Dodaj do ulubionych

Ksiazki Chmielewskiej do sprzedania

03.04.06, 17:45
mam sporo tytulow - do sprzedania po 5 euro plus przesylka pocztowa
Edytor zaawansowany
  • 03.04.06, 21:48
    Mister, mozesz mi przeslac tytuly na priv? Sporo juz mam, ale nie wszystko:-)
  • 04.04.06, 06:48
    bede musial je troche pozbierac do kupy - czesc ksiazek lezy u mojej Mamy ( mam
    tez pare Chmielewskich w 2 egzemplarzach).
  • 04.04.06, 11:11
    mister, ja tez prosze o tytuly i mam nadzieje, ze ksiazki w dobrym stanie?
    --
    kapusniak sie przejadl, przejdzmy na barszczyk
  • 04.04.06, 11:42
    oczywiscie
  • 04.04.06, 13:54
    ja tez prosze o podanie tytulow, dziekuje i pozdrawiam
  • 04.04.06, 17:02
    1.Wszyscy jestesmy podejrzani
    2.Krowa niebianska
    3.Kocie worki
    4.Mnie zabic
    5.Najstarsza prawnuczka
    6.Studnie przodkow
    7.Tajemnica ( 2 egz)
    8.Skarby
    9.Boczne drogi
    10.Florencja, corka diabla

    Ksiazki sa w cenie 5 euro za egz.+ koszty przesylki
  • 04.04.06, 18:27
    11.Romans wszechczasow ( wyd.1990)
  • 05.04.06, 14:18
    TPG Post Tarievenwijzer

    Brievenbuspost
    Binnenland Brieven, drukwerken,
    kaarten, buspakjes

    Tarieven per 1-1-06

    BTW -

    Munteenheid EUR

    0-20 g. 0,39

    20-50 g. 0,78

    50-100 g. 1,17

    100-250 g. 1,56

    250-500 g. 2,25

    500 gr.-2 kg. 3,00


  • 06.04.06, 10:07
    Mister, wyslalam Ci moje "zamowienie".
    --
    kapusniak sie przejadl, przejdzmy na barszczyk
  • 06.04.06, 15:31

    > 1.Wszyscy jestesmy podejrzani
    > 2.Krowa niebianska
    > 6.Studnie przodkow
    > 8.Skarby
    > 9.Boczne drogi
    > 11.Romans wszechczasow ( wyd.1990)

    wyslalem email jesli chodzi o powyzsze Chmielewskie
  • 06.04.06, 17:00
    cala szostka ksiazeczek juz w drodze...
  • 06.04.06, 20:51
    solidna firma, dzieki, zaraz wplace kase ;-)
    --
    kapusniak sie przejadl, przejdzmy na barszczyk
  • 07.04.06, 06:59

    1.Kocie worki
    2.Mnie zabic
    3.Najstarsza prawnuczka
    4.Tajemnica ( 2 egz)
    5.Florencja, corka diabla

    cena 5 euro za egz. + przesylka

  • 09.04.06, 10:33


    Straszny ryk wyrwał mnie ze snu późną nocą. Na moment zastygłam w obawie, że
    dom się wali, ale zaraz przypomniałam sobie o rezerwuarze. Uspokojona,
    doczekałam chwili zamilknięcia urządzenia i zasnęłam na nowo.
    - Proponuję, żeby w nocy powstrzymywać się od spuszczania wody - rzekłam o
    poranku. - Co wy na to? Wśród nocnej ciszy grzmi dubeltowo.
    - A kto spuszczał? - zainteresowała się Alicja.
    - Nie wiem. Ty albo Beata.
    - Przysięgam, że ja nie - zarzekła się Beata. - Spałam jak kamień, a poza tym
    czuję się intruzem i z całej siły staram się być cicha, bezwonna i nieszkodliwa.
    - Nie czuj się - poradziła jej Alicja. - Wyróżniałabyś się za mocno. Ja też
    nie, to kto? Joanna, może ty sama?
    - Nie sądzę. Trudno spuszczać wodę w wychodku, zarazem leżąc w łóżku.
    - A jesteś pewna, że poleciała?
    - Mam pokój najbliżej, tuż obok, niemożliwe było nie słyszeć. Żadna z was nie
    słyszała?
    - Ja nie - odparła Beata.
    - Coś mnie chyba obudziło, ale nie wiem co - wyznała Alicja. - Możliwe, że ryk,
    ale widocznie ucichło, zanim się zdążyłam zastanowić. Czy to możliwe, że
    poleciało samo? Chcecie jajko?
    Nie chciałam jajka na śniadanie. Beata również nie wyglądała na osobę, która
    miałaby w głowie śniadanie i jajka. Jajko stanowiło osobisty i ukochany posiłek
    Alicji.
    - Możliwe, niestety - rzekłam z westchnieniem. - Odczep się ode mnie z tym
    jajkiem. Miałam taką sytuację u siebie w domu już wiele lat temu. Woda
    spuszczała się sama z przerażającą regularnością, z tym że zwyczajnie, bez
    takiego przeraźliwego akompaniamentu, ale i tak ciężko było wytrzymać. Z czego
    wynika, że zjawisko nie zalicza się do nadprzyrodzonych.
    - I co zrobiłaś?
    - Nic, wezwałam hydraulika i zmieniłam rezerwuar. Rozregulowało się w nim coś
    tam nie do naprawienia.
    Alicja niechętnie wzruszyła ramionami.
    - Wszystko można naprawić. No nic, zobaczymy, czy zadziała i w dzień.
    - Jeśli będzie ryczało samo z siebie, wyjeżdżam natychmiast - zapowiedziałam
    stanowczo. - Nie mam słuchu, ale całkiem głucha nie jestem i długo nie
    wytrzymam. I tobie też przepowiadam rychłe wariactwo, chyba że uciekniesz z
    domu.
    - Zastanowię się...
    Beata nie wtrącała się do rozmowy, niespokojnie wpatrzona w zegar. Być może,
    cały poranek spędziłaby na peronie, gdyby nie to, że znów wybierałam się do
    sklepu i przy okazji mogłam ją zawieźć na stację. Piechotą do sklepów nie
    chodziłam, chociaż odległość wynosiła niecały kilometr, z tego prostego powodu,
    że nabyte produkty nie chciały same iść do domu. W drodze powrotnej musiałabym
    dygować kartofle dla Alicji, piwo, mleko i owoce dla wszystkich, mrożoną rybę i
    różne inne produkty dla siebie, niekiedy w szklanych opakowaniach. Można było,
    oczywiście, udawać się do sklepu, wlokąc za sobą wózeczek na kółkach, co
    nagminnie czyniła Alicja, ale jakoś nie miałam serca do tego rodzaju spacerów.
    Tym razem Beata odzyskała torebkę. Z pierwszych drzwi pierwszego wagonu
    wychylił się facet z wielką, foliową torbą w ręku, spytał ją o nazwisko,
    usłyszał je, wręczył jej torbę, chętnie przyjął żywiołowy uścisk i ruszył w
    dalszą drogę. Oszalała ze szczęścia i ulgi, Beata gotowa była teraz na wielkie
    czyny i z radością przyjęła propozycję towarzyszenia mi przy zakupach.
    - Popatrz, jest wszystko! - mówiła ze wzruszeniem, przeglądając w czasie jazdy
    zawartość dużej, myśliwskiej torby. - Nic absolutnie nie zginęło, Boże, co za
    niebiański kraj! Jakim cudem nikt mi tego nie ukradł, leżało przecież bez
    opieki!
    Zgadłam bez trudu.
    - Demoralizacja też potrzebuje trochę czasu, żeby ogarnąć cały naród.
    Paskudzimy im charakter, my i te nacje południowe, zaledwie od trzydziestu
    pięciu lat, a umoralniani byli przez trzysta pięćdziesiąt...
    - Demoralizacja postępuje znacznie szybciej!
    - Toteż idzie nieźle, ale daleko jej do końca. Poza tym na dworcu głównym w
    Kopenhadze pasażerowie się wymieniają, ci, co wysiedli razem z tobą, na twoją
    torbę nie zwrócili uwagi, a ci, co wsiedli, nie wiedzieli, czy właściciel nie
    tkwi gdzieś w pobliżu. Z jadącego pociągu trudno uciec z łupem. A na końcu już
    tam wleciała obsługa kolejowa i ewentualny złodziej stracił szansę.
    - Zwyczajna łaska boska i ślepy fart. Rzadko mi się przytrafia, przeważnie mam
    pecha...
    Wracając z zakupami spożywczymi, znienacka postanowiłam wstąpić do sklepu
    przemysłowego. W pobliżu domu Alicji był taki zachwycający sklep z
    nadzwyczajnymi narzędziami, w którym od lat zaopatrywałam się w rozmaite
    końcówki szlifierskie do minicrafta, także w nożyczki, sekatory, pudry
    polerskie, przyrządy do manikiuru i tym podobne czarujące zabawki. Od dawna już
    podobno sprzedawca dopytywał się o mnie, bo dość długo mnie nie było, a taka
    idiotyczna klientka musiała mu sprawiać żywą uciechę, zdecydowałam się zatem
    odnowić stosunki handlowe w towarzystwie Beaty, niewątpliwie fachowca. W
    mglistych planach majaczyły mi różne drobnostki do szlifowania bursztynu, które
    ona znała znacznie lepiej niż ja i mogła coś podpowiedzieć, ocenić i wybrać.
    Beata do pomysłu odniosła się zgoła entuzjastycznie. Odzyskawszy gotówkę i
    karty kredytowe, poczuła wręcz skrzydła, szumiące u ramion.
    No i przepadła. Trafiła na coś, co niesłychanie trudno było dostać, a co
    okazywało się niezbędne do prac w twardym materiale. Nie znałam się na tym, w
    metalu nigdy nie umiałam pracować, Beata zaś doskonale dawała sobie radę nawet
    z miedzią. Ów wymarzony przedmiot był, niestety, atrapą, bo coś się w nim
    zepsuło, leżał, żeby było wiadomo, że istnieje, i mogli go sprowadzić, i
    dostarczyć za dwa dni. Niezwykłość jakaś, równie rzadko spotykana, co
    użyteczna, Beata dostała bielma na oczach i małpiego rozumu, z miejsca
    postanowiła, że nie wyjeżdża, zostaje, będzie czekać na przedmiot. Tylko
    Alicja... Ma jej siedzieć na głowie...? Może hotel...?
    Hotel zapchany był po dziurki w nosie i najbliższy możliwy termin rezerwacji
    wypadał za dwa tygodnie. Zaczynał się okres turystyczny.
    - Mnie głupio - zdenerwowała się Beata. - Chciałam jej złożyć wizytę, ale
    przecież nie w taki sposób! Zwalam się na nią jak trąba powietrzna!
    - Trąba powietrzna ciągnie w górę. W ostateczności znajdziesz może coś w Lyngby
    albo w Holte, ale prawdziwej ostateczności na razie nie widzę.
    Alicja na wieść o problemie Beaty popukała się palcem w głowę i zarządziła
    obiad w postaci filetów z piersi indyka, które zaczęły mi się rozmrażać w
    bagażniku jako pierwsze. Co do mojej osobistej ryby, uznałam, że jeszcze trochę
    wytrzyma.
    - Zabrałam już nasiona z pokoju telewizyjnego - powiadomiła nas. - Jest dostęp
    do kanapy, no, prawie jest. Z wysuwaniem możemy poczekać na Pawła, nie chce mi
    się już teraz z tym szarpać.
    - Ja mogę wysunąć, tylko pokaż mi, co - zaofiarowała się gorliwie Beata,
    spragniona własnej użyteczności.
    - Nie ma pożaru. Na razie możemy się napić kawy.
    - Wychodek ryczał? - zainteresowałam się.
    - Nie, sam z siebie ani razu. Natomiast przy mojej pomocy owszem. Boję się, że
    tak łatwo nie przestanie.
    - Pozwolisz, że sprawdzę...
    Mimo iż był środek dnia i nocna cisza nie panowała, ryk zagrzmiał ogłuszająco.
    W tym właśnie momencie w drzwiach pojawił się oczekiwany Paweł, uczynił krok do
    wnętrza i cofnął się, niczym gromem rażony.
    - Czy to fanfary na moje powitanie? - spytał z niepokojem. - Ja aż tyle nie
    wymagam! Czym zrobiłyście te odgłosy?!
    - O, Pawełek! - ucieszyła się Alicja. - Jak to dobrze, że już jesteś, akurat
    zdążyłeś na śniadanie...
    - Na co...?
    - No, może na podwieczorek. Nie zwracaj uwagi na te dźwięki, to wychodek.
    - Pomyślałem w pierwszej chwili, że przestawiłaś się na taki rodzaj muzyki. Nie
    rozumiem wprawdzie, co mówisz, ale nie szkodzi...
    - Jak sama łatwo zgadniesz, to jest Paweł - powiedziałam do Beaty.
    Paweł witał się z nami, dotarł do Beaty. Spojrzeli na siebie.
    W piorunującym tempie, jak zwykle, zdążyło mi przelecieć przez głowę mnóstwo
    różnych błysków. Beata rzeczywiście była piękną kobietą, nie blondynką
    wprawdzie, włosy i oczy miała ciemne, ale z
  • 09.04.06, 10:35
    Robert Górski złożył mi wizytę.
    Powitałam go z podwójną, a nawet potrójną przyjemnością, bo nie tylko żywiłam
    do niego prywatną sympatię, nie tylko od razu zyskałam nadzieję na jakieś
    tajemnice śledcze, ale przy okazji oderwał mnie od ciężkiej pracy, która
    wychodziła mi już nosem, uszami i czubkiem głowy. Musiałam zrobić porządek w
    szufladach z papierami, ponieważ zginęła gdzieś polisa ubezpieczeniowa, na
    której znajdował się numer telefonu, do czegoś tam niezbędny i już nawet
    zdążyłam zapomnieć do czego. Pretekst, żeby porzucić to okropne zajęcie,
    zachwycił mnie niezmiernie.
    Tajemnicę śledczą podinspektor Górski zwierzył mi niezwłocznie.
    - Holendrzy mają kłopoty. Co prawda i sukces, wiedzą już, kim była denatka w
    bagażniku. Wcale nie Ewa Thompkins...
    - Tyle zgadłam sama - mruknęłam.
    - A zna pani może niejaką Neeltje van Wijk? Słyszała pani o niej?
    - W życiu...! Wnioskując z nazwiska, Holenderka? Nie znam kompletnie nikogo z
    Holandii, aż dziwne, mam znajomych we Francji, w Danii, w Szwecji, w Anglii, w
    Austrii, we Włoszech, w Niemczech, w Kanadzie, nawet w Australii, a w Holandii
    nic, zero. O tej Neeltje pierwsze słyszę. Kto to jest?
    - Właśnie ofiara.
    - Co pan powie? I co?
    - I zaczynają przesłuchania od początku pod nowym kątem widzenia. I tak sam się
    porozumiewam z Rijkeveegeenem, więc wolałem bezpośredni kontakt z panią, a co
    mam panią włóczyć do komendy... Miło tu u pani i jestem pewien, że kawy
    dostanę... Chociaż nie! Wolałbym herbaty. U pani jest najlepsza herbata na
    świecie.
    - Byłaby lepsza, gdybym ją mieszała z namysłem i na spokojnie - wyznałam z
    westchnieniem żalu. - To nie, zawsze w pośpiechu. Ale przynajmniej na dobrej
    wodzie.
    Usiedliśmy przy tej herbacie i Górski jawnie wyciągnął magnetofon, nie bawiąc
    się w żadne podchody.
    Rozumiałam go doskonale, w końcu musiał przekazać moje gadanie holenderskim
    glinom z możliwie największą dokładnością, w dodatku tłumacząc na obcy język.
    Gotowa byłam wprawdzie powtarzać wszystko po pięć razy, ale i tak przesadne
    obciążanie pamięci potrzebne mu było jak dziura w moście, mnie zaś magnetofon w
    najmniejszym stopniu nie przeszkadzał.
    Chwila po chwili, kawałek po kawałku, przekazałam wszystkie wydarzenia z
    parkingu w Zwolle. W zamian dowiedziałam się, skąd pochodziło puste miejsce
    parkingowe, tak cudownie ulokowane. Jakiś bucefał z nadwagą stanął okrakiem,
    potem odjechał i nikt już nie zdążył tego zająć, miły facet, niech mu to sadło
    lekkie będzie...
    - Sam zresztą o to spytałem - wyznał Górski. - Korciło mnie, jakim cudem, wobec
    braku miejsc w hotelach, może się przytrafić taki fart na parkingu? Wątpliwości
    należy wyjaśniać, na szczęście już wiedzieli.
    - A kto mnie właściwie zakapował? Pusto wszędzie, głucho wszędzie...
    - Niech pani tylko nie zaczyna z poezją, bo od razu czuję w sobie braki
    humanistyczne. Dziecko, jakiś chłopiec, jedyna istota ludzka, która wyglądała
    przez okno, deszcz padał, telewizja była nudna...
    - Dobry wzrok miał - pochwaliłam. - Grubego okrakiem też widział?
    - Nie, gruby pochodzi z innego źródła. Zaraz, całą polską stronę musimy
    załatwić, Rijkeveegeen tu przecież nie przyjedzie. A nawet gdyby, nic mu z tego
    nie przyjdzie, bo nie zna języka.
    - W dzieciństwie miałam przedwojenny rocznik "Płomyka" - wyrwało mi się w
    zadumie. - Na każdej stronie był apel: "Ucz się języka esperanto!". Nie
    chwyciło, ale "ucz się języków obcych" ma swój sens. Polski należy do
    najtrudniejszych, przez gramatykę, ale za to gramatyka daje mu szaloną
    elastyczność. Różne lenie śmierdzące, tumany i głąby usiłują sprawę
    pogorszyć...
    - Naprawdę chce pani rozmawiać o polityce? - zdziwił się zgryźliwie Górski.
    - Nie. Z dwojga złego wolałabym już rzucać kamieniami w okna, ale po pierwsze,
    celnie rzucać nie umiem, a po drugie, nie wiem, gdzie głąby mieszkają.
    - Może to i lepiej. Z Gąsowskimi też ktoś rozmawia, już wrócili do Warszawy, to
    znaczy do Łomianek. Ale... O ile wiem... Pani też...?
    Pokiwałam głową, bo Gąsowska żadnych tajemnic mi nie zwierzała, to raczej ja
    jej, a doskonale wiedziałam, jak społeczeństwo traktuje pogawędki z policją. Na
    wszelki wypadek każdy usiłuje ukryć nawet fakt, że na śniadanie spożył
    jajecznicę, aczkolwiek spożywanie jajecznicy niczym mu absolutnie nie grozi.
    Ale policja...?
    - Naprawdę chce pan rozmawiać o polityce? - spytałam znacznie bardziej
    zgryźliwie niż on.
    Górski znał moje poglądy, odgadł potężny skrót myślowy, co ta policja może
    zrobić w obliczu stojącego na głowie wymiaru sprawiedliwości, roześmiał się,
    chociaż może raczej obydwoje powinniśmy byli się rozpłakać. Ale możliwe, że
    nasze rzewne łkania wystraszyłyby koty, gapiące się na nas z tarasu, nie należy
    denerwować niewinnych zwierzątek...
    - Powiem panu, a pan sobie porówna ich gadanie i moje. I nie ma siły, własne
    wnioski dołożę. Jadzia w Chelsea z całej siły stara się być lojalna, lubi panią
    Thompkins i nie przepada za panem Thompkinsem, niespodziewane wydarzenia ją
    przeraziły, ale, jeśli ma kontakt z mamusią, wróciła już chyba do równowagi. Co
    ta Ewa wywinęła, pojęcia nie ma, poza tym, że z gachem wyskoczyła na krótkie
    pitigrili. Ludzka rzecz. Tam, w Zwolle, to był jej samochód?
    - Jej.
    - To ją ładnie trzasnęło. Niech sprawdzą, do pioruna, gdzie i kiedy mogli jej
    ten samochód podwędzić, bo w życiu nie uwierzę, że poszła na spółkę w mokrej
    robocie przy okazji romansu. Rzadkiej w końcu chyba, nie wiem, jak często jej
    mąż podróżuje. O ile wiem, facet jest wściekle atrakcyjny...
    - Bardzo cenna uwaga - przyznał Górski po krótkim namyśle. - Rozumiem, że ten
    amant atrakcyjny, nie mąż...?
    - Amant. Mąż bogaty.
    - Pojęcia nie mam, ile Rijkeveegeen wie o kobietach, ale przetłumaczę mu to z
    wielkim naciskiem. Osobiście bym Ewę wykluczył.
    - Łaska boska, że możemy rozmawiać w pewnym stopniu prywatnie...
    - Sama pani mówiła, że policjant to też człowiek.
    - W głębi duszy. Po wierzchu ofiara. Co do Ewy, nawet zaczynam zgadywać,
    dlaczego ona zamieszkała u Martusi w Krakowie, za jej wczesnej młodości tam
    żadnych domów nie było, jakieś chałupki stały na ziemiach uprawnych i mógł w
    nich mieszkać ktokolwiek, krewny, przyjaciółka... Skoro sielanka z gachem,
    skoro męża skołować... nie moja sprawa, w życiu męża nie kołowałam, ale różnie
    się zdarza... ten mąż mógł jej szukać, sprawdzać, w obliczu zmian
    urbanizacyjnych wcale by nie znalazł i we wszystko musiałby uwierzyć. Nawet
    niezły pomysł, a Martusia tu czysta jak łza.
    - Jak łza... - przyznał Górski w zadumie i zatroskał się nagle. - Niech mnie
    krowa na lody zaprosi, jeśli pani naprawdę nie jest jedyną osobą, która na
    własne oczy widziała tego faceta na parkingu...! Przez ułamek sekundy oczyma
    duszy widziałam krowę, zapraszającą Górskiego na lody. Lody na stoliczku
    turystycznym, na pastwisku, krowa, cholera, dygała wdzięcznie... Wyrzuciłam
    obraz sprzed oczu z lekkim wysiłkiem, bo nawet mi się dość podobał.
    - No to co? - spytałam bez emocji.
    - To na jego miejscu ja sam bym panią rąbnął. O ile nie dotrą do niego inaczej,
    pani stanowi jedyne zagrożenie.
    Zaciekawiłam się.
    - A dotrą?
    - Diabli wiedzą. Ale nic, dowiem się, mam w ręku argument. Na razie, o ile
    wiem... Może nie tyle wiem, ile się domyślam. Zrobili tam duży zygzak
    finansowy...
    - Mafia...?
    - Właśnie nie... - rzucił okiem na magnetofon i machnął reką. - A, co tam,
    wykasuję, a może pani powie coś, co się przyda. Nie żadna mafia, tylko jeden
    człowiek, nie wykluczam wspólnictwa, może dwóch albo trzech. Do kasacji.
    Nieboszczka poszła na przemiał pierwsza...
    - To chyba pozostali powinni się zdenerwować?
    - Zwracam pani uwagę, że to tylko moje fantazje. Naleciałości zawodowe.
    Odruchowo próbuje się wyciągać wnioski, snuć domysły... Uzgodnili, że ją trzeba
    załatwić, nie mają co się denerwować, może kłapała gębą, może trzymała szmal w
    ręku i stawiała warunki...? W grę wchodzą, na moje wyczucie, grube miliony
    euro
  • 09.04.06, 10:39
    Książka napisana lekko i z humorem, który tak bardzo cechuje Chmielewską, można
    ją czytać w ramach relaksu. Tym razem bohaterka tropi szajkę bogacącą się za
    pomocą "jednorękich bandytów". Jak zwykle główni bohaterowie przeżywają
    niesamowite historie, muszą rozwiązywać zawikłane tajemnice i popadają w
    rozliczne tarapaty.
  • 09.04.06, 10:41
    Książka Florencja, córka Diabła jest oparta na faktach, które nie tylko
    pozostały nadal aktualne, ale wręcz doszły do pełni rozkwitu. Na całą, wówczas
    jeszcze skromną, a dziś rozszalałą przestępczość nikt nie zwrócił jeszcze
    uwagi... Nie spodziewając się aż takiego rozwoju zjawisk, Autorka pozwoliła
    siebie na żartobliwą uwagę, jakoby wszystko w tym utworze zostało wyssane z
    palca.
  • 11.04.06, 15:52
    nadal aktualne
  • 21.04.06, 08:19
    pieniazki doszly
  • 10.05.06, 17:30
    Joanna Chmielewska:
    Autobiografia - Stare próchno - tom 6
    fragment:
    Nosem już mi powychodziły te wszystkie młodości i postanowiłam się zestarzeć.
    Niestety, siła wyższa, czyli tak zwane życie, nie uwzględniło mojej decyzji i
    uparcie dostarcza mi wrażeń, właściwych dla osoby młodej i pełnej wigoru. Część
    z tego próbuję wykorzystywać w książkach, ale całości nie daję rady, niechże
    się zatem ta orgia głupich przypadłości nie zmarnuje i znajdzie miejsce w
    upiornej autobiografii, która wcale nie spełniła swojego zadania.
    Jak napomknęłam na samym wstępie do pierwszego tomu, zaczęłam ją pisać po to,
    żeby uniknąć pytań, powtarzanych po tysiąc razy, i hurtem udzielić odpowiedzi
    na wszystko. No i rezultat jest... proszę bardzo, ktoś zgadnie, jaki...?
    We wrześniu Anno Domini 2002 w kolejnym wywiadzie zapytano mnie żywiutko i z
    zachłannym wręcz zainteresowaniem:
    Skąd biorę pomysły do książek?
    Czy bohaterowie moich utworów są prawdziwi i żyją?
    Czy mieli do mnie pretensję za zrobienie z nich bohaterów?
    Czy Lesio istnieje?
    Ile z tego wszystkiego przeżyłam osobiście?
    Czy bohaterka to całkiem ja, a jeśli nie całkiem, to w jakim zakresie?
    Jak to się stało, że zaczęłam pisać i dlaczego?
    I wszystkie inne tym podobne.
    Na szczęście najpotężniejsze oberwanie chmury nastąpiło w Rosji, gdzie, zamiast
    mnie, odpowiadał tłumacz, niech mu Pan Bóg da zdrowie, który odpowiedzi znał na
    pamięć, ja zaś mogłam sobie pomilczeć, siląc się tylko na uśmiech, mam
    nadzieję, że miły. Za ruskich dziennikarzy do polskich nie mogę mieć pretensji,
    ale i naszym nic nie brakuje, z czego wynika, że autobiografię, jako pomoc
    życiową, mogę spokojnie pod tramwaj podłożyć.
    Ukoronowaniem tych wysoce pożądanych skutków jest straszliwe dzieło pana
    Tadeusza Lewandowskiego, z którego to dzieła nareszcie dowiaduję się co myślę,
    co robię, jakie miewam poglądy i co też wyczynia moja, łagodnie mówiąc, mocno
    zwichrowana osobowość. Zdaje się, że miał to być wywiad. Komentarzem do wywiadu
    zajmę się na końcu, uparcie bowiem usiłuję zachować coś zbliżonego do
    chronologii.
    Ale przysięgam! Po napisaniu niniejszego tomu, o ile później będę jeszcze żywa,
    nikomu na żadne pytanie nie odpowiem! Niech sobie przeczyta wszystko i rychło
    mu się odechce, a głupią ciekawość diabli wezmą...

    *

    Ostatnimi czasy coraz bardziej jęła mi słodzić życie elektronika.
    Rzecz jasna, pazurami i zębami broniłam się i bronię przed bezpośrednim
    kontaktem z tą dziedziną wiedzy ścisłej, a już z pewnością odmawiam zgody na
    pozostawanie z nią sam na sam. Z krzykiem żądam pomocy, którą w największym
    zakresie służył mi początkowo Tadzio, syn mojego kumpla z młodych lat, Maćka, a
    oprócz niego parę innych osób.
    Zdaje się, że na samym wstępie do owych przerażających kontaktów wyszło na jaw,
    iż muszę posiadać dwa telefony komórkowe, a nie jeden, a w ogóle nie mogę kupić
    żadnego, ponieważ nie dysponuję stałym miejscem pracy. Słowo daję, tak było
    jeszcze parę lat temu, a chodziło, rzecz jasna, o wypłacalność. Okazało się, że
    mnóstwo osób, zazwyczaj młodych i przedsiębiorczych, korzystało z komórek, nie
    płacąc rachunków.
    Wobec tego Tadzio kupił na siebie i przystąpiliśmy do sprawdzania urządzenia
    przy moim kuchennym stole, obficie oprzyrządowanym.
    Siedziałam cicho i grzecznie, Tadzio zaś wziął słuchawkę i zaczął dzwonić. W
    momencie, kiedy się łączył, natychmiast zaczynał dzwonić jego telefon
    komórkowy. Nikt się w nim nie odzywał. Za trzecim razem Tadzio się zdenerwował.
    - Co za kretyn dzwoni i rozłącza się od razu...?!
    - Tadziu, może ty dzwonisz ode mnie do siebie? - wysunęłam żartobliwą supozycję.
    Tadzio spojrzał na przyrząd, spojrzał na mnie i łupnął się w czoło.
    - No pewnie! Przecież ja dzwonię do ojca, rany boskie, do nas zawsze była
    czwarta pozycja, a teraz pani zapisała tu mój komórkowy! Ten kretyn, znaczy, to
    ja...
    W słuchawce miałam zapisane: dzieci, to jeden, Teresa, to dwa, Tadzio cztery,
    mój plenipotent pięć, Julita sześć, Maria siedem... Dzięki czemu kompletnie nie
    pamiętałam już i zresztą nadal nie pamiętam żadnych numerów telefonów, ponadto
    cyfra na słuchawce odpadła, bo zrobiło się tego za dużo. Jedyny numer, jaki nie
    wiadomo dlaczego utkwił na zawsze w którymś zakamarku mojego umysłu, to właśnie
    numer Maćka, ojca Tadzia. We wszelkich okolicznościach telefonicznych, jakiejś
    naprawy, zmiany, czegokolwiek, zawsze dzwoniłam do Maćka dla sprawdzenia, czy
    dobrze działa.
    Urządzenie często pokazywało dziwne sztuki i kiedyś, wróciwszy z wizyty u
    niego, stwierdziłam istnienie osobliwej blokady, którą na szczęście już znałam
    i wiedziałam, że ktoś powinien do mnie zadzwonić, żeby się odblokowało, a
    możliwe, że mi to odblokowano zdalnie i chciałam się w tej kwestii upewnić.
    Szczegółów technicznych nie pamiętam i proszę mnie nimi nie dręczyć.
    Zadzwoniłam do Maćka.
    - Maciek - powiedziałam tajemniczym głosem. - Jak do mnie zaraz zadzwonisz, to
    ci powiem, co widziałam w twoim domu, jak wychodziłam.
    Odłożyłam słuchawkę i Maciek, rzecz jasna, natychmiast do mnie zadzwonił.
    - Co widziałaś?!
    - Takiego wielkiego szczura, słowo daję, jak prosiak. Na parterze, właził do
    góry po rurze kanalizacyjnej.
    - Nie żartuj!
    - Jak Boga kocham. Święta prawda. Powinniście chyba coś zrobić?
    - O rany boskie! - jęknął Maciek i rozłączył się.
    Innym razem, znajdując się poza granicami kraju, zadzwoniłam do niego i
    poprosiłam:
    - Maciek, zadzwoń do Tadzia, niech on zadzwoni do Marii, ona mu da telefon do
    Julity, niech zadzwoni do Julity, żeby przyszła do mnie do domu, ma moje
    klucze, niech znajdzie taki duży, zielony notes i niech do mnie zadzwoni.
    Zapomniałam zabrać notes i teraz nie mam przy sobie ani jednego numeru
    telefonu, do nikogo.
    - A numer telefonu tej Marii? - spytał Maciek ostrożnie.
    - Tadzio ma, bo jej robił zamek u drzwi. A do mnie jest w tej chwili Czekaj,
    weź coś do pisania, zaraz ci podyktuję
    Tym sposobem moja pamięć znęcała się wyłącznie nad Maćkiem.
    Komórki to był zaledwie delikatny początek. Dalej poszło rozpędem, ponieważ
    dałam się namówić na komputer, na co główny wpływ miały błędy składacza.
    Każdy człowiek, wklepując tekst, robi błędy i od tego jest korekta, żeby je
    poprawić. Doszłam do wniosku, że z dwojga złego wolę już poprawiać własne niż
    cudze, zawsze to trochę mniej roboty, i zgodziłam się ustawić w domu
    niezrozumiałe ustrojstwo, drukować wszystko dla siebie, a składaczowi wysyłać
    dyskietkę. Rzecz oczywista, do dziś dnia samodzielnie dyskietki nagrać nie
    umiem, odtworzyć również nie, i za każdym razem albo przychodzi do mnie
    inteligentna osoba, która dokonać tego dzieła potrafi, albo z komórką przy uchu
    i z obłędem w oczach spełniam polecenia mojego znajomego, genialnego
    komputerowca, obdarzonego niewyczerpaną cierpliwością. Najechać myszą,
    prztyknąć w klawisz Nawet się to niekiedy udaje. Dziwne.
    Na komputerze się nie skończyło.
    Kupiłam sobie Toyotę Avensis. Żeby mnie kto zabił, nie przypomnę sobie,
    dlaczego porządną, uczciwą Carinę zamieniłam na Avensis, co mi do głowy wpadło?
    Musiałam mieć chyba zaćmienie umysłu.
    Tych cholernych Avensis kolejno posiadałam trzy

    Zaraz. Miało być chronologicznie. Diabli niech biorą Avensis, jeszcze do niej
    wrócę we właściwej chwili, do elektroniki również, nie ma obawy, element
    zatruwający życie trudno usunąć z pamięci. Przedtem jednak zajmę się rokiem
    dwutysięcznym.
    W wieku dwunastu lat, czytając rozmaite książki science-fiction, wyobrażałam
    sobie ten rok 2000 i zastanawiałam się, czy go dożyję. Starannie wyliczyłam
    wiek, jaki mi spadnie na kark, i zwątpiłam w możliwość osiągnięcia podobnej
    sędziwości. Zgrzybiałość absolutna, próchno, ekshum. Może z tamtego świata
    zdołam obejrzeć, co się dzieje na ziemi.
    Później nie miałam czasu zajmować się głupstwami i rok dwutysięczny wyleciał mi
    z głowy. Nie skojarzyłam nawet tej epokowej daty z własnymi dolegliwościami i
    nie podbudowałam wątpliwości. O dolegliwościach pisać nie cier
  • 10.05.06, 17:34
    Zaraz. Miało być chronologicznie. Diabli niech biorą Avensis, jeszcze do niej
    wrócę we właściwej chwili, do elektroniki również, nie ma obawy, element
    zatruwający życie trudno usunąć z pamięci. Przedtem jednak zajmę się rokiem
    dwutysięcznym.
    W wieku dwunastu lat, czytając rozmaite książki science-fiction, wyobrażałam
    sobie ten rok 2000 i zastanawiałam się, czy go dożyję. Starannie wyliczyłam
    wiek, jaki mi spadnie na kark, i zwątpiłam w możliwość osiągnięcia podobnej
    sędziwości. Zgrzybiałość absolutna, próchno, ekshum. Może z tamtego świata
    zdołam obejrzeć, co się dzieje na ziemi.
    Później nie miałam czasu zajmować się głupstwami i rok dwutysięczny wyleciał mi
    z głowy. Nie skojarzyłam nawet tej epokowej daty z własnymi dolegliwościami i
    nie podbudowałam wątpliwości. O dolegliwościach pisać nie cierpię, ale już o
    nich wcześniej napomknęłam, więc niech będzie, ten przechodzony zawał był już
    za mną, panowie lekarze cieszyli się na drugi, zrobiłam im złośliwość i na
    drugi nie zapadłam. Za to ugruntowałam w sobie chorobę, znienawidzoną przez
    świat medyczny, mianowicie arytmię, wstrętną rzecz, utratą życia nie grożącą,
    do wyleczenia trudną, a dla pacjenta ciężką do zniesienia. Czuje się
    nieszczęśnik, jakby już umarł i nie wiadomo, co z nim zrobić.
    Podbudowała się ta obrzydliwość niedokrwieniem serca, niedotlenieniem i od
    czasu do czasu migotaniem przedsionków. Nie wiem, co to jest migotanie
    przedsionków, i wcale nie chcę wiedzieć, wystarczy mi, że jest okropne. Rzecz
    jasna, byłam leczona, internista z kardiologiem wspólnymi siłami dobierali mi
    medykamenty, w paradę im jednakże wchodziły czynniki towarzyszące, głównie moje
    cudowne schody, wysokie trzecie piętro bez windy. No, wysokie, jak wysokie,
    przed wojną byłoby uważane za niskie, trzy metry z drobnymi groszami, cóż to
    jest! A cztery i pół metra nie łaska?
    Niestety, w czasach obecnych trzy metry to jest jakiś szał, luksus, rozrzutność
    wręcz zwyrodniała, na co człowiekowi tyle powietrza nad głową? Że nowe
    pokolenia lecą w górę, co najmniej o ćwierć metra przerastając swoich dziadków?
    No i cóż takiego, mogą chodzić na ugiętych łapach, pochylać się w drzwiach
    Gimnastyka jest zdrowa.
    Inna rzecz, że ciekawa jestem, kto powymyślał te wszystkie normatywy. Jakiś
    niedożywiony karzełek? No dobrze, wiem, że to taniej, ale jeszcze taniej byłoby
    poprzestać na szałasach albo zgoła nie budować niczego, tymczasem drapieżne
    polowanie na szmal rozeszło się już po całym świecie. Jak dżuma. AIDS. Czarna
    ospa.
    Karzełek, nie karzełek, każde piętro dowalało mi co najmniej trzydzieści
    centymetrów i razem wychodził metr albo i więcej, dzięki czemu do wszelkich
    schodów nabrałam żywiołowego wstrętu. Sam ich widok wystarczy, żebym się gorzej
    poczuła. Wpadłam w szał i przystąpiłam do budowania sobie parterowego domu, a
    budować musiałam, bo wszystkie istniejące, gotowe do kupienia, miały piętra. Z
    sypialni do kuchni trzeba było latać po schodach, co z góry wykluczyłam
    absolutnie.
    O perypetiach natury budowlano-administracyjnej nie będę pisała, bo jeszcze
    dziś na ich wspomnienie mógłby mnie szlag trafić, ponadto większość,
    szczególnie tych administracyjnych, spadła na pana Tadeusza, któremu na jakiś
    czas stworzyłam ciężkie życie. Zemścił się na mnie wprawdzie, ale to później.
    Na razie dochodził rok dwutysięczny, a ja się czułam okropnie. Sylwestra
    postanowiłam spędzić w domu, w szlafroku, przed telewizorem, bo i kaset z
    filmami miałam już dość dużo, i ciekawiło mnie, jak też telewizja uczci epokową
    datę. Ukryłam się przed wszystkimi, każdemu mówiąc co innego, łżąc na potęgę i
    zyskując dzięki temu święty spokój.
    No i zgodnie z planem zasiadłam sobie w moim starym fotelu ze sznurka, tym,
    któremu spawacz po pijanemu przyspawał nogi odwrotnie, i który dawno już
    przestał być pomarańczowy, bo moje własnoręczne farbowanie kompletnie wyblakło.
    Pułapkowatość mebla w pewnym stopniu złagodziłam, ułożywszy na nim trzy
    poduszki, i przystąpiłam do spędzania.
    Pojęcia nie mam, co oglądałam na ekranie, ponieważ zajęły mnie inne rozrywki.
    Około godziny dziesiątej wieczorem czułam się tak dennie, że straciłam
    nadzieję. Jednak, mimo wszystko, tego roku 2000 nie dożyję, trupem padnę przed
    północą, a tak już blisko, szkoda
    Po czym nagle szlag mnie trafił, rozzłościłam się wściekle. Dosyć tego, mam
    umrzeć, to honorowo!
    Wylazłam z fotela, wyciągnęłam z lodówki flachę bardzo dobrego szampana i udało
    mi się go otworzyć, nie tłukąc lamp i nie wylewając zawartości na ściany.
    Kieliszki posiadałam, co prawda używane były głównie jako wazoniki, ale kilka
    ocalało. Nawet nie wiem, czy miałam jakąś zagrychę, możliwe, że serek, ale
    gwarantować nie mogę.
    Całego tego szampana wytrąbiłam samodzielnie bez wielkiego pośpiechu, o drugiej
    w nocy czułam się jak skowronek na nieboskłonie, a wszelkie doznania chorobowe
    przeszły mi dokładnie. Dożyłam roku dwutysięcznego!
    Zatem przynajmniej jeden Sylwester nie tylko mi nie zaszkodził, ale nawet
    pomógł.

    Gdybym pisała normalną książkę, poustawiałabym wydarzenia w czasie tak, żeby
    miały jakiś sens i wzajemnie nie wchodziły sobie w paradę. Życie, niestety, nie
    uwzględnia wymogów twórczości i dostarcza rozrywek hurtem, mieszając wszystko
    ze sobą, uniemożliwiając trzymanie się chronologii, rwąc tematy, tworząc w
    ogóle jeden melanż. Taki właśnie galimatias stał się moim udziałem.
    Równocześnie:
    Kończyłam dom.
    Przeprowadzałam się.
    Kupowałam te cholerne Toyoty Avensis.
    Kradli mi je.
    Podróżowałam, niekoniecznie dla przyjemności.
    Usiłowałam pracować zawodowo.
    Kłóciłam się służbowo i prywatnie.

    I jak ja mam z tego wybrnąć?
  • 15.05.06, 10:00

    Fragment:
    Dziwna, pękata, lśniąca postać na wielkich łapach i z długim ryjem wylazła z
    maszyny i tajemniczym sposobem zsunęła się w dół. Za nią pojawiła się druga,
    taka sama. Okrzyki tłumu nabrały znamion szczególnych, stały się nieco ochrypłe
    i mniej dźwięczne. - Wysiadają...! - rozległo się coś pośredniego pomiędzy
    szeptem a jękiem. - Ludzie, to przecież nie ludzie...!!!

    cena: 5 euro + przesylka
  • 15.05.06, 10:03
    Fragment:

    Janeczka i Pawełek wracali tego dnia później, bo mieli dodatkowe lekcje języka
    angielskiego. Ponadto Janeczka musiała jeszcze zmienić w wypożyczalni książkę,
    Pawełek zaś czatował na znajomego milicjanta. W rezultacie zdołali porozumieć
    się z babcią dopiero przed samym obiadem, a i to sprawa była utrudniona, bo
    większość rodziny zdążyła już znaleźć się w domu.
    - Wiecie, chyba mieliście rację - przyznała babcia w pustej chwilowo
    kuchni. - To jest niezwykle mądry pies! Wpadł do domu i tak wyraźnie
    powiedział, że idzie listonosz, jakby mówił ludzkim językiem. Nadzwyczajne!
    - No proszę - wtrącił Pawełek - już się na nim poznałaś!
    - I co? - pytała z przejęciem Janeczka. - Poszłaś mu zabrać listy?
    - Tak, był jeden do Rafała. Obaj z listonoszem już się znają. To znaczy z
    psem.
    - Rafał z listonoszem i z psem? - zdziwił się Pawełek.
    - To byłoby trzech - zauważyła Janeczka. - Babcia powiedziała, że obaj. Na
    trzech nie mówi się obaj.
    Babcia poczuła, że coś jej zaczyna przeszkadzać w posługiwaniu się umysłem.
    - Nie plączcie mi w głowie! - zażądała z irytacją. Listonosz z psem się
    znają.
    Janeczkę życie towarzyskie listonosza interesowało w nikłym stopniu. Miała
    ważniejsze sprawy do omówienia.
    - Babciu, a zmora... to znaczy nasza sąsiadka, co?
    - Jak to, co? Nic. A co...?
    - No, co zrobiła? - poparł siostrę Pawełek. - Nic?
    - Oczywiście, że nic, a coście chcieli? Żeby się na mnie rzuciła i wydarła
    mi list do Rafała?
    - No, nie... - przyznała Janeczka z niejakim wahaniem, bo właściwie na coś
    takiego właśnie miała nadzieję. - Ale nic nie próbowała? Przecież chyba
    patrzyła ze swojego okna?
    - Nie wiem - odparła babcia z lekkim zakłopotaniem, czując, że popełniła
    niedopatrzenie. - Możliwe, że patrzyła, nie zwróciłam uwagi. Chaber dostał
    ciasta. Chyba specjalnie dla niego upiekę następne.
    - No proszę! - wykrzyknął dumnie Pawełek. - Cała rodzina będzie miała
    korzyść z naszego psa!
    W tym momencie do kuchni wszedł Rafał. Wyraz twarzy miał pełen zadumy, w
    ręku trzymał otwartą kopertę i kartkę papieru.
    - Babciu, ty nie wiesz czasem, skąd się wziął ten list? - spytał
    podejrzliwie.
    Babcia od razu poznała otrzymana korespondencję.
    - Znikąd się nie wziął - odparła z lekkim zdziwieniem. -Przyszedł pocztą.
    Listonosz przyniósł.
    - Tak zwyczajnie przyniósł listonosz? - upewnił się Rafał.
    - Zupełnie zwyczajnie, sama go odbierałam. A co się stało?
    - Nic. Jakieś głupie dowcipy...
    - Jakie dowcipy?
    Rafał nie zdążył odpowiedzieć, bo do kuchni zajrzała pani Krystyna,
    szukająca swoich dzieci. Zamierzała wysłać je do sklepu po pieczywo. Była
    sobota, na jutrzejszą niedzielę mogło zabraknąć.
    - Kto pójdzie, Pawełek czy Janeczka? - spytała.
    - Możemy iść razem, ale zaraz - odparł Pawełek zajęty Rafałem. - To znaczy
    za chwilę. Ty. A co jest w tym liście?
    - Nie wiem - mruknął Rafał. - Głupawy dowcip.
    - Jaki głupawy dowcip, powiedzże wreszcie! - zdenerwowała się babcia.
    - A o co chodzi? - zainteresowała się pani Krystyna. - Co się stało?
    Rafał westchnął.
    - Nic się nie stało, tylko dostałem idiotyczny list i myślałem, że ktoś o
    nim coś wie. Ale jak nie, to nie.
    Do kuchni zajrzała ciotka Monika.
    - Rafał, na stole leżał list do ciebie... - zaczęła i urwała, widząc
    kopertę w ręku syna. - A, już go dostałeś?
    - Słuchaj, on mówi, że ten list jest idiotyczny - powiedziała pośpiesznie
    babcia.
    - A co się stało? - zaniepokoiła się ciotka Monika i weszła do kuchni. -
    Co to za list?
    - O rany boskie, niech skonam, nic się nie stało, przestańcie się
    czepiać! - zniecierpliwił się Rafał. - Nic takiego, dostałem list, a w liście
    kartka. Napisane jest na niej:
    "Uprzejmie zawiadamia się, że dzisiaj jest czwartek". Drukowanymi literami, bez
    podpisu.
    Pomijając już wszystko inne, dzisiaj jest sobota.
    Przez chwilę wszyscy patrzyli na niego w milczeniu.
    - To co to znaczy? - spytał Pawełek z szalonym zaciekawieniem.
    - A skąd ja mam to wiedzieć? Jakiś kumpel się pewno wygłupił...
    - I ja po to leciałam za tym psem, żeby Rafał się dowiedział, że dzisiaj
    jest sobota! - wykrzyknęła z oburzeniem babcia.
    - Babciu...! - zawołała ostrzegawczo Janeczka.
    - Nie sobota, tylko czwartek - sprostował Rafał.
    - Jaki czwartek, co ty opowiadasz! - zaprotestowała mimo pani Krystyna. -
    Przecież jest sobota!
    - To ja wiem, że jest sobota, ale tu jest czwartek.
    Przez kilka minut wydawało się, że do końca życia rodzina nie wybrnie z
    problemu czwartku i soboty. Jedna niewinna kartka wprowadziła potężny zamęt,
    przestawiając dni tygodnia. Ciotka Monika oprzytomniała wreszcie, oświadczając,
    że jest pewna soboty, bo dziś właśnie ma się zacząć remont jej kuchni na górze,
    a w ogóle przyszła tu po to , żeby spytać, gdzie jest jej brat, który o tym
    remoncie zadecydował.
    Pan Chabrowicz, jak się okazało, pojechał gdzieś po dachówkę. Nie wiadomo
    było, kiedy wróci. Można by zacząć ten remont bez niego, bo narzeczony ciotki
    Moniki już przyniósł narzędzia, Rafał mu pomoże, ale zdaje się, że on miał
    jakiś pomysł...
    - Żadnego pomysłu nie miał, tylko kazał z daleka omijać krany - oświadczył
    Rafał. - Mówił, że niech was ręka boska broni wymontować choć jeden.
    - To w ogóle sobie nie wyobrażam, jakim cudem ten remont kiedykolwiek
    skończycie - rzekła z rozgoryczeniem ciotka Monika. - Krystyna, przygotuj się
    na to, że przez całe wieki będziemy na twoim wikcie.
    - A, właśnie - ocknęła się pani Krystyna. - Dzieci, idźcie po ten chleb,
    bo potem nie dostaniecie!
    Janeczka odezwała się pierwszy raz dopiero na ulicy.
    - Przestań się już tak dziwić, to ja napisałam ten list - powiadomiła
    Pawełka. - Zupełnie zapomniałam ci o tym powiedzieć. Wysłałam zwyczajny, bo
    chciałam się przekonać, czy babcia zdąży. Poza tym bałam się, że listonosz
    akurat nie przyjdzie i Chaber będzie miał przerwę.
    - A dlaczego mu napisałaś, że jest czwartek? - spytał Pawełek z
    zainteresowaniem.
    - Bo był czwartek. Napisałam w czwartek, a wysłałam w piątek. Proszę, jeden
    dzień idzie.


    Cena: 5 euro plus przesylka
  • 15.05.06, 11:48
    Jezu, to mi przeszkadza w poslugiwaniu sie umyslem! Ale poplatane..
  • 18.05.06, 15:22
    do sprzedania nie tylko ksiazki Chmielewskiej, ale setki i innych ...
    ( takze biale kruki - jak wydawnictwa Giedoyca)
  • 18.05.06, 16:01
    jasne,tylko najpierw na to stado bialych krukow trzeba zarobic.
  • 18.05.06, 17:00
    astarte7 napisała:

    > jasne,tylko najpierw na to stado bialych krukow trzeba zarobic.

    moze byc "black money" ...
  • 18.05.06, 18:33
    Black money za biale kruki??To juz szara strefa. Przeciez pisalam, ze jestem
    uczciwa!
    Odnosnik: ktorys post
  • 18.05.06, 18:54
    to sa wydatki na kulture wiec zmienia to postac rzeczy
  • 18.05.06, 18:58
    Tylko co to za kultura co sie miesza z blotem.
  • 18.05.06, 19:41
    nie przesadzaj,astarte7, ja sobie zartuje, aty to zdaje sie bierzesz powaznie.
    Glodem nie przymieram, bym mial za wszelka cene sprzedac kolekcje ksiazek
    Hlaski,Mrozka z 1970 roku czy "Na nieludzkiej ziemi" Czapskiego wydane przez
    Editions-Spotkania specjalnie do celow przemytniczych...
  • 18.05.06, 20:09
    He he, zmoralizowal sie Pan, co?
    Ok, dosc juz na dzisiaj z Internetem. Slonce wyszlo!
  • 18.05.06, 20:16
    nie.Sprawa beznadziejna. Z natury jestem czlowiekiem zlym.A w ogole to jeszcze
    jutro do pracy a potem urlop.Mam nadzieje, ze slonce dopisze.
  • 19.05.06, 00:17
    No bez przesady! Jakie Ende? Przeciez nie zamierzalam tu nikogo nawracac ani
    katechizowac! To by ZART, do licha. Bo mnie tu zaraz wszystkie kobiety z blotem
    zmieszaja za jakies bluznierstwa a juz sie tak wiosennie robilo..
  • 19.05.06, 07:00
    ende bylo na wczorajszy internet - dzisiaj juz o 10 bedzie koniec z praca na
    nastepne 10 dni ( praca to pol biedy, najgorsze wczesne wstawanie)

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.