Dodaj do ulubionych

dziwnowska choroba

27.11.07, 10:00
Chyba jest taka jednostka chorobowa,o czym świadczy większość wpisów
na tym forum.Mieszanina wszystkiego-nostalgii,zauroczenia,namolnosci
i Bóg jeszcze wie czego.Objawy są przeważnie dziwaczne ,czasami
uciążliwe, bo to i znosić trzeba i nie wiadomo czym
leczyć.Wygadanie się nie zawsze pomaga.Trudno,żyć z tym trzeba,bo
lekarstw ani lekarzy na to nie wymyślili.Z tymi lekarzami to też nie
zawsze jest tak jak by się chciało...
Kiedyś w Dalmorze pływały trawlery B10.Praktycznie trzy- cztery
razy większe od kutra.Załoga ok.40 chłopa,połowy z burty,jak na
kutrze.Bez zawijania do portu wytrzymywał dwa tygodnie.Po tym
czasie zaczynało brakować mazutu,wody,soli,lodu,chęci do
życia,poczty i milionów innych rzeczy.Statek stawał się takim
wycieczkowcem.Ledwo wypłynął,już stawał w Kopenhadze po wodę i mazut
(bo tańsze).Ledwo dopłynął na bardziej słone wody(Bałtyk nie jest
słony,on jest słonawy) juz trzeba było wchodzic do portu albo po
sól,albo po lód(jak na łowisku królował śledż brało się sól,jak
makrela-lód).Pobujał się cztery tygodnie i już wracał do Gdyni bo
ładownie pełne.
Po drodze na łowisko dowiedzieliśmy się,że "idzie sledź" nad
przylądkiem Cape Wrath.To był juz Atlantyk,a w zasadzie styk trzech
akwenów.Atlantyku,Morza Północnego i Morza Norweskiego.Miejsce jak
rybne- tak wredne.Nie dość,że trzeba się pchać przez Pentland Firth
o złej sławie, to jeszcze łowi się w takim kotle żywiołów-wiatrów
znad Atlantyku,fali znad Atlantyku,krótkiej fali powstajacej na
styku rożnych akwenów,burzliwej i mokrej pogody, a całość otoczona
różnymi wyspami,skałami,przylądkami gdzie króluja pływy i prądy
morskie.Ten nasz trawlerek robił średnio 9 węzłów,z górki czasami
wydusił 11,ale generalnie wody te były dla niego wyzwaniem.Nawigacja
bez GPSów,a wody męczące i wręcz niebezpieczne.Połowy nocne nie
wchodziły w rachubę. Już samo dopłynięcie przez Pentland Firth
(cieśninę miedzy Szkocją a Orkneyami)stanowiło nielada wyzwanie.
To jedna z wredniejszych(ale i pięknych) cieśnin-krótka,wąska,za to
z prądami do 7 węzłów i pływami. Jak sie płynie pod prąd, to te
nasze 9 węzłów prawie że się znosiły z siłą prądu w cieśninie.Nie
dziwota,że wielu kapitanów po jej przejściu zachowywało się jak
pewien kierownik,który miał samochód z wadą(skręcał tylko w prawo-
w lewo i kierownik i samochód mieli opory).Mieszkał na
Żuławach,gdzie drogi wąskie i masa mostków.Jak jechał do rodziny na
wieś,to po sforsowaniu kazdego mostku , zaraz za mostkiem
zatrzymywał samochód i pociągał solidny łyk z piersiówki- Bogom na
chwałę,za opiekę.
Ta cieśnina to taka ciut większa Dziwna. Też przetacza wody w obie
strony,też z bulgotem,wirami,falami(wypisz wymaluj jak na
zdjęciach Przedziwnej).
Na łowisku faktycznie śledzie dopisały.Duże,tłuste matjasy. Szły od
razu do beczek, do soli.Cała załoga najpierw wypuszczała
sieci,potem trwał zaciąg,ale w trakcie zaciągu nie było
odpoczynku. Z ładowni wyciągano beczki i sól,na pokładzie ładowano
śledzie do beczek,przesypywano solą,beczki zabijano,a potem
spuszczano je do ładowni gdzie były odpowiednio zabezpieczane. Każdą
pracę wykonywał praktycznie każdy rybak,ale kilku specjalistów
zajmowało się pracami newralgicznymi. Jeden potrafił
szybko,dokładnie nakładać wieka i dobijać obręcze. Zajmował się
głównie tą robotą.Bosman Stasiu
spuszczał beczki do ładowni,a w ładowni królował Irek. Jeden i
drugi stanowili parę porozumiewającą się delikatnymi ruchami
dłoni,gwizdami i sobie znanym szamaństwem. Oba potężne chłopy,z
dłońmi jak bochny chleba.Bosman kładł beczkę na boku,zaczepiał
hakami za wątor(to taki rant utworzony z końców klepek,wystający
ponad denko-poniżej rantu jest rowek,w który wchodzi krawędź
denka).Dawał znak windowemu ręką,on leciutko podnosił beczkę nad
ładownię,bosman wpychał ją nad otwarty luk,gwizdał na Irka i
spuszczał ja tak długo,aż Irek odgwizdał.Potem Irek nakierowywał
ją na odpowiednie miejsce i beczkę z haków wyczepiał.
I tak beczka za beczką.W ładowni było zimno,Irek ubrany był w dwie
kufajki i wyglądał jak potężny niedżwiedź .Do tego czerwona
czapeczka i grube rękawice.Bosman miał identyczną czapeczkę z
wełny.Praca biegła swoim rytmem,zaciąg po zaciągu,beczka za beczką.
No i nastąpiło to, co czasami się zdarza.Jedna klepka w beczce
miała wadliwie(za głęboko)nacięty wątor.Wątor nie wytrzymał i pękł
w momencie gdy beczka wisiała nad ładownią,a bosman jeszcze nie
zdążył gwizdnąć. Uwolniony hak spowodował,że stalowa linka
sprężynująco wyrwała się do góry i walnęła bosmana hakiem w łuk
brwiowy.Bosman wrzasnął-teraz nie wiemy czy z przestrachu,czy z
bólu,czy też ze strachu przed następstwami urwania się beczki,bo
beczka na trzech zaczepach nie mogła wisieć równo i musiała się
urwać. Wrzask bosmana uratował Irka,który nagle z pozycji zgiętej w
pół przeszedł do prawie wyprostowanej. Beczka ześlizgnęła mu się po
grzbiecie i rozleciała się.Na głowę mu nie spadła,kregosłupa mu nie
połamała, więc kapitan z mostku nakazał tylko przerwać pracę na
zaopatrzenie oka bosmana.Na tym statku(podobnie jak na innych)
lekarzem był radiooficer po medycznym przeszkoleniu. Nakleił
Stasiowi dwa plastry na krzyż i bosman wyglądający jak pół
Juranda,albo krzyz św.Andrzeja powrócił do pracy.Pod wieczór
kończyliśmy ostatni zaciąg.Przez cały dzień towarzyszyły nam
głuptaki nurkujące w okolicy statku jak sztukasy. Szczególnie
nurkowały podczas wybierania worka z rybą.Jeszcze worek był pod
wodą, a one już nurkowały za śledziami wystającymi z oczek worka
czy uwolnionymi z tych oczek. Jedno ptaszydło zanurkowało i nie
wypłynęło.Gdy worek wyszedł na powierzchnię ujrzeliśmy ptaka
zaklinowanego dziobem w worku. Wydawał się martwy. Bosman zdjął go
z worka,ujął za skrzydła i tak trzymał w wyciągniętych rękach.
Bosman potężny,ptak jeszcze większy.Głowa zwisała mu na bok,a Stasiu
do niego mówił-widzisz biedaku,utonąłeś. Nagle ptaszydło odżyło-
błysnęło oczyma,poderwało szyję i gwałtownie ją prostując walnęło
Stasia potężnym dziobem w drugi łuk brwiowy.Gdyby Stasiu za
mocno poderwał głowę nie miałby oka.Wypuścił ptaka,a ten jakby nie
przebywał kilka minut pod wodą-odleciał.Stasiu poszedł do radzika i
ten okleił mu identycznie drugi łuk brwiowy.Też na krzyż. Stasiu
wyglądał jak powalony znak drogowy albo pokemon z japońskiej
kreskówki.Trudno jednak wymagać medycznego artyzmu od radiooficera.
Jak wspominam przygody Stasia przypomina mi się dwóch lekarzy z
Dziwnowa.Jeden był stomatologiem. Miał jakieś dziwne metody
leczenia,czy znieczulania młodych pacjentek.Jak trafiła do niego
jakaś taka obolała bidula,to albo lekarz kończył zabieg z
czerwonym policzkiem,albo na drugi dzień chodził po Dziwnowie jak
ten Stasiu,albo raczej jak pokemon. Ten drugi przypadek zawsze miał
miejsce jak leczył młode mężatki,szczególnie żony komandosów. Jakoś
te chłopy zawsze umiały mu się odwdzięczyć...
Drugi lekarz był przesympatyczny i na pewno tkwi w pamięci wielu
Dziwnowian.Był lekarzem zakładowym w Belonie,posługiwał się
pieczątka lekarz ginekolog-położnik i miał wdzięczne nazwisko-
Włosek. Ja,mimo żem chłop, mam w swojej książeczce zdrowia kilka
wpisów L-4 od lekarza ginekologa.Na zdziwienie
innych ,póżniejszych lekarzy przeglądających moją książeczkę
wzruszałem tylko ramionami i opuszczałem oczęta...
Tenże doktor rozpoznał u mnie dziwnowska chorobę. Wiosną,gdy
nastepowało przesilenie wiosenne dopadały mnie przypadłosci znane
mi z okresu szkoły,gdy chęć wagarowania brała górę nad poczuciem
obowiązku edukacji.Jest taki syndrom zmęczenia,który doktor nazywał
chorobą dziwnowską. Stwierdzał,że trzy dni lenistwa wyleczą mnie i
faktycznie wszystkie objawy ustępowały.Ponoć nie tylko ja na to
cierpiałem(?)
Edytor zaawansowany

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka