitwę słyszę ze wszystkich stron. Jestem w restauracji, na
    dachu Haveli Guest House. Niebo szare, nie ma słońca. Nieprawdopodobnie duszno.
    Widok na fort, Wieżę Zegarową, Umaid Bhawan Palace, kopułki zaniedbanych
    świątyń hinduskich i dżinijskich, minarety i morze niebieskich budynków
    mieszkalnych. Latawce, odgłosy klaksonów.

    W centrum rezerwacji i kupna biletów spędziłam dwie godziny. Do jednego okienka
    (dla cudzoziemców i kobiet) ustawiły się dwie kolejki. Klienci obsługiwani
    są „na przemian”. Agresywny i pewny siebie, około 50-letni Irlandczyk
    prowokował młodego Hindusa krzycząc na niego. Tylko dlatego, że ten zajął
    miejsce starszej pani, prawdopodobnie matce. Stał w kolejce dla kobiet. Chłopak
    się nie odzywał. Z wypełnionym wcześniej druczkiem podeszłam do okienka. Nieco
    dalej doszło do bójki dwóch mężczyzn. Natychmiast zjawiła się policja. Kupiłam
    bilet do Jaipuru w II klasie Madhopur Intercity Exp. Miejsca numerowane ale czy
    pociąg będzie się różnił standardem od tego, jakim przyjechałam do Jodhpuru z
    Jaisalmeru?
    Spacer do High Court Rd przez Nai Sarak na Sadar Market. Stragany z owocami,
    warzywami, przyprawami, tekstyliami. Oszołomiona wonią kadzidła o zapachu
    drzewa sandałowego.
    Chodząc po ulicach hinduskich miast, obserwując ludzi – wciąż zadaję sobie
    pytania: Dlaczego jest tu tak biednie? Czy nic nie można z tym zrobić? Czy nie
    można jakoś pomóc tym ludziom? W większości żyją aby przetrwać, z dnia na
    dzień. Trudno wymagać czegokolwiek więcej.

    Dwa słowa o podróży pociągiem z Jaisalmeru do Jodhpuru. W pewnym momencie
    policzyłam osoby wokół siebie: 24. Kobiety, mężczyźni, dzieci. Rodziny lub
    nieznajomi. Chyba nikt nie ma kontroli nad ilością sprzedawanych biletów bo
    podróżujących było wielokrotnie więcej niż powinno. Konduktorzy także nie
    przechodzili wiedząc pewnie, że i tak nie byłoby możliwe przeciśniecie się
    przez tłum. Na stacji w Pokaran (albo w Phalodi) wsiadł sadhu z małym tobołkiem
    i laską bambusową. Stał się niewątpliwą atrakcją, nie tylko dla mnie ale także
    dla moich współpasażerów. Znalazło się dla niego miejsce. Na górnym łóżku przy
    przejściu. Odprawiał niezrozumiałe dla mnie rytuały, palił, śpiewał, pił wodę,
    wypluwał ją na pasażerów. Poruszenie ale i dobrotliwe śmiechy.
    Na każdej stacji, z okien wagonów pociągu wystawały ręce z butelkami po
    napojach i okrzykami – prośbami o napełnienie ich wodą. Pod oknami zjawiali się
    sprzedawcy pakory, ćiapati, orzeszków i paluszków w mieszance ziołowej
    (masala). Na większych stacjach – grupki widzów. Miałam wrażenie, że przyszli
    tu jedynie po to aby poobserwować wysiadających, wsiadających. Kobiety z
    dziećmi na rękach podchodziły do okna za którym siedziałam. Prosiły o
    pogłaskanie ich dzieci. Na szczęście. Wysiadła także kobieta z chłopcem, którzy
    towarzyszyli mi w podróży od samego Jaisalmeru. Jej koleżanka (siostra?)
    jechała dalej. Na twarzach obu kobiet zauważyłam płynące łzy. Pożegnanie.
    O ile konduktorów nie było o tyle problemów z chodzeniem od wagonu do wagonu,
    nie mięli sprzedawcy grzebieni, bzyczących muszek, herbaty, paluszków
    ziołowych. Pasażerowie, albo drzemali albo rozmawiali ze sobą. Nikt nie miał
    telefonu komórkowego, książki, gazety.
    Moją uwagę zwrócił chłopczyk, który od Jaisalmeru wpatrywał się we mnie dużymi,
    smutnymi oczami. W koszulce miał kieszonkę a w niej swoje „skarby”: ciastko,
    kilka orzeszków. Kiedy wysiadł z mamą na stacji a ta kupioną foliową torebkę
    orzeszków włożyła do torby podróżnej, otworzył ją, wsypał garść do swojej
    kieszonki. Matka nie zajmowała się nim raczej. Był już duży. Tylko te
    najmniejsze dzieci, do około trzech lat – przytulane są, całowane,
    rozpieszczane przez rodziców.

    Siedzę nadal w restauracji na dachu. Zjadłam koftę wegetariańską. Smażone
    kuleczki wypełnione ryżem z curry i rozdrobnionymi warzywami. Do tego sos.
    Wychodzi słońce zza chmur. Także jakby więcej latawców pojawiło się na niebie.
    Kobiety piorą, gotują. Mężczyzna z kilofem pracuje przy swoim domu. Od czasu do
    czasu siada zmęczony, pociera czoło dłonią.

  • ewapoland1 22.03.07, 11:58
    Słońce świeci coraz mocniej. Z Wieży Zegarowej – dźwięk dzwonu. Na dachu
    restauracji i hotelu Maharani – grupka cudzoziemców fotografuje się. W Shivam
    Guest House Restaurant jeszcze nikogo nie ma. Dzieci wróciły na dachy ze swymi
    latawcami.

    Następnego dnia - kierunek: Jaipur
    Za kwadrans ma czekać na mnie przed hotelem tempo. Przed szóstą mam pociąg do
    Jaipuru. Wstałam przed czwartą, dopakowałam plecak. Poprzedniego dnia,
    wieczorem poprosiłam obsługę o wyłączenie wiatraka zewnętrznego na wodę.
    Zeszłam na dół zapłacić za noclegi i jedzenie w restauracji. W pokoju obok
    recepcji, przy jasno oświetlonym stole siedziała tęga Hinduska w sari, z
    czerwonym bindi na czole. Zaczęli pojawiać się inni goście hotelowi. Znowu
    padał deszcz, nad miastem przeszła burza. Tym razem, tylko raz zgasło światło,
    przestał chodzić wiatrak. Nad ranem, przez chwilę była woda w kranach. Zdążyłam
    się umyć.

    Jaipur
    Co czuję? Przepełnia mnie dobra energia, lekkość. Taka ulotna chwila szczęścia.
    Życie składa się z takich momentów. Jest ich wiele każdego dnia. Wystarczy
    zatrzymać się. Dostrzec je.
    Siedzę w restauracji na dachu Atithi Guest House. Cudowny zachód słońca, niebo
    jest pomarańczowe. Nawoływania mezzuinów do modlitwy, Śpiewy ze świątyń
    hinduskich. Mrok. Miasto rozświetlone jasnymi światłami, szum pojazdów na
    ulicach. Posiłek wegetariański, kawa. Absolutne wyciszenie. Więcej napiszę z
    pokoju, niewiele już widzę.

    W Jodhpurze, o piątej rano - przed Haveli Guest House czekało na mnie tempo.
    Zostawiłam klucz do pokoju w recepcji. Nikogo nie było. Wiem już, że na
    pytanie „Ile zapłacę za przejazd?” odpowiedź jest często: „Ile Pani da”. Tym
    razem nie widziałam potrzeby negocjacji. Negocjacje są jak gra a ta bywa
    zabawna jeśli tylko ma się wystarczająco dużo cierpliwości. Przejeżdżaliśmy
    przez ciemne, uśpione uliczki Jodhpuru. W okolicach dworca kolejowego
    zauważyłam śpiących na poboczach ulicy sadhu a już przed samym wejściem na
    dworzec, w holu i na peronach – tłumy śpiących, siedzących ludzi.

    Tempo zatrzymało się przy krawężniku, gdzie spał mężczyzna. Wysiadając, za
    bardzo nie miałam gdzie stanąć – olbrzymia kałuża albo mężczyzna. Wybrałam
    kałużę w której zanurzyłam się po kostki. Przeszłam przez halę dworcową
    spoglądając na tablicę wyświetlającą numery i nazwy pociągów oraz godziny ich
    odjazdów i numery peronów. Wszystko w języku angielskim i w hindi. Na peronie
    pierwszym stał już Madhopur Intercity Exp. Zapach wymieszanego moczu, potu i
    zmęczenia. Obudzeni podchodzili do kranów z wodą aby obmyć twarz lub napełnić
    puste butelki.

