Forum Zdrowie DDA
ZMIEŃ
    Dodaj do ulubionych

    Radykalne Wybaczanie.

    02.12.07, 12:24
    Witam Wszystkich!
    Podczytuję to forum od jakiegoś czasu. Jak się okazało, choć nie jestem DDA,
    to mamy jednak sporo wspólnego.
    Czy ktoś z Was próbował metody radykalnego wybaczania?
    Trochę artykułów i informacji o tej metodzie możecie znaleźć na forum:

    www.radykalnewybaczanie.fora.pl/
    Ja przez to przeszłam. A miałam wiele, oj, wiele do wybaczenia moim rodzicom.
    Doskonale wiem, co to agresja. Ale mój ojciec nie bił po pijanemu. Bił na
    trzeźwo. I czasem nie mógł skończyć.

    Było ciężko, ale udało się.
    I warto było, wierzcie mi. Ten wysiłek bardzo się opłacił.
    Wreszcie mam normalne życie. Nie ma we mnie już nienawiści do siebie, do moich
    rodziców, lęku, pozbyłam się syndromu ofiary. I teraz czuję się tak, jakby
    ktoś zdjął mi z barków ogromny ciężar.
    Życie nigdy wcześniej nie było takie piękne :)

    Życzę Wam Wszystkim z całego serca, żeby i Wam się udało uwolnić od tego.
    Serdecznie pozdrawiam!
    Edytor zaawansowany
    • anoosha 06.12.07, 10:21
      A chodzilas na warsztaty czy jakos sama nad sobą pracowałaś?
      Co polecasz w związku z tą metodą?
    • joannbernat 08.12.07, 13:28
      Pracowałam nad sobą wiele lat.
      Część spraw załatwiłam sama, kierując się tylko intuicją. Część później na
      warsztatach zahaczających o radykalne wybaczanie.
      Ale na takich typowych warsztatach nigdy nie byłam.
      Gdy pojawiły się w Polsce, ja nie mialam już konieczności, by z nich korzystać.

      Bardzo polecam wszystkim książkę po. "Toksyczni rodzice".
      Ta książka rozjaśniła mi wiele rzeczy.
      Są tam też podane techniki, z którymi można pracować, by uwolnić się od balastu
      z przeszłości. Ja te techniki na sobie zastosowałam i efekt był świetny. Udało się.
      Ja miałam wiele do załatwienia zarówno z nieżyjącym już wtedy ojcem, jak i z
      moją mamą. W tej książce piszą, jak np.załatwić sprawę, gdy rodzice nie żyją i
      nie można z nimi normalnie rozmawiać.

      Bardzo wszystkim polecam.
    • anoosha 08.12.07, 18:20
      Dziekuje Ci bardzo i pozdrawiam!
    • hilary1112 08.12.07, 18:34
      hmmmm....szczerze mowiac to ja chyba nigdy nie wybacze swojemu ojcu
      i chyba nie mam zamiaru....na pewno nie teraz bo co najwazniejsze
      musze sie zajac soba postawic siebie na 1 miejscu a nie tak jak
      robilam to kiedys ze wszystko bylo uzaleznione od Niego, kazde
      posuniecie, dzien wyczekiwania czy przyjdzie do domu trzezwy i czy
      mozemy odetchnac z ulga....mam w sobie duzo gniewu ktory najpierw
      musi calkowicie ze mnie wyjsc a pozniej moge MYSLEC czy mu wybacze
      czy nie bo czasami same slowo wybaczam nie wystarcza jest taka
      przykrywka ze niby wszystko jest ok ale tak naprawde to oszukiwanie
      samego siebie...pozdrawiam
    • joannbernat 10.12.07, 22:15
      Zrozumienie, to klucz do wybaczenia.
      Bez zrozumienia przyczyny, dlaczego w ogóle pewne rzeczy się dzieją, nie można
      myśleć o wybaczeniu.
      Gdy się zrozumie, ból znika niemal automatycznie, a w człowieku pojawia się
      nieznana dotąd siła.
      Ja mogłam wybaczyć, bo zrozumiałam.
      A było to tak:

      Był 2002 rok. Kwiecień. W niewielkim schronisku w górach udało nam się
      zorganizować spotkanie dla grupy osób, które, podobnie jak ja, chciały spojrzeć
      na świat okiem detektywa z tej nieco "innej" strony. Cel tego spotkania można by
      określić jako "doświadczanie innych stanów świadomości".
      Mam za sobą regresing, przechodzenie przez proces śmierci, taniec transowy,
      spotkanie ze swoim duchem opiekuńczym i wiele innych doświadczeń.
      Ale to najważniejsze dla mnie miało miejsce na końcu.

      Wiedziałam, że prowadzący to spotkanie, mój serdeczny przyjaciel i cudowny
      człowiek, planuje na zakończenie chodzenie po rozżarzonych węglach. Ale ponieważ
      uczestnictwo w każdym z poszczególnych doświadczeń było całkowicie dobrowolne,
      mogłam w tym uczestniczyć, albo nie. Nikt mnie nie namawiał ani tym bardziej nie
      zmuszał. I, o ile z początku nie negowałam tego jakoś bardzo, zastanawiałam się,
      rozważałam, a może by jednak..?
      ...bardzo szybko zmieniałam zdanie, gdy zobaczyłam jak to na żywo wygląda.

      Ognisko paliło się przez dwa dni non stop. Podczas gdy my doświadczaliśmy dziwów
      w specjalnie przygotowanej do tego sali, poproszone przez nas osoby ciągle
      dorzucały drewno do ogniska. Żeby przygotować ścieżkę po której można przejść,
      trzeba spalić coś koło tony drewna.
      Potraficie sobie wyobrazić, jak takie ognicho wygląda? Jest przeogromne!!!
      Gdy to zobaczyłam, zwątpiłam od razu. Powiedziałam sobie: "O nie, moja droga!
      Żadnych takich hec! Masz wystarczająco dużo problemów, żeby jeszcze wylądować w
      szpitalu z poparzonymi nogami."
      I oznajmiłam wszystkim, że ja w tym zbiorowym samobójstwie uczestniczyć nie
      zamierzam.
      Usadowiłam się wygodnie gdzieś z boczku i cichutko siedząc obserwowałam rozwój
      dalszych wydarzeń.

      Żeby można było chodzić po rozżarzonych węglach, trzeba najpierw rozgrabić
      ognisko i przygotować kilkumetrowej długości ścieżkę. I tu pojawił się pewien
      problem, bo żar od ogniska bił taki, że nie można było do niego podejść na
      odległość półtora metra.
      Trzeba było przywiązać grabie do ponad dwumetrowej długości kija i wtedy
      pomalutku prace zaczęły się posuwać na przód. W końcu ścieżka była gotowa.
      Pierwszy oczywiście przeszedł nasz prowadzący. Za nim - kolejne osoby z grupy,
      między innymi mój mąż (potem przyznał mi się, że gdy zobaczył ognisko miał
      ochotę zrobić to samo, co ja, ale ponieważ wcześniej udawał twardziela, głupio
      mu było się wycofać).

