Dodaj do ulubionych

Wino i Deszcz - znów dziennik podróży

23.06.05, 23:08
udało mi się dokńczyć zaczęty dawno, jeszcze "przedtem" dziennik naszej
podróży.
Nie była może aż tak cudowna jak podróż do Toskanii, ale może chcecie
poczytać, dziś część pierwsza.

WINO I DESZCZ
Podróż winnymi szlakami Europy Środka
Kwiecień 2005

Dzień pierwszy – Cyprianówka

Wyruszamy jak zwykle z hejnałem, podróż przebiega bez emocji, do takich
wszakże nie można zaliczyć nieustających robót drogowych pod Łodzią i na
katowickiej „dwupasmówce”.
Do Cyprianówki dojeżdżamy akurat w porze kolacji. To agroturystyczne
gospodarstwo koło Pszczyny urządzone w ziemiańskim dworku z 1861 roku. Przed
bramą wita nas miła gospodyni a w progu rudy kot. W jadalni stare meble,
obrazy i bibeloty. Nie jest to wymuskany „stylowy” salonik jak z muzeum, ale
sprzęty nieco podniszczone, jakby dawni gospodarze domu wyszli na chwilę i
mieli zraz wrócić. Na stół wjeżdża waza pełna pachnącej zupy borowikowej a
zaraz potem wielka micha pierogów. Uczęstowane jeszcze nalewką pana domu
(receptura jest oczywiście tajemnicą), zasypiamy błyskawicznie.

Dzień drugi – Małe Karpaty.

Ruszamy na południe, mały skrawek Czech i oto już jedziemy skrajem
słowackiego Parku Narodowego Małe Karpaty. Wybieramy boczne dróżki, małe,
czyściutkie miasteczka. Robi się coraz bardziej zielono, kwitną drzewa,
forsycje, przydrożne tarniny, w ogródkach nawet tulipany. Ciepło, słonecznie,
wiosna wychodzi nam na spotkanie. Tak nam się w każdym razie jeszcze wtedy
wydawało.
Pierwszy nasz postój to Cerveny Kamen, jeden z najpotężniejszych zamków
słowackich, budowany od XIII wieku, obecny kształt jest XVI- wieczny. Na
podzamczu sprzedają dobra wszelakie, my kupujemy serce z piernika dla naszej
trzeciej i pierwsze butelki wina, całkiem zacne różowe winko, pięć złotych za
butelkę. Parę kilometrów dalej, w Modrej, obowiązkowo kupujemy parę
majolikowych drobiazgów, którymi słynie ta mieścina oraz, a jakże, kolejne
słowackie winka.
I już jesteśmy w Limbach, winiarskiej wiosce na obrzeżu Bratysławy, tu
przenocujemy. Ładne te słowackie zakątki, ale jeszcze dużo czasu upłynie
zanim będą umieli się sprzedać. W Limbach czy sąsiedniej wiosce Swiaty Jur
jest naprawdę ślicznie, zabytkowe, kolorowe domki winiarzy stoją rzędem wokół
zadbanego placyku. I kompletnie pusto. Taka winiarska wioseczka kilka
kilometrów od stołecznej Bratysławy powinna w ciepły, wiosenny sobotni
wieczór tętnić, powinny być winiarnie, restauracje, piwiarnie, muzyka, tłum
ludzi. A tu martwa cisza. Z trudem znajdujemy restaurację, zjadamy czosnkową
polewkę i pyszną pieczoną kaczuszkę, popijając lokalnym czerwonym winem,
lekko słodkawą frankowką. Ten szczep będziemy jeszcze spotykać, a to jako
austriacki blaufrankisch a to znów jako węgierski kekfrankos.
Z lekkim szumem w głowie wracamy do naszego pensjonaciku. I chyba to lekkie
oszołomienie sprawia, że Hania nie może znaleźć jednej skarpetki. Wysuwa więc
śmiałą hipotezę, że zapewne wyniosła ją na obcasie pani z recepcji, która
przyszła otworzyć nam okno. Skarpetka oczywiście znajdzie się nazajutrz rano,
kiedy wracamy do pełni władz umysłowych i fizycznych, z niewiadomego powodu
uczepiona mojej torby.

Dzień trzeci – Bratysława.

