Rozstanie z mężem - moje poczucie winy (?) Dodaj do ulubionych


Witajcie.

Moja historia to pewnie taka, jakich wiele. Nie ogarniam tego już psychicznie przede wszystkim. Ale i fizycznie ciężko. Organizm reaguje na stres.

Będzie dlugo - ale jak ktoś przebrnie, to będę wdzięczna za jakieś porady co do tego, jak sobie poradzić z moim wlasnym poczuciem winy po rozstaniu, albo też jak pomoc tej drugiej osobie przejsc przez to łagodniej...(ironicznie brzmi, wiem - ale naprawdę bym chciala mężowi jakos pomoc to "przetrawic" i ruszyc dalej z zyciem do przodu....)


Krótka znajomość, ślub, dziecko. Brakowało może wielkiej miłości, spadającej jak grom z jasnego nieba - ale uczucie było i zrozumienie i wspólne cele. Przyjaźń i potrzeba bycia razem też. Po latach - lepiej siebie nawzajem znając już - trochę się ten związek zaczął rozjeżdżać, doszła do tego praca w różnych miejscowościach, mało czasu dla siebie, coraz rzadziej razem, coraz więcej rozdrażnienia i kłótni, różne poglądy na zajęcia pozadomowe i hobby - na które w końcu znalazł się czas, kiedy dziecko podrosło. Wszystko tkwiło na mojej głowie - chociaż pracowaliśmy oboje. Załatwianie spraw w urzędach, dom, zakupy, dziecko, remonty. Ale mąż był dobrym mężem - w powszechnym mniemaniu. Nie pije, nie bije, nie zdradza, zazwyczaj robił to, o co prosiłam. Tyle, że miałam już dość bycia "nadzorcą". To ja musiałam zaplanować, "wydać rozkaz" i pomyśleć za nas oboje. Zero inicjatywy z jego strony. Zero wsparcia w poważniejszych rzeczach, o których trzeba było myśleć i zalatwiać. Czasem miałam wrażenie, że mam w domu dwoje dzieci. I coś się zaczęło wypalać. Klasyka chyba.
Ale nie chcę narzekać na niego, ani przyszywać mu łatki winowajcy. Bo to dobry facet jest, tak generalnie. Życzę mu jak najlepiej i chciałabym, żeby jego życie było szczęśliwsze niż do tej pory. Ze mną. Żeby jednak zył kiedyś z kims, kto go kocha na zabój, a nie z "przyjaciółką", którą sam kocha pewnie i, ale łączy nas głównie dziecko i nic poza tym.

Po paru miesiącach "życia automatycznego" - kiedy depresja jakaś mnie dopadła chyba z powodu nierealizowania się w tym małżeństwie i jakiegoś psychicznego męczenia się w związku - i po paru miesiącach próbowania odszukania jeszcze w tym małżeństwie czegoś dla mnie dobrego - podjęłam decyzję o rozstaniu. Nie o rozwodzie, bo nie planuję żadnego związku czy małżeństwa. Więc i dokument nie jest mi potrzebny. Po prostu nie kocham mojego męża - więc nie potrafię w imię sympatii tylko żyć do końca w takim "letnim" układzie, idąc na kompromisy z nim, odstawiając na bok swoich przyjaciół i swoje hobby (którego on nie może ze mną dzielić). Nie jest to moje wymarzone życie. Dlatego chcę i zmieniam je.

Dla naszego dziecka niewiele się w tym względzie zmieni, bo dla dziecka tata od prawie zawsze mieszkał gdzie indziej (tam, gdzie pracuje) - a przyjeżdżał do domu tylko jak miał parę dni "urlopu". A nawet jak już był, to i tak sporo czasu spędzał "bezkonstruktywnie" przy komputerze, a dziecko bawiło się gdzies obok. Mój mąż nasze dziecko kocha bardzo - więc mam nadzieję, że ich relacje będą w miarę OK. Nie zamierzam im tego utrudniać. Wręcz przeciwnie. Próbuję ułatwiać. Moze - paradoksalnie - po rozstaniu te relacje będą bardziej "bogate" - bo będzie szkoda kazdej chwili i beda razem sie bawic, zamiast kwitnąć przy komputerze....

Problem w tym, że dla mojego jeszcze męża jest to nie do przejścia. Staram się zrozumieć jego żal, pretensje, szok i złość na mnie. Ma do tego prawo. W końcu to moja decyzja o odejściu rozwala naszą rodzinę. Mój jeszcze mąż powtarza, że gdybym tylko chciała - to byłoby inaczej i byłoby dla niego dobrze. Że... mogłabym udawać "dobrą żonę i kobietę" jeszcze jakiś czas, zanim on by się przyzwyczaił do myśli, że będzie sam. Chociaż nie mam pojęcia, jak miałabym to zrobić. Bo nie lubię udawać. I myślę, że większą krzywdę zrobiłabym mu, gdybym udawała - albo gdybyśmy zyli ze sobą pro forma. Nie miałby wtedy szansy na jakis kolejny związek, ale prawdziwie szczęśliwy (wiem, nieco się tym usprawiedliwiam, żeby nie czuć się tak miernie). Teraz więc on ma żal, pretensje, złość na mnie (to zrozumiałe...), do tego jakąś zazdrość o "potencjalnych nowych mężczyzn w moim zyciu" (?...), depresję chyba (mowi o zniszczeniu zycia, braku sensu w zyciu - poza dzieckiem, itd....)....

Ustaliliśmy, że złożymy dokumenty w sądzie z wnioskiem o rozwód. Mąż twierdzi, że moze dopiero wtedy zacznie spokojnie żyć dalej, nie będąc związany "na papierze" ze mną bedzie mogl poszukac "nowej kobiety" (to jego slowa). Chociaz - jak mowi - zawsze go bedzie meczylo to, ze nie rozumie mojej decyzji. A moje wyjasnienia i tlumaczenie tego - jest dla niego bez sensu, bo "nie można tak zmieniać życia", bo "ludzie normalnie tego nie robią, jesli jest normalnie" - czyli wg niego pewnie rozstanie wchodzi tylko w grę wtedy, jak są jakieś patologie w rodzinie...

Sęk w tym, że czasem spokojnie mowi o tym rozwodzie, a czasem wpada w jakiś stan złości i rozżalenia, i po raz kolejny analizuje w rozmowie ze mną wszystko (głównie przez telefon, bo rzadko tu bywa)., wyrzuca mi moją decyzję i mniej lub bardziej świadomie gra na moich emocjach, czasem nawet szantażem emocjonalnym (kiedy mowi o tym co czuje sam w tej sytuacji i ze nie umie z tym zyc dalej). Potem znowu jest spokój i normalnie możemy rozmawiać, o dziecku, o tym co slychac w pracy. A potem znowu "jazdy" i kłótnie. Nie umiem już tak. To męczy i dręczy. I mnie i jego.

Czy to jest jakaś faza po rozstaniu? U niego? U mnie?
Kiedy to mija?

Wiem
Moja decyzja, konsekwencje ponoszę. Nie tylko ja. Wiem o tym. Dlatego mam tak wielkie poczucie winy, że kilka razy prawie byłam zdecydowana do niego wrócić. Ale wiem też, że wtedy byłabym nieszczęśliwa i nei do zycia. I prędzej czy pozniej odeszłabym od niego i tak. Tyle, że z większym hukiem...

Gdyby była wielka milość, pewnie bym walczyła do dziś. Ale jej nie ma. Z mojej strony przynajmniej. Mimo wszystko mąż nie jest dla mnie kims obcym i obojętnym (jest ojcem naszego dziecka i naprawdę w porządku, ale nie jest mężczyzną dla mnie - co widzę dopiero niestety po czasie tak długim...) - i nie potrafię nieczuła i powiedziec: "Nic mnie nie obchodzi to co on teraz czuje" i życ po swojemu, z uśmiechem, dalej. Przejmuję się jego nastrojami i żałuję, że przeze mnie to przeżywa. Ale nie jestem w stanie mu dać tego, czego by chciał.
Miłej, kochającej, uśmiechniętej żony, organizującej wszystko za niego, siedzącej po pracy w domu z dzieckiem, a jesli juz gdzies poza domem - to z nim razem.

Da się to jakoś opanować? Jak sobie samemu radzić z poczuciem winy?
Nie zmienię swoich uczuć i nie widzę możliwości bycia dalej w tym zwiazku.
Czy tylko zostaje wizyta u psychologa?
Przeczytaj całą dyskusję (1-100)
  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
przejdź do: 1-100 101-102
(101-102)

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Zadaj pytanie na Forum

Za darmo

Na każdy temat

Tysiącom użytkowników

Zapytaj

Bestsellery

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.