Dodaj do ulubionych

Literatura niedzisiejsza

21.01.11, 09:23
Tak mnie naszło nad lekturą wieczorną okołodzieciową - jakie te książki są... Przestarzałe to złe słowo, niedzisiejsze chyba lepsze :)
Czytam mojej pięciolatce "Plastusiowy pamiętnik". Ona zwraca uwagę na fascynujące przygody głównego bohatera, ale ja przy okazji analizuję sobie postawę niektórych postaci - głównie Tosi. Tosia opisana jest jako istotka nie tylko poukładana, porządna i grzeczna, ale także bardzo nierównouprawniona i nieasertywna ;) Tosia, będąc dyżurną, zbiera papierowe samoloty kolegi i zamiast walnąć je do kosza, wkłada mu do ławki. Kiedy ten się piekli, Tosi jest przykro, ale nic nie mówi. Kiedy bodajże Zosia niszczy jej kolejne przedmioty z piórnika, Tosia nadal jej pożycza, bo trzeba być koleżeńską. I tak dalej, i tak dalej. Nie jest to postawa, którą chciałabym sprzedać mojemu dziecku, więc podpuszczam córę do dyskusji na ten temat - jak inaczej, lepiej można by to załatwić - mała na szczęście ma inne pomysły na życie ;)
Gdy biorę się za starszą książkę dla dzieci, myślę intensywnie, jak nauczyć odbiorczynię krytycznego (nie: krytykanckiego) spojrzenia na prezentowane tam postawy. Rozumiem czasy, w których literatura powstawała i jednocześnie dostrzegam jej rozdźwięk ze współczesnością.

Jakie jeszcze Wam się nasuwają lektury dziecięco-młodzieżowe, przy których może się przydać pogłębiona dyskusja o postawach i wydarzeniach?
Na forum pojawiła się już debata o Kasi, która została "uszczęśliwiona" dzidziusiem, o Tomku Wilmowskim, Jaśnie Oświeconym sahibie - mnie interesuje, nie ukrywam, głównie literatura dla młodszych dzieci :)

I jak sobie pomyślę o samodzielnych umysłowo osóbkach takich, jak Lizzie Bennet (Czy Austen to lektura dla młodzieży? Moim zdaniem jak najbardziej.), to zaczynam zastanawiać się, czy w polskiej literaturze - dziecięcej zwłaszcza i to sprzed lat - są takie Elżbiety, czy same Elżunie, Słoneczka i inne Tosie :)
--
http://img.userbars.pl/92/18245.jpg
Jasne, że Linuks jest przyjazny dla użytkownika. Po prostu starannie dobiera przyjaciół.
Edytor zaawansowany
  • the_dzidka 21.01.11, 09:45
    Z punktu przypomina mi się "Bułeczka" Jadwigi Korczakowskiej. Znasz? O dwóch dziewczynkach: tej rozpieszczonej, rozkapryszonej, niegrzecznej (sama miałam ochotę łeb jej urwać), ale bardzo kochanej, głównie przez gosposię, i nieco zaniedbywana przez dobrych, ale zapracowanych rodziców - i tej dobrej, porządnej, wesołej, rozświergotanej, z biednej rodziny, co ją odumarła. Wujek, ojciec tej pierwszej, Krysi? Wandzi? uznaje za obowiązek przygarnięcie sierotki. No i sierotka przyjeżdża i co? Tak, odmienia oblicze rodziny, tej rodziny.
    Ja sobie pokpiwam oczywiście z punktu widzenia osoby dorosłej, ale o ile pamiętam, książeczka była nieźle napisana, choc oczywiście jechała smrodkiem dydaktycznym jak cholera. Ale taka już rola takich ksiązek :)
    www.biblionetka.pl/book.aspx?id=19730
    Druga taka książka, też o dziecku zaniedbywanym przez ciężko pracujących rodziców, to "Mały wzywa kapitana". Oooooo, to polecam bez kpinek. Marek poznaje starszego chłopca, Jurka, który opowiada mu o swoim fascynującym życiu pełnym przygód, podróżach w dalekie kraje, bohaterstwach, których dokonał... Mały oczywiście nie widzi ściemy, starszy kumpel mu imponuje, w dodatku własnie wybiera się on nad morze, gdzie już czeka na niego kapitan statku - no i Mały postanawia wybrać się razem z nim.

    Kończe, bo jak mi się kolejne książki zaczną przypominac, to sie dzisiaj w ogóle do pracy nie zabiorę :)
    --
    Dzidka
  • czekolada72 21.01.11, 10:25
    Dom pod kasztanami i Za złota bramą - Bechlerowej
    i ta czarodziejska atmosfera - do dziś mam sentyment, o ilustracjach Szancera to nawet nie wspominam, bo cudo!
    --
    Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą.
    — św. Augustyn (Aureliusz Augustyn z Hippony)

    "Kto nie naraża się na szwank - ten głównej stawki nie wygrywa"
  • ssssen 21.01.11, 11:04
    czekolada72 napisała:

    > Za złota bramą - Bechlerowej

    Rany boskie, przypomniałaś mi tę książkę, pamiętam, że się jej aż bałem (choć teraz nie opamiętam fabuły i nie wiem, czemu)
  • ssssen 21.01.11, 11:15
    Wrzuciłem w google i jak zobaczyłem tę okładkę to aż mnie załaskotało za mostkiem! Najlepsze jest to, że jestem niemal pewien, że mam gdzieś tę książkę, muszę znaleźć!
  • mamalgosia 22.02.11, 11:40
    Mam ją w domu, a moje Dzieci jakoś nie chcą jej przeczytać, ani nie chcą bym ja im przeczytała. Nie wiem, skąd to uprzedzenie
  • chomiczkami 24.01.11, 14:19
    > Dom pod kasztanami i Za złota bramą - Bechlerowej

    "Za złotą bramą" to jedna z moich najulubieńszych książek. Za złotą bramą coś się wydarzy, tam każdy znajdzie to, o czym marzy ;).

    Czytam ją regularnie i moje dzieci nie unikną jej, co to, to nie.

    --
    "Jak na osobę, która nawet nie jest zaręczona, ostatnio dużo myślę o ślubach. To niezdrowy objaw. Zupełnie jak myślenie o zastrzykach z insuliny, gdy nie jest się cukrzykiem. Owszem, dają niezłego kopa, ale w końcu mogą zabić." L.Wolf, "Dziennik szalonej narzeczonej"
  • ssssen 21.01.11, 11:03
    > No i sierotka przyjeżdża i co? Tak, odmienia oblicze rodziny, tej rodziny.

    Jak widać pani Korczakowska lubiła podobne motywy - vide: "Spotkanie nad morzem"
  • mmoni 21.01.11, 20:14
    Czy wątek Bułeczki nie jest zapożyczony z Heidi?
    --
    Nika

    "All theoreticians of eroticism know when there’s no distance, there’s no border; when there’s no border, there’s no taboo; when there’s no taboo, there’s no transgression; and when there’s no transgression, there’s no desire.”
  • mamalgosia 22.02.11, 11:42
    Co Ty. Heidi jest cukierkowa, a Bułeczka nasza, swojska, przaśna
  • kooreczka 21.01.11, 13:19
    Dzidko, trochę się zapędziłaś. Bułeczka jedyne, kogo odmienia to Wandzię, ale też nie do końca. Wujek zostaje jaki jest, ciocia Krysia dalej siedzi w Koszalinie, gospodyni jest jaka była. Więc Proszę mi to Bułeczki nie oczerniać- w porównaniu do Kasi to naprawdę niezła książka ukazująca trudne relacje między rodzeństwem z przymusu. Dziunia wcale nie jest "tą złą"- trudno jej się przystosować, ma swoje kaprysy, mówi i robi rzeczy, których bardzo żałuje, ale stara się wszystko naprawić. Tak jak pisałam- jej rodzice nie zmieniają się wcale, a nie są pokazani jako wzorce. Pamiętacie scenę, kiedy Wandzia ma zapalenie płuc na tyle poważne, że matka w końcu przyjeżdża? Nawet Bronia dziwi się, czemu jej nie tuli, nie całuje, ale pali papierosa. Czytałam to jeszcze zanim poszłam do szkoły i byłam tym autentycznie przerażona- matka gdzieś w świecie, ojciec "może powinniśmy ją posłać do przedszkola, sam nie wiem" i nadopiekuńcza gospodyni- święty by oszalał.
  • the_dzidka 21.01.11, 13:36
    Gdzie ja oczerniam Bułeczkę?! Przecież powiedziałam, że to książka dobrze napisana.

    --
    Dzidka
  • verdana 21.01.11, 13:39
    Dla mnie "Buleczka" jest dzisiejsza - pokazuje, ze bycie niezbyt grzecznym jest lepsze od bycia pozornie dobrze wychowaną panienka, ktora po cichu stara sie robić świństwa.
    Nieodmiennie najgorsza jest "Oto jest Kasia" - wygrywa wszystkie rankingi na dno dna. Dla mnie nie do czytania jest też "W pustyni i w puszczy". Polyanna także.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • czekolada72 21.01.11, 13:46
    W jakis sposob niedzisiejsza jest takze lektura Jaworczakowej "Jacek, Wacek i Pankracek".
    "Kazia"Duża"" Buyno-Arctowej.
    "Ania czy Mania" E. Kastnera.
    swojego czasu mnie fascynujacy "Chłopiec ze szpadą" Krapiwina.

    --
    Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą.
    — św. Augustyn (Aureliusz Augustyn z Hippony)

    "Kto nie naraża się na szwank - ten głównej stawki nie wygrywa"
  • the_dzidka 21.01.11, 13:59
    "Witia Malejew w szkole i w domu", "Kysz, Dwieteczki i cały tydzień", "Jurek, bądź człowiekiem"...

    --
    Dzidka
  • klymenystra 21.01.11, 16:53
    Mania czy Ania niedzisiejsza? Czemu?
    --
    Jestem z Krakowa. Mówię "oglądnąć", "kapło" i "sznurówki". Oraz "weka", "cwibak", "sznycel" i "zastrugaczka". I mam do tego prawo. Halte à la mort des langues!
  • soova 21.01.11, 17:04
    Może chodzi o tzw. realia? Że dziś nikomu by nie przyszło do głowy, żeby przy rozwodzie rodziców rozdzielać dzieci na zasadzie "córeczka z mamusią, a synek z tatusiem"? I to jeszcze, gdy dzieci są na tyle małe, że nie mają świadomości tej sytuacji?

    Z innej beczki: pamiętam, że najbardziej szokujące w AiM było dla mnie nie to, że rozdzielono bliźniaczki i trzymano to w tajemnicy, ale to, że gdy mama w Monachium dowiedziała się, że jej "prawdziwa" córka znajduje się w Wiedniu z tatą, a z nią mieszka córka "od taty", wsiadła do samolotu i poleciała do tego Wiednia jakby to była wyprawa pociągiem z Warszawy do Krakowa, bez oglądania się na żadne paszporty, zaproszenia czy książeczki walutowe. :) Mogę oczywiście mieszać postaci czy miasta, ale chodziło mi o sam fakt poruszania się między państwami bez ograniczeń.
    --
    Hajo Hajo Ipsenajo!
  • klymenystra 21.01.11, 17:34
    No tak, realia to inna sprawa, ale nie o realiach chyba rozmawiamy? Szczególnie, że książka ma mądre przesłanie na temat rozwodów (wtręt o Shirley Temple).
    --
    Jestem z Krakowa. Mówię "oglądnąć", "kapło" i "sznurówki". Oraz "weka", "cwibak", "sznycel" i "zastrugaczka". I mam do tego prawo. Halte à la mort des langues!
  • verdana 21.01.11, 18:06
    Bo to było po chyba po anschlussie... Więc po prostu pojechała w obrebie tego samego kraju.

    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • klymenystra 21.01.11, 18:08
    Jest to tym bardziej prawdopodobne, że dziewczynki spotkały się na koloniach - raczej więc w obrębie tego samego kraju.
    --
    Jestem z Krakowa. Mówię "oglądnąć", "kapło" i "sznurówki". Oraz "weka", "cwibak", "sznycel" i "zastrugaczka". I mam do tego prawo. Halte à la mort des langues!
  • soova 21.01.11, 18:36
    Jesteście pewne, że akcja tej książki dzieje się w czasach hitlerowskich? Nie pamiętam ani cienia aluzji do tego w treści, ani pół portretu fuhrera nie wisi na ścianie. Pamiętam, że tato - dyrygent dyryguje w tym Wiedniu "Jasiem i Małgosią" Humperdincka - czy w tamtych czasach byłoby możliwe, żeby opery wystawiały coś poza Wagnerem? :)

    --
    Hajo Hajo Ipsenajo!
  • verdana 21.01.11, 19:32
    "Dzieci z Bullerbyn" to rok 1942... Ta idylla, spokoj i cisza to wojna w Europie.
    'Mania czy Ania" zostały wydane w 1949, czyli pewnie pisane w czasie wojny. Był rok 1938 i 9 - jeden kraj, a wojny jeszcze nie bylo - dla mnie to, ze rzecz dzieje się w obrebie tego samego kraju jest oczywista. Podobnie jak " Szaleństwa panny Ewy" Makuszyńskiego pisane w 1940 - a wojny tam ani śladu.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • jottka 21.01.11, 19:41
    wg niemieckiej wiki:

    de.wikipedia.org/wiki/Das_doppelte_Lottchen
    kaestner wydał "anię czy manię" w 1949 r., ale pierwsza wersja powstała jako scenariusz filmowy w 1942 r., tyle że niedługo potem nieszczęsny autor został objęty zakazem pisania, no i dzieło poszło do szuflady na lepsze czasy. znaczy verdana ma rację, za to dopominanie się od kaestnera portretu wodza na ścianie ku zbudowaniu czytelnictwa to jednakowoż przegięcie:) on antyfaszysta od zawsze był, a jego książki spalono podczas wiadomej akcji nazistów.
  • ananke666 22.01.11, 01:14
    > panny Ewy" Makuszyńskiego pisane w 1940 - a wojny tam ani śladu.