Bratysława jest ohydnym, ponurym rozległym blokowiskiem. I tylko Starówka
jest malownicza i miła, choć zupełnie ją sobie inaczej wyobrażałam, może z
racji bliskości Wiednia jako bardziej wiedeńską w klimacie. To przecież
habsburski Preszburg. A tu wąskie, kręte, trochę bezładne uliczki, w
pierwszej chwili trudno złapać jakiś kierunek i sens. Ale już po chwili robi
się miło i przytulnie. Centralnym punktem Starówki jest Rynek, czyli Hlavne
Namesti. Siadamy tuż przy wielkim oknie, z widokiem na cały plac i popijamy
pachnącą, gorącą, gęstą czekoladę. Jest dobrze. Przed nami kolorowe
kamieniczki Rynku, mieszczą się w nich ambasady Francji, Japonii, jeszcze
jakieś. Po drugiej stronie tak zwany Stary Ratusz. Zaglądamy do kliku
kościołów, najpiękniejszy jest ten najstarszy, franciszkański. Mimo uszkodzeń
spowodowanych trzęsieniem ziemi, zachowała się najstarsza, XIII –wieczna
gotycka część. W Pałacu Prymasowskim Sala Zwierciadlana ( a właściwe długa
amfilada sal z lustrami na krańcach i po bokach, co sprawa wrażenie
nieskończoności), gdzie w 1805 roku podpisano pokój preszporski między
Austrią a Francją. Bratysława to jedno z większych miast naddunajskich,
idziemy więc nad Dunaj. I tu wielkie rozczarowanie. Nie ma żadnych starych
mostów, tylko jakieś stalowo – betonowe koszmary. Nie ma nadbrzeżnej
zabudowy, to znaczy jest, ale wyłączne ponuro – betonowa. Żadnego klimatu. W
pobliżu Dunaju Plac Hviezdoslawa – chyba najelegantsze miejsce stolicy. Hotel
Carlton, kilka innych eleganckich hoteli, zabytkowe gmachy opery i
filharmonii, pośrodku skwerek. Ładnie, chyba tylko to miejsce trochę
przypomina Wiedeń.
Ale nadbrzeże Dunaju to nie ostatnie rozczarowanie. Opodal gotycka katedra, w
przewodniku opisywana jako wielkiej urody. Tymczasem zewnętrzna bryła jest
surowa i dość ciężkawa, brak jej zupełnie właściwej gotyckim budowlom
strzelistości, brak też zdobień, figur, ozdób. Wnętrze kryje podobno wiele
cennych zabytków. Mówię podobno, bo wnętrze można podziwiać tylko stojąc pod
organami, dalej wejścia broni jakaś taśma czy zasłona. Tak czy inaczej
wnętrze też nie sprawia wrażenia zbyt bogatego. Rozglądamy się więc chwilę i
ruszamy dalej.
Nasz ostatni punkt programu to zamek. Na wysokim wzgórzu góruje nad miastem i
wygląda imponująco. Z bliska jednak to ponure, ciężkie, masywne gmaszysko,
bez wdzięku i urody. Kudy mu tam do wiedeńskiego Hofburga!

Żeby jednak zostawić sobie po Bratysławie jakieś miłe wspomnienia (przecież
na to zasługuje!), wracamy jeszcze raz na kolorową Starówkę i zaglądamy do
kawiarenki w iście wiedeńskim (a jednak!) stylu. A więc skoro tak, to
koniecznie kawa po wiedeńsku i tort Sachera.
Miła jednak ta Bratysława.
Wracamy do naszego Limbach. Wieczorem zaczyna padać, leje całą noc .Jeszcze
nie wiemy (i dobrze), że tak już zostanie.

Edytor zaawansowany
  • malwina52 24.06.05, 08:15
    oj jak milo znow Ciebie poczytacsmile))))
    troche z Toba swiata juz zwiedzilam,
    dzieki! i nie len sie za dlugo
  • natla 24.06.05, 17:37
    Hura! Toskania wraca........
    Przejechałam sie i pospacerowałam z Tobą. Cieszę sie, ze nie tylko ja mam takie
    zdanie o Bratysławie, moze kiedyś się do niej zabiorą, aby wyeksponować choć te
    drobiazgi. I tak miałaś szczęscie , ze spotkałaś choć troszke "smrodku"
    wiedeńskiego, mnie się nie udało.
    --
    _____________________________________________________
    Wszystkie kobiety są młode, ale niektóre są młodszewink
    forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=23923
  • regine 24.06.05, 19:24
    Nigdy nie byłam w Bratysławie,nie piłam wina,no i nie musiałam szukać
    skarpetki smile)))
    Dzięki za wspaniały opis miejsc, które dzięki Tobie mogłam "zobaczyć" smile))
    A wino też mi "smakowało" smile))
    Pięknie to opisałaś - dziękuję !!!
    Jak wynika z opisu, deszcz nie był taki do końca zły,
    podczas zwiedzania....
  • toskania8 26.06.05, 21:15
    po weekendzie nad morzem ( o tym w wątku o podróżach i spacerach), dziś odcinek
    drugi

    Dzień czwarty – Austria . I trochę Węgry

    Po nocnej burzy i ulewie dzień wstaje zimny, ale błyski słońca dają nam , jakże
    złudną nadzieję na lepsze. Jakoś przebijamy się przez Bratysławę, zaraz za
    miastem granica i już jesteśmy w Austrii. Skręcamy na południe i już za chwilę
    za oknem dość surrealistyczny krajobraz. Tuż przy drodze zaczyna się szerokie,
    kilkusetmetrowe pasmo trzcin i bagienek. To nadbrzeża jeziora Nezyderskiego,
    czyli Neusiedlersee, jedynego w Europie jeziora stepowego. Jest ogromne, ale
    niezwykle płytkie, w najgłębszym miejscu ma ok. dwóch metrów. Szerokie pasmo
    bagien i trzcin to ogromne siedlisko rozmaitego wodnego ptactwa, podobno
    ponad 300 gatunków, które miłośnicy mogą podglądać, (choć pewnie muszą być
    wyjątkowo odporni na komary). Ale jest i inny pożytek. Tak wielki i płytki
    zbiornik powoduje ocieplenie lokalnego mikroklimatu, co powoduje, że znakomicie
    dojrzewają tu późne, słodkie winogrona a po zbiorze są dodatkowo suszone na
    matach z tejże trzciny. Rezultat jest znakomity. Burgenlnad, bo tak się ten
    region nazywa to ojczyzna znakomitych win, najbardziej cenione to tak zwane
    eiswiein, z winogron zbieranych po pierwszych przymrozkach.
    Zajeżdżamy do małego, kolorowego miasteczka Rust nad brzegiem jeziora.
    Gwałtowne podmuchy lodowatego wiatru prawie nie pozwalają wysiąść z samochodu,
    ale dzielnie wychodzimy na spacer. Prawie każdy dom kryje w sobie winne
    piwnice, o czym uwiadamiają wywieszone nad bramą pęki sosnowych gałęzi, czyli
    wiechy ( wszakże już imć Pan Zagłoba pod wiechę chadzał !). A poza tym na
    każdym niemal dachu , słupie czy innym podwyższeniu bocianie gniazdo ! Jest ich
    tu doprawdy mnóstwo i wszystkie zasiedlone.
    Wypijamy kawę (oczywiście po wiedeńsku) w maleńkiej kawiarence. Właściciel
    ucieszył się, że my z Polski , opowiada, że sprowadza koszyki spod Rzeszowa -
    kawiarenka to równocześnie sklepik z pamiątkami. Kupujemy błękitne porcelanowe
    kaczuszki z kraciastymi kokardkami na szyi. Pani właścicielka prowadzi nas do
    zaprzyjaźnionego winiarza. Schodzimy po stromych schodkach i jesteśmy w innym
    świecie. Otacza nas mrok i chłód, w pierwszej piwnicy najpierw wielkie beki z
    winem a potem w drugim pomieszczeniu na półkach piętrzą się omszałe butelki.
    Mnóstwo. I co tu wybrać? zaczynamy degustację. Hania jako kierowca jest trochę
    pokrzywdzona, ja degustuję rzetelnie. Po długich namysłach wychodzimy z
    lżejszymi portfelami, ale za to każda dzierży w rękach…no już lepiej nie
    powiemy, ile tego było. Sporo.
    Jeszcze jeden spacerek wokół ryneczku i jedziemy kilometrową groblą między
    trzcinami nad brzeg jeziora. Ta grobla jest ciekawsza niż sam brzeg, zarośnięty
    i niedostępny.
    Mijając kilka miłych, czyściutkich wioseczek dojeżdżamy do Eisenstadt. W
    podziemnym parkingu tylko jakieś marne 50 metrów jedziemy pod prąd, bo trochę
    mi się pomyliło, ale za to mamy znakomite miejsce blisko wyjazdu. Eisenstadt
    nazywane jest miastem Haydna. Tu się urodził, mieszkał, tworzył, tu wreszcie
    spoczął na zawsze, choć nie bez wcześniejszych przygód – kilkakrotnych
    przenosin jego doczesnych szczątków , pozbawiono go nawet na jakiś czas głowy i
    umieszczono ją w wiedeńskim muzeum. Na szczęście wszystko jest na właściwym
    miejscu w bogato zdobionym sarkofagu z białego marmuru. Ma nawet osobną kaplicę
    w Bergkirche, czyli Kościele na Górze (jest faktycznie na wzniesieniu) i chyba
    wreszcie zasłużony święty spokój, zakłócany tylko czasem przez ciekawskich jak
    my turystów.
    Skoro Austria to dla dopełnienia powinien jeszcze być Apfelstrudel czyli
    strudel jabłkowy. Ruszamy więc obok pałacu Esterhazych na główny deptak i
    zachodzimy do cukierenki , których tu oczywiście mnóstwo. Niestety – strudle
    jadałyśmy lepsze.
    No i tyle tej Austrii na ten raz, do węgierskiej granicy kilkanaście kilometrów.
    A tuż za granicą - Sopron, jak mówią przewodniki jedno z najciekawszych
    węgierskich miast. I rzeczywiście. Los sprawił, że schowane w kąciku miasto
    omijały wojny i zawieruchy, więc spokojnie narastała tu historia, są
    średniowieczne mury obronne, gotyckie kościoły, renesansowe i barokowe pałace,
    wąskie, kręte uliczki z domami z różnych epok. Miło, spokojnie i przytulnie.
    Tyle tylko, że niestety leje i jest lodowate zimno.
    Ku pokrzepieniu najpierw idziemy na obiad. Pieczona gęsia nóżka i dzbanuszek
    kekfrankos nieco poprawia nam nastrój, ale niestety na krótko, to znaczy do
    czasu, kiedy przemarzamy i przemakamy na nowo. Wracamy więc do naszej kwatery.
    Mili gospodarze , starsi państwo usilnie próbują nawiązać z nami konwersację,
    mówiąc do nas głośno, powoli, wyraźnie…po węgiersku. Skutek jest więc taki, jak
    być musi, to znaczy wymieniając uśmiechy i ukłony udajemy się na spoczynek.
    Tego wieczoru pierwszy raz zaczynam myśleć o powrocie do domu (w Polsce zimno,
    ale przynajmniej słonecznie), choć to dopiero poniedziałek a my zaplanowałyśmy
    tydzień.