    Kupiłam dwa placki z warzywami w środku (na ostro, o czym przekonałam się
    później, łzy wypełniały mi oczy) i czarną, gorącą herbatę bez cukru. Hindusi
    piją najczęściej herbatę z mlekiem, słodką – w małych glinianych pojemniczkach
    albo plastikowych kubeczkach. W pociągu płacili za nią czterokrotnie mniej niż
    cudzoziemcy. „Przeskakując” przez śpiących (nie było możliwości przejścia
    obok), dzięki pomocy Hindusa znalazłam wagon S1 i swoje miejsce: 21. Intercity
    exp. Wygląda jak pociąg osobowy w Polsce. Brudna podłoga, jaskrawe światło.
    Żadnych przedziałów, siedzenia obite jakimś materiałem (w klasie III były to
    zwykłe drewniane ławki). Cena biletu z miejscówką to jakby cena przestrzeni,
    którą ma się tylko dla siebie w czasie podróży. Ważne, zwłaszcza tutaj, w
    zwykle zatłoczonych hinduskich pociągach. Na kolejnych stacjach dosiadali się
    inni, ale widocznie jest zabronione zajmowanie miejsc w przejściu, gdyż
    tłoczyli się przy wejściach. Wokół sami Hindusi oprócz siedzącego naprzeciwko
    Koreańczyka. Jego plecak był prawie takiej samej wielkości jak on. O pierwszej
    w nocy, z Delhi miał samolot do Korei. Wracał po miesięcznej podróży po
    Indiach. Niepokoił się czy dotrze z Jaipuru do Delhi na czas.

    Wykładowca fizyki. Zaimponował mi, nie tyle znajomością nazwiska Marii
    Skłodowskiej – Curie, co doskonałą wiedzą o przemianach w Europie Środkowej po
    upadku Muru Berlińskiego. Opowiedział mi o sytuacji, która mu się przydarzyła
    jadąc nocnym pociągiem z Jaisalmeru do Jodhpuru. Ukradli mu plecak. Nie
    przymocował go. –„Myślałem, że jak jest tak duży i ciężki, nikt go nawet nie
    podniesie. Usnąłem” – powiedział. Po przyjeździe do Jodhpuru zgłosił kradzież
    na policji. Po dwóch godzinach miał go z powrotem. Policjanci nie wyjaśnili
    niczego więcej.

    Podróż do Jaipuru trwała niecałe sześć godzin. Nie było opóźnienia. Podczas
    podróży Koreańczyk spał. Pół godziny przed dotarciem do stacji docelowej,
    stanął w przejściu, przeciągał się a później usiadł w bezruchu. Wyłączył się.
    Medytował. Hindusi szeptali patrząc na niego, uśmiechali się. Podobnie jak
    Koreańczyk – stosuję tę samą metodę na „przywrócenie ciała i ducha do życia”.
    (więcej notatek na ten temat, wrócić)

    W czasie podróży przez wagon przeszli: sprzedawcy herbaty, orzeszków wprost z
    wiadra, kanapek (chleb tostowy z kotletem warzywnym w środku). Trędowaty
    chłopiec, nie mogący chodzić, wycierał podłogę, dotykał delikatnie stóp
    pasażerów prosząc o pieniądze. Mała dziewczynka w pełnym makijażu dała nam
    pokaz przechodzenia przez metalowe kółko. Z miseczką na pieniądze. Niewidomy
    mężczyzna szedł powoli opierając się o laską bambusową Za nim, drobna,
    pomarszczona staruszka.
    Na dłużej zatrzymała się kobieta śpiewająca w hindi pieśń religijną. Na szyi
    miała zawieszoną walizeczkę, otwierany ołtarzyk z figurką Parvati wokół
    pomarańczowych nagietek, palącymi się kadzidłami i pojemniczkiem z czerwonym
    proszkiem kumkum. Dotknęła mojego czoła recytując sanskryckie wersy, mające
    zapewnić pogodę ducha i przychylność świata. Zostałam pobłogosławiona. Inni
    przyglądali się z zaciekawieniem mojej reakcji. Uśmiechałam się, dałam kobiecie
    kilka rupii. Pasażerowie spali, jedli, rozmawiali. Mężczyźni żuli batel (owoce
    nerkowca i jego liście, często z dodatkiem wapna), kobiety przeglądały kolorowe
    czasopisma. Dżija, 6-letnia dziewczynka podbiegała do mnie od czasu do czasu -
    śmiejąc się głośno.

    Dworzec w Jaipurze. Czysto. Wyszłam na zewnątrz mrużąc oczy od intensywnie
    świecącego słońca. Zapytałam policjanta, jak dostać się do hotelu Pearl Palace.
    Wskazał na małą budkę w pobliżu, której wcześniej nie zauważyłam. Pre-paid
    taxi. Pojawił się przy mnie chłopak. Powiedział mężczyźnie w budce, że on mnie
    zawiezie. Kierowca autorikszy. Rozmowny. Okrężną drogą zawiózł mnie do
    dzielnicy domków jednorodzinnych i hoteli w ogrodach. Pokazał mi zeszyt z
    wpisami cudzoziemców, których wiózł. Podał swój numer telefonu, gdybym chciała
    aby obwiózł mnie po mieście. Odjechał. Poszłam do recepcji.
    Brak wolnych miejsc. Miałam zanotowane nazwy dwóch innych hoteli. Wybór padł na
    Atithi Guest House pomiędzy Station Rd. i Mirza Ismail Rd, „pomiędzy” dworcem
    kolejowym a murami fortu. Pokój na drugim piętrze, przestronny, czysty, nieco
    niżej restauracja na dachu. Na dole, przy recepcji jest druga. Najlepszy pod
    względem standardu hotel, w jakim dotychczas nocowałam w Indiach. Wokół więcej
    nowoczesnych architektonicznie budynków, eleganckich hoteli.
  • ewapoland1 22.03.07, 12:06
    Zanim doszłam do poczty głównej przy Mirza Ismail Rd. kilkanaście razy
    dziękowałam kierowcom autoriksz, riksz rowerowych za chęć podwiezienia mnie. Na
    poczcie wysłałam pocztówki napisane jeszcze w Jaisalmerze.
    Znaczki „z tygrysem”. Wykorzystałam klej z olbrzymiego pudełka leżącego na
    stole obok dwóch mężczyzn wypełniających formularze CV. –„Moja siostra stara
    się o pracę” – usłyszałam od jednego z nich.
    Dwie Francuzki dokupowały znaczki. Śpiewy ze świątyni hinduskiej.

    Trwa święto na cześć Lakszmi. Mirza Ismail Rd to ulica handlowa. Natężenie
    ruchu i spalin przewyższa chyba kilkakrotnie dopuszczalne normy. Budynek
    słynnego kina Raj Mandir. Po przejściu przez Ajmer Gate do fortu byłam już
    zmęczona. Miasto jest ponoć najbardziej zatłoczone i zanieczyszczone ze
    wszystkich miejsc w Radżastanie. Starówkę częściowo otaczają zakończone
    blankami mury z siedmioma bramami. Szerokie aleje dzielą „Różowe Miasto”, jak
    nazywany jest Jaipur na równe prostokąty. W każdym z nich zlokalizowane są
    różnego rodzaju sklepy.

    Różowe? To bardziej kolor ceglanej czerwieni. Miał rację Peter, który zwrócił
    na to uwagę. Uznał dodatkowo, że dla niego to „zbyt turystyczne” miasto. Trudno
    się z tym nie zgodzić. Od Tripoli Bazaar więcej zaułków. Po obu stronach alei –
    podcienia, sklepik przy sklepiku. Ruch, energia, mnóstwo ludzi. Jaipur jest
    przeludniony (2,32 mln mieszkańców).

    Iswari Minar Swarga Sal (Minaret Przeszywający Niebo) był częściowo widoczny z
    Tripoli Bazaar. Świątynia powstała z rozkazu Iswari, syna Dżaj Singha. „Ten
    waleczny mąż wolał zadać sobie śmierć, niż stawić czoła przeważającej armii
    Marathy, a jego 21 żon i konkubin spłonęło dobrowolnie na stosie pogrzebowym” –
    przeczytałam w przewodniku.

    Dzieci z woreczkami mithai, miętówek otoczonych w cukrze, towarzyszyły mi w
    drodze do City Palace. Minęłam Jantar Mantar (obserwatorium). Było już późno
    aby je zwiedzić. Zbliżał się czas zamknięcia. Zdecydowałam się wejść do
    miejskiego kompleksu pałacowego, stanowiącego mieszankę architektury
    radżastańskiej i mogolskiej. Wchodząc na plac z Mubarak Mahal (Pałacem Powitań
    z XIX w.) podeszło do mnie kilku przewodników oferujących swoje usługi (nie
    skorzystałam). Przeszłam w kierunku Pałacu Maharani. Przy bramie powitali mnie
    strażnicy ubrani na biało, w czerwonych turbanach.

    Spore wrażenie – poprzez swoją harmonię - robi Diwan-i-Khas (Sala Audiencji
    Prywatnych) z galerią wykładaną marmurami. Imponujące żyrandole, dwa srebrne
    naczynia (wysokie na 1,6 m), w których maharadża Madho Singh II przewoził
    świętą wodę z Gangesu do Anglii. Syn dawnego maharadży wraz z rodziną mieszka w
    otaczającym dziedziniec Chandra Mahal ze wspaniałymi czterema bramami, w tym
    Pawią Bramą. Liczne, zorganizowane grupy turystów z Włoch i Japonii.
    Niestrudzeni fotografowie.
    Wychodząc, weszłam jeszcze na piętro Mubarak Mahal. Pałac Powitań powstał z
    inicjatywy maharadży Sanaja Madho Singha II dla dygnitarzy odwiedzających
    Radżastan. Obecnie jest tutaj Muzeum Maharadży Sawaja Mana Singha II (Maharaja
    Sawai Mansingh II Museum) z kolekcją m.in. ubiorów królewskich. Niewielkie
    pomieszczenia. Nieprawdopodobnie duszne.

    Maharadża miał ... 108 żon. Po wyjściu z kompleksu pałacowego chciałam pójść do
    Hawa Mahal (Pałacu Wiatrów) ale... Niebo stawało się coraz ciemniejsze. Zaczął
    padać deszcz. Tak intensywnie, że po chwili spływała strumieniami po ulicach.
    Za bramą znalazłam schronienie. Z pobliskiego placu, gdzie odbywały się właśnie
    obchody w ramach trwającego święta szybko szły kobiety w sari, dzieci,
    mężczyźni, wyjeżdżały autoriksze. Właściciele riksz rowerowych nie byli w
    stanie jechać. Ciągnęli je więc a siedzący na nich pasażerowie byli już
    zupełnie przemoczeni.

    Obok mnie, na ziemi spali dwaj mężczyźni. Inny – ciągnął pled z leżącą na nim
    trędowatą kobietą. Bliżej muru aby nie padał na nią deszcz. Nie miała nóg,
    kikuty obwiązane były brudnymi szmatami. Odsłonięty brzuch był cały w ranach
    nad którym fruwały muchy. Mężczyzna podłożył kobiecie plastikowy pojemnik pod
    głowę i odszedł. Kilku sikhów w białych turbanach młode Hinduski, mężczyzna z
    nogami chudymi jak zapałki. Oczekując na zmniejszenie opadów – rozmawiałam z
    przemiłym chłopakiem.

    Ciepło i dobrotliwe spojrzenie oczu aż promieniały wokół. Był, jak pozostali na
    placu, świętować. Ubrany na biało. Lakszmi ukończył informatykę w Delhi, jest
    inżynierem. – „Jestem jedynym informatykiem, który tutaj pozostał. Wszyscy
    wyjechali do Bangalore” – żartował. Pracuje jako nauczyciel na uczelni w
    Jaipurze. Ma trzech braci. Mieszka z rodzicami. –„Jak wyobrażasz sobie swoją
    przyszłość?” – zaskoczył mnie pytaniem. Do końca podróży, każda rozmowa z
    Hindusami dotyczyła „życia”, „szczęścia”, „przyszłości”.
    Lakszmi uznał, że rozsyłam wokół „dobrą energię i dobro”, sprawiam wrażenie
    szczęśliwej osoby.

    Przestało padać. Podwinęłam nogawki dżinsów. Przeszliśmy z powrotem pod pałac.
    Lakszmi zatrzymał autorikszę. Pożegnaliśmy się serdecznie. Autoriksza miała
    dwóch kierowców: ojca i jego niepełnosprawnego, około dwudziestoletniego syna.
    Niby wiedzieli gdzie mamy jechać ale na rondzie, przy wyjeździe z Tripoli
    Bazaar zatrzymali się przy policjancie. Ten podszedł. Zamienili ze sobą kilka
    słów w hindi. Policjant spojrzał na mnie pogodnie mówiąc –„Oni nie wiedzą,
    gdzie Panią zawieźć”. W połowie drogi...

    Ruszyliśmy dalej a z nami (przed, za, obok) setki innych pojazdów. Chandpol Rd
    Bazaar przebiegały stada małych osiołków. Na kilku siedzieli mężczyźni.
    Zatrzymaliśmy się na rogu Sansar Chandra Marg i Mirza Ismail Rd. Chłopak
    wysiadł także. Uśmiechnął się, uścisnęliśmy sobie dłonie.

    Wracając do hotelu kupiłam wodę, zatrzymywałam się przy bogato udekorowanych
    świątyniach hinduskich, malutkich jakby przydomowych. Girlandy, płonące
    światełka, zapach kadzideł, girlandy z nagietków i płatków róż. –„Rozmowa z
    kimś, kto jest Hindusem, zna tradycję, kraj – daje czasami więcej niż
    obejrzenie kilku budynków zaznaczonych w przewodniku.

    Oczywiście, pod warunkiem, że kogoś interesuje naprawdę poznanie odwiedzanego
    kraju a nie tylko zewnętrzna fasada” – usłyszałam. Kilka godzin rozmawialiśmy
    pijąc herbatę i jedząc rava dosa - cienkie, chrupiące placki, przyrządzone z
    kaszy mannej, cebuli i papryki chili. Zaskoczył mnie pytaniem - stwierdzeniem: -
    „Wszyscy mówią o brutalnym islamie. Czy religia katolicka nie jest
    fanatyczna? Zobacz, co dzieje się w Irlandii Północnej. Konflikt wcale nie jest
    tam zażegany”.

    - „W Indiach współistnieją bez konfliktów różne religie, pomijając oczywiście
    Pendżab” – powiedział. Chyba nie jest to jednak tak jednoznaczne. Czy czasami
    tych konfliktów „jawnych lub ukrytych” między wyznawcami hinduizmu a
    muzułmanami nie jest jednak coraz więcej w ostatnim czasie?

    Kiedy słyszę śpiewy z hinduskich świątyń i nawoływanie mezzuinów z minaretów
    mam poczucie symbiozy, istniejącej harmonii między wyznawcami obu religii. Czy
    to „zewnętrzna fasada”?

    Widziałam już wcześniej świątynię Govind Devji w pobliżu pałacu miejskiego.
    Przed wejściem, jak wszyscy zdjęłam buty, weszłam po schodach na nieduży
    dziedziniec. Mężczyźni i kobiety zawieszali girlandy z nagietków i listków
    jakiegoś drzewa.

    Hindusi podchodzili do barierki, za którą ustawione były postaci bóstw.
    Pochylali głowy, robili jakieś znaki. Symbole, znaki, kody, nie są mi jeszcze
    znane. Uczę się rozumieć.

    Jaipur, następnego dnia

    Duszno. W biurze rezerwacji biletów kolejowych – klimatyzacja. Na ekranach
    telewizorów: indyjskie videoklipy. Okienko nr 769: dla turystów zagranicznych,
    st
  • ewapoland1 22.03.07, 12:10
    Choti Chaupar. Skrzyżowanie. Kamienne schodki, hinduska świątynia, widok na
    okolicę – zgiełk uliczny, na minaret Iswari. Dzieci wracające ze szkoły
    zatrzymywały się przy straganach z usypanymi piramidami rodzynek w kolorze
    bursztynowym. Zgodnie z konstytucją, edukacja w Indiach jest obowiązkowa i
    bezpłatna (oprócz szkół prywatnych) do 14 roku życia. Zajęcia w szkołach
    prywatnych odbywają się zazwyczaj w j. angielskim, uchodzą za ekskluzywne i
    trafiają do nich głównie dzieci z najbogatszych rodzin. Według oficjalnych
    danych, do szkół indyjskich uczęszcza 2/3 dzieci. Nie jest to jednak prawdą.
    Spora część dzieci pojawia się w szkołach sporadycznie. Ponad połowa dzieci
    pochodzących ze wsi nie kończy szkoły. Indie nadal mają problem z istniejącym
    analfabetyzmem. Spis Powszechny z 2001 r. wykazał, że czytać i pisać umie około
    65% ludności Indii, przy tym – więcej kobiet niż mężczyzn nie umie czytać i
    pisać.

    Azan. Muzułmanie poprzez tę tradycję – jawnie i „ku zapamiętaniu”
    uzewnętrzniają swoją wiarę. Lubię te nawoływania mezzuinów na modlitwę.

