Dodaj do ulubionych

Separacja... i co dalej?

20.12.05, 12:28
Moje 13 letnie małżeństwo przeżywa poważny kryzys.
Aktualnie jesteśmy w nieformalnej separacji. Wyprowadziłem się na prośbę żony.
Mija niedługo 2 miesiące.
Przyczyny??? Oficjalnie to że jestem jaki jestem z kilkoma irytującymi
wadami, które stały się dla żony nie do wytrzymania. Niestety ja wiem że to
nie jest cała prawda, bo był ten trzeci. Nie wiem na ile to było poważne ani
czy dalej trwa, żona się wypiera ale ja wiem że rozmija się z prawdą.
Mnie nadal zależy na tym związku, ale żona nawet nie chce rozmawiać na ten
temat, twierdzi że dla niej już jest sprawa zakończona, chce zacząć nowy etap
w swoim życiu. O moim powrocie nawet nie chce słyszeć. Nie wiem może minął
zbyt krótki okres czasu, może jestem zbyt nachalny ze swoimi prośbami i
namowami.
Ogólnie kompletnie nie radzę sobie z sytuacją. Chodzę na psychoterapię ale
nie widzę żadnych efektów. Nie potrafię sobie w żaden sposób poradzić z
targającymi mną emocjami, jestem kompletnie rozbity i otępiały. Nie potrafię
normalnie funkcjonować, nie potrafię się wziąść w garść.
Przez jakiś czas łudziłem się, że to tylko sytuacja przejściowa i po
opadnięciu pierwszych emocji sprawy wrócą do normy i zaczniemy rozmawiać o
rozwiązaniu kryzysu. Ale teraz widze determinację żony. Dla niej rozwiązanie
tego kryzysu to rozwiązanie małżeństwa.
Nie wiem jak żyć w tej chwili.
Nie sądzę żeby ktoś mógłby mi udzielić jakiejś rady ale tak po prostu
chciałem się wyżalić.
Edytor zaawansowany
  • 20.12.05, 13:01
    współczuje

    napiszę Ci tylko jedno: z wlasnego doświadczenia wiem ze najgorszą metodą proby
    scalenia związku /ponownego zamiaszkania, wzajemnych deklaracji ze chcecie
    sprobowac ponownie/ jest ciągle narzucanie sie drugiej stronie z prośbami i
    namowami na powrót.
    Daj jej odpocząć od siebie, a sam w tym czasie pomyśl co takiego powinienes
    zmienic w sobie, swoim zachowaniu w stosunku do niej. Tylko nie za długo z
    kolei bo mozesz przesadzic z czasem, to musisz ocenic sam.
    Napiszę tylko ze ja taka propozycje swojemu jeszcze-mezowi zlozylam 13 miesiecy
    po rozstaniu /przez pol roku ja nie miaszkalam w swoim domu, a jak wrocilam on
    juz w zasadzie nie mieszkal, tylko bywał/.
    ...no ale nam sie nie udalo scalic związku...
  • 20.12.05, 13:01
    Witaj w klubie ...
    Co dalej???
    Mnie lepiej nie pytaj, nic budującego nie odpowiem. crying
    U mnie idzie z górki coraz szybciej.
    --
    Optymista, to źle poinformowany pesymista.
  • 20.12.05, 13:07
    Witaj!
    Pogadaj ze scriptusem-on też długo chciał ratować małżeństwo( co teraz chce nie wiem-bo coś mało pisze).
    Na moje "zewnętrzne" oko- kryzysy są by je rozwiązywać. Wytłumacz jakim sposobem żona namówiła Cię do wyprowadzenia się, czy to kwestie formalne (np. nie jestes zameldowany, jej mieszkanie itd.?), czy jestes taki posłuszny?
    Bo takie wyprowadzenie się na prośbę, to dziwne...O swoje prawa należy walczyć, o swoje małżeństwo tym bardziej, zwłaszcza, gdy Ci zależy.

    Z drugiej strony może te Twoje małe wady-wcale nie takie małe dla innych...i po prostu zbyt późno otwarłeś oczy i nagle chcesz ratować to, co żona scalała, aż brakło jej sił?
    ( Mój niby-exsmile też uważa, że ja zadecydowałam o separacji-sądowej-(on chyba wolałby rozwód), ale tak naprawdę miał wiele szans wcześniej i ich nie widział. Aż doszłam do punktu zero i powiedziałam koniec. Tylko nie poszło tak łatwo...

    Chodzisz na terapię ososbistą? a może małżeńska lepsza, może mediator Wam by pomógł?
    A może trzeba właściwie ocenić swój wkład w związek.
    A może faktycznie trzeba się przyzwyczaić do myśli, że to już koniec?
  • 20.12.05, 21:18
    Żona tak po prostu mnie poprosiła.
    A ja taki usłużny jestem. Myślałem, że to pomoże, że emocje opadną. Teraz nie
    ma mowy o moim powrocie. Rzeczywiście nie jestem zameldowany. Ale w tej chwili
    to nie jest problemem, liczy się to gdzie rzecywiście mieszkasz a nie gdzie
    jesteś zameldowany. Mógłbym wrócić nielicząc się ze zdaniem żony ale jej
    reakcja jest bardzo negatywna więc to postawiło by sprawy na ostrzu noża.

    Raczej się zgadzam z Twoją drugą tezą. Ja nie czułem konfliktu a żona tak,
    tylko dawała mi sygnały których ja nie dostrzegałem.

    W tej chwili tracę nadzieję, że jeszcze zmieni zdanie. Jest strasznie
    zdeterminowana i chce udowodnić sobie i wszystkim wkoło, że jest w stanie sobie
    sama poradzić.

    Najgorsze jest to, że mi nadal zależy i wydaje mi się, że przy takim
    zaangażowaniu jakie mam teraz jestem w stanie wiele zmienić. Ale żona nie ma
    ochoty już próbować.
  • 20.12.05, 22:05
    Jezeli dwoje ludzi decyduje byc ze soba na dobre i na zle to powinno mowic
    otwartym tekstem jezeli cos jest nie tak.
    Moj maz tez twierdzi, ze przemycal sygnaly. Nie widzialam ich bo oczekiwalam
    otwartosci a nie zawoalowalych sygnalow.
    To nie jest w porzadku.
  • 20.12.05, 22:24
    A mój ex,-m, jest zameldowany i za cholerę nie idzie go wyprosićsmile
    Skoro nie byłes zameldowany, to chyba coś było nie tak? A może taka cwana była?
  • 20.12.05, 23:40
    Z tą cwanością to nie wiem. Ale sprawy wygladają tak że my mieszkamy w
    mieszkaniu teściów a teściowie w naszym i ja tam jestem zameldowany.
    W sumie to całkiem niedawno się przeprowadziliśmy. Nic nie zapowiadało aż
    takiego konfliktu.
    P...rzone to wszystko.
  • 20.12.05, 22:41
    rozumiem, że żona Cię po prostu wkurzyła i się uniosłes ambicją i wyniosłeś sad
    --
    Optymista, to źle poinformowany pesymista.
  • 20.12.05, 23:41
    Nie to bardziej ja wkurzyłem żonę i poprosiła mnie żebym się wyprowadził.
    A ja się zgodziłem.
  • 20.12.05, 23:46
    Opowiedz nam o swoich wadach, z powodu których to ona nie chce być z Tobą (jak się ponoć tłumaczy).
    A w ogóle to gdzie mieszkasz? u teściów, tam gdzie jesteś zameldowany?

    Wkurzyłeś się na żonę, ona poprosila byś się wyniósł...a Ty posłuchałeś jej, ale to nie było unoszenie się-bajka. Albo frajer jesteś, albo ona nie warta Ciebie. Macie dzieci?
  • 20.12.05, 23:50
    to z_mazur wkurzył żone i ona poprosiła go , by się wyniósł ...
    musiał nieźle ją zdenerwować...

    co jest takiego denerwującego w drugim człowieku, że każe mu się wynieść z dnia
    na dzień? pomijam oczywiście przemoc,
  • 20.12.05, 23:52
    i jakich używa się argumentów, że druga strona się wynosi?

    W sytuacji niezameldowania można zamki zmienić, walizkę za drzwi wyrzucićsmile
  • 20.12.05, 23:56
    dla mnie jesteś expertem w tych sprawach big_grinbig_grinbig_grin
  • 20.12.05, 23:57
    tzn. możliwości ślusarskich wink
  • 21.12.05, 01:19
    Szczerze? Nic z tego nie rozumiem. Wkurzona żona grzecznie prosi męża, żeby się
    wyniósł z domu i ten się wynosi ?? Strach sie bać takiej kobiety.
    Moja żona też bywa wkurzona, ale wcale nie przekonuje mnie to do wynoszenia się
    z domu, z domu mam ochotę sie wynieść tylko wtedy, kiedy ona mnie wkurzy.
    Rzadko, bo rzadko, ale tez sie zdarza sad
    --
    Optymista, to źle poinformowany pesymista.
  • 21.12.05, 07:21
    Moje wady???
    Małostkowość, krytykanctwo, brak wsparcia, zbyt małe ambicje, zrzucenie na nią
    całej odpowiedzialności za decyzje w naszym związku - to te njbardziej żonie
    dokuczające.
    Gdy wyprowadzałem się to było powiedziane, że na jakiś czas żeby emocje opadły.
    Teraz jendak nie ma mowy o moim powrocie.
    Mógłbym wrócić nie licząc się ze zdaniem żony, tylko co to zmieni jeśli ona nie
    chce ze mną być. Nie czuję się na siłach przebywać z nią pod jednym dachem i
    jednocześnie obok siebie, chcę z nią być ale tak żeby obu stronom zależało i
    żeby skupić się na naprawie związku. Ale żona stwierdziła, że coś się w niej
    wypaliło i nie chce już odbudowywac tego związku.
    Chyba doszła do wniosku, że ten zwiazek to nie jest to czego życia oczekuje, a
    teraz nadeszła ostatnia chwila na ewentualne zmiany.
    Żona nie robi mi żadnych trudności, moge w każdej chwili wpaść do domu do
    córki, rozmawia ze mną wtedy normalnie, sytuacja zaognia się gdy wchodzimy na
    temat naszego związku.
  • 21.12.05, 08:54
    Kiedy u nas zaczęło sie psuć, chciałam rozmawiać. On nie chciał. Przychodził do
    domu późno, robił sobie kolację i siadał przed monitorem - komputera lub
    telewizora. Ja - po całym dniu zajmowania się dwójką naszych dzieci - chciałam,
    aby ktoś mnie wyręczył, abym choć na chwilę mogła usiąść i spokojnie zjeść
    kolację, po prostu byłam okropnie zmęczona. Powinien to zrobić sam z siebie -
    nie robił. Kiedy prosiłam, aby pomógł, słyszałam: nie widzisz, że oglądam
    (pracuję przy kompie, czytam, jem, itp.). Kiedy znowu uparcie, chciałam
    rozmawiać, on milczał, smsował z jakimiś dziewczynami, potem koleżanka znalazła
    jego anons w internecie na stronie randkowej. Kiedy poprosiłam go, aby sie
    wyprowadził, że może trochę odpoczniemy od siebie, przemyślimy sprawy
    usłyszałam: jak chcesz to sama się wyprowadź z dziećmi. Na każdym kroku mi
    dokuczał, upokarzał, nic kompletnie nie pomagał. We mnie coś pękło... Potem
    sprzedaliśmy mieszkanie, ja przeniosłam sie z dziećmi do rodziców, on wynajął
    mieszkanie. I to mnie pierwszej zaczęło go brakować, pomimo wszystko. Po prostu
    nie mogłam sobie miejsca znaleźć, nocami ryczałam w poduszkę, a w dzień
    chodziłam jak widmo.
    Pojechałam do niego pierwsza - już o tym pisałam na swoim wątku Rozmowy -
    otworzył się, teraz muszę mieć duuuużo siły, aby przetrzymać wszystkie brudy,
    zwierzenia, żale, jakie wylewa na mnie po 5 latach milczenia. Ale odblokował
    sie i to mnie cieszy, bo widzę światełko w tunelu. Być może to rozpędzony
    ekspress, który mnie przejedzie, ale walczę - jak napisała Berek - z
    zaciśniętymi zębami.
    Daj czas czasowi - to pisała zwierciadło - ale niech ona odczuje, że się
    starasz, że myślisz o Was. Jestem pełna podziwu dla Ciebie, że podjąłeś decyzje
    o przeprowadzce - to powinno dać do myślenia Twojej żonie. Chyba, że coś w niej
    już pękło i podjęła decyzję. Życzę Ci, abyś potrafił sobie z tym poradzić, to
    forum może Ci w tym pomóc, bo wszyscy mamy podobne przeżycia, choć jesteśmy na
    różnych etapach.
    Trzymaj się!
    --
    Czy już dla mnie za późno na szczęście?
  • 21.12.05, 09:06
    W niej właśnie coś pękło. Jeszcze parę tygodni przed wyprowadzką powiedział mi
    że, nie wie co do mnie czuje, że coś się w niej wypaliło i nie wie czy to jest
    do naprawienia. Teraz twierdzi, że nie widzi już szans. Nie mówi że ich nie ma
    ale ona ich po prostu nie widzi i nie chce próbować.
    Ja ciągle nie mogę uwierzyć, że to koniec tak nagle. Bez przynajmniej jakiejś
    jeszcze próby połatania tego.
  • 21.12.05, 09:17
    Też tak miałam... nie przyjmowałam do wiadomości, że to koniec (i do tej pory
    nie przyjmuję, bo przecież nie jesteśmy sami, mamy dwóch wspaniałych chłopaków,
    którzy MUSZĄ mieć ojca). Ale niestety, nic na siłę. U Ciebie sytuacja jest
    nieco inna, bo - jak twierdzisz - żona ma kogoś i to jej daje siłę. Gdyby
    została sama z dzieckiem, z problemami dnia codziennego, bez wsparcia ze strony
    rodziny, przyjaciółek, sąsiadek, itp. byłoby jej trudniej.
    Jesteś na przegranej pozycji, ale zrób coś dla siebie. Kup nowy samochód,
    zapisz sie do klubu bilardowego, zacznij sie spotykać z kumplami, zrób coś, na
    co do tej pory nie miałeś czasu, na co krzywo patrzyła żona, z czego
    zrezygnowałeś po ślubie, a dawało Ci radość przed. I staraj się - choć wiem, że
    to trudne - kiedy odwiedzasz dziecko, nie rozmawiać z żoną o was, po prostu
    skup sie na dziecku. I zawsze przychodź usmiechnięty, pachnący i dobrze ubrany.
    Może po paru takich wizytach zacznie sie zastanawiać czy aby kogoś nie masz i
    sama zacznie rozmowę na wasz temat??
    Powodzenia!
    --
    Czy już dla mnie za późno na szczęście?
  • 21.12.05, 09:46
    Po kilku takich wizytach, gdy już znajdziesz swoją odskocznię,(byle nie w innych ramionachsmile,gdy widać będzie, że jakoś sobie radzisz na Twojej twarzy, zapytaj, czy ma pomysł na rozwiązanie zaistniałej sytuacji(brzmi dwuznacznie, nie wiadomo, czy masz na myśli powrót, czy sądowe rozstanie), a wtedy zobaczysz, co tak naprawdę ona ma do powiedzenia.
  • 21.12.05, 10:33
    Staram się tak robić tylko czasem nie wychodzi. sad
    To nie jest do końca tak, że żona kogoś ma. Nawet jeśli to jest to ukryty
    romans bez widoków na przyszłość czyli nie specjalne wsparcie. Ma wsparcie
    tylko w swojej matce i na razie we mnie. Z przyjaciókami też jest różnie
    odsunęły się od niej została jej w zasadzie tylko jedna (moze dwie).
    Tylko że mam wrażenie, że ta sytuacja tylko wzmaga stanowczość żony (jest
    strasznie uparta i konsekwentna) na zasadzie "ja wam wszytkim pokażę".
    Widzę, że zatraca się w pracy i obowiązkach domowych, żeby pokazać jak sobie
    doskonale radzi z sytuacją.
  • 21.12.05, 11:54
    To może nie dawaj jej tego wsparcia? Kiedy go braknie może za nim zatęskni?
    Poza tym matka to nie to samo co mężczyzna (to wiem z autopsji). Ona nie
    wytrzyma tego zatracania się na dłuższą metę, jeśli jeszcze zobaczy, że
    przychodzisz tylko do dziecka...
    Swoją drogą: chciałabym znać sytuacje od jej strony, bo może to o czym piszesz
    (jaki byłeś) z jej strony wygląda inaczej i po prostu już nie dało się tego
    znieść? Wiem po sobie, kiedy opowiedziałam koleżankom, które zapytały czemu się
    rozstałam z mężem, jak on się zachowywał, to patrzyły na mnie jak na
    wariatkę! "Nie bił cie, nie pił, nie uganiał się za spódniczkami? To co ty od
    niego chciałaś??!!" he he he....
    --
    Czy już dla mnie za późno na szczęście?
  • 21.12.05, 13:12
    Wiesz ja niestety mogę przekazać swój punkt widzenia.
    Ale wydaje mi się, że poruszyłem najistotniejsze kwestie, które dla żony
    zaważyły o tym że nie chce już ze mną być.
    Ja też nie piłem, nie biłem, nie uganiałem się za spódniczkami, pomagałem w
    obowiązkach domowych. Ale widocznie jeszcze czegoś zabrakło.
    Dlatego wydaje mi się ciągle, że jest to do naprawienia, bo te powody dla mnie
    nie przesądzają o możliwości wytrzymania ze mną pod jednym dachem.
    Tylko brakuje uczucia i woli ze strony żony. Na to niestety nie mam wpływu.
    Najgorsze jest to przychodzenie "tylko do dziecka" to już duża panna. Z nią nie
    trzeba się już bawić jak z kilkulatkiem, a takie spędzanie na siłę czasu razem
    jest trochę sztuczne. Do tej pory byłem po prostu w pobliżu, miała ochotę
    pogadać mogła w kazdej chwili przyjść, potrzebowała pomocy to również dostępny.
    A teraz jak wpadam na dwie godzinki to to jest takie nienaturalne.
    To mnie najbardziej boli.
  • 21.12.05, 14:35
    Dlaczego uważasz, że takie "wpadanie" do córki na 2 godziny jest nienaturalne?
    Moim zdaniem jak najbardziej, bo przecież sam napisałeś, że "miała Cię pod
    ręką", a teraz nie ma! Więc przychodzisz do niej - to normalne. Chyba, że ją to
    krępuje i np. wolałaby przychodzić do Ciebie lub spotykać sie na mieście,
    ew.dzwonić kiedy chce się spotkać. To już jest do ustalenia między Wami, ale
    nie rezygnuj z tego i nie pozwól córce oddalić sie od siebie. Czy wiesz jakie
    jest jej zdanie na temat Waszej separacji, jakie są jej uczucia i co ona o tym
    sądzi? Czy rozmawiałeś z nią o swoich odczuciach? Nie wiem w jakim jest wieku,
    ale dzieci rozumieją często więcej niż nam sie wydaje...
    --
    Czy już dla mnie za późno na szczęście?
  • 21.12.05, 15:24
    Tak , pilnuj spotkań z córką, choć nie musza być w jej domu. Możecie wychodzić w tzw. teren. To też będzie działało na żonę, bo to Wy(Ty i córka) będziecie mieć swoje tajemnice, a tak w domu...to faktycznie dziwne.
    Ja z moim synem, z którym widuję się raz na dwa tygodnie(krótkie rozmowy tel+gg prawie co dzień)też nie miałabym o czym nagle na szywno mówić 2 godz...w jego pokoju, gdybym go odwiedzała.
    Za to gdy przyjeżdża do domu( mój teren, a on studiuje w Krakowie)to możemy nawet wspólnie oglądnąć film, czy wypić piwosmile