  • august2 26.06.05, 22:02
    Toskania
    Bardzo ciekawie piszesz. To znaczy ze
    na kazdym postoju bylo testowanie wina?
    (przypomniala mi sie tu moja niedawna wycieczka
    do krainy winnic Central Coast)
    Napewno teraz jak wspomniacie to przypomniacie
    sobie miejsca a pozniej mowicie :".. to tam gdzie bylo
    to wino takie a takie.."

    Mialem kiedys w pracy kolege, ktory czesto robil wycieczki.
    Jak tylko uslyszal jakas znajoma miejscowosc to zaraz
    dodawal np. " ..to tam gdzie podawali ten wspanialy jablecznik" itd.
    Przypomnial sobie miejsca po restauracjach gdzie bywal.

    Czy robiliscie dokladny plan przed wyjazdem?
    Czy hotele rezerwowaliscie przez internet czy telefonicznie?
  • tesunia 26.06.05, 22:13
    bardzo milo sie spacerowalo i winko smakowalowink)
  • toskania8 27.06.05, 23:11
    Auguście, tylko pierwszy nocleg w Bartysławie (i przedtem Cyprianówkę
    rezerwowałam przez internet, potem szło na żywioł. W każdym węgierskim mieście
    jest biuro kwater prywatnych za tanie pieniądze, więc tam nie ma problemów, a
    ten sympatyczny pensjonacik w Badacsonyi znalazłyśmy metodą od drzwi do drzwi.
    Oczywiście, jak wynika z tytułu, wino było jednym z najważniejszych elementów
    tej podróży. I tak to właśnie wspominamy, wineczko to było jedyne, co nas
    jeszcze trzymało przy życiu. A winka były doprawdy interesujące. I niezwykłe.
    Pokazała to dopiero degustacja, nie wszystko udało się zdegustować na miescu,
    niektóre niespodzianki ujawniły się dopiero w domu i to jakie miłe ! Na
    przykład, coś co określono mianem vermuthu, a co tak naprawdę było winem z
    późnych winogron, doprawionym ziołami, skórkami cytrusów i czymś tam jeszcze,
    jakieś w tym były sekrety. I niech się każde martini schowa . Poezja.

