Dodaj do ulubionych

Rozwód z orzekaniem o winie, co mnie czeka?

04.10.08, 22:49
Zdecydowałam się wnieść o rozwód z orzekaniem o winie ... Jestem tu
z wami już od jakiegoś czasu, mój mąż odszedł, miał kochankę, teraz
mieszka z nią, ma "nowe życie". Mnie udało się jakoś pozbierać,
wyszłam na prostą, nie ukrywam, że to forum bardzo mi pomogło. Teraz
chcę "uporządkować" swoje sprawy. Wiele osób ma zdanie, że rozwód z
orzekaniem o winie to babranie się w brudach, stracone nerwy i czas.
Nie jestem mściwą kobietą, która chce postawić na swoim, ale mam
takie poczucie, że rozwód za porozumienem stron, to byłaby
niesprawiedliwość? Kolejna ... Zawsze niestety byłam idealistką,
boję się tego co mnie czeka. Może naiwnie wierzę w "prawdę która
zwycięży" ... Czy jest ktoś, kto rozwiódl się z orzekaniem o winie i
tego nie żałuje? Nie chodzi mi o udawadnianie przyszłemu byłemu kto
jest "winien", bo to oboje wiemy, ale moje poczucie sprawiedliwości
ciepri, kiedy pomyslę o jego kolejnym triumfie i "załatwieniu"
sprawy po jego myśli. Czy naiwna?

pozdrawiam was serdecznie
Iranka
Edytor zaawansowany
  • 04.10.08, 23:04
    Też wniosłam pozew z orzeczeniem winy, bo myśle podobnie, jak Ty.
    Rozprawę mam za miesiąc i mam nadzieję, że przejdzie w miarę
    bezboleśnie.
    Zobaczymy.
  • 04.10.08, 23:21
    Trzymam za Ciebie kciuki! Ale z tego co czytałam to nie ma w takich
    wypadkach "bezboleśnie". Zwłaszcza jesli druga strona idzie w
    zaparte. Tego własnie się boję. Ja przez lata byłam ta uległą,
    zgadzającą się na wszystko stroną, że chociaż na koniec chciałabym
    żeby było sprawiedliwie i prawdziwie.
  • 04.10.08, 23:28
    W sądzie jest tak, że to osoba wnosząca o uznanie drugiej strony za jedyna winną
    rozkładu małżeństwa musi dostarczyć dowody, przedstawić świadków(i oby nie
    doznali nagle amnezji). Można liczyć na samoprzyznanie się winnego-co jest
    rzadkością lub na zaangażowanie wyjątkowe sądu w szukaniu prawdy..co też bywa
    nieczęste.
    Innymi słowy-mocne dowody-no i można spać spokojnie. Jednak sama zdrada nie musi
    być wystarczają przyczyną rozwodu-idąc dalej tym bardziej niekoniecznie
    wystarczy na orzeczenie winy.
  • 04.10.08, 23:42

    A co ma do rzeczy zdrada, przy orzekaniu o winie, czy komuś się już zdarzyło że
    sąd to brał pod uwagę i jakie to są bezsporne dowody uznające jedną ze stron za
    wyłącznie winną rozkładu ?
    --
    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=58421&w=81736976&a=85366205
    zaglądajcie, warto wink
  • 05.10.08, 23:27
    sauber1 napisał:

    >
    > A co ma do rzeczy zdrada, przy orzekaniu o winie, czy komuś się
    już zdarzyło że
    > sąd to brał pod uwagę i jakie to są bezsporne dowody uznające
    jedną ze stron za
    > wyłącznie winną rozkładu ?

    sauber zdrada to jedna z wielu podstaw orzekania o winie, mozna
    nawet rzec najważniejsza, zwłaszcza jeżsauber1 napisał:

    >
    > A co ma do rzeczy zdrada, przy orzekaniu o winie, czy komuś się
    już zdarzyło że
    > sąd to brał pod uwagę i jakie to są bezsporne dowody uznające
    jedną ze stron za
    > wyłącznie winną rozkładu?
    sauber ma do rzeczy i to dużo... w moim przypadku to była
    podstawa...fakt że okazałam się tzw.głupią cipą,ufającą ludziom a
    zwłaszcza m, bo uważałam że jeżeli Ja nie oszukuję to inni też nie i
    jak podkreslił sędzia ,,aż dziwne jest że można tak wierzyć "...to
    mimo tego że ex zaprzeczał wszystkiemu to świadkowie i moje zeznania
    przekonały sąd że wina leżała po jego stronie.I nie chodziło o
    zemste, bo i co mi po niej ale o fakt żeby przestał się czuć
    bezkarnym i odrobinę sprawiedliwości... ale do takich ludzi niewiele
    dociera i aż dziwię sie sobie że nie zauważałam tego wcześniej...
  • 22.11.08, 21:08
    Witam serdecznie.
    A co jezeli moj ex przyznal mi sie,ze mnie zdradzal z panienkami w
    agencji towarzyskiej???a w sadzie sie wypiera i twierdzi,ze byl mi
    wierny???
    Nie mam rodzicow ani dziadkow,ktorzy by zeznali,ze sie
    awanturowal,ponozal i nie zajmowal soie dziecmi ;-(((
    Jego rodzice napisali do sadu oswiadcxzenie,ze to ja jestem
    wszystkiemu winna,ze malzenstwo sie rozpadlo sad(( ze nie umiem sie
    zajac dziecmi ( mamy 4 ,ze sie ciagle awanturuje,krzycze,nie
    sprzatam itp,itd....i jak mam w Sadzie UDOWODNIC,ze jestem niwinna???
    To moj ex naduzywal alkoholu ( mam 1 rachunek za izbe
    wytrzezwien ),to on chodzil z kolezankami do knajp i kina,z
    kolesiami do pubow...a ja jak ta durna przez 10 lat siedzialam w
    domu,zajmowalam sie dziecmi i bylam ulegla ;-(((
  • 04.10.08, 23:42
    To znaczy, że fakt iż mąż odszedł od rodziny i mieszka z inną
    kobietą nie jest wystarczający do uznania go za winnego? Dziwny ten
    świat ...
  • 04.10.08, 23:50
    ale to ludzie, ludziom pomagają w sporach, a jak jest widzimy, tak że to chyba
    normalne, że odchodzą jak jedni tak drudzy szukając lepszych rozwiązań. Możliwe
    że gdzieś tam ktoś spotkał się z takim przypadkiem że za to obarczono winą, choć
    z tej wiedzy i doświadczenia jakie posiadam nie wydaje mi się
    --
    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=58421&w=81736976&a=85366205
    zaglądajcie, warto wink
  • 04.10.08, 23:59
    No ja rozumiem, że kochanka nam "pomogła", że on odszedł bo szukał
    lepszego rozwiązania smile
    Ale nie ja nie czuję się winna, ani nie odbyło się to "za
    porozumieniem stron" czyli ze mną. Radziłam się adwokata, który
    uznał fakt, że mąż opuścił rodzinę za wystarczający dowód, ale
    zakładam, że adwokaci mogą tak mówić - rozwód z orzeczeniem o winie
    to kwota 2 x większa za usługę sad

    sauber1 napisał:
    > ale to ludzie, ludziom pomagają w sporach, a jak jest widzimy, tak
    że to chyba
    > normalne, że odchodzą jak jedni tak drudzy szukając lepszych
    rozwiązań
  • 05.10.08, 00:13
    iranka_1 napisała:


    > zakładam, że adwokaci mogą tak mówić - rozwód z orzeczeniem o
    > winie to kwota 2 x większa za usługę sad

    i owszem, ale to na początek, potem apelacja ...

    --

    Przychodzi kobieta z kotem do księdza i mówi:
    -Czy mógłby ksiądz ochrzcić mojego kota?
    Ksiądz na to:
    -Wie pani tak nie wolno
    Na to kobieta:
    -Ale ja dam księdzu za to 1000zł
    Ksiądz oszołomiony mówi:
    -Dobrze i ochrzcił kota, ale go trochę sumienie gryzło i postanowił się
    wyspowiadać u biskupa. Ksiądz mówi:
    -Proszę biskupa ja ochrzciłem kota.
    Na to biskup:
    -Coś ty zrobił przecież tak nie wolno, ale opłaciło ci się ?
    Ksiądz szybko opowiada:
    -Och tak, dostałem 1000zł
    Biskup na to:
    Ty to szykuj tego kota na bierzmowaniesmile
  • 04.10.08, 23:56
    iranka_1 napisała:

    > To znaczy, że fakt iż mąż odszedł od rodziny i mieszka z inną
    > kobietą nie jest wystarczający do uznania go za winnego? Dziwny
    > ten świat ...

    Sorki, że zadam takie otwarte pytanie, Ty pytasz o rozwód kościelny może?

    --
    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=58421&w=81736976&a=85366205
    zaglądajcie, warto wink
  • 05.10.08, 00:00
    Nie, rozwód wyłącznie "ateistyczny", ślubu kościelnego nie było.

    sauber1 napisał:
    > Sorki, że zadam takie otwarte pytanie, Ty pytasz o rozwód
    kościelny może?
    >
  • 05.10.08, 00:07
    to znaczy nie kościelny całkowicie

    sauber1 napisał:
    a co to takiego ten rozwód "ateistyczny"?
  • 05.10.08, 07:43
    iranko_1
    Podczytuję forum, przejścia rozwodowe mam za sobą już kilkanście lat
    temu.
    Prezentowałam taki stosunek do sprawy ja Ty.
    Mój ex na pytanie o pozostawianie w związku z inną kobietą
    zaprzeczył .W jego mniemaniu związek to coś zalegalizowanego.
    Kolejne pytanie sądu-czy utrzymuje pan obecnie kontakty intymnie z
    inną kobietą niż żona -tu potwierdził.
    Nie posiadałam dowodów poza własnym oświadczeniem i zeznaniaami
    świadków iż mąż nie zamieszkuje z rodziną i bywa widywany z inną
    kobietą
    Koniec sprawy,orzeczono rozwód z orzeczeniem winy męża .Sprawa bez
    udziału adwokata.
    Trzymaj się .