    Spacer Chandpol Bazaar i Station Rd (przy której stoi szpital a także dworzec
    autobusowy). W Ganpati Plaza znalazłam Pizza Hut. Klimatyzowane pomieszczenie,
    głośna muzyka. Młode pary hinduskie przytulające się do siebie, grupki Włochów,
    rodzina Anglików z dwójką dzieci. Pizza wegetariańska i woda. Odmiana.

    Przeczytałam w dzisiejszym wydaniu gazety - że (według ostatnich danych)
    spośród chorych na AIDS w Azji aż 60% mieszka w Indiach. Inne kraje zajmujące
    wysoką pozycję w tych statystykach to: Bangladesz, Pakistan, Sri Lanka. Raporty
    międzynarodowe nadal wskazują na mały postęp w dostępie do służby zdrowia w
    Indiach.

    Chłonę Indie. To wymagający kraj.

    Hindusi, których spotykam sprawiają wrażenie wciąż czymś zajętych. Oprócz
    chwili na sen podczas godzin największego upału w ciągu dnia czy, jak w
    Jaisalmerze – gry w karty. To różnica wobec zachowania muzułmanów. Egipt.
    Marsylia we Francji z liczną społecznością napływową z Algierii, Maroka,
    Tunezji. Grupki mężczyzn przesiadywali na ulicach przez większą część dnia,
    paląc sziszę, pijąc herbatę, przeglądając gazety, rozmawiając.

    Na bazarze, od strony ulicy, na podwyższeniu siedział „polewacz wody”. Z
    różnych pojemników wylewał wodę przynoszoną przez dzieci na dłonie
    podchodzących ludzi. Obmywali twarze, zostawiali parę rupii.

    Inny mężczyzna – siedział skupiony przy swoim miniaturowym warsztacie szewskim,
    wprost na chodniku. Igłą i dratwą zszywał mocno już sfatygowane buty, kilka
    innych par stało obok. W pobliżu, chłopak obsługiwał urządzenie do wyciskania
    soku z trzciny cukrowej. Na ławeczce siadały zmęczone od upału kobiety
    trzymając szklanki wypełnione sokiem, delektując się jego smakiem.

    Wiele jest ulicznych kuchni. Placki z warzywami i rozmaitymi przyprawami..
    Pachnące. Niewielu widziałam jedzących mięso, większość to wegetarianie. W
    przeciwieństwie do Tajów uwielbiających i jedzących kurczaki przyrządzane na
    rozmaite sposoby.

    Następnego dnia...
    Padało przez całą noc. Restauracja na dachu – zamknięta. Zeszłam do tej przy
    recepcji. Gorąca kawa. Przy stolikach Hiszpanie, małżeństwo rozmawiające w j.
    niemieckim, chłopak robiący notatki. Przeglądam gazetę. Zdjęcie wezbranej wody
    w rzece w Ahmabadzie. Ostatnio ewakuowano tam około 100 osób, zagrożonych
    skutkami powodzi. Trochę polityki - o USA i Pakistanie, w dziale: gospodarka –
    o planach Warnera dotyczących produkcji filmów w Bombaju, co okazuje się
    perspektywiczne biorąc pod uwagę systematycznie rosnące wpływy z projekcji
    filmów hinduskich w Indiach, Wielkiej Brytanii, USA; w dziale: rozrywka –
    plotki o aktorach, wywiady z lokalnymi gwiazdami muzyki. Oferty pracy centrum
    edukacyjnego z Delhi – dla nauczyciela w szkole średniej z pensją ok. 6 tys.
    rupii/miesiąc, specjalisty ds. marketingu (ok. 12 tys. rupii/miesiąc), lekarza
    (ok. 20 tys. rupii/miesiąc).

    Za godzinę przyjedzie po mnie mężczyzna z autorikszą. Ten sam, który zawiózł
    mnie do centrum rezerwacji i z powrotem do Ganpati Plaza. Chłopak z Pizza Hut,
    idący właśnie do pracy – zatrzymał się. Pytał czym się zajmuję. Marzy o
    studiach MBA a najlepiej za granicą. Po powrocie do Indii, z dyplomem
    zagranicznej uczelni zarabiałby po prostu więcej. Martwiły go wysokie koszty –
    „Nie stać mnie na studia w Wielkiej Brytanii czy USA”.

    Nie znalazłam Cyber Cafe przy Station Rd ale inną cafejkę internetową w
    mrocznym hoteliku. Małe pomieszczenia, wiatraki, wolno chodzące komputery.
    Wykasowałam spamy, które trafiły na moją uczelnianą skrzynkę pocztową.
    Przeczytałam e-maila od p. M., która dziękowała w nim za przesłane informacje o
    konferencji, którą zorganizowałam jeszcze przed wakacjami - prosząc
    jednocześnie o mój nowy artykuł. Mam czas do końca sierpnia. M.napisał z
    Zurichu. Wkrótce przyjeżdża do Polski, najpierw do Warszawy, gdzie będzie ojcem
    chrzestnym dziecka swoich znajomych, później do Krakowa. Napisałam mu parę
    słów, przed podróżą do Waranasi.

    Wspomniałam o biedzie, jakiej nigdzie, w żadnym innym kraju, w którym byłam nie
    widziałam na tak dużą skalę. Mam ze sobą „Karaoke Capitalism” Ridderstrale i
    Nordstrom`a. Piszą o nierównościach. Powołują się na słowa profesora Marion`a
    Nestle („Science”, 7.02.2003 r.): - „To wielka ironia medycyny XXI wieku:
    podczas gdy wieleset milionów ludzi na skutek rozwarstwienia społecznego,
    korupcji władz czy wojen nie ma wystarczającej ilości jedzenia, kolejnych
    wielset jest tak otyłych, że zagrażają im ciężkie choroby związane z
    odżywianiem”. Autorzy wskazują jednak na to, że w ciągu ostatniej dekady –
    generalnie spadła umieralność niemowląt, zwiększyły się możliwości zdobycia
    wykształcenia i spadł poziom ubóstwa. W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat, PKB
    biedniejszych krajów rósł niemal tak szybko jak PKB krajów bogatych. Problem w
    tym, że ich populacja rosła równie szybko.

    Według danych Banku Światowego i ONZ, odsetek populacji żyjącej za mniej niż 2
    USD dziennie w ostatnich 30 latach zmniejszył się o około 20%. –„Możemy te
    statystyki interpretować na wiele różnych sposobów, ale każdy, kto spędził
    choćby godzinę w jednym z biednych krajów Azji, Afryki, Europy czy Ameryki
    Południowej, wie, że do zrobienia zostało bardzo wiele. Prosimy, by za to
    rozwarstwienie nie winić globalizacji. Zamiast tego należy winić ludzi –
    dyktatorów, watażków, skorumpowanych urzędników państwowych czy
    niekompetentnych administratorów”- uważają autorzy książki.

    Dlaczego ja o tym wszystkim tutaj myślę?




  • ewapoland1 22.03.07, 12:13
    Waranasi

    Niezwykłe miejsce. Zgadzam się całkowicie z opinią Petera. Wróciłam z godzinnej
    ceremonii, która odbyła się w ghat Assi nad Gangesem, obok którego mieszkam. W
    tym samym czasie, w każdym z ghatów na długości 7 km odbywają się podobne
    ceremonie. Płonące świece, kadzidełka, śpiewy, płatki kwiatów,
    błogosławieństwa. Na kamiennych schodach, u szczytu których wznosi się nieduża
    świątynia hinduska siedzieli mieszkańcy okolicznych domów, trochę cudzoziemców.
    Podpływały łodzie. Ktoś wchodził do świętej rzeki. Dziewczynka, około 10 –
    letnia. Sprzedawała lampki otoczone kwiatami nagietków. Świetnie mówiąca w j.
    angielskim. Bystra. Ma trzech braci i dwie siostry. Mama zajmuje się domem.
    Tata pływa łodzią z turystami. Dziewczynka, przed pójściem do szkoły –
    codziennie, o 4 rano przychodzi do ghatu, gdzie są już inni czekający na wschód
    słońca i pierwszą ceremonię. Wraca tu wieczorem.

    Siedziałyśmy na schodach, rozmawiając. –„Zaczekaj tu na mnie. Zaraz przyjdę.
    Tylko nie odchodź” – spojrzała na mnie. Przyniosła gliniane pojemniczki z
    herbatą. „Ćaj, ćaj garam!” – usłyszałam jej radosny okrzyk. Uśmiechnęłam się.
    Jadłyśmy warzywa zapiekane w cieście, wprost z liścia bananowca. Pyszne i
    wyjątkowo ostre.

