-
[b] Kemping nad O'Brien Creek jest obszerny i nikt
nikomu nie wchodzi w parade rozstawiajac nawet kilka
namiotow, i samochodowe obozowisko.Oprocz topazowo-cynowych
pol skalnych , okolica obfituje w dingo, ptaki i dzikie
swinie.Wlascicielka kempingu,przyjmujac od nas oplate za
noclegi , pokazala nam swoje 2 gigantyczne psy, uzywane
do polowan na okolicznego dzika.Psy przygladaly nam sie
ciekawie, poniewaz bylismy z suka, a szczek ich mial glos
barytonu podszytego moca miesni. Ratlerek definitywnie
szczeka inaczej.Gospodyni powiedziala nam ,iz ostatnio dwa
psy,podobne do tych Jej seterow irlandzkich,zostaly ,w
polowaniu na dzika, rozerwane na strzepy.Psom naklada sie
specjalna "zbroje" skorzana majaca chronic je
przed szarzujaca swinka,ale ta, ktora poszatkowala te dwa
psy, musiala byc niesamowicie dzika.Nastepnego dnia rano
wybralem sie na obchod okolicy.Eryk z Goska zostali w
obozowisku,gdyz namiotu na dachu Ich auta ,raz
rozstawionego do spania, nie zwija sie nastepnego
ranka,zeby gdzies pojechac, poniewaz trzeba by zwinac cale
obozowisko. Wedrowac gdzies bez auta Im sie nie chcialo wiec
zostali pod drzewem. Cieplo i pieknie.Po kilkuset
metrach przekraczam niezbyt gleboka rzeke, ktora wije sie
naturalna wstega gorskiego wicia. Rzeka,jak mi powiedzial
gospodarz jedynego a'la sklepiku mijanego po
drodze, moze podniesc sie w porze deszczowej o 18-20
metrow i zagrozic sklepikowemu bezpieczenstwu.Rzeczywiscie,
ciezko wyobrazic sobie, iz ten strumien, widziany z gory
gospodarskiego sklepiku, a polozony dobre 25 metrow w
dole,byl ostatniego roku blisko fundamentow
gospodarskich.Odwiedzam okoliczny billabong z ptakami ,
jakas roslinnoscia i jedna lilia
wodna.Goraco.Jeden kopacz kopie jeszcze w tamtych
okolicach ,oprocz topazow, cyne. Cyna jest ciezka i
przypomina swoim wygladem srut do dubeltowki.Jak uda Mu sie
uzbierac tone cyny to
pakuje to wszystko na swojego terenowca i sprzedaje w
skupie metali kolorowych.Ciezka praca i klimat goracy,ale
jestes tam swoim kierownikiem,i jedynym gornikiem na
terenie wykupionej ,licencyjnej dzialki.Czasami trafia im
sie tam piekny, niebieski topaz o czystosci
brylantu,i wtedy wszystkie trudy ida w
zapomnienie.Przeszedlem kilka ladnych kilometrow popijajac
nieslodzona cytrynade nabyta w zastepstwie wody,ktorej
sklepik,z jakichs nieznanych powodow,nie sprzedawal.
Cytrynada byla w puszkach wiec musialbym albo wypic ja
od razu, albo trzymac puszke zatkana palcem.
Gospodyni ulitowala sie nade mna i dala mi mala,
plastykowa butelke. Moglem nia nawet potrzasac.Zeby
zmienic terenowy krajobraz skierowalem sie w
strone rzeczki i zdecydowalem sie dojsc do
przejezdnego,samochodowego brodu,korytem tej skalno-
piaszczystej drogi wodnej.Zajelo mi to ponad 2
godziny.Teren okazal sie niesamowicie
ciezka, piaszczysto/skalista droga, a woda byla miejscami
niesamowicie rwaca.Musze przyznac ,ze bylem
zmeczony,ale bylo to zmeczenie inne od tego zmeczenia
pracowo/miastowego.Bedac w buszu bez ludzi,szumu ulic,bez
dzwieku radia,telewizji i tych wszelkich
techno-gadget'ow, zaczynamy doswiadczac
inaczej tego swiata natury, zawieszajac nasz
intelektualny odbior na korzysc odbioru
duchowo/swiadomosciowego, zwiazanego bardziej z naszymi
zmyslami niz jego intelektualnym tlumaczeniem. Ten odbior,
inny niz techno/miejski, powoduje nasze wyciszenie,
ukojenie, nasza radosc z ciszy i spokoju niemozliwego do
doswiadczenia w procesie ducha miejskiego.Ta przepiekna
Ziemia ze swoimi dzwiekami ,zapachami, zmiennoscia
klimatyczna i cyklami przekazuje nam energie odpowiadajace
urlopowemu odpoczynkowi niemozliwemu do osiagniecia w
biurowych komnatach zatrudnieniowych.Tam ,w naturze, bedac
sami ze soba nie niszczymy,nie wyrzynamy
wspoltowarzyszy, nie palimy, nie zatruwamy i nie demolujemy tego co
jest piekne i naturalne. Po prostu nie mamy takiej
potrzeby.Dopiero swiat miejski ze swoimi uzywkami i technika>
zmienia,lub stara sie zmienic nas w robotnikow
robotowych gotowych pokroic w kawalki goscia majacego
inny poglad lub niefamiliarny wyraz twarzy. Czemu
my,ci edukowani goscie z madroscia
rozrozniania, tak latwo zapominamy o tym swiecie
natury? Jak to jest mozliwe,ze to wyciszenie, tak przez nas
szukane, oddala sie od nas tak blyskawicznie ?
Przeciez tam,w naturze, nie jestesmy tymi
wyksztalconymi osobami, ktorym to wyksztalcenie
daje poczucie jakiejs wyzszosci nad wspolnikami
ludzkich wedrowek i nad stworzeniem. Nie jestesmy
przeciez jakimis akademikami bioracymi udzial
w modyfikowaniu,zmianie, manipulacji i pseudo tworzeniu
nowego,ktore staje sie domena tych akademikow
przyjmujacych pozycje Tworcy zmieniajacego naturalne
procesy,procesy
sluzace im samym, i co gorsza ,wierzacym, iz to wszystko
sluzy rowniez innym.Jak to jest ,ze cenimy wszystko co
naturalne , a pozniej chcemy sie zywic jakims
zmodyfikowanym lososiem, nawet jak ta modyfikacja
wizualnie wyglada OK? Kto chce jesc zmodyfikowana
kukurydze od ktorej,w przeciagu 2 lat, wyginela trzoda u 2
tys zakontraktowanych, amerykanskich farmerow?
Wracam do obozowiska z gwara ptasia i moglbym tego
sluchac dniami.Nie mam nic przeciwko technice bioracej
udzial w rozsadnym rozwoju naszego dobrobytu
i naszego srodowiska,ale nie zgadzam sie z technicznym
niszczeniem nas samych, innosci innych i innego.Nasz
porzadek jest dalej porzadkiem meskim, a jednostka meska
jest czyms wyzszym od zenskiej.Separacja jest czescia naszej
nauki zycia, wierzenia i zachowania.Polaczenie wszystkiego w
jednosc jest nam obce i prawie
zupelnie niezrozumiale, a nie rozumiejac
tego, jestesmy w stanie unicestwic wszystko i
wszystkich. Jestem w Kraju Aborygenow, ktorzy nigdy nie
mysleli o unicestwieniu innych, separacji nie znali, a od
zarania wierzyli w Jednosc calego wszechswiata, a my,
ci madrzy, oswieceni i edukowani kaplani zycia i
smierci, nazywamy Ich prymitywnymi glupkami,
ignorujac Ich wiedze, jak rowniez Ich
samych.Zdumiewajace, nieprawdaz? Wsadzamy Ich do rezerwatow,
zamykamy w domach, w ktorych Oni nie chca mieszkac,
demolujemy ten Ich przepiekny Kraj,zabieramy
im dzieci i oddajemy KANONIKOM na wychowanie, a kiedy
nie chca nas sluchac rozpijamy Ich, czerpiac jeszcze z tego
zyski. Rzeczywiscie, jestesmy bardzo edukowani i zaprzegajac
te nasza lotna wiedze , z gory wiemy co i dla kogo
jest lepsze i dlaczego.Zwiedzajac ten Kontynent widze,
jak "produkcja miesa" niszczy dziewicze tereny po
to,zeby np. taki Japonczyk mogl zjesc
sobie kawalek wolowiny.Nie chcialbym wspominac kopaln
niszczacych, bez najmniejszego wyrzutu
sumienia, wszystko wokolo jakiejs gigantycznej
dziury.Dolar jest naszym glownym sprzymierzencem
w niszczeniu, glupocie, chciwosci , kompletnym
braku szacunku dla innego czlowieka i alienacji z
Natura.Wybijamy sie w milionach zaprzegajac do tego nasza
inteligencje i madrosc.Pomyslu,jak wykonczyc pobratymca
nigdy nam nie brakuje.Gosh, cos zoltego sie rozlalo,
ale juz zbieram, zbieram to wszystko ladna szmatka utkana
naturalna nitka najnaturalniejszego snucia. Suka nasza
narobila smrodku kolo sasiedzkiego obozowiska i
obozowicz prosi,mocnym glosem, o zlikwidowanie zenskiej
narobiny, ktora zatrula mu przez chwile swierzosc
popoludniowego powiewu.Eryk pobiegl i zebral to wszystko
elegancko w plastykowa torebke.Gosc ma dwa psy i
on moglby im np. pozwolic skupac sie na naszym
obozowisku.Moglibysmy miec podwojny smrod,a tak beda sie kupaly z
dal od
nas.Jestemy wygrani sprzatnieciem tej suczej kupki.
Eryk ma zawsze wpuszczona koszulke w spodenki nawet przy
30-sto stopniowych upalach.Twierdzi, ze lubi pokazywac
wszystkie szycia i tylne kieszonki,ktore sa niewidocze
z koszula na wierzchu.
-
Nawet kiedy nikogo nie ma w promieniu
40km, tez ma ja pieknie wcisnieta w spodenki,jakby
spodziewal sie lada chwila gosci zwracajacych uwage na
szycia i kieszonki. Musze uczciwie przyznac , ze
Eryk , od czasu zeszlorocznej podrozy, zmienil swoje
zachowanie na lepsze.W tamtym roku jobowal prawie na
wszystkich zwiazanych z przemyslem motorowym. Krzyczal
bardzo czesto,ze noz Mu sie w kieszeni otwiera, kiedy
mysli o tych sukinkotach. W tym roku przywiozlem Mu w
prezencie szorty z pieknym scyzorykiem w kieszeni
o ladnej nazwie "lampart" . Moze Mu sie
otworzy w kieszonce i bedzie w stanie ukluc
kogos,oczywiscie, jezeli zajdzie
taka potrzeba . Mnie tylko dwa razy zwrocil
uwage,podczas calej podrozy, ze piwo wlasnej roboty ,z
lekka zawiesina na dnie, powinienem lac po sciance
szklanki, pomimo moich zapewnien , ze Piwo Warszawskie 30
lat temu mialo podobna zawiesine i robilismy to
nalewanie z wielka ostroznoscia.Nie slyszal tego
zasluchany w swoja opowiesc o sciance i szklance.Zostajemy
na tym obozowisku jeszcze jeden dzien.
-
Opuszczamy te piekna okolice obfitujaca w topazy i roznorodnosc
ptasia.Nie mamy specjalnych planow planowanego zatrzymania wiec
mkniemy sobie szutrowymi drogami podziwiajac okolice.Szukamy
zlota,ale nie jakichs tam malutenkich kawalkow.Jestesmy nastawieni
na znalezienie kilogramowej "grudki".Inne,mniejsze znaleziny nas nie
interesuja.No, moze te ladne,wpadajace od razu w oko, i blyszczace z
daleka, nugget'y.Mijana droga sklania do myslenia wiec zastanawiamy
sie nad ta swiatowa roznorodnoscia ptasia, jak i nad ta nasza
australijska,niesamowicie kolorowa skrzydlata fauna. Eryk jest dosyc
dobrze oczytany w temacie wiec przedstawia nam ostatnie osiagniecia
naukowe z Glen Rose-Teksas. Probuje sie nam udowadniac,ze ptaki
rozwinely sie z dinozaurow- "terpodow",ale nikt nie potrafi
udowodnic,jak mogl wyksztalcic sie tak skomplikowany organ, jakim sa
ptasie pluca.Nie wspomne nawet o tak niesamowitej roznorodnosci
kolorow, ksztaltow czy dzwiekow ptasich,a coz
dopiero o tym ,iz samo zadanie kazdego
z tych ptakow w naturze jest kompletnie inne i unikalne.Ptak moze
zaadaptowac sie do innego srodowiska,ale jego cechy,jego
ksztalty,kurtuazja
runiczna i celowosc zycia pozostaja takie same.Co np.
zakrzywilo dzioby tym krzywodziobowcom; no bo przeciez nie staly tak
latami opierajac je o skale lub drzewo,zeby je sobie pozakrzywiac do
akuratnej, i tak fantastycznie perfekcyjnej krzywizny? Ostatnie
znaleziska archeologiczne w Ameryce Polnocnej podwazyly
przekonania,ze ludzie nie zyli w tym samym okresie co dinozaury wiec
jezeli one-wedlug ksiazek szkolnych- wyginely jakies 60 milionow lat
temu ,a my jestesmy tu tylko od jakichs 2 ml lat to moze jest cos
zlego z tymi naukowymi obliczeniami, i cala ta palestra akademicka?
Moze one wyginely o wiele pozniej i nie bylo czasu na zadna
ewolucje,ktora musialaby nastepowac rownoczesnie-wedlug teorii
ewolucjonistow- u wszystkich rodzajow zyjacych stworzen znajdowanych
na Ziemi? Jak taka czarna,palmowa papuga wykombinowala sobie ,iz
bedzie rozgryzala najtwardsze na swiecie orzeszki,kiedy miala obok
siebie miekkiego jadla w brod? Po coz jakas malpa ,bedac
perfekcyjnie stworzona do chodzenia po drzewach i
zywienia sie tym co z tej perfekcyjnosci otrzymala,schodzilaby
nagle na ziemie i zaczynala chodzic na dwoch nogach robiac z siebie
handicapowskie posmiewisko udajace czlowieka, i niesamowicie latwa
zdobycz dla innych? Przeciez ona by nie przetrwala nawet tygodnia!!!
No a co z naszym dziobakiem? Nie ma na swiecie innego zwierzatka
laczacego w sobie cechy tylu najrozniejszych zwierzat? Gdyby
dziobaczek ulegal ewolucji to powinny wystepowac jakies egzemplarze
tego gatunku na roznych etapach rozwoju,a takowych nie ma. A co
odbilo delfinowi,zeby spac z jednym okiem otwartym? Czy ewolucjz
zamyka mu to otwarte oko czy raczej ewolucyjnie otwiera mu to
zamkniete? Po coz takiemu motylowi az 12,000 oczu , i kto mu dal
wogole skrzydla? Ech,przykladow mozna by przytaczac dziesiatki,ale
wprowadzenie poprawki do raz ustanowionych teorii,nawet przy
przekonywujacych dowodach, jest czasami niemozliwe.Komu na tym tak
strasznie zalezy,zeby trzymac nas w niewiedzy i nie przedstawiac
prawdy korzystajac z nowych, naukowych odkryc? Czarna
papuge
widzielismy i nawet jeden, latajacy egzemplarz potwierdza slusznosc
rogatkowych slupow z papuzia metaloplastyka w Mt. Surprise.Rozbijamy
sie nad przepieknym strumieniem Bullock Creek,gdzie szum wody
kolysze nas do snu swoja szumnoscia wodna,a nocne ptaki nie
przeszkadzaja specjalnie swoimi odglosami, pozwalajac nocnym
echosondowcom latac spokojnie w przenajrozniejszych kierunkach
jedzeniowego poszukiwania. Kapiemy sie nago w strumieniu, i zazywamy
sloneczka w rozsadnych ilosciach
czasowego zapomnienia w bezczasowosci naturowego przezywania.
-
Przepiekny kemping nad Bullock Creek zostawiamy w harcerskim
porzadku, kierujac sie na Chillagoe i okolice.Noce, pomimo wysokich
temperatur dziennych,nawet nad cieplymi strumieniami sa zimne i
wymagaja cieploty ubraniwej wspomaganej ogniskowym plomieniem,
przeciaganym dosyc dlugo w noc.Pierwszy raz w ciagu naszej podrozy
uzywamy, nad Bullock Creek,pily lancuchowej do ciecia
drzewa.Eryk ,podczas ciecia duzego,suchego drzewa,ma zalozony bialy
kask ochronny ze wzgledu na warunki BHP.Ognisko w country jest jakas
nieodlaczna rzecza obozowiska, i nastraja pieknym cieplem
wieczornego przesiadywania.Wsluchujac sie w nocne gwary,i
doswiadczajac zarazem niesamowitego spokoju emanujacego z tego
australijskiego buszu,obserwujemy tysiace malych nietoperzy
latajacych w takiej zawilej zygzakowatosci,iz samo to bezkolizyjne
latanie jest jakos niesamowicie tajemnicze. Przeciez dla kazdego z
tych nocnych lataczy musi sie znalezc jakies papu, i kazdy z nich
wysyla
przeciez specyficzny dzwiek dla swojego ,specyficznego odbioru, i
rzadko kiedy "emiter falowy" myli sie co do czestotliwosci wysylanej
fali. Czasami,kiedy ktorys z nich wylaczy na momencik odbiornik
falowego odbierania, moze zakonczyc sie to kolizja z drzewem lub
wspol-wysylaczem.Lubie te wieczory bezszelestnego lotu i ogladania
gwiazd,ktorych na poludniowej polkuli jest podobno wiecej niz na
polnocnej,ale nie mozemy tego jeszcze jakos w 100% potwierdzic.
Goska wedruje do lozeczka bardzo wczesniej.Jest zwykle pod wrazeniem
czerwonego wina, ktore,wedlug zalecen lekarzy, pite w malych
ilosciach dziennie , poprawia funkcjonowanie serca,i naszych arterii
krwioobiegowych.Goska stwierdzila,iz Jej osobisty krwioobieg jest
troszeczke dluzszy niz przecietny wiec bardzo czesto zaczyna
poprawiac jego funkcjonowanie juz od rana, powolujac sie czesto na
wypowiedzi lekarskie. Nie ma odstepstwa od tej codziennosci picia,a
nasz innozdaniowy komenatrz moglby
narazic sie
wypowiedziom lekarskim, a to,oczywiscie, nie jest naszy celem .Jezeli
konczy sie wino czerwone to w krwioobieg jest
wprowadzany "chmiel",ale i na bialym winku krwioobieg tez podobno
moze dobrze funkcjonowac,tylko lekarze,jak twierdzi Goska,
jeszcze o tym nic nie wiedza.Czesto,po takich kuracjach, kuracjuszka
staje sie awanturna,i awanturuje sie o cos o co my sie nie
awanturujemy.Moze Ona po prostu tak widzi te swoje kuracje
prowadzone w nieustajacym swietle otoczeniowej niezgody? Noce i
gwiazdozbiory,ktore my podziwiamy, czesto umykaja Jej uwadze,
poniewaz wprowadza do organizmu komponenty zalecane przez medykow, a
z tym zdaniem jest niezmiernie ciezko polemizowac. W niedziele
wyruszamy w dalsza droge nie spodziewajac sie absolutnie zadnych
gigantycznych pociagow drogowych,ale sie mylimy. Sa,i zostawiaja za
soba niesamowite kleby kurzu,ktore nie rozwiewaja sie zbyt
szybko.Przy mijankach zamykamy wszystkie szyby lapiac gleboki oddech
przed mijana kurzawica.No, moze troche przesadzilem z tym
oddechem.Chillagoe jest slawne z jaskin,czarnych skal i zrujnowanej
huty kolorowych metali.Ja robie male zakupy w miasteczku,a Goska
mknie do lekarskiej,winnej apteki malomiasteczkowego zaopatrzenia.Po
drodze,przed pubem, spotyka znajomych, u
ktorych bylismy,i ktorych widzielismy ostatni raz, jakies
13 lat temu,kiedy Eryk z Goska mieszkali jeszcze na farmie u
farmerskich Wlochow.Jozef Bogatek pochodzi z polskiej rodziny ,ale
nie mowi po polsku,a jego zona,Nadia, z wloskiej-panienskie nazwisko
Casanova- i oboje tworza bardzo dziwna pare.On,kiedys wykladowca na
Sydney University, stracil jakos przednie zeby,ale zapuscil wasy i
brode maskujac w ten sposob szczekowe ubytki;teraz pracuje gdzies w
country na akumulatorowym wozku widelkowym,i ma gdzis wielkie miasta-
tak przynajmniej twierdzi.Oboje wychowali 4 synow ,ktorzy opuscili
juz rodzinny dom wiec teraz Bogatkowie oddaja sie krotkim podrozom
weekend'owym popijajac piwo w malych ilosciach.Ostatnim razem,kiedy
sie widzielismy, Jozef prezentowal nam swoja plytoteke,ktora, musze
uczciwie przyznac, byla w tamtych czasach dosyc impnujaca.Nic w domu
nie mialo wiekszego znaczenia od plyt i systemu stereo.Muzyki
sluchalo sie glosno i z alkoholowym wspomagaczem.Bezalkoholowy
odbior Bogatek uwazal za strate
czasu.Podczas takich sesji muzycznych Jozef czest tracil
kontak z otaczajacym swiatem co dobijalo sie na jakosci i czystosci
mebli.Dopiero teraz widze,ze moglo to miec rowniez wplyw na stan
Jego uzebienia, ale o tym nie chce nic mowic zajmujac sie obecnie
robieniem zdjec cyfrowka.Popijamy sobie pub'owski piwko
zastanawiajac sie nad ewolucja tukanowskiego dziobu,ktory podobno
tworzy 60% calosci tukanowskiego ciala.Niedawno naukowcy
stwierdzili ,iz tukan uzywa swojego olbrzymiego dziobu do chlodzenia
ciala,kiedy przekracza ono temperature 21 stopni Celsjusza wiec
zastanawiamy sie czemu on sie tak rozgrzewa do tej temperatury,ale
nie dochodzimy do jakiejs definitywnej konkluzji.Temat zostawiamy
otwarty umawiajac sie na dyskusje w innym terminie.Rozstajemy sie z
rodzina Casanova/Bogatek w dobrej komitywie wspolnego
wspominania.Odjezdzamy,a po kilkunastu kilometrach rozbijamy oboz
nad rzeczke ze skalami przypominajacymi film: "Piknik Nad Wiszaca
Skala".Zostajemy tam kilka dni bedac znowu jedynymi goscmi wybranego
miejsca.
-
Nocujemy 3 dni w okolicy Emuford nad przecudna,czysciutenka rzeczka
z przyzwoitym,rzucajacym sie rybostanem. Okolica obfituje w gory z
dziurami, po gorniczych zapedach pionierskiego poszukiwania
cyny,miedzi i zlota,i niesamowite odglosy nocnego nawolywania
przypominajacego czasami wycie wilkow,ktorych w Australii przeciez
nie ma. Podejrzewamy o te dziwne glosy QUOLL'a, przepieknie
cetkowanego,australijskiego nocnego kota,ktory troche przypomina
polaczenie fretki i mangusty, a ktorego ,podobno,coraz czesciej
mozna spotkac w polnocnej Kwinslandii.Polskim tlumaczeniem quoll'a
jest; "nielaz cetkowany",ale nijak nie mozemy zrozumiec tej
nazwy."Nielaz" kojarzy sie z czyms co nie lazi,a ten cetkowiak lazi,
i to wspaniale.Kiedys to zwierzatko bylo znane w calej Australii,ale
osadnictwo prawie zmiotlo to przepiekne stworzenie z Terra
Australiana.Quoll obecnie powoli sie odradza i pomimo nocnego
zwyczaju polowania widziano go rowniez podczas dnia, raznie
wedrujacego gdzies w poblizu buszu.Nielaz zjada wszystko poczawszy
od insektow,krolikow po ptaki i weze, i ma bardzo ciekawy zwyczaj
dzielenia swojej" toalety" z innymi quoll'ami w celu znaczenia
swojego terytorium. Po prostu kilka quolli "toaletuje" sie w jednym,
wybranym miejscu, i z tego latrynowego miejsca zaczyna sie znaczenie
terytorium kazdego z nich .Zreszta nocne odglosy w zielonosciach
australijskiego buszu obfitujacego w skaly, soczysta zielen,jaskinie
i swieze zrodlo wody moga pochodzic rowniez od yowie'go lub innych
mieszkancow tych niezbadanych terenow.Okolica jest idyllyczna i nie
bylibysmy zdziwieni natykajac sie w nocy na jakichs nieznanych
mieszkacow tych dziewiczych terenow.Pod koniec XIX w hiszpanskich
jaskiniach w Banjos znaleziono dwoje,lekko skosnookich, dzieci o
zielonkawej skorze, i kompletnie nieznanym ubraniu.Chlopiec nie
chcial nic jesc i umarl,ale dziewczynka przezyla. Nauczyla sie
hiszpanskiego i twierdzila,ze oboje z
chopcem pochodzili z "Bezslonecznej Ziemi", z ktorej zostali zabrani
przez
"trabe powietrzna" i umieszczeni w jaskini w Banjos.Dziewczynka
umarla w 1892 roku, a jej historia jest podobna do XI wiecznej
relacji z Anglii. Australia obfituje w historie o yowie, pigmejach,3-
4 metrowych gigantow i przenajrozniejszych zwierzat wiec nic
dziwnego,iz w nocy slyszymy glosy niepodobne do jakichkolwiek
znanych nam odglosow. Eryk wybral sie na zwiedzanie pobliskiej gory
i o malo co nie wpadl do starego, szescio metrowego gorniczego szybu
pieknie porosnietego maskujaca trawa.Po zbadaniu kilku szybow
zaopatrzyl sie w dlugi kostur i wedrowal ostroznie, badajac okolice
jak jakis ulomny podrozny.Jak ci poszukiwacze kolorowych metali
kuli,do polowy lat 30-tych XX wieku, takie glebokie dziury w gorach
uzywajac tylko miesni swojego ciala jest dosyc zagadkowe.Dostac sie
na taka gore ze sprzetem, to samo w sobie bylo juz dosyc ciezkim
zadaniem,ale kopac w tych twardych skalach 6- 8 metrowe szyby, i
poruszac sie pozniej poziomo zbierajac jakies
pierwiastki...,gosh!!!-toz to bylo cholernie ciezkie zadanie. Nie
mozna przeciez zaprzeczyc,ze te dziury jakos tam wykopano,gdyz
okoliczne zloto transportowano raz w tygodniu w mocnym konwoju
policyjnym wiec musialo byc troszeczke tego "goraczkowego" metalu,
wydobywanego z tych szybow.Opalamy sie nago na materacach unoszacych
sie leniwie na wodach spokojnej rzeczki i nie chce nam sie nigdzie
ruszac z tego wspanialego miejsca.Niesamowite odcienie zieleni tego
dziewiczego buszu, spiew ptakow i owadow, cieplutka woda,cienie
slonecznego przemijania czasu, lekki zefir i brak much ..., czy
czlowiek potrzebuje czegos wiecej do zycia i szczesliwego
przezywania? Niedaleko od naszego obozu spotykam dzikie konie-
australijska nazwa,brumby-z ogonami i grzywami niestrzyzonymi chyba
od poczecia co,jak mi sie zdaje, jest obecnie niezmierna rzadkoscia
gdziekolwiek na swiecie.Brumbies wygladaja przepieknie i tworza
jakas fantastyczna kompozycje dzikosci zwierzecej
polaczona przepieknie z dzikoscia nietknietego buszu.
Obserwuje je z respektem z przyzwoitej odleglosci,ale bez
strachu.Konie sa madre i czujne,ale nie przestraszone moja osoba, i
pasa sie spokojnie w tej uroczej okolicy cos tam sobie podjadajac.
Prawde powiedziawszy to nie ma zbyt duzo takich miejsc na
swiecie,gdzie moglibysmy obserwowac dzikie konie w dzikosci natury
bez wzajemnego "przeszkadzania".Kilka lat temu Rzad w Zachodniej
Australii wydal zarzadzenie odstrzalu dzikich koni, i wykanczano je
z helikopterow,ale opinia publiczna sie zbuntowala na taki akt mordu
i Rzad sie wycofal.Zamiast odstrzalu zaproponowano lapanie i
sprzedawanie tych zwierzat i tak chyba zostalo.Dzikie wielblady np.
lapie sie i sprzedaje do krajow arabskich i nie ma z tym problemu.
To sa juz chyba jedyne dzikie wielblady na swiecie.Kilka ladnych lat
temu,kiedy przekraczalismy pustynie Gibsona,spotykalismy te dzikie
zwierzeta wedrujace zwykle w parach.Byly olbrzymiego wzrostu i
wygladalismy przy nich karlowato.W Emuford
obserwowalismy rowniez jedna z najdziwniejszych papug
australijskich, "Eclectus Parrot", ktore maja tak niesamowicie
zabawnie-madro-glupawy wyraz twarzy,jakby byly stworzone do platania
figli i niczego wiecej. Nie mam pojecia dlaczego one znalazly sie w
tamym rejonie,ale pewnie bliskosc Rain Forest moze byc jakims
rozsadnym wytlumaczeniem.Rodzaje zenskie i meskie sa tak rozne
kolorystycznie,iz naukowcy przez dluzszy czas mysleli ,ze to sa dwa
rozne gatunki ptakow.Nawet mlode piskleta roznia sie kolorem
puchu.Meski osobnik jest szara kula puchowa,a zenski czarna.Samica,
wysiadujaca mlode, prawie nie opuszcza gniazda z obawy przed
innymi,zenskimi osobkami gotowymi zajac jej gniazdo,ale podczas
takiego wysiadywania jest karmiona owocami i orzeszkami przez
przenajroznieszych ,meskich osobnikow.Zastanawiam sie czy
nasze,meskie samce bylyby zdolne do takiej zbiorowej opieki,ale cos
mi sie zdaje ,ze chyba predzej by sie powykanczali niz wykarmili
potrzebujaca kobiete.Chociaz moge sie mylic,kto wie? Widzielismy tez
nieduze stada przepieknej papugi zwanej "krasnopiorka
czerwonoskrzydla",ktora podczas lotu wyglada tak
jak "soczysta",frunaca tecza.Nie chce nam sie opuszczac tego cudnego
miejsca,ale nie mamy specjalnie wyjscia wiec 3 dnia zwijamy sie bez
pospiechu, aby po kilkudziesieciu kilometrach szutrowej drogi
przemknac przez przeurocze,maciupcie miasteczko, Irvinbank, z duzym
pubem otwieranym o 12.oo i asfaltowa ulica ciagnaca sie od
poludniowych do polnocnych rogatek.Docieramy do Herberton,gdzie
wypijamy dobra kawe , robimy male zakupy ,a w miejscowym "Empiku"
ogladamy bardzo ladne malarstwo Kanadyjki z Vancouver zastanawiajac
sie co Ja sprowadzilo tam z tymi przepieknymi,olejnymi miniaturami?
Z Herberton udajemy sie do Koombooloomba,slawnej z tamy nastawionej
na produkcje energetyczna,i mkniemy 30 km przez koombooloombijski
Rain Forest.Rozbijamy oboz w srodku duzego, pustego obozowiska z
bliskoscia dostepu do wody i zostajemy tam 2 dni.
-
Rozbijamy obozowisko pomiedzy drzewami na srodku
duzego,kempingowego miejsca, i jestesmy znowu sami. Sami, moze
dlatego,iz skonczyly sie szkolne wakacje i jest srodek tygodnia wiec
rodziny zaczely pracowac,a dzieci w szkolach.Nie protestujemy,gdyz
jestesmy ze wszystkich stron otoczeni przez tropikalna dzungle i
dzwiek tego tropiku nie brzmialby zbyt dobrze w polaczeniu z
krzykiem dzieci.Okolica jest jedna z najbardziej deszczowych w calej
Australii,ale nam jakos pogoda dopisuje.Pomimo cieplych wod jeziora
Koombooloomby(czy. Kumbulumby), i goracych dni,noce sa cholenie
zimne.Wstajac rano musze uwazac,zeby czasami nie dotknac glowa
namiotowego sufitu,poniewaz wygladalbym tak jak po poranym
prysznicu,gdyz stalaktytowe krople czekaja tylko na takich
gapiow,jak ja.Wszystko jest mokre, lacznie z podpinka ,i pomimo
mocnego,tropikalnego slonca musimy czekac gdzies do 10-tej rano,
zeby wszystko wyschlo.Rano biegne do jeziora i myje sie ,lacznie z
glowa, we mgle
rozrzedzonego swiatla slonecznego wyparowywujacej mgly.Paruje
wszystko,lacznie ze mna,i ten widok jest podobny do porannej
Amazonii odparowywujacej nocne spadki temperatur, okraszonych wodnym
prezentem nocnego chlodu.Stojac w tej cieplej wodzie z widokiem
zamglonego slonca, i para parujaca ze wszystkiego, nie dziwie sie
ludom tropikow kochajacych ten swoj mokry,rodzinny kraj.Jest
przepieknie,a dzwieki dziennych ptakow, i roznych innych stworzen,
dodaja okrasy tej pieknosci naturalnego, parowego oddechu
ziemskiego.Dopoki slonce nie zacznie swojej goracej operacji ,siadam
na kamieniach i wsluchuje sie w dzwieki spokojnie falujacego
jeziora,wspolpracujacego z reszta otoczenia w porannej symbiozie.Po
godzinie takiej ciszy, i spokoju dzunglowo-wodnego ukojenia,jestem
tak doenergetyzowany,jakbym byl na-drug'owany.Urok tego miejsca jest
niesamowity, a naturalna czystosc ciszy koi wszelkie dolegliwosci
miejskiego nadwyrezenia organizmu.Ide po drzewo na ognisko
i mam nadzieje znalezc peripatusa ( zwanego rowniez welwetowcem-
velvet worm-ale to raczej moje tlumaczenie),uwazanego za jednego z
najdziwniejszych robaczkow na swiecie. Peripatus ma nogi i rogi
podobne do ludzkich kikutow po amputacji,ale moc w tym dziwnym ciele
jest niesamowita.Jadlo swoje peripatus atakuje kleistoscia
wystrzeliwana z tych rogow,aby po zniewoleniu ofiary wyssac slodka
miekkosc, zostawiajac twardy odwloczek dla kogos innego.Seksualnie
peripatus tez jest dziwny,gdyz sperme,ktora gromadzi we wglebieniu
glowy,przy spotkaniu z odpowiednia panienka,zostawia w poblizu jej
narzadow kobiecych.Panieneczka peripatusowa,z kolei, sklada jajeczka
lub rodzi male peripatuski przyczepione ,jakby ,do jej
lozyska.Pomimo buszowania po lesie w poszukiwani suchego drzewa,a to
jest niezmiernie ciezkie do znalezienia,nie udalo mi sie trafic na
tego goscia ukrytego pewnie gdzie indziej niz miejsca mojego
odwiedzania.Nawet nie zdawalismy sobie sprawy,ze
jest tak niezmiernie ciezko trafic tam na jakis suchy opal
ogniskowy.Korzystamy z "odpadow" innych,opuszczonych obozowisk, i
jakos nasza zbiorka zaczyna przybierac ksztalt sterty.Jestesmy w
krainie kangura drzewnego,betonga,posuma(oposa), nietoperzy i ...
antechinusa,seksualnego guinness'enczyka przypominajacego z wygladu
myszke,ale bedacego bezwzglednie torbaczem. Antechinus jest
niezrownanym kopulantem w swiecie wszystkich znanych nam zwierzat i
inych zywych istot.Malutenki,ale w czasie godow wykazujacy sie
agresywnoscia T Rex'a w stosunku do swoich rywali.Po walkach z
przeciwnikami potrafi kopulowac po 6 godzin dziennie przez dwa
tygodnie po czym,doslownie,odchodzi z tego swiata z
wycienczeni.Panienka antechinusowa,pomimo dlugosci milosnych
swawoli,wiaze sie rowniez ,w miedzyczasie,z innymi
chlopakami,gromadzac sperme ich wszystkich,a sperma najmocnieszego z
nich wygrywa walke o zaplodnienie.Niesamowite,plemniki biora rowniez
udzial w tej
seksualnej drace o pierwszenstwo w narodzinach potomstwa.Niezmiernie
ciekawy rodzaj torbaczy.Kto to wszystko powymyslal? Nietoperze w
tropikach sa nieodlaczna czescia tego wielomilionowego,wilgotnego
zycia,a ich roznorodnosc jest fantastyczna. Od Flying Fox'a z
rozpietoscia skrzydel do 1 metra do malutenkich,cztero
gramowych ,echosondowych miniaturek.Czy wiesz,ze kwakanie kaczki nie
powoduje echa i naukowcy do tej pory nie wiedza dlaczego? Na
kempingu sasiaduja nam 3 dorodne ,tropikalne kruki wyczulone na
zapachy,i odpadki,kuchennego przygotowywania.Staramy sie je
zniechecic do homo sapiens'kiego jadla,ale jest to ciezka sprawa.
