Dodaj do ulubionych

powspominajmy ...

10.02.10, 18:36
Proponuje wymienić się wspomnieniami z dawnych lat gdy komputer czy
wideo było luksusem a telefon w 1 na 1000 mieszkań - czym my
dzieciaki wtedy się zajmowaliśmy?!

moje pierwsze wspomnienie to ogladanie kolorowego telewizora w
witrynie delikateów ( obecnie biedronka) pamietam jak niemal każdego
popołudnia zbierła się tam spora grupa oglądaczy i wspólnie
oglądaliśmy takie hity jak Rambo czy Komando - to były świetne
czasy...
Edytor zaawansowany
  • heymdall 10.02.10, 18:44
    zjazdy oblodzonym stokiem z górki na butach zimą .. sanki były zbyt zachowawcze smile
    --------------------------------------------------------------
    Gdyby ktokolwiek przyłapał mixerka na gwałceniu osła, to każdy sąd mixerka
    uniewinniłby, gdyż spółkowanie w ramach jednego gatunku nie jest zakazane ..
  • nocai 10.02.10, 18:54
    heymdall napisał:
    > zjazdy oblodzonym stokiem z górki na butach zimą .. sanki były zbyt zachowawcze
    > smile

    Nie na butach ! Robiło się narty z plastikowych poręczy z klatek schodowych, to był wypas.
    A pierwszy komputer miał mój kuzyn, ZX81 z rozszerzoną pamięcią z 16 do 48 kB smile Ach te, nieprzespane noce, żeby wgrać Pacmana czy inne Pająki - bezcenne (jak się udało nad ranem).
  • dogbono166 10.02.10, 19:41
    Kiedy jeszcze osiedle Hirszfelda bylo wielka zablocona budowa a miedzy powstajacymi blokami ogromne kaluze, plywalismy na styropianach jak na tratwach. Mamy nas kochaly kiedy wacalismy do domu zabloceni po uda tongue_out
  • soeinmyst 10.02.10, 19:51
    aha przypomniales mi heymdall, ja tez na butach zjezdzalem hahahaha, a w wakacje w przeciaganego, czy jakos tak to sie nazywalo, albo karty - remik, kanasta hahaha i jeszcze byly jakies losy...tam byl kat, zlodziej, policja...tez lubilem grac w 2 ognie, bo ladne dziwczyny przychodzily i bylo sie przed kim popisac hahahaha
  • bogdan_k74 10.02.10, 19:51
    Pamiętam jak wprowadziłem się jako mały chłopiec do bloku na Bożka (blaszak naprzeciwko parkingu) Widok za blokiem był szokujący. Nie było wtedy jeszcze mowy o parkingu a cały teren to wielka łąka na której stał na środku bunkier „grzybek” W miejscu gdzie stoi przychodnia były zalane i rozwalone bunkry a w wodzie jaszczurki, kijanki i karasie 

    Przydałoby się to gdzieś spisać w jedną całość
  • grubylu 10.02.10, 20:27
    przypomniała mi się gra w kapsle - na murkach przy Drzewickiego
    rozgrywało się zawody w kolaże. Jak się zdobyło kapsel po pepsi i
    malowało koszulki kapsli w flagi państw to dopiero była zabawa...
  • lavendowa 10.02.10, 22:17
    pamiętam karosy które dowoziły dzieci do przedszkola na starym osiedlu zbiórka
    była wczesnym świtem na \drzwieckiego koło butki telefonicznej i skrzynek z
    mlekiem w szklanych butelkach
  • mooreland 11.02.10, 07:03
    Swietny temat! Po lekcjach w szkole gra w pilke nozna na Polach
    Marsowych, czasami do 23 i pozniej. Wkurzony Ojciec chodzil z
    latarka i mnie szukal po boiskach. W zimie narty. Cala zime
    mieszkalem w Karpaczu_Bierutowicach a wiec Hala Szrenicka i az do
    zmroku. Lekcje zaczynaly sie o 16.00.
  • s-mother 11.02.10, 09:22
    1.Zabawa w zieleniak na śmietniku- wystające cegły służyły za półki
    sklepowe, okoliczne trawniki były bogate w szczypiory i pietruszki,
    kamienie robiły za ziemniaki.
    2.Podchody osiedlowe- kreda znikała z klas nieustannie, bo przecież
    była potrzebna do rysowania wskazóweksmilePiwnice były jeszcze
    połaczone ze soba i można było cały blok przejść dołem, co było
    niesamowitą atrakcją.
    3.Wspomniany wcześniej "przeciągany" i "państwa- miasta" z użyciem
    scyzoryka.
    4.Szkoła na małym trzepaku.
    5.Zawody huśtawkowe- komu uda się "do odbitki" a komu aż "do rury"?
    6.A pamiętacie sobotnie seanse bajkowe w "Mikronie?".Mieli Smerfy na
    video!!!smile
    Pozdrawiam wszystkich!
  • mikoj50 11.02.10, 10:02
    Witam serdecznie!
    Dobry pomysł z założeniem tego wątku. Moje gratulacje wink Pozwala na
    uporządkowanie tematu, ponieważ pojedyncze przypadki wspomnień już
    były zamieszczane. Dlatego pozwole sobie ponownie zamieścić pewne
    wspomnienie z lat dzieciństwa, które opisałem już w watku Gaduj
    zgadula

    Podobna górka była przy stacji kolejowej. Zjeżdżało się ze zboczy
    nasypu w pobliżu wiaduktu. Odbywało się to wg zasady: wszystkie
    chwyty dozwolone. Każdy jeździł na tym, co miał. Jedni na fajnych
    sankach, inni na kawałku płyty pilśniowej, jeszcze inni na dużej
    ocynkowanej pokrywce od garnka do gotowania bielizny. Ja oczywiście
    jako największy urwis w okolicy próbowałem na wszystkim. Jak nie
    było na czym, to na butach lub na tyłku też się śmigało. Oj, to
    były czasy. Dzisiaj wstyd się przyznać, ale wtedy to była norma.
    Najładniejsze sanki w całych Laskowicach miał mój kolega Andrzej
    Muszyński. Były dość duże. Mieściły się na nich swobodnie trzy
    osoby. Z górki oczywiście fajnie się jechało, ale wciągnąć takie
    sanki pod górkę, to był już problem. Sanki te wyglądem przypominały
    te, które obecnie występują w psich zaprzęgach.

    Pozdrawiam serdecznie.

    --
    <*>
    fotoforum.gazeta.pl/5,2,mikoj50.html
  • soeinmyst 11.02.10, 10:38
    oh, mikoj50 pamietam i Andrzeja i jego sanki, i gorke kolo stacji kurde wspomnien czar...Andrzej to juz jest chyba s.p. nie wiem dokladnie...a ja jeszcze tez pamietam jak nie bylo bloku na olawskiej tam stal taki duzy chyba dab, czesto latem palilismy tam ognisko z grzancem i pieklismy kukurydze, potem przenieslismy sie nad staw winksmile
  • mikoj50 11.02.10, 11:15
    Witaj Soeinmyst!

    Tak sobie pomyślałem, że skoro pamiętasz Andrzeja M, to i my się
    znamy wink , przynajmniej z widzenia. Ale to już inna broszka wink

    Nie byłem do końca przekonany, czy moje wspomnienia, jako mieszkańca
    starych Laskowic kogokolwiek zainteresują. Jednak po Twoim odzewie
    na moje wspomnienie o Andrzeja sankach pomyślałem, że warto pisać.
    Zawsze znajdzie się ktoś, komu dzięki tym wpisom coś się przypomni.
    Niestety, nasz wspólny kolega "Andrzej od sanek" wink , tak jak
    napisałeś już nie żyje (*). Ważne jest jednak, że żyje pamięć o nim.

    Dwa lata temu napisałem kilka słów o czerwonym autobusie, który był
    miejscem zabaw laskowickiej dzieciarni. Pozwoliłem sobie przypomnieć
    ten wątek.

    "Autobus był pozostałością po "piekiełku". "Piekiełko" to była
    wytwórnia asfaltu w Laskowicach Oł. Działała na przełomie lat 60-ch
    i 70-ch. Produkowała asfalt na potrzeby budownictwa drogowego w
    najbliższej okolicy. Usytuowana była w pobliżu nieczynnego toru od
    strony dzisiejszych garaży przy ul. Hirszfelda. Mniej więcej w
    miejscu gdzie kończą się perony. Kruszywo i smoła transportowane
    były wagonami kolejowymi i rozładowywane na miejscu. Podczas
    przepompowywania smoły często dochodziło do zanieczyszczenia
    środowiska. Okoliczna dzieciarnia wiecznie była "posmołowana". W
    tamtych czasach na oczyszczenie się ze smoły niezawodna była zwykła
    margaryna. Gotowy asfalt (jeszcze gorący) wywożony był wywrotkami do
    miejsca robót. "Czerwony autobus", a tak naprawdę wrak autobusu, był
    zaadaptowany dla potrzeb socjalnych pracowników zatrudnionych
    w "piekiełku". Z czasem "piekiełko" zaprzestało swojej działalności,
    ale autobus pozostał. Prawie wszystkie dzieciaki ze starego osiedla
    i Laskowic miały niesamowitą frajdę dzięki możliwości spotykania
    się, bawienia, randkowania w opisywanym autobusie. Zarówno
    dziewczęta jak i chłopcy byli zachwyceni tym wrakiem. Dla
    przypomnienia dodam, że stał on w samym środku dzisiejszej ul.
    Hirszfelda. W pobliżu były glinianki, w których była możliwość
    kąpania się i łowienia ryb. Jedni wędkowali, inni łowili na siatkę.
    Ach, jakie to były piękne czasy. Ile tam ludzie przeżyli
    niezapomnianych chwil. Powiem słowami piosenki - "wspomnienia są
    zawsze bez wad".

    Czy ktoś z osób czytających to forum pamięta "czerwony autobus" wink
    Wystarczy napisać, że tak.

    Pozdrawiam serdecznie.

    --
    <*>
    fotoforum.gazeta.pl/5,2,mikoj50.html
  • soeinmyst 11.02.10, 12:12
    hahahaha ale to byly czasy...w mojej pamieci jakos zatarl sie czerwony autobus, kompletnie nie kojarze, musze popytac starszego brata z ktorym nie zawsze bylo mi po drodze smile, chodzilismy roznymi sciezkami wink, ale pamietam doskonale glinianki, zima jezdzilo sie tam na lyzwach, chyba ze 100 razy bylismy skapani w nich wink, pamietam rowniez cegielnie i stodole...tam wlasnie duzo czasu spedzalem smile, ktore to byly lata? ( musialbym poglowkowac )...eh ja kiedys nienawidzilem wspomnien, staralem sie nigdy nie wracac do przeszlosci, az tu nagle...i nie jest to takie zle wink.
    pozdrawiam druhu wink
  • matka_glupich 11.02.10, 12:28
    Górkę koło stacji pamiętam jak najbardziej do tego pobliskie "lodowiska".
    Pierwsze obok ciastkarni, drugie przy wieży ciśnień. Na łyżwach przypinanych na
    kluczyk jeździły tłumy dzieciaków. Potem weszły nowocześniejsze z blaszką w
    obcasie. Pamiętam kino objazdowe w GOKu na Witosa obecnie, a wtedy ulicy
    Głównej. Wspominam jak na ekrany wszedł film Sami Swoi, Boże co się działo na
    sali. Wzruszenie na zmianę z salwami śmiechu i okrzykami Patrzcie stacja w
    Czernicy. Później ciągałam dzieciaki na cykl o Godzilli.
    Ulubioną zabawą były przejażdżki wozami konnymi. Trzeba było dogonić i cicho
    uczepić się z tyłu żeby woźnica nie zobaczył. Czasem można było batem dostać ale
    to tylko podnosiło atrakcyjność.
    Inną bajką były wyprawy na bunkry. Ja akurat miałam blisko bo rodzice mieli pole
    w miejscy dzisiejszego osiedla Metalowców. Na przerwę w pracach ludzie schodzili
    się w cień rosnących do dzisiaj na placu zabaw przy Tańskiego dwóch jaworów, a
    my dawaj szukać Niemców i skarbów w bunkrach big_grin
  • kr-ok 11.02.10, 16:34
    OWSZEM PAMIĘTAM A NAWET DO DZIŚ NIE MOGĘ SIĘ NIE UŚMIECHNĄĆ ,GDY PRZYPOMNĘ SOBIE
    MINĘ RODZICÓW KIEDY WRACAŁO SIĘ Z ŁYŻEW ZWŁASZCZA WTEDY ,GDY ZALICZYŁO SIĘ KILKA
    UPADKÓW NA LODZIE OBOK CIASTKARNI.SMRODEK CIĄGNĄŁ SIĘ ZA CZŁOWIEKIEM CAŁKIEM NIEZŁY.
  • katka256 11.02.10, 12:21
    -Z przedszkola, obecnej Magdalenki, chodziliśmy "topić Marzannę" w
    stawie koło pkp, tam gdzie teraz jest pseudoboisko.
    -Na placu zabaw drewnianym-koło przejścia na al.Wolności- zabwa w
    szkołe
    -Sekrety robione ze szkiełka i zasypywane ziemią
    - zabawa w ganianego po piwnicach w bloku na Oławskiej, gdy jeszcze
    cały blok można było przebiec, potem zamruowali przejściasad
    - państwa i miasta ze scyzorykiem też pamiętam
    - wyścig pokoju kapsalmi
    - powroty z religii w salkach na wiosce taksówką, gdy pół klasy się
    na nią skłądało i pakowało się do tej taksówki
    - chodzenie po ciastka do Misiasmile

  • katka256 11.02.10, 12:23
    - oczekiwanie na otwarcie sklepu odzieżowego, tam gdzie obecnie jest
    nowa Biedronka (moja pierwsza chińska sukienka stamtąd pochodziła)
    - pożar obuwniczego- tam gdzie teraz jest księgarnia Kwant i Avans-
    miałam potem pierwsze buty z PRL-owskiej wyprzedażybig_grin
  • 2uboot2 11.02.10, 14:14
    Odkopywanie "prochów" na terenie obecnie nieco już zamaskowanym i przysypanym
    tłuczniem, wzdłuż torów kolejowych. A swoją drogą wie ktoś, skąd tam było tyle
    tego "surowca"? Dawniej chodziła fama, że jakiś wagon niemiecki, przewożący
    amunicje, właśnie się tam wykoleił.
    No i "profesjonalny wygląd" 1 i 2 Stawów. Kiedyś to były ośrodki wypoczynkowe
    pełną gębą.
  • ireneusz.35 19.03.10, 21:27
    jeśli chodzi o pochodzenie tzw."prochów" przy torach to coś mi się
    kojarzy że na lekcji historii pociągnęliśmy kiedyś nauczycielkę za
    język i wspominała coś o wysadzeniu przed wiaduktem niemieckiego
    pociągu z amunicją ale niestty nic więcej nie pamiętam z tej
    opowieści
  • bogdan_k74 11.02.10, 14:30
    A pamiętacie sad naprzeciwko obecnego sklepu Awans? Można tam było zjeść pyszne jabłko wiśnie a na jesień orzechy włoskie. Kolejne wspomnienia to buda „blaszak” z grami komputerowymi naprzeciwko Awansu – „całe osiedle” tam siedziało i grało. W obecnym Akwarium były frytki i tosty, pyszota a naprzeciwko boiska koło szkoły nr 2 stała budka w której pani sprzedawała lody. Chodziliśmy tam na przerwach między lekcjami na tak zwanego sępa. W obecnym sklepie z materiałami budowlanymi WID kupiłem swoją pierwszą piłkę do nogi i maskę do nurkowania nad stawem. Stałem w tym czasie koło sklepu za towarem z 6 godzin. Pamiętam jak na obecnej poczcie koło WID-a na święta sprzedawano karpia. Jako dzieci pomagaliśmy „budowlańcom” przy budowie trzech punktowców na Bryły. Na osiedlu był jeden zieleniak (Błaszczyk) i dwa kioski RUCH przy których stało się w sobotę o 4 rano po gazety z zespołami i sławnymi osobami. Do takich gazet należały: Razem, Na przełaj, Dziennik ludowy, Zarzewie, Panorama…wink Pamiętam jak na parkingu przy Bożka straż pożarna robiła lodowisko. No i oczywiście nie można zapomnieć jak chodziło się koło wiaduktu na pole zbierać prochy (najlepsze jakie można było znaleźć to długie cienkie rurki zwane przez nas fiszkałami) Pozostało jeszcze załatwić złotko z mleczarni i można było szczelać do woli. Zapałki zawsze nosiło się w skarpetce.
  • mikoj50 12.02.10, 08:36

    Witam serdecznie!

    Skoro już tak sobie wspominamy, to wypada napisać również w kilku
    słowach o zabawie wózkami cegielnianymi. Oczywiście było to w
    czasach, gdy nasza laskowicka cegielnia tętniła życiem i pracowała
    pełną parą. Maszyna urabiająca glinę pracowała w pewnej odległości
    od zabudowań cegielni. Z czasem odległość ta stawała się coraz
    większa. Dla orientacji podam, że budynki cegielniane stały w
    miejscu „zielonego bloku”, natomiast w ostatnim okresie eksploatacji
    glina urabiana była na końcu Hirszfelda, tuż przy samych działkach.
    Praca była stosunkowo mało zmechanizowana. Wózki z gliną oraz z
    gotowymi cegłami ciągnięte były końmi. Właścicielem koni był
    mieszkający w Laskowicach pan Zdebski oraz pewien pan z Dębiny,
    którego nazwiska nie pamiętam. Jeden z koni pana Zdebskiego o
    imieniu „Groszek” był szczególnie niebezpieczny, ponieważ potrafił
    gryźć człowieka. Przestrzegano nas, aby nie zbliżać się do niego,
    jednak jednego, mało uważnego chłopca, pasący się na łące koń
    podszedł od tylu i złapał zębami za ramię. Na szczęście nic
    poważniejszego się nie stało, gdyż ów chłopiec zdążył się wyrwać i
    uciec. Dokładnych danych nie znam, ale cegielnia była miejscem pracy
    dla nie mniej niż kilkudziesięciu osób. Była to bardzo ciężka praca
    fizyczna. Ze względu na wysoką temperaturę panującą w piecu po
    wypaleniu cegły, ludzie chodzili w butach o drewnianych podeszwach,
    zwanych trepami. Dzisiaj można napisać, że technologia tam
    stosowana pochodziła z okresu XIX wieku. Duża część produkcji
    kierowana była do Warszawy, na odbudowę zniszczeń wojennych. Za
    czasów PRL-u, większość cegieł wywożona była wagonami kolejowymi. Do
    tego celu została zbudowana przy stacji rampa, która połączona była
    z cegielnią nasypem, ze spadkiem od stacji w stronę cegielni.
    Załadowane cegłami wózki ciągnięte były końmi w stronę rampy, tam
    cegły były przeładowywane na wagony. Popołudniami braliśmy puste
    wózki z cegielni, wtaczaliśmy je na rampę i zjeżdżaliśmy nasypem.
    Zabawa ta była trochę niebezpieczna, jednak była to również
    niesamowita frajda. Trzeba było uważać, ponieważ stróż z cegielni, a
    niekiedy osobiście jej ówczesny kierownik pan Wesołowski (wtedy
    mówiło się stary Wesołowski wink ) nie pozwalali nam na tą zabawę.
    Tak naprawdę, to po prostu usiłowali nas przeganiać, jednak różnica
    wieku była tak duża, że zazwyczaj udawało nam się uciec wink .
    Pamiętam scenę, jak mój kolega Lesiu miał nogę w gipsie i pomimo
    tego udało mu się uciec przed wspomnianym kierownikiem, który
    machając laską biegł w naszą stronę krzycząc: ty stój, ty stój, ty
    stój. Oczywiście im głośniej on krzyczał, tym my prędzej
    uciekaliśmy wink, a jemu przecież chyba właśnie o to chodziło. Do
    dzisiaj, gdy się spotkamy i wspominamy tą scenę to śmiejemy się do
    rozpuku wink

    Może ktoś z Was również posiada jakieś przeżycia związane z naszą
    cegielnią? Zachęcam do podzielenia się wspomnieniami wink

    Pozdrawiam serdecznie.


    --
    <*>
    fotoforum.gazeta.pl/5,2,mikoj50.html
  • s-mother 12.02.10, 09:18
    Teraz mi sie przypomniało, jak przy ul.Piastowskiej w miejscu
    obecnej drogi do basenu i srajtrawników były pola i sady. Jako
    dzieciaki bawiliśmy się w chowanego w zbożu, a właściciel działki
    bezskutecznie nas przeganiał.Ktoregoś dnia w polu pojawiła się
    tabliczka "złapię i oddam milicji". Przestraszyliśmy się tak bardzo,
    że jak jechał radiowóz, schodziliśmy nawet z trawników, żeby
    przypadkiem się nie zatrzymał (przekonani, że to po nas)smile
  • laskowiczanin 12.02.10, 10:40
    Piękne czasy smile Pamiętam jak sąsiad dostał nowy bumerang i poszliśmy go
    wypróbować na te pola - po pierwszym rzucie zaginął (bumerang, nie sąsiad wink )

    Ja wracam pamięcią do:

    1. Koło przedszkola Magdalenki - był "basen", gdzie walały się zużyte
    opony samochodowe... Zabawa polegała na spuszczaniu ich po łagodnych, betonowych
    krawędziach smile

    2. Szukanie gliny i robienie z niej najróżniejszych rzeczy - sąsiad
    zrobił kiedyś świetne auto, które budziło podziw u innych!

    3. Stare, metalowe ogrodzenie z parku na Piastowskiej w kształcie litery
    "H" robiło za narzędzie do rysowania tras "piłkażykom" - czyli kapslom...

    4. Zabawy z własnoręcznie zrobionym łukiem i strzałami smile

    5. Zabawy w chowanego po piwnicach - jak już większość wspomniała - można
    było przejść cały blok smile

    6. Namioty robione ze sznurka i koca big_grin

    7. Robienie kadzideł z puszki i trawy i wszystkiego co było pod ręką - na
    komary smile

    8. Bajki w Mikronie też nie do zapomnienia smile

    9. Wymiana kaset wideo w/obok Mikronu - "oryginały" vs "reklamówki" big_grin

    10. Targ kiedyś był za "Biedronką"...

    11. Tam gdzie są teraz "korty tenisowe" (Partyzantów) były jeszcze szyny
    kolejowe i jak spadł deszcze - to niesamowite kałuże wink

    Jak mi się coś jeszcze przypomni to napiszę smile
  • soeinmyst 12.02.10, 12:43
    hahaha no niezle wspomnienia,
    a gdzie sa koty tenisowe i partyzantow?
  • laskowiczanin 12.02.10, 13:17
    "Korty tenisowe" na ul. Partyzantów - tak się potocznie nazywa ten plac koło
    górki / przed Sorento, obok Cantry House:

    http://jelcz-laskowice.grzanka.pl/wp-content/themes/jlc/lib/phpthumb/phpThumb.php?src=http://jelcz-laskowice.grzanka.pl/wp-content/gallery/cache/19__900xfloat=_korty_zima.jpg&h=134&w=283&zc=1

    smile

  • girardengo 12.02.10, 13:29
    Pamiętam te wymiany filmów... jak kaseta miała napis MADE IN ... to była
    oryginalna. Albo wymieniłeś się filmem za niby jakąś nowość a dostałeś bajki hehe.

    Nawet niedawno zastanawiałem się dlaczego nie ma takiego miejsca by wymienić się
    filmami DVD
  • kr-ok 12.02.10, 15:20
    A kto pamięta festyny organizowane przez zakładowy dom kultury,który mieścił się
    w baraku na terenie hotelu.Pamiętam jeden z okazji dnia dziecka.Miejscem festynu
    była łąka między drugim a trzecim stawem. Estrada zrobiona była na przyczepie
    traktora,były konkursy recytatorskie,czytelnicze dla dzieci i dorosłych.Udział
    brały całe rodziny.Obowiązkowo grała zakładowa orkiestra dęta.Większość
    uczestników przyszła pieszo lub przyjechała rowerami, było kilka
    samochodów,lecz to byli przyjezdni z Oławy lub z Wrocławia,nie przypominam sobie
    ani jednego miejscowego samochodu osobowego,jedynie państwo Walczakowie z
    córkami zajechali motorem z przyczepką.A bufet jak był
    zaopatrzony:herbatniki,landrynki ,raczki ,kukułki no i przede wszystkim oranżada
    nie pamięta czy w dwóch smakach ,ale na pewno w dwóch kolorach różowa i żółta po
    językach można było poznać kto jest miłośnikiem żółtej a kto różowej bo bardzo
    intensywne były te barwniki.Dorośli siedzieli na kocach w cieniu drzew a my
    dzieciaki szaleliśmy po całej łące.Do tej pory kiedy tylko znajdę się w
    okolicach drugiego stawu przypominam sobie tamte pikniki.



  • matka_glupich 12.02.10, 15:44
    Pamiętam, pamiętam. Wspominam też ośrodek wypoczynkowy nad drugim stawem
    zakładów ZNTK z Wrocławia. Tam nauczyłam się pływać i skakać na główkę z
    trampoliny. Pierwszego stawu jako dziecko nie pamiętam. Z Laskowic miałam bliżej
    na drugi. Szło się piechotą przez pola obok stodoły przy przejeździe kolejowym.
    Bywało, że wyprawa kończyła się w stodole. Jak sobie teraz przypomnę z jakich
    wysokości skakaliśmy na słomę to mnie ciarki przechodzą.
  • matka_glupich 12.02.10, 15:57
    Ciarki mam też na wspomnienie próby strachu. Żeby sprawdzić kto jest cykor, a
    kto nie robiliśmy wyprawy na cmentarz i chłopcy dla udowodnienia swojej odwagi
    wchodzili do istniejącego i dzisiaj grobowca. Potem został odkryty inny sposób.
    Cmentarz był trochę daleko, a pod nosem w Jungu był fantastyczny i ponoć
    krwiożerczy buhaj. Robiono próby kto bliżej podejdzie smile ja się bałam ale moja
    koleżanka mieszkająca wtedy w Jungu potrafiła dotknąć kółka w nosie bestii.
  • cindirella70 12.02.10, 21:30
    A mi przypomniał się szmaciarz: jeżdżąca i trąbiąca po ulicach stara nyska albo żuk, zatrzymywała się, przynosiło się tam szklane butelki zalegające w domu, za to dostawało się coś fajnego, w zależności ile butelek się oddało: lizaki, drobne odpustowe zabawki albo nawet garnki, miski i inne wiadra smile
    --
    moje zdjęcia
  • matka_glupich 12.02.10, 21:57
    big_grin Tobie szmaciarz, a ja pamiętam z dzieciństwa jak tabor cygański zatrzymał się
    koło masarni (obecnie sklepu RTV AGD na Witosa) Boże jak myśmy się bały że nas
    porwą. Ja z siostrą płakałam, a brat wlazł do budy Azora.
  • girardengo 12.02.10, 21:58
    A jeżdżąca i trąbiąca SYRENA BOSTO w kolorze chyba zielonym i pan sprzedający
    watę cukrową? Zawsze nucił coś kiedy kręcił watę smile
  • katka256 12.02.10, 22:16
    A starszy pan, który chodził z kartonem owinietym sznurkiem i
    sprzedawał ciepłe lody- w wafelku taka pianka?
  • s-mother 13.02.10, 11:16
    To była taka syrena-pick-up smile smile smile
  • ciemnosc_widze 13.02.10, 16:26
    Tak, ta wata cukrowa, szczególnie na festynach w "amfiteatrze" w parku to była super sprawa. A ta syrena to cos takiego

    http://www.historia.beskidia.pl/userfiles/wehikul/med/843.jpg

    smile

    O ile dobrze pamiętam to kolor żółto-beżowy wpadający w brązowy.
  • realdisorder 13.02.10, 15:49
    syrena,o ile mnie pamięć nie myli miała żółty kolor
  • s-mother 13.02.10, 16:14
    Wydaje mi się, że groszkowozielony. Ale byłam smarkulą, mogę nie pamiętać smile
  • mikoj50 28.02.10, 15:07

    Witam serdecznie.

    Było to na przełomie lat 60-ch i 70-ch. Mój kolega Zbysiu R. brat szewca z
    Tańskiego, opowiedział nam zasłyszaną informację, że w lesie za Chwałowicami
    widziano małego niedźwiadka. Informacja ta niesamowicie zadziałała na naszą
    wyobraźnię, więc nic innego nam nie pozostało jak siadać na rowery i jechać do
    wspomnianego lasu na poszukiwania. Niestety, pomimo kilkakrotnych wizyt w lesie
    nie udało nam się spotkać misia, wokół którego zdążyliśmy już sobie bardzo wiele
    poplanować. Dzisiaj, gdy patrzę na to wydarzenie z perspektywy czasu, nie mogę
    nadziwić się jak naiwne potrafią być dzieci. Wyglądało to zupełnie jak w
    przysłowiu o dzieleniu skóry na niedźwiedziu. Naiwność naiwnością, ale
    wspomnienia jakie nam pozostały są wspaniałe wink.

    Pozdrawiam serdecznie.

    --
    <*>
    fotoforum.gazeta.pl/5,2,mikoj50.html
  • mikoj50 28.02.10, 15:33

    Witam serdecznie.

    "Nadzieja" w jednym z powyższych postów wspomniała o stodole usytuowanej w
    pobliżu przejazdu kolejowego na końcu stacji, pod Piekarami. Wszystko się
    zgadza. Odbywały się tam wycieczki niemal całej okolicznej młodzieży. Najpierw
    trzeba było wdrapać się na odpowiednią wysokość. Następnie zdobyć się na odwagę,
    aby skoczyć. Ci odważniejsi, a tacy byli w większości, robili salta. Aż dziw, że
    nikomu nic się nie stało. Dzisiaj w miejscu wspominanej stodoły są ogródki
    działkowe za Hirszfelda. W bezpośrednim sąsiedztwie stodoły był osadnik wodny,
    który był zarośnięty krzakami oraz drzewami. Wśród drzew była dość sporych
    rozmiarów dzika czereśnia. Jej owoce były znacznie mniejsze od normalnych
    czereśni, a w smaku była wyczuwalna lekka goryczka. Oczywiście owoce te były na
    tyle kuszące, że wchodziliśmy na drzewo aby sobie pojeść darmowych czereśni.
    Pamiętam doskonale, że z wierzchołka tego drzewa było widać wierzę wiertniczą
    usytuowaną w okolicy 3-go stawu.

    Pozdrawiam serdecznie.

    --
    <*>
    fotoforum.gazeta.pl/5,2,mikoj50.html
  • heymdall 28.02.10, 23:56
    wieża wiertnicza ?? a jakieś szczegóły: ropa, gaz ?? pojęcia o górnictwie nie
    mam, więc nie wiem, co za pomocą takiej wieży jeszcze można wydobywać
    --------------------------------------------------------------
    Gdyby ktokolwiek przyłapał mixerka na gwałceniu osła, to każdy sąd mixerka
    uniewinniłby, gdyż spółkowanie w ramach jednego gatunku nie jest zakazane ..
  • mikoj50 01.03.10, 08:06

    Witam serdecznie.

    Jest pytanie, jest odpowiedź wink
    Z braku czasu pozwoliłem sobie na skopiowanie i wklejenie tekstu,
    który już w przedmiotowym temacie napisałem jakiś czas temu. Myślę,
    że opis w nim zawarty będzie wystarczający.

    Pozdrawiam serdecznie.

    Re: III staw i okolica
    mikoj50 01.08.08, 19:16 zarchiwizowany

    Mateko - w miejscu, które opisujesz nie ma fundamentów ceglanych.
    Jak wcześniej opisałem, pokruszone cegły na drodze nie są
    pozostałością budowli. Tym gruzem była naprawiana droga. Ty tego nie
    pamiętasz, ale faktycznie była taka potrzeba, ponieważ na tym
    odcinku wiecznie było błoto. Te betonowe schodki, o których piszesz
    są pozostałością po pewnych pracach wiertniczych przeprowadzanych w
    tamtym miejscu w drugiej połowie lat 60-tych. Na tym lekkim
    wzniesieniu po lewej stronie za 3-cim stawem był ustawiony szyb
    wiertniczy. Były prowadzone odwierty geologiczne na głebokość około
    2 do 2,2 km. Szyb ten był takich rozmiarów, że było go bez problemu
    widać z Laskowic. Wtedy mówiło się, że polscy geolodzy poszukują
    złóż ropy. Z pewnością poszukując ropy wyniki badań dawały odpowiedź
    na wiele innych pytań z tej dziedziny. Urządzenia wiertnicze były
    transportowane na wagonach do stacji Laskowice Jelcz i dalej wożone
    do lasu w ND. Było to poważne przedsięwzięcie. Pracownicy
    administracyjni związani z prowadzonymi robotami snuli plany, że w
    przypadku natrafienia na większe złoża ropy, Laskowice w krótkim
    czasie staną się miastem 50-tysięcznym. Co się z tym wiąże, nie
    trudno sobie wyobrazić. Jak masz trochę czasu, to przejdź sie tymi
    schodkami w kierunku lasu. Znajdziesz tam betonową "plombę", z
    napisem chyba "Laskowice 1969". Tym betonem jest właśnie
    zaplombowany wlot do odwiertu. Wyobraź sobie ruch wielu samochodów
    ciężarowych kursujących drogą do 3-go stawu z materiałami
    technologicznymi do zapewnienia ciągłości odwiertu. Jakiej rangi
    naukowcy musieli tam przebywać, aby móc analizować bieżący postęp
    prac oraz jej efekty. Warto o tym pomyśleć. Jeżeli tamat jest
    interesujacy, to dodam, że taki sam szyb wiertniczy był ustawiony i
    prowadził prace badawcze w tych latach pod lasem, między Dębiną a
    Borowieckiem. Dla mniej wtajemniczonych niech będzie, że między
    Dębiną a Brzezinkami. Niestety po tym szybie zostały tylko
    wspomnienia. Jeden z rolników wykopał plombę", i na gruncie już nie
    ma śladu. Ten szyb również był widoczny z najdalszej oklicy. Jak
    piszę te słowa, to mam ten szyb przed oczami. Mam wrażenie, jakby to
    było wczoraj, a to było bagatela 40 lat temu. Co by nie mówić
    prowadzenie tych odwiertów było w swoim czasie ważnym wydarzenie w
    życiu naszej lokalnej społeczności. Może ktoś ma jakąś szerszą
    wiedzę na opisany temat. Zachęcam do podzielenia się tą wiedzą z
    nami wszystkimi. Naprawdę warto. Dobrze jest wiedzieć ile zarabia
    Burmistrz, ale nie tylko chlebem człowiek żyje.
    POZDRAWIAM.