      Dlaczego zmieniłam zdanie? Co skłoniło mnie, żeby jednak przejść przez ścieżkę?
      Zadałam sobie pytanie - "Skoro oni przeszli i nic im się nie stało, to dlaczego
      ja mam tego nie zrobić? W czym jestem od nich gorsza? Skoro inni mogą to robić,
      to dlaczego nie ja?"
      Kropką nad "i" była moja przyjaciółka, od wielu lat chorująca na stwardnienie
      rozsiane. W czasie tego spotkania nie czuła się najlepiej, bardzo słabo chodziła.
      Ale uparła się, że chce przejść i przeszła. Była pierwszą kobietą z grupy, która
      się odważyła. Drugą kobietą byłam ja.

      Co czuje człowiek, gdy stoi przed ścieżką z żarzących się węgli?
      Przede wszystkim - gorąco.
      Ledwie dało się wystać w odległości pół metra. Ale i tak zimny pot płynął mi
      stróżką po plecach. Ze strachu oczywiście.
      Potwornie się bałam. Stałam w kałuży wody (przed wejściem na ścieżkę trzeba
      najpierw zmoczyć stopy) i próbowałam słuchać, co prowadzący do mnie mówi.
      A potem jeszcze ze 20 sekund na wyciszenie, parę głębokich wdechów i... I w
      ciągu tych 20 sekund właśnie, miała miejsce moja króciutka rozmowa z Bogiem
      (kumplujemy się jakoś ostatnio i lubimy sobie pogadać czasami), której do końca
      życia chyba nie zapomnę.
      - Boże, jesteś? Słyszysz mnie?
      - No pewnie! Jak zawsze.
      - Potrzebuję cudu. Zrobisz to dla mnie?
      - A niby co?
      - Jak to...? Przecież...
      - Ani nawet palcem nie kiwnę!
      - (chwila mojej konsternacji) Przecież ja sama nie potrafię, nie dam rady...
      - Ech, wy ludzie... Tyle razy Wam mówiłem, że stworzyłem Was na swoje
      podobieństwo, więc skoro ja potrafię czynić cuda, wy też potraficie!
      - Więc jak mam to zrobić? Powiedz mi chociaż tyle...
      - Uwierz, że możesz! Po prostu uwierz!!!

      "Dobra, wierzę Ci! Potrafię to zrobić. Przejdę! Sama bez niczyjej pomocy."

      I wtedy właśnie usłyszałam cichy głos prowadzącego.
      - Idziesz!
      Dotknął delikatnie moich pleców, dając mi tym samym sygnał, że już czas. W jakiś
      przedziwny sposób wyczuł, że jestem gotowa, by to zrobić. Zupełnie tak, jakby
      słyszał całą tę rozmowę, która miała miejsce w mojej głowie. Jest naprawdę
      doskonały w tym, co robi, do bólu kompetentny. Po prostu wiedział, że to już.

      Pierwszy krok...
      Czas się zatrzymał, dźwięki przestały dźwięczeć, wszelki ruch wokół zamarł.
      A ja szłam. Nie czułam nawet gorąca. I nie bałam się już. Wiedziałam, że nic mi
      się nie stanie. Po prostu wiedziałam! Czułam to! I ta pewność była tak potężna,
      że w tym stanie mogłabym zrobić chyba wszystko (może nawet chodzić po wodzie,
      kto wie?)

      Żaden, ale to absolutnie żaden człowiek nie wejdzie na ścieżkę z żarzących się
      węgli, jeśli nie wytworzy w swoim umyśle tego stanu absolutnej pewności.
      Pewności, że nic mu się nie stanie. Gdyby tej pewności nie wytworzył, po prostu
      nie zrobiłby tego pierwszego kroku. Matka Natura tak nas zaprogramowała, dała
      nam odruch bezwarunkowy. Mamy w genach zaprogramowane, by uciekać przed gorącem.
      I wydawałoby się, że ze świadomego punktu widzenia nie mamy na to żadnego
      wpływu. Ale, jak się przekonałam na własnej skórze, mamy na to wpływ! Mamy wpływ
      na wszystko! Umysł człowieka jest PRZEPOTĘŻNY !!!

      "Gdybyście mieli wiarę choćby jak ziarnko maku, moglibyście góry przenosić"

      Szkoda, że nauczono nas rozumieć to na opak.
      Wiarę nie w Boga, ale w SIEBIE !!!
      To ja to zrobiłam! Ja sama.
      Wtedy, gdy zwróciłam się do Boga o pomoc, a on odmówił, przez chwilę byłam na
      Niego wściekła. Czułam żal, że mi nie pomógł... Ale tylko przez chwilę. Zdążyłam
      się już wielokrotnie przekonać, że On wie co robi, a jak czegoś nie robi, to też
      wie dlaczego.
      ("Bóg słucha naszych modlitw i spełnia wszystkie nasze prośby. A jeśli nie
      spełnia, to znaczy, że się o niewłaściwe dla nas rzeczy modlimy" - niestety, nie
      pamiętam już czyje to słowa. Długo nie mogłam zrozumieć, co one tak właściwie
      znaczą. Ale, jak widać, na wszystko musi przyjść właściwy czas.)

      Gdybym wtedy, w mojej głowie, usłyszała jego głos mówiący:
      "Dobra, Mała, zrobię to dla Ciebie, możesz iść! " , to znów byłby to Jego cud,
      nie mój. I nic by się nie zmieniło. Dalej byłabym małą, zakompleksioną
      dziewczynką, której się wydaje, że świat się na nią uwziął i z jakiegoś
      niezrozumiałego zupełnie powodu robi wszystko, by jeszcze bardziej jej dokuczyć.
      I znów wisiałabym na innych osobach błagając o jakąś pomoc, nie radząc sobie z
      niczym.

      Bóg nie ma żadnego interesu w tym, byśmy ciągle na Nim wisieli i mu jęczeli -
      "Boże, daj mi to, zrób dla nie tamto..."
      Tak jak każdy rodzic, nie ma żadnego interesu w tym, byśmy my - jego dzieci byli
      przez cały czas od niego zależni. Nie chce, byśmy ciągle zawracali mu głowę.
      Chce, byśmy docelowo stali się samodzielni. Żebyśmy się nauczyli sami o siebie
      dbać i spełniać swoje marzenia, zaspokajać swoje potrzeby, bo to daje POCZUCIE
      BEZPIECZEŃSTWA (a to z kolei jest jedną z najważniejszych potrzeb każdego
      człowieka).
      Tak - niezależność emocjonalna i poleganie na sobie dają poczucie
      bezpieczeństwa, jak nic innego na świecie.

