• drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego

Rozstanie z mężem - moje poczucie winy (?) Dodaj do ulubionych

  • 19.04.13, 13:21
    Witajcie.

    Moja historia to pewnie taka, jakich wiele. Nie ogarniam tego już psychicznie przede wszystkim. Ale i fizycznie ciężko. Organizm reaguje na stres.

    Będzie dlugo - ale jak ktoś przebrnie, to będę wdzięczna za jakieś porady co do tego, jak sobie poradzić z moim wlasnym poczuciem winy po rozstaniu, albo też jak pomoc tej drugiej osobie przejsc przez to łagodniej...(ironicznie brzmi, wiem - ale naprawdę bym chciala mężowi jakos pomoc to "przetrawic" i ruszyc dalej z zyciem do przodu....)


    Krótka znajomość, ślub, dziecko. Brakowało może wielkiej miłości, spadającej jak grom z jasnego nieba - ale uczucie było i zrozumienie i wspólne cele. Przyjaźń i potrzeba bycia razem też. Po latach - lepiej siebie nawzajem znając już - trochę się ten związek zaczął rozjeżdżać, doszła do tego praca w różnych miejscowościach, mało czasu dla siebie, coraz rzadziej razem, coraz więcej rozdrażnienia i kłótni, różne poglądy na zajęcia pozadomowe i hobby - na które w końcu znalazł się czas, kiedy dziecko podrosło. Wszystko tkwiło na mojej głowie - chociaż pracowaliśmy oboje. Załatwianie spraw w urzędach, dom, zakupy, dziecko, remonty. Ale mąż był dobrym mężem - w powszechnym mniemaniu. Nie pije, nie bije, nie zdradza, zazwyczaj robił to, o co prosiłam. Tyle, że miałam już dość bycia "nadzorcą". To ja musiałam zaplanować, "wydać rozkaz" i pomyśleć za nas oboje. Zero inicjatywy z jego strony. Zero wsparcia w poważniejszych rzeczach, o których trzeba było myśleć i zalatwiać. Czasem miałam wrażenie, że mam w domu dwoje dzieci. I coś się zaczęło wypalać. Klasyka chyba.
    Ale nie chcę narzekać na niego, ani przyszywać mu łatki winowajcy. Bo to dobry facet jest, tak generalnie. Życzę mu jak najlepiej i chciałabym, żeby jego życie było szczęśliwsze niż do tej pory. Ze mną. Żeby jednak zył kiedyś z kims, kto go kocha na zabój, a nie z "przyjaciółką", którą sam kocha pewnie i, ale łączy nas głównie dziecko i nic poza tym.

    Po paru miesiącach "życia automatycznego" - kiedy depresja jakaś mnie dopadła chyba z powodu nierealizowania się w tym małżeństwie i jakiegoś psychicznego męczenia się w związku - i po paru miesiącach próbowania odszukania jeszcze w tym małżeństwie czegoś dla mnie dobrego - podjęłam decyzję o rozstaniu. Nie o rozwodzie, bo nie planuję żadnego związku czy małżeństwa. Więc i dokument nie jest mi potrzebny. Po prostu nie kocham mojego męża - więc nie potrafię w imię sympatii tylko żyć do końca w takim "letnim" układzie, idąc na kompromisy z nim, odstawiając na bok swoich przyjaciół i swoje hobby (którego on nie może ze mną dzielić). Nie jest to moje wymarzone życie. Dlatego chcę i zmieniam je.

    Dla naszego dziecka niewiele się w tym względzie zmieni, bo dla dziecka tata od prawie zawsze mieszkał gdzie indziej (tam, gdzie pracuje) - a przyjeżdżał do domu tylko jak miał parę dni "urlopu". A nawet jak już był, to i tak sporo czasu spędzał "bezkonstruktywnie" przy komputerze, a dziecko bawiło się gdzies obok. Mój mąż nasze dziecko kocha bardzo - więc mam nadzieję, że ich relacje będą w miarę OK. Nie zamierzam im tego utrudniać. Wręcz przeciwnie. Próbuję ułatwiać. Moze - paradoksalnie - po rozstaniu te relacje będą bardziej "bogate" - bo będzie szkoda kazdej chwili i beda razem sie bawic, zamiast kwitnąć przy komputerze....

    Problem w tym, że dla mojego jeszcze męża jest to nie do przejścia. Staram się zrozumieć jego żal, pretensje, szok i złość na mnie. Ma do tego prawo. W końcu to moja decyzja o odejściu rozwala naszą rodzinę. Mój jeszcze mąż powtarza, że gdybym tylko chciała - to byłoby inaczej i byłoby dla niego dobrze. Że... mogłabym udawać "dobrą żonę i kobietę" jeszcze jakiś czas, zanim on by się przyzwyczaił do myśli, że będzie sam. Chociaż nie mam pojęcia, jak miałabym to zrobić. Bo nie lubię udawać. I myślę, że większą krzywdę zrobiłabym mu, gdybym udawała - albo gdybyśmy zyli ze sobą pro forma. Nie miałby wtedy szansy na jakis kolejny związek, ale prawdziwie szczęśliwy (wiem, nieco się tym usprawiedliwiam, żeby nie czuć się tak miernie). Teraz więc on ma żal, pretensje, złość na mnie (to zrozumiałe...), do tego jakąś zazdrość o "potencjalnych nowych mężczyzn w moim zyciu" (?...), depresję chyba (mowi o zniszczeniu zycia, braku sensu w zyciu - poza dzieckiem, itd....)....

    Ustaliliśmy, że złożymy dokumenty w sądzie z wnioskiem o rozwód. Mąż twierdzi, że moze dopiero wtedy zacznie spokojnie żyć dalej, nie będąc związany "na papierze" ze mną bedzie mogl poszukac "nowej kobiety" (to jego slowa). Chociaz - jak mowi - zawsze go bedzie meczylo to, ze nie rozumie mojej decyzji. A moje wyjasnienia i tlumaczenie tego - jest dla niego bez sensu, bo "nie można tak zmieniać życia", bo "ludzie normalnie tego nie robią, jesli jest normalnie" - czyli wg niego pewnie rozstanie wchodzi tylko w grę wtedy, jak są jakieś patologie w rodzinie...

    Sęk w tym, że czasem spokojnie mowi o tym rozwodzie, a czasem wpada w jakiś stan złości i rozżalenia, i po raz kolejny analizuje w rozmowie ze mną wszystko (głównie przez telefon, bo rzadko tu bywa)., wyrzuca mi moją decyzję i mniej lub bardziej świadomie gra na moich emocjach, czasem nawet szantażem emocjonalnym (kiedy mowi o tym co czuje sam w tej sytuacji i ze nie umie z tym zyc dalej). Potem znowu jest spokój i normalnie możemy rozmawiać, o dziecku, o tym co slychac w pracy. A potem znowu "jazdy" i kłótnie. Nie umiem już tak. To męczy i dręczy. I mnie i jego.

    Czy to jest jakaś faza po rozstaniu? U niego? U mnie?
    Kiedy to mija?

    Wiem
    Moja decyzja, konsekwencje ponoszę. Nie tylko ja. Wiem o tym. Dlatego mam tak wielkie poczucie winy, że kilka razy prawie byłam zdecydowana do niego wrócić. Ale wiem też, że wtedy byłabym nieszczęśliwa i nei do zycia. I prędzej czy pozniej odeszłabym od niego i tak. Tyle, że z większym hukiem...

    Gdyby była wielka milość, pewnie bym walczyła do dziś. Ale jej nie ma. Z mojej strony przynajmniej. Mimo wszystko mąż nie jest dla mnie kims obcym i obojętnym (jest ojcem naszego dziecka i naprawdę w porządku, ale nie jest mężczyzną dla mnie - co widzę dopiero niestety po czasie tak długim...) - i nie potrafię nieczuła i powiedziec: "Nic mnie nie obchodzi to co on teraz czuje" i życ po swojemu, z uśmiechem, dalej. Przejmuję się jego nastrojami i żałuję, że przeze mnie to przeżywa. Ale nie jestem w stanie mu dać tego, czego by chciał.
    Miłej, kochającej, uśmiechniętej żony, organizującej wszystko za niego, siedzącej po pracy w domu z dzieckiem, a jesli juz gdzies poza domem - to z nim razem.

    Da się to jakoś opanować? Jak sobie samemu radzić z poczuciem winy?
    Nie zmienię swoich uczuć i nie widzę możliwości bycia dalej w tym zwiazku.
    Czy tylko zostaje wizyta u psychologa?
    Edytor zaawansowany
    • 19.04.13, 13:50
      hej!!
      ja bylam na miejscu twojego meza (tylko ze w gre wchodzila 2 kobieta), wiesz ja sie zalamalam, ale czas dziala cuda bo nawet ja przyzwyczailam sie do mysli ze bede sama, skorzystalam z fachowej pomocy i jakos sie udawalo, a teraz moj maz marnotrawny powrocil...
      • 19.04.13, 20:03
        Ja tez byłam na miejscu Twojego męża tyle, ze u nas pojawiła się ta dryga... Nie wiem co Ci napisać... myślę, że jesteś uczciwa wobec swojego jeszcze męża. Dobrze, że w grę nie wchodzi romans, ale pewnie gdybyś dłużej w tym związku tkwiła tak by się w końcu skończyło. Mąż czuje się oszukany i bardzo zraniony. W sumie pewnie cierpi jego męskie ego. Kiedyś się z tym pogodzi- czas goi rany. Przypuszczam, że taki zbolały i rozżalony tylko bardziej traci w Twoich oczach. Nawet gdybyś teraz wróciła to pewnie przy każdej kłopotani wypominał by Ci to. Skoro podjęłaś już decyzję to bądź konsekwentna. Mój mąż bawił się ze mną 3 lata. Wracał, odchodził to się do mnie nie odzywa,ł to znowu wysyłał czułe sms-y czy listy. To było koszmarne cały czas huśtawka emocjonalna. Grał na moich uczuciach bo sam okazał się strasznym tchórzem. Chyba wolałabym jedno krótkie cięcie niż taką wyniszczająca zabawę która doprowadziła mnie do depresji, nerwicy i kompletnego załamania psychicznego. To są bardzo trudne decyzje. Ja ciągle liżę rany- właśnie jest piątek wieczór. Dzieci z ex i ... ciocia - ja sama w domu. Niby brak mi kogoś, ale boję się nowego związku, brak mi wiary w siebie mam nadzieje, że i to się z czasem zmieni. Pozdrawiam...
    • 19.04.13, 20:02
      Rozumiem zmęczenie materiału i niechęć do bylejakości. Jeśli jesteś w 100% pewna, że nie wyobrażasz sobie dalszego życia (tzn. nie myślisz w kategoriach "gdyby zmieniło się to i to"), to faktycznie szkoda czasu. Ja się rozwiodłam kiedy zdałam sobie sprawę, że nawet gdyby eks stał się aniołem, to ja i tak nie chcę z nim być.

      Zdziwił mnie ten fragment twojej wypowiedzi o odstawianiu na bok swoich przyjaciół i swojego hobby (którego on nie może ze mną dzielić). Dlaczego musisz odstawić przyjaciół i hobby? co z tego, że on nie może tego z tobą dzielić? nie w każdym związku oboje jadą na jednym wózku, czasem każde ma swój światek i nie ma w tym niczego dziwnego.
      Tak czy inaczej będziesz je realizowała sama po rozstaniu.

      I jeszcze jedno - skoro podjęłaś decyzję o rozstaniu, to poczekaj aż ochłonie i prostu się rozwiedź zanim wszystko się skomplikuje, nie zostawiaj tego na potem, bo sprawy niezałatwione lubią się mścić. Poczucie winy jest złym doradcą.
      • 19.04.13, 22:06
        koronka2012 napisała:

        > Zdziwił mnie ten fragment twojej wypowiedzi o odstawianiu na bok swoich przyja
        > ciół i swojego hobby (którego on nie może ze mną dzielić). Dlaczego musisz odst
        > awić przyjaciół i hobby? co z tego, że on nie może tego z tobą dzielić? nie w k
        > ażdym związku oboje jadą na jednym wózku, czasem każde ma swój światek i nie ma
        > w tym niczego dziwnego.

        Masz rację. Tyle, że w moim przypadku okazało się, że w żadnym punkcie nie mamy "styczności", wspólnego chociaz jednego hobby, pomimo tego, że na początku fascynowały nas nasze wzajemne zainteresowania. Jakkolwiek kiedy dziecko było małe ja nie miałam czasu na realizowanie swoich, bo byłam nawet po pracy "matką niezastąpioną". Kiedy dziecko podrosło na tyle, że może i lubi bez problemu zostawac dłużej u dziadkow, albo z tatą - mogę wyjechać nawet czasem na 2-3 dni i mieć "swoje hobby".

        Z perspektywy czasu patrząc myślę, że sama się wpakowałam na początku w taki układ. Że to ja dbałam, organizowałam, załatwiałam sprawy - bo to było trudniejsze dla męża (czasowo i ogólnie) - więc chciałam "zrobic nam dobrze" i go wyręczać. Jak taki "kierownik budowy". Dać listę rzeczy do zrobienia, kupienia,pokazać palcem gdzie i co zrobić. A mój mąż po prostu znalazł w tym układzie dla siebie miejsce jako "podwładny" - i dobrze mu z tym było.

        Mój błąd pewnie. Że od początku nie oczekiwałam od niego w tym względzie współdziałania, tylko "dbałam o dużego małego chłopca", żeby mu bylo miło.




        >
        > I jeszcze jedno - skoro podjęłaś decyzję o rozstaniu, to poczekaj aż ochłonie i
        > prostu się rozwiedź zanim wszystko się skomplikuje, nie zostawiaj tego na pot
        > em, bo sprawy niezałatwione lubią się mścić. Poczucie winy jest złym doradcą.
    • 19.04.13, 20:28
      ... tylko taki układ społeczno-partnerski. Jego zasoby wyczerpały się w szarości zwykłego dnia. Bez miłości.

      A dzisiejsze dylematy są z powodu poczucia utraty.
      • 19.04.13, 20:47
        Jeśli jesteś pewna, że nie chcesz być ze swoim mężem, zakończ ten związek, bądź konsekwentna, bo skrzywdzisz Was oboje. Przetnij to wszystko jednym zdecydowanym ruchem. Inaczej będzie bolało bardziej, a po co... Nie pozwól, by grał na emocjach, zwiększał poczucie winy. Czuje się zagubiony, skrzywdzony - ma prawo... Ale Twoje poczucie winy, to łzy nad rozlanym mlekiem.
        Zakończyłam podobny związek z dużym dzieckiem i wyświadczyłam mu przysługę. Znalazł sobie kobietę, chyba trochę dorósł, jest szczęśliwy (tak mi się wydaje...). Relacje z synem poprawne, bo się nie kłócą. A przy mnie byłby wiecznym chłopcem, bo mi się wydawało, że taki biedny i sobie nie poradzi z niczym. Poradził, pewnie się dowartościował. Ta pani też jest zadowolona. I dobrze.
        A ja? Też sobie poukładałam życie. I mam kogoś, z kim mi dobrze. Nie przekreślaj swojej szansy.
        • 19.04.13, 22:26
          buba2002 napisała:

          > Jeśli jesteś pewna, że nie chcesz być ze swoim mężem, zakończ ten związek, bądź
          > konsekwentna, bo skrzywdzisz Was oboje. Przetnij to wszystko jednym zdecydowan
          > ym ruchem. Inaczej będzie bolało bardziej, a po co...

          Tak właśnie zrobiłam. Sama na własnej skórze wiele lat temu poznałam "uroki" odcinania po kawałku. Też jestem zdania, że lepiej szczerze od razu, zamiast zwodzić długo i na raty...

          > Nie pozwól, by grał na emocjach, zwiększał poczucie winy. Czuje się zagubiony, skrzywdzony - ma prawo... Ale Twoje poczucie winy, to łzy nad rozlanym mlekiem.

          Niby wiem. Ale mimo wszystko wolałabym mu oszczędzić tych złych emocji. Więc daję się wciągać w rozmowy i dyskusje czasem. Bo nie umiem trzasnąć drzwiami i nie odpowiadać, udawać, ze nie słyszę, nie czytam. Mam wrażenie (może błędne), że jak bedzie mogl do mnie bezpośrednio ponarzekać i nakrzyczeć, to mu ulży nieco.

          Chociaż... Co mogę zrobić, żeby mu to "ułatwić"? Chyba niewiele. W końcu to z mojego powodu.

          > Zakończyłam podobny związek z dużym dzieckiem i wyświadczyłam mu przysługę. Zna
          > lazł sobie kobietę, chyba trochę dorósł, jest szczęśliwy (tak mi się wydaje...)
          > . Relacje z synem poprawne, bo się nie kłócą. A przy mnie byłby wiecznym chłopc
          > em, bo mi się wydawało, że taki biedny i sobie nie poradzi z niczym. Poradził,
          > pewnie się dowartościował. Ta pani też jest zadowolona. I dobrze.

          Kropka w kropkę jak u mnie...! Z tym "wiecznym chłopcem". I też mam niejasne wrażenie, że powinien na swojej drodze spotkać kogoś innego. I mieć szansę na realizowanie się jako prawdziwy facet, nie jako "mąż swojej żony". Może przy innej kobiecie wyjdą z niego cechy lepsze. Bo przy mnie by się zmarnował... Tak myślę...

          > A ja? Też sobie poukładałam życie. I mam kogoś, z kim mi dobrze. Nie przekreśla
          > j swojej szansy.

          Postaram się.
          Ale to strasznie trudne.
          Nie myślałam, że aż tak.
          • 19.04.13, 22:35
            Pomyśl - wykonujesz z dzieckiem wyjątkowo uciążliwe ćwiczenia, ale wiesz, że to jest skuteczne. Musisz, choć dzieciak za każdym razem mały się męczy, cierpi... Robisz to dla jego dobra. I co? Po każdej serii ćwiczeń będziesz się obwiniać, analizować? Wykończysz się. Nie musisz być terapeutką swojego męża, jeśli to jest dla Ciebie obciążeniem. I dlaczego zdecydowałaś, że będziesz sama? To jako pokuta?
            • 19.04.13, 22:42
              buba2002 napisała:

              > Nie musisz być terapeutką swojego męża, jeśli to jest dla Ciebie obciążeniem.

              Jest. To chyba taki chory "gen chęci pomocy" we mnie się odzywa. Ale to rzeczywiście nie jest zdrowe. Dla mnie.

              > I dlaczego zdecydowałaś, że będziesz sama? To jako pokuta?

              Właściwie to nie wiem.
              Albo i wiem.
              Chyba chodzi o "nie dokładanie do pieca" - w przypadku kiepskiego samopoczucia mojego męża. Mam jakas taka mysl, ze za jakiś czas nawet, nawet po rozwodzie, to by go bardzo zabolało. Zresztą sam o tym mówił. Wiem. Głupie. Z mojej strony. Że biore go pod uwagę "po rozwodzie". Muszę chyba przestawić myslenie na bardziej egoistyczne, z mojej strony.

              Idealną sytuacją dla mnie byłoby, gdyby on spotkał jakąs miłą, fajną panią i sobie ułożył z nią życie, tak jak ON chce. Wtedy bym była o niego spokojna i mogła się zająć swoim zyciem - bez obawy, ze bedzie komentowal, krytykowal co robię, z kim, gdzie i po co. I robił mi wyrzuty z tego powodu. Co robi cały czas, jak na razie.

              Może jak bedzie mial z kim to zycie ukladać i isc do przodu, to przestanie analizować moje wlasne, prywatne juz wtedy...
              • 20.04.13, 07:12
                jeszcze-zona napisał(a):


                > Idealną sytuacją dla mnie byłoby, gdyby on spotkał jakąs miłą, fajną panią i so
                > bie ułożył z nią życie, tak jak ON chce. Wtedy bym była o niego spokojna i mogł
                > a się zająć swoim zyciem - bez obawy, ze bedzie komentowal, krytykowal co robię
                > , z kim, gdzie i po co. I robił mi wyrzuty z tego powodu. Co robi cały czas, ja
                > k na razie.

                Jak napisano: decyzję podjęłaś. Szkoda mi twojego męża.
                Doradzam wnikniecie w siebie i zastanowienie się czemu weszłaś w taki związek bo kolejny może być taki sam. Ustawiasz się w roli mamusi co musi dbać, a nie kobiety- partnerki.

                Jakoś nie wierzę, że nie ma na horyzoncie tej oczekiwanej wielkiej miłoścismile
                Niszczysz człowieka bo zmieniasz reguły gry w jej trakcie.Cholernie to nieuczciwe. Oboje pisaliście się na małżeństwo z rozsądku, przyjęliście określone role a teraz ty chcesz zmiany i to poprzez rozwód.
                Jeszcze jedno: co na to twoje dzieci?
                • 20.04.13, 07:45
                  A mnie dziwi to poczucie winy.
                  Podjęłaś decyzję, nie chcesz być z tym człowiekiem.
                  Z jakiś swoich powodów.
                  Jak się mówi a to potem trzeba powiedzieć b.
                  Jest to zabójcze pocieszanie kogoś komu się wbiło nóż w plecy.
                  Powinniście rozmawiać o układach z dzieckiem o podziale majątku itp.
                  A nie bycie terapeutą analizującym niech mój były kogoś sobie znajdzie.
                  A jak sobie nie znajdzie?
                  Jak się nie podniesie to co wtedy?
                  Będziesz go pocieszała 10 lat?
                  A
                  --
                  www.youtube.com/watch?v=8dzNqORtRWU
                  • 20.04.13, 08:28
                    Słuszne uwagi, Aniusmile
                    Jak pani nie przerobi tego to następny związek będzie miała równie pasjonujący.
                    • 20.04.13, 17:14
                      mayenna napisała:

                      > Słuszne uwagi, Aniusmile
                      > Jak pani nie przerobi tego to następny związek będzie miała równie pasjonujący.

                      Powody "układu z rozsądku" sięgają... głębokich pokładów rozsądku smile
                      Jak na tamten czas, było to dla nas najlepsze rozwiązanie. Życiowe.
                      Jednak jak się z czasem okazało, układy rozsądkowe lepiej zawierać na platformie zawodowej, nie prywatnej/uczuciowej.

                      Nie jestem typem cierpiętnicy-Matki-Polki. Wol

                      Co na to dziecko - już pisałam.
                      Dla dziecka przez prawie całe jego życie tata mieszkał daleko, w innym domu, a u nas bywał - wg dziecka - "na urlopie". A potem: "Tato, to już jedź do swojego domu, a kiedyś jeszcze przyjedź do mnie". Całkiem to (niestety) naturalne dla dziecka się stało. Więc w kwestii "dziecko-ojciec" nie widzę (ani dziecko też nie) żadnej rożnicy. Od 4 lat tak samo.
                      Nawet wszystkie rzeczy mojego jeszcze męża są w innym domu. Tutaj zjeżdżał tylko z "walizką i laptopem".
                      • 20.04.13, 17:39
                        To sięgaj tego rozsądkusmile
                        Wtedy kazał Ci wejść w ten układ, teraz każe ci wyjść.
                        I żeby było jasne, ja nie jestem za trzymaniem małżeństwa za wszelką cenę, ale odgrywanie matki teresy w takim momencie, jakoś mi ciężko przychodzi tłumaczyć.
                        A
                        www.youtube.com/watch?v=KMdJL-zpxUo
                      • 20.04.13, 18:44
                        Wiesz, ja tego nie rozumiem. Nie kochasz męża to już jest po sprawie. Szkoda mi jednak twojego dziecka bo on nie wie co to rodzina.
                        Smutne jest to wszystko w kontekście twojego syna.
                        • 20.04.13, 19:24
                          > Wiesz, ja tego nie rozumiem. Nie kochasz męża to już jest po sprawie. Szkoda mi
                          > jednak twojego dziecka bo on nie wie co to rodzina.
                          > Smutne jest to wszystko w kontekście twojego syna.

                          Mayenna, nie rozumiesz, bo chyba nie byłaś w takiej sytuacji, znaczy się takiej gdzie ojciec wpada tylko na chwilę, na weekend czy dzień bo pracuje gdzieś indziej. Dzieci akceptują taką sytuację i dla nich to normalne choć właśnie wtedy odbiera im się poczucie bycia w rodzinie i one nigdy tego czym jest rodzina się nie dowiedzą. Smutne w kontekście syna autorki jest to, że ojca nie miał na codzień.
                          • 20.04.13, 19:36
                            Nie rozumiem jak możną zdecydować się na ślub i dziecko z kimś, kogo się nie kocha i nie chce się z nim być całe Zycie, a jest to jedynie układ w celu 'niebycia samym' i prokreacji. A jak się już takie decyzje podjęło i czas rui minął, to można tego kogoś odstawić. Bo tak dla mnie w skrócie ta historia wygląda.
                            • 20.04.13, 19:45
                              Myślę, że wcale niemało jest takich związków. Wykalkulowanych, albo z desperacji...
                              Trzeba jeszcze wziąć pod uwagę, że ludzie często mylą albo biorą za miłość coś, co nic wspólnego z tym uczuciem nie ma- i potem właśnie wspólne życie weryfikuje okrutnie takie związki.
                              • 20.04.13, 19:56
                                anbale napisała:

                                > Myślę, że wcale niemało jest takich związków. Wykalkulowanych, albo z desperacj
                                > i...
                                > Trzeba jeszcze wziąć pod uwagę, że ludzie często mylą albo biorą za miłość coś,
                                > co nic wspólnego z tym uczuciem nie ma- i potem właśnie wspólne życie weryfiku
                                > je okrutnie takie związki.
                                Możliwe, że masz rację. Nie rozumiem jednak tego. Jak już zdecydowałabym się na taki układ to ze świadomością tego co robię i praca nad relacjami takimi, żeby nam się spokojnie żyło w miarę wygodnie i zadowalająco dla obojga. W takim związku przecież można popracować nad relacjami. Pani weszła w pewną rolę a potem stwierdziła, że ona jednak nie tego chciała i on nie taki jest jak miał być, czyli safanduła a chciała macho.Tej reklamacji tez nie rozumiem do końca. Jak już bierzesz towar z przeceny to chociaz obejrzyj dokładnie i się zastanów bo teraz go czeka operacja na otwartym sercu.

                                I nie wierzę, że pani się ten okład znudził ot, tak bez przyczyny, czy tylko po dokonaniu odkrycia, że ona inaczej chce żyć. Moim zdaniem przyczyna ma konkretne imię.
                                Dla dziecka to też nie będzie aż tak proste jak pni chciałaby, żeby było.
                                • 20.04.13, 20:26
                                  Nie byłabym taka surowa- czasami ludzie odnajdują się w jakimś układzie w danym czasie, a w innym, okazuje się, że nie są w stanie w nim funkcjonować, bo np. jakoś tak poszli inną, niespodziewaną nawet dla samych siebie drogą.
                                  Wiem, że na tym forum jest parę osób rozdzierających szaty, że drugi człowiek to nie jest monolit, skała, że mu "się zmienia"- ale niestety tak to wygląda. Właściwie naiwnością jest pogląd, że jest dzisiaj coś tak wygląda, to za 10 lat będzie wyglądało tak samo...
                                  • 20.04.13, 20:41
                                    To może w takim przypadku jednak nie zakładać rodziny? Bo dziecko jednak potrzebuje obojga rodziców i nie podzieli się go sprawiedliwie w przypadku rozwodu? Albo zawierać kontrakt na 15 lat co najmniej.smile Nie rozdzieram szat, ale przydałaby się krztyna odpowiedzialności za siebie, swoje decyzje i za dzieci.
                                    • 20.04.13, 21:00
                                      Oj tam, jakby w życiu była jakakolwiek gwarancja, że cokolwiek jest trwałe i dane człowiekowi raz na zawsze...
                                      Ja wyszłam za mąż z wielkiej miłości, rozsądku nie było w tym ani trochę- a wylądowałam w podobnym punkcie jak założycielka wątku, więc będę ostatnia, która rzuci kamień...
                                      • 20.04.13, 21:15
                                        Miłość zaślepia więc nic dziwnego, ze mogło się nie udać. Ale jakbym miała z rozsądku to przemyślałabym wszystko milion razy i od razu ustawiła relacje na odpowiadające mi tory. Nie wiem czy zdecydowałabym się mieć wtedy dziecko bo cokolwiek autorka napisze, to ono i tak tę sytuację przeżyje. Przy takim domu jej szyn nie wie jak wygadają dobre relacje rodzinne. I ona mu to dała z pełną świadomością tego co robi, od samego początku.
                                        Tez daleka jestem od rzucania kamieniem. Ale nie pochwalam takich zachowań bo niszczą one osoby trzecie, nieodpowiadające za całą sytuację. A podejście: " dziecko i tak nie odczuje zmiany" tez nie napawa optymizmem, ze pani coś zrobi, żeby dziecko jak najmniej jednak ucierpiało.Ona nie widzi tego problemu po prostu. A będzie problem bo zmieni się wszystko. Choćby miejsce spotkań z ojcem, atmosfera w relacjach rodziców, częstotliwość kontaktów z tatą i jeszcze wiele innych spraw.
                                        • 21.04.13, 12:39
                                          mayenna napisała:

                                          > . A będzie problem bo zmieni się wszystko. Choćby miejsce spotkań z ojcem, atmo
                                          > sfera w relacjach rodziców, częstotliwość kontaktów z tatą i jeszcze wiele inny
                                          > ch spraw.

                                          atmosfera gorsza nie bedzie miedzy nami raczej.

                                          coo do miejsca spotkan caly czas jest w moim domu to miejsce, ale czesciej oboje gdzies wyjezdzaja razem (albo sami,alboz jego przyjaciolmi). nie mam nic przeciwko (bo niby dlaczego? w koncu to ojciec dziecka - niech tez czas z nim spedza i sie nim zajmuje)- ja mam dzieki temu tez chwile oddechu dla siebie. mezowi jako ojcu dziecka ufam zupelnie i nie mam oobaw,przed wyslaniem dziecka do niego. albo obaw przed jego wizyta w moim domu.

                                          co do czestotliwosci - nie zmieni się raczej.

                                          przynajmniej tak ustalilismy.
                                          • 21.04.13, 13:01
                                            Jak będzie po rozwodzie to sama zobaczysz. Oby moje czarnowidztwo się nie sprawdziłosmile
                                            Ale tez myslałam że dzieci przejdą przez rozwód bezproblemowo. A pojawiły się problemy.
                                            To wszystko nie jest takie proste, jak teraz opisujesz. Jest wiele zmiennych, które maja wpływ. Nie wiesz na dobra sprawę jak on zareaguje na rozwód. Ani jak syn przez to przejdzie.
                                            Ja dopiero teraz wodze jak ważny jest męski autorytet w życiu dorastających chłopców.
                                            • 21.04.13, 20:51
                                              mayenna napisała:

                                              > Jak będzie po rozwodzie to sama zobaczysz. (...) To wszystko nie jest takie proste, jak teraz opisujesz. Jest wiele zmiennych, które maja wpływ.

                                              Zdaję sobie z tego sprawę. Zrobiliśmy wspólnie jakieś ustalenia, przedyskutowaliśmy to w tę i we wtę - ale i tak mamy świadomość (i ja i mąż), że nie zawsze wszystko w życiu przebiega wg planu. Całe nasze życie jest "niezaplanowalne". Nie mamy wpływu na pewne czynniki.

                                              > Ja dopiero teraz wodze jak ważny jest męski autorytet w życiu dorastających chłopców.

                                              W życiu dziewczynek też. To prawda.

                                              Tylko w moim przypadku ten autorytet i tak nie zmieni na gorszą częstotliwości bycia i działania na życie dziecka. Chyba. Na razie widzę raczej zwiększenie tych chwil spędzanych z dzieckiem (Z DZIECKIEM, a nie z komputerem, czy na kanapie - kiedy dziecko bawi się obok). W ciągu kilku ostatnich miesięcy nasze dziecko miało więcej ojca dla siebie, niż przez całe swoje życie ŁĄCZNIE. Paradoksalnie... Chociaż liczba dni urlopu nie uległa zmianie. Ale mąż teraz bardziej się stara też o JAKOŚĆ tych chwil z dzieckiem, nie tylko o sam fakt ich zaistnienia.





                                    • 22.04.13, 09:46
                                      mayenna napisała:

                                      > To może w takim przypadku jednak nie zakładać rodziny? Bo dziecko jednak potrze
                                      > buje obojga rodziców i nie podzieli się go sprawiedliwie w przypadku rozwodu? A
                                      > lbo zawierać kontrakt na 15 lat co najmniej.smile Nie rozdzieram szat, ale przydał
                                      > aby się krztyna odpowiedzialności za siebie, swoje decyzje i za dzieci.

                                      taaaaa
                                      mąż wylogował się ze związku po 16 latach (w tym 9 po ślubie), w pół roku po urodzeniu się chcianego przez niego dziecka
                                      --
                                      Jednak niektórzy ludzie to gady.
                                      • 22.04.13, 10:08
                                        chalsia napisała:


                                        > mąż wylogował się ze związku po 16 latach (w tym 9 po ślubie), w pół roku po ur
                                        > odzeniu się chcianego przez niego dziecka
                                        A możesz mi wytłumaczyć co chciałaś przez to powiedzieć? Bo moje słowa można też odnieść do twojego męża, do mojego męża, który wylogował się znacznie później i z większymi stratami w ludziach, a przyczyną jest zwykła nieświadomość siebie, swoich oczekiwań, pragnień i brak odpowiedzialności za podjęte decyzje.
                                        • 22.04.13, 14:15
                                          Z naciskiem na "brak odpowiedzialności za podjęte decyzje". U mnie podobnie, tylko 3 lata krócej byliśmy razem, wylogował się parę miesięcy po urodzeniu chcianego przez niego, drugiego dziecka. Hulaj dusza, Boga nie ma.
                                • 20.04.13, 20:41
                                  mayenna napisała:

                                  > I nie wierzę, że pani się ten okład znudził ot, tak bez przyczyny, czy tylko po
                                  > dokonaniu odkrycia, że ona inaczej chce żyć. Moim zdaniem przyczyna ma konkret
                                  > ne imię.

                                  A jeśli ta konkretna przyczyna ma konkretne imię pt "nie chcę być dalej z kimś obcym"? Na dłuższą metę nie da się okłamywać siebie i wmawiać, że się nie dostrzega dysfunkcji.
                                  Związek obumarł - i nieważne teraz co do tego doprowadziło, skoro nie widać żadnej szansy, żeby go reaktywować. Mąż przeżywa - ale czy to jest reakcja na odrzucenie i zranione serce, czy tylko lęk przed zmianą - tego nie wiemy.

                                  Sama byłam w podobnej sytuacji - i odeszłam - nie do kogoś, ale od kogoś. Bo nie da się dzielić łóżka z kimś, z kim nie wiążą cię absolutnie żadne pozytywne emocje.
                                  • 20.04.13, 20:51
                                    Postawiłam tezę o zauroczeniu kimś innym bo pani raz już związała się bez wielkich uczuć, z powodu wygody. Myślę, że ryzyko pozostania samej nadal może być dla niej trudne. Ale to i tak niczego nie zmienia. Decyzję o rozwodzie podjęła i przeprowadzi go. Nie ma sensu dalsza dyskusja bo nic nie wnosi, ani nie zmienia. Spowiedź była, rozgrzeszenie dostała i pozamiatane. Szkoda dziecka.
                                • 21.04.13, 12:29
                                  "przyczyna" ma imię, ale zzapewniam cię, że nie męskie smile
                                  raczej coś w stylu: moja praca,moje hobby.
                                  ktore zajmuja mi sporo czasu, ale daja mi poczucie spelnienia i zadowolenia.
                                  a nie moglam ich realizowac z malym dziecieciem u boku.
                                  i teraz to byl niejaki szok dla mojego meza, ze chce byc poza domem.
                                  bo on tam mi niemoze towarzyszyc (z racji upodoban,umiejetnosci czy wlasnego systemu pracy)

                                  a w domu bylam tylko ze wzgledu na wychowywanie dziecka.
                                  odkladajac w imie rodziny na pozniej swoje zycie zawodowe i hobby.
                                  teraz dziecko juz duze, chce do tego wrocic. i wracam.


                                  kolejne poprawne, automatyczne poranki i dni -dni świstaka- uświadomily mi, ze jesli tak bedzie do konca zycia, to na koncu bede zalowac. a moje dziecko bedzie mialo uniwersalna matke bez ambicji, bez zadowolenia z siebie samej. zapewne po ilus tam latach skwaszoną jak ocet i z pretensjami do calego swiata, ze w imie politycznej poprawnosci spolecznej przegrala swoje zycie.no,ale inni mieli ok.
                                  • 21.04.13, 12:55
                                    jeszcze-zona napisał(a):

                                    > "przyczyna" ma imię, ale zzapewniam cię, że nie męskie smile
                                    > raczej coś w stylu: moja praca,moje hobby.
                                    > ktore zajmuja mi sporo czasu, ale daja mi poczucie spelnienia i zadowolenia.
                                    > a nie moglam ich realizowac z malym dziecieciem u boku.

                                    To dla mnie jest straszne naprawdę.
                                    Nie jestem idealistką nie mówię nie myślę o poświęcaniu się dla dziecka dla rodziny itp...
                                    Ale twoja motywacja dla mnie pachnie tak ogromnym egoizmem, tak bardzo, że az nie dowierzam.
                                    Wytrzymywałaś to bo dziecko było małe a teraz już jest na tyle duże że możesz facetowi podziękować i tyle.
                                    >
                                    > a w domu bylam tylko ze wzgledu na wychowywanie dziecka.
                                    > odkladajac w imie rodziny na pozniej swoje zycie zawodowe i hobby.
                                    > teraz dziecko juz duze, chce do tego wrocic. i wracam.

                                    To urocze , że chociaz ze względu na dziecko byłaś w domu, to takie wzniosłe.
                                    >
                                    >
                                    > kolejne poprawne, automatyczne poranki i dni -dni świstaka- uświadomily mi, ze
                                    > jesli tak bedzie do konca zycia, to na koncu bede zalowac. a moje dziecko bedzi
                                    > e mialo uniwersalna matke bez ambicji, bez zadowolenia z siebie samej. zapewne
                                    > po ilus tam latach skwaszoną jak ocet i z pretensjami do calego swiata, ze w im
                                    > ie politycznej poprawnosci spolecznej przegrala swoje zycie.no,ale inni mieli o
                                    > k.

                                    Ja tobie mogę zyczyć normalnego życia a normalne zycie to tez dni świstaka.
                                    Dla mnie fatalna motywacja i pobudki, ale każdy ma prawo do szczęścia.
                                    A


                                    --
                                    www.youtube.com/watch?v=KMdJL-zpxUo
                                    • 21.04.13, 22:27
                                      Aniu, podpisuje się pod tym co napisałaśuncertain
                            • 21.04.13, 12:23
                              mayenna napisała:

                              > Nie rozumiem jak możną zdecydować się na ślub i dziecko z kimś, kogo się nie ko
                              > cha i nie chce się z nim być całe Zycie, a jest to jedynie układ

                              Oj, uwierz... Że można. Własnie na celu mając dobro drugiej osoby. Ale powody tego są tak zagmatwane, żenie ma sensu ich tutaj na forum tłumaczyć.Naprawdę.

                              > w celu 'niebycia samym' i prokreacji. A jak się już takie decyzje podjęło i czas rui minął, t
                              > o można tego kogoś odstawić. Bo tak dla mnie w skrócie ta historia wygląda.

                              Nie, mayenna smileSama nigdy nie bywałam, wręcz przeciwnie - do wyboru do koloruzawsze facetów miec mogłam i mogę. Ale nie chcę. Nie narzekam nabrak "chłopów" w moim życiu i towarzystwie. ale nie korzystam z ofert, bo znam za dobrze uroki i cienie "związków". Moje małżeństwo wynikało zupełnie z czegoś innego. I ten facet (mój mąż) dzieki temu mogl coś zyskać. I to bardzo duzo. Mi wtedy na mnie nie zalezalo, a wiec moglam przynajmniej cos dla okgos innego zrobic. Moja wina, fakt, ze nie potrafilam do konca przy tej decyzji wytrwac.

                              Co do prokreacji, to nie jestem tak konserwatywnasmile wiec to nie powod. Dziecko mielismy przed slubem jeszcze. Zreszta - gdybym chciala tylko dziecka, to bym sobie je "zrobila"z jednym z wielu chetnych, skaczacych wokol mnie. To naprawde nie problem byłby...

                              Ale jest duzo racj iw tym co piszesz. O tym, ze lepiej w taki zwiazek nie wchodzic tylko z rozsadku. I ze szkoda męża.
                              TERAZ to wiem.
                              • 21.04.13, 12:51
                                jeszcze-zona napisał(a):


                                > Co do prokreacji, to nie jestem tak konserwatywnasmile wiec to nie powod. Dziecko
                                > mielismy przed slubem jeszcze. Zreszta - gdybym chciala tylko dziecka, to bym s
                                > obie je "zrobila"z jednym z wielu chetnych, skaczacych wokol mnie. To naprawde
                                > nie problem byłby...

                                To jest dla mnie straszne.
                                Zdajesz sobie sprawę czym jest rodzina w wychowaniu? Jak to wpływa na rozwój dziecka? Odbieram to co napisałaś trochę tak, jakbyś chciała się pobawić lalką i ja sobie mogłaś zrobić.
                                Nie chcę cię ranić, ale ja ten post odczytuję jako uprzedmiotowienie innych w koło ciebie. Dziecko jest twoje, mogłaś je mieć z kimkolwiek, facetowi zrobiłaś łaskę i pomogłaś poprzez małżeństwo...

                                Czemu w ogóle tu piszesz? Masz dylematy, ale to musisz i tak sama ze sobą załatwić. Jak potrzebujesz z kimś o tym porozmawiać to może psycholog? Terapeuta?
                                Ja ci nie potrafię pomóc bo nie wiem co robić w takiej sytuacji. Rozwiodłabym się i poszła na terapię, żeby zastanowić się czemu weszłam w taki związek.
                                Czy ty nie jesteś przypadkiem DDA?
                                • 21.04.13, 19:53
                                  Terapia to dobra rzecz. Myślałam o tym. Ale nie myślałam, że sama będę musiała z niej korzystać. Jest to jak najbardziej słuszna rada.

                                  Wiem, że z boku większość historii wygląda inaczej, niż "od środka". Inna perspektywa, inne emocje, mniej "danych wyjściowych" do przeanalizowania - dlatego czytający widzą "ogólnie".
                                  Zdaję sobie z tego sprawę, że każdy może mieć swoją opinię na ten temat - na podstawie tylko tego co napisałam. Właściwie to na tych krytycznych zależało mi najbardziej. Jeśli już ma być jakaś ocena tego co robię.

                                  Ale dlaczego napisałam w ogóle? Liczyłam na teksty od osób, które przeszły podobną sytuację, "z mojego miejsca" (przeciwna strona ma zwykle inny pogląd na takie decyzje, jak moje - to zrozumiałe jest) - żeby dowiedzieć się, jak u nich przebiegał proces przerabiania tematu "poczucie winy po odejściu od męża".

      • 19.04.13, 22:08
        tricolour napisał:

        > ... tylko taki układ społeczno-partnerski. Jego zasoby wyczerpały się w szarośc
        > i zwykłego dnia. Bez miłości.

        Masz rację. Układ. Niby rozsądny i przemyślane wszystko. Z korzyścią dla obu stron.
        Jak się okazuje - nieudany.

        > A dzisiejsze dylematy są z powodu poczucia utraty.

        Chyba tak. Ale podejrzewam, że to jest nie do uniknięcia uncertain Te dylematy.
    • 19.04.13, 20:47
      Już teraz nie żyjecie ze sobą, ale mąż chciał zachować ten drobny symbol, chciałby zawsze powiedzieć "moja żona". Da sobie jakoś radę. Czy będzie lepiej między jeszcze ojcem i jeszcze dzieckiem? Nie sądzę, chociaż wszyscy się łudzą, że tak będzie i czasami tak jest, ale raczej jest to wyjątek, niż norma. Bywa, nie jest to największą tragedią, gdy jest jeden rodzic, a drugi jest w zapasie, ludzie giną, umierają na zawsze, a drugi rodzic okazuje się śmiertelnie chory i wtedy jest naprawdę życiowy problem.
      • 19.04.13, 22:11
        altz napisał:

        > Już teraz nie żyjecie ze sobą, ale mąż chciał zachować ten drobny symbol, chcia
        > łby zawsze powiedzieć "moja żona".

        Tak. Między innymi o to chodzi. Jedne z pierwszych słów, jakie usłyszałam po decyzji o potencjalnym rozwodzie było: "Ale co powiedzą nasi znajomi? I rodzina??". Jakby ich zdanie było najważniejsze... Ale chyba to sporo mówi o tym, jak każde z nas chciałoby (i czy w ogóle) być postrzegane przez innych.

        W końcu w powszechnym mniemaniu rozwodnik/rozwodniczka to ktoś "lekko przegrany", komu coś się nie udało w życiu, wybrakowany materiał. Stereotyp jakiś taki istnieje... I tego się między innymi mój mąż obawia. "Zmiany wizerunku" w oczach innych.

        Mam nadzieję, że sobie poradzi...
        • 19.04.13, 22:28
          Oczywiście że sobie poradzi i - powtórzę - może będziecie zaskoczeni oboje. Ty, że tak dobrze sobie poradził, on, że odnalazł się bez Ciebie i mu dobrze w roli innej niż rola podwładnego. Decyzję podjęłaś, więc obwinianie się nie ma większego sensu. Tylko wykończy Cię psychicznie. Pomyśl, że dałaś szansę wam obojgu. Ty, bo on prędzej udusiłby się w tym związku niż spróbował czegoś nowego. Ty, bo masz odwagę.
          Kiedy zobaczyłam, że mój eks tak dobrze sobie radzi, poczułam złość i żal - po co ja tyle czasu dusiłam się w obawie, że biedaczek sobie nie poradzi, załamie się itp. Po co straciłam tyle czasu?...
          Kiedy impas będzie za Wami? Nie ma reguły. Jak z grypą - czasem trwa tydzień, czasem wlecze się i wlecze.
          • 20.04.13, 11:25
            1.Gdzie jesteś, kochana Esteraj? No, widzisz, w przedmiotowym wyjściowym poście aż kipi od pięknych form: "szczęście", "dobro", "rozwój duchowy", "wspólne zainteresowania" itp. Wszystkie mieszczą się w pojemnej formule "kochania", co może się przejawiać w motylach w brzuchu, wiecznym uśmiechu, spotkaniach z "wolnymi" ludźmi. A ileż to warte, gdy nie ma odpowiedzialności: za rodzinę, a przede wszystkim za słabszego, czyli dziecka. Od momentu rozwodu/rozstania, chociaz bez zwyczajowego ostracyzmu, będzie ono stygmatyzowane, raczej z gorszymi widokami na rozwój emocjonalny (badania)itd.
            2.Ale cóż to obchodzi niszczącą dom, rzekomą tą, która "kocha" dziecko i tąże kipiącą miłość przedstawia w tak doskonałej wiwisekcji? Myślę, że nie kocha nikogo, że żyje, jak wiatr, który raz tu zadmie, raz tam, w zależności od potężniejszych prądów, siły słońca, przypadku, chaosu nieskończoności. Ale jedno jest w tym wszystkim najważniejsze: jak łatwo legitymizujemy zło, jak uzasadnianiamy każde draństwo szlachetnością werbalnych form.
            3.I ta pewność co do prognozy życia, wielobarwności, stałości egzystencji - nawet z motylkami w brzuchu - w domu spokojnej starości. Cóż za piramidalna głupota!
            • 20.04.13, 12:17
              Gdyby to pisał mężczyzna to tutejsze Panie nie zostawiłyby na nim suchej nitki.
              Babom nijak dogodzić, facet nie pije, nie bije, na dzieci pracuje, nie jest psychopatą i jeszcze źle.
              Dowcip mi się przypomniał:


              -- W pewnym mieście powstał sklep, w którym każda kobieta mogła sobie kupić męża.
              Miał sześć pięter, a jakość facetów rosła wraz z każdym piętrem. Był tylko jeden haczyk: jak już kobieta weszła na wyższe piętro, nie mogła zejść niżej, chyba że prosto do wyjścia bez możliwości powrotu. Wchodzi więc tam pewna babka poważnie zainteresowana kupnem męża.
              Na pierwszym piętrze wisi tabliczka:
              "Mężczyźni tutaj mają pracę" - To już coś, mój były nawet roboty nie miał - pomyślała kobieta - ale zobaczę, co jest wyżej.
              Na drugim piętrze był napis: "Mężczyźni tutaj mają pracę i kochają dzieci" - Miło, ale zobaczymy, co jest wyżej.
              Na trzecim piętrze była tabliczka: "Mężczyźni tutaj mają pracę, kochają dzieci i są niesamowicie przystojni" - No, coraz lepiej - pomyślała - ale wyżej, to musi być już zajebiście.
              Na czwartym piętrze można było przeczytać: "Mężczyźni tutaj mają pracę, kochają dzieci, są niesamowicie przystojni i pomagają przy pracach domowych" - Słodko, słodko... Ale chyba wejdę piętro wyżej.
              Na piątym piętrze stało: "Mężczyźni tutaj mają pracę, kochają dzieci, są niesamowicie przystojni, pomagają przy pracach domowych i są diabelnie dobrzy w łóżku" - No niesamowite, wręcz cudownie - pomyślała kobieta - ale jak tu jest tak wspaniale, to co musi być piętro wyżej!?!
              Na szóstym piętrze BARDZO zdziwiona kobieta przeczytała: "Na tym nie ma żadnych facetów. Zostało ono stworzone tylko po to, aby udowodnić, że wam, babom, za cholerę nie można dogodzić..."


              http://www.suwaczek.pl/cache/f65fc591e8.png
              • 20.04.13, 13:11
                Problem jest taki, że ludzi nie kocha się za to, że nie piją, nie biją, pracują i nie są psychopatami.
                Człowiek jednak jest bardziej skomplikowany od łabędzia, też czasem nad tym ubolewam.
                • 20.04.13, 14:01
                  Kocha/nie kocha dobre jest dla nastolatków, a nie dla dojrzałych ludzi mających już własne potomstwo. Poza tym co znaczy "nie kocha"? Motylków w brzuchu nie ma po maksymalnie dwóch latach, popracować trzeba nad związkiem a nie odchodzić jak Burek z podkulonym ogonem bo "już nie kocha, ola Boga".
                  --
                  http://www.suwaczek.pl/cache/f65fc591e8.png
                  • 20.04.13, 17:33
                    No jak widać jedni preferują związki oparte na uczuciach, a inni wolą ciężką, wieloletnią harówę żeby było jakoś znośnie i ze swym krzyżem dobrnąć do końca...Co kto lubi.
                    Najgorzej to się uzależnić emocjonalnie, uwiesić na kimś, uczynić ze niego dyspozytora swego sensu życia- bo jak ten ktoś nawali, to można skończyć jak ten "tragiczny romantyk" Kasper...wink
                    • 21.04.13, 13:14
                      To bez uczuć zrobiła sobie z tym Panem dzieci? He he.... sad
                      --
                      http://www.suwaczek.pl/cache/f65fc591e8.png
                      • 21.04.13, 20:18
                        gazeta_mi_placi napisała:

                        > To bez uczuć zrobiła sobie z tym Panem dzieci? He he.... sad

                        Oczywiście. Jedno.
                        Dobre geny ma facet. I jak już jest - to jest fajnym ojcem dla dziecka.

                        Mój błąd, że moje oczekiwania (na podstawie początkowych obserwacji i informacji jakie codzienność przynosiła) nie sprawdziły się w temacie naszego partnerstwa, małżeństwa.
                        Za krótko się znaliśmy. Za szybko podjęliśmy decyzję o ślubie (dziecko było jeszcze przed). To fakt. Potem zbyt wiele "zaczęło wyłazić" na wierzch. Różnic. I konfliktów. I różnych oczekiwań.

                        Kilka lat próbowania znalezienia sobie w tym układzie miejsca spełzło na niczym.
                        Nie umiem się "poświęcać życiowo". Nawet w imię "dobra dziecka".

                        Nie uważam, zeby dobrem dziecka była dwojka coraz bardziej odległych od siebie ludzi, skonfliktowanych coraz mocniej. Moi rodzice byli tak bardzo wspaniali, że oszczędzili mi swego czasu "traumy okołorozwodowej" - fundując w zamian "rodzinę w imię dobra dziecka".

                        Dziękuję bardzo. Oszczędzę tego z kolei własnemu dziecku.
                        Ja zawsze wolałam, żeby moi się rozwiedli, zamiast udawać.
                        Cholery, nie chcieli...:] A mogło być tak miło i spokojnie w domach. U każdego z nich z osobna.
                        Dzisiaj - po wielu, wielu latach - oboje żyją w jednym domu, każde osobno. Z jakimś zgorzknieniem mówiąc: "Moglismy sie rozwieść "za młodu"... Teraz juz za pozno...".


                        • 21.04.13, 22:29
                          jeszcze-zona napisał(a):

                          > gazeta_mi_placi napisała:
                          >
                          > > To bez uczuć zrobiła sobie z tym Panem dzieci? He he.... sad
                          >
                          > Oczywiście. Jedno.
                          > Dobre geny ma facet. I jak już jest - to jest fajnym ojcem dla dziecka.
                          Strasznesad
                          • 22.04.13, 06:51
                            malgolkab napisała:

                            > Strasznesad

                            malgolkab - to tylko lekka ironia była, w odpowiedzi na równie ironiczną sugestię co do "zrobienia sobie z facetem dziecka".
                  • 20.04.13, 17:46
                    gazeta_mi_placi napisała:

                    > Motylków w brzuchu nie ma po maksymalnie dwóch latach,
                    Też tak kiedyś myślałam, u mnie po 3,5 dalej są motylki i na razie nic nie wskazuje, żeby szybko uciekły smile
                    >popracować trzeba nad związkiem
                    a to swoją drogą smile
                    • 20.04.13, 18:12
                      A ja radze Ci dobrze zastanowic sie zanim sie odetniesz. Skoro juz teraz masz poczucie winy to wierz mi ze ono sie spoteguje i to bardzo. Ja bym na Twoim miejscu nie poddawala sie jeszcze. Moze sprobujcie separacji a w miedzyczasie pojdzcie pogadac z jakims specjalista? Zwiazek nie opiera sie na motylkach w brzuchu.
                      Poczytaj to- moze pomoze ci zrozumiec pare rzeczy:

                      pdf.helion.pl/izylid/izylid-1.pdf
                      Powodzenia!
                      • 20.04.13, 18:20
                        Co Wy z tymi motylkami w brzuchu?
                        Naprawdę uczucia do drugiego człowieka kojarzą się jedynie z jakimiś trzepotami i palpitacjami w trzewiach?
                        Mnie osobiście takie sprawy to się raczej z jakimiś zauroczeniami wiążą. Miłość, głębsze uczucia to raczej coś, co już osiada na fundamentach i nic się po żołądku nie telepie rozpaczliwie.
                        • 20.04.13, 22:09
                          anbale napisała:


                          > Naprawdę uczucia do drugiego człowieka kojarzą się jedynie z jakimiś trzepotami
                          > i palpitacjami w trzewiach?
                          Jasne, że nie - dla mnie te "motylki" to metafora, ale warto je podtrzymywać. Nie widzę sprzeczności między miłością, szacunkiem i dojrzałym związkiem a motylkami. Jedno może uzupelniać drugie.
                          • 21.04.13, 18:26
                            Oj tak mam i ja.
                            Motylki to zakochanie, ale jak Obecny przytula to dalej mnie kręci w brzuchu. A 2 lata pękły jużżżżżżżżż. I nawet wspólne zamieszkanie też tego nie zmieniło a nawet uwrażliwiło i zadziwiło, że aż tak dobrze to też można!
                            Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że mam sporo szczęścia. I nie każdemu jest dana dojrzałą miłość po motylkach jak u nastolatków.
                            Ar.
                            • 21.04.13, 21:57
                              argentusa napisała:

                              > Oj tak mam i ja.
                              > Motylki to zakochanie, ale jak Obecny przytula to dalej mnie kręci w brzuchu. A
                              > 2 lata pękły jużżżżżżżżż. I nawet wspólne zamieszkanie też tego nie zmieniło a
                              > nawet uwrażliwiło i zadziwiło, że aż tak dobrze to też można!
                              ufffffffff. czyli wszystko ze mną ok smile
                  • 21.04.13, 19:02
                    Trywializujesz. Naprawdę sądzisz, że ludzie będący x lat małżeństwem nie próbowali pracować nad związkiem?

                    Nie o motylki chodzi, a poczucie jakiejkolwiek więzi. Jak sobie wyobrażasz związek, w którym nie ma się ochoty nawet odezwać do partnera? nie z urazy, ale z opartego na doświadczeniu przekonania że to co się z tobą dzieje nic go to nie obchodzi/nie zrozumie/da mu pretekst do wygłaszania złośliwości itd? Jak żyć w związku, który funkcjonuje na zasadach jak w American Beauty i polega na przerzucaniu się frazami w stylu "kochanie, podaj mi sól"? kiedy para nie ma sobie NIC więcej do powiedzenia?

                    No i nie zgodzę się, że motylków nie ma po 2 latach. Znika pierwsza fascynacja, ale w dobrym związku zostaje chęć bliskości, czułość, jakaś empatia, wyczulenie na potrzeby partnera. To są te "motylki" w dojrzałym związku.
                  • 21.04.13, 20:10
                    gazeta_mi_placi napisała:

                    > Kocha/nie kocha dobre jest dla nastolatków, a nie dla dojrzałych ludzi mających
                    > już własne potomstwo. Poza tym co znaczy "nie kocha"? Motylków w brzuchu nie m
                    > a po maksymalnie dwóch latach, popracować trzeba nad związkiem a nie odchodzić
                    > jak Burek z podkulonym ogonem bo "już nie kocha, ola Boga".

                    Doczytaj, Boga nie wzywaj.
                    To nie kwestia masowej emigracji motylków.
                    To kwestia braku miłości w ogóle. Od początku.
                    Motyli niet. Nigdy.

                    Można w tym momencie krytykować wyłącznie decyzję o małżeństwie "z rozsądku".
                    Nie szukam jednak oceny decyzji, bo oceny różne znam nie od dziś. Mam własną. Jak każdy.

                    Szukam tylko informacji, co z tym poczuciem winy zrobić. I czy w ogole się da.
                    (za te konkretne posty dziękuję smile
                    • 21.04.13, 20:45
                      Jeśli masz przekonanie, ze robisz słusznie to nie ma powodów do poczucia winy.
                      Jak nie da się pogodzić życia razem, odbudowy małżeństwa i rodziny z pasją i zawodem to musisz wybrać.
                      Przemyśl jednak to wszystko na spokojnie bo już raz popełniłaś błąd w kalkulacjach.. A potem spróbuj może mężowi wynagrodzić swoje odejście, choćby korzystnym dla niego podziałem majątku, albo większą opieką nad dzieckiem.
                      • 21.04.13, 21:00
                        mayenna napisała:

                        > Jeśli masz przekonanie, ze robisz słusznie to nie ma powodów do poczucia winy.


                        > Jak nie da się pogodzić życia razem, odbudowy małżeństwa i rodziny z pasją i za
                        > wodem to musisz wybrać.

                        Wybrałam. Masz rację, trzeba więc być konsekwentnym i nie jojczyć o poczuciu winy.

                        > Przemyśl jednak to wszystko na spokojnie bo już raz popełniłaś błąd w kalkulacj
                        > ach.. A potem spróbuj może mężowi wynagrodzić swoje odejście, choćby korzystny
                        > m dla niego podziałem majątku, albo większą opieką nad dzieckiem.

                        Podziału majątku nie ma, bo nie było wspólnego majątku. Jakkolwiek mąż dostał przyzwolenie na zabranie z obecnego domu, co tylko mu byłoby potrzebne. Rzeczy materialne nie są dla mnie jakość szczególnie istotne. Ale nie chce. Powiedział, że wszystko już u siebie w tamtym swoim domu przecież ma. Samochody - każde z nas ma swój.

                        Nie jestem kobietą z rodzaju Harpii Finansowych smile Raczej w drugą stronę... Gdyby nawet majątek jakiś był wspólny, to bym zostawiła wszystko mężowi. Ja o siebie sama umiem zadbać i od zera urządzić. On trochę mniej, chyba.

                        Co do dziecka - to nie muszę mu wynagradzać, bo nie ma u nas z tym problemu. Opiekuje się kiedy chce, wyjeżdża z dzieckiem kiedy i dokąd chce, jak tylko dzwoni, że na drugi dzień zjeżdża tutaj - to moje własne plany mogę bez problemu zmienić tak, żeby mógł na te parę dni z dzieckiem być. Dla mnie to oczywiste, że POWINIEN uczestniczyć w życiu dziecka jako ojciec. Nie oczekuję od niego alimentów na dziecko, ale uznaliśmy, że to i tak pieniądze dziecka by były - więc mąż będzie wpłacał na specjalne konto "na przyszłość" dla dziecka tyle, ile będzie chciał.

                        Nie mam problemu z odróżnieniem rodzicielstwa od małżeństwa. Z dziećmi się nikt nie rozwodzi (chociaż życie pokazuje często coś innego niestety...). Dzieci, w odróżnieniu od małżonków (bo z tymi jak widać różnie bywa), są "Na Zawsze". To "krew z krwi". I nie wyobrażam sobie zrywania kontaktów z dzieckiem, ani przeszkadzania w kontaktach ojca z dzieckiem.

                        • 21.04.13, 21:15
                          To zostało złożyć pozew...
                          • 21.04.13, 21:30
                            Tak, pozew został.

                            I jakoś przeżyć to poczucie winy. Chociaż z dnia na dzień chyba maleje... Wszystkie wasze wpisy, jakiekolwiek by nie były, uzmysławiają mi słuszność tej decyzji. Skoro powiedziałam "A", trzeba i dalszą część alfabetu odrobić.
                            • 21.04.13, 21:45
                              Spróbuj porozmawiać z terapeutą. Zastanów się skąd to poczucie winy? Bo tutaj, cokolwiek by nie pisać o twoich decyzjach w aspekcie moralnym, to powinnaś być pewna tego co robisz. Naturalne było by poczucie ulgi.
              • 21.04.13, 20:07
                gazeta_mi_placi napisała:

                > Gdyby to pisał mężczyzna to tutejsze Panie nie zostawiłyby na nim suchej nitki.
                > Babom nijak dogodzić, facet nie pije, nie bije, na dzieci pracuje, nie jest psy
                > chopatą i jeszcze źle.

                Ba! Powiem ci, że nie pierdzi przed telewizorem, grzebiąc w rozporku, jak meczy piłki nożnej pokazują to nie ryczy jak neandertalczyk, śmieć wynosi 3 razy w roku, na zakupach daje rade bez listy zakupów, jeśli ma kupić nie więcej niż pięć produktów, oraz... myje się częściej niż raz na tydzień. Ideał taki, a ja jeszcze mam pretensje... Co za okropna baba... Wymaga od życia czegoś więcej niż spodnie w pralce. I skarpetki na podłodze w sypialni.

                A nad tym wszystkim powiewa polska flaga i chór skanduje: "Tradycja! Tradycja!....".

                "Ciesz się kobieto, że nie pijak i nie sadysta!". Takie to... polskie, swojskie..smile

                ...Oczywiście mnie to nie dotyczy aż tak, bo ciężko jest idealizować, albo krytykować mężczyznę, męża, ojca - który w domu bywa łącznie kilka tygodni w roku.


            • 21.04.13, 20:00
              kasper254 napisał:

              > Ale cóż to obchodzi niszczącą dom, rzekomą tą, która "kocha" dziecko i tąże
              > kipiącą miłość przedstawia w tak doskonałej wiwisekcji? Myślę, że nie kocha nik
              > ogo, że żyje, jak wiatr, który raz tu zadmie, raz tam, w zależności od potężnie
              > jszych prądów, siły słońca, przypadku, chaosu nieskończoności. Ale jedno jest w
              > tym wszystkim najważniejsze: jak łatwo legitymizujemy zło, jak uzasadnianiamy
              > każde draństwo szlachetnością werbalnych form.

              Oczywiście, że obchodzi...smile Gdyby mnie nie obchodziło, to by nie dopadało mnie poczucie winy. Na całe szczęście kwestia miłości rodzicielskiej nie jest wymierna i nie podlega pod jeden szablon. Oczywiście - jak każdy - masz prawo do własnego zdania i oceny.
              Myślę, że jednak na twoją ocenę ma wpływ jakieś własne, niezbyt miłe, doświadczenie z "kobietą co wlazła w wolność, jak koza w szkodę".

              Oczywiście też, że nigdzie nie pisałam o tym, że jestem idealna, święta i aureolka matczynej miłości i biel bielsza niż Vizir emanuje ode mnie na 10 km. Oczywiście, że świadoma jestem tego, że jestem "draniem w spódnicy". Żeby nie ująć dosadniej. Znam siebie. Swoją przeszłość, poglądy. I nie wybielam się w tym temacie...smile Poczytaj uważnie moje posty. Chodzi mi wyłącznie o poczucie winy. Uwierz, że nawet drań posiada takowe. Czasami. Znajdziesz coś o mojej świetności, czy świętości - dawaj, pisz. Pierwsza powiem: chapeux bas, monsieur...smile

              > 3.I ta pewność co do prognozy życia, wielobarwności, stałości egzystencji - naw
              > et z motylkami w brzuchu - w domu spokojnej starości. Cóż za piramidalna głupo
              > ta!

              Nie wiem gdzie wyczytałeś taką prognozę - ale jest dość ciekawa.
              Problem w tym, ze jestem ostatnią osobą, która wierzy w stałość. Czegokolwiek.

              Co do głupoty - to nie unikam. Człowiek uczy się na błędach.
              • 22.04.13, 06:48
                1.Fajne masz poczucie moralności, jeszcze-zono. Twój ból, poczucie winy i inne wymogi emocjonalne względem ciebie są konkretne, namacalne, dojmujące. "Ja" jest jak diament w popiele. Natomiast "my", istota rodziny to już kategorie "inne", dalekie, obce. "Dobro dziecka" wydaje się w twoim wyobrażeniu jakąś figurą stylistyczną, klauzulą, którą wypełniasz swoją własną, hedonistyczną treścią, jak sosem pomidorowym.
                2.Można i tak. Pragnę ci tylko zakomunikować, że na moralność, idee sprawiedliwości można i inaczej patrzeć - nie tylko z punkt widzenia jednostkowego (np. mojego) zdarzenia. Jasne, że "kwestia miłości rodzicielskiej nie podlega pod jeden szablon". Takie małpy na ten przykład całkiem jasno rozumieją dobro dziecka. Można się od nich pouczyć. Dla wielu dam, dla których przysłowiowe motylki w trzewiach mają tak wielkie znaczenie, że zagłuszają dobro dziecka, przyklad małp byłby całkiem kształcący. Może przy każdym poście Jarkoni powinien ukazywać wizerunek tego pięknego zwierzęcia.
                3.Pięknymi słowami legitymujesz zło, brak moralności. Gdybym strawestował pewne słowa starożytnych Rzymian, to powiedziałbym, że nie odczuwasz żadnego poczucia winy. To tylko popiół.
                • 22.04.13, 07:05
                  kasper254 napisał:

                  > 1.Fajne masz poczucie moralności, jeszcze-zono.

                  Bezdyskusyjnie nie mam. Żadnego. Ale to akurat nie był temat wątku.

                  > Pragnę ci tylko zakomunikować, że na moralność, idee sprawiedliwości można i inaczej patrzeć

                  Oczywiście, że tak. Nie neguję tego i wiem o tym. Choćby w polityce.

                  > Takie małpy na ten przykład całkiem jasno rozumieją dobro dziecka.

                  Generalnie - zwierzęta. Masz rację.

                  > Dla wielu dam, dla których przysłowiowe motylki w trzewiach mają tak wielkie znaczenie, że zagłuszają dobro dziecka, przyklad małp byłby całkiem kształcący.

                  Zapewne. Wszelkie instynkty i atawizmy są nie do zagłuszenia. Kwestia tego, który będzie silniejszy u danej jednostki.

                  Jakkolwiek nijak się to ma do mojego "problemu". Nie ma tematu moralności, motylków (o czym już pisałam) - bo tych nie było i nie ma - chodziło mi tylko o kwestię poczucia winy, w przypadku gdy "samica niemoralna bez motylków" postanawia porzucić męża.

                  > 3.Pięknymi słowami legitymujesz zło, brak moralności.

                  Nie legitymuję. Piszę o tym tylko zupełnie na spokojnie i bez emocji. I nie mam zamiaru nikogo przekonywać, że to co robię jest słuszne i piękne.

                  Nigdzie też nie pisałam, że jestem dobra, kochająca ludzkość, a moja moralność szkli się jak diament. W popiele. Nie, nie...smile Źle doczytałeś. Zdaję sobie sprawę ze swojego... zła. I akurat to nie spędza mi snu z powiek, więc mimo szczerych chęci nie wpłyniesz na moje poczucie sprawiedliwości, czy też nie zawstydzisz opinią, że samo zło, brak współczucia i niemoralność we mnie siedzą. Opinia ludzi na ten temat zupełnie jest poza mną.

                  Jednak miło, że na to czas poświęciłeś - bo jakby nie patrzeć, to ważne uwagi są, ale niestety źle zaadresowane. Chociaż może innym potencjalnym "przyszłym ex-żonom" pomogą.

                  W całym temacie chodzi jedynie o to, skąd się bierze poczucie winy u "tych złych". Skoro to dość nienaturalne uczucie, co słusznie zauważyła w którymś poscie mayenna. I jak sobie z nim poradzić.

                  > Gdybym strawestował pewne słowa starożytnych Rzymian, to powiedziałbym, że nie odczuwasz żadnego poczucia winy. To tylko popiół.

                  Trawestacja niemal trafna. Chociaż mój organizm i psychika cały czas trzymają się opcji "poczucia winy". Zagwozdka psychologiczna. Ale wiesz - mam taką nadzieję, że to poczucie winy jest rzeczywiście na tyle "spopielone", że zostanie rozwiane.
                  • 22.04.13, 08:01
                    Jeszcze-żono, nie uważam, że nie powinnaś mieć poczucia winy bo nie masz sumienia, czy jesteś zła. Człowiek to zlepek dobra i tej mrocznej strony więc dobra też jesteś.
                    Problem dla mnie tkwi w tym, ze coś ci przeszkadza uznać decyzję za dobrą i słuszną.Warto podłubać w tym, by określić co to jest? Jeśli to 'matkowanie' mężowi i przejmowanie odpowiedzialności za jego życie to jest to temat do przerobienia ze specjalistą, żeby kolejny związek był dojrzalszy, bardziej świadomy i udany. Żebyś kolejnego pana nie potraktowała jak modliszkasmile
                  • 22.04.13, 09:00
                    ... bo zawalił się najważniejszy życiowy projekt grzebiąc w nim męża oraz - w pewnym zakresie - dziecko.

                    Chciałaś rozejścia bez rozwodu, by być nie tylko jeszcze-żoną, ale także trochę-żoną. Może nie stać Cię było w obecnej chwili na ucięcie wszystkiego. Facet zareagował standardowo więc rozwodem, by nie mydlić nikomu oczu "małżeńskim stanem na odległość". Nadchodzi czas rozwiązań ostatecznych, od których nie będzie odwrotu. Inicjatorem tego jesteś Ty, bo to Ty nie spełniałaś się w małżeństwie. Jednocześnie uważam, że spełnić się nie mogłaś jeśli na tak wątłych podstawach je budowaliście.

                    Nie pytaj jak pozbyć się poczucia winy tylko jak żyć z poczuciem winy przez resztę życia. Odpowiedź: normalnie, jak kaleka. Wiele osób tak ma. Czasem to "kalectwo" prowadzi do różnych dziwnych rozwiązań w nowych związań w stylu "związek partnerski".

                    Innymi słowy: trzeba zmierzyć się z konsekwencjami swoich decyzji. Z czasem to poczucie winy będzie maleć...
                  • 22.04.13, 09:04
                    1.Masz w sobie jakieś poczucie misji, jak choćby w kwestii pomocy przyszłym ex-żonom, a nie masz elementarnego poczucia odpowiedzialności za los dziecka. Dlatego napisałem, że nie-moralnośc zagłuszasz potokiem jałowych, pustych słów. Takie jaja-wydmuszki.Pocieszę cię: w świecie konsupcyjnych jakości nie ma właściwie wartości. One się zdarzają, np. tym, którzy widzą swoje dobro i innych i umieją - zderzając je - wybrać właściwe.
                    2.Mylisz się, że poczucie moralności nie jest/było tematem wątku. Dla ciebie tak, bo tego nie wyróżniasz, ale w pewnej skali rozumienia - tak: poczucie winy może mieć ktoś, kto rozumie winę. Trudno rozmawiać z niewidomym o kolorach.
                    • 22.04.13, 15:00
                      kasper254 napisał:

                      > 1. One się zdarzają, np. tym, którzy widzą swoje dobro i innych i umieją - zderzając je - wybrać właściwe.

                      Uważasz, że jedyny właściwy wybór to taki, w którym wybiera się tylko dobro drugiego człowieka, a nie własne? Czyli - robić dobrze całemu światu, kosztem siebie samego?

                      > 2. poczucie winy może mieć ktoś, kto rozumie winę.

                      Co było tematem, wiem, bo sama założyłam, z pewną intencją tematyczną...smile

                      Winę swoją widzę i rozumiem. Widzę ciąg skutków i przyczyn. Dlatego mam poczucie winy. Bo zdaję sobie z tego sprawę. Gdybym nie widziała w tym swojej winy, to bym teraz radośnie fruwała gdzieś po morzach i oceanach, nie przejmując się mężem i dzieckiem ani sekundy dłużej.

                      Problem (?) w tym, że widząc moją własną winę i konsekwencje mojej własnej decyzji, nie widzę celowości wracania do "stanu przed". Bo tego stanu się nie da osiągnąć. Zbyt wiele kłótni, złych słów, zbyt obco, zbyt daleko - i tego ani ja ani on nie zmienimy. Nadal żylibyśmy na dwa domy. Tyle, że "z papierkiem".

                      Tu wracamy do twojego punktu nr 1. Nie potrafię i nie chcę poświęcać własnego dobra i realizacji dla dobra i realizacji mojego jeszcze męża. To sytuacja, w której jest wg mnie pat. Albo ja, albo on. Po wielu latach, w których swoje własne dobro odkładałam na półkę (nie tylko w przypadku mojego męża, ale i wcześniej) - mam niezmierzoną ochotę żyć w końcu "po swojemu".

                      Jakkolwiek przykro mi, że jest to dla mojego męża złe i bolesne. I tu pojawia się poczucie winy. Że robię mu źle, a sobie dobrze.

                      Jedna osoba kosztem innej ma dobrze.

                      Kwestii dziecka nie poruszam, bo nadal uważam, że "papierowość" małżeństwa rodziców nie ma wpływu na nie, w naszej sytuacji (od lat są dwa osobne domy, rzadkie odwiedziny ojca u dziecka, brak wspólnych wyjazdów itd.). Dla naszego dziecka nie ma "małżonków". Dla naszego dziecka jest wyłącznie "mama" i "tata". Osobno.



            • 22.04.13, 11:30
              kasper254 napisał:

              > 1.Gdzie jesteś, kochana Esteraj? No, widzisz, w przedmiotowym wyjściowym poście
              > aż kipi od pięknych form: "szczęście", "dobro", "rozwój duchowy", "wspólne zai
              > nteresowania" itp. Wszystkie mieszczą się w pojemnej formule "kochania", co moż
              > e się przejawiać w motylach w brzuchu, wiecznym uśmiechu, spotkaniach z "wolnym
              > i" ludźmi. A ileż to warte, gdy nie ma odpowiedzialności: za rodzinę, a przede
              > wszystkim za słabszego, czyli dziecka. Od momentu rozwodu/rozstania, chociaz be
              > z zwyczajowego ostracyzmu, będzie ono stygmatyzowane, raczej z gorszymi widokam
              > i na rozwój emocjonalny (badania)itd.

              Już jestem drogi Kasprze. Byłam chwilowo odcięta od netu.

              Według mnie w miłości najważniejsza jest wolność.
              A co z odpowiedzialnością gdy chodzi o dziecko?
              Odpowiem, że tylko wtedy odpowiedzialność ma największe znaczenie, bo ten mały człowiek nie jest jeszcze w stanie sam o sobie decydować, bo została podjęta decyzja o jego istnieniu, bo od rodzica zależy w głównej mierze jak ukształtuje się jego osobowość i życie...

              Czy można zarzucić autorce wątku brak odpowiedzialności?
              Ja uważam, że absolutnie nie.
              Jeszcze-zona rozważyła i nadal rozważa wszystkie "za" i "przeciw". Zdaje sobie ona sprawę z tego, że życie jej dziecka niewiele się zmieni a rozwód z mężem przybierze tylko nieco inną formę, nawet lepszą, bo ojciec w pełni poświęci czas synowi.
              O jakim stygmatyzowaniu Kasper piszesz? Czy sądzisz, że dziecko będzie uznawane za gorsze z powodu rozwodu rodziców? Proszę Cię, nie powołujmy się na jakieś stereotypy...
              Chodzi o badania? Ależ nawet i w nich nie są brane pod uwagę wszystkie aspekty. Każdy przypadek powinien być rozpatrywany indywidualnie.
              Ja jestem przekonana, że autorka pomimo zarzucanego jej egoizmu, ze szczególną dbałością o dobro dziecka podjęła decyzję o rozstaniu.

              A teraz o poczuciu winy w stosunku do męża.
              Żyjemy w takim świecie przekonań, iż uznajemy, że po wstąpieniu w związek małżeński powinniśmy być odpowiedzialni za życie drugiego człowieka - współmałżonka.
              Oczywiście jest to kwestia umowna już od samego początku. Taką podejmuje się decyzję, choć uważam, że nie do końca świadomą, bo przecież przyszłość jest jedną wielką niewiadomą...
              Ja osobiście jestem daleka od składania dalekosiężnych przysięg.
              Dlaczego Jeszcze-zona ma poczucie winy? Bo łamie daną obietnicę i dlatego, że w mentalności ludzkiej tkwi odpowiedzialność za drugiego człowieka.
              Weźmy jednak pod uwagę, że mąż autorki nie jest człowiekiem niepełnosprawnym, niedorozwiniętym, słabym, nieporadnym... Stawianie go w takiej pozycji uważam wręcz za krzywdzące dla niego. Okazywanie mu litości - bo takie uczucia wzbudza w żonie - jest utwierdzeniem w nim bycia kimś "gorszym".

              Być może małżeństwo wzięte w tym przypadku z rozsądku miałoby rację bytu i może zakwitłaby tu miłość, gdyby nie z góry narzucone obciążenia, jak między innymi choćby odpowiedzialność.
              Dalej drogi Kasprze będę uważać, że w miłości najważniejszym składnikiem jest wolność.


              --
              Ludzie, których najtrudniej kochać, najbardziej potrzebują miłości.
              • 22.04.13, 15:09
                ... możesz napisać jak widzisz realizację wolności w miłości?

                Bo jeśli wolność ma się wyrażać - jak u autorki wątku - tym, że odchodzi od męża, by się realizować zawodowo i hobbystycznie, to takiej wolności hołdowało wielu facetów, których małżonki - zupełnie niepotrzebnie jak widać - jęczą na forum, że zostały porzucone. Powinny nie być smutne, zranione, pełne bólu i rozpaczy tylko hasać po bezkresnych polach wolności.

                No to jak widzisz realizację wolności w miłości? Wolności "do" i wolności "od".
                • 22.04.13, 20:20
                  tricolour napisał:

                  > ... możesz napisać jak widzisz realizację wolności w miłości?

                  Uważam, że miłość nie powinna być żadnym zobowiązaniem. Miłość powinna być chęcią dawania, a nie brania.

                  > Bo jeśli wolność ma się wyrażać - jak u autorki wątku - tym, że odchodzi od męż
                  > a, by się realizować zawodowo i hobbystycznie, to takiej wolności hołdowało wie
                  > lu facetów, których małżonki - zupełnie niepotrzebnie jak widać - jęczą na foru
                  > m, że zostały porzucone. Powinny nie być smutne, zranione, pełne bólu i rozpacz
                  > y tylko hasać po bezkresnych polach wolności.

                  Żyjemy w takiej mentalności społecznej, że małżeństwo z góry zakłada, iż ma być na całe życie, na dobre i na złe.
                  Ludzie, którzy nie doświadczyli skutków małżeństwa, nie mogą być w pełni świadomi konsekwencji, a także zmian jakie nastąpią w przyszłości. Zwykle przy podejmowaniu tego typu decyzji widzi się świat dość optymistycznie... Potem okazuje się, że dana obietnica jest prawie jak podpisanie paktu z diabłem, bez możliwości wycofania...
                  Osobiście zmieniłabym formułę przysięgi, jeśli ona ma już być jako przypieczętowanie związku małżeńskiego.
                  Niewielu pewnie by się to spodobało, bo raczej byłoby to podpisanie kontraktu z jasnymi zasadami... Ale widzę w tym taką konieczność, bo miłość jest bardzo różnie postrzegana przez każdego człowieka.
                  Jeśli ktoś prawdziwie kocha, to pragnie szczęścia kochanego człowieka.
                  I tutaj Tri słusznie zauważyłeś, nie powinno być jęczenia przez "porzucone" osoby.
                  Nie oznacza to, że nie byłoby smutku, bo jednak rozstaniu towarzyszy tęsknota.
                  Mogę to przyrównać do miłości do dziecka, które dorasta, by potem opuścić swój dom rodzinny. Ja kocham swoją córkę całym swoim sercem i cieszę się z każdej wspólnie spędzonej chwili, jednak przyjdzie czas rozstania, a wtedy najważniejsze dla mnie będzie jej szczęście.
                  W związkach taka miłość rzadko się zdarza, bo w ogólnej świadomości ma inne założenia, czyli wspieranie się i odpowiedzialność za partnera. Dla mnie jest to założenie błędne.

                  Wolność w miłości oznacza dla mnie tyle, że ktoś jest z drugim człowiekiem dopóty, dopóki tego chce i pragnie. Następstwo zmian powinno być zawsze brane pod uwagę. Reszta, to są właśnie konsekwencje i odpowiedzialność za złożone obietnice. Nie łączyłabym ich z miłością.

                  Istotnym faktem powinno być także nieoczekiwanie, że drugi człowiek ma być lepszy od nas samych, że ma być ideałem niepopełniającym błędów... My sami siebie poznajemy przez całe życie i tyle o sobie wiemy na ile nas sprawdzono.

                  --
                  To co się zdarza, nie zdarza się Tobie lecz dla Ciebie. Dzięki temu masz możliwość poznawania siebie i własnego rozwoju.
                  • 22.04.13, 20:48
                    esteraj napisała:
                    > Osobiście zmieniłabym formułę przysięgi, jeśli ona ma już być jako przypieczęto
                    > wanie związku małżeńskiego.
                    > Niewielu pewnie by się to spodobało, bo raczej byłoby to podpisanie kontraktu z
                    > jasnymi zasadami...
                    Widzisz, ja też coś takiego sugerowałem, np. małżeństwo na dwa lata "w razie nieprzedłużenia kontraktu, małżeństwo automatycznie wygasa", ale jakoś nie zostałem poparty. Ludzie są dziwni, przecież czegoś podobnego życzą sobie wzajemnie po rozwodzie.

                    > Wolność w miłości oznacza dla mnie tyle, że ktoś jest z drugim człowiekiem dopó
                    > ty, dopóki tego chce i pragnie.
                    Np. Żona jest chora, to już nie chcę z nią być, wolę mieć zdrową żonę!
                    Albo: Rzucam wszystko i się wyprowadzam, bo koszty kredytu na mieszkanie są za duże! Niech żona bierze dzieci i idzie do rodziców, a ja sobie wynajmę jakąś klitkę!
                    Myślę, że zdobyłabyś spory elektorat jako polityk! smile
                    • 22.04.13, 22:28
                      altz napisał:
                      > Np. Żona jest chora, to już nie chcę z nią być, wolę mieć zdrową żonę!

                      Mogę jedynie odnieść się do własnych odczuć i powiem, że gdybym była na miejscu tej chorej żony, nie chciałabym aby ktoś zajmował się mną z poczucia obowiązku i męczył się przy mnie, chyba że taka byłaby jego decyzja. Chciałabym, żeby mój mąż mógł być nadal człowiekiem szczęśliwym.
                      Gdybym ja była z chorym mężem, najprawdopodobniej byłabym z nim dalej i najprawdopodobniej byłoby to z mojego poczucia obowiązku, gdyż jest ono silnie we mnie rozwinięte.
                      Nie będę tutaj odgrywać matki Teresy, bo nie wiem jak kształtowałyby się moje uczucia w danej sytuacji, a chcę być jak najbardziej uczciwa wobec siebie i innych.
                      Podejrzewam, że taka decyzja byłaby dla mnie najbardziej słuszna, bo w ten sposób zapewniłabym sobie spokój sumienia, a ten chyba jest ważniejszy dla mnie od innych atrakcji.
                      To tylko rozważania hipotetyczne, bo nie było mi dane czegoś takiego doświadczyć i będę wdzięczna, jeśli mnie to nie spotka.

                      > Albo: Rzucam wszystko i się wyprowadzam, bo koszty kredytu na mieszkanie są za
                      > duże! Niech żona bierze dzieci i idzie do rodziców, a ja sobie wynajmę jakąś kl
                      > itkę!

                      Taką sytuację regulowałyby kwestie prawne, czy też podpisanego właśnie kontraktu. Dalej są konsekwencje takiej decyzji.

                      --
                      To, co jest oczywiste dla Ciebie, niekoniecznie jest oczywiste dla innych.
                      • 23.04.13, 07:58
                        Esteraj, zapominasz o jednej rzeczy: dla mnie to co piszesz to jest małżeństwo w tym kształcie o którym napisałam. Jedna poprawka: ludzie dojrzali, świadomi są w stanie stworzyć taki związek. Wtedy jednak nie wycofują się z małżeństwa bo nie mogą realizować pasji czy duszą się albo sa rozczarowane drugą stroną. Dojrzała osoba wie co robi, wie jakie to ma konsekwencje, jest w stanie wprowadzić program naprawczy zanim sprawy zajdą za daleko i nie uzależnia swojego stanu zadowolenia w związku od drugiej osoby, potrafi realizować się i mieć wolność w ramach małżeństwa.Ona je tworzy świadomie i konsekwentnie, a nie oczekuje że druga osoba podporządkuje się oczekiwaniom i zmieni siebie pod upodobania i wymagania drugiej strony.
                        Kształtuje świadomie to co tworzy i umie sobie znależć równie świadomego partnera.
                        • 23.04.13, 08:57
                          mayenna napisała:


                          >crying...) Dojrzała osoba wie co robi, wie jakie to ma konsekwencje, jest w stanie wprowadzi
                          > ć program naprawczy zanim sprawy zajdą za daleko i nie uzależnia swojego stanu
                          > zadowolenia w związku od drugiej osoby, potrafi realizować się i mieć wolność w
                          > ramach małżeństwa.

                          Mayenna, ale Ty chciałabyś żyć w świecie, gdzie ludzie są mądrzy, dojrzali, nie popełniają błędów, są stabilni emocjonalnie i ogólnie idealni. Tak to może będzie dopiero w niebie, gdy wszyscy zostaną oświeceni i posortowani... smile
                          Tutaj mamy świat realny. Żyjemy w świecie dualnym, by móc doświadczać i poznawać samych siebie w różnych warunkach.

                          > Kształtuje świadomie to co tworzy i umie sobie znależć równie świadomego partn
                          > era.

                          Myślę, że naszą świadomość kształtuje ilość doświadczeń i zebranej wiedzy. Trudno mówić o własnej mądrości, jeśli nie było nam dane sprawdzić się w różnych sytuacjach. Większość rzeczy nam się jedynie wydaje. Zakładamy, że zachowamy się tak, czy inaczej. Potem rzeczywistość to weryfikuje.
                          Bezpiecznie byłoby zakładać, że jesteśmy ludźmi niedoskonałymi, skłonnymi do pomyłek, uczącymi się życia... Ominęłoby nas wielkie rozczarowanie.
                          Zamiast obrażać się i cierpieć, rozwijalibyśmy w sobie zrozumienie i dalibyśmy szansę na zaistnienie miłości.
                          Uważam, że dlatego Chrystus mógł prawdziwie kochać, bo on był ponad świadomość ludzką, stąd też jego słowa: wybacz im ojcze, bo nie wiedzą, co czynią.

                          Wracając do Jeszcze-zony, to mamy tu jasną sytuację, bo autorka postępuje uczciwie nie chcąc tkwić w fikcji i narażać małżeństwo na zdradę.
                          Jeśli dobrze zrozumiałam, to obecne pasje może realizować już w tej chwili. Przewiduje jednak pewne zagrożenie, że ta pasja może ją dalej wciągnąć...
                          Mąż wykazuje cechy roszczeniowe i egoistyczne. Nie jest ideałem, ale autorka mimo wszystko chce dla niego "miękkiego lądowania", chociaż prawdziwą pobudką jest zapewne poczucie winy i własny dyskomfort z tym związany...
                          --
                          To, co jest oczywiste dla Ciebie, niekoniecznie jest oczywiste dla innych.
                          • 23.04.13, 09:00
                            esteraj napisała:
                            > >crying...) Dojrzała osoba wie co robi...
                            Ups, ta płacząca buźka jest przez przypadek smile

                            --
                            To co się zdarza, nie zdarza się Tobie lecz dla Ciebie. Dzięki temu masz możliwość poznawania siebie i własnego rozwoju.
                          • 23.04.13, 10:10
                            1.Zapominasz, Esteraj, o różnych odcieniach/formach/typach wolności. W rodzinie, w której są dzieci, ma ona jeszcze inne znaczenie i konsekwencje. Sądzisz, że można realizować swoją wolność kosztem dzieci, niezależnie od ich praw. W rodzinie wyjątkowo patologicznej na pewno tak, bo dzięki osiągnięciu stanu wolności (uwolnienia się od żony czy męża: narkomanów, alkoholików itw.), prawa dzieci, a wieć i ich wolności zyskują pełną treść. Jesteś chrześcijanką, co szanuję, a więc powiedz mi, w jakiej części tej lub innej doktryny etycznej znajdujesz podstawy do uznania, że prawa słabszych podlegają prawom silniejszych, że w przypadku konfliktów obszarów wolności, wolność silniejszego ma większe znaczeni, aniżel słabszego?
                            2. A może dorabiasz ideologię do tłumaczenia postawy jeszcze-zony? Rozwój, pasje, roszczeniowe, egoistyczne cechy jej męża...Znasz takie powiedzienie: "gdy ktoś chce uderzyć psa, kij się znajdzie zawsze"? No, ale po co przy biciu psa oddawać dziecko do adopcji? Jaki ono ma związek z psem? Gdy kiedyś bolała kogoś głowa, to się mówiło, że go nap... łeb. Dzisiaj się mówi, że ma migrenę, nie spełnił się, itd. Może jeszcze-zona czeka na wielką miłość i znajdzie ją dopiero w domu starców? A więc i o tym trzeba myśleć, żeby zasłużyć na choćby odwiedziny dziecka.

                            • 23.04.13, 10:47
                              Ja mam jedno pytanie:
                              skąd pełnie, niezachwiane przekonanie, że prawem dziecka jest posiadanie obojga rodziców w jednym gospodarstwie domowym?
                              Tak, wiem, pełna rodzina i tak dalej.,.. ale jednak mam ochotę wsadzić kij w mrowisko.

                              Nie ma żadnych wiarygodnych badań, że gorzej radzą sobie w życiu dzieci rozwiedzionych rodziców, niż dzieci wychowane przez małżeństwo nieszanujące się wzajemnie, zyjące w konflikcie.
                              Oczywiście, dobrze jest być pięknym, młodym i bogatym, czyli wychowywać dzieci w kochającej się pełnej rodzinie; jeśli jednak ta rodzina przestaje być wsparciem i dobrym, bezpiecznym miejscem - co wtedy? I pomijam tu alkoholizm czy narkomanię, chodzi mi o niedobre, niepoprawiające się relacje między ludźmi w takiej rodzinie - nadal taki układ ma dla dziecka większą wartość niż spokojny, bezpieczny dom?
                              Ja wychowałam się w pełnej rodzinie. Bez alkoholu, zdrad, zaniedbania. Dwudaniowe obiady, wczasy nad morzem, chodzenie spać przed 22 itd itp. Tylko że w tej rodzinie rodzice nie okazywali sobie nigdy żadnych ciepłych uczuć i wiecznie ze sobą walczyli. Miałam prawo do pełnej rodziny, tak? Co więcej, nie pozbawiono mnie tego prawa. I do tej pory za to płacę, tylko ja wiem, ile mnie pracy kosztowało i kosztuje uczenie się, jak powinny wyglądać relacje między dorosłymi ludźmi, a także między nimi i ich dziećmi.
                              Moi synowie mieli rodzinę z nieobecnym duchem ojcem, niezainteresowanym ich sprawami, i matką, która dbała o dom i o jego utrzymanie, wiecznie płakała po kątach i czuła się coraz gorzej.
                              Teraz mają pogodną i cieszącą się życiem matkę i ojca, który jest zaangażowany w ich sprawy, ma dobry dom gdzie ich z radością wita. Czy oni zyskali na tym,, czy stracili? Bywało młodszemu bardzo trudno, zanim zaakceptował nową sytuację; a starszy powiedział wprost: "Mamo, dlaczego tak długo się ze sobą męczyliscie"?
                              • 23.04.13, 11:40
                                Nowel, to wszystko prawda, ale ideałem jest jednak pełna, dobra, wspierająca się rodzina. Nic ni zastąpi przykładu miłości rodziców do siebie i dzieci. Jak tego brakuje to potem trzeba wyrwy i braki uzupełniać w dorosłym życiu. sama to napisałaś. Musi być element miłości wzajemnej.Dlatego zawieranie związku z 'rozsądku' nie jest dobre.
                                Pani popełniła błąd na samym początku i rozwód jest jedynym chyba dobrym wyjściem skoro do męża już nawet nie czuje przyjaźni czy innych ciepłych uczuć. Ale gdzieś po drodze ona pogubiła wszystko to, co ja skłoniło jednak do zawarcia umowy z tym panem i to jest nieuczciwe wobec niego. On che kontynuować umowę którą zawarli i która sprawdzał się 9 lat. Dziecko też ma stabilność jakąś w tej rodzinie. A pani chce to rozwalić w imię bliżej nieokreślonej 'lepszej przyszłości', której może nie być. Dlatego ja bym naprawiała stare, a nie szukała nowego bo może się trafić większy bubel niż ten co ma .
                                Taki sam bilans zysków i strat, który zapoczątkował to małżeństwo, moim zdaniem pokazuje teraz tez ze korzystniej je utrzymać niż zakończyć, ale nic na siłę. Już decyzja zapadła.
                                • 23.04.13, 13:20
                                  Nie widzę dla pani żadnych korzyści w utrzymywaniu dotychczasowego układu. Pani chce mieć jasną sytuację, mieszkający osobno mąż tylko na papierze temu nie sprzyja.
                            • 23.04.13, 11:44
                              kasper254 napisał:
                              > 1.Zapominasz, Esteraj, o różnych odcieniach/formach/typach wolności. W rodzinie
                              > , w której są dzieci, ma ona jeszcze inne znaczenie i konsekwencje. Sądzisz, że
                              > można realizować swoją wolność kosztem dzieci, niezależnie od ich praw.

                              Uważam, że prawa dziecka i jego dobro zawsze powinno być na pierwszym miejscu, bo tutaj należy wziąć odpowiedzialność za podjęte decyzje. Należy jednak zauważyć, że dzieci nie są wiecznie małe i potrzebują opieki rodziców do momentu uzyskania dojrzałości. To rodzice w głównej mierze przyczyniają się do jego rozwoju i kształtują jego światopogląd, szczególnie w młodym wieku. Ich stan świadomości zależy od tego, jakie wzorce i wartości zostaną im wszczepione. Gdy rodzice nie będą tragizować z powodu rozstania, pokażą, że można żyć w dobrych relacjach, że można się realizować itp., wówczas dziecko może wychować się w szczęśliwej, zgodnej atmosferze. Na nic nie przydadzą się trzymanie zasad i zaciskanie zębów w celu ich dotrzymania.

                              Jesteś chrześcijanką, co szanuję, a
                              > więc powiedz mi, w jakiej części tej lub innej doktryny etycznej znajdujesz po
                              > dstawy do uznania, że prawa słabszych podlegają prawom silniejszych, że w przyp
                              > adku konfliktów obszarów wolności, wolność silniejszego ma większe znaczeni, an
                              > iżel słabszego?

                              Czy jestem chrześcijanką? Czasami z samym Chrystusem się nie zgadzam wink, ale w większości uważam jego słowa za uniwersalne i ponadczasowe...

                              Prawdopodobnie nie ma takiej doktryny etycznej, która mówiłaby o większych prawach silniejszego. Niestety, takie prawo stworzyła sama natura, a z nią niewiele można dyskutować.
                              Lepiej się z tym pogodzić, niż walczyć, bo wysiłek raczej pójdzie na marne.
                              Tutaj jedynie może pomóc stan świadomości, sposób myślenia i prawa moralne.

                              > 2. A może dorabiasz ideologię do tłumaczenia postawy jeszcze-zony?

                              Nie sądzę, bym dorabiała ideologię, bo staram się mieć to wciąż na uwadze i pilnuję się, by być obiektywna.
                              Odnoszę jednak wrażenie, że to Ty Kasper masz tendencję do tragizowania. Zasady i odpowiedzialność są dla Ciebie kwestią pierwszorzędną i wiele odrzucasz (przede wszystkim uczucia, miłość), by podtrzymać swoją tezę. Szkoda...

                              Może jeszcze-zona czeka na wielką miłość i znajdzie ją dopiero w
                              > domu starców?
                              Odpowiadając na to pytanie, odpowiem przy okazji Mayenne, która napisała:
                              > Ciekawa jestem co napiszesz Kiekrzancesmile Albo innym kobietom, które zostały same, gdy się tego najmniej spodziewały.

                              Składając przysięgę małżeńską stwarza się złudną nadzieję i prawo do oczekiwań, że coś będzie trwało wiecznie, że powstrzyma się proces zmian, które są nieuniknione...
                              Zaprzeczanie naturze przynosi żal i rozczarowanie.
                              Myślę, że obecny nawał rozwodów wpłynie na wyzbycie się utopii o idealności związków, a w przyszłości stworzy to solidne fundamenty do zaistnienia prawdziwej miłości...

                              P.S.
                              Kasper, przyznaję, że uwielbiam Twoją filozofię życiową, jest dla mnie prawdziwą inspiracją...

                              --
                              To co się zdarza, nie zdarza się Tobie lecz dla Ciebie. Dzięki temu masz możliwość poznawania siebie i własnego rozwoju.
                          • 23.04.13, 10:39
                            Esteraj, ja już kiedyś chyba pisałam: jestem w stanie stworzyć dobry związek z prawie każdym człowiekiem bo wiem, że nikt nie jest idealny, świat nie jest idealny, ale ja mam narzędzia by w tym świecie dobrze funkcjonować i być zadowoloną.Z mężem jeszcze- zony tez pewnie bym się porozumiała. Wszystko jest tak naprawdę kwestią porozumienia i określenia czego chcę, z czego jestem w stanie zrezygnować i poukładania jak to ma funkcjonować. Ale wyjść trzeba od akceptacji stanu rzeczy i ludzi jaki mamy obecnie.
                            A tu akceptacji brak.Pani układ pasował póki miała egoistyczne powody by trwał. Odchowała dziecko i raptem już dłużnej nie może być z panem. Bardzo typowa historia, tylko zwykle tutaj to mężczyźni takie opisują i to jak już jest inna na horyzoncie,która kochają, albo która pozwala im się rozwijaćsmile

                            Ciekawa jestem co napiszesz Kiekrzancesmile Albo innym kobietom, które zostały same, gdy się tego najmniej spodziewały.
                            • 23.04.13, 13:19
                              W takim razie masz wpojone bardzo niskie oczekiwania wobec potencjalnych partnerów.
                              • 23.04.13, 13:30
                                triss_merigold6 napisała:

                                > W takim razie masz wpojone bardzo niskie oczekiwania wobec potencjalnych partne
                                > rów.
                                Za to mam wysoko rozwinięte poczucie własnej wartości i odpowiedzialności za siebiesmile
                            • 23.04.13, 15:13
                              mayenna napisała:
                              jestem w stanie stworzyć dobry związek z
                              > prawie każdym człowiekiem bo wiem, że nikt nie jest idealny, świat nie jest ide
                              > alny, ale ja mam narzędzia by w tym świecie dobrze funkcjonować i być zadowolon
                              > ą.Z mężem jeszcze- zony tez pewnie bym się porozumiała. Wszystko jest tak napra
                              > wdę kwestią porozumienia i określenia czego chcę, z czego jestem w stanie zrezy
                              > gnować i poukładania jak to ma funkcjonować. Ale wyjść trzeba od akceptacji sta
                              > nu rzeczy i ludzi jaki mamy obecnie.

                              Mnie też się wydaje, że potrafiłabym funkcjonować prawie z każdym człowiekiem, bo myślę, że umiem zadbać sama o własne szczęście i nie ulegam łatwo "nowościom". Uważam, że jest tutaj potrzebna umiejętność lawirowania między tym, co jest dobre i sprzyjające przyjemności, rozwojowi, a tym co może być krzywdzące dla innych.
                              W przypadku Jeszcze-zony krzywda męża jest nieco wydumana.
                              On może wyjść jeszcze z tego zwycięsko. Gdyby jednak ciężko było mu się podnieść, to miłym gestem byłoby wsparcie żony. Byłby to akt przyzwoitości.

                              --
                              To, co jest oczywiste dla Ciebie, niekoniecznie jest oczywiste dla innych.
                  • 22.04.13, 21:19
                    Wiesz, Esteraj, ja tej filozofii nie kupuję.Nienowoczesna jestem i małżeństwo ma być z miłości, na dobre i na złe, i aż nas śmierć nie rozłączy. To jest ten ideał, który chcę realizować w życiu. Mam też pozytywne przykłady że są tacy, którym to się udaje.
    • 22.04.13, 10:30
      jeszcze-zona napisał(a):


      > Mimo wszystko mąż nie jest dla mnie kims obcym i obojętnym
      > (jest ojcem naszego dziecka i naprawdę w porządku, ale nie jest mężczyzną dla
      > mnie - co widzę dopiero niestety po czasie tak długim...)

      Wzięłaś w nawias to, co jest w Twoim problemie najważniejsze i co powoduje Twoje poczucie winy. Stawiam tezę, że bardzo siebie nie znasz i będziesz gorzko żałować tego rozwodu. Poczucie winy szybko zamieni się w poczucie straty i rozczarowania. Dlaczego? Ano dlatego, że cały ten post jest o Twoim mężu, a nie o Tobie. On zajmuje Twoje myśli, a nie to, co będziesz robić gdy zyskasz "wolność". Pragniesz adrenaliny, rozwoju zawodowego, hobby... ale nie potrafisz tej adrenaliny uwolnić mając ku temu teraz najlepsze warunki. Stawiam drugą tezę, że tym bardziej nie będziesz potrafiła tego później, gdy odejdziesz od dobrego faceta, zostaniesz sama z mglistym wyobrażeniem swoich nowych szans.

      Leopold Tyrmand, który w swoim czasie nie mógł się opędzić od zakochanej w nim młodej dziewczyny napisał w swoim dzienniku: "Do udanego małżeństwa potrzebne są dwie rzeczy: chęć wspólnego pójścia do łóżka co wieczór i chęć wspólnego dzielenia trosk przez cały dzień. Natomiast na nic się w tej imprezie, bardzo długiej, uciążliwej i wyczerpującej nie przydaje miłość i pożądanie osiemnastoletniej smarkuli. Co za nonsens! Jestem tedy smutny i łykam proszki" Stawiam trzecią tezę, że i Ty będziesz łykać.
      • 22.04.13, 15:09
        wawrzanka napisała:


        > On zajmuje Twoje myśli, a nie to, co będziesz robić gdy zyskasz "wolność".

        Może dlatego, że nie mam pojęcia co zrobić z tym swoim poczuciem winy, i rzeczywiście zastanawiam się jak ten "duży chłopiec" poradzi sobie bez backup`u w postaci "WszystkoRobiącejŻony". A z kolei o swojej "wolności" myśleć nie muszę, bo już "wolna" żyję - i realizuję wszystkie swoje plany. O nich nie rozmyślam, one się już toczą.

        > "Do udanego małżeństwa potrzebne są dwie rzeczy: chęć wspólnego pójścia do łóżka co wieczór i chęć wspólnego dzielenia trosk przez cały dzień. Natomiast na nic się w tej imprezie, bardzo długiej, uciążliwej i wyczerpującej nie przydaje miłość i pożądanie osiemnastoletnie
        > j smarkuli.

        Dlatego też rozstajemy się. Nasze małżeństwo wg tej tezy jest zupełnie nieudane.
        A w roli osiemnastoletniej smarkuli widzę dzisiaj właśnie mojego męża.
        • 23.04.13, 08:44
          jeszcze-zona napisał(a):


          > Dlatego też rozstajemy się. Nasze małżeństwo wg tej tezy jest zupełnie nieudane

          Całkiem mi umknęło, że nie mieszkacie razem pomimo małżeństwa, pomimo dziecka. To zmienia postać rzeczy. Skoro nie dzielicie trosk codziennego dnia i nie chodzicie codziennie razem spać i nigdy tak nie było (więc i wspominać nie ma czego) to nie rozumiem dlaczego ten wątek budzi takie kontrowersje. Powodzenia dziewczyno.
    • 22.04.13, 14:18
      Ja tak z ciekawości - o jakim małżeństwie tutaj mówimy?...

      To jest małżeństwo, kiedy ojciec wpada do domu na chwilę, raz na jakiś czas?
      Chyba rozwód nic nie zmieni? Też będzie wpadał odwiedzić dziecko.
      Nie rozumiem w ogóle twojego męża i dziwne to jest. Chce mieć po prostu dom, do którego w razie czego może wrócić? I tak przecież praktycznie mieszka sam.
      • 22.04.13, 15:05
        rozwiode_sie napisał(a):

        > Nie rozumiem w ogóle twojego męża i dziwne to jest. Chce mieć po prostu dom, do
        > którego w razie czego może wrócić? I tak przecież praktycznie mieszka sam.

        Myślę, że to kwestia psychiki. Gdzieś tam w podświadomości ma "żona, dom, rodzina" i z tym czuje się lepiej. Mimo, że i takprawie tu nie bywa, nie ma tu swoich rzeczy - ma jakaś tam świadomość, że "gdzieś można w razie czego zakotwiczyć".

        Dochodzi do tego też - to sam mi powiedział - "wizerunek społeczny". Jakkolwiek to dziwnie nie brzmi. Nie wiem dlaczego, ale wg niego facet z rodziną, żoną - jest lepiej postrzegany wśród rodziny i znajomych.

        W mojej ostatecznej decyzji o rozwodzie/rozstaniu ważne było też to, co powiedział, gdy usłyszał, że nie chcę z nim dłużej "być": "Ale co powiedzą znajomi? Co powiedzą twoi rodzice?? Będą mnie nienawidzić i będą się ze mnie śmiać, że "O! Rozwodnik!".

        Aż głupio mi się zrobiło, bo wyglądało to tak, że najistotniejsze dla niego jest, co ludzie powiedzą...

        • 22.04.13, 15:14
          ... ale w sumie obie nerki też nie są Ci potrzebne. Obie piersi tez już nie - zawsze możesz karmić jedną. Palce u rąk w takiej wielkiej liczbie konieczne nie są, no chyba żeś pianistka. Więc w sumie można Cie znacznie okroić i będziesz żyć nadal.

          Nie dziw się zatem mężowi, że coś może być dla niego ważne... np. świadomość porażki.
          • 22.04.13, 15:19
            tricolour napisał:

            > Nie dziw się zatem mężowi, że coś może być dla niego ważne... np. świadomość po
            > rażki.

            Nie dziwię się - tylko zauważam, że dla mnie i dla niego zupełnie inne rzeczy są istotne.

            Zdanie innych ludzi na temat tego czy jestem z kimś, czy jestem rozwiedziona, czy mam jedną pierś, czy trzy, albo trzecie oko na czole - dla mnie jest zupełnie nieistotne. Dla niego - jest bardzo ważne. I to było pierwsze co powiedział na informację o mojej chęci rozstania się.


            • 22.04.13, 15:29
              ... a to i tak nie ma sensu, bo decyzję już podjęłaś. Nie napiszę, że słuszną, bo przyszłości nie znam.

              Dziwi mnie jednak, że dojrzała - jak oceniam z wypowiedzi - osoba zastanawia się nad poczuciem winy zamiast spokojnie je przeżywać. Dziwi mnie, że walnęłaś się młotem w palec i zamiast poczekać aż ból przejdzie to rozwodzisz się nad tym bólem jak dziecko szlochem.

              Podjęłaś decyzję, weź na klatę konsekwencje: zostaniesz z mężem, to zmarniejesz; rozwiedziesz się, to mąż podamarnieje. Naucz się, że budowa od początku tandetnego związku skutkuje marnieniem. Zastanów się nad sobą, nad kryteriami doboru partnerów, by skończyć z tandetą, która w Twojej rodzinie ciągnie się od pokoleń. O, to jest temat!
      • 22.04.13, 16:35
        rozwiode_sie napisał(a):
        > Chyba rozwód nic nie zmieni? Też będzie wpadał odwiedzić dziecko.

        Tego nigdy nie możemy być pewni. Tak panie zaklinają przyszłość, a zazwyczaj coś się zmienia, raz na plus, a raz na minus.
        • 22.04.13, 17:16
          W życiu możemy być pewni jedynie śmierci.
          A "zaklinają przyszłość" zarówno panie, jak i panowie. Po co znowu dzielić?
          • 22.04.13, 18:28
            nowel1 napisała:
            > W życiu możemy być pewni jedynie śmierci.
            > A "zaklinają przyszłość" zarówno panie, jak i panowie. Po co znowu dzielić?

            Te sprawy związane z dziećmi zaklinają przede wszystkim panie, to akurat zauważyłem. Panowie nic nie mówią, bo nie wiedzą, jak będzie, to jest moja obserwacja prawie z trzech lat.
            Nie raz już się spotkałem z sytuacją, jak to panie nakreślały kolorowe wizje, nawet dziecku potrafiły naobiecywać za tatę i mamę, chociaż takiego prawa nie miały i potem się okazało, że to wszystko było zwykłym kłamstwem.
            Jak mnie tylko złości takie głupie gadanie "będzie dobrze" x 100, tak mnie nosi, gdy rodzic opowiada bzdury dziecku.
            • 23.04.13, 14:57
              Nie rozumiem tej logiki. co innego jak rozpada się rodzina, jest czego żałować i można się zastanawiać nad tym czego potrzebuje dziecko. tutaj wg mnie nie ma rodziny. dziecko widzi ojca raz na jakiś czas, a żona praktycznie żyje sama. Mąż nie ma nawet swoich rzeczy w domu, jak pisze. Dla mnie w takiej sytuacji rozwód to tylko formalność. Ile ten ojciec jest teraz obecny w życiu dziecka. Ja się nie dziwię założycielce wątku, bez względu na to jaki jest jej mąż, też bym nie chciała być w takim związku. To faktycznie wygląda na jakąś obłudę, żeby na zewnątrz ładnie wyglądało. Jakby facet chciał być z rodziną to by z nią był. Ale kobiety czasem takie są... smile Serce na wierzchu i nawet jak facet nie zasługuje to się nad nim litują.
  • Powiadamiaj o nowych wpisach

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.