Dodaj do ulubionych

Campulung Moldovensc

22.08.15, 21:07
Witam,
Właśnie jesteśmy na półmetku wakacji w tej miejscowości.
Na początku chcieliśmy pojechać w ciemno, z namiotem "w razie czego" ale później zostało trochę czasu więc pokusiłam się o sprawdzenie noclegów przez internet. Wybór padł na Campulung bo góry do pochodzenia - masyw Rarau i monastyry do zwiedzania. Na pierwszy wyjazd do Rumunii wolałam miejsca bardziej cywilizowane chociaż z gór w Polsce to najbardziej lubimy Bieszczady i zwiedzanie raczej gór niż dolin.
Trasę zaplanowałam z postojem na Węgrzech w Hajduszoboszlo. Jest tam kompleks basenów termalnych więc można się trochę zrelaksować po plaszczeniu tyłka w samochodzie i ruszyć dnia następnego w dalszą drogę.
Edytor zaawansowany
  • wewaw 22.08.15, 21:17
    Droga przez Rumunię ciągnie się i z braku autostrad trudno przyspieszyć. Można podziwiać lokalną architekturę i trochę bardziej swojski klimat niż na Węgrzech.
    Nocleg mieliśmy zarezerwowany w pensjonacie Dor de Bukovina i plusoem było to, że potwierdzili rezerwację odręcznie pisanym mailem, a nie automatem a także odbierali maile. Dojechaliśmy późnym wieczorem i dostaliśmy pokój. Nie chciałabym zbytnio narzekać, napiszę tylko, że należy to miejsce rozpatrywać w kontekście schroniskowym, a nie pensjonatowym i wtedy wszystko już się na swoich miejscach układa. Obsługa bardzo miła, właścicielka mówi nawet po polsku i prócz angielskiego, w wielu jeszcze językach.
  • wewaw 22.08.15, 21:45
    Wymyśliłam ten wątek jako takiego małego bloga - więc sama ze sobą dyskutuję, w połowie traktując to jako dziennik, a w połowie jako zachętę do odwiedzania Rumunii, bo warto.
    Kraj wygląda jak Polska na początku lat 90(można dyskutować, ale takie skojarzenia nam się nasunęły). Czasami piszę w liczbie mnogiej, kiedy mam na myśli jakieś zespołowe opinie podzielane przez współtowarzyszy podróży.
    Pierwszy dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie miasteczka, głównie po to, aby po miesiącach pracy biurowej nogi nieco przywykły do chodzenia. Miejscowość jest długa więc i spacer był niemały. Wypiliśmy kawę, zjedliśmy obiad bardzo smaczny i znowu kawę z deserem. Lokali jest dużo - od kilkugwiazdkowych do kategorii IV. Niestety nie odważyliśmy się odwiedzić miejsca o nazwie Cafe bar - bardzo to są lokalne przybytki i według jednego z przewodników opisane jako "sprzedające głównie alkohol".
    Ceny, w zasadzie, jak u nas. Kawa dobra. Zawsze znajdzie się ktoś, kto chociaż trochę mówi po angielski. Pewnie mówiących po francusku jest dużo więcej, bo za czasów komuny francuski był tym czym dla nas rosyjski.
    Znaleźliśmy też w miasteczku targ owocowo- warzywny z domieszką rzemiosł różnych.
    Jakaś pani na straganie rozpoznała w nas Polaków i zagadała po naszemu. Wszyscy byli życzliwi i ochoczo mówili i odpowiadali dzień dobry czyli Buna zija, a dla niewprawnych można mówić Buenos dias i różnicy wielkiej nie będzie.
    W miasteczku jest pełno sklepów i sklepików, second handów, Lidl i parę innych marketów od MAX po MINIMARKET jak w kazdym znanym mi miasteczku. Kursuje także wzdłuż linia autobusowa, co naprawdę jest pełne podziwu, że można się swobodnie przemieszczać. Jest też kilka firm taksówkowych.
    Głownym celem naszej wędrówki tego dnia było kupienie map ze szlakami turystycznymi. Jakieś kawałki miałam co prawda w przewodniku ale co mapa to mapa. Informacja turystyczna w kolorze flagi unijnej w centrum miasta była zmknięta i nie dochodziliśmy już czy tymczasowo, czy na zawsze, poszliśmy dalej. W księgarni były przewodniki w kilku językach ale mapki miały nie lepsze niż ten mój. W kiosku znaleźliśmy wydawnictwo bardzo lokalne z wklejką zawierająca 3 mapy. Zdecydowaliśmy wesprzeć lokalne przedsięwzięcie i zakupiłam je za 30RON. Po rumuńsku można było tam znaleźć dokładne opisy tras i spisy różnych przybytków w naszej miejscowości a także naukowe opracowania geologiczne hydrologiczne itp. Następnego dnia mieliśmy wyjść w góry więc trzeba było trasę wytyczyć w to nieznane.
  • wewaw 22.08.15, 22:28
    Przepraszam za błędy z góry i z dołu. Wakacje wszakże!!!
    No to w góry.
    Jeszcze przed wyjazdem naczytałam się o sforach psów niebezpiecznych i nabyłam dla każdego małą buteleczkę gazu pieprzowego ( i do tego po chusteczce dekontaminacyjnej ;)
    Zabieramy też kijki do NW, które zawsze, myślimy, do odparcia jakiegoś ataku psiego przydać się mogą.
    Niestety trzeba było przebyć jakieś 3 km do samego wejścia na szlak. Bo do autobusu wsiąść można, ale nie ma gwarancji, że trasę tym sposobem skrócimy. Po zejściu z głównej drogi zaczęły się oznakowania szlaku - duże czerwone krzyże na białym tle. Długo szliśmy przez wieś ale w końcu zaczęły się też atrakcje typu górskiego. Prześliczny wąwóz, w którym trzeba było pogłówkować jak przejść - bo wody niewiele ale skały śliskie i zero udogodnień, żadnych poręczy, kładek itp. aż nie do wiary. Co jednak najdziwniejsze - zero turystów. Nikogutko.
    Podejścia niezbyt ostre, trasa całkiem urozmaicona. Trasa do Saua Ciobanilor - kończy się na dużej pastwisko-polanie. Już jakieś 300m natrafiliśmy na ślady dużych zwierząt. Pojawiły się opinie, że to niedźwiedzie - bo co by krowy robiły na tej wysokości, ale ślady racic znajdowane gdzieniegdzie zdawały się wpływać kojąco. Ślady raciczek towarzyszyły nam prawie cały czas i jeden na tym ślad ludzki ale schodzący. Człowieka nie spotkalim, więc musiał schodzić wcześnie. W jednej zagrodzie 500m od trasy pracował jeden człowiek naprawiający ogrodzenie. Przy samej przełęczy też ktoś był, ale się schował w chatce gdy przechodziliśmy.
    Przy rozwidleniu szlaków widzieliśmy z oddali 3 turystów wspinających się na szczyt gdzieś poza szlakiem.
    W końcu doszliśmy do spotkania ze szlakiem oznaczonym żółtym krzyżem i rozpoczęliśmy schodzenie. No wiadomo, katorga. Szlak był poprowadzony bardzo ciekawie, przez urwisko kamieniste, mini wodospad - siur. Wersja maksimum miała obejmować dojście do schroniska na Rarau, ale niestety nie dalibyśmy rady. I tak całość pochłonęła jakieś 9 godzin i ból nóg przeogromny. Było warto.
    Na szczęście jakieś 500m od domu natrafiliśmy na hotel z restauracją i posililiśmy się nieco. Przyjąwszy też drobną dawkę znieczulającą rumuńskiego piwa do kwatery doszliśmy. Jeden dostał gorączki z przesilenia, pozostali tylko wypieków. Otuliwszy się wszelkimi zasobami śpiworowo-kołdrzanymi postanowiliśmy wydobrzeć do rana i przynajmniej dnia następnego nie atakować Rarau ze strony zachodniej.
  • dlania 26.08.15, 13:35
    Bardzo ciekawa relacja, czekam z niecierpliwością na szczegóły kolejnych tras, bo mam nadzieje, że na tej jednej sie nie skończyło;-)

    --
    "Istnieje rzeczywistość - i to całkiem przyjemna - bez drewna egzotycznego, skórzanych krzeseł, granitowego zlewu i przepisów wyskakujących z piekarnika" (by malamelania)
  • Gość: em IP: *.static.ip.netia.com.pl 26.08.15, 19:12
    Fajnie piszesz, bardzo czekam na kontynuację bo we wrześniu planujemy rumuńską eskapadę. Jeszcze fajniej by było gdybyś przeniosła relację na forum, które pozwala na jednoczesną ilustracje zdjęciową ;)
  • wewaw 27.08.15, 23:56
    Dzięki za miłe komentarze.
    Opiszę drugą trasę, ale przedtem dzień trzeci. (Nawiasem, już jesteśmy w domu po kąpielach w Miskolcu i dwóch traskach w słowackich Tatrach, które bardzo lubimy).

    Tak więc dnia trzeciego pełnego postanowiliśmy zobaczyć monastyr z jakich słynie Bukovina. Wybraliśmy najbliższy - Gura Humorou - Voronec. W przewodniku pisano, że jak ktoś nie lubi pamiątkarstwa, to powinien tego miejsca unikać. Jednak wiedziałam, że zwiedzimy tylko jeden taki przybytek, więc poszłam va bank z planowaniem dnia.
    Zaparkowaliśmy, przeszliśmy się, alejka pamiątkarska w zasadzie jak u nas nad morzem. Jesteśmy w miarę odporni na takie pokusy, więc zabawę mieliśmy w rozpoznawaniu ręcznie haftowanych bluzek w odróżnieniu do bardzo podobnych ale wykonanych maszynowo. Kiedyś będąc w delegacji w Bukareszcie dostałam fajną haftowaną bluzgę, więc w tych sprawach jestem stary wyga. Zakupy skończyły się na kubeczku do kawy rozmiarem pasującym pod nasz ekspres z wzorem nawiązującym do wzoru haftowanego.
    Jeśli chodzi o monastyr. Zniżkowych biletów nie mają, ale za to dyżurne okrycia nieskromnych kolan - jak najbardziej. Malowidła - styl świątyni zaiste - super. Szczególnie scena sądu ostatecznego jakoś sama swoim jestestwem wywołuje stan kontemplacji.
    Obejrzeliśmy też pobliski cmentarz, bo zauważyłam, że w Rumunii cmentarze traktowane są "bez przesady". Byłam ciekawa jaki luz mają. Takie 10-letnie groby są jeszcze całkiem zadbane ale przy naszych wysiadają. Tradycją jest chyba zostawienie poletka do uprawy kwiatów, które z czasem zarasta w stylu angielskim.
    W ogóle przyjęło się w dalszej części wycieczki moje określenie "bez przesady" i było często stosowane w kontekście opisywania zjawisk tego kraju.
    Był już czas na obiad. W centrum była jedna całkiem oblegana restauracja i hotel Best Western z racji gwiazdek do ominięcia. Ha ha, czekaliśmy jak potępieńcy na miejsce, menu, zamówienie, realizację zamówienia - łącznie z jedzeniem obiad wyniósł jakieś 2 godziny. Ja zasmakowałam w mamałydze ze smentaną -ot, takie proste lokalne danie, inni w ciorbach tudzież w sałatkach. Wszystko dobre.
    Po obiedzie postanowiliśmy pójść na spacer jak przewodnik proponował - wzdłuż rzeki. Nawet znalazłam mapę ścieżek nordic walking wytyczonych przy udziale środków unijnych. Przeszliśmy wzdłuż rzeki jakieś 500m ale i ja się poddałam. Nie czuliśmy się tam spacerowiczami, a raczej dziwolągami i ani ścieżki, ani oznaczeń widać nie było. Wracając do głównej ulicy, gdzie z racji soboty podjeżdżał ślub za ślubem (co było przyczynkiem też ciekawych obserwacji), natrafiliśmy na halę targową i kupiliśmy parę kiści pysznych winogron. Pani straganowa była bardzo miła i wykazała się całkiem poczuciem humoru.
    Teraz już nie miałam siły przebicia i prostą drogą powędrowaliśmy do restauracji Best Western w celu spożycia kawy i deseru. Zamówiłam lokalne papanaci i dobrze na tym wyszłam -ze śmietanką i jagodami + dobra kawa, ufff. Dzień zakończyliśmy na przygotowaniach do wyjścia w 10-12 godzinną trasę. Bułki, serki, wody itp.
  • wewaw 28.08.15, 00:42
    Ostatnia wyprawa na Rarau.

    A więc spięliśmy mięśnie i wyruszyliśmy na Rarau od strony bardziej zachodniej. Początek był miły, bo nie trzeba było iść główną, ruchliwą drogą, a poszliśmy bezpośrednio z kwatery pod górę - na południe. Trasa znakowana była żółtym trójkątem na białym tle, ale gdzieniegdzie pojawiały się niebieskie trójkąty. Zawsze czuliśmy się zmieszani kiedy trasa prowadziła przez, wydawać się może, prywatne posesje. Bramki, które trzeba otworzyć i zamknąć albo przekroczyć za pomocą specjalnego podestu. Nie raz szukaliśmy szlaku omijającego ogrodzenie, ale zaraz okazywało się, że znaczek jest gdzieś na chałupce na siano znajdującej się w centrum pastwiska. Parę razy szlak zagubiliśmy, ale ostatecznie zawsze się gdzieś znajdował. Po drodze było parę przepraw przez strumyki, które były w tym sezonie bardzo płytkie. Zaraz więc zadawaliśmy sobie pytanie, jak to przejść po deszczu (raczej trudno byłoby wtedy). Trasa pod górę piękna, piękna, przepiękna. Kiedy mieliśmy dochodzić do leśnego monastyru, skróciliśmy nieco wijącą się drogę asfaltową i... i poszliśmy w złą stronę.
    Najciekawsze jednak przed nami: Po ok 1km trasy napotykamy człowieka - lokalsa w gumowcach, który widząc nas zaczyna tłumaczyć, że to po czym idziemy, to DRUM FORESTER a Rarau jest w lewo. Zawrócił więc nas - hie hie, na szczęście daliśmy się - pokazał budkę gdzie siedzą ludzie i chowają się ( a może właśnie obserwują) wilki i niedźwiedzie). Odprowadził nas do właściwej drogi i poszedł dalej. Przy monastyrze podziękowaliśmy za uratowanie opatrzności wszelkiej i ruszyliśmy dalej w górę. Jak pisałam była to stara droga asfaltowa, a szlak czasami ścinał zakręty. Więcej już nikogo nie spotkaliśmy - poza niewielką grupką rodzinną z dziećmi w okolicach monastyru.
    Ostatecznie doszliśmy do odnowionej drogi asfaltowej, gdzie setki ludzi przyjechało na piknik z grillami i bez grilli, ale za to chcących wejść na skałki nieopodal szczytu. Ja chciałam kawy więc doszliśmy do hotelu w budowie, zakupiliśmy kawę i zjedliśmy kanapki. Byliśmy tak przerażeni ilością samochodów na górze, że o żadnym podejściu bliżej skałek nie mogło być mowy. Zostałam pogoniona aby czym prędzej rozpocząć schodzenie, tym bardziej, że jedyny znak pokazujący czas pokazywał 6 ore do Campulung. Uff, a była 14:00. Nie było dyskusji, ruszyliśmy w dół. Niestety pierwsze 2 km zejścia były po trasie asfaltowej, gdzie część lokalnych turystów już z gór wracała, a inni wciąż nadjeżdżali. W końcu szlak oznaczony żółtym krzyżem odbił w prawo i pożegnał szosę. Nie umiem słowami oddać piękna tej trasy. Czułam się, że jem te góry taką wielką łyżką do zupy, a jeść się ciągle chciało.
    Na jednym ze szczytów zobaczyliśmy człowieka. Patrzył sobie na góry, ale jak nas zobaczył - gdzieś zniknął. Za jakieś 15 min minął nas z prawej - biegiem - w kierunku najbliższej zagrody, gdzie ku naszemu przerażeniu harcowały 3 psy paserskie. Kiedy już przygotowaliśmy gazy bojowe, zorientowaliśmy się skąd wiatr wieje i ruszyliśmy ku zagrodzie z psami - szlak szedł przez jej teren - Człowiek wyłonił się w sposób biegnący i udał się w kierunku zagrody - skąd wyszedł człowiek drugi wyglądający na pustelnika. Zawołali do siebie psy, więc przeszliśmy bez problemów, ale zdawali się nie łapać z nami kontaktu wzrokowego, nawet żeby kiwnąć ręką w podzięce. Człowiek pierwszy pobiegł zaraz gdzieś dalej, pustelnik pozostał u siebie. Po kilku godzinach, w sytuacji też dość wątpliwej, wskazującej na bliskie spotkanie z psami, pojawił się jeszcze jeden pasterz, który od psów nas uratował. Minęliśmy też kilka byczków starając się nie pokazywać po sobie strachu ani wiedzy o potencjalnym zagrożeniu. Przyjęliśmy, że i one może na nas nie zwrócą uwagi. Tak się stało. Trasa była przecudna, chyba najdłuższa moja w życiu. Polecam, bo już niedługo to wszystkoko zniknie, zmieni się, będą bary, pamiątki, trasy politycznie omijające zagrody, żeby nikt nie czuł się przez zgraje turystów niepokojony.
    Pozdrowienia z kraju z przeszłości :) spieszcie się to zobaczyć, u nas tego nie ma.
  • dlania 28.08.15, 11:36
    Czy to był weekend, że tyle ludzi z grillami?
    Dzięki za kolejną fajna relacje.
    --
    "Punki przeważnie były z biedniejszych rodzin. Wtedy właśnie dostrzegało się po tych młodych ludziach stan finansowy rodziny. W rodzinach bogatych dzieci miały oryginalne ubrania i lubili dyskoteki. Biedniejsze były punkami i metalami" (by jagoda56)
  • wewaw 28.08.15, 23:25
    Trochę straciłam rachubę dni, ale zaiste była to niedziela, gdyż w sobotę monstyr był.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Booking.com
Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.