Dodaj do ulubionych

smok albo robak

26.01.05, 20:05
Gdy Chiny jeszcze nie otrząsnęły się z szoku rewolucji kulturalnej i wciąż
żyły w siermiężnej prostocie i biedzie, Deng Xiaoping rzucił hasło
modernizacji kraju. Podczas jednej z licznych podróży inspekcyjnych po kraju
zaapelował do Chińczyków: bogaćcie się (fu qilai), ponieważ „bieda to nie
socjalizm, a tym bardziej nie komunizm”. Hasło padło na bardzo podatny grunt.
Niemal znikąd zaczęły wyrastać fortuny.


ALBERT BURCKHARDT Z PEKINU




Ponad 20 lat temu dla przeciętnego Chińczyka, żyjącego w warunkach
wszechobecnego dyktatu państwa komunistycznego i drobiazgowej regulacji
codzienności, nie istniały żadne impulsy materialne. Płace były
biurokratycznie ujednolicone (niewiele różniła się pensja np. profesora
wyższej uczelni i wykwalifikowanego robotnika) i nie odzwierciedlały
wydajności, na rynku niewiele było artykułów przemysłowych do nabycia. W
społeczeństwie pokutował schemat powszechnej równości w biedzie, a tym samym
donoszenia na każdego, kto się wyróżniał posiadaniem czegokolwiek
cenniejszego (wróg ideologiczny? szpieg?). Szczyt marzeń wyrażał się
terminem „trzy razy mieć”: zegarek na rękę, rower i małe radio tranzystorowe.
Na początku lat 80. doszły do tego kolejne „trzy mieć”: pralka, telewizor,
telefon. Powoli owych „mieć” przybywało, aż wreszcie przestano je liczyć i
traktować jako coś nadzwyczajnego.






Natchniony ideologią rewolucyjny byt przeobraził się w przyziemne posiadanie –
przede wszystkim pieniędzy, potem rzeczy, potem przyjemności, ale także –
sprzyjających temu wszystkiemu znajomości i koneksji (guanxi), pozwalających
na robienie pieniędzy bez przeszkód. Już wtedy Chińczycy ukuli hasło xiang
qian kan (czyt. s’jang c’hjen khan), które w zależności od identycznie
czytanego zapisu może znaczyć „patrzeć wprzód” (tak jak to nakazywała
oficjalnie partia) lub „patrzeć na pieniądze” (tak jak interpretował to lud).
Nie było w tym niczego nowego: w tradycji chińskiej bogactwo zawsze stawiano
na czołowym miejscu obok długowieczności i potomków męskich, a jedno z
popularnych przysłów mówiło: „z pieniędzmi – smok, bez pieniędzy – nędzny
robak”.

Nowi Chińczycy

Dzisiaj okazuje się, że spora część tortu powstała z pominięciem prawa,
przepisów podatkowych, regulacji finansowych i bankowych. Okrzyczanego w 1995
r. przez prasę i gloryfikowanego przez władze jako jednego z 10 czołowych
przedsiębiorców prywatnych i bohatera chińskiego programu reform Mou Qizhonga
skazano w 2000 r. na dożywotnie więzienie za defraudację 75 mln dol. z
kredytów bankowych. Mou zyskał sławę dzięki jednemu ze swych przedsięwzięć:
zakupieniu dla linii lotniczych w macierzystej prowincji Sichuan 4 rosyjskich
samolotów pasażerskich Tu-154 za artykuły pierwszej potrzeby i wyroby
przemysłu lekkiego w ilości 500 wagonów kolejowych. Dało mu to 11 mln dolarów
czystego zysku – nieźle jak na byłego więźnia z czasów rewolucji kulturalnej,
który cudem tylko uniknął egzekucji za napisanie rozprawy „Dokąd zmierzają
Chiny?”.

W okresie największej swojej prosperity Mou dysponował majątkiem szacowanym
na 240 mln dolarów. W 1994 r. znalazł się na czwartym miejscu listy
najbogatszych obywateli ChRL, zestawionej przez czasopismo „Fortune”. Dziś
grzęźnie w długach sięgających ponad 36 mln. Trudno powiedzieć, czy
rzeczywiście wdał się w kombinacje finansowe (o których w dzisiejszych
Chinach słyszy się zewsząd i na każdym kroku), czy też rozwścieczył władze,
starając się – przy swoim fizycznym podobieństwie – naśladować Mao Zedonga.
Kazał pracownikom zwracać się do siebie „Przewodniczący Mou” i nawet wydał
zbiór swoich myśli i powiedzeń na wzór osławionej czerwonej książeczki Mao.
Nie szczędził przy tym pieniędzy na cele dobroczynne i patriotyczne,
wspomagając m.in. kluby sportowe i ekspedycję na biegun północny.

W styczniu 1992 r. Deng Xiaoping podczas noworocznej podróży po strefach
specjalnych na południu ChRL po raz kolejny tchnął ducha w przedsięwzięcia
reformatorskie mówiąc: „chwała być bogatym”. Było to już po przesileniach
politycznych i umocnieniu się pozycji Jiang Zemina jako następcy Denga –
słowa patriarchy zostały uznane przez kierownictwo za wyrocznię i myśl
przewodnią. Dziś być w Chinach biednym to ujma i dyshonor.



Edytor zaawansowany
  • starymason 26.01.05, 20:06
    Kolejny impuls w kierunku przyspieszenia reform, sformułowany przez Denga, był
    nie tylko logicznym rezultatem rozwoju ekonomicznego, lecz także wynikiem
    prostej i diabolicznie poprawnej kalkulacji w kierownictwie: niech naród zajmie
    się bogaceniem i dorabianiem, a wtedy przestanie interesować się polityką i
    fanaberiami w rodzaju reform struktury politycznej, demokratyzacji czy
    pluralizmu politycznego.


    Targ rybny

    Pieniądz został w Chinach wyniesiony na najwyższy piedestał, a większość
    młodych ludzi jako wyznacznik rozwoju przyjmuje poprawę stopy życiowej i
    sytuacji materialnej, a nie zakres swobód. Życiowym celem i najważniejszym
    dążeniem stało się wzbogacenie, zdobycie jak najintratniejszej posady,
    osiągnięcie jak najwyższych zarobków, a główną troską – uniknięcie wysokich
    podatków. Ugruntowało się przekonanie, że za pieniądze wszystko da się załatwić.

    Jest to poniekąd życiowa konieczność: komunistyczna z nazwy partia i
    socjalistyczne z nazwy państwo zniosły większość udogodnień utożsamianych z tym
    systemem. Nie ma dziś w Chinach bezpłatnej opieki medycznej i szkolnictwa
    wyższego, symbolicznych czynszów w zakładowych blokach mieszkalnych,
    subwencjonowanych usług, deputatów w naturze. Wielu młodych ludzi albo traktuje
    członkostwo w KPCh jako odskocznię do kariery i zapisuje się „na zimno” bez
    żadnego zaangażowania ideowego, albo pasywnie toleruje jej obecność, dopóki
    można robić pieniądze. Sensacje w rodzaju przecieków na temat roli
    poszczególnych przywódców w stłumieniu demonstracji studenckich na placu
    Tiananmen w 1989 r. przemawiać mogą do części średniego i starszego pokolenia,
    natomiast niewiele znaczą dla młodzieży i pokolenia 30-latków.

    Z kolei dla wielu ludzi starszego pokolenia, szczególnie aktywistów z lat
    rewolucji kulturalnej i innych kampanii z czasów Mao, a także partyjnych
    weteranów, którzy nade wszystko przedkładali czystość ideologiczną i gardzili
    dobrami doczesnymi, ten rozpasany materializm w dzisiejszym społeczeństwie
    chińskim stanowi zaprzeczenie wszystkich ideałów, o które oni walczyli i którym
    poświęcili najlepsze lata. Dzisiaj takie pojęcia jak przodownik pracy,
    skromność, wyrzeczenia i tym podobne kryteria oceny z czasów koszarowego
    komunizmu wzbudzają politowanie i śmiech, często stanowiąc kanwę dowcipów i
    tekstów satyrycznych.

    Pokaż mi, ile masz toalet...

    Dominujące w rozmowach dzisiejszej elity miejskiej w Chinach tematy to zarobki,
    dobrze płatna praca, kurs akcji na giełdach w Szanghaju, Shenzhenie i
    Hongkongu, kupno domu lub mieszkania (ma je na własność już ponad połowa
    ludności miast) i jego gustowne urządzenie (jedno z kryteriów – liczba
    toalet...), możliwości studiów za granicą. Liczą się „znamiona prestiżu” w
    rodzaju telefonów komórkowych, komputerów, samochodu, modnej odzieży, a
    ostatnio także urlopowe podróże zagraniczne.


  • starymason 26.01.05, 20:07
    Centra wielu miast chińskich przypominają takie miejsca jak Ginza w Tokio,
    Orchard Road w Singapurze, Sedzong-no w Seulu czy Wanchai w Hongkongu. Wieżowce
    z chromowanej stali i szkła mieszczą salony Mercedesa, Audi, Buicka i innych
    światowych marek, firmowe sklepy takich potentatów jak Benetton, Gucci,
    Ermenegildo Zegna, Christian Dior, Nina Ricci, Esther Lauder.


    Bank Chiński, Hongkong

    Do dobrego tonu należy pokazywać się w renomowanych kawiarniach i
    restauracjach, wyjeżdżać na weekendy, często robić zakupy i wręcz popisywać się
    zamożnością. Zachęcają do tego coraz liczniejsze i pełne towarów – łącznie z
    importowanymi – domy towarowe, pasaże i całe dzielnice handlowe, takie jak
    pekiński Wangfujing czy Xidan, szanghajska ulica Nankińska i jej okolice,
    centrum Kantonu.

    Współczesnymi bohaterami i idolami dla młodego pokolenia w Chinach są ludzie
    interesu, którzy jak przysłowiowy pucybut z Nowego Jorku doszli do wielkich
    pieniędzy z niczego. Takim idolem był swego czasu wspomniany Mou Qizhong; dziś
    są takimi wzorcami jeszcze bogatsi od niego: Ren Zhengfei – były oficer armii
    chińskiej, którego telekomunikacyjna firma Huawei jest szacowana na pół
    miliarda dolarów, czy hodowca drobiu Liu Yongchang, który dorobił się
    obliczanego na równo miliard dolarów majątku na paszy dla kur. Najstarszy i
    najbogatszy w ChRL businessman – 84-letni Rong Yiren (były wiceprzewodniczący
    ChRL, czyli zastępca głowy państwa), plasuje się niejako w innej kategorii,
    ponieważ jest potomkiem bankierów i przemysłowców, ergo dziedzicem rodzinnej
    fortuny, nieco uszczuplonej przez władze komunistyczne po 1949 r.

    Małżeństwo Lin Zhouhuei i Fang Xiaowen dopracowało się 120-milionowej fortuny
    na hodowli gołębi, pawi i strusi, Zhang Can i Yan Junjie – na dystrybucji
    wyrobów firmy Compaq w Azji Wschodniej, była gwiazda telewizyjna Yang Lan – na
    produkcji programów dla TV. Producent motocykli i części zamiennych Lu Hanzhen
    („tylko” 46 mln dol.) zakończył edukację w wieku lat 12, bo rodziców stać było
    tylko na opłacenie ostatniej klasy podstawówki po sprzedaniu ostatniego
    prosiaka. Choć najmniej wykształcony spośród chińskich milionerów, wykazał się
    niezwykłą smykałką do interesów, gdy z ulicznego sprzedawcy kukurydzy
    przeobraził się w producenta opakowań plastikowych, a w 1986 r. przerzucił się
    na części i osprzęt do motocykli.

    Na przeciwnym biegunie w grupie 50 najzamożniejszych obywateli ChRL znajduje
    się doktor fizyki, 38-letni Zhang Chaoyang, który dopiero co – w 1998 r. –
    założył portal internetowy sohu.com, już dziś wyceniany na 67 mln dol. Również
    najmłodszy chiński milioner – 30-letni Ding Lei – reprezentuje branżę
    internetową, będąc właścicielem portalu netcase.com (134 mln dol.).

    Pryncypialnie nastawieni przedstawiciele średniego i starszego pokolenia
    zżymają się, gdy młodzi gloryfikują nawet Lai Changxina – bohatera największej
    w komunistycznych Chinach afery korupcyjnej, w której zapadło już 14 wyroków
    śmierci i wiele wyroków długoletniego więzienia – sprawy przemytu licznych
    artykułów przemysłowych i surowców w prowincji Fujian . Wszystkim imponowała
    jego szczodrość i hojność, gest i szastanie pieniędzmi.


  • starymason 26.01.05, 20:08
    Urodzony w biednej chłopskiej rodzinie dorobił się – prawda, że niezbyt
    legalnie – ogromnego majątku, nadzorując misternie skonstruowaną sieć
    przemytniczą, która przerzucała do Chin wszelkie towary objęte wysokimi cłami,
    pobierając „tylko” skromną marżę. Wyszło tego ponad 10 mld dol. Było z czego
    stawiać hotele, finansować kluby sportowe, wybudować w Xiamen replikę
    pekińskiego Zakazanego Miasta, a także korumpować nawet bardzo wysoko
    postawionych urzędników państwowych.


    Fragment muru chińskiego

    Najładniejsze dziewczyny w Xiamen i okolicy z rozrzewnieniem wspominają czasy,
    gdy Lai faktycznie trząsł całą prowincją i wiele mógł w stolicy (np. jeden z
    osadzonych na 15 lat za kratkami w związku z tą aferą to były szef chińskiego
    wywiadu wojskowego gen. Ji Shengde). Zapewnienie jemu lub jego
    gościom „trzykrotnego towarzystwa”, przy stole, na parkiecie i w łóżku,
    przynosiło każdej z nich krocie.

    W odróżnieniu od biznesu dygnitarze i pracownicy aparatu państwowego i
    partyjnego oraz funkcjonariusze służb mundurowych nie mają oficjalnych
    możliwości zarobkowania (wręcz jest im to zabronione), ale ich także dotyka
    żądza pieniądza. Wielu z nich rekompensuje sobie te niedogodności profitami z
    koneksji, układów czy zakresu kompetencji. Niejeden z nich ulokował pokaźne
    sumy na zagranicznych kontach, a niektórzy nawet nie kryją, że spodziewając się
    krachu systemu chcą sobie i swoim rodzinom zapewnić spokojną przyszłość.

    ...a ile konkubin?

    Do stylu życia elity finansowej powróciła instytucja konkubinatu i płatnych
    utrzymanek. Liczący się biznesmen, a już koniecznie szef dużej firmy, dyrektor
    zarządu, a także osoba na stanowisku państwowym często jest w swoim otoczeniu
    zawodowym odpowiednio oceniana wtedy, gdy ma do dyspozycji – nie tylko dla
    siebie – panienki na zawołanie. Mogą to być dziewczyny związane z nim na stałe
    (łącznie z potomstwem), mogą być na przychodne. Jest to generalnie szerszy
    problem rozluźnienia rygorów społecznych w dzisiejszych Chinach.

    Coraz bardziej zarysowuje się przepaść między zamożnymi miastami wybrzeża oraz
    głównymi ośrodkami finansowymi i produkcyjnymi a zapóźnionym interiorem. Rząd
    ChRL podaje, że tylko 26 mln obywateli klepie biedę, ale są to wyliczenia
    oparte na zaniżonych kryteriach chińskich, które przyjmują jako granicę ubóstwa
    635 yuanów (tj. 77 dol.) rocznie, co daje 1,74 yuana (21 centów) dziennie.
    Według Banku Światowego, który przyjmuje jako granicę nędzy 365 dol. rocznie, w
    1998 r. w warunkach ubóstwa żyło 106 mln obywateli ChRL, tj. 11,5 proc.
    ludności. Dla populacji wiejskiej średni dochód roczny kształtuje się w
    granicach 2210 yuanów (267 dol.) – tyle zarabia miesięcznie przeciętny
    pracownik dobrej firmy np. w Pekinie. W najbiedniejszych rejonach – takich jak
    powiat Dingxi w prowincji Gansu – obiegowa rymowanka oddaje sedno
    codzienności: „oliwa zapewnia nam oświetlenie, własne gardła – łączność, nogi –
    transport, a seks – rozrywkę”. Tam nadal aktualna jest maksyma z czasów Mao:
    ubranie przez 3 lata nowe, przez następne trzy – używane, a przez kolejne trzy –
    cerowane i łatane.

    Zarabiających duże i wielkie pieniądze jest jeszcze w Chinach niewielu:
    zaledwie 1 proc. ogółu ludności (1,25 mln osób) może poszczycić się rocznym
    dochodem wynoszącym ponad 200 tys. yuanów (24 tys. dol.). W Shenzhenie
    przeciętna pensja miesięczna to 1852 yuany (224 dol.), w Kantonie – 1231 y (149
    dol.). Niespełna 5 proc. ludności ma na swoich kontach ponad połowę ogółu
    oszczędności, wynoszących 6 trylionów yuanów, a do 20 proc. obywateli należy 80
    proc. wkładów oszczędnościowych. Nadal na czele listy najbardziej pożądanych
    zawodów widnieją profesje politycznie nacechowane – mer, sekretarz partii,
    minister, gubernator, i to nie ze względu na zarobki, które są śmiesznie niskie
    (premier zarabia w ChRL 266 dol. miesięcznie, a minister 169 dol.), lecz
    koneksje, zakres władzy i uprawnień oraz wszelkie „dodatki”.

    W młodszym i najmłodszym pokoleniu dominują jednak już profesje
    odzwierciedlające ducha epoki – inżynier komputerowy, programista,
    administrator systemów komputerowych etc. Wysoko plasują się takie zawody jak
    manager banku (302 dol. miesięcznie), adwokat (453 dol.), profesor wyższej
    uczelni – 453 dol.), ale na czele hierarchii marzeń finansowych figurują posady
    w firmach zagranicznych, gdzie dyrektor naczelny zarabia prawie 2900
    dol., „zwykły” dyrektor – ok. 2 tys., a kierownik produkcji lub dyrektor
    handlowy – ok. 1800.

    Pogoń za pieniądzem również w Chinach przeorała świadomość i przeważyła nad
    wieloma innymi wartościami (z chwalebnym wyjątkiem edukacji), zaostrzając
    kontrasty i wewnętrzne napięcia, kryjące się za wizytówkami dobrobytu. Dla
    wielu mieszkańców Państwa Środka jeszcze długo będą to tylko piękne, nierealne
    obrazki.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka