Forum Zdrowie DDA
ZMIEŃ
    Dodaj do ulubionych

    Czy pozwalacie sobie na niedoskonałość?

    23.06.08, 12:56
    Czy pozwalacie sobie na spontaniczność, przejście procesu uczenia
    się (w którym powinno być uwzględnione przecież popełnianie błędów)?
    Czy pozwalacie sobie na powiedzenie "nie wiem, nie umiem"?
    No ja jakoś za cholerę nie mogę. Mój wewnętrzny krytyk nadal zjada
    mnie razem z butami ...
    A jak to jest u Was?
    Pzdr.
    Edytor zaawansowany
    • lady_camelie 23.06.08, 13:34
      i na proszenie kogoś o pomoc? jak najmniej,nie mogę być słaba,nie mogę nie
      umieć,nie i już.
      --
      Wyrzec słowo ,by stwierdzić ,że głos
      Jest krzykiem i nikogo to nie obchodzi
    • ladynemeyeth 23.06.08, 14:20
      Z tym też jest cięzko, ale juz lepiej się czasami przyznać, że się
      nie umie i poprosić, żeby ktoś nauczył, pokazał, niż samemu rzeźbić
      niewiadomo co. Tylko temu przyznaniu się towarzyszy okropne uczucie
      wstydu i upokorzenia. "Kolejny raz zrobiłam z siebie kretynkę" itd.
    • antykret_live 23.06.08, 14:48
      No bo może za bardzo gracie rolę LADYS... ;-))
      Ale możecie to wyleczyc na terapii...
    • lady_camelie 23.06.08, 14:59
      pójście na terapie to jak przyznanie się przed innymi, że jestem nienormalna :D:D:D
      --
      Wyrzec słowo ,by stwierdzić ,że głos
      Jest krzykiem i nikogo to nie obchodzi
    • antykret_live 23.06.08, 16:00
      Jeżeli jesteś DDA, to nie możesz byc normalna. A na terapiach sa
      tacy sami "nienormalni", więc się rozumieją.
    • picnawodefotomontaz 17.07.08, 13:46
      Ileż można klepać, że DDA są nienormalne?
      Ani to nie dowartościuje, ani nie pomoże.
    • ladynemeyeth 26.06.08, 11:04
      Tak mnie zastanowiło to granie roli "Ladies" na dosyć dłuższą chwilę
      i doszłam do wniosku, że to jednak nie to ;-)
      To raczej ciągłe odgrywanie roli dziecka, które nie miało prawa
      nigdy być dzieckiem.
      Czy nie było u Was tak, że karcono Was za bycie dziecinnym, a
      chwalono za bycie dojrzałym i dorosłym, za dorosłe zachowanie, za
      bycie grzecznym, spokojnym, cichym, za rozumienie wszystkiego itd? A
      kiedy byliście pełnymi energii, dziecinnymi, głośnymi dzieciakami,
      któe mają mnóstwo pytań, zawsze coś do zrobienia - wtedy na Was
      krzyczano?
      U mnie to chyba tak właśnie jest! I do tej pory to dziecko się we
      mnie odzywa, a dalej wymagam od niego, żeby było dorosłe, żeby
      robiło poważne rzeczy, których nie umie robić, żeby się znało na
      robieniu pieniędzy, kariery, żeby ciężko pracowało, a dziecko mi
      odmawia, bo ono chce się bawić, a nie ciężko pracować i być poważne.
      Chce mieć dużo czasu, chce pływać, jeździć na rowerze, malować i
      robić inne fajne rzeczy. I nie chce być odpowiedzialne ani ...
      dorosłe!
      Czy ktoś z Was już nad tym pracował?
    • kajda28 26.06.08, 16:20
      > Czy nie było u Was tak, że karcono Was za bycie dziecinnym, a
      > chwalono za bycie dojrzałym i dorosłym, za dorosłe zachowanie, za
      > bycie grzecznym, spokojnym, cichym, za rozumienie wszystkiego itd? A
      > kiedy byliście pełnymi energii, dziecinnymi, głośnymi dzieciakami,
      > któe mają mnóstwo pytań, zawsze coś do zrobienia - wtedy na Was
      > krzyczano?