    Nieco niżej, tuż nad taflą rzeki ustawiony był skromny ołtarzyk. Kobieta i
    mężczyzna stali zwróceni w kierunku rzeki, śpiewali, wlewali coś do niej.
    Wrócili pod ołtarzyk. Zapalili kadzidełka, świece. Pomiędzy siedzącymi chodził
    mężczyzna. Na dłonie wylewał wodę z Gangesu. Hindusi dotykali dłońmi usta,
    czoło. Później –czerwonym proszkiem kumkum dotykał czoła siedzących. Inny
    wsypywał na rozłożone dłonie płatki kwiatów. Na koniec ceremonii, wstaliśmy.
    Hindusi śpiewali, podchodzili do rzeki, nabierali wodę. Wracali zatrzymując się
    na chwilę przy ołtarzyku.

    Niezwykłe. Trudno uwierzyć, że jestem tutaj i dzieje się to naprawdę.

    Na peronie dworca kolejowego w Jaipurze, stałam w pobliżu grupki Włochów.
    Wpatrzone w nas oczy Hindusów. Pociąg spóźnił się godzinę. Wagon A1, miejsce
    43, 2-osobowy przedział, za zasłoną. Jechałam sama. Spoglądałam przez okno na
    pola, mijane miejscowości. W Agrze wsiadło sporo cudzoziemców. Przymocowałam
    bagaż. Udało mi się zasnąć. W nocy zamarzyłam o herbacie wiedząc, że o tej
    porze raczej nikt nie przechodzi wagonami oferując herbatę. Cud się zdarzył.
    Usłyszałam donośne, jakby śpiewające: „Ćaj, ćaj garam!” (Herbata, gorąca
    herbata!). Pyszna herbata z kardamonem w glinianym pojemniczku.

    Zanim przyjechaliśmy do Waranasi, policja turystyczna chodziła po wagonach z
    plikiem kartek. Wpisałam swoje imię i nazwisko, kraj pochodzenia, nazwę miasta
    skąd wyruszyłam w tę podróż i „OK” w rubryce: bagaż (czy nic się po drodze z
    nim nie stało; trasa: Agra – Waranasi słynie z częstych kradzieży bagażu). Za
    oknem – padający deszcz. Pola i pracujący na nich ludzie. Gliniane chatki
    pokryte strzechą. Pomyślałam, że choć ludzie ci żyją w bardzo prostych
    warunkach, bez jakichkolwiek wygód, być może – z naszej, europejskiej
    perspektywy – uznalibyśmy nawet, że w nędzy – mają bardzo wiele: siebie.
    Truizm: bieda łączy ludzi. Tę łączność, bycie razem, pomaganie sobie – wciąż
    widzę. Paradoks ale im człowiek jest bogatszy, tym bardziej odgradza się od
    siebie, tym bardziej czuje pustkę i jest samotny. To choroba bogatych
    społeczeństw.

    Od pierwszego dnia w Indiach – czuję tu tyle życia, energii ludzi. Na przykład,
    teraz. Jest już późno, ciemno. Od Gangesu oddziela mnie wąska uliczka. Rozmowy
    nie ustają, słychać dźwięk dzwoneczków, nawoływań...
    Uwielbiam bliskość rzek, mórz, oceanów. Czuję ich siłę. Sama czuję się
    silniejsza.

    Podróż pociągiem do Waranasi trwała prawie 18 godzin. Wysiadając poczułam
    wilgoć powietrza. Było duszno. Przeszłam wiaduktem nad peronami w kierunku hali
    dworca. Kierowcy autorikszy, pracownicy hoteli. Znają już chyba mentalność
    cudzoziemców. Nie byli nachalni, choć nie odstępowali nas na krok. Weszłam do
    biura rezerwacji biletów kolejowych. Sprzedający zajęty był krzyczeniem na
    dwóch mężczyzn ścierających kurz ze ścian kawałkami szmatek. Wypełniłam druk.
    Nie było już wolnych miejsc na pociągi do New Delhi na najbliższy tydzień.
    Kupiłam bilet do Agry. Pozostanę kilka dni w Waranasi.

    Wyszłam z hali dworca w towarzystwie dwóch kierowców autorikszy. Shiva i Ali.
    Liczyli na to, że pojadę do Sunrise Hotel (za co otrzymaliby sporą prowizję) a
    także, że ustalę z nimi plan wycieczki na następny dzień. Chciałam sprawdzić
    hotele, których nazwy miałam zanotowane. Daleko. Na stacji paliw zatankowaliśmy
    benzynę. Drogo. Przy Sonarpur Rd skręciliśmy w wąską uliczkę. Ali został w
    autorikszy. Mój plecak także. Sahi River View Gues House był pełny. Mimo tego
    postanowiłam znaleźć nocleg przy ghat Assi. Shiva, łagodnie mówiąc, nie był z
    tej decyzji zadowolony. On i jego kolega byli w porządku. Po drodze z dworca,
    widząc moje zmęczenie – zatrzymali się, kupili mi butelkę wody i herbatę z
    kardamonem, nie zadawali pytań.

    Przy uliczce nad samym Gangesem zauważyłam szyld: Chaitany A Guest House.
    Kilka schodków obok sklepu z pamiątkami. Chłopiec siedzący przy drzwiach
    wejściowych wstał, pobiegł do domu wołając tatę. Ten okazał się miłym,
    przyjaznym człowiekiem. Obejrzałam dwa pokoje (więcej chyba nie było),
    wybrałam. Kąpiel. Totalnie zmęczona położyłam się. Zasnęłam po chwili na kilka
    godzin. Obudziła mnie rozmowa w holu. Dziadek uczył czegoś chłopca. Gdy
    wychodziłam – siedzieli obaj na podłodze a wokół rozłożone były zeszyty,
    książki. Powitał mnie Ganges. Nieprawdopodobny spokój miejsca. Z dwoma
    chłopcami w wieku szkolnym rozmawiałam o zdjęciach. Starszy powiedział z dumą w
    głosie, że właśnie jego kuzyn jest w Paryżu skąd przywiezie mu aparat
    fotograficzny i także będzie robił zdjęcia. Tutaj, w Waranasi.

    Na pierwszy posiłek tego dnia poszłam do rekomendowanej w przewodnikach: Haifa
    Restaurant. Restauracja przyhotelowa, bez widoku na rzekę. Przytłaczający
    wystrój. Bogate menu – dania indyjskie i chińskie. Herbata miętowa. Otrzymałam
    szklankę z wrzątkiem, w którym znajdowały się świeże listki mięty. Wokół
    łyżeczki zawinięta była torebka z czarną herbatą Assam. Lassi bananowe z mango.
    Zamówiłam także samosy ale nie miałam apetytu. Poprosiłam kelnera o zapakowanie
    ich. Dałam je później dziewczynce z ghatu Assi.
  • ewapoland1 22.03.07, 12:15
    Waranasi. Od ponad dwóch tysięcy lat to jedno z najstarszych zamieszkanych do
    dziś miast Indii było centrum nauki i cywilizacji. Wykładający tu Mark Twain
    powiedział –„Banares jest starsze niż historia, starsze niż tradycja , starsze
    nawet niż legenda – dwakroć starsze niż wszystkie one razem wzięte”. Pierwsze
    historyczne udokumentowane wzmianki o Waranasi pochodzą z okresu 1400 – 1000 r.
    p.n.e. Dotyczą założenia w dolinie Gangesu osady plemienia Ariów z północnych
    Indii. Przypuszcza się, że wcześniej był tu ośrodek prymitywnego kultu słońca.
    Miejsce to stało się centrum hinduizmu. Okres rozkwitu przypada na VIII w. n.e.
    Ma związek z pojawieniem się Śankaraćarij, reformatora hinduizmu. Ustanowił
    kult Śiwy jako główny w hinduizmie. Od XI w. Waranasi plądrowali muzułmańscy
    najeźdźcy. Ok. 1300 r., po najechaniu pobliskiego Sarnath, splądrowali je
    Afgańczycy. Największych zniszczeń dokonał Aurangzeb, burząc i dewastując
    niemal wszystkie świątynie. Na Starym Mieście, mimo, że niewiele budynków ma
    więcej niż 200 lat, czuje się atmosferę przeszłości.

    Od ghatów przy rzece odchodzą kręte uliczki z wysoką zabudową. Są tak wąskie,
    że mogą się nimi poruszać tylko piesi. Łatwo się zgubić w tych zaułkach.

    Waranasi. Miasto Śiwy. Pielgrzymi zanurzają się w wodach świętej rzeki Ganges,
    zmywają wszelkie grzechy. Niektórzy przybywają tu aby umrzeć i uwolnić się z
    łańcucha wcieleń (doświadczyć mokszy), otwierając sobie tym samym drogę do
    niebios.