    • joannbernat 10.12.07, 22:17
      Wszyscy rodzice doskonale wiedzą, że przychodzi taki moment w życiu każdego
      dziecka, kiedy - dla jego własnego dobra - trzeba wprowadzić zmiany. Ja też
      ciągle mówię mojemu synkowi, że nie będę go więcej karmić, ubierać, że musi się
      sam tego nauczyć, że musi się nauczyć być samodzielny, niezależny od nikogo.
      Buntuje się, płacze, obraża się na mnie, ale wiem, że muszę być konsekwentna, bo
      już na to czas. Dla mojego synka są to bolesne zmiany, wymagające od niego
      znacznego wysiłku, nie jest więc do nich zbyt skory. Przyjemniej jest, gdy to
      mama wsadza łyżeczkę z żarełkiem do buzi, podciąga spodenki, zakłada buciki...
      Ale ja, z perspektywy dorosłego człowieka (jakże innej, niż perspektywa
      trzylatka) wiem, że jeśli nie będę stanowcza, jeśli nie wymuszę w pewien sposób
      na nim tych zmian, to zrobię z niego życiowego kalekę.

      Dorastanie jest bolesne. W każdym wieku. Choć w pewnym momencie nasze ciało
      przestaje rosnąć, duchowo mamy szansę wzrastać cały czas. Buntujemy się przed
      tym wzrostem jak małe dzieci, nie chcemy wziąć odpowiedzialności za własne życie
      w swoje ręce, bo to wymaga wysiłku. Wymaga zmiany myślenia i nastawienia. A my
      nie lubimy myśleć, wysilać się. Wolimy obwiniać o wszystko innych, tak jest
      prościej. Poza tym, ta zmiana myślenia musi być często diametralna. A to oznacza
      z kolei przyznanie się przed samym sobą do tego, że jednak nie jesteśmy tak
      mądrzy, jak nam się wydawało, że się myliliśmy. Że świat jest inny, niż
      myśleliśmy. A niestety, łatwiej nieświadomie tkwić w błędzie, niż uświadomić
      sobie prawdę.
      Prawda boli, uwiera i niewygodnie się ją nosi, bo gdy już poznamy prawdę nie
      umiemy żyć tak, jak do tej pory. Poznanie prawdy nieuchronnie pociąga za sobą
      zmiany. A zmiany, to wysiłek. (Mój nieżyjący już ojciec palił papierosy nałogowo
      od czternastego roku życia i twierdził, że rzucenie nałogu po tylu latach jest
      niemożliwe. Po pierwszym stanie przedzawałowym odkrył prawdę - jego ciało nie
      jest nieśmiertelne, palenie naprawdę szkodzi, a nałóg da się rzucić - już nigdy
      więcej nie wziął do ust papierosa.)

      Ze mną było to samo. Też miałam jakieś tam swoje prawdy, w które święcie wierzyłam.

      "Co? Ja, ja taka mądra, wszystko wiedząca miałabym się przyznać, że to moja
      wina, że mi się w życiu nie wiedzie? Że jestem nieszczęśliwa?
      O nie, mam całe mnóstwo powodów, by twierdzić, że jest inaczej! Miałam
      przerąbane, odkąd tylko pamiętam. Gdy byłam dzieckiem ojciec strasznie mnie
      obijał. Wyżywał się na mnie zawsze, gdy miał zły humor by sobie ulżyć. Mama też
      nie pozostawała w tyle. Próbowała sobie ze mnie zrobić tresowanego pudla
      (chodzenie na smyczy było raczej modne w naszej rodzinie - to taka tradycja
      przekazywana z matki na córkę), a gdy nie chciałam grzecznie chodzić przy nodze,
      za każdym razem zalewała się łzami mówiąc mi, jaką to ja jestem wyrodną córką,
      próbując wzbudzić we mnie w ten sposób poczucie winy, I świetnie jej się to
      udawało, nie powiem. Była mistrzynią w psychicznym szantażowaniu mnie.
      Do tego w domu wieczne wojny między rodzicami, awantury, ciche dni...
      Potem zmiana szkoły (liceum), stres, i do tego poważna choroba, która zmieniła
      moje życie w jeszcze większe piekło. Potem przyszedł czas na pierwsze
      zauroczenia, miłość - i znów schody, bo rodzice nie zaakceptowali mojego
      wybranka (aktualnego męża - pewnie dlatego, że okazał się tak samo świrnięty,
      jak ja - naprawdę, jesteśmy świetnie dobraną parą). Skończyło się tym, że ojciec
      wyrzucił mnie z domu. Mieszkanie z teściową schizofreniczką też raczej nie
      należało do łatwych doświadczeń. I tak dalej, i tak dalej... Długo by mówić... I
      to ja mam być temu wszystkiemu winna? A niby z jakiej racji? A co ja mogłam
      zrobić? Nic nie mogłam, przecież byłam dzieckiem! Osobą totalnie zależną od
      innych. Więc jaka w tym moja wina?"

      Nie ma czegoś takiego, jak wina. Tak było, bo miało być. Bo sama wybrałam dla
      siebie takich rodziców i takie doświadczenia. Były mi one potrzebne, by
      zrozumieć pewne rzeczy. Teraz to wiem.
      Teraz wiem też, że takie myślenie jak to moje z przed paru lat było błędem, a
      tak niestety myśli większość z Was.
      A co jest prawdą? Tą prawdziwą prawdą?
      Chyba najłatwiej będzie mi ująć to w ten sposób:

    • joannbernat 10.12.07, 22:18
      "Dziękuję Ci, Tato, za te wszystkie razy, które mi zadałeś. (Chyba do końca
      życia nie zapomnę skrzypienia otwieranej szafy, widoku pasa w twojej wielkiej
      dłoni i jeszcze tego panicznego strachu przed tym, co stanie się za chwilę, a co
      jest nieuchronne).
      Wybrałam sobie na ojca nikogo innego, lecz właśnie Ciebie. Wiedziałam, że
      dorastanie przy Tobie może być dla mnie błogosławieństwem. Ty mogłeś mnie
      nauczyć, co to znaczy fizyczny ból, agresja. To właśnie poprzez ciągłe
      doświadczanie tych uczuć w dzieciństwie nauczyłam się empatii. To właśnie dzięki
      Tobie brzydzę się wszelkiej fizycznej przemocy (pewnie dlatego też jestem
      wegetarianką). Byłeś dla mnie jak "seria bolesnych zastrzyków". Dzięki Tobie
      Tato wyleczyłam się z choroby zwanej OBOJĘTNOŚCIĄ. Byłeś najlepszym ojcem,
      jakiego mogłam mieć. Dziękuję Ci, Tatusiu, za wszystko!

      Dziękuję Ci, Mamo, za psychiczny ból i każdą łzę, którą przez Ciebie wypłakałam.
      Dzięki Tobie, nauczyłam się, że matka jest tą osobą, która powinna ocierać łzy
      swoich dzieci, a nie je powodować.

      Dziękuję Ci, Mamo, za ten paniczny lęk o mnie, który zawsze nosiłaś w sobie i
      którym mnie próbowałaś zarazić.
      Dzięki Tobie zrozumiałam, że matka, to osoba, która powinna koić lęki swoich
      dzieci, a nie je wzmacniać.

      Dziękuję Ci, mamusiu i za to, że za wszelką cenę próbowałaś mnie trzymać na
      smyczy i kontrolować każdy mój krok, każdy mój oddech.
      Dzięki Tobie nauczyłam się być wolną. Dziś potrafię zerwać każdą smycz. Żyję,
      jak chcę, myślę, co chcę i jeszcze mam coraz więcej odwagi, by mówić to, co myślę.
      (Ech... kiedyś mnie za to pewnie na stosie spalą, ale co tam. Nie pierwszy to
      raz i pewnie nie ostatni.)

      Dziękuję Ci też za Twój brak wiary w siebie, za bezgraniczne poddaństwo wobec
      autorytetów, za totalne nieufanie swojej intuicji, za brak życiowej zaradności i
      nieumiejętność oddzielania rzeczy wartościowych od bezwartościowych. Byłaś dla
      mnie skrajnym zaprzeczeniem tego, jaka powinna być kobieta. W zasadzie, patrząc
      na Ciebie, łatwo mi się było domyślić, jaka powinna ona być. Nie chciałam być
      taka, jak Ty. Choć bardzo Cię kochałam, byłaś dla mnie antywzorem. Wiedziałam,
      że idziesz w złą stronę. Ja poszłam zupełnie inną drogą. Dokładnie w przeciwnym
      kierunku.

      Dzięki Tobie, Mamo nauczyłam się zwykłej, życiowej MĄDROŚCI i tego, co nazywa
      się ostatnio ładnie emocjonalną inteligencją. Widziałam wszystkie błędy, które
      popełniałaś tylko dlatego, że słuchałaś nie siebie, lecz głupich ludzi dookoła z
      paroma dodatkowymi literkami przed nazwiskiem. To właśnie dzięki Tobie
      zrozumiałam, że tak absolutnie nie wolno robić. Dzięki Tobie mamo nauczyłam się
      SAMODZIELNIE MYŚLEĆ. Pewnie dlatego, że ty nigdy tego nie robiłaś, a ja chciałam
      być Twoim totalnym przeciwieństwem. Byłaś dla mnie najlepszą matką z możliwych.
      Nauczyłaś mnie wszystkiego, czego potrzebowałam, by stać się tym, kim dzisiaj
      jestem - szczęśliwym człowiekiem (w sposób dość niekonwencjonalny, to prawda,
      ale za to bardzo skuteczny). Dziękuję Ci Mamo za wszystko. Byłaś dla mnie
      idealną matką. Teraz, patrząc na swoje życie z perspektywy czasu wiem, że nie
      mogłam lepiej wybrać."

      Boże... Tyle zmarnowanych lat. Tyle złości, nienawiści we mnie było, obwiniania
      o różne rzeczy... A wystarczyło tylko trochę zmienić perspektywę. Jakże inaczej
      wszystko teraz wygląda. Nagle, to bezsensowne, jak mi się kiedyś wydawało,
      cierpienie zaczęło mieć sens. Okazało się tak bardzo potrzebne, wręcz konieczne
      do dalszego rozwoju mojej samoświadomości.
      Tak trudno nam czasem zaakceptować cierpienie - swoje i innych. Pytamy o sens
      tego, wygrażamy Bogu pięściami, czujemy się skrzywdzeni, niesprawiedliwie
      potraktowani, obrażeni... Tak trudno nam zrozumieć istnienie zła, bólu,
      cierpienia i tego wszystkiego, co ogólnie nazywamy "złem".
      Ale, gdyby nie było zła, to jak nauczylibyśmy się doceniać to, co jest dobre?
      Czy ktoś, kto nigdy nie znalazł się w ciemności potrafiłby docenić światło?

      Nie ma rzeczy dobrych i złych. Rzeczy są takie, jakie są i takie, jakimi być
      powinny. To nasz stosunek do tych rzeczy może być dobry, albo zły.

    • joannbernat 10.12.07, 22:19

      Ciekawe, z jakiej perspektywy patrzy Bóg?
      Nawet nie będę sobie próbowała tego wyobrazić, ale myślę, że przepaść jest
      znacznie większa, niż między trzylatkiem i trzydziestolatkiem.

      On wiedział, że sama muszę zrobić ten pierwszy krok, wejść na tę ścieżkę bez
      niczyjej pomocy.
      On wiedział, że to będzie mój pierwszy krok w prawdziwą emocjonalną dorosłość.
      (To było, jak zdanie matury z emocjonalnej i duchowej dojrzałości - i początek
      dalszej nauki - dostałam się na studia i zaczęłam studiować "duchowość")
      On wiedział, że źródła mocy trzeba szukać w sobie, nie w innych, bo tylko to
      źródło jest pewne i niezawodne. I wiedział, że już jestem na to gotowa. Ja tego
      jeszcze wtedy nie wiedziałam, dlatego byłam zła na Niego, teraz już wiem, że
      miał rację. Jak zawsze.

      Ostatni krok na ścieżce...
      Niewiele pamiętam... Wiem tylko, że skakałam z radości i krzyczałam:
      "Zrobiłam to, zrobiłam to!" Miałam w oczach łzy radości.

      I od tamtej pory wszystko się zmieniło. Zaczęłam żyć jakby w innym wymiarze.
      Skoro mogłam chodzić po rozżarzonych węglach, to mogę zrobić w zasadzie
      wszystko. Granicą jest chyba jedynie moja wyobraźnia. Potrzeba tylko do tego
      mniejszej lub większej wiary w siebie.

      Pamiętam, jak pewnego dnia dopadł mnie straszny kryzys. Byłam wtedy w szóstym
      miesiącu ciąży. Przyznałam się mojemu mężowi, że bardzo boję się porodu.
      Pamiętam, jak wtedy na mnie spojrzał, jego totalne zdziwienie. I pamiętam też
      doskonale, co mi odpowiedział:
      "Po ogniu chodziłaś, a boisz się, że dziecka nie urodzisz?"
      Wystarczyło to jedno zdanie... Przypomniał mi po prostu to, co należało. Stan
      niemocy i lęku minął w jednej chwili. I zawsze mija. Zawsze, gdy przypomnę sobie
      te najbardziej niezwykłe pięć sekund mojego życia :)