    --
    <*>
    fotoforum.gazeta.pl/5,2,mikoj50.html
  • matka_glupich 01.03.10, 08:27
    Pamięć ludzka jest zawodna. Cały czas byłam przekonana, że druga wieża stał na
    polu miedzy Laskowicami, a Chwałowicami. Cóż dawno to było. czasem jak cofam się
    pamięcią to już nie jestem w stanie niektórych rzeczy sobie przypomnieć.
    Ostatnio ze znajomym sprzeczałam się gdzie i jaka była nawierzchnia w
    Laskowicach. Dokąd była kostka granitowa, a gdzie kocie łby, oraz czy boisko
    Czarnych będące kiedyś w miejscu dzisiejszej Chabrowej było swoim położeniem
    zorientowane tak jak Chabrowa czy może równolegle do Oławskiej. wink
  • mikoj50 01.03.10, 09:00

    Witam serdecznie.

    Los okazał się niezwykle łaskawy, gdyż dzięki takiej, a nie innej
    zimie uszkodzony asfalt odsłonił dość spory kawałek kostki
    granitowej przy skrzyżowaniu obok kwiaciarni napiszę państwa
    Skowrońskich, gdyż nazwiska Danusi po mężu nie znam.

    Boisko "Czarnych" było zorientowane wzdłuż Oławskiej. Tego jestem
    pewien na 200%. Mniej zorientowanym podpowiem, że było to dosłownie
    w miejscu dzisiejszego "Intermarche".

    Korzystając z okazji napiszę kilka nazwisk piłkarzy, którzy wówczas
    byli podporą "Czarnych":

    Zenek Bratosiewicz (lub Bartosiewicz) - widuję go czasami w JL
    Antek - nazwiska nie pamiętam (uderzał do Otylki G)
    Andrzej Mirecki (tak, tak ten, który do niedawna był Radnym)
    Czesław Zych
    Janusz Żygadło (ps. Panienka)
    Stanisław Gwizun
    Andrzej Wieczorek
    Pawlicki Zygmunt
    Zdzisław Lewicki
    Andrzej Cichosz
    Edward Konieczny (bramkarz)
    Andrzej Graczyk

    oraz wielu, wielu innych, ale dzisiaj sobie przypomniałem tylko
    tych wink

    Działaczem wielkiego serca był ŚP Franciszek Gwizun. O ile się nie
    mylę, to był również sędzią piłkarskim. Ileż to emocji było na tych
    maczach, szkoda gadać wink

    Pozdrawiam serdecznie.

    --
    <*>
    fotoforum.gazeta.pl/5,2,mikoj50.html
  • heymdall 03.03.10, 23:07
    to stąd tyle betonu tam: myślałem że to poniemieckie instalacje - w kwestii 3
    stawu: polecam objazd i widok z drugiej strony - zaskakująco wysoka jak an
    wyobrażenia o otaczającym płaskim terenie skarpa ..
    --------------------------------------------------------------
    Gdyby ktokolwiek przyłapał mixerka na gwałceniu osła, to każdy sąd mixerka
    uniewinniłby, gdyż spółkowanie w ramach jednego gatunku nie jest zakazane ..
  • matka_glupich 01.03.10, 08:06
    Wieże były dwie. Jedna stała koło trzeciego stawu, a druga pomiędzy Laskowicami
    i Chwałowicami, po lewej stronie jak idziesz na cmentarz. Nie wiem czy
    poszukiwano ropy czy gazu ziemnego. Więcej będzie wiedział na pewno mikoj.
    W temacie "zgaduj zgadula" jest gdzieś zdjęcie-zagadka przedstawiające
    pozostałości fundamentu wieży z okolic stawu.
    Jak znajdziesz je kiedyś w realu to czeka cię mały bonus, można tam nazbierać
    jesienią pięknych podgrzybków.
  • mikoj50 01.03.10, 08:16

    Witam serdecznie wink

    Ciekawy zbieg okoliczności nam się przytrafił wink Zabraliśmy głos w
    tej samej sprawie i o tej samej porze, tzn. tej samej minucie i
    godzinie. Taka mała rzecz, a cieszy wink

    Czego byśmy nie chcieli powiedzieć, to i tak wiadomo, że
    z "Nadzieją" łatwiej żyć wink

    Pozdrowionka serdeczne wink

    --
    <*>
    fotoforum.gazeta.pl/5,2,mikoj50.html
  • soeinmyst 28.02.10, 23:53
    hahaha mikoj50 - z pewnoscia znasz Leszka Matysiaka - ktory to mial niesamowite pomysly - pierwsze w moim zyciu wybory i ostatnie zarazem w komunie,.. ktory rok nie pamietam, chyba godzina 5 rano przychodzi po mnie Leszek, zeby isc na wybory, bo pierwsi dostaja gozdzika smile, na plecach targa plecak, a z niego wystaja jakies badyle, przed sama urna pytam co tam targasz, a on mi na to, ze wlasnie wraca z cmentarza, (ktorego juz nie pamietam), bo wczoraj ktos mu mowil, ze odkopali kosci ludzkie co go bardzo interesuje i jeszcze takich nie ma, nie znam sie na tym, ale byly to chyba jakies kosci udowe, bo wystawaly mu z plecaka...hahahaha, a milicji i ormo wkolo od cholery smile
  • allcapone 02.03.10, 01:25
    To było tak:

    1. Kolarze (kapsle).

    2. Nabijanie kulek z gliny na patyki i strzały w co popadnie niekoniecznie kto
    najdalej. najlepsze było zastawianie zapasu gliny na dzień następny - nigdy nie
    była już tak miękka.

    3 Skoblówki z gumami które służyły do przytrzymywania kostki brukowej na palecie
    jak robili chodnik na Drzewickiego.

    4. Splówy z długopisów. pociski albo plastelina albo ryż lub w akcie najwyższej
    desperacji zmiętoszony w ustach papier z zeszytu.

    5. Napisy na scianie lub ławce o wialkich uczuciach typu "AP+DA=WNM"

    6. Zbieranie prochów, fiszkałów i robienie petard lotno-wybuchajacych z niejakim
    śp.Gorylem.

    7. pływanie po bajorze przy działkach Zgoda na steropianie zwiniętym z kortów na
    szutrze za boiskiem SP2.

    8. Łamanie kończyn, sanek na górce którą powstała w tym miejscu jakiś czas później.

    9. wyławianie traszek, żab, kijanek i czego tam jeszcze w bajorach przy Hirszfelda.

    10. Zabawy na placu budowy na Hirszfelda.

    11. bieganie po rurach ciepłowniczych których wykop ciągnął się chyba od 1 stawu
    do Kopaliny niemal. wykop jakieś 4-5 m głębokości, rury fi 5000 i mnóstwo błota,
    nieskończony zapas gliny - same atrakcje.

    12. nauka pływania na 1 stawie jak był jeszcze pomost na zasadzie ja cie wepchnę
    a ty sobie radź.

    13. Tysiące ludzi wracających do Laskowic z JZS po 15.00

    14. Film dla 2 zmiany w telewizji.

    15. Setki kilometrów na Wigry 3.

    16. Zabawa w krowę, puszkarza, chowanego na rurach w piwnicy.

    17. Zbieranie kasztanów połączone z zawodami na celność rzutu kijem obok UMiG
    gdy wracało się z religii w salce katechetycznej.

    18. Przesiadywanie w piwnicy i tuningowanie składaka.

    19.Resoraki.

    20. "Handel" czyli wymiana towarowa z kolegami.

    21. Sprzedawanie pod SP2 śnieżek po 2 zł żeby można było obrzucać
    wychodzących(sprawa podejścia kapitalistycznego w socjaliźmie oparła się o
    wizytę rodziców szkole i manto po powrocie ale nie za "zaradność" tylko o fatygę
    poszło).

    22.Skakanie z huśtawek oczywiście kto dalej.

    23. Skakanie z 1 piętra domków jednorodzinnych na kupę piachu na Tańskiego.

    24. Kusze z 2-ch i pół klamerek do wieszania prania, gumki recepturki, za bełty
    służyły zapałki.

    25. Państwa i miasta- scyzoryk, Grzyb -scyzoryk lub lotka.

    26. Wojny na bruzdy (lub gruzdy), śnieżki związane z chęcią zdobycia terytorium
    do zabawy lub po prostu z czyste chęci dołożenia komuś (nie zawsze się na tym
    dobrze wychodziło).

    27. siedziba ORMO w moim starym bloku z jednym takim ochotnikiem w środku.

    28. Lodziarnia obok przedszkola, tosty obok poczty, targowisko a raczej stragany
    obok SP2.

    29. Łażenie po rowach melioracyjnych przed SP2,zapewniam ze ciągną się do samych
    Miłoszyc (bo dalej nigdy nie szliśmy).

    30 Łażenie po bunkrach.

    31. Zjazdy na bele czym z nasypu widuktu przy stacji.

    32 seanse przy delikatesach (commando zazwyczaj).

    33. Wymiana kaset wideo. Kiedyś dostałem film "Wielkie nic" i faktycznie nic nie
    było nagrane.

    34. Seanse na ferie w SP2 i "Akademia Pana Kleksa" zazwyczaj.

    35. Poranki w niedzielę w Kinie OPTY.

    36. Mój pierwszy prawdziwy film w kinie: "Gwiezdne wojny - Imperium
    Kontratakuje" Mojemu ojcu pomyliły się godziny z porankiem w niedziele i zamiast
    na 15.00 poszliśmy na 17.00. Wielkie przeżycie a opowiadania cały tydzień w szkole.

    37. Spółdzielnia mieszkaniowa w punktowcu.

    38. Wredna sprzątaczka w szkole SP2, zabrała mi kiedyś resoraka i do dziś nie
    oddała (a widuję ja czasem) smile.

    39. Łażenie po dachu na SP2.

    40. Kolonie w Tymieniu, wczasy w Mielnie.

    41. Zabawa w strażaka jak rolnicy wypalali łąki, a ogień się tłumiło jakimiś
    chabziami. Raz MO mnie przywiozło do domu, długo z niego potem nigdzie nie
    wychodziłem poza wizytami w szkole i na religii.


    Stwierdzam że byłem strasznym powsinogą.