    Dziś opowieści część trzecia i ostatnia.

    Dzień piąty – Badacsonyi

    Nazajutrz rano świeci słońce, co choć na chwilę napawa nas optymizmem.
    Wyjeżdżamy z Sopron nie bardzo wiedząc, dokąd właściwe pojedziemy. W drodze
    zapada decyzja – zatrzymamy się nad Balatonem.
    Badacsonyi to jeden z najbardziej znanych regionów winiarskich (tak, tak, o to
    chodzi nam wszak najbardziej !) . Łagodne wzgórza nad brzegiem Balatonu mają
    dość niezwykłe kształty spłaszczonych stożków, bo wszystkie są dawno wygasłymi
    wulkanami. Ta właśnie wulkaniczna gleba stwarza niezwykłe warunki dla hodowli
    winorośli. Nie dziwota więc, że ze na każdym kroku winnice – większe albo i
    całkiem malutkie, przydomowe, w każdym ogródku choćby klika, kilkanaście
    krzaczków, ot tak, dla siebie. Liczne są też winiarnie – można w nich wieczorem
    posiedzieć, posłuchać cygańskiej muzyki i oczywiście napić się wina, ale to
    wszystko raczej w sezonie, teraz jeszcze pustki, więc tylko uzupełniamy zapasy
    do naszych domowych piwniczek.
    Znajdujemy niezwykle miły pensjonacik, nazywa się , w wolnym przekładzie,
    Winny Antałek.
    Czyściutkie, gustownie urządzone pokoiki i boskie jedzonko. Nie powstydziłyby
    się takiego nawet ****. A więc pierwszy nasz obiad – prawdziwe Halasze,
    węgierska zupa rybna „tak, jak robiono w kuchni Rozsy Szegedy”. Gotuje się
    najpierw smak z drobnych rybek z warzywami, papryką i pomidorami. Potem to całe
    dobro się wyrzuca a na smaku gotuje się kawałki dużej, dość tłustej ryby – u na
    był to chyba karp. Do tego w miseczce pasta z bardzo, bardzo, bardzo ostrej
    papryki, która zupę doprawia się na talerzu wedle gustu. Zupa podana jest w
    kociołku zawieszonym nad „paleniskiem”, czyli świeczką. Do tego świeży wiejski
    chleb i czerwone wino. Poezja. A potem „makaron, tak jak robią miejscowi
    ludzie” . To ręcznie robione, cieniutko rozwałkowane wstążki, posypane
    chrupiącymi skwareczkami i wiejskim twarogiem i polane gęstą, świeżą śmietaną .
    Też pychota.
    Objedzone ruszamy na spacer. Nadbrzeże jeziora zupełnie nieciekawe, zarośnięte
    trzciną i chaszczami, tylko w samy centrum kawałek parku, molo i marina. Woda
    zupełnie mętna, ale to sprawa podłoża, tak tu jest zawsze. W ten pochmurny
    dzień woda ma dziwną, szarozieloną barwę i metaliczny matowy połysk. Miejsce
    raczej dla amatorów sportów wodnych niż wodnych i słonecznych kąpieli.
    Próbujemy znaleźć dom wspomnianej Rozsy Szegedy. To taka ichnia Modrzejewska,
    która tu właśnie mieszkała ze swym lubym. Zawracamy jednak , spędzone znów
    ulewnym, zimnym deszczem.
    Wracamy do naszego pensjonaciku i otwieramy telewizor dokładnie w momencie,
    kiedy otwiera się watykańskie okno i słychać „Habemus Papam”. Entuzjazm jest
    taki sam, jak przed 27 laty. Smutno. Benedykt rozpoczął od wspomnienia Naszego
    Jana Pawła . To miłe, ale już nigdy nie będzie tak samo.