    Bo napisana w 1940, ale akcja rozgrywa się w trzydziestym którymś, pojawia się raz napisany dzień, miesiąc i rok.
    --
    Tupecik
  • minerwamcg 22.01.11, 19:03
    Oczywiście, że wojny tam ani śladu, bo akcja powieści toczy się w 1938 roku. Czytałam to kiedyś z tą myślą i serce mi się ściskało, że to już za dwa lata. Jerzy zginie we wrześniu, Ewa w Powstaniu, Rogalik na Pawiaku, pani Zawidzka w Oświęcimiu...
    --
    - Tu, tu, ptaszek! On zmarznie! Ćwir, ćwir, ćwir! Tiu, tiu, tiu, zabierz to, zabierz to, mokre! Ptaszek, ptaszek! Już już, nóżki, paluszki…! Sweterek! Podnieś to, podnieś, ptaszek, ptaszek, fiu, fiu, cicho, cicho, już, on jest głodny, gdzie butelka, ptaszek…!!!
  • czekolada72 22.01.11, 19:12
    O tak, masz racje, ja to z wiekiem tez zaczelam czytac w "ten" sposob... Zreszta jego ksiazki, i Szalenstwa, i Panna z mokrą głowa, i Awantura - są takie owiane melancholia... Wiadomo Panna i Awantura napisane przed wojna, ale jak sie oglada potem film to tak jakos czlowieka nadchodzi, ze lada moment to wszystko sie skonczy...
    --
    Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą.
    — św. Augustyn (Aureliusz Augustyn z Hippony)

    "Kto nie naraża się na szwank - ten głównej stawki nie wygrywa"
  • verdana 22.01.11, 19:18
    Bo "Szalenstwa pannt Ewy" byly pisane "ku pokrzepieniu serc" - dlatego tam wszysto dobrze się kończy, wszyscy sa dobrzy, idylla po prostu.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • minerwamcg 28.01.11, 14:23
    Pokaż mi książkę Makuszyńskiego dla młodzieży, która nie była pisana ku pokrzepieniu serc.
    --
    - Tu, tu, ptaszek! On zmarznie! Ćwir, ćwir, ćwir! Tiu, tiu, tiu, zabierz to, zabierz to, mokre! Ptaszek, ptaszek! Już już, nóżki, paluszki…! Sweterek! Podnieś to, podnieś, ptaszek, ptaszek, fiu, fiu, cicho, cicho, już, on jest głodny, gdzie butelka, ptaszek…!!!
  • the_dzidka 22.01.11, 19:58
    > Wiadomo Panna i Awantura napisane przed wojna, ale jak sie og
    > lada potem film to tak jakos czlowieka nadchodzi, ze lada moment to wszystko si
    > e skonczy...

    Ja tak mam, kiedy ogladam moje ukochane, przedwojenne polskie filmy. To bodaj jeszcze gorsze, bo patrzę na realnych ludzi. Piękna Ina Benita, roześmiana, uwodzicielska, jeszcze nie wie, że za kilka lat zostanie w kanale na Starym Mieście... Szarmancki superamant Eugeniusz Bodo, zabity przez NKWD. Franciszek Brodniewicz - zawał podczas Powstania. Oraz ci, którzy przeżyli, ale życie im się połamało. Czasami patrzę na występujące w tych filmach małe dzieci i zastanawiam się, które z nich zostało gdzieś na drogach na wschód od Warszawy, a które zniknęły gdzieś w Treblince. Przykre to, ale no nie umiem inaczej.

    --
    Dzidka
  • dakota77 22.01.11, 20:12
    A ja sie wlasnie poryczalam, czytajac tego posta.
    --
    "Nick zobowiązuje: Dakota Ameryce nie przepuści;)"-by Marslo55
  • verdana 23.01.11, 13:02
    To ja mam najwiekszy problem.
    Siedzę własnie w bibliotekach i czytam polskojęzyczne czasopisma żydowskie z okresu międzywojennego. Jest rok 1939. Są zawiadomiwenia o ślubach, narodzinach dzieci i nekrologi.
    Czytam to i serce mi się sciska, gdy pomyslę, żenajlepszymi wiadomościami są nekrologi. Zdążyli.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • klymenystra 22.01.11, 12:16
    W innej książce Lindgren "Zwierzenia Britt-Mari" czas akcji można poznac tylko po tym, że mama głównej bohaterki przyjmuje na Święta żydowskich uchodźców.
    --
    Jestem z Krakowa. Mówię "oglądnąć", "kapło" i "sznurówki". Oraz "weka", "cwibak", "sznycel" i "zastrugaczka". I mam do tego prawo. Halte à la mort des langues!
  • mankencja 23.01.11, 07:33
    a w "Madice" w gazecie, w której pracuje tatuś, ukazuja się wiadomości "z teatru działan wojennych"
    --
    kot
  • klymenystra 23.01.11, 10:45
    O, to prawda!
    --
    Jestem z Krakowa. Mówię "oglądnąć", "kapło" i "sznurówki". Oraz "weka", "cwibak", "sznycel" i "zastrugaczka". I mam do tego prawo. Halte à la mort des langues!
  • mankencja 23.01.11, 23:27
    i sa wynikajace z tego opowiesci z dreszczykiem o "duchach, mordercach i wojnie"
    --
    kot
  • teano1 09.02.11, 12:28
    verdana napisała:

    > "Dzieci z Bullerbyn" to rok 1942... Ta idylla, spokoj i cisza to wojna w Europi
    > e.
    > 'Mania czy Ania" zostały wydane w 1949, czyli pewnie pisane w czasie wojny. Był
    > rok 1938 i 9 - jeden kraj, a wojny jeszcze nie bylo - dla mnie to, ze rzecz dz
    > ieje się w obrebie tego samego kraju jest oczywista. Podobnie jak " Szaleństwa
    > panny Ewy" Makuszyńskiego pisane w 1940 - a wojny tam ani śladu.

    No chwila, chwila! To że ksiązka pisana jest w okreslonym roku wcale jeszcze nie oznacza, że akcja dzieje się w konkretnych realiach! To tylko MM umieszcza akcję w konkretnym miejscu i czasie. Prawa fikcji literackiej są takie, że mozna stworzyć nieistniejące miasto, nawet podobne do istniejącego albo znajdujące się blisko istniejących, można stworzyć nieistniejacą ulicę w istniejącym mieście itd.
    Maria Kruger napisała "Szkołę Narzeczonych" (albo jakoś tak) w najciemniejszym okresie okupacji. Ale akcja działa się w realiach zbliżonych do przedwojennych, choć nie do końca. Powiedziałabym, że działa się współcześnie do czasów, w ktorych książka powstawała ale w świecie równoległym tzn takim jaki byłby gdyby nie było ani Hitlera ani ówczesnych zawirowań historyczno-politycznych.
    Tak samo Szaleństwa Panny Ewy z pewnością nie dzieją się w latach 40-tych XXwieku.
    I Dzieci z Bullerbyn, jak sądzę, to świat dzieciństwa autorki albo też raczej to co Mickiewicz określał jako "Kraj lat dziecinnych" przepuszczony przez pryzmat wspomnień, trochę wyidealizowany, trochę ubarwiony cudzymi wspomnieniami, przyprawiony sosem ówczesnych realiów ale tylko kropelką do smaku itd.
    A co do Mani czy Ani - równie dobrze możemy napisać, że akcja dzieje się w UE ;)
    Swoją drogą parę dni temu, bodajże w niedzielę leciała w TV zabawna komedia familijna, będąca IMHO oczkiem puszczonym do czytelników Mani czy Ani, tylko Mania i Ania (w filmie Sharon i Susan) mają już ...dzieści lat i własne dzieci.
    Bardzo miły, ciepły filmik

    --
    Aktualności
    Nie naledzi dzieby menścidzna był, kiedy pan domu nieobecńy. To nie modźna. Wy zajente, ja ide. Do fidzenia.
    Drogi Adwenenie!" - skreśliła "drogi" i wpisała "tani" uśmiechając się złośliwie.
    "...przykląkł przy łóżku i przez chwilę wpatrywał się w śpiącą. Tak. To ona. Zdecydowanym ruchem położył dłoń na jej ustach. Szarpnęła się, otwierając szeroko oczy."
  • soova 09.02.11, 12:39
    Tak samo Szaleństwa Panny Ewy z pewnością nie dzieją się w latach 40-tych XXwieku.

    Akurat kiedy toczy się akcja w "Szaleństwach...", wiadomo dokładnie, bo jednym z wątków jest korespondencja malarza Jerzego z bezlitosnym wierzycielem - krewnym, panem Mudrowiczem, i któryś z listów jest datowany na 1938 rok. Mimo że sama książka pisana w najgorszych czasach okupacji.
    --
    Hajo Hajo Ipsenajo!
  • the_dzidka 09.02.11, 13:39
    > Swoją drogą parę dni temu, bodajże w niedzielę leciała w TV zabawna komedia fam
    > ilijna, będąca IMHO oczkiem puszczonym do czytelników Mani czy Ani, tylko Mania
    > i Ania (w filmie Sharon i Susan) mają już ...dzieści lat i własne dzieci.
    > Bardzo miły, ciepły filmik

    Filmów z motywem zamiany bliźniaczek czy też szalenie podobnych do siebie dziewczynek jest sporo. Sympatyczne są.
    --
    Dzidka
  • teano1 09.02.11, 13:47
    the_dzidka napisała:

    > > Swoją drogą parę dni temu, bodajże w niedzielę leciała w TV zabawna komed
    > ia familijna, będąca IMHO oczkiem puszczonym do czytelników Mani czy Ani, tylko
    > Mania
    > > i Ania (w filmie Sharon i Susan) mają już ...dzieści lat i własne dzieci.
    > > Bardzo miły, ciepły filmik
    >
    > Filmów z motywem zamiany bliźniaczek czy też szalenie podobnych do siebie dziew
    > czynek jest sporo. Sympatyczne są.

    Ale ten film był inny, bo tam owszem był także motyw zamiany bliźniaczek ale jakze odmienny!
    A główne bohaterki wcale nie były bliźniaczkami.
    Za dużo by opowiadać, kto miał okazję obejrzeć, ten wie.
    Można się oczywiście czepiać o realizm, ale ja ubawiłam się doskonale. Choć to niby dla dzieci miało być ;)
    Widział to ktoś oprócz mnie?
    Upraszczając - jak wyswatać własnych rodziców nie będąc bliźniaczkami. To dopiero wyzwanie - przecież napisałam - perskie oko do Mani czy Ani.
    --
    Aktualności
    Nie naledzi dzieby menścidzna był, kiedy pan domu nieobecńy. To nie modźna. Wy zajente, ja ide. Do fidzenia.
    Drogi Adwenenie!" - skreśliła "drogi" i wpisała "tani" uśmiechając się złośliwie.
    "...przykląkł przy łóżku i przez chwilę wpatrywał się w śpiącą. Tak. To ona. Zdecydowanym ruchem położył dłoń na jej ustach. Szarpnęła się, otwierając szeroko oczy."
  • alitzja 09.02.11, 19:39
    teano1 napisała:
    > Ale ten film był inny, bo tam owszem był także motyw zamiany bliźniaczek ale jakze odmienny!
    > A główne bohaterki wcale nie były bliźniaczkami.
    > Za dużo by opowiadać, kto miał okazję obejrzeć, ten wie.

    Ja ten film widziałam już kiedyś (w ostatnią niedzielę tylko fragment) i - za pozwoleniem - to jest sequel filmu "Rodzice, miejcie się na baczności", który - uwaga, a to ci niespodzianka! - bazuje właśnie na "Mani czy Ani". Sharon i Susan (grane przez nastoletnią Hayley Mills) spotykają się na obozie, zamieniają itd.
    "Nie wierzcie bliźniaczkom 2" (czyli film, o którym piszesz) to opowieść po latach o tych samych Sharon i Susan (ponownie zagranych przez Hayley Mills - już mocno dorosłą zresztą), które (o ile mnie pamięć nie myli, bo - jak pisałam - oglądałam już dawno, a teraz jedynie początek) faktycznie znów wykorzystują swoje podobieństwo (bodajże jedna, na prośbę dziewczynek, które chcą być siostrami, udaje tę drugą, nader oporną, by wyswatać ją z odpowiednim dla niej mężczyzną?). Co więcej - powstał kolejny odcinek "Nie wierzcie bliźniaczkom 3", w którym jedna z sióstr zostaje macochą... trojaczek. I znów mamy Hayley Mills w podwójnej roli Susan/Sharon. A potem jeszcze jeden - "Nie wierzcie bliźniaczkom - hawajskie wakacje", gdzie znów mamy trojaczki i bliźniaczki (uffff...).

    Tak więc nie do końca to tylko mrugnięcie okiem do tych, którzy znają oryginał książkowy - tylko kontynuacja faktycznej amerykańskiej wersji "Mani czy Ani".

    --
    "Jestem teraz jak wypalony fajerwerk, ale przynajmniej byłem fajerwerkiem" (Robert Frobisher)
  • nessie-jp 09.02.11, 23:37
    [Nieszczęsne Anie, Manie i Sharony]

    O jeżu.

    Muszę powiedzieć, że nie znoszę takiego męczenia tematu w kolejnych sequelach i sequelach sequeli i tych wszystkich Rocky 33.8 oraz Dzikie Gęsi Trzy i Pół...

    Naprawdę powinien być jakiś zakaz :)
  • czekolada72 21.01.11, 21:16
    klymenystra napisała:

    > Mania czy Ania niedzisiejsza? Czemu?
    Może to faktycznie nie wpisuje sie w nurt pytania, ale chociaz sama ksiazeczke BARDZO lubie, chociaz ten temat poruszany był wielokrotnie w filmach amerykanskich - to dla mnie jest to takie... wprowadzanie w blad dzieci rozwiedzionych rodzicow - 2 siostry sie zamienia i rodzice do siebie wroca i wszyscy zyli dlugo i szczesliwie. Moze bardziej adekwatne jest okreslenie nie "niedzisiejsza, a nierealna.
    I moze faktycznie nie miesci sie w temacie :)



    --
    Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą.
    — św. Augustyn (Aureliusz Augustyn z Hippony)

    "Kto nie naraża się na szwank - ten głównej stawki nie wygrywa"
  • klymenystra 22.01.11, 12:18
    To jest, jakby nie było, baśń :) Musi miec szczęśliwe zakończenie.

    A propos wprowadzania w błąd - naprawdę polecam wrócic do fragmentu o Shirley Temple. Autor pisze tam, że są dzieci, które cierpią, bo ich rodzice się rozwiedli, ale są też takie, które cierpią, bo się NIE rozwiedli. I dla mnie to jest clou tej książki.
    A przecież bywa i tak, że pary się rozstają, a po latach ponownie schodzą...
    --
    Jestem z Krakowa. Mówię "oglądnąć", "kapło" i "sznurówki". Oraz "weka", "cwibak", "sznycel" i "zastrugaczka". I mam do tego prawo. Halte à la mort des langues!
  • kooreczka 21.01.11, 13:48
    Dzidko, rozpowszechniasz nieprawdziwą informację, jakoby Bułeczka wszystko w domu odmieniła:) A tutaj bardzo realistycznie- po prostu ułożyła sobie tylko stosunki z Wandzią.

    Ze strasznych książek dzieciństwa przypomina mi się "Serce" czyli terroryzm dydaktyczny pełną gębą. www.biblionetka.pl/art.aspx?id=102622 MAKABRA w każdym tego słowa znaczeniu. Z mojego punktu widzenia co jedna notka to większa masakra. Umebrto Eco dobił to dziełko wytykając sprzeczności w przedstawianiu dzieciom bohaterów narodowych.
  • the_dzidka 21.01.11, 13:56
    Być może. Ostatnio czytałam to 25 lat temu chyba. Tak mi się kojarzyło, że i Gderliwa Gosia się zmieniła, i wujaszek (chociaż on był jeszcze najsympatyczniejszy), i nawet łobuziak Karol się zawstydził, jak Bułeczka za jego dupochron robiła...
    Mam tylko szczerą nadzieje, że emotikonek dotyczył sformułowania "rozpowszechniasz nieprawdziwą informację"?...

    Co do "Serca", to ała. Też dawno czytałam, ale to było straszne! Ten Garrone o szlachetnej duszy i Marek szukający mamusi od Apeninów do Andów. I ona się nie chciała dać zoperować, ale jak ją synek znalazł, to zaraz się zgodziła. (Właśnie sobie uprzytomniłam, że w pamięć wbiło mi się zdanie z tego opowiadania: "Inżynier Mequenez nie mieszka w Tucuman", rany boskie!...)
    Chyba to jeszcze raz przeczytam, żeby się przekonac, czy dam radę ;)

    --
    Dzidka
  • verdana 21.01.11, 14:08
    Ale o ile pamietam "Serce" robiło za ramotę od samego początku.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • soova 21.01.11, 15:11
    Czy ktoś może czytał "Serce" wydane przez "Politykę" w ich kolekcji najlepszej literatury dla dzieci? Bo ta kolekcja zawiera naprawdę fajne książki, a o "Sercu" napisali tak:

    Jednak nawet najrzewniej wspominający spotkania z książką Edmunda de Amicisa (1846-1908) zastanawiają się, czy da się ją jeszcze czytać. Nie ma bowiem najmniejszej wątpliwości, że „Serce" niesie jawne przesłanie dydaktyczne, czego dzisiejszy czytelnik, a już w szczególności najmłodszy, nie lubi. Dodajmy jeszcze zasługi naszej kochanej grafomanki Marii Konopnickiej, która „Serce" przetłumaczyła w charakterystycznym dla siebie serdecznym stylu, czyli posłodziła to, co i tak było już słodkie. (Były też inne, nawet wcześniejsze, przekłady, ale przypuszczalnie jeszcze gorsze). Obecne wydanie różni się jednak nieco od pierwotnych: adaptacji językowej i skrótów dokonały panie Irena Koźmińska i Elżbieta Olszewska. Można więc powiedzieć, że jest to stare „Serce", ale z nowym rozrusznikiem.


    ---
    Hajo Hajo Ipsenajo!
  • mmoni 21.01.11, 20:13
    Kompromitujące wyznanie: czytałam Serce jako dziecko i podobało mi się. Wiem, byłam dziwnym dzieckiem... Ale (o ile pamiętam, bo nie wracałam do tej lektury od czasów dzieciństwa) czytałam pełną wersję czyli opowieść ramowa o klasie szkolnej we Włoszech wkrótce po zjednoczeniu, a w nią wstawione są te pojedyncze opowiastki, które opowiada chłopcom nauczyciel (wiele skróconych wydań składa się tylko z opowiadań). I chyba ta opowieść ramowa bardziej mi się podobała, bo opowiastki rozdzierały mi serce. Podobnie jak nie byłam w stanie czytać co smutniejszych bajek Andersena ani słuchać kolędy "Jezus malusieńki".

    Swoją drogą, chętnie przeczytałabym porządny współczesny przekład Serca z języka oryginału. Bo z notki do wydania Polityki odnoszę wrażenie, że panie redaktorki wzięły stary przekład Konopnickiej i przetłumaczyły go z XIX-wiecznego polskiego na nasze.
    --
    Nika

    "All theoreticians of eroticism know when there’s no distance, there’s no border; when there’s no border, there’s no taboo; when there’s no taboo, there’s no transgression; and when there’s no transgression, there’s no desire.”
  • ananke666 22.01.11, 01:23
    > Podobnie jak nie byłam w stanie czyta
    > ć co smutniejszych bajek Andersena ani słuchać kolędy "Jezus malusieńki".

    Słusznie, bo to bardzo niedobra kolęda. Sugeruje niepełnosprawność umysłową dorosłej części świętej rodziny. Nie umieli liczyć i nie wpadli na to, że rodzi się tylko dziecko, a nie powijaki dla niego.
    ;)
    --
    Tupecik
  • kindzie 24.01.11, 13:50
    soova napisała:

    > Czy ktoś może czytał "Serce" wydane przez "Politykę" w ich kolekcji najlepszej
    > literatury dla dzieci? Bo ta kolekcja zawiera naprawdę fajne książki, a o "Serc
    > u" napisali tak:
    >
    > Jednak nawet najrzewniej wspominający spotkania z książką Edmunda de Amicisa (1
    > 846-1908) zastanawiają się, czy da się ją jeszcze czytać. Nie ma bowiem najmnie
    > jszej wątpliwości, że „Serce" niesie jawne przesłanie dydaktyczne, czego
    > dzisiejszy czytelnik, a już w szczególności najmłodszy, nie lubi. Dodajmy jeszc
    > ze zasługi naszej kochanej grafomanki Marii Konopnickiej, która „Serce" p
    > rzetłumaczyła w charakterystycznym dla siebie serdecznym stylu, czyli posłodził
    > a to, co i tak było już słodkie. (Były też inne, nawet wcześniejsze, przekłady,
    > ale przypuszczalnie jeszcze gorsze). Obecne wydanie różni się jednak nieco od
    > pierwotnych: adaptacji językowej i skrótów dokonały panie Irena Koźmińska i Elż
    > bieta Olszewska. Można więc powiedzieć, że jest to stare „Serce", ale z n
    > owym rozrusznikiem.



    No, no, trzeba mieć spory tupecik, żeby o Konopnickiej pisać per "nasza kochana grafomanka". I jeszcze większy, żeby sugerować, iż wyrzucenie części oryginalnego tekstu to zaleta przekładu. Aż się chyba wezmę i sprawdzę, cóż to za orzeł marketingu wysmażył taką dowcipną reklamę.
  • the_dzidka 24.01.11, 14:31
    > No, no, trzeba mieć spory tupecik, żeby o Konopnickiej pisać per "nasza kochana
    > grafomanka".

    Jak dla mnie jest to stwierdzenie faktu, jako że Konopnicka wielką grafomanką była ;)

    --
    Dzidka
  • krezzzz100 24.01.11, 14:40
    Po prawdzie, to i dla mnie Konopnicka jako prozatorka wartościowej spuścizny nam nie zostawiła. Sirotka z krasnoludkami to już naprawdę naiwnota i zarazem grafomania pełną gębą. A co do Serca Amicisa- łomatko, zawsze przy tym wysiadałam....
  • kindzie 24.01.11, 14:50
    krezzzz100 napisała:

    > Po prawdzie, to i dla mnie Konopnicka jako prozatorka wartościowej spuścizny na
    > m nie zostawiła. Sirotka z krasnoludkami to już naprawdę naiwnota i zara
    > zem grafomania pełną gębą. A co do Serca Amicisa- łomatko, zawsze przy t
    > ym wysiadałam....

    Nie będę się z Tobą kłócić na temat "Sierotki Marysi", bo kompletnie jej nie pamiętam. Co do "Serca", to musiałabym znać oryginał, żeby określić wartość przekładu Konopcnickiej.
    Ale będę się zażarcie kłócić co do jej nowelistyki - moim zdaniem i owszem, bardzo wartościowej.
  • teano1 09.02.11, 13:03
    krezzzz100 napisała:

    > Po prawdzie, to i dla mnie Konopnicka jako prozatorka wartościowej spuścizny na
    > m nie zostawiła. Sirotka z krasnoludkami to już naprawdę naiwnota i zara
    > zem grafomania pełną gębą.

    Zadziwiające że im mniej człowiek przeczytał, tym bardziej jest skłonny do radykalnych ocen...
    --
    Aktualności
    Nie naledzi dzieby menścidzna był, kiedy pan domu nieobecńy. To nie modźna. Wy zajente, ja ide. Do fidzenia.
    Drogi Adwenenie!" - skreśliła "drogi" i wpisała "tani" uśmiechając się złośliwie.
    "...przykląkł przy łóżku i przez chwilę wpatrywał się w śpiącą. Tak. To ona. Zdecydowanym ruchem położył dłoń na jej ustach. Szarpnęła się, otwierając szeroko oczy."
  • kindzie 24.01.11, 14:46
    the_dzidka napisała:

    > > No, no, trzeba mieć spory tupecik, żeby o Konopnickiej pisać per "nasza k
    > ochana
    > > grafomanka".
    >
    > Jak dla mnie jest to stwierdzenie faktu, jako że Konopnicka wielką grafomanką b
    > yła ;)
    >

    Nie masz racji, za pozwoleniem.
  • krezzzz100 24.01.11, 14:49
    No dobra, podejmę pałeczkę :-) A cóż takiego wartościowego napisała: Mendel Gdański?
  • kindzie 24.01.11, 14:55
    krezzzz100 napisała:

    > No dobra, podejmę pałeczkę :-) A cóż takiego wartościowego napisała: Mendel
    > Gdański
    ?

    Owszem. "Mendla Gdańskiego", "Miłosierdzie gminy", "Józefową", "Banasiową", "Pannę Florentynę" - i wiele innych.
  • verdana 24.01.11, 15:05
    To ja moze was pogodzę?
    Konopnicka bywała grafomanka, szcsególnie piszac dla dziatwy. natomiast spora część jej zaangazowanych opowiadań, zdecydowanie dla dorosłych, jest oszczedna w środkach i doskonała. "Mendel Gdański" jest arcydziełem.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • krezzzz100 24.01.11, 15:17
    Dla mnie i Mendel jest grafomanią, choć zgadza się, że niektórzy przyznają mu status arcydzieła. O ten Mendel lubię się czasem pohandryczyć))) Znaczy o formę, nie o treść, bo problematyka- jak najbardziej ok. Moim zdaniem ludziska to często i niesłusznie nakładają.
  • verdana 24.01.11, 15:24
    Jeśli chodzi o formę, to jednak trzeba brać poprawke na inny sposób pisania. jak na swoje czasy - bardzo prosty, bez szczególnych łkań i udziwnień.
    Nie chodzi tu o problematykę, ale o puentę.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • krezzzz100 24.01.11, 15:40
    Puenta zgoda :-)
  • nessie-jp 24.01.11, 16:11
    verdana napisała:

    > Jeśli chodzi o formę, to jednak trzeba brać poprawke na inny sposób pisania. ja
    > k na swoje czasy - bardzo prosty, bez szczególnych łkań i udziwnień.

    Ale to o Konopnickiej? To właśnie ona przecież była taka ach-och-niesłychanie-przepełniona-emocjami. To właśnie ta nadmierna emocjonalność autorki skutkuje oskarżeniami o grafomanię. Nie wystarczy bowiem pisać o sprawach ważnych, trzeba jeszcze ubrać ten przekaz w taką formę, żeby czytelnik przełknął bez większego krzywienia się. A więc nie nazbyt ckliwie, nie nazbyt łzawo, bez uciekania się do "szarpania za struny serca" w co drugim akapicie.

    Otóż forma Konopnickiej moim zdaniem nie jest pod tym względem doskonała. Jeśli chodzi o lekkość pióra, celność metafor i ogólną siłę rażenia, dużo lepiej wypada choćby Orzeszkowa, Prus zresztą też.

  • verdana 24.01.11, 17:25
    Ale "MendeL' obywa się własnie bez "och" i "ach". Emocje sa bardzo stonowane, raczej uwagą jest skierowana na realistyczne drobiazgi. O to chodzi, ze tu nie ma wielkich zdań i zadecia, tylko prosta historyjka.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • nessie-jp 24.01.11, 17:28
    verdana napisała:

    > Ale "MendeL' obywa się własnie bez "och" i "ach".

    Mendela (tak się to deklinuje?) szczerze powiedziawszy bardzo słabo pamiętam, więc nie chciałabym się wymądrzać :) Te ckliwości szarpiące serce niechętnie wspominam z "Miłosierdzia gminy".
  • verdana 24.01.11, 17:37
    Mendla. Nie wspominaj może o "Milosierdziu gminy", bo jeszcze pamietam jak to czytałam i po co wracać do traumatycznych wspomnień.
    "Mendel" to inna klasa. Dobry jest też "Dym", ale to już nie to.
    mendel-gdanski.klp.pl/a-6438-18.html
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • kindzie 24.01.11, 21:50
    nessie-jp napisała:

    > verdana napisała:
    >
    > > Ale "MendeL' obywa się własnie bez "och" i "ach".
    >
    > Mendela (tak się to deklinuje?) szczerze powiedziawszy bardzo słabo pamiętam, w
    > ięc nie chciałabym się wymądrzać :) Te ckliwości szarpiące serce niechętnie wsp
    > ominam z "Miłosierdzia gminy".

    Ale to napięcie emocjonalne w "Miłosierdziu gminy" wynika z samej sytuacji, która jest opisywana. Autorka wcale go nie podkręca swoim własnym komentarzem.
    "Miłosierdzie gminy" jest świetnym opowiadaniem, dorównującym, moim zdaniem, "Mendlowi Gdańskiemu".
  • teano1 09.02.11, 13:16
    kindzie napisała:

    > > > Ale "MendeL' obywa się własnie bez "och" i "ach".
    > >
    > > Mendela (tak się to deklinuje?) szczerze powiedziawszy bardzo słabo pamię
    > tam, w
    > > ięc nie chciałabym się wymądrzać :) Te ckliwości szarpiące serce niechętn
    > ie wsp
    > > ominam z "Miłosierdzia gminy".
    >
    > Ale to napięcie emocjonalne w "Miłosierdziu gminy" wynika z samej sytuacji, któ
    > ra jest opisywana. Autorka wcale go nie podkręca swoim własnym komentarzem.
    > "Miłosierdzie gminy" jest świetnym opowiadaniem, dorównującym, moim zdaniem, "M
    > endlowi Gdańskiemu".

    Dokładnie. Właśnie dlatego wielu tak niechętnie wraca do tego tekstu, że mocno zapadł w serce i szarpnął tak, że aż zabolał. A byliśmy za mali by cztać tak traumatyczne teksty. Stąd przeniesienie niechęci na autorkę, ze nam zafundowała taką traumę.
    A Konopnicka wcale nie stosuje tu tanich chwytów a już na pewno nie słodzi ani nie podlewa zjełczałym liryzmem.
    Świetna proza reportażowa.


    --
    Aktualności
    Nie naledzi dzieby menścidzna był, kiedy pan domu nieobecńy. To nie modźna. Wy zajente, ja ide. Do fidzenia.
    Drogi Adwenenie!" - skreśliła "drogi" i wpisała "tani" uśmiechając się złośliwie.
    "...przykląkł przy łóżku i przez chwilę wpatrywał się w śpiącą. Tak. To ona. Zdecydowanym ruchem położył dłoń na jej ustach. Szarpnęła się, otwierając szeroko oczy."
  • krezzzz100 24.01.11, 17:55
    Verdano, no ale spójrz (już poza tematyką i puentą, co do których jesteśmy zgodne) na ten fragment:
    "[i]Tych ludzi nie widział on tu jeszcze. Gdzie idą? Po co przystają z robotnikami, śpieszącymi do kopania fundamentów pod nowy dom niciarza Greulicha? Skąd się tu wzięły te obszarpane wyrostki? Dlaczego patrzą tak po sieniach? Skąd mają pieniądze, że idą w pięciu do szynku[/i]?"
    Pierwsze zdanie (wytłuszczone) toż to niegramota jest...Ja, owszem, czasem sobie pozwalam na takie cuś, ale mam świadomość dowcipu językowego, do licha...
    I te pytania retoryczne, ten ton nadświadomego a sugerującego narratora...No, nie.
  • nessie-jp 24.01.11, 18:24
    > Pierwsze zdanie (wytłuszczone) toż to niegramota jest...

    No nie no, tu akurat będę autorki bronić -- to tak ma być, przecież to jest mowa pozornie zależna. Ma prezentować postać narratora jako osoby, która się takim językiem posługuje. A te pytania nie są retoryczne, tylko stanowią narzędzie opisu.

    Zamiast tego mogłoby, w uproszczeniu, być: "Obserwował ich i zastanawiał się, co to za ludzie. Z podejrzliwością myślał o tym, dokąd idą i po co rozmawiają. Zazdrościł, że mają pieniądze. Nie podobało mu się to." itd. itp.

    Konopnicka uwielbiała ten środek stylistyczny, nadużywała go do mdłości, ale trudno to uznać za błąd gramatyczny autorki.

  • krezzzz100 24.01.11, 19:14
    Niegramoty nie rozumiem jako błędu gramatycznego, ale brzydoty stylistycznej opartej o dziwnie figurowaną gramatykę. Dziwnie, ale nie błędnie.

    No, ten narrator, napisałam, jest uch...
  • teano1 09.02.11, 13:19
    krezzzz100 napisała:

    > Niegramoty nie rozumiem jako błędu gramatycznego, ale brzydoty stylistycznej op
    > artej o dziwnie figurowaną gramatykę. Dziwnie, ale nie błędnie.
    >
    > No, ten narrator, napisałam, jest uch...

    Nie, no ręce opadają...
    A kto jest narratorem tego fragmentu?
    --
    Aktualności
    Nie naledzi dzieby menścidzna był, kiedy pan domu nieobecńy. To nie modźna. Wy zajente, ja ide. Do fidzenia.
    Drogi Adwenenie!" - skreśliła "drogi" i wpisała "tani" uśmiechając się złośliwie.
    "...przykląkł przy łóżku i przez chwilę wpatrywał się w śpiącą. Tak. To ona. Zdecydowanym ruchem położył dłoń na jej ustach. Szarpnęła się, otwierając szeroko oczy."
  • paszczakowna1 24.01.11, 20:30
    > Otóż forma Konopnickiej moim zdaniem nie jest pod tym względem doskonała. Jeśli
    > chodzi o lekkość pióra, celność metafor i ogólną siłę rażenia, dużo lepiej wyp
    > ada choćby Orzeszkowa, Prus zresztą też.

    Zgoda na Prusa (choć ja wolę jego publicystykę niż beletrystykę), ale Orzeszkowa? Ta dopiero kwiatki sadziła. Konopnicka znacznie lepiej potrafiła tę tendencję opanować. 'Nad Niemnem' nawet lubię (fajne romansidło), ale z reszty mało co nadaje się do czytania - właśnie z powodu ckliwego stylu.
  • nessie-jp 24.01.11, 21:20
    > . 'Nad Niemnem' nawet lubię (fajne romansidło), ale z reszty mało co
    > nadaje się do czytania - właśnie z powodu ckliwego stylu.

    Ja mówiłam tylko o nowelkach, Nad Niemnem nie zmogłam -- przekartkowałam tylko... :)
  • soova 24.01.11, 21:22
    "Nad Niemnem" w warstwie fabularnej jest bardzo fajne, przy czytaniu wystarczy pomijać opisy przyrody. ;)
    --
    Hajo Hajo Ipsenajo!
  • truscaveczka 25.01.11, 09:37
    Ja też lubię "Nad Niemnem" - i "Teoś Różyc, siostrzeniec księżnej, harbuza dostał!" i dziadunia, co Pacenkę ściga, bo mu babunię ukradł i w ogóle :)
    --
    http://img.userbars.pl/92/18245.jpg
    Jasne, że Linuks jest przyjazny dla użytkownika. Po prostu starannie dobiera przyjaciół.
  • marslo55 25.01.11, 12:38
    truscaveczka napisała:
    "Ja też lubię "Nad Niemnem" - i "Teoś Różyc, siostrzeniec księżnej, harbuza dostał!" i dziadunia, co Pacenkę ściga, bo mu babunię ukradł i w ogóle :)"
    Uwielbiam "Nad Niemnem", które wcale a wcale nie zdaje mi się ckliwe i zupełnie nie nudzi mnie opisami przyrody. Nie trawię tylko starego Orzelskiego, jego rozlazłe, hedonistyczne, mlasknięciem się w mózgu odzywające "caca" wywołuje u mnie dreszcze obrzydzenia.
    "Tereniu, jak myślisz: czy wśród Eskimosów może istnieć prawdziwa, gorąca miłość?":D
  • kindzie 25.01.11, 21:20
    marslo55 napisała:

    > Uwielbiam "Nad Niemnem", które wcale a wcale nie zdaje mi się ckliwe i zupełnie
    > nie nudzi mnie opisami przyrody.

    I ja też przepadam za "Nad Niemnem", łącznie z opisami przyrody, ale uczciwie muszę, że gdyby wykosić te tyrady Witolda, to książka bardzo by zyskała.

    A swoją drogą niedawno weszłam w posiadanie nowego wydania "Nad Niemnem" z serii Biblioteki Narodowej. Autor opracowania bezlitośnie powywlekał w przypisach wszystkie fragmenty, które Orzeszkowa bardzo słusznie usunęła. Uch, Boże, chroń pisarzy przed gorliwymi redaktorami, a już przed krytykami obronią się sami...
  • nessie-jp 26.01.11, 00:10
    Nie zapomniałam o tej Orzeszkowej, obiecuję napisać coś więcej za kilka dni, ale na razie jestem cokolwiek nieżywa, wybaczcie. Nie mam nawet siły odgrzebywać starego pudła z książkami czytanymi ostatnio 20 lat temu ;)

  • czekolada72 26.01.11, 10:49
    Pomijajac juz fakt, ze to nie powiesc dla dzieci - ja ja przeczytalam gdzies pod koniec podstawowki, film ogladalismy w liceum - zdecydowanie bardziej przypadl mi do gustu tekst pisany, choc wiekszosc opisow przyrody starannie pominełam. Pamietam zas, ze klasie najbardziej w pamieci utkwił "globus".
    Moje dziecko zas czytalo to jako lekture chyba w 2 LO, albo zaraz na poczatku 3 - i o dziwo - przebrnęło (ale tez bez opisów ;)
    --
    Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą.
    — św. Augustyn (Aureliusz Augustyn z Hippony)

    "Kto nie naraża się na szwank - ten głównej stawki nie wygrywa"
  • paszczakowna1 25.01.11, 14:24
    > Ja mówiłam tylko o nowelkach

    A które nowelki Orzeszkowej uważasz za lepsze od Konopnickiej? Ja w ogóle bardzo lubię literaturę pozytywistyczną, ale np. nowelki z "Gloria victis" odrzuciły mnie jak mało co.

    "Perłowe gamy śmiechu nad koralową strugą krwi, cień nocy na jutrzni porannej, cień grzechu na szacie anioła, na złotogłowiu łzy – skaczący i ubielony klown w ponurej celi smutku. Wszystko bywa i bywa razem, w jednym momencie czasu – w jednym sercu ludzkim."

    żeby dać przypadkowy fragment.

    Cokolwiek by powiedzieć o Konopnickiej, ona takich przepiękności nie pisała. Da się czytać np. "Dobra Pani", ale żeby lepsze od Konopnickiej?
  • kindzie 24.01.11, 21:46
    nessie-jp napisała:

    > Ale to o Konopnickiej? To właśnie ona przecież była taka ach-och-niesłychanie-p
    > rzepełniona-emocjami. To właśnie ta nadmierna emocjonalność autorki skutkuje os
    > karżeniami o grafomanię. Nie wystarczy bowiem pisać o sprawach ważnych, trzeba
    > jeszcze ubrać ten przekaz w taką formę, żeby czytelnik przełknął bez większego
    > krzywienia się. A więc nie nazbyt ckliwie, nie nazbyt łzawo, bez uciekania się
    > do "szarpania za struny serca" w co drugim akapicie.

    Owszem, w odniesieniu do poezji Konopnickiej masz rację. Ale jej nowele, tak jak pisała Verdana, są właśnie bardzo oszczędne w tego typu środki.
    Poza tym są bardzo dobrze skonstruowane, bohaterowie - o ile na to pozwala krótka forma - świetnie narysowani, wyposażeni w wyrazistą osobowość i swój własny język.

    > Otóż forma Konopnickiej moim zdaniem nie jest pod tym względem doskonała. Jeśli
    > chodzi o lekkość pióra, celność metafor i ogólną siłę rażenia, dużo lepiej wyp
    > ada choćby Orzeszkowa, Prus zresztą też.

    Mam zupełnie przeciwne zdanie. Nowele Prusa przy opowiadaniach Konopnickiej wypadają blado i rozwlekłe.
  • kindzie 25.01.11, 15:29
    Ech, nie mogę sobie jeszcze odpuścić tej Konopnickiej, bo od dawna drażni mnie krzywdzący stereotyp, który do niej przylgnął.

    Zgoda, poezja Konopnickiej jest na ogół egzaltowana i przegadana. Ale przecież ta ocena nie odnosi się nawet do _całej_ jej poezji. Zwięzła, powściągliwa i elegancka forma wiersza zaczynającego się od wersu "Z jednego kubka ty i ja piliśmy w onej chwili…" zgoła kontrastuje z jego treścią, mówiącą o miłosnych dramatach i ich niszczącym wpływie na życie. A i wśród twórczości Konopnickiej dla dzieci trafiają się udane utwory: "Jadą, jadą dzieci drogą" jest wierszykiem wyposażonym w podstawowe zalety poezji dziecięcej - rytmiczność, obrazowość i prostotę. Podobnie jak "Stefek Burczymucha", który dodatkowo ma inną zaletę, ważną dla tego rodzaju literatury - a mianowicie dowcip.

    Zresztą nawet w najbardziej sążnistych i rozemocjonowanych wierszach Konopnickiej błyska czasami celna ironia, która dla jej nowelistyki jest wręcz cechą charakterystyczną.

    I wracając do prozy: na przykład świetną nowelą jest "Maryśka". Całe opowiadanie koncentruje się wokół sceny, kiedy do kuchni przy jakimś dworze, w której zgromadzili się służące i parobkowie, docierają dalekie odgłosy zaręczynowej muzyki. Wśród kobiet znajdujących się w izbie jest kochanka przyszłego pana młodego, a zarazem matka jego dziecka. I ta dziewczyna zaczyna się miotać po izbie, wszystko jej leci z rąk, szarpie i rzuca swoim synkiem, a zaraz potem obsypuje go namiętnymi pocałunkami, a w końcu wypada z kuchni, żeby zabrać z kopca kochanka swoje żałosne alimenty: parę worków ziemniaków. A w tle cały czas słychać miarowe bębnienie zgłuszane przez wiatr, w kuchni jest duszno od pary buchającej z garów, a przy każdym otwarciu drzwi do środka wpadają kłęby kłujących śniegowych igiełek.
    W tym opowiadaniu bardzo dobrze widać, jaką uważną, inteligentną i empatyczną obserwatorką była Konopnicka. I jak genialnie potrafiła przełożyć swoje obserwacje na literaturę.
  • krezzzz100 25.01.11, 16:42
    No, ale to niemal u każdego twórcy coś tam dobrego się znajdzie, nawet u Sienkiewicza)))) To chyba nie jest dobra miara oceny- coś tam udanego. Bo naprzeciw tego stają te nieudane. I co wówczas? Chyba gdzie indziej należ szukać...
    Dla mnie Konopnicka wcale nie jest zasadniczo zwięzła. Jest nadmiernie nacechowana deklaratywnością- umiejscowioną w stylu. Tak, to także retoryczna strona jej wywodów, nie tylko- treściowa: skądinąd zasadniczo nudna. O tę całość chyba chodzi. Dlatego, jak dla mnie, Prus się ostał (mimo kilku rzeczywiście mniej udanych nowel), a Konopnicka -nie.
  • verdana 25.01.11, 19:19
    E, w ten sposób to żanen pisarz się nie ostanie. Nawet Prus i moj ukochany Heller popełniali gnioty.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • krezzzz100 25.01.11, 19:55
    Tyż racja...
  • verdana 25.01.11, 22:54
    ... to z miłosci do Konopnickiej zastrzelił się moj cioteczny pradzadunio. On miał dwadzieścia parę lat, a ona ponad pięćdziesiąt.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • krezzzz100 26.01.11, 11:29
    To jest coś! Verdano, jeszcze trochę i zmienię optykę :-) Rozumim zainteresowanie Konopnicką także pozapisarskie...Musi, że coś w tej kobicie było...A ten Twój pradziad cioteczny to był bardziej pod wrażeniem artyzmu, intelektu czy innych cech tej pani? Niemniej, cokolwiek, pełen szacun dla obojga...
  • the_dzidka 26.01.11, 12:31
    Hę-hę-hę, wieść gminna szerzona usty mojej mamy niesie, iż pani Konopnicka była osobą obdarzoną szalonym temperamentem erotycznym :) Być może z ócz jej to wyłaziło, niektóe tak mają :)

    --
    Dzidka
  • verdana 26.01.11, 13:23
    Ale ona lesbijka była chyba.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • krezzzz100 26.01.11, 13:30
    Tak niesie wieść gminna...mimo tych sześciorga dzieciów...inna wieść niesie, że to protoplastka feminizmu...
  • verdana 26.01.11, 13:23
    Pradziad był trochę tego... niedostosowany? Że się tak poprawnie wyrażę.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • krezzzz100 26.01.11, 13:28
    Znaczy...wyprzedzający epokę, czy rozum mu za czymś tam nie nadążał...? (pardon)
  • verdana 26.01.11, 13:59
    Wyprzedzic epoki nie zdążył, bo się zastrzelił. Chyba coś miał jednak nie bardzo z rozumem - nie był to romans, ale platoniczna milość, a idiota się zastrzelił. Jego rodzice pisali do Konopnickiej, zeby sie od małolata odczepiła, ale ona, chyba dosyć słusznie, nie reagowała, bo nie ona byla tu osobą zaangazowaną.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • rozdzial43 26.01.11, 15:08
    kindzie napisała:

    A i wśród twórczości Konopnickiej
    > dla dzieci trafiają się udane utwory: "Jadą, jadą dzieci drogą" jest wierszyki
    > em wyposażonym w podstawowe zalety poezji dziecięcej - rytmiczność, obrazowość
    > i prostotę. Podobnie jak "Stefek Burczymucha", który dodatkowo ma inną zaletę,
    > ważną dla tego rodzaju literatury - a mianowicie dowcip.


    Stefkiem Burczymuchą wygrałam w II klasie podstawówki konkurs recytatorski. Dzięki Konopnickiej miałam zatem szansę zostać gwiazdą show biznesu...że też nie poszłam dalej tą drogą artystyczną! Tyle talentów zmarnowanych, Janko Muzykant po prostu, że tak pozostanę porównaniem w klimacie smutnych i przepięknych nowel :D
  • the_dzidka 24.01.11, 16:00
    > Nie masz racji, za pozwoleniem.

    Może raczej ujęłabyś to w słowa "pozwolę sobie miec inne zdanie", z łaski swojej? Bo ja jakos wybitnie źle reaguję na niczym nie poparte "nie masz racji!"

    --
    Dzidka
  • kindzie 24.01.11, 21:37
    the_dzidka napisała:

    > > Nie masz racji, za pozwoleniem.
    >
    > Może raczej ujęłabyś to w słowa "pozwolę sobie miec inne zdanie", z łaski swoje
    > j? Bo ja jakos wybitnie źle reaguję na niczym nie poparte "nie masz racji!"
    >
    Zaczekaj, czytam ponownie Twój post, gdzie piszesz, że "Konopnicka wielka grafomanką była" i... nie, nie w nim również nie znajduję śladów argumentów na poparcie Twojej opinii.
  • the_dzidka 25.01.11, 18:57
    Tak, ale ja napisałam "IMHO grafomanką była", czyli innymi słowy zaznaczyłam, ze to moja subiektywna opinia. O toż samo proszę ciebie.

    --
    Dzidka
  • marajka 25.01.11, 19:13
    No bez przesady. Trzeba też wziąć pod uwagę, ze kiedy panowie w jej czasach oddawali się li i jedynie pisaniu, ona musiała zarabiać na gromadę dziecisków, którą wychowywała sama.
    --
    Słowa palą, więc pali się słowa...
  • teano1 09.02.11, 12:59
    the_dzidka napisała:

    > > No, no, trzeba mieć spory tupecik, żeby o Konopnickiej pisać per "nasza k
    > ochana
    > > grafomanka".
    >
    > Jak dla mnie jest to stwierdzenie faktu, jako że Konopnicka wielką grafomanką b
    > yła ;)
    >
    Nie, nie była. Podejrzewam, ze zatrzymałaś się na etapie lektury szkolnej z opracowaniem.
    IMHO gdyby Konopnicka żyła obecnie pisałaby świetne reportaże do WO

    Przeczytaj jej opowiadania, ale bez uprzedzeń, zapominając kto je napisał. Bardzo dobry kawałek prozy.
    --
    Aktualności
    Nie naledzi dzieby menścidzna był, kiedy pan domu nieobecńy. To nie modźna. Wy zajente, ja ide. Do fidzenia.
    Drogi Adwenenie!" - skreśliła "drogi" i wpisała "tani" uśmiechając się złośliwie.
    "...przykląkł przy łóżku i przez chwilę wpatrywał się w śpiącą. Tak. To ona. Zdecydowanym ruchem położył dłoń na jej ustach. Szarpnęła się, otwierając szeroko oczy."
  • teano1 09.02.11, 12:57
    kindzie napisała:

    Jednak nawet najrzewniej wspominający spotkania z książką Edmunda de Amic
    > isa (1
    > > 846-1908) zastanawiają się, czy da się ją jeszcze czytać. Nie ma bowiem n
    > ajmnie
    > > jszej wątpliwości, że „Serce" niesie jawne przesłanie dydaktyczne,
    > czego
    > > dzisiejszy czytelnik, a już w szczególności najmłodszy, nie lubi. Dodajmy
    > jeszc
    > > ze zasługi naszej kochanej grafomanki Marii Konopnickiej, która „Se
    > rce" p
    > > rzetłumaczyła w charakterystycznym dla siebie serdecznym stylu, czyli pos
    > łodził
    > > a to, co i tak było już słodkie. (Były też inne, nawet wcześniejsze, prze
    > kłady,
    > > ale przypuszczalnie jeszcze gorsze). Obecne wydanie różni się jednak nie
    > co od
    > > pierwotnych: adaptacji językowej i skrótów dokonały panie Irena Koźmińska
    > i Elż
    > > bieta Olszewska. Można więc powiedzieć, że jest to stare „Serce", a
    > le z n
    > > owym rozrusznikiem.

    >
    >
    > No, no, trzeba mieć spory tupecik, żeby o Konopnickiej pisać per "nasza kochana
    > grafomanka". I jeszcze większy, żeby sugerować, iż wyrzucenie części oryginaln
    > ego tekstu to zaleta przekładu.

    Kindzie, spod palców mi to wyjęłaś! Mam dokładnie te same odczucia.


    --
    Aktualności
    Nie naledzi dzieby menścidzna był, kiedy pan domu nieobecńy. To nie modźna. Wy zajente, ja ide. Do fidzenia.
    Drogi Adwenenie!" - skreśliła "drogi" i wpisała "tani" uśmiechając się złośliwie.
    "...przykląkł przy łóżku i przez chwilę wpatrywał się w śpiącą. Tak. To ona. Zdecydowanym ruchem położył dłoń na jej ustach. Szarpnęła się, otwierając szeroko oczy."
  • marajka 25.01.11, 19:10
    Nie, gospodyni Gosia chyba polubiła Bronię, ale nie na zasadzie idyllicznej miłości do sierotki, po prostu ją zaakceptowała. Zresztą taka zła nie była, sukienkę uszyła, zadbała. Karol się niczego nie wstydził, nie ruszało go to, że Bułeczka go proni przed laniem.
    --
    Słowa palą, więc pali się słowa...
  • kooreczka 25.01.11, 21:03
    Gospodyni miała cudowną scenę, kiedy Bronia wraca po ucieczce- zaczyna na nią krzyczeć, po czym wybucha płaczem. Ona zawsze kojarzyła mi się z taką polską, bardziej poturbowana przez los Marylą.

    A Karol dostał za swoje przy okazji podmiany listu- jego matka znalazła przy sprzątaniu kartkę Broni, a gdy dowiedziała się co zaszło obiecuje sprawić mu lanie. Potem już raczej się nie pojawia.
  • teano1 09.02.11, 12:51
    the_dzidka napisała:

    > Co do "Serca", to ała. Też dawno czytałam, ale to było straszne! Ten Garrone o
    > szlachetnej duszy i Marek szukający mamusi od Apeninów do Andów. I ona się nie
    > chciała dać zoperować, ale jak ją synek znalazł, to zaraz się zgodziła. (Właśni
    > e sobie uprzytomniłam, że w pamięć wbiło mi się zdanie z tego opowiadania: "Inż
    > ynier Mequenez nie mieszka w Tucuman", rany boskie!...)

    Mi się wbiło: "- Umarła matka moja!
    - Twoja matka ocalona, chłopcze."

    Ale to Tucuman też.
    A od tamtego czasu gdy to była lektura minęło... ho, ho... lat.

    I jeszcze:
    "Okulary mu do oka wbili! Oślepili go, zbóje!"

    I jak ktoś komuś dał coś z karteczką "Ofiarowuję ci to"

    Więcej rzeczy nie pamiętam ;)
    (Przepraszam, jeszcze opowiadanie o pisarczyku, co zasnął nad kajetem. To pamiętam w całości)
    --
    Aktualności
    Nie naledzi dzieby menścidzna był, kiedy pan domu nieobecńy. To nie modźna. Wy zajente, ja ide. Do fidzenia.
    Drogi Adwenenie!" - skreśliła "drogi" i wpisała "tani" uśmiechając się złośliwie.
    "...przykląkł przy łóżku i przez chwilę wpatrywał się w śpiącą. Tak. To ona. Zdecydowanym ruchem położył dłoń na jej ustach. Szarpnęła się, otwierając szeroko oczy."
  • mamalgosia 22.02.11, 11:44
    Wszystkich odmieniała nie Bułeczka a Polyanna
  • krezzzz100 21.01.11, 16:11
    Można by wyabstrahować wady "tamtej" literatury- wady z dzisiejszego punktu widzenia: natrętny dydaktyzm, przedstawianie nienaruszalnych zależności władzy i ustawianie wedle tego morale, cel: kształtowanie moralności zewnętrznej (powiązane z poprzednim), powolny rozwój psychiczny bohaterów, a za nim idący socjalny, powolna akcja, statyczność języka.

    Niewiele się ostaje...Może w ogóle o dobrą literaturę dla dzieci trudno.


  • piotr7777 21.01.11, 22:36
    Po prostu kiedyś książki dla dzieci opierały się na zasadzie: "ucząc bawią, bawiąc uczą" ito było bezwzględnie przestrzegane. Nawet jeśli przedstawiały rzeczywistość oczami młodych bohaterów i tak wiadomo było, że ich sposób postrzegania świata nie jest tym właściwym. Że dorosły (rodzic, nauczyciel) ma rację nawet gdy pozornie wydaje się inaczej. Że dziecku należy zapewnić byt materialny a potrzeby emocjonalne są w tym momencie drugorzędne.
    Że nierówne traktowanie dzieci przez rodziców (faworyzowanie starszego bądź młodszego rodzeństwa) jest czymś naturalnym i oczywistym a dzieci powinny raczej się dostosować niż buntować. Dość drastycznie przedstawione jest to w - rzeczywiście koszmarnej - książce Jaworczakowej "Oto jest Kasia", ale nieco bardziej lajtowo także u innych autorów, ot choćby u Ożogowskiej (Dziewczyna i chłopak, Głowa na tranzystorach). Do tego dochodzą smaczki ideologiczne - np.gdy młodzi detektywi amatorzy tropią bliżej nieokreśloną szajkę okazuje się, że faktycznie coś jest na rzeczy, ale główny podejrzany z reguły jest milicjantem realizującym tajną misję (tu choćby Wakacje z duchami Bahdaja). I że właściwie każda spontaniczna inicjatywa młodych kończy się totalną klapą a jeżeli okazuje się sukcesem to tylko pod warunkiem, że gdzieś w tle jest dyskretne wsparcie dorosłych.
  • the_dzidka 21.01.11, 22:49
    > gdy młodzi detektywi amatorzy tropią bliżej nieokreśloną szajkę okazuje się, że faktycznie c
    > oś jest na rzeczy, ale główny podejrzany z reguły jest milicjantem realizującym
    > tajną misję (tu choćby Wakacje z duchami Bahdaja)I że właściwie każda sponta
    > niczna inicjatywa młodych kończy się totalną klapą a jeżeli okazuje się sukcese
    > m to tylko pod warunkiem, że gdzieś w tle jest dyskretne wsparcie dorosłych.

    No, to akurat dla mnie od zawsze bylo bardzo mądrym posunięciem - widać bylo, jak kończyłyby się te wszystkie młodociane zrywy w tropieniu przestępcow, gdyby w stosownej chwili nie wkroczył dorosły.

    > Nawet jeśli przedstawiały rzeczy
    > wistość oczami młodych bohaterów

    Na tym postrzeganiu to ja się nieźle przejechałam w dzieciństwie :-/ Przeczytawszy w wieku sześciu lat książki takie jak Czarne Stopy, Głowa na tranzystorach itd. nie mogłam się doczekać pójścia do szkoły, miejsca, gdzie spotkam tak inteligentne, bystre, zabawne i mądre osoby jak te w książkach! Rzeczywistość mnie mocno walnęła... Cóż, rodzina zarzucała mnie książkami, odkąd tylko nauczyłam się czytać, i jestem im za to głęboko wdzięczna, ale nie znalazł się nikt, kto uświadomiłby mi, że ani w szkole, ani w harcerstwie nie ma takich dzieci, jak na każdym kroku w powieściach...
    A to, zważywszy na moje późniejsze szkolne życie, było poważnym niedopatrzeniem.

    --
    Dzidka
  • melmire 22.01.11, 06:43
    Hyhy, ja po "Czarnych sto^pach" i ksiazkach Kamyka wstapilam do zuchow. Okazalo sie ze mamy tanczyc w koleczko spiewajac "my jestesmy biedroneczki, hopsasa, hosasa". Wytrwalam chyba z miesiac, po "wielkim zlocie" druzyn w mikrym lasku, gdzie krolowaly improwizowane na szybko skecze z uzywiem papieru toaletowego odpadlam. Trauma na cala zycie, panie dzieju :)
    --
    "Miotali tuowiami, co wspomagało bólowi świerzo przebitych stóp."
    "Pogoda ucichła za oknem, firanka, która była ozdobą na oknie przestała się chrzamotać"
  • czekolada72 22.01.11, 10:54
    Mnie zas mocno rozczarowała rzeczywistosc szkolna po "Sposobie na Alcybiadesa" i "Szatanie z VII klasy" - wlasciwie do dzis jestem rozczarowana.... Ani uczniowie, ani nauczyciele nijak sie mieli do pierwowzorów ksiazkowych...
    --
    Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą.
    — św. Augustyn (Aureliusz Augustyn z Hippony)

    "Kto nie naraża się na szwank - ten głównej stawki nie wygrywa"
  • jottka 22.01.11, 11:31
    tja, widzę, że klub możemy założyć:) po lekturze niziurskiego, makuszyńskiego, szmaglewskiej też byłam przekonana, że w innych szkołach (tych opisywanych przez w/w autorów) to fantastycznie jest, tylko mnie się pechowo taka beznadzieja przytrafiła..

    trauma dzieciństwa jak nic, powinnyśmy zażądać odszkodowania od żyjących twórców:)
  • czekolada72 22.01.11, 11:38
    No to jeszcze dodam, ze po Nienackim byłam mocno rozczarowana, ze nie udało mi sie znalezc wejscia do lochow pod zamkiem dobczyckim, a co gorsza - nie ma tam takowych, zas wszystkie skarby odnaleziono kilkanascie lat wczesniej...
    --
    Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą.
    — św. Augustyn (Aureliusz Augustyn z Hippony)

    "Kto nie naraża się na szwank - ten głównej stawki nie wygrywa"
  • pieranka 22.01.11, 22:01
    No to witmy w klubie, i tak wole Niziurskiego od moich szkol,
  • klymenystra 22.01.11, 12:22
    Ja tu już kiedyś pisałam, że książki potrafią zrobic krzywdę człowiekowi...
    Sama pamiętam, jak czytałam różne powieści dla dzieci i młodzieży i oni robili fantastyczne rzeczy na podwórkach - a to klub "Pod Zielonym Parasolem", a to jakieś przedsięwzięcia detektywistyczne, dzięki którym odnajdowali zaginionego psa itp.... Gorąco wierzyłam, że tak wygląda prawdziwe życie dzieci.

    Pod moim blokiem zaś wyczyniało się łamańce na trzepaku, grało w gumę, w piłkę, w "czarne piwko". I nic poza tym. Chyba właśnie wtedy zaczął się mój egzystencjalizm O.o
    --
    Jestem z Krakowa. Mówię "oglądnąć", "kapło" i "sznurówki". Oraz "weka", "cwibak", "sznycel" i "zastrugaczka". I mam do tego prawo. Halte à la mort des langues!
  • jottka 22.01.11, 13:02
    co to jest "czarne piwko"??

    ale pamiętam, jak w ramach protestu przeciwko brakowi emocjonujących zbrodni w otoczeniu, nabyłyśmy z paroma koleżankami gruby zeszyt w czarnej okładce (a jak!) i zaczęłyśmy zapisywać w nim nazwiska osób podejrzanych:) osoby podejrzane (nieważne o co) to byli głównie nowi uczniowie w naszej szkole (na starym osiedlu dobudowano nowy blok) i Niewątpliwie Należało Ich Śledzić:)

  • klymenystra 22.01.11, 14:22
    Czarne piwko polegało na tym, że najpierw się rysowało kredą okrąg na chodniku. Potem okrąg ten dzieliło się na tyle części, ilu było graczy. Każdy nadawał swojemu kawałkowi nazwę jakiegoś państwa (królowała Francja (to ja!), Egipt i yyy Hawaje). oczywiście, należało narysowac na swoim kawałku obrazki poglądowe typu palmy czy Wieża Eiffela. Potem jedna osoba krzyczała "Czarne piwko na przeciwko wywołuję (i tu nazwa państwa, np. Egpit)". Osoba, która miała Egpit biegła najszybciej jak potrafi i jak najdalej (był jakiś tam czas określony). Potem się zatrzymywała, a osoba wywołująca musiała w nią trafic paytkiem. Jak trafiła - zabierała jej kawałek państwa, jak nie - jej zabierano.

    Nikt nie stracił oka.
    --
    Jestem z Krakowa. Mówię "oglądnąć", "kapło" i "sznurówki". Oraz "weka", "cwibak", "sznycel" i "zastrugaczka". I mam do tego prawo. Halte à la mort des langues!
  • kkokos 22.01.11, 16:51
    "Czarne piwko na przeciw
    > ko wywołuję (i tu nazwa państwa, np. Egpit)".

    u nas to się nazywało zabawą w wojnę i krzyczało się lekko skandując "wywołuję wojnę przeciwko, piwko, przeciwko, piwko - egiptowi!". i rzucało się banalną piłką :)
  • kajaanna 23.01.11, 11:11
    Piłką?

    Do Wojny potrzebny jest patyk, bo zagarniało się terytorium wroga kreśląc na ziemi łuk patykiem. To znaczy - trzeba było schylić się (na prostych nogach - bez zginania kolan!) i patykiem odkroić jak największy kawał ziemi nieprzyjaciela.
  • kkokos 23.01.11, 12:37
    kajaanna napisała:

    > Piłką?
    >
    > Do Wojny potrzebny jest patyk, bo zagarniało się terytorium wroga kreśląc na zi
    > emi łuk patykiem. To znaczy - trzeba było schylić się (na prostych nogach - bez
    > zginania kolan!) i patykiem odkroić jak największy kawał ziemi nieprzyjaciela.

    ekhm, jako śródmiejskie dzieci grające na wyasfaltowanym podwórku używaliśmy kredy (rzadko) lub odłupanego kawałka cegły (częściej). patykiem na asfalcie nie porysujesz :(
  • a.nancy 23.01.11, 13:35
    kajaanna napisała:

    > Piłką?
    >
    > Do Wojny potrzebny jest patyk, bo zagarniało się terytorium wroga kreśląc na zi
    > emi łuk patykiem. To znaczy - trzeba było schylić się (na prostych nogach - bez
    > zginania kolan!) i patykiem odkroić jak największy kawał ziemi nieprzyjaciela.

    no dobra
    przyznam sie
    u nas sie rzucalo scyzorykiem - nie pytajcie, kto dal dzieciom scyzoryk - musial sie wbic w ziemie bo inaczej rzut sie nie liczyl. a najwieksza furore zrobilam przynoszac kozik uzywany przez moja babcie w pracach ogrodowych - bo fajny byl, mial ciezka raczke i ZAWSZE sie wbijal w ziemie :)

    --
    -Mieliscie zamiar z zimna krwia strzelac do tych ludzi?
    -Nie, sir. Tylko ostrzegawczy strzal w glowe, sir.
  • verdana 23.01.11, 17:44
    A to nie pikuty były? Bo ja pamietam patyk w jednej zabawie i nóż - w zupełnie innej.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • melmire 23.01.11, 20:50
    No wlasnie, ja tez pamietam dwie gry, jedna z patykiem (i rzucaniem nim w przeciwnika) i druga z nozem (bez rzucania).
    Oba mialy za podstawe okrag wykreslony na ziemi, i w obu chyba chodzilo o zabrania terytorium wroga (bez zginania kolan!). Sama lazilam z tepym nozem z plastikowym trzonkiem w ksztalcie ryby :)
    --
    "Miotali tuowiami, co wspomagało bólowi świerzo przebitych stóp."
    "Pogoda ucichła za oknem, firanka, która była ozdobą na oknie przestała się chrzamotać"
  • kkokos 23.01.11, 22:18
    no wiecie, to jak z makao - każde podwórko i każda grupa na kolonii miała własne zasady :)

    ale niewątpliwie jako dziecko podwórka asfaltowego szans na zabawę z nożem nie miałam, z patykiem też bez sensu. u nas na pewno wojna była z piłką, bo się ją rytmicznie odbijało skandując "wywołuję wojnę przeciwko, piwko, przeciwko, piwko.." itd.

    a pikuty kojarzą mi się - nie z podwórka - z jakimś rzucaniem nożem do celu, np. narysowanego na ziemi.
  • a.nancy 24.01.11, 21:13
    melmire napisała:

    > No wlasnie, ja tez pamietam dwie gry, jedna z patykiem (i rzucaniem nim w przec
    > iwnika) i druga z nozem (bez rzucania).

    nozem sie rzucalo, tzn. nie w przeciwnika, tylko w jego terytorium :) i tam, gdzie sie wbil wytyczalo nowa granice. zapytalam jeszcze mojego szanownego malzonka, i potwierdzil :) a moze to jakas regionalna wersja?
  • nikadaw1 22.01.11, 11:44
    dla mnie mocno niedzisiejsza jest większość książek Lucy Maud Montgomery. ostatnio się zastanawiałam, czy bym się cieszyła, gdyby moja hipotetyczna córka tym się zaczytywała. przykład z brzegu: jakiś czas temu odświeżyłam sobie "Emilka dojrzewa". rodzina z nie do końca zrozumiałych dziś powodów zabroniła jej pisać nowel podczas nauki w szkole średniej. samo posłanie jej do tej szkoły stało do ostatniej chwili pod znakiem zapytania. potem Emilka mieszka u ciotki i nawet nie może poprzestawiać sobie mebli w pokoju a ciotki na wyścigi tłamszą jej indywidualność i poczucie wartości. w kolejnej części Emilka rezygnuje z kariery w Nowym Jorku, zaszywa sie w swojej dziurze i popada w depresyjne klimaty a nawet decyduje się wyjść z wdzięczności za kolegę ojca. potem się rozmyśla, ale depresyjne klimaty trwają do końca książki. Emilka nie umie wyznać miłości Tadziowi, choć wreszcie by miała wóz albo przewóz: wiedziałaby przynajmniej czy on ją kocha.

    no i tak się zastanawiam, czy te książki pochłaniane w nadmiarze, nie uczą pewnej... postawy bierności wobec życia? kojarzę jeszcze babkę (chyba Ania z Szumiących Topoli), co 20 lat czekała na oświadczyny ukochanego, a on czekał na śmierć mamy, bo mu zabraniała... i przez 20 lat nie było rozmowy na ten temat. oraz któryś wątek Dzbana ciotki Becky. kobieta opuściła męża tuż po ślubie, bo sę zakochała w drużbie. a on wyjechał i ona przez 10 lat wyobrażała sobie idealną miłość. gdy po dziesięciu latach ujrzała go po raz drugi, stwierdziła, że właściwie to wszystko to była fikcja.

    i tak właściwie w każdej książce. żyją sobie w zaklętym kręgu prowincji i przesądów, i tylko nieliczne jednostki są w stanie wyrwać sie z tych uwarunkowań społeczno-towarzyskich. zamiast tego niektórzy nadrabiają marzeniami czy ewentualnie jakąś pasją, która czyni z nich "dziwaków". odmiana losu czasem spływa z góry: w Dzbanie okazuje się, że jedna bohaterka jest w posiadaniu cennego białego kruka i to pozwala jej oderwać się od rodziny, gdzie była darmowa siłą roboczą. średnio to przystaje do dzisiejszych haseł o aktywnym życiu, podejmowaniu suwerennych decyzji, spełnianiu pragnień, planowaniu kariery itp.

    --
    Spacerowiczka
  • dakota77 22.01.11, 11:50
    Moim zdaniem nie ma nic zlego w tych ksiazkach. Przeciez mozna jasno wytlumaczyc dzieciakom, ze czasy sie zmienily, oczekiwania spoleczne wobec kobiet sa obecnie inne niz wtedy.
    --
    "Nick zobowiązuje: Dakota Ameryce nie przepuści;)"-by Marslo55
  • klymenystra 22.01.11, 12:25
    Na mnie te wszystkie historie działały jak antyprzykład, także nie jest z tymi książkami tak źle. Pewną funkcję wychowawczą spełniły :) "Nie bądź miągwą" tak to można podsumowac :)
    --
    Jestem z Krakowa. Mówię "oglądnąć", "kapło" i "sznurówki". Oraz "weka", "cwibak", "sznycel" i "zastrugaczka". I mam do tego prawo. Halte à la mort des langues!
  • kkokos 22.01.11, 17:18
    > średnio to przystaje do dzisiejszych haseł o aktywnym życiu, podejmowaniu suwe
    > rennych decyzji, spełnianiu pragnień, planowaniu kariery itp.

    ale nie mam poczucia, że musi przystawać. po prostu czyta się te książki jak świadectwo czasów, w których były napisane. jako dziecko też tak to czytałam - pamiętam, jak się zdziwiłam, że rodzice diany barry zabraniali jej czytać ("żeby sobie oczu nie popsuła") i tyle. nie rzuciłam książek, bo grzeczna diana (też miałam ciemne włosy i byłam pulchna) rzuciła.

    > no i tak się zastanawiam, czy te książki pochłaniane w nadmiarze, nie uczą pewn
    > ej... postawy bierności wobec życia? kojarzę jeszcze babkę (chyba Ania z Szumią
    > cych Topoli), co 20 lat czekała na oświadczyny ukochanego, a on czekał na śmier
    > ć mamy, bo mu zabraniała...

    ta matka była jednoznacznie przedstawiana jako wyjątkowo podła, zakłamana i okrutna postać - jemu zabroniła i wymogła na nim przysięgę, że nikomu tego nie ujawni, a przy każdym spotkaniu z jego ukochaną mówiła jej, że tak bardzo marzy o tym, by się wreszcie z nią ożenił. jeśli był jakiś cel dydaktyczny w opisaniu tej historyjki, to raczej taki, by nie bawić się bliskimi jak marionetkami, gdy się ma nad nimi - z czegokolwiek wynikającą - władzę.

    nie, nie mam wrażenia, że lektura ksiażek llm uczy bierności. raczej pokazuje ogromny kontrast między możliwościami kobiety przed 100 laty i dziś - więc albo prowadzi do refleksji "o rany, jak dobrze, że żyję teraz, a nie wtedy i już tak nie muszę", albo budzić irytację (na bierność właśnie) i odrzucenie tych powieści. nie sądzą, aby dzisiejsza dziewięcio- czy 12-latka naczytawszy się emilki (opieram się na twoim streszczeniu, bo choć czytałam, to nic nie pamiętam poza ogólnym wrażeniem, że cyklowi o ani nie dorasta do pięt) zapragnęła naśladować pokorę bohaterki, bo wszak atakowana jest tyloma różnorodnymi bodźcami o właśnie wręcz przeciwnym wydźwięku. zewsząd - w domu, w szkole, w telewizji. w codziennym życiu, gdzie przekonuje się, że asertywność popłaca.
    no chyba że jej - tej czytelniczki - sytuacja jest podobna do emilki: też jej wmawiają, że jej opinia jest nieistotna, że ma być cicho i wykonywać polecenia itd.

  • nessie-jp 22.01.11, 17:43
    nie sądzą, aby dzisiejsza dziewięcio- czy 12-latka naczytawszy się emilki
    > (opieram się na twoim streszczeniu, bo choć czytałam, to nic nie pamiętam poza
    > ogólnym wrażeniem, że cyklowi o ani nie dorasta do pięt) zapragnęła naśladować
    > pokorę bohaterki,

    POKORĘ?

    Emilka jest, szczerze powiedziawszy, wręcz przeciwieństwem pokory :) Dla dzisiejszych dziewczynek na pewno jest postacią bliższą niż grzeczniutka Ania. Emilka walczy o swoją niezależność, ZABRANIA despotycznej ciotce utopić kocięta, wymusza na tej ciotce poszanowanie praw dziecka (rzecz niesłychana), potrafi ze wściekłości na inną ciotkę przemaszerować w balowych pantofelkach kilkanaście mil zimową nocą...

  • kkokos 22.01.11, 19:15
    > POKORĘ?
    >
    > Emilka jest, szczerze powiedziawszy, wręcz przeciwieństwem pokory :)

    sorry!
    ale powtórzę: nie pamiętam emilki, wniosek o pokorze wysnułam z tego, co przedpiszczyni o niej pisała - a pisała o depresyjnym poddawaniu się losowi i woli innych.
  • the_dzidka 22.01.11, 18:53
    > ta matka była jednoznacznie przedstawiana jako wyjątkowo podła, zakłamana i okr
    > utna postać

    Natomiast on to była firana, memeja i gumka do majtek. Żeby dorosły chłop nie umial sobie poradzić z taką mamusią!

    --
    Dzidka
  • nessie-jp 22.01.11, 18:58
    > Natomiast on to była firana, memeja i gumka do majtek. Żeby dorosły chłop nie u
    > mial sobie poradzić z taką mamusią!

    Ona była chora i stosowała klasyczny szantaż -- ja tego nie przeżyję, jak się ożenisz. Zabijesz mnie i będziesz mnie miał na sumieniu.

    Nie dziwię się facetowi, ostatecznie sytuacja naprawdę nie była łatwa. A LMM nie opisała jej ani w formie dydaktycznej, ani ku przestrodze, tylko jako obserwację, że są tacy ludzie na świecie... i nic się nie da na nich poradzić, po prostu.
  • anuszka_ha3.agh.edu.pl 22.01.11, 23:57
    A propos Emilki, może pamiętacie - tam był motyw, który mnie zdziwił: Jakiś dorosły, chyba 30-letni kuzyn i Emilka chyba 14-letnia, on z nią prowadzi romantyczne rozmowy, on się w niej zakochuje i postanawia "na nią poczekać" i jak gdyby ją sobie wychować. Stary facet wychowujący sobie smarkulę na żonę... 8-[

    --
    Moje jedynie słuszne poglądy na wszystko
  • nessie-jp 23.01.11, 00:04
    anuszka_ha3.agh.edu.pl napisała:

    > A propos Emilki, może pamiętacie - tam był motyw, który mnie zdziwił: Jakiś dor
    > osły, chyba 30-letni kuzyn i Emilka chyba 14-letnia, on z nią prowadzi romantyc
    > zne rozmowy, on się w niej zakochuje i postanawia "na nią poczekać" i jak gdyby
    > ją sobie wychować. Stary facet wychowujący sobie smarkulę na żonę... 8-[

    No tak, ale to było opisane jako creepy i dziwaczne NAWET dla współczesnych Emilce. Jej ciotki ze zgrozą to przyjęły, a ludzie obgadywali jak mogli! Każdy Emilkę ostrzegał, żeby się trzymała od niego z daleka.

    Chłopak był od niej 18 lat starszy (kolega jej ojca), zdziwaczały, odtrącony z powodu kalectwa, cynik, odludek i ogółem -- uuuu, straszna sprawa :D W żadnym razie nie było to opisywane jako coś naturalnego czy coś, z czym należy się pogodzić.

    Przy czym nie był chyba jej kuzynem, co najwyżej jakimś bardzo, bardzo dalekim popociotkiem przez małżeństwo ciotecznej babki. Co w tamtejszych niewielkich społecznościach nie dziwiło, ostatecznie to nie był Montreal, tylko za przeproszeniem zadupie, gdzie ptaki w locie zawracają. Wszystkie "rody" jakoś tam ze sobą były spowinowacone.
  • teano1 10.02.11, 20:09
    nessie-jp napisała:

    > anuszka_ha3.agh.edu.pl napisała:
    >
    > > A propos Emilki, może pamiętacie - tam był motyw, który mnie zdziwił: Jak
    > iś dor
    > > osły, chyba 30-letni kuzyn i Emilka chyba 14-letnia, on z nią prowadzi ro
    > mantyc
    > > zne rozmowy, on się w niej zakochuje i postanawia "na nią poczekać" i jak
    > gdyby
    > > ją sobie wychować. Stary facet wychowujący sobie smarkulę na żonę... 8-[
    >
    > No tak, ale to było opisane jako creepy i dziwaczne NAWET dla współczesnych Emi
    > lce. Jej ciotki ze zgrozą to przyjęły, a ludzie obgadywali jak mogli! Każdy Emi
    > lkę ostrzegał, żeby się trzymała od niego z daleka.
    >
    Zresztą fatalnie się to dla Emilki skończyło, co również było przekazem dla czytelniczek by się nie dać porwać romantycznym drgnieniom skłonnego do poświęceń nastoletniego serduszka i od takich świrów trzymać się z daleka. Delikatnie to było pokazane, ale taki mniej więcej morał można było wysnuć.
    W sumie klasyczna relacja zakamuflowanej przemocy a pokazanie tego w czasach gdy o przemocy w zwiazkach w ogóle się nie mówiło a nawet nie myślało wskazuje na wielkość LMM.
    A więc LMM bardzo mądrze to poprowadziła, zwłaszcza, że nic nie wskazywało początkowo, że to taki świr, ot nieszkodliwy dziwak-kaleka, budzący współczucie i inne ciepłe uczucia tak charakterystyczne u panienek w tym wieku.
    Na wyspie księcia Edwarda roiło się od rozmaitych zwichrowanych postaci i trzeba było naprawdę wielkiej mądrości by odróżnić nieszkodliwych od niebezpiecznych.
    --
    Aktualności
    Nie naledzi dzieby menścidzna był, kiedy pan domu nieobecńy. To nie modźna. Wy zajente, ja ide. Do fidzenia.
    Drogi Adwenenie!" - skreśliła "drogi" i wpisała "tani" uśmiechając się złośliwie.
    "...przykląkł przy łóżku i przez chwilę wpatrywał się w śpiącą. Tak. To ona. Zdecydowanym ruchem położył dłoń na jej ustach. Szarpnęła się, otwierając szeroko oczy."
  • dakota77 23.01.11, 03:47
    W samej roznicy wieku miedzy nimi nie bylo nic dziwnego, ale ta obsesja Deana faktycznie byla niepokojaca i nie zostala dobrze odebrana przez otoczenie. Nie pamietam dokladnie, ale wydaje mi sie, ze Emilka byla dziewczynka, nie nastolatka jeszcze, kiedy on wymyslil sobie, ze ona jst mu przeznaczona na zone.

    Swoja droga, ja rozumiem, ze Dean byl Emilce potrzebny, by w tej ich zapyzialej powincjonalnej rzeczywistosci pomagac jej rozwijac horyzonty umyslowe, ale on byl taki nieznosnie pretensjonalny!
    I za jedn scene go nie lubie. Kiedy Emilak zrywa zareczyny, on niejako w rewanzu przyznaje, ze oklamal ja, mowiac jej, ze jej powiesc byla slaba. Zrobil tak, bo byl zazdrosny o uwage, jaka poswieca swojej ksiazce. Teraz mowi, ze owiesc jest barzo dobra, na co Emilka mowi, ze tak ufala jego opinii, ze rekopis spalila. Reakcja Deana? "No to jestesmy kwita"

    I tu mnie szlag trafia. Jak to kwita? On zawsze wiedzial, ze Emilka go nie kocha. Ze zareczyla sie z nim w depresji bedac. Z przyjazni, wdziecznosci moze. On za to ja oklamal, co przynioslo nieodwracalne skutki, bo spalila jedyna kopie, a on wzrusza ramionami i uwaza, ze o, teraz okazalo sie, ze oboje klamali i sa kwita?!

    --
    "Nick zobowiązuje: Dakota Ameryce nie przepuści;)"-by Marslo55
  • kooreczka 23.01.11, 09:17
    Emilka miała 12 lat kiedy Dean powiedział, że na nią "poczeka" i proszę tu nie mówić, że to było normalne- 12 letnia dziewczynka pod koniec XIX wieku była dzieckiem. To co robił Dean było obleśne i miało znamiona jakieś psychopatii- on ją po prostu osaczył i bardzo cieszyłam się, że zerwali.
  • klymenystra 23.01.11, 10:44
    Była dziewczynką, o ile pamiętam, to miała 9 albo 10 lat, kiedy poznała Deana. Była o tym dyskusja na forum Montgomery - generalne wnioski były takie, że Dean był nie bardzo...
    --
    Jestem z Krakowa. Mówię "oglądnąć", "kapło" i "sznurówki". Oraz "weka", "cwibak", "sznycel" i "zastrugaczka". I mam do tego prawo. Halte à la mort des langues!
  • anuszka_ha3.agh.edu.pl 23.01.11, 12:21
    No tak, ale niedzisiejszość tego motywu polega też na tym, że w dzisiejszych (niby liberalnych ;-) ) czasach współczesne książki dla dziewczynek nie mogłyby zawierać takiego motywu, że zwichrowany starszy facet osacza 9-letnią dziewczynkę. Gdyby dziś autor książki dla dzeci opisał coś takiego, nawet z odpowiednim kontekstem, że rodzina była niezadowolona itp., to uznano by to za promocję zboczeń. ;-) No chyba że byłaby to książeczka poradnik, jak wystrzegać się złego dotyku i takich tam rzeczy.

    --
    Moje jedynie słuszne poglądy na wszystko
  • anuszka_ha3.agh.edu.pl 23.01.11, 12:27
    Heh, ja tej książki teraz za dobrze nie pamiętam, ale specjalnie poszukałam na forum Montgomery i znalazłam jeszcze taki motyw:
    forum.gazeta.pl/forum/w,30357,80902132,,ksiazka_od_Deana.html?v=2
    Dean przez pomyłkę daje Emilce książkę, po przeczytaniu której ona czuje się brudna i pozbawiona niewinności. Niezależnie od tego, co to w końcu była za książka, w dzisiejszych pruderyjnych ;-) czasach taki perwersyjny motyw (weźcie pod uwagę właśnie to, że dodatkowo Dean jest stary i leci na smarkulę) chyba nie mógłby się znaleźć w książce dla młodych dziewcząt.

    --
    Moje jedynie słuszne poglądy na wszystko
  • anchema 25.01.11, 19:35
    oooo, odgrzebałaś mój stary wątek :)
    właściwie to nie doszliśmy do żadnego wniosku, co by to mogła być za lektura
  • klymenystra 23.01.11, 14:39
    Nigdy nie uważałam Emilki za książkę dla dziewczynek ;)
    --
    Jestem z Krakowa. Mówię "oglądnąć", "kapło" i "sznurówki". Oraz "weka", "cwibak", "sznycel" i "zastrugaczka". I mam do tego prawo. Halte à la mort des langues!
  • nessie-jp 23.01.11, 16:10
    > On
    > za to ja oklamal, co przynioslo nieodwracalne skutki, bo spalila jedyna kopie,
    > a on wzrusza ramionami i uwaza, ze o, teraz okazalo sie, ze oboje klamali i sa
    > kwita?!

    Nie, nie, ja to inaczej pamiętam. Dean jest wstrząśnięty tym, że Emilka spaliła swoją powieść i zdaje sobie sprawę z tego, co jej zrobił. Ze przez jego kłamstwo ona spadła ze schodów, pokaleczyła się, o mało nie straciła nogi.

    On mówi, że zwalnia Emilkę z wszelkich zobowiązań i że ONA nie powinna czuć się w żaden sposób winna wobec niego z powodu zerwania zaręczyn. Ta scena wygląda tak, że Emilka zrywa zaręczyny, Dean wie, że do końca życia będzie ją to dręczyć i sobie tego nie wybaczy, i przez chwilę cieszy go taka władza nad nią. A potem jednak sumienie go rusza, zawraca i mówi, że zdobył ją dzięki kłamstwu i że ONA nie ma powodów do poczucia winy. On ma.

  • krezzzz100 22.01.11, 14:47
    Mnie się też zdaje, że powód owej "zaprzeszłości" leży też w tym, że zwyczajnie książki te odnoszą się do innych warunków- już nieaktualnych. Musi istnieć jakaś elementarna współmierność między czasami i/lub problemami poruszanymi w książce a czasem, w którym żyje odbiorca i jego problemami.
    Czasem wystarczy tylko aktualność problemowa, jak np. w książce Vasconcelosa "Moje drzewko pomarańczowe", gdzie czasy i warunki częściowo już zdezaktualizowane, ale problematyka- nie. Nadal mamy bite i biedne dzieci...

