witam,
jestem już na finiszu terapii i czuję, że moje życie nabrało nowych
barw i jest mi cudnie, jak nigdy. Czuję się silna i z wieloma
rzeczami/ludźmi/sytuacjami sobie radzę. Jest jednak małe ALE. Otóż
czuję totalne obrzydzenie do mojego ojca. Nie mogę znieść, że teraz
jak już opuściłam "dom rodzinny" robi się taki "milusi" i na siłę
chce mnie uszczęśliwiać. Chciałabym do tego podejść konstruktywnie,
ale uczucia we mnie wzbudza takie, że po każdych odwiedzinach u
moich rodziców wracam roztrzęsiona i "brudna". Wczoraj poruszyłam
wreszcie ten temat na terapii. No i oczywiście, tak jak myślałam,
rozwiązaniem jest poinformowanie o moich odczuciach z przeszłości w
stosunku do niego i tego, co się działo. List, rozmowa, cokolwiek...
qrcze i po prostu czuję totalną bezsilność. Poradziłam sobie z
paroma trudnymi relacjami, ale skończyło się to również odcięciem od
tych osób. A tu sytuacja jest inna, bo gdzieśtam on nadal będzie
moim ojcem. Poza tym nie mam ochoty na dokopywanie mu, a raczej nie
jest miodem na uszy słuchanie, o tym jak fatalnie się czułam przez
te lata właśnie z powodu sytuacji w domu. Na samą myśl czuję się
winna O.o
Moje pytanie jest takie: czy komuś udało się przez taką sytuację
przejść?
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.