Dodaj do ulubionych

Korespondencja z Australii

11.07.09, 09:00
W poniedzialek wyruszamy z Cairns do Ravenshoe.W niedziele
robilismy ostatnie zakupy zwiazane z zaprowiantowaniem naszej ekipy-
lub raczej, robilem je ja.Gospodarze
upieraja sie przy jedzeniu amerykanskich puszek SPAM'u,ktorych ja
nie mam zamiaru jesc.Goska twierdzi,iz Ona nie wierzy w te
zdrowa zywnosc, ale zapytana czemu kupuje jajka tylko u
jednej,rekomendowanej Niemki,unika ryb
wietnamsko/tajlandzkich karmionych,w klatkach
rzecznych,genetycznie zmodyfikowana kukurydza, jak
rowniez i wybielanego czosnku chinskiego,
milczy.Przywiozlem z Sydney 1.5kg sledzi
marynowano/wedzonych,ale odmowilem przywiezienia kielbasy
tlumaczac Im, iz przemysl miesny w Australii uzywa
rocznie wiecej antybiotykow i steroidow niz cala jej ludnosc,ale
widze ,ze mi nie wierza.Ich sprawa.W kolejce supersamowej
gosc przede mna ma w nosie mala, srebrna podkowe.
Wyglada podobnie do usmarkanego dziecka,a jest po
trzydzestce.Zastanawiam sie,jak ja bym wygladal z taka
podkowa w nosie,ale jakos nie czuje potrzeby dziurawienia
sobie nosa,nawet dla najpiekniejszej,
srebrnej podkowy.Jedziemy przez przepiekny las
tropikalny, gdzie wilgoc chmurna miesza sie z wilgocia lesna tworzac
przewonne zapachy lesne przeplatane wilgotnoscia
ziemna.Wspinamy sie pod gore kilkadziesiat kilometrow
lagodnie pochyla droga.Jest chlodno,a zapachy dzungli
przypominaja mi polskie lasy po deszczu.Odwiedzamy kilka
mniejszych i wiekszych okolicznych wodospadow, i
przemykamy sie w poblizu miejsca odwiedzanego przez
UFO.Kilka miejscowych rodzin zmienilo miejsce
zamieszkania ze wzgledu na zbyt czeste, nocne wizyty gosci z innego
wymiaru.Dzieci byly szczegolnie podatne na te
nocno/komunikacyjne sesje z kosmitami,a rodziny, nie
wiedzac co zrobic, i obawiajac sie czegos strasznego,zmienily
miejsce zamieszkania.Nocujemy na bezplatnym, duzym i
ladnym kempingu z dostepem do malego,cieplego strumienia.W nocy na
ten kemping
przyjezdzaja jacys mlodzi goscie, i w lekkim deszczyu,2
mlodziencow i dziewczyna graja, gdzies z godzine, w pilke
nozna.Rano ,skoro swit ,tez grali.Jacys niesamowici
fudbolowcy.Poranna kapiel w cieplym strumieniu
przepieknie odswierza i czysci.Stoje po kolana w cieplej,
strumiennej
wodzie,a male rybki probuja swoich depilacyjnych
zdolnosci praktykujac na moich lydkach.Ciekawe,iz traktuja mnie
raczej jako kogos do oskubania niz potencjalnego wroga.Na
kempingu musimy czekac do poludnia,suszac mokre namioty,ktore kolo
11-tej ladnie podeschly w przefiltrowanyn slonku i
wietrze.Wyruszamy do Mt Surprise,miejsca czarnej
papugi,topazow i roznorodnosci zlotonosnej ziemi.Po
drodze przemykamy przez Innot Hot Springs,malutenka miejscowosc
slawna z goracych zrodel.Woda ma w tamtych
okolicach temerature pomiedzy 80 a 90 stopni C , i
jak sie wskoczy w zle miejsce to mozna sie ugotowac.
Czerwonoskorzy musieli miec duzy kontak z goracymi
zrodlami. W pierwszej polowie XX wieku butelkowano te wode i
wysylano do Europy ze wzgledu na jej wartosci lecznicze. Teraz juz
sie tego nie robi.Moze ona nie jest juz taka zdrowa ? Mt
Surprise wita nas rogatkowa, blaszana papuga pomalowana na
czarno,zebysmy jej czasem nie pomylili z jakas inna.Po
300 metrach widzimy taka sama papuge tylko po drugiej stronie
ulicy.Skrecamy z bitej drogi udajac sie do okolic
slawnych z topazow.Zatrzymujemy sie na jedynym,platnym kempingu z
ciepla woda,toaletami i niesamowita roznorodnoscia
ptasia. O'Brien's Creek z malymi rozlewiskami przyciaga okolo
120 rodzajow roznych ptakow.Krzyk jest tak niesamowity,jakby
te ptaki toczyly wieczna wojne ptasiego przekrzykiwania.
Zostajemy tam kilka dni.

Buzia Zbyszek
Edytor zaawansowany
  • 19.07.09, 17:42
    [b] Kemping nad O'Brien Creek jest obszerny i nikt
    nikomu nie wchodzi w parade rozstawiajac nawet kilka
    namiotow, i samochodowe obozowisko.Oprocz topazowo-cynowych
    pol skalnych , okolica obfituje w dingo, ptaki i dzikie
    swinie.Wlascicielka kempingu,przyjmujac od nas oplate za
    noclegi , pokazala nam swoje 2 gigantyczne psy, uzywane
    do polowan na okolicznego dzika.Psy przygladaly nam sie
    ciekawie, poniewaz bylismy z suka, a szczek ich mial glos
    barytonu podszytego moca miesni. Ratlerek definitywnie
    szczeka inaczej.Gospodyni powiedziala nam ,iz ostatnio dwa
    psy,podobne do tych Jej seterow irlandzkich,zostaly ,w
    polowaniu na dzika, rozerwane na strzepy.Psom naklada sie
    specjalna "zbroje" skorzana majaca chronic je
    przed szarzujaca swinka,ale ta, ktora poszatkowala te dwa
    psy, musiala byc niesamowicie dzika.Nastepnego dnia rano
    wybralem sie na obchod okolicy.Eryk z Goska zostali w
    obozowisku,gdyz namiotu na dachu Ich auta ,raz
    rozstawionego do spania, nie zwija sie nastepnego
    ranka,zeby gdzies pojechac, poniewaz trzeba by zwinac cale
    obozowisko. Wedrowac gdzies bez auta Im sie nie chcialo wiec
    zostali pod drzewem. Cieplo i pieknie.Po kilkuset
    metrach przekraczam niezbyt gleboka rzeke, ktora wije sie
    naturalna wstega gorskiego wicia. Rzeka,jak mi powiedzial
    gospodarz jedynego a'la sklepiku mijanego po
    drodze, moze podniesc sie w porze deszczowej o 18-20
    metrow i zagrozic sklepikowemu bezpieczenstwu.Rzeczywiscie,
    ciezko wyobrazic sobie, iz ten strumien, widziany z gory
    gospodarskiego sklepiku, a polozony dobre 25 metrow w
    dole,byl ostatniego roku blisko fundamentow
    gospodarskich.Odwiedzam okoliczny billabong z ptakami ,
    jakas roslinnoscia i jedna lilia
    wodna.Goraco.Jeden kopacz kopie jeszcze w tamtych
    okolicach ,oprocz topazow, cyne. Cyna jest ciezka i
    przypomina swoim wygladem srut do dubeltowki.Jak uda Mu sie
    uzbierac tone cyny to
    pakuje to wszystko na swojego terenowca i sprzedaje w
    skupie metali kolorowych.Ciezka praca i klimat goracy,ale
    jestes tam swoim kierownikiem,i jedynym gornikiem na
    terenie wykupionej ,licencyjnej dzialki.Czasami trafia im
    sie tam piekny, niebieski topaz o czystosci
    brylantu,i wtedy wszystkie trudy ida w
    zapomnienie.Przeszedlem kilka ladnych kilometrow popijajac
    nieslodzona cytrynade nabyta w zastepstwie wody,ktorej
    sklepik,z jakichs nieznanych powodow,nie sprzedawal.
    Cytrynada byla w puszkach wiec musialbym albo wypic ja
    od razu, albo trzymac puszke zatkana palcem.
    Gospodyni ulitowala sie nade mna i dala mi mala,
    plastykowa butelke. Moglem nia nawet potrzasac.Zeby
    zmienic terenowy krajobraz skierowalem sie w
    strone rzeczki i zdecydowalem sie dojsc do
    przejezdnego,samochodowego brodu,korytem tej skalno-
    piaszczystej drogi wodnej.Zajelo mi to ponad 2
    godziny.Teren okazal sie niesamowicie
    ciezka, piaszczysto/skalista droga, a woda byla miejscami
    niesamowicie rwaca.Musze przyznac ,ze bylem
    zmeczony,ale bylo to zmeczenie inne od tego zmeczenia
    pracowo/miastowego.Bedac w buszu bez ludzi,szumu ulic,bez
    dzwieku radia,telewizji i tych wszelkich
    techno-gadget'ow, zaczynamy doswiadczac
    inaczej tego swiata natury, zawieszajac nasz
    intelektualny odbior na korzysc odbioru
    duchowo/swiadomosciowego, zwiazanego bardziej z naszymi
    zmyslami niz jego intelektualnym tlumaczeniem. Ten odbior,
    inny niz techno/miejski, powoduje nasze wyciszenie,
    ukojenie, nasza radosc z ciszy i spokoju niemozliwego do
    doswiadczenia w procesie ducha miejskiego.Ta przepiekna
    Ziemia ze swoimi dzwiekami ,zapachami, zmiennoscia
    klimatyczna i cyklami przekazuje nam energie odpowiadajace
    urlopowemu odpoczynkowi niemozliwemu do osiagniecia w
    biurowych komnatach zatrudnieniowych.Tam ,w naturze, bedac
    sami ze soba nie niszczymy,nie wyrzynamy
    wspoltowarzyszy, nie palimy, nie zatruwamy i nie demolujemy tego co
    jest piekne i naturalne. Po prostu nie mamy takiej
    potrzeby.Dopiero swiat miejski ze swoimi uzywkami i technika>
    zmienia,lub stara sie zmienic nas w robotnikow
    robotowych gotowych pokroic w kawalki goscia majacego
    inny poglad lub niefamiliarny wyraz twarzy. Czemu
    my,ci edukowani goscie z madroscia
    rozrozniania, tak latwo zapominamy o tym swiecie
    natury? Jak to jest mozliwe,ze to wyciszenie, tak przez nas
    szukane, oddala sie od nas tak blyskawicznie ?
    Przeciez tam,w naturze, nie jestesmy tymi
    wyksztalconymi osobami, ktorym to wyksztalcenie
    daje poczucie jakiejs wyzszosci nad wspolnikami
    ludzkich wedrowek i nad stworzeniem. Nie jestesmy
    przeciez jakimis akademikami bioracymi udzial
    w modyfikowaniu,zmianie, manipulacji i pseudo tworzeniu
    nowego,ktore staje sie domena tych akademikow
    przyjmujacych pozycje Tworcy zmieniajacego naturalne
    procesy,procesy
    sluzace im samym, i co gorsza ,wierzacym, iz to wszystko
    sluzy rowniez innym.Jak to jest ,ze cenimy wszystko co
    naturalne , a pozniej chcemy sie zywic jakims
    zmodyfikowanym lososiem, nawet jak ta modyfikacja
    wizualnie wyglada OK? Kto chce jesc zmodyfikowana
    kukurydze od ktorej,w przeciagu 2 lat, wyginela trzoda u 2
    tys zakontraktowanych, amerykanskich farmerow?
    Wracam do obozowiska z gwara ptasia i moglbym tego
    sluchac dniami.Nie mam nic przeciwko technice bioracej
    udzial w rozsadnym rozwoju naszego dobrobytu
    i naszego srodowiska,ale nie zgadzam sie z technicznym
    niszczeniem nas samych, innosci innych i innego.Nasz
    porzadek jest dalej porzadkiem meskim, a jednostka meska
    jest czyms wyzszym od zenskiej.Separacja jest czescia naszej
    nauki zycia, wierzenia i zachowania.Polaczenie wszystkiego w
    jednosc jest nam obce i prawie
    zupelnie niezrozumiale, a nie rozumiejac
    tego, jestesmy w stanie unicestwic wszystko i
    wszystkich. Jestem w Kraju Aborygenow, ktorzy nigdy nie
    mysleli o unicestwieniu innych, separacji nie znali, a od
    zarania wierzyli w Jednosc calego wszechswiata, a my,
    ci madrzy, oswieceni i edukowani kaplani zycia i
    smierci, nazywamy Ich prymitywnymi glupkami,
    ignorujac Ich wiedze, jak rowniez Ich
    samych.Zdumiewajace, nieprawdaz? Wsadzamy Ich do rezerwatow,
    zamykamy w domach, w ktorych Oni nie chca mieszkac,
    demolujemy ten Ich przepiekny Kraj,zabieramy
    im dzieci i oddajemy KANONIKOM na wychowanie, a kiedy
    nie chca nas sluchac rozpijamy Ich, czerpiac jeszcze z tego
    zyski. Rzeczywiscie, jestesmy bardzo edukowani i zaprzegajac
    te nasza lotna wiedze , z gory wiemy co i dla kogo
    jest lepsze i dlaczego.Zwiedzajac ten Kontynent widze,
    jak "produkcja miesa" niszczy dziewicze tereny po
    to,zeby np. taki Japonczyk mogl zjesc
    sobie kawalek wolowiny.Nie chcialbym wspominac kopaln
    niszczacych, bez najmniejszego wyrzutu
    sumienia, wszystko wokolo jakiejs gigantycznej
    dziury.Dolar jest naszym glownym sprzymierzencem
    w niszczeniu, glupocie, chciwosci , kompletnym
    braku szacunku dla innego czlowieka i alienacji z
    Natura.Wybijamy sie w milionach zaprzegajac do tego nasza
    inteligencje i madrosc.Pomyslu,jak wykonczyc pobratymca
    nigdy nam nie brakuje.Gosh, cos zoltego sie rozlalo,
    ale juz zbieram, zbieram to wszystko ladna szmatka utkana
    naturalna nitka najnaturalniejszego snucia. Suka nasza
    narobila smrodku kolo sasiedzkiego obozowiska i
    obozowicz prosi,mocnym glosem, o zlikwidowanie zenskiej
    narobiny, ktora zatrula mu przez chwile swierzosc
    popoludniowego powiewu.Eryk pobiegl i zebral to wszystko
    elegancko w plastykowa torebke.Gosc ma dwa psy i
    on moglby im np. pozwolic skupac sie na naszym
    obozowisku.Moglibysmy miec podwojny smrod,a tak beda sie kupaly z
    dal od
    nas.Jestemy wygrani sprzatnieciem tej suczej kupki.
    Eryk ma zawsze wpuszczona koszulke w spodenki nawet przy
    30-sto stopniowych upalach.Twierdzi, ze lubi pokazywac
    wszystkie szycia i tylne kieszonki,ktore sa niewidocze
    z koszula na wierzchu.
  • 19.07.09, 17:43
    Nawet kiedy nikogo nie ma w promieniu
    40km, tez ma ja pieknie wcisnieta w spodenki,jakby
    spodziewal sie lada chwila gosci zwracajacych uwage na
    szycia i kieszonki. Musze uczciwie przyznac , ze
    Eryk , od czasu zeszlorocznej podrozy, zmienil swoje
    zachowanie na lepsze.W tamtym roku jobowal prawie na
    wszystkich zwiazanych z przemyslem motorowym. Krzyczal
    bardzo czesto,ze noz Mu sie w kieszeni otwiera, kiedy
    mysli o tych sukinkotach. W tym roku przywiozlem Mu w
    prezencie szorty z pieknym scyzorykiem w kieszeni
    o ladnej nazwie "lampart" . Moze Mu sie
    otworzy w kieszonce i bedzie w stanie ukluc
    kogos,oczywiscie, jezeli zajdzie
    taka potrzeba . Mnie tylko dwa razy zwrocil
    uwage,podczas calej podrozy, ze piwo wlasnej roboty ,z
    lekka zawiesina na dnie, powinienem lac po sciance
    szklanki, pomimo moich zapewnien , ze Piwo Warszawskie 30
    lat temu mialo podobna zawiesine i robilismy to
    nalewanie z wielka ostroznoscia.Nie slyszal tego
    zasluchany w swoja opowiesc o sciance i szklance.Zostajemy
    na tym obozowisku jeszcze jeden dzien.
  • 23.07.09, 12:38
    Czytalam wspomnienia z wielka przyjemnoscia.Brawo.Czy beda kolejne
    "odcinki"?Teraz wiadomo dlaczego tak dlugo Pan nie wypowiadal sie na Swoim
    forum.pozdrawiam marzena
  • 23.07.09, 21:29
    ciekawy kraj. Odcinkow bedzie wiecej.
    Pozdrowienia
  • 24.07.09, 21:30
    Dziekuje!Bede miala uczte!!!Bo ze wzgledu na zdrowie-dwie operacje oka
    -odwarstwienie siatkowki - wiele mi zabroniono!a wtym podroze,ktore ni9e ukrywam
    byly moja pasja.A teraz to nawet z lektura musze uwazac.Dlatego ciesze sie,ze
    tak barwnie opisujesz.Bo jest odbior indywidualny a nie lektura,foldery,ba nawet
    Dv o tym kraju.pozdrawiam m.
  • 26.07.09, 11:33
    marzena36 napisała:

    > Dziekuje!Bede miala uczte!!!Bo ze wzgledu na zdrowie-dwie operacje
    oka
    nastepny odcinek dalem tlustym drukiem, zeby Ci sie lepiej
    czytalo.

    Pozdrowienia
  • 26.07.09, 11:31
    Opuszczamy te piekna okolice obfitujaca w topazy i roznorodnosc
    ptasia.Nie mamy specjalnych planow planowanego zatrzymania wiec
    mkniemy sobie szutrowymi drogami podziwiajac okolice.Szukamy
    zlota,ale nie jakichs tam malutenkich kawalkow.Jestesmy nastawieni
    na znalezienie kilogramowej "grudki".Inne,mniejsze znaleziny nas nie
    interesuja.No, moze te ladne,wpadajace od razu w oko, i blyszczace z
    daleka, nugget'y.Mijana droga sklania do myslenia wiec zastanawiamy
    sie nad ta swiatowa roznorodnoscia ptasia, jak i nad ta nasza
    australijska,niesamowicie kolorowa skrzydlata fauna. Eryk jest dosyc
    dobrze oczytany w temacie wiec przedstawia nam ostatnie osiagniecia
    naukowe z Glen Rose-Teksas. Probuje sie nam udowadniac,ze ptaki
    rozwinely sie z dinozaurow- "terpodow",ale nikt nie potrafi
    udowodnic,jak mogl wyksztalcic sie tak skomplikowany organ, jakim sa
    ptasie pluca.Nie wspomne nawet o tak niesamowitej roznorodnosci
    kolorow, ksztaltow czy dzwiekow ptasich,a coz
    dopiero o tym ,iz samo zadanie kazdego
    z tych ptakow w naturze jest kompletnie inne i unikalne.Ptak moze
    zaadaptowac sie do innego srodowiska,ale jego cechy,jego
    ksztalty,kurtuazja
    runiczna i celowosc zycia pozostaja takie same.Co np.
    zakrzywilo dzioby tym krzywodziobowcom; no bo przeciez nie staly tak
    latami opierajac je o skale lub drzewo,zeby je sobie pozakrzywiac do
    akuratnej, i tak fantastycznie perfekcyjnej krzywizny? Ostatnie
    znaleziska archeologiczne w Ameryce Polnocnej podwazyly
    przekonania,ze ludzie nie zyli w tym samym okresie co dinozaury wiec
    jezeli one-wedlug ksiazek szkolnych- wyginely jakies 60 milionow lat
    temu ,a my jestesmy tu tylko od jakichs 2 ml lat to moze jest cos
    zlego z tymi naukowymi obliczeniami, i cala ta palestra akademicka?
    Moze one wyginely o wiele pozniej i nie bylo czasu na zadna
    ewolucje,ktora musialaby nastepowac rownoczesnie-wedlug teorii
    ewolucjonistow- u wszystkich rodzajow zyjacych stworzen znajdowanych
    na Ziemi? Jak taka czarna,palmowa papuga wykombinowala sobie ,iz
    bedzie rozgryzala najtwardsze na swiecie orzeszki,kiedy miala obok
    siebie miekkiego jadla w brod? Po coz jakas malpa ,bedac
    perfekcyjnie stworzona do chodzenia po drzewach i
    zywienia sie tym co z tej perfekcyjnosci otrzymala,schodzilaby
    nagle na ziemie i zaczynala chodzic na dwoch nogach robiac z siebie
    handicapowskie posmiewisko udajace czlowieka, i niesamowicie latwa
    zdobycz dla innych? Przeciez ona by nie przetrwala nawet tygodnia!!!
    No a co z naszym dziobakiem? Nie ma na swiecie innego zwierzatka
    laczacego w sobie cechy tylu najrozniejszych zwierzat? Gdyby
    dziobaczek ulegal ewolucji to powinny wystepowac jakies egzemplarze
    tego gatunku na roznych etapach rozwoju,a takowych nie ma. A co
    odbilo delfinowi,zeby spac z jednym okiem otwartym? Czy ewolucjz
    zamyka mu to otwarte oko czy raczej ewolucyjnie otwiera mu to
    zamkniete? Po coz takiemu motylowi az 12,000 oczu , i kto mu dal
    wogole skrzydla? Ech,przykladow mozna by przytaczac dziesiatki,ale
    wprowadzenie poprawki do raz ustanowionych teorii,nawet przy
    przekonywujacych dowodach, jest czasami niemozliwe.Komu na tym tak
    strasznie zalezy,zeby trzymac nas w niewiedzy i nie przedstawiac
    prawdy korzystajac z nowych, naukowych odkryc? Czarna
    papuge
    widzielismy i nawet jeden, latajacy egzemplarz potwierdza slusznosc
    rogatkowych slupow z papuzia metaloplastyka w Mt. Surprise.Rozbijamy
    sie nad przepieknym strumieniem Bullock Creek,gdzie szum wody
    kolysze nas do snu swoja szumnoscia wodna,a nocne ptaki nie
    przeszkadzaja specjalnie swoimi odglosami, pozwalajac nocnym
    echosondowcom latac spokojnie w przenajrozniejszych kierunkach
    jedzeniowego poszukiwania. Kapiemy sie nago w strumieniu, i zazywamy
    sloneczka w rozsadnych ilosciach
    czasowego zapomnienia w bezczasowosci naturowego przezywania.
  • 01.08.09, 07:48
    Przepiekny kemping nad Bullock Creek zostawiamy w harcerskim
    porzadku, kierujac sie na Chillagoe i okolice.Noce, pomimo wysokich
    temperatur dziennych,nawet nad cieplymi strumieniami sa zimne i
    wymagaja cieploty ubraniwej wspomaganej ogniskowym plomieniem,
    przeciaganym dosyc dlugo w noc.Pierwszy raz w ciagu naszej podrozy
    uzywamy, nad Bullock Creek,pily lancuchowej do ciecia
    drzewa.Eryk ,podczas ciecia duzego,suchego drzewa,ma zalozony bialy
    kask ochronny ze wzgledu na warunki BHP.Ognisko w country jest jakas
    nieodlaczna rzecza obozowiska, i nastraja pieknym cieplem
    wieczornego przesiadywania.Wsluchujac sie w nocne gwary,i
    doswiadczajac zarazem niesamowitego spokoju emanujacego z tego
    australijskiego buszu,obserwujemy tysiace malych nietoperzy
    latajacych w takiej zawilej zygzakowatosci,iz samo to bezkolizyjne
    latanie jest jakos niesamowicie tajemnicze. Przeciez dla kazdego z
    tych nocnych lataczy musi sie znalezc jakies papu, i kazdy z nich
    wysyla
    przeciez specyficzny dzwiek dla swojego ,specyficznego odbioru, i
    rzadko kiedy "emiter falowy" myli sie co do czestotliwosci wysylanej
    fali. Czasami,kiedy ktorys z nich wylaczy na momencik odbiornik
    falowego odbierania, moze zakonczyc sie to kolizja z drzewem lub
    wspol-wysylaczem.Lubie te wieczory bezszelestnego lotu i ogladania
    gwiazd,ktorych na poludniowej polkuli jest podobno wiecej niz na
    polnocnej,ale nie mozemy tego jeszcze jakos w 100% potwierdzic.
    Goska wedruje do lozeczka bardzo wczesniej.Jest zwykle pod wrazeniem
    czerwonego wina, ktore,wedlug zalecen lekarzy, pite w malych
    ilosciach dziennie , poprawia funkcjonowanie serca,i naszych arterii
    krwioobiegowych.Goska stwierdzila,iz Jej osobisty krwioobieg jest
    troszeczke dluzszy niz przecietny wiec bardzo czesto zaczyna
    poprawiac jego funkcjonowanie juz od rana, powolujac sie czesto na
    wypowiedzi lekarskie. Nie ma odstepstwa od tej codziennosci picia,a
    nasz innozdaniowy komenatrz moglby
    narazic sie
    wypowiedziom lekarskim, a to,oczywiscie, nie jest naszy celem .Jezeli
    konczy sie wino czerwone to w krwioobieg jest
    wprowadzany "chmiel",ale i na bialym winku krwioobieg tez podobno
    moze dobrze funkcjonowac,tylko lekarze,jak twierdzi Goska,
    jeszcze o tym nic nie wiedza.Czesto,po takich kuracjach, kuracjuszka
    staje sie awanturna,i awanturuje sie o cos o co my sie nie
    awanturujemy.Moze Ona po prostu tak widzi te swoje kuracje
    prowadzone w nieustajacym swietle otoczeniowej niezgody? Noce i
    gwiazdozbiory,ktore my podziwiamy, czesto umykaja Jej uwadze,
    poniewaz wprowadza do organizmu komponenty zalecane przez medykow, a
    z tym zdaniem jest niezmiernie ciezko polemizowac. W niedziele
    wyruszamy w dalsza droge nie spodziewajac sie absolutnie zadnych
    gigantycznych pociagow drogowych,ale sie mylimy. Sa,i zostawiaja za
    soba niesamowite kleby kurzu,ktore nie rozwiewaja sie zbyt
    szybko.Przy mijankach zamykamy wszystkie szyby lapiac gleboki oddech
    przed mijana kurzawica.No, moze troche przesadzilem z tym
    oddechem.Chillagoe jest slawne z jaskin,czarnych skal i zrujnowanej
    huty kolorowych metali.Ja robie male zakupy w miasteczku,a Goska
    mknie do lekarskiej,winnej apteki malomiasteczkowego zaopatrzenia.Po
    drodze,przed pubem, spotyka znajomych, u
    ktorych bylismy,i ktorych widzielismy ostatni raz, jakies
    13 lat temu,kiedy Eryk z Goska mieszkali jeszcze na farmie u
    farmerskich Wlochow.Jozef Bogatek pochodzi z polskiej rodziny ,ale
    nie mowi po polsku,a jego zona,Nadia, z wloskiej-panienskie nazwisko
    Casanova- i oboje tworza bardzo dziwna pare.On,kiedys wykladowca na
    Sydney University, stracil jakos przednie zeby,ale zapuscil wasy i
    brode maskujac w ten sposob szczekowe ubytki;teraz pracuje gdzies w
    country na akumulatorowym wozku widelkowym,i ma gdzis wielkie miasta-
    tak przynajmniej twierdzi.Oboje wychowali 4 synow ,ktorzy opuscili
    juz rodzinny dom wiec teraz Bogatkowie oddaja sie krotkim podrozom
    weekend'owym popijajac piwo w malych ilosciach.Ostatnim razem,kiedy
    sie widzielismy, Jozef prezentowal nam swoja plytoteke,ktora, musze
    uczciwie przyznac, byla w tamtych czasach dosyc impnujaca.Nic w domu
    nie mialo wiekszego znaczenia od plyt i systemu stereo.Muzyki
    sluchalo sie glosno i z alkoholowym wspomagaczem.Bezalkoholowy
    odbior Bogatek uwazal za strate
    czasu.Podczas takich sesji muzycznych Jozef czest tracil
    kontak z otaczajacym swiatem co dobijalo sie na jakosci i czystosci
    mebli.Dopiero teraz widze,ze moglo to miec rowniez wplyw na stan
    Jego uzebienia, ale o tym nie chce nic mowic zajmujac sie obecnie
    robieniem zdjec cyfrowka.Popijamy sobie pub'owski piwko
    zastanawiajac sie nad ewolucja tukanowskiego dziobu,ktory podobno
    tworzy 60% calosci tukanowskiego ciala.Niedawno naukowcy
    stwierdzili ,iz tukan uzywa swojego olbrzymiego dziobu do chlodzenia
    ciala,kiedy przekracza ono temperature 21 stopni Celsjusza wiec
    zastanawiamy sie czemu on sie tak rozgrzewa do tej temperatury,ale
    nie dochodzimy do jakiejs definitywnej konkluzji.Temat zostawiamy
    otwarty umawiajac sie na dyskusje w innym terminie.Rozstajemy sie z
    rodzina Casanova/Bogatek w dobrej komitywie wspolnego
    wspominania.Odjezdzamy,a po kilkunastu kilometrach rozbijamy oboz
    nad rzeczke ze skalami przypominajacymi film: "Piknik Nad Wiszaca
    Skala".Zostajemy tam kilka dni bedac znowu jedynymi goscmi wybranego
    miejsca.
  • 11.08.09, 12:45

    Nocujemy 3 dni w okolicy Emuford nad przecudna,czysciutenka rzeczka
    z przyzwoitym,rzucajacym sie rybostanem. Okolica obfituje w gory z
    dziurami, po gorniczych zapedach pionierskiego poszukiwania
    cyny,miedzi i zlota,i niesamowite odglosy nocnego nawolywania
    przypominajacego czasami wycie wilkow,ktorych w Australii przeciez
    nie ma. Podejrzewamy o te dziwne glosy QUOLL'a, przepieknie
    cetkowanego,australijskiego nocnego kota,ktory troche przypomina
    polaczenie fretki i mangusty, a ktorego ,podobno,coraz czesciej
    mozna spotkac w polnocnej Kwinslandii.Polskim tlumaczeniem quoll'a
    jest; "nielaz cetkowany",ale nijak nie mozemy zrozumiec tej
    nazwy."Nielaz" kojarzy sie z czyms co nie lazi,a ten cetkowiak lazi,
    i to wspaniale.Kiedys to zwierzatko bylo znane w calej Australii,ale
    osadnictwo prawie zmiotlo to przepiekne stworzenie z Terra
    Australiana.Quoll obecnie powoli sie odradza i pomimo nocnego
    zwyczaju polowania widziano go rowniez podczas dnia, raznie
    wedrujacego gdzies w poblizu buszu.Nielaz zjada wszystko poczawszy
    od insektow,krolikow po ptaki i weze, i ma bardzo ciekawy zwyczaj
    dzielenia swojej" toalety" z innymi quoll'ami w celu znaczenia
    swojego terytorium. Po prostu kilka quolli "toaletuje" sie w jednym,
    wybranym miejscu, i z tego latrynowego miejsca zaczyna sie znaczenie
    terytorium kazdego z nich .Zreszta nocne odglosy w zielonosciach
    australijskiego buszu obfitujacego w skaly, soczysta zielen,jaskinie
    i swieze zrodlo wody moga pochodzic rowniez od yowie'go lub innych
    mieszkancow tych niezbadanych terenow.Okolica jest idyllyczna i nie
    bylibysmy zdziwieni natykajac sie w nocy na jakichs nieznanych
    mieszkacow tych dziewiczych terenow.Pod koniec XIX w hiszpanskich
    jaskiniach w Banjos znaleziono dwoje,lekko skosnookich, dzieci o
    zielonkawej skorze, i kompletnie nieznanym ubraniu.Chlopiec nie
    chcial nic jesc i umarl,ale dziewczynka przezyla. Nauczyla sie
    hiszpanskiego i twierdzila,ze oboje z
    chopcem pochodzili z "Bezslonecznej Ziemi", z ktorej zostali zabrani
    przez
    "trabe powietrzna" i umieszczeni w jaskini w Banjos.Dziewczynka
    umarla w 1892 roku, a jej historia jest podobna do XI wiecznej
    relacji z Anglii. Australia obfituje w historie o yowie, pigmejach,3-
    4 metrowych gigantow i przenajrozniejszych zwierzat wiec nic
    dziwnego,iz w nocy slyszymy glosy niepodobne do jakichkolwiek
    znanych nam odglosow. Eryk wybral sie na zwiedzanie pobliskiej gory
    i o malo co nie wpadl do starego, szescio metrowego gorniczego szybu
    pieknie porosnietego maskujaca trawa.Po zbadaniu kilku szybow
    zaopatrzyl sie w dlugi kostur i wedrowal ostroznie, badajac okolice
    jak jakis ulomny podrozny.Jak ci poszukiwacze kolorowych metali
    kuli,do polowy lat 30-tych XX wieku, takie glebokie dziury w gorach
    uzywajac tylko miesni swojego ciala jest dosyc zagadkowe.Dostac sie
    na taka gore ze sprzetem, to samo w sobie bylo juz dosyc ciezkim
    zadaniem,ale kopac w tych twardych skalach 6- 8 metrowe szyby, i
    poruszac sie pozniej poziomo zbierajac jakies
    pierwiastki...,gosh!!!-toz to bylo cholernie ciezkie zadanie. Nie
    mozna przeciez zaprzeczyc,ze te dziury jakos tam wykopano,gdyz
    okoliczne zloto transportowano raz w tygodniu w mocnym konwoju
    policyjnym wiec musialo byc troszeczke tego "goraczkowego" metalu,
    wydobywanego z tych szybow.Opalamy sie nago na materacach unoszacych
    sie leniwie na wodach spokojnej rzeczki i nie chce nam sie nigdzie
    ruszac z tego wspanialego miejsca.Niesamowite odcienie zieleni tego
    dziewiczego buszu, spiew ptakow i owadow, cieplutka woda,cienie
    slonecznego przemijania czasu, lekki zefir i brak much ..., czy
    czlowiek potrzebuje czegos wiecej do zycia i szczesliwego
    przezywania? Niedaleko od naszego obozu spotykam dzikie konie-
    australijska nazwa,brumby-z ogonami i grzywami niestrzyzonymi chyba
    od poczecia co,jak mi sie zdaje, jest obecnie niezmierna rzadkoscia
    gdziekolwiek na swiecie.Brumbies wygladaja przepieknie i tworza
    jakas fantastyczna kompozycje dzikosci zwierzecej
    polaczona przepieknie z dzikoscia nietknietego buszu.
    Obserwuje je z respektem z przyzwoitej odleglosci,ale bez
    strachu.Konie sa madre i czujne,ale nie przestraszone moja osoba, i
    pasa sie spokojnie w tej uroczej okolicy cos tam sobie podjadajac.
    Prawde powiedziawszy to nie ma zbyt duzo takich miejsc na
    swiecie,gdzie moglibysmy obserwowac dzikie konie w dzikosci natury
    bez wzajemnego "przeszkadzania".Kilka lat temu Rzad w Zachodniej
    Australii wydal zarzadzenie odstrzalu dzikich koni, i wykanczano je
    z helikopterow,ale opinia publiczna sie zbuntowala na taki akt mordu
    i Rzad sie wycofal.Zamiast odstrzalu zaproponowano lapanie i
    sprzedawanie tych zwierzat i tak chyba zostalo.Dzikie wielblady np.
    lapie sie i sprzedaje do krajow arabskich i nie ma z tym problemu.
    To sa juz chyba jedyne dzikie wielblady na swiecie.Kilka ladnych lat
    temu,kiedy przekraczalismy pustynie Gibsona,spotykalismy te dzikie
    zwierzeta wedrujace zwykle w parach.Byly olbrzymiego wzrostu i
    wygladalismy przy nich karlowato.W Emuford
    obserwowalismy rowniez jedna z najdziwniejszych papug
    australijskich, "Eclectus Parrot", ktore maja tak niesamowicie
    zabawnie-madro-glupawy wyraz twarzy,jakby byly stworzone do platania
    figli i niczego wiecej. Nie mam pojecia dlaczego one znalazly sie w
    tamym rejonie,ale pewnie bliskosc Rain Forest moze byc jakims
    rozsadnym wytlumaczeniem.Rodzaje zenskie i meskie sa tak rozne
    kolorystycznie,iz naukowcy przez dluzszy czas mysleli ,ze to sa dwa
    rozne gatunki ptakow.Nawet mlode piskleta roznia sie kolorem
    puchu.Meski osobnik jest szara kula puchowa,a zenski czarna.Samica,
    wysiadujaca mlode, prawie nie opuszcza gniazda z obawy przed
    innymi,zenskimi osobkami gotowymi zajac jej gniazdo,ale podczas
    takiego wysiadywania jest karmiona owocami i orzeszkami przez
    przenajroznieszych ,meskich osobnikow.Zastanawiam sie czy
    nasze,meskie samce bylyby zdolne do takiej zbiorowej opieki,ale cos
    mi sie zdaje ,ze chyba predzej by sie powykanczali niz wykarmili
    potrzebujaca kobiete.Chociaz moge sie mylic,kto wie? Widzielismy tez
    nieduze stada przepieknej papugi zwanej "krasnopiorka
    czerwonoskrzydla",ktora podczas lotu wyglada tak
    jak "soczysta",frunaca tecza.Nie chce nam sie opuszczac tego cudnego
    miejsca,ale nie mamy specjalnie wyjscia wiec 3 dnia zwijamy sie bez
    pospiechu, aby po kilkudziesieciu kilometrach szutrowej drogi
    przemknac przez przeurocze,maciupcie miasteczko, Irvinbank, z duzym
    pubem otwieranym o 12.oo i asfaltowa ulica ciagnaca sie od
    poludniowych do polnocnych rogatek.Docieramy do Herberton,gdzie
    wypijamy dobra kawe , robimy male zakupy ,a w miejscowym "Empiku"
    ogladamy bardzo ladne malarstwo Kanadyjki z Vancouver zastanawiajac
    sie co Ja sprowadzilo tam z tymi przepieknymi,olejnymi miniaturami?
    Z Herberton udajemy sie do Koombooloomba,slawnej z tamy nastawionej
    na produkcje energetyczna,i mkniemy 30 km przez koombooloombijski
    Rain Forest.Rozbijamy oboz w srodku duzego, pustego obozowiska z
    bliskoscia dostepu do wody i zostajemy tam 2 dni.