  • 05.10.08, 09:10
    Jestem w trakcie pisania pozwu,rowniez wystepuję o orzeczenie winy meza.Opuscil
    rodzinę,mieszka z kochanką w wieku naszej córki.Sprobuję bez adwokata,bo ja to z
    tych naiwnych jestem,ktore myslą ,ze w świetle bezspornych faktow pozwany zgodzi
    sie z trescią pozwu.
  • 05.10.08, 10:38
    czeka udowodnienie winy mężowi, czeka dużo zaskakujących sytuacji.
    Pomóc sobie można spokojem, faktem przygotowania się ( nie da się w
    100% przygotować) na rewelacje jakie zostaną głoszone w
    sądzie,spójnośc w zachowaniu oraz w treści prezentowanych opinii
    może pomóc.
    Trzeba się przygotować na to że wiele wysiłku może kosztować
    staranie się nie tracenia głównego celu z oczu- czyli właśie
    uzyskania stwierdzenia winy współmałżonka.
    W tym samym czasie trzeba : umieć ochronić się przed odczuciami
    które mogą zburzyć spokój, nie wolno dać się sprowokować do
    zachowania niegodnego bo moim zdaniem trzeba potem móc zachować
    szacunek dla siebie- przez resztę życia.
    Mimo krytycznych opinii że orzekanie o winie to pranie brudów- można
    to potraktować jako częściowe uzyskanie w jakijś formie
    zadośćuczynienia - za to czego się doświadczyło.
    Jeśli tak to będzie wyglądało- to jestem to w stasnie zaakceptować-
    jako formę częściowego zadośćuczynienia.
    Jeśli natomist przekroczona zostanie granica obrony koniecznej- i
    wejdzie się w fazę ostrego ataku- to wtedy jest źle.
    Oczywiście to tylko moje zdanie i wiem że nie wszyscy muszą się z
    nim zgodzić.
    Rozumiem to- bo każdy inaczej odczuwa i reaguje.
    Nie każdy chce, wie i ma siłę.
    Ale rozumiem że każdy ma prawo.
    Odnośnie sądów- ja mogę tylko potwierdzić że moje zaufanie do
    wymiaru sprawiedliwości nie zostało nadszarpnięte.
  • 08.10.08, 21:57
    Moja adwokat powiedziała mi ,ze to nie takie proste .Nawet jesli mąz
    zdradza a udowodni inne niedociągniecia ze strony zony/zawsze coś
    mozna znależć/ i po jego stronie będzie 98 % winy a po jej 2% to sąd
    rozdzieli winę na obie strony.Te sprawy są bardzo trudne i kosztowne
  • 09.10.08, 07:36
    julinka601 napisała:
    a udowodni inne niedociągniecia ze strony zony/zawsze coś
    > mozna znależć/ i po jego stronie będzie 98 % winy a po jej 2% to
    sąd > rozdzieli winę na obie strony.

    Rozumiem, też o tym słyszałam, ale jakoś nie mogę wymyśleć rzeczy o
    jaką mógłby podać na moją niekorzyść. Oczywiście nikt nie jest bez
    wad! Ale ja zawsze starałam się ratować ten związek, poświęcałam się
    dla niego itp. Jednym slowem taka ofiara i naiwniara troche smile
    No bo przecież nie chodzi o argumenty typu, że czasem przypaliłam
    zupę lub nie miałam ochoty oglądać tego samego filmu??

    pozdrawiam
    Iranka
  • 09.10.08, 07:46
    Cytuję mojego prawnika:" on powie ,ze nie smakowało mu to co pani gotowała..."
  • 09.10.08, 09:21
    ani_chybi napisała:
    Cytuję mojego prawnika:" on powie ,ze nie smakowało mu to co pani
    gotowała..."

    No nie wierzę! Przecież z powodu takich rzeczy nie rozwala się
    rodziny! Poza tym, jeśli by nie smakowało, to jesliby to powiedział
    zmieniałabym to smile Może powiedzieć, że mu się znudziłam, ale to już
    jakgdyby nie jest ode mnie zależne ... No nic, pewnie niedługo sama
    się dowiem jak to jest z tą winą w sądzie ...
  • 09.10.08, 09:29
    No właśnie, kobiety są potem zaskoczone tym podejściem sądu.

    Mąż z jakichś powodów od Ciebie odszedł. Nawet jeśli tylko
    argumentem byłoby "znudziłem się", to przecież coś się stało, że
    pojawiła się ta nuda. Czy to że on się zaczął nudzić, to tylko jego
    wina?

    --
    Po odejściu od ołtarza reklamacji nie uznajemy.
  • 09.10.08, 09:46
    rzeczywiście Mazurze..w Iranie trzeba się bardzo, bardzo starać...
    żeby się nie znudzić...i zamiast Iranką nr. jeden wyższy numer nie
    zobaczyć we własnym domu...
    bo jakiemuś durnemu macho pichu się więcej atrakcji zachciało niż
    pierwsza żona...
  • 09.10.08, 09:52
    z_mazur napisał:
    > Mąż z jakichś powodów od Ciebie odszedł. Nawet jeśli tylko
    > argumentem byłoby "znudziłem się", to przecież coś się stało, że
    > pojawiła się ta nuda. Czy to że on się zaczął nudzić, to tylko
    jego wina?

    Nie rozumiem, dlaczego mam się czuć winna, jeśli starałam się zawsze
    żeby było dobrze. Pytałam "co jest źle? Powiedz co - to naprawimy
    to..." Mimo, że mój mąż miał wiele wad i problemów (alkoholizm) ze
    względu na to, że go kochałam i chciałam aby dzieci miały rodzinę
    chciałam zrobić wszystko, żeby nam się udało. Ja mu się po prostu
    znudziłam, zawsze oglądał się z innymi kobietami, ale to nie było
    problemem dla mnie, dopóki nie miało to wpływu na naszą rodzinę.
    Naprawdę nie mogę zrozumieć tego dlaczego mam się czuć winna?!
    Zrezygnowałam dla niego ze swojego życia, znajomych, rodziny bo tego
    wymagał! Usłyszałam kiedyś, że dzieci go denerwują, nie bawi go to,
    a ja nigdy mu się nie podobałam tak naprawdę ... Może mial taką
    zachciankę - zobaczyć jak to jest mieć rodzinę, dziecko ... I się
    rozmyslił. Sama już nie wiem ... ale jedno jest pewne, wiem jaka
    byłam, co robiłam, przeanalizowałam to wszystko na 100 sposobów i
    nijak nie czuję się winna ... Na marginesie to nie jest też tylko
    moje zdanie, jego znajomi, też tak uważają, wiekszość ludzi z
    naszego otoczenia była w szoku, wszyscy mu zawsze gratulowali takiej
    fajnej żony... No ale czas pokaże - i przekonam się sama niedługo
    jak to jest z tymi sprawami w obliczu sądu. Jeśli się nie uda
    trudno, ale myślę, że warto spróbować.
  • 09.10.08, 10:55
    Pytałaś czego możesz się spodziewać, więc odpowiedziałem. Nie
    oczekuję od Ciebie wyjaśnień dlaczego uważasz, że mąż jest winny.

    Dla mnie zawsze za rozpad związku odpowiadają obie osoby i samą
    procedurę orzekania winy uważam za absurdalną.

    To wszystko o czym piszesz dla mnie jest właśnie Twoją "winą" za
    rozpad związku. Ustępowałaś mężowi, nie byłaś dla niego partnerką,
    tylko tanią siłą roboczą, doporowadziłaś do tego, że przestałaś być
    dla niego kimś atrakcyjnym, więc odszedł. Poza tym Twoją "winą" jest
    tez to, że mimo wyraźnych sygnałów przed ślubem (zawsze oglądał się
    za innymi), zdecydowałaś się na małżeństwo z takim facetem.

    Mnie ciekawi, dlaczego uważasz, że warto próbować?

    --
    Kobieta nie wie czego chce,
    ale nie spocznie dopóki nie osiągnie celu.
  • 09.10.08, 11:05
    z_mazur napisał: Poza tym Twoją "winą" jest tez to, że mimo
    wyraźnych sygnałów przed ślubem (zawsze oglądał się
    > za innymi), zdecydowałaś się na małżeństwo z takim facetem.

    Przed i zaraz po ślubie to "widział" tylko mnie smile Niechby spróbował
    wtedy ... Przed i jakiś czas po slubie było fajnie, bylismy
    przyjaciółmi, partnerami własnie, i w pracy i w domu.
    Ale masz rację, byłam zbyt ustępliwa. O ile winą jest bycie zgodną,
    spokojną i ustępliwą osobą. Ale nie nudną "ciotką", bo to zaraz taki
    obraz się nasuwa ... Co to to nie.
    A czemu uważam, że warto? To pisałam już wcześniej - żeby chociaż na
    koniec, nie być tą, która tańczy tak jak on zagra, zgadza się na
    warunki, które on dyktuje bo tak mu jest wygodnie i żeby
    było "prawdziwie".

    pozdrawiam
    Iranka

  • 09.10.08, 11:11
    No właśnie i widzisz głównie o nim piszesz w motywacji, a nie o tym
    dlaczego Tobie na tym zależy. Gdybyś się nie ustawiła w pozycji, że
    Tobie zależy na orzekaniu a jemu nie, to nie byłoby w ogóle
    problemu "dyktowania" komukolwiek czegokolwiek. Gdybyś po prostu
    stwierdziła, że chcesz się z nim szybko rozstać, to byłyby to wtedy
    Twoje warunki.

    Dla mnie właśnie taka motywacja: "udowdnię mu, że tak łatwo mu nie
    pójdzie" jest najgorszą z możliwych, bo wikła nas emocjonalnie w tą
    kwestię, a biorąc pod uwagę, że taki rozwód może potrwać dobrych
    kilka rozpraw, to na własne życzenie fundujemy sobie emocjonalną
    huśtawkę w imię udowadniania komuś, kto na to nie zasługuje, czegoś,
    czego i tak nie zrozumie.

    --
    Po odejściu od ołtarza reklamacji nie uznajemy.
  • 09.10.08, 11:25
    z_mazur napisał:
    Gdybyś po prostu stwierdziła, że chcesz się z nim szybko rozstać, to
    byłyby to wtedy Twoje warunki.>
    > Dla mnie właśnie taka motywacja: "udowdnię mu, że tak łatwo mu nie
    > pójdzie" jest najgorszą z możliwych

    Uważam, że masz dobre założenia, zgadzam się z tobą, że pewnie
    lepiej się rozstać bez wyciągania brudów itp. Ale zależy mi na
    rozwodzie z orzeknieciem o winie dla siebie, a nie żeby mu coś
    udowodnić. Chodzi mi o takie poczucie sprawiedliwości, które mam,
    nie wiem jak ci to wytłumaczyć, chyba nie potrafie smile
    To nie jest chęć odwetu. Z zazdrością, poczuciem odrzucenia i
    wszystkim tym przez co się przechodzi po tym jak cię ktoś zostawi
    uporałam się. Tak mi się wydaje - myślę teraz tylko o dzieciach i o
    sobie. A ja własnie taką mam potrzebę - żeby było prawidziwe, a nie
    tak jak jemu jest wygodnie.
  • 09.10.08, 12:28
    Nie musisz mi tego tłumaczyć, wydaje mi się, że rozumiem, chociaż
    nie zgadzam się. smile))

    No bo jeśli jesteś przekonana o jego winie, to wyrok nie jest TOBIE
    do niczego potrzebny, prawda? Ty już wiesz kto ponosi winę. No
    chyba, że nie dowierzasz własnemu osądowi i potrzebujesz
    potwierdzenia tego faktu przez autorytet jakim jest sąd.

    Jeśli robisz to po to, żeby ON coś zrozumiał, to robisz to dla
    niego, a nie dla siebie i dlatego ja się zastanawiam, czy warto to
    robić dla niego. On jak nie będzie chciał, to i tak tego nie
    przyjmie do wiadomości. Wszyscy wkoło będą winni temu orzeczeniu
    winy a nie on. Dla niego to będzie spisek sędziów, urobionych przez
    Ciebie świadków itp. okoliczności.

    Dlatego zawsze zastanawiam się w takich sytuacjach do czego tak
    naprawdę jest to orzekanie potrzebne?

    --
    Kobieta nie wie czego chce,
    ale nie spocznie dopóki nie osiągnie celu.
  • 09.10.08, 13:00
    ... porządku rzeczy, który nosimy w sobie, a który nie jest taki sam
    u wszytskich.

    Dla mnie) orzeczenie winy, bez względu na koszty (emocjonalne,
    fifnasowe), jest zabiegiem tańszym i łatwiejszym od życia ze
    świadomością, że mam niezałatwioną sprawę.
  • 09.10.08, 13:00
    Wiesz co Mazur...ja myślę, że to jest mądra irańska kobieta,
    będzie konkret na papierze...będzie śmiało chodzić po ulicach..
    nie bacząc na siedzących przy stolikach..zawsze mających czas
    na puste gadanie przy herbatce....irańskich macho pich'ów...

    na poważnie....znowu muszę zareagować...
    po co tyle piany u Ciebie w ostatnich 24 godzinach...
    pusto czepiasz się szczegółów...gubisz człowieka w tym słowo-
    potoku...
    wczoraj upokarzasz dziennikarza TVN, który coś ważnego chciał
    przekazać...
    dzisiaj szukasz problemu, gdzie go nie ma...
    powstrzymaj swój moderatorski testosteron moderatorze Mazurze

  • 09.10.08, 13:10
    A ja wdzięczna jestem Mazurowi za jego słowa, choć się nie zgadzamy
    faktycznie smile
    Po to tu piszę, żeby poznać inne zdanie, zastanowić się, i
    przemyśleć swoje pod innym kątem ...
    Nie o klepanie po pleckach tu chodzi.

    bardzo wszystkim dziękuję, i jak to mawiają "czas pokaże" ...
  • 09.10.08, 13:12
    A co takiego ważnego chciał przekazać ten redaktor? Że ludzie sobie
    czasem krzywdę robią, albo popełniają błędy? Też mi odkrycie. I to
    wszystko w celu dokopania portalowi, którego sukces i popularność
    jest solą w oku dla niektórych.

    I wcale nie musisz reagować, ale reagujesz bo widocznie czujesz taką
    potrzebę. Taką samą jaką ja czuję, żeby sobie podywagować na temat
    orzekania winy. Tobie się wydaje, że iranka będzie chodziła z
    podniesionym czołem, a mnie się wydaje, że po roku użerania się z
    mężem w sądzie będzie żałowała tej decyzji. Ja Tobie nie
    przeszkadzam wyrażać Twojego zdania, pozwól mi wyrażać swoje. Możemy
    podyskutować na ten temat, ale nie na zasadzie czepiania się, tylko
    dyskusji na argumenty.

    --
    Skromność zdobi mężczyznę, ale prawdziwy mężczyzna nie powinien się
    zdobić wink))
  • 09.10.08, 13:32
    Gdzie ją KONKKRETNIE ostrzegłeś, że będzie żałować za swoją
    decyzję...
    gdzie przytoczyłeś KONKRETNE argumenty???...
    to jest właśnie bezsens Twojej wypowiedzi...
    zmuszony przeze mnie zaczynasz wreszcie KONKKRETNIE,
    odpowiedzialnie za swojego Rozmówcę mowić...
    a nie dyrdymalić o wyimaginowanej winie Piszącej...moderatorze
    Mazurze..

    MODERATOR ma być odpowiedzialny za swego rozmówcę...
    ROZMÓWCA tego oczekuje od moderatora....
  • 09.10.08, 13:48
    Napisałem, że sam pomysł orzekania winy jest dla mnie absurdalny i
    zupełnie zbędny.

    Dla mnie za rozpad związku odpowiedzialne są obie strony i nie ma w
    tym czegoś takiego jak wina, jest po prostu odpowiedzialność. I
    warto się zastanowić po prostu nad swoim udziałem, wziąć za niego
    odpowiedzialność i orzekanie winy nie jest nam do tego potrzebne.

    W innym wątku któraś z pań pisze lekko ironicznie o tym, że jak
    facet odchodzi od kobiety, to jest zawsze jego "wina", a jak kobieta
    odchodzi to jest "wina" faceta. Interesuje mnie w tym momencie ten
    drugi przypadek, skoro można przyjąć, że odejście może być winą tej
    strony od której się odchodzi, to dlaczego tak do tego podchodzić
    tylko w przypadku facetów.

    Ja uważam, że suma naszych zachowań, sposób w jaki się rozwijaliśmy
    (albo nie) będąc w związku, nasze działania i zaniedbania, prowadzą
    do sytuacji w której związek się rozpada i dotyczy to obojga
    małżonków, pojęcie winy jest tutaj dla mnie lekko absurdalne.

    Zamiast angażować sie w bolesny proces udowadniania winy komuś, kto
    się do tej winy nie poczuwa (i nawet jak mu się ją udowodni to
    najprawdopodobniej jej nie przyjmie) lepiej się skupić na sobie i na
    stanięciu na nogi, na przeanalizowaniu własnego udziału w rozpadzie
    związku, żeby na przyszłość uniknąć podobnych sytuacji. To jest dla
    mnie właściwy sposób angażowania swoich zasobów, zarówno finansowych
    (koszty procesowe) jak i psychicznych (zszarpane emocje).

    --
    Po odejściu od ołtarza reklamacji nie uznajemy.
  • 09.10.08, 14:15
    ale odczułam niespotykanie silna potrzebe otrzymania pisemnego
    powietrzenia winy imć małżonka.
    I otrzymałam.
    Co więcej, udało mi się zachowac człowieczeństwo w tym wszystkim-
    swoje, nie martwię się jeo zdaniem- cóż, nikt nie lubi jak wina
    zostaje powteirdzona- ale nie ja się prosiłam do sądu tylko zostałam
    tam zaproszona.
    Dało mi to częściową satysfakcję- to orzeczenie- częściową bo sama w
    sobie sytuacja jest ciężka i anormalna- więc określlenie satysfakcja
    jest nieadekwatne- lepszym jest- forma zadoścuczynienia.
    Jak wielokrotnie pisałam- mam wysoce rozwinięte poczucie potrzeby
    zachowania porządku- złe jest złe i nawet jak grupa wrzeszczy-
    olewamy- to ja sie nie poddam presji grupy- mam swoje zdanie i umiem
    oraz jestem w stanie go bronić nawet wtedy, jak głoszę opinie z
    gatunku niepopularnych.
    Następstwo wydarzeń , aby miało sens wymaga porządku oraz
    załatwienia do końca.
    Więc załatwiłam.
    a pomógł mi w tym- o paradoksie !!!! małżonek.
    Dlatego powtarzam- rozumem że ktos może mieć takie a nie inne
    stanowisko.
    Szanuje tez tych którzy olewają- bo im to do nieczego potrzebne nie
    jest.
    mnie jest potrzebne- bo mam takie poglądy a nie inne.

    Można tego nie popierać ale nikomu nie wolno ganić.
    I dla mnie za rozpad związku nie zawsze są odpowiedzialne obie
    strony.
    Fakt czy mąz sie poczuwa czy tez nie- nie jest istotny.
    bo on jest na takim etapie że moja wina jest to że nie znikłam i
    isnieję nadal.
    To też mam oswojone i nie przejmuje się tym- czas upływa- więc
    akurat w tym temacie mi pomógł.
    Jestem i będę.
    do tego by byc godnie, spokojnie i spójnie potrzebowałam orzeczenia
    o jego winie.
    i je mam. Odczułam ewidentna ulgę.Pomimo tego co przezyłam w trakcie
    oczekiwania na orzeczenie.
    Uważam że było warto.
    Mogę byc ponad teraz a to duża satysfakcja dla mnie. Móc decydować.
    Nie mylić z "odgrywać się".
    Bo tego nie robie i nie zrobię- nawet jak się facet skundli jeszcze
    bardziej.
    Czy to jest tak skomplikowane aby to zrozumieć?
    Nie- jeśli sie zrobi założenie że każdy ma inne potrzeby, obserwacje
    i inne elementarne założenia odnośnie co "olewam" a co jest istotne
    i dlaczego.
    no- to już wiecie.
    Jaka jestem.
    Staromodna?, uprata, upierdliwa, konsekwentna, z przerostem zaufania
    w sprawiedliwośc?
    Być może.
    Ale nikt nie płakał z mojego powodu.
  • 09.10.08, 15:00
    Rozumiem taką postawę, chociaż się z nią nie zgadzam.

    Punktem wyjścia od którego zaczyna się nasze widzenie problemu jest
    to, że ja właśnie uważam, że odpowiedzialność za rozpad związku
    spoczywa na obu stronach.

    I romans, czy inne podobne "przyczyny" orzeczenia winy, są zawsze
    efektem czegoś co w relacji działo się (albo przez zaniechanie, nie
    działo się) wcześniej. I właśnie tak na to trzeba patrzeć, od
    początku (czyli podjęcia decyzji o wejściu w związek z tą a nie inną
    osobą) do końca czyli do decyzji o rozstaniu.

    I tu nie chodzi o olewanie czegokolwiek. Orzeczenie winy daje złudne
    wrażenie, że się w rozpadzie swojego związku nie miało się udziału.
    No bo jakże inaczej, przecież mamy na piśmie od Wysokiego Sądu,
    żeśmy niewinni jak lelija.

    A nie oszukujmy się, ten udział zawsze jest, więc jaki to ma związek
    ze sprawiedliwością, porządkiem, zadośćuczynieniem?

    --
    Kobieta nie wie czego chce,
    ale nie spocznie dopóki nie osiągnie celu.
  • 09.10.08, 15:10
    mazur
    Twoje argument sa jak dlamnie zblizone do argumentów osób które
    wola odpowiedzialnośc grupową bo odpowiedzialnosci indywidualnej nie
    sa w stanie udzwignąc.

    Pozdrawaim
  • 09.10.08, 15:21
    Oj mazurze...no to powiedz mi jak taki mądry jestes co do winy ... małżeństwo b.
    kochające się podejmuje decyzje /zgodną / że czas i pora na dziecko.Zona
    zachodzi w ciążę , pojawiają sie kompilkacje, musi leżeć do końca
    rozwiązania.Leży w szpitalu i znosi to dzielnie a pan mąż, biedaczek z
    ,,rozpaczy '' urządza w domu schadzki z panienkami bo jak sie pózniej tłumaczył
    ,,samotny i opuszczony sie czuł" a zonie opowiadał że wszystko ok.Żona kiedy
    dowiedziała się o zdradach kazała mu się wynosić z domu tym bardziej że żadnej
    skruchy nie okazywał, a wręcz powiedział że to jej wina bo przez dziecko nie
    mógł normalnie żyć i założył sprawę z orzeczeniem jej winy.No i słucham mazurze
    , gdzie widzisz winę tej kobiety?
  • 09.10.08, 15:26
    Zuza a Ty po rozwodzie? O ile pamietam, to nie wyrażałas zgody na
    tenże rozwód...
    --
    "W życiu nie trzeba się niczego bać; trzeba to tylko zrozumieć."
  • 09.10.08, 16:33
    Oddaliłam pozew- właśnie z winy męża.
    Chciałam czasu na zastanowienie- czy dam radę- jakby co.
    I go dostałam.
    Dodatkowo zaś mam te swoje moralne zadośćuczynienie.
    I tylko tyle.
    Teraz samodzielnie, bez presji puszczalskiego podejmę decyzję- czego
    chcę i co dam radę udźwignąć.
    Odmówiono mi tego prawa- a uważam że je mam.
  • 09.10.08, 16:38
    W wyborze takiego a nie innego człowieka na partnera.


    --
    Po odejściu od ołtarza reklamacji nie uznajemy.
  • 09.10.08, 16:30
    orzeczenie winy ma się nijak do faktu- kto tę winę ponosi i w jakiej
    części.
    Bo często się trafia że winny zdrady na przykład ma super prawnika a
    zdradzona osoba idzie sama i ją przerabiają na mięso armatnie.
    Więc nie mieszajmy.
    Co innego orzeczenie winy w sytuacji gdy winny jest winny a co
    innego potrzeba otrzymania zadośćuczynienia.
    Zaś rozkład winy- moim zdaniem które podtrzymuję- nie wolno
    uogólniać- bywa że winna jest jedna strona.

    Idac dalej tym tropem powinniśmy zrobić wykaz błędów które mogą być
    powodem zdrad a które nie kwalifikują się do dawania dupy na boku.
    Sorki- ale tak myślę.

  • 09.10.08, 16:41
    cyt: tu nie chodzi o olewanie czegokolwiek. Orzeczenie winy daje
    złudne
    wrażenie, że się w rozpadzie swojego związku nie miało się udziału.
    No bo jakże inaczej, przecież mamy na piśmie od Wysokiego Sądu,
    żeśmy niewinni jak lelija.


    Mazur- tak właśnie jak opisałeś powyżej- chciał postąpić mój mąż.
    Ale mu się nie udało.
    Mam się czuć winna- że się obroniłam i przy okazji wyszło szydło z
    worka?
    Tak się nie czuję- a jak mąz się czuje- to można sobie wyobrazić-
    jestem winna- bo się postawiłam.
    A mnie to akurat jego podejście to Lotto.
    Potrafiłam mu pomóc finansowo jak miał problem- nie tak dawno.
    I przyjął tę pomoc- bo byłam jedyna co się przejęłam.

    Od takiej beeeeeee zuzy przyjął..

    W jednym przyznaję ci rację- jak tu weszłam i zaczęłam pisać
    uprzedziłeś mnie lojalnie że mogę w międzyczasie zacząć tracić
    resztki szacunku do niego.
    Miałeś rację. Dzięki ci za to- uprzedziłeś mnie i wiedziałam co może
    się przytrafić.
    Ale warto było.
  • 09.10.08, 17:01
    > Mazur- tak właśnie jak opisałeś powyżej- chciał postąpić mój mąż.
    > Ale mu się nie udało.

    Ale jakie to ma dla Ciebie znaczenie? On chciał orzeczenia Twojej winy, moim zdaniem trzeba było zaproponować nieorzekanie i się zwyczajnie rozwieść. To że on ma problemy z ocenami moralnymi własnych czynów, to jego problem i sam go musi sobie rozwiązać. Ciebie to w zasadzie nie dotyczy. A tak jesteś teraz nadal na własne życzenie żoną faceta, który Cię nie kocha, zdradza i pewnie coś tam jeszcze i to jest dla mnie co najmniej dziwne.

    > Mam się czuć winna- że się obroniłam i przy okazji wyszło szydło z
    > worka?

    Ale jakie szydło? To że Twój mąż jest taki jaki jest? Przecież Ty o tym wiedziałaś. A że on o tym nie wie? Uważasz, że to Ty powinnaś go uczyć prawidłowych relacji międzyludzkich?

    --
    Skromność zdobi mężczyznę, ale prawdziwy mężczyzna nie powinien się zdobić wink))
  • 09.10.08, 20:37
    nieorzekanie jest moim zdaniem przyzwoleniem na obciążenie mnie winą-
    bo tak chciał.
    Więc wyraziłam dezaprobatę- bo konsekwencje poczynań własnych autor
    poczynań winien ponosić.
    Tak rozumiem sprawiedliwość- bo tchórzostwa i kłamstwa oraz obłudy
    nie trawię.
    i zawsze tak było.
    to że się zmieniło miesce na trawniku nie oznacza że trawa innej
    wody potrzebuje.
    Ale to- jak pisałam lotoo.

    reasumując- chciałam aby zostało stwierdzone- bo nie lubię jak mnie
    wciągają w swoje bagno.
    Lubię i umiem pomagać ale wyzysku i spychologii nie toleruję.
    Wszelkie objawy niesprawiedliwości wzbudzają mój sprzeciw.

    Odnośnie- on wie czy też nie- ważne że ja wiem, bo ja jestem
    najwazniejsza w tym wszystkim.

    Odnośnie nauczania- uczyłam i wiele nauczyłam.
    Jak rozpoczął samodoskonalenie- to efekty są.
    Mam mu zabraniać?
    Czemu?
    Prosić nie będę- ale swoje robić mogę- bo nie jestem bluszczem ani
    piranią.
    Jestem zrównoważona i doprawdy- jego standardy moralne nie są moimi.

    Zadośćuczynienie zaś mam. I nie zwróciłeś chyba uwagi na jedno- mnie
    to pomogło jak napisałam- to dlaczego nie patrzeć ze strony- że
    pomogło, tylko negatywy tworzyć.
    Orzekanie ma się nijak do tego czy kocham czy też nie.
    To coś zupełnie innego- elementarna sprawiedliwość. Ot- dla zasady-
    bo nic ponadto.
  • 22.11.08, 19:34
    Zuzo zgadzam sie z Tobą i też tak jak Ty myślę. Czekam na sprawę z pozwu męża po
    28 latach małżeństwa bez orzekania o winie. Nie zgadzam się, bo powodem rozpadu
    jest kobieta, z którą mnie zdradził. Cały czas jednak on mnie wrabia w poczucie
    winy z mojej strony(brak częstych kontaktów intymnych, brak czułości, itp.)Ale
    ja myślę inaczej, czuję się wyrzucona jak zepsuta zabawka, nie zapewnił mi po
    tylu latach bezpieczeństwa, stabilizacji i spokoju. Dlatego dałaś mi tu otuchę
    żeby tak się nie czuć, chcę wyjść z tego związku z godnością i poczuciem,że
    jestem jeszcze kobietą, która zasługuje na szacunek. Dzięki za taki post.
    Pozdrawiam Kort-illa.
  • 09.11.08, 20:11
    Orzeczenie o winie potrzebne mi będzie miedzy innymi po to aby mój mąż w
    sytuacji kiedy życie mu dopiecze a narozrabiał sporo i zacznie pic( jest
    alkoholikiem póki co niepijącym)nie chciał alimentów .
  • 12.10.08, 10:44
    Iranko, jestem "nowa" na tym forum... jak przeczytalam Twoja
    wypowiedz to az mi dech zaparlo...Mam identyczna sytuacje : maz
    alkoholik odszedl do mlodszej kobiety. Zazadal rozwodu bez orzekania
    o winie... Nie zgodzilam sie, wnioslam o orzeczenie winy meza. Nie z
    zemsty, ale nie chce kolejny raz byc jego ofiara. Rozprawa rozwodowa
    juz wkrotce. Wiem, ze nie bedzie latwo, bo maz zapowiedzial , ze
    mnie zniszczy. Szuka moich wrogow, aby zeznawali przeciwko mnie ,
    grozi i zastrasza. Jestem w glebokiej depresji ale sie nie poddam.
  • 13.10.08, 14:36
    woman-in-blue napisała:
    Wiem, ze nie bedzie latwo, bo maz zapowiedzial , ze mnie zniszczy.
    Szuka moich wrogow, aby zeznawali przeciwko mnie , grozi i
    zastrasza. Jestem w glebokiej depresji ale sie nie poddam.

    Życzę Ci siły i powodzenia, mój mąż też czasami mi groził, że mnie
    zniszczy smile Wiele nas łączy niestety. Ale to było tylko straszenie,
    bo wiedział, że może mnie przestraszyć, a teraz już się go nie boję.
    Tak to chyba jest w takich toksycznych związkach. I ty też
    przestaniesz się bać i przejmować tym co tam sobie gada, zobaczysz.
    Też miałam ciężkie chwile, nie wiem czy to była depresja, ale nie
    było wesoło. Ale czas leczy rany, zyczę Ci żebyś szybko stanęła na
    nogach, w pełni sił! Dla mnie takim argumentem przyspieszającym były
    dzieci no i fakt, że zdałam sobie sprawę, że straciłam już tyle
    czasu swojego życia na kogoś, kto na to nie zasługiwał, że już nie
    chcę go tracić (czasu smile. Na żale, wspomnienia, rozpamiętywanie ...
    Szkoda życia!

    pozdrawiam
    Iranka
  • 09.10.08, 21:07
    Jestem w identycznej sytuacji.Za miesiąc kolejna runda.Przez 30 lat
    postępowałam identycznie tak jak Ty aż się znudziłam swoim oddaniem
    a mój pan uległ fatalnemu zauroczeniu ,wirtualnemu a potem całkiem
    realnemu.I taka otrzymalam radę adwokata, która prowadzi moja
    sprawę...Trzymajmy się.
  • 09.10.08, 16:52
    > Oj mazurze...no to powiedz mi jak taki mądry jestes co do winy ... małżeństwo b
    > .
    > kochające się podejmuje decyzje /zgodną / że czas i pora na dziecko.Zona
    > zachodzi w ciążę , pojawiają sie kompilkacje, musi leżeć do końca
    > rozwiązania.Leży w szpitalu i znosi to dzielnie a pan mąż, biedaczek z
    > ,,rozpaczy '' urządza w domu schadzki z panienkami bo jak sie pózniej tłumaczył
    > ,,samotny i opuszczony sie czuł" a zonie opowiadał że wszystko ok.Żona kiedy
    > dowiedziała się o zdradach kazała mu się wynosić z domu tym bardziej że żadnej
    > skruchy nie okazywał, a wręcz powiedział że to jej wina bo przez dziecko nie
    > mógł normalnie żyć i założył sprawę z orzeczeniem jej winy.No i słucham mazurze
    > , gdzie widzisz winę tej kobiety?

    Drzewko zrobiło się nieczytelne, to odpowiem tutaj.

    Wcale się nie uważam za mądrego. Po prostu mam swoje zdanie w tej sprawie i bronię go.

    Po pierwsze już pisałem, że nie trafia do mnie kwestia orzekania kto jest winien więc winy w przykładzie nie będę rozstrząsał. A gdzie bym widział odpowiedzialność takiej kobiety. Po pierwsze w wyborze takiego a nie innego człowieka na partnera, w niedostrzeganiu tego, że mąż jej zwyczajnie nie kocha, albo jest kompletnie niedojrzały i mimo to zdecydowaniu się z nim na dziecko.

    --
    Po odejściu od ołtarza reklamacji nie uznajemy.
  • 09.10.08, 17:28
    z_mazur napisał:
    Po pierwsze w wyborze takiego a nie innego człowieka na p
    > artnera, w niedostrzeganiu tego, że mąż jej zwyczajnie nie kocha,
    albo jest kompletnie niedojrzały i mimo to zdecydowaniu się z nim na
    dziecko.


    Wydaje mi się, że zbyt wiele oczekujesz do ludzi. Że będą duchami
    świętymi i przewidzą co się stanie w przyszłości. Będąc z kimś x
    czasu mozna poznać jego wady, zgodzić się na nie lub nie. Ale nie
    można przewidzieć, że ktoś cię oszuka lub zdradzi za 10 lat
    powiedzmy. "Znamy się na tyle na ile nas sprawdzono" - uważam, że to
    mądra mysl ...
    Jeśli mój mąż obejrzał się na ulicy za ładną dziewczyną to twoim
    zdaniem, dla mnie to powinno równoznaczne z tym, że będzie miał
    kochankę i zostawi rodzinę? smile
  • 09.10.08, 17:54
    Piszący albo zmienił temat...albo mówi o zupełnie innej teraz
    sprawie...
    albo bredzi...logiczność...przyczynowo-skutkowość mętna...
    manipulując Jego mętną logiką;
    jesteś winna za rozpad małżeństwa jeszcze przed jego zawarciem...
    kompletna bzdura...

    A Ty widzę..prawdziwa Iranka...
    z chłopami trzeba gadać i jeszcze się uśmiechać...
    nawet jak bredzą...czy to nie jest współuzależnienie od mężczyzn...
    czy to się nie leczy...

    pozdrawiam serdecznie Irankosmile)))
  • 09.10.08, 18:05
    leptis napisał:
    > A Ty widzę..prawdziwa Iranka...
    > z chłopami trzeba gadać i jeszcze się uśmiechać...
    > nawet jak bredzą...czy to nie jest współuzależnienie od mężczyzn...
    > czy to się nie leczy...

    Ale ja tak z każdym rozmawiam i płeć tu nie ma nic do rzeczy smile
    No wychodząc z założenie Mazura to powinnam się czuć winna, że za
    grzeczna jestem i pewnie dlatego mąż ode mnie odszedł.
    I już chyba z niczego nie muszę leczyć, bo wyleczyłam się z facetów
    na całe życie, amen.

    pozdrawiam serdecznie!
  • 09.10.08, 18:12
    ju też się czuję winny...za Twe słowa...

    jeszcze raz wszystkiego dobrego smile))
  • 12.12.08, 11:28
    pozdrawiam.
    heh wiesz,kiedyś mój obecny mąż(z którym jestem w separacji)kiedyś byliśmy razem
    i zostawił mnie dla innej i powiedział że dlatego że za dobra byłam dla niego i
    mu się to znudziłosmile nie zrozumiesz nigdy faceta!
  • 09.10.08, 20:37
    Dla kogoś kto nie potrafi czytać ze zrozumieniem pewnie każdy tekst pisany jest bredzeniem.

    Gdzie ja pisałem o winie?

    Pisałem o odpowiedzialności za nasze życie i za wybory, których dokonaliśmy.

    Skutkiem wyboru partnera jest związek z nim z wszystkimi tego konsekwencjami, czyli również z jego ewentualnym rozpadem.

    --
    Po odejściu od ołtarza reklamacji nie uznajemy.
  • 09.10.08, 20:43
    pisałeś o winie i jeszcze w dwóch innych miejscach

    Dla mnie zawsze za rozpad związku odpowiadają obie osoby i samą
    procedurę orzekania winy uważam za absurdalną.

    To wszystko o czym piszesz dla mnie jest właśnie Twoją "winą" za
    rozpad związku. Ustępowałaś mężowi, nie byłaś dla niego partnerką,
    tylko tanią siłą roboczą, doporowadziłaś do tego, że przestałaś być
    dla niego kimś atrakcyjnym, więc odszedł. Poza tym Twoją "winą" jest
    tez to, że mimo wyraźnych sygnałów przed ślubem (zawsze oglądał się
    za innymi), zdecydowałaś się na małżeństwo z takim facetem.


    mówiłam- zróbmy listę z podziałem- co to jest wina powodująca że
    delikwent lub delikwentka ma prawo zdradzić i oszukać i obciążać
    winą za zdradzeie stronę zdradzoną.

    Słona zupa?
    Ból głowy?
    5 minut spóźnienia?

    Da się taką listę zrobić?
  • 09.10.08, 21:01
    A nie zauważyłaś, że "wina" pisałem w cudzysłowiu?

    Związek to suma interakcji pomiędzy partnerami. Reakcja i przeciwreakcja, to one decydują o tym w jakim kierunku zmierza relacja. A skoro tak, to biorą w tym zawsze udział dwie osoby i obie ponoszą odpowiedzialność.

    --
    Kobieta nie wie czego chce,
    ale nie spocznie dopóki nie osiągnie celu.
  • 09.10.08, 21:14
    intencje są jasne- czy obejmiesz czy też nie cudzysłowem.
    A bywa- że tylko jedna strona jest winna- chyba że ta przysłowiowa
    zupa wystarczy.
    Reasumując- są różne sytuacje, to że czegoś jest więcej nie
    upoważnia do oceny- że zawsze jest zgodnie z większościowym.
    Bywają wyjątki. Całkiem ich sporo jest nawet.
    A eakcja moja była standardowa lub nie- nie wykopałam z domu, w
    twarz tylko raz strzeliłam, ie zdradzałam i nie oczerniałam.
    Czekałam po cichu , po stop- klatce, a teraz działam.
    I nie ja byłam drugą osobą w pewnej chwili- i nie ja weszłam w
    interakcję.
    Relacja zaś mnie znowu dotyczyć miała.

    Był trójkąt.

    I tyle.
    Sprawę uważam za wyjaśnioną dogłębnie, szczerze oraz uczciwie.
  • 09.10.08, 20:40
    Oczywiście, że nie możemy przewidzieć przyszłości, ale możemy uważniej obserwować teraźniejszość. Zmiany, które zachodzą w nas w naszym partnerze, jak zmieniają się nasze i jego priorytety i mając taką wiedzę można na to reagować. I za brak tej obserwacji i reakcji my ponosimy odpowiedzialność.

    --
    Po odejściu od ołtarza reklamacji nie uznajemy.
  • 09.10.08, 20:44
    obserwowałam i zareagowałam- stosownie do okoliczności.
  • 09.10.08, 20:51
    Zuza odpuść...Mazur to jest taki bajarz netowy...
    gdzieś usłyszał pewną prawdę...nie wiele z Niej zrozumiał..
    i płynie..płynie.. z Nią..od godzin porannych..

    żałosne w sumie...
  • 09.10.08, 20:55
    Hmmm, tej prawdy nie usłyszałem nigdzie. To tylko i wyłącznie moje własne przemyślenia i poglądy.

    A że dla Ciebie żałosne? To akurat dla mnie powód do zadowolenia. Zacząłbym się martwić o siebie, gdybyś powiedział coś przeciwnego.

    --
    Kobieta nie wie czego chce,
    ale nie spocznie dopóki nie osiągnie celu.
  • 09.10.08, 21:01
    To gratuluję przemysleń...są nie kwestionowalnie słuszne...
    co do idei przemyśleń...bo w szczegółach durne...
    no i najważniejsze..po co w tym wątku?...
    przyczynowo-skutkowość ZERO...przepraszam-się powtarzam...
    ta dziewczyna nie ma problemu z winą..już w pierwszym swoim wątku na
    forum mówiła o zabezpieczeniu materialnym...dzisiaj to też
    przemknęło w jej postach...czytaj...patrz na człowieka...nie tylko
    na słowa...będziesz lepszym moderatorem

    pozdrawiam
  • 09.10.08, 21:08
    Ale coś Ty się tej winy tak przyczepił?

    Piszę, że dla mnie ogólnie orzekanie winy jest absurdem.

    I zawsze pisałem, że dla mnie w Polskim systemie prawnym jedynie potrzeba uzyskania alimentów na siebie jest przesłanką do tego, żeby takie orzekanie winy uzyskać.

    Dla mnie zawarcie ślubu to swego rodzaju umowa cywilno-prawna. Jak każdą umowę można ją rozwiązać, albo zerwać. Jeśli w wyniku zerwania, któraś ze stron ponosi stratę, to ma prawo domagać się od drugiej strony rekompensaty z tego tytułu i tyle.

    I żadna wina nie byłaby do tego potrzebna. I tyle dla mnie w tej kwestii.


    --
    Kobieta nie wie czego chce,
    ale nie spocznie dopóki nie osiągnie celu.
  • 09.10.08, 20:55
    ja dyskutuję bo lubię wiedzieć że zostałam dobrze zrozumiana.
    Ten sam mechanizm co w sądzie.
    Hm- a teraz poszaleć w lżejszych tematach pora chyba.
    Pozdrawiam wszystkich dyskutantów.
  • 09.10.08, 21:37
    Mazur lubi sobie podywagować i choć jest przekonany o słuszności
    swoich wywodów to głebszego sensu nie można się w nich dopatrzyć.
    Mam wrażenie,że mocuje sie sam ze soba i leczy jakieś zaszłości...
    A Iranki problem się po drodze zgubił.
  • 10.10.08, 04:57
    A może tak konkretniej, w czym nie można się dopatrzeć sensu? Ja przynajmniej uzasadniam stanowisko, a nie piszę w jednym zdaniu, że julinka jest przekonana o tym, że warto orzekać winę, chociaż to bez sensu.

    Iranka chyba nie ma zastrzeżeń co do kierunku rozwoju dyskusji, bo sama o tym napisała.

    A co do zaszłości, to myślę, że poglądy chyba każdej osoby na forum, to wynik wpływu ich historii i mocowania się z samym sobą. Ale jeśli chcesz, to mogę być wyjątkiem. smile))

    --
    Kobieta nie wie czego chce,
    ale nie spocznie dopóki nie osiągnie celu.
  • 10.10.08, 11:42
    Jak byś uważnie przeczytał moja wczesniejszą wypowiedż to
    wiedziałbyś ,że nie jestem zwolenniczka orzekania o winie.Co nie
    znaczy ,ze w każdym przypadku wina jest po obu stronach.To spore
    uproszczenie...

    A tak na marginesie, to jednak trafiłam w czuły punkt?
    Poczucie winy? Chęć usprawiedliwienia sie przed samym sobą?
    Podzielenie się odpowiedzialnością?


  • 10.10.08, 13:57
    Oczywiście, że trafiłaś w czuły punkt. smile

    I po raz kolejny powtórzę, ja staram się unikać określenia "wina" w kwestii przyczyn rozpadu związku. Dla mnie dużo lepszym słowem jest "odpowiedzialność". I być może wina nie zawsze jest po obu stronach, ale odpowiedzialni za rozpad związku są zawsze oboje partnerzy.

    Jakoś jeżę się zawsze na posty typu: Byłam "dobrą żoną", a on odszedł więc rozpad związku jest jego winą.

    Ja się uważałem, za dobrego męża, a mimo to moja eks postanowiła się ze mną rozstać, miała nawet romans. Czy to oznacza, że ona ponosi "winę" za rozpad naszego małżeństwa? Nie piłem, nie biłem, nie chodziłem na panienki, pracowałem i zarabiałem, opiekowałem się dzieckiem, gotowałem i pomagałem w domowych obowiązkach, no po prostu ideał męża, co ciągle powtarzali nasi znajomi, a ona postanowiła się ze mną rozstać i nawet wdała się w romans.

    Tylko, że ja nie twierdzę, że to że nasz związek się rozpadł to jej "wina". Ja wiem że również ponoszę za ten rozpad ODPOWIEDZIALNOŚĆ i po terapii i w wyniku samorozwoju wiem przynajmniej mniej więcej dlaczego stało się tak jak się stało. Gdybym zamiast zająć się tym skupił swoją energię na orzeczeniu winy żony, to teraz może kończyłbym bolesny proces, tkwiąc w przeświadczeniu, że ja to taki idealny i skrzywdzony przez złą żonę jestem i w dochodzeniu do równowagi byłbym o jakieś kilkanaście miesięcy do tyłu. I szczerze mówiąc niewiele mnie obchodzi co o całej tej sprawie myśli moja eks. Czy czuje się niewinna jak lelija, czy ma wyrzuty sumienia, czy przeanalizowała swoją kwestię odpowiedzialności, bo to nie moja brocha i szkoda mi mojego cennego czasu na takie rozważania.

    --
    Po odejściu od ołtarza reklamacji nie uznajemy.
  • 10.10.08, 18:24
    z_mazur napisał:
    Ja wiem że również ponoszę za ten rozpad ODPOWIEDZIALNOŚĆ i po
    terapii i w wyniku samorozwoju wiem przynajmniej mniej więcej
    dlaczego stało się tak jak się stało. Gdybym zamiast zająć się tym
    skupił swoją energię na orzeczeniu winy żony, to teraz może
    kończyłbym bolesny proces, tkwiąc w przeświadczeniu, że ja to taki
    idealny i skrzywdzony przez złą żonę jestem i w dochodzeniu do
    równowagi byłbym o jakieś kilkanaście miesięcy do tyłu.

