• drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego

im więcej daję z siebie tym... Dodaj do ulubionych

  • 09.10.11, 17:05
    Jakie są Wasze doświadczenia/zdanie odnośnie kwestii, że im więcej się z siebie daje w związku tym bardziej stawia się samego siebie na straconej pozycji, pozycji osoby, której dobroć po prostu jest wykorzystywana.
    Zaawansowany formularz
    • 09.10.11, 17:07
      Jasne, że trzeba walczyć o swoją pozycję, szczególnie gdy są dzieci, dzieci bywają najgorsze, bo się łatwo przyzwyczajają i uważają to za naturalne z powodu więzi krwi.
      A z dorosłymi bywa różnie, dużo zależy od empatii z drugiej strony.
    • 09.10.11, 17:27
      pewnie doswiadczenia są różne.
      Moim zdaniem ważne jest, by nie dawać ZA DUŻO, bo jak dasz wszystko, to co pozostanie?
      To samo dotyczy partnera, nie chcę by dawałz siebie wszystko, niechże cos tam jeszcze ma - jest wtedy bardziej interesujący.
    • 09.10.11, 19:47
      niestety to prawda i przekonałam się o tym zarówno w małżeństwie jak i w relacjach z "przyjaciółmi" - na prawdę zdrowy egoizm to chyba recepta na szczęście w życiu.
      jest nawet taka piosenka z refrenem "wcale nie jest powiedziane, że dużo dając w końcu coś dostaniesz"
    • 09.10.11, 21:36
      Bo jest powiedziane "Będziesz miłował bliźniego swego JAK siebie samego" a nie BARDZIEJ od siebie samego.
      Często to przykazanie jest błędnie interpretowane.
      • 10.10.11, 19:22
        Blednie. Bo najpierw trzeba milowac siebie, a wtedy to juz idzie jak z platka.
        --
        "Nie sposób nie przypomnieć Leszka Kołakowskiego, który dowodzi, że w sprawach zasadniczych mądrość objawia się nierzadko jako brak konsekwencji".
    • 09.10.11, 22:20
      Znam z autopsji... wink
      • 10.10.11, 14:15
        ronald.tusk napisał:
        > Znam z autopsji... wink
        Hmm ja to znam z autopsji ale w wersji ze jak dasz facetowi palec upier.. rękę przy samej pasze tongue_out

        Co do dzieci z moich doświadczeń to się nie tyczy.

    • 10.10.11, 18:02
      Związek to nie jest prowadzeni książki przychodów i rozchodów.
      Nie rozumiem takiego podejścia.
      • 10.10.11, 18:51
        powiem więcej: związek to nie jest na pewno książka przychodów i rozchodów ale taka już natura ludzka jest że jak jesteś zbyt dobry w związku, zbyt wiele dajesz to niestety druga strona to prędzej czy później wykorzystuje i dotyczy to zarówno mężczyzn jak i kobiet.
        • 10.10.11, 19:14
          Nie mam takich doświadczeń. Daję bo taka jestem, nie robię niczego wbrew sobie. Nie wiem jak w ogóle można oceniać czy się dostaje, czy daje więcej?
        • 10.10.11, 19:27
          E tam. Jesli czlowiek lubi samego siebie, to bez liczenia jest dobry dla innych, i nie kalkukujac zawsze wyjdzie na swoje, nawet jesli zwiazek sie rozleci - bo to jest kwestia stosunku do swiata w ogole.
          --
          "Nie sposób nie przypomnieć Leszka Kołakowskiego, który dowodzi, że w sprawach zasadniczych mądrość objawia się nierzadko jako brak konsekwencji".
          • 10.10.11, 19:29
            ze jesli ktos uwaza, ze byl "za dobry", to moim zdaniem ma kiepski kontakt z wlasnymi uczuciami i rzeczywistoscia.

            --
            "Nie sposób nie przypomnieć Leszka Kołakowskiego, który dowodzi, że w sprawach zasadniczych mądrość objawia się nierzadko jako brak konsekwencji".
            • 11.10.11, 09:31
              nangaparbat3 napisała:

              > ze jesli ktos uwaza, ze byl "za dobry", to moim zdaniem ma kiepski kontakt z wl
              > asnymi uczuciami i rzeczywistoscia.
              >
              i tu mi się przypomina jedna znajoma, która zostawiła męża, bo "był za dobry". Teraz ma takiego co srosuje zamordyzm, a ona nie ma nic do gadania...
              zawsze mnie zastanawiało co to znaczy "być za dobrym"?
              • 11.10.11, 09:51
                To akurat potrafię sobie wyobrazić.

                Czasami tak już jest, że oczekuje się w małżeństwie partnerstwa, równowagi. Jeśli jedna strona przejmuje wszystkie obowiązki czy stara się zaspokajać wszystkie oczekiwania, to ta druga strona nie ma pola do popisu. A każdy z nas chce przecież też pokazać co potrafi, co umie, do czego się nadaje. Chce też czuć się potrzebna.

