Forum Praca Praca
ZMIEŃ
    Dodaj do ulubionych

    Szkolenia językowe w firmach - dobra inwestycja...

    IP: *.chello.pl 24.06.08, 12:42
    Problemem sa jezykowo oporni managerowie. W Generali usunieto swietnego native
    speaker'a, bo pokazal bledy w pracy domowej Marka Elznerowicza. Stracila
    reszta kursantow, bo nastepny teacher byl przesympatyczny, ale szybko dalo sie
    zauwazyc, ze nie jest w stanie czegokolwiek nas nauczyc - frekwencja niemal
    stuprocentowa siadla do zera. Managerowie dostali prywatne lekcje, aby nie
    kompromitowac sie przed podwladnymi. Tyle polityki, a to tylko angielski...
    Edytor zaawansowany
    • Gość: lektorka IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.06.08, 11:14
      Wiele firm wykupujących takie szkolenia niestety nie zdaje sobie sprawy z tego jak wygląda rekrutacja lektorów w szkołach obsługujących klientów korporacyjnych. Żeby zdobyć klientów, szkoły obniżają ceny do minimum przez co zmuszeni są oszczędzać na lektorach - przyjmują studentów, początkuących lektorów bez doświadczenia. Płacą najniższą stawkę i biorą w zasadzie każdego, kto się zgłosi i zgodzi za takie grosze pracować. Nie twierdzę, że każdy początkujący lektor jest do niczego, często mają więcej zapału i chęci niż "starzy wyjadacze" ale fakt, ze szkoły często nawet nie sprawdzają kwalifikacji kandydatów ani nie zapewniają im odpowiedniego nadzoru metodycznego jest porażający.
      Mówię to z własnego doświadczenia, sama podczas studiów pracowałam w 2 takich szkołach - nikt nawet mnie nie zapytał czy naprawde mam indeks, uwierzyli na słowo!!! a metodyka na oczy nie widziałam przez kilka lat mojej pracy!!!
    • Gość: wp IP: *.rc.kyushu-u.ac.jp 30.06.08, 13:55
      Gość portalu: lektorka napisał(a):

      > Wiele firm wykupujących takie szkolenia niestety nie zdaje sobie
      sprawy z tego
      > jak wygląda rekrutacja lektorów w szkołach obsługujących klientów
      korporacyjnyc
      > h. Żeby zdobyć klientów, szkoły obniżają ceny do minimum przez co
      zmuszeni są o
      > szczędzać na lektorach - przyjmują studentów, początkuących
      lektorów bez doświa
      > dczenia. Płacą najniższą stawkę i biorą w zasadzie każdego, kto
      się zgłosi i zg
      > odzi za takie grosze pracować.
      > ze szkoły często nawet nie sprawdzają kwalifikacji kandydatów ani
      nie zapewniaj
      > ą im odpowiedniego nadzoru metodycznego jest porażający.

      > Mówię to z własnego doświadczenia, sama podczas studiów pracowałam
      w 2 takich s
      > zkołach - nikt nawet mnie nie zapytał czy naprawde mam indeks,
      uwierzyli na sło
      > wo!!! a metodyka na oczy nie widziałam przez kilka lat mojej
      pracy!!!

      Kwalifikacje kwalifikacjami, kasa kasą, ale jest jeszcze jedna
      kwestia - modelu zatrudnienia.
      Nie oszukujmy się, od studenta czy nawet absolwenta
      filologii/lingwistyki zatrudnionego niczym robotnik majowy na umowę
      o dzieło czy zlecenie raczej nie ma co oczekiwać, że da z siebie
      tyle, ile lektor zatrudniony na etacie albo prowadzący własną
      działalność gospodarczą.
      Oczywiście stawka wynagrodzenia ma ogromne znaczenie i warto
      wiedzieć, że dobry lektor będzie się szanował i nie pójdzie uczyć za
      pieniądze, które starczą jedynie na skromne życie, zwłaszcza że
      sąsiednia branża tłumaczeniowa kusi zarobkami (oczywiście tu też
      zdarzają się patologie). I nie wyjeżdżajcie mi tu, proszę, z pracą w
      imię wyższych celów, dla idei itp.
      Granice stoją otworem i wielu językowców zweryfikowało już swoje
      poczucie misji i powołanie...
    • Gość: ucze i tlumacze IP: *.chello.pl 06.07.08, 22:26
      > Oczywiście stawka wynagrodzenia ma ogromne znaczenie i warto
      > wiedzieć, że dobry lektor będzie się szanował i nie pójdzie uczyć
      > pieniądze, które starczą jedynie na skromne życie,

      dokladnie tak. Poza tym rekrutacje w szkolkach jezykowych wolaja o pomste do
      nieba... prawdziwych szkół językowych jest doslownie KILKA (i nie w kazdym
      miescie sie taka znajdzie)

      > zwłaszcza że
      > sąsiednia branża tłumaczeniowa kusi zarobkami (oczywiście tu też
      > zdarzają się patologie).

      tlumaczenia to inna bajka - wymaga dodatkowego przygotowania. Sama znajomosc
      jezyka ojczystego i docelowego nie wystarczy wiec nie mylmy pojec ;)

    • Gość: inna lektorka IP: *.aster.pl 03.07.08, 10:55
      w ogóle ludzie wykupujący jakiekolwiek zajęcia z angielskiego w
      jakiejkolwiek szkole nie zdają sobie sprawy z tego, jak wygląda
      rekrutacja lektorów. Bo wygląda wszędzie tak samo. Niezależnie od
      tego, czy masz uczyć panów prezesów, czy dzieciaki z podstawówki.
    • billy.the.kid 06.07.08, 08:48
      tak jakoś msmiesznie biorąc na zdrowy chłopski rozum- SKąD SIę BIORą DYREKTORY,
      MANAGERY I INNE BYDłO- NIE POSIADAJąCE JEZYKA OBCEGO.??
    • Gość: kk IP: *.chello.pl 06.07.08, 09:35
      o kurczę, a to język można posiadać?? niektórzy to nie posiadają
      nawet ojczystego

      w naszej firmie wszyscy znają agielski w zasadzie dobrze, więc
      zajęcia mamy tylko z native speakerem, żeby ćwiczyć i nie cofać się
      w rozwoju. Przez pierwsze półtora roku przewinęło się chyba z ośmiu
      lektorów. Brytyjczyk-faszysta, który kilka razy w ciągu jednej
      lekcji wstawiał jakieś głodne anstysemickie kawałki i gdzie się
      dało, agitował (podziękowaliśmy, szkoła językowa też mu
      podziękowała). Słodka i niezwykle sumiennie przygotowana do lekcji
      Japonka urodzona w USA, której wiecznie nie było, bo jej delikatny
      żołądek nie wytrzymywał potraw warzonych przez polską teściową. Rudy
      Szkot, równy chłop, do bitki i do wypitki - tak wpisany w stereotyp
      Szkota, jak tylko się da (temu nie my podziękowaliśmy, ale pojechał
      niestety dalej). Kanadyjczyk, który spędzał wakacje budując studnie
      w Afryce w organizacji charytatywnej (też pojechał dalej).
      Amerykanka wyglądająca jak chłop, czyniąca awanse najzgrabniejszej
      blondynce w naszej firmie - przychodziła zawsze bez jednej kserówki
      i pomysłu na lekcje, siadała i rzucała: "to o czym będziemy
      rozmawiać dzisiaj?" (podziękowaliśmy). Bardzo czarna i bardzo
      ambitna kobieta z Londynu, z pochodzenia bodaj Malijka, która nas
      przeceniła i przynosiła niezwykle ambitne teksty (to tak jak by
      uczyć polskiego na niegdysiejszym dodatku "Europa" do "Faktu") -
      rozczarowała się nami i poszła sobie. Jakiś Angol, który tak
      strasznie się męczył na tych lekcjach, na jego twarzy widać było
      stale ból pomieszany z pogardą - wzajemny kontakt był nie do
      zniesienia, więc podziękowaliśmy. Wreszcie radosny, pełen entuzjazmu
      Irlandczyk, któremu (prawie) zawsze się chce i który przychodzi do
      nas od jakichś dwóch lat, więc stał się już po prostu naszym kolegą
      z pracy.
      Z tych wszystkich osób TYLKO JEDNA - Kanadyjczyk - myślała o
      nauczaniu języka angielskiego obcokrajowców jako o swoim zawodzie
      przed wyjazdem, odbył studia w tym kierunku jeszcze w Kanadzie. Cała
      reszta to byli ekspaci, którzy musieli znaleźć sobie jakieś zajęcie,
      gdy los ich przywiał do Polski - a więc byli to lektorzy
      przypadkowi, czyli nic dziwnego, że wychodziło im lepiej lub gorzej.
      Faktem jest, że nikomu z nich nie udało się zmusić nas do odrabiania
      pracy domowej (poza Malijką, której się baliśmy, ale która
      szczęściem krótko była) i prędzej czy później w tej materii
      kapitulowali. Ale też to trochę inny etap nauki niż odrabianie
      ćwiczeń...
    • billy.the.kid 06.07.08, 10:39
      Tzw.nowa inteligencja/w pierwszym pokoleniu/ nie wie ze jezyk obcy mozna
      POSIADAC. Wiedza o jezyku polskim przychodzi w 3-4 pokoleniu.
    • Gość: drahe IP: *.pool.mediaWays.net 06.07.08, 10:49
      Zgadzam sie z przedmowca. Odsylam do piosenki W.
      Mlynarskiego: "Niedziela na Orly" (nie wiem, czy dobrze napisalam
      nazwe lotniska, ale "nie posiadam" francuskiego...
    • Gość: kk IP: *.chello.pl 07.07.08, 07:34
      u młynarskiego niedziela była na głównym. na orly był(a) dimanche
      (również nie posiadam tego języka, więc nie wiem, był czy była), a
      śpiewał o tym gilbert becaud
      okazuje się, że internet posiada tekst tej piosenki :)
    • myenglish 07.07.08, 13:50
      Gość portalu: kk napisał(a):

      > Faktem jest, że nikomu z nich nie udało się zmusić nas do
      odrabiania
      > pracy domowej (poza Malijką, której się baliśmy, ale która
      > szczęściem krótko była) i prędzej czy później w tej materii
      > kapitulowali. Ale też to trochę inny etap nauki niż odrabianie
      > ćwiczeń...

      A to was lektor miał do tego zmuszać? Czy w tej firmie pracują
      nastolatki z gimnazjum, których własnie trzeba zmuszać do odrabiania
      zadań domowych bo nie wiedzą jeszcze po co to jest?

    • Gość: lektor IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.07.08, 10:48
      Stąd wielu panów już na wstępnie zaznacza, że chce, żeby lektorka
      była przede wszystkim młodą, atrakcyjną kobietą, a reszta w świetle
      tego wymogu schodzi na plan dalszy.

      Artukuł jest kwintesencją polskiego prostactwa, rubaszności i
      najwyraźniej owocem niespełnienia seksualngo autora. Może
      sam "chodził" na angielski żeby pooglądać spudniczki ....
      Z każedej dziedziny życia i pracy można zrobić burdelo-casting ,
      można chodzić do dentystki z dużymi dekoltem, przyjmować do pracy
      tylko umięśnionych dziennikarzy i cycate panny z dużym tyłkiem,
      można mieć jurnego nauczyciela tenisa....
      Problem w tym, że to wszystko nie ma nic wspólnego z
      profesjonalizmem i należy odróżnić profesjonalną naukę czegokolwiek
      od polskiej rubaszności i erotycznych fantazji spoconych,
      zakompleksionych "prezesów" którzy każdą młodą kobietę traktują jak
      hostesę....
      Mierny artykuł napisany przez prostackiego dziennikarza z wielkimi,
      niespełnionymi ambicjami seksualnymi...


      lektor - profesjonalista
    • billy.the.kid 06.07.08, 10:53
      pioosenka to NIEDZIELA NA GłóWNYM. tamten człenio wszedł w inteligencję
      w latach 90-ych więc może nie wiedziec.
    • mikronezja 06.07.08, 16:00
      "Dimanche à Orly" (Niedziela na (lotnisku) Orly) autorstwa Gilberta
      Bécaud z 1963 roku ...

    • Gość: eks-lektorka IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.07.08, 12:15
      Radziłabym przeczytać ponownie, dla odmiany ze zrozumieniem. Autor zjawisko -
      skądinąd znane mi z autopsji - po prostu przedstawia. Czy naprawdę należało użyć
      w tekście wielkich liter (metafora taka, żeby je napiętnować)? Starzec figlarny,
      gruby a sprośny to niestety typ dość mocno w polskiej rzeczywistości zakorzeniony.
    • Gość: gość IP: *.b-ras1.blp.dublin.eircom.net 06.07.08, 12:31
      ..że uczestnikom szkolenia przeszkadzał spóźnialski, brudas czy
      śmierdziel..Krzyżem powinni leżeć z wdzięczności, że firma w nich "inwestuje",
      a lektor, który przecież posiadł język obcy (cóż za boska wiedza!), w ogóle
      zgodził się z nimi rozmawiać...
    • 4gr 06.07.08, 14:13
      Ach, ten europejski blichtr polskich menadzerow! Po co firma ma
      wydawac pieniadze??? Zwolnic ich na rok, zeby pojechali sami do
      Londynu, a tam korepetycje maja na kazdym rogu ulicy czy lawce w
      parku. Niestety, te polskie firmy maja ladne loga, no i te
      garniturki, ale nieuctwo daje o sobie znac, nie tylko z
      angielskiego. Za to pensje menadzerow szybko ida w gore, choc
      podwladni czeto lepiej mowia w jezykach innych niz polski.
    • Gość: mm IP: 85.222.86.* 06.07.08, 14:15
      nie tylko polskie firmy placa za szkolenia jezykowe...
    • Gość: Mir IP: *.knc.pl 06.07.08, 14:33
      ???? Co to za "bank" pożal się Boże, co zatrudnia takiego ćwoka.
      Skoro facet ma 30-parę lat, to znaczy, że studia kończył w połowie
      lat 90-tych, więc CO NAJMNIEJ NA STUDIACH, powinien był mieć
      angielski. A jeżeli rodzice nie zadbali o to, żeby synuś liznął
      trochę obcego językaa, to znaczy, że albo to był partyjny beton
      zbrojony albo kompletne prymitywy, albo synuś to głąb, jakich mało.
      No ale znajomości pewnie były i teraz latorośl jest "menedżerem".
      Ciekawe czy z finansów io bankowości też bieże przyspieszone kursy.
    • 4gr 06.07.08, 14:49
      Gdy zalatwialem bankowy kredyt, zdarzalo sie, ze specjalisci paru
      bankow nie byli w stanie: 1/pisac na komputerze, tzn. szlo im to z
      mozolem, za kazdym razem prosili zebym zadzwonil 2/ popelniali bledy
      w gramatyce polskiej (nie pisze o ortografii, bo to sie moze
      zdarzyc). W jednym z powaznych bankow o zachodniej nazwie i logo w
      centrum W-wy, po miesiacu trwania procedury badania moje zdolnosci,
      okazalo sie na samym koncu, ze, ani specjalista do kredytow, ani
      analityk, nie byli w stanie przeczytac dokumentow po angielsku. Po
      rpstu celowo odwlekali sprawe w nieskonczonosc. W dodatku cienia
      wstydu. Obarczali wina mnie, bo mialem 'niestandardowe' dokumenty.
      Oni wszyscy znaja angielski do czasu gdy nie ma konkretnej rzeczy do
      zalatwienia.


      Gość portalu: Mir napisał(a):

      > ???? Co to za "bank" pożal się Boże, co zatrudnia takiego ćwoka.
      > Skoro facet ma 30-parę lat, to znaczy, że studia kończył w połowie
      > lat 90-tych, więc CO NAJMNIEJ NA STUDIACH, powinien był mieć
      > angielski. A jeżeli rodzice nie zadbali o to, żeby synuś liznął
      > trochę obcego językaa, to znaczy, że albo to był partyjny beton
      > zbrojony albo kompletne prymitywy, albo synuś to głąb, jakich
      mało.
      > No ale znajomości pewnie były i teraz latorośl jest "menedżerem".
      > Ciekawe czy z finansów io bankowości też bieże przyspieszone kursy.
    • mikronezja 06.07.08, 16:45
      ma sens ?

      W tym wieku to głowa już nie ta, wymowy się dobrze nie opanuje, bo
      przyzwyczajenia językowe (słyszenie fonetyki danego języka i jego
      wymowa (związana z zakodowanymi wzorcami dźwiękowymi) kształtują się
      we wczesnym dziciństwie, czasu brak (bo zajęcia zawodowe i domowe),
      zmęczenie (obowiązkami, tempem życia, problemami) i jeszcze to, że
      na co dzień posługujemy się językiem rodzimym a nie obcym.

      Poza tym czy gdzieś za granicą uczą się języka polskiego ?

      Na danym terenie obcokrajowiec chcący być menagerem musi znać
      język lokalny a nie, że wszyscy się będa uczyć jego języka.

      Większe firmy powinny mieć własnych tłumaczy zawodowych do czytania,
      pisania i tłumaczenia dokumentów obcojęzycznych. Takie dokumenty
      często wiążą się z poważnymi decyzjami, dużymi pieniędzmi i nie może
      być tak, że decyzja czy odpowiedź opiera się na jakim takim (czytaj
      takim sobie) zrozumieniu tekstu przez przyuczonego pracownika.

      W firmie w Polsce posługujemy się językiem polskim, dokumenty są
      pisane po polsku a ewentualnym ich tłumaczeniem na język zagraniczny
      powinni się zajmować wyspecjalizowani tłumacze znający wyrażenia
      prawnicze czy konkretne z danej dziedziny.

      Byłem kiedyś na szkoleniu gdzie wykład był prowadzony w języku
      angielskim i wiem jakie problemy mieli zawodowi tłumacze kabinowi by
      przełożyć sporą część wyrażeń z dziedziny technicznej (w końcu
      zrobiliśmy im na przerwie spis właściwych tłumaczeń słów czy
      terminów techniczcznych i wtedy dopiero poszło gładziej).
      Inny wykład z języka niemieckiego musiał tłumaczyć jakiś student
      złapany z sali (co studiował w Niemczech na politechnice), bo
      normalny tłumacz poległ na zbitkach słownych z języka technicznego
      ale i on miał problemy.

      A teraz wyobraźmy sobie, że ma to przekładać osoba nie zajmująca się
      zawodowo tłumaczeniami językowymi albo nie znająca danej grupy
      wyrażeń (efekty widać często w zagranicznych instrukcjach obsługi,
      które np. tłumaczył na polski ktoś kto nie znał języka technicznego
      a jeszcze wcześniej ktoś tłumaczył to z chińskiego czy japońskiego
      na angielski tą samą metodą).

      Powiedzmy szkolenie techniczne to mały problem ale jeżeli wchodzą w
      grę sprawy prawne czy finansowe, to takie nieudolne, czy tylko
      niewprawne tłumaczenie może prowadzić do nieszczęść. Przecież
      wiadomo, że języki prawnicze nawet w języku rodzimym są
      niezrozumiałe dla przeciętnego człowieka a co dopiero gdy trzeba je
      tłumaczyć czy zrozumieć czytając dany tekst. Nie oszukujmy się nawet
      po najlepszym kursie nie będzie pewności czy pracownik dobrze
      zrozumiał różne zawiłe klauzule urzędowe z zagranicznych druków czy
      pism urzędowych albo czy nie przeoczył jakiegoś haczyka prawnego.

      Inna sprawa to to, że znaczna część kursów nie przystaje do potrzeb
      kursantów i sprowadza się do problemu: Czy mamy obrazek na ścianie,
      piwo w lodówce albo czy umiemy zapytać o drogę na Picadilly Circus?

      Większość tej wiedzy jest może przydatna na wyjazdach wakacyjnych
      ale nie w pracy, gdy musimy szybko zrozumieć dany tekst albo szybko
      opanować daną dziedzinę.

      Jeszcze inna sprawa to nauczanie języka przez wprowadzanie tej całej
      analizy gramatycznej z całym jej nazewnictwem.
      Czy ktoś mówiąc w danym języku zastanawia się jakiej części mowy
      użył ? Czy to był imiesłów przymiotnikowy bierny czy też może
      dopełnienie dalesze ?

      Po prostu się mówi, używając gotowych wzorców zdaniowych,
      podstawiając tylko inne słowa.

      Ile osób zniechęcono do nauki języka używając przy tej nauce
      określeń, których znaczenie nawet w języku polskim jest niejasne i
      często wywołuje obrzydzenie samym brzmieniem (obrzydzeniem
      wyhodowanym głównie przez szkołę) ?

      SZANUJMY WŁASNY JĘZYK ! Jeżeli ktoś z zagranicy chce prowadzić firmę
      w Polsce to niech się nauczy języka polskiego (tak jak my się uczymy
      ich języka wyjeżdżając tam) albo niech zatrudni tłumacza do mowy i
      dokumentów. NIE JESTEŚMY NICZYJĄ KOLONIĄ I MAMY WŁASNE PRAWA NA
      NASZYM TERENIE.
    • Gość: seejestem IP: *.bielsko.dialog.net.pl 06.07.08, 18:43
      No nie, nie dramatyzuj. Umowy i wszelkie inne dokumenty wiążące są sporządzane
      przez prawników i tłumaczone przez tłumaczy. Jednak język jest niezbędny do
      sprawnej komunikacji.
    • aga.p.p 06.07.08, 18:58
      Po kolei:

      >Czy ja wiem czy taka nauka w wieku 30+ lat ma sens ?

      Oczywiście, że ma. Owszem, istnieją teorie, wg których jest trudniej. Ale to zależy od poszczególnych osób: miałam uczniów po 50-ce, którym nauka szła jak po maśle, i miałam takich, co pomimo młodego wieku nie byli w stanie poprawnie powiedzieć thank you, nie mówiąc już o tym, że w ogóle było im nie po drodze z nauką. Nie powinno się wrzucać wszystkich do jednego worka. Za to warto pamiętać, że uczenie się języków obcych to świetne ćwiczenie dla mózgu. Tylko trzeba to robić ze specjalistą, a nie u pierwszej lepszej osoby.

      > Poza tym czy gdzieś za granicą uczą się języka polskiego ?

      Owszem.

      > Większe firmy powinny mieć własnych tłumaczy zawodowych do czytania, pisania i tłumaczenia dokumentów obcojęzycznych.

      Większe firmy mają. Ale to są głównie specjaliści od słownictwa prawniczego i finansowego, umiejący tłumaczyć ustnie (a to nie taki pikuś jak się niektórym wydaje). Jak pani Basia z sekretariatu chce zadzwonić do partnerów z Ameryki z prośbą o przesłanie jakichś dokumentów to też ma takiego tłumacza wołać? Przecież to podstawy znajomości języka, lepiej gdyby sama umiała to zrobić.

      Fragment o kiepskim tłumaczeniu szkolenia pominę, bo to nie ma związku z uczeniem języków; dość powiedzieć, że gdyby firma nie poskąpiła na tłumacza-specjalistę w danej dziedzinie, to obyło by się bez probelmów.

      > A teraz wyobraźmy sobie, że ma to przekładać osoba nie zajmująca się zawodowo tłumaczeniami językowymi albo nie znająca danej grupy
      wyrażeń.

      Ale dlaczego ma przekładać? Kurs językowy to nie jest kurs nauki tłumaczenia; żeby tłumaczyć teksty prawne, finansowe czy techniczne trzeba znać nie tylko język. Jak ktoś myśli o przekładach, to powinien zainwestować w kurs specjalistyczny + studium dla tłumaczy.

      > Inna sprawa to to, że znaczna część kursów nie przystaje do potrzeb kursantów (...)

      W takiej sytuacji firma powinna zgłosić lektorowi, że nie o to chodzi. Jeśli ktoś zamawia kurs do firmy, to taki kurs jest "szyty na miarę" i można go modyfikować. Inna sprawa, że czasami kursantom wydaje się, że wiedzą lepiej. Chcieliby od razu swobodnie mówić w zawodowym żargonie, ale okazuje się, że nie potrafią poprawnie złożyć najprostszych pytań. I wtedy lektor musi pojechać z pytaniami o drogę, bo inaczej cała dalsza nauka nie ma sensu.

      Nie wiem dlaczego masz takie negatywne nastawienie do kursów językowych dla firm. Owszem, wiele z nich jest organizowanych od czapy przez ludzi mających kiepskie pojęcie na temat tego jak powinna wyglądać nauka. Niestety, pojawia się coraz więcej firm, które pomimo braku kompetencji postanawiają zarobić na bardzo popularnej usłudze. Dowody są w artykule: ustępowanie jeśli chodzi o dobór grupy, powtarzanie lekcji po 3-4 razy, absolutny brak wymagań co do zachowania słuchaczy, służalcze więc podejście do klienta. A tu czasami trzeba tupnąć nogą, pomyśleć o kliencie zamiast o własnej kieszeni (na dłuższą metę taka polityka sprawdza się dużo lepiej). Z dobrze zorganizowanego kursu, prowadzonego przez osobę, która zna się na uczeniu dorosłych, w dobrze dobranych i zmotywowanych grupach można bardzo dużo wynieść. I warto z takich kursów korzystać, nawet jeśli teraz nie używa się języka obcego w pracy. Bo kiedyś ta znajomość języka może się przydać w jakiejś bardzo ważnej dla nas sytuacji.

      Mam wrażenie, że jeśli uczyłeś się kiedyś języka obcego, to trafiałeś na kiepskich lektorów i kiepskie kursy. Życzę Ci, żebyś trafił kiedyś na specjalistów. Przekonasz się, że poznanie obcego języka to frajda, a nie dowód na uległość wobec obcokrajowców.

      pzdr,
      Aga
    • Gość: ucze i tlumacze IP: *.chello.pl 06.07.08, 22:25
      zgadzam sie w 100% z tym co napisalas
    • sselrats 06.07.08, 19:04
      Placic za rezultaty. Wyslac na kurs, zaplacic tylko gdy pracownik
      zaliczy powyzej ustalonego wczesniej poziomu.

    Popularne wątki

    Nie pamiętasz hasła

    lub ?

     

    Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

    Nakarm Pajacyka