Nocujemy 3 dni w okolicy Emuford nad przecudna,czysciutenka rzeczka
z przyzwoitym,rzucajacym sie rybostanem. Okolica obfituje w gory z
dziurami, po gorniczych zapedach pionierskiego poszukiwania
cyny,miedzi i zlota,i niesamowite odglosy nocnego nawolywania
przypominajacego czasami wycie wilkow,ktorych w Australii przeciez
nie ma. Podejrzewamy o te dziwne glosy QUOLL'a, przepieknie
cetkowanego,australijskiego nocnego kota,ktory troche przypomina
polaczenie fretki i mangusty, a ktorego ,podobno,coraz czesciej
mozna spotkac w polnocnej Kwinslandii.Polskim tlumaczeniem quoll'a
jest; "nielaz cetkowany",ale nijak nie mozemy zrozumiec tej
nazwy."Nielaz" kojarzy sie z czyms co nie lazi,a ten cetkowiak lazi,
i to wspaniale.Kiedys to zwierzatko bylo znane w calej Australii,ale
osadnictwo prawie zmiotlo to przepiekne stworzenie z Terra
Australiana.Quoll obecnie powoli sie odradza i pomimo nocnego
zwyczaju polowania widziano go rowniez podczas dnia, raznie
wedrujacego gdzies w poblizu buszu.Nielaz zjada wszystko poczawszy
od insektow,krolikow po ptaki i weze, i ma bardzo ciekawy zwyczaj
dzielenia swojej" toalety" z innymi quoll'ami w celu znaczenia
swojego terytorium. Po prostu kilka quolli "toaletuje" sie w jednym,
wybranym miejscu, i z tego latrynowego miejsca zaczyna sie znaczenie
terytorium kazdego z nich .Zreszta nocne odglosy w zielonosciach
australijskiego buszu obfitujacego w skaly, soczysta zielen,jaskinie
i swieze zrodlo wody moga pochodzic rowniez od yowie'go lub innych
mieszkancow tych niezbadanych terenow.Okolica jest idyllyczna i nie
bylibysmy zdziwieni natykajac sie w nocy na jakichs nieznanych
mieszkacow tych dziewiczych terenow.Pod koniec XIX w hiszpanskich
jaskiniach w Banjos znaleziono dwoje,lekko skosnookich, dzieci o
zielonkawej skorze, i kompletnie nieznanym ubraniu.Chlopiec nie
chcial nic jesc i umarl,ale dziewczynka przezyla. Nauczyla sie
hiszpanskiego i twierdzila,ze oboje z
chopcem pochodzili z "Bezslonecznej Ziemi", z ktorej zostali zabrani
przez
"trabe powietrzna" i umieszczeni w jaskini w Banjos.Dziewczynka
umarla w 1892 roku, a jej historia jest podobna do XI wiecznej
relacji z Anglii. Australia obfituje w historie o yowie, pigmejach,3-
4 metrowych gigantow i przenajrozniejszych zwierzat wiec nic
dziwnego,iz w nocy slyszymy glosy niepodobne do jakichkolwiek
znanych nam odglosow. Eryk wybral sie na zwiedzanie pobliskiej gory
i o malo co nie wpadl do starego, szescio metrowego gorniczego szybu
pieknie porosnietego maskujaca trawa.Po zbadaniu kilku szybow
zaopatrzyl sie w dlugi kostur i wedrowal ostroznie, badajac okolice
jak jakis ulomny podrozny.Jak ci poszukiwacze kolorowych metali
kuli,do polowy lat 30-tych XX wieku, takie glebokie dziury w gorach
uzywajac tylko miesni swojego ciala jest dosyc zagadkowe.Dostac sie
na taka gore ze sprzetem, to samo w sobie bylo juz dosyc ciezkim
zadaniem,ale kopac w tych twardych skalach 6- 8 metrowe szyby, i
poruszac sie pozniej poziomo zbierajac jakies
pierwiastki...,gosh!!!-toz to bylo cholernie ciezkie zadanie. Nie
mozna przeciez zaprzeczyc,ze te dziury jakos tam wykopano,gdyz
okoliczne zloto transportowano raz w tygodniu w mocnym konwoju
policyjnym wiec musialo byc troszeczke tego "goraczkowego" metalu,
wydobywanego z tych szybow.Opalamy sie nago na materacach unoszacych
sie leniwie na wodach spokojnej rzeczki i nie chce nam sie nigdzie
ruszac z tego wspanialego miejsca.Niesamowite odcienie zieleni tego
dziewiczego buszu, spiew ptakow i owadow, cieplutka woda,cienie
slonecznego przemijania czasu, lekki zefir i brak much ..., czy
czlowiek potrzebuje czegos wiecej do zycia i szczesliwego
przezywania? Niedaleko od naszego obozu spotykam dzikie konie-
australijska nazwa,brumby-z ogonami i grzywami niestrzyzonymi chyba
od poczecia co,jak mi sie zdaje, jest obecnie niezmierna rzadkoscia
gdziekolwiek na swiecie.Brumbies wygladaja przepieknie i tworza
jakas fantastyczna kompozycje dzikosci zwierzecej
polaczona przepieknie z dzikoscia nietknietego buszu.
Obserwuje je z respektem z przyzwoitej odleglosci,ale bez
strachu.Konie sa madre i czujne,ale nie przestraszone moja osoba, i
pasa sie spokojnie w tej uroczej okolicy cos tam sobie podjadajac.
Prawde powiedziawszy to nie ma zbyt duzo takich miejsc na
swiecie,gdzie moglibysmy obserwowac dzikie konie w dzikosci natury
bez wzajemnego "przeszkadzania".Kilka lat temu Rzad w Zachodniej
Australii wydal zarzadzenie odstrzalu dzikich koni, i wykanczano je
z helikopterow,ale opinia publiczna sie zbuntowala na taki akt mordu
i Rzad sie wycofal.Zamiast odstrzalu zaproponowano lapanie i
sprzedawanie tych zwierzat i tak chyba zostalo.Dzikie wielblady np.
lapie sie i sprzedaje do krajow arabskich i nie ma z tym problemu.
To sa juz chyba jedyne dzikie wielblady na swiecie.Kilka ladnych lat
temu,kiedy przekraczalismy pustynie Gibsona,spotykalismy te dzikie
zwierzeta wedrujace zwykle w parach.Byly olbrzymiego wzrostu i
wygladalismy przy nich karlowato.W Emuford
obserwowalismy rowniez jedna z najdziwniejszych papug
australijskich, "Eclectus Parrot", ktore maja tak niesamowicie
zabawnie-madro-glupawy wyraz twarzy,jakby byly stworzone do platania
figli i niczego wiecej. Nie mam pojecia dlaczego one znalazly sie w
tamym rejonie,ale pewnie bliskosc Rain Forest moze byc jakims
rozsadnym wytlumaczeniem.Rodzaje zenskie i meskie sa tak rozne
kolorystycznie,iz naukowcy przez dluzszy czas mysleli ,ze to sa dwa
rozne gatunki ptakow.Nawet mlode piskleta roznia sie kolorem
puchu.Meski osobnik jest szara kula puchowa,a zenski czarna.Samica,
wysiadujaca mlode, prawie nie opuszcza gniazda z obawy przed
innymi,zenskimi osobkami gotowymi zajac jej gniazdo,ale podczas
takiego wysiadywania jest karmiona owocami i orzeszkami przez
przenajroznieszych ,meskich osobnikow.Zastanawiam sie czy
nasze,meskie samce bylyby zdolne do takiej zbiorowej opieki,ale cos
mi sie zdaje ,ze chyba predzej by sie powykanczali niz wykarmili
potrzebujaca kobiete.Chociaz moge sie mylic,kto wie? Widzielismy tez
nieduze stada przepieknej papugi zwanej "krasnopiorka
czerwonoskrzydla",ktora podczas lotu wyglada tak
jak "soczysta",frunaca tecza.Nie chce nam sie opuszczac tego cudnego
miejsca,ale nie mamy specjalnie wyjscia wiec 3 dnia zwijamy sie bez
pospiechu, aby po kilkudziesieciu kilometrach szutrowej drogi
przemknac przez przeurocze,maciupcie miasteczko, Irvinbank, z duzym
pubem otwieranym o 12.oo i asfaltowa ulica ciagnaca sie od
poludniowych do polnocnych rogatek.Docieramy do Herberton,gdzie
wypijamy dobra kawe , robimy male zakupy ,a w miejscowym "Empiku"
ogladamy bardzo ladne malarstwo Kanadyjki z Vancouver zastanawiajac
sie co Ja sprowadzilo tam z tymi przepieknymi,olejnymi miniaturami?
Z Herberton udajemy sie do Koombooloomba,slawnej z tamy nastawionej
na produkcje energetyczna,i mkniemy 30 km przez koombooloombijski
Rain Forest.Rozbijamy oboz w srodku duzego, pustego obozowiska z
bliskoscia dostepu do wody i zostajemy tam 2 dni.