      Zdałam sobie sprawę, że świat to trochę taki Matrix. I absolutnie każdy z nas
      może być "wybrańcem". Wiem, że to trochę głupio i pompatycznie brzmi. Ale zdaje
      się, że tak właśnie jest. Każdy, kto tylko zechce. Żyli już na tym świecie
      ludzie, którzy to wiedzieli. Jezus, Budda, jeszcze wielu innych... Oni próbowali
      nam to powiedzieć. Szkoda, że to, co mówili zostało tak bardzo zniekształcone
      zębem czasu. Wiedzieli, że nie ma rzeczy niemożliwych do zrobienia. Potrzeba
      tylko niczym nie zachwianej wiary w to, że wszystko jest możliwe i że jesteśmy w
      stanie to zrobić. Dokładnie takiej samej wiary, jak u małego dziecka, które
      właśnie uczy się chodzić. Przewraca się ono dziesiątki, a może i setki razy,
      zanim zupełnie samodzielnie zrobi parę pierwszych kroków. Ale nie ma takiej
      siły, która odwiodłaby dziecko od dalszych prób. I będzie ono podnosić się i
      próbować, aż do skutku. Aż się nauczy chodzić. (Jakże często nam, dorosłym
      brakuje takiej wiary i determinacji w dążeniu do celu).
      I tak, jak naszym biologicznym przeznaczeniem jest poruszanie się na dwóch
      nogach w pozycji wyprostowanej, tak naszym duchowym przeznaczeniem jest
      osiągnięcie tego niezwykłego stanu umysłu (duszy?). Mnie się udało na parę
      sekund. Oni (Jezus, Budda) byli w tym stanie umysłu przez cały czas.
      Mogę więc chyba zaryzykować i powiedzieć, że w pewnym sensie "otarłam się" o
      świętość. Jeszcze inni nazywają ten stan oświeceniem. I od tego czasu bardzo za
      tym tęsknię. Nie mogę o tym zapomnieć. Marzę, by znów to poczuć, choćby przez
      chwilę.

      Myślę, że to trochę tak, jak zobaczyć kosmos i naszą Ziemię z orbity, na żywo.
      Czytałam gdzieś, że wszyscy astronauci mają ten sam problem. Ponoć, gdy ktoś raz
      zobaczy ten widok na własne oczy, już zawsze za tym tęskni. Do końca życia. A
      gdy wróci na Ziemię, to już nie jest tak, jak było przedtem. Jest "za ciasno".

      Ja wróciłam. Bardzo szybko spadłam na ziemię. Znów zanurzyłam się po uszy w
      codzienności, w labiryncie niezałatwionych spraw, w gąszczu trosk, problemów...
      Ale teraz już wiem, że istnieje jeszcze inny świat.
      Doświadczenie z chodzeniem po rozżarzonych węglach dało mi tak potężnego
      "kopolota", że wyleciałam w powietrze wysoko, wysoko. Z lotu ptaka wszystko
      wygląda inaczej. Wszystko. I od razu pojawiają się odpowiedzi na pytania. Bo,
      gdy tkwimy w labiryncie, niewiele widzimy i nie wiemy dokąd iść. Ale, gdy dane
      nam jest choćby na chwilę unieść się wysoko nad nim, od razu widać w którą
      stronę trzeba iść, żeby znaleźć wyjście.

      Przez parę lat, dopóki nie urodziłam synka, pracowałam jako nauczycielka.
      I zawsze wiedziałam, że nie ma złych ani głupich dzieci - są tylko złe,
      nieudolne metody wychowawcze, brak zrozumienia, akceptacji, brak indywidualnego
      podejścia, empatii, miłości.
      Teraz wiem też, że nie ma nieuleczalnych chorób - są tylko złe metody leczenia,
      brak wiary w możliwość wyzdrowienia, bierność.

      I w ogóle nie ma rzeczy niemożliwych do zrobienia - jeśli coś nam w życiu nie
      wychodzi, coś się nie udaje, to znaczy, że źle się do tego zabieramy. Musimy
      szukać innych metod. Musimy ciągle próbować, próbować i próbować - tak, jak małe
      dziecko uczące się chodzić. I wierzyć w siebie. Wierzyć, że nam się uda! To nie
      świat jest winien, że nam się nie udaje. Świat jest dokładnie taki, jaki ma być.
      Jest idealnie skonstruowany (Boże, odwaliłeś naprawdę kawał dobrej roboty!) Błąd
      jest gdzieś w nas samych, w środku. Zawsze!

      Na koniec jeszcze tylko jedno zdanie, które kiedyś usłyszałam, a które zawsze w
      sposób cudowny stawia mnie na nogi:

      "Jeśli uważasz, że jesteś życiowym pechowcem, jeśli tkwisz w dołku, bo zgubiłeś
      gdzieś wiarę w swoje możliwości, przypomnij sobie, że kiedyś byłeś tym jednym z
      paru milionów plemników i to właśnie Tobie się udało!"

    • joannbernat 10.12.07, 22:27
      Kochani!

      Jeżeli nie chcecie wybaczyć, spróbujcie zrozumieć. A wybaczenie przyjdzie samo.
      Jeśli nie zrozumiecie i nie wybaczycie, skarzecie samych siebie na to, że ten
      ból, ten gniew, tę nienawiść będziecie dźwigać w sobie do końca życia. To będzie
      jak kula u nogi. To nigdy nie pozwoli Wam normalnie żyć i cieszyć się życiem.

      Czy chcecie się tak czuć?
      Czy chcecie, żeby bolało już do końca życia?

      Tak naprawdę nie robimy (myślę o wybaczeniu) tego dla rodziców. Robimy to DLA
      SIEBIE.
      Uwolnienie się od tego, to najpiękniejszy prezent, jaki można sobie podarować.
      Naszym rodzicom często jest wszystko jedno czy im wybaczymy, czy nie.
      Ale NAM nie jest wszystko jedno.
      Te destruktywne uczucia obciążają Was, nie ich.
      Warto się od tego uwolnić.

      Ja jestem wolna. I bardzo szczęśliwa.
      I z całego serca życzę Wam wszystkim tego samego.
    • log222 11.12.07, 18:41
      A ci ludzie, którzy teraz swoim dzieciom "oddają" przemoc, którą dostali w
      dzieciństwie, też mają dziękować za nią rodzicom?
      Znaczy tfu, już to zrobili...
    • log222 11.12.07, 18:57
      Dość uproszczone to "zrozumienie". Myślałam, że będzie o wzorcach, o tym jak to
      przechodzi z pokolenia na pokolenie, itd. a tu tłumaczenie tego sprowadza się do
      prostego stwierdzenia, że zło jest dobre. Że zło ma sens, że to dobrze, że
      cierpisz (oh, znajome te teksty). Podobno u ludzi to jest naturalne, że nie
      lubią się przemęczać :)
    • januszek96 11.12.07, 20:54
      Nieee ....no fajne ...bardzo mi się to podoba ;-) Joasiu mam do
      Ciebie prośbę ....czy mogę Cię skopać i poobkładać trochę pięściami
      po głowie ? ....bo wiesz ....siedzi we mnie jeszcze dużo złości, na
      ludzi którzy mnie skrzywdzili .... a to ,może by to mi trochę
      pomogło... Ja bym się rozładował ,a Ty najprawdopodobniej byś znowu
      dostała jakiegoś korzystnego olśnienia .... Co Ty na to ? Pisz na
      skrzynkę.
    • januszek96 11.12.07, 21:01
      >>>>>Ale mój ojciec nie bił po pijanemu. Bił na
      trzeźwo. I czasem nie mógł skończyć.<<<<< noo tak ..... i
      twierdzisz Joasiu ,ze nie jesteś DDA ..... no cóż ... proponuję się
      w końcu obudzić ! .... bo niedługo zaczniesz też katować swoje
      dziecko....Chociaż po tym co napisałaś , to już właściwie jesteś
      KATEM !
    • joannbernat 11.12.07, 22:57
      I tu też:
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=44500&w=55933678
      Był taki czas, że to, co się ze mną działo, spowodowało, że bardzo się
      rozchorowałam. Bardzo.
      To było dawno, 17 lat temu.
      Ale to tak często jest, że emocje, złe emocje, które w nas siedzą i których nie
      potrafimy się pozbyć, powodują, że nasze ciało zaczyna chorować na poziomie
      fizycznym.