Ktos je karmil przed nami i chyba to polubily. Jedzenie, to cieple,
jest zwykle przygotowywane w tzw. kociolku,a szybkosc kociolkowego
gotowania jest zaskakujaca.Kociolek jest zrobiony przez Eryka z 20
litrowego,blaszanego pojemnika po oleju.Musial gdzies podejrzec te
konstrukcje,ale nie chce sie do niczego przyznac. W
pojemniku ruszt jest zrobiony z 2 grubych stalowych pretow ,a
ponizej rusztu jest palenisko z drzwiczkami.Drugie drzwiczki sa
umieszczone bardzo fachowo przy ruszcie i sluza do cugu.Na ruszcie
ustawia sie zeliwny kociolek z pokrywka bedaca prawie na poziomie
konca pojemnika. Pod rusztem rozpala sie drewienka,niezaleznie od
pogody, i perkolacyjne odglosy zaczynaja sie juz po 2-3 minutach od
rozpalenia plomienia.Mieso,nawet najbardziej lykowate, podobno, po
25 minutach kociolkowania zaprasza miekkoscia godna podniebienia
bezzebnego dziecka; tak przynajmniej twierdzi konstruktor
kociolka.Malutenka szparka pomiedzy pojemnikiem ,a zeliwnym
kociolkiem pozwala tylko na minimalne straty ciepla wiec stad taka
niesamowita ,gotowalna wydajnosc. Jedyny mankamet to to,iz kociolek
troche przypala i jest sakramencko ciezki do umycia,poniewaz tlusta
sadza jest jakby przyklejona na stale do zeliwnej powierzchni
kociolka.Bez rekawic nie mozna nawet podejsc do
mycia tego sadzowego garnka i zastanawia mnie to ,jak polscy
kominiarze radzili sobie z sadza po wpuszczeniu do komina drucianej
kuli? Czy oni w ogole prali te swoje czarne ubranka, a jezeli prali
to po co? Kociolek,po
spelnieniu swojego zadania,byl zawsze pakowany przez Eryka tez
operujacego w recznej ochronie skorzano-rekawicowej.Trzeciego dnia
opuszczamy Koombooloombe i mkniemy do Babindy,malutenkiego
miasteczka polozonego u podnoza najwyzszej gory w Kwinslandii.
-
[b]Opuszczamy Koombooloombe i jedziemy znowu jakies 30 km przez Rain
Forest. Pogoda przepiekna i sloneczko pokazuje nam co moze zrobic z
zielenistymi cieniami tego pierwotnego lasu.Gama tej zielonosci jest
tak niesamowicie piekna i roznorodna,iz wypada ja tylko
obserwowac.Obserwujemy. Na ktoryms zakrecie natykamy sie na dzika z
mlodymi.Wszystkie umykaja pospiesznym truchtem do bezpiecznego
lasu.Dzik w Australii jest naprawde dziki i trzeba byc bardzo
ostroznym w kontaktach z ta dzika swinka.Jest to jedno z najbardziej
destruktywnych zwierzat przywiezionych na ten Kontynent i oprocz
polowania,lapie sie je w bardzo solidne klatki podsypujac jakas
pasze,godna ich podniebienia. Widzialem cala rodzine-lacznie z
mlodymi- zlapana w taka klatke. Dwa dorosle dziki atakowaly ryjem,z
rozpedu, te klatkowe kraty z taka sila ,jakby mialy te ryje ze
stali. Byly dzikie,chyba, ze zlosci na siebie i te cholerne klatke,
i te agresje czulo sie na odleglosc.Gdyby taka krata
poddala sie tej dzikosci dziczej agresji, to drzewo byloby
jedynym,rozsadnym ratunkiem.Dziki,oprocz rujnowania wszelakiej
roslinnosci w Rain Forest, podjadaja cassowar'iemu rozne
nasiona,orzeszki i owoce lesne,ktore moga wykielkowac tylko po
przejsciu przez zoladek cassowar'iego, a on,pomimo mocnej glowy, z
ktorej moze dzikowi przylac,jak rowniez posiadania olbrzymich
pazurow zdolnych do zadawania ran otwartych,jest zwykle ofiara
dzikowskiej nienazartosci.Slepota Rzadow Stanowych w kontrolowaniu
populacji dzikiej swini doprowadzila do tego,iz liczba dzikow w
Australii osiaga cyfre okolo 23 milionow,a okazy po 150 kilo nie sa
czyms nadzwyczajnym.Kilka lat temu ,wedlug National Geographic,
zastrzelony dzik-Hogzilla( Wieprzozilla) wazyl 362 kg i mial ponad
2.20cm dlugosci. 150 kilogramowe osobniki zjadaja psy,owce i inne
zywe zwierzeta,a i z naszym cialem nie mialyby specjalnego problemu.
Podobno najwieksza swinia na swiecie, o nazwie Big Bill, wazyla
900kg i byla "pochodzenia"... polsko/chinskiego.Chcielismy jechac
do Tully ,ale zablokowano nam droge oznajmiajaca tabliczka
informacyjna,iz ta droga moze jezdzic tylko miejscowy lesniczy, i
ekipa lesniczowskich pracownikow.Musimy zawracac,gdyz nie
podchodzimy pod zadna kategorie drogowej uzywalnosci.Mkniemy przez
pasy dzungli,a w bezdzunglowych przecinkach uprawianego
sadownictwa,w samoobslugowych, przydroznych straganach kupujemy
wspaniala papay'e i owoce czekoladowe,zwane tutaj "owocami
puddingowymi".Na poludniowa kawe zatrzymujemy sie w miejscowym
Henry'kowie,przeuroczym miejscu z kamienno/piaszczystym strumieniem
gorskiej wody o czystosci krysztalu.Kombinujemy ,jakby sie tam
gdzies ladnie rozstawic,ale miejscowy ranger przeprasza nas za
niemozliwosci lesnego kempingowania,poniewaz ostatnio-roczny huragan
porwal,i zdemolowal,miejscowa toalete,a bez toalety nikt ludzki nie
moze tutaj zostac ze wzgledu na mozliwosc narobienia smrodu w
pierwotnosciach
dzunglowych.Zgadzamy sie z
ranger'em co do pozostalosci niemilych zapachow beztoaletowego
przebywania, i po kubeczku kawusiowym udajemy sie bezszmerowo w
dalsza droge.Babinda jest malym ,uroczym miasteczkiem artystow i
pracownikow pobliskiej cukrowni.Przemykamy powoli jedyna glowna
ulica i kierujemy sie na The Boulders i dziewiczy Babinda's
Creek.Oba cuda polozone sa w poblizu najwyzszej gory w
Kwinslandii,Mt. Bartle Frere (1657m).Zdjecia z The Boulders ( Glazy)
i Babinda's Creek zamiescilem w 2 poprzednich emaiach.Na
wyznaczonych pieciu miejscach kempingowania nie ma wolnego miejsca
wiec zastanawiamy sie co robic dalej.Po drugim przejezdzie wzdluz
ladnie utrzymanej drogi decydujemy zapytac sie jednego goscia o
mozliwosc 2 dniowego wspolistnienia na jednym,duzym,czesciowo
zajetym polu kempingowym.John,podrozujacy Szwajcar z Australii
Zachodniej nie ma nic przeciwko naszej,wspolne egzystencji wiec
robijamy sie prawnie na Jego,czesciowo zajetym,poletku i zapraszamy
Go na
kociolek warzywno-rybnej duszonki.Nie odmawia.Jestesmy w okolicy o
opadach rocznych przekraczajacych 8 metrow i to sie od razu czuje w
powietrzu.Jak mozna opisac komus pierwotny Rain Forest,Forest tych
dzwiekow cudownych,grajacych w harmonii ze wszystkimi dzwiekami tego
cudownego,bezkolizyjnego,dzwiekowego wspolistnienia,komus kto nigdy
tego nie widzial i nie slyszal? Ciezko.Wsluchuje sie w cykanie
cykad.Cykaja do siedmiu;cyk cyk cyk cyk cyk cyk cyk ,krotka przerwa
i znowu siodemka,a pozniej 13 razy i powrot do siodemki.Jak to
mozliwe,zeby te tysiace cykad cykaly te sama liczbe cykniec w takim
samym czasie, z takimi samymi interwalami w tak fantastycznej,
cykaniowej synchronizacji? Jak to jest mozliwe,ze to milionowe
cykanie, w tej deszczowej dzungli,wspolpracuje przepieknie z
innymi,milionowymi odglosami nocnego istnienia nie powodujac
zaklucania naszej tzw.ciszy nocnej? Orkiestra symfoniczna ze 150-ma
instrumentalistami potrzebuje setek prob,zeby
zgranie muzyczne bylo prawie perfekcyjne,a tutaj, PIERWOTNY LAS
gra, bez potrzeby zgrania, fantastycznie zgrana melodie
nocnego ,wielomilionowego wystepu roznorodnosciowego, dzwiekowego
wygrywania.Cudo,nieprawdaz? John,przed nocna wizyta w dzungli,zjada
z nami kociolkowa kolacje.Jest milym kompanem i rozmawiamy o
ewolucji amazonskiego wyjca.Zastanawiamy sie czy ten wyjec to tak
sobie wyl od chwili,kiedy zostal stworzony, czy moze najpierw wyl
sobie od czasu do czasu,cicho,a pozniej,podczas ewolucyjnego
procesu, i przybywania wyjcowych rywali,zaczynal wyc mocniej niz
inne wyjce, angazujac te inne do wspolrywalizacji w wyciu? Zgadzamy
sie wszyscy,ze wyjec zostal stworzony z mozliwoscia wycia pelna
para,ale pelnej pary uzywa/l w zaleznosci od ewolucyjnych
okolicznosci.John chodzi w nocy po dzungli z jakims czerwonym
swiatlem na glowie i..boso. Chodzi wprawdzie po znaczonych
sciezkach,ale cholera wie co tam moze byc na tych wedrownych
szlakach w
mokrosciach deszczowych lasow kwinslandzkich.Ja chodze w
sandalach.Raniutenko,nastepnego dnia,biegne do The Boulders zrobic
poranne zdjecia i udaje mi sie sfotografowac Cme Herkulesowa-
Hercules Moth- siedzaca na ogrodzeniu toaletowym w kontemplacji
porannego planowania i rogrzewania sie po nocnych spadkach
temperatur.Ta cma,z rozpietoscia skrzydel do 36 cm ( ten najwiekszy
okaz pojmano w 1948 roku w Innisfail,kilkanascie kilometrow od
naszego miejsca przebywania) jest najwieksza cma na swiecie, a jej
gasiennica osiaga dlugosc 10 cm i wyglada impnujaco. Ta,ktora
sfotografowalem,jest jeszcze w wieku dzieciecym z rozpietoscia
skrzydelek gdzies kolo 12-13cm.Trzecie zdjecie pokazuje motyla o
ladnej,i calkowicie adekwatnej nazwie odnoszacej sie do tego
gatunku,Ulisses.Ulisses "skolonizowal" prawie caly swiat,oprocz
Antarktyki. Ten piekny motyl zamiast pluc ma male otwory, po obu
stronach swojego korpusiku, przez ktore wspaniale oddycha,posiada
zielona
krew,tysiace malutenkich soczeweczek w kazdym oku,nog uzywa jako
sens smaku ,a antenki,jako sensu wechu.Ma cztery skrzydelka
nachodzace na siebie i w powietrzu moze wyprawiac przedziwne
ewolucje bedac ciezkim osobnikiem do zlapania przez wszelkich
smakoszy motylkowego pozywienia. Takie male cialko-10/13 cm- a ile w
nim tworczej inwencji. Babinda's Creek, i caly ten tropik, jest
cudem natury i nawet w porannym chlodzie wedrowka wokolo tych
cudownosci jest niesamowita przyjemnoscia.Woda jest chlodna i
krystaliczna,a w niektorych miejscach ma glebokosc 4-6m i dno widac
z lornetkowa klarownoscia obserwowania.Gigantyczne bambule tworza
niepowtarzalna scenerie dzikosci i moje mysloksztalty nabieraja
innej,pierwotnej wyrazistosci. Diabelska Dziura,w dolnej czesci
strumienia,pochlonela 9 mlodych,niedoswiadczonych amatorow
strumieniowych kapieli.Nie wzieli poprawki na niesamowicie silny
prad wody kaskadowego ,przyspieszonego spadania.Ide jakies 10km przez
dziewiczy las przeskakujac dzies
-
Diabelska Dziura,w dolnej czesci strumienia,pochlonela 9
mlodych,niedoswiadczonych amatorow strumieniowych kapieli.Nie wzieli
poprawki na niesamowicie silny prad wody
kaskadowego ,przyspieszonego spadania.Ide jakies 10km przez
dziewiczy las przeskakujac dziesiatki malych, i wiekszych
strumyczkow.Nie ma nikogo.Jestem sam,a sama droga jest jakims
energetyzatorem spacerowego przemijania.Im dalej ide tym wiecej mam
sily.Jakies inne moce dzialaja w tych pierwotnosciach i zawracam z
drogi tylko ze wzgledu na czas.Przebylem oklo 20 km i czuje sie tak
doenergetyzowany,jakbym te wedrowke dopiero zaczynal.Jakzez smutne
sa fakty naszej niesamowitej glupoty, niszczenia czegos tak
niesamowicie pieknego,jak ten dziewiczy las, w imie posiadania
kawalka papieru toaletowego .Z The Boulders wyruszamy do Cairns,
jadac w przepieknej scenerii gor porosnietych tropikalnym lasem po
same szczyty.Istne cudo widokowe o jakims niesamowitym uroku tego
przepieknego krajobrazu.
-
Pozegnalismy sie z John'em,ktory zamierzal zostac ,gdzies w
okolicy,jeszcze kilka dni.Mily gosc i sporo zwiedzil.Zawsze uprzejmy
i pomocny i nie narzucajacy sie kompan kempingowego biwakowania.
Pokazal nam pieknego ptaszka australijskiego o nazwie: "glosna pitta-
noisy pitta", ktory nigdy nie chodzi-zawsze skacze, a takze
przecudnego, "teczowego pszczolojadka" jedzacego pszczoly,ale bez
zadla,i "azurowego rybolowa" z ogonem tak krotkim,jakby wyskubanym w
potyczce o rybke z innym rybolowem.Wyruszamy do Cairns wsrod
przepieknej scenerii.Po jednej stronie drogi mamy gory, porosniete
calkowicie lasami tropikalnym,a to przy wysokosciach ponad 1500m
wyglada niesamowicia,a z drugiej strony dojrzewajace plantacje
trzciny cukrowej,ktora kwitnie poruszajac, w lekkiej bryzie,
trawiasta grzywa rozwianego kwitniecia.Niektore z nich,wsrod tych
olbrzymich pol, przekraczaja wysokosc 4 metrow i wygladaja jakos tak
niesamowicie,jak proporce jakiejs
nieprzebranej,trzcinowej armi gotowej do trzcinowego ataku.Te wyzsze
trzciny maja rozwiane "wlosy", podobne do ogonowych pior strusia, i
wszystko w tym tropikalnym,zimowym sloncu wyglada
przewspaniale.Kiedy widzi sie taka roznorodnosc zycia w tropikach,
albo nawet takie wielo-ilosciowe bogactwo jednego gatunku owada czy
drzewa, to jakos automatycznie nasuwa sie pytanie,jak mysmy to sobie
wymyslili,ze podstawowa jednostka egzystencji jest pojedyncza
jednostka oddzielona od wszystkich innych ,czyli odseparowana?
Separacja jest czyms w co wierzymy i uczymy sie w szkolach, i
dlatego tyle na tym swiecie zla ,gwaltu,destrukcji i wojen.Niszczymy
wszystko, a szczegolnie pobratymca homo-sapiens'kiego, z
niesamowitym okrucienstwem wlaczajac do tego niszczenia wszelkie
mozliwe religie.Aborygeni mieli swoje wierzenia opierajace sie na
wartosciech wspolnego istnienia,koegzystencji wszystkiego ze
wszystkim, i Ich wiezi rodzinne byly,i sa,niesamowicie silne.Czemu my
ciagle,z uporem maniaka, widzimy te separacje,i zatruwamy
wode,powietrze ,ziemie i samych siebie z intensywnoscia, i
systematycznoscia naukowego wariata? Nie przepadamy za innoscia
pogladow,szczegolnie pogladow szanujacych wszystko i wszystkich,a
pochodzacych od Aborygenow, uwazanych przeciez ciagle za cos
nizszego,glupszego i prymitywnego.W psa znowu wpil sie kleszcz, i po
przyjezdzie do Cairns dal znac o sobie podtruwajac suke trucizna
powodujaca zachwianie rownowagi.Wygladala podobnie do "dajacych w
szyje".Zostaje w Cairns kilka dni.Lubie to miasto koloru,ciepla,
zieleni i niesamowitgo spokoju.Cairns wita rocznie okolo 1 miliona
turystow ,i jako miasto turystyczne nie posiada prawie zadnego
przemyslu. Operuje zupelnie inaczej niz inne, tej wielkosci
miasta;jest spokojne.Chodze po Cairns i ogladam
sklepy,kafejki,piwiarnie,jadlodajnie,ludzi i dzieci.Zima,ale jest
slicznie, cieplo i slonecznie.Kwitna jakies rosliny,ktore gdzies
indziej przestaly juz
kwitnac,ale tutaj ma to zupelnie inny wymiar,wymiar czasowej
rownosci dojrzewania.Nie widze nigdzie zlosci,klotni czy
nieprzyjemnosci ludzkiego zachowania.Natura lagodzi wszystko
klimatyczna dobrocia zimowego piekna, i to sie czuje.Cieplo emanuje
z ludzkiego przezywania.Nikt sie nigdzie nie spieszy ,a czas cichego
picia kawy, i jedzeniowej kontemplacji, odganie wszelkie zlo z tego
kontynentalnego kraju.Zapach egzotycznych perfum, i roznorodnosci
zimowego kwitniecia, uspokaja ludzkie percepcje miastowego niepokoju
i nastraja radoscia zimowego,tropikalnego przemijania.Bylem W Cairns
7 razy,ale jakos zawsze jade tam z radoscia.
-
Wczoraj w nocy obudzilem sie w kompletnie innym swiecie.O 4
rano ,pomimo,ze slonce wschodzi o 5.40,cale niebo bylo pomaranczowo-
czerwone.Wygladalo to tak, jakbysmy cala Ziemia wyladowali na
Marsie.Widok byl tak niesamowity,jak przed apokaliptycznym
zniszczeniem,a wszystko to przez niesamowite wiatry z Poludniowej, i
Centralnej Australii, porywajace miliony ton czerwonego kurzu,
przenoszonego pozniej na wysokosci kilku kilometrow i powodujacego
czesto prawie calkowite zaciemnienie miast i okolic.Okolo 3 ml km2
zostalo pokryte warstwa kurzu,a teraz to wszystko przemieszcza sie
do Nowej Zelandii.Cale wschodnie wybrzeze,od Melbourne do Zatoki
Karpenteria,dostalo swoja doze kurzu, a glowna "chmura" miala okolo
400km szerkosci i 2000 km dlugosci wznoszac sie na wysokosc 7 km.Ja
nigdy nic takiego nie widzialem,a przeciez rozne kurzawki nie sa mi
obce. Wszystko trwalo gdzies do 1.30 PM ,a swiatla jarzeniowe
swiecily w tej kurzawicy z niebieska poswiata. Oprocz
tego w czesci NSW spadl grad wielkosci pilek tenisowych, demolujac
domy i samochody w jednakowej proporcji.Sydney doswiadczylo 12
godzinnej kurzawicy,ale niektore miasta sa zaciemnione przez 2-3 dni
podczas takich dziwnosci pogodowych.Kurz jest zwykle konsystencji
maki i w dotyku troche "tlusty" wiec zmywanie mokra scierka powoduje
raczej lekkie blotko.Takie chmury kurzowe zbieraja sie przez 2-3
dni, wznoszac sie w poczatkowej fazie na kilkaset metrow, i
wygladaja podobnie do gigantycznych fal morskich przed uderzeniem w
brzeg.Caly widok jest kompletnie surrealistyczny, i jakby wyjety z
innej planety.Podobno w te niedziele bedziemy mieli powtorke.Tym
razem zamkne wszystkie okna.
-
Wczoraj o 4.30 nad ranem dotarla do nas druga fala
kurzawicy ,ktora najpierw zaatakowala Broken Hill(okolo 1000km na
poludniowy/zachod od Sydney) i okolice. Ta dzisiejsza nie byla tak
gesta, i mocna w kurzu,jak jej poprzedniczka,ale wszystko wygladalo
niesamowicie szaro, podobnie do ciezkich chmur deszczowych.Rozwialo
sie to wszystko gdzies kolo 9-tej rano ,ale niesamowicie silny wiatr
gania dalej, w roznych kierunkach, jakies pozostalosci mialkiego
kurzu.Podczas tej wtorkowej kurzawicy staralem sie raczej przebywac
w pomieszczeniu zamknietym,gdyz ten drobniutenki kurz wciska sie
wszedzie i ludzie maja problemy z oddychaniem i oczami.Maska,jezeli
jestes poza domem,jest raczej koniecznosci,poniewaz mozna sie nawet
nabawic pylicy.Chyba ciut przesadzilem,ale zdrowe to to nie jest.Ta
wtorkowa ,gigantyczna burza,"pozabierala" rolnikom gorna warstwe
urodzajnej ziemi i przeniosla ja gdzies w inne miejsce.Farmerzy
mowia,iz beda potrzebowali kilku lat,zeby
odbudowac te dobre wartsci "uprowadzonej" ziemi,ktora stracili w tym
sztormie,ale oni zawsze na cos narzekaja wiec nie jestem taki pewien
czy ta druga fala kurzawicy nie przyniosla czegos rowniez dobrego, w
miejsce tej poprzedniej,porwanej. W Broken Hill , w ostatni wtorek,
najpierw przyszla pomaranczowa,a pozniej czarna chmura tego kurzu, i
zasypala kompletnie wszystko. O 3 PM dalej bylo bardzo ciemno,a
widocznosc czasami nie przekraczala.... 2 metrow. Cos
niesamowitego.Akcja odkurzania zajmuje okolo 7 dni,gdyz ten
drobniutenki pylek ,nawet po przejsciu kurzawico/wichury, ciagle
unosi sie w powietrzu i nawet,jak wszystko wydaje sie czyste, to
nastepnego dnia musisz zmienic zdanie o czystosci czegokolwiek.Ten
grad,ktory spadl kilka dni temu,gdyby byl okragly to jeszcze jakos
mozna by cos tam ratowac,ale on spadl w formie maczugi pankowskiego
uczesania, i tlukl wszystko z moca pierwotnosci.Ta najstarsz
generacja,ktora ja tutaj znam,a ktora ma ponad 93
lata,nie widziala czegos takie.W sobote po poludniu Broken Hill
zostalo znowu "zaatakowane" przez te pogodowa dzikosc, i kurz moze
stac sie brokenohillska codziennoscia.
-
My dotarlismy do Broken Hill 4 dni pozniej niz Ty...kurzawica dla Nas zaczela sie juz w Wilcanii.
Widok byl niesamowity, gdyz susza zmusila tysiace kangurow do pasienia sie przy drodze na nielicznych kawalkach trawy.
Jako rezulatat uboczy minelismy od tegj miejscowosci setki lezaczych na poboczach oraz wprost na drodze glownej korpusow, ktore asystowane byly przez kruki ' ravens'.
Z Broken Hills udalismy sie w tym tygodniu do Silver Town - miejsca, gdzie zdolano nakrecic 180 filmow/komercjalnych klipow. Lokalny karavan park nie dal mozliwosci abysmy sie rozbili, gdyz burza piaskowa wciaz tam trwala i proszyla w oczy.
Good news - od znajomych obecnie podrozujacych w tej czesci - wszystko jest zielone. Wody i deszczu bez liku...
Tak wiec - co widziales jest historia. Co my doswiadczylismy tez...haha
My bylismy w Broken Hill tylko w drodze na pustynie.
Burza piaskowa, ktora Nas po drodze spotkala, wraz z malymi 'twirly' czyli torndo to normalne zjawiska tam. Po takich samochod jest do przegladu calkowitego, bull dust zapycha niestety wszystko...
Pozdrawiam
Kan
-
Kazdy kraj,w tym naszy przepieknym swiecie, pozbawiony lub
pozostawiony bez rzadu staje sie w niedlugim czasie
bandycko/korupcyjno/awanturna jednostka.Nie potrafimy rzadzic sie
bez rozkazow z "gory",a szczegolnie meski rodzaj tego swiata jest
podatny na wszelkiego rodzaju "naprawianie", bez wzgledu na koszt
tego "naprawiania",oraz inna opinie innych.Kobiety,w podejmowaniu
jakichkolwiek decyzji ,nie maja najmniejszego prawa glosu-
szczegolnie w krajach afrykansko/muzulmanskich- pomimo,iz te decyzje
dotycza tych kobiet najbardziej.Somalia nie jest jakims specjalnym
wyjatkiem w tej burdo/drace dominujacej jej zycie od 20 lat,a
bedacej efektem tylko i wylacznie meskiego zarzadzania.Kraj,
przypominajacy na mapie ksztalt konika morskiego, jest dwa razy
wiekszy od Polski i jest w stanie ciaglej wojnie ze soba, i swoimi
obywatelami, od pierwszej chwili bezrzadowia. Gorna,polnocna czesc
Somalii jest w rekach jakichs "rzadowych"frakcji, awanturujacych sie
o
wszystko ze wszystkimi,a dolna,poludniowa czesc, od Mogadiszu w
strone
"konikowego ogona",jest zajeta przez organizacje uwazana obecnie za
terorystyczna, Al Shabab.Na terenach zajetych przez Al Shabab
(mlodosc,mlodziez), najtezsze glowy meskie szkola mlodziezowcow
somalijsko/muzulmanskich do walki o zmiane rzadu w Somalii. Uczy sie
tych mlodych gosci ,jak maja pieknie zabijac,wysadzac i demolowac
wszystko i wszystkich majacych inna opinie, i inne zdanie od zdania
przywodcow Al Shabab. Shabab'owcy zajeli w tych walkach ladny
kawalek kraju.Wytlukli nawet w Mogadiszu kogo sie tylko dalo,
wprowadzajac na zajetych przez siebie terenach prawo
szarijatu.Kobiety,ktore od wiekow chodzily w tym goracym,
lagodno/sunnicko/muzulmanskim kraju ubrane w kolorowe,lekkie rzeczy,
musza obecnie ubierac sie na czarno.Nie mezczyzni, tylko Kobiety
maja nosic te stroje, gdyz tak to sobie wymyslil ten
wspanialy,madro/wszystkowiedzacy, Koranem potrzacajacy meski patron
zdobytych terenow.Przez dwa dni,po wydaniu takich cudnych zarzadzen,
bylo wszedzie
dosyc spokojnie,ale trzeciego dnia,jakis naj/najmadrzejszy, z tej
wspanialej, rzadzacej gwardii oglosil,z ladnym wydaniem Koranu w
rece, iz srebro, zloto i inne szlachetne metale sa "metalami
proznosci Zachodu", i jako takie nie maja prawa bytu,i podlegaja
konfiskacie, na terenach objetych szarijatem.Wobec tego cala ludnosc
zajetych,szarijackich terenow,zostala zmuszona do oddania wszyskiego
co przypominalo zloto,srebro i inne "proznosci Zachodu",ale, zeby to
wszystko wygladalo rzeczywiscie bardzo, bardzo powaznie,zdecydowano
pozbawic zyjacych obywateli wszystkiego co ma nawet najmniejszy
zwiazek ze srebrem i zlotem ,lacznie z... UZEBIENIEM!!!Na takie
zalatwienie sprawy nawet germanski umysl nie wpadl podczas swoich
wojenek,ale przeciez postep jest zawsze mile widziany.Podobno teraz
Etiopia wkracza, po raz ktorys, na tereny somalijskie i tlucze
wszystko i wszystkich nie chcac miec pod bokiem, w swoim katolicki
kraju,takiego madro-narwano-szalonego
sasiada.Patrzac na to wszystko z perspektywy somalijskiej wydaje mi
sie,ze nie powinnismy miec zadnych watpliwosci, iz zyjemy w
szczesliwych krajach,nieprawdaz?
-
George,kilka miesiecy temu, stal sie stalym rezydentem w mojej
pracy ,ale bedac dotkniety demencja nie mial prawie zadnych
wymagan , poniewaz to co chcialby miec, lub zrobic, zaraz przepadalo
gdzies w Jego "zapomnianej" pamieci. Mieszkal na parterze, w
naroznym mieszkanku, za ktorego oknem byl chodnik i plot, oddzielony
od chodnika metrowym ogrodkiem. Za plotem mieszkal zamozny lekarz
polskiego pochodzeni, i dwa psy pilnowaly jego zamoznosci dzien i
noc, szczekajac na przechodzacych przechodniow,w potrzebie i bez,
czym wprawialy Georg'a w bardzo wojowniczy nastroj. George,
szczuplutki, malutenkiej posturki, i dobrze po 80 -tce, lapal, z
niesamowita zrecznoscia, dlugi waz do podlewania ogrodu i moczyl te
szczekajace psy, ktore,moczone woda, szczekaly jeszcze bardzej.
Ganiali sie tak po obu stronach plotu, one na calej jego dlugosci,a
On do dlugosci ograniczonej dlugoscia wezowej gumy, bez specjalnej
krzywdy dla ktorejkolwiek
ze ston.Musialem odlaczyc Mu tego weza , poniewaz inni rezydenci
byli zaniepokojeni nieustajacym harmidrem i Georg'a
aktywnoscia.Musze przyznac, iz nigdy nie widzialem "walczacego "
Georg'a w zly humorze. Wygladal raczej na zadowolonego tak, jakby ta
cala draka byla Jego ulubiona zabawa. Po zlikwidowaniu weza,George
zaczal podlewac swoj ogrodek odkrecajac po prostu wode,i tlumaczac
mi, iz ona sama , po kilku godzinach,bez pomocy weza, rozprzestrzeni
sie ladnie po ogrodzie. Ciezko bylo z Nim polemizowac, gdyz to co
mowil bylo prawda. Po 5 godzinach "podlewania", Jego ogrod
byl,rzeczywiscie,nasaczony woda. Musialem, droga kompromisu,
zainstalowac krociutkiego weza. W swoim malutkim mieszkanku posiadl
George maly, bialo -czarny telewizor, 50-cio letnia kanape, 2 wedki,
ktore mialy przypominac Mu o checi zlapania jadalnej rybki, oraz
metrowej wysokosci lodowke pelna twardych jablek, kolo ktorej lezal
gigantyczny mesel z polkilogramowym
mlotkiem.Zapytany po co Mu takie dziwne narzedzia w kompletnie
niezagospodarowanej kuchni odpowiadal, iz mesla z mlotkiem uzywa
do "meslowania" jablek, ktore przeciete na pol staja sie bardzej
miekkie,a te polowki,"zmeslowane" na cwiartki, czynia te cwiarteczki
bardzej zajadliwe i, z wielka zrecznoscia, demonstrowal mi swoja
inwencje "zmiekczania" jablonnych owocow. Wygladalo to wszystko
dosyc dziwnie, ale moze te zmeslowane jabluszka rzeczywiscie miekly
pod zrecznym meslem Georg'owego cwiartowania. Kiedy zapytalem sie Go
czy nie moglby zosemkowac tych cwiartek ,czyniac nawet te
najtwardsze jabluszka odpowiednie dla niemowlecego podniebienia ,
popatrzyl sie na mnie, jak na szalenca.Pamiec Jego nie siegala az
tak daleko, zeby je osemkowac. Cwiartkowanie bylo Jego calkowita
mozliwoscia.
