Trochę inaczej
Autor: Gość: Anders
IP: *.warszawa.mm.pl
08.02.10, 11:32
Mam brata, który ma to coś, co pozwala mu zamienić g... w złoto. I
kiedyś wyłuszczył mi swoją aktualną strategię mieszkaniową tak:
Priorytety wyglądają następująco (klarowny stan prawny to punkt
wyjścia, więc to pomijamy):
1. okolica - spokojna, skomunikowana z centrum, w pobliżu usługi,
szkoły, służba zdrowia... czyli na pewno nie "nowe osiedla w polu",
pozbawiona uciążliwości w rodzaju: hałas, smród, dzwony etc.
2. skala budynku - kameralnie
3. stan budynku - (albo po kompleksowym remoncie (prawie nie ma
takich), albo względnie nowy, garaż jest atutem (w zasadzie bez
garażu nie ma rozmowy)
4. rozkład mieszkania - bez pokojów przechodnich, okna na dwie
strony (bez północnych), osobna kuchnia (inaczej nie można gotować),
może być "niezainwestowane"
5. sąsiedzi (w takich domach raczej nie ma wiekszych problemów)
6. ALE DECYDUJE CENA. Nikt nie lubi być robionym w konia
I tu dochodzimy do kwestii zasadniczej - w ostatnim roku naoglądał
się mieszkań, które spełniały jego wymagania. Za każdym razem ceny z
sufitu. Większość z nich (poza jednym, które miało bezwzględny atut
dodatkowy - przy metrze i było rzeczywiście piękne - razem
oglądaliśmy) dalej wisi. Jedno w tym czasie wykończono i podbito
cenę... On w tym czasie zarabiał na kapitale, zaś sprzedający
tracili na czynszu i inflacji.
Myślę, że to jest czas, kiedy kupują głównie ludzie względnie
zamożni (inni nie dostaną kredytu), którzy nie muszą dokonywać
transakcji w pospiechu. Sprzedający powinni zdać sobie z tego sprawę
i zachowywać się elastycznie.
Chyba, że są w podobnej sytuacji, kupili za grosze (np.: w 2004) i
ciągle mają spory zapas.