Czy winicie siebie za to co sie stało? Dodaj do ulubionych

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • Witam drodzy forumowicze...
    Mam do was pytanie z serii trudnych. Ostatnio mnie w zyciu nadszedl czas na podsumowania...niedlugo przyjdzie mi zamknac rozdzial malżenstwa.

    Chciałam sie Wam zadac takie pytanie?
    Szczegolnie dla tych zdradzonych...czy winicie siebie za to ze druga polowka was zdradzila?
    Czy wracacie myslami co zrobiliscie zle, jak to mozna bylo zrobic inaczej?
    Mowia...ze wina lezy po dwoch stronach...
    Czy to tak mialo byc, przeznaczenia sie nie da oszukac?!???
    Piszcie kochani
    • wina kojarzy mi się z karą
      jeśli traktujesz swoje niepowodzenia małżeńskie jako splot róznych niefortunnych wydarzeń i zachowań a rozwód jako wynik ogólnego niedopasowania to poczucie winy znika

      tobie też radzę big_grin
    • > Chciałam sie Wam zadac takie pytanie?
      > Szczegolnie dla tych zdradzonych...czy winicie siebie za to ze druga polowka wa
      > s zdradzila?

      Oczywiście po niewczasie widzę własne zaniedbania, może nie winę ale grzech zaniechania w kilku ważnych obszarach związku. Niemniej nadal jestem zdania, że tak się problemów małżeńskich nie rozwiązuje i ciągle nie wiem jak tę żabę przełknąć.

      > Czy to tak mialo byc, przeznaczenia sie nie da oszukac?!???

      Mam mieszane uczucia, uważam, że jednak można odmówić sobie romansu i żadna to tragedia grecka gdzie fatum rządzi losem bohaterów. Oczywiście mój mąż był zdania, że nijak uniknąć nie dał rady, ja tymczasem chcę dać radę żyć z wiedzą o tej stronie osobowości mojego męża.
    • Niektórzy są winni, bo krzywo leżą albo mają za kiepskie futro i ciężko jest o nie wytrzeć dobrze nogi. big_grin
      • właśnie chciałam napisać że nie byłam zdradzona a zapomniałam jak to mi mąż któregoś dnia oświadczył, że zakochał się chyba w mojej najlepszej przyjaciółce Przyszedł się zwierzyć. Ale może innym razem o tym
        anie nie czuję się winna za to że nam nie wyszło - próbowałam wszystkiego, starałam się a jedyna wina do jakiej się mogę przyznać to że wyszłam za mąż w wieku lat 23 a mogłam kilka jeszcze poczekać i może byłoby inaczej
        różne zarzuty słyszę pod adresem mojej osoby ale nie czuję że są prawdziwe
        studia skończyłam jakie chciałam a nie jakie on chicał - mam się czuć winna? nieeee
        pochodzę z mało zamożnej rodziny - mam się czuć winna? mam się wstydzić rodziny? nieee
        nie dorabiam poza godzinami pracy - pracuję na cały etat plus dom i dziecko a On nie pracuje zawodowo - mam jeszcze w nocy dorabiac? nieee
        jak ja się cieszę że pewnien etap mam w życiu za sobą - mogę puścić mimo uszu przykre uwagi ze strony M
        --
        moja Zuza ma....
        moja Zuzka 23.03.2007
    • Po co od razu mówić o winie, jeśli człowiek nie pił, nie bił i nie zaniedbywał?
      Człowiek był jaki był, a druga osoba potrzebowała czegoś innego i gdzieś indziej to znalazła- najczęściej tak bywa. Mogłabyś być dokładnie taka sama jaka jesteś, popełnić idealnie te same błędy, a jeśli "to by było to" dla drugiej strony- na zdradę nie byłoby miejsca. Taka loteria trochę.
      Można jedynie coś poprawić w sobie, jeśli druga strona wyraźnie artykułuje, że się z tym męczy. Jeśli człowiek dostanie szanse żeby to sobie uświadomić- gdy nic z tym nie zrobi; to faktycznie ponosi odpowiedzialność za swoją porażkę, ale to też szeroki temat, bo swoich ograniczeń nikt przecież nie przeskoczy i czasem coś bywa niemożliwe do zmiany.
      Jeśli partner nie mówi nic, nie daje po sobie poznać a naglę ląduje w ramionach kogoś innego, stwierdzając, że od 10 lat cierpi katusze- to jest nie fair, ale doszukiwałabym się w tym winy.
      Może wtedy jedynie warto się zastanowić, jak ktoś ma ochotę; czy sami potrafimy być atrakcyjni na co dzień dla drugiego człowieka, i co warto by zreformować, żeby bardziej być - ale do obwiniania się to jeszcze hohoho...
      • A co jeśli partner mówi: brak mi seksu, bliskości, nie lubię awantur, a druga strona nie reaguje? Uważa, że jego słowa nie są szczere, nie maja zasadności w jej odczuciu i nic z nimi nie robi?
        Bo czasem my nie słyszymy co ten mąż/żona do nas mówi, albo uważamy, że jej potrzeby są wyimaginowane lub niezasadne.
        Ja rozumiem co się stało w moim małżeństwie, ze zakończyło się rozwodem. Nie ponoszę za to winy, ale jestem odpowiedzialna za to.

        • Jeżeli ktoś lekceważy i ignoruje potrzeby partnera- to pewnie, że ponosi jakąś tam odpowiedzialność za rozpad związku, ale też jest pytanie, czy był w stanie je zaspokoić?
          Powiedzmy jakimś sposobem związałaś z cholerykiem o niskim libido i bez potrzeby bliskości- czy jest w stanie reagować spokojnie, refleksyjnie i kochać się czule kilka razy w tygodniu?
          No właśnie nie. Ale jaka w tym jego wina czy odpowiedzialność? To raczej kwestia ograniczeń i złego dopasowania, nie rozpoznana w porę, przez którą związek staje się niemożliwy do utrzymania.
          Ale jeśli ktoś jest w stanie coś ze sobą zrobić, ale mu się nie chce albo jest zadufanym w sobie pyszałkiem nie uznającym krytyki- to się nie powinien dziwić, że partner zwiewa od niego...
          • Anbale, taki ktoś wie jaka ma naturę i co może lub chce w sobie zmienić. Jak mi uczciwie powie, słuchaj ja nie jestem w stanie cię kochać czule częściej niż raz w miesiącu to ja mam komunikat zwrotny i wiem co to dla mnie znaczy: zaakceptuję stan rzeczy, rozwiodę się, albo znajdę kochanka. Ale on też musi sobie zdawać sprawę z konsekwencji niezaspokojenia moich potrzeb. Jak wtedy ten kochanek wyjdzie na jaw, to druga strona nie powie, że nie wiedziała, że nie było problemu. Problem był, ale nie dało się go rozwiązać zadowalająco bo np. w tym momencie rodzina mogła być tez ważna,bo dzieci...
            Mnie dziwi fakt; seksu mało, mąż o tym mówi, zona nie podejmuje prób zmiany bo dla niej problem nie istnieje, ona taka jest i basta, a potem szloch i rwanie szat bo znalazła się inna pani do seksu. Można było to przewidzieć, że jak sie ludzie od siebie oddalaja to w to miejsce wejdzie ktoś inny.I szukać jednak rozwiązań wczesniej. Albo zdecydować, ze nic sie nie da zrobić to się rozstajemy, dajemy wolna rękę w tych sprawach i nie wnikamy, albo idziemy do specjalisty i usiłujemy wypracować kompromis.
            • Dzieki fajnie piszecie.
              Moj maz twierdzi, ze wypaliło się ale nie miał odwagi mi powiedziec i tak sobie romansował, raniąc, odrzucając mnie po drodze.
              Nie próbował nic naprawić po prostu sobie przychodził na gotowe obiadki, wszystko po prane i posprzatane a on taki stryrany praca na nic nie miał siły...na seks też nie.
              A ja głupia koza tak mu współczułam i w życiu mi do głowy by nie przyszło ze zdrada.
              Próbowałam do niego tyle razy dotrzeć, rozmawiać z nim, a on mnie tak poprostu odrzucał...mam chociaż świadomość ze probowałam.
              • lilyofthevalley31 napisał(a):

                > Dzieki fajnie piszecie.
                > Moj maz twierdzi, ze wypaliło się ale nie miał odwagi mi powiedziec i tak sobie
                > romansował, raniąc, odrzucając mnie po drodze.
                I to jest chyba najgorsze. Dla mnie przynajmniej. To jest elementarny brak uczciwości. On wiedział co się z nim dzieje, co się dzieje w jego głowie i uczuciach i nie dał Ci wglądu w to, a potem wbił nóż w plecy jak już było za późno.
                Trudno jest tez zdiagnozować siebie na tyle, żeby zauważyć moment odejścia od partnera, ale można znależć punkt graniczny rozpoczęcia romansu. To jest dość wyraźne i ja nie wierzę, że dana osoba tego nie zauważa i nie zastanawia się po przekroczeniu tej granicy co dalej.
                • mayenna napisała:
                  > I to jest chyba najgorsze. Dla mnie przynajmniej. To jest elementarny brak uczc
                  > iwości. On wiedział co się z nim dzieje, co się dzieje w jego głowie i uczuciac
                  > h i nie dał Ci wglądu w to, a potem wbił nóż w plecy jak już było za późno.

                  Właśnie coś w ten deseń pisałem ale na obiad zawołali i nie dokończyłem - i dobrze, bo napisałaś lepiej niż moje suche przemyślenia smile To jest właśnie to, brak uczciwości, brak szacunku do partnera, odmówienie mu prawa do przynajmniej próby ratowania związku i zmiany rzeczy, które do takiej sytuacji doprowadziły. Nigdy tego nie ogarnę.

                  > Trudno jest tez zdiagnozować siebie na tyle, żeby zauważyć moment odejścia od p
                  > artnera, ale można znależć punkt graniczny rozpoczęcia romansu. To jest dość wy
                  > raźne i ja nie wierzę, że dana osoba tego nie zauważa i nie zastanawia się po p
                  > rzekroczeniu tej granicy co dalej.

                  A po co się zastanawiać, jak kochanek/kochanka daje tyle radości i świetnie uzupełnia luki, których małżonek/małżonka nie wypełnia? To jest świetny układ, stabilizacja w domu i szał zmysłów poza domem, przecież tak non stop się dzieje.
                  • errare_humanum_est napisał:

                    > mayenna napisała:
                    > > I to jest chyba najgorsze. Dla mnie przynajmniej. To jest elementarny bra
                    > k uczc
                    > > iwości. On wiedział co się z nim dzieje, co się dzieje w jego głowie i uc
                    > zuciac
                    > > h i nie dał Ci wglądu w to, a potem wbił nóż w plecy jak już było za późn
                    > o.
                    >
                    > Właśnie coś w ten deseń pisałem ale na obiad zawołali i nie dokończyłem - i dob
                    > rze, bo napisałaś lepiej niż moje suche przemyślenia smile To jest właśnie to, bra
                    > k uczciwości, brak szacunku do partnera, odmówienie mu prawa do przynajmniej pr
                    > óby ratowania związku i zmiany rzeczy, które do takiej sytuacji doprowadziły. N
                    > igdy tego nie ogarnę.

                    To może być taka forma zemsty na zimno za to, że partner ranił albo nie spełniał oczekiwań.
                    • eicron napisał:
                      > To może być taka forma zemsty na zimno za to, że partner ranił albo nie spełnia
                      > ł oczekiwań.

                      To prawda, w moim przypadku tak właśnie było, a w każdym razie tak zostało to wyartykułowane przez moją ex przy okazji wizyty u psychologa. Pytanie jednak, jakie winy zasługują na taką zemstę? Czy jakiekolwiek winy zasługują na taką zemstę, dlaczego ludzie decydują się na takie karanie partnera, zamiast po prostu rozstać się z nim i żyć szczęśliwie swoim życiem?
                      • żadne "winy" nie zasługują na taką zemstę uncertain
                        po prostu niektórzy ludzie nie dorośli do związków, niektórzy są kłamcami, inni nie potrafią kochać - tak po prostu, bez zazdrości, kłamstw. no a niektórzy są zwyczajnie podli.
                        trzeba się z tym pogodzić i nie roztrząsać za bardzo.
                      • errare_humanum_est napisał:

                        > eicron napisał:
                        > > To może być taka forma zemsty na zimno za to, że partner ranił albo nie s
                        > pełnia
                        > > ł oczekiwań.
                        >
                        > To prawda, w moim przypadku tak właśnie było, a w każdym razie tak zostało to w
                        > yartykułowane przez moją ex przy okazji wizyty u psychologa. Pytanie jednak, ja
                        > kie winy zasługują na taką zemstę? Czy jakiekolwiek winy zasługują na taką zems
                        > tę, dlaczego ludzie decydują się na takie karanie partnera, zamiast po prostu r
                        > ozstać się z nim i żyć szczęśliwie swoim życiem?

                        A gdyby Ci Twoja ex powiedziała prosto w oczy że odchodzi nie ma mowy o żadnym ratowaniu małżeństwa to by coś zmieniło? Myślisz, że cierpiał byś mniej? Zdradę można wybaczyć, ale gdy się zostaje opuszczonym to jest już po ptakach i trauma zostaje.

                        A co do chowania w sobie to kwestia charakteru. Niektórzy jak coś się nie podoba garbują skórę na partnerce, a inni chowają zranienia w sobie i czekają na okazję aby się zemścić w inny sposób. W takim przypadku wanna z brudami stopniowo się zapełnia, aż w końcu się przelewa. Wtedy puszczają wszystkie hamulce.
                        • eicron napisał:
                          > A gdyby Ci Twoja ex powiedziała prosto w oczy że odchodzi nie ma mowy o żadnym
                          > ratowaniu małżeństwa to by coś zmieniło? Myślisz, że cierpiał byś mniej? Zdradę
                          > można wybaczyć, ale gdy się zostaje opuszczonym to jest już po ptakach i traum
                          > a zostaje.

                          Kurde, tak mi Twoje pytanie zabiło ćwieka że aż musiałem się porządnie zastanowić co odpisać. Wychodzi na to, że w sensie cierpienia nie zmieniło by to wiele (chociaż z drugiej strony nie byłbym zaskoczony, mniej lub bardziej podświadomie oczekiwałem tego), ale zmieniłoby sporo w moim postrzeganiu ex. To byłoby porządne i dojrzałe rozwiązanie, otwarte wyłożenie kart na stół, jasne postawienie sprawy. Zostałbym sam tak czy inaczej, mocno zbolały i liżący rany, ale mimo wszystko pełen szacunku i podziwu dla partnera.

                          > A co do chowania w sobie to kwestia charakteru. Niektórzy jak coś się nie podob
                          > a garbują skórę na partnerce, a inni chowają zranienia w sobie i czekają na oka
                          > zję aby się zemścić w inny sposób. W takim przypadku wanna z brudami stopniowo
                          > się zapełnia, aż w końcu się przelewa. Wtedy puszczają wszystkie hamulce.

                          Właśnie, ta cała sytuacja pozwoliła mi to zrozumieć i odpowiednio przetrawić.
                          • errare_humanum_est napisał:

                            > eicron napisał:
                            > > A gdyby Ci Twoja ex powiedziała prosto w oczy że odchodzi nie ma mowy o ż
                            > adnym
                            > > ratowaniu małżeństwa to by coś zmieniło? Myślisz, że cierpiał byś mniej?
                            > Zdradę
                            > > można wybaczyć, ale gdy się zostaje opuszczonym to jest już po ptakach i
                            > traum
                            > > a zostaje.
                            >
                            > Kurde, tak mi Twoje pytanie zabiło ćwieka że aż musiałem się porządnie zastanow
                            > ić co odpisać. Wychodzi na to, że w sensie cierpienia nie zmieniło by to wiele
                            > (chociaż z drugiej strony nie byłbym zaskoczony, mniej lub bardziej podświadomi
                            > e oczekiwałem tego), ale zmieniłoby sporo w moim postrzeganiu ex. To byłoby por
                            > ządne i dojrzałe rozwiązanie, otwarte wyłożenie kart na stół, jasne postawienie
                            > sprawy. Zostałbym sam tak czy inaczej, mocno zbolały i liżący rany, ale mimo w
                            > szystko pełen szacunku i podziwu dla partnera.

                            Ja właśnie takie postawienie sprawy - odchodzę i nie godzę się na żadne ratowanie małżeństwa pomimo spędzenie ze sobą iluś lat - uważam za niedojrzałe i co najmniej niegodne podziwu. Zwłaszcza gdy owocem takiego małżeństwa są dzieci.

                            Ludzie odchodzą gdy nagle im się uzmysłowi, że mają jakąś alternatywę wobec aktualnego układu. Nie ma to wtedy znaczenia czy jest to inna osoba, czy inny świat. W przeciwnym wypadku tkwi się w związku i czeka na nie wiadomo co.
                            • eicron napisał:
                              Ja właśnie takie postawienie sprawy - odchodzę i nie godzę się na żadne ratowan
                              > ie małżeństwa pomimo spędzenie ze sobą iluś lat - uważam za niedojrzałe i co na
                              > jmniej niegodne podziwu. Zwłaszcza gdy owocem takiego małżeństwa są dzieci.
                              >
                              > Ludzie odchodzą gdy nagle im się uzmysłowi, że mają jakąś alternatywę wobec akt
                              > ualnego układu. Nie ma to wtedy znaczenia czy jest to inna osoba, czy inny świa
                              > t. W przeciwnym wypadku tkwi się w związku i czeka na nie wiadomo co.

                              a ja właśnie od lat tkwię w związku, w którym mąż nie chce nic ratować i rozchodzić też się nie chce I to jest jakieś normalne albo bardziej dojrzałe od odejścia? Jemu tak dobrze Mamy dziecko i ja naiwna myślałam że dla dziecka lepiej Ale to jest chory związek i czas go zakończyć, żeby dziecku złego przykładu rodziny nie dawać. Gdybyśmy sie rozeszli 10 lat temu to może dziś chociaż jedno z nas było by szczęśliwe po swojemu ...
                              --
                              moja Zuza ma....
                              moja Zuzka 23.03.2007
                              • katenowak napisała:

                                > a ja właśnie od lat tkwię w związku, w którym mąż nie chce nic ratować i rozcho
                                > dzić też się nie chce I to jest jakieś normalne albo bardziej dojrzałe od odejś
                                > cia? Jemu tak dobrze Mamy dziecko i ja naiwna myślałam że dla dziecka lepiej A
                                > le to jest chory związek i czas go zakończyć, żeby dziecku złego przykładu rodz
                                > iny nie dawać. Gdybyśmy sie rozeszli 10 lat temu to może dziś chociaż jedno z n
                                > as było by szczęśliwe po swojemu ...

                                Jeśli nie ma już powodów aby być dalej razem to albo zostajecie i ratujecie, albo się rozchodzicie. Szkoda czasu. To jest moim zdaniem podejście dojrzałe.

                                Dziecko potrzebuje szczęśliwych rodziców, nawet jeśli będą oddzielnie. Szczęśliwi rodzice mają więcej do zaoferowania dziecku niż męczący się ze sobą.
                      • Ona sie tak nie mscila, ona tak usprawiedliwiala swoje sumienie.

                        Faceci ciagle to robia: zdradzalem bo zona mnie nie rozumie..... bla bla bla.... i dobrze sie z tym czuja smile
                • mayenna napisała:
                  > (...)a potem wbił nóż w plecy jak już było za późno.

                  Gdyby wbił nóż, to raczej już by nie pisała. wink
                  Nie wiem, po co takie dziwaczne metafory? Jakby normalnych emocji było za mało?
    • moi zdaniem zdrady nic nie tłumaczy.
      bo nawet, jeśli pojawiały się w trakcie trwania małżeństwa jakieś problemy, komuś czegoś było brak, ktoś coś chciał zmienić - to po ludzie mają języki i rozum (przynajmniej niektórzy...), żeby rozmawiać. jeśli komuś zależy na drugiej osobie i związku z nią - chce ratować, walczy.
      a jeśli wdaje się w romans w trakcie trwania małżeństwa, nie mówiąc małżonkowi/małżonce o swoich "niedosytach" - to jest to zwyczajna podłość.
      najpierw trzeba skończyć jedno, a dopiero potem zaczynać drugie. i tyle.
      • Brawo. Świetnie napisane, krótko i węzełkowato. Podpisuję się obiema ręcami i wszystkimi palcyma, wyjęłaś mi ten wpis prosto z głowy.
      • mia17 napisała:
        > jeśli komuś zależy na drugiej osobie i związku z nią - chce ratować, walczy.

        Jeśli się chce z kimś być, to trzeba przede wszystkim uczciwie z nim rozmawiać, a nie walczyć. wink

        > a jeśli wdaje się w romans w trakcie trwania małżeństwa, nie mówiąc małżonkowi/
        > małżonce o swoich "niedosytach" - to jest to zwyczajna podłość.
        To jest zwykły egoizm i cwaniactwo i dobrze świadczy o oszukiwanym małżonku. W razie czego można zostać z obecnym, wiadomo, że zły nie jest, da się z nim wytrzymać i w normalnie funkcjonować. A jak następna pani będzie lepsza, to można z obecnej zrezygnować, ale trzeba wcześniej tę nową dobrze przetestować. Zwykły cynizm.
    • Nie traktuję tego w kategoriach winy, ale wydaje mi się, że widzę swoje błędy i staram się ich nie popełniać w 2 małżeństwie.
      • a moze ich nie popelniasz,bo nie jestes prowokowana? bo twoj partner jest inny od poprzedniego? moze tobie sie wydaje,ze jestes inna, a tymczasem to zasluga obecnego partnera?
        malgolkab napisała:

        > Nie traktuję tego w kategoriach winy, ale wydaje mi się, że widzę swoje błędy i
        > staram się ich nie popełniać w 2 małżeństwie.


        --
        "Gdyby nie internet nie wiedziałbym,że na świecie jest tylu idiotów" - Stanisław Lem
    • Zawsze się popelnia jakies bledy, a od czasu do czasu poważne - prawdopodobnie najwazniejsze w zyciu razem jest skoncentrowanie się na wspolnym naprawianiu skutkow popelnionych bledów, zamiast obwiniac.
      A jesli już nie da się zyc razem, to o blędach warto myśleć wylacznie po to, by ich nie powtarzać - i znowu: nie obwiniac ani siebie, ani drugiej strony.
      Myśle, ze ludzie sie starają na miare swoich mozliwosci - jakie te mozliwosci sa, to już chyba nie tylko od nich samych zalezy.
      --
      Z punktu widzenia przyrody kotów zawsze jest za dużo. Landora
      • Moim "blędem" było, że mając 20 lat byłam zakochana po uszy i miałam zerowe pojęcie o sobie i realiach "codzienności później". Tak, jak mój ukochany.
        Gdybyśmy wiedzieli to, co wiemy terz- nie składalibyśmy sobie obietnic, pewnie nie powołalibysmy do życia naszych dzieci, bo MIELIBYSMY ŚWIADOMOŚĆ I ZROZUMIENIE, że nie mamy szans na stworzenie" szczęśliwej rodziny". Zbyt się rózniliśmy...
        Ale to wiem dziś, wtedy wystarczao, że byliśmy razem, kochaliśmy to samo, wyznawaliśmy te same idee. To, co łączyło zostalo pokonane przez to, co dzieliło... niestety. I mimo prób, wielkich wysiłków- drogi się rozeszły. Ta "druga" była już tylko konsekwencją tego, a nie przyczyną rozpadu naszego małżeństwa.
        A teraz...
        nie winię siebie, nie mam o co.
        Nie winię jego, nie mam po co...
        Wiem, że życie na co dzień, z wszystkimi obowiązkami, zmęczeniem, trudami jest... wyzwaniem dla każdej pary.
        Bo to coś innego, niż wyobrażają sobie zakochane dwudziestolatki.

        --
        Taniec i wiatr to moje żywioły!
    • Targaly mna przenajrozniejsze uczucia w tamtym czasie. Obwinialam sie rowniez. Czasami wrecz irracjonalnie. Zaistnial tzw. mechanizm przelozenia; nie bylo mozliwosci rozwaznej dyskusji z exem, a juz zupelnie nie bylo mowy o zadoscuczynieniu, wiec z powodu braku odbiorcy pewne uczucia i wrazenia zostaly we mnie. Poukladanie sobie spraw rozumowo wcale nie bylo takie latwe. Zdawalam sobie sprawe z tego co sie ze mna dzieje... Z tym, ze bol w tamtym czasie byl na tyle silny, ze po prostu nie udalo sie go przeskoczyc... Zdalam sie wiec na czas... W koncu uwolnilam sie od zlych uczyc, wspomnien, ludzi ktorzy mieli zwiazek ze sprawa, etc. Teraz jest juz pozamiatane smile. Ja czuje sie dobrze. Wyplynelam smile Robie swoje. Ciesze sie zyciem. Zyje juz nowym. Czasem ktos tam cos powie o ex. itp. zw., co najwyzej wspolczuje, ale sie nie zadreczam, zycze mu dobrze... niech sobie robi co tam chce, mnie to juz nie dotyczy.
      Winna sie nie czuje smile
    • Mysle ze szukanie takiej winy w partnerze lub sobie jest pewnym etapem. Na poczatku tej drogi tez szukalam, myslalam ze moze gdybym byla taka a siaka to nigdy by to sie nie stalo itd...
      Teraz patrze na to z perspektywy czasu. I szczerze mowiac wina mnie nie obchodzi. Ani moja, ani partnera. przeanalizowalam to juz jakies lata temu, przezulam i wyplulam i obchodzi mnie to tak jak stara guma do zucia (dala barwy gdy sie zulo, ale z czasem smak zanikl).

      Wiec napewno nie zniechecam Cie do szukania odpowiedzi na Twoje pytania. Ale wiedz ze w przyszlosci nie bedzie to mialo absolutnie zadnego znaczenia.

      • xciekawax napisała:

        > Mysle ze szukanie takiej winy w partnerze lub sobie jest pewnym etapem. Na poc
        > zatku tej drogi tez szukalam, myslalam ze moze gdybym byla taka a siaka to nigd
        > y by to sie nie stalo itd...

        Tak to prawda, tylko kiedy to analizowanie sie skonczy.
        Pewnie ulga przyjdzie dopiero po rozwodzie, bo w tym momencie niby juz dobrze sie czuje, niby sie pogodzilam ze to koniec, a nadchodzi taki moment ze znowu wlacza mi sie myslenie, analizowanie tego co sie stalo na rozne mozliwe sposoby. I chce sie od tego odciac i zaczac zyc terazniejszoscia... ale nie potrafie, wciaz to do mnie wraca i nakrecam sie sama nie wiem po co, bo to tylko pogarsza sytuacje, mam takie tygodnie ze rycze codziennie, bo wciaz w to nie moge uwierzyc...
        • Trzeba wyplakac i czuc to co siedzi w srodku. I dobrze robisz ze falszywie nie zaklepujesz tego. Ci, co na sile probuja emocji nie czuc - odbija im sie to jak czkawka latami. Jezeli potrzebujesz pol roku, albo rok do przezucia tego - to jest ok, Nie od razu Rzym zbudowano, i tak samo swoje nowe zycie od razu nie zbudujesz, ale stopniowo.

          Zeby sie odciac nie wystarczy tylko chciec. Trzeba byc aktywnym. Mozesz sobie zyczyc aby sie emocjonalnie odciac ale gdy bedziesz siedziala w domu to to sie nie stanie. Musisz zaczac dzialac, a jak bedziesz aktywna i zdobywala nowe doswiadczenia (przez wychodzenie ze znajomymi, poznawanie nowych ludzi, chodzenie do teatrow, uczestniczyla w wydarzeniach roznych) te stare doswiadczenia pojda w cien i coraz mniej bedziesz myslala - bo bedziesz zaabsorbowana nowymi wyzwaniami, nowymi doswiadczneniami.

          Nowe doswiadczenia wypieraja stare. Nowe wspomnienia wypieraja stare, bo sa swiezsze, wiec pobuj aby nabrac jak najwiecej nowych, dobrych przezyc.

          Kiedys tez obsesyjnie myslalam o ex, ale z czasem, gdy zaczelam doswiadczac zycia inaczej - poprzez uaktywnienie sie socialnie - te mysli zostaly gdzies w tyle.

          No i wiesz, czasami to przychodzi falami. Ale te fale sa coraz rzadsze.

          No i nie oczekuj od siebie cudow. Jestes w dolku. To normalne ze teraz tak sie czujesz. Zaakceptuj to ze jest to taki etap. Nie zmuszaj sie do niczego oprocz tego zeby byc aktywna (sport bardzo pomaga wink )
    • A ja zaś tej kwestii , ale tu mówię tylko za siebie, nigdy nie staram się rozpatrywać w kategoriach winy, co bardziej świadom jestem odpowiedzialności i skutków, ale też to już przeszłość i szkoda czasu na rozmyślania , czasem trzeba zyć z tym bólem aż ustąpi, jak to zwykło się mawiać - czas najlepszym lekarstwem na wszytko - , a jutro to pojecie względne i nie wiadomo na co się trafi, jak Forrestowi ... - prawda ? big_grin
      --
      Moja siła w koncentracji mocy
    • może się nie winię ale wielokrotnie sama siebie pytam dlaczego akurat ja...tyle czasu czekałam na tego jedynego i po chol...e to wszystko sad
      • Myślę, iż każdy z nas sobie na jakimś etapie zadaje pytania, dlaczego ja? Co takiego zrobiłem albo czego nie zrobiłem, że tak wyszło? Co mógłbym jeszcze zrobić, czy warto? Ale zadają sobie to pytanie tylko te osoby, którym zależało i zależy na małżeństwie, które zostały skrzywdzone w ten czy inny sposób. Ale, czy to ma sens, czy warto o tym myśleć? Nie wiem, pewnie każdy z nas ma jakiś swój sposób na leczenie ran, sport naprawdę daje dużo dobrego, trochę tych hormonów się wydziela i pojawia się uśmiech na naszej twarzy. Książki też pomagają, ale myślę, iż najbardziej pomaga wiara w samego siebie, w to, iż uczyniłem wszystko aby coś ocalić, ale druga osoba tego nie chciała i wiele na tym traci. Być dumnym z tego, iż nie skrzywdziło się drugiej osoby w takim momencie, iż nie popełniło się błędu, który mógłby potem sprawić wyrzuty sumienia, to jest to czym można się cieszyć i co poprawia nam nastrój.

        --
        pozdrawiam
        flower
    • Winię się za to, że dałam się tak zmanipulować i pomiatać tyle lat. Tego jemu i sobie nigdy nie wybaczę. Trzeba było wiać od razu, wracanie myślami do tego i analizowanie zachowań nic nie da. Każda odpowiedź na pytanie panamęża była zła.. Zresztą, odpowiedź, coś mu się przyśniło i dawaj, w środku nocy budzi mnie i przesłuchanie urządza, bo skoro mu się przyśniło, to to musi być prawda! Ku....wa. Jeszcze nóż mi się w kieszeni otwiera...
      --
      Tu mi czołg jedzie, a tu zawraca..
    • Polecam poczytanie: www.znecanie.pl , tam więcej na ten temat! Ciężko i nie przyjemnie...

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Zadaj pytanie na Forum

Za darmo

Na każdy temat

Tysiącom użytkowników

Zapytaj

Bestsellery

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.