    Dzień szósty – Balaton

    Śniadanko przyprawiło nas o wzruszenie. Oprócz dzbanuszka kawy z ekspresu i
    drugiego z mleczkiem, świeżutkich rogalików, masełka, dżemów, miodu, po chwili
    postawiono przed nami talerzyki a na nich trzy plasterki szynkowej kiełbaski i
    między nimi trzy żółtka sadzonych jajeczek tworzące razem coś w rodzaju
    kwiatka. Tak misternie podanych jajeczek nie widziałam jeszcze nigdy w życiu,
    więc z kronikarską dokładnością rzecz opisuję.
    Wiszą ciężkie chmury, pada od rana. Niezrażone ruszamy. Najpierw Sigliget,
    kolejna winiarska wioska, ale niezwykłej urody. Zachowały się tu stare domki
    winiarzy kryte strzechą, utopione w zieleni, spokojnie i kameralnie, nad
    wszystkim góruje potężna ruina zamczyska na wzgórzu.
    W wiosce winiarnia Esterhazych, nie można więc ominąć takiej okazji, niegdyś
    jeden z najpotężniejszych węgierskich rodów magnackich chyba odzyskał część
    majątków i dziś to jeden z najlepszych producentów win.
    Degustacja w mrocznej piwnicy pełnej beczułek i omszałych butelek to zawsze
    bardzo doniosły obrządek, wybór jest trudny. Wychodzimy, miły pan pomaga nam
    wynieść kolejne ciężkie kartoniki do bagażnika.
    Kilka kilometrów dalej Kestely, ładne niewielkie miasto szczycące się jednym z
    najpiękniejszych na Węgrzech barokowych pałaców, podobno jest trzeci co do
    wielkości, ale najlepiej zachowany i odrestaurowany. Rzeczywiście piękny,
    otoczony ogromnym parkiem. Właśnie pięknie kwitną magnolie.
    Tuż obok Kestely – Heviz, znane uzdrowisko. Niestety nie udaje nam się odnaleźć
    termalnego jeziorka, na którym podobno cały rok kwitną nenufary. Dochodzimy
    tylko do innego, w centrum miasta, zagospodarowanego jako lecznicza naturalna
    pływalnia. Zabudowa samego miasta dość koszmarna, ciężka, ciasna, prawie bez
    zieleni, zupełnie bez wdzięku. Nie ma nic z atmosfery kurortu, tylko betonowe
    blokowiska.
    I to już kraniec północnego brzegu Balatonu, zawracamy i zaglądamy jeszcze do
    Tapolca, kilka kilometrów na północ od brzegów jeziora. Najbardziej godne
    zapamiętania w miasteczku są ciekawe rzeźby – odlane z metalu postaci czterech
    pór roku, dalej siedząca na poręczy dziewczynka. Dochodzimy do niewielkiej
    sadzawki, pełnej wielkich, złotych karpi (chyba to karpie ?) , za nią dawny
    młyn z wciąż obracającym się kołem , dziś jest tam hotel . A na głównym placu
    obowiązkowa, barokowa figura Trójcy Świętej na spiralnym, zdobnym słupie. Taka
    figura jest tu właściwe w każdym mieście.

    Nasze zasoby turystycznego entuzjazmu powoli wypłukuje wciąż padający zimny
    deszcz. Wieczorem zapada decyzja – wracamy do domu.
    Ale jeszcze przedtem – uczta. Pieczeń wołowa a’la Esterhazy, rozpływająca się w
    ustach, ze śmietanowo – ziołowo – kaparowym sosem i knedlikami w wersji
    pałacowej, czyli dwoma dużymi, okrągłymi knedelkami zrobionymi z bułki krojonej
    w kostkę, nawilżonej i scalonej jakąś smakowitą, aromatyczną substancją z dużym
    kleksem gęstej śmietany na wierzchu.
    Po chwili odpoczynku jeszcze koniecznie pożegnalny deser, najznakomitsze,
    sławne Gundel palascinta, czyli naleśniki a’la Gundel, od nazwiska właściciela
    wytwornej budapeszteńskiej restauracji. Cieniutkie naleśniki smaruje się masą
    ze zmielonych orzechów, rodzynek, skórki pomarańczowej, składa i polewa gęstą,
    stopioną czekoladą a na koniec rumem i podpala. To jest prawdziwa poezja ( i
    milion kalorii oczywiście, ale kto by o tym w takiej podniosłej chwili
    myślał !). Do tego kawa i kieliszek eiswein, wina z późnych winogron.

    Dzień siódmy – powrót.

