Dodaj do ulubionych

Tyle kosztuje dziecko...

02.06.15, 09:40
... normalne, zdrowe, niepolujące na dziczyznę, bez specjalnych zdolności do jazdy figurowej na olimpijskim poziomie czyli kontynuujące siermiężne tradycje polskiego domu, w którym aspiracje matki ograniczają się generalnie do niczego:

wyborcza.pl/1,75478,18029450,Ile_kosztuje_wychowanie_dziecka_w_Polsce___WYLICZENIA.html
Do zapamiętania gdyby ktoś potrzebował walczyć z kosztami trenera szermierki w przedszkolu.
Obserwuj wątek
    • celina1984 Re: Tyle kosztuje dziecko... 02.06.15, 12:40
      No to nawet ja musze zaprotestować. Wychodzi, ze koszt wychowania dziecka to około 930 zł miesiecznie. To bzdura. Samo jedzenie to około 500 zł. A gdzie wydatki na szkole, ubrania, prezenty. Meble, zainteresowania, opieke stomatologiczna itp.... Media....
      • tricolour Media - sredia... 02.06.15, 15:14
        ... ani moja córka, ani mój mały syn nie korzystają w moim domu z innych mediów niż my - rodzice. Być może któreś zażąda bieżącej ropy naftowej z kranu, ale na razie zadowalają się wodą, gazem, prądem, telefonami drutowymi i bez, netem drutowym i bez, dwoma tysiącami kanałów TV i tyleż radiowych. Media są moje w całości, a bez dzieci płacę tyle, co z nimi.

        "Samo jedzenie to około 500 zł" - moje dzieci jedzą to samo, co my (tylko kot żre co innego, za pięć dych miesięcznie). Mowy nie ma żebym do dziecka dopłacał pięć stów z racji jednego kotleta więcej.

        A jeśli dalej upierasz się przy swoim, to nie jęcz, że mąż tyle płaci alimentów wszak rozumiesz: media - sredia, żarcie pięć stów, meble i dwanaście kilometrów papieru toaletowego na jeden Arschloch...
        • yoma Re: Media - sredia... 02.06.15, 21:02

          >prądem
          >bez dzieci płacę tyle, co z nimi.

          Iiiiihahaha smile

          >dwanaście kilometró
          > w papieru toaletowego 

          Już nie zaglądaj tak byłej w de, bo nie twoja.

          --
          Na zawsze zrazem!
            • jatojagodnik Re: Mam prośbę... 03.06.15, 12:24
              W domu mam termę - ciepła woda grzeje się pradem. Czyli dwoje dzieci na kapiele zuzywa 2/3 naszego zuzycia prądu na ogrzanie wody. mamy szambo - więc co za tym idzie 2/3 jego objetości wypałniaja dzieci. Telewizor - mi jest do niczego niepotrzebny - dzieci oglądają systematycznie. Internet - odkąd syn odkrył mozliwość grania na PS przez sieć a córka mozliwość oglądania kucyków pony na tablecie - musiałam już dwa razy podnosic przepustowość, bo limity spokojnie mi wystarczające wyczerpywały się w okolicy połowy miesiąca. Jedzenie dla dzieci - oprócz drugiego i trzeciego kotleta - to też drugie śniadania, jogurty, owoce, lody, zupa w szkole, całe zgrzewki małej wody niegazowanej na judo, na boisko, do szkoły (codziennie 3-4 butelki).
              • tricolour Nie mogę oprzeć sie wrażeniu... 03.06.15, 12:37
                ... że skoro Tobie telewizor nie jest do niczego potrzebny (po co go kupiłaś?) to systematyczne oglądanie telewizji przez dzieci, granie i spędzanie czasu z tabletem służy Twojej wygodzie. Dzieci włączą sprzęty i się odczepią. Wartość wychowawcza grania i oglądanie tabletu nie jest zerowa: jest ujemna, dysfunkcyjna... ale mało kogo to obchodzi.

                Terma ile kosztuje?
                • jatojagodnik Re: Nie mogę oprzeć sie wrażeniu... 03.06.15, 13:09
                  Najprostsza drogą do społecznego wykluczenia dzieci z grupy rówieśniczej jest odcięcie ich od gier i tabletu. Nawet jeżeli nam dorosłym to sie nie podoba i nie widzimy w tym sensu dzieciaki w szkole zyją tymi tematami. A to że grają i oglądaja w żaden sposób nie obniża jakości czasu jaki spędzamy razem - wspólnie gotując, jeżdżac na rowerze lub biegając po lesie. Nie wiem dlaczego zakładasz, że telewizor w domu jest rodzajem elektronicznej niańki.
                  Moje rachunki miesięcznie za prąd wynosza około 400-500, szambo 150.
                  • wasp20 Re: Nie mogę oprzeć sie wrażeniu... 03.06.15, 13:33
                    atojagodnik napisała:

                    > Najprostsza drogą do społecznego wykluczenia dzieci z grupy rówieśniczej jest o
                    > dcięcie ich od gier i tabletu. Nawet jeżeli nam dorosłym to sie nie podoba i ni
                    > e widzimy w tym sensu dzieciaki w szkole zyją tymi tematami.

                    No błagam Cię! Co Ty opowiadasz!!!
                    Jeszcze wyjdzie na to, że dla dzieci te komputery i tablety to błogosławieństwo, bo dzięki temu mają "tematy do rozmowy".
                    Wiesz, dzięki takiej właśnie postawie rodziców jak Twoja pleni się ten badziew w postaci kucyków, pokemonów czy innych pierdoletów.
                    I jeśli Twoje dzieci "żyją tymi tematami" wybacz, ale nie widzę w tym nic pozytywnego.
                    • jatojagodnik Re: Nie mogę oprzeć sie wrażeniu... 03.06.15, 13:42
                      Trzeba odróżniać kulturę od szajsu, ale dla współczesnych dzieciaków gry i YT i dyskusje o tym sa takim samym tematem jak dla mojego pokolenia 30 lat temu było omawianie w szkole kolejnego odcinka Niewolnicy Isaury. Naprawdę nie ma się czym podniecać. O czym ty rozmawiałaś w szkole na przerwie: O Limahlu czy o operze Pendereckiego?
                      • wasp20 Re: Nie mogę oprzeć sie wrażeniu... 03.06.15, 14:06
                        Ja mam jakieś skrzywione w takim razie spojrzenie na wychowanie dzieci.
                        Bo uważam, że owszem, dziecko może sobie raz na jakiś czas popstrykać na tablecie czy komputerze. Ale raz na jakiś czas oznacza, że nie muszę specjalnie dla niego zwiększać transferu na przykład.
                        I nie omawiałam Niewolnicy Isaury, choć byłam świadoma jej obecności w TV. Obejrzałam jeden odcinek czy dwa, stwierdziłam, że to szmira i zajęłam się ciekawszymi sprawami. Na przerwie w szkole rozmawiałam o Mindnight Oil, Cocteau Twins i The Doors. A później o Stachurze i Annie Achmatowej. Takie dziwne towarzystwo miałam wink
            • yoma Re: Mam prośbę... 03.06.15, 15:09
              Rżę, bo nigdy nie miałeś dzieciaka wiszącego na koncentratorze tlenu, czego ci zresztą mimo wszystko nie życzę smile

              Ale pomijając przypadki ekstremalne:
              - pralka chodząca praktycznie non stop, osobliwie przy dziecku małym
              - żelazko ibidem
              - komp
              - przesiadywanie po nocach
              - ukradkowe czytanie po nocach... a nie, sorry, to dla ciebie niepojęte, cofam punkt
              - kto nie ma ciepłej wody miejskiej, grzanie wody
              itd., etc. Ty nigdy z dziećmi nie mieszkałeś, czy co?
              --
              PT Pisięta: niniejszy post nie stanowi zamachu na życie prezesa.
              • fotm Re: Mam prośbę... 07.06.15, 12:11
                Może i mieszkał, ale widocznie wydaje tylko na świeczkę i dwa patyki do zabawy...Zresztą Tri jest prawdziwym mężczyzną, który nie wie skąd się biorą czyste i wyprasowane rzeczy w szafie i obiad na stole smile.
                --
                "Pozwól też, że dam ci radę płynącą ze szczerego serca: nigdy więcej nie mów, że jesteś nic niewarta. Bo znaczymy tylko tyle, na ile potrafimy wycenić się we własnych oczach." Mordimer/ J. Piekara
                • tricolour Zawsze możesz napisać... 07.06.15, 13:47
                  ... że ojciec Twojego dziecka ma je tak głęboko w dupie, że grosza na swoje dziecko nie daje. I przez takie jego zachowanie dziecko jest zubożone materialnie, a jego matka na umyśle.

                  Bo zamiast czepiać się ojca, by finansował dziecko, to czepia się innych facetów (to zawsze łatwiej, zwłaszcza z oddali), że dała byle komu, przez to cierpi i cierpieć będzie przez resztę życia. Choć ci inni faceci nie mają nic wspólnego ani z matką, ani jej dzieckiem, ani nawet z samą patologiczną sytuacją olewania własnych dzieci.
                • yoma Re: Mam prośbę... 07.06.15, 14:58
                  >widocznie wydaje tylko na świeczkę i dwa patyki do zabawy.

                  To nie tak

                  Dzieci u Tricoloura, Rozkład Dnia:
                  6-9 - starszy obraca dynamko w piwnicy
                  9-11 - młodszy obraca dynamko w piwnicy
                  11-14 - starszy obraca dynamko w piwnicy
                  14-16 - młodszy obraca dynamko w piwnicy
                  16-19 - starszy obraca...

                  a jacy wybiegani wracają!


                  --
                  Na zawsze zrazem!
        • celina1984 Re: Media - sredia... 03.06.15, 14:17
          Za cholerę nie rozumiem czemu mnie napadasz? Tak uwazam, ze dziecko kosztuje wiecej niz 900 zł miesiecznie. Co nie znaczy ze uwazam, ze kosztuje tyle, ile placi moj maz. Bo zakładając ze rodzice płaca po połowie dziecki mojego meza kosztują 3500 zł jedno.
        • luciva Re: Media - sredia... 03.06.15, 14:21
          Hm, z tego co ciągle piszesz wynika, że dziecko, to nie człowiek, a jakiś mało ważny dodatek. No bo w zasadzie nic nie kosztuje albo niewiele. To nawet kot generuje większe wydatki zywieniowe niż dziecko - bo je co innego, prawda? Skoro tak, czemu ludzie zważaja na ilość dzieci? czemu cały czas przyczyny finansowe stoją za decyzjami o dziecku lub nie?
          Idąc dalej tym tropem (z założeniem, że dziecko to jednak człowiek) równie dobrze moznaby domeldowac Ci kilku dorosłych i tez byś powiedział, że koszty się nie zwiększyły, bo jeden kotlet w tą czy w tą? A oglądają w tv to samo.......
          Nie wiem, czy przedstawiasz postawę 'adwokat diabła" czy lubisz wsadzać kij w mrowisko, ale jesli naprawde uważasz tak, jak piszesz - współczuję Twoim zonom i dzieciom. Najgorsze to ciasne poglądy i brak horyzontów.
          Widać Twoje dzieci nie brudzą, nie jedzą, nie uczęszczają na zajęcia dodatkowe, nie piją litrów Play'a, nie jedzą lizaków, nie chodzą do kolegów na urodziny, itd itp.
    • jesienna.nuta Re: Tyle kosztuje dziecko... 03.06.15, 11:35
      Tri, to jakieś tanie dziecko.
      Na córkę męża wydaliśmy ponad pół miliona plus ponad 200 tys. na mieszkanie, które zresztą córcia sprzedała i zdecydowała się kupić dom posiłkując się kredytem.
      I wiesz, wcale nie realizowaliśmy wszystkich pomysłów jej matki, ani zachcianek córki mojego męża, bo nasze bankructwo byłoby wówczas absolutnie nieuniknione.
      Ku dzikiej radości byłej - jak sądzę.
      • tricolour Wasza kasa - Wasza sprawa... 03.06.15, 12:04
        ... zresztą wspólne wydanie pół miliona (na dziecko nie od urodzenia) wydaje się rozrzutnością rodziców, a nie potrzebami dziecka. Bo ile czasu byłaś z mężem i razem z nim wydawałaś te pieniądze?

        Jeżeli dziesięć lat, to wychodzi, że dziecko "potrzebowało" pięć tysięcy miesięcznie. Czyli durnota rodzicielska nie zna granic.

        Jeżeli dwadzieścia, to wychodzi dwa i pół tysiąca, a to i tak bardziej wskazuje - w mojej ocenie - na patologię rodziców niż zaspokajanie potrzeb dziecka.

        A patologia jest dziedziczna i objawia się tym, że młody człowiek sprzedał niezadłużone mieszkanie i nabył dom na wieloletni kredyt. A ten dom jest mu tak potrzebny jak kurtyzanie okres.
        • jesienna.nuta Re: Wasza kasa - Wasza sprawa... 03.06.15, 13:00
          Nie obrażaj mnie Tri nazywając patologią.
          To paskudne, protekcjonalne i niekulturalne.

          Na dziecko wydaje się tyle, ile się uważa i na ile ludzi stać. Nas było stać na pół miliona bez jakiegoś specjalnego uszczerbku w budżecie.
          Jedni na przykład kupują auta za 15 tys., ja mam za 300 tys. Stać mnie, to mam.
          Za te pół miliona wykształciliśmy córkę męża tak, że dziś bez problemu zarobi godziwe pieniądze na całym świecie. Kobieta zna świat, mówi biegle kilkoma językami, ma doskonały zawód i jest dobra w tym co robi.
          Nam się opłaciło, bo dziś grosza do niej nie dokładamy.
          Rozumiesz?
          Z mężem jestem od 28 lat i będziemy razem do końca życia.
          • wasp20 Re: Wasza kasa - Wasza sprawa... 03.06.15, 14:57
            Jesienna. nuto, moi rodzice nie wywalili na mnie nawet połowy tego, co Twój mąż na swoje dziecko.
            Mimo to znam świat, mówię biegle czterema językami, mam pracę, w której jestem bardzo dobra i z której potrafię na dobrym poziomie utrzymać rodzinę (choć może z Twojej perspektywy jesteśmy nędzarzami tongue_out )
            Moi rodzice od lat nie dokładają do mnie grosza, wręcz przeciwnie. Kilka lat z rzędu zabierałam matkę na wypasione wakacje za granicą. I to zaraz po studiach.
            Dostałam od rodziców mieszkanie (w zasadzie od dziadków, ale powiedzmy, że od rodziców pośrednio).
            Z wynajmu utrzymywałam się na studiach, dokładając stypendium za wyniki w nauce oraz pieniądze z pracy dorywczej - moi rodzice dokładali grosze, raczej z chciejstwa niż z potrzeby, co oznacza, że w wieku 18 lat byłam praktycznie niezależna finansowo. Nie sprzedałam potem mieszkania, kupiłam dom na kredyt, który spłacam w 70% z wynajmu.
            Nie przepieprzam kasy. Pomnażam ją.
            Z mojej perspektywy ładowanie bez umiaru kasy w dzieci jest głupotą. Dodatkowo - zależność finansowa jest rodzajem niewolnictwa. A ja kocham wolność wink
            • jesienna.nuta Re: Wasza kasa - Wasza sprawa... 04.06.15, 10:06
              Wasp. Moi rodzice nie wpakowali we mnie żadnej kasy.
              Nie było ich stać, a zresztą - nie chcieli, bo nie byłam ich ulubionym dzieckiem.
              Ojciec zmarł młodo, mam po nim parę problemów zdrowotnych, ale sobie radzę.

              To, co mam, zawdzięczam WYŁĄCZNIE sobie i WŁASNEJ, wieloletniej, katorżniczej pracy.

              W córkę męża zgodziłam się inwestować, bo miałam jasny cel: dam kasę, ale później ona ma mi doopy nie zawracać. Z różnych względów, o których nie mam potrzeby mówić.
              I tego się trzymam.
          • tricolour I to jest w mojej ocenie patologią... 03.06.15, 19:47
            ... (ocena nie człowieka, a jego zachowania) "Jedni na przykład kupują auta za 15 tys., ja mam za 300 tys.".

            Bo z tego jednego zdania wynika, że czujesz się lepsza gdyż Cię stać na droższe auto. Mnie by do głowy nie przyszło zastanawiać się ileż to czyjeś auto kosztuje i ile razy jest tańsze od mojego i co z tego wynika. Bo nic nie wynika nawet wtedy gdy jest sto razy droższe więc po co porównywać? I tak sobie myślę, że Stevowi Jobsowi, miliarderowi, było zupełnie obojętne gdy zdychał na takiego samego raka trzustki, co śmierdzący menel ze śmietnika, a przecież za swoje miliardy mógł sobie kupić codziennie auto za trzysta tysięcy złotych tylko po to, by obdzierać ze skóry fotel dla wytarcia nosa coraz to innym kolorem i wzorem.

            A dalej sobie myślę, że nie napisałaś słowa czy ta córka męża ciepła jest, odpowiedzialna, kocha zwierzęta i ludzi, szanowana itp. Napisałaś, że władowałaś kasę, masz stopę zwrotu z półmilionowej inwestycji, bo córka dupy nie zawraca potrafiąc się wysłowić na całym świecie.

            A nawet i to jest jakieś dziwne, bo kredyt na jej dom zeżre odsetkami dwustutysięczny prezent od rodziców ku uciesze bankowca, ale z lekceważeniem przez córkę Twojej pracy, troski i wysiłku jaki włożyłaś, by zarobić niemałą sumę. Córka dostała prezent w postaci Twojego wysiłku i dała go precz bankowi, a Ty się cieszysz...
            • jesienna.nuta Re: I to jest w mojej ocenie patologią... 04.06.15, 10:01
              Tri, jest DOKŁADNIE tak, jak myślisz.
              Córka męża nie jest ciepła, empatyczna i sympatyczna.
              Jest burakowata, nadęta i roszczeniowa.

              I masz rację - wpakowaliśmy kasę z myślą, żeby w przyszłości nam doopy nie zawracała.
              Tak ją zresztą uprzedzaliśmy: dostaniesz tyle, ile uważamy, że powinnaś, a tera radź sobie sama.

              I mam w odwłoku, czy i ile zeżrą odsetki bankowe.

              Wyluzuj. Nie ja jedna ma auto za 300 tys.
                • jesienna.nuta Re: To jest taka sytuacja... 04.06.15, 13:50
                  Nie Tri, wszystko w porządku.

