Teraz i ja się pożalę...
Autor: Gość: mila(lee)
IP: *.euro-net.pl
15.02.12, 16:47
Jestem studentką ostatniego roku farmacji - półroczną praktykę kończę 31 marca. Kiedy wybierałam się na te studia w 2006 roku perspektywy były naprawdę niezłe. Nie poszłam na farmację w ciemno - przed wyborem kierunku przeglądałam oferty pracy, artykuły o świetlanej przyszłości branży, widziałam sporo ofert w firmach farmaceutycznych i w badaniach klinicznych, nie mówiąc już o stale rosnącej liczbie miejsc pracy w aptekach która praktycznie przewyższała podaż farmaceutów.
A teraz? Nowa ustawa doprowadzi do bankructwa jakieś 1500 aptek.Już teraz ciężko znaleźć jakąś dobrą ofertę - dobrzy pracodawcy wstrzymują się z zatrudnieniem, ogłaszają się tylko ci u których warunki pracy są tak fatalne że na stanowisku jest ciągła rotacja. Większość ofert pochodzi z pomorskiego i zachodniopomorskiego, a to dla mnie drugi koniec Polski - jeśli będę chciała znaleźć jakąkolwiek pracę po studiach, to zostanę bez rodziny, mieszkania, przyjaciół, bez niczego. W firmach farmaceutycznych na każde stanowisko (CRA, CTA etc.) wymagają dwuletniego doświadczenia. Jedyne oferty jakie można znaleźć to przedstawiciel handlowy, a i w tej branży zarobki znacząco spadły, a poza tym farmaceutów biorą niechętnie - ponoć są "zbyt etyczni", ciężko im wciskać gów**.
O ustawie refundacyjnej zaczęło się mówić kiedy byłam na czwartym roku, więc zdecydowałam że muszę mieć jakiś plan B. Zaczęłam intensywnie uczyć się angielskiego zawodowego, bo od czasu przystąpienia Polski do UE było bardzo dużo ofert pracy zagranicą. Pracodawcy opłacali wszystko, od egzaminu językowego po zakwaterowanie na pierwszy miesiąc. Jednak jakiś rok temu i eldorado w UK się skończyło - teraz przyjmują tylko pracowników z "UK experience", więc nawet jeśli sam wszystko poopłacasz i pozałatwiasz to prawdopodobnie i tak nie znajdziesz pracy bo nikt nie zaoferuje ci trainingu (realne problemy moich znajomych datowane na styczeń-luty 2012). Jest kilka ofert pracy w Niemczech, ale niemiecki niestety znam słabo (nie uczyłam się go w szkole, od paru miesięcy wkuwam samodzielnie w domu). Dojście do poziomu B2 zajęłoby mi ze 2-3 lata zakładając intensywną naukę, a nie mam żadnej gwarancji że nie powtórzy się sytuacja z UK.
Czuję się przegrana i oszukana przez polski rząd i prognozy "fachowców". Czuję że jestem naprawdę straconym pokoleniem. Nawet jeśli za kilka lat koniunktura się odwróci, skorzystają z tego następne roczniki, a ja już zawsze będę przegrana.
Także nie mówcie, że bezrobotni sami sobie winni bo wybierali kierunki studiów po których byli skazani na bezrobocie. Ja zewsząd słyszałam pochwały dotyczące mojego pragmatyzmu, a teraz zostałam z ręką w nocniku jak ci wszyscy absolwenci socjologii i politologii z których się śmiejecie. W sumie to mam nawet gorzej. Oni mieli jakieś życie studenckie. Ja pięć lat rycia w książkach. A rezultat taki sam...