    Ranek wstaje wprawdzie słoneczny, ale ciągle zimny, trwamy więc w naszym
    zamiarze powrotu. Po śniadaniu i zapłaceniu wcale niewygórowanego jak na takie
    wspaniałości rachunku, ruszamy.
    Wybieramy trasę nieco naokoło, ale skoro wreszcie zaświeciło słońce, zobaczmy
    jeszcze choć trochę to malownicze wybrzeże. Przejeżdżamy zatem cały północny
    brzeg, razem z widokowym półwyspem Tihany i opuszczamy Balaton a już za parę
    chwil jesteśmy w Lesie Bakońskim, malowniczym, pagórkowatym regionie
  • natla 27.06.05, 23:52
    Deszcz, nie deszcz........trochę dobrego towarzystwa (zabezpieczonesmile)
    i dobrego wina i jest co wspominać całe życie.
    Obrabuj jakiś bank i jedź prędko na jakąś wyprwę (niekoniecznie
    tematycznąsmile)), bo po pierwsze przyda Ci się to po ostatnich przeżyciach, a po
    drugie my będziemy mogli poczytać Twoje świetne opowieści.
    --
    _____________________________________________________
    Wszystkie kobiety są młode, ale niektóre są młodszewink
    forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=23923
  • maladanka 28.06.05, 08:42
    Kolejne odcinki wydrukowane! Serdeczne dzięki! Wspaniałe takie podróżowanie bez
    poganiania -"prosze wycieczki idziemy,idziemy"!
  • regine 28.06.05, 10:15
    A ile z tej wędrówki, win do piwniczki,to już nie wspomnę smile))
    Zapasy na całą zimę !!!
    Deszcz sprzyjał, degustacji,bo jak mocno padało,no to trzeba było się gdzieś
    schronić;A ,że mnóstwo tam winiarni ,to nie sposób ominąć...
    Ale wspaniale opisane Toskanio8,gratulacje!!!
    Chodziłam za wami ,po tym deszczu ,oglądałam duże i małe winiarnie ,omszałe
    butelki i też delektowałam się ....Koneserem,aż takim nie jestem jak Ty ,ale
    niektóre gatunki, były przepysznesmile))
    Dziękuję smile)) A, August ,dobrze napisał,kojarzymy miejsca właśnie z dobrym
    trunkiem i wyszynkiem.O, o to ,właśnie tu jedliśmy,jajka sadzone z
    szynkową,przepięknie podane...Pamiętasz????
  • toskania8 28.06.05, 22:15
    Cieszę się, że się Wam podobało.
    Wprawdzie na razie marzą mi się rzeczywiście wakacje ale tym razem chciałabym
    się gdzieś zaszyć i uciec od świata. Co jednak nie wyklucza nieco później
    jakiejś na ten przykład greckiej wysepki.
    A na razie może mi się uda dokończyć wspominki z zeszłorocznych wakacji (też
    było dużo wina !), bo zaczęłam, ale potem to już nie miałam czasu ani głowy
    dokończyć. Ale się przyłożę.
  • vogino55 20.12.05, 21:50
    Moj typ do wywindowania,,,,,,,,
    --
    "Dla każdego świeci jakieś słońce" (gdzieś w necie wyczytane)
  • natla 20.12.05, 22:39
    Ty nie winduj, Ty sparawdź, czy jest w "Naszej ksiażce", a chyba jest....ale
    lepiej zobacz...
    --
    _____________________________________________________
    Myślisz, że możesz wszystko? Trzaśnij obrotowymi drzwiami!!wink
    forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=23923
  • regine 24.03.06, 21:44
    Sagi tu poczytaj.
    Wspaniale opisuje Toskania8, swoje podróże, degustacje win...
    Piękne jak baśń.
    --
    -----------------------------------------------------
    ~~Gdy nie masz nic do ofiarowania, ofiaruj uśmiech ~~
  • malwina52 24.03.06, 22:17
    dzieki ze powyciagalas Toskaniesmile
    to mozna czytac i czytac
  • natla 25.03.06, 04:02
    Właśnie po to jest stworzona "Nasza ksiażka", aby te wspaniałosci nie zniknęły
    i były pod ręką do czytania.
    Dlatego apeluję, abyscie wklejali swoje opowiadania właśnie do niej, bo ja sie
    juz pogubiłam. Nie chciałabym, aby coś wartościowego uciekło.
    --
    _____________________________________________________________
    Myślisz, że możesz wszystko? Trzaśnij obrotowymi drzwiami!!wink

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka