Korespondencja z Australii

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • W poniedzialek wyruszamy z Cairns do Ravenshoe.W niedziele
    robilismy ostatnie zakupy zwiazane z zaprowiantowaniem naszej ekipy-
    lub raczej, robilem je ja.Gospodarze
    upieraja sie przy jedzeniu amerykanskich puszek SPAM'u,ktorych ja
    nie mam zamiaru jesc.Goska twierdzi,iz Ona nie wierzy w te
    zdrowa zywnosc, ale zapytana czemu kupuje jajka tylko u
    jednej,rekomendowanej Niemki,unika ryb
    wietnamsko/tajlandzkich karmionych,w klatkach
    rzecznych,genetycznie zmodyfikowana kukurydza, jak
    rowniez i wybielanego czosnku chinskiego,
    milczy.Przywiozlem z Sydney 1.5kg sledzi
    marynowano/wedzonych,ale odmowilem przywiezienia kielbasy
    tlumaczac Im, iz przemysl miesny w Australii uzywa
    rocznie wiecej antybiotykow i steroidow niz cala jej ludnosc,ale
    widze ,ze mi nie wierza.Ich sprawa.W kolejce supersamowej
    gosc przede mna ma w nosie mala, srebrna podkowe.
    Wyglada podobnie do usmarkanego dziecka,a jest po
    trzydzestce.Zastanawiam sie,jak ja bym wygladal z taka
    podkowa w nosie,ale jakos nie czuje potrzeby dziurawienia
    sobie nosa,nawet dla najpiekniejszej,
    srebrnej podkowy.Jedziemy przez przepiekny las
    tropikalny, gdzie wilgoc chmurna miesza sie z wilgocia lesna tworzac
    przewonne zapachy lesne przeplatane wilgotnoscia
    ziemna.Wspinamy sie pod gore kilkadziesiat kilometrow
    lagodnie pochyla droga.Jest chlodno,a zapachy dzungli
    przypominaja mi polskie lasy po deszczu.Odwiedzamy kilka
    mniejszych i wiekszych okolicznych wodospadow, i
    przemykamy sie w poblizu miejsca odwiedzanego przez
    UFO.Kilka miejscowych rodzin zmienilo miejsce
    zamieszkania ze wzgledu na zbyt czeste, nocne wizyty gosci z innego
    wymiaru.Dzieci byly szczegolnie podatne na te
    nocno/komunikacyjne sesje z kosmitami,a rodziny, nie
    wiedzac co zrobic, i obawiajac sie czegos strasznego,zmienily
    miejsce zamieszkania.Nocujemy na bezplatnym, duzym i
    ladnym kempingu z dostepem do malego,cieplego strumienia.W nocy na
    ten kemping
    przyjezdzaja jacys mlodzi goscie, i w lekkim deszczyu,2
    mlodziencow i dziewczyna graja, gdzies z godzine, w pilke
    nozna.Rano ,skoro swit ,tez grali.Jacys niesamowici
    fudbolowcy.Poranna kapiel w cieplym strumieniu
    przepieknie odswierza i czysci.Stoje po kolana w cieplej,
    strumiennej
    wodzie,a male rybki probuja swoich depilacyjnych
    zdolnosci praktykujac na moich lydkach.Ciekawe,iz traktuja mnie
    raczej jako kogos do oskubania niz potencjalnego wroga.Na
    kempingu musimy czekac do poludnia,suszac mokre namioty,ktore kolo
    11-tej ladnie podeschly w przefiltrowanyn slonku i
    wietrze.Wyruszamy do Mt Surprise,miejsca czarnej
    papugi,topazow i roznorodnosci zlotonosnej ziemi.Po
    drodze przemykamy przez Innot Hot Springs,malutenka miejscowosc
    slawna z goracych zrodel.Woda ma w tamtych
    okolicach temerature pomiedzy 80 a 90 stopni C , i
    jak sie wskoczy w zle miejsce to mozna sie ugotowac.
    Czerwonoskorzy musieli miec duzy kontak z goracymi
    zrodlami. W pierwszej polowie XX wieku butelkowano te wode i
    wysylano do Europy ze wzgledu na jej wartosci lecznicze. Teraz juz
    sie tego nie robi.Moze ona nie jest juz taka zdrowa ? Mt
    Surprise wita nas rogatkowa, blaszana papuga pomalowana na
    czarno,zebysmy jej czasem nie pomylili z jakas inna.Po
    300 metrach widzimy taka sama papuge tylko po drugiej stronie
    ulicy.Skrecamy z bitej drogi udajac sie do okolic
    slawnych z topazow.Zatrzymujemy sie na jedynym,platnym kempingu z
    ciepla woda,toaletami i niesamowita roznorodnoscia
    ptasia. O'Brien's Creek z malymi rozlewiskami przyciaga okolo
    120 rodzajow roznych ptakow.Krzyk jest tak niesamowity,jakby
    te ptaki toczyly wieczna wojne ptasiego przekrzykiwania.
    Zostajemy tam kilka dni.

    Buzia Zbyszek
    • 19.07.09, 17:42 Odpowiedz
      [b] Kemping nad O'Brien Creek jest obszerny i nikt
      nikomu nie wchodzi w parade rozstawiajac nawet kilka
      namiotow, i samochodowe obozowisko.Oprocz topazowo-cynowych
      pol skalnych , okolica obfituje w dingo, ptaki i dzikie
      swinie.Wlascicielka kempingu,przyjmujac od nas oplate za
      noclegi , pokazala nam swoje 2 gigantyczne psy, uzywane
      do polowan na okolicznego dzika.Psy przygladaly nam sie
      ciekawie, poniewaz bylismy z suka, a szczek ich mial glos
      barytonu podszytego moca miesni. Ratlerek definitywnie
      szczeka inaczej.Gospodyni powiedziala nam ,iz ostatnio dwa
      psy,podobne do tych Jej seterow irlandzkich,zostaly ,w
      polowaniu na dzika, rozerwane na strzepy.Psom naklada sie
      specjalna "zbroje" skorzana majaca chronic je
      przed szarzujaca swinka,ale ta, ktora poszatkowala te dwa
      psy, musiala byc niesamowicie dzika.Nastepnego dnia rano
      wybralem sie na obchod okolicy.Eryk z Goska zostali w
      obozowisku,gdyz namiotu na dachu Ich auta ,raz
      rozstawionego do spania, nie zwija sie nastepnego
      ranka,zeby gdzies pojechac, poniewaz trzeba by zwinac cale
      obozowisko. Wedrowac gdzies bez auta Im sie nie chcialo wiec
      zostali pod drzewem. Cieplo i pieknie.Po kilkuset
      metrach przekraczam niezbyt gleboka rzeke, ktora wije sie
      naturalna wstega gorskiego wicia. Rzeka,jak mi powiedzial
      gospodarz jedynego a'la sklepiku mijanego po
      drodze, moze podniesc sie w porze deszczowej o 18-20
      metrow i zagrozic sklepikowemu bezpieczenstwu.Rzeczywiscie,
      ciezko wyobrazic sobie, iz ten strumien, widziany z gory
      gospodarskiego sklepiku, a polozony dobre 25 metrow w
      dole,byl ostatniego roku blisko fundamentow
      gospodarskich.Odwiedzam okoliczny billabong z ptakami ,
      jakas roslinnoscia i jedna lilia
      wodna.Goraco.Jeden kopacz kopie jeszcze w tamtych
      okolicach ,oprocz topazow, cyne. Cyna jest ciezka i
      przypomina swoim wygladem srut do dubeltowki.Jak uda Mu sie
      uzbierac tone cyny to
      pakuje to wszystko na swojego terenowca i sprzedaje w
      skupie metali kolorowych.Ciezka praca i klimat goracy,ale
      jestes tam swoim kierownikiem,i jedynym gornikiem na
      terenie wykupionej ,licencyjnej dzialki.Czasami trafia im
      sie tam piekny, niebieski topaz o czystosci
      brylantu,i wtedy wszystkie trudy ida w
      zapomnienie.Przeszedlem kilka ladnych kilometrow popijajac
      nieslodzona cytrynade nabyta w zastepstwie wody,ktorej
      sklepik,z jakichs nieznanych powodow,nie sprzedawal.
      Cytrynada byla w puszkach wiec musialbym albo wypic ja
      od razu, albo trzymac puszke zatkana palcem.
      Gospodyni ulitowala sie nade mna i dala mi mala,
      plastykowa butelke. Moglem nia nawet potrzasac.Zeby
      zmienic terenowy krajobraz skierowalem sie w
      strone rzeczki i zdecydowalem sie dojsc do
      przejezdnego,samochodowego brodu,korytem tej skalno-
      piaszczystej drogi wodnej.Zajelo mi to ponad 2
      godziny.Teren okazal sie niesamowicie
      ciezka, piaszczysto/skalista droga, a woda byla miejscami
      niesamowicie rwaca.Musze przyznac ,ze bylem
      zmeczony,ale bylo to zmeczenie inne od tego zmeczenia
      pracowo/miastowego.Bedac w buszu bez ludzi,szumu ulic,bez
      dzwieku radia,telewizji i tych wszelkich
      techno-gadget'ow, zaczynamy doswiadczac
      inaczej tego swiata natury, zawieszajac nasz
      intelektualny odbior na korzysc odbioru
      duchowo/swiadomosciowego, zwiazanego bardziej z naszymi
      zmyslami niz jego intelektualnym tlumaczeniem. Ten odbior,
      inny niz techno/miejski, powoduje nasze wyciszenie,
      ukojenie, nasza radosc z ciszy i spokoju niemozliwego do
      doswiadczenia w procesie ducha miejskiego.Ta przepiekna
      Ziemia ze swoimi dzwiekami ,zapachami, zmiennoscia
      klimatyczna i cyklami przekazuje nam energie odpowiadajace
      urlopowemu odpoczynkowi niemozliwemu do osiagniecia w
      biurowych komnatach zatrudnieniowych.Tam ,w naturze, bedac
      sami ze soba nie niszczymy,nie wyrzynamy
      wspoltowarzyszy, nie palimy, nie zatruwamy i nie demolujemy tego co
      jest piekne i naturalne. Po prostu nie mamy takiej
      potrzeby.Dopiero swiat miejski ze swoimi uzywkami i technika>
      zmienia,lub stara sie zmienic nas w robotnikow
      robotowych gotowych pokroic w kawalki goscia majacego
      inny poglad lub niefamiliarny wyraz twarzy. Czemu
      my,ci edukowani goscie z madroscia
      rozrozniania, tak latwo zapominamy o tym swiecie
      natury? Jak to jest mozliwe,ze to wyciszenie, tak przez nas
      szukane, oddala sie od nas tak blyskawicznie ?
      Przeciez tam,w naturze, nie jestesmy tymi
      wyksztalconymi osobami, ktorym to wyksztalcenie
      daje poczucie jakiejs wyzszosci nad wspolnikami
      ludzkich wedrowek i nad stworzeniem. Nie jestesmy
      przeciez jakimis akademikami bioracymi udzial
      w modyfikowaniu,zmianie, manipulacji i pseudo tworzeniu
      nowego,ktore staje sie domena tych akademikow
      przyjmujacych pozycje Tworcy zmieniajacego naturalne
      procesy,procesy
      sluzace im samym, i co gorsza ,wierzacym, iz to wszystko
      sluzy rowniez innym.Jak to jest ,ze cenimy wszystko co
      naturalne , a pozniej chcemy sie zywic jakims
      zmodyfikowanym lososiem, nawet jak ta modyfikacja
      wizualnie wyglada OK? Kto chce jesc zmodyfikowana
      kukurydze od ktorej,w przeciagu 2 lat, wyginela trzoda u 2
      tys zakontraktowanych, amerykanskich farmerow?
      Wracam do obozowiska z gwara ptasia i moglbym tego
      sluchac dniami.Nie mam nic przeciwko technice bioracej
      udzial w rozsadnym rozwoju naszego dobrobytu
      i naszego srodowiska,ale nie zgadzam sie z technicznym
      niszczeniem nas samych, innosci innych i innego.Nasz
      porzadek jest dalej porzadkiem meskim, a jednostka meska
      jest czyms wyzszym od zenskiej.Separacja jest czescia naszej
      nauki zycia, wierzenia i zachowania.Polaczenie wszystkiego w
      jednosc jest nam obce i prawie
      zupelnie niezrozumiale, a nie rozumiejac
      tego, jestesmy w stanie unicestwic wszystko i
      wszystkich. Jestem w Kraju Aborygenow, ktorzy nigdy nie
      mysleli o unicestwieniu innych, separacji nie znali, a od
      zarania wierzyli w Jednosc calego wszechswiata, a my,
      ci madrzy, oswieceni i edukowani kaplani zycia i
      smierci, nazywamy Ich prymitywnymi glupkami,
      ignorujac Ich wiedze, jak rowniez Ich
      samych.Zdumiewajace, nieprawdaz? Wsadzamy Ich do rezerwatow,
      zamykamy w domach, w ktorych Oni nie chca mieszkac,
      demolujemy ten Ich przepiekny Kraj,zabieramy
      im dzieci i oddajemy KANONIKOM na wychowanie, a kiedy
      nie chca nas sluchac rozpijamy Ich, czerpiac jeszcze z tego
      zyski. Rzeczywiscie, jestesmy bardzo edukowani i zaprzegajac
      te nasza lotna wiedze , z gory wiemy co i dla kogo
      jest lepsze i dlaczego.Zwiedzajac ten Kontynent widze,
      jak "produkcja miesa" niszczy dziewicze tereny po
      to,zeby np. taki Japonczyk mogl zjesc
      sobie kawalek wolowiny.Nie chcialbym wspominac kopaln
      niszczacych, bez najmniejszego wyrzutu
      sumienia, wszystko wokolo jakiejs gigantycznej
      dziury.Dolar jest naszym glownym sprzymierzencem
      w niszczeniu, glupocie, chciwosci , kompletnym
      braku szacunku dla innego czlowieka i alienacji z
      Natura.Wybijamy sie w milionach zaprzegajac do tego nasza
      inteligencje i madrosc.Pomyslu,jak wykonczyc pobratymca
      nigdy nam nie brakuje.Gosh, cos zoltego sie rozlalo,
      ale juz zbieram, zbieram to wszystko ladna szmatka utkana
      naturalna nitka najnaturalniejszego snucia. Suka nasza
      narobila smrodku kolo sasiedzkiego obozowiska i
      obozowicz prosi,mocnym glosem, o zlikwidowanie zenskiej
      narobiny, ktora zatrula mu przez chwile swierzosc
      popoludniowego powiewu.Eryk pobiegl i zebral to wszystko
      elegancko w plastykowa torebke.Gosc ma dwa psy i
      on moglby im np. pozwolic skupac sie na naszym
      obozowisku.Moglibysmy miec podwojny smrod,a tak beda sie kupaly z
      dal od
      nas.Jestemy wygrani sprzatnieciem tej suczej kupki.
      Eryk ma zawsze wpuszczona koszulke w spodenki nawet przy
      30-sto stopniowych upalach.Twierdzi, ze lubi pokazywac
      wszystkie szycia i tylne kieszonki,ktore sa niewidocze
      z koszula na wierzchu.
      • 19.07.09, 17:43 Odpowiedz
        Nawet kiedy nikogo nie ma w promieniu
        40km, tez ma ja pieknie wcisnieta w spodenki,jakby
        spodziewal sie lada chwila gosci zwracajacych uwage na
        szycia i kieszonki. Musze uczciwie przyznac , ze
        Eryk , od czasu zeszlorocznej podrozy, zmienil swoje
        zachowanie na lepsze.W tamtym roku jobowal prawie na
        wszystkich zwiazanych z przemyslem motorowym. Krzyczal
        bardzo czesto,ze noz Mu sie w kieszeni otwiera, kiedy
        mysli o tych sukinkotach. W tym roku przywiozlem Mu w
        prezencie szorty z pieknym scyzorykiem w kieszeni
        o ladnej nazwie "lampart" . Moze Mu sie
        otworzy w kieszonce i bedzie w stanie ukluc
        kogos,oczywiscie, jezeli zajdzie
        taka potrzeba . Mnie tylko dwa razy zwrocil
        uwage,podczas calej podrozy, ze piwo wlasnej roboty ,z
        lekka zawiesina na dnie, powinienem lac po sciance
        szklanki, pomimo moich zapewnien , ze Piwo Warszawskie 30
        lat temu mialo podobna zawiesine i robilismy to
        nalewanie z wielka ostroznoscia.Nie slyszal tego
        zasluchany w swoja opowiesc o sciance i szklance.Zostajemy
        na tym obozowisku jeszcze jeden dzien.
        • 23.07.09, 12:38 Odpowiedz
          Czytalam wspomnienia z wielka przyjemnoscia.Brawo.Czy beda kolejne
          "odcinki"?Teraz wiadomo dlaczego tak dlugo Pan nie wypowiadal sie na Swoim
          forum.pozdrawiam marzena
          • 23.07.09, 21:29 Odpowiedz
            ciekawy kraj. Odcinkow bedzie wiecej.
            Pozdrowienia
            • 24.07.09, 21:30 Odpowiedz
              Dziekuje!Bede miala uczte!!!Bo ze wzgledu na zdrowie-dwie operacje oka
              -odwarstwienie siatkowki - wiele mi zabroniono!a wtym podroze,ktore ni9e ukrywam
              byly moja pasja.A teraz to nawet z lektura musze uwazac.Dlatego ciesze sie,ze
              tak barwnie opisujesz.Bo jest odbior indywidualny a nie lektura,foldery,ba nawet
              Dv o tym kraju.pozdrawiam m.
              • 26.07.09, 11:33 Odpowiedz
                marzena36 napisała:

                > Dziekuje!Bede miala uczte!!!Bo ze wzgledu na zdrowie-dwie operacje
                oka
                nastepny odcinek dalem tlustym drukiem, zeby Ci sie lepiej
                czytalo.

                Pozdrowienia
    • 26.07.09, 11:31 Odpowiedz
      Opuszczamy te piekna okolice obfitujaca w topazy i roznorodnosc
      ptasia.Nie mamy specjalnych planow planowanego zatrzymania wiec
      mkniemy sobie szutrowymi drogami podziwiajac okolice.Szukamy
      zlota,ale nie jakichs tam malutenkich kawalkow.Jestesmy nastawieni
      na znalezienie kilogramowej "grudki".Inne,mniejsze znaleziny nas nie
      interesuja.No, moze te ladne,wpadajace od razu w oko, i blyszczace z
      daleka, nugget'y.Mijana droga sklania do myslenia wiec zastanawiamy
      sie nad ta swiatowa roznorodnoscia ptasia, jak i nad ta nasza
      australijska,niesamowicie kolorowa skrzydlata fauna. Eryk jest dosyc
      dobrze oczytany w temacie wiec przedstawia nam ostatnie osiagniecia
      naukowe z Glen Rose-Teksas. Probuje sie nam udowadniac,ze ptaki
      rozwinely sie z dinozaurow- "terpodow",ale nikt nie potrafi
      udowodnic,jak mogl wyksztalcic sie tak skomplikowany organ, jakim sa
      ptasie pluca.Nie wspomne nawet o tak niesamowitej roznorodnosci
      kolorow, ksztaltow czy dzwiekow ptasich,a coz
      dopiero o tym ,iz samo zadanie kazdego
      z tych ptakow w naturze jest kompletnie inne i unikalne.Ptak moze
      zaadaptowac sie do innego srodowiska,ale jego cechy,jego
      ksztalty,kurtuazja
      runiczna i celowosc zycia pozostaja takie same.Co np.
      zakrzywilo dzioby tym krzywodziobowcom; no bo przeciez nie staly tak
      latami opierajac je o skale lub drzewo,zeby je sobie pozakrzywiac do
      akuratnej, i tak fantastycznie perfekcyjnej krzywizny? Ostatnie
      znaleziska archeologiczne w Ameryce Polnocnej podwazyly
      przekonania,ze ludzie nie zyli w tym samym okresie co dinozaury wiec
      jezeli one-wedlug ksiazek szkolnych- wyginely jakies 60 milionow lat
      temu ,a my jestesmy tu tylko od jakichs 2 ml lat to moze jest cos
      zlego z tymi naukowymi obliczeniami, i cala ta palestra akademicka?
      Moze one wyginely o wiele pozniej i nie bylo czasu na zadna
      ewolucje,ktora musialaby nastepowac rownoczesnie-wedlug teorii
      ewolucjonistow- u wszystkich rodzajow zyjacych stworzen znajdowanych
      na Ziemi? Jak taka czarna,palmowa papuga wykombinowala sobie ,iz
      bedzie rozgryzala najtwardsze na swiecie orzeszki,kiedy miala obok
      siebie miekkiego jadla w brod? Po coz jakas malpa ,bedac
      perfekcyjnie stworzona do chodzenia po drzewach i
      zywienia sie tym co z tej perfekcyjnosci otrzymala,schodzilaby
      nagle na ziemie i zaczynala chodzic na dwoch nogach robiac z siebie
      handicapowskie posmiewisko udajace czlowieka, i niesamowicie latwa
      zdobycz dla innych? Przeciez ona by nie przetrwala nawet tygodnia!!!
      No a co z naszym dziobakiem? Nie ma na swiecie innego zwierzatka
      laczacego w sobie cechy tylu najrozniejszych zwierzat? Gdyby
      dziobaczek ulegal ewolucji to powinny wystepowac jakies egzemplarze
      tego gatunku na roznych etapach rozwoju,a takowych nie ma. A co
      odbilo delfinowi,zeby spac z jednym okiem otwartym? Czy ewolucjz
      zamyka mu to otwarte oko czy raczej ewolucyjnie otwiera mu to
      zamkniete? Po coz takiemu motylowi az 12,000 oczu , i kto mu dal
      wogole skrzydla? Ech,przykladow mozna by przytaczac dziesiatki,ale
      wprowadzenie poprawki do raz ustanowionych teorii,nawet przy
      przekonywujacych dowodach, jest czasami niemozliwe.Komu na tym tak
      strasznie zalezy,zeby trzymac nas w niewiedzy i nie przedstawiac
      prawdy korzystajac z nowych, naukowych odkryc? Czarna
      papuge
      widzielismy i nawet jeden, latajacy egzemplarz potwierdza slusznosc
      rogatkowych slupow z papuzia metaloplastyka w Mt. Surprise.Rozbijamy
      sie nad przepieknym strumieniem Bullock Creek,gdzie szum wody
      kolysze nas do snu swoja szumnoscia wodna,a nocne ptaki nie
      przeszkadzaja specjalnie swoimi odglosami, pozwalajac nocnym
      echosondowcom latac spokojnie w przenajrozniejszych kierunkach
      jedzeniowego poszukiwania. Kapiemy sie nago w strumieniu, i zazywamy
      sloneczka w rozsadnych ilosciach
      czasowego zapomnienia w bezczasowosci naturowego przezywania.
    • 01.08.09, 07:48 Odpowiedz
      Przepiekny kemping nad Bullock Creek zostawiamy w harcerskim
      porzadku, kierujac sie na Chillagoe i okolice.Noce, pomimo wysokich
      temperatur dziennych,nawet nad cieplymi strumieniami sa zimne i
      wymagaja cieploty ubraniwej wspomaganej ogniskowym plomieniem,
      przeciaganym dosyc dlugo w noc.Pierwszy raz w ciagu naszej podrozy
      uzywamy, nad Bullock Creek,pily lancuchowej do ciecia
      drzewa.Eryk ,podczas ciecia duzego,suchego drzewa,ma zalozony bialy
      kask ochronny ze wzgledu na warunki BHP.Ognisko w country jest jakas
      nieodlaczna rzecza obozowiska, i nastraja pieknym cieplem
      wieczornego przesiadywania.Wsluchujac sie w nocne gwary,i
      doswiadczajac zarazem niesamowitego spokoju emanujacego z tego
      australijskiego buszu,obserwujemy tysiace malych nietoperzy
      latajacych w takiej zawilej zygzakowatosci,iz samo to bezkolizyjne
      latanie jest jakos niesamowicie tajemnicze. Przeciez dla kazdego z
      tych nocnych lataczy musi sie znalezc jakies papu, i kazdy z nich
      wysyla
      przeciez specyficzny dzwiek dla swojego ,specyficznego odbioru, i
      rzadko kiedy "emiter falowy" myli sie co do czestotliwosci wysylanej
      fali. Czasami,kiedy ktorys z nich wylaczy na momencik odbiornik
      falowego odbierania, moze zakonczyc sie to kolizja z drzewem lub
      wspol-wysylaczem.Lubie te wieczory bezszelestnego lotu i ogladania
      gwiazd,ktorych na poludniowej polkuli jest podobno wiecej niz na
      polnocnej,ale nie mozemy tego jeszcze jakos w 100% potwierdzic.
      Goska wedruje do lozeczka bardzo wczesniej.Jest zwykle pod wrazeniem
      czerwonego wina, ktore,wedlug zalecen lekarzy, pite w malych
      ilosciach dziennie , poprawia funkcjonowanie serca,i naszych arterii
      krwioobiegowych.Goska stwierdzila,iz Jej osobisty krwioobieg jest
      troszeczke dluzszy niz przecietny wiec bardzo czesto zaczyna
      poprawiac jego funkcjonowanie juz od rana, powolujac sie czesto na
      wypowiedzi lekarskie. Nie ma odstepstwa od tej codziennosci picia,a
      nasz innozdaniowy komenatrz moglby
      narazic sie
      wypowiedziom lekarskim, a to,oczywiscie, nie jest naszy celem .Jezeli
      konczy sie wino czerwone to w krwioobieg jest
      wprowadzany "chmiel",ale i na bialym winku krwioobieg tez podobno
      moze dobrze funkcjonowac,tylko lekarze,jak twierdzi Goska,
      jeszcze o tym nic nie wiedza.Czesto,po takich kuracjach, kuracjuszka
      staje sie awanturna,i awanturuje sie o cos o co my sie nie
      awanturujemy.Moze Ona po prostu tak widzi te swoje kuracje
      prowadzone w nieustajacym swietle otoczeniowej niezgody? Noce i
      gwiazdozbiory,ktore my podziwiamy, czesto umykaja Jej uwadze,
      poniewaz wprowadza do organizmu komponenty zalecane przez medykow, a
      z tym zdaniem jest niezmiernie ciezko polemizowac. W niedziele
      wyruszamy w dalsza droge nie spodziewajac sie absolutnie zadnych
      gigantycznych pociagow drogowych,ale sie mylimy. Sa,i zostawiaja za
      soba niesamowite kleby kurzu,ktore nie rozwiewaja sie zbyt
      szybko.Przy mijankach zamykamy wszystkie szyby lapiac gleboki oddech
      przed mijana kurzawica.No, moze troche przesadzilem z tym
      oddechem.Chillagoe jest slawne z jaskin,czarnych skal i zrujnowanej
      huty kolorowych metali.Ja robie male zakupy w miasteczku,a Goska
      mknie do lekarskiej,winnej apteki malomiasteczkowego zaopatrzenia.Po
      drodze,przed pubem, spotyka znajomych, u
      ktorych bylismy,i ktorych widzielismy ostatni raz, jakies
      13 lat temu,kiedy Eryk z Goska mieszkali jeszcze na farmie u
      farmerskich Wlochow.Jozef Bogatek pochodzi z polskiej rodziny ,ale
      nie mowi po polsku,a jego zona,Nadia, z wloskiej-panienskie nazwisko
      Casanova- i oboje tworza bardzo dziwna pare.On,kiedys wykladowca na
      Sydney University, stracil jakos przednie zeby,ale zapuscil wasy i
      brode maskujac w ten sposob szczekowe ubytki;teraz pracuje gdzies w
      country na akumulatorowym wozku widelkowym,i ma gdzis wielkie miasta-
      tak przynajmniej twierdzi.Oboje wychowali 4 synow ,ktorzy opuscili
      juz rodzinny dom wiec teraz Bogatkowie oddaja sie krotkim podrozom
      weekend'owym popijajac piwo w malych ilosciach.Ostatnim razem,kiedy
      sie widzielismy, Jozef prezentowal nam swoja plytoteke,ktora, musze
      uczciwie przyznac, byla w tamtych czasach dosyc impnujaca.Nic w domu
      nie mialo wiekszego znaczenia od plyt i systemu stereo.Muzyki
      sluchalo sie glosno i z alkoholowym wspomagaczem.Bezalkoholowy
      odbior Bogatek uwazal za strate
      czasu.Podczas takich sesji muzycznych Jozef czest tracil
      kontak z otaczajacym swiatem co dobijalo sie na jakosci i czystosci
      mebli.Dopiero teraz widze,ze moglo to miec rowniez wplyw na stan
      Jego uzebienia, ale o tym nie chce nic mowic zajmujac sie obecnie
      robieniem zdjec cyfrowka.Popijamy sobie pub'owski piwko
      zastanawiajac sie nad ewolucja tukanowskiego dziobu,ktory podobno
      tworzy 60% calosci tukanowskiego ciala.Niedawno naukowcy
      stwierdzili ,iz tukan uzywa swojego olbrzymiego dziobu do chlodzenia
      ciala,kiedy przekracza ono temperature 21 stopni Celsjusza wiec
      zastanawiamy sie czemu on sie tak rozgrzewa do tej temperatury,ale
      nie dochodzimy do jakiejs definitywnej konkluzji.Temat zostawiamy
      otwarty umawiajac sie na dyskusje w innym terminie.Rozstajemy sie z
      rodzina Casanova/Bogatek w dobrej komitywie wspolnego
      wspominania.Odjezdzamy,a po kilkunastu kilometrach rozbijamy oboz
      nad rzeczke ze skalami przypominajacymi film: "Piknik Nad Wiszaca
      Skala".Zostajemy tam kilka dni bedac znowu jedynymi goscmi wybranego
      miejsca.
    • 11.08.09, 12:45 Odpowiedz

      Nocujemy 3 dni w okolicy Emuford nad przecudna,czysciutenka rzeczka
      z przyzwoitym,rzucajacym sie rybostanem. Okolica obfituje w gory z
      dziurami, po gorniczych zapedach pionierskiego poszukiwania
      cyny,miedzi i zlota,i niesamowite odglosy nocnego nawolywania
      przypominajacego czasami wycie wilkow,ktorych w Australii przeciez
      nie ma. Podejrzewamy o te dziwne glosy QUOLL'a, przepieknie
      cetkowanego,australijskiego nocnego kota,ktory troche przypomina
      polaczenie fretki i mangusty, a ktorego ,podobno,coraz czesciej
      mozna spotkac w polnocnej Kwinslandii.Polskim tlumaczeniem quoll'a
      jest; "nielaz cetkowany",ale nijak nie mozemy zrozumiec tej
      nazwy."Nielaz" kojarzy sie z czyms co nie lazi,a ten cetkowiak lazi,
      i to wspaniale.Kiedys to zwierzatko bylo znane w calej Australii,ale
      osadnictwo prawie zmiotlo to przepiekne stworzenie z Terra
      Australiana.Quoll obecnie powoli sie odradza i pomimo nocnego
      zwyczaju polowania widziano go rowniez podczas dnia, raznie
      wedrujacego gdzies w poblizu buszu.Nielaz zjada wszystko poczawszy
      od insektow,krolikow po ptaki i weze, i ma bardzo ciekawy zwyczaj
      dzielenia swojej" toalety" z innymi quoll'ami w celu znaczenia
      swojego terytorium. Po prostu kilka quolli "toaletuje" sie w jednym,
      wybranym miejscu, i z tego latrynowego miejsca zaczyna sie znaczenie
      terytorium kazdego z nich .Zreszta nocne odglosy w zielonosciach
      australijskiego buszu obfitujacego w skaly, soczysta zielen,jaskinie
      i swieze zrodlo wody moga pochodzic rowniez od yowie'go lub innych
      mieszkancow tych niezbadanych terenow.Okolica jest idyllyczna i nie
      bylibysmy zdziwieni natykajac sie w nocy na jakichs nieznanych
      mieszkacow tych dziewiczych terenow.Pod koniec XIX w hiszpanskich
      jaskiniach w Banjos znaleziono dwoje,lekko skosnookich, dzieci o
      zielonkawej skorze, i kompletnie nieznanym ubraniu.Chlopiec nie
      chcial nic jesc i umarl,ale dziewczynka przezyla. Nauczyla sie
      hiszpanskiego i twierdzila,ze oboje z
      chopcem pochodzili z "Bezslonecznej Ziemi", z ktorej zostali zabrani
      przez
      "trabe powietrzna" i umieszczeni w jaskini w Banjos.Dziewczynka
      umarla w 1892 roku, a jej historia jest podobna do XI wiecznej
      relacji z Anglii. Australia obfituje w historie o yowie, pigmejach,3-
      4 metrowych gigantow i przenajrozniejszych zwierzat wiec nic
      dziwnego,iz w nocy slyszymy glosy niepodobne do jakichkolwiek
      znanych nam odglosow. Eryk wybral sie na zwiedzanie pobliskiej gory
      i o malo co nie wpadl do starego, szescio metrowego gorniczego szybu
      pieknie porosnietego maskujaca trawa.Po zbadaniu kilku szybow
      zaopatrzyl sie w dlugi kostur i wedrowal ostroznie, badajac okolice
      jak jakis ulomny podrozny.Jak ci poszukiwacze kolorowych metali
      kuli,do polowy lat 30-tych XX wieku, takie glebokie dziury w gorach
      uzywajac tylko miesni swojego ciala jest dosyc zagadkowe.Dostac sie
      na taka gore ze sprzetem, to samo w sobie bylo juz dosyc ciezkim
      zadaniem,ale kopac w tych twardych skalach 6- 8 metrowe szyby, i
      poruszac sie pozniej poziomo zbierajac jakies
      pierwiastki...,gosh!!!-toz to bylo cholernie ciezkie zadanie. Nie
      mozna przeciez zaprzeczyc,ze te dziury jakos tam wykopano,gdyz
      okoliczne zloto transportowano raz w tygodniu w mocnym konwoju
      policyjnym wiec musialo byc troszeczke tego "goraczkowego" metalu,
      wydobywanego z tych szybow.Opalamy sie nago na materacach unoszacych
      sie leniwie na wodach spokojnej rzeczki i nie chce nam sie nigdzie
      ruszac z tego wspanialego miejsca.Niesamowite odcienie zieleni tego
      dziewiczego buszu, spiew ptakow i owadow, cieplutka woda,cienie
      slonecznego przemijania czasu, lekki zefir i brak much ..., czy
      czlowiek potrzebuje czegos wiecej do zycia i szczesliwego
      przezywania? Niedaleko od naszego obozu spotykam dzikie konie-
      australijska nazwa,brumby-z ogonami i grzywami niestrzyzonymi chyba
      od poczecia co,jak mi sie zdaje, jest obecnie niezmierna rzadkoscia
      gdziekolwiek na swiecie.Brumbies wygladaja przepieknie i tworza
      jakas fantastyczna kompozycje dzikosci zwierzecej
      polaczona przepieknie z dzikoscia nietknietego buszu.
      Obserwuje je z respektem z przyzwoitej odleglosci,ale bez
      strachu.Konie sa madre i czujne,ale nie przestraszone moja osoba, i
      pasa sie spokojnie w tej uroczej okolicy cos tam sobie podjadajac.
      Prawde powiedziawszy to nie ma zbyt duzo takich miejsc na
      swiecie,gdzie moglibysmy obserwowac dzikie konie w dzikosci natury
      bez wzajemnego "przeszkadzania".Kilka lat temu Rzad w Zachodniej
      Australii wydal zarzadzenie odstrzalu dzikich koni, i wykanczano je
      z helikopterow,ale opinia publiczna sie zbuntowala na taki akt mordu
      i Rzad sie wycofal.Zamiast odstrzalu zaproponowano lapanie i
      sprzedawanie tych zwierzat i tak chyba zostalo.Dzikie wielblady np.
      lapie sie i sprzedaje do krajow arabskich i nie ma z tym problemu.
      To sa juz chyba jedyne dzikie wielblady na swiecie.Kilka ladnych lat
      temu,kiedy przekraczalismy pustynie Gibsona,spotykalismy te dzikie
      zwierzeta wedrujace zwykle w parach.Byly olbrzymiego wzrostu i
      wygladalismy przy nich karlowato.W Emuford
      obserwowalismy rowniez jedna z najdziwniejszych papug
      australijskich, "Eclectus Parrot", ktore maja tak niesamowicie
      zabawnie-madro-glupawy wyraz twarzy,jakby byly stworzone do platania
      figli i niczego wiecej. Nie mam pojecia dlaczego one znalazly sie w
      tamym rejonie,ale pewnie bliskosc Rain Forest moze byc jakims
      rozsadnym wytlumaczeniem.Rodzaje zenskie i meskie sa tak rozne
      kolorystycznie,iz naukowcy przez dluzszy czas mysleli ,ze to sa dwa
      rozne gatunki ptakow.Nawet mlode piskleta roznia sie kolorem
      puchu.Meski osobnik jest szara kula puchowa,a zenski czarna.Samica,
      wysiadujaca mlode, prawie nie opuszcza gniazda z obawy przed
      innymi,zenskimi osobkami gotowymi zajac jej gniazdo,ale podczas
      takiego wysiadywania jest karmiona owocami i orzeszkami przez
      przenajroznieszych ,meskich osobnikow.Zastanawiam sie czy
      nasze,meskie samce bylyby zdolne do takiej zbiorowej opieki,ale cos
      mi sie zdaje ,ze chyba predzej by sie powykanczali niz wykarmili
      potrzebujaca kobiete.Chociaz moge sie mylic,kto wie? Widzielismy tez
      nieduze stada przepieknej papugi zwanej "krasnopiorka
      czerwonoskrzydla",ktora podczas lotu wyglada tak
      jak "soczysta",frunaca tecza.Nie chce nam sie opuszczac tego cudnego
      miejsca,ale nie mamy specjalnie wyjscia wiec 3 dnia zwijamy sie bez
      pospiechu, aby po kilkudziesieciu kilometrach szutrowej drogi
      przemknac przez przeurocze,maciupcie miasteczko, Irvinbank, z duzym
      pubem otwieranym o 12.oo i asfaltowa ulica ciagnaca sie od
      poludniowych do polnocnych rogatek.Docieramy do Herberton,gdzie
      wypijamy dobra kawe , robimy male zakupy ,a w miejscowym "Empiku"
      ogladamy bardzo ladne malarstwo Kanadyjki z Vancouver zastanawiajac
      sie co Ja sprowadzilo tam z tymi przepieknymi,olejnymi miniaturami?
      Z Herberton udajemy sie do Koombooloomba,slawnej z tamy nastawionej
      na produkcje energetyczna,i mkniemy 30 km przez koombooloombijski
      Rain Forest.Rozbijamy oboz w srodku duzego, pustego obozowiska z
      bliskoscia dostepu do wody i zostajemy tam 2 dni.

    • 23.08.09, 17:55 Odpowiedz
      Rozbijamy obozowisko pomiedzy drzewami na srodku
      duzego,kempingowego miejsca, i jestesmy znowu sami. Sami, moze
      dlatego,iz skonczyly sie szkolne wakacje i jest srodek tygodnia wiec
      rodziny zaczely pracowac,a dzieci w szkolach.Nie protestujemy,gdyz
      jestesmy ze wszystkich stron otoczeni przez tropikalna dzungle i
      dzwiek tego tropiku nie brzmialby zbyt dobrze w polaczeniu z
      krzykiem dzieci.Okolica jest jedna z najbardziej deszczowych w calej
      Australii,ale nam jakos pogoda dopisuje.Pomimo cieplych wod jeziora
      Koombooloomby(czy. Kumbulumby), i goracych dni,noce sa cholenie
      zimne.Wstajac rano musze uwazac,zeby czasami nie dotknac glowa
      namiotowego sufitu,poniewaz wygladalbym tak jak po poranym
      prysznicu,gdyz stalaktytowe krople czekaja tylko na takich
      gapiow,jak ja.Wszystko jest mokre, lacznie z podpinka ,i pomimo
      mocnego,tropikalnego slonca musimy czekac gdzies do 10-tej rano,
      zeby wszystko wyschlo.Rano biegne do jeziora i myje sie ,lacznie z
      glowa, we mgle
      rozrzedzonego swiatla slonecznego wyparowywujacej mgly.Paruje
      wszystko,lacznie ze mna,i ten widok jest podobny do porannej
      Amazonii odparowywujacej nocne spadki temperatur, okraszonych wodnym
      prezentem nocnego chlodu.Stojac w tej cieplej wodzie z widokiem
      zamglonego slonca, i para parujaca ze wszystkiego, nie dziwie sie
      ludom tropikow kochajacych ten swoj mokry,rodzinny kraj.Jest
      przepieknie,a dzwieki dziennych ptakow, i roznych innych stworzen,
      dodaja okrasy tej pieknosci naturalnego, parowego oddechu
      ziemskiego.Dopoki slonce nie zacznie swojej goracej operacji ,siadam
      na kamieniach i wsluchuje sie w dzwieki spokojnie falujacego
      jeziora,wspolpracujacego z reszta otoczenia w porannej symbiozie.Po
      godzinie takiej ciszy, i spokoju dzunglowo-wodnego ukojenia,jestem
      tak doenergetyzowany,jakbym byl na-drug'owany.Urok tego miejsca jest
      niesamowity, a naturalna czystosc ciszy koi wszelkie dolegliwosci
      miejskiego nadwyrezenia organizmu.Ide po drzewo na ognisko
      i mam nadzieje znalezc peripatusa ( zwanego rowniez welwetowcem-
      velvet worm-ale to raczej moje tlumaczenie),uwazanego za jednego z
      najdziwniejszych robaczkow na swiecie. Peripatus ma nogi i rogi
      podobne do ludzkich kikutow po amputacji,ale moc w tym dziwnym ciele
      jest niesamowita.Jadlo swoje peripatus atakuje kleistoscia
      wystrzeliwana z tych rogow,aby po zniewoleniu ofiary wyssac slodka
      miekkosc, zostawiajac twardy odwloczek dla kogos innego.Seksualnie
      peripatus tez jest dziwny,gdyz sperme,ktora gromadzi we wglebieniu
      glowy,przy spotkaniu z odpowiednia panienka,zostawia w poblizu jej
      narzadow kobiecych.Panieneczka peripatusowa,z kolei, sklada jajeczka
      lub rodzi male peripatuski przyczepione ,jakby ,do jej
      lozyska.Pomimo buszowania po lesie w poszukiwani suchego drzewa,a to
      jest niezmiernie ciezkie do znalezienia,nie udalo mi sie trafic na
      tego goscia ukrytego pewnie gdzie indziej niz miejsca mojego
      odwiedzania.Nawet nie zdawalismy sobie sprawy,ze
      jest tak niezmiernie ciezko trafic tam na jakis suchy opal
      ogniskowy.Korzystamy z "odpadow" innych,opuszczonych obozowisk, i
      jakos nasza zbiorka zaczyna przybierac ksztalt sterty.Jestesmy w
      krainie kangura drzewnego,betonga,posuma(oposa), nietoperzy i ...
      antechinusa,seksualnego guinness'enczyka przypominajacego z wygladu
      myszke,ale bedacego bezwzglednie torbaczem. Antechinus jest
      niezrownanym kopulantem w swiecie wszystkich znanych nam zwierzat i
      inych zywych istot.Malutenki,ale w czasie godow wykazujacy sie
      agresywnoscia T Rex'a w stosunku do swoich rywali.Po walkach z
      przeciwnikami potrafi kopulowac po 6 godzin dziennie przez dwa
      tygodnie po czym,doslownie,odchodzi z tego swiata z
      wycienczeni.Panienka antechinusowa,pomimo dlugosci milosnych
      swawoli,wiaze sie rowniez ,w miedzyczasie,z innymi
      chlopakami,gromadzac sperme ich wszystkich,a sperma najmocnieszego z
      nich wygrywa walke o zaplodnienie.Niesamowite,plemniki biora rowniez
      udzial w tej
      seksualnej drace o pierwszenstwo w narodzinach potomstwa.Niezmiernie
      ciekawy rodzaj torbaczy.Kto to wszystko powymyslal? Nietoperze w
      tropikach sa nieodlaczna czescia tego wielomilionowego,wilgotnego
      zycia,a ich roznorodnosc jest fantastyczna. Od Flying Fox'a z
      rozpietoscia skrzydel do 1 metra do malutenkich,cztero
      gramowych ,echosondowych miniaturek.Czy wiesz,ze kwakanie kaczki nie
      powoduje echa i naukowcy do tej pory nie wiedza dlaczego? Na
      kempingu sasiaduja nam 3 dorodne ,tropikalne kruki wyczulone na
      zapachy,i odpadki,kuchennego przygotowywania.Staramy sie je
      zniechecic do homo sapiens'kiego jadla,ale jest to ciezka sprawa.
      Ktos je karmil przed nami i chyba to polubily. Jedzenie, to cieple,
      jest zwykle przygotowywane w tzw. kociolku,a szybkosc kociolkowego
      gotowania jest zaskakujaca.Kociolek jest zrobiony przez Eryka z 20
      litrowego,blaszanego pojemnika po oleju.Musial gdzies podejrzec te
      konstrukcje,ale nie chce sie do niczego przyznac. W
      pojemniku ruszt jest zrobiony z 2 grubych stalowych pretow ,a
      ponizej rusztu jest palenisko z drzwiczkami.Drugie drzwiczki sa
      umieszczone bardzo fachowo przy ruszcie i sluza do cugu.Na ruszcie
      ustawia sie zeliwny kociolek z pokrywka bedaca prawie na poziomie
      konca pojemnika. Pod rusztem rozpala sie drewienka,niezaleznie od
      pogody, i perkolacyjne odglosy zaczynaja sie juz po 2-3 minutach od
      rozpalenia plomienia.Mieso,nawet najbardziej lykowate, podobno, po
      25 minutach kociolkowania zaprasza miekkoscia godna podniebienia
      bezzebnego dziecka; tak przynajmniej twierdzi konstruktor
      kociolka.Malutenka szparka pomiedzy pojemnikiem ,a zeliwnym
      kociolkiem pozwala tylko na minimalne straty ciepla wiec stad taka
      niesamowita ,gotowalna wydajnosc. Jedyny mankamet to to,iz kociolek
      troche przypala i jest sakramencko ciezki do umycia,poniewaz tlusta
      sadza jest jakby przyklejona na stale do zeliwnej powierzchni
      kociolka.Bez rekawic nie mozna nawet podejsc do
      mycia tego sadzowego garnka i zastanawia mnie to ,jak polscy
      kominiarze radzili sobie z sadza po wpuszczeniu do komina drucianej
      kuli? Czy oni w ogole prali te swoje czarne ubranka, a jezeli prali
      to po co? Kociolek,po
      spelnieniu swojego zadania,byl zawsze pakowany przez Eryka tez
      operujacego w recznej ochronie skorzano-rekawicowej.Trzeciego dnia
      opuszczamy Koombooloombe i mkniemy do Babindy,malutenkiego
      miasteczka polozonego u podnoza najwyzszej gory w Kwinslandii.
    • 05.09.09, 08:23 Odpowiedz
      [b]Opuszczamy Koombooloombe i jedziemy znowu jakies 30 km przez Rain
      Forest. Pogoda przepiekna i sloneczko pokazuje nam co moze zrobic z
      zielenistymi cieniami tego pierwotnego lasu.Gama tej zielonosci jest
      tak niesamowicie piekna i roznorodna,iz wypada ja tylko
      obserwowac.Obserwujemy. Na ktoryms zakrecie natykamy sie na dzika z
      mlodymi.Wszystkie umykaja pospiesznym truchtem do bezpiecznego
      lasu.Dzik w Australii jest naprawde dziki i trzeba byc bardzo
      ostroznym w kontaktach z ta dzika swinka.Jest to jedno z najbardziej
      destruktywnych zwierzat przywiezionych na ten Kontynent i oprocz
      polowania,lapie sie je w bardzo solidne klatki podsypujac jakas
      pasze,godna ich podniebienia. Widzialem cala rodzine-lacznie z
      mlodymi- zlapana w taka klatke. Dwa dorosle dziki atakowaly ryjem,z
      rozpedu, te klatkowe kraty z taka sila ,jakby mialy te ryje ze
      stali. Byly dzikie,chyba, ze zlosci na siebie i te cholerne klatke,
      i te agresje czulo sie na odleglosc.Gdyby taka krata
      poddala sie tej dzikosci dziczej agresji, to drzewo byloby
      jedynym,rozsadnym ratunkiem.Dziki,oprocz rujnowania wszelakiej
      roslinnosci w Rain Forest, podjadaja cassowar'iemu rozne
      nasiona,orzeszki i owoce lesne,ktore moga wykielkowac tylko po
      przejsciu przez zoladek cassowar'iego, a on,pomimo mocnej glowy, z
      ktorej moze dzikowi przylac,jak rowniez posiadania olbrzymich
      pazurow zdolnych do zadawania ran otwartych,jest zwykle ofiara
      dzikowskiej nienazartosci.Slepota Rzadow Stanowych w kontrolowaniu
      populacji dzikiej swini doprowadzila do tego,iz liczba dzikow w
      Australii osiaga cyfre okolo 23 milionow,a okazy po 150 kilo nie sa
      czyms nadzwyczajnym.Kilka lat temu ,wedlug National Geographic,
      zastrzelony dzik-Hogzilla( Wieprzozilla) wazyl 362 kg i mial ponad
      2.20cm dlugosci. 150 kilogramowe osobniki zjadaja psy,owce i inne
      zywe zwierzeta,a i z naszym cialem nie mialyby specjalnego problemu.
      Podobno najwieksza swinia na swiecie, o nazwie Big Bill, wazyla
      900kg i byla "pochodzenia"... polsko/chinskiego.Chcielismy jechac
      do Tully ,ale zablokowano nam droge oznajmiajaca tabliczka
      informacyjna,iz ta droga moze jezdzic tylko miejscowy lesniczy, i
      ekipa lesniczowskich pracownikow.Musimy zawracac,gdyz nie
      podchodzimy pod zadna kategorie drogowej uzywalnosci.Mkniemy przez
      pasy dzungli,a w bezdzunglowych przecinkach uprawianego
      sadownictwa,w samoobslugowych, przydroznych straganach kupujemy
      wspaniala papay'e i owoce czekoladowe,zwane tutaj "owocami
      puddingowymi".Na poludniowa kawe zatrzymujemy sie w miejscowym
      Henry'kowie,przeuroczym miejscu z kamienno/piaszczystym strumieniem
      gorskiej wody o czystosci krysztalu.Kombinujemy ,jakby sie tam
      gdzies ladnie rozstawic,ale miejscowy ranger przeprasza nas za
      niemozliwosci lesnego kempingowania,poniewaz ostatnio-roczny huragan
      porwal,i zdemolowal,miejscowa toalete,a bez toalety nikt ludzki nie
      moze tutaj zostac ze wzgledu na mozliwosc narobienia smrodu w
      pierwotnosciach
      dzunglowych.Zgadzamy sie z
      ranger'em co do pozostalosci niemilych zapachow beztoaletowego
      przebywania, i po kubeczku kawusiowym udajemy sie bezszmerowo w
      dalsza droge.Babinda jest malym ,uroczym miasteczkiem artystow i
      pracownikow pobliskiej cukrowni.Przemykamy powoli jedyna glowna
      ulica i kierujemy sie na The Boulders i dziewiczy Babinda's
      Creek.Oba cuda polozone sa w poblizu najwyzszej gory w
      Kwinslandii,Mt. Bartle Frere (1657m).Zdjecia z The Boulders ( Glazy)
      i Babinda's Creek zamiescilem w 2 poprzednich emaiach.Na
      wyznaczonych pieciu miejscach kempingowania nie ma wolnego miejsca
      wiec zastanawiamy sie co robic dalej.Po drugim przejezdzie wzdluz
      ladnie utrzymanej drogi decydujemy zapytac sie jednego goscia o
      mozliwosc 2 dniowego wspolistnienia na jednym,duzym,czesciowo
      zajetym polu kempingowym.John,podrozujacy Szwajcar z Australii
      Zachodniej nie ma nic przeciwko naszej,wspolne egzystencji wiec
      robijamy sie prawnie na Jego,czesciowo zajetym,poletku i zapraszamy
      Go na
      kociolek warzywno-rybnej duszonki.Nie odmawia.Jestesmy w okolicy o
      opadach rocznych przekraczajacych 8 metrow i to sie od razu czuje w
      powietrzu.Jak mozna opisac komus pierwotny Rain Forest,Forest tych
      dzwiekow cudownych,grajacych w harmonii ze wszystkimi dzwiekami tego
      cudownego,bezkolizyjnego,dzwiekowego wspolistnienia,komus kto nigdy
      tego nie widzial i nie slyszal? Ciezko.Wsluchuje sie w cykanie
      cykad.Cykaja do siedmiu;cyk cyk cyk cyk cyk cyk cyk ,krotka przerwa
      i znowu siodemka,a pozniej 13 razy i powrot do siodemki.Jak to
      mozliwe,zeby te tysiace cykad cykaly te sama liczbe cykniec w takim
      samym czasie, z takimi samymi interwalami w tak fantastycznej,
      cykaniowej synchronizacji? Jak to jest mozliwe,ze to milionowe
      cykanie, w tej deszczowej dzungli,wspolpracuje przepieknie z
      innymi,milionowymi odglosami nocnego istnienia nie powodujac
      zaklucania naszej tzw.ciszy nocnej? Orkiestra symfoniczna ze 150-ma
      instrumentalistami potrzebuje setek prob,zeby
      zgranie muzyczne bylo prawie perfekcyjne,a tutaj, PIERWOTNY LAS
      gra, bez potrzeby zgrania, fantastycznie zgrana melodie
      nocnego ,wielomilionowego wystepu roznorodnosciowego, dzwiekowego
      wygrywania.Cudo,nieprawdaz? John,przed nocna wizyta w dzungli,zjada
      z nami kociolkowa kolacje.Jest milym kompanem i rozmawiamy o
      ewolucji amazonskiego wyjca.Zastanawiamy sie czy ten wyjec to tak
      sobie wyl od chwili,kiedy zostal stworzony, czy moze najpierw wyl
      sobie od czasu do czasu,cicho,a pozniej,podczas ewolucyjnego
      procesu, i przybywania wyjcowych rywali,zaczynal wyc mocniej niz
      inne wyjce, angazujac te inne do wspolrywalizacji w wyciu? Zgadzamy
      sie wszyscy,ze wyjec zostal stworzony z mozliwoscia wycia pelna
      para,ale pelnej pary uzywa/l w zaleznosci od ewolucyjnych
      okolicznosci.John chodzi w nocy po dzungli z jakims czerwonym
      swiatlem na glowie i..boso. Chodzi wprawdzie po znaczonych
      sciezkach,ale cholera wie co tam moze byc na tych wedrownych
      szlakach w
      mokrosciach deszczowych lasow kwinslandzkich.Ja chodze w
      sandalach.Raniutenko,nastepnego dnia,biegne do The Boulders zrobic
      poranne zdjecia i udaje mi sie sfotografowac Cme Herkulesowa-
      Hercules Moth- siedzaca na ogrodzeniu toaletowym w kontemplacji
      porannego planowania i rogrzewania sie po nocnych spadkach
      temperatur.Ta cma,z rozpietoscia skrzydel do 36 cm ( ten najwiekszy
      okaz pojmano w 1948 roku w Innisfail,kilkanascie kilometrow od
      naszego miejsca przebywania) jest najwieksza cma na swiecie, a jej
      gasiennica osiaga dlugosc 10 cm i wyglada impnujaco. Ta,ktora
      sfotografowalem,jest jeszcze w wieku dzieciecym z rozpietoscia
      skrzydelek gdzies kolo 12-13cm.Trzecie zdjecie pokazuje motyla o
      ladnej,i calkowicie adekwatnej nazwie odnoszacej sie do tego
      gatunku,Ulisses.Ulisses "skolonizowal" prawie caly swiat,oprocz
      Antarktyki. Ten piekny motyl zamiast pluc ma male otwory, po obu
      stronach swojego korpusiku, przez ktore wspaniale oddycha,posiada
      zielona
      krew,tysiace malutenkich soczeweczek w kazdym oku,nog uzywa jako
      sens smaku ,a antenki,jako sensu wechu.Ma cztery skrzydelka
      nachodzace na siebie i w powietrzu moze wyprawiac przedziwne
      ewolucje bedac ciezkim osobnikiem do zlapania przez wszelkich
      smakoszy motylkowego pozywienia. Takie male cialko-10/13 cm- a ile w
      nim tworczej inwencji. Babinda's Creek, i caly ten tropik, jest
      cudem natury i nawet w porannym chlodzie wedrowka wokolo tych
      cudownosci jest niesamowita przyjemnoscia.Woda jest chlodna i
      krystaliczna,a w niektorych miejscach ma glebokosc 4-6m i dno widac
      z lornetkowa klarownoscia obserwowania.Gigantyczne bambule tworza
      niepowtarzalna scenerie dzikosci i moje mysloksztalty nabieraja
      innej,pierwotnej wyrazistosci. Diabelska Dziura,w dolnej czesci
      strumienia,pochlonela 9 mlodych,niedoswiadczonych amatorow
      strumieniowych kapieli.Nie wzieli poprawki na niesamowicie silny
      prad wody kaskadowego ,przyspieszonego spadania.Ide jakies 10km przez
      dziewiczy las przeskakujac dzies
    • 05.09.09, 08:26 Odpowiedz
      Diabelska Dziura,w dolnej czesci strumienia,pochlonela 9
      mlodych,niedoswiadczonych amatorow strumieniowych kapieli.Nie wzieli
      poprawki na niesamowicie silny prad wody
      kaskadowego ,przyspieszonego spadania.Ide jakies 10km przez
      dziewiczy las przeskakujac dziesiatki malych, i wiekszych
      strumyczkow.Nie ma nikogo.Jestem sam,a sama droga jest jakims
      energetyzatorem spacerowego przemijania.Im dalej ide tym wiecej mam
      sily.Jakies inne moce dzialaja w tych pierwotnosciach i zawracam z
      drogi tylko ze wzgledu na czas.Przebylem oklo 20 km i czuje sie tak
      doenergetyzowany,jakbym te wedrowke dopiero zaczynal.Jakzez smutne
      sa fakty naszej niesamowitej glupoty, niszczenia czegos tak
      niesamowicie pieknego,jak ten dziewiczy las, w imie posiadania
      kawalka papieru toaletowego .Z The Boulders wyruszamy do Cairns,
      jadac w przepieknej scenerii gor porosnietych tropikalnym lasem po
      same szczyty.Istne cudo widokowe o jakims niesamowitym uroku tego
      przepieknego krajobrazu.
    • 24.09.09, 15:27 Odpowiedz
      Pozegnalismy sie z John'em,ktory zamierzal zostac ,gdzies w
      okolicy,jeszcze kilka dni.Mily gosc i sporo zwiedzil.Zawsze uprzejmy
      i pomocny i nie narzucajacy sie kompan kempingowego biwakowania.
      Pokazal nam pieknego ptaszka australijskiego o nazwie: "glosna pitta-
      noisy pitta", ktory nigdy nie chodzi-zawsze skacze, a takze
      przecudnego, "teczowego pszczolojadka" jedzacego pszczoly,ale bez
      zadla,i "azurowego rybolowa" z ogonem tak krotkim,jakby wyskubanym w
      potyczce o rybke z innym rybolowem.Wyruszamy do Cairns wsrod
      przepieknej scenerii.Po jednej stronie drogi mamy gory, porosniete
      calkowicie lasami tropikalnym,a to przy wysokosciach ponad 1500m
      wyglada niesamowicia,a z drugiej strony dojrzewajace plantacje
      trzciny cukrowej,ktora kwitnie poruszajac, w lekkiej bryzie,
      trawiasta grzywa rozwianego kwitniecia.Niektore z nich,wsrod tych
      olbrzymich pol, przekraczaja wysokosc 4 metrow i wygladaja jakos tak
      niesamowicie,jak proporce jakiejs
      nieprzebranej,trzcinowej armi gotowej do trzcinowego ataku.Te wyzsze
      trzciny maja rozwiane "wlosy", podobne do ogonowych pior strusia, i
      wszystko w tym tropikalnym,zimowym sloncu wyglada
      przewspaniale.Kiedy widzi sie taka roznorodnosc zycia w tropikach,
      albo nawet takie wielo-ilosciowe bogactwo jednego gatunku owada czy
      drzewa, to jakos automatycznie nasuwa sie pytanie,jak mysmy to sobie
      wymyslili,ze podstawowa jednostka egzystencji jest pojedyncza
      jednostka oddzielona od wszystkich innych ,czyli odseparowana?
      Separacja jest czyms w co wierzymy i uczymy sie w szkolach, i
      dlatego tyle na tym swiecie zla ,gwaltu,destrukcji i wojen.Niszczymy
      wszystko, a szczegolnie pobratymca homo-sapiens'kiego, z
      niesamowitym okrucienstwem wlaczajac do tego niszczenia wszelkie
      mozliwe religie.Aborygeni mieli swoje wierzenia opierajace sie na
      wartosciech wspolnego istnienia,koegzystencji wszystkiego ze
      wszystkim, i Ich wiezi rodzinne byly,i sa,niesamowicie silne.Czemu my
      ciagle,z uporem maniaka, widzimy te separacje,i zatruwamy
      wode,powietrze ,ziemie i samych siebie z intensywnoscia, i
      systematycznoscia naukowego wariata? Nie przepadamy za innoscia
      pogladow,szczegolnie pogladow szanujacych wszystko i wszystkich,a
      pochodzacych od Aborygenow, uwazanych przeciez ciagle za cos
      nizszego,glupszego i prymitywnego.W psa znowu wpil sie kleszcz, i po
      przyjezdzie do Cairns dal znac o sobie podtruwajac suke trucizna
      powodujaca zachwianie rownowagi.Wygladala podobnie do "dajacych w
      szyje".Zostaje w Cairns kilka dni.Lubie to miasto koloru,ciepla,
      zieleni i niesamowitgo spokoju.Cairns wita rocznie okolo 1 miliona
      turystow ,i jako miasto turystyczne nie posiada prawie zadnego
      przemyslu. Operuje zupelnie inaczej niz inne, tej wielkosci
      miasta;jest spokojne.Chodze po Cairns i ogladam
      sklepy,kafejki,piwiarnie,jadlodajnie,ludzi i dzieci.Zima,ale jest
      slicznie, cieplo i slonecznie.Kwitna jakies rosliny,ktore gdzies
      indziej przestaly juz
      kwitnac,ale tutaj ma to zupelnie inny wymiar,wymiar czasowej
      rownosci dojrzewania.Nie widze nigdzie zlosci,klotni czy
      nieprzyjemnosci ludzkiego zachowania.Natura lagodzi wszystko
      klimatyczna dobrocia zimowego piekna, i to sie czuje.Cieplo emanuje
      z ludzkiego przezywania.Nikt sie nigdzie nie spieszy ,a czas cichego
      picia kawy, i jedzeniowej kontemplacji, odganie wszelkie zlo z tego
      kontynentalnego kraju.Zapach egzotycznych perfum, i roznorodnosci
      zimowego kwitniecia, uspokaja ludzkie percepcje miastowego niepokoju
      i nastraja radoscia zimowego,tropikalnego przemijania.Bylem W Cairns
      7 razy,ale jakos zawsze jade tam z radoscia.

    • 26.09.09, 21:16 Odpowiedz
      Wczoraj w nocy obudzilem sie w kompletnie innym swiecie.O 4
      rano ,pomimo,ze slonce wschodzi o 5.40,cale niebo bylo pomaranczowo-
      czerwone.Wygladalo to tak, jakbysmy cala Ziemia wyladowali na
      Marsie.Widok byl tak niesamowity,jak przed apokaliptycznym
      zniszczeniem,a wszystko to przez niesamowite wiatry z Poludniowej, i
      Centralnej Australii, porywajace miliony ton czerwonego kurzu,
      przenoszonego pozniej na wysokosci kilku kilometrow i powodujacego
      czesto prawie calkowite zaciemnienie miast i okolic.Okolo 3 ml km2
      zostalo pokryte warstwa kurzu,a teraz to wszystko przemieszcza sie
      do Nowej Zelandii.Cale wschodnie wybrzeze,od Melbourne do Zatoki
      Karpenteria,dostalo swoja doze kurzu, a glowna "chmura" miala okolo
      400km szerkosci i 2000 km dlugosci wznoszac sie na wysokosc 7 km.Ja
      nigdy nic takiego nie widzialem,a przeciez rozne kurzawki nie sa mi
      obce. Wszystko trwalo gdzies do 1.30 PM ,a swiatla jarzeniowe
      swiecily w tej kurzawicy z niebieska poswiata. Oprocz
      tego w czesci NSW spadl grad wielkosci pilek tenisowych, demolujac
      domy i samochody w jednakowej proporcji.Sydney doswiadczylo 12
      godzinnej kurzawicy,ale niektore miasta sa zaciemnione przez 2-3 dni
      podczas takich dziwnosci pogodowych.Kurz jest zwykle konsystencji
      maki i w dotyku troche "tlusty" wiec zmywanie mokra scierka powoduje
      raczej lekkie blotko.Takie chmury kurzowe zbieraja sie przez 2-3
      dni, wznoszac sie w poczatkowej fazie na kilkaset metrow, i
      wygladaja podobnie do gigantycznych fal morskich przed uderzeniem w
      brzeg.Caly widok jest kompletnie surrealistyczny, i jakby wyjety z
      innej planety.Podobno w te niedziele bedziemy mieli powtorke.Tym
      razem zamkne wszystkie okna.
    • 27.09.09, 10:51 Odpowiedz

      Wczoraj o 4.30 nad ranem dotarla do nas druga fala
      kurzawicy ,ktora najpierw zaatakowala Broken Hill(okolo 1000km na
      poludniowy/zachod od Sydney) i okolice. Ta dzisiejsza nie byla tak
      gesta, i mocna w kurzu,jak jej poprzedniczka,ale wszystko wygladalo
      niesamowicie szaro, podobnie do ciezkich chmur deszczowych.Rozwialo
      sie to wszystko gdzies kolo 9-tej rano ,ale niesamowicie silny wiatr
      gania dalej, w roznych kierunkach, jakies pozostalosci mialkiego
      kurzu.Podczas tej wtorkowej kurzawicy staralem sie raczej przebywac
      w pomieszczeniu zamknietym,gdyz ten drobniutenki kurz wciska sie
      wszedzie i ludzie maja problemy z oddychaniem i oczami.Maska,jezeli
      jestes poza domem,jest raczej koniecznosci,poniewaz mozna sie nawet
      nabawic pylicy.Chyba ciut przesadzilem,ale zdrowe to to nie jest.Ta
      wtorkowa ,gigantyczna burza,"pozabierala" rolnikom gorna warstwe
      urodzajnej ziemi i przeniosla ja gdzies w inne miejsce.Farmerzy
      mowia,iz beda potrzebowali kilku lat,zeby
      odbudowac te dobre wartsci "uprowadzonej" ziemi,ktora stracili w tym
      sztormie,ale oni zawsze na cos narzekaja wiec nie jestem taki pewien
      czy ta druga fala kurzawicy nie przyniosla czegos rowniez dobrego, w
      miejsce tej poprzedniej,porwanej. W Broken Hill , w ostatni wtorek,
      najpierw przyszla pomaranczowa,a pozniej czarna chmura tego kurzu, i
      zasypala kompletnie wszystko. O 3 PM dalej bylo bardzo ciemno,a
      widocznosc czasami nie przekraczala.... 2 metrow. Cos
      niesamowitego.Akcja odkurzania zajmuje okolo 7 dni,gdyz ten
      drobniutenki pylek ,nawet po przejsciu kurzawico/wichury, ciagle
      unosi sie w powietrzu i nawet,jak wszystko wydaje sie czyste, to
      nastepnego dnia musisz zmienic zdanie o czystosci czegokolwiek.Ten
      grad,ktory spadl kilka dni temu,gdyby byl okragly to jeszcze jakos
      mozna by cos tam ratowac,ale on spadl w formie maczugi pankowskiego
      uczesania, i tlukl wszystko z moca pierwotnosci.Ta najstarsz
      generacja,ktora ja tutaj znam,a ktora ma ponad 93
      lata,nie widziala czegos takie.W sobote po poludniu Broken Hill
      zostalo znowu "zaatakowane" przez te pogodowa dzikosc, i kurz moze
      stac sie brokenohillska codziennoscia.
      • 01.12.10, 14:49 Odpowiedz
        My dotarlismy do Broken Hill 4 dni pozniej niz Ty...kurzawica dla Nas zaczela sie juz w Wilcanii.
        Widok byl niesamowity, gdyz susza zmusila tysiace kangurow do pasienia sie przy drodze na nielicznych kawalkach trawy.
        Jako rezulatat uboczy minelismy od tegj miejscowosci setki lezaczych na poboczach oraz wprost na drodze glownej korpusow, ktore asystowane byly przez kruki ' ravens'.
        Z Broken Hills udalismy sie w tym tygodniu do Silver Town - miejsca, gdzie zdolano nakrecic 180 filmow/komercjalnych klipow. Lokalny karavan park nie dal mozliwosci abysmy sie rozbili, gdyz burza piaskowa wciaz tam trwala i proszyla w oczy.
        Good news - od znajomych obecnie podrozujacych w tej czesci - wszystko jest zielone. Wody i deszczu bez liku...

        Tak wiec - co widziales jest historia. Co my doswiadczylismy tez...haha

        My bylismy w Broken Hill tylko w drodze na pustynie.
        Burza piaskowa, ktora Nas po drodze spotkala, wraz z malymi 'twirly' czyli torndo to normalne zjawiska tam. Po takich samochod jest do przegladu calkowitego, bull dust zapycha niestety wszystko...

        Pozdrawiam
        Kan
    • 18.10.09, 10:23 Odpowiedz
      Kazdy kraj,w tym naszy przepieknym swiecie, pozbawiony lub
      pozostawiony bez rzadu staje sie w niedlugim czasie
      bandycko/korupcyjno/awanturna jednostka.Nie potrafimy rzadzic sie
      bez rozkazow z "gory",a szczegolnie meski rodzaj tego swiata jest
      podatny na wszelkiego rodzaju "naprawianie", bez wzgledu na koszt
      tego "naprawiania",oraz inna opinie innych.Kobiety,w podejmowaniu
      jakichkolwiek decyzji ,nie maja najmniejszego prawa glosu-
      szczegolnie w krajach afrykansko/muzulmanskich- pomimo,iz te decyzje
      dotycza tych kobiet najbardziej.Somalia nie jest jakims specjalnym
      wyjatkiem w tej burdo/drace dominujacej jej zycie od 20 lat,a
      bedacej efektem tylko i wylacznie meskiego zarzadzania.Kraj,
      przypominajacy na mapie ksztalt konika morskiego, jest dwa razy
      wiekszy od Polski i jest w stanie ciaglej wojnie ze soba, i swoimi
      obywatelami, od pierwszej chwili bezrzadowia. Gorna,polnocna czesc
      Somalii jest w rekach jakichs "rzadowych"frakcji, awanturujacych sie
      o
      wszystko ze wszystkimi,a dolna,poludniowa czesc, od Mogadiszu w
      strone
      "konikowego ogona",jest zajeta przez organizacje uwazana obecnie za
      terorystyczna, Al Shabab.Na terenach zajetych przez Al Shabab
      (mlodosc,mlodziez), najtezsze glowy meskie szkola mlodziezowcow
      somalijsko/muzulmanskich do walki o zmiane rzadu w Somalii. Uczy sie
      tych mlodych gosci ,jak maja pieknie zabijac,wysadzac i demolowac
      wszystko i wszystkich majacych inna opinie, i inne zdanie od zdania
      przywodcow Al Shabab. Shabab'owcy zajeli w tych walkach ladny
      kawalek kraju.Wytlukli nawet w Mogadiszu kogo sie tylko dalo,
      wprowadzajac na zajetych przez siebie terenach prawo
      szarijatu.Kobiety,ktore od wiekow chodzily w tym goracym,
      lagodno/sunnicko/muzulmanskim kraju ubrane w kolorowe,lekkie rzeczy,
      musza obecnie ubierac sie na czarno.Nie mezczyzni, tylko Kobiety
      maja nosic te stroje, gdyz tak to sobie wymyslil ten
      wspanialy,madro/wszystkowiedzacy, Koranem potrzacajacy meski patron
      zdobytych terenow.Przez dwa dni,po wydaniu takich cudnych zarzadzen,
      bylo wszedzie
      dosyc spokojnie,ale trzeciego dnia,jakis naj/najmadrzejszy, z tej
      wspanialej, rzadzacej gwardii oglosil,z ladnym wydaniem Koranu w
      rece, iz srebro, zloto i inne szlachetne metale sa "metalami
      proznosci Zachodu", i jako takie nie maja prawa bytu,i podlegaja
      konfiskacie, na terenach objetych szarijatem.Wobec tego cala ludnosc
      zajetych,szarijackich terenow,zostala zmuszona do oddania wszyskiego
      co przypominalo zloto,srebro i inne "proznosci Zachodu",ale, zeby to
      wszystko wygladalo rzeczywiscie bardzo, bardzo powaznie,zdecydowano
      pozbawic zyjacych obywateli wszystkiego co ma nawet najmniejszy
      zwiazek ze srebrem i zlotem ,lacznie z... UZEBIENIEM!!!Na takie
      zalatwienie sprawy nawet germanski umysl nie wpadl podczas swoich
      wojenek,ale przeciez postep jest zawsze mile widziany.Podobno teraz
      Etiopia wkracza, po raz ktorys, na tereny somalijskie i tlucze
      wszystko i wszystkich nie chcac miec pod bokiem, w swoim katolicki
      kraju,takiego madro-narwano-szalonego
      sasiada.Patrzac na to wszystko z perspektywy somalijskiej wydaje mi
      sie,ze nie powinnismy miec zadnych watpliwosci, iz zyjemy w
      szczesliwych krajach,nieprawdaz?
    • 05.12.09, 20:53 Odpowiedz
      George,kilka miesiecy temu, stal sie stalym rezydentem w mojej
      pracy ,ale bedac dotkniety demencja nie mial prawie zadnych
      wymagan , poniewaz to co chcialby miec, lub zrobic, zaraz przepadalo
      gdzies w Jego "zapomnianej" pamieci. Mieszkal na parterze, w
      naroznym mieszkanku, za ktorego oknem byl chodnik i plot, oddzielony
      od chodnika metrowym ogrodkiem. Za plotem mieszkal zamozny lekarz
      polskiego pochodzeni, i dwa psy pilnowaly jego zamoznosci dzien i
      noc, szczekajac na przechodzacych przechodniow,w potrzebie i bez,
      czym wprawialy Georg'a w bardzo wojowniczy nastroj. George,
      szczuplutki, malutenkiej posturki, i dobrze po 80 -tce, lapal, z
      niesamowita zrecznoscia, dlugi waz do podlewania ogrodu i moczyl te
      szczekajace psy, ktore,moczone woda, szczekaly jeszcze bardzej.
      Ganiali sie tak po obu stronach plotu, one na calej jego dlugosci,a
      On do dlugosci ograniczonej dlugoscia wezowej gumy, bez specjalnej
      krzywdy dla ktorejkolwiek
      ze ston.Musialem odlaczyc Mu tego weza , poniewaz inni rezydenci
      byli zaniepokojeni nieustajacym harmidrem i Georg'a
      aktywnoscia.Musze przyznac, iz nigdy nie widzialem "walczacego "
      Georg'a w zly humorze. Wygladal raczej na zadowolonego tak, jakby ta
      cala draka byla Jego ulubiona zabawa. Po zlikwidowaniu weza,George
      zaczal podlewac swoj ogrodek odkrecajac po prostu wode,i tlumaczac
      mi, iz ona sama , po kilku godzinach,bez pomocy weza, rozprzestrzeni
      sie ladnie po ogrodzie. Ciezko bylo z Nim polemizowac, gdyz to co
      mowil bylo prawda. Po 5 godzinach "podlewania", Jego ogrod
      byl,rzeczywiscie,nasaczony woda. Musialem, droga kompromisu,
      zainstalowac krociutkiego weza. W swoim malutkim mieszkanku posiadl
      George maly, bialo -czarny telewizor, 50-cio letnia kanape, 2 wedki,
      ktore mialy przypominac Mu o checi zlapania jadalnej rybki, oraz
      metrowej wysokosci lodowke pelna twardych jablek, kolo ktorej lezal
      gigantyczny mesel z polkilogramowym
      mlotkiem.Zapytany po co Mu takie dziwne narzedzia w kompletnie
      niezagospodarowanej kuchni odpowiadal, iz mesla z mlotkiem uzywa
      do "meslowania" jablek, ktore przeciete na pol staja sie bardzej
      miekkie,a te polowki,"zmeslowane" na cwiartki, czynia te cwiarteczki
      bardzej zajadliwe i, z wielka zrecznoscia, demonstrowal mi swoja
      inwencje "zmiekczania" jablonnych owocow. Wygladalo to wszystko
      dosyc dziwnie, ale moze te zmeslowane jabluszka rzeczywiscie miekly
      pod zrecznym meslem Georg'owego cwiartowania. Kiedy zapytalem sie Go
      czy nie moglby zosemkowac tych cwiartek ,czyniac nawet te
      najtwardsze jabluszka odpowiednie dla niemowlecego podniebienia ,
      popatrzyl sie na mnie, jak na szalenca.Pamiec Jego nie siegala az
      tak daleko, zeby je osemkowac. Cwiartkowanie bylo Jego calkowita
      mozliwoscia.
    • 20.12.09, 11:07 Odpowiedz
      Jakies dwa i pol roku temu wprowadzila sie do osrodka ,w ktorym
      pracuje, 86-cio letnia,filigranowa kobietka z dwoma synami,weteranmi
      wojny wietnamskiej.Kazde z nich zamieszkalo w oddzielnym
      mieszkaniu.Przeprowadzili sie z Katoomby, z Gor Blekitnych,po
      sprzedazy domu,ktorym nie mogli, lub nie chcieli sie juz
      zajmowac.Decyzja o zmianie okolicy zamieszkiwania nalezala do
      June.Synowie nie mieli nic do powiedzenia. W nowym miejscu Ona
      decydowala,kto,gdzie i w jakim mieszkaniu ma zamieszkac.Bedac oddana
      katoliczka trzymala swoich dwoch synow w ryzach z twardoscia
      inkwizycyjnego klechty.W miedzyczasie pochowala meza i
      trzeciego,najstarszego syna,ktory zginal w wypadku samochodowym w
      USA.Dwoch mlodszych synow nigdy sie nie ozenilo,gdyz zadna z dawnych
      kandydatek nie odpowiadala kryteriom matki.Widzialem armijne zdjecia
      Jej dwoch synow i obaj wygladali,w tamtych czasach, dosyc
      przyzwoicie,ale decyzja matki byla ostateczna i niepodwazalna w
      wymogach synowskich
      zon.Zostali kawalerami i oddawali sie,oprocz nieustajacej opiece nad
      matka,lepieniu modeli latajacych i komputerom. W wieku 50 lat
      roztyli sie i mieli duze problemy zdrowotne.Rok temu,po
      krotkiej "walce",zmarl na raka prostaty sredni
      syn ,Warren.June,zaraz po wprowadzeniu sie do Osrodka wygladala na
      niezniszczalna kobietke. Patrzac sie na nia nikt nie dalby Jej tyle
      lat ile miala.W swoim mieszkaniu zainstalowala sobie duze, i
      niesamowicie mocno powiekaszajace lustro, w ktorym,z lekim
      przymrozeniem oka,mozna by zobaczyc zywego wirusa.Twierdzila,po
      zainsalowaniu tego lustra, iz musi sprawdzac swoj postepujacy proces
      starzenia ,zeby przygotowac sie, w odpowiednim momencie, do odejscia
      z tego swiata.Rzeczywiscie, przygotowywala sie do odejscia planowo i
      bardzo skrupulatnie.W swoim mieszkaniu,o wysokosci sufitu 3.8 metra,
      miala ponad 50 obrazow,przewaznie religijnych, w niesamowitych
      rozmaitosciach wymiarowych,a porozmieszczanych na calych scianach,az
      po
      sufit.Nikt nigdy nie slyszal zadnego stukania w Jej mieszkaniu wiec
      zastanawialismy sie,kto Jej to wszystko mogl tak wysoko pozawieszac?
      W oknie kuchennym byly dwa anioly wyciete z jakiejs zlocistej
      blachy,a w koronie glowy kazdego z nich swiecilo sie rubinowe
      serduszko symbolizujace milosc.Przy drzwiach wejsciowych byly
      umieszczone 3 anioly , z tym ,ze jeden z nich byl zawieszony na haku
      wygietym polosemkowo, i mial,oprocz serduszka rubinowego w koronie
      glowy,dwa "diamentowe" szkielka w gornej czesci skrzydel
      symbolizujaca jego hierarchiczna wyzszosc nad czterema pozostalymi,
      anielskimi kompanami. W sypialni miala June dziesiatki korali,
      umieszczonych na specjalnie w tym celu zamontowanych 23 hakach
      drzwiowych,a zrobionych z nierdzewnej stali z takaz sama,nierdzewna
      podstawa, pod ktora znajdowala sie cieniutenka poduszeczka obszyta
      zielonym,bilardowym materialem.Wszystko bylo pieknie umieszczone z
      tylu drzwi,a poduszeczka tlumila odglos uderzania
      korali o drzwi przy ich otwieraniu. Pod lozkiem znajdowalo sie,
      ladnie poustawianych, kilkanascie par czulenek z elegancko
      zwinietymi polponczoszkami w kazdym prawym buciku.Dwie szafki w
      glowie lozka byly zajete przez Biblije i Ukrzyzowanego.Wiele razy
      zdarzylo mi sie zastac Ja w lozku ubrana tak jak do trumny, z
      biblijnym bogiem po prawej i ukrzyzowanym po lewej.Ci bogowie
      podlegali dziennej roszadzie ,gdyz June nigdy nie byla pewna co do
      waznosci
      praworecznej pozycji ktoregokolwiek z nich.Pierwszy raz,kiedy
      zastalem Ja w takiej pozycji, po zaproszeniu o pomoc w czymstam,
      myslalem ,iz odeszla z tego swiata i zastanawialem sie czy moglbym
      zbadac Jej puls metoda filmowa,ale mnie uprzedzila ozywajac i
      straszac zarazem.Pokazal mi wtedy swoich szafkowych bogow
      ustawionych w odpowiedniej,katowej pozycji tak,zeby linie
      srodkowosci boskiej przecinaly sie w zlaczeniu Jej obutych
      stop.Szafkowi bogowie,Jej glowa i zlaczone stopy tworzyly bardzo
      misterny,swiety trojkat. Korale, w pokoju przygotowywanego odejscia
      z tego swiata, tworzyly niesamowita mozaike kolorystyczna i byly
      dobierane do odejsciowj pozycji odpowiednio do pogody.Jasniejsze
      byly zakladane w ciemniejsze dni i odwrotnie.Lodowka w kuchni
      przypominala trzystronna tablice ogloszen,ktore to "ogloszenia"
      mialy podpowiadac Jej to czego nie pamietala, ale ogolnie mowiac nic
      specjalnie dlugo nie zostawalo w Jej pamieci wiec ilosc kartek rosla
      w
      grubosc.Do chwili
      smierci drugie syna wygladalo na to ,iz jest w stanie przezyc Ich
      wszystkich.Wiele razy zanjdowalem Ja w ogrodku na ziemi, do
      ktorego wpadala przy porannym usuwaniu chwastow.Lezala sobie w tym
      nieduzym ogrodku podwachujac kwiaty w hryzontalnej pozycji i
      czekajac na kogos z pomocna dlonia.Nigdy sie na nic nie
      skarzyla.Wyciagnieta z ogrodka otrzepywala sie z zaklopotaniem
      wielkopanskiej damy znalezionej w faux-pas'ksowskiej pozycji.June
      wywracala sie tez na betonie,spadala ze schodow,gubila klucze
      rozbijala sobie glowe i nogi,ale jakos dolegliwosci fizyczne nie
      dotykaly Jej samopoczucia.Kilka miesiecy temu stwierdzila
      autorytatywnie,iz dalej wyglada atrakcyjnie, czym wprawila sie w
      niezla dume. Po takim autorytatywnym stwierdzeniu postanowila odbic
      mlodszej,ale rowniez filigranowej rezydentce,Peggy,amanta
      rezydentowego dotknietego powaznym problemem zdrowotno-
      alkoholowym.Afera byla nieslychana,gdyz w obecnosci Toma, pasywnego
      amanta, doszlo do niesamowicie glosnej awantury,po ktorej
      Peggy,zalana lzami, uciekla do domu .Afera chyba Jej specjalnie nie
      dotknela,gdyz kilka dni
      pozniej znalazlem Ja w ogrodzie w dobrym samopoczuciu,obejmujaca
      kwiaty w embrionalnej pozycji.Przepraszala mnie znowu za
      klopot,kierujac reke w strone nieba na niewytlumaczalnosc
      Jej "upadlosci" ogrodowej.Jakis miesiac temu oznajmila nam
      wszystkim ,iz wyprowadza sie do osrodka ,w ktorym moze dostac
      wieksza opieke,poniewaz ostatnio przestala dopisywac Jej pamiec i
      nie bardzo wie ,jaki jest dzien, co powinna jesc,jezeli wogole,jakie
      przyjmowac lekarstwa i gubi sie w swoich obliczeniach odnosnie wizyt
      lekarskich.Mowila prawde,gdyz rzeczywiscie sie we wszystkim ciutenke
      pogubila.Ostatniego syna gnebila telefonami o najroznieszych
      godzinach nocno/rannych pytajac sie o termin wizyty lekarskiej i
      Greg,widzac postepujaca demencje, zdecydowal sie na drastyczny krok
      rozstania z matka.Kilka dni temu, po owarciu Osrodka pare minut po
      siodmej, zobaczylem Ja popychajaca kolkowy chodzik w strone
      rezydenckiej biblioteki. Zapytalem sie Jej co sie stalo,ze wedruje
      sobie
      gdzies tak raniutenko? Przyjrzala mi sie przez chwile z brwiami
      podniesionymi do gory,a symbolizujacymi zdziwienie duzego znaku
      zapytania, i podnoszac reke do gory odslanila duzy, mowiacy zegarek,
      ktorego wystajacy przycisk nacisnela kciukiem, i oboje uslyszelismy
      glosny anons godziny 7.15.Pokazala mi reke,ktora nacisnela
      mowiaca,cyferblatowa czasowosc i stwierdzila,ze wedruje do syna,
      poniewaz sadzi,iz ma zlamana reke.Zapytalem sie Jej,jak to sie
      stalo,a Ona, po chwili zastanowienia , powiedziala mi,ze chyba
      wlozyla ja w drzwi,ale tak naprawde to nie jest tego pewna.Chcialem
      Ja odprowadzic,ale grzecznie odmowila i "pomknela" z chodzikiem do
      syna po jedna z ostatnich,synowskich rad.Za kilka dni wyprowadza sie
      do tego bardziej "opiekunczego" osrodka.Lubie Ja za ten hart
      nieupadlego ducha popartego duzym optymizmem.
    • 17.01.10, 12:13 Odpowiedz
      Po ponad 4 godzinach lotu wyladowalem w Miedzynarodowym Porcie
      Lotniczym w Broome, gdzie 20 sufitowych wiatrakow staralo sie
      ochlodzic samolot podroznych czekajacych na swoje bagaze. Czekalem
      na zewnatrz- wiatraki nie chlodzily, ale dawaly zludzenie dobrze
      prosperujacej instytucji.Tropik ma swoj specyficzny zapach, ktory
      lubie i w ktorym czuje sie dobrze.Przy wyjsciowych drzwiach jakis
      spocony miejscowy koles proponowal podroz autobusowa taksowka do
      mojego miejsca przeznaczenia. Dalem sie namowic; cena byla
      przystepna -$8 , ale to tylko dlatego, iz miasto z 14000 populacja
      nie jest strasznie rozlegle, chociaz, jak mnie poinforowano, podczas
      sezonu "rozrasta" sie dwukrotnie.Mieszkalem przez jedna noc w nowo
      wybudowanym hotelu dla back-packers, czyli dla podrozujacej
      mlodziezy od 16 do 99 lat. Poniewaz jeszcze mieszcze sie w
      przedziale wiekowym wiec dano mnie do 30 letnego hydraulika
      pracujacego gdzies w kopalni, i jakiegos dziwnie chrapiacego
      goscia , ktory przed pojsciem spac siedzial pod drzwiami naszego
      pokoju przez dobra godzine nie wymawiajac jednego slowa, ale jak
      wszedl do srodka to usnal natychmiast z tak srasznym chrapem,ktory
      moze byc tylko spowodowany, wedlug moich ocen, alkoholowo-
      narkotykowa orientacja. Swoja droga hydraulik nie byl w niczym
      lepszy od powyzszego goscia, gdyz dal tak w gaz z kopalnianymi
      kolesiami, iz usnal z nogami tak brudnymi, jakby wyszedl z kopalni
      wegla w ktorej nie tylko nie wolno bylo sie myc, ale takze
      oddawanie gazow bylo zabronione pod kara smierci, wobec tego w
      pokoju folgowal sobie przez sen z systematycznoscia
      pietnastominutowego zegarka szwajcarskiego, zatruwajac siebie,
      wszystkie zywe tropikalne stworzonka z sasiadem gazownikiem
      wlacznie. Wychodzac z hotelu o 8.30 widzialem go wciaz lezacego na
      boku i pierdzacego dalej wnieboglosy. Nie spalem cala noc i bylem
      wdzieczny Niebu, iz umiescilo mnie kolo okna.Podroz zaczela mi sie
      pieknie. Dokladnie o 8.30 przyjechal po mnie gosc w wynajetym przeze
      mnie samochodzie i odwiozl mnie do biura w celu wypelnienie
      blankietow formalistycznych zapewniajacych ich- wynajemcow- o tym,
      ze ja to jestem ja ,a oni to sa oni, informujac mnie rownoczesnie
      o wzajemnych prawach i... ruszylem do innego back-packer'owskiego
      hotelu wynajmujac pokoj dla siebie z 3 lozkami, w tym jedno
      podwojne. Pokoj dostalem z tylu hotelu, gdzie cisza byla
      przyjemniejsza niz w jakimkolwiek innym miejscu tego kompleksu, a
      sasiad, Anglik, pracujacy w recepcji, zajmowal sie, oprocz pracy,
      siedzeniem , paleniem i piciem duzych ilosci piwa nie przyczyniajac
      sie tymi zajeciami w zaden sposob do przerywania ciszy nocnej.
      Znalismy sie po imieniu i rozmawialismy ciutenke o pilce noznej bez
      jakiejkolwiek perspektywy konfrontacji. Miasto jest male i czyste i
      wedrujacy ciagle Aborygenii, w poszukiwaniu alkoholowych procentow,
      nie psuja milego, kosmopolitycznego nastroju tego miasta. Oni
      przypominaja mi eratyczny lot motyla.Kolorowo ubrana, pijana i bosa
      Aborygenka, biegnie ze sluchawkami na uszach trzymajac w reku przed
      soba CD-player, zeby po chwili zerwac sluchawki z glowy, oddac je
      jakiemus Aborygenowi, wyrwac mu je z reki po 30 sekundach , nalozyc
      je na uszy ponownie, usiasc na lawce, poderwac sie po kilku
      sekundach , oddac je znowu komus innemu, odebrac, pogrozic piescia
      bog wie komu, zamienic pare slow z opitym kompanem, kopnac kogos w
      tylek bez powodowania draki, usmiechnac sie do mnie , jakbysmy sie
      znali od stuleci i wszystko o sobie wiedzieli, przejrzec sie w
      szybie wystawowej, poprawic cos na glowie i za sekunde zburzyc to
      cos co bylo poprawione i..... tak przez caly dzien. Ci pijacy
      nazywani sa "miastowymi", a ci inni, niepijacy , bushy [ buszi ] i
      obie spolecznosci, o dziwo, traktuja siebie z szacunkiem. Drugiego
      dnia pobytu w Broome wpadla na mnie, wczesnym popoludniem, pijana,
      dosyc mloda, "mieszana" Aborygenka. Oparla mi glowe na ramieniu
      i ,zionac latami nieprzetrawionego alkoholu , wyszeptala,. "
      Teressssss.... aaa jestem. Musisz mi pomoc." Zainteresowala mnie tym
      polsko brzmiacym imieniem wiec sie zapytalem , jak moglbym Jej
      pomoc? " Musisz mi dac swoje szorty, poniewaz nie moge sie pokazac
      w domu bez spodni." Zapytalem sie Jej ,gdzie ma swoje szorty?
      Powiedziala ,ze ktos je ukradl. Powiedzialem Jej, iz oddajac Jej
      swoje szorty sam zostane bez spodni, a to mi nie odpowiada.Przez
      moment zapadla myslowa cisza po czym dodalem , ze moze poszukac
      gosci , ktorzy chodza w dwoch parach spodni. Zamyslila sie nad tym
      przez chwile po czym powiedziala, iz tak bedzie musiala zrobic.
      Rozstalismy sie po przyjacielsku.Ciekawe , kto mogl Jej te szorty
      ukrasc.
    • 23.01.10, 13:02 Odpowiedz
      Kilka tygodni temu w Adelajdzie, malzonka, w hinduskim
      malzenstwie, stwierdzila autorytatywnie,tak przynajmniej wyglada to
      z zeznan policyjnych,ze penis jej meza jest/byl jej wylaczna
      wlasnoscia i,pomimo niezachwianej wiernosci meza,postanowila wejsc w
      jego posiadanie na zawsze, pozbawiajac meza penisa przez
      podpalenie.Dodala mezowi cos do lepszego snienia,a kiedy on legl
      spokojnie w malzenskim lozu, wysmarowala mu ten obiekt swojej
      zazdrosci jakas tlusta mazia, i podpalila.Maz,zanim sie dobrze
      ocknal z tego "wspomaganego" snu, nie mial juz pol czlonka ,a reszta
      penisa plonela pieknie wspomagana tluszczem penisowego
      topnienia.Gosc, w szale ugaszenia resztek plonacego
      siusiaka,podpalil lozko, sypialnie i reszte domu tak elegancko,ze
      kiedy straz pozarna dotarla do nich wezwana przez sasiadow, to cale
      domostwo plonelo juz pieknie niezgaszalnym ogniem .Meza nie udalo
      sie uratowac,a straty podpalenia wyniosly okolo 1 mil
      dolarow.Malzonka
      tlumaczyla sie,iz ona nie chciala takiego zakonczenia, ale to i tak
      nie zmienia faktu,ze spedzi za kratkami kolo 15/20 lat.Zastanawiam
      sie, jak ona to sobie wykombinowala,iz podpali mezowskiego penisa-
      Hindusi sa strasznie owlosieni- bez podpalenia czegokolwiek innego?


      P.S.Od kilku dni ocieramy sie o czterdziesto-stopniowki i mury sa
      nagrzane do stanu niedotykalnosci.Ja mkne na dwa tygodnie na
      Tasmanie i bede w Sydney kolo 12 lutego.Tam jest ciut chlodniej.
    • 21.02.10, 09:52 Odpowiedz
      John Patterson byl wieloletnim pracownikiem australijskiego
      giganta telekomunikacyjnego,Telstra,i jako elektronik, z 20-sto
      letnim doswiadczeniem, zajmowal sie projektowaniem,testowaniem i
      nadzorowaniem systemu cyfrowego dla przekaznikowych wiez
      telekomunikacji bezkablowej.
      John byl bardzo dobrym pracownikiem, i do pewnego momentu wszystko
      wskazywalo na to,iz zakonczy swoja dlugoletnia wspolprace z Telstra
      bez specjalnego problemu ,lecz kiedy po przeniesieniu Go do jakiegos
      Centrum Telstry, polozonego pomiedzy dwoma wiezami telefonii
      komorkowej, zaczal chorowac na jakies przedziwne choroby,wszystko
      uleglo radykalnej zmianie.Pierwszymi objawami byly symptomy podobne
      do grypy,pozniej,co 7-10 sekund, dostawal skurczu miesni i czkaly Mu
      pluca,a po miesiacu serce zaczelo pracowac zupelnie inaczej
      powodujac napady strachu.John pisal do przelozonych
      przenajrozniejsze pisma o swoim podupadajacym zdrowiu, i
      niebezpiecznej radiacji,ale kierownictwo zupelnie Go ignorowalo
      twierdzac,ze wszystko jest zgodne z normami ONZ-tu i..., po kilku
      miesiacach nieustajacej korespondencj, przeniesiono John'a w stan
      spoczynku dajac Mu zwolnienie chorobowe.John przeszedl na
      to "ochotnicze",chorobowe zwolnienie ,ale dalej kontynuowal swoje
      dochodzenie, wedrujac ze swoimi raportami nawet do Rzadu Federalnego-
      The Australian Standards Committee-zwiazanego z ekspertami od
      radjacji,lacznie z ekspertami wojskowymi.John pisal,ze: "Z
      pomiarow,ktore zebralem wynika,iz radjacja wiez telekomunikacyjnych
      niszczy bioelektryczny system naszego ciala,ktory jest aktualnie
      naszym mozgiem i systemem nerwowym,czyli systemem napedzajacym nasze
      miesnie ,organy i caly uklad komorkowy, potrzebny do sprawnego
      funkcjonowania naszego calego ciala.Taka "wiezowa" radiacja powoduje
      kompletne zalamanie sie funkcji naszego organizmu." John twierdzil
      rowniez,ze nasza pamiec kompletnie zanika,a umieszczanie takich wiez
      w poblizu szkol,przedszkoli,szpitali i naszych domow jest czystym
      wariactwem, powodujacym u dzieci problemy z nauka,zalamania nerwowe
      i nerwice, a u chorych przedluzenie okresu rekonwalescencji,ale
      dalej nikt Go nie sluchal pomimo,ze John robil pomiary najlepszym,
      dostepnym miernikiem,ktorych tylko
      kilka jest w Australii,a osiagalnym tylko za jedyne 70 tysiecy
      dolarow. Zniechecony miesiecznymi przepychankami papierowymi z
      urzedasami Rzadowo-Telstrowymi, John postanowil przyciagnac uwage
      Telstry i mediow w inny sposob. Pewnego dnia "pozyczyl",od swojego
      przyjaciela, piekny,angielski woz pancerny z Pierwszej Wojny
      Irackiej -tylko 2 takie wozy pancerne sa w prywatnych rekach w
      Australii- i w nocy "zaatakowal" 6 wiez telekomunikacji komorkowej,
      niszczac cala instalacje,ktora przeciez sam projektowal,dozorowal i
      testowal.Nie mogl zniszczyc samych wiez,poniewaz takie wieze
      podchodza pod nomenkalture "infrastruktury publicznej", i
      zniszczenie czegos takiego mogloby narazic mieszkancow na
      niebezpieczenstwo,a Jego samego zamknietoby z
      etykietka "terrorysta",ale elektronika i przekazniki to zupelnie
      inna sprawa.Zatakowal to wszystko w nocy, ze wzgledu na
      bezpieczenstwo publiczne, a planowane zniszczenie mialo obejmowac 8
      wiez.Widowisko bylo jakby iscie
      wyjete z
      filmu amerykanskiego.Kilkanascie aut policyjnych,helikoptery, syreny
      i migajace swiatla dopelnialy pieknie tego widowiska. Po zniszczeniu
      6-tej instalacji ,jakis mlody,nie bojacy sie niczego policjant,
      wdarl sie na ten john'owski pojazd pancerny i spryskal John'a twarz
      gazem lzawiacym z bliskiej odleglosci,pozbawiajac Go normalnego
      oddechu i wzroku na ladnych kilka godzin.John zamknal wlaz do
      swojego pojazdu,ale jakos policja otworzyla to cudo z boku i...
      wywleczono John'a z tego pancerniaka. Nioslo Go szesciu chlopa tak
      samo, jak "czarni" niosa drewniany taran do rozbijania zamknietych
      drzwi.Wrzucono Go do policyjnego samochodu z hukiem
      rozbijanej ,johnowskiej glowy,aby zamknac Go pozniej w wieziennym
      szpitalu sydneyskiego wiezienia "Long Bail Jail". Tam zdiagnozowano
      Go jako mentalnie chorego,poniewaz John nie mogl mowic ze wzgledu na
      gazy lzawiace w organizmie,i ciezkie obrazenia glowy po
      poziomym ,krotkim,"samochodowym" locie.Ale John nie byl
      szalencem,wrecz przeciwnie.Po kilkudniowym ,szpitalnym pobycie
      rodzina John'a zorganizowala 2 psychologow gotowych zaswiadczyc,po
      szczegolowych badaniach, o Jego wspanialej poczytalnosci i, po
      zalatwieniu odpowiednich papierkow, wypuszczono John'a na wolnosc za
      kaucja.W miedzyczasie opinia publiczna dowiedziala sie co stalo za
      tym nocny atakiem samochodu pancernego, i w prasie,radio i TV
      zaczeli wypowiadac sie specjalisci od elektroniki,lekarze i
      publiczni eksperci od zdrowia, popierajac w 100% John'owskie badania
      i Jego wyniki pomiarowe.John bedzie odpowiadal z wolnej stopy za zle
      intencje calej tej demolki,ale akcja demolowania, i odpowiedzialnosc
      za nia , wyglada teraz zupelnie inaczej w oczach opinii publicznej.
      Nie majac przedtem zadnego poparcia w nikim,John ma teraz za soba
      opinie publiczna, z wieloma ekspertami wlacznie.Wyglada na to ,ze w
      takich sprawach demolowanie jest jedynym sposobem mogacym
      przyciagnac uwage medialno-publiczna.

      Buzia Zbyszek
      P.S.W nastepnym emailu napisze ciutenke o Tasmanii.






















    • 28.02.10, 13:11 Odpowiedz
      Mkne na te stara,aborygenska wyspe,na ktorej miejscowych
      Aborygenow nie ma juz od wieku, a ktorych historia siega tam minimum
      36 tysiecy lat wstecz.Przeszkadzali tam bialym "tubylcom" wiec sie
      Ich pozbyto tak samo zreszta ,jak i pozbyto sie Tygrysa
      Tasmanskiego.Teraz "wojuja" tam ci wszystkowiedzacy ,biali panowie
      tego Kraju, z przepieknymi,tasmanskimi lasami, wycinajac wszystko w
      pien i,jak to zwykle bywa w takich przypadkach,tlumaczenie jest
      jedno: money,money,money no i praca dla miejscowych wycinaczy.Kawalki
      pocietych drzew wysyla sie do Japonii,zeby tamci mogl przerobic te
      drobnice drzewna na papier i wyslac nam to przerobione cudo w postaci
      papieru toaletowego.Wspaniala kooperacja,nieprawdaz? Na lotnisku nie
      ma mojego nazwiska w komputerze,ale nic sie nie przejmuje,gdyz mam ze
      soba rezerwacje z Biura Podrozy wydrukowana pieknie na eleganckim
      papierze.W okienku Virgin Blue wszystko sie zgadza i dostaje to samo
      siedzienie przy oknie,ktore juz
      mialem zarezerwowane dwa miesiace temu.Na lotnisku spotykam swoja
      stara znajoma Angielke,Carolin,ktora leci tez do Launceston,gdzie
      planuje wynajac auto i odwiedzic,w portowym miescie Devonport, swoja
      stara przyjaciolke sprzed 30 lat ,aby pozniej ,w tymze wynajety
      aucie,podrozowac po Tasmanii.Po naszej polgodzinnej rozmowie i kawie,
      Caz(taki angielski skrot od Carolin) proponuje wspolne wynajecie auta
      i jazde do Devenport,a pozniej eskapade wokolo Tasmanii.Lot z Sydney
      do Launceston trwa 1godz i 45 min wiec mowie,ze dam Jej odpowiedz
      ,jak juz wyladujemy.Podzial wszelkich kosztow jest dosyc kuszaca
      sprawa,poniewaz dopiero na lotnisku dowiedzialem sie,iz tasmanskie
      wakacje szkolne koncza sie tam 11 dni pozniej niz w innych stanach
      australijskiego kontynentu, i wobec tego ceny wszystkiego na Tasmanii
      sa takie, jak w szczycie wakacyjnym.Zaskoczylo mnie to,gdyz do tej
      pory myslalem,ze szkoly w Calej Australii operuja i wakacjuja w tym
      samym czasie.Zle
      myslalem. Zastanawiam sie nad ta propozycja ze strony finansowej i
      zgodnosci krajobrazowej ogladalnosci.Nigdy przedtem z Nia nie
      podrozowalem i mam swoje obawy,poniewaz z 59-cio letnia Angielka moga
      byc pewne problemy roznej natury,ale chyba ze wszystkim mozna sobie
      jakos poradzic. Wynajmujemy auto na lotnisku w Launceston. Caz upiera
      sie przy ubezpieczeniu samochodowym tlumaczac mi,iz ostatnim razem,
      podczas swojej podrozy z bylym boyfriend'em w Victori, spadla na Ich
      samochod olbrzymia galaz i musieli placic jakies horendalne sumy za
      reperacje.Ja nigdy do tej pory,podczas kilkudziesieciu lat swojej
      porozy po Australii, nie placilem samochodowego ubezpieczenia,gdyz
      moja mysl wedruje raczej w kierunku przyjemnosci podrozniczej ,a nie
      samochodowej wypadkowosci,ale decyduje sie na to ubezpieczenie,gdyz
      koszty wynajmu i ubezpieczenia dzielimy po polowie.Latwy wyjaz z
      miasta i dosyc przyzwoita droga prowadzi nas do Alum
      Cliffs,aborygenskiego,swietego
      miejsce
      dalekiej przeszlosc( kilka pierwszych zdjec)pozwalajacego Im na
      zgromadzenia i rozwiazywanie problemow tamtejszej,odleglej
      bytnosci.Pogoda jest cieplo-szaro-mglista wiec ogladamy i
      fotografujemy roznosci. Inni odwiedziciele tego miejsca, w malych
      liczbach,tez oddaja sie tym zajeciom. Z Alum Cliffs decydujemy wybrac
      sie na miejscowe maliny i po malych klopotach mapowych docieramy do
      przepieknej,malinowej farmy.Farma oferuje,oprocz owocow,najrozniejsze
      wyroby z malin, lacznie z octem malinowym,ktorym piekna sprzedawczyni
      czestuje mnie widzac we mnie,chyba, wspolczesnego Chrystusa w
      podrozy.Objadamy sie tym wspanialym owocem w pieknym kawo-sklepie,
      zabierajac "garstke" malinek dla gospdarzy w Devonport.Kilka
      kilometrow dalej odwiedzamy fabryczke miejscowych serow,oferujaca
      przenajrozniejsze produkty serowe lacznie z winem,olejami i jakimis
      innymi,miejscowymi produktami.Nie kupujemy nic ,gdyz Caz wyciaga z
      nich informacje o uzywaniu syntetycznego enzymu
      -fermentu zoladkowego- do produkcji tych,podobno, poszukiwanych
      serow.Na pytanie dlaczego nie uzywaja naturalnego enzymu twierdza ,iz
      naturalny ferment zoladkowy im sie skonczyl.W Devonport jestesmy kolo
      18-tej i spedzamy tam mily wieczor z gospodarzami kolacjujac sie w
      miejscowym pub'ie.Brian i June maja 4 synow i wszyscy sie juz
      porozjezdzali po swiecie wiec w Ich domku miejsca do spania w
      brod.Najmodszy,19-sto letni, gra zawodowo w krykieta w Hobart, a
      najstarszy,29-cio letni, gra w zespole muzycznym w Szanghaju w
      Chinach.Nastepnego dnia,raniutenko, zamierzamy wyruszyc z
      gospodarzami w podroz po polnocno-zachodnim wybrzezu, planujac
      dotrzec do miejscowosci Marrawah.Gospodarze przydzielili nam
      duzy,synowski pokoj do spania. W nocy okazuje sie,iz Carol chrapie
      nie gorzej niz szewc,a czasami jeszcze grozniej.Budze Ja w nocy 2
      razy tlumaczac ,iz nie moge tak spac,gdyz ten dzwiek mnie budzi i
      dobija.Wiem,ze stara sie spac na boku,ale nie zawsze Jej to
      wychodzi.Chrapanie Carol bedzie mi towarzyszylo do konca
      podrozy,poniewaz nie zawsze udaje nam sie znalezc dwupokojowy nocleg
      za jakas normalna cene.Zastanawiam sie,jakie sily maczaly palce w tej
      angielsko-polskiej kombinacji podrozniczej,i po co?

      Buzia Zbyszek
      P.S.Czerwone drzewo to przepieknie kwitnacy eukaliptus,ktory
      spotykalismy w wielu tasmanskich miejscowosciach.











    • 06.03.10, 09:20 Odpowiedz

      Raniutenko, nastepnego dnia w Devonport ,zanim ktokolwiek wstal,
      pomknalem zobaczyc okolice i pobliski port,gdzie zawijaja te
      olbrzymie promy- Spirit of Tasmania. Okolica
      spokojna,niezatloczoczna,z powietrzem o wiele suchszym niz w
      Sydney.Nawet nad woda czuje sie inna,"sucha" wilgotnosc w porownaniu
      do tej kontynentalnej wilgotnosci.Lubie poranek nad morzem i ten
      zapach slono-glonowo-rybnej "wonnosci",a szczegolnie,kiedy wieje
      wiatr od morza.Po jajeczkowym sniadaniu suniemy dzielnie rolniczymi
      okolicami w strone miasteczka Penguin,kolebki rodowej June.Ziemie
      okoliczne sa zyzne,brazowe, i rodza wszystko co moze sobie
      Europejczyk wymarzyc.Nigdzie,w calej Tasmanii nie zauwazylem zadnej
      dluzszej,ladowej plaskosci.Jedzie sie przepieknie,gdyz krajobraz
      zmienia sie co chwile nawet,jezeli jest to zwiazane z miejscowym
      rolnictwem.Jest bardzo duzo przeciw-wietrznych drzew sadzonych w
      miedzowych liniach prostych.Wyglada to dosyc malowniczo.Penguin jest
      3 tys
      miasteczkiem chroniacym, z pietyzmem,kolonie miejscowych pingwinow
      przed zaparatczykowanymi turystami,ktorzy w przeszlosci strzelali
      fleszami w nieprzygotowane, pingwinskie oczy i oslepiali
      je,podobno,na cale zycie.Teraz jest to zabronione i miejscowi
      wolentariusze pilnuja tego bardzo sumiennie.Na glownej ulicy, w
      promenadowej bliskosci, stoi,oczywiscie,statuetka miejscowego
      bohatera,pingwina,a kilkadziesiat metrow dalej,za jakims domem,jest
      pomnik tego samego pingwina,ale w olbrzymim wydaniu.Kolo tego
      olbrzyma jedna Japonska turystka fotografuje dwie kumpelki,ktore
      obejmuja pingwina najpierw prawa,a pozniej lewa reka smiejac sie
      przy tym fajnym, japonski chichotem turystycznego
      rozbawienia.Sprawdzilem pozniej czy w pingwinie nie bylo czasami
      jakichs dziurek z cieplym powietrzem na wysokosci Ich pach,ale nic
      nie znalazlem; pingwin byl czysty,bezdziurkowy.Dwa lata temu ,kiedy
      do Sydney zawinal najwiekszy pasazerski statek swiata, Queen Mary 2-
      gigant o
      wyp. 151 tys ton, dlugosci prawie 350m i wysokosci 72m -pojechalem
      raniutenko do miasta,zeby zobaczyc to cudo z bliska.Z jakiegos
      pobliskiego hoteliku, z podobnym zamiarem niezakluconego fotografo-
      ogladania,wyszly dwie mlode, japonskie dziewczyny i zaczely,jak to
      zwykle z nimi bywa, fotografowac wszystko wokolo,ale kiedy mnie
      zobaczyly przestaly,i poprosily po angielsku, tym spiewnym,wszystko-
      gubiacym japonskim akcentem,o kilka zdjec ze statkiem Ich
      uwielbienia.Ustawily sie ladnie, w lini prostej,a ja cofajac sie
      ostroznie cyknalem Im dwa zdjecia i powoli,nie spieszac sie,
      schowalem aparat do kieszeni spodni przygladajac sie Ich
      reakcji.Przez chwile nic nie mowily zaskoczone takim obrotem sprawy,
      po czym "zlamaly" te linie prostego fotografowania i zaczely
      wedrowac w moja strone z zupelnie innym,niepozowanym wyrazem
      twarzy.Odczekalem kilka sekund az odleglosc zmalala do 10-12 m i
      spytalem sie glosno: "jeszcze jedno"?, po czy,nie czekajac na Ich
      odpowiedz, wyjalem aparat z kieszeni i zrobilem Im znowu kilka zdjec
      chowajac go z powrotem do kieszeni.Tym razem zaczely protestowac
      ciut odwazniej wiec powiedzialem wyraznie,zeby nie bylo najmniejszej
      watpliwosci,iz robie ostatnie zdjecie i strzelilem Im pare szybkich
      fotek, lapiac Je w zdumionym zaskoczeni, po czym podszedlem do tej
      dziewczyny,ktora wreczyla mi aparat, i oddajac Jej Jej cyfrowke
      pocalowalem Ja szybko w reke zapewniajac,ze chcialem Im zrobic tylko
      kilka zdjec troszeczke bardziej naturalnych, bez tej prostej lini
      fotograficznego pozowania.One cos szybko od siebie powiedzialy i
      odchodzac kilka krokow do tylu, uklonily mi sie piekniej niz XIX
      wieczne,japonskie gejsze.Musialo byc w tym calym zdarzeniu duzo
      przyjemnego ciepla,gdyz zasmialismy sie wszyscy troje radosnym
      smiechem plynacym z serca z radosci niewinnosci porannego
      przezycia.Podobnym smiechem smialy sie te 3 Japonki pozujace z
      pingwinem.W Penguin odwiedzamy matke June,ktora
      czestuje nas kawa,serem i kawalkiem pozostalego,bozonarodzeniowego
      ciasta.Mama June miala 6 corek(jedna niedawno umarla),z ktorych 3
      graly na instrumentach muzycznych i czasami urzadzali sobie koncerty
      domowe z matka na pianinie i ojcem na instrumencie dmuchanym.Dom
      jest umieszczony przepieknie na wysokiej gorze i widok na ocean jest
      wspanialy,ale pochylosc terenu jest tak niesamowita,iz koszenie
      trawy musi odbywac sie recznie,gdyz zaden pojazd nie jest w stanie
      tam operowac.Z Penguin mkniemy do Burnie,gdzie ogladamy miejscowe
      Muzeum Papieru lacznie z probkami papierow z odchodow kangura,
      tygrysa tasmanskiego,wombata i innych, australijskich
      zwierzat.Ciekawe,iz papier z roznego rodzaju kup jest taki elegancki
      i gladki.Z Burnie mkniemy do Stanley ogladajac to tu to tam jakies
      okolice brzegowe, i starajac sie cyknac jaks fotke w tej zmiennej
      krajobrazowosci.Stanley wita nas splaszczona gora przypomnajaca
      orzech o nazwie, The Nut.Bazaltowy,powulkaniczny
      masyw gorski o wys 143 metrow pozwalajacy na piekny widok
      okolicy.Zjadamy w okolicznej rybo-jadni glebinowa rybe morska o
      dzwiecznej nazwie, blekitny grenadier, i wypelnieni glebina morska
      jedziemy do Smithton,a pozniej do Marrawah.Okolice Smithton sa
      najbardziej urodzajnymi ,pastewno-sadowniczymi ziemiami w Tasmanii,a
      samo Smithton bylo pierwszym miasteczkiem osadnictwa europejskiego w
      polnocno-zachodniej czesci Tasmanii.Kilkadziesiat kilometrow dalej
      na zachod, docieramy do miejscowosci Marrawah i jest to
      najdalszy,zachodni punkt osiagniety podczas naszej calej
      podrozy.Bedziemy jeszcze w zachodniej czesci Tasmanii pod koniec
      naszej podrozy,ale bedziemy tam docierali z poludniowego-
      wschodu.Marrawah jest uwazany za surfingowy raj i gromadzi sie tam
      czesto kilkuset surfingowcow z calego swiata na rozne,deskowe
      zawody.W przybrzeznych wodach rosnie gigantyczny kelp-wodorost
      morski-ktory jest przetwazany w naturalny nawoz o nazwie,Marrawah
      Gold.Taki wodorost
      jest podobno najszybciej rosnaca roslina na ziemi i dzienny przyrost
      kelpowy osiaga dlugosc 1 metra.Po takich wrazeniach gorsko-
      wybrzezowo-kelpowo-surfingowych wyruszamy w powrotna droge do
      Devonport zawijajac po drodze do Wynyard na smakowity obiad.



    • 14.03.10, 09:58 Odpowiedz



      Oczywiscie w Wynyard,podczas obiadu,doszlo do nieporozumienia
      jezykowego,kiedy June zaproponowala mi "pavlova" z czosnkiem i olejem
      co,wedlug mojego gustu,nie mialo najmniejszego sensu,gdyz ten
      cholerny "tort pavlova" jest tak sakramencko slodki,iz nie bylbym go
      w stanie przelknac bez niczego,a coz dopiero z chosnkiem i
      olejem.Oponowalem,krzywiac sie jak cholera i komentujac,ze to cudo
      nie jest zjadliwe, co wywolalo niezla konsternacje,gdy Ona
      zaproponowala mi "pub-loaf-pub'owy bochenek chleba,ale wymawiany
      szybko zabrzmial ,jak "pavlova".Oblelismy to nieporozumienie piwem ,a
      Brian wmusil w siebie taka straszna ilosc tego zlocistego plynu,iz
      musial oddac kierownice zonie.W aucie tlumaczyl mi arkana i zawilosci
      gry krykietowej,ale niewiele z tego zrozumialem.Nastepnego dnia
      wyruszylismy o 8.30 do Exter zwiedzajac przepiekne okolice Tamar
      River.W porze obiadowej spotkalismy tam dwoje pracujaco-podrozujacych
      Francuzow,ktorzy juz od 2 lat przemieszczaja
      sie po Australii w starym,terenowym Nissanie.Fajna para
      dwudziestokilku letnich gosci wiec rozmawiamy o tym i owym nie
      zahaczajac o polityke,a raczej podziwiajac, przez ten
      krotki,spotkaniowy moment, okolice i jej urokliwosc.W Beauty Point
      ogadamy farme konika morskiego-tylko 2 takie farmy sa w Australii-
      ktorego Chinczycy trzebia na potege ze wzgledu na jego
      wlasciwosci,podobno, leczniczo-afrodyzjakalne.Konik morski jest
      przepieknym stworzeniem i jestem zaskoczony roznorodnoscia tego
      gatunku,lacznie z tym smokowatym,ktory na rynku akwarialnym osiaga
      wartosc okolo $1000. Mezczyzna konikowaty zajmuje sie rodzeniem i
      wychowaniem,przez moment,gigantycznej ilosci mlodych konikow,ktore w
      przeciagu 24 godzin sa w stanie zmienic kompletnie swoje
      ukolorowania.Jeden z tych beczkowo-brzusznych konikow dzierzy rekord
      rodzeniowy w ilosci 1160 konikow w jednym miocie.Ogladam tez
      przepiekna,mloda matwe,ktora porusza sie wyrzucajac wode z lejka lub
      przy pomocy pletw
      przypominajacych wachlarze.Jednego roku w Australii-Victoria-
      wylapano 92% calego,victorianskiego matwo-stanu i Rzad Australijski
      musial wkroczyc do akcji z gigantycznymi karami,gdyz inaczej
      bylibysmy bez matw.W okresie godowym kawaler,chcac przypodobac sie
      panience matwowej,zmienia przepieknie kolorystyke ciala,tlukac
      sie,oczywiscie,z kolesiami o seksualne pierwszenstwo.Walki pomiedzy
      rywalami sa tak zaciete,iz czesto trzeci koles,pacyfista,korzysta z
      wolnej drogi do seksualnej nirvany.Piekna byla ta mloda matwa i,co
      ciekawe,ciekawa ogladajacej jej publiki. Poruszala sie z gracja
      falowanej wody patrzac mi prosto w oczy bez mrugniecia okiem.Moze one
      nie mrugaja oczami??? Z Beauty Point udajemy sie do Birdport,a
      stamtad do Scottsdale z zamiarem przenocowania.Jest 8 wieczorem i o
      tak poznej porze jest dosyc ciezko znalezc cos przyzwoitego,ale
      trafiamy na przepiekny pensjonat z irlandzka wlascicielka,ktora
      oferuje nam dwupokojowa kwatere,a korzystajac ze
      spokoju w swoim pensjonacie zadaje nam kilka pytan, na ktore
      odpowiada Carol.Dopoki pytania zadawala Carol, Jej uwaga byla
      skupiona na Niej,ale kiedy ja otworzylem gebe,zaintrygowana moim
      akcentem, zmienila natychmiast front i cala uwage skupila na
      mnie.Zanim weszlismy do Jej pensjonatu ,wlascicieka byla oddana
      przygotowaniom kuchennym,ktore musiala przerwac i podejsc do nas
      dlugim korytarzem laczacym kuchnie z barem, w ktorym my
      przebywalismy.Teraz,zakonczywszy konwersacje z Carol,odwrocila sie do
      mnie i przedstawila mi sie grzecznie,zupelnie tak,jakby mnie tam
      przedtem nie bylo, po czym zapytala sie skad jestem i co zamierzam tu
      robic,a kiedy odpowiedzialem Jej, ze jestem z Polski,zaczela
      mowic,jakby tylko czekala na taka odpowiedz, o roznych czasach w
      Europie sprzed 30-40 lat temu,majac caly czas na oku odlegla kuchnie,
      po czym zadala mi kompletnie idiotyczne pytanie, "Czy moj Kraj nazywa
      sie dalej Polska?"W miedzyczasie z kuchni wybiegl Jej
      maz,George,ktory zlapal to cos na tacy co Ona tam robila,ale nie
      skonczyla, i,korzystajac z naszej obecnosci, probowal przemknac sie
      niezauwazony przez ten niezbyt szeroki korytarz. Nie mial
      szans.Zoczyla Go i natychmiast pada stwierdzenie rozkazujace:
      Geoooooorge!!! I haven't finished yet!!! I George szybciutenko
      biegnie z ta niezakonczona,kolacyjna taca,z powrotem do kuchni,a
      ja,myslac,iz chodzilo Jej w tym pytaniu o Polske i o te ostatnia fale
      mrozow w Europie Srodkowej-called(nazywa sie) i cold(zimno) wymawia
      sie podobnie- odpowiadam Jej,"extremely cold", co wprawia Ja w niezle
      oslupienie.Carol patrzy sie na nas i lzy ciekna Jej po twarzy z
      radosci,ja nic nie mowie,Ona tez zamilkla i stoimy tak przez chwile
      niemi,zahipnotyzowani tym jezykowym kalaburem.W polskim tlumaczeniu
      to nie brzmi tak zabawnie,ale angielska wersja sprawia wrazenie
      ,jakbysmy rozmawiali o tych samych,ale zupelnie innych rzeczach,
      adresujac je do siebie z pelnym,obustronnym
      zrozumieniem. Nastepnego dnia rano George przyszedl sprawdzic czy
      zostawilismy klucz pod wycieraczka i musze uczciwie przyznac,iz
      wygladal troche na zahukanego osobnika,ale moze to tylko
      pozory.Udajemy sie do St Helens,gdzie sa te przedziwne skaly
      porosniete czerwono-pomaranczowym porosto/liszajem,ktory w sloncu
      daje przepiekny widok "plonacych skal".


    • 21.03.10, 09:42 Odpowiedz
      Opuszczamy Scottsdale bez dalszego kontaktu z nasza irlandzka
      rozmowczynia.Wprawdzie chcialem Ja pozegnac,ale Carol oponowala z
      jakichs Jej osobistych powodow.Udajemy sie do St Helens,zeby zapoznac
      sie z tymi dziwnymi formacjami skalnymi,porosnietymi jakas
      pomaranczowa liszajowatoscia,a majaca efekt plonacych skal w ladny,
      sloneczny dzien.Po drodze mijamy miasteczko Derby,gdzie zasiegamy
      informacji o miejscowych wodospadach.Bardzo czesto na Tasmanii,jak
      rowniez i w calej Australii,szumne znaki reklamuja historyczne to lub
      tamto siegajace poczatku XX-go lub konca XIX-go wieku.Nic
      ciekawego,ale przeciez turystow trzeba jakos zachecic do odwiedzania
      roznych rzeczy,z braku czegoklowiek innego w danej okolicy,wiec
      mijamy takie napisy,jak: "Historyczny Chinski Cmentarz,Historyczny
      Bank,Cynkowe Centrum Kopalniane i inne nowo-historyczne pamiatki.Nas
      jednak bardziej interesuje Natura niz te wszystkie ichniejsze Centra
      wiec odwiedzamy najwyzszy wodospad na
      Tasmanii, Wodospad Columba-z 90-cio metrowym spadkiem
      wodnym.Pozniej,w serii wodospadowego odwiedzania ,ogladamy Ralphs
      Falls ,Halls Falls i Mathinna Falls od ktorych krotka droga prowadzi
      do najwiekszych na swiecie bialych eukaliptusow(white gum tree)
      osiagajacych wysokosc do 91 metrow.Dzikosc Natury jest raczej tym co
      przyciaga turystow na calym swiecie,a nie jakies
      zardzewiale,kopalniane maszyny z etykietka "historyczne".Na
      Tasmanii,dopoki to bylo mozliwe,wycinno najpiekniejsze sosny
      tasmanskie-Huon Pine- ktore osiagaly wysokosc 90 metrow i byly
      cenione na calym swiecie ze wzgledu na wspaniala jakosc drewna.Teraz
      trzeba miec zezwolenie rzadowe,zeby cos takiego wyciac,ale w
      pozniejszej podrozy natrafimy na goscia rzezbiacego 100 metrowej
      dlugosci rzezbe z desko-paneli Huon Pine o wys 3 m,szerokosci 75-85
      cm i gruposco okolo 13-14 cm,a wszystko to jest dwustronna rzezba o
      dlugosci 50 m z jednej strony i 50 m z drugiej.W St Helens jestesmy
      wczesniej,kolo 17-tej, wiec szukamy jakiegos noclegu. Jakies 10 lat
      temu Carol miala maly wypadek samochodowy i teraz narzeka na bol w
      lopatkach wiec wszedzie,gdzie bysmy sie nie zjawili, badana jest
      twardosc materacy.Jakies 2 min od centrum St Helens znajdujemy piekny
      domek za $80 z materacem spelniajacym wszelkie wymogi materacowej
      twardosci,ale poniewaz jest to domek za $80 wiec sila rzeczy spelniac
      ich nie moze.Gdyby ten domek byl do wynajecia,no, za jakies $110-120
      wtedy twardosc materaca wygladalby zupelnie innaczej.Pierwszy raz w
      swoich podrozach jestem w sytuacji,kiedy jakies snobistyczne
      zapatrywania nie pozwalaja mi zanocowac w czyms co jest naprawde
      przyjemne, i to za niska,wysoko sezonowa cene wynajmu jakiegokolwiek
      noclegu.Carol sprzedala niedawno dom za okolo $900 tys i mieszka
      obecnie w domu u ojca,ktorym sie opiekuje dostajac jakies pieniadze
      od rzadu jako "opiekunka",ma rowniez jakies dwie prace na czarno wiec
      sila rzeczy Jej fundusze sa
      inne niz moje.Przeprowadzamy rozmowe
      "finansowa" i Ona twierdzi,ze bedzie dokladala roznice w wynajmie
      noclegu ,jezeli takowy bedzie przekraczal moj limit fiansowy,ale mnie
      bardziej chodzi o zdrowy rozsadek w akceptacji przyzwoitego
      zakwaterowania niz o jakas roznice.Domek byl naprawde piekny i ladnie
      wyposazony w twarde materace,i wszystkie inne potrzebnosci i nie bylo
      potrzeby szukac czegos innego przez nastepna godzine,zeby zaplacic za
      cos takiego-materacowo-samego sume o wiele wieksza niz podczas naszej
      pierwszej mozliwosci.Po zakwaterowaniu sie idziemy do sklepu i
      kupujemy wspanialy,koniczynowy miod tasmanski,ktory,w przeciagu
      ostatnich 2 lat,dostal 7 medali. Jest to jedyny,tak
      obmedalowany,miod,jaki widzialem do tej pory w swojej pasiekowo-
      miodojadkowej konsumpcji wiec slodzimy miodem koniczynkowym ten
      dziwny ,noclegowy incydent i jedziemy obejrzec miejscowe skaly w Bay
      of Fire w Binalong Bay. Nie bedziemy mieli jednak okazji zobaczyc ich
      w pelnym sloncu plonacej
      czerwieni.Idzie"cos"od zachodu niosac ze soba
      szarosc i mokrosc i moze nawet bedziemy musieli zmienic cale nasze
      plany,ale jeszcze sie nie poddajemy.Czekamy do jutrzejszego
      poranka.Carol,przez cala nasza podroz, w ogole nie myje glowy
      twierdzac,ze ma wlosy tak geste,iz zaden brod nie jest w stanie
      dotrzec od skory na Jej glowie.Nie mowie nic gdyz widze,iz nie
      chcialaby czymkolwiek popsuc tej swojej teorii czystej glowy.Karolcia
      ma w swojej duzej torbie dosyc dziwne rzeczy,ktore od czasu do czasu
      laduja na ziemi,jezeli nie moze znalezc tego czego szuka w
      spokojny,lagodny sposob beznerwowego poszukiwania.Poniewaz Jej
      przeszukiwanie torbowej zawartosci jest codziennosci tasmanskiego
      podroznictwa wiec od poczatku podrozy wiem,ze ma dwie pary
      bialych,bawelnianych rekawiczek,ktore naklada w nocy do spania
      smarujac sobie rece jakims tluszczem.Twierdzi,ze rece zniszczyla
      sobie w mlodosci stosujac duze dawki kortyzonu i to obecne
      smarowidlo,w polaczeniu z rekawiczkowa,nocna ochrona,ma przywrocic
      im/rekom
      przyzwoity wyglad. Zobaczymy.

















    • 29.03.10, 09:30 Odpowiedz
      Pogoda sie nie poprawila,ale jedziemy raniutenko do The
      Gardens,zeby chociaz miec jakies pojecie o tej Drugiej
      Najpiekniejszej Plazy Swiata.The Bay of Fire nazwe swa zawdziecza
      kapitanowi Tobiaskowi Furneaux,ktory plynac sobie spokojnie w 1773
      roku, wzdluz tego przepieknego zakatka Tasmanii, zoczyl mnostwo
      aborygenskich ognisk i nazwal go Zatoka Ogni.W pogodny dzien cala ta
      okolic musi wygladac bajkowo,ale my nie mamy okazji zobaczyc tego
      cuda w tym pieknym ,slonecznym swietle wiec staram sie oddac
      zdjeciowo to na co mi pozwala kaprysna pogoda.Sama plaza,z przebialym
      piaskiem i turkusowa woda, rozciaga sie przez jakies 35 km,ale my
      widzimy tylko jakies 15-18 km tego cuda natury.Po 2 godzinnej
      eskapadzie w mokro-wietrzny dzien wracamy do St Helens na dobra
      kawe,a pozniej udajemy sie do Bicheno, zawijajac po drodze do
      Scamander na farme brzoskwin i malin.Jestesmy tam pierwszymi
      klientami wiec zamawiamy sobie miejscowe,fantastyczne
      lody"zakrapiane"swiezutenkimi malinami.Cudo.Bicheno
      ogladamy z miejscowego wzgorza,ale ja jakos nie moge znalezc nic
      ciekawego w tym rozreklamowanym miasteczku.Moze dlatego,iz jest szaro
      i deszczowo.Z Bicheno mkniemy do nastepnego cuda natury, Freycinet
      National Park,ktorego tez nie bedziemy mogli obejrzec w pelni ze
      wzgledu na pogode,ale docieramy do wspanialej Coles Bay i Friendly
      Beach z pieknym,zamglonym widokiem tysiecy "herbacianych",kwitnacych
      drzew.Widzialem kwitnaca pustynie,ale te tysiace drzew
      herbacianych/tea tree kwitnacych na wzgorzach,z galeziami obsypanymi
      drobniutenkimi kwiatuszkami przypominajacymi "wilgotny puszek", maja
      niesamowity urok.Zdjecia,niestety,nie udaly sie.Szkoda.Nie uda man
      sie rowniez zobaczyc nastepnej,okolicznej "pieknosci" Wineglass Bay z
      woda czystsza od najczysciejszego winnego kielicha,ale nie mozemy nic
      zrobic.Od strony morza skrada sie podstepny wiatr z podmuchem 100
      kilometrowego huraganu,a to w gorzysto-mokrym terenie jest wyzwaniem
      do samobojstwa.Oddalamy sie od
      tego piekna i suniemy do Swansea,gdzie zamierzamy przenocowac.We
      Freycinet National Park zaplacilismy najdrozszy wstep,$25, jaki ja
      kiedykolwiek placilem w calej Australii.To byl tylko wstep,ale
      gdybysmy chcieli tam zostac i np.kempingowac, to za to placi sie
      dodatkowa oplate.Mamy z Karolcia wspolna kase co po angielsku nazywa
      sie "kitty" i ma podwojne znaczenie:kicius/koteczek i pula w roznych
      grach.Nasza kitty nalezy do tego drugiego znaczenia.Wkladamy tam po
      $100 kazdy i kupujemy co potrzeba.Ja trzymam kase,gdyz Karolina nie
      jest w stanie niczego znalezc w tej swojej przepastnej torbie w
      potrzebie i bez.Cale szczescie,gdyz innaczej co chwile musielibysmy
      wkladac tam po stowie. W Swansea znajdujemy dosyc przyzwoity hotelik
      z widokiem na klub kulistow,ktorzy tocza te kule,obciazona z jednej
      strony tak,by sie toczyla krzywo,po ladnie utrzymanym trawniku. Po
      uzgodnieniu miejsc do spania ide zobaczyc miejscowy Klub Golfistow i
      na spacer wzdluz
      rozhukanego wybrzeza.Pada i wieje ,ale jest dosyc cieplo.Jutro
      zdecydujemy czy odbic w strone ladu czy kontynuowac podroz wzdluz
      wybrzeza,co,prawde powiedziawszy,wydaje sie raczej watpliwe.

      Buzia Zbyszek
      P.S.Te ptaszki z czerwonymi dziobami, z poprzednich zdjec, nazywaja
      sie po angielsku: "laciatymi/pstrymi lapaczami ostryg",a po polsku
      "ostrygojadki", i wystepuja w calej wybrzeznej Australii, lacznie z
      cala Tasmania.






    • 10.04.10, 09:17 Odpowiedz



      W Swansea padalo cala noc,ale rano przestalo.Karolina kupila sobie
      znowu kozie mleko i myje w nim twarz.Wyczytala gdzies o Kleopatrze
      bioracej kapiele w tym zdrowym mleku, i od kilku tygodni stara sie,w
      miare mozliwosci kupna tego specyfiku,pluskac sie w tym plynie.Po
      takim porannym,mlekowym myciu,mleko powoli wysycha na Jej twarzy i
      wszystko to wyglada dosyc dziwnie,gdyz Ona pozniej zabiera
      pozostalosc tego mleka do lazienki, i cos tam z nim robi.Korci
      mnie,zeby tak otworzyc te lazienkowe drzwi i zobaczyc co tam sie
      dzieje, udajac teatralne zdziwienie z reka na ustach w oooooo!!!,ale
      sie powstrzymuje.A swoja droga to ciekawe co tez sie dzialo pozniej
      po takiej kapieli z tym" kleopatrowym mlekiem"? Byla przeciez krolowa
      Egiptu i nawet bardziej niz "otarla sie" o dwoch cesarzy rzymskich
      wiec takiego mleka pewnie nie wylewano w pole.Nawet w dzisiejszych
      czasach,biorac pod uwage to co robia fani,zeby zdobyc czyjs zafajdany
      podpis,znalezliby sie
      goscie,ktorzy by to mleko chetnie wychleptali.Karolina nie chce sie
      przyznac co robi z tym bialym plynem w lazience-twarz myje w kuchni
      nad zlewem-a ja nie mialem jeszcze szansy czegokolwiek podejrzec.W
      kazdym razie,podczas calej naszej podrozy,nigdy nie odkryla swoich
      nog pomimo temperatur przekraczajacych 30-tke.Zawsze paraduje w
      dlugich spodniach twierdzac,ze ma niezgrabne nogi,ale ja wiem,iz to
      jest wymowka,zeby wdziewac dlugo-nogawkowce. Ze Swansea decydujemy
      sie pojechac jeszcze troche wzdluz wybrzeza,ale po odwiedzeniu Berry
      Farm,gdzie zjadamy wspaniale,krolewskie ciasto z roznymi berry, i
      wiadomosciach pogodowych wrozacych "ryczace trzydziestki", wybieramy
      opcje ladowa. Pierwsze miasteczko to Campbell Town zalozone gdzies na
      poczatku XIX wieku.Zdjecia rzezb w pniach scietych drzew,wyslane w
      poprzednim email'u, pochadza z tego miasteczka i PODOBNO wszystkie
      byly wykonane pila lancuchowa.W 1931 roku niejaki Harold
      Gatty,cambell-town'owski
      obywatel,razem z Amerykaninem,Wiley'em Post,oblecieli naokolo,jako
      pierwsi na swiecie, nasza Ziemie w jakims specjalnie do tego celu
      skonstruowanym samolocie.Z Campbell Town udajemy sie do
      Ross,naladniejszego,XIX-sto wiecznego miasteczka w calej
      Australii,jakie ja do tej pory widzialem.W Ross wedrujemy na kawe i
      jestesmy obslugiwani przez starsza,miejscowa kelnerko-wlascicielke o
      wzroscie prawie 2 metrow i rozmowie przypominajacej rozkazowki
      germanskie z II Wojny Swiatowej.Przy ladzie strzelam sandalowymi
      obcasami prezac sie nie gorzej niz pruski soldat przed jakims
      zapikielhaubowanym oberfeldwebel'em.Chyba zrozumiala swoja
      sztywnosc,gdyz dostajemy wspaniala kawe z orzechowym ciasteczkiem i
      milym usmiechem lagodnego:" here you are".Odwzajemniamy te lagodnosc
      cieplem glosowego podziekowania i staro-wojskowy dryl poczatkowego
      obslugiwania ginie gdzies bez sladu. Nastepne miasteczko, Oatlands,
      zacheca nas widokiem duzej ilosci roznych ptakow
      baraszkujacych w miejscowych
      moczarach.Czarne labedzie,kurki wodne,czaple,pelikany i inne ptactwo
      pluska sie w tych miejscowych wodach bez jakichkolwiek ptasich
      konfliktow, i bez nagabywania przez turystycznych
      przybyszow.Zatrzymujemy sie tam na nocleg u dwoch przesympatycznych
      gay'ow.Jeden z nich przypomina Zaglobe z brzuchem,jak duz pilka w
      klubie fitnessowym,a drugi szczuply,z elegancko wkoronkowanym,zlotym
      zebem na przodzie.Po rozpakowaniu rzeczy udaje sie na zwiady kupujac
      miejscowy chleb ekologiczny z maki z rozebranego,ale
      odremontowywanego,ekologicznego mlyna.W tymze samym piekarnianym
      sklepiku dostaje przepyszna ekologiczna kawe z malymi,takze samo,
      ekologicznymi cisteczkami.Czegoz czlowiekowi jeszcze potrzeba do
      szczescia,jezeli jest otoczony ekologia ,natura i...odremontowywanym
      mlynem? Raniutenko schodzimy na piekne sniadanie podane przez
      "zlotoustnego",a ja ,z racji zadanych kilku ekologicznych
      pytan,dostaje dwie ogrodowe morelke i sliwke z drzew rosnacych
      tam,gdzie
      niby nie powinno byc owocowek. Moreliki sa przesmaczne.Zlotousty
      Danny jest wspanialym gospodarzem i kontrastowym przeciwienstwem
      wspolniko/kompana nastawionego na kolekcjonowanie anykowego
      dobrobytu. W nocy obserwowalismy rozne,dziwnie poruszajace sie
      swiatla,prawdopodobnie extraterestialnego pochodzenia, i cala
      sniadaniowa grupa (6 osob + gospodarze) ma cos ciekawego do
      powiedzenia. Na Tasmanii mozna podobno zauwazyc duzo takich
      prawdziwych aktywnosci ufo-skiego pochodzenia,a sam kontakt z goscmi
      z innych planet i innych wymiarow nikogo tutaj specjalnie nie
      dziwi.Szkot z malzonka opowiadaja o swoich doswiadczeniach z
      odwiedzin wielu angielskich "wycinanek zbozowych",dziwnych dzwiekach
      i energiach towarzyszacych tym zjawiskom.Milo sie Ich
      slucha.Otwartosc umyslu porannych biesiadnikow na innosc
      wszechswiatowego bytu sklania do ciekawej dyskusji bez jakichs
      specjalnych konkluzji.Nie mialbym nic przeciwko nowej technologii
      bez-benzynowgo i bezglosnego
      poruszania sie w przepieknych terenach najstarszego Kontynenu na
      Ziemi.Toz to dopiero bylaby frajda moc widziec i slyszec to co jest
      obecnie zagluszane rykiem silnikowego,trujacego spalania.No
      nic,kontynujemy nasza podroz benzyniakiem z 10% domieszka
      etanolu.Moze nastepnym razem bedziemy poruszali sie czyms co
      wykorzystuje energie antygrawitacyjna???


    • 18.04.10, 09:08 Odpowiedz
      Po porannym sniadaniu i ciekawych rozmowach udajemy sie do
      Richmond,przereklamowanego,XIX-sto wiecznego miasteczka z historia
      zeslancow,wiezniow i wszystkiego co sie wokolo tego odbywalo.W
      Richmond spotykamy naszych znajomych Szkotow,ktorzy poszukiwali tam
      dobrej,tasmanskiej whisky.Nie wiedzialem,ze tasmanska whisky moze
      osiagac cena ponad $120 za butelke.Szkot nas uswiadomil,a cieszac sie
      z nowo nabytej buteleczki jak dziecko,zaproponowal nam po
      kieliszeczku tego trunku,ale musielismy odmowic.Wypili z zona.Z
      Richmond suniemy juz prosciutenko do Hobart,ktore,od strony naszego
      wjazdu, wyglada wspaniale.Polozone na wzgorzach i wzdluz wody,Hobart
      rozciaga sie przez kilkanascie kilometrow.Zatrzymujemy sie na chwile
      w centrum miasta badajac lokalizacje slawnego Salamanca Market,gdyz
      nastepnego dnia zamierzamy tam gdzies zaparkowac i oddac sie
      salamancowaniu.Karolina wynalazla jakas ekologiczna farme owczych
      serow, gdzies kolo Woodbridge-kilkadziesiat
      kilometrow za Hobart-i mamy zamiar tam dotrzec.Wlasciciel farmy,i
      zarazem sklepu serowego, oferuje nam ciupinkowate kawaleczki sera
      starajac sie tym ciupinkowatym gestem zachecic nas do kupna.Ja,po
      takiej karzelkowej porcji,nie moge nic powiedziec o wartosciach
      tego/tych serow,ale Karolcia wydaje sie byc zachwycona tym niedajacym
      sie uchwycic smakiem, i kupuje sobie dwa kawalki sera, o wadze 120 gr
      kazdy, za ponad $42. Biega pozniej z nimi to tu to tam starajac sie
      przekonac mnie o tym,ze bedzie je/sery sprowadzala do Sydney zyjac
      zdrowiej i ekologiczniej.Nie komentuje tego serowego
      zafascynowania,gdyz i tak wiem,iz niczego nie sprowadzi,ale co mi
      szkodzi posluchac o Jej futurystycznych planach.W ferworze tego
      serowego, sprowadzanego planowania Karolina gubi/zostawia gdzies
      swoje drogie okulary optyczno-przeciwsloneczne,o czym dowiemy sie
      dopiero za kilka godzin.Z farmy cofamy sie do
      Kettering,gdzie,zapromowani za 28 dolarow,utrzymujemy sie dzielnie
      na"wietrznej wodzie"i po 25 min ladujemy na Bruny Island,dwoch
      wyspach polaczonych ze soba cienitenka wstazeczka ladu zwana tutaj,
      The Neck.Nie mozemy zobaczyc tych najciekawszych rzeczy od strony
      wody ze wzgledu na bardzo silny wiatr,ale jezdzimy wzdluz i wszerz
      ogladajac wszystko to co da sie ogladac.Z poczatku jednej,poludniowej
      wyspy-Truganini Lookout z 360-cio stopniowym widokiem i dobra setka
      drewnianych schodkow do pokonania- fotografujemy koniec
      drugiej,polnocnej wysepki i badamy wzrokowo pingwinskie
      domko/norki,jak i gniazda mutton bird/burzyk cienkodzioby.Pingwiny
      bruni'nowskie sa najmniejszymi pingwinkami na swiecie i sa pod
      ochrona,ale"tasmanski" mutton bird nie jest.Ten ptak jest migracyjnym
      ptaszkiem australijskim i rocznie, jakies 24 milionow mutton'kow
      przylatuje do Australii w celach godowo/wychowawczych.Na stalym
      ladzie mutton bird jest objety calkowita ochrona i nie mozna go
      zabijac,ale w Tasmanii mozna i wobec tego w przeciagu 4
      tygodni trwania sezonu lowieckiego,okolo jednego
      miliona mlodych muttonow,na roznych wyspach tasmanskich,jest w dalszy
      ciagu zabijanych przez zlamanie szyi. Komercyjna wartosc tego
      zabijania jest prawie zadna.Oleju z mlodych muttonow uzywa sie jako
      suplementu dla koni wyscigowych,a czesc puchu jest pakowana w
      poduszki i koldry.Jeden sezon nazywa sie "komercyjnym",i nie ma
      zadnego limitu w zabijaniu,a drugi nosi ladna nazwe "rekreacyjny", z
      limitem 25 ptakow dziennie i czesto do wyciagania mlodych ptakow z
      gniazd uzywane sa,zabronione,kije z hakami. Dzieci tez biora udzial w
      tym zabijaniu,ale glowni zabijacze tych ptakow to Aborygeni,ktorzy w
      ten sposob utrzymuja,podobno,jakies wiezy ze swoja stara kultura i
      przekazuja te wiezy swoim dzieciom.
      • 18.04.10, 09:09 Odpowiedz
        Cos jest tu jednak nie tak z tymi wiezami,poniewz zabijanie odbywa
        sie tylko na przelomie marca i kwietnia,raptem jakies 4 tygodnie w
        roku, wiec co sie dzieje z tymi wiezami przez reszte roku???
        Aborygeni zabijali tylko w potrzebach konsumpcyjnych,a nie
        komercyjnym. Ech,o nienormalnosci w dewastacji Natury slyszy sie
        tutaj wszedzie.Opuszczamy Bruny Island,a ja,majac 20 minut na
        przyplyniecie promu,biegne do miejscowego Kiosku,tak sie nazywa,i
        zamawiajac kawe dostaje jakies pol kilo jagod od mlodego
        sprzedawcy,ktory mowi mi,ze kilka tygodni temu przejal ten business
        od kanadyjskiej Polki o imieniu Krysia.Krysia miala dosyc
        oddalenia,samotnosci i sprzedala ten Kiosk w rece mlodego oddanca
        kioskowego interesu.Po wyladowaniu na "stalym ladzie" wracamy na
        farme owczych serow w poszukiwani karolinowych okularow,ale tam jest
        juz wszystko zamkniete.Po tych bezowocnych poszukiwaniach cofamy sie
        w strone Hobart szukajac jakiegos noclegu. Zakwaterowanie znajdujemy
        u starszego, wytatuowanego, i niesamowicie zakolczykowanego Anglika
        mieszkajacego tam razem z indonezyjska zona.Przesmieszna para,ktora
        daje nam przyzwoity rabat za pozne przybycie.Raniuenko,o 6.45
        wyruszamy do Hobart,zeby znalezc jaki miejsce do
        parkowania przed salamankowskim otwarciem.Dostajemy,jako ranne
        ptaszki,piekny parking w poblizu Marketu za jedyne $3 na caly dzien i
        sprawdzajac,gdzie sa toalety udajemy sie na zwiedzanie okolicy.W tej
        meskej toalecie zauwazylem zlotawa dwudolarowke,lezaca pod nogami
        siusiajacych na ladna, nierdzewna sciane placzu wiec postanowilem
        "dorzucac" ukradkiem do tej dwudolarowki po 10 centow poczynajac od
        nastepnego siusio-pojscia.Rozdzielamy sie z Karolina umawiajac sie za
        kilka godzin w miejscu obopulnego wybrania.Na markecie kupuje
        swiezutenkie jagody,maliny oraz przepyszne,tasmanskie czeresnie i
        delektuje sie tymi owocowymi swiezosciami ogladajac rzemioslo
        tasmanskiego producenta. Do meskiej toalety, podczas tych kilku
        godzin marketowania,chodze jeszcze 4 razy i nie tylko,ze nikt nie
        podniosl tych pieniazkow,ale jakis koles dolozyl jeszcze dolara z
        drugiej strony tej dwudolarowki. Karolina zagubila sie kompletnie
        podczas marketowego shoppingowania i musialem sciagac Ja
        telefonicznie w umowione miejsce spotkania.Czekala
        przy innym rogu,z innym zespolem i innymi sprzedawcami,ale bylo
        pieknie i cieplo wiec powedrowalismy na wspolna kawe i duzego
        kartofla z salatka, ogladajac podczas konsumpcji wyczyny mlodej
        dziewczyny z dwoma kolami "hula hop".Wystep robila do swojej,cd-sowej
        muzyki stojac na jakims podwyzszeniu, a kolami krecila naprawde
        sprawnie.Z pobliskiego stolika,jakis podchmielony Aussi(czyt.- Ozi)
        probowal podrywac kobiety bedac glosnym,ale nie
        wulgarnym,podrywaczem.Rechotal sie sam ze swoich podrywajacych
        opowiastek, przegladajac sie od czasu do czasu ukradkiem w
        kieszonkowym lusterku.Nie byl pewien swojego wygladu,a kontroli nad
        swoja powierzchownoscia stracic nie mogl.Zaczepial i Karoline,ale
        wypisywala kartki pocztowe wiec Go zbyla.Nie nalegal.Po kilku piwach
        lubil byc w centrum kobiecego zainteresowania.Z Hobart udajemy sie na
        spotkanie z przyjaciolka Karoliny,June,ktora odwiedzilismy wczesniej
        w Devonport,a ktora przjechala do Hobart na krykietowy mecz
        swojego syna.Mamy pojechac do Jej siostry,ktora mieszka gdzies
        niedaleko od Hobart na 20 hektarach wzgorzowej ziemi, kupionej 19 lat
        temu za wygrana w lotto.Jestesmy umowieni z June na drodze szybkiego
        ruchu. Ma czekac na nas w niebieskim aucie,i wiemy,ze nie mozemy Jej
        przeoczyc.Dziwne umowienie,ale tylko jeden taki samochod byl na
        poboczu wiec nie bylo specjalnego problemu ze znalezieniem.Mkniemy
        bocznymi drogami w dwa samochody do dosyc zagmatwanego dojazdu
        posesji Denny.Denny jest trzecia, najstarsza sistra z
        szesciosiostrowego rodzenstwa i choruje na raka szpiku kostnego,ale
        traktuje te swoja chorobe z usmiechem. W domu ma dwa olbrzymi
        owczarki niemieckie.Suka,po wstepnym zapoznaniu, patrzy mi badawczo w
        oczy.Gosh,moze ona cos wie o mnie czego ja nie wiem i chce mi to
        jakos przekazac,albo podejrzewa mnie o cos? Gospodyni zapewnia
        mnie,ze z psami jest wszystko OK,ale ja wole byc ostrozny.Ide pozniej
        na posesyjny spacer,ale tylko ten meski,dlugowlosy
        owczarek wedruje
        ze mna.Krotkowlosa suka oddaje sie slonecznemu nagrzewaniu,pilnujac
        drzwi wejsciowych,ktorych i tak nikt nie ma zamiaru forsowac.Ogladamy
        przepieknie polozona posesje, i jakies 20-cia kilometrow okolicy
        roztacza sie przed naszymi oczami z cudnym widokiem turkusowej
        zatoki.Kobiety zapraszaja mnie do jadlodajni na gigantycznego, a'la
        pizzerowskiego pieroga.Jestem w stanie zjesc tylko polowe.Nocujemy u
        Denny.

        Buzia Zbyszek
        P.S.Zdjecie ...095 jest zrobione z ogrodu Denny,a ...094 jest ujeciem
        kawaleczka tylu Salamanca Market. Zdjecia ...097 i 98 sa z wejscia do
        tej galerii z ta gigantyczna,stumetrowa rzezba,ale tam,do tej rzezby,
        dotrzemy dopiero w nastepnym emailu.



































    • 25.04.10, 10:02 Odpowiedz


      Zostajemy u Denny przez chwile.Pogoda jest piekna i w nocy widac
      cuda niebianskie,tasmanskiego niebosklonu.Ja spie w pokoju goscinnym
      na gabkowym materacu,ale,prawde powiedziawszy,mam chyba najlepsze
      miejsce do spania w calym domu.Olbrzymie okno rozciaga sie przez
      minimum 8 metrow, dajac mi fantastyczny widok na niesamowita,nocna
      panorame.W nocy trzeba tylko uwarzac na psa spiacego przy drzwiach
      toaletowych,ale jestem wypsazony w paluszkowa latarke wiec ze
      swiatlem latarkowym unikam dziwnych stapniec grozacych pozbawieniem
      nogi.Po wspanialym odpoczynku zegnamy sie z Denny dziekujac
      przepieknie za goscine i cofamy sie na moment do Hobart,zeby
      zobaczyc kawalek starego miasta bez marketowskiego tlumu.Z Hobart
      ciagniemy na zachod i decydujemy sie dotrzec do Strahan,zeby tam
      zanocowac,a to jakies 500km do pokonania,ale mamy przed soba caly
      dzien i cudna pogode wiec jazda jest raczej przyjemnoscia.Przemykamy
      przez New Norfolk,Hamilton i Tarraleah i jestesmy
      swiadkami tych dziwnych
      pozarow w tasmanskich lasach inicjowanych przez
      kompanie "drwalowskie".Na Tasmanii odbywa sie to mniej wiecej tak:
      jezeli na poczatku XX wieku przez stare lasy tasmanskie przeszedl
      pozar,to Tasmanskie Nadlesnictwo klasyfikuje taki
      obszar,jako "odrastajacy",a nie stary las i pomimo,ze drzewa maja w
      tym starym lesie po 500-600 lat, to las,ze wzgledu na idiotyczna
      klasyfikacje, podlega wycieciu.Na Tasmanii w dalszym ciagu znajduje
      sie wiele takich "odrastajacych-regrowth"obszarow.Rocznie,okolo 2000
      hektarow starego,tasmanskiego lasu jest w dalszym ciagu
      wycinane,jednak to tasmanskie wycinanie Starodrzewu ma bardziej
      przerazajacy aspekt.Po wycieciu i zabraniu wszystkiego co mozna bylo
      zabrac,cala reszte-tzn.pnie,korzenie,cale lesnie podloze i wszystkie
      pozostalosci- spycha sie spychaczami na gigantyczne kupy,ktore
      pozniej sa "atakowane" z helikopterow... NAPALMEM.Dewastacja takich
      miejsc jest niesamowita,gdyz nie tylko roslinnosc jest
      eliminowana,ale
      niszczy sie KOMPLETNIE WSZYSTKO co w takim lesie zyje.Pozniej,po
      takich napalmowych pozarach,umieszcza sie"slawna",australijska
      trucizne- 1080- zeby powracajace zwierzeta,ktore uciekly z tych
      napalmowanych terenow,nie podjadaly odrastajacych, mlodych
      sadzonek.Efekt tych trutek jest niesamowity,poniewaz taka trucizna
      dziala powoli i czasami widzi sie cale strumienie wypelnione
      kangurami,womatami,bettongami i innymi zwierzetami umierajacymi tam
      przez kilka dni.Jezeli wejdziesz do lasu to czujesz zycie,spokoj i
      obecnosc niesamowitej witalnosci wspieranej przez wszystko co tam
      zyje.W tych napalmowanych,lasowych "wycinankach" wieje
      zgroza,idiotyzmem,ludzka glupota i przerazajacym smutkiem, i kiedy
      slyszysz z daleka dzwiek pil lancuchowych,to czujesz wscieklosc i
      furie,furie przeciwko tej pazernosci,ktora niszczy tam WSZYSTKO za
      pare zasranych,dolarowych papierkow.Kilkadziesiat kilometrow za
      Tarraleah wjezdzamy do Narodowego Parku o dziwnej nazwie
      "Jerozolimskie Sciany-Walls Of Jerusalem",ktory jest na Swiatowej
      Liscie Zabytkow Natury i nic,ale to nic nie moze tam byc
      wycinane.Odwiedzamy w tych Jerozolimskich Scianach te
      przedziwna,prywatna galerie-The Wall- ulokowana w pieknym buszu,
      jakis kilometr od glownej drogi,w ktorej miejscowy rzezbiarz
      rzezbi,w gigantycznych panelach miejscowej sosny-Huon Pine- historie
      pionierow tasmanskiego podboju.Projekt,po zakonczeniu-circa 2011-12-
      ma obrazowac 10 historycznych tematow miejscowych okolic.Jakis woz z
      weglem,gornicy z lopatami,konie i cos jeszcze,ale zdjec w tej
      galerii robic nie mozna ze wzgledu na prawa autorskie.Nie bardzo
      widac sens w tym wszystkim,ale turysci zacheceni bezzdjeciowym
      opisem staraja sie dowiedziec co tez tam w tym buszu galerianskim
      piszczy.W galerii natykam sie na aluminiowa rzezbe orla za 16 tys
      dolarow, i rzezbe wombata odlanego w brazie za jedyne 86 tys
      dolarow.Wszystko to wyglada jakos tak abstrakcyjnie,jakbysmy dotarli
      do
      jakichs
      nowojorskich galerii,a nie przemierzali sale wystawowe w tasmanskim
      buszu.Ze Scian Jerozolimskich wjezdzamy do 2 Narodowych Parkow-
      Cradle Mountain-Lake St Clair NP i Franklin-Gordon Wild River NP.Po
      prawej jest jednen,a po lewej nastepny,i oba sa na Swiatowej Liscie
      Zabytkow Natury.Zatrzymujemy sie i ogladamy wszystko co mozna
      zobaczyc,nawet wtedy,kiedy znaki miejscowych rangerow mowia,ze nie
      wolno,gdyz drzewa zwalone ostatnia burza zagrazaja
      zyciu.Ryzykujemy.Opuszczamy te przecudna okolice sunac w strone
      Queenstown,gorniczego miasteczka z historia dewastacji
      okolicznych,podgorskich okolic.Dojazd do Queenstown przypomina cos
      pomiedzy wybuchem nad Hiroszima i karkolomna serpentynada
      szwajcarska.Okoliczne gory zostaly w XIX, i na poczatku XX wieku
      doszczetnie ogolocone z lasow uzywanych do topienia gorniczego
      urobku.Czesc okolicy przypomina krajobraz ksiezycowy,ale miejscowe
      wladze zaczynaja to powoli zalesiac.Miasto z populacja okolo 2500
      obywateli stara
      sie o zapewnienie jako takiej czystosci okoliczno-miastowej.Dalej
      wydobywa sie tam miedz,zloto i srebro,a miejscowe obszary sa zryte w
      formie ludzkich kretowisk.Nic pieknego.Opuszczamy Queenstown bez
      zalu i po 50 km osiagamy Strahan,miejsce naszego noclegu.


    • 01.05.10, 09:28 Odpowiedz



      Nocujemy jakies 2-3 km od rynku Strahan'owskiego,a
      raniutenko,nastepnego dnia,przy przepieknej pogodzie,jestesmy w
      centrum bardzo ladnie polozonego,malego,portowo/gorniczego
      miasteczka,ktore w latach 80-tych bylo swiadkiem niesamowitych
      protestow mieszkancow Tasmanii,i calej reszty Australii,protestow
      przeciwko wybudowaniu kilku hydroelektrowni na terenach dwoch Parkow
      Narodowych,bedacych obecnie na listach UNESCO.Hydroelektrownie,po
      wybudowaniu,mialy zalac woda okolo 35-40% tych
      przecudnych,dziewiczych terenow,ktore teraz sa na Swiatowej Liscie
      Zabytkow Natury.Te protesty trwaly prawie przez 3 lata i przyciagnely
      rowniez uwage opinii swiatowej,a moze raczej Swiat dowiedzial sie co
      zamierzano zalac woda za kilkadziesiat megawatow pradu w tym
      dziewiczym rejonie Tasmanii.Codziennie,prawie przez 3
      lata,australijska prasa podawala wiadomosci z tasmanskiego "frontu
      walki".Za kratki poszlo tam prawie 1300 osob pochodzacych ze
      wszystkich warstw spoleczenych
      calej Australii.Ten niespotykany w swojej dlugosci protest dotyczyl
      ochrony naprawde przecudnych terenow,terenow gdzie znajduja sie lasy
      z drzewostanem osigajacym 2500 lat,tysiacletnie
      eukaliptusy,przepiekne rzeki,strumienie,wodospady i jeziora oraz
      niesamowita bogatosc fauny,ktorej jeszcze nikt tam nie
      zbadal.Przenoszac to zdarzenie na ziemie polska to mniej wiecej
      wygladalo by to tak,jakby jakis miejscowy rzad/urzad polski chcial
      wybudowac w Bialowiezy kilka hydroelektrowni zalewajac woda 30-40%
      tego przepieknego terenu. Nic wiec dziwnego,ze przeciwko tym wodnym
      zaporom protestowala cala swiadoma Australia,z pomoca
      innych,swiatowych "swiadomosci",i to byl najwiekszy protest,jaki
      kiedykolwiek mial miejsce w tym Kraju.A kiedy,po 2 latach protestow,
      wydawalo sie,ze wszystko uleglo zmianie i Tasmanski Rzad Pracy
      zglosil te tereny do UNESCO,na Swiatowa Liste Zabytkow Natury,to
      miesiac przed ustanowieniem tych wszystkich Narodowych Parkow,jako
      Zbytkow
      Natury,na
      Tasmanii zmienil sie Rzad z Rzad Pracy na Liberalny,i ten nowy Rzad
      szybciutenko anulowal uchwale poprzedniego Rzadu i... wszystko
      zaczelo sie od nowa.Rzadko zdarza widziec sie w Australii taka
      arogancje"nowowybranych",ale to co dzialo sie na Tasmanii w tych
      poczatkowych latach 80-tych przekraczalo wszelkie normy jakiejkolwiek
      normalnosci rzadowej,i tym samym zmobilizowalo tysiace ludzi
      przeciwko glupocie,durnocie,biurokratycznej arogancji i pazernosci
      developerow wspieranych przez organa rzadowe.Dopiero w 1983 roku,po
      wygraniu Federalnych wyborow przez Partie Pracy,Rzad W Kanberze mogl
      uzyc swojego prawa konstytucyjnego,akceptujacego obligacje Rzadu
      Tasmanskiego do ogloszenia tych obszarow-Parkow Narodowych-jako
      terenow objetych Swiatowa Lista Ochrony Zabytkow Natury.W lipcu 1983
      roku Sad Najwyzszy w Australii oglosil niepodwazalnosc Federalnej
      Ustawy i odeslal z kwitkiem Tasmanska Ekipe Rzadowa,ktora,bez
      specjalnego problemu,przegrala w nastepnym
      roku wybory stanowe.Zeby napisac o tym protescie krociutenko i bez
      zanudzania,trzeba umiescic jednak te informacje w kilkunastu
      zdaniach,poniewaz cala ta afera byla i dluga i zarazem skomplikowana
      sprawa,ale "at the end of the day" liczy sie to,ze spoleczenstwo
      australijskie uratowalo od zaglady cos tak przepieknego,czego po
      zalaniu woda nigdy,ale to nigdy nie udalo by sie komukolwiek
      odzyskac.Chryste Panie!- jakzez latwo jest jakims bucowowatym
      bencwalom rzadowym wydac rozporzadzenie,"ochraniajac"je
      automatycznie-bez wzgledu na koszt-kordonami policji przed protestem
      calego spoleczenstwa,rozporzadzenie,ktore torowalo droge buldozerom w
      miejscu,ktore powinno byc zachowane bezzniszczalnie dla potomnosci
      calego swiata!!!???.Obecnie okolo 20% powierzchni Tasmanii jest
      chronione przeciwko zachetom biurokratycznej glupoty, i Nic,ale to
      doslownie Nic nie wolno tam "psuc". Stranhan,jako
      miasteczko,zaistnialo w 1877 roku.Owczesna,dumna niezaleznosc
      miasteczkowa,ulokowana prawie na
      krancu swiata,przyjmowala w XIX,i na poczatku XX wieku,pionierow
      farmersko-gorniczo-awanturniczego pochodzenia,ale obecnie Strahan
      pozostaje cicha miejscowoscia oferujaca glownie dosyc bogata
      turystyke. W centrum wypijamy wspaniala kawe,a po
      nieudanym,Karolinowym, helikopterowym wypadzie powietrznego
      zwiedzania,mkniemy do Zeehan ogladajac po drodze roznej wielkosci
      piekne wydmy.Zeehan,dawniej Silver City,z populacja okolo 850,jest
      typowym gorniczym miastem tego zachodniego regionu.W pierwszych kilku
      dekadach XX wieku bylo to 3 najwieksze miasto na Tasmanii.Srebro
      spowodowalo wydobywczy boom w miejscowych okolicach,i do tej pory
      ladnych kilkadziesiat tysiecy uncji tego metalu jest tam corocznie
      wydobywanych.Glownym,kopalnianym metalem w Zeehan jest obecnie cyna,a
      w mniejszej ilosci inne metale przeplataja sie w jej obecnosci,lecz
      jednak podstawa gospodarki,w tych malych miasteczkach,jest bezspornie
      turystyka i tego nie da sie ukryc.Rosebery jest
      nastepnym malym,gorniczym miastem (kopaliny to cynk i zloto)
      oferujacym piekne widoki w dzikich okolicach
      wodospadu Montezumy-najwyzszy wodospad na Tasmanii(114 m)-ale
      dojazd do tego cuda natury jest osiagalny tylko przez samochody
      terenowe.Szkoda.Kilkanascie kilometrow za Rosebery odwiedzamy
      malutenka miejscowosc Tullah,polozona wsrod ladnych jezior z pieknymi
      widokami gor.Jest cieplo,cicho i przepieknie i musze przyznac,iz
      niezbyt czesto zdarza mi sie byc wsrod gorskich jezior z
      przeuroczymi,okolicznymi widokami i temperaturami kolo 30-tki.Z
      Tullah,po polgodzinnej jezdzie,docieramy do Cradle Mountain,ale tam
      jest juz duzy ruch ludzko-mechaniczny, plus wszelkie oplaty
      wjazdowe,restrykcje i autobusy turystyczne,a wszystko to ze wzgledu
      na duza popularnosc tego Parku.Ogladamy kilka ciekawych,miejscowych
      widokow i odwiedzamy pare szlakow turystycznych,ale zeby zobaczyc
      piekno calej tej okolicy potrzeba by kilku ladnych dni na nozne
      zwiedzanie polaczone z noclegami,a to jest juz jednak koncowka naszej
      podrozy i brak nam czasu na takie "trekkowanie".Z Cradle Mountain
      wyruszamy do Devonport,zeby spotkac sie jeszcze raz z
      June i Brian'em,lecz jednak glownym celem naszego powrotu jest
      slawny,okoliczny masazysta,majacy przywrocic sprawnosc krzyzowego
      operowania Karolinowego organizmu,zaczynajacego sie od ramion po
      tylek.Nocujemy w Devonport i zapraszamy Gospodarzy na lokalne,swiezo-
      zlowione rybki.


    • 11.05.10, 11:07 Odpowiedz
      Koncze te ciekawa,tasmanska podroz i musze uczciwie powiedziec,ze
      nie pojechalbym tam jeszcze raz,albo przynajmniej nie tak
      szybko.Podczas wieczornej rozmowy z Gospodarzami,June twierdzila,ze
      lasow na tasmanskiej ziemi jest w brod,ale ja,po tym co tam
      widzialem,mam zupelnie inne zdanie.Lokalne media chca,zeby miejscowy
      obywatel widzial te lasy wszedzie,i w takiej ilosci,jak to widza
      media swoim zaklapkowanym, medialnym oczkiem,ale ja,bedac gosciem na
      tasmanskiej ziemi,odbieram to w troszeczke innym swietle.Wszyscy
      turysci,ktorzy docieraja na Tasmanie nie przyjezdzaja tam po to,zeby
      ogladac uprawne pola tasmanskich farmerow,ale zeby ujrzec cos czego
      nie ma w innej,stanowej czesci Australii lub gdziekolwiek indziej na
      swiecie.Na wyspie pozostalo okolo 20% naturalnej,chronionej
      "dzikosci",i
      ta"dzikosc" jest tym co przyciaga tam turystow z calego
      swiata,szczegolnie po programie Lonely Planet klasyfikujacym Bay of
      Fire,jako jedna z najpiekniejszych plaz/okolic na swiecie i
      "najgoretsza" destynacje turystyczna w 2009 roku.Nie ma co ukrywac,iz
      na Tasmanii turystyka jest najbardziej dochodowym business'em i
      obecnie nikt nie chcialby wycinac tego co wycinano tam bez
      opamietania kilkadziesiat lat temu.Terazniejszy problem spolecznosci
      tasmanskiej dotyczy bardziej konserwacji tego co tam pozostalo,po
      tych latach bezopamietanej glupoty rzadowej,oraz anulowania budowy
      olbrzymiej celulozowni przez firme Gunns-najwiekszego wycinacza
      wyspowych drzew-budowy,ktora po wybudowaniu bylaby bezspornie
      zwiazana z zatruwaniem miejscowych wod w przepieknych okolicach Tamar
      River."Walki" na szczeblach Rzadowo/Federalno/Tasmanskich trwaja juz
      od ladnych kilku lat.Spoleczenstwo tasmanskie ma podzielona opinie na
      ten temat,poniewaz teraz krzyczy sie duzo o
      zatrudnieniu dla kilkuset osob,co w sumie i tak jest znikomym
      procentem na rynku pracy,a zniszczenie dokonane przez przyszla
      celulozownie jest niewspolmierne do jakiegos ulamkowego
      zatrudnienia.Na razie wszystkie sprawy zostaly zawieszone,gdyz firmy
      szwedzkie zawiesily finanse na te budowe,ale nie dlatego,zeby tak
      strasznie dbaly o to tasmanskie srodowisko.Grozba niekonczacych sie
      protestow spolecznosci tasmanskiej przeciwko temu niesamowicie
      kontrowersyjnemu projektowi byla,chyba,wystarczajacym odstraszaczem
      dla businessu szwedzkiego.W Devonport,po porannym,wspolnym
      sniadaniu,odwozimy June do pracy(auto ma w naprawie) i udajemy sie
      "polnymi" drogami do Launceston,zeby oddac samochod na lotnisku i
      zasamolotowac sie w powrotna podroz do Sydney.Po drodze wpadamy na
      farme czeresniowa i raczymy sie koncowka wspanialych czeresni,a przed
      Launceston odwiedzamy Evandale,malutenka,urocza miejscowosc
      skladajaca sie z jednej glownej ulicy,na ktorej znajdujemy
      kilka sklepow z antykami,kilka kawiarni,pub z hotelem,cmentarz,kilka
      kosciolow,miejskie toalety i bardzo ladnie wykonane,i
      zainstalowane,kosze na odchody psie z pieknie umieszczonymi aparatami
      torbowymi,dajacym wlascicielom pieskiej obywatelowosci mozliwosc
      zebrania tych psich "odpadkow".Nigdzie,w tej miasteczkowej
      "guberni",nie widzielismy nawet jednego psa,ale okoliczni maja tam
      swoj dzien targowy,i kiedy sie tam targuja o rozne rzeczy to wyglada
      na to,ze przybywaja tam,zapewnie,z duza psia ekipa i
      wtedy,prawdopodobnie, jest okazja do torbowego uzycia.Podczas spaceru
      w Evandale okazuje sie,ze o wojnie nigdzie na swiecie czlowiekowi nie
      dadza zapomniec,wiec ogladamy pomniczek evandale'skiego,najbardziej
      odznaczonego,alianckiego zolnierza z Pierwszej Wojny Swiatowej.Wiemy
      rowniez,ze ojciec najslawniejszego,australijskiego "gangstera",Ned'a
      Kelly,podgarowywal sobie troszeczke w miejscowym wiezieniu,jak
      rowniez i o tym,ze zalozyciel miasta Melbourne
      spedzil w okolicznych domo-pubach jakas przyzwoita ilosc czasu przed
      wyruszeniem na kontynent z melbournskim pomyslem w glowie.W
      miejscowej kawiarni dostaje dobra kawe z pieknie wykawowana litera
      "M" i po takiej emko-kawie sune,jak odurzony do miejscowego
      lotniska.Zostawiamy auto na lotniskowym parkingu i zglaszamy
      peknieta, przednia szybe,ktora dostala przyzwoite uderzenie lokalnym
      kamieniem "wystrzelonym" kolem tirowca.Ubezpieczenie pokrywa koszty
      wymiany szyby z tym,ze wymiana samej szyby bylaby tansza o 100% od
      tego calego,naszego ubezpieczenia.Jestem w Sydnej za kilka godzin i
      szczesliwie umykam przed melbournskim potopem z czarnochmuru pelnego
      wody i gradu wielkosci pomaranczy.

















    • 30.11.10, 08:40 Odpowiedz
      warto poczytac
      • 01.12.10, 13:56 Odpowiedz
        ale nie wtedy, jak ktos pisze wytluszczony...:)!!! to dla czytelnika, przeszkoda jest.... oczy bola... rozumiem, ze dla autora , z jakis wzgledow wytluszczenie wazne bylo, ale dla mnie, ktory to czyta, to niedogodnosc jest... zwlaszcza , ze nie rozumiem, powodu wytluszczania sie.... ;)!?

        meiske napisała:

        > warto poczytac
    • 30.11.10, 09:25 Odpowiedz
      Prosze o wiecej...sama mam duzo podobnych 'korespodencji', ale spostrzezenia gosci sa zawsze ciekawsze, gdyz widza inaczej lub widza to czego Ja juz nie widze...

      Kan
    • 09.01.11, 14:52 Odpowiedz
      Po raz pierwszy zdecydowalem sie wyruszyc w tropiki w porze mokrej,ale wyglada na to,ze to cala Australia dotknieta jest pora mokra.Kwinslandia tonie w wodzie,jak rowniez czesc Nowej Poludniowej Walii,Wiktorii i innych stanow.Niedlugo bedziemy sprzedawali wode do krajow arabskich w postaci bryl lodowych.Technologia do produkcji takich gigantycznych bryl juz jest wiec,przy takiej ilosci tutejszych opadow,mrozonki wodne sa tylko kwestia czasu.Lot przebiega pomyslnie,pomimo roznych ostrzezen pilota o turbulencjach i zmianach pogodowych w mijanych stanach.Cairns,jak zwykle,cieplutenkie i mokre wita przybylych tym specyficznym zapachem "gnijacej" mokrosci.Lubie wachac te swiezosc tropikalnych deszczow,okraszona naturalnym rozkladem wszystkiego co moze sie rozlozyc w cieple mokrego zapomnienia.Mkniemy do domu "garbusem",pieknie odnowionym przez Eryka w przeciagu ostatnich 3 lat.Nawet parasole sa w kolorze garbusowej zoltosci,nie mowiac o gumach do
      przymocowywania bagazu czy pasach bezpieczenstwa.Nie widzielismy sie pare lat wiec skrapiamy te lata odosobnienia wspanialym piwem domowej produkcji i sernikiem bez ciastowego podloza.Przywiozlem ze soba placuszki kukurydziane ze wspanialym smarowidlem sezamkowym,gdyz nie jem chleba.Goska"chwali sie",ze tez nie je juz chleba,ale po godzinie widze,jak przygotowywuje kanapki chlebowe,ktore,jak twierdzi,bedzie konsumowac tylko ze wzgledu na donioslosc spotkania.Wiem,ze w Jej przypadku,jedzenie,palenie i picie nagina sie do okolicznosci w dziennej zmiennosci sytuacyjnego kaprysu.Mnie tam jest wszystko jedno co kto je,pije lub pali,ale wiem rowniez,iz my sami ubostwiamy oszukiwac sie az do zatracenia.Siedzimy w ogrodzie,gdzie palmy kokosowe maja dorodne kokosy pelne wspanialego mleka,a noniowate drzewko zrzuca od czasu do czasu,smierdzacego skarpetkami,noniego.Swierzy owoc noni przerobiony na soczek ma niesamowity smak pieprzu,polaczony z zapachem
      splesnialego sera,i szczypie w gardlo.Te wszystkie sklepowe produkty z soczkami noni wogole nie odpowiadaja rzeczywistosci.Wypijam szklanke tego specyfiku i wiem,ze jakbym sie uparl to z dobrego rozpedu,i z druga,czekajaca na mnie szklanka soczku noniego,moglbym przeskoczyc flopem ten ogrodkowy,mojego wzrostu,zywoplot,ale jestem po jakims likierku i rezygnuje z flopowania.Moze innym razem.Jedziemy w gosci do Darka,bylego,wzietego aktora polskiego,ktory mial na poczatku XXI wieku podobna szanse na kariere w USA,jak Romek Polanski kilkadziesiat lat temu,ale zakochal sie w Australijce,splodzil dwojke dzieci,wiatrak sufitowy na najszybszych obrotach,urywajac sie,rozplatal Mu glowe,a Australijka,po paru latach wspolnych hustawek,zostawila Go,majac w miedzyczasie 3 dziecko z kochankiem.Obecnie Darek zajal sie robienim zdjec i jest jednym z najbardziej poszukiwanych fotografikow w Cairns.Basia,mama Darka,pomaga Mu przejsc ciezki okres
      rozwodowo-reknowalescencyjny wiec wszyscy raczymy sie
      piwem i czerwonym winem,ktore,w tym cieple wodno/parowosci,pobudza krew i zacheca do tanecznych plasow.Japonke-Shi-no-bu-ktora tam spotykam,witam po japonsku,gdyz tyle zostalo mi z moich asocjacji ze spolecznoscia japonska w Sydney.Jest mile zdziwiona,gdyz niezbyt czesto witaja Ja Polacy w Jej ojczystym jezyku.Kilkanascia lat temu jezdzilismy duza grupa z Japonkami do Ich osroda w pobliskich Blue Mountains i spedzalismy tam weekendy,przygotowywujac przedziwne jedzenia i uczac sie troche innosci kultur.Osrodek byl przepieknie polozony,ale pod 2 latach zostal przejety przez jakas yakuzzowska ekipe i zrobiono tam osrodek dla bogatych Japonczykow.Jedyny pozytek z tych polsko/japonsko/czesko/austriackich osrodkowych spotkan,to kilka malzenstw polsko/japonskich trwajacych do dnia dzisiejszego.Siedzimy sobie na zewnatrz,a deszcz,od czasu do czasu,leje tak strasznie,jakby nadmiar wody z calego wszechswiata ladowal w Kwinslandii.Chyba tutaj zmienia sie
      przyciaganie ziemski,i wieksza grawitacyjnosc powoduje,ze nie ma w ogole kropel.Wszystko jest zamienione w jedna,kranowa ciglosc wodna.Wychylisz sie na pol sekundy zza parawanowatego daszku i juz mozesz sie suszyc zmieniajac ubranie.Cos niesamowitego.Darek opowiada o swojej bylej,pierwszej zonie,aktorce polskiej,ktora za polowe sumy ze sprzedanego w Polsce samochodu,kupila sobie part'owe ubranie,gdyz chciala sie pokazac w koktajlowym wystroju francuskiej delegacji.Pytamy sie czy Jego byla zona nie mogla pozniej sprzedac tego ubranka,po tym koktajliku,za jakas rozsadna sume,ale wyglada na to,iz byla kolekcjonerka-nie mogla.Nastepnego dnia Wigilia wiec kolo 9-tej,po miedzynarodowych,polsko/japonsko/nowozelandzkich tancach zbiegamy do domu pomiedzy potopem,a ulewa lokujac sie w 2 drzwiowym garbusiku parujaco/mokrzy.Chwile po 23-ciej wymykam sie ze swojej sypialni i zachecony wypitym piwem,winem i odrobinoscia likieru-jak rowniez i szumem wody,gdzies tam
      wsiakajacej w ziemie-wlaczam w pokoju goscinnym muzyke i tancze tak sam-przez nastepne 4 godz-do 3 nad ranem,jakbym zupelnie oszalal.Gne sie w wezowatosci serpentnowego poruszania i nastepnego dnia wiem co moze czuc waz po 4 godzinach
      pustynnej,lub jakiejs innej,ciaglej,wezowatej ruszalnosci.Jeszcze nigdy mi sie cos takiego nie zdazylo,ale moze to ta muzyka Claptona,deszcz,atmosfera i jakis specyficzny rytm powoduja,ze wpadlem w jakis szamansko/opetanczy taniec zapominajac o czasie,i calym bozym swiecie.Rano boli mnie wszystko co moze bolec w miesniach,ale musze sie jakos przelamac,poniewaz kolo 13-tej mam jecha z Erykiem po pania Gienie,94 letnia kobietke,i przywiezc Ja z Domu Starcow na proszona Wigilie,a tego zawalic nie mozemy.

    • 16.01.11, 11:33 Odpowiedz
      Pomimo,ze w nocy wpadlem w taneczny uklad tropikalnej choreografii,to
      raniutenko,o 6.30, bylem na nogach pierwszym domownikiem.Slucham przepieknie

      mocnego pohukiwania olbrzymiego,bialawego,australijskiego golebia siedzacego

      gdzies w poblizu kokosa,i mimo iz jest to niesamowicie rozchodzacy sie
      glos,to jednak nie powoduje jakiegos dysonansu w tym porannym,dzwiecznym
      odglosie wszystkiego co zyje.Golebiowe pohukiwanie jest po prostu mocniej
      zaznaczone niz jakikolwiek inny dzwiek,i slychac je wszedzie.Nawet nie
      wiedzialem,ze mamy takiego golebia o glebi glosu odbowiadajacej
      didzuridu.Stoje cichutenko pod prysznicem,on pohukuje,a ja mu odpowiadam
      i,co dziwne,nikogo tymi odglosami nie budzimy.Widzialem go kilka razy,ale
      jest bardzo plochliwy i nie daje do siebie podejsc zbyt blisko.Przy
      sniadaniu wszyscy mamy usmiechy na twarzach,jakbysmy przed momentem ockneli
      sie z przepieknego snu i wiedzieli cos,ale nie chcieli o tym mowic.Robimy
      ostatnie zakupy,gdyz ma
      byc nas osmioro plus-Pani Gienia.Pada,ale to nie jest specjalna przeszkoda
      w kupowaniu lub
      przyrzadzaniu czegokolwiek.Gospodarze racza sie piwnym oczyszczaczem
      nerek,ale ja zostaje przy wodzie.Alkoholi,tak jak ostatniej nocy,nie
      mieszalem juz od kilkunastu lat.Nie zebym pil duzo,ale zmieszalem slabiutkie

      z mocniejszymi,i w tych mieszankach zabraklo madrosci bylej,wieloletniej
      degustacji."Klina" tez nie uzywam,ale mam specjalna wode z miejscowego
      zrodla,ktora wspomagam odrobinka heksagonalnosci,wodno-technologicznego
      produktu reklamowanego przez Masaru Emoto,japonskiego,fantastycznego
      specjaliste od wody.Szklanka rano i chwile po 10-tej i czuje,ze moge zaczac
      tanczyc od nowa.Kolo 14 wyruszamy z Erykiem po pania Gienie,ktora Jej
      wnuczka,Sonia, umiescila w domu starcow,kilka miesiecy temu.Sonia
      przeprowadzila sie z Adelajdy do Cairns,kupujac,z finansowa pomoca babci
      Gieni,piekny domek z duzym ogrodem na przedszkolny wybieg.Zamieszkali
      wszyscy razem:Sonia,Jej maz Jacek,babcia Gienia i dwojka fajnych
      dzieciaczkow.Sonia otworzyla przedszkole,ktore
      przepieknie operowalo,a majac niesamowita zylke do biznesu,stworzyla z tego

      przedszkola bardzo ladnie prosperujaca instytucje.Jej maz,Jacek,nie pracowal

      od lat,ale korzystal ze zdolnosci Soni w biznesowym swiecie.Ona prowadzila,i

      zajmowala sie wszystkim,natomiast On zajmowal sie sprawami finansowego
      wydawania.Mianowal siebie,za swoja,i jedyna zgoda,dyrektorem
      przedszkola,wyrobil sobie swoje wizytowki zarzadcy przedszkolnego biznesu
      i... zajmowal sie internetowska aktywnoscia.Rente babci Gieni,Jacek
      przejmowal i wydawal rowniez twierdzac,iz babcia nie potrzebuje az tak duzej

      gotowki,gotowki,ktorej On,bedac dyrektorem przedszkola,potrzebowal bardziej
      niz Ona na roznego rodzaju rozchody.Konikiem Jacka byly ebay'owskie,tanie
      transakcje.To pasjonowalo Go najbardziej.Kupowal rzeczy dlatego,ze byly
      tanie,a takiej okazji-jak taniosc-dyrektor Jacek odposcic nie mogl.Dom mieli

      zawalony roznego rodzaju rzeczami,ktore,czasami,udawalo Mu sie sprzedac
      znajomym taniej
      niz je kupil.To bylo ryzyko,ktore bylo wkalkulowane w tego rodzaju
      ebay'owska aktywnosc.Ta idylla trwala kilka lat,az w koncu Sonia miala
      wszystkiego dosyc i zarzadala
      rozwodu.Jacek jednak nie akceptowal takiej sytuacji,gdyz taka decyzja
      pozbawiala Go dyrektorskiego"stolka",wiec awanturowal sie o rozne roznosci,a

      poniewaz mieszkanie bylo zapisane na Sonie,a pieniadze pochodzily w duzej
      mierze ze szkatulki babci Gieni,wiec podzial majatku stanowil dosyc trudna
      sprawa do rozwiazania. Sonia rozwiazala ten problem,kupujac Jackowi
      duzy,mieszkalny,mercedesowski autobus,taki jaki chcial,i kiedy wydawalo
      sie,ze wszystko sie juz jakos unormowalo i zostalo zaakceptowne przez obie
      strony,to Jacek,dobrze po alkoholu,wdarl sie kiedys w nocy do domu Soni,i o
      malo co nie udusil Jej w Jej wlasnym lozku.Gdyby nie interwencja
      starszego,osmioletniego syna,ktory slyszac jakies dziwnie glosne odglosy
      wszedl od matczynej sypialni,powodujac ucieczke ojca/rowiedzionego meza,to
      Sonia pewnie juz by nie zyla.Policja pojmala Jacka po kilku dniach
      poszukiwan,i teraz czeka do rozprawy majac na koncie jakies inne,rozne
      machlojki z
      Adelajdy.Sonia,kilka miesiecy temu,zdecydowala sie przeniesc babcie do domu

      starcow,gdyz nie dawala sobie rady z osoba wymagajaca stalej opieki,a z
      Cairns chciala sie rowniez wyprowadzic ze wzgledu na nieustajace konflikty z

      bylym mezem.Z tego Domu Starcow mielismy zabrac pania Gienie na kilka godzin

      wigilijnej przezywalnosci.Przyjechalismy garbuskiem,niezbyt zrecznym
      pojazdem do zabrania tak wiekowej osoby,ale innego nie mielismy.Weszlismy do

      pokoju pani Gieni,ktora siedziala w wozku inwalidzkim,a zabaczywszy Eryka,a
      moze nawet i mnie,krzyknela-"Bede plakac,bede plakac.Wlasciwie to juz
      plakalam,ale bede jeszcze raz".Eryk,znajac Jej zachowanie,przedstawil mnie
      spokojnie,nie zwracajac uwagi na Jej chec placzu,i powiedzial,ze poznalismy
      sie kilka lat temu,kiedy odwiedzilismy Ja i Sonie w Ich bylym domku.A
      Ona,nie zwracajac najmniejszej uwagi na to co On mowi,i z reka w gorze,jak
      zwycieski sportowiec na podium, wykrzykuje,ze juz myslala,ale zle myslala,iz
      nie przyjedziemy,ale rozumiala nasza nieobecnosc,gdyz pogoda tak straszna,a

      ta Ewka,ktorej Ona nie lubi,przygotowala Jej nawet ubranie wyjsciowe,tylko
      ze Ona nie ma jeszcze stanika na sobie,wiec cos trzeba z tym niezalozonym
      stanikiem zrobic.Patrzy sie na nas wyczekujaco,jakbysmy to my mieli podjac
      decydujaca decyzje stanikowej ubieralnosci.Proponujemy,ze zawieziemy Ja do
      tej toalety w Jej pokoju i tam moze sie rozebrac i zalozyc ten nieszczesny
      stanik."Ty jedz"-krzyczy pani Gienia,wskazujac palcem na Eryka-"a ty do
      pokoju.Tylko nic tam nie ruszaj.Broszki juz nie mam".Przysiegam Jej,ze nic
      nie rusze,wiec mnie lustruje czy aby to co mowie jest prawda,i wyglada na
      to,ze mi wierzy.W miedzyczasie Eryk wymanewrowal juz ten wozek i jada oboje
      do duzej lazienki,przystosowanej do wozkowej operacyjnosci.Tam,pani Gienia
      zada,zeby Eryk rozebral Ja do pasa i nalozyl Jej ten cholerny stanik,ktory
      ja mam doniesc z krzeslowego wieszaczka znajdujacego sie w pokoju,w
      ktorym nie ma juz broszki.Dostarczylem ten stanik,a On rozebral Ja do pasa i

      jakos wepchnal Jej te piersi w ten wcale niemaly stanik,zakladajac,z Jej
      pomoca,nowe,goscinne ubranie przygotowane przez nielubiana,mlodsza
      Polke,Ewke.Ruszylismy do wyjscia,ale w miedzyczasie przyszla do pani Gieni
      osrodkowa pielegniarka,wiec wytlumaczylismy Jej spokojnie nasze tam
      przebywanie,zyczac Jej,i drugiej,nadchodzacej pielegniarce,pieknych swiat i
      duzo spokoju.Pani Gienia,z nasza pomoca,przeniosla sie z tego wozka na
      podloge,wspomagana bezkolkowym chodzikiem,i nagle,pomimo 45 lat pobytu w tym

      Kraju,krzyczy do tych pielegniarek po polsku-"Tylko pilnujcie mojego domu! I

      zeby mi nic z niego nie zginelo"!!!.A my z Erykiem,zeby juz nic nie
      krzyczala,jeszcze raz zyczymy Im pieknych swiat,obiecujac odwiezc Ja do tego

      osrodka kilka godzin pozniej.Uffff,jedziemy,ale musimy wylaczyc radio,gdyz
      muzyka jest za glosna,a Ona chce mowic."Jedzenie maja w tym osrodku do
      dupy.A te
      pielegniarki zjadaja wszystko z tej kuchni-wszystko!!!A ja prawie nic nie
      jem"-ale nie wyglada na zaglodzona-"Niedobre to wszystko.Czym oni,do
      cholery,sie tutaj zywia? Ta Ewka-tfffu-potrafi zjesc wszystko i ... och ,tak

      pada i pada.A ta droga,to Sonia mnie tu przywiozla.Jacek nie byl taki
      zly,ale to waaariat!!! Pieniadze bral,i owszem,ale wydawac to
      umial-uuuuuu-uuh".Cale szczescie,ze w tym Cairns nigdzie nie jest
      daleko.Dojechalismy.Posadzilismy pania Gienie na kanapie,a Eryk zrobil Jej
      masaz bateryjnym masazysta,i na moment przysnela,ale przedtem kazala
      wylaczyc nam muzyke,wiatraki i zapalic wszyskie lampy,gdyz chcialaby
      wszystko lepiej widziec.Przy stole,pani Gienia stala sie bardzo
      rozmowna.Stwierdzila,ze zupy grzybowej jesc nie bedzie,ryby tez,a nad
      ciastem sie zastanowi.Zaspiewala cos co pamietala,a pamiec do piosenek i
      w
    • 16.01.11, 11:36 Odpowiedz
      Przy stole,pani Gienia stala sie bardzo rozmowna.Stwierdzila,ze zupy grzybowej jesc nie bedzie,ryby tez,a nad ciastem sie zastanowi.Zaspiewala cos co pamietala,a pamiec do piosenek i wierszykow ma dalej niesamowita.Pozniej zmienila zdanie i zajela sie zupa,ale stwierdzila,ze grzybow,w tej zupie grzybowej,nie
      ma,a te ktore sa,to to nie sa grzyby.Na rybe tez ruszyla dzielnie,ale nagle,bez podnoszenia glowy do gory,zaczela krzyczec-"aaaaaaaaaa-aaah"!!!-jakby sie dlawila oscia bezoscijnej,filetowej ryby,po czym nagle przestala,zeby szybko zaspiewac-"Chrystus sie rodzi..."-i zrobila to z taka moca,ze wszyscy zamilklismy,a proboszcz,w
      jakiejkolwiek parafii,dalby duzo,zeby miec taka zapiewajlowke.
      Nikt nic nie mowil dopoki nie skonczyla.Jezu kochany,co to byl za wystep!!!Po "Chrystusie"-juz urodzonym- skrytykowala kapuste poszatkowana ciut za grubo,jak na Jej przelyk,ale makowiec pochwalila,chociaz ta ciastowa kratka,na wierzchu makowczyka,nie wprawila Jej w najlepszy humor.Moze to byl Jej ostatni,taki swiateczny "wystep" w zyciu-w tak "mlodziezowym" gronie-wiec pozegnalismy Ja serdecznie sciskajac i calujac w poliki.Chichotala smiesznie.Eryk odwiozl Ja do domu garbuskiem,ale w drodze powrotnej zazadala,zeby kupil sobie nowy smochod,gdyz stac go na to,a nie jezdzil takim gruchotem.Obiecal Jej,ze sie nad tym zastanowi.Nie obchodze wigilii i Swiat ze wzgledu na komercjonalnosc i zaklamanie tych dni,ale nie mam nic przeciwko towarzyskim spotkaniom,nawet z alkoholem i ... starszymi osobami.Nastepnego dnia idziemy w gosci do polsko/nowozelandzkiego malzenstwa z dwojka przepieknych corek,z ktorych jedna jest przepiekna,6 letnia blondynka,a druga,5
      letnia,przesliczna brunetka.Obie wygladaja tak przepieknie,ze nie mozna sie na Nie napatrzyc.Tereska,Nowozelandka,mowi troszeczke po polsku z przepieknym,slodkim akcentem,i te 3 "kobiety" tworza
      niesamowity urok tej swiatecznej przyjeciowosci.

      Buzia Zbyszek

    • 22.02.11, 12:06 Odpowiedz
      Dzwiek w Tropikach jest czyms nieodlacznym,i przepieknym zarazem.Taka zywotnosc nie moze wyrazac sie cisza.W nocy jakis dzwiekowiec zaangazowany byl w powielanie odglosow starej tarki do prania.Robil to z niesamowita systematycznoscia i dominujacym odglosem.Przewodzil wszystkim dzwiekom i zdawalo mi sie,ze w tym lesie maja sporo roznych brudow do prania,gdyz ten dzwiek bylo slychac nawet w porannych,glosnych odglosach lesnego wstawania wszystkiego co zyje.Byl dominujacym,ale nie natretnym,i nie wykomponowanym ze wszystkiego,dzwiekiem.Nigdy nie udalo nam sie zlapac tego "pracza" na dzwiekowym uzywaniu tarki.Dzikie swinie pracowaly niesamowicie dzielnie w naszej okolicy,i zastanawialismy sie,dlaczego one tak tam ryja majac jadla w brod w kazdej piedzi tej wspanialej,Tropikalnej Istoty.Z dzika swinia jest w Australii niesamowity problem.Mozna ja znalezc w calej Australli,oprocz Tasmanii.Na dzika swinie sie poluje,lapie,eliminuje i wykancza wszelkimi
      mozliwymi srodkami,ale ona wszystko przezywa.Wygladaloby na to,ze jest niezniszczalna,ale w tej niezniszczalnosci my,ze swoja wspaniala madroscia,zawsze maczamy palce.Jak sie np.swinke wytrzebi,i sprzeda wszystko Niemcom,ktorzy kupuja to dzikie mieso na potege,to w nocy,do akcji zaswiniania tych terenow,ktore wlasnie zostaly odswinione,wkraczaja mysliwi,i wypuszczaja,w dzikosc natury,jeszcze niezbyt dzikie swinki,gdyz nic tak pieknie nie utuczy i nie uodporni dzikiej swinki na wszystkie bezecenstwa hodowlane,jak las i otwarta przestrzen.Pozniej,oczywiscie,zglasza sie w rzadowych instytucjach ilosc nowych,zauwazonych swin i ...polowanie i odswinianie zaczyna sie od nowa,a wszystko oczywiscie za rzadowe pieniadze.Dzikie tereny potrafimy zaswiniac fantastycznie i,jak to zwykle w buszu bywa,jest niezmiernie ciezko cokolwiek,komukolwiek udowodnic.To samo jest z krolikiem,rybkami czy innymi,zywymi stworzeniami.Nie mozemy ich usunac sami wiec wypuszczamy,zeby
      pozniej placic innym za ich
      eliminacje.Madroscia jestesmy przesaczeni.Caly swiat jest w nas zapatrzony.A sam swinka jest niesamowitym szkodnikiem,poniewaz dla takiego duzego osobnika swinskiego nie przedstawia to specjalnego problemu pozrec cielczaka lub owce,wiec coz dopiero moga zdzialac miejscowe zwierzeta.Cassowary,czasami,bije sie ze swiniami o swoje ulubione opadziny,ale z wieksza swinia nie ma szans nawet,jak uderzenie z nogi i glowy ma opanowane do perfekcji.Myjemy sie pod kranikiem samochodowym,zazywajac kapieli "recznej". Lapiemy troche wody w rece i spryskujemy sie tylko troszeczke,gdyz jeszcze sie niczym nie pobrudzilismy.Sniadanko meskie zjadamy,bez specjalnosci talerzowego,zenskiego,pieknego nakladania,i przygotowywujemy sie do wejscia w las.
      • 22.02.11, 12:08 Odpowiedz
        .Nie pada,jest przepieknie cieplo,i wilgotno zarazem,ale przeciez jestesmy w Lesie Wodnym,a nie w jakichs borach sosnowych europejskiego pochodzenia,wiec ta wigotnosc ma swoja wage i atrakcyjnosc.Po tygodniowym pobycie w tropikach
        w Porze Mokrej,skora na twarzy i na calym ciele jest tak fantastycznie oczyszczona i,jakos,nawilgocona,ze nie trzeba wogole uzywac zadnych kremow.Wlasciwie to nie wiem po co my sie myjemy;chyba z przyzwyczajenia.Wypad w las konczy sie dla nas niesamowitym fiaskiem.Po 200-300 metrach jestesmy oblepieni blotem i...pijawkami,ktore nie wiadomo skad sie biora.Idziesz spokojnie przez las wyznaczona sciezynka i nagle widzisz,iz masz ich z dziesiec na sobie,a jak sie zatrzymasz,zeby je usunac,to liczba pijawkowego przyklejenia automatycznie wzrasta.Cale szczescie,iz nie rzucily sie na nas kupa,gdyz bylibysmy w opalach.Jestesmy octowo przygotowani,ale przy takiej ilosci przyklejen,nawet litr octu na glowe nie wystarczy do prowadzenia aktywnej walki.Cos niesamowitego.Jak ci wczesniejsi podroznicy przebijali sie przez takie lasy w nocy lub w porach mokrych??? Przeciez te pijawice jedne sa tak nienasycone,iz oproznic goscia z "czerwonych zasobow" to zaden problem
        dla takiego,pijawczego swiata.Nawet po wyjsciu na teren suchy "splawiamy" je z cial przez dluzszy czas nasza mikstura octowa.Ufff!!!Co za przezycie.Na gore nie wejdziemy,gdyz jest chroniona przez pijacy,pijawkowy swiat.Taka dzika swinia,to przeciez nie moze w nocy chodzic sobie tak sama w tym tropiku,gdyz nad ranem lezalby pol zywa z uplywu krwi.Swinki chodza w las parami,przynajmniej w tropikach,i jedna drugiej pomaga pozbyc sie tych wysysaczy.Innymi slowy,dosyc czesto swinki zywia sie krwia kumpelki,wampirzyce jedne.Decydujemy sie na pozostanie w lesie jeszcze przez jeden dzien.Kolo 11-tej przyjechal miejscowy lowca swin z trzema,duzymi psami.Psy przybiegly przed Nim i zobaczywszy nas troche sie zjerzyly,ale mamy w szufladzie samochodowj karabin wiec wybic pieski,atakujacy swiat,nie byloby dla nas jakims specjalnym problemem-tylko po co.Pozniej zjawil sie wlasciciel psow,ktore,wypuszczone z samochodu,pracowaly awangardowo,zarabiajac w ten sposob na
        dawane im papu.Zrozumielismy ich "zjerzone" zachowanie.Inaczej nie mogly.Musialy byc czujne i nastroszone pomimo,ze nie przypominalismy
        swinek.No moze troszeczke,ale chcielismy sie zdecydowanie poprawic.
        • 22.02.11, 12:09 Odpowiedz
          Wlasciciel psow opowiadal o polowaniu.Zwykle psy lapia swinie za ogon i ucho starajac sie ja zastopowac,i obalic na ziemie.Pozniej nadbiega zziajany mysliwy i nozem w serce konczy zywot swinskiego zycia.Walka swini z psami jest zawsze zazarta i nie zawsze one wygrywaja,ale,cos mi sie zdaje,ze one to lubia.Maja nakladane specjalne "pancerze" skorzane chroniace je od klow wscieklej,zagoninej swini,ale w ferworze walki takie "opancerzenie" nie zawsze pomaga.Przy dobrym dniu,zabijacz swinski moze zarobic kilkaset dolarow dziennie,a przy zlym ze dwiescie-oczywiscie po odliczeniu wszelkich kosztow podrozy i jedzenia dla siebie i psiej wspolnoty.Kilkaset moze byc i 300 i 900 zarazem.Nie tak zle,jak na pare pchniec nozem.Z mysliwym wypijamy po piwku i oddajemy sie tropikalnemu relaksowi.Psy nas polubily,mysliwy zaprzyjazniony,pijawek sie pozbylismy,komarow nie ma,a na inne bezecenstwa
          wigotnosciowej cieploty stosujemy spreparowanego bambuska.Jest bosko i chyba tylko kilku milych kobiet brakuje do pelnej,tropikalnej nirwany.Taki Budda np to byl klas gosc.Oprocz tego,ze tyl w lesie,dolaczajac do tego tycia filozoficzne usprawiedliwienie,to jeszcze otaczal sie mlodymi kobieto-dziewczynkami,ktore mialy wyrownywac Jego zachwiany balans energetyczny w wymyslaniu tych filozofek.Ghandi rowniez sypial pomiedzy dwoma 12-sto letnimi dziewczynkami dorabiajac sobie do takiego sypiania teorie doenergetyzowywania.Teraz,za takie sypianie,mozna by Go bylo zamknac za pedofilie. Tez z Erykiem kombinujemy co by tu powymyslac,zeby nas jakies panienki wspomagaly energetycznie,ale czas jakis teraz taki dziwny,ze nikt na filozofowanie nie leci.Kasa,nawet w tych tropikach,przelala sie kolo nas w postaci mysliwego-nozownika.Moze trzeba sie bylo Jego zapytac o jakas kobieca energie???Nic,odpoczywamy. Przepuscilismy tak okazje.Moze po uczciwym odpoczynku uda
          nam sie udowodnic innym nasze racje filozoficznej egzystencji,opartej na kolaboracji z zaistnialymi juz kierunkami.Mamy plan i potrzebujemy troche czasu na jego pelne wprowadzenie w zycie.Siedzimy.Takie jest to nasze dzisiejsze,tropikalne zycie.Eryk przysypia,gdyz nawet jak
          nic nie robi to musi odespac tego raka,ktorego z Niego wycieli fachowi chirurdzy kilka lat temu.Odganiam z Niego muchy,gdyz w takich tropikach,po kilku godzinach spania,mozna sie obudzic nawet z kilkoma muchami w nosie; i co wtedy???











    • 12.03.11, 08:47 Odpowiedz
      Nastepnego dnia,po powrocie do Cairns,bylismy zaproszeni na przyjecie do Darka,ktory-tak przynajmniej sam twierdzi-ma 1000 stacji radiowych na komputerze i mozemy sluchac,z tego komputera z podlaczeniem do kolumn stereo,wszystkiego czego tylko dusza zapragnie.Rzeczywiscie,zaczelismy sluchac,ale jakos nic specjalnego nie mozemy znalezc,gdyz sluchamy po kawalku utworow z wielu stacji i po godzinie poszukiwan stwierdzamy,iz chyba bedzie lepiej,jak zagramy cos z CD'ska.Dawniej bylo kilka stacji i sluchalo sie wszystkiego z ciekawoscia,nie mowiac o slawnej stacji-Radio Luxembourg-ktorj mozna bylo sluchac na okraglo,a teraz mamy dostepnych tysiac stacyjek,i nic sie nikomu specjalnie nie podoba.Ciekawe,gdyz cos mi si zdaje,ze z mozliwoscia wyboru nie idzie jakosc. Znajoma Japonka stwierdzila,ze jest dziewczyna Darka i wobec tego,kiedy On zadzwonil do swojej bylej zony w sprawie rozwodu,bez porozumienia z Nia,to dostal od Niej slowna reprymende,gdyz o sprawach
      takich telefonow Ona tez powinna wiedziec,zanim one zostana wykonane.Wyglada na to,ze z Japonkami trzeba byc bardzo ostroznym i nie przesadzac z telefonami,szczegolnie rozwodowymi.Shi-no-bu miala podobno ojca alkoholika,ktory pil sake jak wode,a kiedy juz nie mogl jej pic,to robil w domu draki i zamykal zone z corka w pokoju,zeby zjesc sobie rybke z akwarium.Lubil zakasic sak'usie swiezutenka rybka,i to egzotyczna;inne okazy mu nie smakowaly.Kobietki musialy sie z nim rozstac,gdyz jego "zakaski" rujnowaly je finansowo,a zlikwidowanie akwarium nie wchodzilo w ogole w gre .Ojciec,jak byl trzezwy,lubil lypac na te egzotyczne okazy godzinami,i wtedy w domu bylo cicho i spokojnie.Pewnie wybieral sobie nastepna "zakaske" sak'usiowego upojenia.Za cieplo,zeby tanczyc wiec siedzimy i rozmawiamy.Znowu slysze teorie o nieszkodliwosci papierosow palonych w malych ilosciach,ale nie biore udzialu w tych pustych dyskusjach.Jakis cizio,z amerykanskiego aktorstwa,dozyl
      stowy palac cygara wiec teraz sluzy,jako wzor dlugowiecznosci dla wielu palaczy.Eryk jest bardziej zaangazowany w argumentacje,wiec jak juz sie wda w stolowa dyskusje,to zwykle zasycha Mu w gardle i musi je czyms nawilzac,co zwykle podnosi Jego bojowosc w dyskusyjym ferworze.Zapomina,ze ma auto,ale nie jestesmy daleko od domu,wiec nawet w duzy deszcz byloby przyjemnie spacerowac.Wracamy szczesliwe,nie zaczepieni przez policje,ktora skads sie pojawila przed samym skretem do domu.Nastepnego dnia jest Sylwester i bedziemy musieli nalozyc wszyscy dlugie spodnie,gdyz takie sa wymogi klubu.Nie przepadam za klubowymi Sylwestrami,ale bilet kupiono mi w prezencie gwiazdkowym wiec jedyne co mi pozostaje,to isc lub go odsprzedac.Ide,pomimo ze pierwszego stycznia wyruszam do Brisbane spotkac sie ze swoja przyjaciolka,ktorej nie widzialem ladnych kilkanascie lat.W klubie bufet szwedzki z herbata i kawa,a trunki trzeba kupowac w barze.Tance w klubie zaczynaja,jak
      zwykle,kobietki.Dwie panie kolo 50-tki tancza na bosaka,pomimo duzej tablicy ogloszeniowej przed wejsciem pokazujacej,i mowiacej o odpowiednim obuwiu.Moze weszly w butach,ale parkiet wola czuc bosa stopa.Muzyka jest dostarczana zespolowym graniem,ale zdaje mi sie,iz ci wszyscy zespolowcy zaczeli pic dzien przed Sylwestrem i... gdzies "gubia" nuty.Powaznie wygladajaca,emerytowana wokalistka jest tak wstawiona,ze trzezwiejszy,zespolowy basista daje Jej wsparcie gitarowym gryfem,gdyz inaczej zeszlaby do horyzontalnego wokalu,ktory nie jest zbyt dobry dla strun glosowych,a i zespol bylby wykonczony takim wystepem.Ratuja sie,jak moga.Kiepskie to wszystko jakos,ale do 12 dotrwalismy.Pozniej zyczenia,muzyka z CD-ska,pare strzelajacych konfeti chinskiego wyrobu,wliczonych w cene biletu,no i oczywiscie "zwijany jezyk kameleona" z wprawionym,rowniez w Chinach,gwizdkiem pobudzajacym do akcji.Calosc,jak z badziewia amerykanskiej kinematografii.Umykamy cala ekipa do
      domu w cieplutkim,noworocznym deszczyku,zeby wypic ze wszystkimi lyczka szampana i...lulu.Wstaje o 4.30,zeby byc na lotnisku 0 6.20 rano,a mam do zabrania i caly,okragly serniczek,i salatke jarzynowa,podarki,ktorych zostawic nie moge.Na lotnisku mowia mi,ze moj lot zostal odwolany z niewiadomych powodow wiec jestem upowazniony do kuponu kartkowego na $10,za ktory moge sobie wypic kawe i cos zjesc,a oni-sluzba lotniskowa-powiadomia mnie o locie,jezeli,oczywiscie,takowy zaistnieje.Do Brisbane leci sie 1godz i 20min,a opoznienie wynosi 6 godz i nawet pilot,w zastepczym locie,nie byl w stanie powiedziec co sie wlasciwie stalo.Podejrzewam cala zaloge o gorzalkowe ekscesy i utrate poczucia czasu,ale nie mowie nic glosno.Moj przyjaciel twierdzi,iz zaczal sie sterowany,noworoczny bajzel,polaczony z manipulacja Rzadowa w celu wywolania sztucznego niepokoju w spokojnych duszach ludzkich.Moze i cos w tym jest,ale ja,jak do tej pory,widzialem dosyc przyzwoity
      spokoj na lotnisku,nawet po 6 godz oczekiwania,wiec moze nie wyszlo im wszystko tak jak trzeba z tym manipulowanym niepokojem.Lot z Brisbane do Sydney odbywa sie,absolutnie,spokojnie.Slowo "absolutnie" stalo sie amerykanizmem zastepujacym proste slowko"yes",i wszedzie slyszy sie od kilku lat,ze absolutnie wszystko jest okay,absolutnie wszystko mozna zalatwic,absolutnie wszyscy beda tam,gdzie mieli byc,wiec i ja dolaczam sie do tego absolutnego okay'stwa,konczac swoja podroz w cieplutkim Sydney.
    • 12.03.11, 15:38 Odpowiedz
      Hirudo Medicinalis,to jest lacinska nazwa pijawki.Jak twierdza fachowcy,tylko 3 rodzaje pijawek stosuje sie w lecznictwie tzw. hirudoterapii.W starozytnym Egipcie przystawiano je co lepszym Egipcjanom,angazujac pozniej mistrza w rzezbiarstwie sciennym do upamietnienia tego zdarzenia.W Rosji,natomiast,w XVIII i XIX wieku podobno dochod z eksportu pijawek byl rowny z eksportem zboza.Nie tak zle,jak na pijawkowego ssacza.Ta "nasza",tropikalna,chyba nie jest lecznicza,ale zachowuje sie tak,jakby byla zywcem wyjete z filmow rysunkowo/animowanych,ukazujacych pelzajaca gasiennice.W swojej podrozy po czymkolwiek najpierw robi ze swojego ciala lutnie,po czym prostuje sie w muzycznym wyrazie fletu prostego,zeby zaraz potem przejsc z powrotem do instrumentu szarpanego.To co robi,robi z gracja swojego rodzaju w "dwu-instrumentalnym" pochodzie,i jest niesamowicie milo ja obserwowac nawet,jezeli wiesz,iz za moment moze sie do ciebie przyssac.Zmysl wywachania
      najcienszego naskorka,i najlepszego pokarmu krwiobiegowego,ma wkomponowany w swoja DNA, i przez ladna chwile obserwowalem jedna z nich nie pozwalajac jej na zbyt przesadne,pijawkowe zachowanie na mojej skorze.Milo jest obserwowac przepiekna harmonie w jej ruchu i dazeniu do celu,ale jakos ciezko jest nam "zaprzyjaznic" sie z pijawka,a przeciez jest uzywana nie tylko w medycynie "oczyszczajacej",a i to co robi,robi najlepiej jak moze.Obserwujemy troche ptakow,motyli i przenajrozniejszych,bezimiennych latajacych cudow natury,ktore laduja na
      nas,i w poblizu obozowiska,nie czujac sie niczym zagrozone.Duzy
      szaranczowo/podobny osobnik wyladowal mi na dloni i gigantycznym wasem "odgonil" zgraje pylku powietrznego,niepotrzebna w badaniu ludzkiego ciala.Wasy chodzily mu,na tej dloni,jak Chinczykowi rece w Tai Chi-Martial Art.Wygladalo to na walke z czyms co on widzial,a ja nie moglem zauwazyc.Moze one tak sie doenergetyzowywuja,a moze to Chinczycy sciagneli swoje taichi'owanie od tego tropikalnego osobnika? Kiedy zaczal mnie laskotac musialem go zdmuchnac,podmuchem ustnego huraganu o szybkosci okolo 150km na godz,ale mimo takiej szybkosci,przez moment trzymal sie dzielnie na dloni,przyzwyczajony do tropikalnych tajfunikow.Pozniej wskoczyl mi na szyje,ale w tamtych okolicach szyjnych,kilka lat temu, ugryzla mnie liszka drzewna,ktora na pajeczej niteczce,ze zrecznoscia wytrawnego alpinisty,a ciszej niz miejska cisza nocna,opadla na mnie w jej wiadomych celach,i kiedy zaintrygowany laskotaniem chcialem ja usunac,to w ramach protestu wpuscila mi cos pod,lub
      na,skore.Swedzenie po ugryzieniu
      komara jest czyms dziecinnym w porownaniu do tego co ja odczuwwalem przez miesiace,i to,a'la,wrazenie niesamowitego swedzenia czuje,w jakims stopniu,do dzisiaj.Skokowo/powietrzny pojadacz zieleniny nic o tym pewnie nie wiedzial,ale musialem przenies go w inne,bardziej tropikalne miejsce.Nie protestowal.Te przenajrozniejsze zyjatka lubia na nas siadac,gdyz emanujemy inna,jakby przyciagajaca dla nich energie,i nawet czasami mozna nas ciutenke nadgryzc.Wczesnym popoludniem wrocil ublocony,jak po bagiennej kapieli,nasz znajomy mysliwy.Psy,w specjalnych uprzezach, przyciagnely dzika swinie-okolo 90-100 wagi-rowniez przecudnie ublocona na podobienstwo sloniowej,blotnej kapieli.Wszyscy wygladali,jak jakies stwory z innego,nierealnego swiata,ale bylo kupe smiechu i zabawy.Ubranie,i caly ublocony sprzet,wedrowaly do oczyszczenia,co tez bylo wkalkulowane w koszty czystego zarobku.Don twierdzil,ze teren jest troche za blotnisty na dluzsze polowanie,gdyz tracisz za
      duzo energii na"walke" z mokrosciami,i zarobek nie jest tego wart,ale psy musza miec trening,zeby w bardziej suchej porze nie byly bez kondycji.Wierzymy Mu na slowo z ta psia kondycja,gdyz czesto widzimy upasione psiny w bezkondycyjnym,jezykowym zwisie do ziemi z usatysfakcjonowanymi,i rowniez bezkondycyjnymi, wlascicielami. Pomoglismy Don'owi wrzucic te wartosciowa miesistosc na van'a.Pojechal ze smiercia wieprzowego ciala,cialka ktore bedzie moze nawet konsumowane w Polsce w rodzaju pasztetu z dzikiej swini,i-oczywiscie-importowanego z Niemiec.Zrobilo sie cicho i bezsmiertelnie.Skubniemy sobie a to serka,a to owocka z gotowanym jajeczkiem i zakasimy to wszystko czysciutka woda i czujemy,iz pocichutenku samo zdrowie wkrada sie w nasze organizmy,"zaproszone" czystoscia mysli,powietrza i nastroju.Czasami spadnie jakis delikatny deszczyk,ale on spada w limicie niemoczenia naszej ubraniowej suchosci,wiec nie mozemy na nic narzekac i oddajemy sie
      zraszalnosci tej czystej,opadowej wody,niosacej ze soba pieknosc dzisiejszego,obopolno-istnieniowego przezywania.Zadne
      nowoczesne gadzety informacyjno-rozrywkowe nie sa nam potrzebne do radosci i smozadowolenia z samego faktu istnienia i bycia tam,gdzie bycie jest prawie czystym byciem.Z zapadaniem wieczoru dzwieki w tropiku zmieniaja ton i staja sie nocnym,dzwiekowym ukojeniem.Tam,w tropikach,dopiero widac ile tracimy w tym miejskim dzwieku jazgotu zelazistych pojazdow,i nienaturalnych dzwiekow naszego nowoczesnego,"wspanialego" dzwieko/poruszania sie w konglomeracjach minimalnej owado/roslinnosci.My sami nie jestesmy w stanie okreslic ile tracimy,gdyz prawie cale nasze myslenie jest nastawione,zeby z cisza cos zrobic,a nie ja przezywac,wiec skad mamy wiedziec co oferuje nam cisza,ktora na okraglo czyms zagluszamy,a tropikalna,naturalna "cisza" dziewiekowego odbioru jest dla nas czyms zupelnie nieznanym.Szkoda,niesamowita szkoda,ze prawie calkowicie potrafilismy wyalienowac sie z naturalnego oddechu "Ziemskiego Cudu Natury".Zostawiono nam skrawki trawnikowych obrzezy
      poprzeplatanych odpowiednio posadzonymi drzewami,i parkowymi zywoplotami,ale jakos dzikosc,z tego sadzeniowego wyregulowania,umknela i nie chce tak latwo wrocic.Wieksze,naturalne tereny pierwotnej pieknosci musimy chronic prawami,gdyz inaczej wysypywalibysmy tam smieci i wszelkiego innego rodzaju ludzkie gawno.Brrrr.Spimy radosnie i wstajemy jeszcze radosniej.Nie mowi sie komplementow o poranku,poniewaz poranek sam w sobie jest juz komplemenciarska zacheta do radosc,a szczegolnie juz w tym cudzie porannego,lesnego budzenia sie wszystkiego.Nikt sie tutaj z niczym nie spieszy wiec i my oddajemy sie naturalnosci porannego wstawania.Nikt nie martwi sie wczesnym lub poznym sniadaniem,czy jakas sniadaniowa niezjadliwoscia.Nikt nie marudzi i nie fochuje bo,prawde powiedziawszy, nie ma o co i po co.Ide na polpolanke,zeby zrobic pare ruchow przeciagajacych energie i przyciagam ja rowniez dla Eryka,gdyz On nie zna ruchow przyciagajacych,ale chetnie z nich
      skorzysta.Dzielimy sie tym,czego tutaj jest w nadmiarze i jest fajnie.Zjemy cos lub nic nie zjemy-to nie ma dla nas specjalnego znaczenia.Dzikie swinki musialy byc dobrze najedzone,po nocno/ryjowatym posilku,gdyz skupaly sie obficie w kilku,niedalekich miejscach,ale natura poradzi sobie tutaj ze wszystkim,i juz cos tam sie krzata w poblizu tych kupowanek z zadaniem nawozowego przerabiania.Wszystko w swoim czasie.Wyruszamy,tez w swoim czasie,do malej miejscowosci,Trapez,w ktorej Eryk jeszcze nie byl-ja tez-a ktora byla kiedys jakas osada na starej drodze do Cairns.Jest przepieknie polblekitnie,polchmurzyscie,poldeszczowo i poltropikalnie,i cale cialo chce sie radowac z tymi pol-polowkami.
    • 02.05.11, 14:26 Odpowiedz

      Kilka dni temu,po poludniu,nakrylem John'a,91 letniego rezydenta z mojej pracy,jak strzelal z procy,schowany za drzewem,do bialych papug,kakatu. Niedawno,te kawalarski papugi,potargaly kwiatki w Jego ogrodku i John,oprocz wygrazania im piescia,i ublizania,skonstruowal sobie proce,i czasami sie na nie zasadza.Proce,to moze za duzo powiedziane,poniewaz u Johna wszystko co jest przez Niego konstruowane,wyglada jak z bardzo odleglej epoki.Kawalki detki pociete w paski i przymocowane do czegos przypominajacego widelki,sluza John'owi do wojny z kakatu. Lubie Johna,gdyz opowiada niesamowite historie o swoich wyczynych podczas II Wojny Swiatowej,i w powojennej sluzbie w Quantas'ie.Z Jego opowiadan wynika,iz mogl nawet zrzucic bombe na Hiroszime,a Kokode Track,w Papui Nowej Gwineii,przeszedl w rekordowym czasie,pomimo dwukrotnych ran z wystrzalowek japonskich.Kokoda Track jest uwazany za "Australijskie Termopile"(Grecy dostali tam lanie od Persow w V wieku
      pne),gdyz Australijczycy tlukli sie w tej dzungli dosyc przyzwoicie z Japonczykami o jakis kawaleczek ladowiska samolotowego,ale zeby dotrzec do tego ladowiska,i sie ciutenke powybijac,musieli wedrowac przez dzungle okolo 100km w niesamowitych warunkach.Oprocz roznych,duzych sum wygrywanych przez John'a w roznego rodzaju loterie,ktore to sumy-jak twierdzi John-sa zwykle rozdawane Jego rodzinie,gdyz On nie moglby nie dzielic sie wygrana,John dosyc czesto podkrada mietowe pastylki z supersamow,i czasami daje mi te najlepsze,najmietowsze,ktore biore i oddaje swojej przyjaciolce,ktora z kolei oddaje je swojemu ojcu,ktory je bardzo lubi.Jestem,wobec tego,zamieszany w paserstwo bezgotowkowe,i przez sam ten fakt jestem wspolnikiem John'a,jak rowniez jest nim moja przyjaciolka i Jej ojciec,ktorzy sa nieswiadomi paserstwa lancuszkowego.Kilka razy zlapano juz John'a na tym podkaradaniu,ale nic nie moga Mu zrobic,gdyz jest wiekowy.Teraz stal sie ostrozny i
      jednorazowo kradnie tylko kilka pudeleczek.Raz chcial okrasc miejscowy klub RSL'u,ale robil to po kilku wodkach z piwem,ktore,w takiej mieszance,jakos Mu zaszkodzily,i zostal zlapany.Wywalono Go z klubu na zbity pysk,i teraz,jak jest lekko wstawiony,to troche zaluje tego swojego zlodziejstwa.Mowil mi ostatnio,ze podczas II Wojny Swiatowej mial zatrag ze Stalinem i o malo co Stalina nie sprzatnal ze swoimi kumplami z oddzialu,ale tamten,podobno, obstawil sie Kozakami,i tym sposobem udalo Mu sie przezyc jeszcze kika lat w Rosjii.Przypomnialem John'owi,ze sluzyl w Papui Nowej Gwineii i na Filipinach,gdzie zostal podobno ranny,kiedy upil sie z miejscowymi obywatelami i pokazywal im sztuczki pistoletowo-karabinowe dopoki nagle cos nie wypalilo,i nie ranilo Go-prawie smiertelnie-w szyje,wiec nie mialby mozliwosci zatargu ze Stalinem,ale opowiadal,ze za zaslugi i bojowosc,po wyleczeni rany postrzalowej,przerzucono Go do Palestyny i tam operowal w specjalnej
      brygadzie przez 1.5 roku,wiec mial duzo czasu,zeby uknuc plan pozbycia sie Stalina.Ostatni obejrzal jakis program w TV o polskich oddzialach stacjonujacych w Palestynie podczas II WS.Liczba polskiego wojska,stacjonujacego na tamtych terenach,troche Go zaskoczyla,ale mimo wszystko gratulowal mi-jakbym to ja tam stacjonowal- ich zolnierskiej walecznosci.Powiedzialem John'owi,ze mielismy tam,w Palestynie,najlepszych,wyborowych strzelcow ze wszystkich wojsk,jakie przeturlay sie przez Europe w tamtym czasie.Sam ma dobre oko,gdyz ksiazki dalej czyta bez okularow,wiec zapytal sie mnie dlaczego uwazam,ze byli najlepsi??? Opowiedzialem John'owi o wywieszaniu polskich,wojskowych kurtek z naszytymi na pagony,kapralskimi,dwoma lub trzema belkami,ktore byly "zdejmowane" z tych pagonow przez wyborowych strzelcow,z jakichs 70-80 metrow, bez najmnieszego uszkodzenia pagonu. To wprawilo Go w niezle zdumienie i podczas naszej wymiany opinii o wyborowych strzelcach
      przyznal mi racje,ze to kwalifikuje sie do czegos wiecej niz wyborowy
      strzelec.Zgodzilem sie z Jego opinia.Czasami John opowiada mi,ze mial,i dalej ma,tyle punktow z pracy w Quantas'ie,iz moglby obleciec swiat kilka razy naokolo,ale wykorzystuje je tylko do lotow krajowych.Juz pare razy zlapalem Go na tym,ze mowil iz leci do Melbourne,a siedzial zamkniety cichutenko w domu.Zdradzal Go szum wody w kibelku i kuchni.John duzo czyta wiec moze przyswaja sobie rozne,ksiazkowe historie i pozniej je nam opowiada,jako swoje wlasne przezycia.Ostatnio prosilismy John'a,zeby nie karmil ptakow Kit-katami,poniewaz to przyciaga roznego rodzaju
      gryzonie.John mowi,ze On nie wie dokladnie dlaczego,i jak to sie dzieje,ale kiedy On wychodzi z domu,to te Kit-katy jakos tak same wypadaja Mu z reki,a jak juz te Kit-katy upadna na ziemie,to te miejscowe,krukowe ptaszki juz tam sa,i zanim On sie schyli,zeby je podniesc,to prawie wszystkie Kit-katy sa juz zjedzone,wiec co On ma robic??? Bic sie z tymi ptakami,czy co??? Mowimy John'owi,zeby zmienil droge podrozowania z tymi slodyczami,ale to nie wchodzi w rachube,gdyz to jest tak,jakbysmy chcieli pozbawic Go wolnosci.Ostatnio John kupil sobie sweterek w kolory podobne do obic autobusowo/tramwajowych.Lubi chodzic do pub'u w tym sweterku podczas chlodniejszych dni,gdyz jak sie tam troszeczke zakrecic,i ktos pusci pawia na ten Jego kolorowy sweterek,to specjalnie nikt nie zauwazy zadnych sladow wymiotu,tak jak to mialo miejsce z innym sweterkiem.Do chwili kupna tego sweterka myslalem,ze to John troche "haftuje" na siebie,ale okazuje sie,ze to na Niego
      haftowano i stad ten pomysl
      z "grafitowym" sweterkiem.Lubie zamienic z Nim pare slow,gdyz jak nie doslyszy tego co mowie,to wymysla jakies odpowiedzi stosowne do tego co mysli,ze usluszal,i smiechu jest co niemiara.


      Buzia Zbyszek
      P.S.Pisze to wszystko w czasach wielkich manipulacji medialnych,wielkich slubow,krolowej okradajacych swoich poddanych w Anglii i innych krajach czlonkowskich,krajowej beatfikacji i 3 Majowego Swieta,bez ktorego,podobno,Polak nie moglby czuc sie Polakiem,gdyz bez Kosciuszki,krolow,legionikow Dabrowskiego,Pilsudskiego i Nowo-Swietego nie mamy nikogo z kim moglibysmy sie identyfikowac.Ja,majac dwa obywatelstwa,jestem PODDANYM krolowej angielskiej,ktora czesc z moich dochodow,bez mojej zgody,jakos sobie przywlaszcza,popijajac za nie,w wolnym czasie,soki z McDonaldsa.Place rowniez podateczki na politykow australiskiego rzadzenia,ktorzy tez tych podateczkow potrzebuja,gdyz inaczej nie mogliby zyc dostatnio,nie mowiac,oczywiscie,o ich podrozach zagranicznych lub innych,burdelowych wydatkach,ale ja,bedac rownoczesnie Polakiem,jestem pewiem,ze za te moja prace,i cichutenkosc myszkowego zachowania,pojde-z protekcja Nowo-Swietego-prosciutenko do nieba,gdyz nawet
      mi przez glowe nie przejdzie taka mysl,ze polski swiety moglby mnie,jak rowniez i innych Polonusow,tam nie zabrac.
    • 23.01.12, 17:00 Odpowiedz
      Umykamy od tej mokrej pieknosci "deszczowego lasu",pieknosci jakzez bogatej we wszelka floro/faunowatosc,ktora w tym przebogatym swiecie atakuje wszystko,co mozna podjesc,lub przynajmniej sprobowac wrzucic na zab.Nie tak dawno duzo mowilo sie o wspolnej swiadomosci zywotnych gatunkow w przekazywaniu na odleglosc przezytych doswiadczen tej samej grupie swiadomosciowej,grupie nie dotknietej jeszcze w jakis sposob takimi doswiadczeniami ,a zyjacej w innych okolicach lecz bedacej o takiej samej,zyciowej gatunkowosci.Klasycznym przykladem tego jest tzw.The Hundred Monkey Syndrom,gdzie malpki z japonskiej wysepki Koshima,przekazaly swiadomosciowo innym malpkom-na tej samej wyspie,jak rowniez na innych wysepkach-sposob na jedzenie brudnych,slodkich ziemniakow,przez mycie ich w strumyczkowej wodzie.Gzy,komarki,pijawki i inne tropikalne podjadacze nie wyciagaly-lub moze bardziej poprawnie-nie przekazywaly chyba nic swoim bliskim i dalszym pobratymcom ze swoich potyczkowych doswiadczen z czlowiekiem,gdyz nie wiem ile bysmy ich nie uszkodzili-nie zabili,ale uszkodzili-to i tak ataki roznosci faunowej trwaly dalej,jakby "spizarnosc"czlowiecza miala dla tych atakujacych wieksze znaczenie od ich zaglady.Nogi,a szczegolnie ich dolne partie,mielismy swedzaco popodgryzane,ale,tak sobie myslelismy,ze moze to glod czyni ten caly tropikalny tlumek nieczuly na roznego rodzaju "kalectwa" zwiazane z chwilowym,bardzo ulotnym,glodowym zaspokojeniem.Jedziemy asfaltowka w strone Forty Mile Scrub National Park-jakies 270/280km od Cairns-gdzie "deszczowy las" otoczony jest eukaliptusami i innymi,lisciastymi drzewkami,a wszystko to ozywa blyskawicznie w porze mokrej.Park wita nas pieknym okazem "drzewka butelkowego", mloda,jasniutenka zielonoscia roslinnosci wchodzacej w nowosc zyciowa po niedawno spadlych deszczach, i krzykiem roznorodnosci ptasiej.Wypijamy po kubku kawki,zakaszajac ten wczesniej przygotowany plyn niemieckim pierniczkiem bozonarodzeniowej produkcji,i wyruszamy w dalsza droge do Cobbolt Gorge.Mijamy Mt Surprise,ktory odwiedzilismy w tamtym roku,i skrecamy na szutrowe drogi przeuroczego,mokro/porowo/buszowego rozkwitania.Mamy jakies 200 km do pokonania,ale ta droga jest tak niesamowicie/urozmaiceniowo piekna,ze czlowiek zapomina o wszystkim,radujac sie ta naturalna cudownoscia.Mijamy setki kangurow,ktore operuja wszedzie w tej wspanialej dziewiczosci i wyskakuja prosciutenko pod kola samochodu z buszu,zza skal i z przydroznych krzaczkow,a jeden z nich byl nawet schowany za pacholkiem drogowym,i nie uciekal nigdzie,starajac wcielic sie w te przydrozna pacholkowatosc.Na calej tej 200 kilometrowej drodze nie spotkalismy zadnego samochodu wiec cisza,kiedy wyskakiwalismy czasami do "buszowej toalety",byla tak niesamowita,iz te wszelkie miastowe,gurowatosci medytacyjne odnoszace sie do "wyciszenia",definitywnie odnosza sie do australijskiego buszu.Nigdzie, ale to nigdzie w miescie nie doswiadczy sie takiej ciszy,i takie miastowe wyciszenie sie-polecane przez guru tego lub tamtego-bez wczesniejszego,wyciszeniowego doswiadczenia,nie moze zaistniec w miastowosci pozbawionej takiego przezycia-tak przynajmniej sobie mysle-chyba,ze przeniesiemy sie mentalnie do matczynego lona,ale to wcale nie jest takie latwe.Gosh,jakimi my musimy byc szczesliwcami mogac doswiadczyc czegos takiego na taka duza skale dwustukilometrowego,jednosamochodowego podrozowania????Czasami mijamy wolno/wedrujace krowy,pasace sie w tym niezbadanym buszu,ktore patrza sie na nas tym wszystko/wiedzacym,lub majacym wszystko w dupie,wzrokiem.One nigdy nie wybiegaly pod auto wiec moze te samochodowo/poturbowane przekazaly tym jescze niepoturbowanym swoje doswiadczenia z takich kolizji,i te zdrowe cenily swoje zdrowie wiedzac dobrze o nietrafnosci takich spotkan.Ale taki czesty,podsamochodowy kangur,zabity lub poturbowany,powinien juz dawno wiedziec o tych zdrowotnych,samochodowo/kolizyjnych komplikacjach,i przekazac pobratymcom te swoje doswiadczenia o glupocie samobojczosci drogowej przeskakiwalnosci,unikajac-jak mysliwych-juz dziesiatki lat temu ,tych smierdzaco/ryczacych pojazdow,nieprawdaz? One jednak dalej ryzykuja wszystko,zeby przeskoczyc przed pedzacym z duza szybkoscia samochodem kawaleczek niewaznej odleglosci,przeskoczyc wlasnie w tym najmniej odpowiednim czasie przeskakiwania,to moze z ta kangurza swiadomoscia jeszcze nie jest wszystko tak w 100% ok???Chociaz-musze uczciwie przyznac-z przeczytanych przeze mnie informacji wynika,ze kangury,poproszone mentalnie o zjadanie tylko jakiegos procentu laki,laki stanowiacej rowniez pozywienie dla innych zwierzat,dostosowywuja sie do tej mentalnie proszonej procentowosci,zostawiajac reszte lakowosci dla innych. Im bardziej oddalamy sie od linii brzegowej morskiego falowania,tym mniej deszczu na nas spada,a w pewnym momencie uklad chmurnej szarosci zmienia sie nagle na pieknosc zachmurna slonecznego ujawnienia,i czujemy sie jak w Rajskiej Wspanialosci,w odleglej, przedadamowej erze.GPS,ktory Eryk uruchomil jeszcze w Cairns,informuje nas ,ze mamy skrecic tam,gdzie nie ma nawet najmniejszego sladu zwierzecej sciezynkii,ale Eryk upiera sie ,ze ten drogi GPS powinien jednak w tym buszu dzialac,gdyz,myslac logicznie,im drozszy jest taki sprzecik,tym lepiej powinien odbierac w innosciach drogowych podrozy.Nic z tego.Ten Jego jest tak bledny,jakby byl kompletnie z innej epoki,a przeciez ten GPS ma-podobno-Boze Wszechmogacy!!! mapki na caly swiat.Och! Ty Silo Wysokosciowa!!! uchron nas przed taka drogowskazywalnoscia.Czasami glos gi/pi/esowego goscia milknie,gdyz on sam-zakodowany kodowalnoscia satelitarnych obserwatorow -nie wie w ogole gdzie jest,wiec o czym niby mialby nas innformowac,kiedy sam nie jest o niczym poinformowany.Od czasu do czasu Eryk mowi cos do tego GPS'u z pretensja w glosie-mowi tak,jakby ten gi/pi/esik Go slyszal,ale efekt odpowiadalnosci jest zerowy.Sila rzeczy jedziemy tam,gdzie nas prowadzi ta droga,poniewaz innej drogi nie ma wiec tym samym i my innej mozliwosci jazdy tez nie mamy,ale chcielismy zobaczyc czy moglibysmy zgubic sie w buszu bez satelitarnej namierzalnosci.Moglibysmy,i to bez specjalnego problemu, bo i po coz komus sledzic satelitarnie troje Polakow w country,kiedy w miastach roi sie od tej lachudrowatosci szpiegowsko/dywersyjnej,nie mowiac oczywiscie o jakichs organizacjach o religijno/pedofilskich sklonnosciach,czyhajacych tylko na zagarniecie wladzy bankowo/swieckiej,i uwiezieniu nas wszystkich z chip'kiem pod ramienno/krokowa skora.Niesamowite piekno tej ogromnej Natury,odzywajacej we wczesnych opadach pory mokrej,czyni ten caly system swiatowego,ekonomiczo/politycznego balaganu, jakims zapomnianym bzdetem zupelnej niepotrzebnosci.Kto w buszu-lub w pieknie Natury-przejmuje sie jakims problemem bezmetrykowskiego Obamy (podobno metryczke ma sfalszowana),czy smiercia koreanskiego przywodcy???Tam nie sprejuje sie nikogo Chemtrails.Chemtrails sa dla gosci miastowych,gdyz sprejowaniem minimalnoscia buszowego zycia nikt nie jest -jeszcze-specjalnie zainteresowany.Takie rzeczy nie maja tam zupelnie miejsca,jak rowniez nie maja tam miejsca wszelkie wyszukane technologie wolnosciowej pozbawialnosci,gdyz jedyna rzecza do szczescia-jakiej w tamtych okolicach potrzeba-jest bycie tam,i przezywanie tego,czego Wszyscy Miastowcy calego swiata szukaja-lacznie z tymi wielopanstwowymi/manipulatorkami-a mianowicie czlowieczej odradzalnosci w ciszy Natury,i Jej energetycznej-pozbawionej osadzalnosci-neutralnosci oddzialywania na wszystko,neutralnosci,ktorej nikt nigdzie indziej nie doswiadczy w taki lub podobny sposob.Do Cobbolt Gorge docieramy o zmierzchu,i jestesmy kompletnie zdziwieni,ze tam nikogo nie ma."Witaja" nas tylko- zupelnie bezszczekowo-jakies bezmerdajaco/ogonowe, szwedajace sie dwa psy,kiedy przejezdzamy przez centrum cobbolt'owskiej osrodkowosci,a poza tym cisza.Jestesmy kompletnie zaskoczeni,poniewaz tam zawsze powinien ktos byc,ale w tej zanikajaco/ jasnej ciemnosci nie mamy czasu na glebokosc zastanowienia.Rozbij
      • 23.01.12, 17:01 Odpowiedz
        Rozbijamy sie szybciutenko stwierdzajac,ze toalety-z dwoma prysznicami-sa otwarte,pozwalajac nam na oblucyjnosci w nocnej,niesamowitej cichosci czasowego,cobbolt'owego zapomnienia.
    • 29.01.12, 09:45 Odpowiedz
      Noc spedzona w Cobbolt Gorge byla noca jakby przespana w kompletnie innej realnosci. Tam nie bylo zadnych innych dzwiekow,oprocz naturalnosci Natury,a ta potrafi sprawic paradksalna cisze dzwiekowa.Cos gdzies cyknie,cos gdzies przebiegnie i zaszelesci lub dopusci wiatr do wyrazenia wiatrowego szumiku,opartego na cichutenkim,podmuszkowym operowaniu.Blogosc byla tak piekna,iz nawet przestalismy sie zastanawiac dlaczego nikogo tam nie bylo.Tylko przez moment oddalismy sie znakom zapytania,ale nie dlatego,zebysmy tesknili za dzwiekiem wspolbiesiadownikow kempingowego zycia,lecz raczej ze wzgledu na nienaturalna opustoszalosc duzego,i zawsze tetniacego jakims zyciem,kempingu.Idylla takiej cichosci trwala do wczesnego switu,kiedy troche przed piata rano obudzil nas tak niesamowity ryko/krzyk,krzyk tak straszny,iz wszyscy wybieglismy ze swoich spaniowcow zobaczyc kto,i po co tak niesamowicie wrzeszczy.Wycie dochodzilo z drzew i bylo polaczeniem ryku diabla tasmanskiego,wyjca kapucynskiego i rodzinnej kukubary.Pierwszy raz w zyciu,a jestem tutaj juz 30 lat, uslyszalem krzyk blekitno/skrzydlatej kukubary w "walce glosowej" o uzytkowanie terenow lowieckich.Krzyk jej jest tak straszny,ze nie bardzo wiem,kto moglby z nia konkurowac w tej glosowo/terytorialnej "aneksji",ale moze dla ptakow takie ptasie "wycie"jest bardzo wazne,gdyz inaczej pewnie nie uzywalyby takiej glosowosci.W kazdym razie pogrozilismy jej piescia,co wcale jej nie speszylo,gdyz z innych punktow,godnych aneksyjnosci,darla sie dalej krzykiem mogacym wzbudzic zazdrosc w wariatkowskim domku szalenczych wypowiedzi.One konkurowaly pomiedzy soba w sposob podobny do slabeuszowskiego diabla tasmanskiego,nadrabiajacego strasznym darciem geby swoja lekko/kreposc cielesna,w walce o wczesnopadla padline.Moze one sa takim naturalnym, countr'owskim budzikiem,gdyz Natura,bedac zarazem bardzo poblazliwa,moze w country nie przepada jakos za zaspaniowcami???Moze.My juz specjalnie spac nie moglismy.Kolo siodmej zobaczylismy-z naszych pozycji-jakis ruch samochodowy kolo recepcji,ale auto pojechalo w innym kierunku.Wiemy wobec tego,ze ktos tam jest wiec proponuje,zebysmy wpadli do kogokolwiek-kto tam jest-zaplacili za nocleg i dowiedzieli sie co tu sie wlasciwie dzieje,gdyz do samej Cobbolt Gorge nie mozna dotrzec bez autobusowo/przewodnikowej rezerwacji,ale Eryk z Goska oponuja mowiac,ze jezeli Gorge jest zamknieta-a wyglada na to,ze jest-to umkniemy z kempingu nie placac,poniewaz Oni uwazaja,ze ci wlasciciele sa bogaci i uciekajac zrobimy im przysluge.Nie wiem czy wlasciciele tego osrodka sa bogaci czy nie,ale zapewnili nam-jakos w tym pustkowiu-toalety,wode, prysznice i cichutenkie miejsce do kempingu wiec nie bardzo widze Ich "sensownosc" w jakiejkolwiek ucieczce-a i wlasciwie przed czym??? Oplata moze wynosic jakies 5-10 dolarowa od glowy za takie krajowo/country'owskie cudo.Oponuje,gdyz gospodarzami osrodka moga byc podnajemcy,ktorzy tak samo pracuja za pensje i musza jakos ten osrodek utrzymac.Nie mowia nic,ale atmosfera jest dosyc dziwna,poniewaz ja obstaje przy tym,iz przed takimi minimalnymi oplatami definitywnie nie bede uciekal.A poza tym umknac niezauwazalnie z takiego osrodka,kiedy przejezdza sie przez jakas recepcyjnosc-nawet zamknieta-jest dosyc trudno-nie niemozliwie-ale na boga!!! po co??? Zwijamy sie kolo 10 i mkniemy w strone Centrum Turystycznego,gdzie ja wysiadam z smochodu i...osrodkowe drzwi sie otwieraja i wychodzi z nich para Australijczykow,opiekujacych sie tym osrodkiem.Rozmawiamy milo i dowiadujemy sie,ze wszystko w osrodku jest zamkniete juz od 15 grudnia ze wzgledu na pore mokra,wlaczajac w to rowniez cala te cobboltowska okolice. My jakos sie tutaj dostalismy-pomimo-niewidzianych przez nas-wielu znakow informacyjnych, a gospodarze Osrodka widzieli w nocy jakies swiatla w naszym kempingu,ale mysleli,iz sa to ich swiatelka oparte na sensorkach zmrokowych,wiec nie przywiazywali specjalnej uwagi do naszych lampeczek .Zapytani o cene za kemping machaja reka mowiac ,ze nic od nas nie pobiora ze wzgledu na osrodkowa zamknietosc,i zycza nam pieknego Nowego Roku zapraszajac nas do ponownych odwiedzin w kwietniu.Sama ucieczka przed taka serdecznoscia wygladalaby,jak jakis wariacki pomysl udarowego szalenca,ale ja czasami nie bardzo potrafie zrozumiec Ich sposob myslenia odnosnie takich ucieczek.Dziekuje tej przemilej Parze za serdecznosc ,pytajac sie o agatowe pola oddalone o jakies trzydziesci kilometrow od Ich Osrodka ,a polozone w kierunku naszej podrozy.Twierdza,ze powinnismy miec pozwolenie,zeby tam dotrzec,ale poniewaz nie ma zadnej mozliwosci otrzymania takiego permit'u, udajemy sie tam nielegalnie.Mijamy po drodze-w spokoju radosci wzrokowego odbioru-piekny,wielokilometrowy kawaleczek rozkwitajacego buszu i swiezutenkiej zieleni,zieleni oddajacej sie juz tej czteromiesiecznej,wodnej rozpuscie.Jest przecudnie spokojnie,spokojem nadchodzacego,i od wielu miesiecy oczekiwanego,deszczu.Docieramy do pol agatowych-w tej bezzezwoleniowej podrozy-ale nawet gdyby ktos nas zapytal o jakies pozwolenie,to bedac tam jedynymi podroznymi-niezbyt dobrze poinformowanymi o zamykalnosciach osrodkowych w porach mokrych-bylibysmy uwazani za jakas szalona nieastralijskosc,jezdzaca w deszczowce,ktora w przeciagu kilku minut moze z pustyni zrobic niezle jeziorko,polaczone z rwacymi rzeczkami.Pewnie tez machnieto by tam na nas reka,ale nikogo nie spotykamy .Jestesmy tam wobec tego nielegalnie,i te agaty,ktore zbieramy,zabierajac je ze soba,maja tez status nielegalnosci.Nie jestesmy pazerni wiec taka agatowa nielegalnosc nie parzy nas w kieszeniach,a sam zbierano/zabierany kamien jest raczej symbolem bycia w "agaciznie",niz symbolem jakiegos nielegalnego wzbogacania.Zreszta te poletka-do poszukiwania agatow-nie przedstawiaja zadnej wartosci dolarowo/agatowej,i dlatego sa udostepnione pamiatkarskiej publice.Zaspokojeni agatowoscia-i nielegalnoscia naszego zbioru-zawracamy,udajac sie w stukilkudzisieciokilometrowa droge od Undura Lava Tube. Mijamy kika malutenkich, gleboko country'owsko osiadlych miasteczek,a w Georgetown oddajemy sie kawowaniu i toaletowaniu.Pomimo bezludnosciowego miasteczka toaletki sa czyste,co jest zawsze dla mnie jakas ciekawostka,kto te toaletki -w takim bezludziu-czysci,zaopatruje w papierek i mydelko,i kto za to placi,jezeli tam jest tylko 45 domkow z 200 osbowa populacja ? Z Georgetown mamy juz prosta asfaltowke do Undary, i docieramy tam gdzies przed 14 wykupujac bileciki na dwugodzinna-nastepnodniowa-przewodnikowa ture po czesci Undary.

    • 07.02.12, 15:42 Odpowiedz
      Dojezdzamy w deszczu do Undara Lava Tube,ktora bedac o stokilkadziesiat kilometrow blizej linijeczki falujacej,pacyficznej wody,jest bardziej narazona na pore opadowej obfitosci.W recepcji kupujemy bilecik kempingowy za 30 backs'ow i placimy 38 zielonych od glow,za nastepnodniowa,dwugodzinna ture po jednej z tubek undarowskiego wylewu lawowego.Wulkan,ktory nie ma nic z bozkowatosci,wylal wszystko co mial do wylania,jakies 190 tysiecy lat temu,a poniewaz zbieral sie do tego wybuchowego wylewu przez dzisieciolecia,wiec lalo sie to wszystko ladnych kilka lat,rozciagajac sie pieknie na ponad 160 kilometrow z zawilosciach plynnosci skalnej.Wulkanik jakos sie pozniej lekko opamietal,wyluzowal,przestal lawowac i oddal sie czynnosci oziebieniowej,a kiedy sie to cale lawowanie dobrze ostudzilo i skurczylo,to powstaly tam tunele niektore do 40 metrow wysokosci i 80 metrow szerokosci.W 1991 roku Undare otworzyl oficjalnie niejaki Sir David Attenborough,znany z wielu filmowych seriali o Naturze,a ostatnio z serialu pt.Frozen Planet.Okazuje sie ,ze nawet gosc z taka reputacja-i jakas szlachcicka sir'owoscia-jak Attenborough, dopuszcza sie szwindli dokumentalnych swingujac w serialu "Frozen Planet" zdjecia spiacych,malutenkich niedzwiedzi polarnych,ktore filmowano w holenderskim ZOO,jak rowniez zamrozonej stonogi,znalezionej podobno pod arktycznym kamieniem,a sfotografowanej w pudelku.David bronil tego idiotycznego przekretu tlumaczac,ze wszelkie dokumentalne historyjki podlegaja jakiejs manipulacji,ale opinia publiczna ma troszeczke inne zdanie,i chcialaby wiedziec-w zapowiedzi komentatorskiej-ze takie niedzwiedzie jest niesamowicie ciezko sfotografowac w naturze,gdyz przy takim bliskim ujeciu zdjeciowym, albo zginie kamerzysta,albo matka niedzwiedzica wykonczy i male niedzwiadki i kamerzyste,wiec lepiej-do takiej krotkiej sekfencji filmowej-srotografowac je np w ZOO,a nie krecic i oszukiwac.No, ale z ta Stonoga to juz zdrowo przesadzili.Nie dosc,ze fotografowali ja w pudelku ,wyjetm z jakiegos zamrazalnika,to jeszcze kazali publice wierzyc,ze wywracajac kamien w arktycznej zamrazalnosci,trafili na stonoge,ktora-bedac ukryta gleboko pod tym kamieniem polarnym-zamarzla w tym wdzierajacym sie wszedzie mrozie.Publika nie jest jednak tak naiwno/glupia,wykryla te szwinelki dokumentalne i oczywiscie troche sie oburzyla,gdyz pare wyjasnieniowych zdan rozwiazaloby caly problem,szczegolnie,ze David jest darzony dosyc duzym autorytetem,jako wieloletni glosiciel ochrony tego piekna Ziemskiego i Jej niezliczonej roznorodnosci zyciowej.Ciekawe ile jeszcze takich dokumencikow swingowanych nakrecono? Chyba,po tym szwindlu ze ...stonoga,przestane ogladac jakiekolwiek dokumentalne historyjki.W Undarze postawiono Mu tablice pamiatkowa upamietniajaca takie oficjalne otwarcie,a poniewaz w tamtym okresie czasu David byl juz-w krolestwie angielsko/mowiacym- rycerzykiem pasowany przez angielska krolewne,wiec Sir-jako ten juz wypasowany-stoi przed jego imieniem.Nie bardzo wiemy w czym przyczynilo sie to do atrakcyjnosci tego obszaru,gdyz te okolice znane byly juz w XIX wieku,i spora czesc z nich zbadano.Teraz jest ta tablica upamietniajaca otwarcie przez Sir'a,Australia stala sie bogatsza,ale pieniedzy rzadowych na dalsze poszukiwania,i otwarcie nowych tubek, brak.Wyslac zolnierza do Afganistanu za 1.5 mil dolarow rocznie,zeby zabijal innych-nie ma problemu,ale dostac dotacje na zbadanie i otwarcie nastepnych czesci tego unikalnego systemu,to jakies marzenie rozbicia kasyna w Las Vegas. Obozowisko nasze rozbijamy w trzydziestodolarowym obozie,gdzie-obok samochodu- mamy wode z kranu,toalety,oddalone tylko o jakies 40 metrow od naszego obozowiska,ale nieczynne ze wzgledu na remont-tak glosil napis,ale zadnego remontujacego pracownika nie widzielismy-no i palenisko drzewne,gdybysmy znalezli jakis suchy opal,i chcieli sie troche podogniskowac.Nie znalezlismy.Obozowisko samo w sobie jest dosyc duze,i oprocz obszernego obszaru kempingowego,ma do wynajecia duze namioty z kuchenkami w srodku,pionierskie domki za jedyne 157 back'sow,pociagowe pokoje z cena od 50 do 125 dolarow za pokoje rodzinne,jak rowniez zaopatrzone w elektycznosc miejsca dla van'ow.My powinnismy byc w tej najtanszej,bezpradowej, dziesieciodolarowej oplacie od osoby,jednak rozbilismy sie w miejscu z gniazdkiem na prad ,ale nikt nas nie sprawdzal.Wprawdzie nie uzywamy tego gniazdka,ale ono tam jest i przez sam ten prosty fakt jestesmy w strefie pietnastodolarowej,gdyz gniazdo zauwazylismy pozniej,po calkowitym rozstawieniu wszelkiego sprzetu spiaco/odpoczynkowego.Kiepskie oznaczenia terenu zwalamy na deszcz.Do jedynej,okolicznej toalety musimy wedrowac jakies 150 metrow,ale taka wedrowka nie jest czyms strasznym,gdyz sa tam zaprzyjaznione kangury,ktore cos tam sobie skubia w kempingowych krzakach,jakby tych krzakow brakowalo w pobliskiej okolicy.Rozkladamy daszek,pod daszkiem mamy sucho i chlodne,erykowskie piwko pieni sie domowej roboty pianka bablujacego procentu.Obserwujemy kangura,a czasami dwa,i zastanawiamy sie nad rozmowa w recepcji przeprowadzona przed zakempingowaniem.Kobietka za kontuarem-z jakims gosciem tez zakontuarowcem-proponowala nam poranna wycieczke z szamapanem za jakies.... dwiesciekilkadziesiat zielonych.Myslelismy,ze sie pomylila,biorac nas za kogos innego,ale nie ,te 237 dolarow jest skierowane do nas.Przez moment spojrzelismy sie na siebie,jakbysmy sie rzeczywisie zastanawiali czy wydac 237 na osobe za jakas ture z szampanem przy porannym ognisku,a ja w koncu zapytalem sie jakie maje te szampany do tego porannego sniadania.Odpowiedzieli nam,ze australijskie,i chyba jakies jeszcze inne,ale-zapytani czy maja rosyjskie-stwierdzili ze nie maja,a ja do nich, ze innych nie pijemy,tylko rosyjskie.A Eryk do tego recepcjonist mowi,ze raz,jak ktos sprobuje napic sie szampana rosyjskiego,to w zyciu pozniej francuskiego,czy jakiegos innego,do ust nie wezmie,wiec jezeli oni nie maja rosyjskiego,to my nawet nie myslimy o jakiejs turze z szampanem nierosyjskim.Spojrzeli sie na nas lekko zdziwieni,ale poniewaz obaj z Erykiem pilismy szampana rosyjskiego,a Goska tez dobrze zna rozne szampanskie smaki,wiec stwierdzili-po naszych smakoszowatych,poprawnych minach-prawdziwosc opinii dobroci rosyjskiej trunku,i powiedzieli nam,ze beda musieli porozmawiac z bosem,zeby tego rosyjskiego szampana ,w tych porannych sniadaniach,tez im w przyszlosci nie brakowalo,a poki co,to sa sorry,ze ich nie maja.My tez bylismy sorry,i tak skonczyla sie nasza przygoda ze sniadaniowym szampanem.Moze dla miejscowych kempingowcow sniadaniowy szampan ma jakis specjalny smak porannej przygody,ale my za ponad $700 mozemy sobie kupic tyle szampana,ze tego szampanskiego buzowania wystarczyloby nam na kilka ladnych porankow.Ostatnio w TV reklamowano sporo porannego szampanika w gondoli balonikowej wyniesionej gdzies w przestrzeni pradowego ,country'owskiego podrozowania,ale kiedy jakas szostka szampanujacych porannistow spadla-po wypiciu wysokosciowego toastu z ladnie brzmiacego krysztalu- ze stumetrowej wysokosci,i zginela na miejscu,balonowanie-nawet z szampanem-przestalo byc atrakcyjne.Pod wieczor przestalo padac wiec udalem sie w ogledziny pobliskiego buszu,gdzie natknalem sie na miejscowe,szare pszczoly w czarne-jakby osowe-odwlokowe paseczki,ktore-po pracowitym, pszczelim dzionku-nocowaly na jakichs suchych, buszowych badylach ,przyczepiajac sie do nich-jak nasza,zmeczona pszczolka do kwiatka- i oddajac sie momentalnie sennosci pszczelego snienia.Wygladalo to przepieknie,gdyz tworzyl sie,tak jakby, "otwarty ul" w badylowo/pszczelej wykonalnosci,a takich badylkowatych ulikow bylo sporo ,ktore lekko poruszone przeze mnie,buczaly formujac nowooblepieniowosc badylkowej galazki.Obserwowalem je do zmroku,i jezeli nie widzialbym ich wczesniejszego,przyczepialnego lotu,to rownie dobrze moglbym je wziac za galazke buszowej roslinkowosci.Ciekawy kemping; bezbojazliwe kangury,pszczoly oddajace sie nocnej,galazkowej oblepialnosci,jedna toal
    • 12.02.12, 09:26 Odpowiedz
      Po przepieknej,cichutenkiej nocy,mkne raniutenko do jedynej toalety,zeby zakolejkowac sie do prysznica,gdyz sa tylko dwa na okolo 45/50 turystow.Eryk tez jest prawie gotowy do WC-owej podrozy,ale nie czekam na Niego.Mijam otwarty basen,do ktorego moglbym wskoczyc i oddac sie kempingowemu bombelkowaniu ,wylatujacym z dziureczkowego SPA,ale rezygnuje.O dziwo,w toalecie jest tylko jeden golacy sie gosc,strojacy przed lustrem poranne miny przy napinaniu goleniowej skory twarzowej.Najpierw sie prysznicuje,a pozniej golonko,sniadanko i-zanim pomkniemy na przewodnikowa ture-wedrujemy z Erykiem w ten przewspanialy busz,ktory,widziany z gorujacej gorki,rozciaga sie az po horyzont.Buszowa nieskonczalnosc jest zdominowana wspaniala cisza rzadzacej Natury.Najwiekszym,oficjalnym zwierzatkiem-w tym ogromie gorzysto/pieknej zieleni-jest kangur,ktorego meskie,rude osobniki osiagaja dobre 2 metry wzrostu.Taki kangur,podczas walk godowych-lub w zagrozeniu,ma kopniecie lepsze od wszelkich kung fu'gowcow.Obalic male drzewko czy huknac przeciwnika w klatke,pozbawiajac go oddechu-lub wysylajac w zaswiaty-to jakies naturalne,kangurze leberko.Ogonik,ktory,widziany z boku, czasami wyglada przekomicznie, utrzymuje go we wspanialym balansie walkowo/odwrotowym.Widzielismy je z Erykiem skaczace po skalach w takich niesamowitych ewolucjach,ze wygladaly tak jak naturalno/australijska,wojownicza wersja chinskiej produkcji martial art'u.Cudo,ale trzeba je tylko lekko przestraszyc naglym pojawieniem sie;chociaz,czasami wyglada na to,ze one jakby czekaly na to,zeby byc przestraszone.Skoki takiego kangura pod gore-w przenajdziwniejszych ufaldowaniach terenu-sa zawsze niesamowicie wdzieczna lekkoscia skokowa,ktorej nie da sie porownac do naszej lekkosci podgorskiej wspinaczki w zaden sposob,poniewaz pod gore nie skaczemy,a nawet jak biegniemy,to to nie jest juz taki naturalny bieg,jak po plaskim terenie.Nie jestesmy stworzeni do biegow-nie mowiac o skokach-pod gore.Jest przepieknie.Mamy kilka godzin na buszowanie,gdyz Goske zostawilismy w obozie: po pierwsze,iz stwierdzila porannym badaniem nadmiar cukru we krwi,a taki nadmierny wykaz cukrowy troche Ja "oslabia", i musi sie uspokoic wyrownujac poziomik winkowatoscia shirazowa-a po drugie,to z Erykiem wedrujemy w buszu o wiele szybciej niz z Nia,i mamy-moze-mozliwosc spotkania yowie'go,ktorego Goska spotkac nie chce.Jestesmy kilkaset kilometrow-w linii prostej-od pacyficznej brzegowosci ,i to oddalenie,polaczone z dzikoscia terenu,tworzy wpaniale warunki do takiego spotkania.Nie wiemy tylko czy yowie tez chcialby sie z nami spotkac,ale liczymy na Jego intuicyjnosc,czyli odczyt naszych dobrych,spotkaniowych intencji.Wedrowka w takim terenie jest czyms tak przecudnym,ze pofaldowanie terenowe,z gorkami i opadajacymi dolinkami jest wysilkowa przyjemnoscia,neutralizujaca jakiekolwiek zmeczenie wspaniala harmonijnoscia zyjacej Ziemi.Przeszlismy jakies 6/7 km i dotarlismy do ogromnego kamienia,zbalansowanego- na stalej skale-przez dwa malutenkie,skalne "wsporniczki".Taki bambul wazy kilkanascie ton,ale Natura jakos to wszystko sama potrafi tak pieknie ustawic,ze nie trzeba tutaj ani nic dodawac,ani nic poprawiac.Cala okolica emanuje jakas energia ciszy ziemskiej wiecznosci,iz siadamy sobie tak na moment,zeby poprzezywac kapeczke tej wiecznosci.Yowie ma chyba inne plany,jezeli oczywisci jeszcze jest w tej okolicy,gdyz nie zauwazylismy zadnych malych,lub wiekszych owlosionych,buszowych osobnikow.Szkoda,ale dzikosc,oddalenie i czesto niedostepny teren,kryja w tym wspanialym Kraju tyle nieodkrytych niespodzianek,ze nic dziwnego,iz ludzie spotykaja w tej przestrzeni jaszczurki gigantycznej wielkosci,dinozaury,pantery,jak rowniez male i wieksze osobnikowosci yowie'go.Wracamy,ale jest to taka sama wspaniala podroz,tylko w odwrotna strone.W oddali jest kopiec wygaslego wulkanu,ktorgo erupcja spowodowala najdluzsza na swiecie droge lawowej wedrowki.W kierunku polnocnym ciagnie sie to przez 90 km,a w polnocno/zachodnim przez 160 km,a poniewaz Undara Volcanic National Park jest ulokowany na wysokosci 762 metrow,wiec ta lawuniu miala troszeczke spadku,zeby sie roz....ciagnac.Specjalisci ocenili,ze wylalo sie tam okolo 23 kilometrow szesciennych lawy,co przy wysokosci 8.8km Mount Everest,czyniloby ten wylewik niesamowicie gigantyczna gora.W powrotnej podrozy towarzysza nam przepiekne papugi,a w pewnym momencie natknelismy sie na ponad setke,czerwono/ogoniastych,czarnych kakatu.Nigdy do tej pory nie widzialem ich w takiej ilosci,a i sam widok takiego licznego stada tych duzych ptakow jest niesamowita ciekawoscia.W Poludniowej Australii stada ciut mniejszych,czarnych kakatu,osiagaja liczbe 1000 papug,zywiacych sie przewaznie w pasach przenicy,ale te tutejsze zyja w zgodzie z natura,sa wieksze i-chyba-zdrowsze.Zreszta gatunkowosc,i kolorowosc tutejszych papug jest tak niesamowita,ze to co przylatuje do obozu,i przelatuje w buszu,trzeba sprawdzac w atlasiku ptasim,zeby miec jakies rozeznanie w nazewnictwie.Kolo 11.30 jestesmy z powrotem w kempingu,ktory likwidujemy blyskawicznie i jedziemy do recepcji na wykupiona ture.Undara,jako osrodek,jest nastawiona na ekologie.Wlasne zbiorniki wodne na ponad 300 tys litrow,odpowiednia spadzistosc dachow do kolekcjonowania wody,ekologiczne oczyszczanie wody i setki drzew zasadzonych wsrod kempingowych poletek,daja temu duzemu osrodkowi wyglad kompletnej naturalnosci. Na przewodnikowa ture jest nas jakies 12 osob plus 4 dzieci. Dwoje Amerykanow,z dwojka dzieci,fotografuje wszystko.Moje fotografie nie wychodza przy takiej minimalnej ilosci swiatala w tych roznych tubikach,ale moze oni maja jakis aparat nowszej generacji,ktory rozswietla te ciemnosci jasnoscia halogenowego wspomagania,dajac im mozliwosc ladnych,fotograficznych ujec???Idziemy sobie najpierw w jeden kawalek lawowej wedrowki,pozniej wracamy do punktu wyjscia,i udajemy sie w odwrotnym kierunku ,a w pewnym momencie musimy nawet zdejmowac buty i wedrowac po pomoscie trzymajac sie prawej strony,gdyz czesc pomostu jest juz zalana przez leciutenkie opady pory mokrej,a druga-lewa czesc jest okupana nietoperzowa guanoscia, i przewodnik nie zalecia spacerku po tym skupanym terenie, chociaz czysciutenka woda pozwalalaby nieostroznym pomostowiczom obmyc ufajdane stopy.Troche smierdzi,gdyz tych nietoperzy jest tam tysiace,ale sa tylko w tym jednym miejscu pomostowej nieczystosci.W tych tubach sa takze rozne pytonkowate weze podjadajace te nietoperzyki,jak rowniez ladne,brazowe weze drzewne,ktore tez sie zakradaja do tych nietoperzy w celach konsumpcyjnych.Moze taki nietoperzyk ,to jakis miejscowy przysmak,gdyz i miejscowi Aborygeni tez robia sobie wycieczki po troszeczke tego latajacego mieska?Cholera zreszta wie,gdyz z aborygenskim smakiem nie bardzo mozna konkurowac.Oni moga rozne,nawet miesne rzeczy,jesc "surowe",co nie jest jakas nasza,daniowa normalnoscia-z wyjatkiem moze tatara,a obecnie i sushi.W kazdym razie miejscowi Aborygeni maja "licencje" na odlowy nietoperzowe.Konczymy te dwugodzinna,dosyc ciekawa ture, i w recepcji sprzedajacej roznosci pamiatkarsko/jedzeniowo/alkoholowe,raczymy sie powojnym-nawet dobrym-lodem Magnum.Wracamy do Cairns, i jeszcze przez kilkadziesiat kilometrow mamy w miare ladna i ciepla pogode,ale pozniej wszystko sie zmienia i na Tableland ochladza sie tak niesamowicie,iz nakladamy kurtki,a i dlugie spodnie tez bylyby mile widziane.Chcemy dotrzec do Atherton,malutkiego miasteczka, w ktorym jest podobno sklep o zaopatrzeniu iscie wielkoswiatowym,a pozniej zamierzamy wyruszyc w droge do Cairns,droge z ponad 200 zakretami.Zobaczymy.

    • 20.02.12, 11:01 Odpowiedz
      Wracamy do Cairns przez Atherton,a poniewaz zawsze jest cos ciekawego do obgadania w takiej koncowce wiec rozmawiamy troszeczke o gosciu z naszej ostatniej tury,ktory opowiadal nam o elektrycznych motorach produkowanych przez kilku mlodych gosci w Kwinslandii.Jezdzil tymi motorami gdzies po buszu,i mowil,ze sa fantastycznie cichutenkie i mozna nimi podrozowac w lesie az przez.... dwie godziny nie ploszac zwierzyny.Kiedy powiedzielismy Mu,iz juz na poczatku XX wieku Tesla jezdzil elektrycznymi samochodami po Nowym Yorku, a pozniej odkryl tzw "promienie kosmiczne" i jakos podlaczyl to kosmiczne,promienne cudo do auta i poruszal sie bezszmerowo,bezpaliwowo i bezsmrodowo,to nie chcial nam uwierzyc.Podobno Obama poprosil amerykanskich producentow motoryzacyjnych,zeby do roku 2015 bylo w Stanach milion pojazdow elektrycznych-juz w przeszlosci bylo ich kilkadziesiat tysiecy,ale wszystkie zostaly wycofane z rynku z... "braku czesci zamiennych"-wiec i Australia dolaczyla sie tez do tej prosby-bo jakzeby nie,kiedy my zawsze dolaczamy sie do wszystkich prosb amerykanskich-i teraz produkujemy cos elektrycznego na mala,buszowo/wycieczkowa skale.Okazuje sie,ze jezeli ktos zmieni fakty historyczne i przekona publike do "nowych" faktow zaistnialej historii,to nikt po latach takich faktowych machlojek nie bedzie miec zielonego pojecia o innosci tych historycznych przekazow.A przeciez taki gosc jak Tom Brown juz jakies 60 lat temu opatentowal kilka silnikow odrzutowych o napedzie jonowym,silnikow nie wymagajacych zadnego paliwa,robil doswiadczenia z bateriami skalnymi-Lintz Basalts-ktore krojone w plastry i umieszczane w odpowiednich pojemnikach produkowalyby niewyczerpalna energie.Robil tez doswiadczenia z wysokimi napieciami,w ktorych znikaly przedmioty fizyczne i wiel innych ciekawych rzeczy-lacznie z antygrawitacja i spodkowa ufo'woscia-o ktorych sie normalnie nie slyszy.A taki gosc jak George Pigott juz w 1920 roku budowal i eksperymentowal z maszynami o wysokim potencjale elektrostatycznym,w ktorych to energiach obserwowal elektrograwitacyjne efekty,albo taki Wegier,Stefan Pribil,ktory w 1936 roku demonstrowal swoj "niewidzialny system" operujacy na falach radiowych i powodujacy znikanie przedmiotow lub czynienie ich przezroczystymi.Nikt nie wie,co dokladnie stalo sie z ta technologia,jak rowniez nikt nie wie dokladnie,co sie stalo z "Tuba Rife'a" leczaca wszelkie rodzaje raka juz pod koniec 1939 roku,nie mowiac o Jego fantastycznym mikroskopie opartym na 22 szlifowanych krysztalach,a dajacym powiekszenie okolo 300.000 razy,i umozliwiajacym podgladanie najmniejszych wirusikow w ich zywej formie.T.Henry Moray tez eksperymentowal z mineralami-Adamsite- do baterii,jak rowniez Arthur L. Adams prowadzil wielce obiecujace doswiadczenia z odkrytym przez siebie srebrno/szarym,elektro/radialnym mineralem z Walii juz w latach 1950.Takich ciekawostek odkrywczo/naukowych-pod koniec XIX i na poczatku XX wieku-bylo dziesiatki,i wiekszosc z nich zostala przejeta przez system wojskowy,powodujac opoznienie w naszym rozwoju technologicznym o jakies 100 lat. Benzynke spalamy dalej jak szalency, a teraz jeszcze sprejuje sie spoleczenstwa na wszystkich kontynentach tzw. "chemtrails",i do tej pory nikt oficjalnie-z zadnej panstwowosci- nie zaprotestowal przeciwko temu kompletnemu idiotyzmowi,jakby tych wydajacych rozkazy takiego sprejowania,to sprejowanie w ogole nie dotykalo i nie dotyczylo,a przeciez w tamtym roku -na Ukrainie-ponad 1 milion osob mialo jakies zdrowotne powiklania po nieustajacych,samolotowych chemtrails.Oczywiscie wladze nic nie wiedza i nic nie widza, ale to przeciez jest normalne,gdyz takie widzenie/wiedzenie wymagaloby jakiejs akcji,a w przedsiewzieciu jakiejkolwiek akcji dochodzeniowej,wladza jest niechetna.Sydney -i wieksze miasta w Australii-tez sa dotkniete ta plaga "pokratkowanego" nieba i wolno/opadajacej bialej chmury jakiejs Mycoplasmy. Pathogenic Mycoplasma zostala opatentowana w American Registry of Pathology w 1994 roku,jako nanoczasteczka do "isolation & cloning" o zdolnosciach powodowania zapalenia pluc,wszelkiego rodzaju problemach oddechowych,symptomow AIDS'a,tocznia i wielu innych chorob,a 6 lat pozniej zostala wykryta we wszystkich szpitalach w USA-i teraz,podobno,leci to na nas z chemtrail,powodujac dziwnosci chorobowe raczej nieznane przedtem na taka skale.W Australii ten nowy rodzaj dolegliwosci nazwany jest "chroba drog oddechowych podobna do grypy".Gosh! alesmy gosciowi nagadali.Chyba nam nie uwierzyl,ale to Jego sprawa.W tamtym roku,w USA,rozbil sie taki sprejujacy samolocik,i dosyc ciekawe zdjecia byly zamieszczone w magazynie "Uncensored",jak rowniez i na YouTube.Dojezdzamy do Atherton w taka zimnice deszczowa,jakby to byl poczatek polskiej wiosny ,a nie tropikalne,kwinslandzkie lato.Sklep jest rzeczywiscie pieknie zaopatrzony i mozemy tu kupic rozne polskie kapustki kiszone,majonezik,chrzanik,ciasteczka i ogoreczki,a w sekcji zdrowotnej maja nawet daktylowy dzem,ktorego ja nie widzialem w Sydney od lat. Eryk oplacil miejscowego,marketowego gitarzyste,i ten gra troche glosniej rozne spiewne kawalki,i gra z dosyc dobra slyszalnosci w calym supersamie.Hmmm....sami dobrze widzimy widzimy ,co kilka dolarow robi z nagosnieniowka gitarowa.Wychodzac-z calego tego kompleksu sklepowego-dajemy Mu jeszcze paczke ciastek na te zimno/deszczowa oslode,co chyba nie zdarza sie tam zbyt czesto,poniewaz muzyk patrzy sie na nas troche zaskoczony ta pieniezno/ciastkowa oplata.Wracamy do Cairns przez Yungaburre i Gordon Vale i droga ma rzeczywiscie ponad 200 zakretow ktore zajmuja troche czasu,zeby je pokonac, przy takiej niesamowitej deszczowiznie.Na dole,w Gordon Vale, jest przecieplutenko,ale leje niesamowicie,i te kilkadziesiat kilometrow do Cairns jedziemy powolutenku.Pod domem jakos sie uspokoilo i mozemy rozpakowac sie na sucho.Jutro idziemy na przyjecie do Ryska,ktory podczas naszej nieobecnosci scial palme i wytrzezwial. Rikardo pracowal troche w dentystyce,jako technik dentystyczny,ale niskosc oplat za wykonane sprawy dentystyczne,duza korupcja-musial zaplacic 10 tys zlotych,zeby wejsc z powrotem do zawodu-i brak zawodowych perspektyw,zmusily Go do szukania innej pracy,co w sumie spowodowalo Jego przyjazd do Australii,gdyz bezrobocie-a obecnie emerytura,ktora dostaje-jest tutaj wieksza niz cale Jego apanaze w serwisie ochroniarza -i calej tej dentystyce polaczonej nawet z jakimis wykladami dla studentow we wroclawskiej szkole dla technikow dentystycznych.Nie wiem jak to jest z tym "szewcem bez butow",ale Rikardo nie ma wielu przednich zebow-zrobi je sobie tutaj-i wobec tego przez swoje mamrotanie dostaje ksywke "mamrot",gdyz rzeczywiscie troche mamrocze starajac sie przekazac nam jakies wiadomosci,a szczegolnie bedac po paru lekkich piwkach miejscowej produkcji. Zamierza sciagna tutaj zone,ktora musi wszelkie sprawy emigracyjne zalatwiac przez...Berlin,a ilosc folmularzy do wypelnienia zaokragla sie cyfra 35.Wpadniesz tutaj nielegalnie,na lodce lub samolocikiem,to masz natychmiast wszelkie sprawy zalatwione bezgotowkowo-no bo skad masz miec jakas kase,kiedy musiales wydac wszystko na lodke lub maly kuterek,ale kiedy masz obywatelstwo australijskie i chcesz sprowadzic legalnie legalna zone,to podobno zadaja od sprowadzajacego... 1536 euro do zaplacenia w... Berlinie.Nigdy nie przyszloby mi do glowy,ze sprowadzenie zony wiaze sie tutaj z takimi kosztami,ale tak podobno jest,a wszystko polega na tym,zeby utrudnic ci takie sprowadzenie,i przez takie utrudnienie tworzy sie zamierzona animozje do tych z latwiejszym dostepem do wszelkich spraw socjalnych.Oczywiscie,zeby nie bylo jakichs burd etnicznych,to ustanawia sie prawo antydyskryminacyjne,a jak wyrazisz swoje slowne niezadowolenie,to mozesz byc pociagniety do odpowiedzialnosci prawnej i pozbawialnosci gotowkowej.Ciekawe to wszystko,ale nie ma sie czym przejmowac,gdyz takiego metliku rodzinnego jest tu bez liku,wiec Rikardo nie jest jakims wyjatkiem.Chmielimy sie miejscowym piwkiem
      • 20.02.12, 11:04 Odpowiedz
        Chmielimy sie miejscowym piwkiem tasmanskiej,dobrej produkcji,zakaszjac to wszystko roznosciami noworocznej przygotowalnosci.Cieszymy sie momentem,gdyz jutro moga nas podtruc jakims nowym wynalazkiem Chemtrails o zakamuflowanej nazwie pogodowej/poprawialnosci.W powrotnej drodze nie moge wziac wiecej niz 7 kilo jakiegokolwiek bagazu,gdyz taki bilet zalatwil mi Eryk-tlumaczyl sie,ze innego nie bylo-a gdybym jednak chcial wziac jakis wiekszy bagazyk ze soba,to pobieraja $15 od kazdego ekstra kilograma.Czesc swojego bagazu wysylam-wobec tego-ekspresowa poczta,ktora jest kilka ladnych razy tansza niz te oplaty lotnicze,i tak lekko,siedmiokilowo,wchodze w ten ciekawy rok 2012,ktory moze przeniesc wieksza czesc z nas w inno/wymiarowosc nowej przezywalnosci
    • 10.04.12, 18:45 Odpowiedz
      Umykamy od tej mokrej pieknosci "deszczowego lasu",pieknosci jakzez bogatej we wszelka floro/faunowatosc,ktora w tym przebogatym swiecie atakuje wszystko,co mozna podjesc,lub przynajmniej sprobowac wrzucic na zab.Nie tak dawno duzo mowilo sie o wspolnej swiadomosci zywotnych gatunkow w przekazywaniu na odleglosc przezytych doswiadczen tej samej grupie swiadomosciowej,grupie nie dotknietej jeszcze w jakis sposob takimi doswiadczeniami ,a zyjacej w innych okolicach lecz bedacej o takiej samej,zyciowej gatunkowosci.Klasycznym przykladem tego jest tzw.The Hundred Monkey Syndrom,gdzie malpki z japonskiej wysepki Koshima,przekazaly swiadomosciowo innym malpkom-na tej samej wyspie,jak rowniez na innych wysepkach-sposob na jedzenie brudnych,slodkich ziemniakow,przez mycie ich w strumyczkowej wodzie.Gzy,komarki,pijawki i inne tropikalne podjadacze nie wyciagaly-lub moze bardziej poprawnie-nie przekazywaly chyba nic swoim bliskim i dalszym pobratymcom ze swoich potyczkowych doswiadczen z czlowiekiem,gdyz nie wiem ile bysmy ich nie uszkodzili-nie zabili,ale uszkodzili-to i tak ataki roznosci faunowej trwaly dalej,jakby "spizarnosc"czlowiecza miala dla tych atakujacych wieksze znaczenie od ich zaglady.Nogi,a szczegolnie ich dolne partie,mielismy swedzaco popodgryzane,ale,tak sobie myslelismy,ze moze to glod czyni ten caly tropikalny tlumek nieczuly na roznego rodzaju "kalectwa" zwiazane z chwilowym,bardzo ulotnym,glodowym zaspokojeniem.Jedziemy asfaltowka w strone Forty Mile Scrub National Park-jakies 270/280km od Cairns-gdzie "deszczowy las" otoczony jest eukaliptusami i innymi,lisciastymi drzewkami,a wszystko to ozywa blyskawicznie w porze mokrej.Park wita nas pieknym okazem "drzewka butelkowego", mloda,jasniutenka zielonoscia roslinnosci wchodzacej w nowosc zyciowa po niedawno spadlych deszczach, i krzykiem roznorodnosci ptasiej.Wypijamy po kubku kawki,zakaszajac ten wczesniej przygotowany plyn niemieckim pierniczkiem bozonarodzeniowej produkcji,i wyruszamy w dalsza droge do Cobbolt Gorge.Mijamy Mt Surprise,ktory odwiedzilismy w tamtym roku,i skrecamy na szutrowe drogi przeuroczego,mokro/porowo/buszowego rozkwitania.Mamy jakies 200 km do pokonania,ale ta droga jest tak niesamowicie/urozmaiceniowo piekna,ze czlowiek zapomina o wszystkim,radujac sie ta naturalna cudownoscia.Mijamy setki kangurow,ktore operuja wszedzie w tej wspanialej dziewiczosci i wyskakuja prosciutenko pod kola samochodu z buszu,zza skal i z przydroznych krzaczkow,a jeden z nich byl nawet schowany za pacholkiem drogowym,i nie uciekal nigdzie,starajac wcielic sie w te przydrozna pacholkowatosc.Na calej tej 200 kilometrowej drodze nie spotkalismy zadnego samochodu wiec cisza,kiedy wyskakiwalismy czasami do "buszowej toalety",byla tak niesamowita,iz te wszelkie miastowe,gurowatosci medytacyjne odnoszace sie do "wyciszenia",definitywnie odnosza sie do australijskiego buszu.Nigdzie, ale to nigdzie w miescie nie doswiadczy sie takiej ciszy,i takie miastowe wyciszenie sie-polecane przez guru tego lub tamtego-bez wczesniejszego,wyciszeniowego doswiadczenia,nie moze zaistniec w miastowosci pozbawionej takiego przezycia-tak przynajmniej sobie mysle-chyba,ze przeniesiemy sie mentalnie do matczynego lona,ale to wcale nie jest takie latwe.Gosh,jakimi my musimy byc szczesliwcami mogac doswiadczyc czegos takiego na taka duza skale dwustukilometrowego,jednosamochodowego podrozowania????Czasami mijamy wolno/wedrujace krowy,pasace sie w tym niezbadanym buszu,ktore patrza sie na nas tym wszystko/wiedzacym,lub majacym wszystko w dupie,wzrokiem.One nigdy nie wybiegaly pod auto wiec moze te samochodowo/poturbowane przekazaly tym jescze niepoturbowanym swoje doswiadczenia z takich kolizji,i te zdrowe cenily swoje zdrowie wiedzac dobrze o nietrafnosci takich spotkan.Ale taki czesty,podsamochodowy kangur,zabity lub poturbowany,powinien juz dawno wiedziec o tych zdrowotnych,samochodowo/kolizyjnych komplikacjach,i przekazac pobratymcom te swoje doswiadczenia o glupocie samobojczosci drogowej przeskakiwalnosci,unikajac-jak mysliwych-juz dziesiatki lat temu ,tych smierdzaco/ryczacych pojazdow,nieprawdaz? One jednak dalej ryzykuja wszystko,zeby przeskoczyc przed pedzacym z duza szybkoscia samochodem kawaleczek niewaznej odleglosci,przeskoczyc wlasnie w tym najmniej odpowiednim czasie przeskakiwania,to moze z ta kangurza swiadomoscia jeszcze nie jest wszystko tak w 100% ok???Chociaz-musze uczciwie przyznac-z przeczytanych przeze mnie informacji wynika,ze kangury,poproszone mentalnie o zjadanie tylko jakiegos procentu laki,laki stanowiacej rowniez pozywienie dla innych zwierzat,dostosowywuja sie do tej mentalnie proszonej procentowosci,zostawiajac reszte lakowosci dla innych. Im bardziej oddalamy sie od linii brzegowej morskiego falowania,tym mniej deszczu na nas spada,a w pewnym momencie uklad chmurnej szarosci zmienia sie nagle na pieknosc zachmurna slonecznego ujawnienia,i czujemy sie jak w Rajskiej Wspanialosci,w odleglej, przedadamowej erze.GPS,ktory Eryk uruchomil jeszcze w Cairns,informuje nas ,ze mamy skrecic tam,gdzie nie ma nawet najmniejszego sladu zwierzecej sciezynkii,ale Eryk upiera sie ,ze ten drogi GPS powinien jednak w tym buszu dzialac,gdyz,myslac logicznie,im drozszy jest taki sprzecik,tym lepiej powinien odbierac w innosciach drogowych podrozy.Nic z tego.Ten Jego jest tak bledny,jakby byl kompletnie z innej epoki,a przeciez ten GPS ma-podobno-Boze Wszechmogacy!!! mapki na caly swiat.Och! Ty Silo Wysokosciowa!!! uchron nas przed taka drogowskazywalnoscia.Czasami glos gi/pi/esowego goscia milknie,gdyz on sam-zakodowany kodowalnoscia satelitarnych obserwatorow -nie wie w ogole gdzie jest,wiec o czym niby mialby nas innformowac,kiedy sam nie jest o niczym poinformowany.Od czasu do czasu Eryk mowi cos do tego GPS'u z pretensja w glosie-mowi tak,jakby ten gi/pi/esik Go slyszal,ale efekt odpowiadalnosci jest zerowy.Sila rzeczy jedziemy tam,gdzie nas prowadzi ta droga,poniewaz innej drogi nie ma wiec tym samym i my innej mozliwosci jazdy tez nie mamy,ale chcielismy zobaczyc czy moglibysmy zgubic sie w buszu bez satelitarnej namierzalnosci.Moglibysmy,i to bez specjalnego problemu, bo i po coz komus sledzic satelitarnie troje Polakow w country,kiedy w miastach roi sie od tej lachudrowatosci szpiegowsko/dywersyjnej,nie mowiac oczywiscie o jakichs organizacjach o religijno/pedofilskich sklonnosciach,czyhajacych tylko na zagarniecie wladzy bankowo/swieckiej,i uwiezieniu nas wszystkich z chip'kiem pod ramienno/krokowa skora.Niesamowite piekno tej ogromnej Natury,odzywajacej we wczesnych opadach pory mokrej,czyni ten caly system swiatowego,ekonomiczo/politycznego balaganu, jakims zapomnianym bzdetem zupelnej niepotrzebnosci.Kto w buszu-lub w pieknie Natury-przejmuje sie jakims problemem bezmetrykowskiego Obamy (podobno metryczke ma sfalszowana),czy smiercia koreanskiego przywodcy???Tam nie sprejuje sie nikogo Chemtrails.Chemtrails sa dla gosci miastowych,gdyz sprejowaniem minimalnoscia buszowego zycia nikt nie jest -jeszcze-specjalnie zainteresowany.Takie rzeczy nie maja tam zupelnie miejsca,jak rowniez nie maja tam miejsca wszelkie wyszukane technologie wolnosciowej pozbawialnosci,gdyz jedyna rzecza do szczescia-jakiej w tamtych okolicach potrzeba-jest bycie tam,i przezywanie tego,czego Wszyscy Miastowcy calego swiata szukaja-lacznie z tymi wielopanstwowymi/manipulatorkami-a mianowicie czlowieczej odradzalnosci w ciszy Natury,i Jej energetycznej-pozbawionej osadzalnosci-neutralnosci oddzialywania na wszystko,neutralnosci,ktorej nikt nigdzie indziej nie doswiadczy w taki lub podobny sposob.Do Cobbolt Gorge docieramy o zmierzchu,i jestesmy kompletnie zdziwieni,ze tam nikogo nie ma."Witaja" nas tylko- zupelnie bezszczekowo-jakies bezmerdajaco/ogonowe, szwedajace sie dwa psy,kiedy przejezdzamy przez centrum cobbolt'owskiej osrodkowosci,a poza tym cisza.Jestesmy kompletnie zaskoczeni,poniewaz tam zawsze powinien ktos byc,ale w tej zanikajaco/ jasnej ciemnosci nie mamy czasu na glebokosc zastanowienia.Rozbij

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj



Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.