                  Paradoksalnie - jednym zdaniem nazwałeś trafnie sytuację, której sama nie chciałam przez wiele lat zdefiniować. Czy przegrałam? Nie. Mnie ta sytuacja bardzo odpowiada. I już nie chcę innej relacji z dorosłą córką męża, jej dzieckiem i całą jej rodziną.
          • wasp20 Re: Wasza kasa - Wasza sprawa... 03.06.15, 14:47
            Bo u nas nadal panuje dziwny brak rozgraniczenia między tym, czego dziecko potrzebuje, a tym, co rodzic ma ochotę i możliwość dać.
            Takie podejście prowadzi do nadużyć i patologii.
            Wyliczenia oficjalne (GUS oraz cytowane) dotyczą potrzeb dziecka. Czyli tego, co jest mu niezbędne do życia w sensie biologicznym, społecznym, emocjonalnym, itd.
            I na tym powinien się opierać obowiązek alimentacyjny.
            Czyli - obliczono, że dziecko kosztuje 900 zł, czyli za taką kwotę można zabezpieczyć potrzeby dziecka. Podzielić to na rodziców proporcjonalnie do wkładu wychowawczego. I zrobić z tego absolutny obowiązek każdego z rodziców, z którego nie wywiązanie się byłoby obwarowane sankcjami. Jeśli rodzic nie może płacić (jest na rencie, bez pracy), przejmuje opiekę w większym wymiarze. Jak się miga- prace społeczne żeby zarobił na utrzymanie dziecka.
            Cała reszta wydatków powinna być uzależniona od woli rodzica. Nie chce dać, trudno, jego prawo. Jeśli ja, jako rodzic nie mam ochoty płacić za lekcje jazdy konnej, bo uważam, że to dla dziecka niebezpieczne, jakim prawem drugi rodzic, a tym bardziej sąd, ma mnie do tego zmuszać? Przecież to sprzeczne z Konstytucją jest!
            Jeśli drugi rodzic ma fantazję żeby dziecko miało jazdę konną, niech za to sam zapłaci. A jak sąd uważa, że dziecko powinno mieć jazdę konną, niech za nią zapłaci sąd. Dlaczego ja?
            Niestety, cały system jest zdegenerowany. A dziecko, tak naprawdę, w nim w ogóle nie istnieje, jest tylko pretekstem do tego, by jedni dorośli mogli się wyżyć na sobie na wzajem (rodzice), a inni mogli na tym zarobić (prawnicy, RODiK).
            • jatojagodnik Re: Wasza kasa - Wasza sprawa... 03.06.15, 15:02
              A co w sytuacji gdy dzieci od 3 roku życia jeździły konno, jeżdżą świetnie i jest to ich pasją. Tata woził dzieci na zajęcia i był dumny, jak dzieci pięknie anglezują. A po poznaniu nowej partnerki i wyprowadzce z domu raptem zaczął uważać, że jazda konna jest fanaberią za którą on nie ma zamiaru płacić? Dzieci mają teraz 11 i 13 lat. Mogę się założyć, że gdyby nie zdrada i rozwód - tata nadal by uważał, że jazda konna jest pożądaną formą aktywności.
                • wasp20 Re: Wasza kasa - Wasza sprawa... 03.06.15, 21:38
                  (wszystko jedno z jakiego powodu) jest nadużyciem jeśli nie jest to potrzeba dziecka .
                  Czy jazda konna jest potrzebą ? Może być , jeśli to np. forma rehabilitacji - hipoterapia.
                  Jeśli dziecko ma wybitny talent i może być to jego sposób na życie , też . Ale jeśli to na zasadzie "bo dzieci Heńków jeżdżą to nasze też "...
                  • azja001 Re: Wasza kasa - Wasza sprawa... 03.06.15, 22:26
                    900 zł to minimum, owszem można dziecko wychować czy utrzymać za taka kwotę, ale bez wyjazdów wakacyjnych, języków obcych czy innych zajęc dodatkowych, korepetycji w razie potrzeby, lepszych ciuchów czy gadżetów. Niby można bez tego żyć, ale umówmy sie, we współczesnym świecie to wcale nie takie łatwe. Ale możliwe jak najbardziej. Kiedyś podliczyłam mojego nastolatka z tymi opcjami extra i wyszło mi ok. 1400. A to pewnie i tak wersja skromniejsza.
                    No i im dziecko starsze tym te wydatki bardziej rosną . Syn kończy gimnazjum i w maju na dodatkowe kwestie typu marynarka, buty, ciuchy bo wyrósł nagle z letnich i wycieczka szkolna to była kwota ok 1000 zł. Nie jest tak co miesiąc ale zdarza się.
                  • jatojagodnik Re: Wasza kasa - Wasza sprawa... 08.06.15, 14:55
                    Ale zrozum - dzieci jeździły konno przez 10 lat. Od bardzo wczesnego dzieciństwa, właśnie w ramach hipoterapii. Teraz jeżdżą bo to kochają, dla przyjemności. Tata nigdy nie kwestionował zasadności opłacania lekcji jazdy. Do momentu, gdy koszt tych jazd nie pojawił się jako część składowa alimentów. Dopiero wtedy - po 10 latach te jazdy konne zaczęły uwierać.
            • koronka2012 Re: Wasza kasa - Wasza sprawa... 03.06.15, 23:09
              Nie wierzę, że za 900 zł można zabezpieczyć wszystkie potrzeby dziecka, łącznie z wakacjami, czy wydatkami ekstra - ale z gatunku potrzebnych (np. leczenie ortodontyczne). Nie ma takiej opcji.

              W mojej okolicy koszt opieki przedszkolnej to 1200 zł. Znaczny procent dzieci nie ma szans na państwowe placówki (też jakieś 400 zł), tyle kosztują prywatne, na którą masa osób jest po prostu skazana (dziecko znajomej było uwaga: na 450 miejscu do żłobka). W mniejszych miastach jest pewnie taniej, ale i tak ten wydatek jest odczuwalny, bo pensje też relatywnie niższe.

              Problem w tym, że rodzic płacący alimenty zazwyczaj nie ma ochoty dawać czegokolwiek, nawet jeśli ma możliwości. Dlatego sądy kierują się interesem dziecka, a nie rodzica. I słusznie.
    • zmeczona100 Re: Tyle kosztuje dziecko... 05.06.15, 11:15
      tricolour napisał:

      > czyli kontynuujące siermiężne tradycje po
      > lskiego domu, w którym aspiracje matki ograniczają się generalnie do niczego

      A ile kosztuje dziecko wychowywane w małżeństwie?
      Ile zaś przez nierozwiedzionych z dzieckiem ojców?

      I ile przez kobiety, których aspracje są ponad nic?

      --
      Rozwódka to wróg, bo dybie na każdego chłopa smile Wszak nie ma swojego- przypisanego do domku i kredytu smile /Mayenna/
      • tricolour Powinno być tyle samo... 05.06.15, 17:16
        ... bo przecież potrzeby dziecka nie wynikają z tego jak się prowadzą rodzice.

        Ale oczywiście sposób prowadzenia się rodziców wpływa na rozumienie pojęcia "potrzeby dziecka" w ten sposób, że im rodzić gorzej się prowadzi tym bardziej musi reperować i kompensować swoją reputację imaginowanymi potrzebami dziecka.
    • singut Re: Tyle kosztuje dziecko... 07.06.15, 10:41
      No tak, to realny +/- koszt WYCHOWANIA dziecka W PEŁNEJ RODZINIE,
      czyli przy posiadaniu dwóch sprawnych wymieniających się opiekunów z których każdy się w opiekę angażuje a mieszkają wspólnie więc część kosztów jest przez to mniejsza.
      Po rozwodzie i bez jakiejś babci na miejscu która gratis będzie przychodzić, do utrzymania dziecka (małego) trzeba by dodać pensję opiekuna. Czyli w Wawie plus ze 2-3 tys zł/mc tongue_out



      • triss_merigold6 Re: Tyle kosztuje dziecko... 07.06.15, 11:20
        To chyba do niemowlęcia lub dziecka, które nie chodzi do przedszkola.

        Qrde, mieszkam w Warszawie, jestem po rozwodzie, zostawiłam męża kiedy syn miał niecałe 2 lata, uważam że dziecko kosztuje, ale bez przesady z tymi projekcjami.

        Są żłobki, są przedszkola, koszt opieki w razie choroby dziecka jest mniejszy niż całomiesięcznej non stop, potem dziecko ma szkołę i możliwość koszystania ze świetlicy.

        Nie miałam żadnej babci do pomocy.
      • tricolour Osobliwe miejsce ta Warszawa... 07.06.15, 11:46
        ... w której babcię traktuję się jak wycieraczkę, co ma pracować za darmo. Najpierw zaiwaniała przy córce, a teraz ma zaiwaniać przy wnuczce i to za free. To po pierwsze.