                Ja popełniłem ten błąd.

                Gdy urodziła się Jula praktycznie stałem się drugą mamą. Biegałem po mleko, kaszki, po pampersy, wzywałem pogotowie, kupiłem samochód do którego się wózek zmieści, nosiłem na rękach całymi popołudniami, gdy bobas miał kolkę, zapisałem do przedszkola, do szkoły...

                Można długo tak wymieniać, ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że ja to robiłem nie dlatego, że musiałem, ale dlatego, że chciałem. Za bardzo. Moja żona po prostu nie miała okazji wykazać się jako mama. Zbyt często ją wyręczałem. Nieświadomie pozbawiłem ją tego, co ona też wnieść powinna od siebie. Gdy w towarzystwie ktoś pytał moją ex o córkę, o szkołę, o oceny, ona odpowiadała, że "takimi sprawami" zajmuje się Error, to mnie wtedy duma rozpierała po sam sufit.

                Bo mi się wydawało, że jestem Super Tata. Jak z filmów. A tymczasem ja wtedy powinienem zacząć się martwić i pozwolić jej też zaangażować się w codzienne życie.

                Uświadomiła mi to dużo później psycholog dziecięcy.

                I to dlatego w innym wątku napisałem, że nie chce mi się śmiać z tego, że moja ex powiedziała, że "znęcałem się nad nią psychicznie, bo nie chciałem się kłócić". Bo ona właśnie tego potrzebowała. Chciała mieć równorzędnego partnera, który pozwoli jej w tym małżeństwie realne zaistnieć.

                A ja to przegapiłem.

                --
                Zaintrygował cię mój post? Masz ochotę do mnie napisać, poznać? Przeczytaj najpierw to
                • 11.10.11, 10:04
                  Error, to nie całkiem tak. Jak ktoś CHCE pozytywnie zaistnieć w związku, to tak czy siak zaistnieje. Dla niektórych taka nadaktywnośc drugiej strony (jak twoja) to po prostu doskonała wymówka do nicnierobienia i stawiania coraz to nowych wymagań. Kiedyś też się zastanawiałem - a może tak trzeba było zrobić, a może siak, a może jeszcze inaczej.... A to wszystko lite pierdoły są. Są ludzie i są parapety. Są altruiści i są egoiści kwadratowi. Są pracowici i przejmujący się i są lenie patentowane. Lepiej pomyśl dziś sobie - GDZIE dziś bylibyście WSZYSCY RAZEM, gdyby twoja ex wiosłowała (na swój sposób oczywiście) równie solidnie jak Ty ... Tyle.
                  • 11.10.11, 12:49
                    No nie wiem... Rybaku.
                    Jedno dla mnie jest jasne: trzeba dać pole do dziąłania tej drugiej osobie, bo zagłaskać można kota na smierć. I jeszcze: nie nalezy isę za mocno przywiązyać do wyobrażen jak ma to partnersto wyglądać. Trzeba dać przyzwolenie na reakcje tej drugiej strony. I stawiać jasne granice w związku.
                    Wlazłam na głowę eksowi a później byłam zadziwiona, ze po kilkunastu latach mu isę nie podoba. Co więcej, od początku mu się nie podobało. A ja durna myślałam, że on tak lubi wink.
                    Teraz jestem w związku, w którym jasno mam postawione granice i wiesz co? Do głowy mi nie przychodzi próbować wleźć na głowę. Ale też podnóżkiem być.
                    Mam wrażenie ,że dopiero teraz mając rÓwnorzędnego partnera (równie silnego jak ja i o wiele dojrzalszego niż poprzedni) doceniam, szanuję i autentycznie kocham cżłowieka pomimo jego wad smile
                    Ar.
                    • 11.10.11, 13:07
                      Jak pole do działania w jakiejkolwiek sprawie ex dawałem (próbowałem wielokrotnie, a jakże!), to po prostu w efekcie było nie zrobione. Nie "zrobione nie tak", ale - nie tknięte w ogóle. Leżało i gniło, że się tak obrazowo wyrażę. Cokolwiek pozostawiałem jej do jej własnej zapobiegliwości, inwencji, współudziału - nawet gdy miała pełen wybór - w efekcie musiałem robić sam - przy czym za póżno, czyli w trybie awaryjnym (czyli drożej, ciężej, bardziej absorbująco - bo poniewczasie). I do tego dochodziły pretensje za niezrobione - od niej. "Bo ona nie musi".
                      • 11.10.11, 13:18
                        aaaa to zwracam honor.
                        Znam aż za dobrze - legendą jest u nas przysłowiowy karnisz - 11 miesięcy leżał na podłodze jak spadł mi na głowę... z sufitu. Bo Eks - po prostu nie lubi domowych prac a zorganizować fachowca to tez nie moze/lubi/umie. I oczywiście ten karnisz jest tylko jednym przykładem z wielu różnych dziedzin życia.
                        Bo ja dopiero w ostatnim akcie dramatu małżeńskiego odkryłam, że on MATKI potrzebuje a nie partnerki.hihih
                        • 11.10.11, 13:29
                          No i wyszło na moje: kiedy się na skutek tzw. burzy uczuć, czyli chwilowego lub całkiem długiego zaćmienia umysłowego, wiążemy z DZIEĆMI w skórze dorosłych, to co się potem dziwimy, że mamy być ich rodzicami? A jak nie chcemy, tośmy są dla nich paskudniki? smile
                • 11.10.11, 10:19
                  Ostatnio rozmawiam z kobietami na temat związków i pojawia się problem 'zaopiekowania sie'. Moje znajome tego potrzebują i oczekują od mężczyzny. Czyli, z tej przesłanki wynika, ze ktoś taki jak Ty, Error, byłby dla nich wymarzonym mężczyzną. Myślę, ze gdybyś nie robił tego co robiłeś to efekt byłby taki sam, zmieniłyby się jednak zarzuty. Wtedy miałaby pretensje, ze nie pomagasz i kłócisz się.

