Forum Dom Dom
ZMIEŃ
    Dodaj do ulubionych

    Dom za miastem a dzieci

    22.03.07, 08:53
    Chcemy kupić dom na osiedlu które jest oddalone o około 15 km od aglomeracji
    (trójmiasto). Sęk w tym że mamy 1,5 roczne dziecko, a za jakiś czas
    chcielibyśmy mieć jeszcze jedno (przynajmniej jedno). Jednak ja mam troche
    obaw co do tego jak w niedalekiej przecież przyszłości będzie to wpływało na
    dzieci, bo chociaż samo osiedle jest w pięknej okolicy (las, jeszioro, tereny
    rekreacyjne) to jednak do przedszkola, potem szkoły trzeba będzie je wozić...
    Poza tym obawiam się o kontakty dzieci z rówieśnikami - na osiedlu zapewne
    będą, ale żeby mogły się spotkać ze znajomymi ze szkoły będziemy musieli je
    dowozić....
    Jakie są wasze doświadczenia w tym temacie ???
    Edytor zaawansowany
    • Gość: rym IP: *.internetdsl.tpnet.pl 22.03.07, 09:36
      było o tym tysiąc razy na tym forum.
      streszczenie:
      zwolennicy domów powiedzą, że to sama przyjemność dowozić dzieci bo dzięki temu
      więcej czasu się z nimi spędza (co najmniej 2h w samochodzie), lubią stać w
      śmierdzących korkach, lubią wdychać czad z pieca węglowego sąsiada, są bardziej
      wysportowani (praca w ogródku) i zahartowaniu (oszczędność na ogrzewaniu). Ale
      własny ogródek i dom to wszystko rekompensuje, a zresztą w blokach lub
      kamienicach mieszka plebs. normalni mieszkają w domach (segment też jest uważny
      za dom). Na starość, jak odchowają dzieci, mają zamiar się przeprowadzić do
      miasta, a dzieciom zostawić dom.

      zwolennicy mieszkań w mieście powiedzą, że mają dzieci, że nie wyobrażają sobie
      stania w śmierdzących korkach 2h dziennie. lubią mieć teatr pod nosem (nie
      wiadomo po co, skoro w/g statystyk polak prawie z tego nie korzysta), koszenie
      trawnika i odśnieżanie podjazdu to dla nich największy koszmar (chociaż nigdy
      tego nie robili), lubią sobie pochodzić "na krótki rękaw" w zimie po
      mieszkaniu, nie przeszkadzą im odglosy probelmów gastrycznyh sąsiada. Na
      starość, jak odchowają dzieci, mają zamiar się przeprowadzić na wieś, a
      dzieciom zostawić mieszkanie.

      To mniej więcej tyle... :-) pozdrawiam
    • Gość: rym IP: *.internetdsl.tpnet.pl 22.03.07, 09:42
      i jeszcze jedna ważna sprawa:
      posiadacze domów zawsze znają znakomite skróty i objazdy, dzięki czemu są w
      stanie dotrzeć w każde miejsce w przeciągu 15-20min.

      posiadacze mieszkań zawsze mają super komunikację (prawie wszyscy mieszkają
      przy metrze), dzięki czemu są w stanie dotrzeć w każde miejsce w przeciągu 15-
      20min.
    • Gość: me IP: *.img.com 22.03.07, 09:53
      Znakomite podsumowanie, powinno być umieszczone w faq forum :).
    • Gość: rym IP: *.internetdsl.tpnet.pl 22.03.07, 10:05
      dzięki
    • mam6lat 22.03.07, 17:16
      a dklaczego masz wozić dzieci do wielkiego miasta?
      szukając przez ostatni ro swojego kawałka ziemii wiedzielismy z mezem jak fajne
      bywaja czest wiejski i małomiasteczkowe szkoły (gminy wiejskie dostaja wielkie
      fundusze na budowe szkoł, boisk, wyposażenie)
      rozmaiwłąm tez z siostra - nauczycielką (robi teraz kolejne podyplomówki)
      i twierdzi, ze teraz najwiecej płaca w szkołach wiejskich, nauczyciele sa
      zazwyczaj młoda ekipa dostająca kasę i zachete do dalszego studiowania
      i eksta pieniadze na zajecia pozalekcyjne;
      ja dzieci wozić do miasta nie zamierzam (mam nadzieję, ze do czasu gdy maluchy
      dorosna bedziemy juz zyli na wsi)
      mam tez nadzieję, ze plany życiowo-budowlane am sie nie pokomplikuja
      i ze chlopców nie bede musiała posyłać do warszawskiej szkoły - gdzie sa badny
      chuliganski pod szkoła i w szkole, narkotyki i kradzieże
      --
      mhd.pl/
      www.reklama.mhd.pl/
    • mam6lat 22.03.07, 17:17
      sorki za pisownie, ale usypiam przy piersi malucha.......:)
      --
      mhd.pl/
      www.reklama.mhd.pl/
    • ann65 28.03.07, 20:53
      My również kilka lat przenieśliśmy się na wieś - 20 km od warszawy na
      południe,mieliśmy dylemat gdzie posłać córke do przedszkola i
      zdecydowaliśmy ,że będzie chodziła do przedszkola na miejscu,przedszkole
      znajdowało się przy kościele ,było to przedszkole integracyjne,uczęszczały tam
      dzieci od roku (wraz z mamami )do pięciu lat.Starsze dzieci pomagały zajmować
      się młodszymi,gdy maluchy spała,starsi mieli zajęcia.Codziennie dzieci miały
      zajęcia w lesie- po kilku tygodniach córka umiała nazwać większość roślin w
      lesie.Dzieci przebywały bardzo długo na świeżym powietrzu,prawie wogóle nie
      chorowały,w tym samym czasie moja sąsiadka woziła swoje dzieci na ursynów,bo
      nie chciała ,żeby jej dzieci integrowały się z dziećmi ze wsi.Następnie córka
      poszła do zerówki i podstawówki też na miejscu,nigdy nie było problemów
      wychowawczych ,w przeciwieństwie do dzieci sąsiadów którzy na zmienę wozili
      dzieci do warszawy.Wielokrotnie zmieniali dzieciom szkoły wreszcie przenieśli
      do Piaseczna i tam chłopcy skończyli podstawówkę.Nastepnie posłaliśmy córkę do
      gimnazjum sportowego w warszawie,i miałam obawy czy poziom nie będzie dla niej
      za wysoki,obawy były zupełnie bez podstaw ,szybko zintegrowała się z nową
      klasą,uważam że mieszkanie na dalekich obrzeżach wawy ma tylko same plusy,w
      wyjscie do teatru staje się wtedy przyjemną wyprawą .
    • olafinek 29.03.07, 11:09
      > wyjscie do teatru staje się wtedy przyjemną wyprawą<
      masz rację - ja pochodze z miasteczka 40km od w-wy i przez całe dziecinstwo
      wielka atrakcja dla mnie i siostry były wycieczki z mama do teatru.....moje
      warszwskie dzieci tak czesto nie wychodzą;
      skonczyłam studia i nigdy nie miałam poczucia pochodzenia z gorszego swiata, a
      juz zupełnie nie czułam sie niedouczona; mało tego w przeciwieństwie do
      warszwskich koleżanek miąłm komfort mieszkania wsród sasadów, krórzy byli
      ciociami i wójkami (do dzis tak do nich mówie), miałam bezpieczne podwórko z
      własną, czystą piaskownicą i ogródkiem
      i ani w szkole, ani w kosciele, ani na ulicy nie byłam anonimowa dziewczynką
    • Gość: madine1 IP: *.aster.pl 07.04.07, 16:29
      Najśmieszniejsze, że po tym wyczerpującym temat poście, ludziska dalej dyskutują, powtarzając te same
      komunały.
    • aga1000 24.03.07, 20:14
      Naprawdę świetne!!! w zasadzie podsumowałeś jakies 70% dyskusji na tym forum. Ekstra

      Gość portalu: rym napisał(a):

      > i jeszcze jedna ważna sprawa:
      > posiadacze domów zawsze znają znakomite skróty i objazdy, dzięki czemu są w
      > stanie dotrzeć w każde miejsce w przeciągu 15-20min.
      >
      > posiadacze mieszkań zawsze mają super komunikację (prawie wszyscy mieszkają
      > przy metrze), dzięki czemu są w stanie dotrzeć w każde miejsce w przeciągu 15-
      > 20min.
    • mika1112 31.03.07, 01:27
      Tak jest, mieszkamy kilkanaście km od Gdyni, na Karwiny można dojechac /po
      części polnymi drogami/nawet w 11 min.
    • Gość: Jasmin711 IP: *.internetdsl.tpnet.pl 22.03.07, 11:03
      Widzę że nie zrozumiałeś mojego pytania - ja się nie pytam o plusy i minusy
      mieszkania za miastem, bo te znam dokładnie. Wyraźnie chyba tam napisałem że
      mam obawy co do dzieci..... więc nie wiem po co piszesz o pracy w ogródku,
      czadzie z komina sąsiadów czy odśnieżaniu.
      Proszę najpierw przeczytać powoli, ze zrozumieniem, a potem odpowiadać (albo
      nie odpowiadać ;-)
      Pozdrawiam
    • Gość: rym IP: *.internetdsl.tpnet.pl 22.03.07, 11:30
      a rzeczywiście, masz rację, zagalopowałem się.

      no to odpowiadając konkretnie:
      Co do dzieci to dasz radę. nie tacy dawali i nie tacy dadzą radę. Zobacz jak na
      wsiach się pięknie chowają dziatki - zdrowe, rumiane, "niealergiczne", nie
      skażone tym wielkomiejskim syfem (klabing, narkotyki, sex&violence). Jeśli
      dzieci to tylko w domku za miastem.
      Czy taka odpowiedź jest dobra?
    • Gość: Sas IP: *.net81.citysat.com.pl 22.03.07, 11:51
      Wypowiedź rym oczywiście bardzo fajna , no ale do rzeczy.Dwoje dzieci /
      conajmniej / różne godziny rozpoczęcia i kończenia nauki - co wtedy? Dodatkowe
      fakultety/ języki , itp/ co wted? Spodkania towarzyskie / urodziny, imieniny,
      inne imprezki , itp/ -co wtedy? Basen , klub sportowy,itp/ co wtedy? . Dzieci
      wychowywane na wsi zawsze będą ciut mniej ''rozgarnięte'' od dzieci wychowanych
      w miescie./ pomijam oczywiści sprawy patologiczne/.Osobiście mam dom i widze
      różnice pomiędzy dziećmi które wychowuja sie a domu a dziecmi z ''bloków''. Sas
    • monsiu73 22.03.07, 12:06
      no facet,teraz to pojechałeś po całości.Wychowałam się w małym miasteczku bez
      dostępu do basenu,teatru pod nosem i hipermarketów i absolutnie nie czuję
      się "mniej rozgarnięta" od rówieśników z dużego miasta i blokowisk.Co za
      brednie wypisujesz,że dzieci z prowincji są "głupsze" od blokersów?
      Puknij się w czoło.
      Tak się sklada,że "rozgarnięcie" dzieci zależy głównie od ich rodziców,a nie od
      miejsca zamieszkania.
      Jeśli widzisz róznice między dziecmi z "domów" pod miastem i z bloków tylko na
      podstawie ich adresów,to jesteś chyba właśnie takim mało rozgarnietym ex-
      dzieckiem.
      --
      Maciuś-5 II 2005
      Agatka-9 XI 2006
    • Gość: rym IP: *.internetdsl.tpnet.pl 22.03.07, 12:29
      taka mała dygresyjka:
      osoby "mniej rozgarnięte" nigdy nie czują że są mniej rozgarnięte bo sobie po
      prostu nie zdają z tego sprawy. tak to już jest.
      tak jak osoby głupsze (np. z małym IQ) nie zdają sobie sprawy że są głupsze.
      natomiast w drugą stronę jest to możliwe, czyli osoby mądre (czy "bardziej
      rozgarnięte") zdają sobie sprawę że są mądrzejsze od tych głupich. A zdają
      sobie z tego sprawę tylko i wyłącznie dlatego że są mądrzejsze.
      wszyscy ludzie na świecie myślą, że są mądrzy i rozgarnięci.

      można to też porównać do słuchania muzyki. każdy z nas słucha tylko dobrej
      muzyki, niezależnie czy jest to poważna, metal, jazz, techno czy polodisko.
      podobnie z książkami i filmem - każdy z nas lubi dobry film lub dobrą książkę,
      niezależnie czy jest to grochola, wiśniewski czy np. "niszowe argentyńskie
      dzieła wybrane".
      podsumowanie: głupcy nie wiedzą, że są głupcami, mądrzy wiedzą że są mądrzejsi
      od głupców.
    • Gość: Lucusia IP: 212.244.186.* 28.03.07, 08:55
      Niestety - juz Kartezjuz odkrył, że "rozsądek jest rzeczą najsprawiedliwiej podzieloną na świecie(...), kazdy uważa, że ma go dosyć". Tak więc piekny dowód wydaje się niestety podważony.:)
      A co do rozgarniecia dzieci...to jednak zależy wyłącznie od rodziców. ja mieszkam kilkanaście kilometrów za miastem, dzieci podstawówe skończyły na wsi, do gimnazjum jeżdżą z nami do miasta. Zreszta tak, czy inaczej dojeżdżałyby, bo chodzą do jednej z najbardziej renomowanych szkół.Obydwoje sa juz olimpijczykami. I to tyle, jeśli chodzi o "rozgarnięcie".
      Chodzą na treningi,na próby teatralne, ze znajomymi do kina, na urodziny. Fakt, że rodzice się "poświęcają", tj. robimy akurat wtedy zakupy czy umawiamy się na kawę, gdy mają zajęcia popołudniowe. Dotyczy to raczej mamy, bo tata jest pracocholikiem i jest zachwycony, jak może "legalnie" posiedzieć dłużej w pracy.
      Dodatkowym, dla mnie pozytywnym, elementem jest to, że mieszkając w domku maleństwa moje znacznie więcej się ruszają. Mam porownanie, bo wcześniej mieszkaliśmy w mieszkaniu. Mnie się teraz bardziej podoba. Moim dzieciom też.

    • Gość: rym IP: *.internetdsl.tpnet.pl 28.03.07, 11:32
      " Tak więc piekny dowód wydaje się niestety podważony.:)" - tak myślisz?
      A mi się wydaję, że wręcz przeciwnie, że mój piękny wywód został przez ciebie,
      a właściwie przez Kartezjusza potwierdzony. A gwoli ścisłości, żeby już oddać
      sprawiedliwość, to mój wywód potwierdza cytowane przez ciecie kartezjuszowskie
      odkrycie.
    • Gość: Stephen IP: 213.17.149.* 28.03.07, 09:22
      Rym - naprwdę zgadzam się w 100 % - a propos - rzadko się zdarza,żebym
      przeczytał coś niebanalnego na jakimkolwiek forum. Ja również wychowałem się w
      większym mieście i nie chcąc nikogo urazić naprawdę zauważam różnice
      w "rozwoju" pomiędzy ludżmi z małych miasteczek/wsi a zwłaszcza aglomeracji
      miejskich. Nie chcę komentować, czy to różnice na lepsze/gorsze ale są.

    • p.o.box.77 30.03.07, 10:17
      u mnie na wydziale polibudy najlepszymi studentami byli ludzie z poza warszawy,
      reszta [z małymi wyjątkami] w zasadzie nie wiedziała co tam robi.

      nie wszyscy byli wybitnymi geniuszami, nie wszyscy, ale ludzie z poza wraszawy
      znacznie bardziej przykładali się do nauki. tyle.

      mój siostrzeniec przeprowadził się z rodzicami do podwarszawskiego grodziska, z
      ursynowa...

      niestety trafił na wąskie grono b. niewłaściwych przyjaciół..

      nie wszystko jest białe i czarne, a stereotypy są prymitywne.
    • Gość: rym IP: *.internetdsl.tpnet.pl 30.03.07, 14:13
      do p.o.box.77
      właściwie to dlaczego te słowa są skierowane do mnie bo nie bardzo rozumiem,
      (może dlatego, że nie jestem zbyt rozgarnięty:-)).

      czy ja gdziekolwiek wypowiedziałem się na temat "lepszości" dziatków wiejskich
      nad miejskimi i odwrotnie?
    • Gość: madine1 IP: *.aster.pl 07.04.07, 16:34
      Nieprawda. Ja n.p. wiem, że nic nie wiem.
    • aga1000 24.03.07, 21:05
      A to bardzo ciekawa teoria, ze dzieci wychowywane na wsi są mniej rozgarnietę od
      tych miejskich, prawda? Zaryzykuję twierdzenie, ze te nierozgarnietę mają równie
      nierozgarnietych rodziców... Przepraszam Jasmin za odbieganie od tematu ale tak
      mi sie przypomiało moje kuzynostwo, dwoje dorosłych już ludzi, którzy wychowali
      się na strasznie zapadłej wsi. Ich rodzice (obydwoje po dwa fakultety) byli tam
      nauczycielami. Kuzyn jest znakomitym lekarzem, z wielką wiedzą, empatią i
      ciepłym podejsciem do pacjentów, kuzynka humanistką. Jakoś dali radę, a
      mieszkali na wsi prawdziwej, nie takiej "podmiejskiej".

      monsiu73 napisała:

      > no facet,teraz to pojechałeś po całości.Wychowałam się w małym miasteczku bez
      > dostępu do basenu,teatru pod nosem i hipermarketów i absolutnie nie czuję
      > się "mniej rozgarnięta" od rówieśników z dużego miasta i blokowisk.Co za
      > brednie wypisujesz,że dzieci z prowincji są "głupsze" od blokersów?
      > Puknij się w czoło.
      > Tak się sklada,że "rozgarnięcie" dzieci zależy głównie od ich rodziców,a nie od
      >
      > miejsca zamieszkania.
      > Jeśli widzisz róznice między dziecmi z "domów" pod miastem i z bloków tylko na
      > podstawie ich adresów,to jesteś chyba właśnie takim mało rozgarnietym ex-
      > dzieckiem.
    • Gość: belferka IP: *.devs.futuro.pl 28.03.07, 06:55
      Jako nauczycielka - potwierdzam. Dzieci ze wsi są mniej przebojowe. I strasznie
      rano niewyspane...Ale nie głupsze.
    • Gość: Remj IP: *.muc.ebv.com 28.03.07, 11:08
      brawo!
    • Gość: ewa IP: *.internetdsl.tpnet.pl 22.03.07, 12:29
      > Dzieci
      > wychowywane na wsi zawsze będą ciut mniej ''rozgarnięte'' od dzieci >
      wychowanych
      > w miescie.

      No a czarne zawsze ciut mniej od białych zapewne.
      A co jak porównasz czarne wychowywane w miescie z białym dzieckiem ze wsi?

      BP, NMSP
    • Gość: pates IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.03.07, 13:23
      Dla mnie osobnik mało rozgarnięty to taki,który robi błędy w podstawowych
      słowach, np. "conajmniej" ,a zwłaszcza "spodkania".
      Zresztą poziom myślenia tego osobnika odpowiada poziomowi jego ortografii.
    • Gość: Atr IP: 89.174.79.* 27.03.07, 20:39
      Proszę bardzo.
      Dwoje dzieci (4 i 7 lat), dom za miastem, 20 km od miejsca pracy (ja), 35 km
      (żona). Jedno dziecko w przedszkolu, drugie w szkole. Szkoła sportowa (taniec,
      2 godziny zajęć sportowych dziennie). Dodatkowo oboje dzieci angielski. Imprezy
      i spotkania? Sama bajka. Do córki przyjeżdżają koleżanki, zostają na noc
      (maksymalnie 3 sztuki, ale w razie konieczności zmieści się więcej), impreza w
      domu dla 15 dzieci bez problemu. Córka jeździ do swoich koleżanek, też czasami
      nocuje. Nie tylko w weekendy ale też w tygodniu
      Przez jakiś czas lekcje pływania dla obojga dzieci, niestety z powodu choroby
      syna przerwane. Wcześniej jeszcze zajęcia z baletu i tańca (na wyraźną prośbę
      córki, przerwane, gdy poszła do szkoły)
      Czasami pewne kłopoty logistyczne ale dwa samochody rozwiązują większość z nich.
      Timeline:
      Wstajemy 6.15, 7.15 wychodzumy z domu, po drodze syn do przedszkola, córka do
      szkoły. Czas przejazdu z wysadzaniem dzieci - max 40 min (pomijam sytuacje
      ślizgający się TIR na drodze w zimie).
      Dzieci odbieramy około 15-16, zajęcia dodatkowe (angielski) mają od 16-17, raz
      w tygodniu.
      Służba zdrowia:
      Lekarz "wioskowy" tragiczny, ale nie jest to reguła. Dzieci leczymy
      prywatnie "w mieście". Czas dojazdu do lekarza - 40 min. Pogotowie dojeżdża
      szybko, przetestowane niestety (mały wypadek w domu).
      Konkluzja (własna):
      Przez całe życie mieszkałem w bloku. NIGDY bym już tam nie wrócił. Oczywiście
      każdy ma swój sposób a życie. Ja nie żałuje przeprowadzki. Absolutnie się nie
      zgadzam z tezą o rozgarnięciu skorelowanym z miejscem zamieszkania. Ważniejszy
      jest światopogląd rodziców i wychowanie. Mieszkanie na wsi może natomiast pomóc
      odizolować od wielkomiejskich patologii.
    • Gość: Mądrala IP: *.gdynia.mm.pl 28.03.07, 09:13
      Absolutnie się nie
      > zgadzam z tezą o rozgarnięciu skorelowanym z miejscem zamieszkania.

      To nie może być nieskorelowane. Jest albo skorelowane dodatnio albo ujemnie.
    • mgz 28.03.07, 10:35
      Na logike, jesli moze byc dodatnie i ujemne, to musi byc tez zero, bo jest
      pomiedzy. A zatem - moze byc wspolczynnik korelacji zero, czyli brak korelacji.
    • Gość: smutny IP: *.unregistered.net.telenergo.pl 30.03.07, 19:48
      Zazdroszczę takich córek/4 i 7lat/jeżdżących sobie do koleżanek.Aha,dwa samochody.
    • dakusia 28.03.07, 18:07
      fakultety, jezyki...

      wyluzujmy, nakreceamy dzieciom korbe juz od malego a potem sie dziwimi, ze na
      nic nie mamy czasu..
      --
      Złośliwość to duch krytyki, a krytyka rodzi postęp i uświadomienie - T.Mann
    • Gość: Goska IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.04.07, 15:11
      Jestem dzieckiem wychowanym w bloku, gdzie tryumfuje patologia w każdym możliwym
      do wyobrażenia aspekcie. Jednakże forumowiczu nie dostrzegam u siebie "różnicy w
      wychowaniu". Raczej wg Ciebie powinnam stoczyć się na dno, nie studiować, mieć w
      głębokim poważaniu rodziców, stać pod sklepem i czekać z butelką piwa na sądny
      ostateczny dzień.
      Wiedz, jak bardzo sie mylisz.
      Wszytsko zależy od WYCHOWANIA i RODZICÓW.
      Tylko trzeba to zrozumieć, a nie wprowadzać niesprawiedliwe podziały.
    • Gość: Betel IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.03.07, 07:47
      Dzieci dadzą sobie radę wszędzie. Na wsi szkoły nie są złe. Poziom jest
      porównywalny, a nawet lepszy czasami. Wychowałam dzieci na wsi..obecnie chodzą
      do miastowych szkół. Dojazdy jakoś przełknęły. W autobusach jest wesoło. Małe
      dzieciaki dowożą specautobusy. Dzieciaki sa komunikatywne i nie maja kompleksów
      w zwiazku z chowaniem sie na osiedlu. Poza tym żadne miastowe dzicko nie moze
      sie pochwalic spedzaniem na swiezym powietrzu paru godzin dziennie. Osiedlowa
      społeczność jest troche wścibska,ale ma to swoje zalety. Dzieciaki są pilnowane
      nawet przez sasiadów...Po latach spedzonych w takiej społeczności mozna
      pochwalić sie życiem jak w rodzinie. Nie jest żle.Przedszkola tez czasami bywaja
      pod nosem, nie są przepełnione..no i to świeże powietrze bez smogu!
    • Gość: gość IP: *.eranet.pl 01.04.07, 22:28
      Jasmin: Przeprowadziliśmy się z centrum dużego miasta na wieś. Zrobiliśmy to
      właśnie dla dzieci. Mamy ich dwoje.
      Powodów było kilka:
      1. Zdrowsze powietrze.
      2. Zdrowsze relacje międzyludzkie.
      3. Dzieci muszą mieć bezpieczne miejsce do zabawy (jakoś blokowe place zabaw do
      mnie nie trafiają)
      4. Nie ma sąsiadów robiących party o 3 nad ranem.
      5. Blisko na łono natury.
      Z jednym dzieckiem to jeszcze można w bloku.. ale jak dwoje to już inksza
      inkszość. Po prostu w mieszkaniu każdy włazi sobie na głowę a w domu jest
      spokojniej, wiecej przestrzeni. Jeśli chodzi o dojazdy to przecież jak się
      ogląda nieruchomość to też się zwraca uwagę na całą infrastrukturę, czyli
      właśnie drogi dojazdowe, sklepy w okolicy, przedszkola, szkoły, biblioteki,
      komunikację słowem wszystko co może być potrzebne. Bo po co komu domek na
      zad.... z którego się w zimie nie da rady wyjechać? Można przecież wybrać coś w
      dogodnej lokalizacji. Nasza wieś ma wszystko co potrzeba. W zasadzie nie ma po
      co jechać do centrum. Czasem do kina czy teatru, raz na tydzień wielkie zakupy w
      hipermarkecie 10 km dalej. Odnośnie znajomości.. Nasze dzieci szybko połapały
      kontakt z rówieśnikami z okolicy. NIGDY nie wrócę do miasta. Nie warto.
      Generalnie komfort jest większy we własnym domu. Ktoś pisał że w zimie nie można
      w krótkim rękawku po domu, a właśnie że można bo tutaj się samemu wyznacza
      temperaturę ogrzewania. Jak ktoś lubi to pustynię też się zorganizuje. ;)
      Nie widzę absolutnie żadnych minusów mieszkania w domu, a tylko plusy.
      Wychowałem się w centrum miasta, potem mieszkałem na osiedlu i żadnego z tych
      etapów nie życzę dzieciom.
    • monsiu73 22.03.07, 12:00
      rym to świetnie podsumował,nic dodac,nic ująć. On przecież odpowiedział na
      Twoje pytanie zadane w pierwszym poście.Nie przekonasz się, dopóki nie
      spróbujesz sam,jak to jest.Każdy powie Ci coś innego.Moje doświadczenia-
      codziennie mąż zawozi dziecko do żłobka,23 km.Mieszkamy pod W-wą.Lekko nie
      jest,bo żłobek znajduje się w dosyć kiepskim komunikacyjnie miejscu,ciągle
      zakorkowanym.Mąż jeździ opłotkami i dojazd zabiera mu pół godziny,do 40 min.
      Żłobek jest blisko pracy męża,mojej również, chociaż teraz siedzę na
      macierzyńskim i prawie nie ruszam się z domu.
      Ale dla mnie to nie stanowi problemu,żeby małego dowozić.W mieście też trzeba
      by go dowieźć do szkoły,przynajmniej przez pierwsze lata podstawówki,bo nie
      wyobrażam sobie,żeby sam jechał tramwajem lub autobusem.Więc jaka to róznica?
      stanie w mieście w korku 30 min,czy dowóz spod W-wy w takim samym czasie?

      --
      Maciuś-5 II 2005
      Agatka-9 XI 2006
    • Gość: Tomek IP: *.chello.pl 22.03.07, 12:08
      Mieszkając za miastem na pewno wcześniej czy później napotkasz problemy z
      którymi w mieście łatwiej sobie poradzisz. Nie wiem czy pracujesz, jeżeli tak
      to pierwszym problemem może być wybór przedszkola/szkoły. Jaki jest
      poziom "wiejskich" szkół powszechnie wiadomo. Wysyłając dziecko do takiej
      szkoły siłą rzeczy skazujesz je na gorsze wykształcenie. Do tego dochodzą
      problemy logistyczne. Pracując w mieście i wysyłając dziecko do takiej szkoły
      musisz zapewnić mu opiekunkę, która będzie je odbierać, dopilnuje odrobienia
      lekcji, etc. Szansa na to, że Ty skończysz pracę i dojedziesz do domu zanim
      dziecko skończy zajęcia jest bowiem minimalna. Z kolei wysyłając dziecko do
      szkoły w mieście skazujesz je na spędzanie czasu w samochodzie/komunikacji.
      Może to wyglądać tak, że dziecko będzie zmuszone wyjść z domu z Tobą o 7 rano,
      a wróci ok. godz. 19-tej. I gdzie tu znaleźć czas na zabawę, naukę, itp?
      Jeżeli po szkole wyślesz je na jakieś dodatkowe zajęcia Ty z kolei możesz być
      skazana na błąkanie się przez 2 godziny po mieście, bo przecież nie będziesz
      jechać do domu, by za godzinę wrócić do miasta po dziecko. Dalej: choroby.
      Zawsze się zdarzają i jeżeli masz rodzinę, znajomych w mieście trudno Ci będzie
      ich ściągnąć do siebie w sytuacji kryzysowej. A przecież chorego dzieciaka nie
      będziesz ciągnąć rano do miasta. Gdy urodzi się drugie dziecko problemy
      oczywiście należy pomnożyć x 2.
    • Gość: ewa IP: *.internetdsl.tpnet.pl 22.03.07, 12:38
      Ja przerobiłam oba warianty, posiadajac dziecko w wieku szkolnym. Ponieważ i
      tak, mieszkajac w mieście - nie chodziło do tzw. szkoły ejonowej - więc odpada
      argument o przyjaźniach z kolegami z klasy kontynuowanymi na podwórku przed
      blokiem - z mojego punktu widzenia tachanie dziecka do szkoły przez miasto czy
      z podmiejskiej miejscowości - niewiele się rózniło. Na wszystkie klasowo-
      towarzyskie imprezy i tak go trzeba było wozić, poza domem spędzał mniej -
      więcej tyle samo czasu. I problemem wcale nie było małe dziecko - problem się
      zaczął niedawno - gdy 16-czy 17latek rości sobie ochotę na bardziej młodziezowe
      imprezy, które, niestety, nie kończa się o 19 czy 20-tej tylko o 23.. trzeba
      takiego przywozić do domu pod miastem, w sytuacji - w której mieszkając w
      miescie wróciłby sobie sam... Byle do 18-tki i prawa jazdy...;-)
    • des4 22.03.07, 13:38
      15 km to żadna wieś, to przedmieście, często jednego krańca na drugi jest
      dale. Z samochodem nie masz żadych problemów. Mamy w daotaku XI wiek i nie
      tylko w miastach są szkoły, baseny itp. nie każde też dziecko i nie każy
      rodzic ma ochotę na fakultety, balety i inne srultety, poza językiem można bez
      nich doskonale się obyć...
    • Gość: wasilij IP: 81.210.16.* 22.03.07, 14:13
      naprawde doskonale. zawsze bawilem sie swietnie czytajac tutaj te dyskusje
      miedzy mieszkaniowcami a domowcami.
      ale jeszce lepiej autorka watku ktora (jak sobie wyobrazam) z nadeta i powazna
      mina prycha okruszkami na klawiature i wypisuje: ale nie odpowiedziales na moje
      pytanie, phi.
    • Gość: przykładowa IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.03.07, 14:38
      Jestem przykładem wychowywania się poza miastem .Z rodzicami mieszkałam 15 km
      od dużego miasta. Do szkoły tysiąclatki chodziłam we wsi w której mieszkałam.Do
      średniej i na uniwersytet w mieście.Dojeżdżałam pociągiem jakieś 10 min.Nie
      mohe powiedzieć ,że byłam jakaś głupsza czy niedouczona od moich kolegów czy
      koleżanek z miasta.
      Trochę pomieszkałam w mieście na drugim końcu Polski i z 2 -letnim maluchem
      wyniosłam się do domu pod inne duże miasto. Chłopaki chodziły do szkoły obok
      domu,potem pociągiem lub autobusem /ok.30 min/ do średniej i na studia do
      miasta. Istotnie do 18 lat czyli dopóki nie zrobili prawa jazdy trzeba było ich
      wozić na imprezy szkolne /przy okazji my mieliśmy wychodne/ albo wracali
      taksówkami z grupą kolegów.Na pewno nie są głupsi, zakompleksieni od miastowych
      bo nawet się za takich nie uważają.Prywatne lekcje języka - bez problemu bo
      obok mieszkają tacy jak my uciekinierzy z wielkiego miasta - lektorzy języka
      niemieckiego.
      Jak się tak dobrze rozejrzeć to takich "wypaśnych" szkół jakie są w małych
      miejscowościach w dużych miastach trzeba szukać ze świecą.
    • jasmin711 22.03.07, 15:21
      Gość portalu: wasilij napisał(a):

      > naprawde doskonale. zawsze bawilem sie swietnie czytajac tutaj te dyskusje
      > miedzy mieszkaniowcami a domowcami.
      > ale jeszce lepiej autorka watku ktora (jak sobie wyobrazam) z nadeta i
      powazna
      > mina prycha okruszkami na klawiature i wypisuje: ale nie odpowiedziales na
      moje pytanie, phi.

      Facet, irytujesz mnie:
      1. Po pierwsze - gdzie jest napisane że jestem kobietą ???
      2. Po drugie - zacząłem nowy wątek tylko i wyłącznie po to żeby dowiedzieć się
      jak wygląda sprawa wychowywania dzieci gdy mieszka się poza miastem - chyba
      napisałem to JASNO I WYRAŹNIE - więc dlaczego jakiś koleś pieprzy nie na temat -
      wywołując dyskusję której W SWOIM WĄTKU nie chciałem - g...no mnie, za
      przeproszeniem obchodzi co inni sądzą o urokach życia w mieście czy na wsi
      3. Po trzecie - daruj sobie osobiste wycieczki na temat mojego "nadęcia" - nie
      życzę sobie - jeśli nie masz nic do powiedzenia oprócz "bawi mnie to" nie
      wp...laj się w mój wątek tylko załóż swój pt. "co mnie w życiu bawi..."

      Zrozumiano ???
    • Gość: brendy2 IP: *.internetdsl.tpnet.pl 22.03.07, 16:07
      brawo jasmin!!!!!
    • Gość: wasilij IP: 81.210.16.* 22.03.07, 16:28
      otoz uznalem ze jestes kobieta po twoim nicku. jest taki kobiecy i pachnacy.
      ale rozumiem, sa przeciez tez faceci jakby to powiedziec z niedopasowanym
      mozgiem. czyli kobiecym mozgiem w meskim ciele (choc to cialo nie jest wtedy
      takie w pelni meskie). tylko zmylily mnie te dzieci. ci z pomylonymi mozgami
      chyba nie zakladaja rodzin. a pzrynajmniej nie w polsce. jeszcze.

      musisz zatem piekny jasminie wiedziec ze to forum publiczne tzn. musisz sie
      liczyc z tym ze ktos umiesci tu taka odpowiedz jaka uzna za stosowna. a ktos
      inny pogratuluje mu poczucia humoru. jak chcesz zaloz watek prywatny z haslem.
      tez tak mozna. w razie czego admin pomoze.

      a juz zupelnie powaznie to trzeba miec nie tyle niedopasowany co mocno
      wykruszony mozg zeby pytac kogos obcego gdzie ci sie bedzie lepiej mieszkac z
      dziecmi. jelsi nie potrafisz wyobrazic sobie tego i zdecydowac tylko pytasz
      obcych ludzi na forum to jest to zalosne i jedyne co mozna zrobic to umiescic
      odpowiedziec taka jaka umiescil to rym.

    • Gość: jasmin711 IP: *.internetdsl.tpnet.pl 23.03.07, 07:54
      Gość portalu: wasilij napisał(a):

      > otoz uznalem ze jestes kobieta po twoim nicku. jest taki kobiecy i pachnacy.
      > ale rozumiem, sa przeciez tez faceci jakby to powiedziec z niedopasowanym
      > mozgiem. czyli kobiecym mozgiem w meskim ciele (choc to cialo nie jest wtedy
      > takie w pelni meskie). tylko zmylily mnie te dzieci. ci z pomylonymi mozgami
      > chyba nie zakladaja rodzin. a pzrynajmniej nie w polsce. jeszcze.
      >
      > musisz zatem piekny jasminie wiedziec ze to forum publiczne tzn. musisz sie
      > liczyc z tym ze ktos umiesci tu taka odpowiedz jaka uzna za stosowna. a ktos
      > inny pogratuluje mu poczucia humoru. jak chcesz zaloz watek prywatny z
      haslem.
      > tez tak mozna. w razie czego admin pomoze.
      >
      > a juz zupelnie powaznie to trzeba miec nie tyle niedopasowany co mocno
      > wykruszony mozg zeby pytac kogos obcego gdzie ci sie bedzie lepiej mieszkac z
      > dziecmi. jelsi nie potrafisz wyobrazic sobie tego i zdecydowac tylko pytasz
      > obcych ludzi na forum to jest to zalosne i jedyne co mozna zrobic to umiescic
      > odpowiedziec taka jaka umiescil to rym.

      Posłuchaj Wasilij, ty znowu nie rozumiesz co ja napisałem - widocznie niezbyt
      dobrze opanowałeś język polski, bo z twojego nicku wynika że pochodzisz ze
      wschodu, ewentualnie żywisz gorące uczucia do Pana Putina (pewnie też uważasz
      że jest taki ciepły i pachnący). Wyraźnie napisałem jakie są doświadczenia
      innych forumowiczów związane z wychowywanie dzieci, GDZIE BUCU JEDEN PROSIŁEM O
      RADĘ CZY BEDZIE MI LEPIEJ Z DZIEĆMI ZA MIASTEM, GDZIE PYTAM ???
      (może pa ruskij napisać to dojdzie do twej zakutej łepetyny ???)
      Owszem to forum publiczne i nie mogę ci zabronić wypisywania tu bredni, ale
      kultura wymaga odpowiadania na pytania - ty widocznie możesz tylko pomarzyć o
      własnym domu, więc wylewasz swoje frustracje plotąc bzury i wyśmiewając coś o
      co W OGÓLE NIE PYTAŁEM....
      Więc przemyśl swoje postępowanie zanim czyjeś nazwiesz żałosnym...
    • Gość: wasilij IP: 81.210.16.* 23.03.07, 10:29
      aaa teraz juz rozumiem i spiesze podzielic sie swoim przemysleniem o twoich
      dzieciach. na wsi musisz uwazac na wscieklizne wsrod zwierzat - psow, kotow,
      lisow. w miescie zwierzeta sie szczepi wiec moga kasac bezpiecznie .
      ktos tu pisal o nizszym poziomie rozwoju dzieci mieszkajacych na wsi w
      porownaniu z dziecmi z miasta. niestety jasminie przykra wiadomosc - poziom
      rozwoju zalezy glownie od rodzicow wiec ten apsekt mozesz pominac w swoich
      dywagacjach.
    • Gość: karol IP: *.chello.pl 25.03.07, 10:32
      rany...daruj sobie, bo jestesmy gotowi uznac, ze sam zostales pokasany przez
      wscieklego lisa podczas ekskursji na wies...
    • Gość: m IP: *.blutmagie.de 27.03.07, 22:31
      heh, wymiękam - wasilij przestań się pastwić nad słodkopachnącym, bo będę musiał
      zmienić pampka! ;)))
    • Gość: ziutek IP: *.chello.pl 27.03.07, 17:35
      pomyśl zanim coś napiszesz burolu
    • Gość: nika.j IP: *.chello.pl 27.03.07, 21:39
      jasmin711, czy Ty przypadkiem zawałowiec nie jesteś, strasznie się irytujesz,
      wyluzuj trochę bo zanim dom postawisz to ...... nawet nie będę tego pisała.

    • sowizdrza 22.03.07, 16:05
      a ja jestem zwolennikiem innej koncepcji
      tzw .half living

      miesiące zimowe i jesienne - mieskanie w mieście
      miesiące letnie i późno wiosenne na wsi - kanadyjczyk /dom z bali

      wiem, wiem, że trzeba mieć pieniądze
      ale myślę że mozna posiłkować się po prostu większym kredytem

      plus:
      - korzystasz z dobrodzejstw życia w mieścia jak i na wsi ( zreszta patrz to co
      napisał w tym temacie rym:), bardzo dobrze napisał zresztą )

      minus: może wejść podatek katastralny
      i jak będzie wynosił 1% od wartości mieszknaia to mi wychodzi że moge płacić
      5000:((((((( rocznie
      to dużo!!!!!!!:(
      dojdzie jeszcze chałupa na wsi
      tu pewnie będzie mniejsza opłata
      bo bierze się średnią wartość nieruchomośći w gminie
      ale zawsze


      zanim wejdzie ten podatek musi powstać rejestr pozwalający wyceniać
      nieruchomości
      a to długa droga

      w Estonii podbno już działa ten podatek:(

      pzdr

    • squonk 29.03.07, 12:44
      a ja jestem zwolennikiem innej koncepcji
      > tzw .half living
      >
      > miesiące zimowe i jesienne - mieskanie w mieście
      > miesiące letnie i późno wiosenne na wsi - kanadyjczyk /dom z bali

      O! ja tak wlasnie mieszkam. I jest super. Mamy nieduze mieszkanie w miescie,
      gdzie przebywamy od polowy pazdziernika do polowy kwietnia i nieduzy caloroczny
      drewniany domek na wsi [ze wszelkimi wygodami] gdzie mieszkamy w okresie wiosna-
      lato-wczesna jesien. A gdy sie zdarzy latem jakas impreza w miescie zawsze jest
      gdzie przenocowac. Jedynym minusem dla mnie jest koniecznosc wczesniejszego
      wstawania tak aby dojechac do pracy na 9 rano - bo na dojazd trzeba liczyc co
      najmniej godzine [oprocz wakacji - bo w czasie urlopow korki sa mniejsze] a
      pobudka przed 7.30 to dla mnie koszmar. No ale coz, dzieki wczesnemu wstawaniu
      i przebywaniu caly dzien na powietrzu nie mam wowczas w ogole klopotow z
      zasnieciem i nie telepie sie noca po chalupie jak marek po piekle. Pozdrawiam
      wszystkich "wiesniakow" - zaczynaja sie dla nas super czasy.
    • Gość: mamamonika IP: 212.106.24.* 31.03.07, 10:08
      Pod warunkiem, że nie kradną za bardzo...
      Taki domek letniskowy stojący w zimie bez opieki to duza premia dla gości :-(((
      Na razie wybrałam dom na fajnym przedmieściu, jak dzieciaki urosną - totalną
      wieś. Nie chcę się bawić w półśrodki ;-))
    • Gość: willy IP: *.pools.arcor-ip.net 22.03.07, 20:17
      dziwia mnie opowisci ludzi, ktorzy pisza ze dojazdy w miescie zajmuja tyle zamo
      czasu, ew. 5 min. mniej niz ze wsi. Ja sie wychowalem w centrum (wszystkie
      dystanse na piechote):
      Przedszkole - 200 m od domu. Podstawowka (rejonowa byla 5 min.) 20 min. na
      piechote. LO 2 skrzyzowania od domu. Studia 20 min. od domu. 3 kina - 10 min.
      od domu. Baseny, parki 10-20 min. Pierwsza praca 20 min. druga 7 min. Wszystkie
      ciekawe knajpy, puby - max 20 min.
      Przez cale moje zycie auta uzywalem do wyjazdow za miasto i okazjonalnych
      wiekszych zakupow ew. do dojezdzania do dojezdzania do znajomych na zadupie.

      Uwazam ze porownywanie wsi na granicy miasta z odleglym od centrum blokowiskiem
      jest nonsensem. Jak juz porownywac to scisle srodmiescie z prawdziwa wsia.
    • Gość: Tomek IP: *.chello.pl 22.03.07, 22:58
      Takie bzdury wypisują ci, którzy mieszkają na wioskach. Każdemu z nich dojazdy
      zajmują max. 20 minut. Zapominają tylko dodać że w 20 minut dojeżdżają do
      granicy miasta w weekendową noc, a w poniedziałkowy poranek zajmuje im to 1,5
      godziny...
    • jasmin711 23.03.07, 07:57
      Gość portalu: Tomek napisał(a):

      > Takie bzdury wypisują ci, którzy mieszkają na wioskach. Każdemu z nich
      dojazdy
      > zajmują max. 20 minut. Zapominają tylko dodać że w 20 minut dojeżdżają do
      > granicy miasta w weekendową noc, a w poniedziałkowy poranek zajmuje im to 1,5
      > godziny...

      No właśnie - ostanio sprawdzałem czas dojazdu z potencjalnego przyszełgo
      miejsca zamioeszkania do pracy i było tak żer do granic miasta około 15 minut
      (70% trasy), a mieście 25 minut choć do pokonania jest już tylko 30%. Po prostu
      poza miastem się jedzie, a w mieście sti albo pełza,.
    • Gość: elami1 IP: 193.27.6.* 23.03.07, 10:03
      nie mam doświadczenia w tym temacie bo to dopiero przede mną. Ale obawy mam
      dokładnie te same co Ty. Tyle, że u nas już klamka zapadła bo dom już kupiliśmy
      i za jakieś dwa miesiące się przeprowadzamy. Od września dziecko pójdzie do
      przedszkola.
      Mogę Ci napisać jedynie jakie mam przemyślenia w tej sprawie.
      Kupiliśmy ten dom, ale im bardziej się cieszyć, że wreszcie będziemy mieszkać w
      swoim własnym, dużym domu z ogrodem, coraz bardziej utwierdzam się w
      przekonaniu, że to nie była dobra decyzja.
      Ja chciałam segment, byle w mieście, byle blisko do przedszkola, szkoły,
      sklepu, komunikacji miejskiej itp, żeby dziecko nie musiało spędzać w świetlicy
      pół dnia, zrywać się ze mną z rana, kiedy zajęcia rozpoczyna np. o 11.
      Ale mój mąż chciał koniecznie dom, żadnych sąsiadów za ścianą itp. Ustąpiłam.
      Drugi raz już tego bym nie zrobiła.
      Pozdrawiam
    • Gość: sas IP: 212.2.100.* 24.03.07, 15:37
      Przecież napisałem to w cudzysłowie. Czy nierozgarnięty to znaczy półgłówek
      debil, niedorozwinięty, itd.W mojej wypowiedzi chodziło mi o to ,że dzieci w
      mieście szybko musza przystosować sie do miejskiego życia.Ktore dziecko
      szybciej pozna jak odsługuje się windę , kasuje sie bilet tramwajowy,gdzie i co
      to jest postuj taxi,i 100tys innych przyziemnych spraw.Napewno codzienne kursy
      miasto/dom, dom/miasto nie sprzyjają na zbieranie życiowych doświadczeń a
      wprost przeciwnie 6 rano pobudka 18 powót do domu i tak w kółko.Któryś naprawde
      nierozgarnięty zarzuca mi błędy ort./a czy to foorum i to pytanie dotyczyły
      ortografi lub prawidłowej wierszówki?Siedzisz w swojej jaskini i wytykaż błędy
      nic konstryktywnego nie wnosząc do przewodniego tematu? Czyżbyśwychowywał sie i
      pisał z jakiegoś zadupia , gdzie diabeł mówi dobranoc i tym sposobem chciał sie
      dowartościować?Żal ni cię Sas
    • aga1000 24.03.07, 20:43
      sas, autor wątku pisał o 1,5 rocznym dziecku. Na litosć chcesz takiemu dziecku
      fundowac naukę kasowania biletów? Który rodzic przy zdrowych zmysłach puści
      dziecko mniejsze niż powiedzmy 12-letnie na survival run komunikacją miejską
      alba windą w blokowym slumsie? Niezależnie od tego czy mieszka w samym centrum
      miasta czy 15 km od granic? Badźmy poważni. Te problemy dotyczą jak sądzę
      rodziców nastolatków, autor watku ma całkiem sporo czasu na przygotowanie się do
      tego...


      Gość portalu: sas napisał(a):

      > Przecież napisałem to w cudzysłowie. Czy nierozgarnięty to znaczy półgłówek
      > debil, niedorozwinięty, itd.W mojej wypowiedzi chodziło mi o to ,że dzieci w
      > mieście szybko musza przystosować sie do miejskiego życia.Ktore dziecko
      > szybciej pozna jak odsługuje się windę , kasuje sie bilet tramwajowy,gdzie i co
      >
      > to jest postuj taxi,i 100tys innych przyziemnych spraw.Napewno codzienne kursy
      > miasto/dom, dom/miasto nie sprzyjają na zbieranie życiowych doświadczeń a
      > wprost przeciwnie 6 rano pobudka 18 powót do domu i tak w kółko.Któryś naprawde
      >
      > nierozgarnięty zarzuca mi błędy ort./a czy to foorum i to pytanie dotyczyły
      > ortografi lub prawidłowej wierszówki?Siedzisz w swojej jaskini i wytykaż błędy
      > nic konstryktywnego nie wnosząc do przewodniego tematu? Czyżbyśwychowywał sie i
      >
      > pisał z jakiegoś zadupia , gdzie diabeł mówi dobranoc i tym sposobem chciał sie
      >
      > dowartościować?Żal ni cię Sas
    • Gość: madine1 IP: *.aster.pl 07.04.07, 16:47
      Jedno pytanie/refleksja/sugestia:
      Dlaczego mieszkańcy takiego osiedla na przedmieściu nie są w stanie zorganizować dla siebie wspólnego
      transportu, n.p. mikrobusu dowożącego dzieci do centrum do szkoły, albo weekendowego nocnego kursu
      post-imprezowego? Na osiedlu składającym się z kilkunastu czy kilkudziesięciu domów kosztowałoby
      grosze, a stanowiłoby nieprawdopodobną oszczędność w porównaniu do wydatków na benzynę i
      taksówki. Nie mówiąc już o tym, że wartość domu na takim osiedlu od razu by wzrosła.
      Wystarczy skrzyknąć sąsiadów i wspólnie to zorganizować.
    • aga1000 24.03.07, 20:27
      Bardzo fajnie podsumował to rym, ja tylko sie dopiszę z własnymi
      doswiadczeniami. Mam dwójkę małych dzieci, mieszkam w "miescie pod miastem", w
      promieniu kilometra ze trzy przedszkola, basen (chociaż przyznaje, ze do bani) i
      teraz na ten etap zycia dom, z chociaz maleńskim kawałkiem ogrodu jest dla mnie
      i moich smyków super. W domu maja mnóstwo przestrzeni, mój syn jeżdzi po pokoju
      dziennym na rowerku :-))) w ogrodzie ma piaskownicę, zjeżdzalnię itp. A na
      osiedlu małych kumpli. Nie wiem jak to będzie za kilka lat. Ja po prostu nie
      podchodzę do mojego domu jak do miejsca na całe zycie. jesli za parę lat okaże
      się, ze wozenie potomstwa jest zbyt upierdliwe to po prostu poszukam czegoś w
      innej lokalizacji. Nie jesteś wstanie przewidzieć jak to u Ciebie będzie,
      prawda? więć moze lepiej podejść do tego jak do jakiegoś etapu w życiu, a jeśli
      za jakis czas okaże się, ze jest zbyt cieżko po prostu to zmienić?

      jasmin711 napisała:

      > Chcemy kupić dom na osiedlu które jest oddalone o około 15 km od aglomeracji
      > (trójmiasto). Sęk w tym że mamy 1,5 roczne dziecko, a za jakiś czas
      > chcielibyśmy mieć jeszcze jedno (przynajmniej jedno). Jednak ja mam troche
      > obaw co do tego jak w niedalekiej przecież przyszłości będzie to wpływało na
      > dzieci, bo chociaż samo osiedle jest w pięknej okolicy (las, jeszioro, tereny
      > rekreacyjne) to jednak do przedszkola, potem szkoły trzeba będzie je wozić...
      > Poza tym obawiam się o kontakty dzieci z rówieśnikami - na osiedlu zapewne
      > będą, ale żeby mogły się spotkać ze znajomymi ze szkoły będziemy musieli je
      > dowozić....
      > Jakie są wasze doświadczenia w tym temacie ???
    • Gość: kwiatostan IP: *.chello.pl 24.03.07, 22:26
      :)

      Ciekawy wątek... Mam podobne podejście jak opisała to aga1000. Zamierzam kupić
      mały bliźniak na zamkniętym osiedlu za Warszawa. W Warszawie za cenę 560 tys w
      stanie deweloperskim nie kupię NIC z ogródkiem 250 m2 i 130 m2 powierzchni
      mieszkalnej... Koncepcja jest tak, że jak nie wypali, okaże się, że to nie jest
      to, trawa to nie podstawa, tylko jeden sąsiad za ścianą to mało, sprzedajemy
      bliźniaka i przeprowadzamy się do miasta do 70m2, do całego dobrodziejstwa
      mieszkania w mieście. Osobiście wychowywałem sie na Wilanowie w Wawie, za czasów
      gdzie ulicami chadzały krowy, a sasiad na spacer świnie wyprowadzał, a do szkoły
      miałem 1km. Droga z kostki pojawiła się dopiero w latach dziewięćdziesiątych,
      jak ja miałem lat dwadzieścia kilka. I było fajnie. Jak na wsi. Dlatego teraz to
      jest mój pomysł, co by spróbować mieszkać trochę dalej od miasta ale na większej
      ilości m2, niz 40m2 w płycie z ciemną kuchnią. Za około trzy lata napiszę jak to
      jest mieszkać za miastem, z 3 letnim brzdącem nie wiadomo jeszcze jakiej pci ;)
    • Gość: mosze IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.03.07, 08:21
      4.Bo zaburza naturalny tok czytania.
      3.Dlaczego?
      2.Pisanie odpowiedzi nad cytowanym fragmentem
      1.Co jest najbardziej denerwująca rzeczą na forach?
    • pavliktoja 27.03.07, 16:20
      kupuj chate i nie patrz na dzieci.
      Ty do pracy chyba tez bedziesz dojezdzac.
      a dzieci sobie poradza.
      --
      galeria moich fotografii wejdź i
      obejrzyj moje zdjęcia... :)
      szukasz pracy? ta strona została stworzona
      z myslą o Tobie :)
    • dr_pitcher 27.03.07, 18:51
      mieszkalem w miescie i za miastem
      Dowozenie dzieci to moze i problem, ale w miescie w sumie i tak trzeba dowozic
      (np na ekstra zajecia).
      Problem zaczyna sie gdy dzieci osiagaja wiek nastoletni - ciagnie ich do miasta
      a i zajec zwykle wiecej. Jesli nie masz w poblizu dobrej komunikacji to nie jest
      to latwe.
      Licz sie z tym, ze na studiach na pewno wyniosa sie z domu
    • ryciek 27.03.07, 21:02
      To ja się wypowiem z punktu widzenia takiego dziecka wychowanego na wsi (15 lat
      na wsi i trochę mniej w mieście). Wychowałem się w takiej malutkiej wiosce
      oddalonej od miasta jakieś 25km. Do szkoły miałem jakieś 1,7km. Czasami
      podwozili mnie rodzice, ale głównie jeździłem rowerem, a ostatnie dwa lata
      jakimiś motorowerami. Czy nie zamieniłbym tej odległości np na 200m?? Odpowiedź
      jest taka: TAK gdy musiałem jechać rowerem pod wiatr ;) NIE gdy dostałem
      motorower ;)
      Dalej w małych wiejskich szkołach jest tak, że często jeden nauczyciel uczy
      kilka przedmiotów i szkoły są słabiej wyposażone. Żebym mógł się uczyć
      angielskiego rodzice musieli mnie dowozić 10km do gminnej wsi dwa razy w
      tygodniu przez kilka lat – za co teraz jestem im bardzo wdzięczny.
      Dla mnie największym minusem była mała ilość wycieczek szkolnych. Przez całą
      podstawówkę może byłem na 8 wycieczkach jednodniowych i na dwóch kilkudniowych,
      ale dzięki wyjazdom z rodzicami trochę świata zobaczyłem.
      Ktoś parę postów wyżej napisał, że dzieci z miasta są bardziej rozgarnięte i to
      muszę potwierdzić. Większość "cfaniaków" pochodziła z miasta chodź nie
      brakowało ich też na wsi( a wiadomo "cfaniaki" zawsze mają lepiej), ale po
      pierwszym roku cwaniaki odpadły, a reszta się bardzo zgrała. Jeżeli chodzi o
      wyniki w nauce to w szkole średniej się bardzo zdziwiłem, na plus oczywiście;).
      Zauważyłem, że większość dzieci z miasta wchodzi szybciej w życie dorosłe, ale
      to chyba bardziej zależy od szkoły - technikum. A tak dokładniej to Ci, którzy
      mieli jakieś hobby albo inne zajęcia mniej się interesowali życiem dorosłym;).
      Na studiach różnicę się zacierają.
      Też byłem na etapie, co wybrać mieszkanie w bloku czy domek za miastem i...
      jestem na etapie zakupu działki:) Mam nadzieję, że zdążę się pobudować zanim mi
      się rodzina powiększy;)

      Także powodzenia i trafnego wyboru!!
      Pozdrawiam RR
    • chefot 27.03.07, 23:10
      Dobra, czas na wypowiedź z drugiej strony :)
      Do 15 roku życia mieszkałem w blokowisku, poźniej 4 lata liceum za miastem.

      Z obecnej perspektywy: mieszkanie w domu jest nieporownywalnie lepsze. Jeśli do
      tego jest kawałek działki to już bajka. Dojazdy rzeczywiście były dość uciążliwe
      (bo najbliższy przystanek 1,5 km od domu), ale tak jak ktoś pisał - można sobie
      z tym poradzić, także gdy dzieci są w młodszym wieku.

      A dzieciństwo na blokowisku? :)) Generalnie nie narzekam, zawsze ktoś był na
      podworku do pokopania piłki, dużo znajomych, było co robić. Ale było to
      normalne, otwarte blokowisko. Na obecnych, zamkniętych raczej nie widzę dużo
      aktywności samych dzieciakow. Mam wrażenie że albo ciągle na jakichś zajęciach
      albo uczą się w domu ;) Jeśli chodzi o osobowość to dużo zależy od szkoły
      (prywatna, gdzie sytuacja wszystkich jest prawie taka sama wydaje mi się nudna),
      a jeszcze więcej od rodzicow i atmosfery w domu. :)

      pozdrawiam i jeszcze raz - naprawdę polecam dom :)
      Kuba
    • turzyca 28.03.07, 00:26
      a ja mialam sytuacje podobna, tyle ze przeprowadzilismy sie do domu nieco
      wczesniej, bylam jeszcze w szkole podstawowej. Wczesniej mieszkalismy w
      warszawskich blokach nad duzym parkiem i w centrum duzego miasta za granica.
      Teraz z ulga mysle o przeprowadzce do centrum niezbyt duzego niepolskiego
      miasta, wielkosci Torunia mniej wiecej.

      Dlaczego? Bo wiem ze do mojego przyszlego mieszkania z przyszlego miejsca pracy
      bede szla na piechote 25 minut, rowerem polowe tego czasu, autobusem 5,
      przystanek pod domem. Teraz 15 minut ide do przystanku, po czym spedzam w
      autobusie teoretycznie 25 minut, praktycznie zawsze droga z/do domu zajmuje mi
      okolo godziny, czyli powrot w ciagu dnia do domu jest nierealny. Czyli obiady na
      miescie, czyli plecak wypelniony rzeczami na caly dzien (z sentymentem wspominam
      szafki w licealnej szatni), czyli wyjscia o 7 rano (pobudka i przed 6) i powroty
      o 9 wieczor. A i tak mialam dobrze, bo kolezanki z podwarszawskich miejscowosci
      o 6 rano to mialy autbus, ktorym ZAZWYCZAJ zdazaly do szkoly.
      Domki jednorodzinne to takze brak miejsc na spacer. Jak mam wybierac to wole
      duzy park dwie przecznice od domu niz niewielki ogrodek za domem.
      Mieszkanie poza miastem czy na jego obrzezach to takze trudnosci w zyciu
      towarzyskim. Owszem doszlismy ze znajomymi juz do jako takiej wprawy, a i moi
      rodzice szli mi zawsze na reke, ale spontaniczne wyjscie do pubu, kina jest duzo
      trudniejsze jesli o 23.30 trzeba wsiasc w autobus do domu. Albo zaplacic x
      zlotych za taksowke (nocna taryfa w drugiej strefie...)
      Teatr - coz... jakos w miejscu gdzie sie przeprowadzam bywam czesciej niz w
      mojej rodzinnej Warszawie. Fakt ze w wieczorowej sukni i butach na obcasach
      jestem w stanie spokojnie dojsc do domu jakos ulatwia spontaniczne wyjscia.
      Niespontaniczne rowniez.

      Mysle, ze dom na obrzezach miasta jest wlasnie calkiem dobry dla rodzin z malymi
      dziecmi, o ile przy wyborze miejsca zwrocimy uwage na pobliskie przedszkola i
      szkoly, znajomosci dzieci beda sie zamykaly w tym kregu, wiec odpada problem
      wozenia. Schody zaczynaja sie gdy dzieci chca prowadzic doroslejsze zycie. A i
      liceum zapewne bedzie juz w miescie.

      Fajnym rozwiazaniem jest stosowany przez czesc moich znajomych system awaryjnego
      mieszkania, ktore przy malych dzieciach jest wynajmowane, a potem sluzy jako
      mieszkanie awaryjne, w ktorym mozna przenocowac po imprezach czy innych
      wyjsciach albo przed dniami, ktore trzeba wczesniej zaczac (pociag o 6 rano itp)
    • turzyca 28.03.07, 00:34
      zapomnialam o jeszcze jednym drobiazgu: jesli osiedle nie jest calosciowym
      zalozeniem, tylko jak u mnie zbiorem uliczek i domkow od lasa do sasa to takie
      miejsca jak boiska i place zabaw nie istnieja. To gdzie sie dzieci bawia? Tak!
      na ulicy! bo gdzie maja?
    • Gość: Marcin IP: *.ztpnet.pl 28.03.07, 02:28
      Ja mieszkalem z rodzicami w domu 15km od miasta. Dojazdy mnie zawsze
      masakrowaly, wstawanie o koszmarnych porach, powrot na ostatnich nogach do
      domu... Do dzis mam troche zal, ze moi rodzice nie kupili mi samochodu, wiele
      stracilem w liceum i na studiach.
    • Gość: bellick IP: *.unregistered.net.telenergo.pl 28.03.07, 08:20
      mam trochę takiego doświadczenia. Od roku mieszkam na wsi pod Wawa. Mam jednego
      w liceum w centrum miasta i drugiego co pojdzie do przedszkola we wrzesniu.
      Dojazdy sa faktycznie uciazliwe, ale da sie przyzwyczaic. Syn zaczyna nauke o
      roznych godzinach ale mam taka mozliwosc w pracy aby zaczynac o roznych i tylko
      pilnuje 8 godzin pracy. Kiedy mlody chodzi na zajecia dodatkowe (2x w tygodniu)
      to czekam na niego a za to odbieram nadpracowane godziny w innym dniu. Ogolnie
      jest plus stania w korku lub dlugiego dojazdu z osoba towarzyszaca obok
      Ciebie:-). Mlodszy juz jest zapisany do p-kola we wsi nieopodal. Na rozpoznaniu
      przedszkole wypadlo sielsko i przyjaznie. Chyba wlasnie to jest wazne aby
      dziecko z powodu niewielu przyjaciol blisko domu mialo kontakt z rowiesnikami w
      przedszkolu, szkole (swietlicy) itd. Mimo to boimy sie troche szkoly wiejskiej i
      chyba damy mlodszego do warszawskiej jak podrosnie, ale to nalezy poprzedzic
      dokladnym rozeznaniem najblizszej szkoly - internetowe fora otwieraja
      perspektywy - kto wie moze jednak sie zdecydujemy?
      Faktycznie problemem sa imprezy starszego, ktos musi go odebrac pozna noca ale
      plusy mieszkania na wsi przewazaja (jesli chodzi o wychowanie dzieci) minusy. To
      moje zdanie, oczywiscie decyzje podejmij sam (sama? -juz ktos sie zastanawial:-))
      Pozdrawiam,
    • Gość: kajaba IP: *.u.itsa.pl 28.03.07, 09:12
      U nas wygląda to tak. Mieszkamy pod Warszawą, do firmy mamy 30 km (do Warszawy
      20 km), dziecko (8 lat) chodzi do prywatnej szkoły położonej 2 minuty drogi od
      firmy, wiec mamy po drodze (do przedszkola też chodziło obok firmy), nie
      posyłaliśmy jej do szkoły rejonowej, bo poziom nauczania nie jest tam zbyt
      wysoki a co najważniejsze nie miałaby zapewnionej opieki po szkola, a tak
      chodzi na zajęcia dodatkowe (tańce, kółko teatrlane, szachy) i jest świetlica.
      Mąż wstaje o 6:00 ja o 6:30, wychodzimy o 7:20-7:30 i ok. 8:00 - 8:10 jesteśmy
      w szkole (do pracy chodzimy na 8:30). Mamy 2 samochody, więc nie borykamy się z
      problemem logistycznym. Z koleżankami nie ma problemu albo moja po szkole jest
      u koleżanki (zabierają ją ze szkoły rodzice koleżanki) i my ją od niej
      odbieramy albo koleżanki przyjeżdżają do niej (nocleg nie stanowi problemu).
      Szczerze: całe życie mieszkałam w bloku, ale w życiu bym tam nie chciała
      wrócić, zwłaszcza teraz kiedy jest wiosna, wszystko kwitnie i można wreszcie
      usiąć i odpoczywać na tarasie.Oczywiście za jakiś czas zaczną się dyskoteki
      itp, ale wolę już być kierowca własnego dziecka (czego byłam świadoma decydując
      się na dom za miastem) niż nawet w mieście puszczać dziecko samo nocnym
      autobusem.
    • kizimizi2 28.03.07, 09:16
      Witam, do 25 roku życia mieszkałam 2 km pod Krakowem, przedszkole i podstawówka
      na miejscu a do liceum do Krakowa, wtedy jeszcze jeździł 1 autobus co 1h w
      szczycie 2x na h, potem doszły busy, ale też mało, nienawidziłam szczerze, że
      wszyscy mogą po szkole po prostu pojechać do domu,przebrać się i wyjść na
      miasto a ja, żeby dojechać do domu musiałam pilnować czasów autobusów, nie
      spóźnić się, bo potem szwędanie, żeby przeczekać, impreza to ustawione
      wszystko, dobrze,że miałam dziadka w Krakowie to po imprezie szłam do niego,
      obecnie poszukuję działki pod mój domek, rodzice nie mogą zrozumieć czemu nie
      koło nich- przecież mam działkę, a ja szukam w Krakowie, drogie, ale nieważne,
      nie chcę,żeby moje dzieci miały tak jak ja. Zielono, pięknie blisko Krakowa a
      jednak każdy wypad n azakupy to wyprawa, koniec one będą mieć normalną
      komunikację. Ale Ty rób co chcesz ;)
    • Gość: asdf IP: *.isinfo.pl 28.03.07, 09:59
      IMO odległość ma swoje zalety - odfiltruje te znajmości i kontakty które nie są
      warte utrzymywania :) Dzieci... bedzie cieżej, ale idzie sie przyzwyczaić.
      Przyjemność posiadania domu, własnego kawałka ziemi rekompensuje te problemu z
      nawiązka. Wiem co pisze. Miałem już dom i kawałek ziemi, ale niestety z pewnych
      powodow musielismy go sprzedac i wrocic do miasta do mieszkania. Mieszkanie
      mamy piekne, duze, w ladnej okolicy (z okien widac jezioro), ale tesknota za
      domem pozostała. Z dziecmi i owszem - latwiej, ale mieszkanie to jednak tylko
      mieszkanie. Juz planujemy kolejny dom, ale tym razem w lepszej okolicy...
    • Gość: Remj IP: *.muc.ebv.com 28.03.07, 10:59
      witam,

      Kiedys mialem podobne obawy -wyprowadzilem sie na wies z Wrocka, moje dzieci
      (3) skoczyly w tej wsi podstawowke, gimnazjum, jedno juz jest po studiach
      (biegly hiszpanski, angielski - poparte egzaminami panstwowymi, drugie w
      trakcie studiow (angielski biegle, wloski i niemiecki w dobrym stopniu),
      trzecie w liceum (biegle francuski,angielski i japonski dost -egzaminy panstowe
      ze wszystkich). I dokonaly tego dojezdzajac PKS fo Wroclawia (licea) a to
      niezla sztuka. Wiejska podstawowka i gimanzjum daly im bardzo dobre
      wyksztalcenie. Czasem ich dowozilem ale same jezdza i jezdzily generalnie - na
      jezyki zaczynaly jezdzic same w wieku 12lat. Wies dala im wewnetrzny spokoj i
      harmonie,otwartosc na przyrode. Burzyly sie kiedys na wyprowadzke na wies, ale
      teraz widza jak wiele zyskaly przez to. Tu wszystko toczy sie wolniej i
      spokojniej, co pomaga w lepszym przyswajaniu swiata dookola i wiedzy.
    • jo-asiunka 28.03.07, 20:47
      dzieci, które są po studiach nie mogły chodzić do gimnazjum, policz sobie, kiedy
      była reforma edukacji.
    • przedsesja 28.03.07, 11:14
      mieszkam na peryferiach milionowego miasta, 15 km od centrum, nasi przyjaciele
      mieszkają jakieś 6 km dalej i jest to już wieś. mam trójke dzieci - podstawówka
      i gimnazjum. ja wożę wszystkie, bo moge być w pracy o ósmej. szukałam dla nich
      mało licznych szkół, bo nie cierpię molochów i w mniejszych szkołach dziecko
      jest jednak bezpieczniejsze. gimnazjum mam niedaleko domu, więc rano po drodze
      do pracy podrzucam najstarszego, pozostała dwójka chodzi do podstawówki do
      szkoły niedaleko mojej pracy (5 min. drogi)-to malutka i nie "wypasiona" szkoła,
      ale klasy są małe, a wyniki testów szóstych klas są zawsze powyżej sredniej nie
      tylko wojewódzkiej, ale i miejskiej. świetlica jest czynna do 17, więc kiedy
      mają zajęcia dodatkowe np. o 16.30 to nawet ich nie odbieram, tylko prosto ze
      świetlicy idą na trening, a potem po nich przyjeżdzam. w pozostale dni odbieram
      ich zaraz po pracy. wcześniej mieszkałam w bloku i wahałam się, kiedy miałam
      wypuścić dzieci na podwórko. teraz tylko w najgorszą pogodę siedzą w domu, a jak
      tylko nie leje jak z cebra - są na dworze - kopią w piłkę, jeżdżą na rowerach,
      zimą sanki, bałwanki itd - i cały czas sa na tyle blisko domu, że zawsze mam ich
      na oku, ja codziennie po pracy, od pierwszych ciepłych dni do pierwszych
      mocniejszych chłodów czuję się jak na wakacjach pijąc kawę na tarasie. ale dwa
      samochody są niezbędne, żeby być mobilnym! jak na razie cała logistyka nam
      działa jak trzeba! co do kontaktów z rówieśnikami - od czasu do czasu, idą ze
      świetlicy do kolegi, a ja odbieram ich wieczorem z jego domu, albo kolega jedzie
      do nas, a ja go odwożę, albo rodzice po niego przyjeżdżają. poza tym - nie martw
      się, bo na pewno często będziesz mieć gości z miasta, na pewno twoi znajomi też
      mają dzieci w podobnym wieku - ja już czasami mam dość tych wizyt, bo nie mam
      czasu nic w domu zrobic a wszyscy zamiast pojechać sobie w weekend na trawkę za
      miasto uważają że to świetny pomysł przyjechać do nas i zostać do następnego
      dnia - tak więc zacznij już ćwiczyć asertywność, żeby potem od czasu do czasu
      móc się wykręcić od takich wizyt! poza tym na pewno nie będziesz musiała wozić
      dzieciaków do samego centrum oddalonego o 15ście km miasta - na bank znajdziesz
      coś bliżej! może nawet w jakimś sąsiednim niewielkim miasteczku lub większej
      wsi! naprawdę warto uciec z miasta - a organizacyjnie też sobie na pewno
      poradzicie! pozdrawiam!
    • Gość: Karyoka IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 28.03.07, 13:06
      A ja mieszkam w dużym mieście, w bloku, mieszkanie 70 m2, trzy osoby ,w tym
      4-letnie dziecko, mamy za oknem piękny park, na który wychodzi nasz 20-metrowy
      taras, na którym też spędzamy słoneczne dni, jemy śniadania, grillujemy itd.
      Zaraz pod oknami świetnie wyposażony plac zabaw dla dzieci. Mamy jedno auto, ale
      i w pobliżu komunikację miejską, z której od czasu do czasu korzystamy. Mały
      chodzi do przedszkola nie w rejonie, zawożę i odbieram go w drodze do/z pracy.
      Nie marzę o domu, bo wszystko, co było mi potrzebne do szczęścia, już mam. Nie
      narzekam na sąsiadów, hałasy i zapachy z innych mieszkań. A ogródek i las za
      oknem nie są mi potrzebne, bo często spędzamy weekendy na łonie natury.
    • Gość: titta IP: *.botany.gu.se 28.03.07, 14:46
      Tylko wypusc 7-12 latka samego. Glowna roznica polega na tym, ze miejski
      dzieciak wyrasta przed kompem, pozamiejski rowniez na dworze...
    • Gość: Karyoka IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 28.03.07, 15:20
      I tu się mylisz, bo dzieci na moim osiedlu bardzo dużo czasu spędzają na
      podwórku - widzę to przez okno, podwórko jest zadbane, dużo huśtawek, drabinek,
      piaskownica, trawa itd. Ciekawe, czy wiejskie dzieci też mają tyle rozrywek? ;-)
      A przed kompem można siedzieć i w mieście i na wsi. Może nawet na wsi prędzej,
      bo ileż można spędzać czasu na dworze, a za bardzo nie ma nic innego do roboty?
      Nie wiem dlaczego zakładacie, że na wsi tylko świeże powietrze, cisza i sielskie
      widoki za oknem, a w mieście brud, smród, spaliny i hałas. Rozumiem, że jak ktoś
      mieszkał w 10-piętrowcu z zaszczurzoną piwnicą, 2-metrowym balkonem wychodzącym
      na ruchliwą ulicę, a na podwórku walały się butelki po denaturacie, to może być
      zrażony do życia w miejskim bloku, ale zapewniam Was, że można mieszkać w dużo
      lepszym standardzie bez konieczności wyprowadzania się na wieś.
    • Gość: fikka IP: *.acn.waw.pl 28.03.07, 15:05
      ja mieszkam w dużym mieście, w bloku, mieszkanie 70 m2, trzy osoby ,w tym
      > 4-letnie dziecko, mamy za oknem piękny park, na który wychodzi nasz 20-metrowy
      > taras, na którym też spędzamy słoneczne dni, jemy śniadania, grillujemy itd.

      Tobie nie przeszkadzaja zapachy z innych mieszkan, ale mi by przeszkadały
      zapachy z grilla. Taras to nie miejsce na grillowanie.
    • Gość: Karyoka IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 28.03.07, 15:26
      Jestem wegetarianką, podobnie jak mój mąż, więc mięsa nie jadamy, a co za tym
      idzie, nie grillujemy go. Na grillu (elektrycznym!) pieczemy sobie warzywne
      szaszłyki, bakłażany, paprykę, cukinię, kukurydzę. Poza tym grill stoi pod
      daszkiem balkonu na górze, więc nie jest tak, że każę komuś z góry uczestniczyć
      w mojej kolacji ;-) Nic nie śmierdzi, zresztą rozmawiałam z sąsiadami z góry,
      żeby mi powiedzieli, jeśli coś będą mieli przeciwko i nie mają. Nigdy nie
      odważyłabym się grillować mięsa na zwykłym grillu na tarasie - smród i dym
      nieziemski!
    • Gość: fikka IP: *.acn.waw.pl 28.03.07, 16:13
      Zwracam honor. Miałam na mysli zwykly griil, nietety niektórzy namietnie uzywaja
      na tarasach.... brrr...
    • Gość: Mirek IP: *.internetdsl.tpnet.pl 28.03.07, 13:50
      Nie martw się dowozemdzieci do szkoły. Spokojna okolica na peno bardziej
      zadowoli twoje dzieci niż zatłoczone pełne spalin miasto. Samo buduję się na
      wsi bo nie chce mieszkać w mieście. Pozdrawiam.
    • Gość: arletta IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.03.07, 14:57
      A ja niedawno przeprowadziłam się z małego miasteczka do dużego. Moje
      miasteczko leżało 25km pod tym dużym. Do tego zmusiły mnie właśnie dzieci i
      warunki jakie im i ich rodzicom miasteczko fundowało
      1. Brak żłobka. Do dużego miasta nie mogłam do żłobka posyłać, dziecka bo to
      inna gmina, a moja gmina nie chciała płacić za uczęszczanie dziecka do placówki
      na terenie innej gminy. Więc musiałabym sama opłacić koszt żłobka w 100% czyli
      kilka lat temu ponad 1tys.zł.
      2. Problem z przedszkolem - jedno przedszkole i ludzie zabijali się o miejsce w
      nim. Otwarte było bardzo krótko, więc nie było szansy, żeby odebrać dziecko
      przed zamknięciem przedszkola, nawet jeżeli pracuję tylko do 15.30 - autobus
      gminny jechał 50 min. z dużego miasta do domu.
      3. Problem w przedszkolu stanowiła dieta dziecka - bezglutenowa, nikt nie był w
      stanie mu jej zapewnić, więc trzeba było i tak jeździć do przedszkola do dużego
      miasta, ale tu też był problem jak ze żłobkiem (inna gmin), więc musiała się
      fikcyjnie zameldować czasowo u kogoś.
      4. Brak jakichkolwiek centrów kultury, zero domu kultury, gdzie dziecko mogłoby
      porysować czy nauczyć się grać na instrumencie - a to nie było jakieś tam
      zapyziałe miasteczko, ale znane w całej Polsce ze swojego muzeum-zamku i
      biblioteki.
      5. Brak lekarzy specjalistów.
      6. Dojazdy zabierały nam sporo czasu - wracając dziecko zawsze zasypiało,
      wieczorem przez to nie chciało spać, a rano wcześnie wstawało i tak w kółko
      Macieju, istna gehenna.
      Jednym słowem żyło się nam tam dobrze dopóki nie było dzieci nie zaczęły
      chodzić do przedszkoli. Teraz mieszkam w mieście (piętro domu z ogródkiem w
      centrum - wszędzie dojdę na nogach) i nie zamieniłabym się za żadne skarby,
      moje dziecko ma możliwośi wyboru: może chodzić do szkoły muzycznej lub
      sportowej, chodzi na treningi, na basen, co dwa tygodnie maluje w muzeum. Ze
      mną z miasteczka wyprowadziły się inne koleżanki, bo nie zdzierżyły, ale dopóki
      się na własnej skórze nie przeżyje podobnych sytuacji to trudno sobie wyobrazić
      jakie to jest uciążliwe. Dzieci z małych miasteczek i wsi mają gorszy start
      niewątpliwie. Dwa lata temu odradzałam koledze wyprowadzkę poza miasto, był
      pełen romatycznego uniesienia na temat czystości powietrza itd. Teraz przyznaje
      mi rację - ponieważ dostał pracę daleko nie ma go w tygodniu w domu, żona nie
      była w stanie codziennie dojeżdżać do dużego miasta do pracy i przedszkola,
      dlatego mieszka z dziećmi u rodziców w bloku, a do "wymarzonego" miejsca
      zaglądają w weekendy.
      Pozdrawiam
    • Gość: dana IP: *.internetdsl.tpnet.pl 28.03.07, 15:39
      nie czytałam wszystkich wypowiedzi bo jest za dużo - chciałam sie tylko
      podzielić opinia mojego 13 - letniego syna. 15 lat temu kupilismy mieszkanie na
      obrzezach miasta . Do centrum mam dokładnie 15 km. Z jednej strony jeziorko, z
      drugiej las, spokoj, cisza, odpoczynek. mankament - daleko do cenrum okazał sie
      zaleta. Syn urodził sie i wychowywal całe 13-letnie zycie własnie za miastem.
      Dowóz do szkoły, na zajecia nauki gry, języka, do lekarza itp. Zapytałam go czy
      chciałby mieszkać w centrum, bo zamiast budowac tu domek moglibysmy kupic duże
      mieszkanie. Powiedział, że nigdy, bo tu jest cicho i spokojnie a w cenrum tyle
      hałasu, ruch samochodów i żadnej zieleni.
      Zatkało mnie, bo myslalam, że mu jest wszystko jedno. Podał trzy miejsca w
      których mozemy szukać ziemi albo wiekszego mieszkania. Wszystkie bardzo daleko
      od centrum. Odległosc i dojazdy nie maja dla niego znaczenia. UCIESZYŁAM SIE,
      BARDZO!!!
    • Gość: kamil IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 28.03.07, 15:34
      Miałem ten sam dylemat - problem dojazdów i zerwania kontaktu z miastem. I
      dlatego wybrałem domek w mieście. Cicha, wąziutka uliczka, duża działka.
      Wszędzie blisko. Czemu wszyscy piszą że dom musi być na wiosce. Przecież w
      każdym mieście są przepiękne dzielnice willowe. Trochę tego nie rozumiem, jak
      ktoś nie chce to nie musi wyprowadzać się z miasta
    • Gość: gość IP: *.inetaccess.pl 28.03.07, 16:09
      A tak, oczywiście. W Warszawie na przykład taki segmencik ok. 90 m2 coś koło
      1,2 mln pln. Cena przystępna dla każdego, nie ?
      A serio, jaśmina, no trochę trudniej jest - nie ukrywajmy. Gdybym nie miała
      dzieci na pewno bym się za miasto nie przeniosła (13 km od pracy - oczywiście
      znam wsyzstkie przejedne i nieprzejezdne skróty - ostatnio wylądowałam w polu
      kapusty ;-), ale może uda Ci się dogadać z nianią, która pomoże. Koło mnie też
      budują szkołę, co mnie bardzo cieszy, bo nie chce mi się dowozić dzieciaczki do
      miasta. Przynajmniej nie na etapie podstawówki.
      Życzę dobrej decyzji
      S.
    • Gość: vanilaicecream IP: *.aster.pl 28.03.07, 16:47
      Wybór jest taki, że albo przypada nam rola kierowcy do dzieci i spędzanie w
      korkach większej części dnia, albo kompromisy w stylu mało zieleni, ale wszystko
      bliżej, hałas i więcej spalin...Ja wybrałam nowe, niewielkie osiedle koło parku
      kilka minut od centrum (Warszawy). Dziecko ma w okolicy wielu znajomych, bo tu
      chodzi do szkoły i jak trzeba to dojeżdża gdzieś autobusem na zajęcia, ale
      kilkanaście minut, a nie godzinę czy dwie! Wieczorkiem mogę wyskoczyć spotkać
      się z ludźmi, wypić kieliszek wina (czy dwa), córka może iść do kina, centrum
      handlowego czy na lodowisko i nie przeznaczać na to całego dnia. Ani ona ani ja
      nie zamieniłybyśmy się na żaden domek na wsi. Czasem odwiedzamy znajomych "za
      miastem", ale wymaga to wcześniejszych ustaleń i dłuższej wycieczki - aby tym
      czystym powietrzem się nacieszyć, pójść na spacer, ewentualnie zanocować. Ja
      całe życie mieszkałam w mieście i pęd na wieś jest mi obcy. Myślę, że dla
      bardziej otwartych na innych ludzi lepsza jest wersja "bliżej centrum tym
      lepiej" bo tak ograniczamy się do sąsiadów i najbardziej zaprzyjaźnionych osób i
      siłą rzeczy kontakty towarzyskie stają się coraz rzadsze...
    • aankaa 28.03.07, 18:11
      przez pierwsze 4 lata życia dzieci mieszkałam przez "ciepłą porę roku" na wsi
      (środek lasu, do sklepu kilka km), resztę w mieście. Akurat jak robiło się
      chłodno i paskudnie nie miały już takiego "ciągu" na przebywanie w ogrodzie :)
      Laba skończyła się po urlopie wychowawczym i trzeba było wrócić do miasta

      Jeśli żona nie pracuje, odpowiada jej siedzenie przez większość dnia sama -
      fajnie
      Problem zaczyna się w momencie, gdy żona do pracy a dziecko do przedszkola.
      Jeśli macie sumienie zrywać je o bandyckiej godzinie (typu 6.15, wyjście 7.15 -
      jak ktoś wyżej napisał) - dalej problemu nie masz :)
      Jeśli masz zamiar zamieszkać na dłużej (aż do matury dzieci) i być ich
      osobistym kierowcą (a co za tym idzie dyspozycyjność 24/h - nadal namawiam na
      dom "na wsi" ;)

      Pojawiły się też posty mówiące o wygodzie znajomych, którzy wpadają do Was ...
      bo przyjemnie na świeżym powietrzu. A nocleg ? a cóż to za problem, my w byle
      kątku. A Wy nie będziecie pewni weekendu kto i w jakiej ilości Was nawiedzi :P


      Przede wszystkim - porozmawiaj z żoną czy jest gotowa "zakopać się" kawałek od
      miasta (i np. pogaduszek z przyjaciółkami organizowanymi ad hoc albo zwykłe
      babskie połażenie po sklepach), czy nie będzie jej przeszkadzało samotne
      spędzanie dnia, czy macie możliwość, że każde jest "samodzielnie mobilne" tzn
      albo 2 samochody, albo ona bierze brzdąca (a później kilka) i myka "obejrzeć
      inne nic"


      --
      "Tylko niektórym udaje się dochować własnych klonów"
      aankaamałpagazetakropkapeel
    • Gość: michal_powolny1 IP: *.iwacom.net.pl 28.03.07, 20:32
      Nieprawda. Wcale nie są potrzebnew rodzinie dwa samochody gdy mieszka się na
      wsi. Po pierwsze komunikacja publiczna jest coraz lepsza, po drugie w regionie
      trójmiasta jest doskonale rozwinięta komunikacja szynowa (SKM).
      A teraz co do poziomu szkół w mniejszych ośrodkach. Powtórzę szkoły na wsi
      i w małych miastach często mają wyższy poziom niż placówki wielkomiejskie.
      Życie na wsi nie oznacza także śmierci towarzyskiej.
    • Gość: Marek IP: *.univ.szczecin.pl 29.03.07, 09:30
      Ja kupiłem działkę na wiosce 5 km od centrum miasta. Przy wjeździe mam
      przystanek MZK, jeżdzą też autobusy PKS i busiki. Samochodem 5 minut do
      centrum. Wioska ma ok. 200 mieszkańców. Nowi wciąż się budują. Mam 1 dziecko,
      które jak się wprowadzimy będzie miec ok. 7 lat. A i tak mam wątpliwości. Na
      pewno szkołę dla dziecka wybiorę w mieście i do tego (w razie czego) zostawiam
      swoje 3 pokojowe mieszkanie w mieście. z drugiej strony i tak nie wyobrażam
      sobie np. 7-10 latkę gdziekolwiek samą puszczać w tych czasach..
      Zastanawiałam sie nad kontaktami towarzyskimi, o których tak tu głośno. Coraz
      słabiej z tym wszystkim.. O nas się nie martwię. A dziecko? Samo zdecyduje -
      będzie mogło zostac na wsi lub wrócić do mieszkania w mieście, gdzie są też
      dziadkowie i reszta rodziny.
    • gonia200 29.03.07, 10:03
      A ja się rozpiszę! Mieszkam na wiosce oddalonej od dużego miasta 10 km mieszkam
      tam od urodzenia (29 L). Skończone studia i praca w mieście. Co do poziomu
      wtedy tylko podstawówki na wsi to mam wielkie zastrzeżenia, duże zaległości w
      liceum (które było w mieście) i ciągłe nadrabianie braków. Oczywiscie problem z
      zajęciami dodatkowymi wieczna walko rodziców o dodatkowe lekcje jęz. obcego
      odpłatnie byle na miejscu (nie było chętnych). Dojazdy uciażliwe, autobus PKS
      do miasta jedzie 15 minut ale czestotliwość kursów pozostawia wiele do
      życzenia. Omineło mnie wiele spotkań i imprez z rówiesnikami nad czym wtedy
      bardzo ubolewałam. Potem praca dojazd PKS-em i problem bo w wakacje i ferie
      wypadają autobusy szkolne i to sporo. Pierwszy cel to kupić samochód bo inaczej
      się nie da. Dodam, że zawsze marzyłam żeby mieszkać w mieście i miałam okazję
      spróbować przez dwa miesiące masakra, może to jakiegoś typu fobia, ale w bloku
      mi wszystko śmierdziało, ludzie naprawdę dziwni i nie powiedziałabym, że bardzo
      rozgarnieci miałam wrażenie, że to jakaś jedna wielka melina a nią nie była.
      Obecnie mam dzieci 4 i 2 lata Po macierzynskim zaraz do pracy, do tej pory było
      super bo dzieci na wsi pilnowała babcia, warunki na wsi jeśli chodzi o place
      zabaw już są ok bo płynie kasa z Uni na to, jeśli nie ma to trzeba się tylko
      uaktywnić w gminie, pogonić władze i wszystko da sie zrobić. Zaczęły się
      schody i obawy jak przyszedł czas na przedszkole. Na wiosce i w pobliżu
      przedszkola nie ma (było w dużej szkole, ale było mało dzieci i zlikwidowali w
      momencie reformy i utworzenia gimnazjum). Gmina nie chce dopłacać do
      przedszkola w mieście i trzeba płacić 100 % a już nie mówiąc że te dzieci są
      przyjmowane na szarym końcu więc o wybranym przedszkolu można pomarzyć.
      (rozwiązaniem jest przemeldowanie dzieci jak ma sie do kogo np teściowa do
      miasta) tyle tylko, że w przedszkolu raczej się nie przyznawać. Mam też wielkie
      obawy co do kontaktów z rówieśnikami. Po rozmowie ze specjalistą od edukacji i
      równoczesnie osobą która też przetestowała mieszkanie na wsi z dziećmi wiem, że
      bardzo ważne jest aby dzieci do podstawówki chodziły blisko domu a wozić
      najlepiej już do gimnazjum. A o kontakty się nie martwić tylko wychowywać
      otwarte na świat dzieci. U nas dużo jest ludzi napływowych mają rózne metody,
      niektórzy wożą dzieci do miasta a niektórzy dają dzieci na wioske przynajmniej
      do podstawówki, nawet rozmawiałam z takimi rodzicami na temat poziomu, to
      swierdzili, że się za to wezmą i zrobią co trzeba. Jest sporo osób które
      opiekują sie małymi dziećmi jak również tymi w wieku szkolnym tzn. odbieraja ze
      szkoły do swojego domu i dzieci czekają tam na rodziców. na koniec jeszcze
      jedno mąż z miasta miał do pracy 300 m pieszo szybko się przestawił na
      mieszkanie na wsi awet jak na szóstą do pracy musiał wstawać przed piątą bo
      autobus o piątej (teraz mamy dwa auta bo trzeba dzieciaki wozić). Teraz chyba
      już nie chciałby mieszkać w mieście nawet jak trzeba wszędzie dojechać i dużo
      pracy bo o wszystko trzeba samemu dbać, trawnik, odśnieżanie itp. Chyba nie
      skończę:) Myślę, że mieszkajac w mieście też bym miała dylematy co do szkoły bo
      dojiej blisko bloku ale z kiepskim poziomem nawet jez. obcego nie ma czy gdzieś
      w mieście gdzie trzeba dzieci dowozić bo nie wyobrażam sobie dzieciaka w
      komunikacji miejskiej. A w oddalonej szkole dziecko i rodzić są bardzo
      anonimowi.
    • gonia200 29.03.07, 14:45
      a podsumowywując, nie ma idealnego miejsca wszędzie są plusy i minusy
      mieszkania, z mieszkania na wsi lub blisko miasta jest sporo uroków, ale
      trzeba mieć wiecej energii, chęci no i kasy (czasu też więcej by sie przydało,
      ale to nie od nas zależy).
    • Gość: ptaszyna IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 29.03.07, 11:44
      Jeśli rzeczywiście w okolicach Trójmiasta (ktoś to pisał) jest komunikacja
      szynowa - to żaden problem. Pociągi i kolejki są szybkie i psują się rzadko -
      sama jeżdżę już ósmy rok (liceum i studia) warszawską kolejką do Wawy i zepsuła
      się może ze cztery, pięć razy na tyle, żebym nie dotarła, lub się spóźniła.
      Jasne, moi rodzice musieli po mnie czasem jeździć, ale dlatego nie warto dziecka
      izolować od lokalnej szkoły czy przedszkola, bo mając znajomych na miejscu może
      pójdzie z nimi do liceum i problem rozwożenia rozłoży się na dwie, trzy
      rodziny... a jeśli nie, to mi zazdrościły koleżanki z Wawy, że mam pretekst,
      żeby po imprezie czy koncercie przenocować u jednej czy drugiej;-)Więc jeśli
      jesteście pewni, że chcecie mieszkać pod miastem (bo 15 km od Trójmiasta to nie
      wieś, na litość boską...), to i dziecko pewnie od was przejmie ten pogląd. Ja
      bym nigdy nie zmieszkała w mieście...
    • k_r_m 29.03.07, 20:49
      mieszkam w mieszkaniu z konieczności, z chęcią bym się wyprowadził 15km za
      miasto gdybym tylko miał taką możliwość, nie wiem jak w trójmieście ale w Łodzi
      do centrum miasta dojeżdżam w ciągu 40 minut od rodziców mieszkających 35km od
      Łodzi co nie jest żadną tragedią
      --
      warto zobaczyć: www.youtube.com/watch?v=kZJ4aikiogo
    • twistem 30.03.07, 22:08
      Każdy czasem potrzebuje więcej przestrzeni.
      42.pl/u/qOs
      Czasem warto zaszaleć!
    • news21 31.03.07, 17:14
      Mój kuzyn z dorosłym już dzieckiem przeprowadził się parę lat temu na wieś, 20
      km od miasta. Miejsce piękne,dom luksusowy. Dziecko jednak mimo własnego
      samochodu jest osamotnione. Towarzystwo do niego nie dociera, bo to uciążliwa
      wyprawa. Nie ma mowy o wpadaniu do siebie nawzajem, bez wielkich przygotowań.
      Dla niego wyjazd do miasta też jest wyprawą, woli wieś z pięknymi widokami. No
      i zrobił się problem.
    • Gość: Lazar IP: *.internetdsl.tpnet.pl 13.04.07, 15:02
      To i ja dorzucę swoje trzy grosze. Mieszkamy natenczas w Kraku, na osiedlu
      strzeżonym, wybudowanym pod koniec ubiegłego wieku (1998-2000r). Czyli tzw.
      nowa, jakże prestiżowa lokalizacja ("enklawa") (cytaty z gratka.pl z ofert
      sprzedaży mieszkań tamze:>)

      Plusy to wszędzie blisko (geograficznie) - i w zasadzie tyle albowiem:

      Dojazd: tak jak pisałem, geograficznie blisko do centrum ale jako że całe
      miasto jest rozkopane i tak stoi się w korkach. Znajomi którzy mieszkają po
      wioskach okolicznych jadąc tą samą drogą co ja ze swojego mieszkania mają deltę
      czasową w stosunku do mnie 20 minut (czyli zajmuje im dojazd całe 20 minut
      dłużej w jedną stronę). Większość czasu stoi się w tych samych korkach na alei
      29 listopada.

      Sąsiedzi: w ciągu siedmiu lat diametralnie zmienili się mieszkańcy. Gro ludzi
      którzy kupili tutaj mieszkania posprzedawało i powynosili się gdzieś indziej.
      O ile na początku się trochę z ludźmi znało, było naprawdę ok, teraz nie ma co
      liczyć na "pomoc" i w razie czego, bo i tak są to obcy sobie ludzie. Do tego
      dochodzą mieszkania na wynajem. Do mieszkań w klatce obok wprowadzili się
      studenci i często slychać basowe umcyk, umcyk, umcyk (imprezy) do drugiej w
      nocy (u nas i tak słychać tylko dudnienie, współczuje sąsiadom którzy mieszkają
      obok - zresztą imprezy się kończyły kilkakrotnie awanturami). Ale ponieważ jest
      ogólne schamienie więc nikt się raczej empatią nie wykazuje - zresztą za rok
      będą inni i znowu będzie to samo. Za scianą wprowadził się sąsiad namiętnie
      uczący się grać na gitarze (zeby mu to jeszcze wychodziło :-/). Sąsiad nad nami
      jak jest (często go nie ma chwała bogu) ma zwyczaj ustwiania potencjometru na
      max w swoim telewizorze (moze jest przygłuchawy...), także zdarza się, iz w
      swoim telewizorze mogę wyłączyć dźwięk a i tak wszystko słyszę (wiadomości,
      fakty, wczoraj np. Lisa można było posłuchać).
      Aha, jeszcze ostatnio wprowadzili się azjaci (firma wykupiła/wynajęła
      mieszkanie dla pracowików)- ale oni są spoko, wydzierają się na siebie tylko do
      22.30 :) powoli już zaczynam łapać ich język :P
      Akustyka nowych bloków jest fatalna czyli znakomita - słychać wszystko z każdej
      strony a także dwie klatki dalej...

      Najlepsi jednak są mieszkańcy (kilku takich naliczyłem), którzy prowadzą własny
      biznes chyba gastronomiczny - wieczorami tajemnie podjeżdżają pod śmietnik i
      wyrzucają cichaczem wory ze śmieciami :) efekt jest do przewidzenia po
      tygodniu :)

      Plac zabaw dla dzieci - dzieciaki biegają z piłką bo betonowym parkingu :/ Jest
      kawałek trawki zielonej gdzie ludność tejże "enklawy" wyprowadza rano swoich
      czworonożnych przyjaciół na załatwienie potrzeb fizjologicznych. Trawnik ów
      jest permanentnie zasr..ny

      O miejscu na zaparkowanie samochodu przyjechawszy po 19tej można zapomnieć,
      trzeba wyczyniać ekwilibrystyki pomiędzy krawężnikiem i śmietnikiem.
      Bramka wjazdowa na owe zamknięte osiedle jest już od jakiegoś czasu popsuta i
      otwarta na ościerz (no bo co - administracja będzie co miesiąc ją
      naprawiała ?:>) Często sobie przychodzi ludnośc z okolicznych blokowisk
      posiedzieć na ławeczce, wychylić kilka puszczeczek piwka. Rzeczywiście
      bezpieczeństo jak cholera.

      Większość sąsiadów ma generalnie wszystko w dupie (w końcu oni tylko albo
      wynajmują, albo mieszkają tu chwilowo - więc po co dzwonić do administracji że
      coś się zpieprzyło, skoro inni zadzwonią, he ?)
      Ja zresztą też zacząłem od pewnego czasu mam to wszystko tam gdzie oni -
      albowiem przed wakacjami dzięki bogu się z tamtąd wynoszę i przeprowadzam się
      do bliźniaka za miasto.

      Wszystkim poszukującym i zastanawiającym się zyczę udanych wyborów
      L.
    • jop 13.04.07, 16:30
      Gdyby nie drobne różnice w szczegółach, pomyślałabym, że mieszkamy na tym samym
      osiedlu.

      Ludzie, którzy kupowali te mieszkania 5 lat temu, właśnie zaczynają je
      sprzedawać i wynosić się. Nowi lokatorzy są różni - ale przeważnie po sprzedaży
      mieszkania zostają wynajęte. A na studencką hołotę (i niestudencką, ale to
      wiele nie zmienia - ludzie wynajmujący 3-pokojowe mieszkanie w 6 osób zestawem
      zachowań nie różnią się od studentów, nawet jak pracują, nie czarujmy się) nie
      ma bata. Imprezki w mieszkaniach, imprezki na balkonach, lato jest koszmarem,
      nie da się otworzyć okna w nocy. Policja przyjeżdża, upomina, wniosek do sądu
      grodzkiego i grzywna pomagają na parę tygodni, albo i nie - bo w fazę imprezek
      3 x w środku tygodnia weszło akurat inne studenckie mieszkanie.

      Tyle dobrego, że mamy sensowny zarząd, który dba o budynek, więc przynajmniej
      blok nie slamsieje. Usterki usuwane są na bieżąco, jest porządek, wszystko
      działa. Ale co z tego.

      Z parkowaniem są rzewne jaja - wieczorem nie ma co marzyć o miejscu na parkingu.

      Nic to. Na jesieni kupiłam działkę koło Mogilan.

    Popularne wątki

    Nie pamiętasz hasła

    lub ?

     

    Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

    Nakarm Pajacyka