      Nie miałam wyjścia. Zrozumiałam, że jeśli czegoś z tym nie zrobię, to mogę po
      prostu umrzeć. Niewiele brakowało zresztą.

      Wzięłam się porządnie za siebie i bez żadnego leczenia farmakologicznego
      (lekarze nie byli w stanie postawić mi diagnozy) wstałam z inwalidzkiego wózka.
      Funkcjonuję jak normalny, zdrowy człowiek.
      I nie biję swojego dziecka.
      Na szczęście nie muszę.

      Bardzo mało o mnie wiecie. Nie oceniajcie mnie zbyt pochopnie.
      Żeby rozwiązać swoje problemy, żeby dowiedzieć się, co się we mnie dzieje,
      zaczęłam studiować psychologię. I mało brakowało, a skończyłabym te studia.
      Ale zresztą. Zróbcie z tym co chcecie. Wasze życie.

      Na forum Borelioza - Grupa Wsparcia napisałam bardzo wiele o tym, jak
      wychodziłam powoli ze swojej totalnej psychicznej i zdrowotnej zapadki. Sama,
      bez pomocy lekarzy, bo oni nie chcieli i nie umieli mi pomóc. Byłam zdana tylko
      na siebie.
      Możecie tam zajrzeć i poczytać, jeśli chcecie. Będziecie mieli pełniejszy obraz.
      Mam bardzo wiele ciekawych doświadczeń z przeróżnych szkoleń z dziedziny
      psychologii i nie tylko. Włożyłam bardzo dużo pracy, by stanąć na nogi dosłownie
      i w przenośni.
      Dziś jestem w świetnej kondycji zarówno fizycznej, jak i psychicznej.
      Ale oczywiście możecie mi nie wierzyć. Macie takie prawo.

      A rzucanie kamieniami wychodzi Wam bardzo dobrze. Widać, że macie wprawę :)
      Na szczęście tu, gdzie jestem w tej chwili, takie kamienie już nie dolatują.
      Pozdrawiam.
    • joannbernat 12.12.07, 00:38
      A, jeszcze jedno. Napisałam, że nie jestem DDA, bo mój ojciec nie był
      alkoholikiem. W ogóle bardzo rzadko pił alkohol.
      A bił mnie dlatego, że miał poważne problemy ze swoimi emocjami. Kompletnie nad
      sobą nie panował, gdy wpadł w złość. Dostawał jakiejś "białej gorączki", szału i
      nie potrafił się w tym zatrzymać.
      Potem, gdy już ochłonął, widziałam, że żałuje.
      Jednak, ponieważ sam był bity w dzieciństwie, uważał bicie za jedyną skuteczną
      metodę wychowawczą.
      A że chciał mnie naprawdę dobrze wychować, pasa mi nie skąpił.
      On po prostu nie umiał inaczej.
      Robił najlepiej, jak umiał. A że nie umiał i robił źle, to już inna sprawa.
      Większy miałam żal tak naprawdę do mojej mamy, która stała z boku i patrzyła na
      to wszystko.
      Ja nie pozwoliłabym za nic w świecie, żeby mój mąż tak się znęcał nad moim
      dzieckiem. Rozwiodłabym się z nim. Nie umiałabym na to patrzeć.
      Na szczęcie mój mąż jest bardzo łagodnym człowiekiem, wyjątkowo nieagresywnym,
      więc nie mam tego problemu.

      Moja mama niby coś tam próbowała robić, niby próbowała ojcu tłumaczyć, że nie
      tędy droga (sama w zasadzie mnie nie biła. Zaledwie dwa, może trzy razy w całym
      życiu dostałam od niej klapsa ręką, nawet nie bolało). Ale tak naprawdę
      panicznie bała się ojca. Gdy kiedyś wstawiła się ostrzej za moją siostrą, sama
      oberwała.
      Mój ojciec był po prostu nerwowo chorym człowiekiem, bardzo agresywnym, nie
      panującym nad swoimi emocjami. Ale pijakiem nie był. Raptem kilka razy w życiu
      widziałam go pijanego, ale wtedy nie zachowywał się agresywnie. Jak popił, to
      chorował (alkohol bardzo mu szkodził). Kładł się i szedł spać potulny jak baranek.

      Czy jestem więc DDA?
      Chyba nie, chociaż, tak jak wcześniej napisałam, pewne doświadczenia są mi
      bardzo bliskie DDA. Lęk, przemoc, agresja. Ja również nie uslyszałam nigdy od
      ojca przepraszam, choć bywały takie chwile, że czułam, że on bardzo żałuje tego,
      co robi.
      Był jednak za słaby, by to w sobie zmienić.

      A ja przez wiele lat nosiłam w sobie syndrom ofiary, miałam lęki, depresję,
      nerwicę, a ponieważ nie umiałam sobie sama z tym wszystkim na poczatku poradzić,
      w pewnym momencie coś we mnie pękło i zachorowałam. Organizm nie wytrzymał tego
      ogromu bólu i nienawiści, jaki w sobie nosiłam.
      I wtedy postanowiłam, że już dość. Poczułam, że bardzo chcę się z tego wyrwać.
      Próbowałam wszystkiego, co tylko wpadło mi w ręce.
      Czytałam mnóstwo książek z dziedzimy psychologii, psychiatrii, pedagodiki.
      Jeździłam na różne kursy, szkolenia, warsztaty.
      I widziałam, że to daje efekty. Byłam bardzo zdeterminowana.

      Pracowałam bardzo mocno z afirmacjami, autohipnozą, zrobiłam kurs Rei-ki (i to
      mi bardzo pomogło).
      Zaczełam studia - kierunek psychologia.
      Ale najwięcej udało mi się zrobić i przepracować na warsztatach z odmiennych
      stanów świadomości.
      To tam między innymi doświadczyłam regresingu (cofnięcie się w stanie hipnozy do
      swoich poprzednich wcieleń).
      Absolutnie niezwykłe doświadczenie. To ono pozwoliło mi zrozumieć, że sami
      wybieramy sobie doświadczenia, które chcemy przeżyć w konkretnym życiu. Sami
      wybieramy sobie rodziców, miejsce, w którym chcemy przyjść na świat, płeć, kolor
      skóry itp. A to, co się z nami dzieje w dzieciństwie, to jest jak lekcja do
      przerobienia na to konkretnie wcielenie. Nasi rodzice robią po części to, co
      sami zaplanowaliśmy.
      To jest dość skomplikowane, nie sposób napisac o tym w trzech zdaniach.
      Tam też chodziłam po rozżarzonych węglach.
      Wiele załatwiłam poprzez taniec transowy.
      To są metody dość niekonwencjonalne, ale okazały się bardzo skuteczne.
      Bardzo mi pomogły i wyszłam z tego.
      Wam życzę tego samego.


    • anoosha 12.12.07, 09:02
      Joasiu, ja wierze w to, co piszesz i tez chce dojsc do miejsca, gdzie kamienie
      nie dolatuja. Czy Radykalne wybaczanie to jedyna metoda, o ktorej piszesz, czy
      jest jeszcze cos?
      Jakies warsztaty, jeszcze jakies książki ... pisalas o przejsciu przez sciezke
      ognia ... ja tez slyszalam o takich wyjazdach; mam znajomych, ktorzy je organizują.
      Asiu, prosze powiedz mi jak najwiecej o Twoim uzdrowieniu!
      Ja jestem DDA - to taka choroba duszy, ktora ja bardz chce wybaczyc i uleczyc.
      Jestem pod wrazeniem tego, ze wstalas z wozka i dalas rade, naprawde sie ciesze!!!
    • log222 12.12.07, 18:17
      > Jednak, ponieważ sam był bity w dzieciństwie, uważał bicie za jedyną skuteczną
      > metodę wychowawczą.

      Albo uważał, że rodzice dobrze go wychowali i dzięki biciu stał się lepszym
      człowiekiem :))))
      hahaha!
    • januszek96 12.12.07, 20:36
      Kamienie ? Jakie kamienie ? Nie szukaj i nie obrażaj ludzi i nie rób
      z siebie ofiary..... Skup się na tym psychopacie ....którego
      usprawiedliwiasz ,dziękujesz mu i nazywasz ojcem .... acha...matki
      też nie miałaś....bo nie można nazywać matką , osobę która temu się
      przyglądała.... Ty w ogóle nie miałaś rodziców ! ( nie odpowiadają
      definicji)... Byłaś i jesteś sama . Skup się na sobie ,a nie na
      jakiś pieprzonych psycholach !
    • laila83 12.12.07, 21:57
      Niesamowite...
      Czytalam opowiesc Joanny na forum dda i borelioza. Tu Januszek
      zarzuca jej ze robi z siebie ofiare, a jej rodzice sa psycholami.
      Tam atakuja ja ludzie twierdzac ze ma normalnych rodzicow i to ona
      jest wyrodna corka bo ich oczernia publicznie i wyolbrzymia..
      Ja nie zgadzam sie z zadnym z tych zarzutow.
      Jestem dda i od roku jestem na terapii, ucze sie na nowo budowac
      siebie oraz szanowac innych i siebie. Zycze tego wszystkim
      atakujacym Joanne.

      Ludzie przeciez ona Wam nie robi zadnej krzywdy! O co chodzi???
      Joanna pisze o tym jaka droge wybrala i jak radzi sobie w zyciu.
      Super ze jej sie udalo, ze pracuje nad soba i chce zmienic jakas
      czastke swiata.
      Januszek nie wiem po co Ty jej udzielasz rad odnosnie tego co ma
      robic. Mysle ze ona poradzi sobie bez nich..

      Jak chcesz komus pomoc to napisz o sobie, swoich doswiadczeniach i
      przemysleniach..

      Joasiu, bedzie mi milo dalej czytac o Twoich przezyciach:)
    • log222 12.12.07, 23:50
      O retyy, ci z boreliozy to jeszcze lepsi artyści! ;D
    • januszek96 13.12.07, 13:09
      >>>>>Ceremonia Radykalnego Wybaczania to rodzaj rytuału w kręgu, w
      którym bierze udział od kilkunastu do kilkudziesięciu osób. Został
      on zaczerpnięty z tradycji Indian. Ciężko w paru słowach opisać jej
      cały przebieg, ponieważ jest tam wiele istotnych elementów, których
      omówienie zajęłoby dużo czasu i nadal byłby to tylko opis czegoś,
      czego trzeba doświadczyć, a nie objąć umysłem :-)
      Najważniejsze jest chyba to, że dzięki wzięciu udziału w ceremonii,
      można za jednym razem wybaczyć wiele krzywd, róznym osobom, które
      wyrządziły nam jakieś "zło" w życiu, a także wybaczyć sobie, że
      skrzywdziliśmy kogoś. Przy czym, nie trzeba nikomu opowiadać, co
      dokładnie nas spotkało i czy to nas skrzywdzono, czy też to my kogoś
      skrzywdziliśmy. <<<<<<< Pierwsze słyszę , że Indianie komuś
      cokolwiek wybaczali ;-)).....i napewno sobie nie życzą aby ich
      wciągano w jakieś "magiczne gierki" .... PS. Czy za uczestnictwo w
      tej " ceremonii " jest odpłatne ?
    • joannbernat 13.12.07, 20:19
      Czy jest odpłatne?
      O tak!
      Za wszystko w życiu się płaci :)
    • joannbernat 13.12.07, 20:33
      Ale jak dla mnie, to warto było zapłacić. Ja nie żałuję tych pieniędzy. Nie były
      stracone ani wyrzucone w błoto. Zapłaciłam tak naprawdę bardzo mało w stosunku
      do tego, co zyskałam.

      A co do Indian i wybaczania...
      Wiesz to na pewno, czy tylko Ci się wydaje?
      Słyszałeś kiedyś może o indiańskim, rytualnym Tańcu Słońca?
      Jeśli nie, to radzę poczytać trochę, a dopiero później wydawać opinię.

      Jest wiele miar, którymi można mierzyć wielkość człowieka.
      Jedną z nich jest niewątpliwie to, na ile potrafi on zachować milczenie w
      sprawach, o których nie ma bladego pojęcia.

      Pozdrawiam.
    • 48xmax1 14.12.07, 18:49
      Kiedy uznalam, ze przebaczenie jest chore i wpedza mnie w chorobe,
      pojelam, jakie sa tego mechanizmy, czuje sie duzo lepiej. Moja
      wscieklosc, moja zlosc i nienawisc jest uzasadniona i trafia do
      sprawcow, a nie na niewinnych i nie majacych pojecia o co mi chodzi.
      Mscic sie, nie mam zamiaru, ale przekazuje im moje uczucia i g...
      mnie obchodzi, jak sobie z tym radza.
    • mskaiq 17.12.07, 12:24
      Wybaczenie jest przede wszystkim dla nas. Jest to pozbycie sie
      nienawisci ktora siega tylko nas, nie siega kata.
      Jesli chodzi o kata to aby nim zostac trzeba miec w sobie pieklo, bo
      tylko wtedy przekazujemy to pieklo wszystkim wokol. Kiedy jest
      milosc przekazujemy milosc.
      Ciesze sie Joanno ze wybaczylas, nagroda jest w Tobie, masz milosc,
      radosc i zycie w ktorym nie ma bolu.
      Wesolych swiat Bozego Narodzenia Joanno dla Ciebie i wszystkich
      bliskich, dla tych co kiedys skrzywdzili Ciebie rowniez.
      Serdeczne pozdrowienia.
    • log222 17.12.07, 17:16
      Nie każdy "mający w sobie piekło" zostaje katem
    • mskaiq 18.12.07, 13:09
      Nie majac w sobie milosci nie oddaje sie innym ludziom milosci bo
      jej nie ma. Oddaje sie to co jest czyli pieklo.
      Serdeczne pozdrowienia.
    • log222 18.12.07, 17:37
      Nie każdy "mający w sobie piekło" zostaje katem
      Pozdro!
    • mskaiq 19.12.07, 11:55
      Tylko kiedy pojawi sie milosc silniejsza od zlosci, zalu i od
      nienawisci ktora nosi taka osoba. Zwykle jednak osoba majaca w sobie
      pieklo nie wie co to jest milosc. Znam matki ktore kochajac Swoje
      dziecko bily je bo uwazaly ze za kazdy blad dziecko musi dotac w
      skore, ze nie nalezy przytulic dziecka, ze nalezy krzyczec na nie,
      zabraniac, itp.
      Serdeczne pozdrowienia.
    • joannbernat 20.12.07, 14:24
      Miłość silniejsza od złości?
      Ba, nawet to nie wystarcza.
      Pozostają jeszcze wdrukowane z dzieciństwa kody determinujące nasze późniejsze
      zachowanie w wieku dorosłym.
      Ktoś, kto w dzieciństwie był bity, kogo krytykowano, kogo odtrącano za każde
      przewinienie itd. przejmuje te sposoby zachowań niemal automatycznie i w
      dorosłym życiu tak właśnie reaguje.
      Bo to jedyne, co znamy. Tego nas nauczono. Pewne rzeczy robimy niemal odruchowo,
      automatycznie. Gdy przychodzą silne emocje, często nasza wiedza i świadomość nie
      wystarczają.

      Oprócz wybaczenia, pozbycia się bólu, złości, gniewu, nienawiści, poczucia
      krzywdy, trzeba jeszcze zrobić jedną, niezwykle ważną rzecz - PRZEPROGRAMOWAĆ
      SWÓJ UMYSŁ.

      Nasz mózg jest jak komputer - jak nas rodzice i najbliższe otoczenie
      zaprogramują w dzieciństwie, tak później działamy przez całe życie - złe
      oprogramowanie, złe działanie.

      Po tym, jak już udało mi się zrozumieć i wybaczyć, przeszłam jeszcze bardzo
      długą drogę przeprogramowania swojego umysłu.
      Posłużyły mi do tego afirmacje i jeszcze kilka innych technik.
      Niestety, mózg ludzki to taki specyficzny komputer. Nie da się z niego wykasować
      danych tak za jednym zamachem i wpisać drugich (no, chyba, że przy pomocy
      hipnozy, ale tego nigdy nie próbowałam).
      To się zwykle odbywa latami, ciężką systematyczną pracą nad sobą.
      Ale efekty przeszły moje najśmielsze oczekiwania.

      Moje reakcje bardzo się zmieniły. Gdy mój synek rozrabia, albo bardzo go coś
      rozzłości i krzyczy, nie budzi to we mnie agresji, złości, nie wpadam w szał,
      nie krzyczę, nie biję.
      Wyprowadzam go do drugiego pokoju i rozmawiam z nim spokojnie. Biorę go na
      kolana i mówię:
      - widzę, że bardzo się złościsz. Przytul się do mnie mocno i razem poczekamy, aż
      złość przejdzie.

      Przytulam go, głaskam, całuję i próbuję rozmawiać, opowiadać mu coś tak, by tę
      złość w nim wyciszyć.
      Potrafię akceptować i kochać mojego synka nawet wtedy, gdy zachowuje się
      niegrzecznie, albo jest bardzo rozkapryszony i rozzłoszczony.
      Nie odrzucam go wtedy, akceptuję go razem ze wszystkimi jego emocjami.
      Jeżeli już staram się coś w nim poprawiać i krytykować, to krytykuję jego złe
      zachowanie, a nie jego samego.
      Mowię:
      - Skarbie, bardzo Cię kocham, ale nie będę tolerować takiego zachowania. To co
      zrobiłeś (mówię konkretnie co) jest złe, niewłaściwe i jeżeli nie przestaniesz,
      będę musiała wyprowadzić Cię z pokoju i nie będziesz mógł siedzieć z nami
      (często taka sytuacja zdarza się, gdy przychodzą goście i maluch zaczyna się
      popisywać). Oczekuję, że od teraz będziesz się zachowywał tak, tak i tak... (tu
      również mówię konkretnie o jakie zachowanie mi chodzi)

      I to zwykle pomaga.
      Ale to nie przyszło tak od razu. Mnóstwo pracy włożyłam, by nauczyć się panować
      nad swoimi emocjami.
      Obserwuję też, że to przełożyło się niemal automatycznie na moje stosunki z
      mężem. Przestałam się na niego denerwować, zlościć o byle co, obwiniać go o całe
      zło tego świata.
      Kiedyś robiłam to nagminnie. Kłóciliśmy się bardzo często, zwykle ja wszczynałam
      awantury, obrażałam się, nie odzywałam się do niego, co chwilę się wyprowadzałam
      itd.

      Możecie mi wierzyć lub nie, ale my się od paru ładnych lat nie pokłóciliśmy!
      Jeśli pojawia się jakiś problem, wtedy spokojnie o tym rozmawiamy i szukamy
      rozwiązania. I zawsze się udaje je znaleźć.
      A nasze życie seksualne tak rozkwitło, jest nam w łóżku tak dobrze ze sobą, że
      aż się wieczora nie mogę doczekać :)

      Czuję naprawdę OGROMNĄ zmianę.
      Jakość życia jest wręcz nieporównywalna.
      To tak, jakbym się przesiadła ze starego, rozklekotanego Malucha do nowiutkiego
      BMW. Życie stało się dla mnie przyjemnością, a nie przykrym obowiązkiem.
      I teraz mam wspaniałą rodzinę, szczęście, spokój.
      Tak, jest we mnie miłość. jest jej tyle, że cały świat mogłabym obdzielić. Mam
      tyle energii, że dosłownie góry mogłabym przenosić.
      A co najważniejsze chyba, mam poczucie tego, że sama decyduję o sobie, że sama
      kieruję własnym życiem kształtując je tak, jak sama chę.
      Jestem WOLNYM człowiekiem.

    • log222 22.12.07, 18:07
      Niech zgadnę! Pewnie wspaniałomyślnie wybaczyły swoim rodzicom i są im
      wdzięczne, bo uznały, że wychowali je na porządnych ludzi ;P

    Popularne wątki

    Nie pamiętasz hasła

    lub ?

     

    Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

    Nakarm Pajacyka