Dodaj do ulubionych

Wyższa Szkoła Umiejętności Społecznych - czy warto

IP: *.icpnet.pl 11.05.12, 09:24
Witam,

Swojego czasu był temat WSUS prywatnej uczelni w Poznaniu - jednak został on zarchiwizowany. Przeczytałem kilka pytań o tę uczelnię na tym i innych forach, dlatego chciałbym na nowo otworzyć temat. Robię to głównie dlatego, że jest tu wiele osób i można rozpocząć dyskusję w jednym miejscu.

"WSUS - czy warto"? Wiele osób zadaje to pytanie, zwłaszcza teraz, w okresie maturalnym. Niedługo trzeba będzie wybrać uczelnię, kierunek, niektórzy będą chcieli zdecydować się na szkołę prywatną. W kwestii WSUS istnieje duży popyt na prawo, na którym chciałbym się skupić.

Jest wiele osób zaślepionych retoryką "Prywatne be, państwowe cacy". Wylewają oni w swoich wypowiedziach jad, kpiąc z osób uczących się na prywatnych uczelniach (choćby i na najlepszych kierunkach, jak prawo czy medycyna) i wychwalają ponad niebiosa uczelnie państwowe (choćby studiowali najbardziej oklepane kierunki, jak socjologia, ekonomia czy pedagogika). Tymczasem nie żyjemy już w takich czasach, czy się to komuś podoba czy nie. Wiele prywatnych uczelni trzyma o wiele lepszy poziom niż państwowe, na których wykładowcy chcą przede wszystkim odbębnić miesiąc i odebrać wypłatę. Którą, jak większość nauczycieli w tym kraju, dostaną bez względu na to, czy będą się starali, czy olewali. Tymczasem prywatne uczelnie muszą się starać, w przeciwnym razie po prostu wypadną z rynku, gdy potencjalny student zdecyduje się na wybór innej uczelni. Ot wolny rynek.

Tak przynajmniej powinno być.

Przechodząc do meritum: na WSUS studiuję prawo. Przybyłem tam wiedziony racjonalizmem, ale również chcąc wykorzystać moje zainteresowania w bardziej praktyczny sposób niż politologia / historia / psychologia. Blisko 3 lata studiów sprawiły, że mam mieszane uczucia.
Owszem, duża część przedmiotów prowadzona jest w sposób ciekawy, większość wykładowców poważnie podchodzi do swoich tematów, a zdawalność jest w miarę przyzwoita. To wszystko ma jednak i drugą stronę medalu.
Gdzie by tu zacząć?
1) Duża ilość "przedmiotów pomocniczych", takich jak socjologia, psychologia, statystyka czy ekonomia. Rozumiem ich powiązanie z prawem, nie rozumiem jednak tak wielkiego skupienia na nich. Wykładowcy prowadzący traktują te przedmioty na zasadzie "Pomińcie wszystko inne i skoncentrujcie się na tym", nie chcą przepisywać ocen, jeżeli miało się zaliczenie (co jest paradoksem, bo część ocen zaliczało się - jak w moim przypadku - u ich starych promotorów, jak w przypadku ekonomii...), a napięta atmosfera przeszkadza w uczeniu się na przedmioty stricte prawnicze. Mogę jeszcze zrozumieć ekonomię, to jest przydatne każdemu, ale dlaczego mam cierpieć, bo zlikwidowano kierunek "Zarządzanie i marketing", w związku z czym pan/pani profesor nie miał/-a etatu i trzeba było przekierować na prawo, by miał co robić? Tym bardziej, że na dużej części tych przedmiotów wykładowcy mówią o czym chcą, a co zazwyczaj nie ma wiele wspólnego z prawem nawet w najmniejszym stopniu. To duże utrudnienie.
2) Podejście. Bardzo zróżnicowane. Niektórzy profesorowie na luzie, nawet do rany przyłóż, inni: wymagający (przy czym: albo dają wiele od siebie, albo "a resztę doczytacie"), niewymagający (co nie oznacza, że będą tolerować wydzieranie się na zajęciach i chamstwo, ale o tym później) i pomieszani. Ogólnie jest dobrze, duża część wykładowców to profesjonaliści, a nawet praktycy - tu ukłony w stronę prowadzącego kryminalistykę: magistra Jerzego Jakubowskiego, który może i nie jest profesorem, ale to co w życiu widział jest nie raz ciekawsze niż to, co reprezentuje doktor habilitowany, co całe życie spędził za biurkiem.
Są plusy, są też minusy. Wielu wykładowców (jak zresztą wszędzie) swój przedmiot wynosi ponad wszystkie inne, przy różnym wkładzie ze swojej strony. Niejednokrotnie spotkałem się z podejściem "mi się nie chce" ze strony profesora. Zmiany zdania odnośnie sposobu zaliczania są tu na porządku dziennym. Jednego dnia masz zapewnioną trójkę, a gdy przychodzisz po wpis dowiadujesz się, że musisz zdać ustny egzamin (o którym powiem więcej w ramach wątku o organizacji). Część młodszych wykładowców za wszelką cenę stara się wkupić w łaski starszych kolegów, więc naśladują ich i brną w zawiły materiał, którego często sami się dopiero uczą. Jak wszędzie: są wykładowcy surowi, są wymagający, ale i sympatyczni. I jak wszędzie trafiają się filozofowie, którzy chcą koniecznie wnieść coś nowego do danej materii. Szczególnie na takich trzeba uważać.
3) Organizacja. Trzy lata utwierdziły mnie w przekonaniu, że leży. Chcesz się czegoś dowiedzieć w dziekanacie? Jeżeli będziesz miał szczęście, uda ci się. Jeżeli nie, następnego dnia dostaniesz wiadomość o odwołaniu zajęć z zeszłego dnia, na które czekałeś blisko dwie godziny. Nie można było się dowiedzieć bezpośrednio, bo dziekanat pracuje do ok. 14.00-15.00. A sytuacje, w których profesor bez zapowiedzi nie przychodzi na zajęcia lub spóźnia się o 20-30 minut są na porządku dziennym. "Przepraszam państwa" uświadczysz bardzo rzadko, gorzej jeżeli ty sam się spóźniasz. O ile egzaminy pisemne przeprowadzane są sprawnie i zazwyczaj szybko dostaniesz wynik, o tyle gorsza sytuacja ma miejsce przy egzaminie ustnym. Jedno słowo: załamka. Na roku jest kilkadziesiąt osób. Przepytanie dwóch zajmuje ok. pół godziny. Egzamin trwa średnio od 9.00 do 19.00, kiedy zamykają szkołę - a ustalenie drugiego terminu często bywa niemożliwe. Wykładowcy mówią "ustalcie między sobą organizację". I tu jest zasadniczy błąd: wśród studentów nie ma organizacji. Wszyscy tłoczą się pod drzwiami i niemal wydrapują sobie oczy, kto wejdzie następny bo "ja tu czekam od 6 rano" (przy czym petent przyszedł trzy godziny po tobie, sic). Prowadzący egzamin się denerwuje, bo nie jest w stanie przepytać wszystkich i musi ustalać więcej terminów (czasami jednak twierdzi że po prostu mu się nie chce i wówczas trzeba zdawać we wrześniu). A ty kończysz jako kłębek nerwów, bo nie jest twoją winą, że prowadzącemu nie chciało się egzaminować - ale to nikogo nie obchodzi.
Godziny zajęć: dantejskie. Zwłaszcza w tym roku, gdy EURO tuż-tuż. Jak większość uczelni, WSUS zaczął rok wcześniej i planuje skończyć wcześniej, bo za niecały miesiąc. W międzyczasie ktoś zdał sobie sprawę, że aktualny rok nie da rady przerobić całego materiału w tak okrojonym czasie. Czy w związku z tym np. przeniesiono przedmioty? Skądże. Zamiast tego w planie zajęć normą stały się wykłady trwające po 3-4, a nawet 5 godzin. I w tym wszystkim dali nam jeszcze wolne piątki (niektóre roki dostały nawet poniedziałki)! Niezbyt poważne podejście, ale znowu piszący takie plany może bez problemu rzec "a co mnie to obchodzi".
Kolejna sprawa: ćwiczenia. W zasadzie istnieją tylko po to, by można było stworzyć obowiązek chodzenia na zajęcia dla leniwych studentów. Poza tym, to głównie przedłużenie wykładów, albo zwykła strata czasu. Pomijając wyjątki, na których trzeba się sprężać w przygotowywaniu kolejnych prezentacji, wielu wykładowców przerabia na nich ten sam materiał, co na wykładach. Moim zdaniem zbędne na każdych studiach, ale jakoś trzeba studenta nakłonić do pracy, prawda? A skoro o tym mowa...
4) Studenci. Nie chcę wyjść tutaj na kogoś, kto szufladkuje, jednak studiuję już od kilku lat i nieco wiem o ludziach. Na WSUS, na prawie zwłaszcza, podział wygląda następująco: ambitni z przerośniętym ego i podlizujący się, ambitni, ale bardziej zdystansowani i trzeźwo patrzący na sprawy, oraz olewający wszystko "cwaniaczkowaci", którym się wydaje, że wszystko im się należy. Tych ostatnich, niestety, jest większość. To dokładny stereotyp studenta, okraszony dodatkowo podejściem "mama zapłaci, ja dostanę papierek". Stereotyp psujący niestety opinię tym, którzy naprawdę chcą się czegoś nauczyć. Ich głównym zajęciem jest bieganie po kolejnych imprezach, jedzenie w "Maku" (który jest kilka metrów dalej) i głośne gadanie na zajęciach, na których łaskawie raczyli się pojawić (zazwyczaj dlatego, że były to zajęcia obowiązkowe). Spróbuj zwrócić takiemu uwagę? (cz. 1)
Obserwuj wątek
    • Gość: qwerty Re: Wyższa Szkoła Umiejętności Społecznych - czy IP: *.icpnet.pl 11.05.12, 09:35
      (cz. 2)
      Zaczyna pyskować, po czym naburmuszony wraca do pisania SMS-ów z chłopakiem/dziewczyną czy kim tam jeszcze. Potrafią bez żenady wyśmiewać wykładowcę, co jest przejawem całkowitego zezwierzęcenia. Głośni, irytujący, przepychani na siłę. Autentyczny cytat dla podsumowania: "Jak skończę prawo to będę sławny i bogaty i kupię sobie ferrari". Nic więcej odnośnie ambicji tej grupy.
      Kilka słów o "lizusach": grupa nieliczna, teoretycznie spokojna i stojąca na boku, jednak też potrafią zaleźć za skórę. Podczas dyskusji nie zgadzasz się z nimi albo prezentujesz odmienne stanowisko? Uważaj, są gotowi cię zagryźć. Wielu z nich zadaje pytania kompletnie niezwiązane z tematem, ale mające na celu wybicie się za wszelką cenę. To duży problem, bo wykładowcy lubią, jak ktoś im w taki sposób "cukrzy". Zapatrzeni jak w obrazek w profesorów, każde zdanie wypowiadają w zadufanej manierze i kończą je za pomocą "taak?" lub "niee?". Wcześniejsze terminy egzaminów? Załatwią, ale dla samych siebie - i nikomu o tym nie powiedzą.
      Ale: "wszyscy jesteśmy przyjaciółmi, bo kiedyś możemy wzajemnie potrzebować swoich notatek". A po szkole wszystko się urwie.
      Trochę tutaj wylałem swoje żale i prywatne opinie, ale zauważyłem taką tendencję również na WSUS-owskim dziennikarstwie i po części na architekturze wnętrz. Nie oznacza to jednak, że wszystkie grupy będą takie same i czytelnik na takie trafi. Określam jednak atmosferę przez własny pryzmat, używając słowa "ukryte napięcie".

      Jeszcze mały dodatek: wcale nie jest tak, że "zapłacisz i dostaniesz papierek". Na WSUS Prawo nie działa w ten sposób, może dziennikarstwo. Tu trzeba się przyłożyć i uczyć jak na innych prawniczych kierunkach, albo będą kłopoty. Podkreślam to, by rozwiać błędne wyobrażenia.

      Ogólna ocena? 5/10. Nie jest źle, ale mogło by być lepiej. Na dobrą sprawę jeszcze wiele przede mną, jednak biorąc pod uwagę aktualne doświadczenia mogę dać WSUS-owi tylko przeciętną ocenę (mimo tego zastanawiam się, czy nie lepszą byłaby 4/10). Polecam tym, którzy mają ambicje, a np. nie dostali się na UAM, gdzie stale podnoszą próg wejścia i obniżają poziom nauczania.
      • Gość: zuzanna Re: Wyższa Szkoła Umiejętności Społecznych - czy IP: *.internetdsl.tpnet.pl 16.07.12, 13:36
        szukałam takiego wątku! w sumie rozwiałeś większość m,oich wątpliwośći, ale mam jedno pytanie. czy studiowanie prawa da sie pogodzić ze studiami dziennymi na innym kierunku? czy naprawde na zajęcia trzeba chodzić, czy można załatwić indywidualny tok? będę wdzieczna za odpowiedz. studiuję już dwa pokrewne kierunki i nie mogę się wpakować w kolejny bardzo wymagający jeżeli chodzi o frekwencję:) pozdrawiam
    • severusio Re: Wyzsza Szkola Umiejetnosci Spolecznych - czy 16.07.12, 15:01
      Primo: "Wiele prywatnych trzyma o wiele lepszy poziom od panstwowych"

      To znaczy jakie? ALK, SWPS, w porywach PJSWTK, Lazarski i AH Pultusk, a reszta?

      Secundo:

      Wskaz mi gdzie masz medycyne na prywatnej! A poza tym prawo, odkad jest na kazdym uniwerku poza UKW i na kazdej prywatnej, znacznie stracilo na prestizu

      Tertio:

      Tak wychalam panstwowe uniwersytety ponad niebiosa. Gdzie UW, PW albo UJ oferujace studia na kierunkach jak astronomia, biofizyka, MEDYCYNA, STOMATOLOGIA, nanotechnologia... do prywatnych szkolek zarzadzania (mopem) i marketingu (bardzo bezposredniego)? A sam nie lekcewazylbym socjologow, pedagogow i ekonomistow z uniwersytetow klasycznych i ekonomicznych. Gwarantuje, ze pedagogika na dobrym uniwersytecie nie jest takim banalnym kierunkiem, a na pewno trudniejszym od prawa na WS..., gdzie wszystkich sie za pierwszym razem nie przepuszcza, aby poprawiali i placili, ale docelowo i tak kazdy przejdzie, bo WS.. nie chce tracic klientow
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka