Dodaj do ulubionych

Mąż chce odejść, jak przekonać go do terapii?

10.02.18, 19:14
Sytuacja wygląda tak, że mąż oświadczył, że już nic do mnie nie czuje i chce się wyprowadzić i rozejść. Ja chcę walczyć o małżeństwo bo po 1sze nadal go kocham, po drugie jesteśmy ze sobą 16 lat a po ślubie 12 lat, po 3cie mamy 5 cio letnie dziecko, którego dobro jest dla mnie bardzo istotne. Decyzja męża jest dla mnie zaskoczeniem, bo nie sądziłam że jest aż tak źle. Owszem sygnalizował problemy wcześniej, jednak nie przedstawiał ich jako tak fundamentalnych dla niego spraw. Poważną rozmowę ze mną przeprowadził raz, niestety stało się to pod koniec mojego potwornie trudnego okresu w pracy, gdzie musiałam chodzić do pracy 7 dni w tygodniu na 12 a nawet 16 godzin dziennie i trwało to 2 miesiące, ja byłam wtedy jak w malignie, nic do mnie nie docierało, to było jak tunel poznawczy. Powiedziałam mu wtedy, to prawda, parę przykrych słów, ale też poprosiłam żebyśmy wrócili do tej rozmowy jak się skończy ta sytuacja w pracy. Minęło 3 miesiące, to nie jest tak, że można wrócić do równowagi psychicznej z dnia na dzień po takim maratonie, tyle czasu mi zajęło dojście do siebie, do tematu wróciłam ja, zadeklarowałam chęć pracy nad naszą reacją itp, zaczęłam się uwrażliwiać na wspólne rozmowy, gesty czułości itp. Po tygodniu mąż powiedział, że on właściwie już podjął decyzję, że nie może patrzeć jak ja się staram i nie chce mnie oszukiwać. On nic już nie czuje, że 3 miesiące temu był dla niego ostatni dzwonek, on już przepracował w sobie, że chce się rozstać, przeszedł przez 3 etapy żałoby po związku i teraz już jest tylko akceptacja dla rozstania. Dla mnie to był szok, zaproponowałam terapie małżeńską, mam trudny charaktera, ale zaproponowałam nawet, że pójdę na terapie indywidualną, prosiłam go, żebyśmy przez wzgląd na małe dziecko spróbowali uratować to małżeństwo. On zrozumiał, że go szantażuję dzieckiem, że chcę żebyśmy trwali w przykrym dla niego stanie relacji dla dobra dziecka. A mi nie o to chodziło, co zresztą mu powiedziałam. Prosiłam go tylko o danie nam szansy, o zrobienie wszystkiego co można zrobić żeby uratować związek. Jak terapia nie przyniesie skutku to się rozstaniemy, bo nie zmuszę go przecież do miłości. Nie jest przekonany do tej terapi choć tydzień temu jeszcze o tym wspominał. Powiedział, że dla niego już jest za późno, że 3 miesiące temu nie było za późno. Po rozmowie przyznał, że nie czuje do mnie "nic" tylko żal, krzywdę, zawiedzione nadzieje, czyli coś nad czym dla mnie można pracować. Dodam, że pochodzi z rodziny gdzie rodzice trwali w toksycznej relacji ze względu na dzieci, uważa, że odbiło się to na nim i nie chce zrobić synkowi tego samego. Tylko, że ja chcę pójść na terapie a nie trwać w tym co jest. Dodam, że nie chodzi o zdradę, nie poznał nikogo innego, nie było też między nami jakiś awantur, zranień, nic w tym stylu, tylko powolne wygasanie relacji spowodowane codziennym zagonieniem, pracą i opieką nad dzieckiem. Ja jestem typem narzucającym swoje zdanie, on nie był asertywny, ulegał, ulegał aż poczuł, że coś w nim pękło i nie da rady tak dłużej. Ja nie zaprzeczam jego zarzutom, chcę pracować nad swoim charakterem, nad naszą relacją. Czy jest szansa żeby go przekonać do terapii? Jak to zrobić?

Gdyby jednak nie dało się go przekonać czy sąd przy orzekaniu rozwodu weźmie pod uwagę to że ja się nie zgadzam na rozwód i deklaruję gotowość do terapii i pracy nad sobą?

ps. starałam się opisać sytuację wiernie, obiektywnie, nie wybielając siebie
Edytor zaawansowany
  • heniek.8 10.02.18, 19:37
    ale po co ci on?
    może tobie też się przyda wyciszenie, separacja, terapia, zastanowienie, a za rok-dwa będziesz miała jakieś pojęcie czego chcesz w życiu

    jego rodzice trwali w toksycznej relacji, może warto żebyś spojrzała w stronę swoich

    na razie to wyglądasz jak agresor przestraszony że układ się sypie, zaczyna obiecywać poprawę byle tylko nikt nie wysiadł z karuzeli
  • lezacybyk 10.02.18, 19:46
    nigdy nie byłam agresywna, nie wiem gdzie to wyczytałeś, nie robiłam awantur, nie obrzucałam go inwektywami, nie ośmieszałam przy innych. Po prostu forsowałam swoje zdanie, gdzie pojechać na wakacje, jakie przedszkole dla dziecka i tego typu a on trochę podyskutował i się zgadzał na moje, nic nie mówiąc, że czuje się zdominowany!
    Naprawdę nie jestem potworem, mam trochę za uszami, wydaje mi się, że każdy w długim związku coś ma, mąż też ideałem nie jest, ale staram się puszczać takie rzeczy w niepamięć i nie obciążać relacji rozpamiętywaniem potknięć drugiej strony.

    a on mi po to, że go kochał i mamy 5 cio letnie dziecko, które jest trudne, bywa agresywne, do tej pory zdarza się że sika w łóżko i bardzo się o niego boję w tym wszystkim. Koleżanka się rozwodziła niedawno to dziecko w podobnym wieku zareagowało tak emocjonalnie, że dwa lata wyciągała je z tego z pomocą terapeutów - nie jest lekko zafundować własnemu dziecku takich atrakcji.
  • heniek.8 10.02.18, 20:08
    napisałem "wyglądasz jak agresor który" a nie że jesteś agresywna
    mógłbym też porównać np. "wyglądasz jak alkoholik który traci komfort picia i przestraszony zaczyna obiecywać poprawę" - co by nie było aluzją, tylko przenośnią

    co do dziecka to przecież i tak czuje jaka jest atmosfera w domu, jeżeli będzie miało kontakty z ojcem po rozwodzie to lepiej na tym wyjdzie niż kiedy będzie mieszkało z facetem który wpada w depresję przez nieudane małzeństwo
  • intelborel 10.02.18, 19:44
    Trochę jednak próbujesz siebie wybielić. Ja miałam w zeszłym roku 6 miesięcy maratonu, pracowałam min.12 h dziennie, częste delegacje i nie wpadłabym na to, że można (może można, a ja tego nie potrzebowałam?) dochodzić do siebie przez 3 miesiące. Mąż Ci zasygnalizował bardzo istotny problem, a Ty trochę użalając się nad sobą (sorry) nie pochyliłaś się nad swoim mężem, nad małżeństwem.
    Niestety nie zmusisz męża do podjęcia terapii. Ale możesz oczywiście "nie wyrazić zgody na rozwód", a sąd będzie brał pod uwagę dobro dziecka.
  • lezacybyk 10.02.18, 19:50
    tak, wiem, że wtedy zawaliłam, jednak jak widzisz przyznaję się do tego i chcę to naprawiać. Jak jeden poważny błąd może zaważyć na życiu...

    Nie chcę męża zmuszać, wiadomo, że się nie da, chce go przekonać żeby dał szansę, nie chce naciskać, żeby znowu nie czuł się zdominowany
  • vivi86 11.02.18, 22:26
    Na początek będzie rozprawa pojednawcza, sąd nie przekonany, że małżeństwem jesteście tylko na papierze nie wyrazi zgody na rozwód z uwagi na dobro małoletniego dziecka. To Ci da trochę czasu
  • adria231 10.02.18, 19:54
    A może zamiast rozwodu na początek separacja ? Będzie czas na uspokojenie emocji , na przemyślenia.
  • vermieter 11.02.18, 11:52
    po 12-16 godzin dziennie, gdy leżący byk ( big_grin ) spełniał się w pracy.
    Poza tym życie singla też może być fajne. Poznałem wszystko: Małżeństwo, separację, rozwód, wychowywanie dziecka samemu, związki stałe, związki luźne i najfajniejszy okres - bez żadnego związku wink
  • koronka2012 11.02.18, 17:17
    Dawno temu zachowywałam się podobnie jak ty i rozwaliłam fajny związek. On też nie oponował kiedy proponowałam swoje rozwiązania, przytakiwał wszystkim decyzjom, ulegał bez słowa protestu - skąd niby miałabym wiedzieć, że coś mu nie pasuje? wywalił wszystko hurtem jak już było za późno. Facet powiedział mi, że przy mnie czuje się niemęsko, moja energia życiowa go przytłacza, jestem za bardzo dynamiczna, coś w tym stylu.

    Przede wszystkim - przestań cisnąć, bo tylko utwierdzasz męża w przekonaniu, że nic się nie zmieniło. Heniek świetnie to podsumował.

    Nie chodzi o te magiczne "3 miesiące temu kiedy nie było za późno" - kiedyś ten moment by przyszedł tak samo. Twój mąż jest zmęczony tobą. Terapia bardzo by mu się przydała - czy da efekty WAM - tego nie wie nikt.

    Do tanga trzeba dwojga - facet latami wypierał się własnych potrzeb, nie potrafił ich komunikować skutecznie. Może masz autorytarny charakter - ale on swoją biernością się świetnie wpisał w taki scenariusz. Teraz łatwiej mu uciec niż popracować nad sobą, więc w kolejnym związku właduje się na taką samą minę. Podobnie jak mój były, który nie zmienił podejścia i każdy kolejny związek kończył się krachem.

    Może to mu uświadom żeby przekonać go do terapii - jeśli nie wspólnej to indywidualnej?
  • vivi86 11.02.18, 22:17
    Powiem tak...sąd może nie dać rozwodu z uwagi na dobro małoletniego dziecka, ale to czasowe rozwiązanie, bo jak on wykaże, że jesteście małżeństwem tylko na papierze to w końcu ten rozwód dostanie..

    Także brak zgody sądu może dać Ci trochę czasu, ale reszta już zależy od Was, nie od Ciebie
  • leda16 14.02.18, 13:18
    vivi86 napisał(a):

    > Powiem tak...sąd może nie dać rozwodu z uwagi na dobro małoletniego dziecka, al
    > e to czasowe rozwiązanie, bo jak on wykaże, że jesteście małżeństwem tylko na p
    > apierze to w końcu ten rozwód dostanie..


    Czasowe, jednak jak najgorsze. Mąż znowu poczuje się zdominowany i postawiony pod ścianą, Ona będzie miała krótkotrwałą satysfakcję, że "wyszło na jej, miała rację, dobrze zrobiła, itp". Autorka wątku znowu okopuje się we własnym egocentryzmie - bo JA go kocham, zasłania dzieckiem, naiwnie myśli, że psychoterapia przywróci wygasłą mężowską miłość. O jego potrzebach nigdy nie myślała i nadal nie myśli. Zachowywała się jak wolna, bezdzietna panna, wzięła ślub z pracą i sama sobie rozwaliła rodzinę. Jasno mu pokazała, że robota ważniejsza niż rodzina. Mało która żona tolerowałaby takie zachowanie u męża, a Ona uważa, że wszystko jest w porządku, "praca" Ją usprawiedliwia. Nawet nie pozwoliła wierzyć facetowi, że to on spodnie nosi.




    --
    Bóg zadba o moje miejsce na parkingu.
  • vivi86 14.02.18, 13:28
    Wiesz, dziś by się utrzymać często, bardzo często zapieprzać w pracy zawodowej musi i mąż i żona i nie ma, że nie boli.
    Faktycznie rozmowę poprowadziła niezręcznie o tyle, że ja bym na razie zostawiła to dziecko i skupiła się na NICH-rodzina zaczyna się od małżeństwa. A tak mąż, nawet niesłusznie może to uznać za szantaż.
    Innych błędów autorka jest świadoma i bierze to na klatę. Oby nie wszystko było stracone, ale nie wiemy czy to krzyk rozpaczy czy decyzja na chłodno-jego, że to już koniec.
    Niech się wstrzymają-rozprawa pojednawcza, separacja, nie wiem czy mają warunki na separację mieszkaniową. Samodzielny wyjazd, by mąż nie czuł się zdominowany. Ona wyraźnie pisze, że jak terapia nie pomoże to się rozejdą, że wie, że do miłości nie zmusi.
    Moim zdaniem warto dać temu ostatnią szansę. Ostatnią. Trzymam kciuki, by mąż też był tego zdania, bo to jego zdanie się liczy, autorki mniej, całej reszty świata-wcale.
  • leda16 14.02.18, 21:53
    vivi86 napisał(a):

    > Wiesz, dziś by się utrzymać często, bardzo często zapieprzać w pracy zawodowej
    > musi i mąż i żona i nie ma, że nie boli.


    No, bez przesady. Najniższa pensja to 2 tys. brutto, netto to jest 1480 i jak by nie patrzeć na dwoje wychodzi 2960 + 500 zł na dziecko i jest 3460. Na skromne życie trojgu ludziom wystarczy, jeśli oboje po podstawówce. Tymczasem Autorka wątku tłukła forsę jak oszalała, byle więcej, każdym kosztem. A z wyższym wykształceniem mogła spokojnie zarobić netto te 3 tys. on drugie tyle, bo pewnie nie wyszła za łoma po podstawówce i dzieciak miałby pełną rodzinę. Oczywiście dzisiaj oboje muszą pracować, żeby żyć na przyzwoitym poziomie, ale za dziękuję po 12-16 godz. w robocie nie siedziała. I niestety, wolała olać rodzinę niż forsę. Przy okazji męża w kompleksy wpędziła jako ta, która zarabia więcej i decyduje.



    --
    Bóg zadba o moje miejsce na parkingu.
  • vivi86 14.02.18, 23:12
    500+ jest na drugie dziecko, na pierwsze hipotetyczna rodzina, którą opisujesz się nie załapie.

    Policz sobie kredyt/wynajem (nie zawsze da się mieszkać z teściami-albo mieszkają w innym miejscu gdzie nie ma pracy albo nie ma warunków-wprowadź się z mężem i dzieckiem do 2 pokojowego mieszkania gdzie są rodzice i rodzeństwo w sumie 4 lub 5 osób-znam takie przypadki). Nie wspomnę o kosztach żłobka/przedszkola. Śmiało możesz liczyć prywatne, bo do państwowego jak słyszę od znajomych jeśli oboje rodziców pracuje i nie ma patologii to dzieciaka zapiszesz tylko cudem. Opiekunka to równowartość pensji minimalnej lub niemal.

    Nie wiem ile zarabia autorka. Ja niestety masę mgr z kursami zarabiających 1800-2200 netto. Duże miasto wojewódzkie.

    Skąd dane, że autorka zarabia więcej, ile i że decyduje? Bo ja tu widzę tylko to ostatnie i nie na zasadzie rządzi kto ma więcej kasy?
  • ajzbella 12.02.18, 13:00
    leżący byk - moja historia była podobna; jeśli chcesz, odezwij się mailowo (a j z b e l l a [znak] t l e n . p l)
  • 0sjana 13.02.18, 10:20
    Nie wygląda to dobrze, żeby nie powiedzieć - beznadziejnie.

    Jeśli ktoś oświadcza, że odchodzi, ze przemyślał, że przegapiłaś ostatni dzwonek - to nie sądzę, żeby tu było wiele do zrobienia jeszcze sad Terapia nie jest magicznym sposobem zmiany ludzkich uczuć. Niezgadzanie się na rozwód to tylko przepis na fatalne relacje, a będziecie musieli ułożyć sobie stosunki w związku z wychowaniem dziecka. OCzywiście możesz go uprosić, żeby poszedł do psychologa, ale jeśli on nie chce już pracować nad związkiem, to po co.