                  Moim zdaniem problem jest w nas. Nie umiemy docenić tego co mamy, a drugi błąd jaki popełniamy to brak akceptacji realnej osoby i rzetelnej oceny jaki ten ktoś jest. My zawsze mamy nadzieję, ze on się zmieni bo przecież nas kocha, a to jest największa bzdura. Myślę, że jeśli ludzie się kochają, chcą być z sobą to mogą wypracować model współistnienia w związku taki, by obie strony były zadowolone. Jednak do tego trzeba zdawać sobie sprawę z tego kogo ma się za partnera i dostosować swoje oczekiwania do tego co partner może nam dać, czyli jak ona nigdy nie lubiła gotować to nie oczekujmy obiadu z 4 dań dzień w dzień. Za to może da coś innegosmile

                  Rybak, jest taki typ kobiety, który ja nazywam księżniczką. Chyba miałeś ją za zonę)
                  • 11.10.11, 10:27
                    Mądrze. Podoba mi się to, co napisałaś, Mayenne. Ale przy tym to i wyjasnia co nieco Errorowi. Z nieksięzniczki nie da się żadną twórczą i skierowaną dla rodziny nadaktywnością zrobić księżniczki smile. Ani z nieksięcia udzielnego paniska. Prędzej się wkurzą albo zdziwią. Za to nie ma takiej rzeczy, której byśmy nie zrobili w związku z księżniczka (księciem panemwink, a która by ją (jego) wyrwała z tegoż książęcego samopoczucia i podobnegoż traktowania nas i związku. Łone som jak czarne dziury. Wszyćko wciongnom, Panie Dzieju i im wiency wciongnom, tym wiency chcom. Ło!
                    smile
                    • 11.10.11, 10:53
                      Osobiście uważam, że nawet "księżniczka" może dokonać w sobie zmiany. Tyle tylko, że musi wiedzieć, że to co robi w stosunku do swojego partnera, rodziny jest złe. Jeśli przez lata nie otrzymuje od partnera informacji o tym, a wprost przeciwnie na każdym kroku jest kochana, uwielbiana, "zaopiekowana" nie dziwcie się, że po latach zrobi okragłe oczy, że coś w związku jest nie tak.
                      --
                      www.youtube.com/watch?v=feMJx8ldhbQ&feature=related
                      • 11.10.11, 11:18
                        Ale uświadomomienie tego partnerowi nie gwarantuje poprawy sytuacji.Mój eks nie rozumiał czego ja od niego oczekuję, bo znane nam małżeństwa funkcjonowały zgodnie wg tego modelu, który mi nie odpowiadał. On nie umiał pojąć, że to co uszczęśliwia w małżeństwie jego matkę, siostrę, naszą sąsiadkę, mnie nie daje szczęścia, nie tego chcę.Wszyscy w koło uważali że on jest w porządku tylko ja jedna byłam niezadowolona więc doszedł do wniosku, ze jak to ujął'odbiło mi'. A chciałam najprostszej sprawy: wspólnoty a nie równoległego życia i jeszcze kilku pomniejszych spraw.
                        Poza tym nie miał motywacji do zmiany czegokolwiek, bo nasze małżeństwo miało trwać zawsze. W moim słowniku nie było słowa 'rozwód'. On dostawa przekaz, że zawsze będę z nim. Zresztą uważał, że w mojej sytuacji nie mam innego wyjścia bo sama sobie nie dam .rady. To
                        • 11.10.11, 11:19
                          mayenna napisała:

                          > Poza tym nie miał motywacji do zmiany czegokolwiek, bo nasze małżeństwo miało
                          > trwać zawsze. W moim słowniku nie było słowa 'rozwód'. On dostawał przekaz, że z
                          > awsze będę z nim.

                          O-o-o-o-o-o. To jest właśnie to!

                          --
                          Zaintrygował cię mój post? Masz ochotę do mnie napisać, poznać? Przeczytaj najpierw to
                          • 11.10.11, 11:45
                            Trochę żartobliwy, ale... wniosek jest jeden - jak śpiewał Władimir Wysocki - jak nie wiesz, kto to taki i jaki naprawdę jest (jaka) - to zanim się zdeklarujesz - weź babę (chłopa) w góry. Ale takie prawdziwe. Bez schronisk i hoteli na szlaku. Na kilka dni z nocowaniem pod niebem. Tam od razu zobaczysz - czy to dobry, czy zły człowiek, dzieciak, czy dorosły, słabeusz czy twiardziel, odpowiedzialny, czy nie, współ-czujący, czy egocentryk skupiony na swojej tylko wygodzie... Ja na niaszczęście - kilka lat przed rozwodem to dopiero zrobiłem. I kiedyś - na niespełna jednodniowym szlaku poobserwowałem swoją ex. Jak przerzuca mi po cichu co cieższe do plecaka, jak marudzi, że "nie po to tu przyjechała", jak herbaty mi nawet nie poda z termosu i takie tam... drobiazgi... I mimo to nadal byłem głupi - i się z nią wziąłem za wspólny dom...
                            Więc może to i sposób - jak nie wiesz, z kim się chcesz związać na wędrówkę przez zycie - weź najpierw osobę na tygodniowy samotny spływ kajakiem (chocby po to, żeby popatrzeć, jak wiosłujewink - albo - jeszcze lepiej - w góry. Takie porządne, żeby trzeba było nieść plecak 15 kilowy przez najmniej kilka dni, myć się w strumieniu, spać pod pałatką przy ogniu (i najpierw ten ogień rozpalić, i drewien nanieśc i przypilnować), żeby się nad wami burza przewaliła jedna albo dwie, żeby trzeba było POWSPÓŁPRACOWAĆ.
                            Teraz tego praktycznie nie ma. Kiedyś - przez całe dekady - młodzi ludzie np. na studiach dobierali się wstępnie dopiero po takich wyprawach i przeżyciach... Zanim zaczęli wspólnie dom budować - czyli wędrować przez zycie - najpierw - tak dosłownie solidnie wędrowali gdzieś razem przez kraj albo i dalej. I mogli się dzieki temu zawczasu trochę lepiej poznać... A przede wszystkim - bez słow - poobserwować.
                            • 11.10.11, 12:38
                              Teraz wiem czemu mi nie wyszłosmileA po górach chodziłam, z chłopakami, a jakżesmile Ale moi koledzy sami nosili co cięższe rzeczy, podawali rękę na stromiznach, rozpalali ogień, pilnowali jak się myłam, pożyczali swetry jak było zimno. Ja jedynie robiłam posiłki, opatrywałam obtarte nogi, śpiewałam i słuchałam.
                              Ten podział ról nadal mi pozostał, a on miał inną wizję bo gór nie lubił.Wolał wodęsmile
                              • 11.10.11, 13:02
                                Mój plecak już na starcie ważył 15-17. Jej - 3,5 góra 4 kilo, kiedy z niego półkilowy fotoaparat mi do kieszeni plecaka po cichutku przerzucilasmile. O takich normalnych oczywistościach jak podanie ręki albo swetra słabej kobiecie to ja tu nie piszę.
                            • 11.10.11, 13:50
                              rybak napisał:

                              > Trochę żartobliwy, ale... wniosek jest jeden - jak śpiewał Władimir Wysocki - j
                              > ak nie wiesz, kto to taki i jaki naprawdę jest (jaka) - to zanim się zdeklaruje
                              > sz - weź babę (chłopa) w góry. Ale takie prawdziwe. Bez schronisk i hoteli na s
                              > zlaku. Na kilka dni z nocowaniem pod niebem. Tam od razu zobaczysz - czy to dob
                              > ry, czy zły człowiek, dzieciak, czy dorosły, słabeusz czy twiardziel, odpowiedz
                              > ialny, czy nie, współ-czujący, czy egocentryk skupiony na swojej tylko wygodzie
                              Kiedyś - przez całe dekady - młodzi ludzie np. n
                              > a studiach dobierali się wstępnie dopiero po takich wyprawach i przeżyciach...
                              > Zanim zaczęli wspólnie dom budować - czyli wędrować przez zycie - najpierw - ta
                              > k dosłownie solidnie wędrowali gdzieś razem przez kraj albo i dalej. I mogli si
                              > ę dzieki temu zawczasu trochę lepiej poznać... A przede wszystkim - bez słow -
                              > poobserwować.

                              To bardzo dobry sposób na poznanie w jaki sposób funkcjonuje drugi człowiek. Wiem, bo miałam to szczęście w ten sposób mojego eksa poznać. I może to gwarantuje, że wyjdzie się za odpowiedniego człowieka, nie gwarantuje jednak trwałości małżeństwa, ani tego, że uniknie się rozwodu.


                              --
                              www.youtube.com/watch?v=feMJx8ldhbQ&feature=related
                      • 11.10.11, 11:18
                        zabelina napisała:

                        > Jeśli przez lata nie otrzymuje od partnera informacji o tym, a wprost prz
                        > eciwnie na każdym kroku jest kochana, uwielbiana, "zaopiekowana" nie dziwcie si
                        > ę, że po latach zrobi okragłe oczy, że coś w związku jest nie tak.

                        Dobrze napisane. Mało tego. Co gorsza te księżniczki i te "księciunie" czasami w ogóle tych wielkich oczu nie robią. Bo są i będą do końca życia przekonani o swojej boskości, nieomylności i błękitnej krwi, która płynie w ich żyłach.

                        Nie oszukujmy się, wiążemy się z ludźmi już w znaczny sposób ukształtowanymi. Którzy pewne cechy i zachowania nabierali przez 20-25 lat. Tymczasem my z nimi byliśmy "zaledwie" lat kilka, albo kilkanaście. I to my z reguły robimy te wielkie oczy, kiedy okazuje się, że tak naprawdę związaliśmy się z osobą niedojrzałą.

                        Nie powinno mieć się pretensji do księcia, że skoro do 25 roku życia obiad pod nos podkładała mu matka, to on w swoim małżeństwie nagle stanie przy garach i przeistoczy się w Gordona Ramseya. Bo książęce pochodzenie do czegoś przecież zobowiązuje smile)))

                        I teraz też jestem mądry. I wiem dlaczego moja ex lekką ręką machnęła na 15 lat małżeństwa i nie walczyła - jak to po matce można by się spodziewać - o opiekę. Dowiedziałem się tego jakiś czas temu. Bo ona myślała, że po rozwodzie nadal będziemy razem mieszkać. Że poza tym papierem, który leży w szufladzie, nic się nie zmieni. Bo przecież ludzie żyją ze sobą po rozwodach i nawet ponownie się żenią (u niej w rodzinie tak było). Wystarczy tylko, że mąż przyjdzie i przeprosi.

                        A mąż się wyniósł. I zabrał "sens" jej życia.

                        Czyż może być lepszy przykład na niedojrzałość?

                        --
                        Zaintrygował cię mój post? Masz ochotę do mnie napisać, poznać? Przeczytaj najpierw to
                        • 11.10.11, 11:52
                          errormix napisał:


                          >
                          > . Co gorsza te księżniczki i te "księciunie" czasami
                          > w ogóle tych wielkich oczu nie robią. Bo są i będą do końca życia przekonani o
                          > swojej boskości, nieomylności i błękitnej krwi, która płynie w ich żyłach.

                          mój ex dalej jest przekonany, że on był idealny i bez skazy. Do pewnego czasu myślałam, ze mówi tak, zeby mnie denerwować, teraz już wie, że on naprawdę w to wierzy...
                          > Nie oszukujmy się, wiążemy się z ludźmi już w znaczny sposób ukształtowanymi. K
                          > tórzy pewne cechy i zachowania nabierali przez 20-25 lat. Tymczasem my z nimi b
                          > yliśmy "zaledwie" lat kilka, albo kilkanaście. I to my z reguły robimy te wielk
                          > ie oczy, kiedy okazuje się, że tak naprawdę związaliśmy się z osobą niedojrzałą
                          właśnie tak, chociaż często są sygnały świadczące o tej niedojrzałości, które niestety ignorujemy ...
                          > Bo książęce pochodzenie do czegoś przecież zo
                          > bowiązuje smile)))
                          haha, no taksmile
                          > Bo ona myślała, że po rozwodzie nadal
                          > będziemy razem mieszkać. Że poza tym papierem, który leży w szufladzie, nic się
                          > nie zmieni. Bo przecież ludzie żyją ze sobą po rozwodach i nawet ponownie się
                          > żenią (u niej w rodzinie tak było). Wystarczy tylko, że mąż przyjdzie i przepro
                          > si.
                          mój ex poszedł dalej - swojego czasu mi takie rozwiązanie nawet zaproponował wprost

                          • 11.10.11, 12:28
                            Moja ex u schyłku małżeństwa przyznała się wprost, że "oczekiwała, żebym ja dla niej taki jak jej ojciec był". A pod opieką ojca to ona miała w komunie boskie zycie - był dyplomatą: luksus, wyjazdy, egzotyka, słuzba, zachodnie gadżety, wszystko podane i kupione pod nos, zero własnej pracy i takie tam... No cóż, sameś tego chciał Grzegorzu Dyndałowink. I nic dziwnego, że nie spełniłem jej oczekiwań.
                            • 11.10.11, 13:33
                              Widzisz rybaku, to chyba ty popełniłeś błąd. Wziąłeś za żonę piękną, rozpieszczoną syrenę, a oczekiwałeś od niej, że będzie z tobą wiosłowała. Trzeba było poszukać w klubie kajakowym.
                              • 11.10.11, 13:37
                                A kto mówi, że nie popełniłem? No pewnie, że popełniłem.
                                smile
                              • 11.10.11, 14:12
                                smile
                                --
                                www.youtube.com/watch?v=feMJx8ldhbQ&feature=related
                  • 11.10.11, 23:21
                    A ja mysle, ze problem w tym, ze czesto "dobroc" tak naprawde oznacza przejecie wszelkiej kontroli, i wynika z perfekcjonizmu "dobrego", ktory najlepiej wie, jak co powinno byc zrobione, i nie pozwoli, by ktos inny zrobil byle jak czy po prostu inaczej czy po prostu samodzielnie.
                    Ten kto dziala, rzadzi i kontroluje - i jeszcze oczekuje wdziecznosci, wtracajac innych w poczucie winy. Brrrrrrrrrrrrrr.
                    --
                    "Nie sposób nie przypomnieć Leszka Kołakowskiego, który dowodzi, że w sprawach zasadniczych mądrość objawia się nierzadko jako brak konsekwencji".
                • 11.10.11, 10:32
                  rybak napisał:

                  > Dla niektórych taka nadaktywnośc drugiej strony (jak twoja) to po prostu doskonała wymówka do nicnierobienia i stawiania coraz to nowych wymagań.

                  Masz rację. Tylko widzisz... to nicnierobienie, to stawianie coraz to nowych wymagań, to jest pierwszy, naturalny chyba odruch człowieka. Bo skoro ktoś w małżeństwie od początku robi obiady, to ta druga strona się do tego przyzwyczaja. Gdy od początku ktoś podnosi twoje skarpetki porozrzucane po pokoju też się przyzwyczajasz.

                  Bo to jest wygodne. Bo taki jest układ. To dlatego tak wiele pań żali się tutaj, że gotowało swojemu ex obiady i podstawiało pod nos, a on miał pod koniec małżeństwa pretensje, że marchewka jest nierówno pokrojona, albo że ex nazywał ją "niewolnicą".

                  Dziś, gdy czasami zdarza mi się myśleć o tym co minęło, przypominają mi się różne zdarzenia z naszego życia, na które dopiero teraz zwracam uwagę. Jednym z nich jest karczemna wręcz awantura, jaką moja ex zrobiła wtedy 7-letniemu dziecku dlaczego na ojca mówi "tatku", a na nią "mama"?

                  Na pierwszy rzut oka, to się wydawać może idiotyczne. Ale być może ona wtedy już czuła, że ta równowaga jest zachwiana, też chciała, by dziecko powiedziało do niej "mamusiu". By traktowało ją dokładnie tak jak traktuje ojca. I być może dlatego, że ona była już w "tyle" przerodziło się to w kłótnię z małym dzieckiem, a nie na rozmowę czy żart.

                  Ale zgadzam się, analizowanie nie ma większego sensu. Gdyby ktoś chciał uczestniczyć w życiu rodziny to by uczestniczył. Jeśli nie zajmując się dzieckiem, to wykazując się na innych polach.

                  Bo najczęstszy błąd jaki popełniamy, to analizowanie zachowań innych, a nie swoich własnych.

                  --
                  Zaintrygował cię mój post? Masz ochotę do mnie napisać, poznać? Przeczytaj najpierw to
                  • 11.10.11, 10:47
                    Error, człowiek jest autorefleksyjny z natury. Normalny człowiek, a nie psychol. Więc zawsze szuka najpierw w sobie. Neurotyk aż za bardzo czasemsmile. Ale my tu rozmawiamy o jednej płaszczyżnie relacji. Między równymi sobie autorefleksyjnie i w ogóle - refleksyjnie poniekądwink partnerami. Tymczasem na to nakłada się matrix indywidualnych osobowości. W sensie - opócz różnic w tempie i jakości wiosłowania (płaszczyzna relacji) masz jeszcze różnice w postaci - dojrzałości osobniczej. Jedni są emocjonalnie jako tako dorośli,inni się takimi w bólu stają, jeszcze inni - nie dorosną nigdy. Pozostaną infantylni do końca zycia (własnie jak to ładnie określiła mayenne - będą takimi księżniczkami ew. paniskami). Dla mnie Twoja ex - gdy przeczytałem o tym, jak sztorcowała własną córkę siedmioletnią - postawiła się emocjonalnie PONIŻEJ jej emocjonalnego poziomu. Wydaje mi się, że po prostu dawnio dawno temu ożeniłeś się z dzieckiem, error. Może nawet w pewnych aspektach nieżle rozwiniętymwink dzieckiem, ale jednak - dzieckiem. Dziecko w łodzi nie wiosłuje, bo nawet jak chce (a chce i daje temu często wyraz rykiem - u dorosłych dzieci - np. fochem) - to nie umie i jest za słabe, żeby dać radę. Ale ja taki mądry jestem też dopiero po wlasnym rozwodziebig_grin
                    • 11.10.11, 10:57
                      rybak napisał:
                      Wydaje mi
                      > się, że po prostu dawnio dawno temu ożeniłeś się z dzieckiem, error. Może nawet
                      > w pewnych aspektach nieżle rozwiniętymwink dzieckiem, ale jednak - dzieckiem. Dz
                      > iecko w łodzi nie wiosłuje, bo nawet jak chce (a chce i daje temu często wyraz
                      > rykiem - u dorosłych dzieci - np. fochem) - to nie umie i jest za słabe, żeby d
                      > ać radę. Ale ja taki mądry jestem też dopiero po wlasnym rozwodziebig_grin

                      Bingo. Problem tylko w tym dlaczego wybrało się na małżonka dziecko, a nie równorzędnego, dorosłego partnera. I dlaczego pozwoliło się małżonkowi tym dzieckiem pozostać.


                      --
                      www.youtube.com/watch?v=feMJx8ldhbQ&feature=related
                      • 11.10.11, 11:02
                        Zawsze jest ten sam powód - ze źle pojętej przez siebie samych - miłości do tej drugiej osoby. A źle pojęte uczucia są najzwyczajniej - cholernie destrukcyjne.
                • 11.10.11, 23:17
                  Moja żona po pros
                  > tu nie miała okazji wykazać się jako mama. Zbyt często ją wyręczałem. Nieświado
                  > mie pozbawiłem ją tego, co ona też wnieść powinna od siebie. Gdy w towarzystwie
                  > ktoś pytał moją ex o córkę, o szkołę, o oceny, ona odpowiadała, że "takimi spr
                  > awami" zajmuje się Error, to mnie wtedy duma rozpierała po sam sufit.
                  >
                  > Bo mi się wydawało, że jestem Super Tata. Jak z filmów.


                  Ooooo.....
                  Taki wglad to hewenement.
                  Mam wrazenie, ze sytuacja czesto spotykana, ale raczej w wykonaniu hidealnej matki Polki. Ktora potem tkwi w przekonaniu, ze byla za dobra.
                  --
                  "Nie sposób nie przypomnieć Leszka Kołakowskiego, który dowodzi, że w sprawach zasadniczych mądrość objawia się nierzadko jako brak konsekwencji".
          • 10.10.11, 19:43
            i tu się zgodzę....trzeba lubić siebie...ale tego się trzeba też nauczyć a jak się nie umie to wychodzi źle. Jednak mam zakodowane z doświadczeń osobistych że ta zbyt duża dobroć jest wykorzystywana...ale poczucie wykorzystywania jest faktycznie subiektywne...
          • 10.10.11, 20:16
            Cieszę się, że ktoś jeszcze myśli podobniesmile
    • 11.10.11, 09:47
      Się zgadzam w pełni. Miałem to w związku z ex. Czym więcej siebie dawałem, tym mnie było dla ex - mniej. I tak dawałem, dawalem... aż już nie było nic w puli. Dziś to nazywam trochę inaczej- w związku jest jak na łodzi w której każdy z partnerów trzyma jedno wiosło - gdy jedno wiosłuje, a drugie nie (albo byle jak, albo w przeciwną stronę) - to łódka nie płynie naprzód, ino kręci się w kółko. I nawet zatonąć z tego może. A gdy się za długo tak bezsensownie wiosłuje i w efekcie w kółko się kręci - to wtedy , w końcu, albo strona wiosłująca prawidłowo robi decydująccą głupotę - i bierze oba wiosła i się w efekcie skrajnie umęcza, bo TA łódka jest przecież za ciężka dla jednego, zwłaszcza gdy drugie nie wiosłuje. Albo (bo i tak bywa) wiosłujący prawidłowo NIE CHCE zauwazyc, że niewiosłujący ma go gdzieś - jednak i wtedy efekt jest podobny do wariantu pierwszego - bo i wtedy ów wiosłujący prawidłowo (a może lepiej powiedziec - prawidłowo lecz calkiem bez sensu - więc sam sobie winienwink - kręci się w kółko aż całkiem z sił opadnie, czyli takoż do us... śmierci.
      Wniosek - tak czy siak, w związku wiosłować trzeba ZAWSZE uważniebig_grin
      • 11.10.11, 10:37
        Rybak, myślę, że problemem ne było to ze więcej dajesz, a to że byłeś niezadowolony bo nie dostawałeś tego czego oczekiwałeś. Skoro dawałeś tak dużo to pewnie i dużo oczekiwałeś. Może ona ci po prostu nie umiała dać szczęścia?)
        Bo gdybyś z nią porozmawiał to podkreślałaby ile włożyła w to małżeństwo, bo ona też dawała. Tylko wasze dary nie zadowalały tej drugiej strony.Trafiały w próżnię.

        Metaforę z łódka widzę trochę inaczej: wiosłuje ten kto może i umie w danej chwili to robić. Ta druga osoba może pomagać w inny sposób: ryby łowić i karmić, pot ocierać, łódkę uszczelniaćsmile Ważne by obie strony rozumiały, że to co robią, robią we wspólnym celu, dobrowolnie i jest to maksimum tego co mogą zrobić. Bo gdyby mi dano wiosła to nie wiem czy jednak nie skończyło by się to katastrofą ale ryby łowić umiem doskonalesmile
        • 11.10.11, 11:00
          Niedużo oczekiwałem. Ja naprawdę wcale nie muszę od razu mieć w duecie partnerki, która zasuwa na violi swoją część Passacalle Boccheriniego, kiedy ja tnę swoją na skrzypcach. Ale generalnie - mając naprawdę solidny kawał łodzi do poruszenia - gra w duecie jest niezbędna. I żeby to dojrzeć - (a wczesniej - żeby uwierzyć po x latach malżeństwa, że gram w istocie solo, a nie w duecie, bo druga strona zdecydowanie i od samego początku bardziej woli słuchać niż grać - i to wcale niekoniecznie słuchać to, co ja jej gramwink) - ja też musiałem wczesniej... dojrzećsmile.
    • 12.10.11, 19:35
      mojego ex kochalam miloscia calkowita, czyli byl dla mnie nr.1, a dopiero potem gdzies tam ja, i wszyscy inni. Efekt? ja: dawalam, on: bral. W dodatku przyzwyczail sie do tego tak bardzo ze zaczol o sobie myslec jak o bozku, czym w sumie dla mnie byl. w efekcie ja sie wypalilam, ze zmeczenia, wypalilam sie emocjonalnie, psychicznie, fizycznie, finansowo - a on jak mlody bog poszedl polowac na mlode jalowki. smile

      Teraz nie kocham taka miloscia. Przedewszystkim kocham siebie, a dopiero pozniej partnera. Przez to mam czas aby o siebie zadbac: psychicznie, emocjonalnie, fizycznie, duchowo, aby sie rozwijac mentalnie itd... Jestem szczesliwsza i mam przez to wiecej milosci aby dac komus. Tym sposobem chronie siebie ale tez i partnera, gdyz on tez moze sie wykazac. Zreszta pare razy mi powiedzial ze LUBI gdy sprowadzam go na jego miejsce (np jak mi wlazi na glowe to jednym zdaniem moge go "sprostowac" )

      tak wiec daje z siebie mniej ale obydwoje jestesmy bardzo zadowoleni, i chyba w tym sek aby tak pozostalo.
    • 15.10.11, 00:23
      Mysle, ze to niezbyt madre szukac jakis ogolnych regul. Raz jest tak, innym razem inaczej, i co ciekawe moze to dotyczyc relacji miedzy tymi samymi osobami.

      Z jednej strony prawdziwy zwiazek oparty na uczuciu (czyli nie tylko malzenstwo, ale i np przyjazn) powinien byc z obu stron bezinteresowny, z drugiej - czasem komus sie czegos nie chce, czasem ktos nie oprze sie pokusie i wykorzysta... I czasem moze sie jakos tak samo zrobic, ze jedna strona daje, a druga bierze (skoro tamta daje). A w ktoryms momencie 'dawacz' wybucha, ze jest wykorzystywany i wlasciwie dlaczego. Bo dal/a sie wykorzystywac?

      Poza tym sa osoby, ktore maja niemal patologiczna potrzebe dawania i poswiecania sie (z mojego doswiadczenia wynika, ze zwykle sa to kobiety) i sa tez ludzie, ktorzy sa na tyle narcystyczni, ze w relacji niemal wylacznie biorą (i w zamian daja sie podziwiac oraz wielbic wink. Kiedy sie spotkaja, wydaje im sie, ze sa sobie przeznaczeni, i przez jakis czas sa szczesliwi, bo jedno jest studnia bez dna, a drugie uwielbia do tej studni wrzucac non-stop swoj wysilek, czas, emocje, zaangazowanie, pieniadze i co tam tylko ma. Dramat wybucha, kiedy narcyz postanowi dac sie wielbic komus innemu. Z tym ze taka sytuacja jest - okupiona cierpieniem, ale zawsze - szansa dla patologicznego dawacza, zeby przewartosciowac swoje zycie i wejsc w zwiazek, w ktorym relacja jest zdrowsza.


      --
      tricolour na ff: Pomimo odstawienia tęsknisz, wiergzasz i ślinisz się na myśl, że można dziabnąć. Cały czas piszę, że masz zajoba.
  • Powiadamiaj o nowych wpisach

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.