    Córka musi wiedzieć, że jeżeli nieukłada się małżeństwo, to nie znaczy, że traci rodziców.
  • 21.12.05, 23:27
    Dlatego muszę przestać się łudzić, że wszystko wróci do normy, tylko zacząć
    sobie układać życie. Znaleźć jakieś mieskzanie, żeby córka mogła do mnie wpaść
    na dłużej.
    Ale jakoś nie mam jeszcze siły.
    To wszystko mnie przerasta.
  • 22.12.05, 09:00
    Musisz sobie powiedzieć, że słońce wstanie rano bez względu na wszystko.
    Musisz, po prostu MUSISZ pomyśleć o sobie i znaleźć tą siłę, która pozwoli Ci
    żyć dalej. Innym sie udało Tobie też sie uda! Wierz mi, wiem jak jest ciężko i
    doskonale Cię rozumiem, bo ja w pewnym momencie posunęłam się nawet do
    szantażu, byleby zatrzymać męża przy sobie. Ale to nie ma sensu na dłuższą
    metę, jeśli on tego nie chce - teraz już to wiem.
    Powodzenia, trzymaj się!
    --
    Czy już dla mnie za późno na szczęście?
  • 22.12.05, 12:52
    Zamień słowo "muszę" na słowo "chcę". Od razu przyjmiesz inną postawę, będzie łatwiej.
    (Proste ćwiczenie-powiedz sobie-muszę...(tu wymień co) zobacz jaką masz postawę(pewnie dołującą), a teraz oddech, chwila relaksu: i powiedz sobie: chcę..(tu wymien coś, co chcesz)-i jaka postawa-na pewno inna, w górę raczej)
    Powodzenia.
  • 22.12.05, 13:06
    Widzisz najgorsze jest to, że ja nie chcę.
    Nie chcę podejmowac kroków które definitywnie zakończą moje małżeństwo.
    A układanie sobie zycia samemu niestety tak odbieram.
    Może rzeczywiście powinienem zmienić trochę nastawienie.
    To, że zacznę układać sobie zycie nie przekreśla całkowicie naszego związku,
    ale żyjąc tak jak teraz jestem dla żony po prostu nieudacznikiem.

    Ech pokręcone to wszystko.
  • 22.12.05, 14:06
    to dodaj trochę filozofii do tego: chcę zmienić, by pokazać, że jestem zaradnym, mądrym, wartościowym facetem.
    Faceci, co z Wami- jacyś małojajeczni jesteście...
    (ciekawe, czy bezecny mnie zabanuje za takie twierdzenia...on chyba wyjątkiem jakimś się tu jawi, no może Tri jeszcze...smile
  • 22.12.05, 12:36
    ak70 napisała:

    > nie pozwól córce oddalić sie od siebie.
    Moja sytuacja jest pod tym względem trudna. Ślubna opowieda córce niestworzone
    androny, aby mnie pomniejszyć w oczach dziecka. Nie wiem, jak sie bronić. Staram
    się nie odpłaća tym samym, nie zawsze wytrzymuję, choć nigdy nie kłamię.
    Obserwuję, ile chybionych wartości przekazała jej żona. Mógłbym dziewczynie
    tłumaczyć, lecz nie chcę jej ranić i oszczędzić ją w jeszcze rozognionej
    sytuacji domowej. Odnoszę wrażenie, że ma nas oboje dość, więc staram się
    milczeć, żeby jej nie dokładać kolejnych negatywnych przeżyć. Exa ją przekupuje
    kasą,obarcza częścia winy za rozpad małżeństwa, szantażuje, ja tego nie zrobię,
    nie gram uczuciami i nie manipuluję. To są jej sposoby. Jedyna nadzieja, że czas
    pokaże kim jest ona, a kim jestem ja. Bredzę, tego też bym sobie nie życzył,
    aby Mała przeżyła wielkie rozczarowanie. Ma mieć nas oboje, to jedno co wiem.
    Powinniśmy się w tym wspierać pomimo rozwodu. Nikła nadzieja, aby dotarło to
    exy. Córka cierpi rozdarta pomiędzy nami. Kocha mnie wcale nie mniej niż ją.
    Może na zapas, ale jestem zatroskany, na jakiego wyrośnie człowieka. Jak jej
    pomóc?
    > Czy wiesz jakie
    > jest jej zdanie na temat Waszej separacji, jakie są jej uczucia i co ona o tym
    > sądzi? Czy rozmawiałeś z nią o swoich odczuciach? Nie wiem w jakim jest wieku,
    > ale dzieci rozumieją często więcej niż nam sie wydaje...
    Nie podejmowałem nigdy takiego tematu, sądząc, że znów ją dotknę, zranię. Ona
    sama od takiej rozmowy ucieka, przynajmniej tak to odczuwam. Szuka
    winnej/winnego i nie wie, na kogo wskazać palcem. Obojga ma nas dość. Może
    powinienem zdać się na upływ czasu, wygaśnięcie emocji, a może to błąd? Nie wiem.
    Jedyną rzecz wiem z całą pewnością, chciałaby, ąby wszystko było jak dotąd, a tu
    już niemożliwe. Myślę, że z wolna godzi sie z faktami.
    Dobrze, że ukazujecie dalszą perspektywę stosunków między rodzicami a dziećmi z
    rozbitej rodziny. Uświadomiliście mi pewną oczywistość, przerażająco jasną -
    byłem na nią ślepy i nawet wiem, skąd wziął się taki stan.
    por.
  • 22.12.05, 12:49
    Radzę nie pytać dzieci, co sądzą o sytuacji rodziców, raczej mówić im, że jest tak i tak, ale to nie znaczy, że na linii rodzic-dziecko też pojawia się rozwód.

    W zasadzie dzieci chcą być lojalne wobec obojga rodziców.
    To one często stają między młotem a kowadłem, to dorośli powinni oszczędzić im rozdarcia.
    Wiem, że to czasem niemożliwe.
    Nigdy nie nadaję na mojego exa, nawet jeżeli powiem coś niepochlebnego to nigdy do dzieci.(prędzej do Was)
    Ale z nim nie ma rozmowy o dzieciech ponad naszą sytuacją...on rozstał sie ze mną, gdy zobaczył jak mnie to umocniło, rozwinęło skrzydła, to by je podciąć uderza przez synów. Podłe, ale nic nie poradzę.

    Nie brońcie się słowem, Wasze czyny mówią za Was, twórzcie dzieciom obraz rodzica gotowego na pomoc w każdej sytuacji. Nie mówcie nie mam czasu, rzucajcie wszystko, gdy dziecko coś chce-przeciez dziecko niemieszkające z Wami nie wzywa Was co chwilę. Im mniejsze dziecko tym więcej kontaktów. Im starsze-tym zróżnicujcie kontakty.
    Czasem w rodzinach niby normalnych dziecko nie ma w zasadzie kontaktów z rodzicami poza zwykłymi sytuacjami wynikającymi z mieszkania pod jednym dachem. Mijają się bez słowa. A tu jest okazja by było inaczej, bo wszystko jest inne.
  • 22.12.05, 16:55
    akacjax napisała:

    > Ale z nim nie ma rozmowy o dzieciech ponad naszą sytuacją...on rozstał sie ze
    m
    > ną, gdy zobaczył jak mnie to umocniło, rozwinęło skrzydła, to by je podciąć
    ude
    > rza przez synów. Podłe, ale nic nie poradzę.
    Mam tak samo.
    > okazja by było inaczej, bo wszystko jest inne.
    Wyprowadzę się, będę mieszkał niedaleko. Upatruję w tym szansę na inną formę
    kontaktów, tak jak o tym piszesz. Mówię o tym. Córcia pali się pali do pomocy:
    firanki, obrusiki, talerze. Ona tego potrzebuje, bo chce mi coś pokazać, być
    może nadrobić. Cieszę się. Zginąłbym bez niej w tych babskich historiach.
    por.
  • 22.12.05, 18:18
    Oczywiście nie chodzi o to, że miesza w moich układach z dziećmi-te wypracowałam sama i dbam o te nasze relacje, choć czasem zachowuję się jak ojco-matka-bo i muszę i pozwolić i zabronić...( mówiąc oględnie)
    On traktuje dzieci jakby ich nie było, uważa, że wyslanie alimentów wyczerpuje jego obowiązki ojca-do tego złożył kiedyś oświadczenie-matka wam to załatwiła.

    Zyczę Ci byś pamietał, że córka nie jest stroną, jest zagubiona, bo każde dziecko chce mieć oboje rodziców. Życzę by udało sie Wam wspólnie przetrwać, ale byś w ramach tych kontaktów nie uczynił z niej księżniczki, bo to dla niej niezbyt dobre na przyszłość.
    I niech Ci córcia pomoże w domowych sprawach, bo i ona tam musi się dobrze czuć.
  • 22.12.05, 21:14
    akacjax napisała:

    > Życzę by udało sie Wam wspólnie przetrwać, ale byś
    > w ramach tych kontaktów nie uczynił z niej księżniczki, bo to dla niej
    niezbyt
    > dobre na przyszłość.
    Zastanawiam się często nad granicą między ojcowską opieką a popchnięciem
    dziewczyny ku samodzielności, ale tę - jak mi się wydaje - dość dobrze
    wyczuwam, a nawet córka sama mi pomaga, bo czasem nie pozwala się wyręczać,
    ogranicza zakusy mojej troski rodzicielskiej na jej wolność/dojrzałość.
    por.
  • 22.12.05, 12:50
    Człowieka się nie kupuje, nie walczy o niego, z człowiekiem się jest.Akurat na
    to nie potrzeba siły.
    por.
    ------------------------------------
    Nie ma złej drogi do mojej niebogi
  • 22.12.05, 13:09
    Poruczniku... nie wiem co mam powiedzieć, bo nie znam sytuacji, nie wiem też
    czy oczekujesz jakiegoś komentarza na temat swojego postu czy po prostu
    napisałeś swoje odczucia, aby na nie móc spojrzeć, przeczytać i zastanowić się.
    Jeśli tak - nie czytaj co napisałam, jeśli nie postaram się opisać swoje
    odczucia.
    Trudno mi jest wypowiedzieć się w tej kwestii i dać Ci jakieś rady, nie wiem
    ile Twoja córka ma lat, nie wiem czy mieszkacie razem czy osobno, itp. ale
    zawsze twierdzę, że podstawą jest rozmowa na trudne tematy a nie uciekanie od
    nich. Czy powiedziałeś córce wszystko to, co napisałeś powyżej? Jeśli nie to
    zrób to - oczywiście bez negatywnego wypowiadania sie o Ex (w miarę
    możliwości). Powiedz jej, że nie ma szans na to, abyście znów stanowili
    prawdziwą rodzinę (jeśli to prawda), ale, że jesteś i zawsze będziesz jej tatą,
    że chcesz ją wspierać, że widzisz jakie to dla niej trudne, że dla Ciebie też
    jest to trudne, bo ją kochasz, itp. po prostu podziel sie uczuciami. Powiedz,
    że zawsze może z Tobą na ten temat porozmawiać, że nie ma tematów tabu. Zapytaj
    o jej odczucia i uczucia, niech je z siebie wyrzuci, a myślę (i tego Wam
    życzę), że atmosfera sie poprawi.
    Komunikacja jest jedyną drogą do sukcesu w stosunkach międzyludzkich smile)
    Pozdrawiam i ściskam świątecznie smile**
    --
    Czy już dla mnie za późno na szczęście?
  • 22.12.05, 16:48
    ak70 napisała:

    > nie wiem też
    > czy oczekujesz jakiegoś komentarza na temat swojego postu czy po prostu
    > napisałeś swoje odczucia, aby na nie móc spojrzeć, przeczytać i zastanowić
    się.
    Szukam sposobu, aby na zgliszczach budować nowe, lepsze kontakty.
    > twierdzę, że podstawą jest rozmowa na trudne tematy a nie uciekanie od
    > nich. Czy powiedziałeś córce wszystko to, co napisałeś powyżej? Jeśli nie to
    > zrób to - oczywiście bez negatywnego wypowiadania sie o Ex (w miarę
    > możliwości). Powiedz jej, że nie ma szans na to, abyście znów stanowili
    > prawdziwą rodzinę (jeśli to prawda), ale, że jesteś i zawsze będziesz jej
    tatą,
    >
    > że chcesz ją wspierać, że widzisz jakie to dla niej trudne, że dla Ciebie też
    > jest to trudne, bo ją kochasz, itp. po prostu podziel sie uczuciami. Powiedz,
    > że zawsze może z Tobą na ten temat porozmawiać, że nie ma tematów tabu.
    Zapytaj
    >
    > o jej odczucia i uczucia, niech je z siebie wyrzuci, a myślę (i tego Wam
    > życzę), że atmosfera sie poprawi.
    Mówiłem jej to wielokrotnie, usiluję też chronić przed zakusami ślubnej, żeby
    nią rozgrywać swoje pojedynki.
    Nie ganię za to co mówi, czasami zwracam uwagę na niestosowność sposobu, ale i
    wtedy wiem, że ponoszą ją emocje, pokonuje jakąś trudność. Nie twierdzę, że mi
    się to całkowicie udaje. Też buzują we mnie nerwy, lecz umiem ją zawsze
    przeprosić za to, co w moim zachowaniu uzałem za niestosowne. Czasem boczy się
    na mnie przez kilka dni, jest to dla mnie sygnał, że cierpi. Czekam cierpliwie,
    podchodzę, próbuję rozmawiać, ale się nie narzucam, nie uznaje wymuszeń. Kończy
    się to wzajemnym przytulaniem. Nie czuje żadnej urazy, ona chyba też.
    Mielę w koło to samo, wybaczcie to zagadnienie jest niezwykle ważne, bodaj czy
    nie najważniejsze spośród tego, co mam. Wasze uwagi są dla mnie niezwykle
    cenne, konfrontuję z nimi moj punkt widzenia. Podsunęliście mi jedno konkretne
    rozwiązanie: szukać tego, co łączy, wychodzić poza cztery ściany. To się
    sprawdza. Ma punkty styczne z matką, powinna znaleźć i z ojcem. W sprawach
    pewnych tematów pozostaję bezradny, boję się zachować jak słoń w sklepie z
    porcelaną. Myślę, że raczej to ona, w końcu obie są kobietami.
    Dzięki
    por.
  • 20.12.05, 18:26
    Moglabym napisac dokladnie to samo tylko, ze role sa odwrocone i minely 3 lata
    malzenstwa i tydzien od jego wyprowadzki. Ale determinacja mojego meza, jego
    tlumaczenia i rola tej trzeciej dokladnie takie same.
    Tylko, ze ja nie prosze zeby wrocil, wystarczy, ze prosilam zeby nie odchodzil
    i malo go to obchodzilo.
    Powoli ucze sie zyc bez niego ale nie jest to latwe.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.