    Zapytam - co się działo przez te 2 miesięcy "maratonu" + 3 miesiące "dochodzenia do siebie"? Spytam wprost - sypialiście ze sobą? Kto zajmował się pięciolatkiem? Ile spędziliście we dwoje/troje miłych dni?

    Wypowiem się z tej drugiej strony. Moje małżeństwo miało inne problemy, ale to ja byłam w sytuacji osoby, która alarmowała, sygnalizowała, prosiła, groziła - że nasz związek się rozpada. Mąż miesiącami miał inne, ważniejsze sprawy. Obudził się, kiedy ja już podjęłam decyzję o rozstaniu. I wtedy nie było już niczego, co mógłby zrobić, naprawdę. Podejmowałam tę decyzje powoli przez 4 lata, a ostatnie pół roku to był już "code red" - już minimalna szansa. NIe wiem, jak to jest możliwe, że ludzie żyją pod jednym dachem i tego nie widzą, nie słyszą. Mojemu mężowi było bardzo wygodnie w istniejącym układzie, ale niczego mi nie dawał pozytywnego. Może tu u was było podobnie sad Przykro mi. Ale o związek trzeba dbać z dnai na dzień sad
  • vivi86 13.02.18, 14:06
    A jak oprzytomniał to się starał? Rozstaliście się?

    Brak zgody na rozwód to czas dla autorki. Ograniczony czas. Może coś da. Ale jak zawali to koniec
  • 0sjana 13.02.18, 14:31
    Ja wtedy byłam już na etapie, że nie chcę z nim mieszkać i rozstaliśmy się.

    Staż małżeński podobny jak u autorki, dwójka dzieci.

    Ale też i różnice - bo mieliśmy za sobą dwa podejścia do terapii. Poważniejsze chyba problemy - alkohol, kłamstwa, awantury.

    Bardziej chodzi mi o to, że jeśli przegapiło się pewien moment, kiedy małżonek ci mówi: "to ostatnia chwila", to jesli się to odłoży, nic się zmieni, w którymś momencie ta druga osoba podejmuje decyzję. Zwykle jest to bardzo trudna decyzja, ale jak się ją podejmie na serio, jak to nie jest faza "miotam się i nie wiem", tylko przepracowana dezycja, to drogi odwrotu już nie ma po prostu.

  • vivi86 13.02.18, 19:51
    Moim zdaniem warto jednak...
    Na rozprawie powiedzieć, że jesteś gotowa iść na terapię i ratować związek i że nie zgadzasz się na rozwód. Sąd też będzie namawiał Was do pojednania (o ile to możliwe rzecz jasna).
    Da to czas, wykorzystaj go na próbę ratowania związku. Czy to wypali-nie wie nikt.
    Nikt z nas Was nie zna, nie wiem czy jest to przemyślana decyzja czy tzw krzyk rozpaczy i próba wstrząśnięcia Tobą.

    Ewentualnie w grę wchodzi separacja czyli pierwszy krok do rozwodu lub..ostatnia szansa na ratowanie małżeństwa
  • leda16 14.02.18, 13:42
    lezacybyk napisała:
    Ja nie zaprzeczam jego zarzutom, chcę pracować nad s
    > woim charakterem, nad naszą relacją.


    I uważasz, że na kilkumiesięcznej terapii pozbędziesz się tego, co budowało się w Tobie przez 30 lat? Swojego charakteru, braku wrażliwości emocjonalnej na cudze potrzeby? Ach, co ja piszę, na potrzeby NAJBLIŻSZYCH? Egoizmu, egocentryzmu, skłonności do dyrygowania otoczeniem itp. ? Jak można na 2 miesiące pozbawić malutkie dziecko matki, siedzieć w robocie po kilkanaście godzin, po powrocie walić się w wyro i "odpoczywać". Dla czego? Dla kasy, władzy, pozycji, poklasku obcych ludzi?


    Czy jest szansa żeby go przekonać do terap
    > ii? Jak to zrobić?


    Do końca nie dasz mu prawa do samodzielnych decyzji? Ale rozczaruję Cię, psycholog nie będzie Twoim sojusznikiem, nie będzie manipulował mężem zgodnie z Twoimi oczekiwaniami. Nakłoni męża do wybrania najlepszej dla NIEGO opcji, nie najlepszej dla Ciebie i waszego dziecka.


    > Gdyby jednak nie dało się go przekonać czy sąd przy orzekaniu rozwodu weźmie po
    > d uwagę to że ja się nie zgadzam na rozwód i deklaruję gotowość do terapii i pr
    > acy nad sobą?


    Ależ tak, dla dobra nieletniego może nawet nie dać rozwodu. Uważasz, że to przywróci jego miłość do Ciebie? Pomyślałaś jak się wówczas będzie czuł? Ale Ty znowu postawisz na swoim, i to jest dla Ciebie najważniejsze. Z drugiej strony Twoje deklaracje nic nie znaczą, bo to psycholog musi stwierdzić, czy nadajesz się na psychoterapię i będziesz pozytywnie na nią reagować.




    --
    Bóg zadba o moje miejsce na parkingu.
  • vivi86 14.02.18, 15:50
    "pozbawić malutkie dziecko matki, siedzieć w robocie po kilkanaście godzin, po powrocie walić się w wyro i "odpoczywać". Dla czego? Dla kasy, władzy, pozycji, poklasku obcych ludzi?"
    Ja myślę, że w imię utrzymania roboty. Żyjemy w Polsce, tu gros rodzin z jednej pensji nie wyżyje. Ideały piękne, ale znasz to powiedzenie, że jak bieda wejdzie drzwiami to miłość uleci oknem?

    Co do reszty bardziej się zgadzam z tym co piszesz. Teraz mąż autorki ma głos i podejmuje decyzje najlepsze dla SIEBIE.

    Autorko-nie mieszajcie w to dziecka, bo kuleje fundament czyli Wy, o ile jeszcze jesteście /oby tak/. Nie mów, jak pisałam o dziecku,

  • vivi86 14.02.18, 16:12
    co do trudnego okresu-ja rozumiem te 2 miesiące, kiedy pracowałaś 12-16/24. Ale kolejny kwartał??? Nie wiem, sobota, niedziela, wieczór po pracy, cokolwiek? Może święta, nie wiem czy to ten czas? Zawaliłaś uncertain
    Oby było jeszcze co zbierać

    Moim zdaniem - brak zgody na rozwód połączony z deklaracją naprawy, poddaniem się ocenie psychologa czy są szanse i decyzji MĘŻA
  • leda16 14.02.18, 22:12
    vivi86 napisał(a):
    > Ja myślę, że w imię utrzymania roboty.

    A czy taką pracę warto utrzymać? Kosztem rodziny, dziecka? Przypuszczam, że to zwykła pazerność, bezmyślność, brak poszanowania dla tego, co uważała za pewne, niezmienne, przyklepane raz na zawsze. Byle się nachapać, mieć, już, zaraz, natychmiast, bo trafiła się okazja. Nie mam tutaj na myśli kwestii utrzymania się przy życiu, tylko rozbuchane aspiracje.

    Żyjemy w Polsce, tu gros rodzin z jednej
    > pensji nie wyżyje.


    Nie mówię o jednej pensji. Podejrzewam, iż Autorka nie stanęła przed wyborem - albo ta praca, albo żadna, tylko takie lub niższe zarobki. Wybrała źle.

    Ideały piękne, ale znasz to powiedzenie, że jak bieda wejdz
    > ie drzwiami to miłość uleci oknem?


    Ale tu nie z biedy ta miłość uleciała.


    > Autorko-nie mieszajcie w to dziecka, bo kuleje fundament czyli Wy, o ile jeszcz
    > e jesteście /oby tak/. Nie mów, jak pisałam o dziecku,



    Pan jednak jest egoistą, jak zdecydowana większość mężczyzn, skoro postanowił rozbić dziecku rodzinę, lub jest niedojrzały, jeśli wyobraża sobie, że albo płomienna miłość do żony, albo szukam szczęścia gdzie indziej, ignorując przy okazji potrzeby dziecka. Zresztą tak bliżej 40-stki panowie roją o drugiej młodości smile




    --
    Bóg zadba o moje miejsce na parkingu.
  • vivi86 14.02.18, 23:05
    Zdziwisz się jak marne pieniądze oferują za zasuwanie z językiem na brodzie. Zmiana pracy też często prosta nie jest. W wielu branżach.

    Pracę utrzymać nie tyle warto co się musi, bo z czegoś żyć trzeba. Przy czym jak pisałam nie wiem czemu autorka porozmawiała z mężem po kwartale.

    Autorce poradziłabym zająć się nią i mężem. Bez wyciągania dziecka to może być odebrane jako manipulacja i szantaż i z myślą by miało jeden (najlepiej) może dwa normalne domy, a nie obecną sytuację, którą dzieciak wyczuwa pod hasłem jakoś to będzie. Bo z podobnym założeniem często bywa właśnie jakoś uncertain
  • leda16 15.02.18, 11:09
    vivi86 napisał(a):

    > Zdziwisz się jak marne pieniądze oferują za zasuwanie z językiem na brodzie. Zm
    > iana pracy też często prosta nie jest. W wielu branżach.


    2800 netto nie uważam za marne pieniądze. Sama tyle kiedyś na etacie zarabiałam. Zarabiać więcej zaczęłam dopiero wówczas, gdy dziecko miało kilkanaście lat. Nie wyobrażam sobie jak mogłabym praktycznie nie mieszkać w domu dla kasy. Mimo gładkich teoryjek o równouprawnieniu, matka z reguły jest bardziej predysponowana do opieki nad malutkim dzieckiem. Teraz napiszę coś bulwersującego: Dzieci powinno się powoływać na świat dopiero wówczas, gdy rodziców na nie stać, nie wcześniej. Tylko nastawieni konsumpcyjnie młodzi chcą mieć od razu wszystko - mieszkanie własnościowe, a jakże, auto które kuje w oczy sąsiadów, super ciuchy, dziecko musi być ubrane jak lalka, koniecznie pampersy (75 zł tygodniowo), wczasy za granicą. To być musi, kosztem czasu dla rodziny, bo jak inaczej? Nie chcą przyjąć do wiadomości, że tego nie można mieć od razu, więc pierwszym krokiem jest kamień młyński u szyi w postaci kredytu, a po paru latach "miłość" się kończy, na przyjaźń brakło czasu i lecą w obie strony, z połową kredytu każde lub goli jak wówczas, gdy w związek małżeński wstępowali. Za to z obowiązkami rodzicielskimi.


    Przy czym ja
    > k pisałam nie wiem czemu autorka porozmawiała z mężem po kwartale.


    Przecież napisała - była zbyt przepracowana, żeby zadbać o potrzeby męża. Więc jak by nie patrzeć, kasa stała się najwyższym priorytetem. Mąż i dziecko, to nie były skarby o które należało dbać jak o źrenicę oka. To był stan posiadania.





    --
    Bóg zadba o moje miejsce na parkingu.
  • vivi86 15.02.18, 22:46
    1800, nie 2800 to niestety różnica. Znam sporo mgr z podyplomówkami/kursami i zarobkami 1800-2200 na rękę uncertain tak się w Polsce zarabia.

    Co do pracy..wiesz, bywa różnie. Ja znam z kolei kilka małżeństw, które się rozpadły po kilkunastu-dwudziestu kilku latach nie dlatego, że żona pracowała tylko wręcz przeciwnie-bo do pracy nie poszła. Samodzielna odpowiedzialność finansowa za rodzinę to wielkie obciążenie psychiczne. No to mąż był obciążony, przeciążony, dalej dochodziły frustracja i wściekłość na żonę, a na koniec składali papiery rozwodowe. Tak więc żadna skrajność nie jest zdrowa.

    U Byka mowa o 2 miesiącach + kwartale nie rozmawiania o nich. To nie praca, to pewne cechy jej charakteru, co sama zresztą przyznaje
  • lia.13 05.03.18, 13:52
    1800 to sie zarabia na etacie na najnizszej krajowej. Dolicz po 4 nadgodziny dziennie to wychodzi juz trochę wiecej. Teraz pokaż mi zawód za najniższą krajową, w którym wymagają od pracownika nadgodzin do pracy nad projektem.
  • vivi86 05.03.18, 17:00
    Kolejna osoba myląca brutto i netto...np w wielu sądach rejonowych wyrabiasz nadgodziny, których oficjalnie nie ma, bo się wyrabia określoną ilość pracy (często nie do ogarnięcia w 8h)

    Kilka lat temu ludzie zapieprzali równo, a zarobki 1500 na rękę. Może nie 2 miesiące cięgiem po 12 h, ale trochę tego było
  • lia.13 06.03.18, 11:14
    Jak sie jest frajerem to sie tak ma. Pracowalam kiedys w sądzie i nikt tam nie pracowal po 12 godzin. A na pewno nie za najniższą krajową smile Dla twojej informacji, obecnie najnizsza krajowa brutto wynosi 2100. Zatem to nie ja mylę tutaj brutto i netto. Najniższa netto to 1530, jednak zawsze dochodzą jakieś dodatki. To jednak zupelnie nie ten przypadek. Zarówno Lezący byk, jak i jej mąż zarabiają o wiele więcej.
  • vivi86 06.03.18, 15:55
    To 1530, a nie 1800. Poza budżetówką często nie ma dodatków.
  • 0sjana 15.02.18, 06:40
    Leżący Byk - i jak sytuacja?

    Ponieważ trochę się identyfikuję z twoim mężem,(może niesłusznie, zresztą to nie znaczy że Ci nie współczuję) to mogę dodać, że kiedy ja rzeczywiście doszłam do decyzji o rozstaniu, to przede wszystkim myślałam o realnym rozstaniu - zamieszkaniu osobno, zminimalizowaniu kontaktów. Rozwodu do tej pory nie mamy (już rok nie mieszkamy razem). Mąż usiłował w ten sposób mnie "zatrzymać". Odgrażał sie, że nie zgodzi się na rozwód, szantażował , krzyczał (głównie "Nie będzie tak, jak ty byś chciała"), groził, że odbierze mi dzieci, że nie bedzie płacił alimentów, robił sceny, że przestałam nosić obrączkę. Dla mnie to był tylko kolejny powód, żeby utwierdzić się w decyzji, że dobrze robię, odchodząc.

    Ja mam wreszcie spokój, myślę z nadzieją o przyszłości, a kwestia tego, czy dostaniemy papierek z sądu za miesiąc czy za rok jest dla mnie oczywiście istotna, ale nie najważniejsza.
  • vivi86 15.02.18, 10:43
    Do takich akcji w żadnym razie nie namawiam i rozumiem, że osoba alarmująca, że jest źle, a olewana czuje się potwornie w takiej sytuacji.

    Już samo mówienie, że przez wzgląd na dobro dziecka może moim zdaniem być i jak widać jest odbierane jako szantaż.

    Byk-napisz co tam i moim zdaniem skup się w rozmowach z mężem tylko na MY bez dziecka
  • leda16 15.02.18, 11:35
    vivi86 napisał(a):
    > Już samo mówienie, że przez wzgląd na dobro dziecka może moim zdaniem być i jak
    > widać jest odbierane jako szantaż.


    Tak może być odbierane, ale tutaj jest bardzo cienka granica między egoizmem a powinnością. Dziecko nie jest przedmiotem, jest osobą ludzką posiadającą swoje prawa z których podstawowym jest prawo do pełnej rodziny z matką i ojcem pod jednym dachem. Ono o swoje prawa upomnieć się nie potrafi o ile nie zadba o nie sąd. Po to są rozprawy pojednawcze,mediacje i odmowa udzielenia rozwodu ze względu na dobro nieletniego. Natomiast w dyskutowanym przypadku oboje rodzice te prawa ignorują. Matka próbuje manipulować dzieckiem, ale nie potrafi być jego adwokatem, chce wyszarpać przede wszystkim coś dla siebie ( bo JA go kocham) jego uczucia dziecka zupełnie nie interesują, rozmowa o potrzebach dziecka, poczucie odpowiedzialności wobec dziecka to dla niego szantaż.
    Po ewentualnym rozwodzie dzieciak będzie miał przekichane. Mamuśka rzuci się w wir pracy aby zrekompensować mu brak ojca drogimi prezentami (bo takie a nie inne schematy zachowania sobie zakodowała i utrwaliła) tatuś będzie doskakiwał "z kontaktami". Smutne.


    skup się w rozmowach z mężem tylko na MY bez d
    > ziecka



    Ja bym Jej poradziła coś wręcz przeciwnego. Skoro właśnie dziecko jest sednem każdej rodziny, czemu proponujesz je ignorować? To nie jest wolny związek dwóch singli, to jest Rodzina, którą sami założyli i dla której dziecko powinno być najważniejsze. Dziecko i OBOWIĄZKI WZGLĘDEM NIEGO. Cóż, wiem, że dla tych dwojga egoistów może to zabrzmieć irytująco smile Najlepsze byłyby tutaj mediacje a nie psychoterapia, ponieważ obawiam się, że również sama Autorka wątku jest zdolna tylko bardziej to wszystko spaprać. Mediacje można realizować prywatnie.
    --
    Bóg zadba o moje miejsce na parkingu.
  • vivi86 15.02.18, 22:56
    "Dziecko nie jest przedmiotem, jest osobą ludzką posiadającą swoje prawa z których podstawowym jest prawo do pełnej rodziny z matką i ojcem pod jednym dachem."
    Oczywiście. Pytanie czy do pod jednym dachem mamy dążyć za wszelką cenę, nawet za cenę nienawidzących się rodziców. Wielu zostało w ten sposób realizujących w taki sposób ich prawo konkretnie skrzywdzonych. Mąż Byka też i dlatego jak pisze Byk jej mąż nie chce fundować tego dziecku.

    "Skoro właśnie dziecko jest sednem każdej rodziny, czemu proponujesz je ignorować? To nie jest wolny związek dwóch singli, to jest Rodzina, którą sami założyli i dla której dziecko powinno być najważniejsze. Dziecko i OBOWIĄZKI WZGLĘDEM NIEGO."
    Dlatego, że rodzina zaczyna się od małżeństwa, od pary. Niejedna rodzina rozwaliła się przez to , że było tylko dziecko, a mąż i żona zapomnieli o sobie nawzajem. Wyszli z roli kobiety i mężczyzny, męża i żony, pozostali tylko rodzicami. I to był początek końca i małżeństwa i rodziny.
  • leda16 15.02.18, 11:35
    vivi86 napisał(a):
    > Już samo mówienie, że przez wzgląd na dobro dziecka może moim zdaniem być i jak
    > widać jest odbierane jako szantaż.


    Tak może być odbierane, ale tutaj jest bardzo cienka granica między egoizmem a powinnością. Dziecko nie jest przedmiotem, jest osobą ludzką posiadającą swoje prawa z których podstawowym jest prawo do pełnej rodziny z matką i ojcem pod jednym dachem. Ono o swoje prawa upomnieć się nie potrafi o ile nie zadba o nie sąd. Po to są rozprawy pojednawcze,mediacje i odmowa udzielenia rozwodu ze względu na dobro nieletniego. Natomiast w dyskutowanym przypadku oboje rodzice te prawa ignorują. Matka próbuje manipulować dzieckiem, ale nie potrafi być jego adwokatem, chce wyszarpać przede wszystkim coś dla siebie ( bo JA go kocham) jego uczucia dziecka zupełnie nie interesują, rozmowa o potrzebach dziecka, poczucie odpowiedzialności wobec dziecka to dla niego szantaż.
    Po ewentualnym rozwodzie dzieciak będzie miał przekichane. Mamuśka rzuci się w wir pracy aby zrekompensować mu brak ojca drogimi prezentami (bo takie a nie inne schematy zachowania sobie zakodowała i utrwaliła) tatuś będzie doskakiwał "z kontaktami". Smutne.


    skup się w rozmowach z mężem tylko na MY bez d
    > ziecka



    Ja bym Jej poradziła coś wręcz przeciwnego. Skoro właśnie dziecko jest sednem każdej rodziny, czemu proponujesz je ignorować? To nie jest wolny związek dwóch singli, to jest Rodzina, którą sami założyli i dla której dziecko powinno być najważniejsze. Dziecko i OBOWIĄZKI WZGLĘDEM NIEGO. Cóż, wiem, że dla tych dwojga egoistów może to zabrzmieć irytująco smile Najlepsze byłyby tutaj mediacje a nie psychoterapia, ponieważ obawiam się, że również sama Autorka wątku jest zdolna tylko bardziej to wszystko spaprać. Mediacje można realizować prywatnie.
    --
    Bóg zadba o moje miejsce na parkingu.



    --
    Bóg zadba o moje miejsce na parkingu.
  • lezacybyk 15.02.18, 11:35
    długo tu nie zaglądałam więc czytam wasze odpowiedzi hurtem i hurtem odpowiem.

    Sytuacja jest niedobra, byliśmy na terapii, mąż nie chce się godzić. To co się nasłuchałam sprawiło, że nie nie poznałam człowieka, którego uważałam za najbliższą mi osobę na świecie. Okazało się, że jestem egoistyczna, nie mam za grosz empatii, nie mam ochoty na sex (leczę się na depresję), a tak w ogóle to on chciał mieć kurę domową, która zadba o ciepłe gniazdko do którego on będzie wracał (czego nigdy nie mówił, wręcz przeciwnie, od dnia poznania wiedział, że mam pracę która jest moją pasją i to podobno go we mnie pociągało). A i powiedział, że przestałam grać w gry komputerowe i on teraz nie ma ze mną tematów rozmów, no i wtedy to mi już witki opadły... A przestałam, bo uważam, że za dużo jest kompa w naszym życiu, nie wiem, teraz myślę, że może on jest uzależniony. A ulegał we wszystkim, bo mu się nie chciało kłócić, no to skąd mogłam wiedzieć, że mu coś nie pasuje? A teraz w kółko gada, że chce się szybko rozstać, bo chce sobie ułożyć życie na nowo, co rodzi we mnie podejrzenia, że jednak kogoś ma, jeśli nie romans w trakcie to chociaż na oku. No i jeszcze usłyszałam, że nic go nie obchodzę, jakby mnie jutro przejechał samochód to by wzruszył ramionami i poszedł dalej, tylko dziecka by mu było żal.

    Widzę w waszych wypowiedziach, że wywołałam burzę swoją pracą jak dziki osioł przez 2 miesiące. A to mój mąż jest na wysokim stanowisku, nigdy nie wziął chorobowego na dziecko, bo on "ma ważny projekt", nie bywał w przedszkolu na przedstawieniach no bo jak on ma wyjść w ciągu dnia z pracy, jak trzeba było wyjść wcześniej z pracy, żeby np pójść z dzieckiem do lekarza to też zawsze ja, no bo on ma spotkania do 17 i nie może ich odwołać, wielokrotnie pracował w domu po godzinach i w weekendy, a na co dzień jest przyspawany do laptopa i komórki, że już straciłam nadzieje po wielu latach prób odrywania go od kompa. Ale nie jestem osobą, która pielęgnuje w sobie wady partnera, więc starałam się o tym nie pamiętać. Ale tak, moją wadą jest to, że nie jestem kurą domową, mam pracę, którą lubię i się w niej realizuję, a pracowałam jak dziki osioł nie dla kasy, ani kariery, tylko dla misji, no pranie mózgów nam urządzili, niestety po czasie okazało się, że firma pracowników zmanipulowała, po dokończeniu projektu części nie zapłaciła nadgodzin i wywaliła połowę ludzi. Takie okresowe spiętrzenia pracy i nadgodziny to specyfika mojego zawodu, o czym również mąż wiedział odkąd się poznaliśmy, nigdy mi się nie zdarzyło żeby to trwało aż 2 miesiące, zwykle to jest tydzień, jakiś weekend czy coś takiego. No ale jeśli się na to nie zgadzam to równie dobrze mogę zmienić zawód. W tym czasie dzieckiem zajmował się mąż, oczywiście w dzień mały chodzi do przedszkola, pierwszy raz tak dużo się zajmował, a ja byłam rok na macierzyńskim gdzie zajmowałam się 24/7.
  • leda16 15.02.18, 12:20
    lezacybyk napisała:
    > Sytuacja jest niedobra, byliśmy na terapii, mąż nie chce się godzić.


    No chwila, 10.II. założyłaś wątek, a 15 już jesteście po terapii?! Psychoterapia trwa minimum 3-4 miesiące a nawet parę lat. Chyba, że psycholog Was pogoniła po trzech spotkaniach jako nie rokujących poprawy. Tak to zresztą bywa, gdy terapia jest wymuszana przez jedno ze współmałżonków. Wówczas drugie stawia bierny opór.


    Okazało się, że jestem egoistyczna, nie mam za grosz
    > empatii, nie mam ochoty na sex (leczę się na depresję),


    Ja też tak uważam. Natomiast Ty wychodzisz z założenia, że im dalej Twoja subiektywna, wygórowana samoocena odbiega od faktów, tym gorzej dla faktów.


    od dnia poznania wiedział, że mam pr
    > acę która jest moją pasją i to podobno go we mnie pociągało).


    Twoją pasją jest przede wszystkim cierpiętnictwo. Jaka to niby byłaś " wykończona" pracując po 16 h na dobę, a jednak...to była Twoja pasja, dla której olałaś potrzeby rodziny. No więc masz swoją "pasję". Po rozwodzie będziesz się nią mogła zajmować bez przeszkód. Zwłaszcza, jak oddasz dziecko ojcu.


    A i powiedział, ż
    > e przestałam grać w gry komputerowe i on teraz nie ma ze mną tematów rozmów,


    A przedtem miał?


    A ulegał
    > we wszystkim, bo mu się nie chciało kłócić,


    To jeszcze jeden dowód na Twoją dominację czyli - albo będzie skakał jak mu zagrasz, albo rozpoczniesz awanturę. Chłopina w tym małżeństwie musiał czuć się totalnie stłamszony.


    A teraz w kółko gada, że chce się szybko rozstać, bo chce sobie
    > ułożyć życie na nowo, co rodzi we mnie podejrzenia, że jednak kogoś ma, jeśli
    > nie romans w trakcie to chociaż na oku.


    A jakie to ma znaczenie? Jeśli nawet nie ma teraz, to w każdej chwili mieć może.

    tylko dziecka by mu było żal.


    No właśnie, a co z dzieckiem? O nim nie było mowy na tej spowiedzi?


    A to mój mąż jest na wysokim stanowisku, nigdy nie wziął choro
    > bowego na dziecko, bo on "ma ważny projekt", nie bywał w przedszkolu na przedst
    > awieniach no bo jak on ma wyjść w ciągu dnia z pracy,


    A Ty naturalnie uwierzyłaś w gadki feministek o równouprawnieniu? I po co harowałaś jak głupia, skoro w rodzinie były wystarczające środki na dostatnie utrzymanie dla Ciebie i dziecka? Nawet małego wykopałaś do instytucji wychowania zbiorowego żeby Ci w realizowaniu Twoich "pasji" nie przeszkadzał. To po co go w ogóle rodziłaś, skoro robota była na pierwszym miejscu? I jeszcze masz wątpliwości co do braku empatii i egoizmu?


    Ale nie jestem
    > osobą, która pielęgnuje w sobie wady partnera, więc starałam się o tym nie pam
    > iętać. Ale tak, moją wadą jest to, że nie jestem kurą domową, pracowałam jak dziki osioł dla misji,


    Tia, Ty jesteś doskonała...Misję miałaś, jak ci w Afganistanie, którzy potem w czarnych workach do ojczyzny wracali. Ty dla "misji" wpakowałaś w taki worek swoją rodzinę...


    Takie okresowe spiętrzenia pracy
    > i nadgodziny to specyfika mojego zawodu, o czym również mąż wiedział odkąd się
    > poznaliśmy,


    Oczywiście, to jego wina, że się z Tobą ożenił...A jakie są Twoje obowiązki wobec dziecka , męża i rodziny wiedziałaś, o wartościach rodzinnych jako najważniejszych dla każdego dojrzałego, prawidłowo zsocjalizowanego człowieka słyszałaś cośkolwiek?


    ja byłam rok na macierzyńskim gdzie zajmowałam się 24/7.


    A ja byłam prawie 3 lata na wychowawczym mimo, że mój mąż nie zajmował wówczas eksponowanego stanowiska i zarabiał niewiele. Mam tylko jedno dziecko, już dorosłe, ale te 3 lata pełnego uczestnictwa w jego życiu warte były dla nas wszystkie pieniądze. Te 3 lata nigdy się nie powtórzą, a robotę zawsze można znaleźć.




    --
    Bóg zadba o moje miejsce na parkingu.
  • nowel1 15.02.18, 13:21
    Leda, Twoje wypowiedzi są tak skrajnie stronnicze i napastliwe w stosunki do autorki wątku, że chyba powinnaś spokojnie się zastanowić, dlaczego aż tak Cię denerwują jej decyzje życiowe i priorytety.
    To, ze Ty masz inne życie, nie oznacza jeszcze, że wszyscy powinni dążyć do tego modelu. W każdym kolejnym Twoim poscie jest wyższy poziom agresji niż w poprzednim; chęci pomocy w tym nie widać, za to dążenie do zdołowania i zgnębienia kobiety, której posypało się małżeństwo - owszem.

    Lezacybyk: Niewykluczone, że nie ma już dla Was wspólnej drogi. Pogubiliście się po drodze, brak dobrej komunikacji na pewno nie pomógł. Moja rada : odpuść. Nie naciskaj, nie przekonuj. To jedyne dobre na tym etapie rozwiązanie. Może się zdarzyć, że mąż po jakimś czasie zmieni zdanie, chociaż nie liczyłabym na to za bardzo. Skup się na sobie i na dziecku, ważne żeby ono czuło się w tym wszystkim na tyle stabilnie i bezpiecznie, na ile to możliwe.
  • patti72 15.02.18, 14:05
    Zgadzam się w pełni z nowel1. Jedyne co możesz teraz zrobić to odpuścić. Sytuacja wymaga "rozstania", co wcale nie musi oznaczać że na zawsze. Skoro on chce rozwodu, spraw aby się wyprowadził. Jeśli chce złożyć pozew o rozwód niech składa. Jak się wyprowadzi, staraj się zachować spokój i nie naciskać. Żyj swoim życiem, zaciśnij zęby i poczekaj. Od momentu złożenia pozwu do momentu sprawy w sądzie mijają miesiące. W tym czasie, facet może się otrząsnąć i zrozumieć, że nie chce Was stracić. Jeśli nie nadejdzie "objawienie" nic nie zrobisz. Ale moim zdaniem on musi mieć szansę poczuć pustkę, podczas której poukłada sobie w głowie. O musi mieć jednak świadomość, że Ty nie chcesz rozwodu. Potem to już pałeczka w jego rękach.
    Ja jestem właśnie na etapie rozłąki. Kiedy prosiłam męża aby się wyprowadził, nie brałam pod uwagę tego, że się możemy kiedyś zejść. Teraz jesteśmy na etapie "przyjaźni", tzn. mamy dużo lepszy kontakt mentalny niż wcześniej ja zaczynam tęsknić, on widzi że wiele spraw spieprzył. Nie wie co będzie, ale jak się zejdziemy z powrotem, to będzie to dużo lepszy związek niż kiedyś.
    Nie bierz do siebie tego co pisze LEDA. Każdy ma prawo do pasji, a już tym bardziej kiedy pasja jest pracą. Nie wierz w to, że pracująca kobieta krzywdzi swoje dzieci. Gówno prawda. To jakieś szowinistyczne stereotypy. Ja mam dwoje dzieci, jedno na studiach, drugie w liceum. Z każdym z nich byłam "na macierzyńskim" 3 miesiące. Potem były nianie, przedszkole. Moje dzieci są cudowne. Zawsze czuły się kochane i wyrastały w poczuciu własnej wartości. Liczy się jakość czasu spędzana z naszymi dziećmi a nie jego ilość. Można być matką na pełen etat, ale nie dawać nic od siebie takiemu dziecku.
    Trzymam kciuki. Zachowaj spokój, przynajmniej się staraj, nie rób awantur, może facet dojrzeje.
  • 0sjana 15.02.18, 15:24
    >Nie bierz do siebie tego co pisze LEDA. Każdy ma prawo do pasji, a już tym bardziej kiedy pasja jest pracą. Nie wierz w to, że pracująca kobieta krzywdzi swoje dzieci.

    Pomyśl jeszcze, co by było, gdyby mąż odszedł, a Ty nie miałabyś pracy, pieniedzy.

    A nie jest to wcale taka rzadka sytuacja...

  • leda16 15.02.18, 16:30
    nowel1 napisała:
    To, ze Ty masz inne życie, nie oznacza jeszcze, że wszyscy powinni dążyć do teg
    > o modelu.




    Nie o model przecież chodzi, tylko o to, co w życiu najważniejsze. Jeśli nie rodzina, to po co ją zakładać?


    chęci pomocy w tym nie widać, za to dążenie do zdołowania i zgnębienia k
    > obiety, której posypało się małżeństwo - owszem.


    Pomocy? A cóż tu teraz można pomóc? Nawet terapia nie pomogła. I nie "posypało się," tylko sama je sobie rozwaliła chorobliwym pracoholizmem. Kobieta za zasługi poczytuje sobie, że to Ona dziecko do lekarza prowadziła i aż rok obsługiwała 24 godz. na dobę. Niedobry mąż nawet niańki na ten okres nie zatrudnił, żeby mogła swoje porypane "pasje" realizować. Jeśli nie zrozumie jakie są obowiązki żony i matki, do końca życia utkwi w poczuciu krzywdy i pretensji do innych. Po to jest terapia, aby swoje błędy naprawiać, nauczyć się brać za nie odpowiedzialność i unikać ich na przyszłość a nie przyjmować postawę cierpiętniczą, oczekiwać współczucia i dołować się nimi. Psychoterapeuta nikogo nie przytula, lecz inspiruje do korygowania błędów. a przede wszystkim do wglądu w siebie, swoje priorytety i potrzeby. Ta kobieta prawdopodobnie nigdy nie miała potrzeb macierzyńskich i rodzinnych, skoro poświęceniem wydawał się Jej nawet urlop macierzyński a z domu uciekała do roboty jak od zarazy.



    Skup się na sobie i na dziecku, ważne żeby ono czuło się w tym wszyst
    > kim na tyle stabilnie i bezpiecznie, na ile to możliwe.


    Ach, i to są te Twoje pomocne rady? Moim zdaniem są one pensjonarskimi, naiwnymi frazesami. Pomijając już fakt, że Autorka wątku nie potrafi z nich skorzystać, to przecież od razu pogna do realizowania swoich "pasji" a dzieciak będzie tylko utrudnieniem dla nich.




    --
    Bóg zadba o moje miejsce na parkingu.
  • nowel1 15.02.18, 17:30
    leda16 napisała:


    >
    > Nie o model przecież chodzi, tylko o to, co w życiu najważniejsze. Jeśli nie r
    > odzina, to po co ją zakładać?

    Po pierwsze, w życiu robi się wiele rzeczy, w tym te najważniejsze i te bardzo ważne, jak i mniej ważne. Po drugie, wydaje mi się, że czytasz w kryształowej kuli albo masz dar jasnowidzenia - ja nie widziałam wpisu autorki, w którym pisałaby, że rodzina nie jest dla niej ważna.
    >
    >

    > Pomocy? A cóż tu teraz można pomóc? Nawet terapia nie pomogła.

    Skoro nie uważasz, że można pomóc, po co się tu udzielasz? Sprawia Ci przyjemność dołowanie jej?

    I nie "posypało
    > się," tylko sama je sobie rozwaliła chorobliwym pracoholizmem.

    To jest Twoja interpretacja. Ja przeczytałam, że kobieta pracowała bardzo dużo przez 2 miesiące. "Chorobliwy pracoholizm" to Twoja ocena, nie masz na jej poparcie żadnej wiedzy.

    Kobieta za zasł
    > ugi poczytuje sobie, że to Ona dziecko do lekarza prowadziła i aż rok obsługiwa
    > ła 24 godz. na dobę. Niedobry mąż nawet niańki na ten okres nie zatrudnił, żeby
    > mogła swoje porypane "pasje" realizować.

    Trudno tu zrozumieć, o co Ci chodzi. Pasje to nic złego, a bycie matką nie jest tożsame z rezygnacją ze wszystkich innych aspektów życia.

    Jeśli nie zrozumie jakie są obowiązki
    > żony i matki, do końca życia utkwi w poczuciu krzywdy i pretensji do innych.

    Hm... czyżbyś to Ty była tą jedyną sprawiedliwą, która je rozumie? smile

    P
    > o to jest terapia, aby swoje błędy naprawiać, nauczyć się brać za nie odpowiedz
    > ialność i unikać ich na przyszłość a nie przyjmować postawę cierpiętniczą, ocze
    > kiwać współczucia i dołować się nimi. Psychoterapeuta nikogo nie przytula, lecz
    > inspiruje do korygowania błędów. a przede wszystkim do wglądu w siebie, swoje
    > priorytety i potrzeby.


    Tak, z tym się mniej więcej mogę zgodzić.

    Ta kobieta prawdopodobnie nigdy nie miała potrzeb macier
    > zyńskich i rodzinnych,

    Nie rozumiem, jak można z takim poziomem pewności ferować oceny jak wyżej... nie znając człowieka, przeczytawszy kilka postów... to bardzo aroganckie
    >
    >
    >
    > Skup się na sobie i na dziecku, ważne żeby ono czuło się w tym wszyst
    > > kim na tyle stabilnie i bezpiecznie, na ile to możliwe.
    >
    >
    > Ach, i to są te Twoje pomocne rady? Moim zdaniem są one pensjonarskimi, naiwnym
    > i frazesami.

    Rozumiem. To są w Twoim odbiorze pensjonarskie frazesy.

    Pomijając już fakt, że Autorka wątku nie potrafi z nich skorzystać
    > , to przecież od razu pogna do realizowania swoich "pasji" a dzieciak będzie ty
    > lko utrudnieniem dla nich.

    A skąd to wiesz?

  • leda16 15.02.18, 19:32
    Ciekawe Nowel, że moją w miarę obiektywną ocenę odbierasz jako agresję i dołowanie Autorki wątku. No tak, zapomniałam , że wiele z Was doświadczyło podobnej sytuacji i może dlatego identyfikujecie się z tą Osobą. We wszystkim co piszesz, też masz sporo racji, ale po pierwsze - jeśli te pasje, jak by je nie nazwać (nauką, pracą, rozrywką) przesłaniają potrzeby członków rodziny, to wówczas należy się liczyć z alternatywą - coś za coś. Dwóch srok za ogon nie utrzymasz. Po drugie - praca jest ważna, rozrywki są ważne, ale dziecko jest najważniejsze zwłaszcza w sytuacji, gdy nad matką nie ciąży przymus ekonomiczny. Tu maż dobrze zarabiał, ale kobieta nigdy nie dopuszczała myśli o poświęceniu bez reszty choćby tych kilku lat dziecku. Po prostu nie miała takiej potrzeby a potrzeb syna albo nie rozumiała albo Jej nie interesowały. Więc nie wiem, jak możesz Ją porównywać z matką, która MUSI pracować, aby przeżyć, która nie ma wyboru. Właśnie Autorka wątku miała ten komfort psychiczny aby już wtedy zasięgnąć rady psychologa - co dla syna(córki?) lepsze - przedszkole czy dom i ...dostosować się do tego bez względu na swoje "pasje". Wiemy, co wybrała. Więc wbrew Twoim sugestiom a także opierając się na fakcie, iż dziecko przyszło na świat dopiero po 11 latach znajomości, pozwalam sobie na stawianie tezy o braku potrzeb macierzyńskich. Po domu plątało się dwóch sobków zajętych sobą i swoja karierą. Gdyby to dziecko było wyśnione, wytęsknione, wyczekane, to cały ich świat kręciłby się wokół niego. Napisała przecież, że tak nie było. Stąd wnioskuję, że jeżeli tą egoistkę czymkolwiek można nakłonić do "skupienia się na dziecku" , to tylko poczuciem winy, że bez oglądania się na męża nie dała mu tego, co było Jej obowiązkiem., nie łaską. A na sobie to Ona się "skupi", spokojna głowa. Przecież całe życie nic innego nie robi. Mniej więcej takim trybem szło moje wnioskowanie. Jeżeli postrzegasz go jako "agresywne i aroganckie", nic na to nie poradzę. Uważam też, że nie powinnaś przeceniać roli tego Forum w świadczeniu pomocy. W porównaniu z profesjonalnym poradnictwem jest ona żadna.

    --
    Bóg zadba o moje miejsce na parkingu.
  • nowel1 15.02.18, 19:47
    Cóż... trudno z Tobą dyskutować - w jednym zdaniu deklarujesz własny obiektywizm i sugerujesz, że ja się z autorką identyfikuję... znów ta szklana kula?
    Masz swoje ugruntowane poglądy i nic mi do tego, ale dodam tylko na koniec, że jeśli nawet forum nie może pomóc, to tym bardziej nie powinno dołować.
    I taka refleksja: nic dobrego dla dziecka w tym, że świat jego rodziców będzie się kręcił wokół niego.
  • fishinthesea 28.02.18, 19:50
    nowel1, nie odpisuj juz ledzie. tak napastliwych postow nie warto komentowac.
  • weedy.lea 06.03.18, 22:04
    Dokładnie. Nowel1 - napisałaś dokładnie to co i mnie się cisnęło na klawiaturę czytając wypowiedzi leda16.
    Ten ton.
    To ocenianie z niewzruszoną pewnością że "ja dokładnie znam wszystkie twojej myśli i motywacje (na podstawie 2 postów!!!)
    I jeszcze to: "powinnością matki jest pełne poświęcenie siebie i wszelkich swoich ambicji tylko i wyłącznie dziecku" (nie wiedzieć czemu: ojca ta powinność nie dotyczy...)
    olaboga (żeby nie powiedzieć : o ja pier...ole)
  • vivi86 15.02.18, 23:14
    Nie wiemy czy nad Bykiem nie ciąży(ł) przymus ekonomiczny Zarobki to nie wszystko, są jeszcze zobowiązania

    Sama znam kilka małżeństw, które rozpadły się. Mężowie zostawili żony, bo te pod hasłem dbania o najważniejszą w życiu rodzinę i bycia całymi dla ogniska domowego nie pracowały zawodowo. W tym czasie mężowie byli koniem, batem i furmanką w aspekcie przyziemnych spraw utrzymania. Rosła niepewność jutra, pytanie co jak im się coś z pracą posypie (przysłowiowy tynk ze ścian, ustawiony na resztę życia to nie był nikt), frustracja i złość na żonę, zwieńczone w tych przypadkach rozwodami.

    Nigdy nie wiesz co się w życiu stanie. Jedyny żywiciel, bo żona poświęciła się rodzinie/zarabia na waciki może stracić pracę/zdrowie/życie/ochotę, ktoś z rodziny może zachorować, bo wyskoczy groźna choroba, a na NFZ nie ma co liczyć, dobra passa się skończy itp itd. Niejeden był mądry Do czasu. Z tego powodu często mężczyźni i kobiety chcą by w domu były 2 dochody. Sama jestem w związku z kimś kto zarabia naprawdę niemało jak na polskie warunki, znam żony mężów zarabiających mniej od mojego N. Siedzące w domu. Czy ja bym została w domu? Nie. Nie chcemy tego. Tak, my. Bo wszystko może się zdarzyć.
  • 0sjana 16.02.18, 08:52
    Ledo - po pierwsze zapewniam cię, że twoja ocena nie wygląda na obiektywną. Po drugie chyba nikt nie prosił cię o ocenę sytuacji, a tym bardziej wyciąganie daleko idących wniosków, jak to nieodpowiednio wychowuje dziecko i ogólnie ma złą zyciową postawę i jest winna. Jeśli chciałaś kobiecie, której rozsypało się małżeństwo powiedzieć "to twoja wina, wstydź się i posyp głowę popiołem" - to już naprawdę powiedziałaś to wyraźnie.
  • iffa4 28.02.18, 22:19
    Leda, nie wytrzymałam.
    Nie jestem jakąś zatwardziałą feministką, ale to co wypisujesz woła o pomstę do nieba.
    Dziecko ma OBOJE rodziców.
    To nie matka na się zajmować nim 24/7, nie tylko ona ma prowadzać dzieciaka do lekarza, nie tylko ona chodzić na zebrania do przedszkola itp. itd. Dokładnie tak samo w wychowaniu ma uczestniczyć ojciec. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której mój partner przychodziłby po pracy (nawet na wysokim biznesowym stanowisku) i wsadzał nos w komputer, ignorując dziecko i mnie. To jakieś jaja są. Tak samo żeby nie poszedł do przedszkola czy do lekarza, nawet jeśli wiązałoby się z koniecznością nieobecności na naradzie czy spotkaniu. Zrobił dziecko, ma obowiązki. I dokładnie tak jak on ma prawo do bycia zmęczonym po pracy, tak samo ja mam prawo być zmęczona po pracy. I tak jak on ma prawo do cięższego okresu w pracy, tak samo mam i ja. I dokładnie tak samo praca ma prawo być moją pasją jak i jego pasją. Proste.
    To co opisujesz, to 19-wieczny model małżeństwa. Pan, poddana/służąca i dziecko. Jeśli Ci w takim dobrze, super - Twoje życie, Twoja sprawa, nic mi do tego.
    Ale bądź tak miła i odczep się od ludzi, którzy wyznają inne modele rodziny.
  • abjaracz 01.03.18, 14:21
    Leda 16 Ty tak na serio?? Czy tylko swój jad tutaj wylewasz?
  • lia.13 05.03.18, 14:00
    Leda ty tak na poważnie? Moze ty jesteś tym mężem, albo jego niedoszlą przyszłą kochanką, czekającą na wycieraczce?
    Piszesz "A Ty naturalnie uwierzyłaś w gadki feministek o równouprawnieniu? I po co harowałaś jak głupia, skoro w rodzinie były wystarczające środki na dostatnie utrzymanie dla Ciebie i dziecka? Nawet małego wykopałaś do instytucji wychowania zbiorowego żeby Ci w realizowaniu Twoich "pasji" nie przeszkadzał. To po co go w ogóle rodziłaś, skoro robota była na pierwszym miejscu? I jeszcze masz wątpliwości co do braku empatii i egoizmu?"
    Ty wiesz o tym, ze przedszkole to najlepsze co może rodzic zafundowac dziecku dla jego dobrego rozwoju spolecznego, a przedszkole dla 5-latkow jest obowiązkowe, pod groźbą kary 5000 zl dla rodziców nie posyłających swoich dzieci do przedszkola?
  • vivi86 05.03.18, 17:03
    Pewnie, że tak. Dzieciak potrzebuje kontaktu z rówieśnikami, a nie mamusi 24/24 najlepiej do 25.

    Co do tego, że w rodzinie są pieniądze fortuna kołem się toczy..znam rodzinę, której dobrze się wiodło, pani w domu, bo są wystarczające środki, to nie wykopała dziecka do instytucji wychowania zbiorowego..no więc, jest poważna opcja, że za tydzień-dwa mąż otrzyma wypowiedzenie. Ona jak pisałam nie pracuje.
  • leda16 07.03.18, 12:31
    lia.13 napisała:
    Ty wiesz o tym, ze przedszkole to najlepsze co może rodzic zafundowac dziecku d
    > la jego dobrego rozwoju spolecznego,


    Wiem coś zupełnie odwrotnego, tzn. - w pierwszych latach życia, gdy kształtują się zręby osobowości dziecka, najlepszym środowiskiem wychowawczym jest dla niego dom rodzinny. To właśnie tam, w rodzinie, a nie w rozwrzeszczanym kołchozie zwanym przedszkolem istnieją optymalne warunki socjalizacji. Moja wiedza pochodzi z naukowych ustaleń, nie z kolorowych tygodników dla ćwierćinteligentów.


    a przedszkole dla 5-latkow jest obowiązkow
    > e, pod groźbą kary 5000 zl dla rodziców nie posyłających swoich dzieci do przed
    > szkola?


    Za nie zaszczepienie dziecka, również, skażonymi szczepionkami niekiedy o katastrofalnych skutkach ubocznych też rodzicom grozi kara, co nie znaczy, że ten przymus jest dobry. Wręcz przeciwnie - godzi w ich prawa rodzicielskie i konstytucyjne. Wyznaję zresztą zasadę, że im mniej Państwa w życiu obywateli, tym dla nich lepiej.

    --
    Bóg zadba o moje miejsce na parkingu.
  • 0sjana 15.02.18, 14:00
    Leżącybyku - i jakie dalsze kroki? Małżonek się wyprowadza? Na Twoim miejscu bym nie naciskała, a raczej spakowała mu walizki, bo wspólne mieszkanie w tej sytuacji to sypanie soli na rany. Rzeczywiście możliwe, że kogoś już ma, albo przynajmniej ktoś go fascynuje. Można powiedzieć - nie dogadaliście się. Każdą sytuację widzieliście i interpretowaliście inaczej. Teksty o przejechaniu przez samochód i grach komputerowych - poniżej krytyki. Myśl o sobie. Leczysz się na depresję - a czy chodzisz sama na terapię? Pozdrawiam serdecznie.
  • rybak 17.02.18, 08:30
    TWOJE małżeństwo, twoja praca, twoje 16 lat, twoja terapia, twoje dziecko, twoje decyzje, twoja przestrzeń, twoja dominacja, twoje oczekiwania, twoja depresja, twoja oziębłość.
    Jego rosnąca samotność, jego seks na boku, jego odejście.
    Jasne? Czy nadal coś ci trzeba tłumaczyć?
  • rybak 17.02.18, 08:41
    A kluczowe w tym wszystkim jest jedno twoje zdanie: Nie mam ochoty na seks. Tym samym jesteś kolejną tu kobietą, która pieczołowicie zaorała swój związek.
    On jak widać ma. Tyle że JUŻ (a raczej dopiero, i tak długo wytrzymał) nie z tobą. Dziwny jakiś. A tak mu dobrze z tobą było: Milczeć, nie mieć na nic wpływu, żyć osobno, masturbować się do kompa.
  • nowel1 17.02.18, 09:17
    Myślę, Rybaku, że upraszczasz. Nie wiem, jak jest akurat z autorką wątku, ale przerzucanie całej odpowiedzialności na "kolejną kobietę", która przez "brak ochoty na seks zaorała swój związek" jest niesprawiedliwe.
    Brak ochoty na seks może być skutkiem, a nie przyczyną.
    A słowo "ochota"... czy nie zakłada, że niekoniecznie ma się na to wpływ? W każdym razie na pewno nie jest to kwestia prostej decyzji : "Od dzisiaj będę miał/ miała ochotę".
    Oczywiście można nad tym pracować, ale wymaga to dwojga.
  • rybak 17.02.18, 09:26
    Kiedyś, dawno temu, napisałem tu coś takiego: Życie jest proste, motywy i decyzje ludzi są proste, tylko samotłumaczenie się ludzi ze złych decyzji jest skomplikowane i rozbudowane aż do przesady. I nadal uważam, żemam rację. Seks nie jest do pracowana i męki - kolejny błąd porzucanych kobiet, które są zimne dla partnerów. Zazwyczaj w końcu - byłych partnerów.
    Wszystko to już tu było, lata temu.
  • nowel1 17.02.18, 10:30
    A jednak czujesz potrzebę, żeby przyjść tu i rozmawiać, podobnie jak ja.
    Skoro to takie proste i nie do pracowania - rozwód jest czymś bardziej oczywistym niż małżeństwo.
    Trudno się kłócić z biologią, prawda?
  • rybak 17.02.18, 11:24
    Ćmoje boje, dzikie węże, jak mawia kumpel z pubu. Świat jest pełen samotnych zimnych, egocentrycznych księżniczek. Tłumacz sobie, tłumacz...wink
  • nowel1 17.02.18, 11:50
    Oj. A myślałam, że możemy pogadać... Coś Ci się mocno w stronę mizogynii światopogląd przesunął. Szkoda. Ale niech Ci dobrze służy.
  • rybak 17.02.18, 12:35
    Bzdurzysz. Ach te psychologizujące porzucone zimne ryby, uważające się za cudne syreny. winkMargines wypowiadający się w imieniu większości, i co gorsza - za głos całości KOBIET.
    Nie, nie pogadamy.
  • nowel1 17.02.18, 13:23
    Nie pogadamy, bo jesteś agresywny i napastliwy. Do tego też masz szklaną kule, w której widzisz moją historię. Peszek, że się mocno mylisz.
    EOT.
  • hanusinamama 28.02.18, 22:24
    Tak się zastanawiam gdzie w tym wszystkim jest dziecko. Bo ty mowisz o swoich potrzebach. Maz o swoich. Ty masz pracę , która jest twoja pasja i potrafisz 2 miesiace nie wychodzić praktycznie z pracy (sorry ale praca po 12 godz na dobe) 7 dni w tygodniu to dom jest hotelem do spania. Mąz ma wysokie stanowisko i nie moze zwolnic sie na przedstawienie (ktore jest zaplanowane duzo wczesniej) czy isc do lekarza. Zawsze mnie zastanawiało po co ludzie z takim podejsciem do pracy decydują sie na dziecko. Dla jasnosci jestem pracującą mamą. Mam swoją firmę. Ile zrobie tyle zarobie. Mogłabym robic po 12 godzin dziennie, nie jezdzic na wakacje, ferie czy majówki- zarabiałabym wtedy duzo wiecej ale wiem kiedy powiedziec basta. Mam fajna i odpowiedzialną prace ale wiem kiedy powiedziec basta.
  • vivi86 28.02.18, 23:04
    Dzieciakowi na razie niech dadzą spokój i na początek ogarną sprawy między sobą. Podstawa rodziny to małżeństwo, nie rodzicielstwo. Ten dom trzeba jeśli to jeszcze możliwe poskładać na nowo. Proponuję zacząć od fundamentów, a nie od dachu.
  • vivi86 28.02.18, 23:33
    co do pracy. Tego związku nie rozwaliły 2 miesiące nawału roboty, problemy były wcześniej i niełatwy charakter Byka, co autorka przyznaje.
  • hanusinamama 01.03.18, 14:13
    A nie sądzisz ze juz za póxno. Nie wiem jak leczyć coś coś umarło. Przeoraszam za dosadność. Poza tym tutaj autorka mowi, ze facet jej mowił 3 miesiace temu ale ona to zbyła....bardzo mozliwe ze mówił od lat ale zbywała, niezauwazała. Ile mozna zyc obok siebie a nie ze sobą. Nie bronię Pana. Mówie tylko ze nie wiem co miałby tu pomóc psycholog, chyba tylko powiedziec "proszę panstwa trzeba sobie zycie na now poskładać". Jezeli dziecko bywa agresywne i moczy sie w nocy to napewno mozna dalej sie zajmować swoimi uczuciami a nie dzieckiem. Juz hyba oboje Panstwo coś przeoczyli, skupianie sie dalej na sobie jest moim zdaniem wielkim egoizmem.
  • vivi86 01.03.18, 14:48
    Nie pokusiłabym się o tak drastyczne diagnozy nie znając konkretnie sytuacji, 3 posty Byka to za mało na kategoryczną ocenę.

    Ktoś tu pisał, że dojrzewał do zakończenia małżeństwa 4 lata. Nie 3 i nie 5 miesięcy, w takim czasie o ile nie rypnie się zdrada lub wielkie oszustwo takich decyzji się nie podejmuje.

    Nie wiem czy autorka zbywała męża latami-jeśli tak to by zmieniało postać rzeczy i po raz kolejny pokazało, że decyzja o rozwodzie to jednak proces, a nie chwila czy krótki okres czasu.

    Mój brat się moczył w wieku 4-5 lat, problemów w rodzinie nie było, przyczyny mogą być różne, nie jestem pediatrą, nie badałam dzieciaka Byka.

    Tak, uważam, że szczęśliwi rodzice=szczęśliwe dziecko. Bo ono potrzebuje rodziców, którzy są ze son\bą, bo się kochają, a nie nienawidzących się.
  • 0sjana 02.03.18, 06:21
    To ja pisałam o dojrzewaniu 4 lata do decyzji o rozwodzie.

    I 4 lata przed rozstaniem powiedziałam mężowi, że zostaję z nim wyłącznie ze względu na dzieci (po kolejnej sytuacji z alkoholem, nie wracaniem na noc do domu pomimo obietnic itp.)

    Natomiast jeszcze 3 czy 4 miesiące przed rozstaniem zapytałam męża, czy pójdziemy do psychologa, bo było po prostu fatalnie, a ja nie wiedziałam, co zrobić . Szczerze mówiąc - nie wiem czy sama jeszcze wierzyłam w powodzenie takiej terapii. Może na 1-2%, ale jeszcze tak całkiem nie wykluczałam, że może coś się poprawi. Cały czas wydawało mi się, że rozstanie jest opcją gorszą i bardzo się bałam. Wtedy mąż mi odpowiedział: "Sama sobie idź na terapię, jak ci się coś nie podoba". Więc uznałam, że w sumie może mieć rację i poszłam. I te kilka - dosłownie 6-8 spotkań z terapeutką były dla mnie kluczowe, pomogły mi podjąć decyzję o rozstaniu. Kiedy powiedziałam mężowi, że to już jest koniec - to właśnie wyciągnął argument "Jeszcze parę miesięcy temu chciałaś iść na terapię, to chodźmy, co mogło się zmienić przez kilka miesięcy". Ale ja naprawdę byłam już za tą górką. Dlatego pisałam, że czasami te parę miesięcy są przełomem, kiedy ten włosek, na którym wisi relacja ostatecznie się zrywa.

    Przypomniało mi się to, jak czytałam Byka Chociaż oczywiście analogie mogą być przypadkowe...


  • vivi86 02.03.18, 09:56
    Przełomem mogą być, ale kolaps całej relacji to w takim czasie się nie dokonał. Twój mąż doskonale wiedział jak to u Ciebie jest, sam więc jest sobie winien
  • vivi86 02.03.18, 13:21
    U Ciebie przesilenie kryzysowe i początek końca nastąpił 4 lata przed odejściem. To ogrom czasu
  • hetty111 01.03.18, 08:01
    Facet się zmęczył. Ma już dość rozstawiania po kątach a jednocześnie nie umiał wyrażać swojego zdania. Nigdy nie byliście duetem, tylko Ty grałaś pierwsze skrzypce i to już mu się przestało podobać. U mnie jest trochę inaczej - obydwoje chcemy rządzić, więc od rana do wieczora siedzimy w okopach. Wieczorem podpisujemy pakt o nieagresji wink
    Ale, ad rem - niepokoi mnie dziecko. Dlaczego jest trudne i bywa agresywne? Dlaczego moczy się w nocy? Odnoszę wrażenie, że tak się ze starym skupiliście na swoich odczuciach, że dziecko i jego potrzeby zeszły na dalszy plan. A może by tak przestać się ze sobą pieścić, tylko teraz Mama i Tata skupiają się RAZEM na dziecku - idą z NIM do psychologa, spędzają czas z NIM, są dla NIEGO. I dopiero jak przywrócicie ład i harmonię w głowie i sercu swojego dziecka, wrócicie do tematu. A jeżeli Pan Mąż nie zgodzi się na to bo przecież "już to przepracował, odbył żałobę" itp psychobzdety, to tylko oznacza, że to jedna wielka ściema i facet ma kogoś od jakiegoś czasu, tylko Ty tego nie zauważyłaś.
  • kamuimac 01.03.18, 09:29
    cóż typowe - kolejna "kobieta sukcesu " która sukces swój przypłaciła samotnością - widocznie twój mąż chce miec żonę w domu (po 8 h pracy ) a nie w pracy po 12-16h na dobę i przychodzącą do domu tylko po to żeby się przespać.
  • vivi86 01.03.18, 10:44
    coście się tak uwiesili tych 2 MIESIĘCY?????????????????????????????????
    Jest masa rodzin, gdzie jedno z małżonków rokrocznie jedzie do pracy za granicę na pół roku. I ŻYJĄ! I muszą. Bo realia są jakie są.

    Problem jest tu:
    "Facet się zmęczył. Ma już dość rozstawiania po kątach a jednocześnie nie umiał wyrażać swojego zdania. Nigdy nie byliście duetem, tylko Ty grałaś pierwsze skrzypce i to już mu się przestało podobać. "
    i jestem pewna, że trwało to dłużej niż 2 miesiące. Przyznaje to też autorka.
  • kromka-chleba 01.03.18, 10:39
    Ja niestety przeszłam coś zupełnie podobnego...wiesz co się okazało? Że odszedł do kochanki. Ujawnił się z nią zaraz jak tylko dostał rozwód. Też mówił, że już mnie nie kocha i że terapia nic nie da. A ja naiwna stwierdziłam, że nie będę go zmuszała do miłości, skoro jest ze mną szczery. Zgodziłam się na rozwód bez orzekania o winie, na niskie alimenty (bo deklarował i obiecywał dodatkowe pieniądze na dzieci sezonowo, a ja mu wierzyłam, bo nie miałam podstaw, żeby nie wierzyć). Nie walczyłam o nic, po prostu przystałam na to, co zaproponował. A tuż po rozwodzie pokazał swoje prawdziwe oblicze... Ja już nic nie zmienię, ale Ty kobieto, opamiętaj się póki czas i nie daj się tak jak ja. Ja też mówiłam, że na pewno nie chodzi o inną kobietę, kiedy ktoś mnie pytał (o słodka naiwności, nie chciałam takiej myśli do siebie dopuścić). To moja jedyna rada dla Ciebie. Związku już nie uratujesz, możesz jedynie zadbać o to, by powalczyć o swoją przyszłość.
  • vivi86 01.03.18, 10:52
    Możesz skierować do sądu pozew o podwyższenie alimentów.

    To, że u Ciebie naprawdę chodziło o kochankę nie oznacza, że zawsze w grę wchodzi ktoś trzeci. Mąż Byka nawet jej mówił-jego rodzice byli ze sobą dla dobra dziecka 9=boję się samotności, nie chcę rewolucji w życiu, sam/sama nie dam rady finansowo, bo nie czarujmy się to są te prawdziwe powody).

    Uważa, że wyrządziło mu to krzywdę (tak, trwanie dla tzw. dobra dziecka w poronionym związku robi mu krzywdę). I nie chce czegoś takiego zafundować synowi.

    Jeżeli faktycznie tu już nie ma szans-dla DZIECKA Byk i mąż powinni się rozejść.
    Przy czym doceniam, że Byk bierze swoje błędy w relacji na klatę, bo mało kogo na to stać i życzę jej by udało się związek naprawić. Dla nich, dla niej i męża. Potem pójdzie z górki. Szczęśliwi rodzice=szczęśliwe dziecko. Ale szczęśliwi, a nie zespawani dzieckiem bo nie chcą rewolucji w życiu, bo któreś samo się nie utrzyma, bo strach przed samotnością, bo czy kogoś znajdę i bo co ludzie powiedzą.
  • amel.ka 01.03.18, 11:20
    Moze i w tym przypadku nie wchodzi w gre ktos trzeci, ale warto brac taka opcje pod uwage, zeby nie znalezc sie z tzw reka w nocniku. Dodatkowe rozprawy to dodatkowe koszty przeciez, nie wspominajac o czasie, ktory mozna by bylo poswiecic dziecku.
  • kromka-chleba 01.03.18, 11:49
    Oczywiście, że fakt, iż mnie to spotkało nie jest żadnym wyznacznikiem, ale jakoś dziwnym przypadkiem tak skończyło się w wszystkich znanych mi przypadkach (różnica była tylko taka, że jedni się ukrywali, inni nie, a ja też się upierałam tak jak autorka posta, że na 100% nie chodzi o inną kobietę, bo...i tu też miałam kilka usprawiedliwień - ten jej post to jak bym o sobie czytała, nie jest to podobna sytuacja, ale wręcz identyczna). Chcę tylko przestrzec autorkę posta przed uległością i tym bardziej wpędzaniem się w poczucie winy. Ja przez cały czas aż do rozwodu myślałam, że to moja wina, bo byłam taka czy inna, że w tej czy innej sytuacji mogłam się zachować inaczej to może by został...Z tego myślenia wyrwała mnie jedna mądra pani psycholog, która powiedziała jedno zdanie: "choćbyś była idealną matką, gospodynią i petardą w łóżku to i tak by się stało, bo ten typ tak ma, naoglądałam się tego przez lata praktyki i tego jestem pewna.Trafiłaś po prostu na toksycznego mężczyznę." A prawda była taka, że powiedział mi kilka rzeczy na odejściu, żebym faktycznie czuła się winna, a chyba po to, żeby on winny czuł się mniej i w moich i swoich oczach.
  • amel.ka 01.03.18, 13:21
    Dokladnie, ja jestem przekonana ze nigdy wina nie lezy w 100% po jednej stronie.
    Mozna wyluskac z opisu autorki, ze jej maz woli grac w gry komputerowe np zamiast spedzic czas w 3. Ale poniewaz ona skupila sie na sobie w opisie sytuacji i na swoich wadach, czesc osob postanowilo jej jeszcze dolozyc.
    O ile nie zdradzala go na prawo i lewo, to nie jest jej wina w 100%. Tyle. A wrecz moze byc tak jak w przypadku kromki-chleba, takie bylo moje pierwsze skojarzenie zreszta, mimo napisania przez autorke ze on nikogo nie ma.
  • leda16 02.03.18, 16:14
    vivi86 napisał(a):

    > Uważa, że wyrządziło mu to krzywdę (tak, trwanie dla tzw. dobra dziecka w poron
    > ionym związku robi mu krzywdę). I nie chce czegoś takiego zafundować synowi.


    Ha, ha, jakaż wygodna racjonalizacja własnej uczuciowej oziębłości i przemożnego pędu do przygody. Dla "dobra dziecka" poszukał sobie nowej d..y i chce mu rozpierdzielić rodzinę. A Ty jak mantrę powtarzasz brednie produkowane przez wiarołomnego chłopa, że dopiero wówczas dziecko będzie szczęśliwe jak mamusia będzie uprawiać seks z przypadkowym "wujkiem" a tatuś z przypadkową "ciocią".



    > Przy czym doceniam, że Byk bierze swoje błędy w relacji na klatę, bo mało kogo
    > na to stać i życzę jej by udało się związek naprawić.


    Tiaa, jak się walnie w biust i będzie powtarzać - moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina, to wystygłe uczucia na nowo rozgorzeją wysokim, strzelistym płomieniem? Nie doczytałaś, że te uczucia dawno wygasły a galwanizowany trup to wciąż tylko trup?


    Potem pójdzie z górki. Szczęśliwi rodzice=szczęśliwe dziecko. Ale szczęśliwi,


    A co to znaczy? Nawet filozofowie nie wiedzą czym jest szczęście, więc zdefiniuj je i napisz, na czym ono polega. Czy poczucie szczęścia jest w nas, czy dostajesz go od kogoś jak prezent pod choinkę, czy jest to moment czy lata, itp.? Inaczej powiem, że to jeszcze jeden pusty acz obłudny frazes mający usprawiedliwić miganie się od podjętych zobowiązań. W ogóle nie pojmuję, jak można uzależniać dobrostan, radość życia i komfort psychiczny dziecka, a zwłaszcza zobowiązania wobec niego podejmowane w akcie przysięgi małżeńskiej, od własnego "szczęścia" czymkolwiek by ono nie było. W tym miejscu należy chyba dla niektórych przywołać etiologię słowa "rodzina" - ona powstaje w momencie u-rodzenia dziecka a nie z chwilą zawarcia kontraktu małżeńskiego. na analogicznej zasadzie - kontrakt homoseksualny to też nie rodzina. Sednem rodziny są dzieci, a nie kontrakty cywilno prawne.



    > a nie zespawani dzieckiem bo nie chcą rewolucji w życiu, bo któreś samo się ni
    > e utrzyma, bo strach przed samotnością, bo czy kogoś znajdę i bo co ludzie powi
    > edzą.




    --
    Bóg zadba o moje miejsce na parkingu.
  • synowie2 01.03.18, 10:41
    Powiem tak, chyba Twój mąż buduje już inną relację i to nie z Tobą. Teraz nawet gdybyś stanęła na głowie też by to nie pomogło. Sama wiem ile warta jest taka wyżebrana miłość i powiem z perspektywy czasu nie warto, na siłę, nie warto. Nie pomogą żadne terapie i rozmowy. On nie chce być z Tobą.
  • leda16 02.03.18, 16:19
    synowie2 napisała:

    > Powiem tak, chyba Twój mąż buduje już inną relację i to nie z Tobą. Teraz nawet
    > gdybyś stanęła na głowie też by to nie pomogło.


    Ach, to teraz tak się nazywa zdrada małżeńska, "budowaniem nowej relacji"? Za moich czasów nazywało się to podłością. Popatrz, popatrz, a ja nadal postrzegam to jako ostatnie sk..syństwo jakie można zrobić żonie i dziecku. Taka zacofana jestem.




    --
    Bóg zadba o moje miejsce na parkingu.
  • amel.ka 01.03.18, 11:10
    Przebrnelam przez wszystkie posty i jestem bardzo zaskoczona niektorymi opiniami. Zwlaszcza tymi ze dziecko i rodzina to obowiazek kobiety. Jakby autorka byla 'kura domowa', to niestety ale w tym momencie znalazla by sie w czarnej d. Ktos powie, ze by nie doszlo do rozstania. Ale serio? Ktokolwiek wam da gwarancje ze zwiazek sie nigdy nie rozpadnie? Chyba tylko w bajkach takie rzeczy.
    A spelniona kobieta z pasjami to dobra matka i ciekawa partnerka zyciowa. Sfrustrowana i nieszczesliwa kobieta nie bedzie dobra matka dla swojego dziecka ani zona dla meza.
    No i dziecko ma oboje rodzicow.
    Ja wciaz slysze ze jestem uparta i musze zawsze postawic na swoim, ale tak sie sklada ze moj jest rownie uparty jak ja, wiec przy ewentualnych sprzeczkach jest nam ciezko dojsc do porozumienia, na prawde. Szczescie ze jestesmy raczej dopasowani i nie czesto nam sie klotnie zdarzaja.
    Twoj maz akumulowal w sobie poczucie krzywdy LATAMI, nie daj sobie wmowic ze wszystko przez dwa miesiace sie posypalo, to wrecz niemozliwe.
    Ja bym sie przyjrzala dziecku serio, bo byc moze jego rozchwianie wynika z tego, ze wy juz od dawna tak na prawde nie wspolpracujecie ze soba?
    Tez nie wykluczalabym ze on kogos ma, albo ktos mu sie zwyczajnie spodobal. Ale to niewiele zmienia w sumie.
    Im bardziej sie bedziesz narzucac, tym bardziej on bedzie chcial odejsc.
    Ktos tu dobrze napisal, niech sie wyprowadzi skoro on juz podjal decyzje, niech sklada pozew. Takie rzeczy nie dzieja sie w tydzien, bedzie mial czas na refleksje. Jak to nie pomoze to ukladaj sobie zycie na nowo i tyle.
  • vivi86 01.03.18, 12:01
    Dokładnie. To nie są te magiczne 2 miesiące i nawet nie ten magiczny kwartał regeneracji byka. Skończcie ludzie z tą pracą, autorka nie tyrała świata nie widząc przez dekadę.
  • hanusinamama 01.03.18, 14:09
    NIe wiem o czyj wpis ci chodzi. NIe pisałam ze matka musi dbac o dom, ja pisałam o obojgu. Ze Pani zafascynowana praca spedza w niej cały czas a dom jak hotel traktuje. Tatuś nie widzi potrzeby wyjsc z pracy bo dziecko potrzebuje raz na ruski rok zeby tata przedstawienie zobaczył. Pisałam o całej rodzinie. Znam dom gdzie mamam pracuje duzo, tata z domu i dzieci są kochane, zadbane i nie są zostawione samemu sobie. Natomiast mnie dziwi ze majać taką sytuacje rodzinną ( i ona i on zyją aby pracować a nie pracują zeby życ) i jeszcze się na dziecko decydują. Ja mam przyjaciółke ktora tak miała...bogaty dom i biedne samotn dziecko.
  • hanusinamama 01.03.18, 14:16
    I te magiczne jak manta "spełniona matka to spełnione dziecko". Jakby smao zadowolenie z zycia mamy dawało szczęscie dziecku. Przez pierwszych kilka lat jestesmy dla dziecka całym swiatem. NO niestety. NIe mwoie zeby sie uwiązac i odwalać Matkę Polkę ale ostatnio cały czas słysze ze jak sie dziecko rodzi to nic nie trzeba w zyciu zmieniac, trzeba sie realizować, dbać o siebie...a jak ja matka bede szczęsliwa to dziecko tez będzie. Łancuszek szczęscie? NO niestety nie. Nie da sie połączyć idealnie pracy zawodowej i macierzynstwa. Tzn da sie ale zawsze coś jest kosztem czegoś...jezeli kosztem jest dziecko to szkoda gadac.
  • vivi86 01.03.18, 14:50
    Zadowolenie ze ZWIĄZKU. Bycia mamy i taty ze sobą bo się kochają, a nie nienawidzących się, bo DZIECKO. Jakby warunkiem szczęścia dziecka była pełna, nienawidząca się rodzina
  • leda16 04.03.18, 11:58
    vivi86 napisał(a):

    Bycia mamy i taty ze sobą bo się kochają,

    Nie tylko dlatego są ze sobą "bo się kochają", tylko również mają wobec dziecka obowiązki, których realizacji nie mogą uzależniać od wzajemnych uczuć. Tak to już jest, że w momencie powołania do życia dziecka, ono staje się niezależną istotą, które MA PRAWA, prawo, do pełnej, KOCHAJĄCEJ SIĘ RODZINY. To, że tatuś zaczął nienawidzić mamusię albo co częstsze - dla uroku nowości niszczy dziecku rodzinę, to jego i tylko jego problem. Nie dziecka. Wobec tego, jakim prawem dziecko ma ponosić konsekwencję jego nieodpowiedzialności? Ktoś mu każe nienawidzić matki swojego dziecka, zmusza go do tego?! Jeśli zaś dochodzi aż do nienawiści współmałżonka, jeśli ta nienawiść eliminuje z rodziny takie uczucia jak przyjaźń, życzliwość, odpowiedzialność i wsparcie, to takiego "nienawistnika" określa się mianem rasowego psychopaty i obciąża konsekwencjami rozbicia rodziny a nie usprawiedliwia "dobrem dziecka". W kontrakcie małżeńskim (i ślubie kościelnym) zawarte są obowiązki wobec rodziny -obowiązki męża(żony) a nie obowiązek miłości. No i wiadomo, obowiązków można nie kochać, ale wypełniać je - z przyczyn moralnych i prawnych - należy. Oczywiście, najłatwiej, najwygodniej się wypiąć i "budować" zdradę, nienawiść, podłość, nikczemność... smile


    Jakby warunkiem szczęścia dziecka była pełna, nienawid
    > ząca się rodzina


    Ty znowu sypiesz frazesami, nie wiedząc co one znaczą. Takiego słowa jak "szczęście" ani kontrakt cywilny ani ślub nie zawierają. A nauka psychologią zwana głosi, że jeżeli dziecko wychowuje "nienawidząca się rodzina", czyli rodzina patologiczna, to wychowają następnego źle zsocjalizowanego, zaburzonego psychicznie popaprańca, klienta dla psychologów i psychiatrów.

    --
    Bóg zadba o moje miejsce na parkingu.
  • amel.ka 02.03.18, 14:20
    Nie mialam na mysli nikogo konkretnego, bo kilka osob sie wypowiadalo w bardzo negatywnym tonie i bardzo pojechalo po autorce, jeszcze bardziej utwierdzajac ja byc moze w przekonaniu ze to wszystko jej wina.

    Ja tez jestem za tym zeby OBOJE rodzicow zajmowalo sie domem, dzieckiem i soba nawzajem.
    A wina rzadko kiedy lezy w 100% po jednej stronie.
  • leda16 02.03.18, 16:55
    amel.ka napisała:
    Zwlaszcza tymi ze dziecko i rodzina to obowiazek kobiety.


    Ależ nikt chyba nie ma wątpliwości, że to obowiązek obojga rodziców.



    Jakby autorka byla
    > 'kura domowa', to niestety ale w tym momencie znalazla by sie w czarnej d. Kto
    > s powie, ze by nie doszlo do rozstania. Ale serio? Ktokolwiek wam da gwarancje
    > ze zwiazek sie nigdy nie rozpadnie?


    Kto? Nikt tak nie twierdził i nie ma takich gwarancji, natomiast nikt nie ma prawa olać podjętych wobec rodziny zobowiązań bo mu się ...znudziły lub coś tam "w sobie akumulował" bądź nie akumulował. Nikt też nie powinien łamać zawartych umów ponieważ wypełnianie zobowiązań stało się dla niego niekomfortowe i jest z tego powodu "nieszczęśliwy". Pokaż mi osobę, dla której obowiązki są źródłem szczęścia wink Tu po prostu rozstaje się dwoje egoistów, którzy nie potrafili się ze sobą zaprzyjaźnić i tyle. Spłodzili dziecko i oboje uciekali przed nim do roboty, zamiast odwrotnie. A kiedy miłość się skończyła, co następuje zawsze, bo nikt nie będzie ustawicznie żył w miłosnej euforii, zabrakło przyjaźni, życzliwości, tolerancji, przywiązania i poczucia obowiązku.


    > A spelniona kobieta z pasjami to dobra matka i ciekawa partnerka zyciowa. Sfrus
    > trowana i nieszczesliwa kobieta nie bedzie dobra matka dla swojego dziecka ani
    > zona dla meza.


    Z tego wniosek, że "kura domowa" jest złą matką a także wszystkie wdowy i porzucone przez mężów bądź kochanków "samodzielne mamy" to bardzo złe matki? No bo przecież nieszczęście je spotkało, więc tym swoim nieszczęściem obciążą swoje dziecko, tak?!




    --
    Bóg zadba o moje miejsce na parkingu.
  • koszmarna.baba 03.03.18, 23:12
    Ale Ty jesteś biedna Ledo16!
    Tak strasznie nienawidzisz tych pracujących matek, tak bardzo uważasz je za najgorsze zło jakbyś sama chciała taką być a nie mogłaś, bo zostałaś ZMUSZONA do bycia "kurą domową" i teraz próbujesz sama sobie wmówić, że to było jedyne i najlepsze rozwiązanie, i że to Ty jesteś najwspanialszą MATKĄ świata, i wszystkie inne powinny Cię słuchać niczym wyroczni delfickiej! I w dodatku one mają czelność nie mieć wyrzutów sumienia!

    --
    Nigdy nie zalewaj smutków, cholery umieją pływać!!!
  • leda16 04.03.18, 11:04
    Wyciągasz błędne wnioski z nieistniejących faktów, ale skoro lepiej się z tym czujesz i tym żałosnym sposobem starasz się podnieść swoją samoocenę, to myśl sobie, co chcesz.

    --
    Bóg zadba o moje miejsce na parkingu.
  • koszmarna.baba 04.03.18, 12:11

    leda16 04.03.18, 11:04

    Wyciągasz błędne wnioski z nieistniejących faktów, ale skoro lepiej się z tym czujesz i tym żałosnym sposobem starasz się podnieść swoją samoocenę, to myśl sobie, co chcesz.

    O nie! Ja czytam w tej samej czarodziejskiej kuli co Ty o Autorce wątku! big_grin
    Przecież to TY wiesz lepiej, że Ona jest pracoholiczką-pasjonatką w dodatku obrzydliwie pazerną (bo przecież tylko zwyrodniałe, pazerne i niekochające swoich dzieci matki idą egoistycznie do pracy zamiast hołubić dzieciątka aż do 18-stki)!

    >Te 3 lata nigdy się nie powtórzą,
    Ależ kochana ŻADNE lata nie powrócą więc powinnaś o swoje "wymarzone i wyczekane" szczęście osobiście troszczyć się jeszcze najmarniej 15 lat a Ty egoistycznie poszłaś do pracy i nie czekałaś z gorącym obiadkiem ani na dziecko, ani na chłopa!!! tongue_out


    --
    Nigdy nie zalewaj smutków, cholery umieją pływać!!!
  • lia.13 05.03.18, 14:06
    Hahaha, tekst o czarodziejskiej kuli boski, kradnę na przyszłość wink
  • centrumprobalans 01.03.18, 11:51
    Czym jest terapia par? Tutaj można o tym przeczyta: centrum-probalans.pl/czym-jest-terapia-par-malzenska/
    Dodatkowo jeden o kryzysach w związkach centrum-probalans.pl/kryzys-zwiazku-dalej/ . Mam nadzieję, że ułatwi to podjęcie decyzji.


  • rikol 01.03.18, 12:04
    nie widzę sensu kontynuowania tego związku. To stracony czas. Lepiej szybciej sobie ułożyć życie na nowo. A dziecko da radę, mnóstwo dzieci wychowuje się bez ojców. Tym bardziej, że to dziecko właściwie już żyje samo, bo rodzice pracują i nie mają czasu na nic innego. Jedna porada, żeby żądać rozwodu z orzeczeniem o winie. Rozwód bez orzeczenia o winie wcale nie będzie szybszy i warunki rozwodu będą dla ciebie znacznie gorsze.
  • kromka-chleba 01.03.18, 13:04
    Mój rozwód bez orzekania o winie potrwał pół godziny, więc nie zgodzę się z wypowiedzią, że nie jest szybszy, natomiast nauczona doświadczeniem popieram radę o walkę o orzeczenie winy.
  • enith 01.03.18, 15:31
    Rozumiem, że sugerujesz, że to mąż ma walczyć o orzeczenie winy żony? Odejście z niesatysfakcjonującego związku nie jest przesłanką do orzeczenia winy. Nie rozumiem więc, na jakiej podstawie mąż ma zostać uznanym wyłącznie winnym rozpadu małżeństwa. A jeśli autorka wątku pójdzie tą drogą, to mąż nie pozostanie jej dłużny i wyciągnie w sądzie całą historię małżeństwa z żony pracoholizmem, nie liczeniem się z niczyim zdaniem i odmową seksu. Ponieważ państwo mają dziecko i MUSZĄ się dogadać w sprawie opieki nad nim po rozwodzie, na miejscu Byka trzy razy zastanowiałbym się nad decyzją o rozwodzie z winy męża. Chyba, że ma w ręku twardy dowód na to, że mąż ma kochankę i to ona jest przyczyną rozpadu ich małżeństwa.
  • leda16 04.03.18, 12:18
    rikol napisała:

    Lepiej szybciej s
    > obie ułożyć życie na nowo. A dziecko da radę,


    To nie 5-cio latek ma "dawać radę", tylko dorośli ludzie, winni rozwalenia temu malutkiemu BEZRADNEMU dziecku rodziny, bo tylko oni ponoszą wyłączną odpowiedzialność za ten stan rzeczy.


    mnóstwo dzieci wychowuje się bez
    > ojców.


    I dlatego jest coraz więcej psychopatów na świecie. Za 15 -17 lat ten dzieciak sam będzie ojcem i po chwili własnemu dziecku rozpierdzieli rodzinę, bo przecież to nic złego, skoro tatuś tak zrobił tłumacząc dzieciakowi własną nikczemność następującym tekstem : "Szczęśliwi rodzice= szczęśliwe dziecko, a ja z twoją mamusią bardzo nieszczęśliwy byłem, nienawidziłem jej, dlatego nie było sensu, żebyśmy razem mieszkali. A teraz JA jestem szczęśliwy! Więc o co ci gówniarzu chodzi, miałem z nią siedzieć, żebyś był nieszczęśliwy?
    Ps. Wśród zabójców 95% to mężczyźni...






    --
    Bóg zadba o moje miejsce na parkingu.
  • isiah.thomas 01.03.18, 13:05
    Trzymaj się. Ja mam dokładnie tę samą sytuację (minus dziecko). Walczę od 15 miesięcy i nie daję za wygraną, chociaż straciłem już wiarę. Nie chcę rozwodu, druga strona twierdzi jednak, że "podjęła decyzję".

    Powodzenia.

    --
    *support retired stuntmen*
  • vivi86 01.03.18, 13:47
    Zostawcie w spokoju pracę autorki. Jeśli nie ma zdrady lub nagłego wyjścia na jaw wielkiego oszustwa to do decyzji pt zakończenie małżeństwa się dojrzewa i to nie w 2 miesiące. To długi proces.
  • enith 01.03.18, 15:45
    vivi86 napisał(a):

    > Zostawcie w spokoju pracę autorki. Jeśli nie ma zdrady lub nagłego wyjścia na j
    > aw wielkiego oszustwa to do decyzji pt zakończenie małżeństwa się dojrzewa i to
    > nie w 2 miesiące. To długi proces.

    Zgadzam się w 100%. Zastanawia mnie natomiast jedno. Autorka wątku napisała, że jej mąż nigdy nie sygnalizował, że coś mu w ich relacji nie odpowiada. I gdy ten sam niewylewny mąż nagle podnosi temat swojego braku satysfakcji i żąda poważnej rozmowy o stanie ich małżeństwa, Byk przechodzi nad tym tak po prostu do porządku dziennego. I idzie do pracy odkładając rozmowę i działania mogące uratować rozpadający się związek na kolejnych wiele tygodni. Nie potrafię tego zrozumieć. Jak można było zignorować ten ostatni dzwonek, żeby nie napisać, wyjącą syrenę alarmową i uznać, że sprawa może poczekać? I to tak długo?
    Zgadzam się, mąż dojrzewał do decyzji o odejściu prawdopodobnie przez wiele miesięcy, ale chyba właśnie te dwa ostatnie okazały się ostatnim gwoździem do trumny ich małżeństwa.
  • vivi86 01.03.18, 15:55
    też nie rozumiem odłożenia rozmowy na ów nieszczęsny kwartał, o czym już pisałam..

    Byk pisała, że poszli na terapię, mam nadzieję, że proces trwa i jest jeszcze szansa
  • enith 01.03.18, 16:11
    Po tym, co powiedział na terapii mąż, szanse są raczej nikłe. Słowa o wzruszeniu ramion na wieść, że jej się coś stało, wskazują raczej na kompletną obojętność. Mam wrażenie, że mąż podjął decyzję już dawno, a na pierwszej sesji wymuszonej przez żonę terapii nie krył się kompletnie ze swoim brakiem uczuć wobec żony. Nie wiem, czy jest sens dalszego ciągania go tam wbrew woli i chęciom.
    Swoją drogą to uczucie obojętności wobec partnera jest mi doskonale znane. Przeszłam to samo w swoim poprzednim związku. Po długim czasie partnera nieliczenia się z moimi uczuciami, doszłam do ściany i stwierdziłam, że nic już do niego nie czuję i chcę zakończyć związek. Partnera spóźnione próby rehabilitacji i naprawy związku tylko pogłębiały moje zniechęcenie i frustrację. Partner miał wiele szans, z których z własnej winy czy lenistwa nie skorzystał, a ocknął się dopiero wtedy, gdy miał przysłowiowy nóż na gardle. Z tym, że dla mnie związek już wtedy nie istniał i marzyłam tylko o tym, żeby się stamtąd wyrwać. Mam wrażenie, że u męża autorki wątku ma miejsce coś podobnego.
  • vivi86 01.03.18, 15:57
    Nie sygnalizował. Hmmmmm Byk pisała, że ma trudny charakter, a to najłatwiej widzi się u siebie jak jednak jakieś iskry lecą.
  • abc321654 01.03.18, 15:58
    Daj sobie spokój , to trwało latami. Zadbaj o siebie nie staraj się, bo tylko pogarszasz sprawę . Pracowałaś dla dobra rodziny , pieniądze są po to aby żyć, nie obwiniaj siebie tylko jego. Ja mam odwrotną sytuację, ale bardzo podobną. Zona od kilku lat stara się zniszczyć naszą rodzinę, a ja próbuje ją ocalić. Nie warto , jak ktoś się uprze to nic na to nie poradzisz. Mamy dwoje małych dzieci, a dla żony nasze małżeństwo śmierdzi- nie myśli o nikim tylko o sobie jak Twój mąż. Taka sytuacja (ciągłe kłótnie) doprowadziła do tego że mam poważną depresję , zaniedbuję swoje zdrowie , rodzinę i swoją działalność którą ciężko budowałem od podstaw i z której utrzymuję rodzinę na przyzwoitym poziomie. Czy na to zasłużyłem? Starałem się bardzo i po co? Była tylko praca i rodzina - myślałem że jestem naprawdę dobrym mężem i ojcem. Zona ma objawy choroby psychicznej, ale woli zniszczyć rodzinę niż udać się na leczenie (straciliśmy dziecko i jej od tego w głowie się poprzestawiało ). Teraz sam zostałem egoistą i wszystko powoli wraca do normy. Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu
  • leda16 04.03.18, 12:42
    abc321654 napisał(a):

    Zo
    > na od kilku lat stara się zniszczyć naszą rodzinę, a ja próbuje ją ocalić. Nie
    > warto , jak ktoś się uprze to nic na to nie poradzisz. Mamy dwoje małych dzieci
    > , a dla żony nasze małżeństwo śmierdzi- nie myśli o nikim tylko o sobie jak Twó
    > j mąż. Taka sytuacja (ciągłe kłótnie) doprowadziła do tego że mam poważną depre
    > sję ,


    Sorry, że się wtrącę, ale do kłótni zawsze trzeba dwojga. Gdybyś nie reagował na zaczepki, prowokacje, itp. do kłótni by nie dochodziło. A już nadużyciem jest stwierdzenie, że przez żonę masz depresję. Żadna choroba nie powstaje "przez kogoś" - temperament, podatność, cechy osobowości, to są główne wyznaczniki depresji. Dobry psychiatra i w 3 miesiące pozbywasz się depresji chyba, że jest ona endogenna.


    aniedbuję swoje zdrowie , rodzinę i swoją działalność którą ciężko budo
    > wałem od podstaw i z której utrzymuję rodzinę na przyzwoitym poziomie. Czy na t
    > o zasłużyłem?



    I przyjmujesz postawę cierpiętniczą zamiast uzmysłowić sobie, że Twój marazm (zaniedbywanie zdrowia, pracy, dzieci) to wyłącznie Twoja decyzja. I jaki skutek chcesz osiągnąć, wzruszyć żonę?



    Starałem się bardzo i po co? Była tylko praca i rodzina - myślałe
    > m że jestem naprawdę dobrym mężem i ojcem.


    Tak się oceniasz? A co żona ma na ten temat do powiedzenia?


    Zona ma objawy choroby psychicznej,
    > ale woli zniszczyć rodzinę niż udać się na leczenie (straciliśmy dziecko i jej
    > od tego w głowie się poprzestawiało ).


    No to karetkę i do psychiatryka. Drugą opcją jest sąd rodzinny i przymusowe leczenie. Jeśli żona rzeczywiście jest chora psychicznie, to jak każdy psychotyk - nie ma poczucia choroby ani motywacji do leczenia. Ale można też podejrzewać, że to Ty sam postawiłeś jej taką diagnozę jeśli zamiast rozpoznania psychiatrycznego z ICD-10 piszesz: "w głowie się jej poprzestawiało" od czegoś tam. Utrata dziecka może być tylko czynnikiem inicjującym psychozę, nigdy etiologią choroby.


    --
    Bóg zadba o moje miejsce na parkingu.
  • amarga 02.03.18, 00:00
    Nie ma sensu na siłę kleić relacji, która de facto od dłuższego czasu nie istnieje. W moim przypadku do decyzji o zakończeniu dwunastoletniego związku dojrzewałam trzy lata, przy czym sygnały ostrzegawcze wysyłałam regularnie, z każdym razem bardzo wyraźne i mocne, ale przez drugą stronę zbywane jako babskie fanaberie czy jakieś tam niegroźne „przychrzanianie się” o drobiazgi. Drobiazgi oczywiście dla niego, podczas gdy dla mnie miały naprawdę ogromne znaczenie. Przed ostateczną decyzją zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, aby związek uratować, ale zostałam zignorowana (nie wiem, czy zachowanie Twojego męża uległo jakiejś zmianie w ostatnich miesiącach, ale być może w ferworze pracy przeoczyłaś coś istotnego). Aż pewnego dnia coś we mnie pękło i już nie było odwrotu. Oczywiście partner błagał mnie o jeszcze jedną szansę, obiecywał poprawę i zmianę, ale byłam święcie przekonana, że to tylko dla załagodzenia sprawy. Nie oszukujmy się - nie da się zmienić wrodzonych cech charakteru czy zachowań nabytych w dzieciństwie. Nagłe gesty czułości, zainteresowanie moimi sprawami, które jeszcze tydzień wcześniej kompletnie go nie obchodziły, tylko mnie wkurzały, bo wyczuwałam w nich fałsz. Facet posunął się nawet do szantażu samobójstwem, ale jego wcześniejszą postawą i czynami zostałam tak głęboko skrzywdzona, że już naprawdę było mi obojętne, czy i co sobie zrobi. Ale nie gnębiłam go, nie poniżałam ani nie obrażałam. Po prostu podziękowałam za wspólne chwile i poszłam swoją ścieżką.

    A teraz najważniejsze: po końcu świata i bardzo, bardzo trudnych chwilach wszystko się wyprostowało. Oboje poznaliśmy nowych partnerów, oboje zbudowaliśmy nowe relacje, oboje mamy dziś fajne, spełnione rodziny, w których czujemy się szczęśliwi i docenieni. Zmierzam do tego, że trwanie na siłę w „związku”, w którym brakuje punktów wspólnych (dążeń, celów, marzeń, uczuć, ognia w sypialni) jest bezsensowne. Tylko ograniczacie się nawzajem, przekreślacie szanse na szczęście i swoje, i partnera, jak również waszego dziecka. Opisana postawa męża wskazuje, że szanse na porozumienie są nikłe, bo przekroczył tę cienką, magiczną linię, oddzielającą nadzieję od rezygnacji. Możesz próbować pracować nad swoim charakterem, ale samej esencji nie zmienisz - jeśli jesteś dominująca i egoistyczna, jak sama piszesz, to taka zostaniesz. Ale to wcale nie oznacza, że jesteś zła i że w przyszłości ktoś tego w Tobie szczerze nie pokocha. Zamiast tracić energię na walkę o z góry przegraną sprawę czasem lepiej spożytkować ją na umeblowanie się w życiu od nowa. Rozsądne podejście i porządny rachunek sumienia pozwala na przebaczenie sobie wzajemnych win. Dziś z moim byłym partnerem i jego obecnymi bliskimi CAŁA nasza rodzina utrzymuje ciepłe relacje, prawie przyjacielskie. Spotykamy się na plotki przy kawie i wręczanie upominków pod choinkę, wspieramy się wzajemnie w trudniejszych chwilach. Jeśli zaczniesz walkę na noże, wszyscy wyjdziecie z tego przegrani. I najbardziej żal będzie dziecka.

    Spróbuj być ze sobą szczera i odpowiedz sobie na kilka podstawowych pytań. Czy kochasz męża bezwarunkowo, na tyle mocno, by bez względu na okoliczności poświęcić za niego swoje życie, pasje, zainteresowania, przyzwyczajenia, etc.; czy może jesteś po prostu zszokowana i sparaliżowana obawą o przyszłość BEZ obecności partnera, ze wszystkimi wynikającymi z tego konsekwencjami (łatką samotnej matki, rozwódki, tej gorszej co nie umiała dobrej partii utrzymać przy boku, itp.)? To pomoże Ci właściwie wybrać. Pamiętaj tylko, że strach ma zazwyczaj wielkie oczy, a ludzie nie zdają sobie sprawy, jak daleko są elastyczni, póki nie muszą się rozciągnąć ponad dotychczasowe granice. Które naprawdę warto przekraczać.

    Trzymam kciuki, żebyś wyszła jak najszybciej na prostą. PS. Dziecku dużo łatwiej wytłumaczyć zmianę sytuacji rodzinnej, jeśli wszystko rozgrywa się w spokoju i w ramach rozmów/negocjacji a nie kłótni,, a tym bardziej przemocy fizycznej lub psychicznej między małżonkami.
  • susie34 02.03.18, 12:52
    Uwazam, ze Byk za bardzo wini siebie, a widac wyraznie ze maz tez nie jest idealny. Skoro oczekiwal kury domowej powinien powiedziec o tym przed slubem. Zarzut o rezygnacji z gier komputerowych z powodu innych obowiazkow nadaje sie do kabaretu. Zgadzam sie, ze Byk powinien potraktowac meza powaznie jak ten zglaszal, ze jest mu zle. Z drugiej strony gdyby to kobieta byla niezadowolona z malzenstwa a maz mial goracy okres w pracy to chyba kazdy poradzilby wstrzymanie sie z powazna rozmowa do czasu zakonczenia nawalu pracy. Kiedy czlowiek wraca wykonczony i marzy tylko o snie to nie jest idealny moment na powazna i trudna rozmowe.
  • tt-tka 03.03.18, 19:09
    susie34 napisała:

    > Uwazam, ze Byk za bardzo wini siebie, a widac wyraznie ze maz tez nie jest idea
    > lny. Skoro oczekiwal kury domowej powinien powiedziec o tym przed slubem. Zarzu
    > t o rezygnacji z gier komputerowych z powodu innych obowiazkow nadaje sie do ka
    > baretu.

    Imo to nie byl zarzut, tylko proba ilustracji, do jakiego stopnia oni nie maja juz ze soba nic wspolnego. Albo powiedzial cokolwiek bzdurnego, by bylo jasne, ze on juz z ta relacja skonczyl i nie ma o czym gadac.
    Gdzies powyzej padla rada "zostawcie na razie dziecko, zajmijcie sie soba" - nie bardzo wiem, jak to rozumiec. Spakowac dziecko i odlozyc na pawlacz, poki panstwo nie dogadaja sie do czegokolwiek ?
  • vivi86 03.03.18, 22:35
    Nie-skupić się na tym czy oni widzą się jako mąż i żona. Czy widzą się jako para, bo to jest fundament rodziny. A nie przejść nad bałaganem między nimi bo trzeba być razem bo DZIECKO. Rodzina zaczyna się od małżeństwa, nie od rodzicielstwa
  • tt-tka 03.03.18, 23:46
    vivi86 napisał(a):

    > Nie-skupić się na tym czy oni widzą się jako mąż i żona. Czy widzą się jako par
    > a, bo to jest fundament rodziny.

    A, jasne. Ale tu chyba juz nie ma o czym, na moje wyczucie...

    A nie przejść nad bałaganem między nimi bo trz
    > eba być razem bo DZIECKO. Rodzina zaczyna się od małżeństwa, nie od rodzicielst
    > wa

    Ale malzenstwo moze przestac byc malzenstwem, a dziecko nadal jest. Nie, wcale nie uwazam, ze trzeba byc razem dla dziecka, dla jasnosci. Niemniej sprawe rozstania - bo gdy jedna strona nie dopuszcza innej opcji, to mowic mozna tylko o tym - zaczelabym wlasnie od dziecka. Z kim zostanie, jak widza kwestie opieki nad nim i tak dalej.

    PS to czasem pozwala ochlonac. Emocje opadaja, gdy przechodzi sie do spraw praktycznych, nie zawsze oczywiscie. Ja sie tylko boje, ze zadne z nich nie widzi sie na stale z dzieckiem w roli jedynego opiekuna.
  • enith 04.03.18, 03:38
    > zaczelabym wlasnie od dziecka. Z kim zostanie, jak widza kwestie opieki nad nim i tak dalej.

    > PS to czasem pozwala ochlonac. Emocje opadaja, gdy przechodzi sie do spraw praktycznych, nie zawsze oczywiscie.

    Zgadzam się. Znam przynajmniej jedną parę, która zdecydowana na rozwód, gdy przyszło do omawiania logistyki rozwodu (opieki nad dziećmi, podziałem majątku oraz ukochanej firmy budowanej od zera), zrezygnowała z tegoż rozwodu. Jak widać wszystko jest możliwe.

    > Ja sie tylko boje, ze zadne z nich nie widzi sie na stale z dzieckiem w roli jedynego opiekuna.

    Ale to chyba dobrze? Rodzice przecież powinni oboje na równi opiekować się dzieckiem. To kwestia do ustalenia między małżonkami.
    Jedno jest pewne: koniec z przesiadywaniem po 16 godzin w pracy tak dla żony, jak i dla męża. Pracując w takim wymiarze czasu nie da się sprawować opieki nad dzieckiem. Kto ma go doglądać, gdy matka czy ojciec siedzą w pracy do 20-tej?
  • tt-tka 04.03.18, 09:27
    enith napisała:
    > > Ja sie tylko boje, ze zadne z nich nie widzi sie na stale z dzieckiem w r
    > oli jedynego opiekuna.
    >
    > Ale to chyba dobrze? Rodzice przecież powinni oboje na równi opiekować się dzie
    > ckiem. To kwestia do ustalenia między małżonkami.

    Jasne. skrot myslowy - zadnego z nich nie widze jako chetnego do mieszkania z dzieckiem. raczej woleliby, zeby to drugie... a on/a weekendowo lub z doskoku.


    > Jedno jest pewne: koniec z przesiadywaniem po 16 godzin w pracy tak dla żony, j
    > ak i dla męża. Pracując w takim wymiarze czasu nie da się sprawować opieki nad
    > dzieckiem. Kto ma go doglądać, gdy matka czy ojciec siedzą w pracy do 20-tej?

    A to tak. Tylko czemu wczesniej tego nie wiedzieli ?
  • vivi86 04.03.18, 12:02
    Znowu, ona po 16 godzin nie rypała latami. To były 2 miesiące. Jak nie ma mega oszustwa lub romansu wychodzących na jaw to NIE ma opcji, by 2 miesiące, a nawet kwartał odpoczynku załatwiły małżeństwo.

    Jak u Osjany-od początku końca do rozstania minęły 4 LATA, a źle było wcześniej, duuużo wcześniej. Takich decyzji nie podejmuje się z dnia na dzień, 2 czy nawet 5 miesięcy nie pogrzebią małżeństwa. To tylko kropla, która (oby nie) przelała czary.

    Problemy, co widzi też Byk są przede wszytkim (95% imo) gdzie indziej i były wcześniej.
  • leda16 04.03.18, 11:24
    enith napisała:
    > Zgadzam się. Znam przynajmniej jedną parę, która zdecydowana na rozwód, gdy prz
    > yszło do omawiania logistyki rozwodu (opieki nad dziećmi, podziałem majątku ora
    > z ukochanej firmy budowanej od zera), zrezygnowała z tegoż rozwodu. Jak widać w
    > szystko jest możliwe.


    Ależ to tylko znaczy, że zwyciężyły argumenty ekonomiczne i zdroworozsądkowe a nie żadna tam "miłość". On poszuka sobie kochanki na boku, którą będzie bajerował rozwodem, ona będzie udawać, że tego nie widzi. Bardzo często tak jest między małżonkami w średnim wieku.




    > Jedno jest pewne: koniec z przesiadywaniem po 16 godzin w pracy tak dla żony, j
    > ak i dla męża. Pracując w takim wymiarze czasu nie da się sprawować opieki nad
    > dzieckiem. Kto ma go doglądać, gdy matka czy ojciec siedzą w pracy do 20-tej?


    No, skoro to są ich "pasje" a dziecko pasją nigdy nie było, lecz zawsze zbędnym, uciążliwym balastem, to niestety on zostanie z "honorem" i następną kandydatką do obrączki a Ona z "bachorem".




    --
    Bóg zadba o moje miejsce na parkingu.
  • vivi86 04.03.18, 11:53
    No właśnie w najgorszym razie przestać być małżeństwem.
    Ja jestem albo za byciem razem bo się chce, albo rozstaniem ze sobą, a nie z dzieciakiem. ale do tego to oni muszą spojrzeć na siebie i zacząć od siebie, a nie od dziecka.

    Opcja typu zostańmy razem bo dobro dziecka nawet jeśli nie jest to może być odebrana jako szantaż dzieckiem i być przejawem myślenia typu nienawidząca się, ale PEŁNA (nieważne jaka, byle była pełna) rodzina dla "dobra" (serio///) dziecka
  • leda16 04.03.18, 11:08
    vivi86 napisał(a):

    Rodzina zaczyna się od małżeństwa, nie od rodzicielst
    > wa


    Czyli dwóch duńskich pedałów (bo tam zalegalizowano ostatnio małżeństwa homoseksualne), to już rodzina?

    --
    Bóg zadba o moje miejsce na parkingu.
  • vivi86 04.03.18, 11:54
    Jak to rodzina to koniec adopcji i surogatek, niech sobie spłodzą smile
    Nie, dla mnie rodzina to najpierw małżeństwo kobiety i mężczyzny, a następnie dziecko. W tej kolejności, wg tej hierarchii.
  • leda16 04.03.18, 12:49
    Mimo szacunku dla Twoich prywatnych poglądów, uważam, że są one nielogiczne. Nie ma rodziny bez zaistniałych więzów krwi. Jest oczywiście wyjątek pomijający regułę czyli adopcja ale ona ma charakter czysto prawny a nie biologiczny.

    --
    Bóg zadba o moje miejsce na parkingu.
  • tt-tka 04.03.18, 13:36
    vivi86 napisał(a
    > Nie, dla mnie rodzina to najpierw małżeństwo kobiety i mężczyzny, a następnie d
    > ziecko. W tej kolejności, wg tej hierarchii.

    Smutne. Tzn np matka z corka to nie rodzina, tylko kto ? Dwie samotne kobiety ? Rodzic z dzieckiem, dzieci (rodzenstwo) bez rodzicow albo z rozdzielonymi, para majaca wspolne dziecko i zyjaca razem, a nie bedaca malzenstwem... Strasznie zawezilas pojecie rodziny. Rodzina naprawde nie rowna sie zalegalizowana podstawowa komorka spoleczna. To jest pojecie znacznie szersze.
  • vivi86 04.03.18, 14:03
    Ja tam jestem za małżeństwem, nie konkubinatem

    I nie napisałam, że matka+córka to nie rodzina tylko, że rodzina zxaczyna się od żony i męża. Potem również dzieci, ale przeskoczenie tego etapu, że jest też małżeństwo (odstawienie na boczny tor i teraz tylko dzieciaczki) kończy się źle i dla małżeństwa i dla rodziny
  • tt-tka 04.03.18, 14:26
    Nawet jesli zaczyna sie od malzenstwa, to w wielu wypadkach na tym sie nie konczy. Tu jest dziecko. Jest. Obecne, istniejace i za male, by poradzic sobie samo. Oni MUSZA pomyslec najpierw o dziecku, co nie znaczy, ze ze wzgledu na dziecko musza byc razem. Byli juz, piec lat i wyglada na to, ze nic im to nie dalo.
    Tylko o sobie juz pomysleli i maja, co maja.
  • leda16 04.03.18, 21:51
    vivi86 napisał(a):

    > Ja tam jestem za małżeństwem, nie konkubinatem


    Ja też, co nie stoi w sprzeczności z faktem, że konkubenci też bywają rodzicami, czyli tworzą rodzinę, rodziną jest też dziecko żonatego mężczyzny z kochanką. Ty chyba uważasz, że jeśli fakty stoją w sprzeczności z Twoimi poglądami to...tym gorzej dla faktów smile. Dlatego uporczywie zaprzeczasz prymatowi pokrewieństwa nad umową cywilno-prawną.


    > I nie napisałam, że matka+córka to nie rodzina tylko, że rodzina zxaczyna się o
    > d żony i męża.


    Niestety, logika Twoich wywodów mocno skrzeczy. Facet zrobił kobiecie dziecko i pobiegł dalej. Ona u-rodziła jego dziecko, więc tworzą biologiczną rodzinę i mimo, że chłop stosuje infantylny mechanizm wyparcia, łączy go z dzieckiem najbliższe po-krew-ieństwo, więzy krwi, więzy rodzinne. Niesie to zresztą skutki prawne znacznie szersze, niż skutki prawne samego małżeństwa.


    Potem również dzieci, ale przeskoczenie tego etapu, że jest też
    > małżeństwo (odstawienie na boczny tor i teraz tylko dzieciaczki) kończy się źle
    > i dla małżeństwa i dla rodziny


    W pierwszych tygodniach a nawet miesiącach po porodzie najważniejsze, bo najbardziej bezbronne są właśnie noworodki i na nich, a nie na dorosłym facecie musi się koncentrować uwaga matki. Jeżeli mąż uważa, że w tej sytuacji to on powinien być na pierwszym torze, pielęgnowany i adorowany to znaczy, że nie dorósł ani do roli męża, ani ojca.



    --
    Bóg zadba o moje miejsce na parkingu.
  • leda16 04.03.18, 22:17
    Może jeszcze dodam, iż po rozwodzie małżeństwo bezdzietne zawsze staje się dwojgiem obcych sobie ludzi, nie spokrewnionych ze sobą, zaś rodzinę po rozwodzie do końca życia łączą więzy krwi, ponieważ mają wspólne dziecko (dzieci). Następne dzieci obojga ale z innymi partnerami, są rodzeństwem przyrodnim o na tyle bliskim pokrewieństwie, że nie wolno im nawet zawierać z sobą związku małżeńskiego. I znowu wyjątkiem są tutaj rodziny adopcyjne. Np. Mąż aktorki Mii Farow, nie pamiętam nazwiska, ale był to słynny reżyser, puścił żonę w trąbę i w majestacie prawa ożenił się z ich córką adopcyjną. Z biologiczną taki przekręt by mu nie wyszedł i jeszcze poszedłby za kratki z paragrafu o kazirodztwie. Tak więc, jednak nie kontrakt, ale wyłącznie płodzenie i rodzenie stwarza rodzinę. W tych standardach nie ma miejsca na "rodziny" homoseksualne.

    --
    Bóg zadba o moje miejsce na parkingu.
  • a1ma 05.03.18, 09:36
    Chodzi o Woodego Allena? To może sprostuje - Soon-Yi jest adoptowana córka byłej żony Woodego i jej ex-partnera. Nie jest jego adoptowana córka. Nawet w Ameryce nie ma możliwości zawarcia związku małżeńskiego z własnymi dziećmi, biologicznymi czy adopcyjnymi.

    --
    I was expecting applause but I suppose stunned silence is equally appropriate.
  • brz_a_sk 03.03.18, 12:41
    idziesz na terapię - TY
    zaczynasz dbać przynajmniej o dziecko
    i miej nadzieję, że dziecko razem z ojcem nie odejdą zanim Ty się nie ogarniesz, bo oczywiście powinni - tak?

    stworzyłaś chorą sytuację i lecz się dla siebie, bo rodzinę już zdewastowałaś;
    prawda jest taka choć okrutna - ale z tego co piszesz to autorskie dzieło;
  • vivi86 03.03.18, 13:07
    Ja uważa, że ona opisała co ONA robi źle, co nie znaczy ,że mąż jest idealny. Większość winy po być po jej stronie, ale czy cała tego nie wiemy
  • kanna 03.03.18, 13:42
    > musiałam chodzić do pracy 7 dni w tygodniu na 12 a nawet 16 godzin dziennie i trwało to 2 miesiące,

    I to może być powodem agresywnych zachowań dziecka. Porzucenie uncertain

    --
    Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy.
    Pół wieku poezji

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.