  • cenz0r 02.03.10, 09:17
    Piękna lista.

    Pozwolę sobie dodać:

    42. Gra w przeciąganego chłopcy, gumę dziewczęta
    43. Drażnienie stróżów na okolicznych budowach, a potem spektakularne ucieczki
    44. Wojny na bunkrach, bandy i zakładanie baz we wszelkich możliwych miejscach.
    45. Ogólnie pojęta pirotechnika. Proch w złotku z mleczarni, świece dymne z
    saletry i cukru pudru lub plastikowych tabliczek, karbid i puszka, kadzidła z
    płyty paździerzowej,
    46. Dmuchanie żab
    47. Coroczne zwiedzanie JZS w dniu I-szego Maja
    48. Wieczorne tłumne wyprawy na różaniec do kościoła w Laskowicach.
    49. Religia w salkach i podjadanie winogrona ks. Cięciwy
    50. Zbieranie niewypałów koło stacji i nowodworskim lesie
    51. Czereśnie w drodze nad staw
    52. Wszelki sprzęt bojowy ze szczególnym uwzględnieniem łuków, proc naciąganych
    i miotających, pistoletów na siarkę z zapałek wykonanych z przewodu hamulcowego
    gwoździa i gumki od weków.
    53. Szukanie skarbów na jelczańskim wysypisku
    54. Górka koło stacji zimą - sanki oraz glinianki - łyżwy

    W TV dwa kanały. Nie było komputerów, telefonów, internetu i nie było dzieciaków
    w domu. Nikt nie siedział i nie marudził - nudzi mi się. Szło się do kolegi i
    się było. Nie było potrzeby się zdzwaniać. Wszyscy mieli mniej więcej to samo i
    nikt nie wartościował nam z kim mamy się kolegować na podstawie kim są rodzice i
    co mają. Jedynym kryterium było czy ktoś jest mądry czy głupi.

    Na zakończenie przytoczę tekst z pewnej nie mojej prezentacji:

    "Dorastaliście w latach 50, 60 lub siedemdziesiątych...???
    Jak, do cholery, udało się wam przeżyć??!!

    1
    Samochody nie miały pasów bezpieczeństwa, ani zagłówków no i żadnych airbagów!!!

    2
    Na tylnym siedzeniu było wesoło a nie niebezpiecznie.

    3
    Łóżeczka i zabawki były kolorowe i z pewnością polakierowane lakierami
    ołowiowymi lub innym śmiertelnie groźnym gównem.

    4
    Niebezpieczne były puszki, drzwi samochodów, butelki od lekarstw i środków
    czyszczących były niezabezpieczone

    5
    Można było jeździć na rowerze bez kasku.

    6
    Wodę piło się z węża ogrodowego lub innych źródeł, a nie za sterylnych butelek PET.

    7
    Budowaliśmy szałasy. A ci, którzy mieszkali w pobliżu szosy na wzgórzu
    ustanawiali na rowerach rekordy prędkości, stwierdzając w połowie drogi, że
    rower z hamulcem był dla starych chyba za drogi...

    .... Ale po nabraniu pewnej wprawy i kilku wypadkach...panowaliśmy i nad tym
    (przeważnie)!

    8
    Można się było bawić do upojenia, pod warunkiem powrotu do domu przed nocą.
    Nie było komórek.......

    I nikt nie wiedział gdzie jesteśmy i co robimy!!!
    NIEPRAWDOPODOBNE!!!

    9
    Szkoła trwała do południa i obiad jadło się w domu.

    10
    Mieliśmy poobcierane kolana i łokcie...........
    Złamane kości, czasem Wybite zęby, ale nigdy, NIGDY, nie
    podawano nikogo z tego powodu do sądu!
    NIKT nie był winien, tylko MY SAMI.

    11
    Wcinaliśmy słodycze i pączki, piliśmy oranżadę z prawdziwym cukrem i nie
    mieliśmy problemów z nadwagą bo ciągle byliśmy na dworze i byliśmy aktywni.

    12
    Piliśmy całą paczką oranżadę z jednej butli i nikt z tego powodu nie umarł.

    13
    Nie mieliśmy Playstations, Nintendo, X-Boxes, gier wideo, 99 kanałów w
    TV,DVD i wideo, Dolby Surround, komórek, komputerów ani chatroom’ów w
    Internecie... lecz przyjaciół !

    14
    Mogliśmy wpadać do kolegów pieszo lub na rowerze, zapukać i zabrać ich na
    podwórko lub bawić się u nich, nie zastanawiając się, czy to wypada.

    15
    Niektórzy nie byli dobrzy w budzie i czasami musieli powtarzać rok.
    Nikogo nie wysyłano do psychologa.
    Nikt nie był hiperaktywny ani dyslektykiem – po prostu powtarzał rok i to była
    jego szansa.

    17
    Mieliśmy wolność i wolny czas, klęski sukcesy i zadania ... I
    uczyliśmy się dawać sobie radę

    Pytanie za 100 punktów brzmi:
    Jak udało się nam przeżyć???

    A przede wszystkim:
    Jak mogliśmy rozwijać naszą osobowość???

    Pewnie, można powiedzieć, że żyliśmy w nudzie, ale...
    Kurwa, przecież byliśmy szczęśliwi !!! Czyż nie ?






  • soeinmyst 02.03.10, 13:49
    hahaha gratuluje cenzur i allkapone winkpokazna lista i chyba juz wszystko w niej zawarte, dodam tylko, ze do szkoly chodzilismy 6 dni w tygodniu...ja w soboty zazwyczaj mialem 3, 4 lekcje wink
  • allcapone 03.03.10, 22:54
    Ale to se ne vrati...

    Niestety, ale dzieciństwo miałem w dechę, nieraz się wpierdziel dostało, nie raz od sąsiada, bo jak swojego syna dorwał to przy okazji konsekwencje ponosili pozostali jak nie dali nogi, a rodzicom się nawet nie mówiło bo byłaby powtórka. Ale było ok.

    Powspominać dobra rzecz.
    --
    Nie każdy mędrzec, co z łysą głową się po świecie obnosi.
  • mikoj50 04.03.10, 12:40

    Witam serdecznie.

    W wolnej chwili zajrzałem do portalu NK, do wspominanego tutaj wątku
    o naszym mieście. Wśród wielu wspaniałych, przypominających dawne
    czasy zdjęć, natrafiłem na jedno bardzo wyjątkowe, które pozwoliło
    mi przypomnieć, jak będąc małymi chłopakami wracaliśmy ze szkoły,
    tej za parkiem, do domu. Było to w latach przebudowy Kościoła pw
    Świętego Stanisława Biskupa. Plac budowy, czyli cały teren wokół
    Kościoła był ogólnodostępny. Tuż za główną bramą, po lewej stronie
    był wykopany olbrzymi dół, w którym było lasowane wapno. W czasie
    kopania tego dołu wykopano duże ilości ludzkich kości, które
    następnie zakopano po prawej stronie od głównej bramy, tworząc taką
    mini mogiłę. Obecnie mogiła ta jest już wyrównana i nie ma po niej
    śladu. Znalezione kości dowodzą, że wokół Kościoła znajdował się
    cmentarz, który jest widoczny na dawnych mapach. Wapno w postaci
    zbrylonej, czyli „palone”, przywożone było w wagonach na naszą
    stację kolejową. Stamtąd, okoliczni rolnicy własnymi furmankami, na
    zasadzie "pospolitego ruszenia" wozili wapno do wspomnianego dołu,
    gdzie zalewano je wodą, czyli jak się wówczas mówiło „gaszono” je.
    Niekiedy, z powodu trwającego remontu, który tak naprawdę był budową
    nowego, ponieważ trochę większego Kościoła, msze św. odbywały się na
    wolnym powietrzu. Miało to miejsce na placu między budynkiem parafii
    a Kościołem. Przyznać muszę, że miało to swój urok. Nikt wówczas nie
    zadawał nam pytań w rodzaju co my, jako dzieciaki, tam robimy.
    Mogliśmy nieniepokojeni bez ograniczeń chodzić po terenie całej
    budowy. Ci odważniejsi, a do takich wówczas należałem i ja wink,
    częściowo wchodzili po schodach, a częściowo wspinali się po starych
    drabinach na szczyt kościelnej wieży. Była to dla nas niesamowita
    frajda. Niespotykane widoki. Wśród nich, szczególnie utkwił w mojej
    pamięci widok oławskiego Ratusza oraz szpaler nieistniejących już
    drzew rosnących wzdłuż drogi ze Starego Otoku do Oławy. Drzewa te
    zostały wycięte w związku z przebudową tej drogi. Było to, jak się
    nie mylę, na początku lat 70-ch. Mijało się po drodze dzwon, na
    którym o ile dobrze pamiętam, znajduje się dużo napisów. Widok ten
    wielokrotnie wracał w mojej pamięci. Do dzisiaj marzę, aby móc
    ponownie wejść na tę wieżę i pocieszyć duszę wspomnieniami sprzed
    lat. Dzisiaj wiem, że te nasze zabawy były niekiedy bardzo, ale to
    bardzo niebezpieczne. Aż dziw, że mało kiedy kończyły się wypadkami
    czy jakimiś urazami. Swoboda, swoboda i jeszcze raz pełna swoboda.
    Takie było nasze dzieciństwo. Czuliśmy niesamowity respekt przed
    rodzicami, sąsiadami, dzielnicowym oraz przed każdym, kto w
    przypadku złego zachowania zwrócił nam uwagę. Wystarczyło usłyszeć:
    jak cię jeszcze raz tu zobaczę, to zobaczysz, że powiem ojcu lub
    matce. Zazwyczaj taka uwaga była wystarczająca, bo wiadomo było co
    za to grozi wink

    Pozdrawiam serdecznie.

    PS
    Dzięki za to zdjęcie na NK. Pozwoliło mi ono przypomnieć
    nieistniejące już w realu obrazy sprzed lat.

    --
    <*>
    fotoforum.gazeta.pl/5,2,mikoj50.html
  • mikoj50 08.03.10, 07:05
    mikoj50 18.09.08, 12:37 zarchiwizowany

    Katastrofa rosyjskiego samolotu w okolicach Kopaliny.

    Pisałem o tym samolocie w sierpniu 2008. Mając na uwadze, że w
    ostatnim okresie przybyło nowych forumowiczów postanowiłem
    przypomnieć tekst mówiący co nieco o tym wydarzeniu. Ponadto jest to
    wspomnienie pewnego wydarzenia, które, tak mi się przynajmniej
    wydaje, pasuje do tego wątku.

    Pamiętam osobiście dzień, w którym wydarzył sie ten wypadek. Lato,
    wakacje. Była piękna, słoneczna pogoda. Na niebie pojawiły się
    śmigłowce. Było ich kilka. Latały na obszarze od Oleśnicy do Oławy.
    Szybko rozeszła się wieść, że gdzieś niedaleko rozbił sie rosyjki
    samolot odrzutowy. Jeden pilot się katapultował i przeżył. Drugiego
    szukano z lotu ptaka. Teren został obstawiony milicją. Po jakimś
    czasie pojawili się Rosjanie. Daleko nie mieli, bo wtedy było ich u
    nas jak mrówek. Rowerami dojechaliśmy do Kopaliny, a na drogę do
    Miłocic Małych już nikogo nie wpuszczano. Trochę było szkoda,
    ponieważ każdy chciał zobaczyć miejsce katastrofy z bliska. Pilota
    nie znaleźli. Dopiero jak zaczęli ruszać wrak samolotu, okazało się,
    że jego ciało znajdowało się między skrzydłem a ziemią, tak
    usytuowane, że wcześniej nikt nie mógł zorientować się, że on
    zginął. Teren został bardzo dokładnie oczyszczony z wszystkich
    pozostałości po samolocie. Chcieliśmy zobaczyć jak wyglądają
    strzępki blachy po katastrofie samolotu. Nasza ciekawość była
    wielka, ponieważ kiedyś w telewizji słyszeliśmy, że Wietnamczycy z
    blach zestrzelonych samolotów amerykańskich robili grzebienie.
    Niestety nic nie można było znaleźć. Tyle pamiętam z tamtego
    smutnego wydarzenia. Samolot rozbił się dokładnie w tym niewielkim
    lasku, po prawej stronie drogi między Kopaliną a MM. Wtedy ten
    sosnowy lasek był bardzo mały. Może kilkuletni. Dodam, że w okolicy
    było kilka rosyjskich lotnisk. Były również zapasowe. Wielu z nas
    zapewne pamięta, że jak pojechało się na grzyby do lasu między
    Grędziną a Miłocicami, to samoloty rosyjskie latały bardzo nisko. Po
    latach dowiedziałem się, że w okolicy pobliskiego Przeczowa mieli
    lotnisko zapasowe z podziemnymi hangarami. Opowiadali mi to ludzie,
    którzy widzieli to na własne oczy. Teraz tam już bardzo mało
    zostało. Po wyjeździe Rosjan okoliczna ludność rozebrała wszystko co
    tylko było możliwe.
    Słyszałem, że odcinek drogi, prawdopodobnie od Przeczowa do
    Bierutowa (jeden fragment) był dostosowany do startu i lądowania
    samolotów.

    Pozdrawiam serdecznie.

    --
    <*>
    fotoforum.gazeta.pl/5,2,mikoj50.html
  • mikoj50 09.03.10, 14:35

    Witam serdecznie.

    Dawno, dawno temu, a może dla niektórych nie tak dawno, w samym
    centrum starych Laskowic, w kwadracie między ciastkarnią a stacją
    kolejową oraz między punktem skupu żywca, zwanym potocznie „spędem”
    (dzisiejszy Dolbud) a GS-m, oprócz obecnego stawu, będącego
    zbiornikiem p.poż., istniał jeszcze jeden staw, który w nieznanych
    okolicznościach został całkowicie zasypany gruzem przez firmę
    Dolbud. Firma w ten sposób powiększyła swój obszar, na którym
    obecnie składowane są materiały oraz zainstalowane jakieś maszyny. Z
    powodu zasypania tego stawu, który był jednym z elementów dawnej
    laskowickiej kanalizacji burzowej, dzisiaj można zaobserwować częste
    zjawisko zalewania wodą okolicznych działek oraz w przypadku
    większych opadów deszczu, zalewania terenu wokół ciastkarni. Szkoda,
    że ten staw został zasypany, ponieważ wiążą się z nim moje osobiste
    wspomnienia. Czy jego zasypanie odbyło się na zasadzie bezprawia?
    czy Dolbud miał na to zgodę? to już nie moja sprawa, chociaż uważam,
    że bez względu na nic powinna zostać wyjaśniona. Jednak nie o tym
    pragnę napisać.

    Było to pewnej zimy na początku lat 70-ch. Graliśmy w hokeja na tym
    obecnie zasypanym stawie, zwanym stawem „Tabisza”, od nazwiska
    pobliskiego mieszkańca. W pewnym momencie, kilka metrów od brzegu,
    zauważyłem na lodzie ciemny prostokąt o wymiarach w przybliżeniu 2m
    x 1,2m. Zima była dość sroga. Lód utrzymywał się długo. W stawie
    było dużo butwiejących liści, z których ku powierzchni unosiły się
    pęcherzyki powietrza. Wokół omawianego prostokąta pęcherzyków było
    znacznie więcej, co spowodowało znaczną różnicę w kolorze lodu.
    Zaistniały fakt niesamowicie zadziałał na moją wyobraźnię. Naoglądał
    się człowiek filmów, na których zatapiano różne archiwa itp. więc
    dlaczego akurat w tym miejscu również tak się nie miało stać?
    Wykuliśmy w lodzie przerębel i długim kijem wyraźnie wyczuliśmy
    twarde podłoże. Przez długie tygodnie snuliśmy domysły, co też
    faktycznie spoczywa na dnie? W efekcie skrupulatnie zaplanowaliśmy
    wydobycia tajemniczego obiektu. Pewnego letniego popołudnia
    wypożyczyliśmy z pobliskiej składnicy drewna ręczne wciągarki, za
    pomocą których ładowano kłody drewna na wagony. Wciągarki te były
    dość spore, ale nasza determinacja jeszcze większa, więc co sił
    transportowaliśmy je w stronę stawu. Niestety, narobiliśmy się przy
    tym jak przysłowiowe "woły", a na miejscu okazało się, że gęste
    zarośla i duże drzewa istniejące między budynkiem spędu i płotem a
    brzegiem stawu uniemożliwiają skorzystanie z tego urządzenia. Nasze
    siłowanie się z wciągarką zauważył pewien znany nam dorosły
    mężczyzna. Zainteresował się tą sprawą i postanowił razem z nami
    dokonać historycznego odkrycia wink Z jednego z pobliskich warsztatów
    monterskich pożyczyliśmy wielokrążek. Zgromadziliśmy trochę różnych
    lin i po raz kolejny przystąpiliśmy do wydobycia naszego skarbu wink
    Jakimś cudem udało nam się zaczepić hak i przystąpiliśmy do pracy.
    Starszy pan tak mocno się zaangażował, że w pożyczonym wielokrążku
    zaczęły pękać linki. Po dłuższej chwili obiekt wyłonił swoje
    kształty i znalazł się na brzegu. W tym momencie na naszych twarzach
    pojawiły się oznaki wielkiego rozczarowania. Pozostające przez cały
    czas w naszej wyobraźni archiwum lub skarb okazały się metalową
    szafą aktową. Zapewne szafa ta była poniemiecka, ale kształtem
    przypominała szafy będące w użyciu do dzisiaj. W taki oto sposób
    zakończyła się historyjka z naiwnymi chłopakami, którzy przez kilka
    miesięcy byli przekonani o posiadaniu nieodkrytego skarbu, jednak
    życie zweryfikowało tą naiwność.

    Dalszy ciąg historii związanej z wydobytą szafą, jak czas pozwoli,
    opiszę przy innej okazji.

    Pozdrawiam serdecznie.

    --
    <*>
    fotoforum.gazeta.pl/5,2,mikoj50.html
  • mikoj50 10.03.10, 14:43

    Witam serdecznie.

    Właściwie, to ciąg dalszy opowieści o starej metalowej szafie może
    być tylko jeden. Skoro już została wydobyta, to grzechem byłoby ją
    pozostawić samą sobie. Jej stan ogólny był na tyle dobry, że
    właściwie jednogłośnie i bez zastanowienia postanowiliśmy
    wykorzystać cechę zwaną w języku marynarskim wypornością. W związku
    z tym, już "nasza szafa", została w całości wydobyta na brzeg i
    przetransportowana w bezpieczne miejsce. W naszych umysłach szybko
    powstało pytanie: co dalej z tym skarbem? Nie było szafy, był
    spokój, niby nie ma skarbu, ale przecież taka metalowa szafa sama w
    sobie jest skarbem. Tyle oczekiwania, takie pomysły na umiejętne
    wykorzystanie wirtualnego archiwum X, tyle niepewności co dalej?
    Szybko doszliśmy do porozumienia, że z naszego skarbu robimy łajbę ;-
    ) Krótko po wyschnięciu usunęliśmy złogi rdzy. Udało nam się zdobyć
    odrobinę lepiku, którym zabezpieczyliśmy dno przed przedostawaniem
    się wody. Zabieg taki był konieczny, ponieważ tylna ściana szafy, de
    facto, była jej dnem. Tato jednego z kolegów dospawał na rogach
    krótkie rurki, które docelowo posłużyły nam do zamontowania daszku.
    Dach był wykonany z grubszych listewek, które pokryte zostały
    smołowanym papierem, taką niby papą. Po kilku dniach nasz „okręt”
    był gotowy do wodowania wink Niestety, po zepchnięciu na wodę i
    wejściu do wnętrza okazało się, że minimalnie, ale do wnętrza
    przedostaje się woda. Nasza izolacja wykonana wspomnianym lepikiem
    okazała się mało skuteczna, w związku z czym, w niewielkiej ilości,
    ale do wnętrza przedostawała się woda. Aby móc bezpiecznie pływać,
    musieliśmy ją wylewać. Dorobiliśmy wiosła i w rejs wink Staw, po
    którym pływaliśmy był stosunkowo mały, jednak takim „dziwolągiem”
    jakim była nasza łajba można było popływać. Zdarzało się, że
    pływaliśmy również nie tylko po wspominanym wcześniej zasypanym
    stawie „Tabisza”, ale przeciągaliśmy łajbę po pobliskiej łące (około
    10-15m) na staw istniejący do dzisiaj, o którym mówi się „staw koło
    ciastkarni”, a który przed laty nosił miano „Maksa”. Nazwa ta
    również wzięła się od nazwiska mieszkającego w pobliżu pewnego
    znanego w okolicy Ślązaka o imieniu Maksymilian. Był to człowiek, o
    którym można by napisać książkę. Zapewne starsi uczestnicy forum
    pamiętają tego jegomościa. Patrząc na to z perspektywy czasu, mogę
    powiedzieć, że zabawa ta była niebezpieczna. Łódka na wodzie była
    mało stabilna. Jej szerokość uniemożliwiała wiosłowanie jednej
    osobie. Najlepiej było pływać we dwóch, jednak nie zawsze istniała
    możliwość dysponowania czasem o tej samej porze, więc bywało, że
    pływałem sam. Kiedyś nasi rodzice na pewne rzeczy nie zwracali
    uwagi. Dzisiaj, w trosce o zdrowie i życie, swoim dzieciom nie
    pozwoliłbym na takie zabawy.

    Pozdrawiam serdecznie.

    --
    <*>
    fotoforum.gazeta.pl/5,2,mikoj50.html
  • mikoj50 18.03.10, 10:36

    Witam serdecznie.

    Kilkanaście dni temu dotarła do nas smutna wiadomość o śmierci
    jednego z najstarszych mieszkańców naszej miejscowości, zacnego
    obywatela, Pana Edwarda Biesiadeckiego (*). Tak się składa, że Pan
    ten był również moim znajomym, no może nie tyle moim, ile mojego
    taty, ale znaliśmy się na tyle, że podczas spotkania zamienialiśmy
    ze sobą przysłowiowe kilka słów. Ostatni raz rozmawiałem z Panem
    Edwardem, kiedy kilka lat temu spotkaliśmy się w lesie między Nowym
    Dworem a Kopaliną, w pobliżu wspominanego już na naszym forum
    poniemieckiego lotniska. Był z kolegą na grzybach. Ja jechałem na
    swoją planową przejażdżkę, z której nigdy nie wiadomo co się urodzi.
    Raz nazbiera się grzybów, innym razem odnajdzie jakiś ciekawy
    obiekt, jeszcze innym razem skorzysta wyłącznie z możliwości
    zrelaksowania się poprzez osobisty kontakt z naturą. Ale nie o tym
    pragnę napisać. Zapewne nie każdy wie, że Pan Edward Biesiadecki był
    pracownikiem znajdującego się przy naszej stacji kolejowej kompleksu
    wodnego, zasilającego jeden z nielicznych jak na tamte czasy w
    naszej miejscowości wodociąg. Na myśli mam pompownię, która
    usytuowana była w pobliżu charakterystycznego, chyba znanego każdemu
    mieszkańcowi JL obiektu, czyli wieży ciśnień. Wieża ciśnień zasilała
    wodą dwa żurawie usytuowane po obu stronach stacji, co z kolei było
    niezbędne, aby parowozy ciągnące ciężkie pociągi towarowe mogły
    nabrać wody do swojego specjalnego zbiornika, na którym znajdował
    się również węgiel, niezbędny do utrzymania wysokiej temperatury w
    kotle wytwarzającym parę wodną. Ta część parowozu nazywała
    się „tender”. Wodą z wieży ciśnień zasilane były również budynki
    kolejowe usytuowane w pobliżu stacji. Pan Edward, do końca lat 60-ch
    zajmował się tam obsługą maszyny parowej, połączonej z pompami
    wodnymi, tłoczącymi wodę do wieży ciśnień. W pompowni znajdował się
    podręczny warsztat, umożliwiający dokonywanie drobnych usterek
    eksploatacyjnych. Pamiętam doskonale widok tych maszyn. Znajdował
    się tam olbrzymi piec węglowy połączony dużą ilością rur o różnej
    średnicy z maszynami parowymi podłączonymi do pomp. Dużą atrakcją
    było przebywanie w okolicy, gdy maszyny te były uruchamiane. Słychać
    było niesamowite dźwięki, przypominające pracę parowozu, ale trochę
    inne. Metalowa rura odprowadzająca namiar pary była wyprowadzona na
    zewnątrz budynku, a jej wylot znajdował się tuż przy ziemi. Pewnego
    dnia bawiłem się z kolegami w tamtej okolicy i gdy nadmiar syczącej
    pary wydostawał się przez tą rurę, będąc zupełnie nieświadomy bardzo
    wysokiej temperatury, postanowiłem sprawdzić własnoręcznie czy
    istnieje możliwość jej zatamowania. Łatwo domyślić się, czym
    skończyła się ta lekkomyślność i brak doświadczenia. Poparzone palce
    przez kilka tygodni dochodziły do siebie. Dzięki tej przygodzie
    doskonale rozumiem powiedzenie: „uciekł jak poparzony”. Zatrudnieni
    tam ludzie pracowali w systemie turnusowym. Nie wszyscy byli
    mieszkańcami Laskowic. Przyjeżdżali z Brochowa, Karłowic a nawet z
    Opola. Oprócz Pana Edwarda pamiętam takie nazwiska jak: Bochniak -
    mieszkał w Laskowicach, w budynkach z czerwonej cegły, które obecnie
    są własnością GS-u. Kuriata – dojeżdżał chyba z Karłowic. Bobik –
    dojeżdżał z Opola. Kamola – dojeżdżał z Brochowa. Przez długie lata
    pomiędzy pompownią a wieżą ciśnień znajdował się metalowy, w
    kształcie prostokąta, zbiornik na wodę, który został przywieziony z
    myślą zainstalowania jako zbiornik dodatkowy, mający zwiększyć
    ciśnienie wody w żurawiach, ponieważ ciśnienie było zbyt słabe, gdy
    o jednej porze, wodę nabierały dwa parowozy. Niestety zbiornik ten
    nigdy nie został podłączony. Był za to wspaniałym miejscem do
    zabawy. Wewnątrz znajdowała się duża ilość metalowych prętów,
    będących wzmocnieniem konstrukcji, które przede wszystkim służyły
    nam do zabawy. Poruszanie się między tymi prętami było doskonałą
    gimnastyką, której dzisiaj nie zastąpi nawet najlepiej urządzony
    plac zabaw. W pobliżu rósł duży kasztan, więc połączenie zbiornik +
    drzewo, doskonale się uzupełniało. Znajdujący się na wieży ciśnień
    zbiornik ma określoną pojemność. Gdy została ona przekroczona, to
    nadmiar wody wypływał z olbrzymią prędkością do pobliskiego stawu.
    Bardzo lubiliśmy obserwować to zjawisko. Był to taki mini wodospad.
    Ta metalowa rura nazwijmy ją „nadmiarowa”, jak myślę, do dzisiaj
    znajduje się w tylnej części wieży.

    Tyle na dzisiaj. Boję się, że trochę się rozpisałem, ale skoro mam o
    czym, to piszę.

    Pozdrawiam serdecznie.

    --
    <*>
    fotoforum.gazeta.pl/5,2,mikoj50.html
  • mikoj50 18.03.10, 11:22

    Witam serdecznie.

    Szukałem pewnych, już opisanych na naszym forum wiadomości i
    przypadkowo natrafiłem na wątek, który doskonale koresponduje z
    obecnym. Myślę, że nikt nie poczuje się urażony, z powodu
    przypomnienia przeze mnie wątku sprzed kilku lat. Warto poczytać
    tamte wspomnienia i uwagi. Nigdy nie wiadomo, czy komuś z nas nie
    zechce sie uzupełnić zawartych wiadomości o swoją wiedzę.

    Pozdrawiam serdecznie.

    Epizody z przeszłości.
    2uboot2 29.04.06, 08:44 zarchiwizowany
    Czy pamięta ktoś taki oto motyw.
    Lata osiemdziesiąte, SP nr 2 i mnóstwo dzieciarni na przerwie z
    przejęciem wpatrująca się w kierunku jakiejś budowli w Miłoszycach.
    Chodziła wtedy jakaś plotka o objawieniach czy jakiejś prowokacji.
    Zna ktoś jakieś bliższe szczegóły?
    Interesuje mnie jeszcze inna sprawa. Czy ktoś posiada wiedzę na
    temat jednostki wojskowej stacjonującej w przeszłości na terenie
    Jelcza? Bo z tego co się orientuje jej kompanie specjalizowały się w
    pracach remontowo-budowlanych (odpowiednik współczesnych wojsk
    inżynieryjnyych) zarówno na terenie Jelcza jak i od czasu do czasu
    na wspomagając pracę na terenie kolei w Laskowicach. Czy była to
    jednostka w której odbywało się ,,szkolenie unitarne''? (jeśli tak
    to fajnie musiała wyglądać mina jakiegoś nieszczęśnika otrzymującego
    bilet do Jelcza).
    W którym miejscu i przez jakie wojska organizowane były skoki
    spadochronowe (wiem że takie się odbywały) na terenie Jelcza (brali
    w nich udział polscy czy radzieccy desantowcy)?
    Swoją drogą pamiętam radzieckie wojska jak zapraszano je nad I Staw,
    na zawody na kręgielni.
    I jeszcze ostatnia krótka kwestia. Czy ktoś pamięta wygląd otoczenia
    z przeszłości na II Stawie? Wiem, że tam byłu kampingi, pola
    namiotowe, ładny i długi pomost. Czy drugi staw był w przeszłości
    ośrodkiem rekreacyjnym równie popularnym jak pierwszy?

    Re: Epizody z przeszłości.
    nokianin 29.04.06, 09:28 zarchiwizowany
    o Miłoszycach nie pamiętam nic z tego co mi wiadomo to w jelczańskim
    parku była jednosta wojskowa obrony terytorialnej kraju (OTK), za
    łebka czasami przechodziłem przez płot od strony stawów hodowlanych
    razem z kumplami po to aby ze strzelnicy wydłubywać "czuby" pocisków
    pistoletowych, żeby potem strzelac z nich z procy żołnierze z tej
    jednostki niejednemu decydentowi z JZS lub Polmozbytu wybudowali
    dom, tak to wtedy się odbywało pamiętam jeszcze przemarsze tych
    wojaków przez ulicę Stawową... na parkingu mieli potem jakieś
    ćwiczenia, były tez tam krany z wodą, nie wiem czy metalowa płyta
    jest jeszcze w tamtym miejscu... o skokach nie wiem nic niestety,
    wygląd drugiego stawu pamiętam dobrze, był tam ośrodek wypoczynkowy
    (nie wiem jakiego zakładu), domki kampingowe, przebieralnie, pola
    namoitowe, pomost z wieżą dla ratownika, wypozyczalnię sprzętu
    pływającego juz gorzej pamiętam, ale wiem że była takowa...
    nie mam pojęcia dlaczego to "padło", czyżby woda w tym stawie nie
    była tak czysta jak na pierwszym? zresztą plaża była dużo mniejsza,
    dno szybko się obnizało, co nie było zbyt bezpieczne dla dzieci
    (pomimo siatek odgradzających, podobnych zresztą do tych na I
    stawie) wydaje mi się, że II staw nie był nigdy tak popularny jak I
    staw...

    Re: Epizody z przeszłości.
    lavendowa 29.04.06, 09:42 zarchiwizowany
    Tak pamiętam sprawę rzekomego objawienia z Miłoszyc.
    Zaciekawione figurą "Matki Boskiej" poszłyśmy z koleżanką ze Sz.P.
    nr2 w poprzek polami do Miłoszyc (taka droga wydawała nam się
    najkrótsza) trochę pobłądziłyśmy, ale cały czas z azymutem na
    objawienie do przodu, gdy dotarłyśmy na miejsce okazało się, że to
    tylko wieża jakiejś budowli.... nie pamiętam już czy koscioła, czy
    czegoś innego.... bardzo rozczarowane i zmęczone wróciłyśmy z
    powrotem.

    Re: Epizody z przeszłości.
    j.laskowice 29.04.06, 09:43 zarchiwizowany
    Wojsko stacjonowało w pałacu w Jelczu, żołnierze pracowali w JZS.
    Ośrodek rekreacyjny nad II stawem był własnością ZNTK Oława (jak
    mnie pamięć nie myli). Pamiętam dobrze pastelowe domki i drewniany
    pomost, szkoda, że to wszystko obróciło się w ruinę.

    Re: Epizody z przeszłości.
    matejkoo 29.04.06, 10:37 zarchiwizowany
    Ja pamiętam tylko wierze ratowniczą na pierwszym stawie na pierwszej
    plaży

    Re: Epizody z przeszłości.
    buddyn 01.05.06, 20:38 zarchiwizowany
    do wojska w Jelczu kierowani byli poborowi po podstawówce służba
    trwała 10 miesięcy wszyscy żołnierze pracowali w JZS i zdobywali
    zawód poprzez rózne kursy wielu z nich zostało w laskowicach i
    pewnie teraz są mieszkańcami miasta Jelcz-Laskowice natomiast co do
    stawu II to faktycznie był tam ośrodek ale chyba woda jest tam
    nieciekawa bo przedewszystkim staw otoczony jest drzewami i woda
    zaśmiecana była liściami a fajne byłoby miejsce na grilowanie jest
    jeszcze III staw ale ten to już zupełnie zarosnięty

    Re: Epizody z przeszłości.
    heymdall 02.05.06, 00:57 zarchiwizowany
    pamiętam tą infrastrukturę..faktycznie domki były i pmost.obok
    Młynówka i próg wodny - nawet nas przegnali kiedyś z ogniska
    rodzinnego strażnicy leśni (nie robię z tego martyrologii:my kontra
    komunizm, bo faktycznie złamaliśmy prawo). Woda w stawie uległa
    samozatruciu - chyba przerosła flora i zaczeły się procesy
    gnilne..nie wiem, ja teraz, czy akwen samorzutnie się nie
    oczyścił.Ostrożnie sugeruję, że po tylu latach jakośc wody może być
    o wiele lepsza od tej w stawie pierwszym..

    --
    "Śmiejmy się z głupich.....po prostu głupich"

    --
    <*>
    fotoforum.gazeta.pl/5,2,mikoj50.html
  • realdisorder 18.03.10, 12:18
    Skoki spadochronowe pamiętam z dzieciństwa raz i lądowanie odbywało się nad
    pierwszym stawem jelczańskim.Brali w nich udział na 100% radzieccy skoczkowie,bo
    pobiegliśmy z osiedla przyjrzeć się z bliska i do dzisiaj przed oczami mam
    charakterystyczny autokar,który stał zaparkowany koło plaży od strony stacji
    benzynowej.
  • mikoj50 18.03.10, 12:44

    Skoków akurat nie pamiętam. Tę wiadomość pozyskałem dzięki forum.
    Może jesteś w stanie określić w którym to było roku? i chociaż mniej
    więcej o jakiej porze roku?

    Pozdr.......

    --
    <*>
    fotoforum.gazeta.pl/5,2,mikoj50.html
  • realdisorder 18.03.10, 13:04
    Oj kiedy to było dokładnie,nie pamiętam,ale na pewno lata 80-te,tak bardziej w
    połowie,a pora to raczej lato.
  • matka_glupich 18.03.10, 13:29
    Mnie ostatnio intryguje informacja jaką znalazłam w sieci. Mianowicie

    "Zanim powstał obóz w Fünfteichen istniał wcześniej inny w miejscowości
    Markstädt (przedwojenna nazwa Laskowic). Znajdował się na terenie wsi Laskowice,
    za parkiem pałacowym. Na wiosnę 1942 przebywało w nim już prawdopodobnie ok. 1
    500 więźniów, a w marcu lub kwietniu 1942 kolejnych 700 więźniów zostało
    przywiezionych z obozu policyjnego w Sosnowcu. Więźniowie zostali ulokowani w 20
    nowych barakach. W 1942 ruszyły prace przygotowawcze poprzedzające budowę
    zakładów Kruppa. Więźniowie przygotowywali teren pod budowę zakładów
    zbrojeniowych, prowadzili prace niwelacyjne i budowali drogi dojazdowe. W
    listopadzie 1942 pracowało 600, a w grudniu tego roku 890 więźniów. Uznano, że
    jest to zbyt mało, stąd decyzja o budowie nowego obozu. Obóz w Markstädt
    (Laskowice) został zlikwidowany w 1943 roku, więźniów przeniesiono do Miłoszyc i
    razem z innymi zakwaterowano w nowych, częściowo jeszcze pustych barakach"

    Zastanawiam się w którym to było dokładnie miejscu. Teren IUNGu? dzisiejszych
    Świętochowskiego i Tymienieckiego? Nie mam pojęcia. Na Parkowej stoi zamieszkały
    budynek z czerwonej cegły podobny do tych na "Starym" Osiedlu. Może ktoś wie coś
    więcej.

    Kiedyś był też poruszany na forum temat zbiorowego grobu na cmentarzu komunalnym
    w Chwałowicach. Wie ktoś może czyje szczątki tam spoczywają i zna okoliczności
    pochówku.


  • dorka1986 19.03.10, 23:42
    Kiedyś czytało się książki, pisało wypracowania itp.
    Dziś jak widzę moją siostrzenicę.
    Google, a potem kopiuj- wklej lub przepisywanie do zeszytucrying
  • mikoj50 22.03.10, 10:27

    Witam serdecznie.

    Dyskusja o jelczański stawie, chociaż toczy się w innym wątku, ale
    przypomniała mi pewne wydarzenie z początku lat 70-ch. Chyba 71? lub
    72? rok.
    Przepiękna pogoda, letnie, późne, niedzielne popołudnie. Słonko
    praży niesamowicie, dlatego z mieszkającym w pobliżu kolegą umawiamy
    się nad staw. Koc z tapczanu pod pachę i do roweru. Za kilkanaście
    minut jesteśmy na miejscu planowanego wypadu. Lasek wokół plaży był
    jeszcze bardzo malutki. Usiedliśmy sobie w miejscu, gdzie dzisiaj
    widoczne są sosnowe korzenie, czyli od strony osiedla. Ludzi na
    plaży było już bardzo mało. W odległości kilkunastu metrów od
    brzegu, dosłownie naprzeciwko nas jacyś nieznani nam ludzie
    zaczynają nurkować i zaniepokojeni głośno o czymś rozmawiają.
    Słyszymy słowa: to gdzieś tu, gdzieś mniej więcej w tym miejscu. Po
    chwili jeden z nich wynurzył się z wody i mówi: „mam go, on jest
    tutaj”. Początkowo nie zorientowaliśmy się o co chodzi, jednak za
    chwilę stanęliśmy jak wryci. Zanurkowali razem i wydostali na
    powierzchnię wody ludzkie ciało. Przyholowali to ciało do brzegu i
    wówczas okazało się, że nie ma w czym przetransportować zwłok w
    bezpieczne miejsce. Jeden z nich podszedł do nas i właściwie niemal
    bez pytania wziął mój koc i owinąwszy topielca zanieśli go pod pachą
    do zabudowań, w których trzymane były wówczas kajaki i inny sprzęt.
    Szliśmy za nimi. Zwłoki położyli na drewnianym podeście. Nie
    odwijali go z mojego koca. Trochę się tym zaniepokoiłem, no bo co
    powiem mamie jak wrócę do domu? Gdy zapytałem jednego z nich: co z
    moim kocem, kazał mi po niego przyjść na drugi dzień. Całym tym
    wydarzeniem byłem niesamowicie wstrząśnięty. Do dzisiaj pamiętam,
    jak ci mężczyźni rozmawiali między sobą, że kilkakrotnie dzwonili do
    domu tego chłopaka. Za każdym razem nic tylko płacz. Chłopak
    pochodził z Wrocławia. Przyjechał z grupą znajomych nad kąpielisko.
    Utonął około południa, ale nie usiłowali go wydostać na powierzchnię
    z powodu bardzo dużej ilości ludzi na plaży. Pamiętam, że miał 17
    lat i nazywał się Aleksander Jajo. Nawet teraz, gdy opisuję tamto
    wydarzenie, pomimo blisko 40-tu lat od jego zaistnienia, czuję grozę
    tamtego dnia i jestem niemal jak wówczas poruszony. To był chyba
    pierwszy nieżywy człowiek jakiego w życiu widziałem. Na drugi dzień
    pojechałem po koc, ale niestety nie odzyskałem go. Za kilka dni, na
    moje uporczywe naleganie, oddali mi jakiś inny koc mówiąc, że tamten
    został zniszczony.

    Smutne to co opisałem, ale fakt taki miał miejsce naprawdę. Po raz
    kolejny potwierdziło się, że z wodą nie ma żartów.

    Pozdrawiam serdecznie.

    --
    <*>
    fotoforum.gazeta.pl/5,2,mikoj50.html
  • mikoj50 26.03.10, 08:22

    Witam serdecznie.

    Doczytałem w tym wątku wspomnień o Jednostce Wojskowej OTK (Obrony
    Terytorialnej Kraju) w Jelczu. Faktycznie taka JW istniała. Nawet na
    początku lat 80-ch, służył w niej, w randze oficera, kpt. Tadeusz H,
    będący synem jednego z byłych Prezesów laskowickiego GS-u. Ale nie o
    tym chcę napisać.

    Bywało, że żołnierze z jelczańskiej jednostki, oprócz podstawowych
    zajęć jakim była praca w JZS lub na torach, albo w innych działach
    gospodarki, poddawani byli również, różnego rodzaju ćwiczeniom.
    Często można było ich spotkać w okolicznych lasach. Ślady po tych
    ćwiczeniach istnieją do dzisiaj. Np. gdy idziemy drogą obok basenu,
    do lasku koło I-go stawu, to po lewej stronie, na rogu tego lasku,
    widoczne są niewielkie dołki. Podobne dołki będące pozostałością po
    ćwiczących żołnierzach są na „Lisiej Górze”, po lewej stronie idąc
    drogą obok kamienia „Fryderyka”. W tych miejscach żołnierze, jak to
    się po wojskowemu mówi „okopywali się”.

    Jednak chcę napisać o innym, ważnym wydarzeniu, w którym było dane
    mi uczestniczyć.

    Pewnego razu, mogło to być w roku 1966 lub 1967, dokładnie nie
    pamiętam, kilka plutonów jelczańskiego wojska maszerowało przez
    Laskowice. Wracaliśmy z kolegami ze szkoły i maszerująca kolumna
    mijała nas na ulicy Oławskiej. Wojsko zawsze darzone było dużym
    zaufaniem społecznym i wzbudzało zainteresowanie ludności. Tak było
    i tym razem. W pewnym momencie, jeden z żołnierzy rzucił do rowu
    odpaloną, tekturową puszkę, wokół której było dość sporo dymu. Gdy
    zobaczyłem tę puszkę, to będąc przekonanym, że jest to świeca dymna,
    podbiegłem do niej, i gdy miałem ją brać do ręki usłyszałem głos
    jednego z żołnierzy, nakazujący mi natychmiastowe odbiegnięcie z
    tamtego miejsca. Ledwie zdążyłem się odwrócić i po zrobieniu kilku
    kroków usłyszałem tak niesamowity huk, że w uszach dzwoniło mi do
    wieczora. Dzisiaj wiem, że gdyby nie głośne zwrócenie uwagi przez
    dowódcę tej kolumny, to brak doświadczenia i dziecinna lekkomyślność
    mogła być przyczyną poważnego wypadku, a przypuszczam, że i utraty
    ręki. Byłem święcie przekonany, że ten dymiący przedmiot, rzucony do
    rowu jest świecą dymną, a ja mogę ją trzymać w ręku i biec do przodu
    zostawiając tumany dymu za sobą. Dzisiaj, patrząc na to wydarzenie z
    perspektywy czasu, mogę spokojnie zacytować pewne powiedzenie, które
    powtarzane było wiele razy przez jednego z moich znajomych,
    Inspektora BHP, z którym współpracowałem przez długie lata:

    „Dzięki Bogu, że Bogu dzięki, bo jak nie daj Boże, to niech Bóg
    broni”


    Opisałem jedną z wielu przygód jakie mi się w życiu przydarzyły,
    jednak dzisiaj wiem, że właśnie ta, mogła skończyć się bardzo
    tragicznie.

    Pozdrawiam serdecznie.

    PS
    O ile dobrze pamiętam, to w pobliskiej Czernicy również była
    Jednostka Wojskowa. Ale czy to była JW OTK, czy bardziej
    specjalistyczna, związana z istniejącymi tam Zakładami Łączności
    tego nie wiem. Myślę, że dzisiaj taka wiedza nie jest tajemnicą
    państwową, dlatego, jeżeli ktoś może przypomnieć jakieś fakty w tej
    sprawie, to proszę napisać.

    --
    <*>
    fotoforum.gazeta.pl/5,2,mikoj50.html

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka