Re: Korespondencja z Australii
Po przepieknej,cichutenkiej nocy,mkne raniutenko do jedynej toalety,zeby zakolejkowac sie do prysznica,gdyz sa tylko dwa na okolo 45/50 turystow.Eryk tez jest prawie gotowy do WC-owej podrozy,ale nie czekam na Niego.Mijam otwarty basen,do ktorego moglbym wskoczyc i oddac sie kempingowemu bombelkowaniu ,wylatujacym z dziureczkowego SPA,ale rezygnuje.O dziwo,w toalecie jest tylko jeden golacy sie gosc,strojacy przed lustrem poranne miny przy napinaniu goleniowej skory twarzowej.Najpierw sie prysznicuje,a pozniej golonko,sniadanko i-zanim pomkniemy na przewodnikowa ture-wedrujemy z Erykiem w ten przewspanialy busz,ktory,widziany z gorujacej gorki,rozciaga sie az po horyzont.Buszowa nieskonczalnosc jest zdominowana wspaniala cisza rzadzacej Natury.Najwiekszym,oficjalnym zwierzatkiem-w tym ogromie gorzysto/pieknej zieleni-jest kangur,ktorego meskie,rude osobniki osiagaja dobre 2 metry wzrostu.Taki kangur,podczas walk godowych-lub w zagrozeniu,ma kopniecie lepsze od wszelkich kung fu'gowcow.Obalic male drzewko czy huknac przeciwnika w klatke,pozbawiajac go oddechu-lub wysylajac w zaswiaty-to jakies naturalne,kangurze leberko.Ogonik,ktory,widziany z boku, czasami wyglada przekomicznie, utrzymuje go we wspanialym balansie walkowo/odwrotowym.Widzielismy je z Erykiem skaczace po skalach w takich niesamowitych ewolucjach,ze wygladaly tak jak naturalno/australijska,wojownicza wersja chinskiej produkcji martial art'u.Cudo,ale trzeba je tylko lekko przestraszyc naglym pojawieniem sie;chociaz,czasami wyglada na to,ze one jakby czekaly na to,zeby byc przestraszone.Skoki takiego kangura pod gore-w przenajdziwniejszych ufaldowaniach terenu-sa zawsze niesamowicie wdzieczna lekkoscia skokowa,ktorej nie da sie porownac do naszej lekkosci podgorskiej wspinaczki w zaden sposob,poniewaz pod gore nie skaczemy,a nawet jak biegniemy,to to nie jest juz taki naturalny bieg,jak po plaskim terenie.Nie jestesmy stworzeni do biegow-nie mowiac o skokach-pod gore.Jest przepieknie.Mamy kilka godzin na buszowanie,gdyz Goske zostawilismy w obozie: po pierwsze,iz stwierdzila porannym badaniem nadmiar cukru we krwi,a taki nadmierny wykaz cukrowy troche Ja "oslabia", i musi sie uspokoic wyrownujac poziomik winkowatoscia shirazowa-a po drugie,to z Erykiem wedrujemy w buszu o wiele szybciej niz z Nia,i mamy-moze-mozliwosc spotkania yowie'go,ktorego Goska spotkac nie chce.Jestesmy kilkaset kilometrow-w linii prostej-od pacyficznej brzegowosci ,i to oddalenie,polaczone z dzikoscia terenu,tworzy wpaniale warunki do takiego spotkania.Nie wiemy tylko czy yowie tez chcialby sie z nami spotkac,ale liczymy na Jego intuicyjnosc,czyli odczyt naszych dobrych,spotkaniowych intencji.Wedrowka w takim terenie jest czyms tak przecudnym,ze pofaldowanie terenowe,z gorkami i opadajacymi dolinkami jest wysilkowa przyjemnoscia,neutralizujaca jakiekolwiek zmeczenie wspaniala harmonijnoscia zyjacej Ziemi.Przeszlismy jakies 6/7 km i dotarlismy do ogromnego kamienia,zbalansowanego- na stalej skale-przez dwa malutenkie,skalne "wsporniczki".Taki bambul wazy kilkanascie ton,ale Natura jakos to wszystko sama potrafi tak pieknie ustawic,ze nie trzeba tutaj ani nic dodawac,ani nic poprawiac.Cala okolica emanuje jakas energia ciszy ziemskiej wiecznosci,iz siadamy sobie tak na moment,zeby poprzezywac kapeczke tej wiecznosci.Yowie ma chyba inne plany,jezeli oczywisci jeszcze jest w tej okolicy,gdyz nie zauwazylismy zadnych malych,lub wiekszych owlosionych,buszowych osobnikow.Szkoda,ale dzikosc,oddalenie i czesto niedostepny teren,kryja w tym wspanialym Kraju tyle nieodkrytych niespodzianek,ze nic dziwnego,iz ludzie spotykaja w tej przestrzeni jaszczurki gigantycznej wielkosci,dinozaury,pantery,jak rowniez male i wieksze osobnikowosci yowie'go.Wracamy,ale jest to taka sama wspaniala podroz,tylko w odwrotna strone.W oddali jest kopiec wygaslego wulkanu,ktorgo erupcja spowodowala najdluzsza na swiecie droge lawowej wedrowki.W kierunku polnocnym ciagnie sie to przez 90 km,a w polnocno/zachodnim przez 160 km,a poniewaz Undara Volcanic National Park jest ulokowany na wysokosci 762 metrow,wiec ta lawuniu miala troszeczke spadku,zeby sie roz....ciagnac.Specjalisci ocenili,ze wylalo sie tam okolo 23 kilometrow szesciennych lawy,co przy wysokosci 8.8km Mount Everest,czyniloby ten wylewik niesamowicie gigantyczna gora.W powrotnej podrozy towarzysza nam przepiekne papugi,a w pewnym momencie natknelismy sie na ponad setke,czerwono/ogoniastych,czarnych kakatu.Nigdy do tej pory nie widzialem ich w takiej ilosci,a i sam widok takiego licznego stada tych duzych ptakow jest niesamowita ciekawoscia.W Poludniowej Australii stada ciut mniejszych,czarnych kakatu,osiagaja liczbe 1000 papug,zywiacych sie przewaznie w pasach przenicy,ale te tutejsze zyja w zgodzie z natura,sa wieksze i-chyba-zdrowsze.Zreszta gatunkowosc,i kolorowosc tutejszych papug jest tak niesamowita,ze to co przylatuje do obozu,i przelatuje w buszu,trzeba sprawdzac w atlasiku ptasim,zeby miec jakies rozeznanie w nazewnictwie.Kolo 11.30 jestesmy z powrotem w kempingu,ktory likwidujemy blyskawicznie i jedziemy do recepcji na wykupiona ture.Undara,jako osrodek,jest nastawiona na ekologie.Wlasne zbiorniki wodne na ponad 300 tys litrow,odpowiednia spadzistosc dachow do kolekcjonowania wody,ekologiczne oczyszczanie wody i setki drzew zasadzonych wsrod kempingowych poletek,daja temu duzemu osrodkowi wyglad kompletnej naturalnosci. Na przewodnikowa ture jest nas jakies 12 osob plus 4 dzieci. Dwoje Amerykanow,z dwojka dzieci,fotografuje wszystko.Moje fotografie nie wychodza przy takiej minimalnej ilosci swiatala w tych roznych tubikach,ale moze oni maja jakis aparat nowszej generacji,ktory rozswietla te ciemnosci jasnoscia halogenowego wspomagania,dajac im mozliwosc ladnych,fotograficznych ujec???Idziemy sobie najpierw w jeden kawalek lawowej wedrowki,pozniej wracamy do punktu wyjscia,i udajemy sie w odwrotnym kierunku ,a w pewnym momencie musimy nawet zdejmowac buty i wedrowac po pomoscie trzymajac sie prawej strony,gdyz czesc pomostu jest juz zalana przez leciutenkie opady pory mokrej,a druga-lewa czesc jest okupana nietoperzowa guanoscia, i przewodnik nie zalecia spacerku po tym skupanym terenie, chociaz czysciutenka woda pozwalalaby nieostroznym pomostowiczom obmyc ufajdane stopy.Troche smierdzi,gdyz tych nietoperzy jest tam tysiace,ale sa tylko w tym jednym miejscu pomostowej nieczystosci.W tych tubach sa takze rozne pytonkowate weze podjadajace te nietoperzyki,jak rowniez ladne,brazowe weze drzewne,ktore tez sie zakradaja do tych nietoperzy w celach konsumpcyjnych.Moze taki nietoperzyk ,to jakis miejscowy przysmak,gdyz i miejscowi Aborygeni tez robia sobie wycieczki po troszeczke tego latajacego mieska?Cholera zreszta wie,gdyz z aborygenskim smakiem nie bardzo mozna konkurowac.Oni moga rozne,nawet miesne rzeczy,jesc "surowe",co nie jest jakas nasza,daniowa normalnoscia-z wyjatkiem moze tatara,a obecnie i sushi.W kazdym razie miejscowi Aborygeni maja "licencje" na odlowy nietoperzowe.Konczymy te dwugodzinna,dosyc ciekawa ture, i w recepcji sprzedajacej roznosci pamiatkarsko/jedzeniowo/alkoholowe,raczymy sie powojnym-nawet dobrym-lodem Magnum.Wracamy do Cairns, i jeszcze przez kilkadziesiat kilometrow mamy w miare ladna i ciepla pogode,ale pozniej wszystko sie zmienia i na Tableland ochladza sie tak niesamowicie,iz nakladamy kurtki,a i dlugie spodnie tez bylyby mile widziane.Chcemy dotrzec do Atherton,malutkiego miasteczka, w ktorym jest podobno sklep o zaopatrzeniu iscie wielkoswiatowym,a pozniej zamierzamy wyruszyc w droge do Cairns,droge z ponad 200 zakretami.Zobaczymy.