  • 23.08.09, 17:55
    Rozbijamy obozowisko pomiedzy drzewami na srodku
    duzego,kempingowego miejsca, i jestesmy znowu sami. Sami, moze
    dlatego,iz skonczyly sie szkolne wakacje i jest srodek tygodnia wiec
    rodziny zaczely pracowac,a dzieci w szkolach.Nie protestujemy,gdyz
    jestesmy ze wszystkich stron otoczeni przez tropikalna dzungle i
    dzwiek tego tropiku nie brzmialby zbyt dobrze w polaczeniu z
    krzykiem dzieci.Okolica jest jedna z najbardziej deszczowych w calej
    Australii,ale nam jakos pogoda dopisuje.Pomimo cieplych wod jeziora
    Koombooloomby(czy. Kumbulumby), i goracych dni,noce sa cholenie
    zimne.Wstajac rano musze uwazac,zeby czasami nie dotknac glowa
    namiotowego sufitu,poniewaz wygladalbym tak jak po poranym
    prysznicu,gdyz stalaktytowe krople czekaja tylko na takich
    gapiow,jak ja.Wszystko jest mokre, lacznie z podpinka ,i pomimo
    mocnego,tropikalnego slonca musimy czekac gdzies do 10-tej rano,
    zeby wszystko wyschlo.Rano biegne do jeziora i myje sie ,lacznie z
    glowa, we mgle
    rozrzedzonego swiatla slonecznego wyparowywujacej mgly.Paruje
    wszystko,lacznie ze mna,i ten widok jest podobny do porannej
    Amazonii odparowywujacej nocne spadki temperatur, okraszonych wodnym
    prezentem nocnego chlodu.Stojac w tej cieplej wodzie z widokiem
    zamglonego slonca, i para parujaca ze wszystkiego, nie dziwie sie
    ludom tropikow kochajacych ten swoj mokry,rodzinny kraj.Jest
    przepieknie,a dzwieki dziennych ptakow, i roznych innych stworzen,
    dodaja okrasy tej pieknosci naturalnego, parowego oddechu
    ziemskiego.Dopoki slonce nie zacznie swojej goracej operacji ,siadam
    na kamieniach i wsluchuje sie w dzwieki spokojnie falujacego
    jeziora,wspolpracujacego z reszta otoczenia w porannej symbiozie.Po
    godzinie takiej ciszy, i spokoju dzunglowo-wodnego ukojenia,jestem
    tak doenergetyzowany,jakbym byl na-drug'owany.Urok tego miejsca jest
    niesamowity, a naturalna czystosc ciszy koi wszelkie dolegliwosci
    miejskiego nadwyrezenia organizmu.Ide po drzewo na ognisko
    i mam nadzieje znalezc peripatusa ( zwanego rowniez welwetowcem-
    velvet worm-ale to raczej moje tlumaczenie),uwazanego za jednego z
    najdziwniejszych robaczkow na swiecie. Peripatus ma nogi i rogi
    podobne do ludzkich kikutow po amputacji,ale moc w tym dziwnym ciele
    jest niesamowita.Jadlo swoje peripatus atakuje kleistoscia
    wystrzeliwana z tych rogow,aby po zniewoleniu ofiary wyssac slodka
    miekkosc, zostawiajac twardy odwloczek dla kogos innego.Seksualnie
    peripatus tez jest dziwny,gdyz sperme,ktora gromadzi we wglebieniu
    glowy,przy spotkaniu z odpowiednia panienka,zostawia w poblizu jej
    narzadow kobiecych.Panieneczka peripatusowa,z kolei, sklada jajeczka
    lub rodzi male peripatuski przyczepione ,jakby ,do jej
    lozyska.Pomimo buszowania po lesie w poszukiwani suchego drzewa,a to
    jest niezmiernie ciezkie do znalezienia,nie udalo mi sie trafic na
    tego goscia ukrytego pewnie gdzie indziej niz miejsca mojego
    odwiedzania.Nawet nie zdawalismy sobie sprawy,ze
    jest tak niezmiernie ciezko trafic tam na jakis suchy opal
    ogniskowy.Korzystamy z "odpadow" innych,opuszczonych obozowisk, i
    jakos nasza zbiorka zaczyna przybierac ksztalt sterty.Jestesmy w
    krainie kangura drzewnego,betonga,posuma(oposa), nietoperzy i ...
    antechinusa,seksualnego guinness'enczyka przypominajacego z wygladu
    myszke,ale bedacego bezwzglednie torbaczem. Antechinus jest
    niezrownanym kopulantem w swiecie wszystkich znanych nam zwierzat i
    inych zywych istot.Malutenki,ale w czasie godow wykazujacy sie
    agresywnoscia T Rex'a w stosunku do swoich rywali.Po walkach z
    przeciwnikami potrafi kopulowac po 6 godzin dziennie przez dwa
    tygodnie po czym,doslownie,odchodzi z tego swiata z
    wycienczeni.Panienka antechinusowa,pomimo dlugosci milosnych
    swawoli,wiaze sie rowniez ,w miedzyczasie,z innymi
    chlopakami,gromadzac sperme ich wszystkich,a sperma najmocnieszego z
    nich wygrywa walke o zaplodnienie.Niesamowite,plemniki biora rowniez
    udzial w tej
    seksualnej drace o pierwszenstwo w narodzinach potomstwa.Niezmiernie
    ciekawy rodzaj torbaczy.Kto to wszystko powymyslal? Nietoperze w
    tropikach sa nieodlaczna czescia tego wielomilionowego,wilgotnego
    zycia,a ich roznorodnosc jest fantastyczna. Od Flying Fox'a z
    rozpietoscia skrzydel do 1 metra do malutenkich,cztero
    gramowych ,echosondowych miniaturek.Czy wiesz,ze kwakanie kaczki nie
    powoduje echa i naukowcy do tej pory nie wiedza dlaczego? Na
    kempingu sasiaduja nam 3 dorodne ,tropikalne kruki wyczulone na
    zapachy,i odpadki,kuchennego przygotowywania.Staramy sie je
    zniechecic do homo sapiens'kiego jadla,ale jest to ciezka sprawa.
    Ktos je karmil przed nami i chyba to polubily. Jedzenie, to cieple,
    jest zwykle przygotowywane w tzw. kociolku,a szybkosc kociolkowego
    gotowania jest zaskakujaca.Kociolek jest zrobiony przez Eryka z 20
    litrowego,blaszanego pojemnika po oleju.Musial gdzies podejrzec te
    konstrukcje,ale nie chce sie do niczego przyznac. W
    pojemniku ruszt jest zrobiony z 2 grubych stalowych pretow ,a
    ponizej rusztu jest palenisko z drzwiczkami.Drugie drzwiczki sa
    umieszczone bardzo fachowo przy ruszcie i sluza do cugu.Na ruszcie
    ustawia sie zeliwny kociolek z pokrywka bedaca prawie na poziomie
    konca pojemnika. Pod rusztem rozpala sie drewienka,niezaleznie od
    pogody, i perkolacyjne odglosy zaczynaja sie juz po 2-3 minutach od
    rozpalenia plomienia.Mieso,nawet najbardziej lykowate, podobno, po
    25 minutach kociolkowania zaprasza miekkoscia godna podniebienia
    bezzebnego dziecka; tak przynajmniej twierdzi konstruktor
    kociolka.Malutenka szparka pomiedzy pojemnikiem ,a zeliwnym
    kociolkiem pozwala tylko na minimalne straty ciepla wiec stad taka
    niesamowita ,gotowalna wydajnosc. Jedyny mankamet to to,iz kociolek
    troche przypala i jest sakramencko ciezki do umycia,poniewaz tlusta
    sadza jest jakby przyklejona na stale do zeliwnej powierzchni
    kociolka.Bez rekawic nie mozna nawet podejsc do
    mycia tego sadzowego garnka i zastanawia mnie to ,jak polscy
    kominiarze radzili sobie z sadza po wpuszczeniu do komina drucianej
    kuli? Czy oni w ogole prali te swoje czarne ubranka, a jezeli prali
    to po co? Kociolek,po
    spelnieniu swojego zadania,byl zawsze pakowany przez Eryka tez
    operujacego w recznej ochronie skorzano-rekawicowej.Trzeciego dnia
    opuszczamy Koombooloombe i mkniemy do Babindy,malutenkiego
    miasteczka polozonego u podnoza najwyzszej gory w Kwinslandii.
  • 05.09.09, 08:23
    [b]Opuszczamy Koombooloombe i jedziemy znowu jakies 30 km przez Rain
    Forest. Pogoda przepiekna i sloneczko pokazuje nam co moze zrobic z
    zielenistymi cieniami tego pierwotnego lasu.Gama tej zielonosci jest
    tak niesamowicie piekna i roznorodna,iz wypada ja tylko
    obserwowac.Obserwujemy. Na ktoryms zakrecie natykamy sie na dzika z
    mlodymi.Wszystkie umykaja pospiesznym truchtem do bezpiecznego
    lasu.Dzik w Australii jest naprawde dziki i trzeba byc bardzo
    ostroznym w kontaktach z ta dzika swinka.Jest to jedno z najbardziej
    destruktywnych zwierzat przywiezionych na ten Kontynent i oprocz
    polowania,lapie sie je w bardzo solidne klatki podsypujac jakas
    pasze,godna ich podniebienia. Widzialem cala rodzine-lacznie z
    mlodymi- zlapana w taka klatke. Dwa dorosle dziki atakowaly ryjem,z
    rozpedu, te klatkowe kraty z taka sila ,jakby mialy te ryje ze
    stali. Byly dzikie,chyba, ze zlosci na siebie i te cholerne klatke,
    i te agresje czulo sie na odleglosc.Gdyby taka krata
    poddala sie tej dzikosci dziczej agresji, to drzewo byloby
    jedynym,rozsadnym ratunkiem.Dziki,oprocz rujnowania wszelakiej
    roslinnosci w Rain Forest, podjadaja cassowar'iemu rozne
    nasiona,orzeszki i owoce lesne,ktore moga wykielkowac tylko po
    przejsciu przez zoladek cassowar'iego, a on,pomimo mocnej glowy, z
    ktorej moze dzikowi przylac,jak rowniez posiadania olbrzymich
    pazurow zdolnych do zadawania ran otwartych,jest zwykle ofiara
    dzikowskiej nienazartosci.Slepota Rzadow Stanowych w kontrolowaniu
    populacji dzikiej swini doprowadzila do tego,iz liczba dzikow w
    Australii osiaga cyfre okolo 23 milionow,a okazy po 150 kilo nie sa
    czyms nadzwyczajnym.Kilka lat temu ,wedlug National Geographic,
    zastrzelony dzik-Hogzilla( Wieprzozilla) wazyl 362 kg i mial ponad
    2.20cm dlugosci. 150 kilogramowe osobniki zjadaja psy,owce i inne
    zywe zwierzeta,a i z naszym cialem nie mialyby specjalnego problemu.
    Podobno najwieksza swinia na swiecie, o nazwie Big Bill, wazyla
    900kg i byla "pochodzenia"... polsko/chinskiego.Chcielismy jechac
    do Tully ,ale zablokowano nam droge oznajmiajaca tabliczka
    informacyjna,iz ta droga moze jezdzic tylko miejscowy lesniczy, i
    ekipa lesniczowskich pracownikow.Musimy zawracac,gdyz nie
    podchodzimy pod zadna kategorie drogowej uzywalnosci.Mkniemy przez
    pasy dzungli,a w bezdzunglowych przecinkach uprawianego
    sadownictwa,w samoobslugowych, przydroznych straganach kupujemy
    wspaniala papay'e i owoce czekoladowe,zwane tutaj "owocami
    puddingowymi".Na poludniowa kawe zatrzymujemy sie w miejscowym
    Henry'kowie,przeuroczym miejscu z kamienno/piaszczystym strumieniem
    gorskiej wody o czystosci krysztalu.Kombinujemy ,jakby sie tam
    gdzies ladnie rozstawic,ale miejscowy ranger przeprasza nas za
    niemozliwosci lesnego kempingowania,poniewaz ostatnio-roczny huragan
    porwal,i zdemolowal,miejscowa toalete,a bez toalety nikt ludzki nie
    moze tutaj zostac ze wzgledu na mozliwosc narobienia smrodu w
    pierwotnosciach
    dzunglowych.Zgadzamy sie z
    ranger'em co do pozostalosci niemilych zapachow beztoaletowego
    przebywania, i po kubeczku kawusiowym udajemy sie bezszmerowo w
    dalsza droge.Babinda jest malym ,uroczym miasteczkiem artystow i
    pracownikow pobliskiej cukrowni.Przemykamy powoli jedyna glowna
    ulica i kierujemy sie na The Boulders i dziewiczy Babinda's
    Creek.Oba cuda polozone sa w poblizu najwyzszej gory w
    Kwinslandii,Mt. Bartle Frere (1657m).Zdjecia z The Boulders ( Glazy)
    i Babinda's Creek zamiescilem w 2 poprzednich emaiach.Na
    wyznaczonych pieciu miejscach kempingowania nie ma wolnego miejsca
    wiec zastanawiamy sie co robic dalej.Po drugim przejezdzie wzdluz
    ladnie utrzymanej drogi decydujemy zapytac sie jednego goscia o
    mozliwosc 2 dniowego wspolistnienia na jednym,duzym,czesciowo
    zajetym polu kempingowym.John,podrozujacy Szwajcar z Australii
    Zachodniej nie ma nic przeciwko naszej,wspolne egzystencji wiec
    robijamy sie prawnie na Jego,czesciowo zajetym,poletku i zapraszamy
    Go na
    kociolek warzywno-rybnej duszonki.Nie odmawia.Jestesmy w okolicy o
    opadach rocznych przekraczajacych 8 metrow i to sie od razu czuje w
    powietrzu.Jak mozna opisac komus pierwotny Rain Forest,Forest tych
    dzwiekow cudownych,grajacych w harmonii ze wszystkimi dzwiekami tego
    cudownego,bezkolizyjnego,dzwiekowego wspolistnienia,komus kto nigdy
    tego nie widzial i nie slyszal? Ciezko.Wsluchuje sie w cykanie
    cykad.Cykaja do siedmiu;cyk cyk cyk cyk cyk cyk cyk ,krotka przerwa
    i znowu siodemka,a pozniej 13 razy i powrot do siodemki.Jak to
    mozliwe,zeby te tysiace cykad cykaly te sama liczbe cykniec w takim
    samym czasie, z takimi samymi interwalami w tak fantastycznej,
    cykaniowej synchronizacji? Jak to jest mozliwe,ze to milionowe
    cykanie, w tej deszczowej dzungli,wspolpracuje przepieknie z
    innymi,milionowymi odglosami nocnego istnienia nie powodujac
    zaklucania naszej tzw.ciszy nocnej? Orkiestra symfoniczna ze 150-ma
    instrumentalistami potrzebuje setek prob,zeby
    zgranie muzyczne bylo prawie perfekcyjne,a tutaj, PIERWOTNY LAS
    gra, bez potrzeby zgrania, fantastycznie zgrana melodie
    nocnego ,wielomilionowego wystepu roznorodnosciowego, dzwiekowego
    wygrywania.Cudo,nieprawdaz? John,przed nocna wizyta w dzungli,zjada
    z nami kociolkowa kolacje.Jest milym kompanem i rozmawiamy o
    ewolucji amazonskiego wyjca.Zastanawiamy sie czy ten wyjec to tak
    sobie wyl od chwili,kiedy zostal stworzony, czy moze najpierw wyl
    sobie od czasu do czasu,cicho,a pozniej,podczas ewolucyjnego
    procesu, i przybywania wyjcowych rywali,zaczynal wyc mocniej niz
    inne wyjce, angazujac te inne do wspolrywalizacji w wyciu? Zgadzamy
    sie wszyscy,ze wyjec zostal stworzony z mozliwoscia wycia pelna
    para,ale pelnej pary uzywa/l w zaleznosci od ewolucyjnych
    okolicznosci.John chodzi w nocy po dzungli z jakims czerwonym
    swiatlem na glowie i..boso. Chodzi wprawdzie po znaczonych
    sciezkach,ale cholera wie co tam moze byc na tych wedrownych
    szlakach w
    mokrosciach deszczowych lasow kwinslandzkich.Ja chodze w
    sandalach.Raniutenko,nastepnego dnia,biegne do The Boulders zrobic
    poranne zdjecia i udaje mi sie sfotografowac Cme Herkulesowa-
    Hercules Moth- siedzaca na ogrodzeniu toaletowym w kontemplacji
    porannego planowania i rogrzewania sie po nocnych spadkach
    temperatur.Ta cma,z rozpietoscia skrzydel do 36 cm ( ten najwiekszy
    okaz pojmano w 1948 roku w Innisfail,kilkanascie kilometrow od
    naszego miejsca przebywania) jest najwieksza cma na swiecie, a jej
    gasiennica osiaga dlugosc 10 cm i wyglada impnujaco. Ta,ktora
    sfotografowalem,jest jeszcze w wieku dzieciecym z rozpietoscia
    skrzydelek gdzies kolo 12-13cm.Trzecie zdjecie pokazuje motyla o
    ladnej,i calkowicie adekwatnej nazwie odnoszacej sie do tego
    gatunku,Ulisses.Ulisses "skolonizowal" prawie caly swiat,oprocz
    Antarktyki. Ten piekny motyl zamiast pluc ma male otwory, po obu
    stronach swojego korpusiku, przez ktore wspaniale oddycha,posiada
    zielona
    krew,tysiace malutenkich soczeweczek w kazdym oku,nog uzywa jako
    sens smaku ,a antenki,jako sensu wechu.Ma cztery skrzydelka
    nachodzace na siebie i w powietrzu moze wyprawiac przedziwne
    ewolucje bedac ciezkim osobnikiem do zlapania przez wszelkich
    smakoszy motylkowego pozywienia. Takie male cialko-10/13 cm- a ile w
    nim tworczej inwencji. Babinda's Creek, i caly ten tropik, jest
    cudem natury i nawet w porannym chlodzie wedrowka wokolo tych
    cudownosci jest niesamowita przyjemnoscia.Woda jest chlodna i
    krystaliczna,a w niektorych miejscach ma glebokosc 4-6m i dno widac
    z lornetkowa klarownoscia obserwowania.Gigantyczne bambule tworza
    niepowtarzalna scenerie dzikosci i moje mysloksztalty nabieraja
    innej,pierwotnej wyrazistosci. Diabelska Dziura,w dolnej czesci
    strumienia,pochlonela 9 mlodych,niedoswiadczonych amatorow
    strumieniowych kapieli.Nie wzieli poprawki na niesamowicie silny
    prad wody kaskadowego ,przyspieszonego spadania.Ide jakies 10km przez
    dziewiczy las przeskakujac dzies
  • 05.09.09, 08:26
    Diabelska Dziura,w dolnej czesci strumienia,pochlonela 9
    mlodych,niedoswiadczonych amatorow strumieniowych kapieli.Nie wzieli
    poprawki na niesamowicie silny prad wody
    kaskadowego ,przyspieszonego spadania.Ide jakies 10km przez
    dziewiczy las przeskakujac dziesiatki malych, i wiekszych
    strumyczkow.Nie ma nikogo.Jestem sam,a sama droga jest jakims
    energetyzatorem spacerowego przemijania.Im dalej ide tym wiecej mam
    sily.Jakies inne moce dzialaja w tych pierwotnosciach i zawracam z
    drogi tylko ze wzgledu na czas.Przebylem oklo 20 km i czuje sie tak
    doenergetyzowany,jakbym te wedrowke dopiero zaczynal.Jakzez smutne
    sa fakty naszej niesamowitej glupoty, niszczenia czegos tak
    niesamowicie pieknego,jak ten dziewiczy las, w imie posiadania
    kawalka papieru toaletowego .Z The Boulders wyruszamy do Cairns,
    jadac w przepieknej scenerii gor porosnietych tropikalnym lasem po
    same szczyty.Istne cudo widokowe o jakims niesamowitym uroku tego
    przepieknego krajobrazu.
  • 24.09.09, 15:27
    Pozegnalismy sie z John'em,ktory zamierzal zostac ,gdzies w
    okolicy,jeszcze kilka dni.Mily gosc i sporo zwiedzil.Zawsze uprzejmy
    i pomocny i nie narzucajacy sie kompan kempingowego biwakowania.
    Pokazal nam pieknego ptaszka australijskiego o nazwie: "glosna pitta-
    noisy pitta", ktory nigdy nie chodzi-zawsze skacze, a takze
    przecudnego, "teczowego pszczolojadka" jedzacego pszczoly,ale bez
    zadla,i "azurowego rybolowa" z ogonem tak krotkim,jakby wyskubanym w
    potyczce o rybke z innym rybolowem.Wyruszamy do Cairns wsrod
    przepieknej scenerii.Po jednej stronie drogi mamy gory, porosniete
    calkowicie lasami tropikalnym,a to przy wysokosciach ponad 1500m
    wyglada niesamowicia,a z drugiej strony dojrzewajace plantacje
    trzciny cukrowej,ktora kwitnie poruszajac, w lekkiej bryzie,
    trawiasta grzywa rozwianego kwitniecia.Niektore z nich,wsrod tych
    olbrzymich pol, przekraczaja wysokosc 4 metrow i wygladaja jakos tak
    niesamowicie,jak proporce jakiejs
    nieprzebranej,trzcinowej armi gotowej do trzcinowego ataku.Te wyzsze
    trzciny maja rozwiane "wlosy", podobne do ogonowych pior strusia, i
    wszystko w tym tropikalnym,zimowym sloncu wyglada
    przewspaniale.Kiedy widzi sie taka roznorodnosc zycia w tropikach,
    albo nawet takie wielo-ilosciowe bogactwo jednego gatunku owada czy
    drzewa, to jakos automatycznie nasuwa sie pytanie,jak mysmy to sobie
    wymyslili,ze podstawowa jednostka egzystencji jest pojedyncza
    jednostka oddzielona od wszystkich innych ,czyli odseparowana?
    Separacja jest czyms w co wierzymy i uczymy sie w szkolach, i
    dlatego tyle na tym swiecie zla ,gwaltu,destrukcji i wojen.Niszczymy
    wszystko, a szczegolnie pobratymca homo-sapiens'kiego, z
    niesamowitym okrucienstwem wlaczajac do tego niszczenia wszelkie
    mozliwe religie.Aborygeni mieli swoje wierzenia opierajace sie na
    wartosciech wspolnego istnienia,koegzystencji wszystkiego ze
    wszystkim, i Ich wiezi rodzinne byly,i sa,niesamowicie silne.Czemu my
    ciagle,z uporem maniaka, widzimy te separacje,i zatruwamy
    wode,powietrze ,ziemie i samych siebie z intensywnoscia, i
    systematycznoscia naukowego wariata? Nie przepadamy za innoscia
    pogladow,szczegolnie pogladow szanujacych wszystko i wszystkich,a
    pochodzacych od Aborygenow, uwazanych przeciez ciagle za cos
    nizszego,glupszego i prymitywnego.W psa znowu wpil sie kleszcz, i po
    przyjezdzie do Cairns dal znac o sobie podtruwajac suke trucizna
    powodujaca zachwianie rownowagi.Wygladala podobnie do "dajacych w
    szyje".Zostaje w Cairns kilka dni.Lubie to miasto koloru,ciepla,
    zieleni i niesamowitgo spokoju.Cairns wita rocznie okolo 1 miliona
    turystow ,i jako miasto turystyczne nie posiada prawie zadnego
    przemyslu. Operuje zupelnie inaczej niz inne, tej wielkosci
    miasta;jest spokojne.Chodze po Cairns i ogladam
    sklepy,kafejki,piwiarnie,jadlodajnie,ludzi i dzieci.Zima,ale jest
    slicznie, cieplo i slonecznie.Kwitna jakies rosliny,ktore gdzies
    indziej przestaly juz
    kwitnac,ale tutaj ma to zupelnie inny wymiar,wymiar czasowej
    rownosci dojrzewania.Nie widze nigdzie zlosci,klotni czy
    nieprzyjemnosci ludzkiego zachowania.Natura lagodzi wszystko
    klimatyczna dobrocia zimowego piekna, i to sie czuje.Cieplo emanuje
    z ludzkiego przezywania.Nikt sie nigdzie nie spieszy ,a czas cichego
    picia kawy, i jedzeniowej kontemplacji, odganie wszelkie zlo z tego
    kontynentalnego kraju.Zapach egzotycznych perfum, i roznorodnosci
    zimowego kwitniecia, uspokaja ludzkie percepcje miastowego niepokoju
    i nastraja radoscia zimowego,tropikalnego przemijania.Bylem W Cairns
    7 razy,ale jakos zawsze jade tam z radoscia.

  • 26.09.09, 21:16
    Wczoraj w nocy obudzilem sie w kompletnie innym swiecie.O 4
    rano ,pomimo,ze slonce wschodzi o 5.40,cale niebo bylo pomaranczowo-
    czerwone.Wygladalo to tak, jakbysmy cala Ziemia wyladowali na
    Marsie.Widok byl tak niesamowity,jak przed apokaliptycznym
    zniszczeniem,a wszystko to przez niesamowite wiatry z Poludniowej, i
    Centralnej Australii, porywajace miliony ton czerwonego kurzu,
    przenoszonego pozniej na wysokosci kilku kilometrow i powodujacego
    czesto prawie calkowite zaciemnienie miast i okolic.Okolo 3 ml km2
    zostalo pokryte warstwa kurzu,a teraz to wszystko przemieszcza sie
    do Nowej Zelandii.Cale wschodnie wybrzeze,od Melbourne do Zatoki
    Karpenteria,dostalo swoja doze kurzu, a glowna "chmura" miala okolo
    400km szerkosci i 2000 km dlugosci wznoszac sie na wysokosc 7 km.Ja
    nigdy nic takiego nie widzialem,a przeciez rozne kurzawki nie sa mi
    obce. Wszystko trwalo gdzies do 1.30 PM ,a swiatla jarzeniowe
    swiecily w tej kurzawicy z niebieska poswiata. Oprocz
    tego w czesci NSW spadl grad wielkosci pilek tenisowych, demolujac
    domy i samochody w jednakowej proporcji.Sydney doswiadczylo 12
    godzinnej kurzawicy,ale niektore miasta sa zaciemnione przez 2-3 dni
    podczas takich dziwnosci pogodowych.Kurz jest zwykle konsystencji
    maki i w dotyku troche "tlusty" wiec zmywanie mokra scierka powoduje
    raczej lekkie blotko.Takie chmury kurzowe zbieraja sie przez 2-3
    dni, wznoszac sie w poczatkowej fazie na kilkaset metrow, i
    wygladaja podobnie do gigantycznych fal morskich przed uderzeniem w
    brzeg.Caly widok jest kompletnie surrealistyczny, i jakby wyjety z
    innej planety.Podobno w te niedziele bedziemy mieli powtorke.Tym
    razem zamkne wszystkie okna.
  • 27.09.09, 10:51

    Wczoraj o 4.30 nad ranem dotarla do nas druga fala
    kurzawicy ,ktora najpierw zaatakowala Broken Hill(okolo 1000km na
    poludniowy/zachod od Sydney) i okolice. Ta dzisiejsza nie byla tak
    gesta, i mocna w kurzu,jak jej poprzedniczka,ale wszystko wygladalo
    niesamowicie szaro, podobnie do ciezkich chmur deszczowych.Rozwialo
    sie to wszystko gdzies kolo 9-tej rano ,ale niesamowicie silny wiatr
    gania dalej, w roznych kierunkach, jakies pozostalosci mialkiego
    kurzu.Podczas tej wtorkowej kurzawicy staralem sie raczej przebywac
    w pomieszczeniu zamknietym,gdyz ten drobniutenki kurz wciska sie
    wszedzie i ludzie maja problemy z oddychaniem i oczami.Maska,jezeli
    jestes poza domem,jest raczej koniecznosci,poniewaz mozna sie nawet
    nabawic pylicy.Chyba ciut przesadzilem,ale zdrowe to to nie jest.Ta
    wtorkowa ,gigantyczna burza,"pozabierala" rolnikom gorna warstwe
    urodzajnej ziemi i przeniosla ja gdzies w inne miejsce.Farmerzy
    mowia,iz beda potrzebowali kilku lat,zeby
    odbudowac te dobre wartsci "uprowadzonej" ziemi,ktora stracili w tym
    sztormie,ale oni zawsze na cos narzekaja wiec nie jestem taki pewien
    czy ta druga fala kurzawicy nie przyniosla czegos rowniez dobrego, w
    miejsce tej poprzedniej,porwanej. W Broken Hill , w ostatni wtorek,
    najpierw przyszla pomaranczowa,a pozniej czarna chmura tego kurzu, i
    zasypala kompletnie wszystko. O 3 PM dalej bylo bardzo ciemno,a
    widocznosc czasami nie przekraczala.... 2 metrow. Cos
    niesamowitego.Akcja odkurzania zajmuje okolo 7 dni,gdyz ten
    drobniutenki pylek ,nawet po przejsciu kurzawico/wichury, ciagle
    unosi sie w powietrzu i nawet,jak wszystko wydaje sie czyste, to
    nastepnego dnia musisz zmienic zdanie o czystosci czegokolwiek.Ten
    grad,ktory spadl kilka dni temu,gdyby byl okragly to jeszcze jakos
    mozna by cos tam ratowac,ale on spadl w formie maczugi pankowskiego
    uczesania, i tlukl wszystko z moca pierwotnosci.Ta najstarsz
    generacja,ktora ja tutaj znam,a ktora ma ponad 93
    lata,nie widziala czegos takie.W sobote po poludniu Broken Hill
    zostalo znowu "zaatakowane" przez te pogodowa dzikosc, i kurz moze
    stac sie brokenohillska codziennoscia.
  • 01.12.10, 14:49
    My dotarlismy do Broken Hill 4 dni pozniej niz Ty...kurzawica dla Nas zaczela sie juz w Wilcanii.
    Widok byl niesamowity, gdyz susza zmusila tysiace kangurow do pasienia sie przy drodze na nielicznych kawalkach trawy.
    Jako rezulatat uboczy minelismy od tegj miejscowosci setki lezaczych na poboczach oraz wprost na drodze glownej korpusow, ktore asystowane byly przez kruki ' ravens'.
    Z Broken Hills udalismy sie w tym tygodniu do Silver Town - miejsca, gdzie zdolano nakrecic 180 filmow/komercjalnych klipow. Lokalny karavan park nie dal mozliwosci abysmy sie rozbili, gdyz burza piaskowa wciaz tam trwala i proszyla w oczy.
    Good news - od znajomych obecnie podrozujacych w tej czesci - wszystko jest zielone. Wody i deszczu bez liku...

    Tak wiec - co widziales jest historia. Co my doswiadczylismy tez...haha

    My bylismy w Broken Hill tylko w drodze na pustynie.
    Burza piaskowa, ktora Nas po drodze spotkala, wraz z malymi 'twirly' czyli torndo to normalne zjawiska tam. Po takich samochod jest do przegladu calkowitego, bull dust zapycha niestety wszystko...

    Pozdrawiam
    Kan
  • 18.10.09, 10:23
    Kazdy kraj,w tym naszy przepieknym swiecie, pozbawiony lub
    pozostawiony bez rzadu staje sie w niedlugim czasie
    bandycko/korupcyjno/awanturna jednostka.Nie potrafimy rzadzic sie
    bez rozkazow z "gory",a szczegolnie meski rodzaj tego swiata jest
    podatny na wszelkiego rodzaju "naprawianie", bez wzgledu na koszt
    tego "naprawiania",oraz inna opinie innych.Kobiety,w podejmowaniu
    jakichkolwiek decyzji ,nie maja najmniejszego prawa glosu-
    szczegolnie w krajach afrykansko/muzulmanskich- pomimo,iz te decyzje
    dotycza tych kobiet najbardziej.Somalia nie jest jakims specjalnym
    wyjatkiem w tej burdo/drace dominujacej jej zycie od 20 lat,a
    bedacej efektem tylko i wylacznie meskiego zarzadzania.Kraj,
    przypominajacy na mapie ksztalt konika morskiego, jest dwa razy
    wiekszy od Polski i jest w stanie ciaglej wojnie ze soba, i swoimi
    obywatelami, od pierwszej chwili bezrzadowia. Gorna,polnocna czesc
    Somalii jest w rekach jakichs "rzadowych"frakcji, awanturujacych sie
    o
    wszystko ze wszystkimi,a dolna,poludniowa czesc, od Mogadiszu w
    strone
    "konikowego ogona",jest zajeta przez organizacje uwazana obecnie za
    terorystyczna, Al Shabab.Na terenach zajetych przez Al Shabab
    (mlodosc,mlodziez), najtezsze glowy meskie szkola mlodziezowcow
    somalijsko/muzulmanskich do walki o zmiane rzadu w Somalii. Uczy sie
    tych mlodych gosci ,jak maja pieknie zabijac,wysadzac i demolowac
    wszystko i wszystkich majacych inna opinie, i inne zdanie od zdania
    przywodcow Al Shabab. Shabab'owcy zajeli w tych walkach ladny
    kawalek kraju.Wytlukli nawet w Mogadiszu kogo sie tylko dalo,
    wprowadzajac na zajetych przez siebie terenach prawo
    szarijatu.Kobiety,ktore od wiekow chodzily w tym goracym,
    lagodno/sunnicko/muzulmanskim kraju ubrane w kolorowe,lekkie rzeczy,
    musza obecnie ubierac sie na czarno.Nie mezczyzni, tylko Kobiety
    maja nosic te stroje, gdyz tak to sobie wymyslil ten
    wspanialy,madro/wszystkowiedzacy, Koranem potrzacajacy meski patron
    zdobytych terenow.Przez dwa dni,po wydaniu takich cudnych zarzadzen,
    bylo wszedzie
    dosyc spokojnie,ale trzeciego dnia,jakis naj/najmadrzejszy, z tej
    wspanialej, rzadzacej gwardii oglosil,z ladnym wydaniem Koranu w
    rece, iz srebro, zloto i inne szlachetne metale sa "metalami
    proznosci Zachodu", i jako takie nie maja prawa bytu,i podlegaja
    konfiskacie, na terenach objetych szarijatem.Wobec tego cala ludnosc
    zajetych,szarijackich terenow,zostala zmuszona do oddania wszyskiego
    co przypominalo zloto,srebro i inne "proznosci Zachodu",ale, zeby to
    wszystko wygladalo rzeczywiscie bardzo, bardzo powaznie,zdecydowano
    pozbawic zyjacych obywateli wszystkiego co ma nawet najmniejszy
    zwiazek ze srebrem i zlotem ,lacznie z... UZEBIENIEM!!!Na takie
    zalatwienie sprawy nawet germanski umysl nie wpadl podczas swoich
    wojenek,ale przeciez postep jest zawsze mile widziany.Podobno teraz
    Etiopia wkracza, po raz ktorys, na tereny somalijskie i tlucze
    wszystko i wszystkich nie chcac miec pod bokiem, w swoim katolicki
    kraju,takiego madro-narwano-szalonego
    sasiada.Patrzac na to wszystko z perspektywy somalijskiej wydaje mi
    sie,ze nie powinnismy miec zadnych watpliwosci, iz zyjemy w
    szczesliwych krajach,nieprawdaz?
  • 05.12.09, 20:53
    George,kilka miesiecy temu, stal sie stalym rezydentem w mojej
    pracy ,ale bedac dotkniety demencja nie mial prawie zadnych
    wymagan , poniewaz to co chcialby miec, lub zrobic, zaraz przepadalo
    gdzies w Jego "zapomnianej" pamieci. Mieszkal na parterze, w
    naroznym mieszkanku, za ktorego oknem byl chodnik i plot, oddzielony
    od chodnika metrowym ogrodkiem. Za plotem mieszkal zamozny lekarz
    polskiego pochodzeni, i dwa psy pilnowaly jego zamoznosci dzien i
    noc, szczekajac na przechodzacych przechodniow,w potrzebie i bez,
    czym wprawialy Georg'a w bardzo wojowniczy nastroj. George,
    szczuplutki, malutenkiej posturki, i dobrze po 80 -tce, lapal, z
    niesamowita zrecznoscia, dlugi waz do podlewania ogrodu i moczyl te
    szczekajace psy, ktore,moczone woda, szczekaly jeszcze bardzej.
    Ganiali sie tak po obu stronach plotu, one na calej jego dlugosci,a
    On do dlugosci ograniczonej dlugoscia wezowej gumy, bez specjalnej
    krzywdy dla ktorejkolwiek
    ze ston.Musialem odlaczyc Mu tego weza , poniewaz inni rezydenci
    byli zaniepokojeni nieustajacym harmidrem i Georg'a
    aktywnoscia.Musze przyznac, iz nigdy nie widzialem "walczacego "
    Georg'a w zly humorze. Wygladal raczej na zadowolonego tak, jakby ta
    cala draka byla Jego ulubiona zabawa. Po zlikwidowaniu weza,George
    zaczal podlewac swoj ogrodek odkrecajac po prostu wode,i tlumaczac
    mi, iz ona sama , po kilku godzinach,bez pomocy weza, rozprzestrzeni
    sie ladnie po ogrodzie. Ciezko bylo z Nim polemizowac, gdyz to co
    mowil bylo prawda. Po 5 godzinach "podlewania", Jego ogrod
    byl,rzeczywiscie,nasaczony woda. Musialem, droga kompromisu,
    zainstalowac krociutkiego weza. W swoim malutkim mieszkanku posiadl
    George maly, bialo -czarny telewizor, 50-cio letnia kanape, 2 wedki,
    ktore mialy przypominac Mu o checi zlapania jadalnej rybki, oraz
    metrowej wysokosci lodowke pelna twardych jablek, kolo ktorej lezal
    gigantyczny mesel z polkilogramowym
    mlotkiem.Zapytany po co Mu takie dziwne narzedzia w kompletnie
    niezagospodarowanej kuchni odpowiadal, iz mesla z mlotkiem uzywa
    do "meslowania" jablek, ktore przeciete na pol staja sie bardzej
    miekkie,a te polowki,"zmeslowane" na cwiartki, czynia te cwiarteczki
    bardzej zajadliwe i, z wielka zrecznoscia, demonstrowal mi swoja
    inwencje "zmiekczania" jablonnych owocow. Wygladalo to wszystko
    dosyc dziwnie, ale moze te zmeslowane jabluszka rzeczywiscie miekly
    pod zrecznym meslem Georg'owego cwiartowania. Kiedy zapytalem sie Go
    czy nie moglby zosemkowac tych cwiartek ,czyniac nawet te
    najtwardsze jabluszka odpowiednie dla niemowlecego podniebienia ,
    popatrzyl sie na mnie, jak na szalenca.Pamiec Jego nie siegala az
    tak daleko, zeby je osemkowac. Cwiartkowanie bylo Jego calkowita
    mozliwoscia.
  • 20.12.09, 11:07
    Jakies dwa i pol roku temu wprowadzila sie do osrodka ,w ktorym
    pracuje, 86-cio letnia,filigranowa kobietka z dwoma synami,weteranmi
    wojny wietnamskiej.Kazde z nich zamieszkalo w oddzielnym
    mieszkaniu.Przeprowadzili sie z Katoomby, z Gor Blekitnych,po
    sprzedazy domu,ktorym nie mogli, lub nie chcieli sie juz
    zajmowac.Decyzja o zmianie okolicy zamieszkiwania nalezala do
    June.Synowie nie mieli nic do powiedzenia. W nowym miejscu Ona
    decydowala,kto,gdzie i w jakim mieszkaniu ma zamieszkac.Bedac oddana
    katoliczka trzymala swoich dwoch synow w ryzach z twardoscia
    inkwizycyjnego klechty.W miedzyczasie pochowala meza i
    trzeciego,najstarszego syna,ktory zginal w wypadku samochodowym w
    USA.Dwoch mlodszych synow nigdy sie nie ozenilo,gdyz zadna z dawnych
    kandydatek nie odpowiadala kryteriom matki.Widzialem armijne zdjecia
    Jej dwoch synow i obaj wygladali,w tamtych czasach, dosyc
    przyzwoicie,ale decyzja matki byla ostateczna i niepodwazalna w
    wymogach synowskich
    zon.Zostali kawalerami i oddawali sie,oprocz nieustajacej opiece nad
    matka,lepieniu modeli latajacych i komputerom. W wieku 50 lat
    roztyli sie i mieli duze problemy zdrowotne.Rok temu,po
    krotkiej "walce",zmarl na raka prostaty sredni
    syn ,Warren.June,zaraz po wprowadzeniu sie do Osrodka wygladala na
    niezniszczalna kobietke. Patrzac sie na nia nikt nie dalby Jej tyle
    lat ile miala.W swoim mieszkaniu zainstalowala sobie duze, i
    niesamowicie mocno powiekaszajace lustro, w ktorym,z lekim
    przymrozeniem oka,mozna by zobaczyc zywego wirusa.Twierdzila,po
    zainsalowaniu tego lustra, iz musi sprawdzac swoj postepujacy proces
    starzenia ,zeby przygotowac sie, w odpowiednim momencie, do odejscia
    z tego swiata.Rzeczywiscie, przygotowywala sie do odejscia planowo i
    bardzo skrupulatnie.W swoim mieszkaniu,o wysokosci sufitu 3.8 metra,
    miala ponad 50 obrazow,przewaznie religijnych, w niesamowitych
    rozmaitosciach wymiarowych,a porozmieszczanych na calych scianach,az
    po
    sufit.Nikt nigdy nie slyszal zadnego stukania w Jej mieszkaniu wiec
    zastanawialismy sie,kto Jej to wszystko mogl tak wysoko pozawieszac?
    W oknie kuchennym byly dwa anioly wyciete z jakiejs zlocistej
    blachy,a w koronie glowy kazdego z nich swiecilo sie rubinowe
    serduszko symbolizujace milosc.Przy drzwiach wejsciowych byly
    umieszczone 3 anioly , z tym ,ze jeden z nich byl zawieszony na haku
    wygietym polosemkowo, i mial,oprocz serduszka rubinowego w koronie
    glowy,dwa "diamentowe" szkielka w gornej czesci skrzydel
    symbolizujaca jego hierarchiczna wyzszosc nad czterema pozostalymi,
    anielskimi kompanami. W sypialni miala June dziesiatki korali,
    umieszczonych na specjalnie w tym celu zamontowanych 23 hakach
    drzwiowych,a zrobionych z nierdzewnej stali z takaz sama,nierdzewna
    podstawa, pod ktora znajdowala sie cieniutenka poduszeczka obszyta
    zielonym,bilardowym materialem.Wszystko bylo pieknie umieszczone z
    tylu drzwi,a poduszeczka tlumila odglos uderzania
    korali o drzwi przy ich otwieraniu. Pod lozkiem znajdowalo sie,
    ladnie poustawianych, kilkanascie par czulenek z elegancko
    zwinietymi polponczoszkami w kazdym prawym buciku.Dwie szafki w
    glowie lozka byly zajete przez Biblije i Ukrzyzowanego.Wiele razy
    zdarzylo mi sie zastac Ja w lozku ubrana tak jak do trumny, z
    biblijnym bogiem po prawej i ukrzyzowanym po lewej.Ci bogowie
    podlegali dziennej roszadzie ,gdyz June nigdy nie byla pewna co do
    waznosci
    praworecznej pozycji ktoregokolwiek z nich.Pierwszy raz,kiedy
    zastalem Ja w takiej pozycji, po zaproszeniu o pomoc w czymstam,
    myslalem ,iz odeszla z tego swiata i zastanawialem sie czy moglbym
    zbadac Jej puls metoda filmowa,ale mnie uprzedzila ozywajac i
    straszac zarazem.Pokazal mi wtedy swoich szafkowych bogow
    ustawionych w odpowiedniej,katowej pozycji tak,zeby linie
    srodkowosci boskiej przecinaly sie w zlaczeniu Jej obutych
    stop.Szafkowi bogowie,Jej glowa i zlaczone stopy tworzyly bardzo
    misterny,swiety trojkat. Korale, w pokoju przygotowywanego odejscia
    z tego swiata, tworzyly niesamowita mozaike kolorystyczna i byly
    dobierane do odejsciowj pozycji odpowiednio do pogody.Jasniejsze
    byly zakladane w ciemniejsze dni i odwrotnie.Lodowka w kuchni
    przypominala trzystronna tablice ogloszen,ktore to "ogloszenia"
    mialy podpowiadac Jej to czego nie pamietala, ale ogolnie mowiac nic
    specjalnie dlugo nie zostawalo w Jej pamieci wiec ilosc kartek rosla
    w
    grubosc.Do chwili
    smierci drugie syna wygladalo na to ,iz jest w stanie przezyc Ich
    wszystkich.Wiele razy zanjdowalem Ja w ogrodku na ziemi, do
    ktorego wpadala przy porannym usuwaniu chwastow.Lezala sobie w tym
    nieduzym ogrodku podwachujac kwiaty w hryzontalnej pozycji i
    czekajac na kogos z pomocna dlonia.Nigdy sie na nic nie
    skarzyla.Wyciagnieta z ogrodka otrzepywala sie z zaklopotaniem
    wielkopanskiej damy znalezionej w faux-pas'ksowskiej pozycji.June
    wywracala sie tez na betonie,spadala ze schodow,gubila klucze
    rozbijala sobie glowe i nogi,ale jakos dolegliwosci fizyczne nie
    dotykaly Jej samopoczucia.Kilka miesiecy temu stwierdzila
    autorytatywnie,iz dalej wyglada atrakcyjnie, czym wprawila sie w
    niezla dume. Po takim autorytatywnym stwierdzeniu postanowila odbic
    mlodszej,ale rowniez filigranowej rezydentce,Peggy,amanta
    rezydentowego dotknietego powaznym problemem zdrowotno-
    alkoholowym.Afera byla nieslychana,gdyz w obecnosci Toma, pasywnego
    amanta, doszlo do niesamowicie glosnej awantury,po ktorej
    Peggy,zalana lzami, uciekla do domu .Afera chyba Jej specjalnie nie
    dotknela,gdyz kilka dni
    pozniej znalazlem Ja w ogrodzie w dobrym samopoczuciu,obejmujaca
    kwiaty w embrionalnej pozycji.Przepraszala mnie znowu za
    klopot,kierujac reke w strone nieba na niewytlumaczalnosc
    Jej "upadlosci" ogrodowej.Jakis miesiac temu oznajmila nam
    wszystkim ,iz wyprowadza sie do osrodka ,w ktorym moze dostac
    wieksza opieke,poniewaz ostatnio przestala dopisywac Jej pamiec i
    nie bardzo wie ,jaki jest dzien, co powinna jesc,jezeli wogole,jakie
    przyjmowac lekarstwa i gubi sie w swoich obliczeniach odnosnie wizyt
    lekarskich.Mowila prawde,gdyz rzeczywiscie sie we wszystkim ciutenke
    pogubila.Ostatniego syna gnebila telefonami o najroznieszych
    godzinach nocno/rannych pytajac sie o termin wizyty lekarskiej i
    Greg,widzac postepujaca demencje, zdecydowal sie na drastyczny krok
    rozstania z matka.Kilka dni temu, po owarciu Osrodka pare minut po
    siodmej, zobaczylem Ja popychajaca kolkowy chodzik w strone
    rezydenckiej biblioteki. Zapytalem sie Jej co sie stalo,ze wedruje
    sobie
    gdzies tak raniutenko? Przyjrzala mi sie przez chwile z brwiami
    podniesionymi do gory,a symbolizujacymi zdziwienie duzego znaku
    zapytania, i podnoszac reke do gory odslanila duzy, mowiacy zegarek,
    ktorego wystajacy przycisk nacisnela kciukiem, i oboje uslyszelismy
    glosny anons godziny 7.15.Pokazala mi reke,ktora nacisnela
    mowiaca,cyferblatowa czasowosc i stwierdzila,ze wedruje do syna,
    poniewaz sadzi,iz ma zlamana reke.Zapytalem sie Jej,jak to sie
    stalo,a Ona, po chwili zastanowienia , powiedziala mi,ze chyba
    wlozyla ja w drzwi,ale tak naprawde to nie jest tego pewna.Chcialem
    Ja odprowadzic,ale grzecznie odmowila i "pomknela" z chodzikiem do
    syna po jedna z ostatnich,synowskich rad.Za kilka dni wyprowadza sie
    do tego bardziej "opiekunczego" osrodka.Lubie Ja za ten hart
    nieupadlego ducha popartego duzym optymizmem.
  • 17.01.10, 12:13
    Po ponad 4 godzinach lotu wyladowalem w Miedzynarodowym Porcie
    Lotniczym w Broome, gdzie 20 sufitowych wiatrakow staralo sie
    ochlodzic samolot podroznych czekajacych na swoje bagaze. Czekalem
    na zewnatrz- wiatraki nie chlodzily, ale dawaly zludzenie dobrze
    prosperujacej instytucji.Tropik ma swoj specyficzny zapach, ktory
    lubie i w ktorym czuje sie dobrze.Przy wyjsciowych drzwiach jakis
    spocony miejscowy koles proponowal podroz autobusowa taksowka do
    mojego miejsca przeznaczenia. Dalem sie namowic; cena byla
    przystepna -$8 , ale to tylko dlatego, iz miasto z 14000 populacja
    nie jest strasznie rozlegle, chociaz, jak mnie poinforowano, podczas
    sezonu "rozrasta" sie dwukrotnie.Mieszkalem przez jedna noc w nowo
    wybudowanym hotelu dla back-packers, czyli dla podrozujacej
    mlodziezy od 16 do 99 lat. Poniewaz jeszcze mieszcze sie w
    przedziale wiekowym wiec dano mnie do 30 letnego hydraulika
    pracujacego gdzies w kopalni, i jakiegos dziwnie chrapiacego
    goscia , ktory przed pojsciem spac siedzial pod drzwiami naszego
    pokoju przez dobra godzine nie wymawiajac jednego slowa, ale jak
    wszedl do srodka to usnal natychmiast z tak srasznym chrapem,ktory
    moze byc tylko spowodowany, wedlug moich ocen, alkoholowo-
    narkotykowa orientacja. Swoja droga hydraulik nie byl w niczym
    lepszy od powyzszego goscia, gdyz dal tak w gaz z kopalnianymi
    kolesiami, iz usnal z nogami tak brudnymi, jakby wyszedl z kopalni
    wegla w ktorej nie tylko nie wolno bylo sie myc, ale takze
    oddawanie gazow bylo zabronione pod kara smierci, wobec tego w
    pokoju folgowal sobie przez sen z systematycznoscia
    pietnastominutowego zegarka szwajcarskiego, zatruwajac siebie,
    wszystkie zywe tropikalne stworzonka z sasiadem gazownikiem
    wlacznie. Wychodzac z hotelu o 8.30 widzialem go wciaz lezacego na
    boku i pierdzacego dalej wnieboglosy. Nie spalem cala noc i bylem
    wdzieczny Niebu, iz umiescilo mnie kolo okna.Podroz zaczela mi sie
    pieknie. Dokladnie o 8.30 przyjechal po mnie gosc w wynajetym przeze
    mnie samochodzie i odwiozl mnie do biura w celu wypelnienie
    blankietow formalistycznych zapewniajacych ich- wynajemcow- o tym,
    ze ja to jestem ja ,a oni to sa oni, informujac mnie rownoczesnie
    o wzajemnych prawach i... ruszylem do innego back-packer'owskiego
    hotelu wynajmujac pokoj dla siebie z 3 lozkami, w tym jedno
    podwojne. Pokoj dostalem z tylu hotelu, gdzie cisza byla
    przyjemniejsza niz w jakimkolwiek innym miejscu tego kompleksu, a
    sasiad, Anglik, pracujacy w recepcji, zajmowal sie, oprocz pracy,
    siedzeniem , paleniem i piciem duzych ilosci piwa nie przyczyniajac
    sie tymi zajeciami w zaden sposob do przerywania ciszy nocnej.
    Znalismy sie po imieniu i rozmawialismy ciutenke o pilce noznej bez
    jakiejkolwiek perspektywy konfrontacji. Miasto jest male i czyste i
    wedrujacy ciagle Aborygenii, w poszukiwaniu alkoholowych procentow,
    nie psuja milego, kosmopolitycznego nastroju tego miasta. Oni
    przypominaja mi eratyczny lot motyla.Kolorowo ubrana, pijana i bosa
    Aborygenka, biegnie ze sluchawkami na uszach trzymajac w reku przed
    soba CD-player, zeby po chwili zerwac sluchawki z glowy, oddac je
    jakiemus Aborygenowi, wyrwac mu je z reki po 30 sekundach , nalozyc
    je na uszy ponownie, usiasc na lawce, poderwac sie po kilku
    sekundach , oddac je znowu komus innemu, odebrac, pogrozic piescia
    bog wie komu, zamienic pare slow z opitym kompanem, kopnac kogos w
    tylek bez powodowania draki, usmiechnac sie do mnie , jakbysmy sie
    znali od stuleci i wszystko o sobie wiedzieli, przejrzec sie w
    szybie wystawowej, poprawic cos na glowie i za sekunde zburzyc to
    cos co bylo poprawione i..... tak przez caly dzien. Ci pijacy
    nazywani sa "miastowymi", a ci inni, niepijacy , bushy [ buszi ] i
    obie spolecznosci, o dziwo, traktuja siebie z szacunkiem. Drugiego
    dnia pobytu w Broome wpadla na mnie, wczesnym popoludniem, pijana,
    dosyc mloda, "mieszana" Aborygenka. Oparla mi glowe na ramieniu
    i ,zionac latami nieprzetrawionego alkoholu , wyszeptala,. "
    Teressssss.... aaa jestem. Musisz mi pomoc." Zainteresowala mnie tym
    polsko brzmiacym imieniem wiec sie zapytalem , jak moglbym Jej
    pomoc? " Musisz mi dac swoje szorty, poniewaz nie moge sie pokazac
    w domu bez spodni." Zapytalem sie Jej ,gdzie ma swoje szorty?
    Powiedziala ,ze ktos je ukradl. Powiedzialem Jej, iz oddajac Jej
    swoje szorty sam zostane bez spodni, a to mi nie odpowiada.Przez
    moment zapadla myslowa cisza po czym dodalem , ze moze poszukac
    gosci , ktorzy chodza w dwoch parach spodni. Zamyslila sie nad tym
    przez chwile po czym powiedziala, iz tak bedzie musiala zrobic.
    Rozstalismy sie po przyjacielsku.Ciekawe , kto mogl Jej te szorty
    ukrasc.
  • 23.01.10, 13:02
    Kilka tygodni temu w Adelajdzie, malzonka, w hinduskim
    malzenstwie, stwierdzila autorytatywnie,tak przynajmniej wyglada to
    z zeznan policyjnych,ze penis jej meza jest/byl jej wylaczna
    wlasnoscia i,pomimo niezachwianej wiernosci meza,postanowila wejsc w
    jego posiadanie na zawsze, pozbawiajac meza penisa przez
    podpalenie.Dodala mezowi cos do lepszego snienia,a kiedy on legl
    spokojnie w malzenskim lozu, wysmarowala mu ten obiekt swojej
    zazdrosci jakas tlusta mazia, i podpalila.Maz,zanim sie dobrze
    ocknal z tego "wspomaganego" snu, nie mial juz pol czlonka ,a reszta
    penisa plonela pieknie wspomagana tluszczem penisowego
    topnienia.Gosc, w szale ugaszenia resztek plonacego
    siusiaka,podpalil lozko, sypialnie i reszte domu tak elegancko,ze
    kiedy straz pozarna dotarla do nich wezwana przez sasiadow, to cale
    domostwo plonelo juz pieknie niezgaszalnym ogniem .Meza nie udalo
    sie uratowac,a straty podpalenia wyniosly okolo 1 mil
    dolarow.Malzonka
    tlumaczyla sie,iz ona nie chciala takiego zakonczenia, ale to i tak
    nie zmienia faktu,ze spedzi za kratkami kolo 15/20 lat.Zastanawiam
    sie, jak ona to sobie wykombinowala,iz podpali mezowskiego penisa-
    Hindusi sa strasznie owlosieni- bez podpalenia czegokolwiek innego?


    P.S.Od kilku dni ocieramy sie o czterdziesto-stopniowki i mury sa
    nagrzane do stanu niedotykalnosci.Ja mkne na dwa tygodnie na
    Tasmanie i bede w Sydney kolo 12 lutego.Tam jest ciut chlodniej.
  • 21.02.10, 09:52
    John Patterson byl wieloletnim pracownikiem australijskiego
    giganta telekomunikacyjnego,Telstra,i jako elektronik, z 20-sto
    letnim doswiadczeniem, zajmowal sie projektowaniem,testowaniem i
    nadzorowaniem systemu cyfrowego dla przekaznikowych wiez
    telekomunikacji bezkablowej.
    John byl bardzo dobrym pracownikiem, i do pewnego momentu wszystko
    wskazywalo na to,iz zakonczy swoja dlugoletnia wspolprace z Telstra
    bez specjalnego problemu ,lecz kiedy po przeniesieniu Go do jakiegos
    Centrum Telstry, polozonego pomiedzy dwoma wiezami telefonii
    komorkowej, zaczal chorowac na jakies przedziwne choroby,wszystko
    uleglo radykalnej zmianie.Pierwszymi objawami byly symptomy podobne
    do grypy,pozniej,co 7-10 sekund, dostawal skurczu miesni i czkaly Mu
    pluca,a po miesiacu serce zaczelo pracowac zupelnie inaczej
    powodujac napady strachu.John pisal do przelozonych
    przenajrozniejsze pisma o swoim podupadajacym zdrowiu, i
    niebezpiecznej radiacji,ale kierownictwo zupelnie Go ignorowalo
    twierdzac,ze wszystko jest zgodne z normami ONZ-tu i..., po kilku
    miesiacach nieustajacej korespondencj, przeniesiono John'a w stan
    spoczynku dajac Mu zwolnienie chorobowe.John przeszedl na
    to "ochotnicze",chorobowe zwolnienie ,ale dalej kontynuowal swoje
    dochodzenie, wedrujac ze swoimi raportami nawet do Rzadu Federalnego-
    The Australian Standards Committee-zwiazanego z ekspertami od
    radjacji,lacznie z ekspertami wojskowymi.John pisal,ze: "Z
    pomiarow,ktore zebralem wynika,iz radjacja wiez telekomunikacyjnych
    niszczy bioelektryczny system naszego ciala,ktory jest aktualnie
    naszym mozgiem i systemem nerwowym,czyli systemem napedzajacym nasze
    miesnie ,organy i caly uklad komorkowy, potrzebny do sprawnego
    funkcjonowania naszego calego ciala.Taka "wiezowa" radiacja powoduje
    kompletne zalamanie sie funkcji naszego organizmu." John twierdzil
    rowniez,ze nasza pamiec kompletnie zanika,a umieszczanie takich wiez
    w poblizu szkol,przedszkoli,szpitali i naszych domow jest czystym
    wariactwem, powodujacym u dzieci problemy z nauka,zalamania nerwowe
    i nerwice, a u chorych przedluzenie okresu rekonwalescencji,ale
    dalej nikt Go nie sluchal pomimo,ze John robil pomiary najlepszym,
    dostepnym miernikiem,ktorych tylko
    kilka jest w Australii,a osiagalnym tylko za jedyne 70 tysiecy
    dolarow. Zniechecony miesiecznymi przepychankami papierowymi z
    urzedasami Rzadowo-Telstrowymi, John postanowil przyciagnac uwage
    Telstry i mediow w inny sposob. Pewnego dnia "pozyczyl",od swojego
    przyjaciela, piekny,angielski woz pancerny z Pierwszej Wojny
    Irackiej -tylko 2 takie wozy pancerne sa w prywatnych rekach w
    Australii- i w nocy "zaatakowal" 6 wiez telekomunikacji komorkowej,
    niszczac cala instalacje,ktora przeciez sam projektowal,dozorowal i
    testowal.Nie mogl zniszczyc samych wiez,poniewaz takie wieze
    podchodza pod nomenkalture "infrastruktury publicznej", i
    zniszczenie czegos takiego mogloby narazic mieszkancow na
    niebezpieczenstwo,a Jego samego zamknietoby z
    etykietka "terrorysta",ale elektronika i przekazniki to zupelnie
    inna sprawa.Zatakowal to wszystko w nocy, ze wzgledu na
    bezpieczenstwo publiczne, a planowane zniszczenie mialo obejmowac 8
    wiez.Widowisko bylo jakby iscie
    wyjete z
    filmu amerykanskiego.Kilkanascie aut policyjnych,helikoptery, syreny
    i migajace swiatla dopelnialy pieknie tego widowiska. Po zniszczeniu
    6-tej instalacji ,jakis mlody,nie bojacy sie niczego policjant,
    wdarl sie na ten john'owski pojazd pancerny i spryskal John'a twarz
    gazem lzawiacym z bliskiej odleglosci,pozbawiajac Go normalnego
    oddechu i wzroku na ladnych kilka godzin.John zamknal wlaz do
    swojego pojazdu,ale jakos policja otworzyla to cudo z boku i...
    wywleczono John'a z tego pancerniaka. Nioslo Go szesciu chlopa tak
    samo, jak "czarni" niosa drewniany taran do rozbijania zamknietych
    drzwi.Wrzucono Go do policyjnego samochodu z hukiem
    rozbijanej ,johnowskiej glowy,aby zamknac Go pozniej w wieziennym
    szpitalu sydneyskiego wiezienia "Long Bail Jail". Tam zdiagnozowano
    Go jako mentalnie chorego,poniewaz John nie mogl mowic ze wzgledu na
    gazy lzawiace w organizmie,i ciezkie obrazenia glowy po
    poziomym ,krotkim,"samochodowym" locie.Ale John nie byl
    szalencem,wrecz przeciwnie.Po kilkudniowym ,szpitalnym pobycie
    rodzina John'a zorganizowala 2 psychologow gotowych zaswiadczyc,po
    szczegolowych badaniach, o Jego wspanialej poczytalnosci i, po
    zalatwieniu odpowiednich papierkow, wypuszczono John'a na wolnosc za
    kaucja.W miedzyczasie opinia publiczna dowiedziala sie co stalo za
    tym nocny atakiem samochodu pancernego, i w prasie,radio i TV
    zaczeli wypowiadac sie specjalisci od elektroniki,lekarze i
    publiczni eksperci od zdrowia, popierajac w 100% John'owskie badania
    i Jego wyniki pomiarowe.John bedzie odpowiadal z wolnej stopy za zle
    intencje calej tej demolki,ale akcja demolowania, i odpowiedzialnosc
    za nia , wyglada teraz zupelnie inaczej w oczach opinii publicznej.
    Nie majac przedtem zadnego poparcia w nikim,John ma teraz za soba
    opinie publiczna, z wieloma ekspertami wlacznie.Wyglada na to ,ze w
    takich sprawach demolowanie jest jedynym sposobem mogacym
    przyciagnac uwage medialno-publiczna.

    Buzia Zbyszek
    P.S.W nastepnym emailu napisze ciutenke o Tasmanii.






















  • 28.02.10, 13:11
    Mkne na te stara,aborygenska wyspe,na ktorej miejscowych
    Aborygenow nie ma juz od wieku, a ktorych historia siega tam minimum
    36 tysiecy lat wstecz.Przeszkadzali tam bialym "tubylcom" wiec sie
    Ich pozbyto tak samo zreszta ,jak i pozbyto sie Tygrysa
    Tasmanskiego.Teraz "wojuja" tam ci wszystkowiedzacy ,biali panowie
    tego Kraju, z przepieknymi,tasmanskimi lasami, wycinajac wszystko w
    pien i,jak to zwykle bywa w takich przypadkach,tlumaczenie jest
    jedno: money,money,money no i praca dla miejscowych wycinaczy.Kawalki
    pocietych drzew wysyla sie do Japonii,zeby tamci mogl przerobic te
    drobnice drzewna na papier i wyslac nam to przerobione cudo w postaci
    papieru toaletowego.Wspaniala kooperacja,nieprawdaz? Na lotnisku nie
    ma mojego nazwiska w komputerze,ale nic sie nie przejmuje,gdyz mam ze
    soba rezerwacje z Biura Podrozy wydrukowana pieknie na eleganckim
    papierze.W okienku Virgin Blue wszystko sie zgadza i dostaje to samo
    siedzienie przy oknie,ktore juz
    mialem zarezerwowane dwa miesiace temu.Na lotnisku spotykam swoja
    stara znajoma Angielke,Carolin,ktora leci tez do Launceston,gdzie
    planuje wynajac auto i odwiedzic,w portowym miescie Devonport, swoja
    stara przyjaciolke sprzed 30 lat ,aby pozniej ,w tymze wynajety
    aucie,podrozowac po Tasmanii.Po naszej polgodzinnej rozmowie i kawie,
    Caz(taki angielski skrot od Carolin) proponuje wspolne wynajecie auta
    i jazde do Devenport,a pozniej eskapade wokolo Tasmanii.Lot z Sydney
    do Launceston trwa 1godz i 45 min wiec mowie,ze dam Jej odpowiedz
    ,jak juz wyladujemy.Podzial wszelkich kosztow jest dosyc kuszaca
    sprawa,poniewaz dopiero na lotnisku dowiedzialem sie,iz tasmanskie
    wakacje szkolne koncza sie tam 11 dni pozniej niz w innych stanach
    australijskiego kontynentu, i wobec tego ceny wszystkiego na Tasmanii
    sa takie, jak w szczycie wakacyjnym.Zaskoczylo mnie to,gdyz do tej
    pory myslalem,ze szkoly w Calej Australii operuja i wakacjuja w tym
    samym czasie.Zle
    myslalem. Zastanawiam sie nad ta propozycja ze strony finansowej i
    zgodnosci krajobrazowej ogladalnosci.Nigdy przedtem z Nia nie
    podrozowalem i mam swoje obawy,poniewaz z 59-cio letnia Angielka moga
    byc pewne problemy roznej natury,ale chyba ze wszystkim mozna sobie
    jakos poradzic. Wynajmujemy auto na lotnisku w Launceston. Caz upiera
    sie przy ubezpieczeniu samochodowym tlumaczac mi,iz ostatnim razem,
    podczas swojej podrozy z bylym boyfriend'em w Victori, spadla na Ich
    samochod olbrzymia galaz i musieli placic jakies horendalne sumy za
    reperacje.Ja nigdy do tej pory,podczas kilkudziesieciu lat swojej
    porozy po Australii, nie placilem samochodowego ubezpieczenia,gdyz
    moja mysl wedruje raczej w kierunku przyjemnosci podrozniczej ,a nie
    samochodowej wypadkowosci,ale decyduje sie na to ubezpieczenie,gdyz
    koszty wynajmu i ubezpieczenia dzielimy po polowie.Latwy wyjaz z
    miasta i dosyc przyzwoita droga prowadzi nas do Alum
    Cliffs,aborygenskiego,swietego
    miejsce
    dalekiej przeszlosc( kilka pierwszych zdjec)pozwalajacego Im na
    zgromadzenia i rozwiazywanie problemow tamtejszej,odleglej
    bytnosci.Pogoda jest cieplo-szaro-mglista wiec ogladamy i
    fotografujemy roznosci. Inni odwiedziciele tego miejsca, w malych
    liczbach,tez oddaja sie tym zajeciom. Z Alum Cliffs decydujemy wybrac
    sie na miejscowe maliny i po malych klopotach mapowych docieramy do
    przepieknej,malinowej farmy.Farma oferuje,oprocz owocow,najrozniejsze
    wyroby z malin, lacznie z octem malinowym,ktorym piekna sprzedawczyni
    czestuje mnie widzac we mnie,chyba, wspolczesnego Chrystusa w
    podrozy.Objadamy sie tym wspanialym owocem w pieknym kawo-sklepie,
    zabierajac "garstke" malinek dla gospdarzy w Devonport.Kilka
    kilometrow dalej odwiedzamy fabryczke miejscowych serow,oferujaca
    przenajrozniejsze produkty serowe lacznie z winem,olejami i jakimis
    innymi,miejscowymi produktami.Nie kupujemy nic ,gdyz Caz wyciaga z
    nich informacje o uzywaniu syntetycznego enzymu
    -fermentu zoladkowego- do produkcji tych,podobno, poszukiwanych
    serow.Na pytanie dlaczego nie uzywaja naturalnego enzymu twierdza ,iz
    naturalny ferment zoladkowy im sie skonczyl.W Devonport jestesmy kolo
    18-tej i spedzamy tam mily wieczor z gospodarzami kolacjujac sie w
    miejscowym pub'ie.Brian i June maja 4 synow i wszyscy sie juz
    porozjezdzali po swiecie wiec w Ich domku miejsca do spania w
    brod.Najmodszy,19-sto letni, gra zawodowo w krykieta w Hobart, a
    najstarszy,29-cio letni, gra w zespole muzycznym w Szanghaju w
    Chinach.Nastepnego dnia,raniutenko, zamierzamy wyruszyc z
    gospodarzami w podroz po polnocno-zachodnim wybrzezu, planujac
    dotrzec do miejscowosci Marrawah.Gospodarze przydzielili nam
    duzy,synowski pokoj do spania. W nocy okazuje sie,iz Carol chrapie
    nie gorzej niz szewc,a czasami jeszcze grozniej.Budze Ja w nocy 2
    razy tlumaczac ,iz nie moge tak spac,gdyz ten dzwiek mnie budzi i
    dobija.Wiem,ze stara sie spac na boku,ale nie zawsze Jej to
    wychodzi.Chrapanie Carol bedzie mi towarzyszylo do konca
    podrozy,poniewaz nie zawsze udaje nam sie znalezc dwupokojowy nocleg
    za jakas normalna cene.Zastanawiam sie,jakie sily maczaly palce w tej
    angielsko-polskiej kombinacji podrozniczej,i po co?

    Buzia Zbyszek
    P.S.Czerwone drzewo to przepieknie kwitnacy eukaliptus,ktory
    spotykalismy w wielu tasmanskich miejscowosciach.











  • 06.03.10, 09:20

    Raniutenko, nastepnego dnia w Devonport ,zanim ktokolwiek wstal,
    pomknalem zobaczyc okolice i pobliski port,gdzie zawijaja te
    olbrzymie promy- Spirit of Tasmania. Okolica
    spokojna,niezatloczoczna,z powietrzem o wiele suchszym niz w
    Sydney.Nawet nad woda czuje sie inna,"sucha" wilgotnosc w porownaniu
    do tej kontynentalnej wilgotnosci.Lubie poranek nad morzem i ten
    zapach slono-glonowo-rybnej "wonnosci",a szczegolnie,kiedy wieje
    wiatr od morza.Po jajeczkowym sniadaniu suniemy dzielnie rolniczymi
    okolicami w strone miasteczka Penguin,kolebki rodowej June.Ziemie
    okoliczne sa zyzne,brazowe, i rodza wszystko co moze sobie
    Europejczyk wymarzyc.Nigdzie,w calej Tasmanii nie zauwazylem zadnej
    dluzszej,ladowej plaskosci.Jedzie sie przepieknie,gdyz krajobraz
    zmienia sie co chwile nawet,jezeli jest to zwiazane z miejscowym
    rolnictwem.Jest bardzo duzo przeciw-wietrznych drzew sadzonych w
    miedzowych liniach prostych.Wyglada to dosyc malowniczo.Penguin jest
    3 tys
    miasteczkiem chroniacym, z pietyzmem,kolonie miejscowych pingwinow
    przed zaparatczykowanymi turystami,ktorzy w przeszlosci strzelali
    fleszami w nieprzygotowane, pingwinskie oczy i oslepiali
    je,podobno,na cale zycie.Teraz jest to zabronione i miejscowi
    wolentariusze pilnuja tego bardzo sumiennie.Na glownej ulicy, w
    promenadowej bliskosci, stoi,oczywiscie,statuetka miejscowego
    bohatera,pingwina,a kilkadziesiat metrow dalej,za jakims domem,jest
    pomnik tego samego pingwina,ale w olbrzymim wydaniu.Kolo tego
    olbrzyma jedna Japonska turystka fotografuje dwie kumpelki,ktore
    obejmuja pingwina najpierw prawa,a pozniej lewa reka smiejac sie
    przy tym fajnym, japonski chichotem turystycznego
    rozbawienia.Sprawdzilem pozniej czy w pingwinie nie bylo czasami
    jakichs dziurek z cieplym powietrzem na wysokosci Ich pach,ale nic
    nie znalazlem; pingwin byl czysty,bezdziurkowy.Dwa lata temu ,kiedy
    do Sydney zawinal najwiekszy pasazerski statek swiata, Queen Mary 2-
    gigant o
    wyp. 151 tys ton, dlugosci prawie 350m i wysokosci 72m -pojechalem
    raniutenko do miasta,zeby zobaczyc to cudo z bliska.Z jakiegos
    pobliskiego hoteliku, z podobnym zamiarem niezakluconego fotografo-
    ogladania,wyszly dwie mlode, japonskie dziewczyny i zaczely,jak to
    zwykle z nimi bywa, fotografowac wszystko wokolo,ale kiedy mnie
    zobaczyly przestaly,i poprosily po angielsku, tym spiewnym,wszystko-
    gubiacym japonskim akcentem,o kilka zdjec ze statkiem Ich
    uwielbienia.Ustawily sie ladnie, w lini prostej,a ja cofajac sie
    ostroznie cyknalem Im dwa zdjecia i powoli,nie spieszac sie,
    schowalem aparat do kieszeni spodni przygladajac sie Ich
    reakcji.Przez chwile nic nie mowily zaskoczone takim obrotem sprawy,
    po czym "zlamaly" te linie prostego fotografowania i zaczely
    wedrowac w moja strone z zupelnie innym,niepozowanym wyrazem
    twarzy.Odczekalem kilka sekund az odleglosc zmalala do 10-12 m i
    spytalem sie glosno: "jeszcze jedno"?, po czy,nie czekajac na Ich
    odpowiedz, wyjalem aparat z kieszeni i zrobilem Im znowu kilka zdjec
    chowajac go z powrotem do kieszeni.Tym razem zaczely protestowac
    ciut odwazniej wiec powiedzialem wyraznie,zeby nie bylo najmniejszej
    watpliwosci,iz robie ostatnie zdjecie i strzelilem Im pare szybkich
    fotek, lapiac Je w zdumionym zaskoczeni, po czym podszedlem do tej
    dziewczyny,ktora wreczyla mi aparat, i oddajac Jej Jej cyfrowke
    pocalowalem Ja szybko w reke zapewniajac,ze chcialem Im zrobic tylko
    kilka zdjec troszeczke bardziej naturalnych, bez tej prostej lini
    fotograficznego pozowania.One cos szybko od siebie powiedzialy i
    odchodzac kilka krokow do tylu, uklonily mi sie piekniej niz XIX
    wieczne,japonskie gejsze.Musialo byc w tym calym zdarzeniu duzo
    przyjemnego ciepla,gdyz zasmialismy sie wszyscy troje radosnym
    smiechem plynacym z serca z radosci niewinnosci porannego
    przezycia.Podobnym smiechem smialy sie te 3 Japonki pozujace z
    pingwinem.W Penguin odwiedzamy matke June,ktora
    czestuje nas kawa,serem i kawalkiem pozostalego,bozonarodzeniowego
    ciasta.Mama June miala 6 corek(jedna niedawno umarla),z ktorych 3
    graly na instrumentach muzycznych i czasami urzadzali sobie koncerty
    domowe z matka na pianinie i ojcem na instrumencie dmuchanym.Dom
    jest umieszczony przepieknie na wysokiej gorze i widok na ocean jest
    wspanialy,ale pochylosc terenu jest tak niesamowita,iz koszenie
    trawy musi odbywac sie recznie,gdyz zaden pojazd nie jest w stanie
    tam operowac.Z Penguin mkniemy do Burnie,gdzie ogladamy miejscowe
    Muzeum Papieru lacznie z probkami papierow z odchodow kangura,
    tygrysa tasmanskiego,wombata i innych, australijskich
    zwierzat.Ciekawe,iz papier z roznego rodzaju kup jest taki elegancki
    i gladki.Z Burnie mkniemy do Stanley ogladajac to tu to tam jakies
    okolice brzegowe, i starajac sie cyknac jaks fotke w tej zmiennej
    krajobrazowosci.Stanley wita nas splaszczona gora przypomnajaca
    orzech o nazwie, The Nut.Bazaltowy,powulkaniczny
    masyw gorski o wys 143 metrow pozwalajacy na piekny widok
    okolicy.Zjadamy w okolicznej rybo-jadni glebinowa rybe morska o
    dzwiecznej nazwie, blekitny grenadier, i wypelnieni glebina morska
    jedziemy do Smithton,a pozniej do Marrawah.Okolice Smithton sa
    najbardziej urodzajnymi ,pastewno-sadowniczymi ziemiami w Tasmanii,a
    samo Smithton bylo pierwszym miasteczkiem osadnictwa europejskiego w
    polnocno-zachodniej czesci Tasmanii.Kilkadziesiat kilometrow dalej
    na zachod, docieramy do miejscowosci Marrawah i jest to
    najdalszy,zachodni punkt osiagniety podczas naszej calej
    podrozy.Bedziemy jeszcze w zachodniej czesci Tasmanii pod koniec
    naszej podrozy,ale bedziemy tam docierali z poludniowego-
    wschodu.Marrawah jest uwazany za surfingowy raj i gromadzi sie tam
    czesto kilkuset surfingowcow z calego swiata na rozne,deskowe
    zawody.W przybrzeznych wodach rosnie gigantyczny kelp-wodorost
    morski-ktory jest przetwazany w naturalny nawoz o nazwie,Marrawah
    Gold.Taki wodorost
    jest podobno najszybciej rosnaca roslina na ziemi i dzienny przyrost
    kelpowy osiaga dlugosc 1 metra.Po takich wrazeniach gorsko-
    wybrzezowo-kelpowo-surfingowych wyruszamy w powrotna droge do
    Devonport zawijajac po drodze do Wynyard na smakowity obiad.



  • 14.03.10, 09:58



    Oczywiscie w Wynyard,podczas obiadu,doszlo do nieporozumienia
    jezykowego,kiedy June zaproponowala mi "pavlova" z czosnkiem i olejem
    co,wedlug mojego gustu,nie mialo najmniejszego sensu,gdyz ten
    cholerny "tort pavlova" jest tak sakramencko slodki,iz nie bylbym go
    w stanie przelknac bez niczego,a coz dopiero z chosnkiem i
    olejem.Oponowalem,krzywiac sie jak cholera i komentujac,ze to cudo
    nie jest zjadliwe, co wywolalo niezla konsternacje,gdy Ona
    zaproponowala mi "pub-loaf-pub'owy bochenek chleba,ale wymawiany
    szybko zabrzmial ,jak "pavlova".Oblelismy to nieporozumienie piwem ,a
    Brian wmusil w siebie taka straszna ilosc tego zlocistego plynu,iz
    musial oddac kierownice zonie.W aucie tlumaczyl mi arkana i zawilosci
    gry krykietowej,ale niewiele z tego zrozumialem.Nastepnego dnia
    wyruszylismy o 8.30 do Exter zwiedzajac przepiekne okolice Tamar
    River.W porze obiadowej spotkalismy tam dwoje pracujaco-podrozujacych
    Francuzow,ktorzy juz od 2 lat przemieszczaja
    sie po Australii w starym,terenowym Nissanie.Fajna para
    dwudziestokilku letnich gosci wiec rozmawiamy o tym i owym nie
    zahaczajac o polityke,a raczej podziwiajac, przez ten
    krotki,spotkaniowy moment, okolice i jej urokliwosc.W Beauty Point
    ogadamy farme konika morskiego-tylko 2 takie farmy sa w Australii-
    ktorego Chinczycy trzebia na potege ze wzgledu na jego
    wlasciwosci,podobno, leczniczo-afrodyzjakalne.Konik morski jest
    przepieknym stworzeniem i jestem zaskoczony roznorodnoscia tego
    gatunku,lacznie z tym smokowatym,ktory na rynku akwarialnym osiaga
    wartosc okolo $1000. Mezczyzna konikowaty zajmuje sie rodzeniem i
    wychowaniem,przez moment,gigantycznej ilosci mlodych konikow,ktore w
    przeciagu 24 godzin sa w stanie zmienic kompletnie swoje
    ukolorowania.Jeden z tych beczkowo-brzusznych konikow dzierzy rekord
    rodzeniowy w ilosci 1160 konikow w jednym miocie.Ogladam tez
    przepiekna,mloda matwe,ktora porusza sie wyrzucajac wode z lejka lub
    przy pomocy pletw
    przypominajacych wachlarze.Jednego roku w Australii-Victoria-
    wylapano 92% calego,victorianskiego matwo-stanu i Rzad Australijski
    musial wkroczyc do akcji z gigantycznymi karami,gdyz inaczej
    bylibysmy bez matw.W okresie godowym kawaler,chcac przypodobac sie
    panience matwowej,zmienia przepieknie kolorystyke ciala,tlukac
    sie,oczywiscie,z kolesiami o seksualne pierwszenstwo.Walki pomiedzy
    rywalami sa tak zaciete,iz czesto trzeci koles,pacyfista,korzysta z
    wolnej drogi do seksualnej nirvany.Piekna byla ta mloda matwa i,co
    ciekawe,ciekawa ogladajacej jej publiki. Poruszala sie z gracja
    falowanej wody patrzac mi prosto w oczy bez mrugniecia okiem.Moze one
    nie mrugaja oczami??? Z Beauty Point udajemy sie do Birdport,a
    stamtad do Scottsdale z zamiarem przenocowania.Jest 8 wieczorem i o
    tak poznej porze jest dosyc ciezko znalezc cos przyzwoitego,ale
    trafiamy na przepiekny pensjonat z irlandzka wlascicielka,ktora
    oferuje nam dwupokojowa kwatere,a korzystajac ze
    spokoju w swoim pensjonacie zadaje nam kilka pytan, na ktore
    odpowiada Carol.Dopoki pytania zadawala Carol, Jej uwaga byla
    skupiona na Niej,ale kiedy ja otworzylem gebe,zaintrygowana moim
    akcentem, zmienila natychmiast front i cala uwage skupila na
    mnie.Zanim weszlismy do Jej pensjonatu ,wlascicieka byla oddana
    przygotowaniom kuchennym,ktore musiala przerwac i podejsc do nas
    dlugim korytarzem laczacym kuchnie z barem, w ktorym my
    przebywalismy.Teraz,zakonczywszy konwersacje z Carol,odwrocila sie do
    mnie i przedstawila mi sie grzecznie,zupelnie tak,jakby mnie tam
    przedtem nie bylo, po czym zapytala sie skad jestem i co zamierzam tu
    robic,a kiedy odpowiedzialem Jej, ze jestem z Polski,zaczela
    mowic,jakby tylko czekala na taka odpowiedz, o roznych czasach w
    Europie sprzed 30-40 lat temu,majac caly czas na oku odlegla kuchnie,
    po czym zadala mi kompletnie idiotyczne pytanie, "Czy moj Kraj nazywa
    sie dalej Polska?"W miedzyczasie z kuchni wybiegl Jej
    maz,George,ktory zlapal to cos na tacy co Ona tam robila,ale nie
    skonczyla, i,korzystajac z naszej obecnosci, probowal przemknac sie
    niezauwazony przez ten niezbyt szeroki korytarz. Nie mial
    szans.Zoczyla Go i natychmiast pada stwierdzenie rozkazujace:
    Geoooooorge!!! I haven't finished yet!!! I George szybciutenko
    biegnie z ta niezakonczona,kolacyjna taca,z powrotem do kuchni,a
    ja,myslac,iz chodzilo Jej w tym pytaniu o Polske i o te ostatnia fale
    mrozow w Europie Srodkowej-called(nazywa sie) i cold(zimno) wymawia
    sie podobnie- odpowiadam Jej,"extremely cold", co wprawia Ja w niezle
    oslupienie.Carol patrzy sie na nas i lzy ciekna Jej po twarzy z
    radosci,ja nic nie mowie,Ona tez zamilkla i stoimy tak przez chwile
    niemi,zahipnotyzowani tym jezykowym kalaburem.W polskim tlumaczeniu
    to nie brzmi tak zabawnie,ale angielska wersja sprawia wrazenie
    ,jakbysmy rozmawiali o tych samych,ale zupelnie innych rzeczach,
    adresujac je do siebie z pelnym,obustronnym
    zrozumieniem. Nastepnego dnia rano George przyszedl sprawdzic czy
    zostawilismy klucz pod wycieraczka i musze uczciwie przyznac,iz
    wygladal troche na zahukanego osobnika,ale moze to tylko
    pozory.Udajemy sie do St Helens,gdzie sa te przedziwne skaly
    porosniete czerwono-pomaranczowym porosto/liszajem,ktory w sloncu
    daje przepiekny widok "plonacych skal".


  • 21.03.10, 09:42
    Opuszczamy Scottsdale bez dalszego kontaktu z nasza irlandzka
    rozmowczynia.Wprawdzie chcialem Ja pozegnac,ale Carol oponowala z
    jakichs Jej osobistych powodow.Udajemy sie do St Helens,zeby zapoznac
    sie z tymi dziwnymi formacjami skalnymi,porosnietymi jakas
    pomaranczowa liszajowatoscia,a majaca efekt plonacych skal w ladny,
    sloneczny dzien.Po drodze mijamy miasteczko Derby,gdzie zasiegamy
    informacji o miejscowych wodospadach.Bardzo czesto na Tasmanii,jak
    rowniez i w calej Australii,szumne znaki reklamuja historyczne to lub
    tamto siegajace poczatku XX-go lub konca XIX-go wieku.Nic
    ciekawego,ale przeciez turystow trzeba jakos zachecic do odwiedzania
    roznych rzeczy,z braku czegoklowiek innego w danej okolicy,wiec
    mijamy takie napisy,jak: "Historyczny Chinski Cmentarz,Historyczny
    Bank,Cynkowe Centrum Kopalniane i inne nowo-historyczne pamiatki.Nas
    jednak bardziej interesuje Natura niz te wszystkie ichniejsze Centra
    wiec odwiedzamy najwyzszy wodospad na
    Tasmanii, Wodospad Columba-z 90-cio metrowym spadkiem
    wodnym.Pozniej,w serii wodospadowego odwiedzania ,ogladamy Ralphs
    Falls ,Halls Falls i Mathinna Falls od ktorych krotka droga prowadzi
    do najwiekszych na swiecie bialych eukaliptusow(white gum tree)
    osiagajacych wysokosc do 91 metrow.Dzikosc Natury jest raczej tym co
    przyciaga turystow na calym swiecie,a nie jakies
    zardzewiale,kopalniane maszyny z etykietka "historyczne".Na
    Tasmanii,dopoki to bylo mozliwe,wycinno najpiekniejsze sosny
    tasmanskie-Huon Pine- ktore osiagaly wysokosc 90 metrow i byly
    cenione na calym swiecie ze wzgledu na wspaniala jakosc drewna.Teraz
    trzeba miec zezwolenie rzadowe,zeby cos takiego wyciac,ale w
    pozniejszej podrozy natrafimy na goscia rzezbiacego 100 metrowej
    dlugosci rzezbe z desko-paneli Huon Pine o wys 3 m,szerokosci 75-85
    cm i gruposco okolo 13-14 cm,a wszystko to jest dwustronna rzezba o
    dlugosci 50 m z jednej strony i 50 m z drugiej.W St Helens jestesmy
    wczesniej,kolo 17-tej, wiec szukamy jakiegos noclegu. Jakies 10 lat
    temu Carol miala maly wypadek samochodowy i teraz narzeka na bol w
    lopatkach wiec wszedzie,gdzie bysmy sie nie zjawili, badana jest
    twardosc materacy.Jakies 2 min od centrum St Helens znajdujemy piekny
    domek za $80 z materacem spelniajacym wszelkie wymogi materacowej
    twardosci,ale poniewaz jest to domek za $80 wiec sila rzeczy spelniac
    ich nie moze.Gdyby ten domek byl do wynajecia,no, za jakies $110-120
    wtedy twardosc materaca wygladalby zupelnie innaczej.Pierwszy raz w
    swoich podrozach jestem w sytuacji,kiedy jakies snobistyczne
    zapatrywania nie pozwalaja mi zanocowac w czyms co jest naprawde
    przyjemne, i to za niska,wysoko sezonowa cene wynajmu jakiegokolwiek
    noclegu.Carol sprzedala niedawno dom za okolo $900 tys i mieszka
    obecnie w domu u ojca,ktorym sie opiekuje dostajac jakies pieniadze
    od rzadu jako "opiekunka",ma rowniez jakies dwie prace na czarno wiec
    sila rzeczy Jej fundusze sa
    inne niz moje.Przeprowadzamy rozmowe
    "finansowa" i Ona twierdzi,ze bedzie dokladala roznice w wynajmie
    noclegu ,jezeli takowy bedzie przekraczal moj limit fiansowy,ale mnie
    bardziej chodzi o zdrowy rozsadek w akceptacji przyzwoitego
    zakwaterowania niz o jakas roznice.Domek byl naprawde piekny i ladnie
    wyposazony w twarde materace,i wszystkie inne potrzebnosci i nie bylo
    potrzeby szukac czegos innego przez nastepna godzine,zeby zaplacic za
    cos takiego-materacowo-samego sume o wiele wieksza niz podczas naszej
    pierwszej mozliwosci.Po zakwaterowaniu sie idziemy do sklepu i
    kupujemy wspanialy,koniczynowy miod tasmanski,ktory,w przeciagu
    ostatnich 2 lat,dostal 7 medali. Jest to jedyny,tak
    obmedalowany,miod,jaki widzialem do tej pory w swojej pasiekowo-
    miodojadkowej konsumpcji wiec slodzimy miodem koniczynkowym ten
    dziwny ,noclegowy incydent i jedziemy obejrzec miejscowe skaly w Bay
    of Fire w Binalong Bay. Nie bedziemy mieli jednak okazji zobaczyc ich
    w pelnym sloncu plonacej
    czerwieni.Idzie"cos"od zachodu niosac ze soba
    szarosc i mokrosc i moze nawet bedziemy musieli zmienic cale nasze
    plany,ale jeszcze sie nie poddajemy.Czekamy do jutrzejszego
    poranka.Carol,przez cala nasza podroz, w ogole nie myje glowy
    twierdzac,ze ma wlosy tak geste,iz zaden brod nie jest w stanie
    dotrzec od skory na Jej glowie.Nie mowie nic gdyz widze,iz nie
    chcialaby czymkolwiek popsuc tej swojej teorii czystej glowy.Karolcia
    ma w swojej duzej torbie dosyc dziwne rzeczy,ktore od czasu do czasu
    laduja na ziemi,jezeli nie moze znalezc tego czego szuka w
    spokojny,lagodny sposob beznerwowego poszukiwania.Poniewaz Jej
    przeszukiwanie torbowej zawartosci jest codziennosci tasmanskiego
    podroznictwa wiec od poczatku podrozy wiem,ze ma dwie pary
    bialych,bawelnianych rekawiczek,ktore naklada w nocy do spania
    smarujac sobie rece jakims tluszczem.Twierdzi,ze rece zniszczyla
    sobie w mlodosci stosujac duze dawki kortyzonu i to obecne
    smarowidlo,w polaczeniu z rekawiczkowa,nocna ochrona,ma przywrocic
    im/rekom
    przyzwoity wyglad. Zobaczymy.

















  • 29.03.10, 09:30
    Pogoda sie nie poprawila,ale jedziemy raniutenko do The
    Gardens,zeby chociaz miec jakies pojecie o tej Drugiej
    Najpiekniejszej Plazy Swiata.The Bay of Fire nazwe swa zawdziecza
    kapitanowi Tobiaskowi Furneaux,ktory plynac sobie spokojnie w 1773
    roku, wzdluz tego przepieknego zakatka Tasmanii, zoczyl mnostwo
    aborygenskich ognisk i nazwal go Zatoka Ogni.W pogodny dzien cala ta
    okolic musi wygladac bajkowo,ale my nie mamy okazji zobaczyc tego
    cuda w tym pieknym ,slonecznym swietle wiec staram sie oddac
    zdjeciowo to na co mi pozwala kaprysna pogoda.Sama plaza,z przebialym
    piaskiem i turkusowa woda, rozciaga sie przez jakies 35 km,ale my
    widzimy tylko jakies 15-18 km tego cuda natury.Po 2 godzinnej
    eskapadzie w mokro-wietrzny dzien wracamy do St Helens na dobra
    kawe,a pozniej udajemy sie do Bicheno, zawijajac po drodze do
    Scamander na farme brzoskwin i malin.Jestesmy tam pierwszymi
    klientami wiec zamawiamy sobie miejscowe,fantastyczne
    lody"zakrapiane"swiezutenkimi malinami.Cudo.Bicheno
    ogladamy z miejscowego wzgorza,ale ja jakos nie moge znalezc nic
    ciekawego w tym rozreklamowanym miasteczku.Moze dlatego,iz jest szaro
    i deszczowo.Z Bicheno mkniemy do nastepnego cuda natury, Freycinet
    National Park,ktorego tez nie bedziemy mogli obejrzec w pelni ze
    wzgledu na pogode,ale docieramy do wspanialej Coles Bay i Friendly
    Beach z pieknym,zamglonym widokiem tysiecy "herbacianych",kwitnacych
    drzew.Widzialem kwitnaca pustynie,ale te tysiace drzew
    herbacianych/tea tree kwitnacych na wzgorzach,z galeziami obsypanymi
    drobniutenkimi kwiatuszkami przypominajacymi "wilgotny puszek", maja
    niesamowity urok.Zdjecia,niestety,nie udaly sie.Szkoda.Nie uda man
    sie rowniez zobaczyc nastepnej,okolicznej "pieknosci" Wineglass Bay z
    woda czystsza od najczysciejszego winnego kielicha,ale nie mozemy nic
    zrobic.Od strony morza skrada sie podstepny wiatr z podmuchem 100
    kilometrowego huraganu,a to w gorzysto-mokrym terenie jest wyzwaniem
    do samobojstwa.Oddalamy sie od
    tego piekna i suniemy do Swansea,gdzie zamierzamy przenocowac.We
    Freycinet National Park zaplacilismy najdrozszy wstep,$25, jaki ja
    kiedykolwiek placilem w calej Australii.To byl tylko wstep,ale
    gdybysmy chcieli tam zostac i np.kempingowac, to za to placi sie
    dodatkowa oplate.Mamy z Karolcia wspolna kase co po angielsku nazywa
    sie "kitty" i ma podwojne znaczenie:kicius/koteczek i pula w roznych
    grach.Nasza kitty nalezy do tego drugiego znaczenia.Wkladamy tam po
    $100 kazdy i kupujemy co potrzeba.Ja trzymam kase,gdyz Karolina nie
    jest w stanie niczego znalezc w tej swojej przepastnej torbie w
    potrzebie i bez.Cale szczescie,gdyz innaczej co chwile musielibysmy
    wkladac tam po stowie. W Swansea znajdujemy dosyc przyzwoity hotelik
    z widokiem na klub kulistow,ktorzy tocza te kule,obciazona z jednej
    strony tak,by sie toczyla krzywo,po ladnie utrzymanym trawniku. Po
    uzgodnieniu miejsc do spania ide zobaczyc miejscowy Klub Golfistow i
    na spacer wzdluz
    rozhukanego wybrzeza.Pada i wieje ,ale jest dosyc cieplo.Jutro
    zdecydujemy czy odbic w strone ladu czy kontynuowac podroz wzdluz
    wybrzeza,co,prawde powiedziawszy,wydaje sie raczej watpliwe.

    Buzia Zbyszek
    P.S.Te ptaszki z czerwonymi dziobami, z poprzednich zdjec, nazywaja
    sie po angielsku: "laciatymi/pstrymi lapaczami ostryg",a po polsku
    "ostrygojadki", i wystepuja w calej wybrzeznej Australii, lacznie z
    cala Tasmania.






  • 10.04.10, 09:17



    W Swansea padalo cala noc,ale rano przestalo.Karolina kupila sobie
    znowu kozie mleko i myje w nim twarz.Wyczytala gdzies o Kleopatrze
    bioracej kapiele w tym zdrowym mleku, i od kilku tygodni stara sie,w
    miare mozliwosci kupna tego specyfiku,pluskac sie w tym plynie.Po
    takim porannym,mlekowym myciu,mleko powoli wysycha na Jej twarzy i
    wszystko to wyglada dosyc dziwnie,gdyz Ona pozniej zabiera
    pozostalosc tego mleka do lazienki, i cos tam z nim robi.Korci
    mnie,zeby tak otworzyc te lazienkowe drzwi i zobaczyc co tam sie
    dzieje, udajac teatralne zdziwienie z reka na ustach w oooooo!!!,ale
    sie powstrzymuje.A swoja droga to ciekawe co tez sie dzialo pozniej
    po takiej kapieli z tym" kleopatrowym mlekiem"? Byla przeciez krolowa
    Egiptu i nawet bardziej niz "otarla sie" o dwoch cesarzy rzymskich
    wiec takiego mleka pewnie nie wylewano w pole.Nawet w dzisiejszych
    czasach,biorac pod uwage to co robia fani,zeby zdobyc czyjs zafajdany
    podpis,znalezliby sie
    goscie,ktorzy by to mleko chetnie wychleptali.Karolina nie chce sie
    przyznac co robi z tym bialym plynem w lazience-twarz myje w kuchni
    nad zlewem-a ja nie mialem jeszcze szansy czegokolwiek podejrzec.W
    kazdym razie,podczas calej naszej podrozy,nigdy nie odkryla swoich
    nog pomimo temperatur przekraczajacych 30-tke.Zawsze paraduje w
    dlugich spodniach twierdzac,ze ma niezgrabne nogi,ale ja wiem,iz to
    jest wymowka,zeby wdziewac dlugo-nogawkowce. Ze Swansea decydujemy
    sie pojechac jeszcze troche wzdluz wybrzeza,ale po odwiedzeniu Berry
    Farm,gdzie zjadamy wspaniale,krolewskie ciasto z roznymi berry, i
    wiadomosciach pogodowych wrozacych "ryczace trzydziestki", wybieramy
    opcje ladowa. Pierwsze miasteczko to Campbell Town zalozone gdzies na
    poczatku XIX wieku.Zdjecia rzezb w pniach scietych drzew,wyslane w
    poprzednim email'u, pochadza z tego miasteczka i PODOBNO wszystkie
    byly wykonane pila lancuchowa.W 1931 roku niejaki Harold
    Gatty,cambell-town'owski
    obywatel,razem z Amerykaninem,Wiley'em Post,oblecieli naokolo,jako
    pierwsi na swiecie, nasza Ziemie w jakims specjalnie do tego celu
    skonstruowanym samolocie.Z Campbell Town udajemy sie do
    Ross,naladniejszego,XIX-sto wiecznego miasteczka w calej
    Australii,jakie ja do tej pory widzialem.W Ross wedrujemy na kawe i
    jestesmy obslugiwani przez starsza,miejscowa kelnerko-wlascicielke o
    wzroscie prawie 2 metrow i rozmowie przypominajacej rozkazowki
    germanskie z II Wojny Swiatowej.Przy ladzie strzelam sandalowymi
    obcasami prezac sie nie gorzej niz pruski soldat przed jakims
    zapikielhaubowanym oberfeldwebel'em.Chyba zrozumiala swoja
    sztywnosc,gdyz dostajemy wspaniala kawe z orzechowym ciasteczkiem i
    milym usmiechem lagodnego:" here you are".Odwzajemniamy te lagodnosc
    cieplem glosowego podziekowania i staro-wojskowy dryl poczatkowego
    obslugiwania ginie gdzies bez sladu. Nastepne miasteczko, Oatlands,
    zacheca nas widokiem duzej ilosci roznych ptakow
    baraszkujacych w miejscowych
    moczarach.Czarne labedzie,kurki wodne,czaple,pelikany i inne ptactwo
    pluska sie w tych miejscowych wodach bez jakichkolwiek ptasich
    konfliktow, i bez nagabywania przez turystycznych
    przybyszow.Zatrzymujemy sie tam na nocleg u dwoch przesympatycznych
    gay'ow.Jeden z nich przypomina Zaglobe z brzuchem,jak duz pilka w
    klubie fitnessowym,a drugi szczuply,z elegancko wkoronkowanym,zlotym
    zebem na przodzie.Po rozpakowaniu rzeczy udaje sie na zwiady kupujac
    miejscowy chleb ekologiczny z maki z rozebranego,ale
    odremontowywanego,ekologicznego mlyna.W tymze samym piekarnianym
    sklepiku dostaje przepyszna ekologiczna kawe z malymi,takze samo,
    ekologicznymi cisteczkami.Czegoz czlowiekowi jeszcze potrzeba do
    szczescia,jezeli jest otoczony ekologia ,natura i...odremontowywanym
    mlynem? Raniutenko schodzimy na piekne sniadanie podane przez
    "zlotoustnego",a ja ,z racji zadanych kilku ekologicznych
    pytan,dostaje dwie ogrodowe morelke i sliwke z drzew rosnacych
    tam,gdzie
    niby nie powinno byc owocowek. Moreliki sa przesmaczne.Zlotousty
    Danny jest wspanialym gospodarzem i kontrastowym przeciwienstwem
    wspolniko/kompana nastawionego na kolekcjonowanie anykowego
    dobrobytu. W nocy obserwowalismy rozne,dziwnie poruszajace sie
    swiatla,prawdopodobnie extraterestialnego pochodzenia, i cala
    sniadaniowa grupa (6 osob + gospodarze) ma cos ciekawego do
    powiedzenia. Na Tasmanii mozna podobno zauwazyc duzo takich
    prawdziwych aktywnosci ufo-skiego pochodzenia,a sam kontakt z goscmi
    z innych planet i innych wymiarow nikogo tutaj specjalnie nie
    dziwi.Szkot z malzonka opowiadaja o swoich doswiadczeniach z
    odwiedzin wielu angielskich "wycinanek zbozowych",dziwnych dzwiekach
    i energiach towarzyszacych tym zjawiskom.Milo sie Ich
    slucha.Otwartosc umyslu porannych biesiadnikow na innosc
    wszechswiatowego bytu sklania do ciekawej dyskusji bez jakichs
    specjalnych konkluzji.Nie mialbym nic przeciwko nowej technologii
    bez-benzynowgo i bezglosnego
    poruszania sie w przepieknych terenach najstarszego Kontynenu na
    Ziemi.Toz to dopiero bylaby frajda moc widziec i slyszec to co jest
    obecnie zagluszane rykiem silnikowego,trujacego spalania.No
    nic,kontynujemy nasza podroz benzyniakiem z 10% domieszka
    etanolu.Moze nastepnym razem bedziemy poruszali sie czyms co
    wykorzystuje energie antygrawitacyjna???


  • 18.04.10, 09:08
    Po porannym sniadaniu i ciekawych rozmowach udajemy sie do
    Richmond,przereklamowanego,XIX-sto wiecznego miasteczka z historia
    zeslancow,wiezniow i wszystkiego co sie wokolo tego odbywalo.W
    Richmond spotykamy naszych znajomych Szkotow,ktorzy poszukiwali tam
    dobrej,tasmanskiej whisky.Nie wiedzialem,ze tasmanska whisky moze
    osiagac cena ponad $120 za butelke.Szkot nas uswiadomil,a cieszac sie
    z nowo nabytej buteleczki jak dziecko,zaproponowal nam po
    kieliszeczku tego trunku,ale musielismy odmowic.Wypili z zona.Z
    Richmond suniemy juz prosciutenko do Hobart,ktore,od strony naszego
    wjazdu, wyglada wspaniale.Polozone na wzgorzach i wzdluz wody,Hobart
    rozciaga sie przez kilkanascie kilometrow.Zatrzymujemy sie na chwile
    w centrum miasta badajac lokalizacje slawnego Salamanca Market,gdyz
    nastepnego dnia zamierzamy tam gdzies zaparkowac i oddac sie
    salamancowaniu.Karolina wynalazla jakas ekologiczna farme owczych
    serow, gdzies kolo Woodbridge-kilkadziesiat
    kilometrow za Hobart-i mamy zamiar tam dotrzec.Wlasciciel farmy,i
    zarazem sklepu serowego, oferuje nam ciupinkowate kawaleczki sera
    starajac sie tym ciupinkowatym gestem zachecic nas do kupna.Ja,po
    takiej karzelkowej porcji,nie moge nic powiedziec o wartosciach
    tego/tych serow,ale Karolcia wydaje sie byc zachwycona tym niedajacym
    sie uchwycic smakiem, i kupuje sobie dwa kawalki sera, o wadze 120 gr
    kazdy, za ponad $42. Biega pozniej z nimi to tu to tam starajac sie
    przekonac mnie o tym,ze bedzie je/sery sprowadzala do Sydney zyjac
    zdrowiej i ekologiczniej.Nie komentuje tego serowego
    zafascynowania,gdyz i tak wiem,iz niczego nie sprowadzi,ale co mi
    szkodzi posluchac o Jej futurystycznych planach.W ferworze tego
    serowego, sprowadzanego planowania Karolina gubi/zostawia gdzies
    swoje drogie okulary optyczno-przeciwsloneczne,o czym dowiemy sie
    dopiero za kilka godzin.Z farmy cofamy sie do
    Kettering,gdzie,zapromowani za 28 dolarow,utrzymujemy sie dzielnie
    na"wietrznej wodzie"i po 25 min ladujemy na Bruny Island,dwoch
    wyspach polaczonych ze soba cienitenka wstazeczka ladu zwana tutaj,
    The Neck.Nie mozemy zobaczyc tych najciekawszych rzeczy od strony
    wody ze wzgledu na bardzo silny wiatr,ale jezdzimy wzdluz i wszerz
    ogladajac wszystko to co da sie ogladac.Z poczatku jednej,poludniowej
    wyspy-Truganini Lookout z 360-cio stopniowym widokiem i dobra setka
    drewnianych schodkow do pokonania- fotografujemy koniec
    drugiej,polnocnej wysepki i badamy wzrokowo pingwinskie
    domko/norki,jak i gniazda mutton bird/burzyk cienkodzioby.Pingwiny
    bruni'nowskie sa najmniejszymi pingwinkami na swiecie i sa pod
    ochrona,ale"tasmanski" mutton bird nie jest.Ten ptak jest migracyjnym
    ptaszkiem australijskim i rocznie, jakies 24 milionow mutton'kow
    przylatuje do Australii w celach godowo/wychowawczych.Na stalym
    ladzie mutton bird jest objety calkowita ochrona i nie mozna go
    zabijac,ale w Tasmanii mozna i wobec tego w przeciagu 4
    tygodni trwania sezonu lowieckiego,okolo jednego
    miliona mlodych muttonow,na roznych wyspach tasmanskich,jest w dalszy
    ciagu zabijanych przez zlamanie szyi. Komercyjna wartosc tego
    zabijania jest prawie zadna.Oleju z mlodych muttonow uzywa sie jako
    suplementu dla koni wyscigowych,a czesc puchu jest pakowana w
    poduszki i koldry.Jeden sezon nazywa sie "komercyjnym",i nie ma
    zadnego limitu w zabijaniu,a drugi nosi ladna nazwe "rekreacyjny", z
    limitem 25 ptakow dziennie i czesto do wyciagania mlodych ptakow z
    gniazd uzywane sa,zabronione,kije z hakami. Dzieci tez biora udzial w
    tym zabijaniu,ale glowni zabijacze tych ptakow to Aborygeni,ktorzy w
    ten sposob utrzymuja,podobno,jakies wiezy ze swoja stara kultura i
    przekazuja te wiezy swoim dzieciom.
  • 18.04.10, 09:09
    Cos jest tu jednak nie tak z tymi wiezami,poniewz zabijanie odbywa
    sie tylko na przelomie marca i kwietnia,raptem jakies 4 tygodnie w
    roku, wiec co sie dzieje z tymi wiezami przez reszte roku???
    Aborygeni zabijali tylko w potrzebach konsumpcyjnych,a nie
    komercyjnym. Ech,o nienormalnosci w dewastacji Natury slyszy sie
    tutaj wszedzie.Opuszczamy Bruny Island,a ja,majac 20 minut na
    przyplyniecie promu,biegne do miejscowego Kiosku,tak sie nazywa,i
    zamawiajac kawe dostaje jakies pol kilo jagod od mlodego
    sprzedawcy,ktory mowi mi,ze kilka tygodni temu przejal ten business
    od kanadyjskiej Polki o imieniu Krysia.Krysia miala dosyc
    oddalenia,samotnosci i sprzedala ten Kiosk w rece mlodego oddanca
    kioskowego interesu.Po wyladowaniu na "stalym ladzie" wracamy na
    farme owczych serow w poszukiwani karolinowych okularow,ale tam jest
    juz wszystko zamkniete.Po tych bezowocnych poszukiwaniach cofamy sie
    w strone Hobart szukajac jakiegos noclegu. Zakwaterowanie znajdujemy
    u starszego, wytatuowanego, i niesamowicie zakolczykowanego Anglika
    mieszkajacego tam razem z indonezyjska zona.Przesmieszna para,ktora
    daje nam przyzwoity rabat za pozne przybycie.Raniuenko,o 6.45
    wyruszamy do Hobart,zeby znalezc jaki miejsce do
    parkowania przed salamankowskim otwarciem.Dostajemy,jako ranne
    ptaszki,piekny parking w poblizu Marketu za jedyne $3 na caly dzien i
    sprawdzajac,gdzie sa toalety udajemy sie na zwiedzanie okolicy.W tej
    meskej toalecie zauwazylem zlotawa dwudolarowke,lezaca pod nogami
    siusiajacych na ladna, nierdzewna sciane placzu wiec postanowilem
    "dorzucac" ukradkiem do tej dwudolarowki po 10 centow poczynajac od
    nastepnego siusio-pojscia.Rozdzielamy sie z Karolina umawiajac sie za
    kilka godzin w miejscu obopulnego wybrania.Na markecie kupuje
    swiezutenkie jagody,maliny oraz przepyszne,tasmanskie czeresnie i
    delektuje sie tymi owocowymi swiezosciami ogladajac rzemioslo
    tasmanskiego producenta. Do meskiej toalety, podczas tych kilku
    godzin marketowania,chodze jeszcze 4 razy i nie tylko,ze nikt nie
    podniosl tych pieniazkow,ale jakis koles dolozyl jeszcze dolara z
    drugiej strony tej dwudolarowki. Karolina zagubila sie kompletnie
    podczas marketowego shoppingowania i musialem sciagac Ja
    telefonicznie w umowione miejsce spotkania.Czekala
    przy innym rogu,z innym zespolem i innymi sprzedawcami,ale bylo
    pieknie i cieplo wiec powedrowalismy na wspolna kawe i duzego
    kartofla z salatka, ogladajac podczas konsumpcji wyczyny mlodej
    dziewczyny z dwoma kolami "hula hop".Wystep robila do swojej,cd-sowej
    muzyki stojac na jakims podwyzszeniu, a kolami krecila naprawde
    sprawnie.Z pobliskiego stolika,jakis podchmielony Aussi(czyt.- Ozi)
    probowal podrywac kobiety bedac glosnym,ale nie
    wulgarnym,podrywaczem.Rechotal sie sam ze swoich podrywajacych
    opowiastek, przegladajac sie od czasu do czasu ukradkiem w
    kieszonkowym lusterku.Nie byl pewien swojego wygladu,a kontroli nad
    swoja powierzchownoscia stracic nie mogl.Zaczepial i Karoline,ale
    wypisywala kartki pocztowe wiec Go zbyla.Nie nalegal.Po kilku piwach
    lubil byc w centrum kobiecego zainteresowania.Z Hobart udajemy sie na
    spotkanie z przyjaciolka Karoliny,June,ktora odwiedzilismy wczesniej
    w Devonport,a ktora przjechala do Hobart na krykietowy mecz
    swojego syna.Mamy pojechac do Jej siostry,ktora mieszka gdzies
    niedaleko od Hobart na 20 hektarach wzgorzowej ziemi, kupionej 19 lat
    temu za wygrana w lotto.Jestesmy umowieni z June na drodze szybkiego
    ruchu. Ma czekac na nas w niebieskim aucie,i wiemy,ze nie mozemy Jej
    przeoczyc.Dziwne umowienie,ale tylko jeden taki samochod byl na
    poboczu wiec nie bylo specjalnego problemu ze znalezieniem.Mkniemy
    bocznymi drogami w dwa samochody do dosyc zagmatwanego dojazdu
    posesji Denny.Denny jest trzecia, najstarsza sistra z
    szesciosiostrowego rodzenstwa i choruje na raka szpiku kostnego,ale
    traktuje te swoja chorobe z usmiechem. W domu ma dwa olbrzymi
    owczarki niemieckie.Suka,po wstepnym zapoznaniu, patrzy mi badawczo w
    oczy.Gosh,moze ona cos wie o mnie czego ja nie wiem i chce mi to
    jakos przekazac,albo podejrzewa mnie o cos? Gospodyni zapewnia
    mnie,ze z psami jest wszystko OK,ale ja wole byc ostrozny.Ide pozniej
    na posesyjny spacer,ale tylko ten meski,dlugowlosy
    owczarek wedruje
    ze mna.Krotkowlosa suka oddaje sie slonecznemu nagrzewaniu,pilnujac
    drzwi wejsciowych,ktorych i tak nikt nie ma zamiaru forsowac.Ogladamy
    przepieknie polozona posesje, i jakies 20-cia kilometrow okolicy
    roztacza sie przed naszymi oczami z cudnym widokiem turkusowej
    zatoki.Kobiety zapraszaja mnie do jadlodajni na gigantycznego, a'la
    pizzerowskiego pieroga.Jestem w stanie zjesc tylko polowe.Nocujemy u
    Denny.

    Buzia Zbyszek
    P.S.Zdjecie ...095 jest zrobione z ogrodu Denny,a ...094 jest ujeciem
    kawaleczka tylu Salamanca Market. Zdjecia ...097 i 98 sa z wejscia do
    tej galerii z ta gigantyczna,stumetrowa rzezba,ale tam,do tej rzezby,
    dotrzemy dopiero w nastepnym emailu.



































  • 18.04.10, 09:10
    zainteresowanych zdjeciami prosze o podanie emaila
  • 25.04.10, 10:02


    Zostajemy u Denny przez chwile.Pogoda jest piekna i w nocy widac
    cuda niebianskie,tasmanskiego niebosklonu.Ja spie w pokoju goscinnym
    na gabkowym materacu,ale,prawde powiedziawszy,mam chyba najlepsze
    miejsce do spania w calym domu.Olbrzymie okno rozciaga sie przez
    minimum 8 metrow, dajac mi fantastyczny widok na niesamowita,nocna
    panorame.W nocy trzeba tylko uwarzac na psa spiacego przy drzwiach
    toaletowych,ale jestem wypsazony w paluszkowa latarke wiec ze
    swiatlem latarkowym unikam dziwnych stapniec grozacych pozbawieniem
    nogi.Po wspanialym odpoczynku zegnamy sie z Denny dziekujac
    przepieknie za goscine i cofamy sie na moment do Hobart,zeby
    zobaczyc kawalek starego miasta bez marketowskiego tlumu.Z Hobart
    ciagniemy na zachod i decydujemy sie dotrzec do Strahan,zeby tam
    zanocowac,a to jakies 500km do pokonania,ale mamy przed soba caly
    dzien i cudna pogode wiec jazda jest raczej przyjemnoscia.Przemykamy
    przez New Norfolk,Hamilton i Tarraleah i jestesmy
    swiadkami tych dziwnych
    pozarow w tasmanskich lasach inicjowanych przez
    kompanie "drwalowskie".Na Tasmanii odbywa sie to mniej wiecej tak:
    jezeli na poczatku XX wieku przez stare lasy tasmanskie przeszedl
    pozar,to Tasmanskie Nadlesnictwo klasyfikuje taki
    obszar,jako "odrastajacy",a nie stary las i pomimo,ze drzewa maja w
    tym starym lesie po 500-600 lat, to las,ze wzgledu na idiotyczna
    klasyfikacje, podlega wycieciu.Na Tasmanii w dalszym ciagu znajduje
    sie wiele takich "odrastajacych-regrowth"obszarow.Rocznie,okolo 2000
    hektarow starego,tasmanskiego lasu jest w dalszym ciagu
    wycinane,jednak to tasmanskie wycinanie Starodrzewu ma bardziej
    przerazajacy aspekt.Po wycieciu i zabraniu wszystkiego co mozna bylo
    zabrac,cala reszte-tzn.pnie,korzenie,cale lesnie podloze i wszystkie
    pozostalosci- spycha sie spychaczami na gigantyczne kupy,ktore
    pozniej sa "atakowane" z helikopterow... NAPALMEM.Dewastacja takich
    miejsc jest niesamowita,gdyz nie tylko roslinnosc jest
    eliminowana,ale
    niszczy sie KOMPLETNIE WSZYSTKO co w takim lesie zyje.Pozniej,po
    takich napalmowych pozarach,umieszcza sie"slawna",australijska
    trucizne- 1080- zeby powracajace zwierzeta,ktore uciekly z tych
    napalmowanych terenow,nie podjadaly odrastajacych, mlodych
    sadzonek.Efekt tych trutek jest niesamowity,poniewaz taka trucizna
    dziala powoli i czasami widzi sie cale strumienie wypelnione
    kangurami,womatami,bettongami i innymi zwierzetami umierajacymi tam
    przez kilka dni.Jezeli wejdziesz do lasu to czujesz zycie,spokoj i
    obecnosc niesamowitej witalnosci wspieranej przez wszystko co tam
    zyje.W tych napalmowanych,lasowych "wycinankach" wieje
    zgroza,idiotyzmem,ludzka glupota i przerazajacym smutkiem, i kiedy
    slyszysz z daleka dzwiek pil lancuchowych,to czujesz wscieklosc i
    furie,furie przeciwko tej pazernosci,ktora niszczy tam WSZYSTKO za
    pare zasranych,dolarowych papierkow.Kilkadziesiat kilometrow za
    Tarraleah wjezdzamy do Narodowego Parku o dziwnej nazwie
    "Jerozolimskie Sciany-Walls Of Jerusalem",ktory jest na Swiatowej
    Liscie Zabytkow Natury i nic,ale to nic nie moze tam byc
    wycinane.Odwiedzamy w tych Jerozolimskich Scianach te
    przedziwna,prywatna galerie-The Wall- ulokowana w pieknym buszu,
    jakis kilometr od glownej drogi,w ktorej miejscowy rzezbiarz
    rzezbi,w gigantycznych panelach miejscowej sosny-Huon Pine- historie
    pionierow tasmanskiego podboju.Projekt,po zakonczeniu-circa 2011-12-
    ma obrazowac 10 historycznych tematow miejscowych okolic.Jakis woz z
    weglem,gornicy z lopatami,konie i cos jeszcze,ale zdjec w tej
    galerii robic nie mozna ze wzgledu na prawa autorskie.Nie bardzo
    widac sens w tym wszystkim,ale turysci zacheceni bezzdjeciowym
    opisem staraja sie dowiedziec co tez tam w tym buszu galerianskim
    piszczy.W galerii natykam sie na aluminiowa rzezbe orla za 16 tys
    dolarow, i rzezbe wombata odlanego w brazie za jedyne 86 tys
    dolarow.Wszystko to wyglada jakos tak abstrakcyjnie,jakbysmy dotarli
    do
    jakichs
    nowojorskich galerii,a nie przemierzali sale wystawowe w tasmanskim
    buszu.Ze Scian Jerozolimskich wjezdzamy do 2 Narodowych Parkow-
    Cradle Mountain-Lake St Clair NP i Franklin-Gordon Wild River NP.Po
    prawej jest jednen,a po lewej nastepny,i oba sa na Swiatowej Liscie
    Zabytkow Natury.Zatrzymujemy sie i ogladamy wszystko co mozna
    zobaczyc,nawet wtedy,kiedy znaki miejscowych rangerow mowia,ze nie
    wolno,gdyz drzewa zwalone ostatnia burza zagrazaja
    zyciu.Ryzykujemy.Opuszczamy te przecudna okolice sunac w strone
    Queenstown,gorniczego miasteczka z historia dewastacji
    okolicznych,podgorskich okolic.Dojazd do Queenstown przypomina cos
    pomiedzy wybuchem nad Hiroszima i karkolomna serpentynada
    szwajcarska.Okoliczne gory zostaly w XIX, i na poczatku XX wieku
    doszczetnie ogolocone z lasow uzywanych do topienia gorniczego
    urobku.Czesc okolicy przypomina krajobraz ksiezycowy,ale miejscowe
    wladze zaczynaja to powoli zalesiac.Miasto z populacja okolo 2500
    obywateli stara
    sie o zapewnienie jako takiej czystosci okoliczno-miastowej.Dalej
    wydobywa sie tam miedz,zloto i srebro,a miejscowe obszary sa zryte w
    formie ludzkich kretowisk.Nic pieknego.Opuszczamy Queenstown bez
    zalu i po 50 km osiagamy Strahan,miejsce naszego noclegu.


Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.