Dodaj do ulubionych

Brutalna lekcja Rutkowskiego (o nakazie sądowym)

05.11.05, 21:03
"Ratujcie mnie! Niech mi ktoś pomoże!" - błagał siedmioletni Krzyś, kiedy jego
matka w asyście komandosów detektywa Krzysztofa Rutkowskiego wyciągnęła go z
klasy na oczach kolegów. Dzieci są w szoku, nie mogą się otrząsnąć. Wczoraj
spotkały się w szkole z psychologami

Czwartek, 27 października. Elżbieta Bober, wychowawczyni pierwszaków w
podstawówce w Książenicach koło Czerwionki-Leszczyn (Śląskie), prowadzi lekcję
czytania i pisania. Kilka minut po godz. 10 otwierają się drzwi. Do klasy
wchodzi Ewa B., matka siedmioletniego Krzysia. W ręku trzyma sądowy nakaz
opieki nad synem. Kobiecie towarzyszą dwaj mężczyźni w kamizelkach
kuloodpornych, rękawicach i ciemnych okularach. Na plecach mają napisy
"Rutkowski Patrol". Na widok komandosów w klasie wybucha panika. Dzieci krzyczą.

Matka chwyta Krzysia za rękę, odpycha nauczycielkę, która zastawia jej drogę,
i wychodzi z klasy. Ludzie Rutkowskiego otaczają ją, blokują dostęp do
chłopca. Chwilę potem siedmiolatek ląduje w zaparkowanym przed szkołą
samochodzie, odjeżdżają z piskiem opon. - Krzyś był przerażony, wzywał pomocy
- mówi zszokowana nauczycielka.

Walkę o opiekę nad chłopcem rozwiedzeni rodzice toczyli od kilku lat.
Ostatecznie wygrała matka. Krzyś ze zdjęcia w szkole: zadbany blondynek w
białej bluzce i granatowych spodniach pozuje z całą klasą do szkolnej
fotografii. Od czasu akcji Rutkowskiego nikt w szkole nie wie, gdzie teraz
przebywa.

Ale to nie koniec brutalnej lekcji, jaką urządził "Rutkowski Patrol" z matką
Krzysia. Dzieci, które były świadkami nalotu komandosów, nie potrafią sobie
poradzić ze stresem. - Moją Elę po powrocie do domu bolało serduszko i brzuch.
Od kilku dni ma nocne koszmary - opowiada jedna z matek.

Rodzice zapowiadają, że nie darują Rutkowskiemu, bo naraził ich dzieci na
traumatyczne przeżycia. Chcą złożyć pozew przeciwko detektywowi i jego
ludziom. - To niedopuszczalne, że sprawy dorosłych rozgrywają się na oczach
małych dzieci - grzmią.

Od wczoraj w szkole z dziećmi i rodzicami rozmawiają psychologowie. - Nigdy
nie miałam z czymś podobnym do czynienia. Uczniowie mają zaburzone poczucie
bezpieczeństwa - mówi psycholog Krystyna Krzakowska.

Krzysztof Rutkowski twierdzi, że matka miała prawomocny wyrok sądu i jego
zdaniem to wystarczający powód do przeprowadzenia akcji w szkole. - Mnie tam
nie było, ale wiem, że matka od lat bezskutecznie próbowała skontaktować się z
dzieckiem. Nie pomagała jej w tym ani policja, ani sądy. Odebraliśmy chłopca w
szkole, bo nie było innej możliwości. Wszystko mamy nagrane na wideo - mówi
detektyw.

Profesor Zbigniew Hołda, prawnik z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, nie ma
jednak wątpliwości, że ekipa Rutkowskiego złamała prawo. - W żadnym kodeksie
nie ma ani słowa o tym, że ludzie detektywa są upoważnieni do egzekwowania
wyroków sądów. Od tego są komornicy lub policja.

Danuta Zieleźna, dyrektorka szkoły w Książenicach, ma ogromny żal do policji.
Twierdzi, że dwukrotnie prosiła o interwencję - w trakcie akcji komandosów
Rutkowskiego i po ich odjeździe. Nikt jednak nie przyjechał. Bernadetta
Breisa, szef prokuratury w Rybniku, obiecuje wyjaśnić, dlaczego policja nie
interweniowała.

Śląska policja wszczęła śledztwo w sprawie akcji w szkole. - Nazwisko pana
Rutkowskiego nie robi na nas wrażenia. Jeżeli złamano prawo, osoby
odpowiedzialne zostaną pociągnięte do odpowiedzialności karnej - zapowiada
gen. Kazimierz Szwajcowski, komendant wojewódzki w Katowicach.

Mieczysław Grabianowski, rzecznik MEN: - Wejście służb porządkowych na teren
szkoły może się odbyć wyłącznie za zgodą dyrektora. Trudno jednak do takich
służb zaliczać ekipę prywatnego detektywa. To absurdalne, by w ten sposób
organizować "porwanie" dziecka z lekcji! Nie wykluczam, że minister edukacji
będzie w tej sprawie interweniował. Wcześniej musimy poznać wszystkie szczegóły.

To nie pierwszy wyskok Krzysztofa Rutkowskiego i jego ludzi. Trzy lata temu w
czeskim Cieszynie detektyw wyważył drzwi w hotelu Piast i porwał ukrywającego
się tam zabójcę notariusz z Oświęcimia. Do Polski przywiózł go na podstawie
dyplomatycznego paszportu (był wtedy posłem Samoobrony) i oddał w ręce
policji. - Doszło do bezprecedensowego naruszenia zwyczajów międzynarodowych,
umów dwustronnych i prawa czeskiego - grzmiał wtedy czeski MSZ. Sprawa
rozeszła się po kościach.

W latach 90. Rutkowski stosował kontrowersyjne metody, gdy odzyskiwał
kradzione samochody. Podawał się za oficera Interpolu, Komendy Głównej
Policji, a na przejściu granicznym w Terespolu zatrzymał nawet trzech
białoruskich deputowanych do parlamentu. - Ten czyny nie były społecznie
niebezpieczne - twierdziły sądy i umarzały każde wszczęte przez prokuraturę
śledztwo.

Katowicka prokuratura bada związki Rutkowskiego z mafią paliwową. Detektyw był
doradcą prawnym aresztowanego Henryka M., śląskiego barona paliwowego,
podejrzanego o oszustwa na ponad 100 mln zł. Ludzie Rutkowskiego odpowiadali w
jego firmie m.in. za ochronę transportów z paliwem. Rutkowski zapewnia: - Moje
działania w firmie pana M. były zgodne z prawem.
serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34308,3002058.html
--
madamy i żętelmeny
Bródno
Edytor zaawansowany

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka