Biorąc pod uwagę, że jestem tutaj pierwszy raz (a właściwie udzielam się pierwszy raz, bo czytać - czytałam już niektóre posty nie raz), witam ciepło wszystkich ;) Tak może na dobry początek ;)
Postanowiłam się wreszcie tutaj odezwać z jednego powodu. Jednego, ale dużego - nie bardzo wiem, jak sobie poradzić z obecną sytuacją. Do rzeczy.
Mam 21 lat i odkąd pamiętam w moim domu alkohol lał się strumieniami. No dobra, może i nie w tak ogromnych ilościach (czyżbym zaczynała bronić rodziców?) ale nie było to ani przyjemne, ani miłe. Kłótnie, czasami nawet z domieszką agresji fizycznej. Mama piła sobie w samotności, tłumacząc się tym, że nic więcej jej z życia nie zostało. Ojciec przynosił wieczorami alkohol, żeby pić z mamą - jak się tłumaczył - by tego nie robiła sama, za dnia. Dziwne wytłumaczenie, ale tak mówił. Najpierw było może kilka razy na tydzień, później już codziennie. Krzyki, zarzuty, obelgi... Ale wszystko się skończyło 24 września zeszłego roku...
Moja mama zmarła. Nie było już wnikania, dlaczego dokładnie, choć wątrobę to ona miała strasznie zmarnowaną. Ale nie o tym chciałam.
Cały czas mieszkam w domu z ojcem - który nadal popija sobie na wieczór, albo sam, albo z kumplami jakieś piwko. A później 200 gram do domu przynosi i śpi na stole. Nie ma już tych kłótni ciągnących się po nocach między rodzicami, ale nadal nie jest ciekawie.
Mój ojciec stał się nadopiekuńczy, o ile to dobre słowo. Kiedy gdzieś wychodzę, potrafi o 15 minut dzwonić i pytać co u mnie, kiedy wracam. Albo opieprzać mnie, za przeproszeniem, że zapomniałam, gdzie mieszkam, że olewam dom, że mam go w... głębokim poważaniu. Daje mi kazania, że jestem nieodpowiedzialna, zła, niedobra, że jestem jak dziecko, że nic nie umiem - ale z drugiej strony on nie daje mi pola do popisu. Jak kilka miesięcy temu pracowałam - wkurzał się, że w ogólę chcę iść do pracy, że on będzie mnie utrzymywał (a nie ukrywam, że z tym raz lepiej, raz gorzej, choć on ciągle wierzy, ze kiedyś będzie bogaty...). Dwa - po co chcę iść do pracy, jak ja mam pracować u niego w firmie przecież? Nawet mnie o zdanie nie pyta.. Gotować nie mogę, bo on i tak nic nie zje, prawie, z tego co przygotuję, a ja już nie mogę patrzeć na te zupy z paczki, które jemy przez trzy dni, a później kolejna, niby nna, choć smak ma ten sam.
Tak bez większych szczegółów - stara się ułóżyć mi życie pod siebie, nie dając mi możliwości decydować o niczym (tu wracam do jego stwierdzeń, że jestem nieodpowiedzialna), choć wymaga ode mnie tego. Paradoks, czy tyko ja to tak widzę?
Do sedna:
Chcę się wyprowadzić. Rozmawiałam o tym z przyjaciółmi, mówią, że to dobry pomysł. Ale teraz powtaje problem - moje wyrzuty sumienia nie dają mi spokoju. Bo tata będzie sam, bo go zostawię, bo przed całą rodziną wyjdę na s..kę, bo przecież mama zmarła tak niedawno, a ja chcę zostawić biednego ojczulka samiuśkiego w dużym jak na jedną osobę mieszkaniu... bo sobie nie poradzę! (powoli dochodzę do wniosku, że to moje lęki są spowodowane jego [ojca] niedocenianiem mnie. Staram się nad sobą pracować, nie wiem, chyba jakieś malutkie kroczki robię...). Nie wiem, jak mu to zakomunikować, że chcę się wynieść, bo boję się jego reakcji. Nie wiem, czy on zdaje sobie sprawę, ale jego niektóre miny, gesty, słowa tak działają na moje wyrzuty sumienia, że... taki bolesny szantaż emocjonalny....
Jestem DDA, wiem o tym, ale walczę z tym, sama, dla przyjaciół. Staram się częściej uśmiechać, cieszyć, wygłupiać, choć nadal mam problemy ze spontanicznością. Podejrzewam, a nawet wiem, że wyprowadzka pomogłaby mi rozwinąć skrzydła. Ale czuję się jak przywiązany pies jakimś łańcuchem do swojej budy - czyli do ojca. Totalnie nie wiem, co mam ze sobą zrobić, jak mu to powiedzieć, kiedy...?
Trochę chaotycznie, wybaczcie... Mam nadzieję jednak, że było choć w części zrozumiale...