    W Vatika Cafe przy Assi Ghat nad samym Gangesem. Wilgotno, duszno. Zamówiłam
    wodę, kawę i wegetariańską pakorę. Rano obudził mnie padający deszcz a także
    kontury małej jaszczurki przyczepionej do szyby drzwi od mojego pokoju.
    Drugą znalazłam na ścianie w łazience. Co z tego, że to pożyteczne zwierzątka
    (zjadają komary), kiedy nie jest się przyzwyczajoną do ich widoku. Zaczęłam się
    pakować nie chcąc dłużej tutaj zostawać. Zapaliłam światło, jaszczurki
    zniknęły. Usiadłam na łóżku. Spokojnie. Podjęłam decyzję – zostaję. To prawie
    jak próba charakteru. W Haifa Restaurant zjadłam śniadanie i wyszłam na
    Sonarpur Rd idąc w kierunku ronda Godaulia. Klepowisko, żadnych chodników. Przy
    ulicy – budynek z otwartymi bramami. Wysypisko śmieci i buszujące po nim:
    krowy, woły, psy.

    Z uliczki obok wyszło sześciu mężczyzn. Na ramionach nieśli bambusowe nosze a
    na nich zwłoki pokryte czerwonym suknem we wzory, przyozdobione jakby
    girlandami choinkowymi. To byli tzw. domowie z kasty niedotykalnych. Szli do
    jednego z ghatów – Harishchandra Ghat, gdzie spopielane są zwłoki.

    Dassaswamedh Ghat Rd poszłam za grupą pielgrzymów z Kalkuty - bosych, skromnie
    ubranych, z małymi tobołkami i pustymi plastikowymi butelkami. Brnęliśmy w
    błocie po kostki idąc między straganami z owocami i warzywami. Dassaswamedh
    Ghat jest niewielki. Przy brzegu zacumowane łodzie. Pielgrzymi schodzili w
    skupieniu po schodach, zanurzali się w Gangesie. Później namydlali ciała,
    włosy, myli zęby. Kobiety wynurzały się z wody ze wzniosłym wyrazem twarzy,
    szczęśliwym spojrzeniem oczu.

    Usiadłam na dole ghatu na drewnianym podeście. Obok mnie – chłopak, z którym
    zaczęłam rozmawiać. Ma dwie prace: w sklepie i na łodzi. –„Jestem szczęśliwy”.
    Po raz kolejny zaskoczona jestem charakterem rozmów ze spotykanymi Hindusami.
    Duchowość, sens życia. Bardzo często pytają mnie o to, czy żyję zgodnie z
    własnymi pragnieniami i możliwościami, czy pomagam innym ect. Nigdy – o to, co
    mam czy co chciałabym mieć w sensie materialnym. Odpowiada mi to i zaspokaja
    potrzebę „prawdziwej” rozmowy. Mam poczucie, że dla wszystkich tutaj jest
    oczywiste, że życie jest krótkie i należy je dobrze przeżyć, m.in. „zbierać”
    dobre uczynki, modlić się do Śiwy, który jest bardzo głęboko w sercach Hindusów.
    Idąc do Dassaswamedh Ghat zanurzyłam się w labirynt bardzo wąskich uliczek,
    mrocznych. Po obu ich stronach stoją bardzo wysokie budynki. Niewiele światła.
    Sklepiki, hotele, szkoły jogi, masażu, astronomii.

    Wszystko zaniedbane, brudne. Wszędobylskie krowy. W wielu miejscach siedzą
    grupki policjantów. Wędrują sadhu i pielgrzymi spowici w pomarańczowe sukna z
    girlandami kwiatów zawieszonych na szyi i lampkami w dłoniach. Mijałam malutkie
    świątynie a także same ołtarzyki we wnękach.

    Doszłam do Manikarnika Ghat, jednego z najstarszych i najświętszych w mieście.
    Stosy drewna, świątynie, w tym poświęcona bogowi Ganeśi.

    Łodzie przycumowane przy brzegu. Nad stopniami – studnia Manikarnika. Według
    legendy, żona Śiwy - bogini Parwati, upuściła tutaj swój kolczyk. By go
    odnaleźć, Śiwa wykopał zagłębienie. Pomiędzy studnią a ghatem leży Charanpaduka
    (Ćaranpaduka), kamienna płyta ze śladami stóp Wisznu. Na tej płycie kremowane
    są zwłoki ważnych osobistości.
    Przy najwyższym stopniu ghatu waży się na ogromnej wadze drewno aby obliczyć
    koszt ceremonii. Rodziny negocjują także cenę oliwy maślanej, którą poleje się
    zwłoki a także cenę ognia, którym podpali się stos. Mało kogo stać na
    uświetnienie ceremonii wedyjskimi pieśniami żałobnymi. Towarzyszył mi zamyślony
    chłopak. Weszliśmy do wysokiego budynku, gdzie z balkonu na piętrze rozciąga
    się widok na ghat, Ganges, okolice. Tutaj gromadzą się mężczyźni pracujący przy
    kremacji.

    Obserwowałam miejsce, gdzie był rozpalony stos, z którego wydobywał się dym.
    Mężczyźni przynosili drewno na mniejsze stosy. Wnieśli ciało w białym suknie.
    Wokół stanęła rodzina zmarłego. Jeśli podczas kremacji nie pęknie czaszka
    zmarłego – prowadzący ceremonię (ktoś z rodziny, zwykle najstarszy syn) musi ją
    rozbić kijem bambusowym. Wtedy też – dusza mieszcząca się w czaszce –
    wydostanie się i uda w dalszą wędrówkę. Musiał tak zrobić Rajiv Gandhi, kiedy
    płonęły zwłoki jego matki, Indiry. Podobnie – Rahul Ghandi, kiedy płonęły
    zwłoki jego ojca, Radjiva.
    Dzieci pluskały się w Gangesie, skakały do wody z podwyższeń. Miały przy tym
    mnóstwo radości.

    Ceremonia pogrzebowa.
    Brakowało mi skupienia, piękna obrzędowości. Czułam się nieswojo. Przed
    spaleniem, zmarłego zanurza się w wodzie Gangesu. Rzeka jest świętością
    złączoną z Śiwą. Nie wszystkich się pali na stosach. Zmarłe kobiety w ciąży,
    dzieci, bramini, ukąszeni przez kobrę, trędowaci topieni są w rzece.
    Wciąż mam przed oczami widok zwłok płonących na stosie i domów niosących na
    bambusowych noszach zmarłego. Także kąpiących się w Gangesie pielgrzymów z
    Kalkuty, ich szczęśliwe twarze i błyszczące, rozświetlone radością oczy.
    Poszłam zobaczyć nepalską świątynię z rzeźbami erotycznymi. Przed wejściem –
    siedział jogin z małym chłopcem, przeglądali grubą księgę, rozmawiali. Mój
    przewodnik usiadł na murku patrząc na Ganges.

    Na skrzyżowaniu Gadaulia wsiadłam do rikszy rowerowej. Po drodze zatrzymał nas
    chłopak, który jak duch ale „zmaterializowany” pojawiał się później w
    miejscach, w których i ja byłam.
  • ewapoland1 22.03.07, 12:17
    Pojechałam zobaczyć świątynię Durgi. Fasada czerwono – orchowa w
    północnoindyjskim stylu nagara. Dach wieży (tzw. sikhara) składa się z wielu
    małych wieżyczek. Świątynię zbudowała w XVIII w. maharania Bengalu. Durgi
    (Niedostępna) to jedno z imion małżonki Śiwy – bogini Parwati. W czasie świąt
    składane są jej ofiary z kóz. Pojechaliśmy dalej – pod nowoczesną, marmurową
    świątynię Tulsi Manas. Zbudowana została w 1964 r. w stylu sikhara. Brama
    wejściowa była zamknięta.

    Stamtąd już niedaleko było do Benares Hindu University. Okazała brama wejściowa
    pilnowana przez policję.

    Aleje otoczone zielenią, po których jeżdżą motory, riksze. Budynki różnych
    wydziałów. Uniwersytet założył w 1917 r. Pandit Malawija - działacz narodowy,
    jako centrum studiów nad sanskrytem, indyjską sztuką, kulturą, muzyką i
    filozofią. Pojechaliśmy do Nowej Świątyni Wiśwanathy. Zbudowali ją Birlowie,
    rodzina bogatych przemysłowców. Otwarta dla wszystkich, bez względu na
    przynależność kastową czy religijną. Poprosiłam mężczyzny, który przywiózł mnie
    tutaj rikszą aby zaczekał. Zostawiłam sandały przy bramie. Zadbane otoczenie.
    Wewnątrz - ołtarzyki z wizerunkami Parwati przystrojonej w girlandy czerwonych
    kwiatów i Ganeśi. W centralnym punkcie „rzeźba” uosabiająca Wisznu. Hindusi
    kładli na niej kwiaty. Z pojemnika zawieszonego do sufitu spływała woda.
    Rzucali pieniążki.

    Zjawił się chłopak z Sonarpur Rd, wspólnie zwiedzaliśmy świątynię. Studiuje
    anglistykę na tutejszym uniwersytecie. –„Będę się modlił za Ciebie do Wisznu” –
    powiedział, gdy rozstawaliśmy się przy bramie wyjściowej. Wróciłam do „swojego”
    ghatu.

    Następnego dnia
    Piękny, słoneczny poranek. Spałam dobrze, mocno. Jaszczurki się nie pojawiły.
    Ganges przesunął się z ghatu, gdzie teraz zalega muł. Dzieci pluskają w rzece.
    Pracownicy Vatika Cafe jakby przed chwilą się obudzili. Obsługiwał mnie Hindus
    w pidżamie. Słychać muzykę i śpiewy hinduskie. Ktoś zamiata, ktoś inny
    rozłupuje kamienie.

    Wieczorem...
    Wspaniale przeżyty dzień. Spacerowałam wąskimi uliczkami w pobliżu ghatów,
    odwiedzając niektóre z nich - w większości spokojne, bez pielgrzymów czy
    mieszkańców ale za to z wołami czy joginami medytującymi. Spokojny szmer
    płynącej rzeki. Gdzieniegdzie łodzie. Dzieci towarzyszyły mi przez większość
    czasu. Dziewczynka i chłopiec. Rodzeństwo. Złapały mnie za dłonie śmiejąc się.
    Doszliśmy do Sonarpur Rd, gdzie kupiłam im banany. Chłopczyk ściskał reklamówkę
    w malutkiej dłoni.

    Im bliżej ghatu z różowymi świątyniami, tym więcej sklepików, cudzoziemców,
    hotelików, szkół masażu, jogi. Znalazłam sklep muzyczny. Sprzedawca miał dwie z
    wypisanych przeze mnie, jeszcze w Delhi – płyt CD. Po kwadransie miałam już
    wszystkie. Telefon. Przyniósł je chłopak. W między czasie piłam herbatę i
    słuchałam fragmentów Sharkti z John Mc Laughlin „Natural Elements” i
    Aarzoo „Nirvana on a six–string”.

    Krowy, świątynie, ścisk. Mijałam sadhu, pielgrzymów, mieszkańców okolicy.
    Ze skrzyżowania Gaudalia pojechałam rikszą rowerową do Assi Ghat w towarzystwie
    Simone i jej synka. Dziewczyna jest Niemką, z Berlina. Od 7 lat mieszka w
    Waranasi, gdzie wyszła za mąż, urodziła syna i pracuje jako nauczycielka j.
    angielskiego i muzyki. –„Chcę wrócić do Niemiec. Jestem już zmęczona. Niełatwo
    jest tutaj żyć, zwłaszcza w Waranasi” – usłyszałam. Z synkiem rozmawiała w
    hindi. Pożegnałyśmy się serdecznie. Wróciłam do ghatu na wieczorną ceremonię
    kupując po drodze dwie butelki schłodzonej wody.
  • ewapoland1 22.03.07, 12:21
    Peron 9, Marudhar Exp. Ten sam, którym podróżowałam z Jaipuru do Waranasi. Po
    pół godzinie od odjazdu przyszedł mężczyzna z obsługi mówiąc, że powinnam się
    przenieść do wagonu obok. Przedział w III klasie różni się tym w klasie II, że
    ma więcej, bo sześć miejsc sypialnych, nie licząc dwóch przy przejściu. Nie ma
    zasłon. Poznałam dziewczynę i chłopaka z Seulu. Nad nimi miejsce miał Włoch.
    Jechał do Jaipuru a stamtąd do Jaisalmeru by później, już w większej grupie
    step by step poznawać miasta i miasteczka w drodze powrotnej do Delhi.
    Przysiadł się do niego wesoły, młody Hindus. Wraz z kolegą sprzedawał w pociągu
    wodę butelkowaną. Koreańczycy zjedli kotleciki warzywne i ułożyli się do snu.
    Pociąg miał 3- godzinne opóźnienie. Do Agra Fort przyjechaliśmy po prawie 17
    godzinach podróży.

    Na którejś stacji wsiadła grupa mężczyzn, mieli miejsca obok nas. Jechali do
    Jaipuru. Najpierw wszyscy przebrali się, w spodenki do kolan i T-shirty później
    kolejno, jeden za drugim szli do łazienki umyć zęby, odświeżyć się. Dwaj z nich
    usiedli „po turecku” naprzeciwko siebie. Z toreb wyciągnęli pudełka a z nich
    opakowane w srebrną folię jedzenie. Ćiapati, sosy, marynowane jarzyny ze
    słoika. Nie spieszyli się, smakowali każdy kęs. Jedli prawą ręką. Rozmawiali.
    Nie znali j. angielskiego. Ich walizki złączone łańcuchem ustawili obok
    mojego „łóżka”. Nie musiałam nawet przytwierdzać swojego plecaka. Nie byłoby
    możliwe nawet go wyciągnąć. Poprosiłam tylko o „danie mi miejsca” rano, kiedy
    będę wysiadała. Poranny rytuał powtórzył się. Przebrali się, umyli, uczesali,
    zasiedli do wspólnego śniadania, które niewiele różniło się od kolacji.
    Przejeżdżając przez most nad Jamuną – widok kobiet rozkładających kolorowe
    tkaniny nad brzegiem a w oddali widok Taj Mahal.

    Po przyjeździe do Agry – innych otoczyła już rzesza właścicieli autoriksz,
    riksz rowerowych, pracowników hoteli. Poszłam do budynku obok, gdzie kupiłam
    bilet na wieczorny pociąg Taj Express do Delhi, którym miałam pojechać kilka
    dni później. Odjazd z innej stacji kolejowej: Agra Cantonment. Przed północą
    mam być w Delhi. Mam nadzieję, że pociąg nie spóźni się na tyle, że nie zdążę
    na samolot do Moskwy.

    Znalazłam pokój w Turist Rest House przy Kutchery Rd.
  • ewapoland1 22.03.07, 12:24
    Agra liczy około 1,3 mln mieszkańców. W XVI w. (1526 r.) Babur, władca z
    dynastii Wielkich Mogołów ustanowił tu stolicę Państwa. W następnych stuleciach
    każdy władca próbował postawić budowlę przyćmiewającą dokonania poprzedników.
    Przypuszcza się, że Agra powstała na miejscu starożytnego hinduskiego
    królestwa. Około 1022 w. została zniszczona przez afgańskiego króla Mahmuda z
    Ghazni. W 1501 r. Sikander Lodi ustanowił tutaj stolicę swojego państwa. Po
    pokonaniu przez Babura – ostatniego sułtana Lodi w bitwie nad Panipatem (1526
    r.) – miasto zostało wtedy stolicą Mogołów.

    Okres największej świetności trwał od połowy XVI w. do połowy XVII w. za
    panowania Akbara, Dżahangira i Szacha Dżahana. W tym czasie wzniesiono fort,
    Taj Mahal i grobowce. W 1638 r. szach Dżahan rozpoczął budowę Delhi. 10 lat
    później jego syn Aurangzeb przeniósł tam stolicę. W 1761 r. Dźatowie zrujnowali
    wiele budowli i ograbili Taj Mahal. W 1770 r. zajęli ją Marathowie a w 1803 r.
    władzę przejęli Brytyjczycy.

    Zeszłam do restauracji w patio hotelowym. Pyszna kofta wegetariańska w sosie
    warzywnym, do tego ćiapati. Przy stolikach – Włosi, Francuzi, Hiszpanie.

    Do Taj Mahal pojechałam wieczorem.
    Ze względu na święto – tego dnia i następnego – wstęp był bezpłatny. Jeden z
    mężczyzn z hotelu trzymał już w ręce kluczyki do klimatyzowanego samochodów.
    Podziękowałam. Obsługa hotelowa nie była zadowolona. Wsiadłam do rikszy
    rowerowej. Pojechaliśmy najpierw do State Bank of India. Duża, mroczna hala.
    Niewielu klientów. Strażnik wskazał mi pokoik, gdzie miałam wymienić USD na
    rupie. Dwóch mężczyzn przy biurkach, mnóstwo papierów, wiatrak. Duszno. Na
    tablicy z kursami walut widniała data z połowy czerwca. Kurs korzystniejszy niż
    w Thomas Cook w Jaipurze.

    Przy tym, w banku nikt nie pobrał ode mnie prowizji. Za to wypełnianie
    rozmaitych druków zajęło mi godzinę: imię i nazwisko, stały adres zamieszkania,
    data i miejsce urodzenia, nt paszportu, data i miejsce jego wydania, lokalny
    adres (wpisałam nazwę hotelu), nr i symbol 100 USD banknotu, który wymieniałam.
    Podpisałam się w kilku miejscach a podpis musiał być taki sam jak ten, w
    paszporcie. Jeden z mężczyzn wziął paszport, pieniądze i te druki, na podstawie
    których przepisywał dane do komputera. –„Mają panowie chyba dużo pracy, tak
    dużo dokumentów wokół” – powiedziałam rozglądając się wokół a oni roześmieli
    się głośno. Papiery i kalki fruwały (od wiatraków). Drugi z mężczyzn próbował
    opanować chaos i zadawał mi mnóstwo pytań, łącznie z tym, jak wygląda ślub w
    kościele katolickim. On sam był żonaty.

    Ma syna pracującego w Pizza Hut w Agrze. –„Małżeństwa u nas zawierane są
    najczęściej w wieku 20 – 22 lat. Tak, rodzina dziewczyny „płaci za męża” ale
    tylko w początkowym okresie. Uważam to za jak najbardziej właściwe” –
    powiedział.
    Metalowym numerkiem podeszłam w końcu do kasy. Kierowca rikszy drzemał wokół
    straganów z bananami.

    Jadąc do Taj Mahal miałam poczucie jakbyśmy przejeżdżali przez wieś. Zielono,
    spokojnie. Asfaltowe, szerokie ulice. Mały ruch. Siedziałam w zadaszonej rikszy
    mimo to, mijani ludzie dostrzegli mnie reagując entuzjastycznie machając
    rękami, uśmiechając się. Czują taką ciekawość jak ja patrząc na Hindusów. Ileż
    zrobiłam im zdjęć zachwycając się pięknymi strojami i ozdobami, promieniującymi
    uśmiechami i błyszczącymi czarnymi oczami...

    Z mężczyzną od rikszy rozstałam się przy bramie parkowej na trzy godziny. Około
    10 – minutowy spacer alejką gdzie spotkałam trędowatych mężczyzn. Szokujące.
    Widziałam tylko ich uśmiechnięte twarze. Ciała zniekształcone, trudno było
    dopatrzyć się tułowia czy kończyn.

    Małpy biegały w pobliżu. Handlarze oferowali figurki Taj Mahal, naszyjniki,
    bransoletki, pocztówki i podkoszulki. Byli nachalni. Przy pierwszej bramie –
    dwie długie kolejki: jedna dla kobiet, druga dla mężczyzn. Hinduski starały się
    wejść do kolejki w dowolnym miejscu ale wystarczy wskazać im koniec a śmiały
    się i wracały zająć swoje miejsce. Przy bramce – kobieta przejechała detektorem
    po moim ciele, przejrzała torebkę. Wyjęła telefon komórkowy prosząc abym
    zostawiła go w skrytce. Wróciłam. Dwóch mężczyzn, stolik a na nim rozłożona
    gazeta hinduska. Na półkach i na ziemi setki telefonów opisanych kredą. Nie
    musiałam ponownie ustawiać się w kolejce. Weszłam na alejkę otoczoną budynkami
    z czerwonego piaskowca.

    Taj Mahal to perła architektoniczna. Jedna z najpiękniejszych budowli, jakie
    dotychczas widziałam. Niebo było zachmurzone. W świetle zachodzącego słońca
    ponoć „białe marmury najpierw przybierają złotawy odcień, potem, wraz ze
    zmieniającym się światłem, powoli stają się różowe aż w końcu sprawiają
    wrażenie czerwonych”.

    Po przejściu przez główną bramę zatrzymałam się na dłuższą chwilę zupełnie
    oszołomiona widokiem jaki miałam przed sobą. Poczułam się jakby przeniesiona w
    inną rzeczywistość. Taj Mahal stoi na marmurowej platformie. W każdym z jego
    narożników wzniesiono ozdobne białe minarety. Harmonia i lekkość budowli.

    Mauzoleum Taj Mahal zbudował Szach Dżahan dla Mumtaz Mahal, swojej drugiej
    żony, która zmarła w 1631 r. podczas porodu. Cesarz był zrozpaczony. Grobowiec
    wznoszono przez 22 lata (1631 – 1653) a przy budowie pracowało 20 tys. osób z
    Indii i Azji Środkowej. „Po ukończeniu pracy obcięto im dłonie lub kciuki, by
    nie mogli stworzyć dzieła, który dorównywałyby mauzoleum”. Isa Khan (z
    perskiego Szirazu) był głównym architektem. Sprowadzono też specjalistów z
    Europy, by wykonali marmurową powłokę i wewnętrzne mozaikowe inkrustacje, zwane
    pietra dura z tysięcy kamieni półszlachetnych.

    Ogrody zaplanowano w klasycznym stylu mogolskich ćarbahg. Czteroczęściowe
    trawniki na których siedziały teraz rodziny i grupy przyjaciół, przedzielają
    sadzawki z ozdobnymi marmurowymi postumentami w środku.

    Podeszłam pod centralna bryłę budowli. Rozgrzana marmurowa posadzka paliła mnie
    w stopy. Mauzoleum jest z białego/ perłowego marmuru pokrytego płaskorzeźbami
    kwiatowymi i inkrustacjami z kamieni półszlachetnych układających się we wzory.
    Sklepione, rozległe łuki pokrywają arabeskowe florenckie mozaiki i inskrypcje
    koraniczne.

    Roześmiane dzieci, które podbiegały do cudzoziemców zrobić im zdjęcia odpędzali
    strażnicy. Weszłam do środka. Groby Mumtaz i jej męża, szacha Dżahana
    znajdują się w zamkniętej krypcie nad główną komnatą. Imitacja grobu, otoczona
    ażurowymi ścianami, inkrustowanymi 43 rodzajami różnych kamieni
    półszlachetnych – znajduje się pod centralną kopułą w Cenotaph of Mumaz Mahal.
    Wyjście prowadzi na dziedziniec, skąd roztacza się widok na spokojnie płynącą
    rzekę Jamunę. W oddali: mury fortu.

    O kontemplacji można zapomnieć, zbyt wielu zwiedzających. Usiadłam na ławce
    pomiędzy sadzawkami mając przed sobą mauzoleum. Po prostu patrzyłam chłonąc
    atmosferę tego niezwykłego miejsca.

    Informacja z przewodnika. Ciekawy jest sposób, w jaki indyjscy konserwatorzy
    usuwają z marmurów Taj Mahal zabrudzenia spowodowane przez zanieczyszczenie
    powietrza. Na mury nakładają „maseczkę” przygotowaną z mikstury „multani mitt” –
    sproszkowanej gliny, ziaren zbóż, mleka i soku z limony. Po 24 godzinach
    zmywają ją ciepłą wodą usuwając jednocześnie zabrudzenia z wierzchniej warstwy
    marmuru. Przepis ten odnaleziono w XVI w. mogolskim manuskrypcie. Metoda ta
    okazała się skuteczna na tyle, że „rozważa się jej zastosowanie do renowacji
    zabytków na całym świecie”.

    Wracając alejką parkową spotkałam kondukt żałobny. Hindusi wstawali z ławek,
    składali dłonie, pochylali głowy.

    Rikszą wróciłam do hotelu. W restauracji – Japończyk jadł zupę. Niemiec czytał
    gazetę. Położyłam się na łóżku zmęczona upałem.

    Następnego dni
  • ewapoland1 22.03.07, 12:25
    Na Terminalu 2 Indira Gandhi International Airport – nieprawdopodobna ilość
    podróżujących, ich rodzin, przyjaciół, znajomych. Na halę odlotów mogą wejść
    tylko pasażerowie po okazaniu paszportu i biletu. Następnie odprawa bagażowa.
    Przebrałam się. Odprawa paszportowa.

    Z Delhi wylecieliśmy z opóźnieniem. Siedziałam obok Aruna. Rozmawialiśmy,
    żartowaliśmy, słuchaliśmy muzyki. W Moskwie, na lotnisku Sheremtyevo
    pożegnałam się z nim przy International Transfer. Poszedł. Po południu miał
    przelot do Sankt Petersburga gdzie od 1 października rozpoczyna studia
    medyczne. Po trzech latach chce przenieść się do Londynu, gdzie mieszka już
    jego siostra, lekarka. Pełen entuzjazmu.

    Spokojna atmosfera na lotnisku. Wobec przeżyć w ostatnich tygodniach to spora
    odmiana. Klimatyzacja a na zewnątrz – chłodno. Zachmurzone niebo. Lecę do
    Warszawy.

    Mam w sobie coś, czego nie umiem nazwać. Indie to była MOJA PODRÓŻ.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Booking.com
Nakarm Pajacyka