        Po drugie: skoro matka dziecka żąda opieki, to niech się opiekuje, a nie szuka frajera w postaci darmowej babci tudzież portfela do finansowania jej deklaracji bez pokrycia. Innymi słowy: skoro mamusia nie może sama się opiekować dzieckiem lub nie ma kasy na opiekuna, to się na mamusię nie nadaje.
          • tricolour Racjonalnie. Nie osobliwie. 07.06.15, 17:38
            Babci pracującej na cały etat opiekunki należy się wynagrodzenie. I premia gdy mama musi zrobić zakupy czy dojechać z pracy. Pomysł ze babcia ma "pomagać" za darmo jest chamski i ukazuje kim dla Ciebie jest tzw babcia.
            • luciva Re: Racjonalnie. Nie osobliwie. 08.06.15, 13:28
              Wiesz, nie do konca masz rację. Kiedyś miałam wątpliwości i myśli podobne do Ciebie. Rozmawiałam z wieloma osobami, większość twierdziła, że to tak nie jest. Że dziecko to członek całej rodziny, a rodzina, to także dziadkowie wujkowie, wszyscy uczestniczą w kształtowaniu małego człowieka, rodzina, kontakt z każdym jej członkiem jest mu po prostu potrzebny. To taki znak naszych czasów, niefajnych, egoistycznych - Twoje dziecko, radź sobie sama. Zauważ jak wyglądało życie te 20-30 lat temu - były rodziny wielopokoleniowe, dzieckiem w sposób maturalny opiekowała się cała rodzina. Teraz za wszystko trzeba płacić, nawet za pomoc rodziny. Przykro mi, że żyję w świecie, na który wpływ mają ludzie, tacy jak Ty Tricolour. Chyba dlatego tak jest marnie.
              • tricolour Za pomoc rodziny się nie płaci... 08.06.15, 17:30
                ... bo pomoc rodziny to jest pomoc przy dziecku raz na pół roku przez kilka godzin.

                Pomocą nie jest codzienne wstawanie przed siódmą, bo mama zaraz przywiezie dziecko... na dziesięć godzin. Od poniedziałku do piątku, przez cały rok. A że mama potrzebuje - jak piszesz - na siłownię i do gina, to czasem będzie i dwanaście godzin. To nie jest pomoc przy dziecku tylko półtora etatu, wyręczenie matki z wszelkich jej obowiązków i dlatego piszę, że matka na matkę się nie nadaje.

                I za taką tytaniczną pracę się płaci. Za półtora etatu, pełną dyspozycyjność, końskie zdrowie i żadnych możliwości rozwoju osobistego babci. No chyba, że babcia to już taka pularda, co żadnego rozwoju i życia osobistego nie potrzebuje...
                • wasp20 Re: Za pomoc rodziny się nie płaci... 08.06.15, 19:09
                  Podpisuję się obiema rękami pod tym, co napisał Tri.
                  Matka moich pasierbów wnioskowała o opiekę wyłączną i bardzo ograniczone kontakty ojca (sobota i niedziela, po 8 godzin, co 2 tyg, początkowo w ogóle u niej w domu). Po czym okazało się że :
                  dzieci do szkoły odwozi dziadek, po szkole idą do dziadków na obiad, u dziadków dorabiają lekcje, często jedzą kolację, potem dziadek zawozi do matki, gdzie spędzają noc, po czym rano dziadek przyjeżdża i od nowa. W weekendy często u dziadków. Całe ferie i wakacje u dziadków. Babcia chodzi z dziećmi do pediatry.
                  To ja się pytam - jaka jest rola matki? Pobieranie alimentów?
                  Po pewnym czasie ojciec zaczął spędzać z dziećmi więcej czasu, postawa matki bez zmian. I ona się nazywa "głównym opiekunem dzieci ". Kpina.
        • luciva Re: Osobliwe miejsce ta Warszawa... 08.06.15, 13:23
          Świetne, świetne.
          Ty chyba Tri nie byłeś nigdy sam z małym dzieckiem, co?
          A co gdy:
          dziecko jest chore i trzeba iść do apteki?
          gdy matka ma wizytę u dentysty, ginekologa, itd?
          matka jest ostro przeziębiona, musi iśc do lekarza?
          gdy matka chce iśc na siłownię?
          gdy trzeba iśc coś załatwić, czego nie mozna zrobić z dzieckiem (np sprawa w sądzie o alimenty, hehehe)?
          gdy trzeba zostać w pracy po godzinach?
          jest zebranie w przedszkolu/szkole?

          Skoro jakość bycia matką mierzy się w tym czy kogoś stać na opiekunkę lub nie i są ludzie, którzy tak uważają, to już wiem, czemu w Polsce jest tak źle. Ja zarabiam około 2000, na opiekunkę mnie nie stać - i co nie nadaję się na matkę? a jaka jest granica w PLN nadawania się na matkę? I jeśli tata mojego dziecka nie żądał opieki dla siebie nad nim, to co w związku z tym? Ja się nie nadaję, on nie chce, co dalej?
          Tri jesteś poi prostu bezdusznym oschłym egoistą. Bez emocji. Życie chyba Ci jeszcze prztyczka w nos nie dało.
          A skoro matka ma zarobić na opiekunkę, to pewnie musi mieć wysokie kwalifikacje. A skoro musi je mieć, to jak ma je wyrobić (kursy, szkolenia, itd), jesli ma opiekować się dzieckiem, hę?
          Jestem zadziwiona kategorycznością Twych osądów, wnioskuję, że nawet nie liznąłeś goryczy życia i myślę, czy Ci nie głupio tak wyrokować, bo życie bywa tak różnorodne, że człowiek sam nie wymysliłby lepszych scenariuszy.

    • nowel1 Re: Tyle kosztuje dziecko... 10.06.15, 12:40
      Nie wiem, co oni wliczyli w owe "koszty wychowania", bo nie zapłacę GW za dostęp, ale w żaden sposób nie są to rzetelne koszty UTRZYMANIA.
      Jedzenie dla nastolatka to 400- 500 zł miesięcznie. Bilet miesięczny do szkoły - 80 zł. Ubranie - niech będzie 50 zł, woda i prąd - 50, kosmetyki i środki czystości - 30, koszty podręczników itp szkolnych - 50, dentysta - 20, bilety na dojazdy do ojca - 60, to razem ok.800. Leki ( myślę o doraźnie potrzebnych w razie banalnych infekcji), koszty związane ze szkołą ( nie, nie szermierka - Rada Rodziców, ubezpieczenia, wyjścia szkolne do kina/teatru) chyba już wyczerpią rzeczone 900.
      Rozumiem, że dziecko nie potrzebuje niczego więcej .
        • nowel1 Re: A czego jeszcze potrzebuje? 10.06.15, 13:19
          Pytasz serio? Nie potrzebuje niczego więcej twoim zdaniem?
          Mój potrzebuje wakacji - dochodzi 200 zł w rozliczeniu rocznym. Potrzebuje kina i teatru nie tylko w ramach szkoły - należymy do tych nieistniejących twoim zdaniem konsumentów kultury. Raz na 3 miesiące jakiegoś koncertu, dodatkowego angielskiego raz w tygodniu - zdaje rozszerzony angielski na maturze. Czasem chodzi z bratem na basen, kosztuje to jakieś 50 zł w miesiącu.
          Ja wiem, że bez tego może PRZEŻYĆ, ale jeśli przytaczasz podobne wyliczenia w kontekście dzielenia się kosztami utrzymania dziecka przez rodziców po rozwodzie, to jest to bardzo niemądre.
          Uważam, że alimenty powinny być orzekane podobnie jak w Niemczech, czyli wg obowiązujących "widełek" kosztów utrzymania dziecka, wtedy uniknęlibyśmy absurdów w stylu rozpiętość orzekanych alimentów między 200 a 3000 czy więcej, ale naprawdę wstyd dowodzić, że 900 zł na dziecko to dość.
          • tricolour Tak, pytam serio... 10.06.15, 13:41
            ... bu uważam, że dzieciak potrzebuje wakacji (200 w rozliczeniu rocznym), gier komputerowych (50), rowerów (30), wrotek (20), koncertów (30), basenu (20), języka obcego (100) oraz stówy rezerwy.

            I to daje właśnie jakieś 1500 złotych miesięcznie.

            Nowel, serio: wydajesz na koncerty dzieciaka 360zł rocznie? Na gry sześć stów? Zmieniasz rower co dwa lata? A to właśnie zostało ujęte...
            • nowel1 Re: Tak, pytam serio... 10.06.15, 13:58
              Gdzie napisałam, że wydaję na koncerty 360 zł?
              1500 zł miesięcznie - zgadzam się. To jest rozsądna kwota i oczywiście, że można wydać więcej, ale powinno być to dobrowolne, a nie narzucone przez sąd.
                • tricolour A teraz sobie wyobraźmy sytuację... 10.06.15, 14:07
                  ... że byłych małżonków stać na rzetelne wyliczenie kosztów (nawet z tymi koncertami), które wynoszą 1500zł. Kto by się kłócił o alimenty podzielone: ojciec 900, matka 600? Chyba tylko idiota. I na ekstrasy można by liczyć...

                  Ale gdy facet sam z siebie daje 1000 (jak u autora) a matka wylicza potrzeby na 2500, to do żadnej rozmowy nie dojdzie gdy oboje są dla siebie złodziejami.
                    • facetka_w_rajtuzah Re: A teraz sobie wyobraźmy sytuację... 26.07.15, 21:44
                      To zależy - często ojcowie. najczęściej ,myślą, że matki chcą się dorobić ich kosztem. czasami matki faktycznie chcą.
                      większość matek jednak inwestuje w swoje dzieci - z tym, że to inwestowanie różnie wygląda.
                      Przykładem - mój starszy syn - od niedawna dorosły, ale uczący się.
                      ojciec płaci tylko alimenty, od 3 lat syn się z własnej woli z nim nie kontaktuje - więc odpadają ekstrasy, z których było tylko wyjście do kina przy każdym spotkaniu, czyli raz na 2 miesiące.Dużo inwestowałam w edukację syna - inensywna nauka 2 języków, dodatkowe zajęcia z matematyki i fizyki - syn jest ponadrzeciętnie zdolny, więc to nie korepetycje, tylko dodatkowe zajęcia. za wiele zajeć płaciłam, i to niemałe pieniądze, częśc była jednak darmowa, a których też korzystał w największym możliwym zakresie.
                      Syn zdał maturę ( z 2 języków, matematyki i fizyki) na poziomie 95 - 100%, dostał się na wymarzone studia
                      Podczas nauki jego utrzymanie i kształcenie przkraczało dwukrotność alimentów płaconych przez ojca.
                      Teraz syn ma 4 miesięczną przerwę - wyjechał do pracy i pracuje ciężko, ale zarabia dobre pieniądze. Syn ma pracę z zakwaterowaniem i wyżywieniem (u rodziny w miejscowości wypoczynkowej - w czercu mnie "kosztował" 200 zł, - dojazd 100 zł (pierwszą klasą smile) i 100 zł na "życie smile", na więcej nie miał czasu i siły.
                      w lipcu - nie dałam nic, ani z alimentów, ani ze swoich.
                      teraz alimenty + to, czego nie wydałam - odłożyłam na jego studia. przyda się.
                      Teoretycznie, syn mógł odpoczywać w wakacje, tata płaci, mama płaci, pradziadkowie i dziadkowie dają spore kieszonkowe (min. 300 zł miesięcznie)
                      Jednak syn (bo nie były mąż smile) docenia mój dużo większy wkład w jego wychowanie - emocjonalny i finansowy, że postanowił nie przeciążać mnie ponad moje możliwości (wie, że wszystkiego sobie odmówię dla dobrze pojętego idobra moich dzieci - tzn, że na najmodniejszy ciuch nie dam, ale na normalne, uzasadnione potrzeby nie żałuję, nawet (na szczęście rzadko) kosztem siebie.
                      NP. w tym roku - w związku z planowanymi studiami syna i wydatkami z tym związnymi nie wyjechałam na urlop, tylko zorganoziwoałam młodzej córce 3 tygodnie poza domem beze mnie - w celu redukcji koszów. ja urlop spędzę w domu, ale tatuś wyjechał na zagraniczne wakacje. nie skarżę się, po prostu stwierdzam.
                      Dodam też, że jak syn wyjechał do pracy, to czuć to w wydatkach na media i na spożywkę, dojazdy itp.. Nadwyżki - spore, przelewam na konto oszczędnościowe, z kórego skorzystam, jak syn będzie studiował w innym mieście.
                      PS. O podwyżkę alimentów na syna wniosłam pierwszy raz po 9 latach od rozwodu, teraz syn to zrobi, po 3 latach, w związku ze znaczącą zmianą warunków (studia w innym mieście).
                      PS 2 Jego ojciec z dochodami wyższymi niż moje, twierdzi, że syn się dobrze uczy, więc dodatkowe wydatki na naukę są moim wymysłęm. A ja jedyne , co mogę dać dzieciom, to gruntowne przygotowanie do tego, sobie bardzo dobrze radziły w dorosłym życiu, ta praca syna (wyczrpująca, ale bardzo dobrze płatna) jest tego przykładem
                      PS 3 czy w związku z tym, że syn teraz dorabia, i w związku z tym co napisałam wyżej, były mąż ma moralne prawdo domagać się obniżki alimetów??? - pytanie retoryczne smilesmilesmile
                      • jesienna.nuta Re: A teraz sobie wyobraźmy sytuację... 28.07.15, 10:31
                        Facetko, tak, ojciec ma prawo domagać się obniżenia alimentów na uczące się DOROSŁE dziecko.
                        Ojciec ma nawet prawo wymagać, aby dorosły syn dorabiał do kosztów własnego utrzymania. To, że Ty lubisz się poświęcać na rzecz dorosłego syna wcale nie oznacza, że ojciec też musi podzielać Twoje upodobania tym bardziej, że syn nie raczy zaszczycić ojca kontaktami.

                        Dorosły syn łaski nie robi pracując dla siebie, a Ty z tego robisz jakąś dziwaczną relikwię.
                        • zmeczona100 Re: A teraz sobie wyobraźmy sytuację... 28.07.15, 17:18
                          Oj, TAK!
                          Przecież nauka jest obowiązkowa tylko do 18rż. Reszta- jak dzieciaka stać, to niech się uczy.
                          Ale tatusia niech nie obciąża swoimi zachciankami. Absolutnie.

                          W ogóle to ojcowie powinni powalczyć, aby przywrócić stan, że obowiązkowa jest tylko podstawówka; potem do roboty!

                          --
                          Morale nizin społecznych staje się moralnością ogólnie przyjętą. Ideałem i wzorem postępowania staje się osoba o moralności i osobowości stułbi modrej. By Mayenna
                            • tricolour Zmęczona można zrozumieć... 29.07.15, 11:24
                              ... jeśli tylko przyjmie się jej punkt widzenia: alimenty są rekompensata za zdradę męża. Wtedy jak najwyższe i jak największe alimenty stanowią swoisty wymiar sprawiedliwości. Na dodatek wymiar ten jest wspomagany posiadaniem większej ilości zlotowerk dla siebie, co w prymitywnej ocenie jest korzystne. A dobro dziecka jest na drugim miejscu, bo na pierwszym są pieniądze.

                              Zresztą zrobmy prosty test i zadam pytanie: Zmęczona, twój tzw partner ma dzieci? Płaci na nie alimenty?
                              • zmeczona100 Re: Zmęczona można zrozumieć... 29.07.15, 14:23
                                tricolour napisał:

                                > ... jeśli tylko przyjmie się jej punkt widzenia: alimenty są rekompensata za zd
                                > radę męża.

                                Idź się lecz, człowieku; tylko na nogi raczej.

                                > Zresztą zrobmy prosty test i zadam pytanie: Zmęczona, twój tzw partner ma dziec
                                > i? Płaci na nie alimenty?

                                Oczywiście, że ma i oczywiście, że płaci- co za pytanie?
                                I nie wylicza każdej złotówki ani nie zasłania się jakimś wymyślonym prawem do wymagania pracy od swych dorosłych dzieci smile
                                --
                                Nie biega się za facetem i autobusem- będzie następny!
                                • tricolour Ty jesteś tak zaklamana... 29.07.15, 19:03
                                  ... że gdybym napisał jak Twój mąż macal ci cycki, to byś zaprzeczyła że je masz i twierdzilabys, że syna wykarmilas mlekiem z foliowych worków. Od lat pisze wyraźnie, że nienawidzisz męża i alimenty sa pochodną nienawiści... co sama przyznajesz. Przypadkowo.

                                  Zmęczona, jaki procent alimentów twojego syna stanowią te płacone przez konkurenta?
                                    • tricolour Jak na opiekuna grupy studenckiej... 29.07.15, 23:22
                                      ... poslugujesz się wyjątkowo rynsztokowym słownictwem. Nie stawia ono ani ciebie, ani twojej uczelni, ani wychowanków wyżej od zapijaczonego prostactwa. To po pierwsze.

                                      Po drugie - nie trzymasz afektu. Wyprowadza cię z równowagi kłopotliwe pytanie, na które przecież nie musisz odpowiadać. Nie ma obowiązku odpowiadania. Ale jest nieodparta potrzeba posiadania ostatniego słowa, prawda?

                                      I wyszła kicha. Wyszło, że na syna bierzesz więcej niż tzw partner płaci na swoje czyli dzieci traktujecie różnie. Takie to partnerstwo jak słownictwo tak zwanych partnerów.
                                        • tricolour Bardzo jaskrawo wyszło... 30.07.15, 11:24
                                          ... przecież mogła napisać, że syn pobiera tyle ile pasierb dostaje. Tyle, że tzw partner czulby się oklamany więc nie napisala. Mogła też napisać, że syn dostawie więcej, ale wtedy wyszloby, że teza o rownym poziomie życia dzieci i rodziców jest wybiorcza. Mogła też napisać, że dąży do zrównania alimentów na dzieci, ale wyszloby wpierw hipokryzja, a później osobistą strata finansowa.

                                          Więc się zdenerwowala, że cokolwiek napisze, to wyjdzie prawda na jaw. Zmęczona woli zrobić z siebie szmate niż skonfrontować się z prawdą o sobie.
                                            • tricolour To jest oczywisty wniosek... 30.07.15, 13:44
                                              ... ponieważ nic nie stało na przeszkodzie, by napisać, że syn dostaje tyle ile tamte dzieci, bo także w ten sposób wyraża się ich partnerstwo. Ale to musiałaby być prawda, bo gdyby nie, to tzw partner przeczyta i zobaczy, ze kłamie.

                                              Więc stanęła zmęczona przed dylematem: kłamstwo lub milczenie, które da wyraz innemu kłamstwu i stąd agresją. Nie pierwszy raz zresztą.
                            • wawrzanka Re: A teraz sobie wyobraźmy sytuację... 29.07.15, 11:55
                              jesienna.nuta napisała:

                              > Zmęczona, opanuj się. Dorosły mężczyzna powinien pracować. Dla własnego dobra.

                              Tu nie chodzi o pracę tego młodego człowieka. Tylko o to, że matka do tej pory inwestowała dużo więcej, niż ojciec w edukację syna. Skoro dotychczasowe alimenty nie pokrywały 50% potrzeb syna, to teraz - gdy syn studiuje i dorabia - powinny wystarczyć. Gdy będą niższe - matka dalej będzie płaciła więcej, niż powinna.

                              A ojciec i tak jest winien matce pieniądze za wcześniejsze lata. Jeśli ich nie zwróci i nie wyrówna rachunków - zgodnie z logiką Tricoloura - będzie alimenciarzem i złodziejem żerującym na pieniądzach byłej żony smile
                              • tricolour Logika moja jest taka.... 29.07.15, 12:08
                                ... że osoba żądająca opieki opiekuje się a nie szuka frajera, który wyreczy. Oczywiste zatem jest, że jeśli kobieta ma usta w twarzy i potrafi wyliczyć, że alimenty nie wystarczają, to żąda podwyżki do realnego poziomu. O tym zawsze pisze: żeby alimenty były rzetelnie liczone i zasadzone i nie były powodem do wieloletnich uzalan nad sobą.

                                Poza tym zwracam Ci uwagę, że zanizasz poziom moderacji wpisami wiejskiej jakości.
                                • wawrzanka Re: Logika moja jest taka.... 29.07.15, 12:20
                                  tricolour napisał:

                                  > Poza tym zwracam Ci uwagę, że zanizasz poziom moderacji wpisami wiejskiej jakoś
                                  > ci.

                                  Za to wycinam tylko te najbardziej chamskie z twoich "miejskich" komentarzy, więc bilans wychodzi na zero.
                            • zmeczona100 Re: A teraz sobie wyobraźmy sytuację... 29.07.15, 14:21
                              jesienna.nuta napisała:

                              > Zmęczona, opanuj się. Dorosły mężczyzna powinien pracować. Dla własnego dobra.
                              > I dla dobra całego społeczeństwa. Łaski nie robi.

                              Przecież o tym pisałam, to o co chodzi?
                              --
                              Nie biega się za facetem i autobusem- będzie następny!
                        • nowel1 Re: A teraz sobie wyobraźmy sytuację... 28.07.15, 18:19
                          Ja o tym myślę bardzo prosto: skoro moi rodzice utrzymywali mnie podczas moich studiów, a rodzice exa robili to samo, to w ramach prostego przekazywania dobra robię to samo dla starszego syna i będę robić dla młodszego, Wydaje mi się, że ex traktuje to podobnie, i to uważam za przyzwoitość.
                          A to, że starszy dorabia - mogę tylko przyklasnąć, ale nie zamierzam z tego powodu obcinać mu kasy.
                            • nowel1 Re: Ją uważam zaś trochę inaczej... 29.07.15, 13:10
                              No i trzymaj się swojej opinii. Student pracujący na pełen etat i studiujący na studiach dziennych to Twoim zdaniem właściwa postawa? Dla mnie nie; bo szanuję moje dziecko jako człowieka i nie życzę mu pędzenia w kieracie przez resztę życia.
                              Dla mnie rozwój polega na czymś innym, i w tym pojęciu rozwoju potrzeba odrobiny wytchnienia nie tylko na sen.
                              Sama sobie daję do tego prawo, więc nie będę odmawiać tego swoim synom.
                              • zmeczona100 Re: Ją uważam zaś trochę inaczej... 29.07.15, 14:29
                                Otóż to, dokładnie to.

                                Mnie forum, a w zasadzie to Tri oświecił już parę lat temu i teraz, na początku każdego spotkania z moim rokiem studentów (tzn. jestem opiekunem) przypominam, żeby w razie potrzeby wzywali mnie na świadka do sądu, jeśli jakiś rodzic pozwie o obniżenie alimentów albo o stwierdzenie wygaśnięcia obowiązku tłumacząc się rzekomą możliwością podjęcia równolegle ze studiami pracy. I jeszcze nie zdarzył mi się taki rok (kalendarzowy), żebym nie brała udziału w takim cyrku uncertain Za każdym razem żal mi tych studentów, bo studia ciężkie, a tu jeszcze trzeba walczyć o godność w sądzie.
                                Gdybym miała takiego walczącego i bezmyślnego partnera, to byłby nim tylko do pierwszego pomysłu z sądem i pracą w roku akademickim w tle.

                                --
                                Rozwódka to wróg, bo dybie na każdego chłopa smile Wszak nie ma swojego- przypisanego do domku i kredytu smile /Mayenna/
                                • jesienna.nuta Re: Ją uważam zaś trochę inaczej... 01.08.15, 13:32
                                  Zmęczona, twierdzisz, że jesteś nauczycielem akademickim - to mnie przeraziło, ale także wytłumaczyło poziom wielu uczelni.

                                  Twoja czynna krucjata przeciwko WSZYSTKIM ojcom chcących obniżyć lub wystąpić o uznanie zaprzestania obowiązku alimentacyjnego oraz wspieranie studentów w takich akcjach jest zwykłym szkodnictwem społecznym i jeśli tego nie widzisz, tym gorzej dla Ciebie.
                                  I dla społeczeństwa - niestety.

                                  A tak na marginesie - dziwne, że Ciebie nie wycinają. Jesteś... chamska.
                                  • mis_zakneblowany Re: Ją uważam zaś trochę inaczej... 03.08.15, 16:23
                                    jesienna.nuta napisała:

                                    > Twoja czynna krucjata przeciwko WSZYSTKIM ojcom chcących obniżyć lub wystąpić o
                                    > uznanie zaprzestania obowiązku alimentacyjnego oraz wspieranie studentów w tak
                                    > ich akcjach jest zwykłym szkodnictwem społecznym i jeśli tego nie widzisz, tym
                                    > gorzej dla Ciebie.
                                    > I dla społeczeństwa - niestety.

                                    Teoretycznie masz Nuto rację, ale z drugiej strony to także tylko kwestia punktu widzenia. Im więcej absolwentów zaopiekowanych i wypuszczanych spod skrzydeł zmęczonych, tym lepsza na rynku sytuacja profesjonalistów, dla których absolwenci ci stanowią "konkurencję". I nie przemawia przeze mnie złośliwość, tylko czysty pragmatyzm. Obserwuję w mojej branży, że kolejne roczniki młodzieży są zawodowo coraz słabsze. Pół biedy jeszcze kiedy ktoś im mówi co mają robić, rzecz w tym, że przy problemach o troszkę wyższym poziomie złożoności i abstrakcji ani nikt im nie powie co mają robić, ani nie wyguglają sobie gotowych odpowiedzi. M.in. dlatego ja i moi koledzy z branży w wieku 30+, 40+, możemy spać spokojnie, dyktując coraz wyższe stawki wink
                                      • mis_zakneblowany Re: Hehehe, przypomnialo mi się... 03.08.15, 20:58
                                        >... jak mój kolega z pracy (czysto technicznej, elektronicznej) po studiach politechnicznych
                                        >zapytał mnie jak zmierzyłem napięcie.

                                        Pewnie, biedak, myślał po tych studiach, że mierzyłeś organoleptycznie smile Jak mój kolega z podstawówki, który na zajęciach z ZPT wywalił bezpieczniki na całym piętrze, bo musiał sprawdzić co się wydarzy jak wetknie cyrkiel do gniazdka smile
                                        • mis_zakneblowany Re: Hehehe, przypomnialo mi się... 04.08.15, 06:18
                                          Z dzisiejszego artykułu na portalu - tak dla podsumowania poziomu wyższej edukacji:

                                          "Regulamin uczelni przewidywał, że pierwsze podejście do egzaminu było bezpłatne, za poprawkę trzeba było zapłacić 120 zł, a za egzamin komisyjny - 250 zł. Ale byli studenci, którzy płacili 250 zł i bez zdawania egzaminu dostawali wpis, że zaliczyli go za pierwszym podejściem.
                                          - Po prosto szło się do kasy uczelni i wpłacało pieniądze. Oficjalnie była to opłata za egzamin komisyjny. Student wracał z potwierdzeniem wpłaty i dostawał wpis bez egzaminu. Nie musiał legitymować się żadną wiedzą - mówi prokurator Hanna Grzeszczyk, która prowadziła śledztwo."

                                          Wykladowcy_oskarzeni_za_wpisy_bez_egzaminow

                                          O procederze wszyscy wiedzieli, a w wielu przypadkach zapewne egzaminy fundowali swoim studiującym dzieciom sami zapobiegliwi rodzice smile
                                          • nowel1 Re: Hehehe, przypomnialo mi się... 04.08.15, 09:13
                                            Widzę, że macie, niektórzy panowie i panie, coraz większy problem z rodzicami, którzy uważają, że utrzymywanie dziennie studiujących dzieci to norma smile
                                            No to tłumaczcie sobie tak dalej. Że ktoś zapłacił za egzamin, że ktoś nie wie, jak mierzyć napięcie, a ktoś inny będzie na pewno nieszczęśliwy aż do emerytury.
                                            Klasyczna racjonalizacja.
                                            Gdzieś tam państwu brzęczy, że może nie do końca macie rację, ale iść w zaparte trzeba. No to na zdrowie smile
                                            • tricolour My się akurat z Misiem śmiejemy... 04.08.15, 10:19
                                              ... z klasycznych życiowych anegdot. Bo są one od śmiania, a nie od nadymania się sztuczną powagą. Jeżeli dureń-inżynier po politechnice nie wie czym i jak się mierzy napięcie, to się śmiejemy z durnia, a czy to jest racjonalizacja czy inna -acja, to i tak blednie ona wobec śmiechu wywołanego tępotą pseudoinżyniera. Ot co.

                                              Poza tym uważam, że dzieci studiujące należy utrzymywać. Jednakże między utrzymywaniem, a wazeliniarstwem jest zasadnicza różnica ponieważ utrzymywanie jest finansowaniem nauki czyli warunkowane jest osiąganiem odpowiednich wyników w nauce, a wazeliniarstwo (czy też inne podcieranie dupy starego konia tudzież klaczy) jest demoralizujące gdyż nie wiąże pieniędzy rodziców z odpowiednim poziomem wykształcenia czyli doborem odpowiednich uczelni oraz osiąganiem odpowiednich - satysfakcjonujących płatnika - efektów. Odnoszę wręcz przeciwne wrażenie, że matka jest gotowa na wszystko byle tylko jej pociecha skończyła byle co i byle jak.
                                              • nowel1 Re: My się akurat z Misiem śmiejemy... 04.08.15, 10:30
                                                Po pierwsze - która matka? Wszystkie matki, niektóre matki, większość matek, jakaś konkretna matka?
                                                Po drugie - jeśli chodzi o konkretną matkę, czyli mnie, to nie uzależniam pieniędzy na utrzymanie syna od wyboru kierunku MNIE satysfakcjonującego. To jego życie, jego wybór, jego satysfakcja lub jej brak. Wybierając wiedział, co robi i dostał nasze stanowisko w tej sprawie, ale wyboru dokonał po swojemu.
                                                Został mu jeszcze rok studiów magisterskich na UAM i na tym mój regularny wkład finansowy się zakończy, o czym on od początku wie.
                                                • zmeczona100 Re: My się akurat z Misiem śmiejemy... 04.08.15, 10:40
                                                  nowel1 napisała:

                                                  > Po pierwsze - która matka? Wszystkie matki, niektóre matki, większość matek, ja
                                                  > kaś konkretna matka?

                                                  Oh, Nowel, to oczywiste, że matki tych dzieci, na które muszą płacić alimenty np. takie misie, jesienne (bo przez to ma mniej) czy tria wink
                                                  Dzieci tych matek są też, co oczywiste, wyborcami dróg życiowych swych pociech, niezależnie od ich wieku, a także chcą poprzez wybór tej drogi żerować na byłym i jak najdłużej żyć z jego alimentów big_grin
                                                  Co ciekawe, żadna z tych osób wymienionych przeze mnie nie była rodziną dla swego dorastającego dziecka, bo albo z nim nie utrzymywała kontaktów i nie mieszkała, albo jeszcze dzieci w tym wieku nie ma smile
                                                  Ale się zna! Bo Polak zna się na wszystkim- zawsze i każdy w dodatku wink
                                                  --
                                                  Jest w przyrodzie taki typ człowieka, który się nie zmienia,a przyjmuje rożne formy - w zależności od kierunku wiatru
                                                • tricolour Jeżeli chodzi o "po pierwsze"... 04.08.15, 10:42
                                                  .... to oczywiste, że nie wszystkie matki, oczywiste, że niektóre matki, oczywiste, że nie wiadomo czy większość, czy też może mniejszość matek oraz oczywiste, że znajdzie się jakaś konkretna matka. Odpowiedź jest zatem oczywista.

                                                  Po drugie. O ile dobór kierunku jest sprawą potomka (ale nie wyłączną ze względu na zależność finansową przez czas kształcenia) to już osiąganie odpowiednich wyników jest sprawą rodzica ponieważ rodzic płaci za naukę. Zatem jakie jest Twoja stanowisko w tej sprawie, bo jakoś zupełnie pomijasz tą kwestię?
                                                  • nowel1 Re: Jeżeli chodzi o "po pierwsze"... 04.08.15, 11:42
                                                    Co to są "odpowiednie wyniki" Nie kontroluję ocen z kolejnych zaliczeń i egzaminów, to jest sprawa syna.
                                                    Licencjat obroniony na 5, ale gdyby był na 3 - także utrzymywałabym go podczas magisterskich, gdyby go na nie przyjęli.
                                                    Nie płacę za jego studia, bo studiuje dziennie na UAM; być może miałabym inne podejście, gdyby uczelnia była prywatna i płatna, nie wiem. Zasadniczo - ma się zmieścić w ustalonym czasie, to zostało omowione; poza tym jest dorosły i pracuje w tej chwili na swoje dalsze życie, zatem kontrola należy do niego, nie do mnie.
                                                  • tricolour No, ale tak się trudno rozmawia... 04.08.15, 12:24
                                                    ... gdy Ty piszesz, że nie płacisz na studia, a ja mówię o płaceniu za naukę, nie za studia. Bo dla mnie jest różnica między płaceniem czesnego (czyli za studia), a utrzymywaniem studenta podczas dziennych, bezpłatnych studiów (na co wtedy wydajemy pieniądze i dlaczego?), gdy nie ma on możliwości jednocześnie pracować i się uczyć, bo doba byłaby za krótka.

                                                    Dla mnie (zresztą po nowelizacji kodeksu, bodajże w 2009, zostało to jasno napisane) utrzymywanie studenta, to jest inwestycja w jego przyszłość czyli płacenie za jego naukę. I student ma osiągać odpowiednie postępy w nauce (tak jest napisane - POSTĘPY), inaczej obowiązek alimentacyjny może wygasnąć przed zakończeniem nauki. Normą zatem jest kontrolowanie tychże postępów, tak samo jak kontrolujesz (zapewne to robisz) czy serek ze sklepu jest odpowiedniej jakości i nie jesz spleśniałego.

                                                    "Nie kontroluję ocen z kolejnych zaliczeń i egzaminów, to jest sprawa syna" - oceny to sprawa syna, a finansowanie możliwości uczenia się - to już jest Twoja sprawa.

                                                    No chyba, że otwierasz serek i hop do dzioba bez sprawdzania, krzywienia się i reklamacji, gdy łaskoczą robaki.
                                                  • zmeczona100 Re: No, ale tak się trudno rozmawia... 04.08.15, 23:15
                                                    tricolour napisał:

                                                    > ... gdy Ty piszesz, że nie płacisz na studia, a ja mówię o płaceniu za naukę, n
                                                    > ie za studia. Bo dla mnie jest różnica między płaceniem czesnego (czyli za stud
                                                    > ia), a utrzymywaniem studenta podczas dziennych, bezpłatnych studiów (na co wte
                                                    > dy wydajemy pieniądze i dlaczego?), gdy nie ma on możliwości jednocześnie praco
                                                    > wać i się uczyć, bo doba byłaby za krótka.

                                                    Robienie durnia z innych ma tę wadę, że samemu się nim zostaje.

                                                    I student ma osiągać odpowiednie postępy w nauce (tak jest nap
                                                    > isane - POSTĘPY), inaczej obowiązek alimentacyjny może wygasnąć przed zakończen
                                                    > iem nauki. Normą zatem jest kontrolowanie tychże postępów, tak samo jak kontrol
                                                    > ujesz (zapewne to robisz) czy serek ze sklepu jest odpowiedniej jakości i nie j
                                                    > esz spleśniałego.

                                                    TAK!!!! Te postępy w sądach urastają do jednego- do stypendium naukowego. Bo przecież są stypendia naukowe, to jak się przyłoży, to i dostanie. Jak nie ma stypendium, to leń i alimenty mu zabrać albo zmniejszyć. Takie pomysły mają tatusiowe od alimentów smile Tatusiowie- studenci z lat 80-90, gdzie przynajmniej połowa roku, bez większego wysiłku załapywała się na kryteria. Albo tatusiowie bez studiów, za to "przeszkoleni" przez "fora ojcowskie". Otóż z niecierpliwością w trakcie przesłuchiwania mnie czekam na pytania o to stypendium własnie smile Bo wtedy wyjaśniam szanownemu tatusiowi, że owszem, stypendia to są, ale dla wybitnych, bo kiedy parę lat temu zmieniły się drastycznie kryteria, to teraz na ponad 150 osób studiującym na jednym roku stypendia pobiera dosłownie tylko kilka osób. No chyba, żeby obowiązkiem dziecka rozwiedzionych rodziców jest bycie wybitnym, to ja już na takie spaczone postrzeganie życia nic nie poradzę.
                                                    --
                                                    Pierwszy mąż jest jak naleśnik- zwykle nieudany.
                                                  • kotradykcja Re: No, ale tak się trudno rozmawia... 05.08.15, 08:26
                                                    Bo wtedy wyjaśniam szanownemu tatusiowi, że owszem, stypendia to są, ale dla wybitnych, bo kiedy parę lat temu zmieniły się drastycznie kryteria, to teraz na ponad 150 osób studiującym na jednym roku stypendia pobiera dosłownie tylko kilka osób.

                                                    Ale co Ty bzdurzysz? Kryteria są jakie były, określona średnia i finito. I błagam, nie wciskaj mi, że nagle skoczył drastycznie poziom wymagań i nauczania, bo kontakty z uczelniami wyższymi posiadam, więc wiem dokładnie jaki jest poziom dzisiejszych studentów!
                                                    Zaczyna się na poziomie edukacji początkowej (łagodnie, bezstresowo, bez ocen, przepuszczamy wszystkich), potem już leci. Dzieci w 4 klasie nie potrafią czytać (nie mówię o czytaniu ze zrozumieniem, ale o czytaniu płynnym w ogóle!), mają problemy z pisaniem. Kończąc szkołę podstawową większość ma problemy z ortografią, z gramatyką, arytmetyką. Dramat! W szkole średniej niewiele się zmienia, za to ugruntowuje się postawa roszczeniowa.
                                                    Poziom obecnej matury to jakieś nieporozumienie. 30% i matura zdana?
                                                    Haaaaloooooo, ktoś tu myśli? Przecież to oznacza, że taki człowiek nie opanował 70% materiału... WTF?
                                                    Studenci na kierunkach humanistycznych nie odróżniają orzeczenia od podmiotu, sformułowania typu przydawka, dopełnienie to dla nich abstrakcja. Studenci polonistyki oddają prace końcowe z błędami , studenci kierunków politechnicznych, którzy są o krok od dyplomu inżyniera, mają problemy z narysowaniem prostej konstrukcji, myśląc, że program komputerowy sam za nic to zrobi. I pół biedy, programy wiele potrafią, ale trzeba jeszcze potrafić je obsłużyć tongue_out Najgorsze, że oni wcale nie mają poczucia obciachu! Nie wstydzą się swojej ignorancji. Dla mnie to niepojęte.
                                                    Jestem trzecim pokoleniem nauczycieli w mojej rodzinie (a raczej byłam, bo porzuciłam to "chlubne" zajęcie w obliczu nędznych zarobków i wszechogarniającego zafiksowania na papierologii), razem z mamą i babcią czytałam prace maturalne, wypracowania domowe, poprawiałam zadania domowe, itd. Pracowałam w gimnazjum, liceum, na dwóch uczelniach wyższych.
                                                    I stwierdzam, że jest to równia pochyła.
                                                    Przypadki zdolnych, pracowitych, chcących coś osiągnąć osób są. Ale giną w tłumie rozwydrzonych, niedouczonych, roszczeniowych pseudo-studentów, którzy żądają oceny dostatecznej za to, że łaskawie będą figurować na liście. Wszak niż demograficzny jest, a "my mamy pracę dzięki nim".
                                                    No to sobie zmieniłam pracę i teraz przeprowadzam rozmowy kwalifikacyjne z takimi osobnikami big_grin Ooooj, jak szybko minki rzedną, kiedy okazuje się, że mam w nosie świstek a interesuje mnie co on/a konkretnie potrafi. I zdziwienie, że przecież "ja skończyłem/łam studia".
                                                    No, ale jak to powiedział jeden z naszych prezydentów - człowiek po skończeniu szkoły powinien potrafić czytać, pisać, obsługiwać komputer i prowadzić samochód.
                                                    Idziemy dokładnie w tym kierunku.
                                                    Jeśli moje dziecko będzie miało fantazję studiować zamiast się uczyć, co jest oczywiście jego prawem, będzie dorosły, kranik z kasą zostanie zakręcony natychmiast. Jeśli będzie się uczył, osiągał coś, oddam na ten cel ostatniego grosza. Ale jeśli ma po prostu dobrze się bawić, sorry, nie za moje pieniądze.
                                                    I nie dziwię się wcale rodzicom, którzy odmawiają łożenia na pseudo-studentów.
                                                  • zmeczona100 Re: No, ale tak się trudno rozmawia... 05.08.15, 09:32
                                                    > Ale co Ty bzdurzysz? Kryteria są jakie były, określona średnia i finito. I błag
                                                    > am, nie wciskaj mi, że nagle skoczył drastycznie poziom wymagań i nauczania, bo
                                                    > kontakty z uczelniami wyższymi posiadam, więc wiem dokładnie jaki jest poziom
                                                    > dzisiejszych studentów!

                                                    Ach, więc przyznaję się do błędu!
                                                    Otóż 'za moich czasów' i jeszcze jakieś kilka lat temu, aby otrzymać stypendium wystarczyło mieć 4.06 średniej liczonej ze wszystkiego, jak leci. Teraz jest tak, że trzeba mieć przynajmniej 4.86 i to liczone tylko z egzaminów i zaliczeń końcowych z oceną z przedmiotów: czyli nie ma już, że przedmiot ma 3 semestry i każdy semestr kończący się oceną zaliczającą semestr, a dodatkowo jeszcze czwarta ocen- z egzaminu końcowego, która nawet dst miała niewielki wpływ na średnią z tegoż przedmiotu, bo łatwiej zaliczyć każdy semestr osobno, niż cały jednocześnie. Po prostu nie wlicza się ocen wystawianych przed sesją (za wyjątkiem egzaminów i zaliczeń w terminie zero).
                                                    To znaczy, że z kilkunastu ocen łatwiej uzyskać kiedyś było 4.06, niż dzisiaj z 3-4 na koniec semestru.
                                                    Za to wysokość takiego stypendium jest znacząco wyższa, niż wtedy, kiedy "należało się" prawie każdemu.
                                                    Aha, i nie mówię o studiach typu socjologia, kulturoznawstwo czy jakaś inna pedagogika, żeby była jasność.
                                                    Co do reszty- no i gdzie w tym wina rodziców, że nie kazali pracować studentowi? Sama opisujesz to, co w efekcie doprowadziło do magrinalizacji wykształcenia wyższego. Z fatalnego materiału nic dobrego nie powstanie.

                                                    > Jeśli moje dziecko będzie miało fantazję studiować zamiast się uczyć, co jest o
                                                    > czywiście jego prawem, będzie dorosły, kranik z kasą zostanie zakręcony natychm
                                                    > iast. Jeśli będzie się uczył, osiągał coś, oddam na ten cel ostatniego grosza.
                                                    > Ale jeśli ma po prostu dobrze się bawić, sorry, nie za moje pieniądze.
                                                    > I nie dziwię się wcale rodzicom, którzy odmawiają łożenia na pseudo-studentów.

                                                    Nie zauważyłam, aby dyskusja dotyczyła finansowania zabawy zamiast studiowania.
                                                    Sorry, ale nie wiem, dlaczego uważasz, że dzieciak ma się uczyć, a nie studiować. Bez studiowania nie ma studenta.
                                                    A gdybyś jednak odmówiła finansowania studiów swemu dzieciakowi, to jednak powództwo nie będzie oddalone, jeśli zalicza semestry, choćby i nawet powtórka mu się przytrafiła. takie jest orzecznictwo.
                                                    --
                                                    Rozwódka to wróg, bo dybie na każdego chłopa smile Wszak nie ma swojego- przypisanego do domku i kredytu smile /Mayenna/
                                                  • jesienna.nuta Re: No, ale tak się trudno rozmawia... 08.08.15, 11:29
                                                    Tri, masz słuszność.
                                                    Kiedyś, jak szydło wyszło z wora i okazało się, że córka męża jest trzeci rok na drugim roku, a jej wyniki w nauce są - delikatnie mówiąc - mniej niż mierne, sąd OBNIŻYŁ alimenty na nią z 3500 zł/mc. na 120 zł/mc (słownie: sto dwadzieścia złotych) i jeszcze nakazał panience IŚĆ DO PRACY przynajmniej w weekendy, aby SAMA DORABIAŁA DO SWOJEGO UTRZYMANIA.
                                                  • zmeczona100 Re: No, ale tak się trudno rozmawia... 15.08.15, 23:20
                                                    jesienna.nuta napisała:


                                                    > Kiedyś, jak szydło wyszło z wora i okazało się, że córka męża jest trzeci rok n
                                                    > a drugim roku, a jej wyniki w nauce są - delikatnie mówiąc - mniej niż mierne

                                                    O matko! A po kim ona taka tępa? Po ojcu czy to wpływ macochy?

                                                    ,
                                                    > sąd OBNIŻYŁ alimenty na nią z 3500 zł/mc. na 120 zł/mc (słownie: sto dwadzieści
                                                    > a złotych) i jeszcze nakazał panience IŚĆ DO PRACY przynajmniej w weekendy, aby
                                                    > SAMA DORABIAŁA DO SWOJEGO UTRZYMANIA.

                                                    Jesienna, co ma na celu wypisywanie przez Ciebie takich bredni?
                                                    Alimenty można zmniejszyć (i zwiększyć) przy zmianie stosunków-potrzeby wzrosły/ wzrosły zarobki/pojawiły się nowe okoliczności. Tu nic takiego nie zaszło. Do wygaśnięcia obowiązku alimentacyjnego potrzeba z kolei usamodzielnienia się dziecka (lub zerowe możliwości zarobkowe i majątkowe ojca) lub udawanie nauki. W opisywanym przypadku nic takiego zajść nie mogło, bo albo zniesiono by w ogóle alimenty, albo pozostawiono je na tym samym poziomie. Że o posłaniu dzieciaka (bez zawodu smile ) do pracy równocześnie ze studiami, nie wspomnę.
                                                    Jak już coś wymyślasz, to niech to przynajmniej ma ręce i nogi smile
                                                    --
                                                    "Tylko młode kobiety (z reguły) są jak frutti di mare, można je kształtować, pokazywać świat, być mentorem, mistrzem, mecenasem. Z dojrzałą kobietą jest to niezwykle trudne. Na dodatek kiedy zjawia się dziecko kobiecie zmienia się postrzeganie świata, jest już trudniej bawić się wspólnie życiem, a mistrz może runąć z pomnika przy lada okazji". Marcepanna
                                            • mis_zakneblowany Re: Hehehe, przypomnialo mi się... 05.08.15, 07:23
                                              nowel1 napisała:
                                              > Gdzieś tam państwu brzęczy, że może nie do końca macie rację, ale iść w zaparte
                                              > trzeba. No to na zdrowie smile

                                              Rację niestety ma ten, kto ma władzę - a ona zazwyczaj stoi po waszej stronie. Słyszałem ostatnio o sprawie, w której sąd zasądził od ojca lekarza kilkadziesiąt tysięcy złotych tytułem zwrotu kosztów za kurs pilotażu samolotów, który zamarzył się synowi (za który zapłaciła matka). Nie mogę podać więcej szczegółów, ale ciekaw jestem czy w drugiej instancji podtrzymają wyrok.