    Czytam to co piszesz i już chyba wiem gdzie leży problem ... naszego
    niezrozumienia. Otóż dla mnie orzeczenie o winie mężą nie jest
    priorytetem, ja nie skupiam się na tym, to jest tylko jeden z
    elementów. Stanęłam na nogi, mam dużo pracy, priorytetem są dla mnie
    dzieci. A rozwód jest przy okazji kwestii ustalenia alimentów na
    dziecko i władzy rodzicielskiej. A jeśli już ma być rozwód to
    chciałabym spróbować, aby było sprawiedliwie. Stąd to orzeczenie o
    winie. Były mąż już mnie nie obchodzi, obyło się bez psychoterapii,
    schudłam tylko 12 kg, ale to do nadrobienia smile Mam dużo energii,
    wiary i nadziei. Czasem zdarza się dołek - wiadomo ... ale skupiam
    się już na tym co przede mną.
    Wydaje mi się, że wychodzisz z założenia, że to orzeczenie o winie
    to takie babranie się w skrzywdzeniu, stąd twoje uwagi, a dla mnie
    to tylko sprawiedliwe zakończenie.

    pozdrawiam
    Iranka
  • 10.10.08, 19:27
    Ja tez mysle,ze to dwie rozne sprawy.
    Sad nie jest od zalatwiania spraw emocjonalnych.Te trzeba zalatwic we wlasnym
    zakresie (np.na terapii).Szczegolnie w tych zwiazkach gdzie nastapilo
    spietrzenie emocji
    I na terapii nie mowi sie raczej o winie tylko o powodach.
    Mysle tez,ze skutkiem terapii moze byc przeprowadzony spokojnie rozwod,na
    zasadzie,ze to nie emocje decyduja tylko zdrowy rozsadek
    --
    Zycie to nie je bajka
  • 06.01.09, 11:26
    Przeczytałam sobie dyskusję i mam parę słów do przekazania w tej kwestii.Podobny problem dotyka mnie pośrednio,bo jestem tą drugą,ale my mamy trochę inną sytuację.
    W telegraficznym skrócie mój partner złożył pozew o rozwód bez orzekania o winie (po 3 latach separacji) bo już miał dosyć skandalicznego zachowania się jego byłej żony.Kobieta fundowała mu pełny przegląd wszystkich klimatów,od kosmicznych awantur,przez uwłaczanie jego godności, zdrady i trwonienie majątku.Kiedy doszło do pierwszej rozprawy,dowiedzieliśmy się że ona się nie zgadza na taki rozwód, złożyła swój kontr pozew i chce wyłącznej winy męża (bo mąż żyje z kochanką jak to lubi mówić), plus wysokie alimenty na siebie i dziecko.Sprawa miała być krótka i prosta ze uwagi na fakt wcześniejszej separacji,a teraz się okazało że będzie jazda bo kobieta uparła się udowadniać wyższość świąt wielkanocnych nad bożonarodzeniowymi..Ze względu na swoje żądania, sędzina na pierwszej rozprawie musiała przeprowadzić odpowiedni wywiad aby wykluczyć jakąkolwiek winę pozwanej, czyli zapytać się o ewentualne zdrady pozwanej itd. I tu zaczął się cyrk, bo zważywszy na bogaty dorobek tej osoby, musiała się przyznać do zdrad jakich się dopuściła w przeszłości,co wprawiło sędzinę w zdumienie i szok,bo jak wiecie nie można żądać rozwodu z orzeczeniem o wyłącznej winie drugiej strony, jeśli samemu się przyznało do zdrady, do tego oczywiście potwierdziła że po tych zdarzeniach nie nastąpiło nawiązanie pożycia,potwierdził to też mój partner... Problem jest w tym że pozwana wykombinowała sobie że jeśli dostanie rozwód z orzeczeniem o winie,to dostanie też na siebie alimenty, a jest to osoba która od pracy ucieka gdzie pieprz rośnie,taki typ pasozyta społecznego,który tylko lubi odwiedzać galerie handlowe i miło spędzać czas wydając pieniądze. Sędzina po tym oświadczeniu przerwała rozprawę i zwróciła się do adwokatów żeby się dogadali i uzgodnili tematy,no i wyznaczyła drugą rozprawę która miała być już końcem tej parodii..niestety była żona nie zrozumiała intencji sędziny i powagi całej sytuacji, napisała jakieś 2 bzdurne i łzawe listy do sędziny, no i przeciągnęła temat tak że c.d.nastąpi.

    Obecnie czekamy na 3 rozprawę, na którą "zaprosiliśmy" określone osoby i po prostu czekamy na cyrk i obciach. Sędzina jak widzi pozwaną to dostaje gęsiej skórki,zafundowała jej na 2 rozprawie reprymendę, ale procedury procedurami, trzeba było jeszcze raz wyznaczyć termin na którym odbędzie się przesłuchanie świadków, których wezwała pozwana. Niestety tak to się czasem kończy jak ktoś jest zadufany w sobie,ma od początku złe intencje,cechuje go zawiść i chciwość. Jesteśmy przekonani że jedynym celem są pieniądze, bo kobieta nie radzi sobie w życiu, nie chce jej się pracować a ma przyzwyczajenia wielkopańskie,dotychczas mąż był jej bankomatem i chyba tylko do tego jej służył,aż się w końcu zbuntował i po prostu uciekł z domu, nie zabierając nawet swoich osobistych rzeczy..
    Napisał to wszystko ku przestrodze bo nie tylko faceci to h***, to jest jedna z niewielu tego typu spraw, gdy oprawcą w rodzinie była kobieta, jednak czasem takie sprawy się zdarzają..
    --
    I to mi się podoba, komentarz został raz na zawsze zapamiętany..
  • 06.01.09, 12:25
    A czy ta drugą byłaś w trakcie trwania tego małzeństwa? Tzn czy z
    Tobą był juz po odejsciu od żony? Bo jesli tak to moze jestem w
    stanie zrozumieć Twoje słowa, a le jesli nie to żądasz od kobiety
    którą oszukiwał żeby teraz była wspaniałomyslna i pozwoliła mu
    ułozyć sobie zycie. Różnie bywa.
  • 06.01.09, 15:09
    Oczywiście że byłam już jak jeszcze byli małżeństwem,bo nie mają przecież jeszcze rozwodu, ale moja osoba niczego nie zmieniła w kwestii rozpadu związku, bo to co działo się przez wcześniejsze kilkanaście lat to był horror albo brazylijski serial w najgorszym wydaniu. Niemoc odejścia wynikała z faktu że było małe dziecko które w przypadku imprezowego trybu życia tej pani, zostałoby generalnie bez opieki. Szanowna żonka chodziła sobie szeroko i miała swojego męża w poważaniu aż do czasu gdy go brakło, albo inaczej brakło sponsora który zapewniałby pełny high life. Nie życzę nikomu wyciągać własnym rękami swoją połowicę z łóżka w jakimś hotelu lub zaparowanego samochodu.. Nie raz nie dwa mój partner dowiadywał się że jego żona znalazła sobie miłość zycia i odchodzi, tylko jak tu rozstać się pieniędzmi, wygodami etc na to trzeba trochę odwagi.. To co napisałam nawet w ułamku nie oddaje kwestii krzywdy jaką ta osoba wyrządziła swojemu mężowi, ale takie historie także się zdarzają. Ta kobieta idealnie nadawałaby się do programu "Dręczeni mężczyźni" jaki niedawno oglądałam. Upłynie jeszcze dużo czasu zanim ten człowiek wyjdzie z traumy,jednak cieszę się że już najgorsze ma za sobą..
    --
    I to mi się podoba, komentarz został raz na zawsze zapamiętany..
  • 03.02.09, 11:15
    Zapewniam Cię, ze ona nie da Wam spokoju, nigdy. Nie straszę.
    Doświadczenie.
    --
    Kobiety, ktorych nikt nie traktuje jak kobiety, z przymusu staja sie
    mezczcyznami
  • 30.10.08, 16:42
    28.10.08 dostałam rozwód z wyłączym orzeczeniem winy ex.
    Dzisiaj wiem, że dla mnie było warto bo czuję teraz to co Ty chciałabyś w
    przyszłości poczuć.Wspaniałe uczucie/zaraz posypią się gromy jaka to jestem zła/
    Zupełnie mnie to nie interesuje, zrobiłam to dla siebie i moich dzieci a czy ma
    to jakieś znaczenie dla ex to mnie zupełnie nie obchodzi co on teraz
    czuje.Nikt mnie nie pytał wcześniej co czułam ja.Wiele złych myśli mnie
    opuściło.Teraz niczego się nie boję i mam wielki apetyt na życie.Może kiedyś to
    poczujesz, życzę Ci z całego serca i trzymam kciuki.Rób to co dla Ciebie
    najlepsze i nie słuchaj filozofów.
  • 30.10.08, 18:08
    ja też bym tak chciala -odszedł do innej i sie do tego przyznaje-czy
    to wystarczy, bo teraz szuka u mnie winy że to przeze mnie znalazł
    sobie inna i zada rozwodu z wylącznie mojej winy, bo byłam na tyle
    złą żoną że musiał się pocieszyć u innej, ale nigdy mi nie
    powiedział że jest mu zle dopiero teraz jak wszystko wyszło na jaw
  • 31.10.08, 08:55
    U mnie było to samo.Jak sie przyznał i z nią mieszka to już nie musisz mieć
    świadków.Chyba, że w sądzie powie co innego.Jeżeli jesteś zdecydowana na rozwód
    to działaj, żeby się czasem nie rozmyślił bo narazi Ciebie tylko na upokorzenia.
    Mój wracał kilka razy/dzisiaj tego żałuję, że na to pozwalałam , tak to był mój
    błąd/Mój też stwierdził, że jestem złą żona dopiero wtedy jak zdradził.Dasz
    radę, trzymam za Ciebie kciuki.Głowa go góry jestes wartościowa kobietą i
    powtarzaj to sobie, że on nie jest Ciebie wart.
  • 13.10.08, 10:30
    mazurze z tego co piszesz odczytuję że kiepski w łózu byłeś dlatego
    poczuwasz się do winy, tearz rozumię skąd ta twoja
    wsłóodpowiedzialność za rozpad związku" ale nie zawsze tak bywa jak
    u ciebie i nie mierz wszystkich swoją miarą.
  • 13.10.08, 17:25
    Tak oczywiście, strzał w dziesiątkę. Cóż za przenikliwość, jestem pod wrażeniem. smile))))))))

    --
    Po odejściu od ołtarza reklamacji nie uznajemy.
  • 10.10.08, 13:30
    MOja sytuacja: On sklada pozew o rozwod po kilku miesiacach od
    wyprowadzenia sie z ich domu.Przyznaje w nim o swojej winie.Prawnik
    radzi wycofac sprawe tuz przed terminem, bo jak mowil:"Za wczesnie"i
    ze Sad nie da rozwodu ,poczekac.Kilka nastepnych miesiecy potem, ona
    sklada pozew z orzeczeniem jego winy.OK, sprawy sie odbywaja, a
    ostatnia trwala 3 h 12 minut! Orzeczenie :Rozwod z jego winy.
    Sedzina jakis czas potem powiedzial nam,ze gdyby nie to,ze
    zamieszkalam z Nim jeszzce przed rozwodem, wcale nie bylo takie
    oczywiste to orzeczenie jego winy.Trudna sprawa.Acha, waznym punktem
    bylo z jej stronie zadanie alimentow.Jak wiecie sa one platne ex do
    konca zycia w tej sytuacji.Chyba ,ze ale to wiecie. No, ale Sad nie
    przychylil sie do sumy jaka ona zadala, przyznal ZNACZNIE MNIEJ. Jej
    adwoktat byl poprostu gnojkiem,nasza adwokat zglosila jego zle
    zachowanie do palestry.No i jeszcze bylo pare kruczkow...
    A jestesmy juz dobre kilka lat, i nie zalujemy!
  • 10.10.08, 16:02
    Jej adwokat nie był gnojkiem,
    gnojkiem jest twój facet, a jej ex.
    To dobrze, ze nie załujecie, tych wszystkich pieniedzy płaconych na
    ex.
    A co do kruczków, to największym kruczkiem, jest zamieszkac razem
    przed rozwodem.
    Pozdrawiam.
  • 10.10.08, 21:07
    Ty Bet to wyskakujesz jak diabełek z pudełka.
    --
    Sprawiedliwosc bezstronna wymaga, aby pan nie miał racji. J.M.Rokita
  • 19.10.08, 09:58
    ja nie komentuje bet, obserwuje juz kilka lat jej wypowiedzi,
    najlepiej ignorowac smile
  • 19.10.08, 12:35
    Szczerze nie pamiętam wypowiedzi bet , ale zgadzam się z jej zdaniem
    i kropka. Myślę nawet , że znalazłoby się więcej osób które też się
    zgodzą.
    A tak na marginesie po co ten Twój facet się żenił skoro mu babka
    nieodpowiadała, a Ty weszłaś w ich życie z butami i ja to tak widzę
    sory.
    Mimo to życzę Ci szczęścia.
    A mówią że na czyimś nieszczęściu szczęścia nie zbudujesz. W twoim
    przypadku to się nie sprawdza, prawda farukh2?
  • 20.10.08, 08:56
    Dlaczego sie zenil, hmmm. Mowil mi, ale czy powiedzial prawde? W
    kazdym razie dzisiaj On widzi to inaczej, niz wtedy,gdy sie zenil.
    Ja wiem ,co bylo w ostatnich latach mojego i Jego malzenstwa. Nikt
    nigdy do konca nie przyzna sie do winy. Ale z drugiej strony,
    jezeli jest zle,ale tak naprawde zle, czy nie lepiej wedlug Ciebie
    zakonczyc to? Jestes zwolenniczka utrzymywania malzenstwa nawet gdy
    jest tak zle,ze gorzej byc nie moze? Ja szanuje ludzi, ktorzy sa w
    stanie wytrwac obok znienawidzonej osoby w imie jakis idealow,
    pogladow. Szanuje ich sile w tym. Ale nie przyznam im racji.
    Jezeli chodzi o Twoje ostatnie pytanie, odpowiem "NIE". Nie jest to
    mozliwe i mnie rowniez sie nie udalo. Bo szczesciem nigdy nie
    osmielilabym sie Tego nazwac. A jak jest naprawde wiem tylko ja i
    On.
    Ale to juz byloby za duzo ,zeby o tym pisac smile
    Dziekuje za slowa krytyki, zawsze kolo serca mam takie nieprzyjemne
    motylki,az boje sie,ze to zawal...Ale nie wiem, moze to jakis
    masochizm? Mam poczucie winy i nikt nie musi mi wypominac ,ze winna
    jestem.
    Ale gdybym z ta wiedza, ktora dzisiaj mam ,miala zaczac jeszcze raz,
    zrobilabym to. Nie z wyrachowania, poprostu mam racje! I warto
    sprobowac zmienic swoje zycie.
    No teraz czekam na lawine pomyj wink
  • 20.10.08, 09:34
    Twój wybór i Twoje prawo.Tylko dlaczego będąc pewną ,ze masz racje
    równoczesnie masz wyrzuty sumienia?
  • 20.10.08, 09:37
    Bo wybór mniejszego zła powoduje wyrzuty sumienia. smile

    To że czujemy, że postępujemy słusznie, wcale nie znaczy, że chroni
    nast to przed negatywnymi emocjami związanymi z podejmowanymi
    wyborami.

    --
    Po odejściu od ołtarza reklamacji nie uznajemy.
  • 20.10.08, 10:44
    bo cala sprawa nie dotyczyla tylko mnie, bo tak mnie wychowano
  • 19.10.08, 13:56
    farukh2 napisała:

    > ja nie komentuje bet, obserwuje juz kilka lat jej wypowiedzi,
    > najlepiej ignorowac smile

    Przyznam szczerze, że zaciekawiło mnie to kilka lat na forum
    bet66 , i tak z ciekawości poczytałam kilka postów. I w mojej
    nieciekawej sytuacji którą mam w tej chwili w życiu, uśmiałam się
    tak , że aż "bąka póściłam" - tak by pewnie powiedziała "osoba o
    wielu nickach" - czyli bet66.
  • 31.10.08, 22:36
    Ja zrezygnowałam z wniosku orzekania o winie. W pierwszej chwili
    miałam taki zamiar, i solidne podstawy ku temu...
    Jednak oszczędziłam sobie kolejnych cierpień. Swiadomość tego co się
    wydarzyło mi wystarcza i nie szukam potwierdzenia z zewnątrz.
    Straconych lat nikt nie zwróci (żaden wyrok, żadna wymierna
    rekompensata, satysfakcja z "przegranej" drugiej strony, itd.). Ja
    chciałam jak najszybciej zacząć "nowe życie". "Nagrodą" było właśnie
    to - jak najszybciej.
    Rozwód dostałam ostatniego dnia roku (cała sprawa trwała ok. 9
    miesięcy). Następnego dnia był - dosłownie i w przenośni - Nowy Rok.
  • 13.01.09, 18:36
    Pomóżcie mi co mam zrobic.Jetem w trakcie rozwodu,który założył mi
    mój mąż,wyprowadzając się wcześniej(miał kochanke i ma
    nadal),zostawiając mnie z dwójką malutkich dzieci.On chce rozwodu
    bez orzekania o winie,ale ja się na to nie zgadzam.Nie po tym co
    przeszłam.Ale mam problem.Nikt z moich znajomych nie chce zeznawac
    przeciwko Łukaszowi,gdyz obawiaja sie problemów.Jak mam udowodnic mu
    wine i to ze ma kochanke-bez swiadkow????
  • 13.01.09, 20:27
    podstawą do rozwodu nie jest kochanka,lecz zupełny i trwały rozkład
    waszego małżeństwa
    by udowodnić mu wyłączną winę za ten rozpad - musisz mieć dowody
    albo walczysz i powołujesz świadków (kochankę możesz również),albo
    się poddajesz i znajomi będą mieli spokój
    wybór jest Twój
  • 03.02.09, 12:02
    W polskim systemie prawnym bycie świadkiem jest traktowane jak
    obowiązek obywatelski. Osoba powołana na świadka nie może się od
    tego uchylać. Wskazujesz osobę, która ma coś istotnego do
    powiedzenia w sprawie, ona dostaje wezwanie z sądu i pod przysięgą
    składa zeznania. Jeśli bardziej niż na znajomych zależy Ci na
    orzeczeniu winy męża, to nie ma żadnego problemu.

    Inna sprawa, że zeznania w takich sprawach osób, które niespecjalnie
    się do tego palą, ograniczają się do: "nie wiem, nie widziałem,
    niewiele mam w tej sprawie do powiedzenia".


    --
    Po odejściu od ołtarza reklamacji nie uznajemy.
  • 04.02.09, 14:11
    Możesz niechcący okazać sie współwinna. Mąż wyprowadził sie do
    kochanki, złożył pozew o rozwód bez orzekania o winie. Tłumaczyłam w
    sądzie, że wina jest ewidentnie jego, bo to on zdradzał, on porzucił
    mnie i dziecko, on sie wyprowadził,ale ..... Zdaniem sądu oboje
    jesteśmy winni - on zdradzał,a ja nie zadbałam o małżeństwo, gdy
    zorientowałam się, że sie sypie.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.