-
Jakies dwa i pol roku temu wprowadzila sie do osrodka ,w ktorym
pracuje, 86-cio letnia,filigranowa kobietka z dwoma synami,weteranmi
wojny wietnamskiej.Kazde z nich zamieszkalo w oddzielnym
mieszkaniu.Przeprowadzili sie z Katoomby, z Gor Blekitnych,po
sprzedazy domu,ktorym nie mogli, lub nie chcieli sie juz
zajmowac.Decyzja o zmianie okolicy zamieszkiwania nalezala do
June.Synowie nie mieli nic do powiedzenia. W nowym miejscu Ona
decydowala,kto,gdzie i w jakim mieszkaniu ma zamieszkac.Bedac oddana
katoliczka trzymala swoich dwoch synow w ryzach z twardoscia
inkwizycyjnego klechty.W miedzyczasie pochowala meza i
trzeciego,najstarszego syna,ktory zginal w wypadku samochodowym w
USA.Dwoch mlodszych synow nigdy sie nie ozenilo,gdyz zadna z dawnych
kandydatek nie odpowiadala kryteriom matki.Widzialem armijne zdjecia
Jej dwoch synow i obaj wygladali,w tamtych czasach, dosyc
przyzwoicie,ale decyzja matki byla ostateczna i niepodwazalna w
wymogach synowskich
zon.Zostali kawalerami i oddawali sie,oprocz nieustajacej opiece nad
matka,lepieniu modeli latajacych i komputerom. W wieku 50 lat
roztyli sie i mieli duze problemy zdrowotne.Rok temu,po
krotkiej "walce",zmarl na raka prostaty sredni
syn ,Warren.June,zaraz po wprowadzeniu sie do Osrodka wygladala na
niezniszczalna kobietke. Patrzac sie na nia nikt nie dalby Jej tyle
lat ile miala.W swoim mieszkaniu zainstalowala sobie duze, i
niesamowicie mocno powiekaszajace lustro, w ktorym,z lekim
przymrozeniem oka,mozna by zobaczyc zywego wirusa.Twierdzila,po
zainsalowaniu tego lustra, iz musi sprawdzac swoj postepujacy proces
starzenia ,zeby przygotowac sie, w odpowiednim momencie, do odejscia
z tego swiata.Rzeczywiscie, przygotowywala sie do odejscia planowo i
bardzo skrupulatnie.W swoim mieszkaniu,o wysokosci sufitu 3.8 metra,
miala ponad 50 obrazow,przewaznie religijnych, w niesamowitych
rozmaitosciach wymiarowych,a porozmieszczanych na calych scianach,az
po
sufit.Nikt nigdy nie slyszal zadnego stukania w Jej mieszkaniu wiec
zastanawialismy sie,kto Jej to wszystko mogl tak wysoko pozawieszac?
W oknie kuchennym byly dwa anioly wyciete z jakiejs zlocistej
blachy,a w koronie glowy kazdego z nich swiecilo sie rubinowe
serduszko symbolizujace milosc.Przy drzwiach wejsciowych byly
umieszczone 3 anioly , z tym ,ze jeden z nich byl zawieszony na haku
wygietym polosemkowo, i mial,oprocz serduszka rubinowego w koronie
glowy,dwa "diamentowe" szkielka w gornej czesci skrzydel
symbolizujaca jego hierarchiczna wyzszosc nad czterema pozostalymi,
anielskimi kompanami. W sypialni miala June dziesiatki korali,
umieszczonych na specjalnie w tym celu zamontowanych 23 hakach
drzwiowych,a zrobionych z nierdzewnej stali z takaz sama,nierdzewna
podstawa, pod ktora znajdowala sie cieniutenka poduszeczka obszyta
zielonym,bilardowym materialem.Wszystko bylo pieknie umieszczone z
tylu drzwi,a poduszeczka tlumila odglos uderzania
korali o drzwi przy ich otwieraniu. Pod lozkiem znajdowalo sie,
ladnie poustawianych, kilkanascie par czulenek z elegancko
zwinietymi polponczoszkami w kazdym prawym buciku.Dwie szafki w
glowie lozka byly zajete przez Biblije i Ukrzyzowanego.Wiele razy
zdarzylo mi sie zastac Ja w lozku ubrana tak jak do trumny, z
biblijnym bogiem po prawej i ukrzyzowanym po lewej.Ci bogowie
podlegali dziennej roszadzie ,gdyz June nigdy nie byla pewna co do
waznosci
praworecznej pozycji ktoregokolwiek z nich.Pierwszy raz,kiedy
zastalem Ja w takiej pozycji, po zaproszeniu o pomoc w czymstam,
myslalem ,iz odeszla z tego swiata i zastanawialem sie czy moglbym
zbadac Jej puls metoda filmowa,ale mnie uprzedzila ozywajac i
straszac zarazem.Pokazal mi wtedy swoich szafkowych bogow
ustawionych w odpowiedniej,katowej pozycji tak,zeby linie
srodkowosci boskiej przecinaly sie w zlaczeniu Jej obutych
stop.Szafkowi bogowie,Jej glowa i zlaczone stopy tworzyly bardzo
misterny,swiety trojkat. Korale, w pokoju przygotowywanego odejscia
z tego swiata, tworzyly niesamowita mozaike kolorystyczna i byly
dobierane do odejsciowj pozycji odpowiednio do pogody.Jasniejsze
byly zakladane w ciemniejsze dni i odwrotnie.Lodowka w kuchni
przypominala trzystronna tablice ogloszen,ktore to "ogloszenia"
mialy podpowiadac Jej to czego nie pamietala, ale ogolnie mowiac nic
specjalnie dlugo nie zostawalo w Jej pamieci wiec ilosc kartek rosla
w
grubosc.Do chwili
smierci drugie syna wygladalo na to ,iz jest w stanie przezyc Ich
wszystkich.Wiele razy zanjdowalem Ja w ogrodku na ziemi, do
ktorego wpadala przy porannym usuwaniu chwastow.Lezala sobie w tym
nieduzym ogrodku podwachujac kwiaty w hryzontalnej pozycji i
czekajac na kogos z pomocna dlonia.Nigdy sie na nic nie
skarzyla.Wyciagnieta z ogrodka otrzepywala sie z zaklopotaniem
wielkopanskiej damy znalezionej w faux-pas'ksowskiej pozycji.June
wywracala sie tez na betonie,spadala ze schodow,gubila klucze
rozbijala sobie glowe i nogi,ale jakos dolegliwosci fizyczne nie
dotykaly Jej samopoczucia.Kilka miesiecy temu stwierdzila
autorytatywnie,iz dalej wyglada atrakcyjnie, czym wprawila sie w
niezla dume. Po takim autorytatywnym stwierdzeniu postanowila odbic
mlodszej,ale rowniez filigranowej rezydentce,Peggy,amanta
rezydentowego dotknietego powaznym problemem zdrowotno-
alkoholowym.Afera byla nieslychana,gdyz w obecnosci Toma, pasywnego
amanta, doszlo do niesamowicie glosnej awantury,po ktorej
Peggy,zalana lzami, uciekla do domu .Afera chyba Jej specjalnie nie
dotknela,gdyz kilka dni
pozniej znalazlem Ja w ogrodzie w dobrym samopoczuciu,obejmujaca
kwiaty w embrionalnej pozycji.Przepraszala mnie znowu za
klopot,kierujac reke w strone nieba na niewytlumaczalnosc
Jej "upadlosci" ogrodowej.Jakis miesiac temu oznajmila nam
wszystkim ,iz wyprowadza sie do osrodka ,w ktorym moze dostac
wieksza opieke,poniewaz ostatnio przestala dopisywac Jej pamiec i
nie bardzo wie ,jaki jest dzien, co powinna jesc,jezeli wogole,jakie
przyjmowac lekarstwa i gubi sie w swoich obliczeniach odnosnie wizyt
lekarskich.Mowila prawde,gdyz rzeczywiscie sie we wszystkim ciutenke
pogubila.Ostatniego syna gnebila telefonami o najroznieszych
godzinach nocno/rannych pytajac sie o termin wizyty lekarskiej i
Greg,widzac postepujaca demencje, zdecydowal sie na drastyczny krok
rozstania z matka.Kilka dni temu, po owarciu Osrodka pare minut po
siodmej, zobaczylem Ja popychajaca kolkowy chodzik w strone
rezydenckiej biblioteki. Zapytalem sie Jej co sie stalo,ze wedruje
sobie
gdzies tak raniutenko? Przyjrzala mi sie przez chwile z brwiami
podniesionymi do gory,a symbolizujacymi zdziwienie duzego znaku
zapytania, i podnoszac reke do gory odslanila duzy, mowiacy zegarek,
ktorego wystajacy przycisk nacisnela kciukiem, i oboje uslyszelismy
glosny anons godziny 7.15.Pokazala mi reke,ktora nacisnela
mowiaca,cyferblatowa czasowosc i stwierdzila,ze wedruje do syna,
poniewaz sadzi,iz ma zlamana reke.Zapytalem sie Jej,jak to sie
stalo,a Ona, po chwili zastanowienia , powiedziala mi,ze chyba
wlozyla ja w drzwi,ale tak naprawde to nie jest tego pewna.Chcialem
Ja odprowadzic,ale grzecznie odmowila i "pomknela" z chodzikiem do
syna po jedna z ostatnich,synowskich rad.Za kilka dni wyprowadza sie
do tego bardziej "opiekunczego" osrodka.Lubie Ja za ten hart
nieupadlego ducha popartego duzym optymizmem.
-
Po ponad 4 godzinach lotu wyladowalem w Miedzynarodowym Porcie
Lotniczym w Broome, gdzie 20 sufitowych wiatrakow staralo sie
ochlodzic samolot podroznych czekajacych na swoje bagaze. Czekalem
na zewnatrz- wiatraki nie chlodzily, ale dawaly zludzenie dobrze
prosperujacej instytucji.Tropik ma swoj specyficzny zapach, ktory
lubie i w ktorym czuje sie dobrze.Przy wyjsciowych drzwiach jakis
spocony miejscowy koles proponowal podroz autobusowa taksowka do
mojego miejsca przeznaczenia. Dalem sie namowic; cena byla
przystepna -$8 , ale to tylko dlatego, iz miasto z 14000 populacja
nie jest strasznie rozlegle, chociaz, jak mnie poinforowano, podczas
sezonu "rozrasta" sie dwukrotnie.Mieszkalem przez jedna noc w nowo
wybudowanym hotelu dla back-packers, czyli dla podrozujacej
mlodziezy od 16 do 99 lat. Poniewaz jeszcze mieszcze sie w
przedziale wiekowym wiec dano mnie do 30 letnego hydraulika
pracujacego gdzies w kopalni, i jakiegos dziwnie chrapiacego
goscia , ktory przed pojsciem spac siedzial pod drzwiami naszego
pokoju przez dobra godzine nie wymawiajac jednego slowa, ale jak
wszedl do srodka to usnal natychmiast z tak srasznym chrapem,ktory
moze byc tylko spowodowany, wedlug moich ocen, alkoholowo-
narkotykowa orientacja. Swoja droga hydraulik nie byl w niczym
lepszy od powyzszego goscia, gdyz dal tak w gaz z kopalnianymi
kolesiami, iz usnal z nogami tak brudnymi, jakby wyszedl z kopalni
wegla w ktorej nie tylko nie wolno bylo sie myc, ale takze
oddawanie gazow bylo zabronione pod kara smierci, wobec tego w
pokoju folgowal sobie przez sen z systematycznoscia
pietnastominutowego zegarka szwajcarskiego, zatruwajac siebie,
wszystkie zywe tropikalne stworzonka z sasiadem gazownikiem
wlacznie. Wychodzac z hotelu o 8.30 widzialem go wciaz lezacego na
boku i pierdzacego dalej wnieboglosy. Nie spalem cala noc i bylem
wdzieczny Niebu, iz umiescilo mnie kolo okna.Podroz zaczela mi sie
pieknie. Dokladnie o 8.30 przyjechal po mnie gosc w wynajetym przeze
mnie samochodzie i odwiozl mnie do biura w celu wypelnienie
blankietow formalistycznych zapewniajacych ich- wynajemcow- o tym,
ze ja to jestem ja ,a oni to sa oni, informujac mnie rownoczesnie
o wzajemnych prawach i... ruszylem do innego back-packer'owskiego
hotelu wynajmujac pokoj dla siebie z 3 lozkami, w tym jedno
podwojne. Pokoj dostalem z tylu hotelu, gdzie cisza byla
przyjemniejsza niz w jakimkolwiek innym miejscu tego kompleksu, a
sasiad, Anglik, pracujacy w recepcji, zajmowal sie, oprocz pracy,
siedzeniem , paleniem i piciem duzych ilosci piwa nie przyczyniajac
sie tymi zajeciami w zaden sposob do przerywania ciszy nocnej.
Znalismy sie po imieniu i rozmawialismy ciutenke o pilce noznej bez
jakiejkolwiek perspektywy konfrontacji. Miasto jest male i czyste i
wedrujacy ciagle Aborygenii, w poszukiwaniu alkoholowych procentow,
nie psuja milego, kosmopolitycznego nastroju tego miasta. Oni
przypominaja mi eratyczny lot motyla.Kolorowo ubrana, pijana i bosa
Aborygenka, biegnie ze sluchawkami na uszach trzymajac w reku przed
soba CD-player, zeby po chwili zerwac sluchawki z glowy, oddac je
jakiemus Aborygenowi, wyrwac mu je z reki po 30 sekundach , nalozyc
je na uszy ponownie, usiasc na lawce, poderwac sie po kilku
sekundach , oddac je znowu komus innemu, odebrac, pogrozic piescia
bog wie komu, zamienic pare slow z opitym kompanem, kopnac kogos w
tylek bez powodowania draki, usmiechnac sie do mnie , jakbysmy sie
znali od stuleci i wszystko o sobie wiedzieli, przejrzec sie w
szybie wystawowej, poprawic cos na glowie i za sekunde zburzyc to
cos co bylo poprawione i..... tak przez caly dzien. Ci pijacy
nazywani sa "miastowymi", a ci inni, niepijacy , bushy [ buszi ] i
obie spolecznosci, o dziwo, traktuja siebie z szacunkiem. Drugiego
dnia pobytu w Broome wpadla na mnie, wczesnym popoludniem, pijana,
dosyc mloda, "mieszana" Aborygenka. Oparla mi glowe na ramieniu
i ,zionac latami nieprzetrawionego alkoholu , wyszeptala,. "
Teressssss.... aaa jestem. Musisz mi pomoc." Zainteresowala mnie tym
polsko brzmiacym imieniem wiec sie zapytalem , jak moglbym Jej
pomoc? " Musisz mi dac swoje szorty, poniewaz nie moge sie pokazac
w domu bez spodni." Zapytalem sie Jej ,gdzie ma swoje szorty?
Powiedziala ,ze ktos je ukradl. Powiedzialem Jej, iz oddajac Jej
swoje szorty sam zostane bez spodni, a to mi nie odpowiada.Przez
moment zapadla myslowa cisza po czym dodalem , ze moze poszukac
gosci , ktorzy chodza w dwoch parach spodni. Zamyslila sie nad tym
przez chwile po czym powiedziala, iz tak bedzie musiala zrobic.
Rozstalismy sie po przyjacielsku.Ciekawe , kto mogl Jej te szorty
ukrasc.
-
Kilka tygodni temu w Adelajdzie, malzonka, w hinduskim
malzenstwie, stwierdzila autorytatywnie,tak przynajmniej wyglada to
z zeznan policyjnych,ze penis jej meza jest/byl jej wylaczna
wlasnoscia i,pomimo niezachwianej wiernosci meza,postanowila wejsc w
jego posiadanie na zawsze, pozbawiajac meza penisa przez
podpalenie.Dodala mezowi cos do lepszego snienia,a kiedy on legl
spokojnie w malzenskim lozu, wysmarowala mu ten obiekt swojej
zazdrosci jakas tlusta mazia, i podpalila.Maz,zanim sie dobrze
ocknal z tego "wspomaganego" snu, nie mial juz pol czlonka ,a reszta
penisa plonela pieknie wspomagana tluszczem penisowego
topnienia.Gosc, w szale ugaszenia resztek plonacego
siusiaka,podpalil lozko, sypialnie i reszte domu tak elegancko,ze
kiedy straz pozarna dotarla do nich wezwana przez sasiadow, to cale
domostwo plonelo juz pieknie niezgaszalnym ogniem .Meza nie udalo
sie uratowac,a straty podpalenia wyniosly okolo 1 mil
dolarow.Malzonka
tlumaczyla sie,iz ona nie chciala takiego zakonczenia, ale to i tak
nie zmienia faktu,ze spedzi za kratkami kolo 15/20 lat.Zastanawiam
sie, jak ona to sobie wykombinowala,iz podpali mezowskiego penisa-
Hindusi sa strasznie owlosieni- bez podpalenia czegokolwiek innego?
P.S.Od kilku dni ocieramy sie o czterdziesto-stopniowki i mury sa
nagrzane do stanu niedotykalnosci.Ja mkne na dwa tygodnie na
Tasmanie i bede w Sydney kolo 12 lutego.Tam jest ciut chlodniej.
-
John Patterson byl wieloletnim pracownikiem australijskiego
giganta telekomunikacyjnego,Telstra,i jako elektronik, z 20-sto
letnim doswiadczeniem, zajmowal sie projektowaniem,testowaniem i
nadzorowaniem systemu cyfrowego dla przekaznikowych wiez
telekomunikacji bezkablowej.
John byl bardzo dobrym pracownikiem, i do pewnego momentu wszystko
wskazywalo na to,iz zakonczy swoja dlugoletnia wspolprace z Telstra
bez specjalnego problemu ,lecz kiedy po przeniesieniu Go do jakiegos
Centrum Telstry, polozonego pomiedzy dwoma wiezami telefonii
komorkowej, zaczal chorowac na jakies przedziwne choroby,wszystko
uleglo radykalnej zmianie.Pierwszymi objawami byly symptomy podobne
do grypy,pozniej,co 7-10 sekund, dostawal skurczu miesni i czkaly Mu
pluca,a po miesiacu serce zaczelo pracowac zupelnie inaczej
powodujac napady strachu.John pisal do przelozonych
przenajrozniejsze pisma o swoim podupadajacym zdrowiu, i
niebezpiecznej radiacji,ale kierownictwo zupelnie Go ignorowalo
twierdzac,ze wszystko jest zgodne z normami ONZ-tu i..., po kilku
miesiacach nieustajacej korespondencj, przeniesiono John'a w stan
spoczynku dajac Mu zwolnienie chorobowe.John przeszedl na
to "ochotnicze",chorobowe zwolnienie ,ale dalej kontynuowal swoje
dochodzenie, wedrujac ze swoimi raportami nawet do Rzadu Federalnego-
The Australian Standards Committee-zwiazanego z ekspertami od
radjacji,lacznie z ekspertami wojskowymi.John pisal,ze: "Z
pomiarow,ktore zebralem wynika,iz radjacja wiez telekomunikacyjnych
niszczy bioelektryczny system naszego ciala,ktory jest aktualnie
naszym mozgiem i systemem nerwowym,czyli systemem napedzajacym nasze
miesnie ,organy i caly uklad komorkowy, potrzebny do sprawnego
funkcjonowania naszego calego ciala.Taka "wiezowa" radiacja powoduje
kompletne zalamanie sie funkcji naszego organizmu." John twierdzil
rowniez,ze nasza pamiec kompletnie zanika,a umieszczanie takich wiez
w poblizu szkol,przedszkoli,szpitali i naszych domow jest czystym
wariactwem, powodujacym u dzieci problemy z nauka,zalamania nerwowe
i nerwice, a u chorych przedluzenie okresu rekonwalescencji,ale
dalej nikt Go nie sluchal pomimo,ze John robil pomiary najlepszym,
dostepnym miernikiem,ktorych tylko
kilka jest w Australii,a osiagalnym tylko za jedyne 70 tysiecy
dolarow. Zniechecony miesiecznymi przepychankami papierowymi z
urzedasami Rzadowo-Telstrowymi, John postanowil przyciagnac uwage
Telstry i mediow w inny sposob. Pewnego dnia "pozyczyl",od swojego
przyjaciela, piekny,angielski woz pancerny z Pierwszej Wojny
Irackiej -tylko 2 takie wozy pancerne sa w prywatnych rekach w
Australii- i w nocy "zaatakowal" 6 wiez telekomunikacji komorkowej,
niszczac cala instalacje,ktora przeciez sam projektowal,dozorowal i
testowal.Nie mogl zniszczyc samych wiez,poniewaz takie wieze
podchodza pod nomenkalture "infrastruktury publicznej", i
zniszczenie czegos takiego mogloby narazic mieszkancow na
niebezpieczenstwo,a Jego samego zamknietoby z
etykietka "terrorysta",ale elektronika i przekazniki to zupelnie
inna sprawa.Zatakowal to wszystko w nocy, ze wzgledu na
bezpieczenstwo publiczne, a planowane zniszczenie mialo obejmowac 8
wiez.Widowisko bylo jakby iscie
wyjete z
filmu amerykanskiego.Kilkanascie aut policyjnych,helikoptery, syreny
i migajace swiatla dopelnialy pieknie tego widowiska. Po zniszczeniu
6-tej instalacji ,jakis mlody,nie bojacy sie niczego policjant,
wdarl sie na ten john'owski pojazd pancerny i spryskal John'a twarz
gazem lzawiacym z bliskiej odleglosci,pozbawiajac Go normalnego
oddechu i wzroku na ladnych kilka godzin.John zamknal wlaz do
swojego pojazdu,ale jakos policja otworzyla to cudo z boku i...
wywleczono John'a z tego pancerniaka. Nioslo Go szesciu chlopa tak
samo, jak "czarni" niosa drewniany taran do rozbijania zamknietych
drzwi.Wrzucono Go do policyjnego samochodu z hukiem
rozbijanej ,johnowskiej glowy,aby zamknac Go pozniej w wieziennym
szpitalu sydneyskiego wiezienia "Long Bail Jail". Tam zdiagnozowano
Go jako mentalnie chorego,poniewaz John nie mogl mowic ze wzgledu na
gazy lzawiace w organizmie,i ciezkie obrazenia glowy po
poziomym ,krotkim,"samochodowym" locie.Ale John nie byl
szalencem,wrecz przeciwnie.Po kilkudniowym ,szpitalnym pobycie
rodzina John'a zorganizowala 2 psychologow gotowych zaswiadczyc,po
szczegolowych badaniach, o Jego wspanialej poczytalnosci i, po
zalatwieniu odpowiednich papierkow, wypuszczono John'a na wolnosc za
kaucja.W miedzyczasie opinia publiczna dowiedziala sie co stalo za
tym nocny atakiem samochodu pancernego, i w prasie,radio i TV
zaczeli wypowiadac sie specjalisci od elektroniki,lekarze i
publiczni eksperci od zdrowia, popierajac w 100% John'owskie badania
i Jego wyniki pomiarowe.John bedzie odpowiadal z wolnej stopy za zle
intencje calej tej demolki,ale akcja demolowania, i odpowiedzialnosc
za nia , wyglada teraz zupelnie inaczej w oczach opinii publicznej.
Nie majac przedtem zadnego poparcia w nikim,John ma teraz za soba
opinie publiczna, z wieloma ekspertami wlacznie.Wyglada na to ,ze w
takich sprawach demolowanie jest jedynym sposobem mogacym
przyciagnac uwage medialno-publiczna.
Buzia Zbyszek
P.S.W nastepnym emailu napisze ciutenke o Tasmanii.
-
Mkne na te stara,aborygenska wyspe,na ktorej miejscowych
Aborygenow nie ma juz od wieku, a ktorych historia siega tam minimum
36 tysiecy lat wstecz.Przeszkadzali tam bialym "tubylcom" wiec sie
Ich pozbyto tak samo zreszta ,jak i pozbyto sie Tygrysa
Tasmanskiego.Teraz "wojuja" tam ci wszystkowiedzacy ,biali panowie
tego Kraju, z przepieknymi,tasmanskimi lasami, wycinajac wszystko w
pien i,jak to zwykle bywa w takich przypadkach,tlumaczenie jest
jedno: money,money,money no i praca dla miejscowych wycinaczy.Kawalki
pocietych drzew wysyla sie do Japonii,zeby tamci mogl przerobic te
drobnice drzewna na papier i wyslac nam to przerobione cudo w postaci
papieru toaletowego.Wspaniala kooperacja,nieprawdaz? Na lotnisku nie
ma mojego nazwiska w komputerze,ale nic sie nie przejmuje,gdyz mam ze
soba rezerwacje z Biura Podrozy wydrukowana pieknie na eleganckim
papierze.W okienku Virgin Blue wszystko sie zgadza i dostaje to samo
siedzienie przy oknie,ktore juz
mialem zarezerwowane dwa miesiace temu.Na lotnisku spotykam swoja
stara znajoma Angielke,Carolin,ktora leci tez do Launceston,gdzie
planuje wynajac auto i odwiedzic,w portowym miescie Devonport, swoja
stara przyjaciolke sprzed 30 lat ,aby pozniej ,w tymze wynajety
aucie,podrozowac po Tasmanii.Po naszej polgodzinnej rozmowie i kawie,
Caz(taki angielski skrot od Carolin) proponuje wspolne wynajecie auta
i jazde do Devenport,a pozniej eskapade wokolo Tasmanii.Lot z Sydney
do Launceston trwa 1godz i 45 min wiec mowie,ze dam Jej odpowiedz
,jak juz wyladujemy.Podzial wszelkich kosztow jest dosyc kuszaca
sprawa,poniewaz dopiero na lotnisku dowiedzialem sie,iz tasmanskie
wakacje szkolne koncza sie tam 11 dni pozniej niz w innych stanach
australijskiego kontynentu, i wobec tego ceny wszystkiego na Tasmanii
sa takie, jak w szczycie wakacyjnym.Zaskoczylo mnie to,gdyz do tej
pory myslalem,ze szkoly w Calej Australii operuja i wakacjuja w tym
samym czasie.Zle
myslalem. Zastanawiam sie nad ta propozycja ze strony finansowej i
zgodnosci krajobrazowej ogladalnosci.Nigdy przedtem z Nia nie
podrozowalem i mam swoje obawy,poniewaz z 59-cio letnia Angielka moga
byc pewne problemy roznej natury,ale chyba ze wszystkim mozna sobie
jakos poradzic. Wynajmujemy auto na lotnisku w Launceston. Caz upiera
sie przy ubezpieczeniu samochodowym tlumaczac mi,iz ostatnim razem,
podczas swojej podrozy z bylym boyfriend'em w Victori, spadla na Ich
samochod olbrzymia galaz i musieli placic jakies horendalne sumy za
reperacje.Ja nigdy do tej pory,podczas kilkudziesieciu lat swojej
porozy po Australii, nie placilem samochodowego ubezpieczenia,gdyz
moja mysl wedruje raczej w kierunku przyjemnosci podrozniczej ,a nie
samochodowej wypadkowosci,ale decyduje sie na to ubezpieczenie,gdyz
koszty wynajmu i ubezpieczenia dzielimy po polowie.Latwy wyjaz z
miasta i dosyc przyzwoita droga prowadzi nas do Alum
Cliffs,aborygenskiego,swietego
miejsce
dalekiej przeszlosc( kilka pierwszych zdjec)pozwalajacego Im na
zgromadzenia i rozwiazywanie problemow tamtejszej,odleglej
bytnosci.Pogoda jest cieplo-szaro-mglista wiec ogladamy i
fotografujemy roznosci. Inni odwiedziciele tego miejsca, w malych
liczbach,tez oddaja sie tym zajeciom. Z Alum Cliffs decydujemy wybrac
sie na miejscowe maliny i po malych klopotach mapowych docieramy do
przepieknej,malinowej farmy.Farma oferuje,oprocz owocow,najrozniejsze
wyroby z malin, lacznie z octem malinowym,ktorym piekna sprzedawczyni
czestuje mnie widzac we mnie,chyba, wspolczesnego Chrystusa w
podrozy.Objadamy sie tym wspanialym owocem w pieknym kawo-sklepie,
zabierajac "garstke" malinek dla gospdarzy w Devonport.Kilka
kilometrow dalej odwiedzamy fabryczke miejscowych serow,oferujaca
przenajrozniejsze produkty serowe lacznie z winem,olejami i jakimis
innymi,miejscowymi produktami.Nie kupujemy nic ,gdyz Caz wyciaga z
nich informacje o uzywaniu syntetycznego enzymu
-fermentu zoladkowego- do produkcji tych,podobno, poszukiwanych
serow.Na pytanie dlaczego nie uzywaja naturalnego enzymu twierdza ,iz
naturalny ferment zoladkowy im sie skonczyl.W Devonport jestesmy kolo
18-tej i spedzamy tam mily wieczor z gospodarzami kolacjujac sie w
miejscowym pub'ie.Brian i June maja 4 synow i wszyscy sie juz
porozjezdzali po swiecie wiec w Ich domku miejsca do spania w
brod.Najmodszy,19-sto letni, gra zawodowo w krykieta w Hobart, a
najstarszy,29-cio letni, gra w zespole muzycznym w Szanghaju w
Chinach.Nastepnego dnia,raniutenko, zamierzamy wyruszyc z
gospodarzami w podroz po polnocno-zachodnim wybrzezu, planujac
dotrzec do miejscowosci Marrawah.Gospodarze przydzielili nam
duzy,synowski pokoj do spania. W nocy okazuje sie,iz Carol chrapie
nie gorzej niz szewc,a czasami jeszcze grozniej.Budze Ja w nocy 2
razy tlumaczac ,iz nie moge tak spac,gdyz ten dzwiek mnie budzi i
dobija.Wiem,ze stara sie spac na boku,ale nie zawsze Jej to
wychodzi.Chrapanie Carol bedzie mi towarzyszylo do konca
podrozy,poniewaz nie zawsze udaje nam sie znalezc dwupokojowy nocleg
za jakas normalna cene.Zastanawiam sie,jakie sily maczaly palce w tej
angielsko-polskiej kombinacji podrozniczej,i po co?
Buzia Zbyszek
P.S.Czerwone drzewo to przepieknie kwitnacy eukaliptus,ktory
spotykalismy w wielu tasmanskich miejscowosciach.
-
Raniutenko, nastepnego dnia w Devonport ,zanim ktokolwiek wstal,
pomknalem zobaczyc okolice i pobliski port,gdzie zawijaja te
olbrzymie promy- Spirit of Tasmania. Okolica
spokojna,niezatloczoczna,z powietrzem o wiele suchszym niz w
Sydney.Nawet nad woda czuje sie inna,"sucha" wilgotnosc w porownaniu
do tej kontynentalnej wilgotnosci.Lubie poranek nad morzem i ten
zapach slono-glonowo-rybnej "wonnosci",a szczegolnie,kiedy wieje
wiatr od morza.Po jajeczkowym sniadaniu suniemy dzielnie rolniczymi
okolicami w strone miasteczka Penguin,kolebki rodowej June.Ziemie
okoliczne sa zyzne,brazowe, i rodza wszystko co moze sobie
Europejczyk wymarzyc.Nigdzie,w calej Tasmanii nie zauwazylem zadnej
dluzszej,ladowej plaskosci.Jedzie sie przepieknie,gdyz krajobraz
zmienia sie co chwile nawet,jezeli jest to zwiazane z miejscowym
rolnictwem.Jest bardzo duzo przeciw-wietrznych drzew sadzonych w
miedzowych liniach prostych.Wyglada to dosyc malowniczo.Penguin jest
3 tys
miasteczkiem chroniacym, z pietyzmem,kolonie miejscowych pingwinow
przed zaparatczykowanymi turystami,ktorzy w przeszlosci strzelali
fleszami w nieprzygotowane, pingwinskie oczy i oslepiali
je,podobno,na cale zycie.Teraz jest to zabronione i miejscowi
wolentariusze pilnuja tego bardzo sumiennie.Na glownej ulicy, w
promenadowej bliskosci, stoi,oczywiscie,statuetka miejscowego
bohatera,pingwina,a kilkadziesiat metrow dalej,za jakims domem,jest
pomnik tego samego pingwina,ale w olbrzymim wydaniu.Kolo tego
olbrzyma jedna Japonska turystka fotografuje dwie kumpelki,ktore
obejmuja pingwina najpierw prawa,a pozniej lewa reka smiejac sie
przy tym fajnym, japonski chichotem turystycznego
rozbawienia.Sprawdzilem pozniej czy w pingwinie nie bylo czasami
jakichs dziurek z cieplym powietrzem na wysokosci Ich pach,ale nic
nie znalazlem; pingwin byl czysty,bezdziurkowy.Dwa lata temu ,kiedy
do Sydney zawinal najwiekszy pasazerski statek swiata, Queen Mary 2-
gigant o
wyp. 151 tys ton, dlugosci prawie 350m i wysokosci 72m -pojechalem
raniutenko do miasta,zeby zobaczyc to cudo z bliska.Z jakiegos
pobliskiego hoteliku, z podobnym zamiarem niezakluconego fotografo-
ogladania,wyszly dwie mlode, japonskie dziewczyny i zaczely,jak to
zwykle z nimi bywa, fotografowac wszystko wokolo,ale kiedy mnie
zobaczyly przestaly,i poprosily po angielsku, tym spiewnym,wszystko-
gubiacym japonskim akcentem,o kilka zdjec ze statkiem Ich
uwielbienia.Ustawily sie ladnie, w lini prostej,a ja cofajac sie
ostroznie cyknalem Im dwa zdjecia i powoli,nie spieszac sie,
schowalem aparat do kieszeni spodni przygladajac sie Ich
reakcji.Przez chwile nic nie mowily zaskoczone takim obrotem sprawy,
po czym "zlamaly" te linie prostego fotografowania i zaczely
wedrowac w moja strone z zupelnie innym,niepozowanym wyrazem
twarzy.Odczekalem kilka sekund az odleglosc zmalala do 10-12 m i
spytalem sie glosno: "jeszcze jedno"?, po czy,nie czekajac na Ich
odpowiedz, wyjalem aparat z kieszeni i zrobilem Im znowu kilka zdjec
chowajac go z powrotem do kieszeni.Tym razem zaczely protestowac
ciut odwazniej wiec powiedzialem wyraznie,zeby nie bylo najmniejszej
watpliwosci,iz robie ostatnie zdjecie i strzelilem Im pare szybkich
fotek, lapiac Je w zdumionym zaskoczeni, po czym podszedlem do tej
dziewczyny,ktora wreczyla mi aparat, i oddajac Jej Jej cyfrowke
pocalowalem Ja szybko w reke zapewniajac,ze chcialem Im zrobic tylko
kilka zdjec troszeczke bardziej naturalnych, bez tej prostej lini
fotograficznego pozowania.One cos szybko od siebie powiedzialy i
odchodzac kilka krokow do tylu, uklonily mi sie piekniej niz XIX
wieczne,japonskie gejsze.Musialo byc w tym calym zdarzeniu duzo
przyjemnego ciepla,gdyz zasmialismy sie wszyscy troje radosnym
smiechem plynacym z serca z radosci niewinnosci porannego
przezycia.Podobnym smiechem smialy sie te 3 Japonki pozujace z
pingwinem.W Penguin odwiedzamy matke June,ktora
czestuje nas kawa,serem i kawalkiem pozostalego,bozonarodzeniowego
ciasta.Mama June miala 6 corek(jedna niedawno umarla),z ktorych 3
graly na instrumentach muzycznych i czasami urzadzali sobie koncerty
domowe z matka na pianinie i ojcem na instrumencie dmuchanym.Dom
jest umieszczony przepieknie na wysokiej gorze i widok na ocean jest
wspanialy,ale pochylosc terenu jest tak niesamowita,iz koszenie
trawy musi odbywac sie recznie,gdyz zaden pojazd nie jest w stanie
tam operowac.Z Penguin mkniemy do Burnie,gdzie ogladamy miejscowe
Muzeum Papieru lacznie z probkami papierow z odchodow kangura,
tygrysa tasmanskiego,wombata i innych, australijskich
zwierzat.Ciekawe,iz papier z roznego rodzaju kup jest taki elegancki
i gladki.Z Burnie mkniemy do Stanley ogladajac to tu to tam jakies
okolice brzegowe, i starajac sie cyknac jaks fotke w tej zmiennej
krajobrazowosci.Stanley wita nas splaszczona gora przypomnajaca
orzech o nazwie, The Nut.Bazaltowy,powulkaniczny
masyw gorski o wys 143 metrow pozwalajacy na piekny widok
okolicy.Zjadamy w okolicznej rybo-jadni glebinowa rybe morska o
dzwiecznej nazwie, blekitny grenadier, i wypelnieni glebina morska
jedziemy do Smithton,a pozniej do Marrawah.Okolice Smithton sa
najbardziej urodzajnymi ,pastewno-sadowniczymi ziemiami w Tasmanii,a
samo Smithton bylo pierwszym miasteczkiem osadnictwa europejskiego w
polnocno-zachodniej czesci Tasmanii.Kilkadziesiat kilometrow dalej
na zachod, docieramy do miejscowosci Marrawah i jest to
najdalszy,zachodni punkt osiagniety podczas naszej calej
podrozy.Bedziemy jeszcze w zachodniej czesci Tasmanii pod koniec
naszej podrozy,ale bedziemy tam docierali z poludniowego-
wschodu.Marrawah jest uwazany za surfingowy raj i gromadzi sie tam
czesto kilkuset surfingowcow z calego swiata na rozne,deskowe
zawody.W przybrzeznych wodach rosnie gigantyczny kelp-wodorost
morski-ktory jest przetwazany w naturalny nawoz o nazwie,Marrawah
Gold.Taki wodorost
jest podobno najszybciej rosnaca roslina na ziemi i dzienny przyrost
kelpowy osiaga dlugosc 1 metra.Po takich wrazeniach gorsko-
wybrzezowo-kelpowo-surfingowych wyruszamy w powrotna droge do
Devonport zawijajac po drodze do Wynyard na smakowity obiad.
-
Oczywiscie w Wynyard,podczas obiadu,doszlo do nieporozumienia
jezykowego,kiedy June zaproponowala mi "pavlova" z czosnkiem i olejem
co,wedlug mojego gustu,nie mialo najmniejszego sensu,gdyz ten
cholerny "tort pavlova" jest tak sakramencko slodki,iz nie bylbym go
w stanie przelknac bez niczego,a coz dopiero z chosnkiem i
olejem.Oponowalem,krzywiac sie jak cholera i komentujac,ze to cudo
nie jest zjadliwe, co wywolalo niezla konsternacje,gdy Ona
zaproponowala mi "pub-loaf-pub'owy bochenek chleba,ale wymawiany
szybko zabrzmial ,jak "pavlova".Oblelismy to nieporozumienie piwem ,a
Brian wmusil w siebie taka straszna ilosc tego zlocistego plynu,iz
musial oddac kierownice zonie.W aucie tlumaczyl mi arkana i zawilosci
gry krykietowej,ale niewiele z tego zrozumialem.Nastepnego dnia
wyruszylismy o 8.30 do Exter zwiedzajac przepiekne okolice Tamar
River.W porze obiadowej spotkalismy tam dwoje pracujaco-podrozujacych
Francuzow,ktorzy juz od 2 lat przemieszczaja
sie po Australii w starym,terenowym Nissanie.Fajna para
dwudziestokilku letnich gosci wiec rozmawiamy o tym i owym nie
zahaczajac o polityke,a raczej podziwiajac, przez ten
krotki,spotkaniowy moment, okolice i jej urokliwosc.W Beauty Point
ogadamy farme konika morskiego-tylko 2 takie farmy sa w Australii-
ktorego Chinczycy trzebia na potege ze wzgledu na jego
wlasciwosci,podobno, leczniczo-afrodyzjakalne.Konik morski jest
przepieknym stworzeniem i jestem zaskoczony roznorodnoscia tego
gatunku,lacznie z tym smokowatym,ktory na rynku akwarialnym osiaga
wartosc okolo $1000. Mezczyzna konikowaty zajmuje sie rodzeniem i
wychowaniem,przez moment,gigantycznej ilosci mlodych konikow,ktore w
przeciagu 24 godzin sa w stanie zmienic kompletnie swoje
ukolorowania.Jeden z tych beczkowo-brzusznych konikow dzierzy rekord
rodzeniowy w ilosci 1160 konikow w jednym miocie.Ogladam tez
przepiekna,mloda matwe,ktora porusza sie wyrzucajac wode z lejka lub
przy pomocy pletw
przypominajacych wachlarze.Jednego roku w Australii-Victoria-
wylapano 92% calego,victorianskiego matwo-stanu i Rzad Australijski
musial wkroczyc do akcji z gigantycznymi karami,gdyz inaczej
bylibysmy bez matw.W okresie godowym kawaler,chcac przypodobac sie
panience matwowej,zmienia przepieknie kolorystyke ciala,tlukac
sie,oczywiscie,z kolesiami o seksualne pierwszenstwo.Walki pomiedzy
rywalami sa tak zaciete,iz czesto trzeci koles,pacyfista,korzysta z
wolnej drogi do seksualnej nirvany.Piekna byla ta mloda matwa i,co
ciekawe,ciekawa ogladajacej jej publiki. Poruszala sie z gracja
falowanej wody patrzac mi prosto w oczy bez mrugniecia okiem.Moze one
nie mrugaja oczami??? Z Beauty Point udajemy sie do Birdport,a
stamtad do Scottsdale z zamiarem przenocowania.Jest 8 wieczorem i o
tak poznej porze jest dosyc ciezko znalezc cos przyzwoitego,ale
trafiamy na przepiekny pensjonat z irlandzka wlascicielka,ktora
oferuje nam dwupokojowa kwatere,a korzystajac ze
spokoju w swoim pensjonacie zadaje nam kilka pytan, na ktore
odpowiada Carol.Dopoki pytania zadawala Carol, Jej uwaga byla
skupiona na Niej,ale kiedy ja otworzylem gebe,zaintrygowana moim
akcentem, zmienila natychmiast front i cala uwage skupila na
mnie.Zanim weszlismy do Jej pensjonatu ,wlascicieka byla oddana
przygotowaniom kuchennym,ktore musiala przerwac i podejsc do nas
dlugim korytarzem laczacym kuchnie z barem, w ktorym my
przebywalismy.Teraz,zakonczywszy konwersacje z Carol,odwrocila sie do
mnie i przedstawila mi sie grzecznie,zupelnie tak,jakby mnie tam
przedtem nie bylo, po czym zapytala sie skad jestem i co zamierzam tu
robic,a kiedy odpowiedzialem Jej, ze jestem z Polski,zaczela
mowic,jakby tylko czekala na taka odpowiedz, o roznych czasach w
Europie sprzed 30-40 lat temu,majac caly czas na oku odlegla kuchnie,
po czym zadala mi kompletnie idiotyczne pytanie, "Czy moj Kraj nazywa
sie dalej Polska?"W miedzyczasie z kuchni wybiegl Jej
maz,George,ktory zlapal to cos na tacy co Ona tam robila,ale nie
skonczyla, i,korzystajac z naszej obecnosci, probowal przemknac sie
niezauwazony przez ten niezbyt szeroki korytarz. Nie mial
szans.Zoczyla Go i natychmiast pada stwierdzenie rozkazujace:
Geoooooorge!!! I haven't finished yet!!! I George szybciutenko
biegnie z ta niezakonczona,kolacyjna taca,z powrotem do kuchni,a
ja,myslac,iz chodzilo Jej w tym pytaniu o Polske i o te ostatnia fale
mrozow w Europie Srodkowej-called(nazywa sie) i cold(zimno) wymawia
sie podobnie- odpowiadam Jej,"extremely cold", co wprawia Ja w niezle
oslupienie.Carol patrzy sie na nas i lzy ciekna Jej po twarzy z
radosci,ja nic nie mowie,Ona tez zamilkla i stoimy tak przez chwile
niemi,zahipnotyzowani tym jezykowym kalaburem.W polskim tlumaczeniu
to nie brzmi tak zabawnie,ale angielska wersja sprawia wrazenie
,jakbysmy rozmawiali o tych samych,ale zupelnie innych rzeczach,
adresujac je do siebie z pelnym,obustronnym
zrozumieniem. Nastepnego dnia rano George przyszedl sprawdzic czy
zostawilismy klucz pod wycieraczka i musze uczciwie przyznac,iz
wygladal troche na zahukanego osobnika,ale moze to tylko
pozory.Udajemy sie do St Helens,gdzie sa te przedziwne skaly
porosniete czerwono-pomaranczowym porosto/liszajem,ktory w sloncu
daje przepiekny widok "plonacych skal".
-
Opuszczamy Scottsdale bez dalszego kontaktu z nasza irlandzka
rozmowczynia.Wprawdzie chcialem Ja pozegnac,ale Carol oponowala z
jakichs Jej osobistych powodow.Udajemy sie do St Helens,zeby zapoznac
sie z tymi dziwnymi formacjami skalnymi,porosnietymi jakas
pomaranczowa liszajowatoscia,a majaca efekt plonacych skal w ladny,
sloneczny dzien.Po drodze mijamy miasteczko Derby,gdzie zasiegamy
informacji o miejscowych wodospadach.Bardzo czesto na Tasmanii,jak
rowniez i w calej Australii,szumne znaki reklamuja historyczne to lub
tamto siegajace poczatku XX-go lub konca XIX-go wieku.Nic
ciekawego,ale przeciez turystow trzeba jakos zachecic do odwiedzania
roznych rzeczy,z braku czegoklowiek innego w danej okolicy,wiec
mijamy takie napisy,jak: "Historyczny Chinski Cmentarz,Historyczny
Bank,Cynkowe Centrum Kopalniane i inne nowo-historyczne pamiatki.Nas
jednak bardziej interesuje Natura niz te wszystkie ichniejsze Centra
wiec odwiedzamy najwyzszy wodospad na
Tasmanii, Wodospad Columba-z 90-cio metrowym spadkiem
wodnym.Pozniej,w serii wodospadowego odwiedzania ,ogladamy Ralphs
Falls ,Halls Falls i Mathinna Falls od ktorych krotka droga prowadzi
do najwiekszych na swiecie bialych eukaliptusow(white gum tree)
osiagajacych wysokosc do 91 metrow.Dzikosc Natury jest raczej tym co
przyciaga turystow na calym swiecie,a nie jakies
zardzewiale,kopalniane maszyny z etykietka "historyczne".Na
Tasmanii,dopoki to bylo mozliwe,wycinno najpiekniejsze sosny
tasmanskie-Huon Pine- ktore osiagaly wysokosc 90 metrow i byly
cenione na calym swiecie ze wzgledu na wspaniala jakosc drewna.Teraz
trzeba miec zezwolenie rzadowe,zeby cos takiego wyciac,ale w
pozniejszej podrozy natrafimy na goscia rzezbiacego 100 metrowej
dlugosci rzezbe z desko-paneli Huon Pine o wys 3 m,szerokosci 75-85
cm i gruposco okolo 13-14 cm,a wszystko to jest dwustronna rzezba o
dlugosci 50 m z jednej strony i 50 m z drugiej.W St Helens jestesmy
wczesniej,kolo 17-tej, wiec szukamy jakiegos noclegu. Jakies 10 lat
temu Carol miala maly wypadek samochodowy i teraz narzeka na bol w
lopatkach wiec wszedzie,gdzie bysmy sie nie zjawili, badana jest
twardosc materacy.Jakies 2 min od centrum St Helens znajdujemy piekny
domek za $80 z materacem spelniajacym wszelkie wymogi materacowej
twardosci,ale poniewaz jest to domek za $80 wiec sila rzeczy spelniac
ich nie moze.Gdyby ten domek byl do wynajecia,no, za jakies $110-120
wtedy twardosc materaca wygladalby zupelnie innaczej.Pierwszy raz w
swoich podrozach jestem w sytuacji,kiedy jakies snobistyczne
zapatrywania nie pozwalaja mi zanocowac w czyms co jest naprawde
przyjemne, i to za niska,wysoko sezonowa cene wynajmu jakiegokolwiek
noclegu.Carol sprzedala niedawno dom za okolo $900 tys i mieszka
obecnie w domu u ojca,ktorym sie opiekuje dostajac jakies pieniadze
od rzadu jako "opiekunka",ma rowniez jakies dwie prace na czarno wiec
sila rzeczy Jej fundusze sa
inne niz moje.Przeprowadzamy rozmowe
"finansowa" i Ona twierdzi,ze bedzie dokladala roznice w wynajmie
noclegu ,jezeli takowy bedzie przekraczal moj limit fiansowy,ale mnie
bardziej chodzi o zdrowy rozsadek w akceptacji przyzwoitego
zakwaterowania niz o jakas roznice.Domek byl naprawde piekny i ladnie
wyposazony w twarde materace,i wszystkie inne potrzebnosci i nie bylo
potrzeby szukac czegos innego przez nastepna godzine,zeby zaplacic za
cos takiego-materacowo-samego sume o wiele wieksza niz podczas naszej
pierwszej mozliwosci.Po zakwaterowaniu sie idziemy do sklepu i
kupujemy wspanialy,koniczynowy miod tasmanski,ktory,w przeciagu
ostatnich 2 lat,dostal 7 medali. Jest to jedyny,tak
obmedalowany,miod,jaki widzialem do tej pory w swojej pasiekowo-
miodojadkowej konsumpcji wiec slodzimy miodem koniczynkowym ten
dziwny ,noclegowy incydent i jedziemy obejrzec miejscowe skaly w Bay
of Fire w Binalong Bay. Nie bedziemy mieli jednak okazji zobaczyc ich
w pelnym sloncu plonacej
czerwieni.Idzie"cos"od zachodu niosac ze soba
szarosc i mokrosc i moze nawet bedziemy musieli zmienic cale nasze
plany,ale jeszcze sie nie poddajemy.Czekamy do jutrzejszego
poranka.Carol,przez cala nasza podroz, w ogole nie myje glowy
twierdzac,ze ma wlosy tak geste,iz zaden brod nie jest w stanie
dotrzec od skory na Jej glowie.Nie mowie nic gdyz widze,iz nie
chcialaby czymkolwiek popsuc tej swojej teorii czystej glowy.Karolcia
ma w swojej duzej torbie dosyc dziwne rzeczy,ktore od czasu do czasu
laduja na ziemi,jezeli nie moze znalezc tego czego szuka w
spokojny,lagodny sposob beznerwowego poszukiwania.Poniewaz Jej
przeszukiwanie torbowej zawartosci jest codziennosci tasmanskiego
podroznictwa wiec od poczatku podrozy wiem,ze ma dwie pary
bialych,bawelnianych rekawiczek,ktore naklada w nocy do spania
smarujac sobie rece jakims tluszczem.Twierdzi,ze rece zniszczyla
sobie w mlodosci stosujac duze dawki kortyzonu i to obecne
smarowidlo,w polaczeniu z rekawiczkowa,nocna ochrona,ma przywrocic
im/rekom
przyzwoity wyglad. Zobaczymy.
-
Pogoda sie nie poprawila,ale jedziemy raniutenko do The
Gardens,zeby chociaz miec jakies pojecie o tej Drugiej
Najpiekniejszej Plazy Swiata.The Bay of Fire nazwe swa zawdziecza
kapitanowi Tobiaskowi Furneaux,ktory plynac sobie spokojnie w 1773
roku, wzdluz tego przepieknego zakatka Tasmanii, zoczyl mnostwo
aborygenskich ognisk i nazwal go Zatoka Ogni.W pogodny dzien cala ta
okolic musi wygladac bajkowo,ale my nie mamy okazji zobaczyc tego
cuda w tym pieknym ,slonecznym swietle wiec staram sie oddac
zdjeciowo to na co mi pozwala kaprysna pogoda.Sama plaza,z przebialym
piaskiem i turkusowa woda, rozciaga sie przez jakies 35 km,ale my
widzimy tylko jakies 15-18 km tego cuda natury.Po 2 godzinnej
eskapadzie w mokro-wietrzny dzien wracamy do St Helens na dobra
kawe,a pozniej udajemy sie do Bicheno, zawijajac po drodze do
Scamander na farme brzoskwin i malin.Jestesmy tam pierwszymi
klientami wiec zamawiamy sobie miejscowe,fantastyczne
lody"zakrapiane"swiezutenkimi malinami.Cudo.Bicheno
ogladamy z miejscowego wzgorza,ale ja jakos nie moge znalezc nic
ciekawego w tym rozreklamowanym miasteczku.Moze dlatego,iz jest szaro
i deszczowo.Z Bicheno mkniemy do nastepnego cuda natury, Freycinet
National Park,ktorego tez nie bedziemy mogli obejrzec w pelni ze
wzgledu na pogode,ale docieramy do wspanialej Coles Bay i Friendly
Beach z pieknym,zamglonym widokiem tysiecy "herbacianych",kwitnacych
drzew.Widzialem kwitnaca pustynie,ale te tysiace drzew
herbacianych/tea tree kwitnacych na wzgorzach,z galeziami obsypanymi
drobniutenkimi kwiatuszkami przypominajacymi "wilgotny puszek", maja
niesamowity urok.Zdjecia,niestety,nie udaly sie.Szkoda.Nie uda man
sie rowniez zobaczyc nastepnej,okolicznej "pieknosci" Wineglass Bay z
woda czystsza od najczysciejszego winnego kielicha,ale nie mozemy nic
zrobic.Od strony morza skrada sie podstepny wiatr z podmuchem 100
kilometrowego huraganu,a to w gorzysto-mokrym terenie jest wyzwaniem
do samobojstwa.Oddalamy sie od
tego piekna i suniemy do Swansea,gdzie zamierzamy przenocowac.We
Freycinet National Park zaplacilismy najdrozszy wstep,$25, jaki ja
kiedykolwiek placilem w calej Australii.To byl tylko wstep,ale
gdybysmy chcieli tam zostac i np.kempingowac, to za to placi sie
dodatkowa oplate.Mamy z Karolcia wspolna kase co po angielsku nazywa
sie "kitty" i ma podwojne znaczenie:kicius/koteczek i pula w roznych
grach.Nasza kitty nalezy do tego drugiego znaczenia.Wkladamy tam po
$100 kazdy i kupujemy co potrzeba.Ja trzymam kase,gdyz Karolina nie
jest w stanie niczego znalezc w tej swojej przepastnej torbie w
potrzebie i bez.Cale szczescie,gdyz innaczej co chwile musielibysmy
wkladac tam po stowie. W Swansea znajdujemy dosyc przyzwoity hotelik
z widokiem na klub kulistow,ktorzy tocza te kule,obciazona z jednej
strony tak,by sie toczyla krzywo,po ladnie utrzymanym trawniku. Po
uzgodnieniu miejsc do spania ide zobaczyc miejscowy Klub Golfistow i
na spacer wzdluz
rozhukanego wybrzeza.Pada i wieje ,ale jest dosyc cieplo.Jutro
zdecydujemy czy odbic w strone ladu czy kontynuowac podroz wzdluz
wybrzeza,co,prawde powiedziawszy,wydaje sie raczej watpliwe.
Buzia Zbyszek
P.S.Te ptaszki z czerwonymi dziobami, z poprzednich zdjec, nazywaja
sie po angielsku: "laciatymi/pstrymi lapaczami ostryg",a po polsku
"ostrygojadki", i wystepuja w calej wybrzeznej Australii, lacznie z
cala Tasmania.
-
W Swansea padalo cala noc,ale rano przestalo.Karolina kupila sobie
znowu kozie mleko i myje w nim twarz.Wyczytala gdzies o Kleopatrze
bioracej kapiele w tym zdrowym mleku, i od kilku tygodni stara sie,w
miare mozliwosci kupna tego specyfiku,pluskac sie w tym plynie.Po
takim porannym,mlekowym myciu,mleko powoli wysycha na Jej twarzy i
wszystko to wyglada dosyc dziwnie,gdyz Ona pozniej zabiera
pozostalosc tego mleka do lazienki, i cos tam z nim robi.Korci
mnie,zeby tak otworzyc te lazienkowe drzwi i zobaczyc co tam sie
dzieje, udajac teatralne zdziwienie z reka na ustach w oooooo!!!,ale
sie powstrzymuje.A swoja droga to ciekawe co tez sie dzialo pozniej
po takiej kapieli z tym" kleopatrowym mlekiem"? Byla przeciez krolowa
Egiptu i nawet bardziej niz "otarla sie" o dwoch cesarzy rzymskich
wiec takiego mleka pewnie nie wylewano w pole.Nawet w dzisiejszych
czasach,biorac pod uwage to co robia fani,zeby zdobyc czyjs zafajdany
podpis,znalezliby sie
goscie,ktorzy by to mleko chetnie wychleptali.Karolina nie chce sie
przyznac co robi z tym bialym plynem w lazience-twarz myje w kuchni
nad zlewem-a ja nie mialem jeszcze szansy czegokolwiek podejrzec.W
kazdym razie,podczas calej naszej podrozy,nigdy nie odkryla swoich
nog pomimo temperatur przekraczajacych 30-tke.Zawsze paraduje w
dlugich spodniach twierdzac,ze ma niezgrabne nogi,ale ja wiem,iz to
jest wymowka,zeby wdziewac dlugo-nogawkowce. Ze Swansea decydujemy
sie pojechac jeszcze troche wzdluz wybrzeza,ale po odwiedzeniu Berry
Farm,gdzie zjadamy wspaniale,krolewskie ciasto z roznymi berry, i
wiadomosciach pogodowych wrozacych "ryczace trzydziestki", wybieramy
opcje ladowa. Pierwsze miasteczko to Campbell Town zalozone gdzies na
poczatku XIX wieku.Zdjecia rzezb w pniach scietych drzew,wyslane w
poprzednim email'u, pochadza z tego miasteczka i PODOBNO wszystkie
byly wykonane pila lancuchowa.W 1931 roku niejaki Harold
Gatty,cambell-town'owski
obywatel,razem z Amerykaninem,Wiley'em Post,oblecieli naokolo,jako
pierwsi na swiecie, nasza Ziemie w jakims specjalnie do tego celu
skonstruowanym samolocie.Z Campbell Town udajemy sie do
Ross,naladniejszego,XIX-sto wiecznego miasteczka w calej
Australii,jakie ja do tej pory widzialem.W Ross wedrujemy na kawe i
jestesmy obslugiwani przez starsza,miejscowa kelnerko-wlascicielke o
wzroscie prawie 2 metrow i rozmowie przypominajacej rozkazowki
germanskie z II Wojny Swiatowej.Przy ladzie strzelam sandalowymi
obcasami prezac sie nie gorzej niz pruski soldat przed jakims
zapikielhaubowanym oberfeldwebel'em.Chyba zrozumiala swoja
sztywnosc,gdyz dostajemy wspaniala kawe z orzechowym ciasteczkiem i
milym usmiechem lagodnego:" here you are".Odwzajemniamy te lagodnosc
cieplem glosowego podziekowania i staro-wojskowy dryl poczatkowego
obslugiwania ginie gdzies bez sladu. Nastepne miasteczko, Oatlands,
zacheca nas widokiem duzej ilosci roznych ptakow
baraszkujacych w miejscowych
moczarach.Czarne labedzie,kurki wodne,czaple,pelikany i inne ptactwo
pluska sie w tych miejscowych wodach bez jakichkolwiek ptasich
konfliktow, i bez nagabywania przez turystycznych
przybyszow.Zatrzymujemy sie tam na nocleg u dwoch przesympatycznych
gay'ow.Jeden z nich przypomina Zaglobe z brzuchem,jak duz pilka w
klubie fitnessowym,a drugi szczuply,z elegancko wkoronkowanym,zlotym
zebem na przodzie.Po rozpakowaniu rzeczy udaje sie na zwiady kupujac
miejscowy chleb ekologiczny z maki z rozebranego,ale
odremontowywanego,ekologicznego mlyna.W tymze samym piekarnianym
sklepiku dostaje przepyszna ekologiczna kawe z malymi,takze samo,
ekologicznymi cisteczkami.Czegoz czlowiekowi jeszcze potrzeba do
szczescia,jezeli jest otoczony ekologia ,natura i...odremontowywanym
mlynem? Raniutenko schodzimy na piekne sniadanie podane przez
"zlotoustnego",a ja ,z racji zadanych kilku ekologicznych
pytan,dostaje dwie ogrodowe morelke i sliwke z drzew rosnacych
tam,gdzie
niby nie powinno byc owocowek. Moreliki sa przesmaczne.Zlotousty
Danny jest wspanialym gospodarzem i kontrastowym przeciwienstwem
wspolniko/kompana nastawionego na kolekcjonowanie anykowego
dobrobytu. W nocy obserwowalismy rozne,dziwnie poruszajace sie
swiatla,prawdopodobnie extraterestialnego pochodzenia, i cala
sniadaniowa grupa (6 osob + gospodarze) ma cos ciekawego do
powiedzenia. Na Tasmanii mozna podobno zauwazyc duzo takich
prawdziwych aktywnosci ufo-skiego pochodzenia,a sam kontakt z goscmi
z innych planet i innych wymiarow nikogo tutaj specjalnie nie
dziwi.Szkot z malzonka opowiadaja o swoich doswiadczeniach z
odwiedzin wielu angielskich "wycinanek zbozowych",dziwnych dzwiekach
i energiach towarzyszacych tym zjawiskom.Milo sie Ich
slucha.Otwartosc umyslu porannych biesiadnikow na innosc
wszechswiatowego bytu sklania do ciekawej dyskusji bez jakichs
specjalnych konkluzji.Nie mialbym nic przeciwko nowej technologii
bez-benzynowgo i bezglosnego
poruszania sie w przepieknych terenach najstarszego Kontynenu na
Ziemi.Toz to dopiero bylaby frajda moc widziec i slyszec to co jest
obecnie zagluszane rykiem silnikowego,trujacego spalania.No
nic,kontynujemy nasza podroz benzyniakiem z 10% domieszka
etanolu.Moze nastepnym razem bedziemy poruszali sie czyms co
wykorzystuje energie antygrawitacyjna???
-
Po porannym sniadaniu i ciekawych rozmowach udajemy sie do
Richmond,przereklamowanego,XIX-sto wiecznego miasteczka z historia
zeslancow,wiezniow i wszystkiego co sie wokolo tego odbywalo.W
Richmond spotykamy naszych znajomych Szkotow,ktorzy poszukiwali tam
dobrej,tasmanskiej whisky.Nie wiedzialem,ze tasmanska whisky moze
osiagac cena ponad $120 za butelke.Szkot nas uswiadomil,a cieszac sie
z nowo nabytej buteleczki jak dziecko,zaproponowal nam po
kieliszeczku tego trunku,ale musielismy odmowic.Wypili z zona.Z
Richmond suniemy juz prosciutenko do Hobart,ktore,od strony naszego
wjazdu, wyglada wspaniale.Polozone na wzgorzach i wzdluz wody,Hobart
rozciaga sie przez kilkanascie kilometrow.Zatrzymujemy sie na chwile
w centrum miasta badajac lokalizacje slawnego Salamanca Market,gdyz
nastepnego dnia zamierzamy tam gdzies zaparkowac i oddac sie
salamancowaniu.Karolina wynalazla jakas ekologiczna farme owczych
serow, gdzies kolo Woodbridge-kilkadziesiat
kilometrow za Hobart-i mamy zamiar tam dotrzec.Wlasciciel farmy,i
zarazem sklepu serowego, oferuje nam ciupinkowate kawaleczki sera
starajac sie tym ciupinkowatym gestem zachecic nas do kupna.Ja,po
takiej karzelkowej porcji,nie moge nic powiedziec o wartosciach
tego/tych serow,ale Karolcia wydaje sie byc zachwycona tym niedajacym
sie uchwycic smakiem, i kupuje sobie dwa kawalki sera, o wadze 120 gr
kazdy, za ponad $42. Biega pozniej z nimi to tu to tam starajac sie
przekonac mnie o tym,ze bedzie je/sery sprowadzala do Sydney zyjac
zdrowiej i ekologiczniej.Nie komentuje tego serowego
zafascynowania,gdyz i tak wiem,iz niczego nie sprowadzi,ale co mi
szkodzi posluchac o Jej futurystycznych planach.W ferworze tego
serowego, sprowadzanego planowania Karolina gubi/zostawia gdzies
swoje drogie okulary optyczno-przeciwsloneczne,o czym dowiemy sie
dopiero za kilka godzin.Z farmy cofamy sie do
Kettering,gdzie,zapromowani za 28 dolarow,utrzymujemy sie dzielnie
na"wietrznej wodzie"i po 25 min ladujemy na Bruny Island,dwoch
wyspach polaczonych ze soba cienitenka wstazeczka ladu zwana tutaj,
The Neck.Nie mozemy zobaczyc tych najciekawszych rzeczy od strony
wody ze wzgledu na bardzo silny wiatr,ale jezdzimy wzdluz i wszerz
ogladajac wszystko to co da sie ogladac.Z poczatku jednej,poludniowej
wyspy-Truganini Lookout z 360-cio stopniowym widokiem i dobra setka
drewnianych schodkow do pokonania- fotografujemy koniec
drugiej,polnocnej wysepki i badamy wzrokowo pingwinskie
domko/norki,jak i gniazda mutton bird/burzyk cienkodzioby.Pingwiny
bruni'nowskie sa najmniejszymi pingwinkami na swiecie i sa pod
ochrona,ale"tasmanski" mutton bird nie jest.Ten ptak jest migracyjnym
ptaszkiem australijskim i rocznie, jakies 24 milionow mutton'kow
przylatuje do Australii w celach godowo/wychowawczych.Na stalym
ladzie mutton bird jest objety calkowita ochrona i nie mozna go
zabijac,ale w Tasmanii mozna i wobec tego w przeciagu 4
tygodni trwania sezonu lowieckiego,okolo jednego
miliona mlodych muttonow,na roznych wyspach tasmanskich,jest w dalszy
ciagu zabijanych przez zlamanie szyi. Komercyjna wartosc tego
zabijania jest prawie zadna.Oleju z mlodych muttonow uzywa sie jako
suplementu dla koni wyscigowych,a czesc puchu jest pakowana w
poduszki i koldry.Jeden sezon nazywa sie "komercyjnym",i nie ma
zadnego limitu w zabijaniu,a drugi nosi ladna nazwe "rekreacyjny", z
limitem 25 ptakow dziennie i czesto do wyciagania mlodych ptakow z
gniazd uzywane sa,zabronione,kije z hakami. Dzieci tez biora udzial w
tym zabijaniu,ale glowni zabijacze tych ptakow to Aborygeni,ktorzy w
ten sposob utrzymuja,podobno,jakies wiezy ze swoja stara kultura i
przekazuja te wiezy swoim dzieciom.
-
Cos jest tu jednak nie tak z tymi wiezami,poniewz zabijanie odbywa
sie tylko na przelomie marca i kwietnia,raptem jakies 4 tygodnie w
roku, wiec co sie dzieje z tymi wiezami przez reszte roku???
Aborygeni zabijali tylko w potrzebach konsumpcyjnych,a nie
komercyjnym. Ech,o nienormalnosci w dewastacji Natury slyszy sie
tutaj wszedzie.Opuszczamy Bruny Island,a ja,majac 20 minut na
przyplyniecie promu,biegne do miejscowego Kiosku,tak sie nazywa,i
zamawiajac kawe dostaje jakies pol kilo jagod od mlodego
sprzedawcy,ktory mowi mi,ze kilka tygodni temu przejal ten business
od kanadyjskiej Polki o imieniu Krysia.Krysia miala dosyc
oddalenia,samotnosci i sprzedala ten Kiosk w rece mlodego oddanca
kioskowego interesu.Po wyladowaniu na "stalym ladzie" wracamy na
farme owczych serow w poszukiwani karolinowych okularow,ale tam jest
juz wszystko zamkniete.Po tych bezowocnych poszukiwaniach cofamy sie
w strone Hobart szukajac jakiegos noclegu. Zakwaterowanie znajdujemy
u starszego, wytatuowanego, i niesamowicie zakolczykowanego Anglika
mieszkajacego tam razem z indonezyjska zona.Przesmieszna para,ktora
daje nam przyzwoity rabat za pozne przybycie.Raniuenko,o 6.45
wyruszamy do Hobart,zeby znalezc jaki miejsce do
parkowania przed salamankowskim otwarciem.Dostajemy,jako ranne
ptaszki,piekny parking w poblizu Marketu za jedyne $3 na caly dzien i
sprawdzajac,gdzie sa toalety udajemy sie na zwiedzanie okolicy.W tej
meskej toalecie zauwazylem zlotawa dwudolarowke,lezaca pod nogami
siusiajacych na ladna, nierdzewna sciane placzu wiec postanowilem
"dorzucac" ukradkiem do tej dwudolarowki po 10 centow poczynajac od
nastepnego siusio-pojscia.Rozdzielamy sie z Karolina umawiajac sie za
kilka godzin w miejscu obopulnego wybrania.Na markecie kupuje
swiezutenkie jagody,maliny oraz przepyszne,tasmanskie czeresnie i
delektuje sie tymi owocowymi swiezosciami ogladajac rzemioslo
tasmanskiego producenta. Do meskiej toalety, podczas tych kilku
godzin marketowania,chodze jeszcze 4 razy i nie tylko,ze nikt nie
podniosl tych pieniazkow,ale jakis koles dolozyl jeszcze dolara z
drugiej strony tej dwudolarowki. Karolina zagubila sie kompletnie
podczas marketowego shoppingowania i musialem sciagac Ja
telefonicznie w umowione miejsce spotkania.Czekala
przy innym rogu,z innym zespolem i innymi sprzedawcami,ale bylo
pieknie i cieplo wiec powedrowalismy na wspolna kawe i duzego
kartofla z salatka, ogladajac podczas konsumpcji wyczyny mlodej
dziewczyny z dwoma kolami "hula hop".Wystep robila do swojej,cd-sowej
muzyki stojac na jakims podwyzszeniu, a kolami krecila naprawde
sprawnie.Z pobliskiego stolika,jakis podchmielony Aussi(czyt.- Ozi)
probowal podrywac kobiety bedac glosnym,ale nie
wulgarnym,podrywaczem.Rechotal sie sam ze swoich podrywajacych
opowiastek, przegladajac sie od czasu do czasu ukradkiem w
kieszonkowym lusterku.Nie byl pewien swojego wygladu,a kontroli nad
swoja powierzchownoscia stracic nie mogl.Zaczepial i Karoline,ale
wypisywala kartki pocztowe wiec Go zbyla.Nie nalegal.Po kilku piwach
lubil byc w centrum kobiecego zainteresowania.Z Hobart udajemy sie na
spotkanie z przyjaciolka Karoliny,June,ktora odwiedzilismy wczesniej
w Devonport,a ktora przjechala do Hobart na krykietowy mecz
swojego syna.Mamy pojechac do Jej siostry,ktora mieszka gdzies
niedaleko od Hobart na 20 hektarach wzgorzowej ziemi, kupionej 19 lat
temu za wygrana w lotto.Jestesmy umowieni z June na drodze szybkiego
ruchu. Ma czekac na nas w niebieskim aucie,i wiemy,ze nie mozemy Jej
przeoczyc.Dziwne umowienie,ale tylko jeden taki samochod byl na
poboczu wiec nie bylo specjalnego problemu ze znalezieniem.Mkniemy
bocznymi drogami w dwa samochody do dosyc zagmatwanego dojazdu
posesji Denny.Denny jest trzecia, najstarsza sistra z
szesciosiostrowego rodzenstwa i choruje na raka szpiku kostnego,ale
traktuje te swoja chorobe z usmiechem. W domu ma dwa olbrzymi
owczarki niemieckie.Suka,po wstepnym zapoznaniu, patrzy mi badawczo w
oczy.Gosh,moze ona cos wie o mnie czego ja nie wiem i chce mi to
jakos przekazac,albo podejrzewa mnie o cos? Gospodyni zapewnia
mnie,ze z psami jest wszystko OK,ale ja wole byc ostrozny.Ide pozniej
na posesyjny spacer,ale tylko ten meski,dlugowlosy
owczarek wedruje
ze mna.Krotkowlosa suka oddaje sie slonecznemu nagrzewaniu,pilnujac
drzwi wejsciowych,ktorych i tak nikt nie ma zamiaru forsowac.Ogladamy
przepieknie polozona posesje, i jakies 20-cia kilometrow okolicy
roztacza sie przed naszymi oczami z cudnym widokiem turkusowej
zatoki.Kobiety zapraszaja mnie do jadlodajni na gigantycznego, a'la
pizzerowskiego pieroga.Jestem w stanie zjesc tylko polowe.Nocujemy u
Denny.
Buzia Zbyszek
P.S.Zdjecie ...095 jest zrobione z ogrodu Denny,a ...094 jest ujeciem
kawaleczka tylu Salamanca Market. Zdjecia ...097 i 98 sa z wejscia do
tej galerii z ta gigantyczna,stumetrowa rzezba,ale tam,do tej rzezby,
dotrzemy dopiero w nastepnym emailu.
-
Zostajemy u Denny przez chwile.Pogoda jest piekna i w nocy widac
cuda niebianskie,tasmanskiego niebosklonu.Ja spie w pokoju goscinnym
na gabkowym materacu,ale,prawde powiedziawszy,mam chyba najlepsze
miejsce do spania w calym domu.Olbrzymie okno rozciaga sie przez
minimum 8 metrow, dajac mi fantastyczny widok na niesamowita,nocna
panorame.W nocy trzeba tylko uwarzac na psa spiacego przy drzwiach
toaletowych,ale jestem wypsazony w paluszkowa latarke wiec ze
swiatlem latarkowym unikam dziwnych stapniec grozacych pozbawieniem
nogi.Po wspanialym odpoczynku zegnamy sie z Denny dziekujac
przepieknie za goscine i cofamy sie na moment do Hobart,zeby
zobaczyc kawalek starego miasta bez marketowskiego tlumu.Z Hobart
ciagniemy na zachod i decydujemy sie dotrzec do Strahan,zeby tam
zanocowac,a to jakies 500km do pokonania,ale mamy przed soba caly
dzien i cudna pogode wiec jazda jest raczej przyjemnoscia.Przemykamy
przez New Norfolk,Hamilton i Tarraleah i jestesmy
swiadkami tych dziwnych
pozarow w tasmanskich lasach inicjowanych przez
kompanie "drwalowskie".Na Tasmanii odbywa sie to mniej wiecej tak:
jezeli na poczatku XX wieku przez stare lasy tasmanskie przeszedl
pozar,to Tasmanskie Nadlesnictwo klasyfikuje taki
obszar,jako "odrastajacy",a nie stary las i pomimo,ze drzewa maja w
tym starym lesie po 500-600 lat, to las,ze wzgledu na idiotyczna
klasyfikacje, podlega wycieciu.Na Tasmanii w dalszym ciagu znajduje
sie wiele takich "odrastajacych-regrowth"obszarow.Rocznie,okolo 2000
hektarow starego,tasmanskiego lasu jest w dalszym ciagu
wycinane,jednak to tasmanskie wycinanie Starodrzewu ma bardziej
przerazajacy aspekt.Po wycieciu i zabraniu wszystkiego co mozna bylo
zabrac,cala reszte-tzn.pnie,korzenie,cale lesnie podloze i wszystkie
pozostalosci- spycha sie spychaczami na gigantyczne kupy,ktore
pozniej sa "atakowane" z helikopterow... NAPALMEM.Dewastacja takich
miejsc jest niesamowita,gdyz nie tylko roslinnosc jest
eliminowana,ale
niszczy sie KOMPLETNIE WSZYSTKO co w takim lesie zyje.Pozniej,po
takich napalmowych pozarach,umieszcza sie"slawna",australijska
trucizne- 1080- zeby powracajace zwierzeta,ktore uciekly z tych
napalmowanych terenow,nie podjadaly odrastajacych, mlodych
sadzonek.Efekt tych trutek jest niesamowity,poniewaz taka trucizna
dziala powoli i czasami widzi sie cale strumienie wypelnione
kangurami,womatami,bettongami i innymi zwierzetami umierajacymi tam
przez kilka dni.Jezeli wejdziesz do lasu to czujesz zycie,spokoj i
obecnosc niesamowitej witalnosci wspieranej przez wszystko co tam
zyje.W tych napalmowanych,lasowych "wycinankach" wieje
zgroza,idiotyzmem,ludzka glupota i przerazajacym smutkiem, i kiedy
slyszysz z daleka dzwiek pil lancuchowych,to czujesz wscieklosc i
furie,furie przeciwko tej pazernosci,ktora niszczy tam WSZYSTKO za
pare zasranych,dolarowych papierkow.Kilkadziesiat kilometrow za
Tarraleah wjezdzamy do Narodowego Parku o dziwnej nazwie
"Jerozolimskie Sciany-Walls Of Jerusalem",ktory jest na Swiatowej
Liscie Zabytkow Natury i nic,ale to nic nie moze tam byc
wycinane.Odwiedzamy w tych Jerozolimskich Scianach te
przedziwna,prywatna galerie-The Wall- ulokowana w pieknym buszu,
jakis kilometr od glownej drogi,w ktorej miejscowy rzezbiarz
rzezbi,w gigantycznych panelach miejscowej sosny-Huon Pine- historie
pionierow tasmanskiego podboju.Projekt,po zakonczeniu-circa 2011-12-
ma obrazowac 10 historycznych tematow miejscowych okolic.Jakis woz z
weglem,gornicy z lopatami,konie i cos jeszcze,ale zdjec w tej
galerii robic nie mozna ze wzgledu na prawa autorskie.Nie bardzo
widac sens w tym wszystkim,ale turysci zacheceni bezzdjeciowym
opisem staraja sie dowiedziec co tez tam w tym buszu galerianskim
piszczy.W galerii natykam sie na aluminiowa rzezbe orla za 16 tys
dolarow, i rzezbe wombata odlanego w brazie za jedyne 86 tys
dolarow.Wszystko to wyglada jakos tak abstrakcyjnie,jakbysmy dotarli
do
jakichs
nowojorskich galerii,a nie przemierzali sale wystawowe w tasmanskim
buszu.Ze Scian Jerozolimskich wjezdzamy do 2 Narodowych Parkow-
Cradle Mountain-Lake St Clair NP i Franklin-Gordon Wild River NP.Po
prawej jest jednen,a po lewej nastepny,i oba sa na Swiatowej Liscie
Zabytkow Natury.Zatrzymujemy sie i ogladamy wszystko co mozna
zobaczyc,nawet wtedy,kiedy znaki miejscowych rangerow mowia,ze nie
wolno,gdyz drzewa zwalone ostatnia burza zagrazaja
zyciu.Ryzykujemy.Opuszczamy te przecudna okolice sunac w strone
Queenstown,gorniczego miasteczka z historia dewastacji
okolicznych,podgorskich okolic.Dojazd do Queenstown przypomina cos
pomiedzy wybuchem nad Hiroszima i karkolomna serpentynada
szwajcarska.Okoliczne gory zostaly w XIX, i na poczatku XX wieku
doszczetnie ogolocone z lasow uzywanych do topienia gorniczego
urobku.Czesc okolicy przypomina krajobraz ksiezycowy,ale miejscowe
wladze zaczynaja to powoli zalesiac.Miasto z populacja okolo 2500
obywateli stara
sie o zapewnienie jako takiej czystosci okoliczno-miastowej.Dalej
wydobywa sie tam miedz,zloto i srebro,a miejscowe obszary sa zryte w
formie ludzkich kretowisk.Nic pieknego.Opuszczamy Queenstown bez
zalu i po 50 km osiagamy Strahan,miejsce naszego noclegu.
-
Nocujemy jakies 2-3 km od rynku Strahan'owskiego,a
raniutenko,nastepnego dnia,przy przepieknej pogodzie,jestesmy w
centrum bardzo ladnie polozonego,malego,portowo/gorniczego
miasteczka,ktore w latach 80-tych bylo swiadkiem niesamowitych
protestow mieszkancow Tasmanii,i calej reszty Australii,protestow
przeciwko wybudowaniu kilku hydroelektrowni na terenach dwoch Parkow
Narodowych,bedacych obecnie na listach UNESCO.Hydroelektrownie,po
wybudowaniu,mialy zalac woda okolo 35-40% tych
przecudnych,dziewiczych terenow,ktore teraz sa na Swiatowej Liscie
Zabytkow Natury.Te protesty trwaly prawie przez 3 lata i przyciagnely
rowniez uwage opinii swiatowej,a moze raczej Swiat dowiedzial sie co
zamierzano zalac woda za kilkadziesiat megawatow pradu w tym
dziewiczym rejonie Tasmanii.Codziennie,prawie przez 3
lata,australijska prasa podawala wiadomosci z tasmanskiego "frontu
walki".Za kratki poszlo tam prawie 1300 osob pochodzacych ze
wszystkich warstw spoleczenych
calej Australii.Ten niespotykany w swojej dlugosci protest dotyczyl
ochrony naprawde przecudnych terenow,terenow gdzie znajduja sie lasy
z drzewostanem osigajacym 2500 lat,tysiacletnie
eukaliptusy,przepiekne rzeki,strumienie,wodospady i jeziora oraz
niesamowita bogatosc fauny,ktorej jeszcze nikt tam nie
zbadal.Przenoszac to zdarzenie na ziemie polska to mniej wiecej
wygladalo by to tak,jakby jakis miejscowy rzad/urzad polski chcial
wybudowac w Bialowiezy kilka hydroelektrowni zalewajac woda 30-40%
tego przepieknego terenu. Nic wiec dziwnego,ze przeciwko tym wodnym
zaporom protestowala cala swiadoma Australia,z pomoca
innych,swiatowych "swiadomosci",i to byl najwiekszy protest,jaki
kiedykolwiek mial miejsce w tym Kraju.A kiedy,po 2 latach protestow,
wydawalo sie,ze wszystko uleglo zmianie i Tasmanski Rzad Pracy
zglosil te tereny do UNESCO,na Swiatowa Liste Zabytkow Natury,to
miesiac przed ustanowieniem tych wszystkich Narodowych Parkow,jako
Zbytkow
Natury,na
Tasmanii zmienil sie Rzad z Rzad Pracy na Liberalny,i ten nowy Rzad
szybciutenko anulowal uchwale poprzedniego Rzadu i... wszystko
zaczelo sie od nowa.Rzadko zdarza widziec sie w Australii taka
arogancje"nowowybranych",ale to co dzialo sie na Tasmanii w tych
poczatkowych latach 80-tych przekraczalo wszelkie normy jakiejkolwiek
normalnosci rzadowej,i tym samym zmobilizowalo tysiace ludzi
przeciwko glupocie,durnocie,biurokratycznej arogancji i pazernosci
developerow wspieranych przez organa rzadowe.Dopiero w 1983 roku,po
wygraniu Federalnych wyborow przez Partie Pracy,Rzad W Kanberze mogl
uzyc swojego prawa konstytucyjnego,akceptujacego obligacje Rzadu
Tasmanskiego do ogloszenia tych obszarow-Parkow Narodowych-jako
terenow objetych Swiatowa Lista Ochrony Zabytkow Natury.W lipcu 1983
roku Sad Najwyzszy w Australii oglosil niepodwazalnosc Federalnej
Ustawy i odeslal z kwitkiem Tasmanska Ekipe Rzadowa,ktora,bez
specjalnego problemu,przegrala w nastepnym
roku wybory stanowe.Zeby napisac o tym protescie krociutenko i bez
zanudzania,trzeba umiescic jednak te informacje w kilkunastu
zdaniach,poniewaz cala ta afera byla i dluga i zarazem skomplikowana
sprawa,ale "at the end of the day" liczy sie to,ze spoleczenstwo
australijskie uratowalo od zaglady cos tak przepieknego,czego po
zalaniu woda nigdy,ale to nigdy nie udalo by sie komukolwiek
odzyskac.Chryste Panie!- jakzez latwo jest jakims bucowowatym
bencwalom rzadowym wydac rozporzadzenie,"ochraniajac"je
automatycznie-bez wzgledu na koszt-kordonami policji przed protestem
calego spoleczenstwa,rozporzadzenie,ktore torowalo droge buldozerom w
miejscu,ktore powinno byc zachowane bezzniszczalnie dla potomnosci
calego swiata!!!???.Obecnie okolo 20% powierzchni Tasmanii jest
chronione przeciwko zachetom biurokratycznej glupoty, i Nic,ale to
doslownie Nic nie wolno tam "psuc". Stranhan,jako
miasteczko,zaistnialo w 1877 roku.Owczesna,dumna niezaleznosc
miasteczkowa,ulokowana prawie na
krancu swiata,przyjmowala w XIX,i na poczatku XX wieku,pionierow
farmersko-gorniczo-awanturniczego pochodzenia,ale obecnie Strahan
pozostaje cicha miejscowoscia oferujaca glownie dosyc bogata
turystyke. W centrum wypijamy wspaniala kawe,a po
nieudanym,Karolinowym, helikopterowym wypadzie powietrznego
zwiedzania,mkniemy do Zeehan ogladajac po drodze roznej wielkosci
piekne wydmy.Zeehan,dawniej Silver City,z populacja okolo 850,jest
typowym gorniczym miastem tego zachodniego regionu.W pierwszych kilku
dekadach XX wieku bylo to 3 najwieksze miasto na Tasmanii.Srebro
spowodowalo wydobywczy boom w miejscowych okolicach,i do tej pory
ladnych kilkadziesiat tysiecy uncji tego metalu jest tam corocznie
wydobywanych.Glownym,kopalnianym metalem w Zeehan jest obecnie cyna,a
w mniejszej ilosci inne metale przeplataja sie w jej obecnosci,lecz
jednak podstawa gospodarki,w tych malych miasteczkach,jest bezspornie
turystyka i tego nie da sie ukryc.Rosebery jest
nastepnym malym,gorniczym miastem (kopaliny to cynk i zloto)
oferujacym piekne widoki w dzikich okolicach
wodospadu Montezumy-najwyzszy wodospad na Tasmanii(114 m)-ale
dojazd do tego cuda natury jest osiagalny tylko przez samochody
terenowe.Szkoda.Kilkanascie kilometrow za Rosebery odwiedzamy
malutenka miejscowosc Tullah,polozona wsrod ladnych jezior z pieknymi
widokami gor.Jest cieplo,cicho i przepieknie i musze przyznac,iz
niezbyt czesto zdarza mi sie byc wsrod gorskich jezior z
przeuroczymi,okolicznymi widokami i temperaturami kolo 30-tki.Z
Tullah,po polgodzinnej jezdzie,docieramy do Cradle Mountain,ale tam
jest juz duzy ruch ludzko-mechaniczny, plus wszelkie oplaty
wjazdowe,restrykcje i autobusy turystyczne,a wszystko to ze wzgledu
na duza popularnosc tego Parku.Ogladamy kilka ciekawych,miejscowych
widokow i odwiedzamy pare szlakow turystycznych,ale zeby zobaczyc
piekno calej tej okolicy potrzeba by kilku ladnych dni na nozne
zwiedzanie polaczone z noclegami,a to jest juz jednak koncowka naszej
podrozy i brak nam czasu na takie "trekkowanie".Z Cradle Mountain
wyruszamy do Devonport,zeby spotkac sie jeszcze raz z
June i Brian'em,lecz jednak glownym celem naszego powrotu jest
slawny,okoliczny masazysta,majacy przywrocic sprawnosc krzyzowego
operowania Karolinowego organizmu,zaczynajacego sie od ramion po
tylek.Nocujemy w Devonport i zapraszamy Gospodarzy na lokalne,swiezo-
zlowione rybki.
-
Koncze te ciekawa,tasmanska podroz i musze uczciwie powiedziec,ze
nie pojechalbym tam jeszcze raz,albo przynajmniej nie tak
szybko.Podczas wieczornej rozmowy z Gospodarzami,June twierdzila,ze
lasow na tasmanskiej ziemi jest w brod,ale ja,po tym co tam
widzialem,mam zupelnie inne zdanie.Lokalne media chca,zeby miejscowy
obywatel widzial te lasy wszedzie,i w takiej ilosci,jak to widza
media swoim zaklapkowanym, medialnym oczkiem,ale ja,bedac gosciem na
tasmanskiej ziemi,odbieram to w troszeczke innym swietle.Wszyscy
turysci,ktorzy docieraja na Tasmanie nie przyjezdzaja tam po to,zeby
ogladac uprawne pola tasmanskich farmerow,ale zeby ujrzec cos czego
nie ma w innej,stanowej czesci Australii lub gdziekolwiek indziej na
swiecie.Na wyspie pozostalo okolo 20% naturalnej,chronionej
"dzikosci",i
ta"dzikosc" jest tym co przyciaga tam turystow z calego
swiata,szczegolnie po programie Lonely Planet klasyfikujacym Bay of
Fire,jako jedna z najpiekniejszych plaz/okolic na swiecie i
"najgoretsza" destynacje turystyczna w 2009 roku.Nie ma co ukrywac,iz
na Tasmanii turystyka jest najbardziej dochodowym business'em i
obecnie nikt nie chcialby wycinac tego co wycinano tam bez
opamietania kilkadziesiat lat temu.Terazniejszy problem spolecznosci
tasmanskiej dotyczy bardziej konserwacji tego co tam pozostalo,po
tych latach bezopamietanej glupoty rzadowej,oraz anulowania budowy
olbrzymiej celulozowni przez firme Gunns-najwiekszego wycinacza
wyspowych drzew-budowy,ktora po wybudowaniu bylaby bezspornie
zwiazana z zatruwaniem miejscowych wod w przepieknych okolicach Tamar
River."Walki" na szczeblach Rzadowo/Federalno/Tasmanskich trwaja juz
od ladnych kilku lat.Spoleczenstwo tasmanskie ma podzielona opinie na
ten temat,poniewaz teraz krzyczy sie duzo o
zatrudnieniu dla kilkuset osob,co w sumie i tak jest znikomym
procentem na rynku pracy,a zniszczenie dokonane przez przyszla
celulozownie jest niewspolmierne do jakiegos ulamkowego
zatrudnienia.Na razie wszystkie sprawy zostaly zawieszone,gdyz firmy
szwedzkie zawiesily finanse na te budowe,ale nie dlatego,zeby tak
strasznie dbaly o to tasmanskie srodowisko.Grozba niekonczacych sie
protestow spolecznosci tasmanskiej przeciwko temu niesamowicie
kontrowersyjnemu projektowi byla,chyba,wystarczajacym odstraszaczem
dla businessu szwedzkiego.W Devonport,po porannym,wspolnym
sniadaniu,odwozimy June do pracy(auto ma w naprawie) i udajemy sie
"polnymi" drogami do Launceston,zeby oddac samochod na lotnisku i
zasamolotowac sie w powrotna podroz do Sydney.Po drodze wpadamy na
farme czeresniowa i raczymy sie koncowka wspanialych czeresni,a przed
Launceston odwiedzamy Evandale,malutenka,urocza miejscowosc
skladajaca sie z jednej glownej ulicy,na ktorej znajdujemy
kilka sklepow z antykami,kilka kawiarni,pub z hotelem,cmentarz,kilka
kosciolow,miejskie toalety i bardzo ladnie wykonane,i
zainstalowane,kosze na odchody psie z pieknie umieszczonymi aparatami
torbowymi,dajacym wlascicielom pieskiej obywatelowosci mozliwosc
zebrania tych psich "odpadkow".Nigdzie,w tej miasteczkowej
"guberni",nie widzielismy nawet jednego psa,ale okoliczni maja tam
swoj dzien targowy,i kiedy sie tam targuja o rozne rzeczy to wyglada
na to,ze przybywaja tam,zapewnie,z duza psia ekipa i
wtedy,prawdopodobnie, jest okazja do torbowego uzycia.Podczas spaceru
w Evandale okazuje sie,ze o wojnie nigdzie na swiecie czlowiekowi nie
dadza zapomniec,wiec ogladamy pomniczek evandale'skiego,najbardziej
odznaczonego,alianckiego zolnierza z Pierwszej Wojny Swiatowej.Wiemy
rowniez,ze ojciec najslawniejszego,australijskiego "gangstera",Ned'a
Kelly,podgarowywal sobie troszeczke w miejscowym wiezieniu,jak
rowniez i o tym,ze zalozyciel miasta Melbourne
spedzil w okolicznych domo-pubach jakas przyzwoita ilosc czasu przed
wyruszeniem na kontynent z melbournskim pomyslem w glowie.W
miejscowej kawiarni dostaje dobra kawe z pieknie wykawowana litera
"M" i po takiej emko-kawie sune,jak odurzony do miejscowego
lotniska.Zostawiamy auto na lotniskowym parkingu i zglaszamy
peknieta, przednia szybe,ktora dostala przyzwoite uderzenie lokalnym
kamieniem "wystrzelonym" kolem tirowca.Ubezpieczenie pokrywa koszty
wymiany szyby z tym,ze wymiana samej szyby bylaby tansza o 100% od
tego calego,naszego ubezpieczenia.Jestem w Sydnej za kilka godzin i
szczesliwie umykam przed melbournskim potopem z czarnochmuru pelnego
wody i gradu wielkosci pomaranczy.
-
warto poczytac
-
ale nie wtedy, jak ktos pisze wytluszczony...:)!!! to dla czytelnika, przeszkoda jest.... oczy bola... rozumiem, ze dla autora , z jakis wzgledow wytluszczenie wazne bylo, ale dla mnie, ktory to czyta, to niedogodnosc jest... zwlaszcza , ze nie rozumiem, powodu wytluszczania sie.... ;)!?
meiske napisała:
> warto poczytac
-
Prosze o wiecej...sama mam duzo podobnych 'korespodencji', ale spostrzezenia gosci sa zawsze ciekawsze, gdyz widza inaczej lub widza to czego Ja juz nie widze...
Kan
-
Po raz pierwszy zdecydowalem sie wyruszyc w tropiki w porze mokrej,ale wyglada na to,ze to cala Australia dotknieta jest pora mokra.Kwinslandia tonie w wodzie,jak rowniez czesc Nowej Poludniowej Walii,Wiktorii i innych stanow.Niedlugo bedziemy sprzedawali wode do krajow arabskich w postaci bryl lodowych.Technologia do produkcji takich gigantycznych bryl juz jest wiec,przy takiej ilosci tutejszych opadow,mrozonki wodne sa tylko kwestia czasu.Lot przebiega pomyslnie,pomimo roznych ostrzezen pilota o turbulencjach i zmianach pogodowych w mijanych stanach.Cairns,jak zwykle,cieplutenkie i mokre wita przybylych tym specyficznym zapachem "gnijacej" mokrosci.Lubie wachac te swiezosc tropikalnych deszczow,okraszona naturalnym rozkladem wszystkiego co moze sie rozlozyc w cieple mokrego zapomnienia.Mkniemy do domu "garbusem",pieknie odnowionym przez Eryka w przeciagu ostatnich 3 lat.Nawet parasole sa w kolorze garbusowej zoltosci,nie mowiac o gumach do
przymocowywania bagazu czy pasach bezpieczenstwa.Nie widzielismy sie pare lat wiec skrapiamy te lata odosobnienia wspanialym piwem domowej produkcji i sernikiem bez ciastowego podloza.Przywiozlem ze soba placuszki kukurydziane ze wspanialym smarowidlem sezamkowym,gdyz nie jem chleba.Goska"chwali sie",ze tez nie je juz chleba,ale po godzinie widze,jak przygotowywuje kanapki chlebowe,ktore,jak twierdzi,bedzie konsumowac tylko ze wzgledu na donioslosc spotkania.Wiem,ze w Jej przypadku,jedzenie,palenie i picie nagina sie do okolicznosci w dziennej zmiennosci sytuacyjnego kaprysu.Mnie tam jest wszystko jedno co kto je,pije lub pali,ale wiem rowniez,iz my sami ubostwiamy oszukiwac sie az do zatracenia.Siedzimy w ogrodzie,gdzie palmy kokosowe maja dorodne kokosy pelne wspanialego mleka,a noniowate drzewko zrzuca od czasu do czasu,smierdzacego skarpetkami,noniego.Swierzy owoc noni przerobiony na soczek ma niesamowity smak pieprzu,polaczony z zapachem
splesnialego sera,i szczypie w gardlo.Te wszystkie sklepowe produkty z soczkami noni wogole nie odpowiadaja rzeczywistosci.Wypijam szklanke tego specyfiku i wiem,ze jakbym sie uparl to z dobrego rozpedu,i z druga,czekajaca na mnie szklanka soczku noniego,moglbym przeskoczyc flopem ten ogrodkowy,mojego wzrostu,zywoplot,ale jestem po jakims likierku i rezygnuje z flopowania.Moze innym razem.Jedziemy w gosci do Darka,bylego,wzietego aktora polskiego,ktory mial na poczatku XXI wieku podobna szanse na kariere w USA,jak Romek Polanski kilkadziesiat lat temu,ale zakochal sie w Australijce,splodzil dwojke dzieci,wiatrak sufitowy na najszybszych obrotach,urywajac sie,rozplatal Mu glowe,a Australijka,po paru latach wspolnych hustawek,zostawila Go,majac w miedzyczasie 3 dziecko z kochankiem.Obecnie Darek zajal sie robienim zdjec i jest jednym z najbardziej poszukiwanych fotografikow w Cairns.Basia,mama Darka,pomaga Mu przejsc ciezki okres
rozwodowo-reknowalescencyjny wiec wszyscy raczymy sie
piwem i czerwonym winem,ktore,w tym cieple wodno/parowosci,pobudza krew i zacheca do tanecznych plasow.Japonke-Shi-no-bu-ktora tam spotykam,witam po japonsku,gdyz tyle zostalo mi z moich asocjacji ze spolecznoscia japonska w Sydney.Jest mile zdziwiona,gdyz niezbyt czesto witaja Ja Polacy w Jej ojczystym jezyku.Kilkanascia lat temu jezdzilismy duza grupa z Japonkami do Ich osroda w pobliskich Blue Mountains i spedzalismy tam weekendy,przygotowywujac przedziwne jedzenia i uczac sie troche innosci kultur.Osrodek byl przepieknie polozony,ale pod 2 latach zostal przejety przez jakas yakuzzowska ekipe i zrobiono tam osrodek dla bogatych Japonczykow.Jedyny pozytek z tych polsko/japonsko/czesko/austriackich osrodkowych spotkan,to kilka malzenstw polsko/japonskich trwajacych do dnia dzisiejszego.Siedzimy sobie na zewnatrz,a deszcz,od czasu do czasu,leje tak strasznie,jakby nadmiar wody z calego wszechswiata ladowal w Kwinslandii.Chyba tutaj zmienia sie
przyciaganie ziemski,i wieksza grawitacyjnosc powoduje,ze nie ma w ogole kropel.Wszystko jest zamienione w jedna,kranowa ciglosc wodna.Wychylisz sie na pol sekundy zza parawanowatego daszku i juz mozesz sie suszyc zmieniajac ubranie.Cos niesamowitego.Darek opowiada o swojej bylej,pierwszej zonie,aktorce polskiej,ktora za polowe sumy ze sprzedanego w Polsce samochodu,kupila sobie part'owe ubranie,gdyz chciala sie pokazac w koktajlowym wystroju francuskiej delegacji.Pytamy sie czy Jego byla zona nie mogla pozniej sprzedac tego ubranka,po tym koktajliku,za jakas rozsadna sume,ale wyglada na to,iz byla kolekcjonerka-nie mogla.Nastepnego dnia Wigilia wiec kolo 9-tej,po miedzynarodowych,polsko/japonsko/nowozelandzkich tancach zbiegamy do domu pomiedzy potopem,a ulewa lokujac sie w 2 drzwiowym garbusiku parujaco/mokrzy.Chwile po 23-ciej wymykam sie ze swojej sypialni i zachecony wypitym piwem,winem i odrobinoscia likieru-jak rowniez i szumem wody,gdzies tam
wsiakajacej w ziemie-wlaczam w pokoju goscinnym muzyke i tancze tak sam-przez nastepne 4 godz-do 3 nad ranem,jakbym zupelnie oszalal.Gne sie w wezowatosci serpentnowego poruszania i nastepnego dnia wiem co moze czuc waz po 4 godzinach
pustynnej,lub jakiejs innej,ciaglej,wezowatej ruszalnosci.Jeszcze nigdy mi sie cos takiego nie zdazylo,ale moze to ta muzyka Claptona,deszcz,atmosfera i jakis specyficzny rytm powoduja,ze wpadlem w jakis szamansko/opetanczy taniec zapominajac o czasie,i calym bozym swiecie.Rano boli mnie wszystko co moze bolec w miesniach,ale musze sie jakos przelamac,poniewaz kolo 13-tej mam jecha z Erykiem po pania Gienie,94 letnia kobietke,i przywiezc Ja z Domu Starcow na proszona Wigilie,a tego zawalic nie mozemy.
-
Pomimo,ze w nocy wpadlem w taneczny uklad tropikalnej choreografii,to
raniutenko,o 6.30, bylem na nogach pierwszym domownikiem.Slucham przepieknie
mocnego pohukiwania olbrzymiego,bialawego,australijskiego golebia siedzacego
gdzies w poblizu kokosa,i mimo iz jest to niesamowicie rozchodzacy sie
glos,to jednak nie powoduje jakiegos dysonansu w tym porannym,dzwiecznym
odglosie wszystkiego co zyje.Golebiowe pohukiwanie jest po prostu mocniej
zaznaczone niz jakikolwiek inny dzwiek,i slychac je wszedzie.Nawet nie
wiedzialem,ze mamy takiego golebia o glebi glosu odbowiadajacej
didzuridu.Stoje cichutenko pod prysznicem,on pohukuje,a ja mu odpowiadam
i,co dziwne,nikogo tymi odglosami nie budzimy.Widzialem go kilka razy,ale
jest bardzo plochliwy i nie daje do siebie podejsc zbyt blisko.Przy
sniadaniu wszyscy mamy usmiechy na twarzach,jakbysmy przed momentem ockneli
sie z przepieknego snu i wiedzieli cos,ale nie chcieli o tym mowic.Robimy
ostatnie zakupy,gdyz ma
byc nas osmioro plus-Pani Gienia.Pada,ale to nie jest specjalna przeszkoda
w kupowaniu lub
przyrzadzaniu czegokolwiek.Gospodarze racza sie piwnym oczyszczaczem
nerek,ale ja zostaje przy wodzie.Alkoholi,tak jak ostatniej nocy,nie
mieszalem juz od kilkunastu lat.Nie zebym pil duzo,ale zmieszalem slabiutkie
z mocniejszymi,i w tych mieszankach zabraklo madrosci bylej,wieloletniej
degustacji."Klina" tez nie uzywam,ale mam specjalna wode z miejscowego
zrodla,ktora wspomagam odrobinka heksagonalnosci,wodno-technologicznego
produktu reklamowanego przez Masaru Emoto,japonskiego,fantastycznego
specjaliste od wody.Szklanka rano i chwile po 10-tej i czuje,ze moge zaczac
tanczyc od nowa.Kolo 14 wyruszamy z Erykiem po pania Gienie,ktora Jej
wnuczka,Sonia, umiescila w domu starcow,kilka miesiecy temu.Sonia
przeprowadzila sie z Adelajdy do Cairns,kupujac,z finansowa pomoca babci
Gieni,piekny domek z duzym ogrodem na przedszkolny wybieg.Zamieszkali
wszyscy razem:Sonia,Jej maz Jacek,babcia Gienia i dwojka fajnych
dzieciaczkow.Sonia otworzyla przedszkole,ktore
przepieknie operowalo,a majac niesamowita zylke do biznesu,stworzyla z tego
przedszkola bardzo ladnie prosperujaca instytucje.Jej maz,Jacek,nie pracowal
od lat,ale korzystal ze zdolnosci Soni w biznesowym swiecie.Ona prowadzila,i
zajmowala sie wszystkim,natomiast On zajmowal sie sprawami finansowego
wydawania.Mianowal siebie,za swoja,i jedyna zgoda,dyrektorem
przedszkola,wyrobil sobie swoje wizytowki zarzadcy przedszkolnego biznesu
i... zajmowal sie internetowska aktywnoscia.Rente babci Gieni,Jacek
przejmowal i wydawal rowniez twierdzac,iz babcia nie potrzebuje az tak duzej
gotowki,gotowki,ktorej On,bedac dyrektorem przedszkola,potrzebowal bardziej
niz Ona na roznego rodzaju rozchody.Konikiem Jacka byly ebay'owskie,tanie
transakcje.To pasjonowalo Go najbardziej.Kupowal rzeczy dlatego,ze byly
tanie,a takiej okazji-jak taniosc-dyrektor Jacek odposcic nie mogl.Dom mieli
zawalony roznego rodzaju rzeczami,ktore,czasami,udawalo Mu sie sprzedac
znajomym taniej
niz je kupil.To bylo ryzyko,ktore bylo wkalkulowane w tego rodzaju
ebay'owska aktywnosc.Ta idylla trwala kilka lat,az w koncu Sonia miala
wszystkiego dosyc i zarzadala
rozwodu.Jacek jednak nie akceptowal takiej sytuacji,gdyz taka decyzja
pozbawiala Go dyrektorskiego"stolka",wiec awanturowal sie o rozne roznosci,a
poniewaz mieszkanie bylo zapisane na Sonie,a pieniadze pochodzily w duzej
mierze ze szkatulki babci Gieni,wiec podzial majatku stanowil dosyc trudna
sprawa do rozwiazania. Sonia rozwiazala ten problem,kupujac Jackowi
duzy,mieszkalny,mercedesowski autobus,taki jaki chcial,i kiedy wydawalo
sie,ze wszystko sie juz jakos unormowalo i zostalo zaakceptowne przez obie
strony,to Jacek,dobrze po alkoholu,wdarl sie kiedys w nocy do domu Soni,i o
malo co nie udusil Jej w Jej wlasnym lozku.Gdyby nie interwencja
starszego,osmioletniego syna,ktory slyszac jakies dziwnie glosne odglosy
wszedl od matczynej sypialni,powodujac ucieczke ojca/rowiedzionego meza,to
Sonia pewnie juz by nie zyla.Policja pojmala Jacka po kilku dniach
poszukiwan,i teraz czeka do rozprawy majac na koncie jakies inne,rozne
machlojki z
Adelajdy.Sonia,kilka miesiecy temu,zdecydowala sie przeniesc babcie do domu
starcow,gdyz nie dawala sobie rady z osoba wymagajaca stalej opieki,a z
Cairns chciala sie rowniez wyprowadzic ze wzgledu na nieustajace konflikty z
bylym mezem.Z tego Domu Starcow mielismy zabrac pania Gienie na kilka godzin
wigilijnej przezywalnosci.Przyjechalismy garbuskiem,niezbyt zrecznym
pojazdem do zabrania tak wiekowej osoby,ale innego nie mielismy.Weszlismy do
pokoju pani Gieni,ktora siedziala w wozku inwalidzkim,a zabaczywszy Eryka,a
moze nawet i mnie,krzyknela-"Bede plakac,bede plakac.Wlasciwie to juz
plakalam,ale bede jeszcze raz".Eryk,znajac Jej zachowanie,przedstawil mnie
spokojnie,nie zwracajac uwagi na Jej chec placzu,i powiedzial,ze poznalismy
sie kilka lat temu,kiedy odwiedzilismy Ja i Sonie w Ich bylym domku.A
Ona,nie zwracajac najmniejszej uwagi na to co On mowi,i z reka w gorze,jak
zwycieski sportowiec na podium, wykrzykuje,ze juz myslala,ale zle myslala,iz
nie przyjedziemy,ale rozumiala nasza nieobecnosc,gdyz pogoda tak straszna,a
ta Ewka,ktorej Ona nie lubi,przygotowala Jej nawet ubranie wyjsciowe,tylko
ze Ona nie ma jeszcze stanika na sobie,wiec cos trzeba z tym niezalozonym
stanikiem zrobic.Patrzy sie na nas wyczekujaco,jakbysmy to my mieli podjac
decydujaca decyzje stanikowej ubieralnosci.Proponujemy,ze zawieziemy Ja do
tej toalety w Jej pokoju i tam moze sie rozebrac i zalozyc ten nieszczesny
stanik."Ty jedz"-krzyczy pani Gienia,wskazujac palcem na Eryka-"a ty do
pokoju.Tylko nic tam nie ruszaj.Broszki juz nie mam".Przysiegam Jej,ze nic
nie rusze,wiec mnie lustruje czy aby to co mowie jest prawda,i wyglada na
to,ze mi wierzy.W miedzyczasie Eryk wymanewrowal juz ten wozek i jada oboje
do duzej lazienki,przystosowanej do wozkowej operacyjnosci.Tam,pani Gienia
zada,zeby Eryk rozebral Ja do pasa i nalozyl Jej ten cholerny stanik,ktory
ja mam doniesc z krzeslowego wieszaczka znajdujacego sie w pokoju,w
ktorym nie ma juz broszki.Dostarczylem ten stanik,a On rozebral Ja do pasa i
jakos wepchnal Jej te piersi w ten wcale niemaly stanik,zakladajac,z Jej
pomoca,nowe,goscinne ubranie przygotowane przez nielubiana,mlodsza
Polke,Ewke.Ruszylismy do wyjscia,ale w miedzyczasie przyszla do pani Gieni
osrodkowa pielegniarka,wiec wytlumaczylismy Jej spokojnie nasze tam
przebywanie,zyczac Jej,i drugiej,nadchodzacej pielegniarce,pieknych swiat i
duzo spokoju.Pani Gienia,z nasza pomoca,przeniosla sie z tego wozka na
podloge,wspomagana bezkolkowym chodzikiem,i nagle,pomimo 45 lat pobytu w tym
Kraju,krzyczy do tych pielegniarek po polsku-"Tylko pilnujcie mojego domu! I
zeby mi nic z niego nie zginelo"!!!.A my z Erykiem,zeby juz nic nie
krzyczala,jeszcze raz zyczymy Im pieknych swiat,obiecujac odwiezc Ja do tego
osrodka kilka godzin pozniej.Uffff,jedziemy,ale musimy wylaczyc radio,gdyz
muzyka jest za glosna,a Ona chce mowic."Jedzenie maja w tym osrodku do
dupy.A te
pielegniarki zjadaja wszystko z tej kuchni-wszystko!!!A ja prawie nic nie
jem"-ale nie wyglada na zaglodzona-"Niedobre to wszystko.Czym oni,do
cholery,sie tutaj zywia? Ta Ewka-tfffu-potrafi zjesc wszystko i ... och ,tak
pada i pada.A ta droga,to Sonia mnie tu przywiozla.Jacek nie byl taki
zly,ale to waaariat!!! Pieniadze bral,i owszem,ale wydawac to
umial-uuuuuu-uuh".Cale szczescie,ze w tym Cairns nigdzie nie jest
daleko.Dojechalismy.Posadzilismy pania Gienie na kanapie,a Eryk zrobil Jej
masaz bateryjnym masazysta,i na moment przysnela,ale przedtem kazala
wylaczyc nam muzyke,wiatraki i zapalic wszyskie lampy,gdyz chcialaby
wszystko lepiej widziec.Przy stole,pani Gienia stala sie bardzo
rozmowna.Stwierdzila,ze zupy grzybowej jesc nie bedzie,ryby tez,a nad
ciastem sie zastanowi.Zaspiewala cos co pamietala,a pamiec do piosenek i
w
-
Przy stole,pani Gienia stala sie bardzo rozmowna.Stwierdzila,ze zupy grzybowej jesc nie bedzie,ryby tez,a nad ciastem sie zastanowi.Zaspiewala cos co pamietala,a pamiec do piosenek i wierszykow ma dalej niesamowita.Pozniej zmienila zdanie i zajela sie zupa,ale stwierdzila,ze grzybow,w tej zupie grzybowej,nie
ma,a te ktore sa,to to nie sa grzyby.Na rybe tez ruszyla dzielnie,ale nagle,bez podnoszenia glowy do gory,zaczela krzyczec-"aaaaaaaaaa-aaah"!!!-jakby sie dlawila oscia bezoscijnej,filetowej ryby,po czym nagle przestala,zeby szybko zaspiewac-"Chrystus sie rodzi..."-i zrobila to z taka moca,ze wszyscy zamilklismy,a proboszcz,w
jakiejkolwiek parafii,dalby duzo,zeby miec taka zapiewajlowke.
Nikt nic nie mowil dopoki nie skonczyla.Jezu kochany,co to byl za wystep!!!Po "Chrystusie"-juz urodzonym- skrytykowala kapuste poszatkowana ciut za grubo,jak na Jej przelyk,ale makowiec pochwalila,chociaz ta ciastowa kratka,na wierzchu makowczyka,nie wprawila Jej w najlepszy humor.Moze to byl Jej ostatni,taki swiateczny "wystep" w zyciu-w tak "mlodziezowym" gronie-wiec pozegnalismy Ja serdecznie sciskajac i calujac w poliki.Chichotala smiesznie.Eryk odwiozl Ja do domu garbuskiem,ale w drodze powrotnej zazadala,zeby kupil sobie nowy smochod,gdyz stac go na to,a nie jezdzil takim gruchotem.Obiecal Jej,ze sie nad tym zastanowi.Nie obchodze wigilii i Swiat ze wzgledu na komercjonalnosc i zaklamanie tych dni,ale nie mam nic przeciwko towarzyskim spotkaniom,nawet z alkoholem i ... starszymi osobami.Nastepnego dnia idziemy w gosci do polsko/nowozelandzkiego malzenstwa z dwojka przepieknych corek,z ktorych jedna jest przepiekna,6 letnia blondynka,a druga,5
letnia,przesliczna brunetka.Obie wygladaja tak przepieknie,ze nie mozna sie na Nie napatrzyc.Tereska,Nowozelandka,mowi troszeczke po polsku z przepieknym,slodkim akcentem,i te 3 "kobiety" tworza
niesamowity urok tej swiatecznej przyjeciowosci.
Buzia Zbyszek
-
Dzwiek w Tropikach jest czyms nieodlacznym,i przepieknym zarazem.Taka zywotnosc nie moze wyrazac sie cisza.W nocy jakis dzwiekowiec zaangazowany byl w powielanie odglosow starej tarki do prania.Robil to z niesamowita systematycznoscia i dominujacym odglosem.Przewodzil wszystkim dzwiekom i zdawalo mi sie,ze w tym lesie maja sporo roznych brudow do prania,gdyz ten dzwiek bylo slychac nawet w porannych,glosnych odglosach lesnego wstawania wszystkiego co zyje.Byl dominujacym,ale nie natretnym,i nie wykomponowanym ze wszystkiego,dzwiekiem.Nigdy nie udalo nam sie zlapac tego "pracza" na dzwiekowym uzywaniu tarki.Dzikie swinie pracowaly niesamowicie dzielnie w naszej okolicy,i zastanawialismy sie,dlaczego one tak tam ryja majac jadla w brod w kazdej piedzi tej wspanialej,Tropikalnej Istoty.Z dzika swinia jest w Australii niesamowity problem.Mozna ja znalezc w calej Australli,oprocz Tasmanii.Na dzika swinie sie poluje,lapie,eliminuje i wykancza wszelkimi
mozliwymi srodkami,ale ona wszystko przezywa.Wygladaloby na to,ze jest niezniszczalna,ale w tej niezniszczalnosci my,ze swoja wspaniala madroscia,zawsze maczamy palce.Jak sie np.swinke wytrzebi,i sprzeda wszystko Niemcom,ktorzy kupuja to dzikie mieso na potege,to w nocy,do akcji zaswiniania tych terenow,ktore wlasnie zostaly odswinione,wkraczaja mysliwi,i wypuszczaja,w dzikosc natury,jeszcze niezbyt dzikie swinki,gdyz nic tak pieknie nie utuczy i nie uodporni dzikiej swinki na wszystkie bezecenstwa hodowlane,jak las i otwarta przestrzen.Pozniej,oczywiscie,zglasza sie w rzadowych instytucjach ilosc nowych,zauwazonych swin i ...polowanie i odswinianie zaczyna sie od nowa,a wszystko oczywiscie za rzadowe pieniadze.Dzikie tereny potrafimy zaswiniac fantastycznie i,jak to zwykle w buszu bywa,jest niezmiernie ciezko cokolwiek,komukolwiek udowodnic.To samo jest z krolikiem,rybkami czy innymi,zywymi stworzeniami.Nie mozemy ich usunac sami wiec wypuszczamy,zeby
pozniej placic innym za ich
eliminacje.Madroscia jestesmy przesaczeni.Caly swiat jest w nas zapatrzony.A sam swinka jest niesamowitym szkodnikiem,poniewaz dla takiego duzego osobnika swinskiego nie przedstawia to specjalnego problemu pozrec cielczaka lub owce,wiec coz dopiero moga zdzialac miejscowe zwierzeta.Cassowary,czasami,bije sie ze swiniami o swoje ulubione opadziny,ale z wieksza swinia nie ma szans nawet,jak uderzenie z nogi i glowy ma opanowane do perfekcji.Myjemy sie pod kranikiem samochodowym,zazywajac kapieli "recznej". Lapiemy troche wody w rece i spryskujemy sie tylko troszeczke,gdyz jeszcze sie niczym nie pobrudzilismy.Sniadanko meskie zjadamy,bez specjalnosci talerzowego,zenskiego,pieknego nakladania,i przygotowywujemy sie do wejscia w las.
-
.Nie pada,jest przepieknie cieplo,i wilgotno zarazem,ale przeciez jestesmy w Lesie Wodnym,a nie w jakichs borach sosnowych europejskiego pochodzenia,wiec ta wigotnosc ma swoja wage i atrakcyjnosc.Po tygodniowym pobycie w tropikach
w Porze Mokrej,skora na twarzy i na calym ciele jest tak fantastycznie oczyszczona i,jakos,nawilgocona,ze nie trzeba wogole uzywac zadnych kremow.Wlasciwie to nie wiem po co my sie myjemy;chyba z przyzwyczajenia.Wypad w las konczy sie dla nas niesamowitym fiaskiem.Po 200-300 metrach jestesmy oblepieni blotem i...pijawkami,ktore nie wiadomo skad sie biora.Idziesz spokojnie przez las wyznaczona sciezynka i nagle widzisz,iz masz ich z dziesiec na sobie,a jak sie zatrzymasz,zeby je usunac,to liczba pijawkowego przyklejenia automatycznie wzrasta.Cale szczescie,iz nie rzucily sie na nas kupa,gdyz bylibysmy w opalach.Jestesmy octowo przygotowani,ale przy takiej ilosci przyklejen,nawet litr octu na glowe nie wystarczy do prowadzenia aktywnej walki.Cos niesamowitego.Jak ci wczesniejsi podroznicy przebijali sie przez takie lasy w nocy lub w porach mokrych??? Przeciez te pijawice jedne sa tak nienasycone,iz oproznic goscia z "czerwonych zasobow" to zaden problem
dla takiego,pijawczego swiata.Nawet po wyjsciu na teren suchy "splawiamy" je z cial przez dluzszy czas nasza mikstura octowa.Ufff!!!Co za przezycie.Na gore nie wejdziemy,gdyz jest chroniona przez pijacy,pijawkowy swiat.Taka dzika swinia,to przeciez nie moze w nocy chodzic sobie tak sama w tym tropiku,gdyz nad ranem lezalby pol zywa z uplywu krwi.Swinki chodza w las parami,przynajmniej w tropikach,i jedna drugiej pomaga pozbyc sie tych wysysaczy.Innymi slowy,dosyc czesto swinki zywia sie krwia kumpelki,wampirzyce jedne.Decydujemy sie na pozostanie w lesie jeszcze przez jeden dzien.Kolo 11-tej przyjechal miejscowy lowca swin z trzema,duzymi psami.Psy przybiegly przed Nim i zobaczywszy nas troche sie zjerzyly,ale mamy w szufladzie samochodowj karabin wiec wybic pieski,atakujacy swiat,nie byloby dla nas jakims specjalnym problemem-tylko po co.Pozniej zjawil sie wlasciciel psow,ktore,wypuszczone z samochodu,pracowaly awangardowo,zarabiajac w ten sposob na
dawane im papu.Zrozumielismy ich "zjerzone" zachowanie.Inaczej nie mogly.Musialy byc czujne i nastroszone pomimo,ze nie przypominalismy
swinek.No moze troszeczke,ale chcielismy sie zdecydowanie poprawic.
-
Wlasciciel psow opowiadal o polowaniu.Zwykle psy lapia swinie za ogon i ucho starajac sie ja zastopowac,i obalic na ziemie.Pozniej nadbiega zziajany mysliwy i nozem w serce konczy zywot swinskiego zycia.Walka swini z psami jest zawsze zazarta i nie zawsze one wygrywaja,ale,cos mi sie zdaje,ze one to lubia.Maja nakladane specjalne "pancerze" skorzane chroniace je od klow wscieklej,zagoninej swini,ale w ferworze walki takie "opancerzenie" nie zawsze pomaga.Przy dobrym dniu,zabijacz swinski moze zarobic kilkaset dolarow dziennie,a przy zlym ze dwiescie-oczywiscie po odliczeniu wszelkich kosztow podrozy i jedzenia dla siebie i psiej wspolnoty.Kilkaset moze byc i 300 i 900 zarazem.Nie tak zle,jak na pare pchniec nozem.Z mysliwym wypijamy po piwku i oddajemy sie tropikalnemu relaksowi.Psy nas polubily,mysliwy zaprzyjazniony,pijawek sie pozbylismy,komarow nie ma,a na inne bezecenstwa
wigotnosciowej cieploty stosujemy spreparowanego bambuska.Jest bosko i chyba tylko kilku milych kobiet brakuje do pelnej,tropikalnej nirwany.Taki Budda np to byl klas gosc.Oprocz tego,ze tyl w lesie,dolaczajac do tego tycia filozoficzne usprawiedliwienie,to jeszcze otaczal sie mlodymi kobieto-dziewczynkami,ktore mialy wyrownywac Jego zachwiany balans energetyczny w wymyslaniu tych filozofek.Ghandi rowniez sypial pomiedzy dwoma 12-sto letnimi dziewczynkami dorabiajac sobie do takiego sypiania teorie doenergetyzowywania.Teraz,za takie sypianie,mozna by Go bylo zamknac za pedofilie. Tez z Erykiem kombinujemy co by tu powymyslac,zeby nas jakies panienki wspomagaly energetycznie,ale czas jakis teraz taki dziwny,ze nikt na filozofowanie nie leci.Kasa,nawet w tych tropikach,przelala sie kolo nas w postaci mysliwego-nozownika.Moze trzeba sie bylo Jego zapytac o jakas kobieca energie???Nic,odpoczywamy. Przepuscilismy tak okazje.Moze po uczciwym odpoczynku uda
nam sie udowodnic innym nasze racje filozoficznej egzystencji,opartej na kolaboracji z zaistnialymi juz kierunkami.Mamy plan i potrzebujemy troche czasu na jego pelne wprowadzenie w zycie.Siedzimy.Takie jest to nasze dzisiejsze,tropikalne zycie.Eryk przysypia,gdyz nawet jak
nic nie robi to musi odespac tego raka,ktorego z Niego wycieli fachowi chirurdzy kilka lat temu.Odganiam z Niego muchy,gdyz w takich tropikach,po kilku godzinach spania,mozna sie obudzic nawet z kilkoma muchami w nosie; i co wtedy???
-
Nastepnego dnia,po powrocie do Cairns,bylismy zaproszeni na przyjecie do Darka,ktory-tak przynajmniej sam twierdzi-ma 1000 stacji radiowych na komputerze i mozemy sluchac,z tego komputera z podlaczeniem do kolumn stereo,wszystkiego czego tylko dusza zapragnie.Rzeczywiscie,zaczelismy sluchac,ale jakos nic specjalnego nie mozemy znalezc,gdyz sluchamy po kawalku utworow z wielu stacji i po godzinie poszukiwan stwierdzamy,iz chyba bedzie lepiej,jak zagramy cos z CD'ska.Dawniej bylo kilka stacji i sluchalo sie wszystkiego z ciekawoscia,nie mowiac o slawnej stacji-Radio Luxembourg-ktorj mozna bylo sluchac na okraglo,a teraz mamy dostepnych tysiac stacyjek,i nic sie nikomu specjalnie nie podoba.Ciekawe,gdyz cos mi si zdaje,ze z mozliwoscia wyboru nie idzie jakosc. Znajoma Japonka stwierdzila,ze jest dziewczyna Darka i wobec tego,kiedy On zadzwonil do swojej bylej zony w sprawie rozwodu,bez porozumienia z Nia,to dostal od Niej slowna reprymende,gdyz o sprawach
takich telefonow Ona tez powinna wiedziec,zanim one zostana wykonane.Wyglada na to,ze z Japonkami trzeba byc bardzo ostroznym i nie przesadzac z telefonami,szczegolnie rozwodowymi.Shi-no-bu miala podobno ojca alkoholika,ktory pil sake jak wode,a kiedy juz nie mogl jej pic,to robil w domu draki i zamykal zone z corka w pokoju,zeby zjesc sobie rybke z akwarium.Lubil zakasic sak'usie swiezutenka rybka,i to egzotyczna;inne okazy mu nie smakowaly.Kobietki musialy sie z nim rozstac,gdyz jego "zakaski" rujnowaly je finansowo,a zlikwidowanie akwarium nie wchodzilo w ogole w gre .Ojciec,jak byl trzezwy,lubil lypac na te egzotyczne okazy godzinami,i wtedy w domu bylo cicho i spokojnie.Pewnie wybieral sobie nastepna "zakaske" sak'usiowego upojenia.Za cieplo,zeby tanczyc wiec siedzimy i rozmawiamy.Znowu slysze teorie o nieszkodliwosci papierosow palonych w malych ilosciach,ale nie biore udzialu w tych pustych dyskusjach.Jakis cizio,z amerykanskiego aktorstwa,dozyl
stowy palac cygara wiec teraz sluzy,jako wzor dlugowiecznosci dla wielu palaczy.Eryk jest bardziej zaangazowany w argumentacje,wiec jak juz sie wda w stolowa dyskusje,to zwykle zasycha Mu w gardle i musi je czyms nawilzac,co zwykle podnosi Jego bojowosc w dyskusyjym ferworze.Zapomina,ze ma auto,ale nie jestesmy daleko od domu,wiec nawet w duzy deszcz byloby przyjemnie spacerowac.Wracamy szczesliwe,nie zaczepieni przez policje,ktora skads sie pojawila przed samym skretem do domu.Nastepnego dnia jest Sylwester i bedziemy musieli nalozyc wszyscy dlugie spodnie,gdyz takie sa wymogi klubu.Nie przepadam za klubowymi Sylwestrami,ale bilet kupiono mi w prezencie gwiazdkowym wiec jedyne co mi pozostaje,to isc lub go odsprzedac.Ide,pomimo ze pierwszego stycznia wyruszam do Brisbane spotkac sie ze swoja przyjaciolka,ktorej nie widzialem ladnych kilkanascie lat.W klubie bufet szwedzki z herbata i kawa,a trunki trzeba kupowac w barze.Tance w klubie zaczynaja,jak
zwykle,kobietki.Dwie panie kolo 50-tki tancza na bosaka,pomimo duzej tablicy ogloszeniowej przed wejsciem pokazujacej,i mowiacej o odpowiednim obuwiu.Moze weszly w butach,ale parkiet wola czuc bosa stopa.Muzyka jest dostarczana zespolowym graniem,ale zdaje mi sie,iz ci wszyscy zespolowcy zaczeli pic dzien przed Sylwestrem i... gdzies "gubia" nuty.Powaznie wygladajaca,emerytowana wokalistka jest tak wstawiona,ze trzezwiejszy,zespolowy basista daje Jej wsparcie gitarowym gryfem,gdyz inaczej zeszlaby do horyzontalnego wokalu,ktory nie jest zbyt dobry dla strun glosowych,a i zespol bylby wykonczony takim wystepem.Ratuja sie,jak moga.Kiepskie to wszystko jakos,ale do 12 dotrwalismy.Pozniej zyczenia,muzyka z CD-ska,pare strzelajacych konfeti chinskiego wyrobu,wliczonych w cene biletu,no i oczywiscie "zwijany jezyk kameleona" z wprawionym,rowniez w Chinach,gwizdkiem pobudzajacym do akcji.Calosc,jak z badziewia amerykanskiej kinematografii.Umykamy cala ekipa do
domu w cieplutkim,noworocznym deszczyku,zeby wypic ze wszystkimi lyczka szampana i...lulu.Wstaje o 4.30,zeby byc na lotnisku 0 6.20 rano,a mam do zabrania i caly,okragly serniczek,i salatke jarzynowa,podarki,ktorych zostawic nie moge.Na lotnisku mowia mi,ze moj lot zostal odwolany z niewiadomych powodow wiec jestem upowazniony do kuponu kartkowego na $10,za ktory moge sobie wypic kawe i cos zjesc,a oni-sluzba lotniskowa-powiadomia mnie o locie,jezeli,oczywiscie,takowy zaistnieje.Do Brisbane leci sie 1godz i 20min,a opoznienie wynosi 6 godz i nawet pilot,w zastepczym locie,nie byl w stanie powiedziec co sie wlasciwie stalo.Podejrzewam cala zaloge o gorzalkowe ekscesy i utrate poczucia czasu,ale nie mowie nic glosno.Moj przyjaciel twierdzi,iz zaczal sie sterowany,noworoczny bajzel,polaczony z manipulacja Rzadowa w celu wywolania sztucznego niepokoju w spokojnych duszach ludzkich.Moze i cos w tym jest,ale ja,jak do tej pory,widzialem dosyc przyzwoity
spokoj na lotnisku,nawet po 6 godz oczekiwania,wiec moze nie wyszlo im wszystko tak jak trzeba z tym manipulowanym niepokojem.Lot z Brisbane do Sydney odbywa sie,absolutnie,spokojnie.Slowo "absolutnie" stalo sie amerykanizmem zastepujacym proste slowko"yes",i wszedzie slyszy sie od kilku lat,ze absolutnie wszystko jest okay,absolutnie wszystko mozna zalatwic,absolutnie wszyscy beda tam,gdzie mieli byc,wiec i ja dolaczam sie do tego absolutnego okay'stwa,konczac swoja podroz w cieplutkim Sydney.
-
Hirudo Medicinalis,to jest lacinska nazwa pijawki.Jak twierdza fachowcy,tylko 3 rodzaje pijawek stosuje sie w lecznictwie tzw. hirudoterapii.W starozytnym Egipcie przystawiano je co lepszym Egipcjanom,angazujac pozniej mistrza w rzezbiarstwie sciennym do upamietnienia tego zdarzenia.W Rosji,natomiast,w XVIII i XIX wieku podobno dochod z eksportu pijawek byl rowny z eksportem zboza.Nie tak zle,jak na pijawkowego ssacza.Ta "nasza",tropikalna,chyba nie jest lecznicza,ale zachowuje sie tak,jakby byla zywcem wyjete z filmow rysunkowo/animowanych,ukazujacych pelzajaca gasiennice.W swojej podrozy po czymkolwiek najpierw robi ze swojego ciala lutnie,po czym prostuje sie w muzycznym wyrazie fletu prostego,zeby zaraz potem przejsc z powrotem do instrumentu szarpanego.To co robi,robi z gracja swojego rodzaju w "dwu-instrumentalnym" pochodzie,i jest niesamowicie milo ja obserwowac nawet,jezeli wiesz,iz za moment moze sie do ciebie przyssac.Zmysl wywachania
najcienszego naskorka,i najlepszego pokarmu krwiobiegowego,ma wkomponowany w swoja DNA, i przez ladna chwile obserwowalem jedna z nich nie pozwalajac jej na zbyt przesadne,pijawkowe zachowanie na mojej skorze.Milo jest obserwowac przepiekna harmonie w jej ruchu i dazeniu do celu,ale jakos ciezko jest nam "zaprzyjaznic" sie z pijawka,a przeciez jest uzywana nie tylko w medycynie "oczyszczajacej",a i to co robi,robi najlepiej jak moze.Obserwujemy troche ptakow,motyli i przenajrozniejszych,bezimiennych latajacych cudow natury,ktore laduja na
nas,i w poblizu obozowiska,nie czujac sie niczym zagrozone.Duzy
szaranczowo/podobny osobnik wyladowal mi na dloni i gigantycznym wasem "odgonil" zgraje pylku powietrznego,niepotrzebna w badaniu ludzkiego ciala.Wasy chodzily mu,na tej dloni,jak Chinczykowi rece w Tai Chi-Martial Art.Wygladalo to na walke z czyms co on widzial,a ja nie moglem zauwazyc.Moze one tak sie doenergetyzowywuja,a moze to Chinczycy sciagneli swoje taichi'owanie od tego tropikalnego osobnika? Kiedy zaczal mnie laskotac musialem go zdmuchnac,podmuchem ustnego huraganu o szybkosci okolo 150km na godz,ale mimo takiej szybkosci,przez moment trzymal sie dzielnie na dloni,przyzwyczajony do tropikalnych tajfunikow.Pozniej wskoczyl mi na szyje,ale w tamtych okolicach szyjnych,kilka lat temu, ugryzla mnie liszka drzewna,ktora na pajeczej niteczce,ze zrecznoscia wytrawnego alpinisty,a ciszej niz miejska cisza nocna,opadla na mnie w jej wiadomych celach,i kiedy zaintrygowany laskotaniem chcialem ja usunac,to w ramach protestu wpuscila mi cos pod,lub
na,skore.Swedzenie po ugryzieniu
komara jest czyms dziecinnym w porownaniu do tego co ja odczuwwalem przez miesiace,i to,a'la,wrazenie niesamowitego swedzenia czuje,w jakims stopniu,do dzisiaj.Skokowo/powietrzny pojadacz zieleniny nic o tym pewnie nie wiedzial,ale musialem przenies go w inne,bardziej tropikalne miejsce.Nie protestowal.Te przenajrozniejsze zyjatka lubia na nas siadac,gdyz emanujemy inna,jakby przyciagajaca dla nich energie,i nawet czasami mozna nas ciutenke nadgryzc.Wczesnym popoludniem wrocil ublocony,jak po bagiennej kapieli,nasz znajomy mysliwy.Psy,w specjalnych uprzezach, przyciagnely dzika swinie-okolo 90-100 wagi-rowniez przecudnie ublocona na podobienstwo sloniowej,blotnej kapieli.Wszyscy wygladali,jak jakies stwory z innego,nierealnego swiata,ale bylo kupe smiechu i zabawy.Ubranie,i caly ublocony sprzet,wedrowaly do oczyszczenia,co tez bylo wkalkulowane w koszty czystego zarobku.Don twierdzil,ze teren jest troche za blotnisty na dluzsze polowanie,gdyz tracisz za
duzo energii na"walke" z mokrosciami,i zarobek nie jest tego wart,ale psy musza miec trening,zeby w bardziej suchej porze nie byly bez kondycji.Wierzymy Mu na slowo z ta psia kondycja,gdyz czesto widzimy upasione psiny w bezkondycyjnym,jezykowym zwisie do ziemi z usatysfakcjonowanymi,i rowniez bezkondycyjnymi, wlascicielami. Pomoglismy Don'owi wrzucic te wartosciowa miesistosc na van'a.Pojechal ze smiercia wieprzowego ciala,cialka ktore bedzie moze nawet konsumowane w Polsce w rodzaju pasztetu z dzikiej swini,i-oczywiscie-importowanego z Niemiec.Zrobilo sie cicho i bezsmiertelnie.Skubniemy sobie a to serka,a to owocka z gotowanym jajeczkiem i zakasimy to wszystko czysciutka woda i czujemy,iz pocichutenku samo zdrowie wkrada sie w nasze organizmy,"zaproszone" czystoscia mysli,powietrza i nastroju.Czasami spadnie jakis delikatny deszczyk,ale on spada w limicie niemoczenia naszej ubraniowej suchosci,wiec nie mozemy na nic narzekac i oddajemy sie
zraszalnosci tej czystej,opadowej wody,niosacej ze soba pieknosc dzisiejszego,obopolno-istnieniowego przezywania.Zadne
nowoczesne gadzety informacyjno-rozrywkowe nie sa nam potrzebne do radosci i smozadowolenia z samego faktu istnienia i bycia tam,gdzie bycie jest prawie czystym byciem.Z zapadaniem wieczoru dzwieki w tropiku zmieniaja ton i staja sie nocnym,dzwiekowym ukojeniem.Tam,w tropikach,dopiero widac ile tracimy w tym miejskim dzwieku jazgotu zelazistych pojazdow,i nienaturalnych dzwiekow naszego nowoczesnego,"wspanialego" dzwieko/poruszania sie w konglomeracjach minimalnej owado/roslinnosci.My sami nie jestesmy w stanie okreslic ile tracimy,gdyz prawie cale nasze myslenie jest nastawione,zeby z cisza cos zrobic,a nie ja przezywac,wiec skad mamy wiedziec co oferuje nam cisza,ktora na okraglo czyms zagluszamy,a tropikalna,naturalna "cisza" dziewiekowego odbioru jest dla nas czyms zupelnie nieznanym.Szkoda,niesamowita szkoda,ze prawie calkowicie potrafilismy wyalienowac sie z naturalnego oddechu "Ziemskiego Cudu Natury".Zostawiono nam skrawki trawnikowych obrzezy
poprzeplatanych odpowiednio posadzonymi drzewami,i parkowymi zywoplotami,ale jakos dzikosc,z tego sadzeniowego wyregulowania,umknela i nie chce tak latwo wrocic.Wieksze,naturalne tereny pierwotnej pieknosci musimy chronic prawami,gdyz inaczej wysypywalibysmy tam smieci i wszelkiego innego rodzaju ludzkie gawno.Brrrr.Spimy radosnie i wstajemy jeszcze radosniej.Nie mowi sie komplementow o poranku,poniewaz poranek sam w sobie jest juz komplemenciarska zacheta do radosc,a szczegolnie juz w tym cudzie porannego,lesnego budzenia sie wszystkiego.Nikt sie tutaj z niczym nie spieszy wiec i my oddajemy sie naturalnosci porannego wstawania.Nikt nie martwi sie wczesnym lub poznym sniadaniem,czy jakas sniadaniowa niezjadliwoscia.Nikt nie marudzi i nie fochuje bo,prawde powiedziawszy, nie ma o co i po co.Ide na polpolanke,zeby zrobic pare ruchow przeciagajacych energie i przyciagam ja rowniez dla Eryka,gdyz On nie zna ruchow przyciagajacych,ale chetnie z nich
skorzysta.Dzielimy sie tym,czego tutaj jest w nadmiarze i jest fajnie.Zjemy cos lub nic nie zjemy-to nie ma dla nas specjalnego znaczenia.Dzikie swinki musialy byc dobrze najedzone,po nocno/ryjowatym posilku,gdyz skupaly sie obficie w kilku,niedalekich miejscach,ale natura poradzi sobie tutaj ze wszystkim,i juz cos tam sie krzata w poblizu tych kupowanek z zadaniem nawozowego przerabiania.Wszystko w swoim czasie.Wyruszamy,tez w swoim czasie,do malej miejscowosci,Trapez,w ktorej Eryk jeszcze nie byl-ja tez-a ktora byla kiedys jakas osada na starej drodze do Cairns.Jest przepieknie polblekitnie,polchmurzyscie,poldeszczowo i poltropikalnie,i cale cialo chce sie radowac z tymi pol-polowkami.
-
Kilka dni temu,po poludniu,nakrylem John'a,91 letniego rezydenta z mojej pracy,jak strzelal z procy,schowany za drzewem,do bialych papug,kakatu. Niedawno,te kawalarski papugi,potargaly kwiatki w Jego ogrodku i John,oprocz wygrazania im piescia,i ublizania,skonstruowal sobie proce,i czasami sie na nie zasadza.Proce,to moze za duzo powiedziane,poniewaz u Johna wszystko co jest przez Niego konstruowane,wyglada jak z bardzo odleglej epoki.Kawalki detki pociete w paski i przymocowane do czegos przypominajacego widelki,sluza John'owi do wojny z kakatu. Lubie Johna,gdyz opowiada niesamowite historie o swoich wyczynych podczas II Wojny Swiatowej,i w powojennej sluzbie w Quantas'ie.Z Jego opowiadan wynika,iz mogl nawet zrzucic bombe na Hiroszime,a Kokode Track,w Papui Nowej Gwineii,przeszedl w rekordowym czasie,pomimo dwukrotnych ran z wystrzalowek japonskich.Kokoda Track jest uwazany za "Australijskie Termopile"(Grecy dostali tam lanie od Persow w V wieku
pne),gdyz Australijczycy tlukli sie w tej dzungli dosyc przyzwoicie z Japonczykami o jakis kawaleczek ladowiska samolotowego,ale zeby dotrzec do tego ladowiska,i sie ciutenke powybijac,musieli wedrowac przez dzungle okolo 100km w niesamowitych warunkach.Oprocz roznych,duzych sum wygrywanych przez John'a w roznego rodzaju loterie,ktore to sumy-jak twierdzi John-sa zwykle rozdawane Jego rodzinie,gdyz On nie moglby nie dzielic sie wygrana,John dosyc czesto podkrada mietowe pastylki z supersamow,i czasami daje mi te najlepsze,najmietowsze,ktore biore i oddaje swojej przyjaciolce,ktora z kolei oddaje je swojemu ojcu,ktory je bardzo lubi.Jestem,wobec tego,zamieszany w paserstwo bezgotowkowe,i przez sam ten fakt jestem wspolnikiem John'a,jak rowniez jest nim moja przyjaciolka i Jej ojciec,ktorzy sa nieswiadomi paserstwa lancuszkowego.Kilka razy zlapano juz John'a na tym podkaradaniu,ale nic nie moga Mu zrobic,gdyz jest wiekowy.Teraz stal sie ostrozny i
jednorazowo kradnie tylko kilka pudeleczek.Raz chcial okrasc miejscowy klub RSL'u,ale robil to po kilku wodkach z piwem,ktore,w takiej mieszance,jakos Mu zaszkodzily,i zostal zlapany.Wywalono Go z klubu na zbity pysk,i teraz,jak jest lekko wstawiony,to troche zaluje tego swojego zlodziejstwa.Mowil mi ostatnio,ze podczas II Wojny Swiatowej mial zatrag ze Stalinem i o malo co Stalina nie sprzatnal ze swoimi kumplami z oddzialu,ale tamten,podobno, obstawil sie Kozakami,i tym sposobem udalo Mu sie przezyc jeszcze kika lat w Rosjii.Przypomnialem John'owi,ze sluzyl w Papui Nowej Gwineii i na Filipinach,gdzie zostal podobno ranny,kiedy upil sie z miejscowymi obywatelami i pokazywal im sztuczki pistoletowo-karabinowe dopoki nagle cos nie wypalilo,i nie ranilo Go-prawie smiertelnie-w szyje,wiec nie mialby mozliwosci zatargu ze Stalinem,ale opowiadal,ze za zaslugi i bojowosc,po wyleczeni rany postrzalowej,przerzucono Go do Palestyny i tam operowal w specjalnej
brygadzie przez 1.5 roku,wiec mial duzo czasu,zeby uknuc plan pozbycia sie Stalina.Ostatni obejrzal jakis program w TV o polskich oddzialach stacjonujacych w Palestynie podczas II WS.Liczba polskiego wojska,stacjonujacego na tamtych terenach,troche Go zaskoczyla,ale mimo wszystko gratulowal mi-jakbym to ja tam stacjonowal- ich zolnierskiej walecznosci.Powiedzialem John'owi,ze mielismy tam,w Palestynie,najlepszych,wyborowych strzelcow ze wszystkich wojsk,jakie przeturlay sie przez Europe w tamtym czasie.Sam ma dobre oko,gdyz ksiazki dalej czyta bez okularow,wiec zapytal sie mnie dlaczego uwazam,ze byli najlepsi??? Opowiedzialem John'owi o wywieszaniu polskich,wojskowych kurtek z naszytymi na pagony,kapralskimi,dwoma lub trzema belkami,ktore byly "zdejmowane" z tych pagonow przez wyborowych strzelcow,z jakichs 70-80 metrow, bez najmnieszego uszkodzenia pagonu. To wprawilo Go w niezle zdumienie i podczas naszej wymiany opinii o wyborowych strzelcach
przyznal mi racje,ze to kwalifikuje sie do czegos wiecej niz wyborowy
strzelec.Zgodzilem sie z Jego opinia.Czasami John opowiada mi,ze mial,i dalej ma,tyle punktow z pracy w Quantas'ie,iz moglby obleciec swiat kilka razy naokolo,ale wykorzystuje je tylko do lotow krajowych.Juz pare razy zlapalem Go na tym,ze mowil iz leci do Melbourne,a siedzial zamkniety cichutenko w domu.Zdradzal Go szum wody w kibelku i kuchni.John duzo czyta wiec moze przyswaja sobie rozne,ksiazkowe historie i pozniej je nam opowiada,jako swoje wlasne przezycia.Ostatnio prosilismy John'a,zeby nie karmil ptakow Kit-katami,poniewaz to przyciaga roznego rodzaju
gryzonie.John mowi,ze On nie wie dokladnie dlaczego,i jak to sie dzieje,ale kiedy On wychodzi z domu,to te Kit-katy jakos tak same wypadaja Mu z reki,a jak juz te Kit-katy upadna na ziemie,to te miejscowe,krukowe ptaszki juz tam sa,i zanim On sie schyli,zeby je podniesc,to prawie wszystkie Kit-katy sa juz zjedzone,wiec co On ma robic??? Bic sie z tymi ptakami,czy co??? Mowimy John'owi,zeby zmienil droge podrozowania z tymi slodyczami,ale to nie wchodzi w rachube,gdyz to jest tak,jakbysmy chcieli pozbawic Go wolnosci.Ostatnio John kupil sobie sweterek w kolory podobne do obic autobusowo/tramwajowych.Lubi chodzic do pub'u w tym sweterku podczas chlodniejszych dni,gdyz jak sie tam troszeczke zakrecic,i ktos pusci pawia na ten Jego kolorowy sweterek,to specjalnie nikt nie zauwazy zadnych sladow wymiotu,tak jak to mialo miejsce z innym sweterkiem.Do chwili kupna tego sweterka myslalem,ze to John troche "haftuje" na siebie,ale okazuje sie,ze to na Niego
haftowano i stad ten pomysl
z "grafitowym" sweterkiem.Lubie zamienic z Nim pare slow,gdyz jak nie doslyszy tego co mowie,to wymysla jakies odpowiedzi stosowne do tego co mysli,ze usluszal,i smiechu jest co niemiara.
Buzia Zbyszek
P.S.Pisze to wszystko w czasach wielkich manipulacji medialnych,wielkich slubow,krolowej okradajacych swoich poddanych w Anglii i innych krajach czlonkowskich,krajowej beatfikacji i 3 Majowego Swieta,bez ktorego,podobno,Polak nie moglby czuc sie Polakiem,gdyz bez Kosciuszki,krolow,legionikow Dabrowskiego,Pilsudskiego i Nowo-Swietego nie mamy nikogo z kim moglibysmy sie identyfikowac.Ja,majac dwa obywatelstwa,jestem PODDANYM krolowej angielskiej,ktora czesc z moich dochodow,bez mojej zgody,jakos sobie przywlaszcza,popijajac za nie,w wolnym czasie,soki z McDonaldsa.Place rowniez podateczki na politykow australiskiego rzadzenia,ktorzy tez tych podateczkow potrzebuja,gdyz inaczej nie mogliby zyc dostatnio,nie mowiac,oczywiscie,o ich podrozach zagranicznych lub innych,burdelowych wydatkach,ale ja,bedac rownoczesnie Polakiem,jestem pewiem,ze za te moja prace,i cichutenkosc myszkowego zachowania,pojde-z protekcja Nowo-Swietego-prosciutenko do nieba,gdyz nawet
mi przez glowe nie przejdzie taka mysl,ze polski swiety moglby mnie,jak rowniez i innych Polonusow,tam nie zabrac.
-
Umykamy od tej mokrej pieknosci "deszczowego lasu",pieknosci jakzez bogatej we wszelka floro/faunowatosc,ktora w tym przebogatym swiecie atakuje wszystko,co mozna podjesc,lub przynajmniej sprobowac wrzucic na zab.Nie tak dawno duzo mowilo sie o wspolnej swiadomosci zywotnych gatunkow w przekazywaniu na odleglosc przezytych doswiadczen tej samej grupie swiadomosciowej,grupie nie dotknietej jeszcze w jakis sposob takimi doswiadczeniami ,a zyjacej w innych okolicach lecz bedacej o takiej samej,zyciowej gatunkowosci.Klasycznym przykladem tego jest tzw.The Hundred Monkey Syndrom,gdzie malpki z japonskiej wysepki Koshima,przekazaly swiadomosciowo innym malpkom-na tej samej wyspie,jak rowniez na innych wysepkach-sposob na jedzenie brudnych,slodkich ziemniakow,przez mycie ich w strumyczkowej wodzie.Gzy,komarki,pijawki i inne tropikalne podjadacze nie wyciagaly-lub moze bardziej poprawnie-nie przekazywaly chyba nic swoim bliskim i dalszym pobratymcom ze swoich potyczkowych doswiadczen z czlowiekiem,gdyz nie wiem ile bysmy ich nie uszkodzili-nie zabili,ale uszkodzili-to i tak ataki roznosci faunowej trwaly dalej,jakby "spizarnosc"czlowiecza miala dla tych atakujacych wieksze znaczenie od ich zaglady.Nogi,a szczegolnie ich dolne partie,mielismy swedzaco popodgryzane,ale,tak sobie myslelismy,ze moze to glod czyni ten caly tropikalny tlumek nieczuly na roznego rodzaju "kalectwa" zwiazane z chwilowym,bardzo ulotnym,glodowym zaspokojeniem.Jedziemy asfaltowka w strone Forty Mile Scrub National Park-jakies 270/280km od Cairns-gdzie "deszczowy las" otoczony jest eukaliptusami i innymi,lisciastymi drzewkami,a wszystko to ozywa blyskawicznie w porze mokrej.Park wita nas pieknym okazem "drzewka butelkowego", mloda,jasniutenka zielonoscia roslinnosci wchodzacej w nowosc zyciowa po niedawno spadlych deszczach, i krzykiem roznorodnosci ptasiej.Wypijamy po kubku kawki,zakaszajac ten wczesniej przygotowany plyn niemieckim pierniczkiem bozonarodzeniowej produkcji,i wyruszamy w dalsza droge do Cobbolt Gorge.Mijamy Mt Surprise,ktory odwiedzilismy w tamtym roku,i skrecamy na szutrowe drogi przeuroczego,mokro/porowo/buszowego rozkwitania.Mamy jakies 200 km do pokonania,ale ta droga jest tak niesamowicie/urozmaiceniowo piekna,ze czlowiek zapomina o wszystkim,radujac sie ta naturalna cudownoscia.Mijamy setki kangurow,ktore operuja wszedzie w tej wspanialej dziewiczosci i wyskakuja prosciutenko pod kola samochodu z buszu,zza skal i z przydroznych krzaczkow,a jeden z nich byl nawet schowany za pacholkiem drogowym,i nie uciekal nigdzie,starajac wcielic sie w te przydrozna pacholkowatosc.Na calej tej 200 kilometrowej drodze nie spotkalismy zadnego samochodu wiec cisza,kiedy wyskakiwalismy czasami do "buszowej toalety",byla tak niesamowita,iz te wszelkie miastowe,gurowatosci medytacyjne odnoszace sie do "wyciszenia",definitywnie odnosza sie do australijskiego buszu.Nigdzie, ale to nigdzie w miescie nie doswiadczy sie takiej ciszy,i takie miastowe wyciszenie sie-polecane przez guru tego lub tamtego-bez wczesniejszego,wyciszeniowego doswiadczenia,nie moze zaistniec w miastowosci pozbawionej takiego przezycia-tak przynajmniej sobie mysle-chyba,ze przeniesiemy sie mentalnie do matczynego lona,ale to wcale nie jest takie latwe.Gosh,jakimi my musimy byc szczesliwcami mogac doswiadczyc czegos takiego na taka duza skale dwustukilometrowego,jednosamochodowego podrozowania????Czasami mijamy wolno/wedrujace krowy,pasace sie w tym niezbadanym buszu,ktore patrza sie na nas tym wszystko/wiedzacym,lub majacym wszystko w dupie,wzrokiem.One nigdy nie wybiegaly pod auto wiec moze te samochodowo/poturbowane przekazaly tym jescze niepoturbowanym swoje doswiadczenia z takich kolizji,i te zdrowe cenily swoje zdrowie wiedzac dobrze o nietrafnosci takich spotkan.Ale taki czesty,podsamochodowy kangur,zabity lub poturbowany,powinien juz dawno wiedziec o tych zdrowotnych,samochodowo/kolizyjnych komplikacjach,i przekazac pobratymcom te swoje doswiadczenia o glupocie samobojczosci drogowej przeskakiwalnosci,unikajac-jak mysliwych-juz dziesiatki lat temu ,tych smierdzaco/ryczacych pojazdow,nieprawdaz? One jednak dalej ryzykuja wszystko,zeby przeskoczyc przed pedzacym z duza szybkoscia samochodem kawaleczek niewaznej odleglosci,przeskoczyc wlasnie w tym najmniej odpowiednim czasie przeskakiwania,to moze z ta kangurza swiadomoscia jeszcze nie jest wszystko tak w 100% ok???Chociaz-musze uczciwie przyznac-z przeczytanych przeze mnie informacji wynika,ze kangury,poproszone mentalnie o zjadanie tylko jakiegos procentu laki,laki stanowiacej rowniez pozywienie dla innych zwierzat,dostosowywuja sie do tej mentalnie proszonej procentowosci,zostawiajac reszte lakowosci dla innych. Im bardziej oddalamy sie od linii brzegowej morskiego falowania,tym mniej deszczu na nas spada,a w pewnym momencie uklad chmurnej szarosci zmienia sie nagle na pieknosc zachmurna slonecznego ujawnienia,i czujemy sie jak w Rajskiej Wspanialosci,w odleglej, przedadamowej erze.GPS,ktory Eryk uruchomil jeszcze w Cairns,informuje nas ,ze mamy skrecic tam,gdzie nie ma nawet najmniejszego sladu zwierzecej sciezynkii,ale Eryk upiera sie ,ze ten drogi GPS powinien jednak w tym buszu dzialac,gdyz,myslac logicznie,im drozszy jest taki sprzecik,tym lepiej powinien odbierac w innosciach drogowych podrozy.Nic z tego.Ten Jego jest tak bledny,jakby byl kompletnie z innej epoki,a przeciez ten GPS ma-podobno-Boze Wszechmogacy!!! mapki na caly swiat.Och! Ty Silo Wysokosciowa!!! uchron nas przed taka drogowskazywalnoscia.Czasami glos gi/pi/esowego goscia milknie,gdyz on sam-zakodowany kodowalnoscia satelitarnych obserwatorow -nie wie w ogole gdzie jest,wiec o czym niby mialby nas innformowac,kiedy sam nie jest o niczym poinformowany.Od czasu do czasu Eryk mowi cos do tego GPS'u z pretensja w glosie-mowi tak,jakby ten gi/pi/esik Go slyszal,ale efekt odpowiadalnosci jest zerowy.Sila rzeczy jedziemy tam,gdzie nas prowadzi ta droga,poniewaz innej drogi nie ma wiec tym samym i my innej mozliwosci jazdy tez nie mamy,ale chcielismy zobaczyc czy moglibysmy zgubic sie w buszu bez satelitarnej namierzalnosci.Moglibysmy,i to bez specjalnego problemu, bo i po coz komus sledzic satelitarnie troje Polakow w country,kiedy w miastach roi sie od tej lachudrowatosci szpiegowsko/dywersyjnej,nie mowiac oczywiscie o jakichs organizacjach o religijno/pedofilskich sklonnosciach,czyhajacych tylko na zagarniecie wladzy bankowo/swieckiej,i uwiezieniu nas wszystkich z chip'kiem pod ramienno/krokowa skora.Niesamowite piekno tej ogromnej Natury,odzywajacej we wczesnych opadach pory mokrej,czyni ten caly system swiatowego,ekonomiczo/politycznego balaganu, jakims zapomnianym bzdetem zupelnej niepotrzebnosci.Kto w buszu-lub w pieknie Natury-przejmuje sie jakims problemem bezmetrykowskiego Obamy (podobno metryczke ma sfalszowana),czy smiercia koreanskiego przywodcy???Tam nie sprejuje sie nikogo Chemtrails.Chemtrails sa dla gosci miastowych,gdyz sprejowaniem minimalnoscia buszowego zycia nikt nie jest -jeszcze-specjalnie zainteresowany.Takie rzeczy nie maja tam zupelnie miejsca,jak rowniez nie maja tam miejsca wszelkie wyszukane technologie wolnosciowej pozbawialnosci,gdyz jedyna rzecza do szczescia-jakiej w tamtych okolicach potrzeba-jest bycie tam,i przezywanie tego,czego Wszyscy Miastowcy calego swiata szukaja-lacznie z tymi wielopanstwowymi/manipulatorkami-a mianowicie czlowieczej odradzalnosci w ciszy Natury,i Jej energetycznej-pozbawionej osadzalnosci-neutralnosci oddzialywania na wszystko,neutralnosci,ktorej nikt nigdzie indziej nie doswiadczy w taki lub podobny sposob.Do Cobbolt Gorge docieramy o zmierzchu,i jestesmy kompletnie zdziwieni,ze tam nikogo nie ma."Witaja" nas tylko- zupelnie bezszczekowo-jakies bezmerdajaco/ogonowe, szwedajace sie dwa psy,kiedy przejezdzamy przez centrum cobbolt'owskiej osrodkowosci,a poza tym cisza.Jestesmy kompletnie zaskoczeni,poniewaz tam zawsze powinien ktos byc,ale w tej zanikajaco/ jasnej ciemnosci nie mamy czasu na glebokosc zastanowienia.Rozbij
-
Rozbijamy sie szybciutenko stwierdzajac,ze toalety-z dwoma prysznicami-sa otwarte,pozwalajac nam na oblucyjnosci w nocnej,niesamowitej cichosci czasowego,cobbolt'owego zapomnienia.
-
Noc spedzona w Cobbolt Gorge byla noca jakby przespana w kompletnie innej realnosci. Tam nie bylo zadnych innych dzwiekow,oprocz naturalnosci Natury,a ta potrafi sprawic paradksalna cisze dzwiekowa.Cos gdzies cyknie,cos gdzies przebiegnie i zaszelesci lub dopusci wiatr do wyrazenia wiatrowego szumiku,opartego na cichutenkim,podmuszkowym operowaniu.Blogosc byla tak piekna,iz nawet przestalismy sie zastanawiac dlaczego nikogo tam nie bylo.Tylko przez moment oddalismy sie znakom zapytania,ale nie dlatego,zebysmy tesknili za dzwiekiem wspolbiesiadownikow kempingowego zycia,lecz raczej ze wzgledu na nienaturalna opustoszalosc duzego,i zawsze tetniacego jakims zyciem,kempingu.Idylla takiej cichosci trwala do wczesnego switu,kiedy troche przed piata rano obudzil nas tak niesamowity ryko/krzyk,krzyk tak straszny,iz wszyscy wybieglismy ze swoich spaniowcow zobaczyc kto,i po co tak niesamowicie wrzeszczy.Wycie dochodzilo z drzew i bylo polaczeniem ryku diabla tasmanskiego,wyjca kapucynskiego i rodzinnej kukubary.Pierwszy raz w zyciu,a jestem tutaj juz 30 lat, uslyszalem krzyk blekitno/skrzydlatej kukubary w "walce glosowej" o uzytkowanie terenow lowieckich.Krzyk jej jest tak straszny,ze nie bardzo wiem,kto moglby z nia konkurowac w tej glosowo/terytorialnej "aneksji",ale moze dla ptakow takie ptasie "wycie"jest bardzo wazne,gdyz inaczej pewnie nie uzywalyby takiej glosowosci.W kazdym razie pogrozilismy jej piescia,co wcale jej nie speszylo,gdyz z innych punktow,godnych aneksyjnosci,darla sie dalej krzykiem mogacym wzbudzic zazdrosc w wariatkowskim domku szalenczych wypowiedzi.One konkurowaly pomiedzy soba w sposob podobny do slabeuszowskiego diabla tasmanskiego,nadrabiajacego strasznym darciem geby swoja lekko/kreposc cielesna,w walce o wczesnopadla padline.Moze one sa takim naturalnym, countr'owskim budzikiem,gdyz Natura,bedac zarazem bardzo poblazliwa,moze w country nie przepada jakos za zaspaniowcami???Moze.My juz specjalnie spac nie moglismy.Kolo siodmej zobaczylismy-z naszych pozycji-jakis ruch samochodowy kolo recepcji,ale auto pojechalo w innym kierunku.Wiemy wobec tego,ze ktos tam jest wiec proponuje,zebysmy wpadli do kogokolwiek-kto tam jest-zaplacili za nocleg i dowiedzieli sie co tu sie wlasciwie dzieje,gdyz do samej Cobbolt Gorge nie mozna dotrzec bez autobusowo/przewodnikowej rezerwacji,ale Eryk z Goska oponuja mowiac,ze jezeli Gorge jest zamknieta-a wyglada na to,ze jest-to umkniemy z kempingu nie placac,poniewaz Oni uwazaja,ze ci wlasciciele sa bogaci i uciekajac zrobimy im przysluge.Nie wiem czy wlasciciele tego osrodka sa bogaci czy nie,ale zapewnili nam-jakos w tym pustkowiu-toalety,wode, prysznice i cichutenkie miejsce do kempingu wiec nie bardzo widze Ich "sensownosc" w jakiejkolwiek ucieczce-a i wlasciwie przed czym??? Oplata moze wynosic jakies 5-10 dolarowa od glowy za takie krajowo/country'owskie cudo.Oponuje,gdyz gospodarzami osrodka moga byc podnajemcy,ktorzy tak samo pracuja za pensje i musza jakos ten osrodek utrzymac.Nie mowia nic,ale atmosfera jest dosyc dziwna,poniewaz ja obstaje przy tym,iz przed takimi minimalnymi oplatami definitywnie nie bede uciekal.A poza tym umknac niezauwazalnie z takiego osrodka,kiedy przejezdza sie przez jakas recepcyjnosc-nawet zamknieta-jest dosyc trudno-nie niemozliwie-ale na boga!!! po co??? Zwijamy sie kolo 10 i mkniemy w strone Centrum Turystycznego,gdzie ja wysiadam z smochodu i...osrodkowe drzwi sie otwieraja i wychodzi z nich para Australijczykow,opiekujacych sie tym osrodkiem.Rozmawiamy milo i dowiadujemy sie,ze wszystko w osrodku jest zamkniete juz od 15 grudnia ze wzgledu na pore mokra,wlaczajac w to rowniez cala te cobboltowska okolice. My jakos sie tutaj dostalismy-pomimo-niewidzianych przez nas-wielu znakow informacyjnych, a gospodarze Osrodka widzieli w nocy jakies swiatla w naszym kempingu,ale mysleli,iz sa to ich swiatelka oparte na sensorkach zmrokowych,wiec nie przywiazywali specjalnej uwagi do naszych lampeczek .Zapytani o cene za kemping machaja reka mowiac ,ze nic od nas nie pobiora ze wzgledu na osrodkowa zamknietosc,i zycza nam pieknego Nowego Roku zapraszajac nas do ponownych odwiedzin w kwietniu.Sama ucieczka przed taka serdecznoscia wygladalaby,jak jakis wariacki pomysl udarowego szalenca,ale ja czasami nie bardzo potrafie zrozumiec Ich sposob myslenia odnosnie takich ucieczek.Dziekuje tej przemilej Parze za serdecznosc ,pytajac sie o agatowe pola oddalone o jakies trzydziesci kilometrow od Ich Osrodka ,a polozone w kierunku naszej podrozy.Twierdza,ze powinnismy miec pozwolenie,zeby tam dotrzec,ale poniewaz nie ma zadnej mozliwosci otrzymania takiego permit'u, udajemy sie tam nielegalnie.Mijamy po drodze-w spokoju radosci wzrokowego odbioru-piekny,wielokilometrowy kawaleczek rozkwitajacego buszu i swiezutenkiej zieleni,zieleni oddajacej sie juz tej czteromiesiecznej,wodnej rozpuscie.Jest przecudnie spokojnie,spokojem nadchodzacego,i od wielu miesiecy oczekiwanego,deszczu.Docieramy do pol agatowych-w tej bezzezwoleniowej podrozy-ale nawet gdyby ktos nas zapytal o jakies pozwolenie,to bedac tam jedynymi podroznymi-niezbyt dobrze poinformowanymi o zamykalnosciach osrodkowych w porach mokrych-bylibysmy uwazani za jakas szalona nieastralijskosc,jezdzaca w deszczowce,ktora w przeciagu kilku minut moze z pustyni zrobic niezle jeziorko,polaczone z rwacymi rzeczkami.Pewnie tez machnieto by tam na nas reka,ale nikogo nie spotykamy .Jestesmy tam wobec tego nielegalnie,i te agaty,ktore zbieramy,zabierajac je ze soba,maja tez status nielegalnosci.Nie jestesmy pazerni wiec taka agatowa nielegalnosc nie parzy nas w kieszeniach,a sam zbierano/zabierany kamien jest raczej symbolem bycia w "agaciznie",niz symbolem jakiegos nielegalnego wzbogacania.Zreszta te poletka-do poszukiwania agatow-nie przedstawiaja zadnej wartosci dolarowo/agatowej,i dlatego sa udostepnione pamiatkarskiej publice.Zaspokojeni agatowoscia-i nielegalnoscia naszego zbioru-zawracamy,udajac sie w stukilkudzisieciokilometrowa droge od Undura Lava Tube. Mijamy kika malutenkich, gleboko country'owsko osiadlych miasteczek,a w Georgetown oddajemy sie kawowaniu i toaletowaniu.Pomimo bezludnosciowego miasteczka toaletki sa czyste,co jest zawsze dla mnie jakas ciekawostka,kto te toaletki -w takim bezludziu-czysci,zaopatruje w papierek i mydelko,i kto za to placi,jezeli tam jest tylko 45 domkow z 200 osbowa populacja ? Z Georgetown mamy juz prosta asfaltowke do Undary, i docieramy tam gdzies przed 14 wykupujac bileciki na dwugodzinna-nastepnodniowa-przewodnikowa ture po czesci Undary.
-
Dojezdzamy w deszczu do Undara Lava Tube,ktora bedac o stokilkadziesiat kilometrow blizej linijeczki falujacej,pacyficznej wody,jest bardziej narazona na pore opadowej obfitosci.W recepcji kupujemy bilecik kempingowy za 30 backs'ow i placimy 38 zielonych od glow,za nastepnodniowa,dwugodzinna ture po jednej z tubek undarowskiego wylewu lawowego.Wulkan,ktory nie ma nic z bozkowatosci,wylal wszystko co mial do wylania,jakies 190 tysiecy lat temu,a poniewaz zbieral sie do tego wybuchowego wylewu przez dzisieciolecia,wiec lalo sie to wszystko ladnych kilka lat,rozciagajac sie pieknie na ponad 160 kilometrow z zawilosciach plynnosci skalnej.Wulkanik jakos sie pozniej lekko opamietal,wyluzowal,przestal lawowac i oddal sie czynnosci oziebieniowej,a kiedy sie to cale lawowanie dobrze ostudzilo i skurczylo,to powstaly tam tunele niektore do 40 metrow wysokosci i 80 metrow szerokosci.W 1991 roku Undare otworzyl oficjalnie niejaki Sir David Attenborough,znany z wielu filmowych seriali o Naturze,a ostatnio z serialu pt.Frozen Planet.Okazuje sie ,ze nawet gosc z taka reputacja-i jakas szlachcicka sir'owoscia-jak Attenborough, dopuszcza sie szwindli dokumentalnych swingujac w serialu "Frozen Planet" zdjecia spiacych,malutenkich niedzwiedzi polarnych,ktore filmowano w holenderskim ZOO,jak rowniez zamrozonej stonogi,znalezionej podobno pod arktycznym kamieniem,a sfotografowanej w pudelku.David bronil tego idiotycznego przekretu tlumaczac,ze wszelkie dokumentalne historyjki podlegaja jakiejs manipulacji,ale opinia publiczna ma troszeczke inne zdanie,i chcialaby wiedziec-w zapowiedzi komentatorskiej-ze takie niedzwiedzie jest niesamowicie ciezko sfotografowac w naturze,gdyz przy takim bliskim ujeciu zdjeciowym, albo zginie kamerzysta,albo matka niedzwiedzica wykonczy i male niedzwiadki i kamerzyste,wiec lepiej-do takiej krotkiej sekfencji filmowej-srotografowac je np w ZOO,a nie krecic i oszukiwac.No, ale z ta Stonoga to juz zdrowo przesadzili.Nie dosc,ze fotografowali ja w pudelku ,wyjetm z jakiegos zamrazalnika,to jeszcze kazali publice wierzyc,ze wywracajac kamien w arktycznej zamrazalnosci,trafili na stonoge,ktora-bedac ukryta gleboko pod tym kamieniem polarnym-zamarzla w tym wdzierajacym sie wszedzie mrozie.Publika nie jest jednak tak naiwno/glupia,wykryla te szwinelki dokumentalne i oczywiscie troche sie oburzyla,gdyz pare wyjasnieniowych zdan rozwiazaloby caly problem,szczegolnie,ze David jest darzony dosyc duzym autorytetem,jako wieloletni glosiciel ochrony tego piekna Ziemskiego i Jej niezliczonej roznorodnosci zyciowej.Ciekawe ile jeszcze takich dokumencikow swingowanych nakrecono? Chyba,po tym szwindlu ze ...stonoga,przestane ogladac jakiekolwiek dokumentalne historyjki.W Undarze postawiono Mu tablice pamiatkowa upamietniajaca takie oficjalne otwarcie,a poniewaz w tamtym okresie czasu David byl juz-w krolestwie angielsko/mowiacym- rycerzykiem pasowany przez angielska krolewne,wiec Sir-jako ten juz wypasowany-stoi przed jego imieniem.Nie bardzo wiemy w czym przyczynilo sie to do atrakcyjnosci tego obszaru,gdyz te okolice znane byly juz w XIX wieku,i spora czesc z nich zbadano.Teraz jest ta tablica upamietniajaca otwarcie przez Sir'a,Australia stala sie bogatsza,ale pieniedzy rzadowych na dalsze poszukiwania,i otwarcie nowych tubek, brak.Wyslac zolnierza do Afganistanu za 1.5 mil dolarow rocznie,zeby zabijal innych-nie ma problemu,ale dostac dotacje na zbadanie i otwarcie nastepnych czesci tego unikalnego systemu,to jakies marzenie rozbicia kasyna w Las Vegas. Obozowisko nasze rozbijamy w trzydziestodolarowym obozie,gdzie-obok samochodu- mamy wode z kranu,toalety,oddalone tylko o jakies 40 metrow od naszego obozowiska,ale nieczynne ze wzgledu na remont-tak glosil napis,ale zadnego remontujacego pracownika nie widzielismy-no i palenisko drzewne,gdybysmy znalezli jakis suchy opal,i chcieli sie troche podogniskowac.Nie znalezlismy.Obozowisko samo w sobie jest dosyc duze,i oprocz obszernego obszaru kempingowego,ma do wynajecia duze namioty z kuchenkami w srodku,pionierskie domki za jedyne 157 back'sow,pociagowe pokoje z cena od 50 do 125 dolarow za pokoje rodzinne,jak rowniez zaopatrzone w elektycznosc miejsca dla van'ow.My powinnismy byc w tej najtanszej,bezpradowej, dziesieciodolarowej oplacie od osoby,jednak rozbilismy sie w miejscu z gniazdkiem na prad ,ale nikt nas nie sprawdzal.Wprawdzie nie uzywamy tego gniazdka,ale ono tam jest i przez sam ten prosty fakt jestesmy w strefie pietnastodolarowej,gdyz gniazdo zauwazylismy pozniej,po calkowitym rozstawieniu wszelkiego sprzetu spiaco/odpoczynkowego.Kiepskie oznaczenia terenu zwalamy na deszcz.Do jedynej,okolicznej toalety musimy wedrowac jakies 150 metrow,ale taka wedrowka nie jest czyms strasznym,gdyz sa tam zaprzyjaznione kangury,ktore cos tam sobie skubia w kempingowych krzakach,jakby tych krzakow brakowalo w pobliskiej okolicy.Rozkladamy daszek,pod daszkiem mamy sucho i chlodne,erykowskie piwko pieni sie domowej roboty pianka bablujacego procentu.Obserwujemy kangura,a czasami dwa,i zastanawiamy sie nad rozmowa w recepcji przeprowadzona przed zakempingowaniem.Kobietka za kontuarem-z jakims gosciem tez zakontuarowcem-proponowala nam poranna wycieczke z szamapanem za jakies.... dwiesciekilkadziesiat zielonych.Myslelismy,ze sie pomylila,biorac nas za kogos innego,ale nie ,te 237 dolarow jest skierowane do nas.Przez moment spojrzelismy sie na siebie,jakbysmy sie rzeczywisie zastanawiali czy wydac 237 na osobe za jakas ture z szampanem przy porannym ognisku,a ja w koncu zapytalem sie jakie maje te szampany do tego porannego sniadania.Odpowiedzieli nam,ze australijskie,i chyba jakies jeszcze inne,ale-zapytani czy maja rosyjskie-stwierdzili ze nie maja,a ja do nich, ze innych nie pijemy,tylko rosyjskie.A Eryk do tego recepcjonist mowi,ze raz,jak ktos sprobuje napic sie szampana rosyjskiego,to w zyciu pozniej francuskiego,czy jakiegos innego,do ust nie wezmie,wiec jezeli oni nie maja rosyjskiego,to my nawet nie myslimy o jakiejs turze z szampanem nierosyjskim.Spojrzeli sie na nas lekko zdziwieni,ale poniewaz obaj z Erykiem pilismy szampana rosyjskiego,a Goska tez dobrze zna rozne szampanskie smaki,wiec stwierdzili-po naszych smakoszowatych,poprawnych minach-prawdziwosc opinii dobroci rosyjskiej trunku,i powiedzieli nam,ze beda musieli porozmawiac z bosem,zeby tego rosyjskiego szampana ,w tych porannych sniadaniach,tez im w przyszlosci nie brakowalo,a poki co,to sa sorry,ze ich nie maja.My tez bylismy sorry,i tak skonczyla sie nasza przygoda ze sniadaniowym szampanem.Moze dla miejscowych kempingowcow sniadaniowy szampan ma jakis specjalny smak porannej przygody,ale my za ponad $700 mozemy sobie kupic tyle szampana,ze tego szampanskiego buzowania wystarczyloby nam na kilka ladnych porankow.Ostatnio w TV reklamowano sporo porannego szampanika w gondoli balonikowej wyniesionej gdzies w przestrzeni pradowego ,country'owskiego podrozowania,ale kiedy jakas szostka szampanujacych porannistow spadla-po wypiciu wysokosciowego toastu z ladnie brzmiacego krysztalu- ze stumetrowej wysokosci,i zginela na miejscu,balonowanie-nawet z szampanem-przestalo byc atrakcyjne.Pod wieczor przestalo padac wiec udalem sie w ogledziny pobliskiego buszu,gdzie natknalem sie na miejscowe,szare pszczoly w czarne-jakby osowe-odwlokowe paseczki,ktore-po pracowitym, pszczelim dzionku-nocowaly na jakichs suchych, buszowych badylach ,przyczepiajac sie do nich-jak nasza,zmeczona pszczolka do kwiatka- i oddajac sie momentalnie sennosci pszczelego snienia.Wygladalo to przepieknie,gdyz tworzyl sie,tak jakby, "otwarty ul" w badylowo/pszczelej wykonalnosci,a takich badylkowatych ulikow bylo sporo ,ktore lekko poruszone przeze mnie,buczaly formujac nowooblepieniowosc badylkowej galazki.Obserwowalem je do zmroku,i jezeli nie widzialbym ich wczesniejszego,przyczepialnego lotu,to rownie dobrze moglbym je wziac za galazke buszowej roslinkowosci.Ciekawy kemping; bezbojazliwe kangury,pszczoly oddajace sie nocnej,galazkowej oblepialnosci,jedna toal
-
Po przepieknej,cichutenkiej nocy,mkne raniutenko do jedynej toalety,zeby zakolejkowac sie do prysznica,gdyz sa tylko dwa na okolo 45/50 turystow.Eryk tez jest prawie gotowy do WC-owej podrozy,ale nie czekam na Niego.Mijam otwarty basen,do ktorego moglbym wskoczyc i oddac sie kempingowemu bombelkowaniu ,wylatujacym z dziureczkowego SPA,ale rezygnuje.O dziwo,w toalecie jest tylko jeden golacy sie gosc,strojacy przed lustrem poranne miny przy napinaniu goleniowej skory twarzowej.Najpierw sie prysznicuje,a pozniej golonko,sniadanko i-zanim pomkniemy na przewodnikowa ture-wedrujemy z Erykiem w ten przewspanialy busz,ktory,widziany z gorujacej gorki,rozciaga sie az po horyzont.Buszowa nieskonczalnosc jest zdominowana wspaniala cisza rzadzacej Natury.Najwiekszym,oficjalnym zwierzatkiem-w tym ogromie gorzysto/pieknej zieleni-jest kangur,ktorego meskie,rude osobniki osiagaja dobre 2 metry wzrostu.Taki kangur,podczas walk godowych-lub w zagrozeniu,ma kopniecie lepsze od wszelkich kung fu'gowcow.Obalic male drzewko czy huknac przeciwnika w klatke,pozbawiajac go oddechu-lub wysylajac w zaswiaty-to jakies naturalne,kangurze leberko.Ogonik,ktory,widziany z boku, czasami wyglada przekomicznie, utrzymuje go we wspanialym balansie walkowo/odwrotowym.Widzielismy je z Erykiem skaczace po skalach w takich niesamowitych ewolucjach,ze wygladaly tak jak naturalno/australijska,wojownicza wersja chinskiej produkcji martial art'u.Cudo,ale trzeba je tylko lekko przestraszyc naglym pojawieniem sie;chociaz,czasami wyglada na to,ze one jakby czekaly na to,zeby byc przestraszone.Skoki takiego kangura pod gore-w przenajdziwniejszych ufaldowaniach terenu-sa zawsze niesamowicie wdzieczna lekkoscia skokowa,ktorej nie da sie porownac do naszej lekkosci podgorskiej wspinaczki w zaden sposob,poniewaz pod gore nie skaczemy,a nawet jak biegniemy,to to nie jest juz taki naturalny bieg,jak po plaskim terenie.Nie jestesmy stworzeni do biegow-nie mowiac o skokach-pod gore.Jest przepieknie.Mamy kilka godzin na buszowanie,gdyz Goske zostawilismy w obozie: po pierwsze,iz stwierdzila porannym badaniem nadmiar cukru we krwi,a taki nadmierny wykaz cukrowy troche Ja "oslabia", i musi sie uspokoic wyrownujac poziomik winkowatoscia shirazowa-a po drugie,to z Erykiem wedrujemy w buszu o wiele szybciej niz z Nia,i mamy-moze-mozliwosc spotkania yowie'go,ktorego Goska spotkac nie chce.Jestesmy kilkaset kilometrow-w linii prostej-od pacyficznej brzegowosci ,i to oddalenie,polaczone z dzikoscia terenu,tworzy wpaniale warunki do takiego spotkania.Nie wiemy tylko czy yowie tez chcialby sie z nami spotkac,ale liczymy na Jego intuicyjnosc,czyli odczyt naszych dobrych,spotkaniowych intencji.Wedrowka w takim terenie jest czyms tak przecudnym,ze pofaldowanie terenowe,z gorkami i opadajacymi dolinkami jest wysilkowa przyjemnoscia,neutralizujaca jakiekolwiek zmeczenie wspaniala harmonijnoscia zyjacej Ziemi.Przeszlismy jakies 6/7 km i dotarlismy do ogromnego kamienia,zbalansowanego- na stalej skale-przez dwa malutenkie,skalne "wsporniczki".Taki bambul wazy kilkanascie ton,ale Natura jakos to wszystko sama potrafi tak pieknie ustawic,ze nie trzeba tutaj ani nic dodawac,ani nic poprawiac.Cala okolica emanuje jakas energia ciszy ziemskiej wiecznosci,iz siadamy sobie tak na moment,zeby poprzezywac kapeczke tej wiecznosci.Yowie ma chyba inne plany,jezeli oczywisci jeszcze jest w tej okolicy,gdyz nie zauwazylismy zadnych malych,lub wiekszych owlosionych,buszowych osobnikow.Szkoda,ale dzikosc,oddalenie i czesto niedostepny teren,kryja w tym wspanialym Kraju tyle nieodkrytych niespodzianek,ze nic dziwnego,iz ludzie spotykaja w tej przestrzeni jaszczurki gigantycznej wielkosci,dinozaury,pantery,jak rowniez male i wieksze osobnikowosci yowie'go.Wracamy,ale jest to taka sama wspaniala podroz,tylko w odwrotna strone.W oddali jest kopiec wygaslego wulkanu,ktorgo erupcja spowodowala najdluzsza na swiecie droge lawowej wedrowki.W kierunku polnocnym ciagnie sie to przez 90 km,a w polnocno/zachodnim przez 160 km,a poniewaz Undara Volcanic National Park jest ulokowany na wysokosci 762 metrow,wiec ta lawuniu miala troszeczke spadku,zeby sie roz....ciagnac.Specjalisci ocenili,ze wylalo sie tam okolo 23 kilometrow szesciennych lawy,co przy wysokosci 8.8km Mount Everest,czyniloby ten wylewik niesamowicie gigantyczna gora.W powrotnej podrozy towarzysza nam przepiekne papugi,a w pewnym momencie natknelismy sie na ponad setke,czerwono/ogoniastych,czarnych kakatu.Nigdy do tej pory nie widzialem ich w takiej ilosci,a i sam widok takiego licznego stada tych duzych ptakow jest niesamowita ciekawoscia.W Poludniowej Australii stada ciut mniejszych,czarnych kakatu,osiagaja liczbe 1000 papug,zywiacych sie przewaznie w pasach przenicy,ale te tutejsze zyja w zgodzie z natura,sa wieksze i-chyba-zdrowsze.Zreszta gatunkowosc,i kolorowosc tutejszych papug jest tak niesamowita,ze to co przylatuje do obozu,i przelatuje w buszu,trzeba sprawdzac w atlasiku ptasim,zeby miec jakies rozeznanie w nazewnictwie.Kolo 11.30 jestesmy z powrotem w kempingu,ktory likwidujemy blyskawicznie i jedziemy do recepcji na wykupiona ture.Undara,jako osrodek,jest nastawiona na ekologie.Wlasne zbiorniki wodne na ponad 300 tys litrow,odpowiednia spadzistosc dachow do kolekcjonowania wody,ekologiczne oczyszczanie wody i setki drzew zasadzonych wsrod kempingowych poletek,daja temu duzemu osrodkowi wyglad kompletnej naturalnosci. Na przewodnikowa ture jest nas jakies 12 osob plus 4 dzieci. Dwoje Amerykanow,z dwojka dzieci,fotografuje wszystko.Moje fotografie nie wychodza przy takiej minimalnej ilosci swiatala w tych roznych tubikach,ale moze oni maja jakis aparat nowszej generacji,ktory rozswietla te ciemnosci jasnoscia halogenowego wspomagania,dajac im mozliwosc ladnych,fotograficznych ujec???Idziemy sobie najpierw w jeden kawalek lawowej wedrowki,pozniej wracamy do punktu wyjscia,i udajemy sie w odwrotnym kierunku ,a w pewnym momencie musimy nawet zdejmowac buty i wedrowac po pomoscie trzymajac sie prawej strony,gdyz czesc pomostu jest juz zalana przez leciutenkie opady pory mokrej,a druga-lewa czesc jest okupana nietoperzowa guanoscia, i przewodnik nie zalecia spacerku po tym skupanym terenie, chociaz czysciutenka woda pozwalalaby nieostroznym pomostowiczom obmyc ufajdane stopy.Troche smierdzi,gdyz tych nietoperzy jest tam tysiace,ale sa tylko w tym jednym miejscu pomostowej nieczystosci.W tych tubach sa takze rozne pytonkowate weze podjadajace te nietoperzyki,jak rowniez ladne,brazowe weze drzewne,ktore tez sie zakradaja do tych nietoperzy w celach konsumpcyjnych.Moze taki nietoperzyk ,to jakis miejscowy przysmak,gdyz i miejscowi Aborygeni tez robia sobie wycieczki po troszeczke tego latajacego mieska?Cholera zreszta wie,gdyz z aborygenskim smakiem nie bardzo mozna konkurowac.Oni moga rozne,nawet miesne rzeczy,jesc "surowe",co nie jest jakas nasza,daniowa normalnoscia-z wyjatkiem moze tatara,a obecnie i sushi.W kazdym razie miejscowi Aborygeni maja "licencje" na odlowy nietoperzowe.Konczymy te dwugodzinna,dosyc ciekawa ture, i w recepcji sprzedajacej roznosci pamiatkarsko/jedzeniowo/alkoholowe,raczymy sie powojnym-nawet dobrym-lodem Magnum.Wracamy do Cairns, i jeszcze przez kilkadziesiat kilometrow mamy w miare ladna i ciepla pogode,ale pozniej wszystko sie zmienia i na Tableland ochladza sie tak niesamowicie,iz nakladamy kurtki,a i dlugie spodnie tez bylyby mile widziane.Chcemy dotrzec do Atherton,malutkiego miasteczka, w ktorym jest podobno sklep o zaopatrzeniu iscie wielkoswiatowym,a pozniej zamierzamy wyruszyc w droge do Cairns,droge z ponad 200 zakretami.Zobaczymy.
-
Wracamy do Cairns przez Atherton,a poniewaz zawsze jest cos ciekawego do obgadania w takiej koncowce wiec rozmawiamy troszeczke o gosciu z naszej ostatniej tury,ktory opowiadal nam o elektrycznych motorach produkowanych przez kilku mlodych gosci w Kwinslandii.Jezdzil tymi motorami gdzies po buszu,i mowil,ze sa fantastycznie cichutenkie i mozna nimi podrozowac w lesie az przez.... dwie godziny nie ploszac zwierzyny.Kiedy powiedzielismy Mu,iz juz na poczatku XX wieku Tesla jezdzil elektrycznymi samochodami po Nowym Yorku, a pozniej odkryl tzw "promienie kosmiczne" i jakos podlaczyl to kosmiczne,promienne cudo do auta i poruszal sie bezszmerowo,bezpaliwowo i bezsmrodowo,to nie chcial nam uwierzyc.Podobno Obama poprosil amerykanskich producentow motoryzacyjnych,zeby do roku 2015 bylo w Stanach milion pojazdow elektrycznych-juz w przeszlosci bylo ich kilkadziesiat tysiecy,ale wszystkie zostaly wycofane z rynku z... "braku czesci zamiennych"-wiec i Australia dolaczyla sie tez do tej prosby-bo jakzeby nie,kiedy my zawsze dolaczamy sie do wszystkich prosb amerykanskich-i teraz produkujemy cos elektrycznego na mala,buszowo/wycieczkowa skale.Okazuje sie,ze jezeli ktos zmieni fakty historyczne i przekona publike do "nowych" faktow zaistnialej historii,to nikt po latach takich faktowych machlojek nie bedzie miec zielonego pojecia o innosci tych historycznych przekazow.A przeciez taki gosc jak Tom Brown juz jakies 60 lat temu opatentowal kilka silnikow odrzutowych o napedzie jonowym,silnikow nie wymagajacych zadnego paliwa,robil doswiadczenia z bateriami skalnymi-Lintz Basalts-ktore krojone w plastry i umieszczane w odpowiednich pojemnikach produkowalyby niewyczerpalna energie.Robil tez doswiadczenia z wysokimi napieciami,w ktorych znikaly przedmioty fizyczne i wiel innych ciekawych rzeczy-lacznie z antygrawitacja i spodkowa ufo'woscia-o ktorych sie normalnie nie slyszy.A taki gosc jak George Pigott juz w 1920 roku budowal i eksperymentowal z maszynami o wysokim potencjale elektrostatycznym,w ktorych to energiach obserwowal elektrograwitacyjne efekty,albo taki Wegier,Stefan Pribil,ktory w 1936 roku demonstrowal swoj "niewidzialny system" operujacy na falach radiowych i powodujacy znikanie przedmiotow lub czynienie ich przezroczystymi.Nikt nie wie,co dokladnie stalo sie z ta technologia,jak rowniez nikt nie wie dokladnie,co sie stalo z "Tuba Rife'a" leczaca wszelkie rodzaje raka juz pod koniec 1939 roku,nie mowiac o Jego fantastycznym mikroskopie opartym na 22 szlifowanych krysztalach,a dajacym powiekszenie okolo 300.000 razy,i umozliwiajacym podgladanie najmniejszych wirusikow w ich zywej formie.T.Henry Moray tez eksperymentowal z mineralami-Adamsite- do baterii,jak rowniez Arthur L. Adams prowadzil wielce obiecujace doswiadczenia z odkrytym przez siebie srebrno/szarym,elektro/radialnym mineralem z Walii juz w latach 1950.Takich ciekawostek odkrywczo/naukowych-pod koniec XIX i na poczatku XX wieku-bylo dziesiatki,i wiekszosc z nich zostala przejeta przez system wojskowy,powodujac opoznienie w naszym rozwoju technologicznym o jakies 100 lat. Benzynke spalamy dalej jak szalency, a teraz jeszcze sprejuje sie spoleczenstwa na wszystkich kontynentach tzw. "chemtrails",i do tej pory nikt oficjalnie-z zadnej panstwowosci- nie zaprotestowal przeciwko temu kompletnemu idiotyzmowi,jakby tych wydajacych rozkazy takiego sprejowania,to sprejowanie w ogole nie dotykalo i nie dotyczylo,a przeciez w tamtym roku -na Ukrainie-ponad 1 milion osob mialo jakies zdrowotne powiklania po nieustajacych,samolotowych chemtrails.Oczywiscie wladze nic nie wiedza i nic nie widza, ale to przeciez jest normalne,gdyz takie widzenie/wiedzenie wymagaloby jakiejs akcji,a w przedsiewzieciu jakiejkolwiek akcji dochodzeniowej,wladza jest niechetna.Sydney -i wieksze miasta w Australii-tez sa dotkniete ta plaga "pokratkowanego" nieba i wolno/opadajacej bialej chmury jakiejs Mycoplasmy. Pathogenic Mycoplasma zostala opatentowana w American Registry of Pathology w 1994 roku,jako nanoczasteczka do "isolation & cloning" o zdolnosciach powodowania zapalenia pluc,wszelkiego rodzaju problemach oddechowych,symptomow AIDS'a,tocznia i wielu innych chorob,a 6 lat pozniej zostala wykryta we wszystkich szpitalach w USA-i teraz,podobno,leci to na nas z chemtrail,powodujac dziwnosci chorobowe raczej nieznane przedtem na taka skale.W Australii ten nowy rodzaj dolegliwosci nazwany jest "chroba drog oddechowych podobna do grypy".Gosh! alesmy gosciowi nagadali.Chyba nam nie uwierzyl,ale to Jego sprawa.W tamtym roku,w USA,rozbil sie taki sprejujacy samolocik,i dosyc ciekawe zdjecia byly zamieszczone w magazynie "Uncensored",jak rowniez i na YouTube.Dojezdzamy do Atherton w taka zimnice deszczowa,jakby to byl poczatek polskiej wiosny ,a nie tropikalne,kwinslandzkie lato.Sklep jest rzeczywiscie pieknie zaopatrzony i mozemy tu kupic rozne polskie kapustki kiszone,majonezik,chrzanik,ciasteczka i ogoreczki,a w sekcji zdrowotnej maja nawet daktylowy dzem,ktorego ja nie widzialem w Sydney od lat. Eryk oplacil miejscowego,marketowego gitarzyste,i ten gra troche glosniej rozne spiewne kawalki,i gra z dosyc dobra slyszalnosci w calym supersamie.Hmmm....sami dobrze widzimy widzimy ,co kilka dolarow robi z nagosnieniowka gitarowa.Wychodzac-z calego tego kompleksu sklepowego-dajemy Mu jeszcze paczke ciastek na te zimno/deszczowa oslode,co chyba nie zdarza sie tam zbyt czesto,poniewaz muzyk patrzy sie na nas troche zaskoczony ta pieniezno/ciastkowa oplata.Wracamy do Cairns przez Yungaburre i Gordon Vale i droga ma rzeczywiscie ponad 200 zakretow ktore zajmuja troche czasu,zeby je pokonac, przy takiej niesamowitej deszczowiznie.Na dole,w Gordon Vale, jest przecieplutenko,ale leje niesamowicie,i te kilkadziesiat kilometrow do Cairns jedziemy powolutenku.Pod domem jakos sie uspokoilo i mozemy rozpakowac sie na sucho.Jutro idziemy na przyjecie do Ryska,ktory podczas naszej nieobecnosci scial palme i wytrzezwial. Rikardo pracowal troche w dentystyce,jako technik dentystyczny,ale niskosc oplat za wykonane sprawy dentystyczne,duza korupcja-musial zaplacic 10 tys zlotych,zeby wejsc z powrotem do zawodu-i brak zawodowych perspektyw,zmusily Go do szukania innej pracy,co w sumie spowodowalo Jego przyjazd do Australii,gdyz bezrobocie-a obecnie emerytura,ktora dostaje-jest tutaj wieksza niz cale Jego apanaze w serwisie ochroniarza -i calej tej dentystyce polaczonej nawet z jakimis wykladami dla studentow we wroclawskiej szkole dla technikow dentystycznych.Nie wiem jak to jest z tym "szewcem bez butow",ale Rikardo nie ma wielu przednich zebow-zrobi je sobie tutaj-i wobec tego przez swoje mamrotanie dostaje ksywke "mamrot",gdyz rzeczywiscie troche mamrocze starajac sie przekazac nam jakies wiadomosci,a szczegolnie bedac po paru lekkich piwkach miejscowej produkcji. Zamierza sciagna tutaj zone,ktora musi wszelkie sprawy emigracyjne zalatwiac przez...Berlin,a ilosc folmularzy do wypelnienia zaokragla sie cyfra 35.Wpadniesz tutaj nielegalnie,na lodce lub samolocikiem,to masz natychmiast wszelkie sprawy zalatwione bezgotowkowo-no bo skad masz miec jakas kase,kiedy musiales wydac wszystko na lodke lub maly kuterek,ale kiedy masz obywatelstwo australijskie i chcesz sprowadzic legalnie legalna zone,to podobno zadaja od sprowadzajacego... 1536 euro do zaplacenia w... Berlinie.Nigdy nie przyszloby mi do glowy,ze sprowadzenie zony wiaze sie tutaj z takimi kosztami,ale tak podobno jest,a wszystko polega na tym,zeby utrudnic ci takie sprowadzenie,i przez takie utrudnienie tworzy sie zamierzona animozje do tych z latwiejszym dostepem do wszelkich spraw socjalnych.Oczywiscie,zeby nie bylo jakichs burd etnicznych,to ustanawia sie prawo antydyskryminacyjne,a jak wyrazisz swoje slowne niezadowolenie,to mozesz byc pociagniety do odpowiedzialnosci prawnej i pozbawialnosci gotowkowej.Ciekawe to wszystko,ale nie ma sie czym przejmowac,gdyz takiego metliku rodzinnego jest tu bez liku,wiec Rikardo nie jest jakims wyjatkiem.Chmielimy sie miejscowym piwkiem
-
Chmielimy sie miejscowym piwkiem tasmanskiej,dobrej produkcji,zakaszjac to wszystko roznosciami noworocznej przygotowalnosci.Cieszymy sie momentem,gdyz jutro moga nas podtruc jakims nowym wynalazkiem Chemtrails o zakamuflowanej nazwie pogodowej/poprawialnosci.W powrotnej drodze nie moge wziac wiecej niz 7 kilo jakiegokolwiek bagazu,gdyz taki bilet zalatwil mi Eryk-tlumaczyl sie,ze innego nie bylo-a gdybym jednak chcial wziac jakis wiekszy bagazyk ze soba,to pobieraja $15 od kazdego ekstra kilograma.Czesc swojego bagazu wysylam-wobec tego-ekspresowa poczta,ktora jest kilka ladnych razy tansza niz te oplaty lotnicze,i tak lekko,siedmiokilowo,wchodze w ten ciekawy rok 2012,ktory moze przeniesc wieksza czesc z nas w inno/wymiarowosc nowej przezywalnosci
-
Umykamy od tej mokrej pieknosci "deszczowego lasu",pieknosci jakzez bogatej we wszelka floro/faunowatosc,ktora w tym przebogatym swiecie atakuje wszystko,co mozna podjesc,lub przynajmniej sprobowac wrzucic na zab.Nie tak dawno duzo mowilo sie o wspolnej swiadomosci zywotnych gatunkow w przekazywaniu na odleglosc przezytych doswiadczen tej samej grupie swiadomosciowej,grupie nie dotknietej jeszcze w jakis sposob takimi doswiadczeniami ,a zyjacej w innych okolicach lecz bedacej o takiej samej,zyciowej gatunkowosci.Klasycznym przykladem tego jest tzw.The Hundred Monkey Syndrom,gdzie malpki z japonskiej wysepki Koshima,przekazaly swiadomosciowo innym malpkom-na tej samej wyspie,jak rowniez na innych wysepkach-sposob na jedzenie brudnych,slodkich ziemniakow,przez mycie ich w strumyczkowej wodzie.Gzy,komarki,pijawki i inne tropikalne podjadacze nie wyciagaly-lub moze bardziej poprawnie-nie przekazywaly chyba nic swoim bliskim i dalszym pobratymcom ze swoich potyczkowych doswiadczen z czlowiekiem,gdyz nie wiem ile bysmy ich nie uszkodzili-nie zabili,ale uszkodzili-to i tak ataki roznosci faunowej trwaly dalej,jakby "spizarnosc"czlowiecza miala dla tych atakujacych wieksze znaczenie od ich zaglady.Nogi,a szczegolnie ich dolne partie,mielismy swedzaco popodgryzane,ale,tak sobie myslelismy,ze moze to glod czyni ten caly tropikalny tlumek nieczuly na roznego rodzaju "kalectwa" zwiazane z chwilowym,bardzo ulotnym,glodowym zaspokojeniem.Jedziemy asfaltowka w strone Forty Mile Scrub National Park-jakies 270/280km od Cairns-gdzie "deszczowy las" otoczony jest eukaliptusami i innymi,lisciastymi drzewkami,a wszystko to ozywa blyskawicznie w porze mokrej.Park wita nas pieknym okazem "drzewka butelkowego", mloda,jasniutenka zielonoscia roslinnosci wchodzacej w nowosc zyciowa po niedawno spadlych deszczach, i krzykiem roznorodnosci ptasiej.Wypijamy po kubku kawki,zakaszajac ten wczesniej przygotowany plyn niemieckim pierniczkiem bozonarodzeniowej produkcji,i wyruszamy w dalsza droge do Cobbolt Gorge.Mijamy Mt Surprise,ktory odwiedzilismy w tamtym roku,i skrecamy na szutrowe drogi przeuroczego,mokro/porowo/buszowego rozkwitania.Mamy jakies 200 km do pokonania,ale ta droga jest tak niesamowicie/urozmaiceniowo piekna,ze czlowiek zapomina o wszystkim,radujac sie ta naturalna cudownoscia.Mijamy setki kangurow,ktore operuja wszedzie w tej wspanialej dziewiczosci i wyskakuja prosciutenko pod kola samochodu z buszu,zza skal i z przydroznych krzaczkow,a jeden z nich byl nawet schowany za pacholkiem drogowym,i nie uciekal nigdzie,starajac wcielic sie w te przydrozna pacholkowatosc.Na calej tej 200 kilometrowej drodze nie spotkalismy zadnego samochodu wiec cisza,kiedy wyskakiwalismy czasami do "buszowej toalety",byla tak niesamowita,iz te wszelkie miastowe,gurowatosci medytacyjne odnoszace sie do "wyciszenia",definitywnie odnosza sie do australijskiego buszu.Nigdzie, ale to nigdzie w miescie nie doswiadczy sie takiej ciszy,i takie miastowe wyciszenie sie-polecane przez guru tego lub tamtego-bez wczesniejszego,wyciszeniowego doswiadczenia,nie moze zaistniec w miastowosci pozbawionej takiego przezycia-tak przynajmniej sobie mysle-chyba,ze przeniesiemy sie mentalnie do matczynego lona,ale to wcale nie jest takie latwe.Gosh,jakimi my musimy byc szczesliwcami mogac doswiadczyc czegos takiego na taka duza skale dwustukilometrowego,jednosamochodowego podrozowania????Czasami mijamy wolno/wedrujace krowy,pasace sie w tym niezbadanym buszu,ktore patrza sie na nas tym wszystko/wiedzacym,lub majacym wszystko w dupie,wzrokiem.One nigdy nie wybiegaly pod auto wiec moze te samochodowo/poturbowane przekazaly tym jescze niepoturbowanym swoje doswiadczenia z takich kolizji,i te zdrowe cenily swoje zdrowie wiedzac dobrze o nietrafnosci takich spotkan.Ale taki czesty,podsamochodowy kangur,zabity lub poturbowany,powinien juz dawno wiedziec o tych zdrowotnych,samochodowo/kolizyjnych komplikacjach,i przekazac pobratymcom te swoje doswiadczenia o glupocie samobojczosci drogowej przeskakiwalnosci,unikajac-jak mysliwych-juz dziesiatki lat temu ,tych smierdzaco/ryczacych pojazdow,nieprawdaz? One jednak dalej ryzykuja wszystko,zeby przeskoczyc przed pedzacym z duza szybkoscia samochodem kawaleczek niewaznej odleglosci,przeskoczyc wlasnie w tym najmniej odpowiednim czasie przeskakiwania,to moze z ta kangurza swiadomoscia jeszcze nie jest wszystko tak w 100% ok???Chociaz-musze uczciwie przyznac-z przeczytanych przeze mnie informacji wynika,ze kangury,poproszone mentalnie o zjadanie tylko jakiegos procentu laki,laki stanowiacej rowniez pozywienie dla innych zwierzat,dostosowywuja sie do tej mentalnie proszonej procentowosci,zostawiajac reszte lakowosci dla innych. Im bardziej oddalamy sie od linii brzegowej morskiego falowania,tym mniej deszczu na nas spada,a w pewnym momencie uklad chmurnej szarosci zmienia sie nagle na pieknosc zachmurna slonecznego ujawnienia,i czujemy sie jak w Rajskiej Wspanialosci,w odleglej, przedadamowej erze.GPS,ktory Eryk uruchomil jeszcze w Cairns,informuje nas ,ze mamy skrecic tam,gdzie nie ma nawet najmniejszego sladu zwierzecej sciezynkii,ale Eryk upiera sie ,ze ten drogi GPS powinien jednak w tym buszu dzialac,gdyz,myslac logicznie,im drozszy jest taki sprzecik,tym lepiej powinien odbierac w innosciach drogowych podrozy.Nic z tego.Ten Jego jest tak bledny,jakby byl kompletnie z innej epoki,a przeciez ten GPS ma-podobno-Boze Wszechmogacy!!! mapki na caly swiat.Och! Ty Silo Wysokosciowa!!! uchron nas przed taka drogowskazywalnoscia.Czasami glos gi/pi/esowego goscia milknie,gdyz on sam-zakodowany kodowalnoscia satelitarnych obserwatorow -nie wie w ogole gdzie jest,wiec o czym niby mialby nas innformowac,kiedy sam nie jest o niczym poinformowany.Od czasu do czasu Eryk mowi cos do tego GPS'u z pretensja w glosie-mowi tak,jakby ten gi/pi/esik Go slyszal,ale efekt odpowiadalnosci jest zerowy.Sila rzeczy jedziemy tam,gdzie nas prowadzi ta droga,poniewaz innej drogi nie ma wiec tym samym i my innej mozliwosci jazdy tez nie mamy,ale chcielismy zobaczyc czy moglibysmy zgubic sie w buszu bez satelitarnej namierzalnosci.Moglibysmy,i to bez specjalnego problemu, bo i po coz komus sledzic satelitarnie troje Polakow w country,kiedy w miastach roi sie od tej lachudrowatosci szpiegowsko/dywersyjnej,nie mowiac oczywiscie o jakichs organizacjach o religijno/pedofilskich sklonnosciach,czyhajacych tylko na zagarniecie wladzy bankowo/swieckiej,i uwiezieniu nas wszystkich z chip'kiem pod ramienno/krokowa skora.Niesamowite piekno tej ogromnej Natury,odzywajacej we wczesnych opadach pory mokrej,czyni ten caly system swiatowego,ekonomiczo/politycznego balaganu, jakims zapomnianym bzdetem zupelnej niepotrzebnosci.Kto w buszu-lub w pieknie Natury-przejmuje sie jakims problemem bezmetrykowskiego Obamy (podobno metryczke ma sfalszowana),czy smiercia koreanskiego przywodcy???Tam nie sprejuje sie nikogo Chemtrails.Chemtrails sa dla gosci miastowych,gdyz sprejowaniem minimalnoscia buszowego zycia nikt nie jest -jeszcze-specjalnie zainteresowany.Takie rzeczy nie maja tam zupelnie miejsca,jak rowniez nie maja tam miejsca wszelkie wyszukane technologie wolnosciowej pozbawialnosci,gdyz jedyna rzecza do szczescia-jakiej w tamtych okolicach potrzeba-jest bycie tam,i przezywanie tego,czego Wszyscy Miastowcy calego swiata szukaja-lacznie z tymi wielopanstwowymi/manipulatorkami-a mianowicie czlowieczej odradzalnosci w ciszy Natury,i Jej energetycznej-pozbawionej osadzalnosci-neutralnosci oddzialywania na wszystko,neutralnosci,ktorej nikt nigdzie indziej nie doswiadczy w taki lub podobny sposob.Do Cobbolt Gorge docieramy o zmierzchu,i jestesmy kompletnie zdziwieni,ze tam nikogo nie ma."Witaja" nas tylko- zupelnie bezszczekowo-jakies bezmerdajaco/ogonowe, szwedajace sie dwa psy,kiedy przejezdzamy przez centrum cobbolt'owskiej osrodkowosci,a poza tym cisza.Jestesmy kompletnie zaskoczeni,poniewaz tam zawsze powinien ktos byc,ale w tej zanikajaco/ jasnej ciemnosci nie mamy czasu na glebokosc zastanowienia.Rozbij