      ja pamiętam jak od zawsze mówiono że zachowuję się jak dorosła bo podobno
      wychowana byłam ze starszymi (chociaż teraz na to patrząc to tego nie rozumiem,
      bo przecież nie każdy ma rodzeństwo w swoim wieku a koleżanek rówieśniczek
      przecież miałam sporo). Przedszkolu byłam jedną z najgrzeczniejszych - raz był
      grzeczniejszy Sebastian(chyba dlatego go pamiętam), który teraz siedzi za
      dilerkę :(. Cholera, już dawno nie przypominałam sobie dzieciństwa, coraz więcej
      pamiętam, ale jeszcze mało :(
      chyba nigdy nie byłam dzieckiem, zawsze o coś musiałam się martwić, wypatrywać :(
      --
      Szkoda, że do raju jedzie się karawanem.
    • ren95 27.08.08, 17:18
      witajcie! Jestem jakby nowa (dotychczas sobie podczytywałam) i nagle
      mnie tknęło, że ja też chcę mieć czas dla siebie, polenic sie,
      poczytać, pomalować i inne takie...Do tej pory myślałam, że to taka
      skaza charakteru (lenistwo- krótko mówiąc), ale chyba to właśnie
      odzywa się moje dziecko. Pozdrawiam
    • mskaiq 28.06.08, 11:54
      Wiem ze nie jestem doskonaly, popelniam bledy ale to mnie juz nie
      meczy. Na kazdym bledzie staram sie uczyc tak aby rozumiec dlaczego
      go popelnilem i moc unikac takiego bledu w przyszlosci.
      Kiedy popelniam blad to wybaczam sobie, na poczatku jest dosc trudno
      bo poczucie winy albo wstyd ze popelnilo sie blad nieustanie wraca
      ale z czasem jest coraz latwiej wybaczyc sobie.
      Serdeczne pozdrowienia.
    • gorodecka82 28.06.08, 17:21
      Hej!
      to chyba kolejna z cech DDA o ktorej sie dowiedziałam...mam to samo... nie umiem sobie darowac [popełnianai błedów uwazam ze robie ich za duzo...a jesli cos mi nie wyjdzie mam do siebie ogromne pretensje bo zawsze mogłam przeciez zrobic inaczej czasem analizuje po kilka razy sytuacje co mogłabym poprawiec ale w tej chwili kiedy trzeba byo nie potrafiłam odpowiednio zadziałać...
      ale z poproszeniem kogoś o pomoc raczej nie mam problemów i zauważyłam ze niektórzy nawet ciesza się ze moga Ci pomóc ze uwazasz ich za eksperta w niektórych sprawach:)
    • ladynemeyeth 16.07.08, 12:36
      Miałam kiedyś taką sytuację we wczesnej podstawówce - w mojej klasie
      była dziewczynka, której rodzice byli dosyć zamożni, ale ojciec
      niestety pił na umór. Matka utrzymywała dobre kontakty z
      nauczycielami i tę - nazwijmy ją - Olę wszyscy lubili, chołubili,
      kochali, współczuli jej, pomagali jej. Ona się bardzo dobrze uczyła,
      więc nauczyciele byli nia zachwyceni, a ze względu na jej trudną
      sytaucję, również bardzo ją wyróżniali i uwielbiali wręcz. Bardzo w
      nią wierzyli.
      Ja miałam podobną sytuację w domu, ale mi nikt nie wpółczuł. Uczyłam
      się zawsze świetnie, ale nikt we mnie nie wierzył, nikt mi nie
      wpółczuł, nikt mnie nie usprawiedliwiał, że tak mi ciężko. Za to
      wymagano ode mnie absolutnej doskonałości, a jeśli się z tego nie
      wywiązywałam, traktowano mnie bardzo surowo, karano i odrzucano
      twierdząc, że się nie nadaję
      Do tej pory nie potrafię sobie dać prawa do współczucia, ulgowego
      traktowania, wiary w siebie pomimo mojej trudnej sytuacji. Ciągle
      traktuje siebie jak ci nauczyciele (bezduszni czy po prostu nic nie
      wiedzący na mój temat ...), ciągle tylko wymagam i siebie poganiam,
      zamiast spojrzeć na siebie łagodniej i w ludzki sposób, zamiast być
      dla siebie podporą i w siebie wierzyć.
      Ile bym wtedy dała, żeby być na miejscu tej dziewczynki, żeby mnie
      wszyscy tak kochali, żeby wszyscy we mnie tak wierzyli i mi
      wsółczuli, wpomagali mnie jak ją ...
      Bardzo wiele bym dała ...
      To tak a propos moich dzisiejszych refleksji na temat popełniania
      błędów - czuję się strasznie zagrożona, kiedy coś zrobię źle. Mam
      wrażenie, że zaraz mnie ktoś wywali z pracy, uzna że się nie nadaję,
      skreśli mnie. Zaczynam panikować i spirala się nakręca - błędy się
      sypią, zdrowie szwankuje, itd.
    • megg2003 16.07.08, 13:17
      Nie jesteś sama bynajmniej! U mnie obwinianie się jest czymś, co mnie wypala,
      zżera od środka. To trzyma mnie w miejscu w moim procesie terapii. Nie jestem
      wcale tolerancyjna dla siebie. Wiem, że jeśli się tego nie pozbędę, nigdy nie
      będę szczęśliwa. Trzeba przede wszystkim pokochać siebie, a ja wciąż się
      krytykuję i oceniam. Nie daję sobie przyzwolenia na błędy. W sumie to tak jakbym
      sobie odbierała człowieczeństwo. Teraz łatwo mi o tym mówić, patrząc z
      perspektywy czasu na moje zachowanie. Ale kiedy przychodzi co do czego, ryczę i
      dołuję się, bo tak bardzo boję się odrzucenia w związku :( Boję się pokazania
      słabości,a wciąż ją pokazuję. Całe moje życie to jeden wielki paradoks :(
    • anciax 16.07.08, 13:18
      zupelnie nie wiem dlaczego mnie w tym watku jeszcze nie było?
      juz nadrabiam zaleglosci :]
      mnie bardzo przeszkadza ta moja potrzeba bycia perfekcyjna w za kazdym calu,
      chyba najbardziej mi ona przeszkadza ze wszystkich moich wad.

      dopiero niedawno pozwolilam sobie na bycie niedoskonala :) fajne uczuie, jak
      mozna pozwilic sobie na chwile slabosci.
      podpatrzylam ukolegi (ktorego mialam za, powiedmy, ideal w jego zawodzie), ktory
      z powodu swoich pomylek nie wpada w takie stany emocjonalne jak ja.
      --
      "Przyjaciel to ten, który zna wszystkie twoje wady,
      a mimo to cie lubi."
      by antykret_live
    • ladynemeyeth 16.07.08, 13:49
      U mnie perfekcjonizm objawia się następującym tokiem myślenia:
      nie robię tego doskonale, czyli wszystko robię źle!

      To sie nazywa logika! Masakra!
    • megg2003 16.07.08, 15:08
      A u mnie: nie robię tego dobrze, znów mi się nie udało, za mało się starałam, pomyślałam tylko o sobie, żeby odreagować napięcie, jestem zła, beznadziejna, nie zasługuję na takiego faceta, nie zasługuję na taką córkę, powinnam być do końca życia sama, wtedy nikogo bym nie krzywdziła... i kółeczko się zamyka, bo później mam poczucie winy, że tak się dołowałam i ryczałam i mój mąż i moja córka to widzieli...
    • ladynemeyeth 16.07.08, 15:39
      O, a ja mam czasami zajawki, że nie powinnam się w ogóle urodzic
      albo ze mam ochote umrzec (i jedno, i drugie strasznie dobijają
      mojego męża; on sobie po prostu nie wyobraża, że można kiedykolwiek
      coś takiego stwierdzić. A mi czasami jest tak ciężko, że wypowiadam
      te słowa - głównie po to, żeby podkreślić, jak bardzo mi ciężko).
      Dla drugiej strony bardzo ciężko jest z kolei coś takiego usłyszeć,
      bo to tak, jakby się chciało zostawić tę osobę, jakbym nie była z
      nim szczęśliwa.
      Staram się mu oszczędzać tych słów; z drugiej strony nie wiem, jak
      inaczej nazwać mój stan, kiedy bywa krytyczny.
    • megg2003 17.07.08, 08:16
      No właśnie... ja też mam takie stany i myśli, by przestać istnieć, odejść w
      pizdu (przepraszam), zaszyć się gdzieś w samotności, umrzeć. Też wypowiadam te
      słowa przy moim narzeczonym, i mam poczucie winy, że go obarczam moim ciężarem.
      Widzę jak jest mu z tym ciężko, jak sobie z tym nie radzi. On przyznaje, że nie
      wie, jak mi pomóc. W takich sytuacjach też jest bezsilny. Ja mu sie nie dziwię.
      I znów mam poczucie winy, że pokazuję, jak mi źle, że jestem nieszcześliwa. Ale
      jestem nieszczęśliwa sama ze sobą a nie z nim. Wiem, że to są takie rzuty
      depresyjne. Leczyłam się już. Nigdy prawdziwej depresji nie doświadczyłam, ale
      jeśli nic z tym teraz nie zrobię, to jestem na dobrej drodze do choroby. Tak
      myślę. Trzymaj się. Pozdrawiam.
    • megg2003 17.07.08, 08:18
      Napisałam wcześniej "mąż", bo w sierpniu bierzemy ślub, to taki mąż już :-)
    • ladynemeyeth 17.07.08, 09:25
      No to gratuluję!!! Bardzo się cieszę! :-)

      Co do rzutów depresyjnych, zaczynam trochę rozkminiać, skąd się to
      bierze. U mnie oczywiście.
      Ostatnio zauważyłam, że bardzo mnie przytłacza obecność mojego szefa
      i że bardzo się ucieszyłam na jego urlop. Pomyślałam - "odpocznę".
      Ale on mi nie zawraca tak bardzo głowy, jest bardzo kulturalnym
      człowiekiem, więc może to są jakieś echa z przeszłości?
      Kiedyś reagowałam tak na ojca; zresztą do tej pory reaguję i nie
      znosze jego obecności. Kiedy on się pojawia, wszystko ,co dobre, po
      prostu umiera. Śmiech, radość, jakiekolwiek przejawy szczęścia -
      wszystko to po prostu umiera. Jego obecność to prawdziwy ciężar. Nie
      znoszę tego jego otępienia, dopytywania się tysiąć razy o jedną,
      prostą sprawę. Kiedy byłam mała, nie wolno mi było być dzieckiem,
      cieszyć się, hałasować, bawić się, biegać w tę i z powrotem - jak to
      dzieci. Musiałam być cicho, musiałam robić to, na co nie miałam
      ochoty, ale on mi te zajęcia wymyślał, żebym się zamknęła. Wszystko,
      co dobre przy nim nie ma sensu. Nie ma sensu się starać - i tak
      wszystko będzie beznadziejne. Co z tego, że by mieszkał 300 km ode
      mnie? Ten stan z dzieciństwa mam uwewnętrzniony i on ciągle jest we
      mnie obecny - nieważne, dokąd pójdę. Przy nim wszystko, co dobre we
      mnie po prostu umiera. Cała radość, całe szczęście, poczucie
      sukcesu, poczucie, że wszystko będzie dobrze. Mam wrażenie, że już
      dawno to we mnie zabił swoją agresją, przemocą, pijaństwem, ciężarem
      swoje osobowości. Tak, moj ojciec jest dla mnie ogromnym, cholernym,
      niepotrzebnym ciężarem i nie chcę go!!! Zabił we mnie wszystko, co
      nadaje życiu sens i radość i nie mogę się z tego podźwignąć.
      Chwilowo nie potrafię tego zostawić za sobą.
      Marzę o tym, żeby wyglądać jak piękna kobieta, żeby się tak ubierać,
      żeby się malować i cieszyć tym, że kobietą jestem - potem budzę się
      rano i stwierdzam, że ... to nie ma sensu, że nie chcę, że po co się
      tak starać? Przecież to bez sensu!
      Marzę o tym, żeby odnosić sukcesy w pracy i wiem, że mogłabym to
      osiągnąć, zdobywając wiedzę, po czym kiedy sięgam po specjalistyczną
      prasę czy książkę stwierdzam, że to i tak nie ma senu, bo część
      mnie, która by się tym cieszyła, jest po prostu zabita i martwa.
      Jest warzywem i na niczym jej nie zależy.
      Masakra.
      Powoli trzeba będzie tę część ożywić do życia, któe już nie jest
      przykre. Ja tylko nie potrafię z niego korzystać. Ale i z tym dam
      sobie radę.
      Doszłam do tego momentu, gdzie jestem i nie było to łatwe. Z każdą
      następną rzeczą też dam sobie radę.
    • megg2003 17.07.08, 12:04
      Terapia by Ci pomogła.
      Ja jestem na takim wkurzającym etapie - po terapii, w trakcie długotrwałego procesu zmiany, przerabiania wszystkiego w głowie i w sercu. Ciężko mi to idzie, to mnie frustruje (wiem, ze niepotrzebnie) a to dopiero początek. Wierzę, że będzie dobrze niedługo. Muszę tylko jeszcze popracować. Dlatego zdecydowałam się też na terapię współuzależnienia. U mnie to również spory problem, chociaż nigdy nie miałam partnera uzależnionego od alkoholu lub innych substancji psychoaktywnych. Współuzależnienia "nauczyli" mnie rodzice.
    • ladynemeyeth 17.07.08, 12:46
      Chodze na terapię indywidualną na razie. Od stycznia zaczynam
      grupową.
      Już mi pomaga i tez mnie wkurza, że wszystko to musze przemielić.
      Nieraz zdarzają się tematy łatwiejsze i przepracowywanie ich nie
      jest ciężkie. Ale ostatnio trafił mi się dosyć ciężki temat i
      wszystko ze mnie wyłazi, cały syf, a ja tego nie potrafię ogarnąć.
      To znaczy coraz lepiej mi idzie, ale na początku była tragedia.
    • megg2003 18.07.08, 10:10
      Poradzisz sobie. Pewnie zajmie Ci to sporo czasu (jak każdemu z resztą), ale
      poradzisz sobie :-)
    • anciax 17.07.08, 09:34
      ja sie nasluchalam jako mala anciax, ze wszystko robie zle >>> zaczelam stosowac
      to w zyciu codziennym, takze do osob od ktorych to slyszalam >>> i co
      'najlepsze', te osoby zaprzeczaly ze tak mowily ["wszystko robisz zle!"]... to
      jest jazda [czyli samo sobie wmowilam ze jestem partaczka]
      --
      "Przyjaciel to ten, który zna wszystkie twoje wady,
      a mimo to cie lubi."
      by antykret_live
    • ladynemeyeth 17.07.08, 09:47
      Tiaaa ... skąd ja to znam ;-)
      Potem to już sama sobie wmawiałam, nie potrzebowałam "pomocy".
      Najgorsze, że to tak silnie we mnie zakorzenione, a ja się chcę tego
      pozbyc!!!
    • anciax 17.07.08, 09:59
      nie umiem jeszcze wszystkich prosic o pomoc, ale jak mam problem, to staram sie
      umawiac an dodatkowe zajecia indywid. z terapeutka - to jest sukces, ze umiem
      prosic o pomoc :) ..bo wiem, ze jak zaczne dlawic w sobie klopoty, to predzej
      czy pozniej wybuchne, a tego bym nie chcaiala z racji, ze mam problem z
      opanowaniem sie w nietkroych sytuacjach ;)

      proszenie o pomoc to nie jest ponizanie sie. kazdym ma prawo czegos nie umiem
      lub popelaniac bledy :) wazne, aby z tych ostatnich umiem wyciagac wnioski.
      --
      "Przyjaciel to ten, który zna wszystkie twoje wady,
      a mimo to cie lubi."
      by antykret_live
    • log222 18.07.08, 21:16
      > 'najlepsze', te osoby zaprzeczaly ze tak mowily

      Też znam tę 'niekonsekwencję'. Dobór tekstu w zależności od sytuacji/potrzeby, od tego, co najbardziej pasuje, co daje najlepsze korzyści. Jak jest brudno, jak trzeba sprzątać, to mieszkanie jest wspólne, oooo bardzo wspólne, właściwie to już prawie moje własne, innym razem słyszę, że nic tu nie jest moje i se mogę - wyjść jak mi się coś nie podoba. Raz jestem głupia i nic w życiu nie osiągnę, w innej sytuacji w magiczny sposób staję się mądra i jakimś cudem przypominają się moje szkolne osiągnięcia i zalety. A kiedy przypomnę słowa, te negatywne o mnie, to nagła amnezja, nikt tak nie mówił
    • lucyna50 17.07.08, 21:30
      "Jeżeli jesteś DDA, to nie możesz byc normalna. A na terapiach sa
      tacy sami "nienormalni", więc się rozumieją."

      Powiedzcie mi co to znaczy "normalna" albo "nie noroalna", jakie są
      normy, jakie są granice tej normalności? Normy dla innych, czy dla
      samej siebie?

      "Czy pozwalacie sobie na spontaniczność, przejście procesu uczenia
      się (w którym powinno być uwzględnione przecież popełnianie
      błędów)? Czy pozwalacie sobie na powiedzenie "nie wiem, nie umiem"?"

      Taraz tak. Jestem po terapii. Wiem, że nie muszę być doskonała.
      Potrafię też prosić o pomoc. Ale wiem, że ja mam prawo prosić a
      inni nie muszą mi pomagać i nie muszą też tłumaczyć się dlaczego.
      Pozdrawiam.
    • anciax 17.07.08, 21:37
      Twoje ostatnie zdania bardzo mnie zabolalo...
      --
      "Przyjaciel to ten, który zna wszystkie twoje wady,
      a mimo to cie lubi."
      by antykret_live
    • megg2003 18.07.08, 13:28
      Ale tak jest rzeczywiście. Mi też ciężko było to zrozumieć. Ale zrozumiałam. Też
      jestem po terapii.
    • gorodecka82 18.07.08, 22:15
      hmm mają prawo mi odmówić...i ludzie maja prawo nie chcieć się ze mna zadawać...boli wiem że za bardzo...no ja jakos tak traktuje to w kategoriach wielkiej tragedii to kiedy w relacjach miedzy mną i kimś na kim mi zależy choć troche ten ktoś mnie "olewa" i przychodzi zaraz ciąg myslenia że to dlatego że jestem beznadziejna... że postapiłam nie tak jak potrzeba /znowu/... ze ktoś inny bardziej na to zasługuje niż ja...i pogrążanie sie wiem że bez sensu...czasem jak sie łapię na takim mysleniu to sie troche opanowuje ale czasem nie...i jedzie w dół po równi pochyłej...częściej
      --
      Podobno optymiści wymyślili samoloty, a pesymiści spadochrony…
    • ladynemeyeth 20.07.08, 21:53
      Mnie też zabolało, mimo że się z nim zgadzam - nikt nie ma obowiązku
      robić dla mnie czegokolwiek, jeśli nie ma na to ochoty. Tak samojak
      i ja nie muszę dla nikogo niczego robić.
      To cholernie boli, bo najlepiej by mi było wszystkich kontrolować i
      zmuszać ich do robienia tego, czego ja chcę.
      Zawsze kontrolowałam ludzi (albo przynajmniej próbowałam, bo mi się
      nie dawali), ale płaciłam za to bardzo wysoką cenę - samotność.
      Zawsze chciałąmich mieć na wyłączność. Nie może być zawsze tak, jak
      ja chcę. Dopiero niedawno jednak doszło do mojej świadomości, że mam
      taką cechę i to bardzo mocno zakorzenioną. Bardzo kontroluję ludzi,
      bardzo ich rozstawiam, bo i mnie w domu rozstawiano i dorastałam w
      przekonaniu, że moje życie nie należy do mnie, tylko do mojej
      rodziny.
      Cieszę się, że w końcu to do mnie dotarło, bo będę mogła się tego
      pozbyć. Przecież nie muszę tak żyć!
      Oczywiśce wewnętrznie jeszcze czuję, że muszę rządzić, szantażować,
      kontrolować, manipulować. Że muszę zawsze uzyskiwać to, co chcę,
      nawet wbrew czyjejś woli. Z drugiej strony mam siebie pod lupą w tej
      kwestii i będę się pilnować. Trzymajcie kciuki!
    • megg2003 21.07.08, 08:18
      Trzymam kciuki oczywiście! :-)
      A oto przykład, że nie jesteś sama z tym problemem. Mój narzeczony (za 12 dni
      mąż ;)) od kilku dni nie interesuje się mną w sensie kontaktów fizycznych: zero
      seksu, prawie wcale nie przytula (a poprosiłam, by to robił), całuje tylko na
      moją prośbę. Cały weekend spędziliśmy sami, mieliśmy naprawdę sporo czasu, żeby
      "zaszaleć". A tu nic. Pracujemy od pon. do piątku, wstajemy wcześnie. Weekend
      jest chwilą odpoczynku, relaksu, kiedy możemy się sobą zająć bez pośpiechu,
      "komfortowo". Tym bardziej, że nie było córki bo pojechała na weekend do babci.
      Dziś rano nie wytrzymałam i spytałam, co jest nie tak. Powiedział, że przeprasza
      mnie, ale od długiego już czasu (myślę, że być może pierwszy raz w życiu) czuje
      spokój w sercu (też jest DDA). I sama moja obecność obok daje mu poczucie
      bezpieczeństwa i radość. Chce się tym cieszyć na spokojnie, bez euforii, która
      często była złudna. Przez chwilę rozumiałam. Przez chwilę.
      No bo jak to?? Skoro się tak cieszył, dlaczego tego nie pokazał. Co jest ze mną
      nie tak?? Pewnie zrobiłam albo powiedziałam coś niestosownego i go uraziłam.
      Pewnie już go nie pociągam. Dlaczego nie ma w nas namiętności?? Tuż przed
      ślubem?? To niemożliwe, musi być tego jakieś drugie dno.. itp. itd... Staram się
      walczyć z tymi myślami, w tej chwili też ze sobą walczę. A co Wy o tym myślicie?
      Czy takie tłumaczenie jest do przyjęcia?? EEEccchhh... :(
    • ladynemeyeth 01.08.08, 12:19
      Ciekawe są moje rekacje na małe niepowodzenia w pracy, a moje
      ulubione to jak dostawcy się nie wywiązują z terminów i kiedy
      dzwonię, są zaskoczeni, że w ogóle się czegoś domagam.
      No właśnie, ja się nie potrafię upomnieć o to, co moje. Nie potrafię
      powiedzieć - "panie, te drzwi miały działać, a są zepsute i od
      tygodnia nikt nie zgłosił się, żeby je naprawić". W ogóle jak
      dostaję coś do załatwienia z ludźmi, któzy nie zlewają, to odkłądam
      to najdalej od siebie jak tylko mogę.
      Nie potrafię! No nie potrafię powiedzieć, że ktoś coś źle zrobił,
      nie dopilnował, a powinien był. Nie potrafię powiedzieć i się
      upomnieć o usługę, którą ktoś miał wykonać, a nie wykonał do
      końca ...
      No załamka! I jak dosaję takie zadanie, to strasznie się z tym
      ślamazarzę i odkładam, bo się zwyczajnie boję. Nienawidzę takich
      sytuacji. Krytyk wewnętrzny tez robi swoje i klops gotowy!
    • anciax 01.08.08, 17:52
      Ladynemeyeth, wcale sie Tobie nie dziwie, bo to sa trudniaste syt.! :)

      ja mam takiego wspolpracownika, ktory czesto zlewa prace (ociaga sie albo
      sicemnia i nie wykonuje zadania jak nalezy) i tez nie umiem mu zwrocic uwagi...
      ale ucze sie: malymi kroczkami. Nie umiem mu od razu zwrocic uwagi, ze moglby
      podkrecic tempo, ale np: mowie mu, ze nie wykonam zadania za niego, bo mam swoje
      na glowie (!). 1-szy raz jak takie cos ode mnie uslyszal, to nie uwierzyl
      wlasnym uszom i przyszedl osobiscie zapyac czy mowilam powaznie (wczesniejsza
      rozmowa byla tel.). Za 2-gim razem tez go musialam upomniec, ale juz szybciej
      zaskoczyl o co mi idzie ... a i ja mialam juz latwiej, bo wreszcie wyrazilam to,
      co mi lezalo na watrobie.
      --
      "sam nie zatrzymam rzeki czarnych kłamstw"
    • ladynemeyeth 06.08.08, 12:14
      Ciągnie się za mną ten temat - masakra jakaś ... Dzisiaj odkryłąm, a
      raczej przypomniałam sobie kolejną rzecz, mianowicie - jak mój
      ojciec zachowywał się w sytuacjach, kiedy czegoś nie umiał, z czymś
      sobie nie radził, czegoś nie wiedział.
      No więc był to cały cyrk z wkurwianiem się, wrzeszczeniem na
      wszystkich dookoła, kłóceniem się. W taki sposób chciał odwrócić
      uwagę od tego, że jest głupi i sobie w niczym nie radził. A prawda
      była taka, że on rzeczywiście sobie z niczym dobrze nie radził.
      Niestety uczymy się od rodziców poprzez ich naśladowanie, więc i ja
      podłapałam ten nawyk. Kiedy ktoś mi zadaje coś, czego nie umiem,
      odczuwam wobec tej osoby nienawiść, jakbym była zagrożona. Jakby mi
      ktoś dosłownie krzywdę chciał zrobić i mam ochote odstawić ten sam
      cyrk, co w wykonaniu mojego ojca. Czuję rónież nienawiść wobec
      siebie samej, chyba to najbardziej. Nie daj boże, żeby mi ktoś
      zwrócił uwagę albo zaczął pomagać ...
      Wiele razy mi się dostało tylko dlatego, że on czegoś nie wiedział.
      Mój brat też ma ten nawyk - kiedyś jechał do mojego nowego
      mieszkania pierwszy raz, zabłądził i zadzwonił do mnie, żeby mnie
      zjechać za to, że on nie może trafić!
      Masakra jakaś ....
      Takie zachowanie miało sporo innych, szkodliwych konsekwencji.
      Skutecznie mnie "chroniło" przed uczeniem się, czytaniem,
      zdobywaniem kompetencji, zadawaniem pytań, uczestnictwem w
      dyskkusjach, no i dzięki temu wyrobiłam w sobie pogląd, że jestem
      głupia, bo nic nie umiem, nic nie wiem, o niczym nie czytam, więc
      nie potrafię dyskutować. W pracy to nie pomaga, w szkole tez nie.
      Kariery zawrotnej z takimi przekonaniami nie można zrobić.
      Chciałabym, żeby to się już skończyło, a tymczasem dochodzę do coraz
      głębszych obszarów tego wzorca, coraz gorszych i koszmarnych
      wpomnień i przeraża mnie to, co widzę i co we mnie jest.
    • ladynemeyeth 06.08.08, 12:19
      Z takim nawykiem nienawiści i autoagresji ciężko jest w ogóle mówić
      o wyrozumiałości wobec samej siebie i pozwoleniu sobie na
      niedoskonałość. Zwłaszcza, że tych niedoskonałości jest całe multum.
      Dochodzi jeszcze żal i pretensja do krzywdzicieli i ogromny ból po
      całej krzywdzie ... Wybuchowa mieszanka.
      Niech ktoś trzyma za mnie kciuki, bo ostatnio czuję się, jakby po
      mnie czołg przejechał. I mimo, że wiem, że to przejdzie, a potem
      będę zadowolona z moich wyników i rozwiązanego problemu, dziś jest
      cholerniee ciężko.

    Popularne wątki

    Nie pamiętasz hasła

    lub ?

     

    Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

    Nakarm Pajacyka