    Wydaje mi się też, że wzrosły wymagania odbiorcze w zakresie przyjmowania "złych" doświadczeń. Młody czytelnik jest chyba bardziej "gotów" na zakończenie pesymistyczne. Presja happy endu już nie jest konieczna, i nawet może wydawać się naiwna/śmieszna... przynajmniej w odniesieniu do niektórych problemów. Także z tego powodu broni się wyżej wspomniane "Moje drzewko pomarańczowe", gdzie pokazane jest trwałe zerwanie więzi między rodzicem a dzieckiem, zerwanie nie do odrobienia.
  • verdana 22.01.11, 15:51
    Ależ "hapopy end" to nowy wynalazek. czytanki dla dzieci w wieku XIX to istna masakra - same sierotki, trupy, pożary i powodzie. Wystarczy poczytać Andersena - taki był klimat.

    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • nessie-jp 22.01.11, 15:58
    verdana napisała:

    > Ależ "hapopy end" to nowy wynalazek. czytanki dla dzieci w wieku XIX to istna m
    > asakra - same sierotki, trupy, pożary i powodzie. Wystarczy poczytać Andersena
    > - taki był klimat.

    Ale te trupy i powodzie to BYŁY happy endy :) Taki klimat, jak piszesz, ale zakończenie było jednak przeważnie śmierdząco dydaktyczne: umartą dobrą sierotkę brali do nieba aniołowie.

    (Swoją drogą, Pratchett świetnie to podsumował w Wiedźmikołaju bodajże, pytając, gdzie, do cholery jasnej, byli aniołowie, kiedy dziecko umierało z głodu!)

    Dziewczynka musiała być dzielna, grzeczna i miła, to wtedy wszystko się dobrze kończyło, niemiłe i niegrzeczne koleżanki robiły się dobre i miłe, koledzy przestawali być wredni, a zabawki mówiły ludzkim głosem.



  • krezzzz100 22.01.11, 16:10
    Andersen się ostaje, przynajmniej dla mnie.
    Formuła baśni, podobnie jak bajki, jest happyendowa. Nawet horrory Braci Grimm. Ale zgoda, że u Andersena ów happy-end jest nacechowany pesymistycznie. Mnie chodziło jednak nie o wymierzanie na skali, ale o wektor.
  • verdana 22.01.11, 19:17
    Naprawdę nie. Sierotka umierała z zimna bez aniołów, ostatnia scena było dziecko przy trumnie ojca i rozpacz, ze wygonią z domu - happy end jest zdecydowanie póxniejszy. wcześniej dziecko miało uczyć się, ze życie jest cięzkie i nie wolno oczekiwać przyjemnosci.
    Poczytalam sobie mnostwo tych dydaktycznych historyjek i cienia dobrego rozwiązania w wielu z nich nie ma.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • krezzzz100 22.01.11, 22:18
    Ale co- naprawdę nie? Formuła baśni: że dobro wgrywa ze złem? Choćby w zaświatach, a często w "porozumieniu" z nimi? Przecież generalnie tak. A że czasem nie- to też prawda...
  • verdana 23.01.11, 13:05
    Nie, to były obyczajowe historyjki - a to mamusię szlag trafiał, a to młodszego ukochanego braciszka. Taki lajf.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • krezzzz100 23.01.11, 13:39
    A to tak... Sama treść była dość okrutna, jak na dzisiejsze standardy. Mnie chodziło o WYMOWĘ, do której dochodziło po tych trupach mamuś czy innych dziewczynek z zapałkami wyłupanych oczkach czy innych "przyjemnościach".
    Mówimy od dwu różnych wymiarach. I obie chyba mamy rację :-)
  • verdana 23.01.11, 17:46
    Bo ty mówisz o książkach, ktore przezyły swój czas i sa nadal obecne w literaturze - podejrzewam, ze totalna ponurość nie przezyła...
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • krezzzz100 23.01.11, 17:53
    Pewnie tak. Może tak być...
  • nessie-jp 22.01.11, 15:59
    Pamiętacie Karolcię? Chyba dosyć samodzielna i aktualna bohaterka. Dawno nie czytałam, ale pamiętam sceny walki o koralik z podłą Filomeną i ogólnie odnoszę wrażenie, że Karolcia byłaby niezłym wzorcem dla współczesnych dziewczynek: wiesz, czego chcesz i nie pozwalasz sobie tego odebrać tylko dlatego, że odbierający jest dorosły i "ma zawsze rację".
  • krezzzz100 22.01.11, 16:37
    Karolcia jest fest :-) ale chyba tylko dla dziewczynek...Moje chłopaki zrobili w odległości kilku lat zgodne błeee....szowinisty jedne!
  • nessie-jp 22.01.11, 18:34
    krezzzz100 napisała:

    > Karolcia jest fest :-) ale chyba tylko dla dziewczynek...Moje chłopaki zrobili
    > w odległości kilku lat zgodne błeee....szowinisty jedne!

    No dla dziewczynek. Myślę, że jednak w tym przedziale wiekowym nie ma nic złego ani szowinistycznego w tym, żeby istniały książki, które są bardziej dla dziewczynek i takie, które są bardziej dla chłopców :) Jednakowoż, jako że sama jestem dziewczynką, książki dla chłopców mnie nudziły i żadnej nie pamiętam :D

    Czy chłopcom na przykład podobali się "Chłopcy z Placu Broni"? Dla mnie było to po pierwsze niezrozumiałe (po kiego grzyba bić kogoś o kawałek placu? nie lepiej pójść się bawić gdzie indziej?), po drugie upiornie nudne (no bo szarpać się o kawałek placu? serio?), a po trzecie smutne i obrzydliwe.

  • krezzzz100 22.01.11, 22:15
    Nie, nie ma nic złego ;-)

    "Chłopców z Placu..." kochałam.
  • truscaveczka 23.01.11, 06:49
    Chłopców z Placu Broni jako dziewczynka o chłopięcym charakterze i zainteresowaniach nie znosiłam. Ckliwie-bohatersko mi się kojarzy dzisiaj, choć poza, pardon le mot, kojfnięciem niejakiego Nemeczka niewiele pamiętam.
    --
    I'll try being nicer if you try being smarter.
  • ateh7 24.01.11, 18:36
    Ja nawet będąc dzieckiem dziwiłam się, jak można się tak tłuc o kawałek placu. Mało było w mieście innych placów? A już najbardziej zgarbiło mnie narażanie życia swojego lub kolegów, z tracji walki o głupi kawałek placu...

    Polonistka moja nazywała TO bohaterstwem...

    Masz rację, smutne i obrzydliwe.

    PS. A trzeba wam wiedziec, że nie byłam nigdy grzeczną dziewczynką, raczej ganiałam z chłopakami po drezwach i lubowałam się w literaturze dla chłopców, więc moja ocena dzieła nie jest podyktowana dziewczęcą grzecznością i niezrozumieniem z racji płci :D
  • soova 24.01.11, 19:07
    Pamiętam, że na pewnym etapie obcowania z lekturami dzieciństwa osiągnęłam już próg zobojętnienia totalnego. Śmierć i inne nieszczęścia, jakie spotykały większość bohaterów, przestały robić na mnie wrażenie, bo po prostu wiedziałam, że ciężki los - jak nie śmierć dziewczynki z zapałkami czy Nemeczka, to prześladowanie Sary Crewe przez złych ludzi czy surowość ciotek dla Emilki czy początkowa srogość Maryli lub pani Linde wobec Ani - jest czymś normalnym. W związku z tym śmierć Piotrusia Niechcica wydała mi się nie dramatem, a po prostu czymś niezbędnym do kontynuacji akcji. W przeciwieństwie na przykład do mojej mamy, która tak się tym przejmuje, że nie podczas filmu przy tej scenie wychodzi z pokoju. :)

    --
    Hajo Hajo Ipsenajo!
  • czekolada72 26.01.11, 10:45
    Pamietam, ze moje dziecko w podstawowce najbatdziej przejeło sie losem Psa z kolei i zaczeło dostawac klasycznych atakow histerii - mozna to usprawiedliwic pierwsza klasa podstawowki.
    Informacje , z ktorymi zapoznala sie nieco pozniej czyli taka Rozalka w piecu - zostaly przyjete juz z rykiem smiechu, a przez pewien czas przy przeziebieniach i zmuszaniu jej do polozenia sie w łózku - klasycznym pytaniem było "a do pieca nie musze?"
    Zupelny brak szacunku dla literatury... ;)
    --
    Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą.
    — św. Augustyn (Aureliusz Augustyn z Hippony)

    "Kto nie naraża się na szwank - ten głównej stawki nie wygrywa"
  • klawiatura_zablokowana 27.01.11, 11:23
    Ja też zawsze o wiele bardziej przejmowałam się losem zwierząt. Roniłam ciężkie łzy nad Łyskiem z pokładu Idy (swoją drogą, to jest dopiero masakra dla dziecka), Psem jeżdżącym koleją i innymi Burkami, a losy dzieci jakoś mnie mniej wzruszały. Może dlatego, że jak byłam mała, to inne dzieci mi często dokuczały, a może dlatego, że to raczej dorośli wzruszają się losem biednego dziecka? Dla mnie o wiele bardziej poruszające były nieszczęścia spotykające rodziców (np. śmierć matki Basi z Awantury o Basię w pierwszym rozdziale - dla mnie jako dla dziecka opis wstrząsający), to mnie jakoś bardziej empatycznie ruszało.

    Uwielbiałam Kornela Makuszyńskiego, zarówno w książkach jak i w filmie (do tej pory ciepło wspominam Pannę z mokrą głową) i chętnie te książki dam swoim przyszłym dzieciom. Były edukacyjne, ale nie nachalnie. Lubiłam też fantastykę dla dzieci (to była chyba Edith Nesbit - pięcioro dzieci i coś, historia amuletu, feniks i dywan) i wszystkie przygodowo-kryminalne (była taka świetna książka Nesbit o dziewięciorgu osieroconego rodzeństwa, co szukało sposobu na podratowanie finansów rodziny - książka była przezabawna i przy tym bardzo wychowawcza, ale nienachalnie - tytuł chyba Przygody młodych Bastablów), w tym oczywiście Bachdaj, Niziurski, Nienacki. Pan Samochodzik - postać kultowa mojego dzieciństwa. Lubiłam książki o małych i większych łobuzach.

    Bajek Andersena nie byłam w stanie czytać do jakiegoś 10 r.ż., a i wtedy było to niezłą traumą.
    Teraz się wyłamię, z Lucy M Montgomery najgłębiej zapadł mi w serce Błękitny Zamek - absolutnie przepiękna książka, tym razem nie o osieroconej dziewczynce zmagającej się z wredną ciotką, tylko o dorosłej, samotnej do szpiku kobiecie, która przekonana, że umiera, postanawia zrobić coś ze swoim nijakim życiem. Każda dorastająca dziewczyna powinna to przeczytać, ku przestrodze przed życiowym stłamszeniem. Autentycznie.
    Lubiłam też wspomnianego Pana Kleksa i nie zgadzam się, że to ramota, chociaż dzisiaj to pewnie by dostało łatkę "weird", bo ani klasyczna fantastyka, ani baśń. No ale ja lubię weird :)
    Karolcia była genialna, obie części. Zawsze żałowałam, że nie ma jeszcze.

    A w starszym nieco dzieciństwie pochłaniałam Stevensony i Waltery Scotty - do dzisiaj "Porwany za młodu" to jedna z moich ulubionych książek przygodowych.

    --
    A powiedzcie, towarzyszu komisarzu, co marksizm-leninizm mówi o bezgłowych mutantach?
  • klymenystra 29.01.11, 11:08
    Nesbit jest absolutnie cudowna - jej książki są staroświeckie, ale nie mam wrażenia, jakby się zestarzały.
    --
    Jestem z Krakowa. Mówię "oglądnąć", "kapło" i "sznurówki". Oraz "weka", "cwibak", "sznycel" i "zastrugaczka". I mam do tego prawo. Halte à la mort des langues!
  • krezzzz100 29.01.11, 12:42
    Się przyłączam do zachwytu :-)
  • galenera 22.01.11, 18:48
    Moim zdaniem byłaby niezłym wzorem dla współczesnych dziewczynek:)
    Czytałam niedawno drugą część (pod wpływem forum). I zdziwiło mnie, że Karolcia owszem jest energiczną, uroczą dziewczynką , ale jest jednocześnie bardzo uprzejma i dobrze wychowana i bardzo posłuszna swojej mamie,
  • krezzzz100 22.01.11, 16:33
    Pardon, że ja tak w ratach wpisuję, no ale w ratach mi refleksje przychodzą...

    Myślę, że tamtejsze problemy dziś kierowane być powinny do młodszej, o wiele młodszej niż przewidziano, publiki. To opisany problem, że kiedyś książki niemal, albo wprost, dla dorosłych, dziś wylądowały jako literatura dla młodzieży, jeśli nie- dzieci. Ale jako te, które wylądowaly w dziale: "dla dzieci" nie mają odpowiedniej formy podawczej. I to chyba kolejna niewspółmierność: po prostu "czuć", że były kierowane do kogo innego, co daje efekt w najlepszym razie komicznym, a w zwykłym: każe wzruszyć nad nimi ramionami (poza hobbystami, bo to inna kategoria czytelnicza :-) )
    Mój syn w szóstej klasie przerabiał Księgę Dżungli :D No ludzie...Forma podawcza dla młodzieży, a tematyka dla dziecia pięcioletniego- to jest właśnie to. Ale nawet ta forma podawcza jest już ...do bani.
    Np. taką Narnię czytał w drugiej lub trzeciej klasie. To było akurat. A jako lekturę mieli w piątej lub w szóstej klasie (nie pamiętam dokładnie). No to widzicie...
  • minerwamcg 22.01.11, 20:08
    A wiecie, że "Sto bajek" Brzechwy jest lekturą szkolną dla klasy... czwartej??? Wierszyki, które umie na pamięć co bardziej rozgarnięty przedszkolak...
    --
    - Tu, tu, ptaszek! On zmarznie! Ćwir, ćwir, ćwir! Tiu, tiu, tiu, zabierz to, zabierz to, mokre! Ptaszek, ptaszek! Już już, nóżki, paluszki…! Sweterek! Podnieś to, podnieś, ptaszek, ptaszek, fiu, fiu, cicho, cicho, już, on jest głodny, gdzie butelka, ptaszek…!!!
  • kkokos 22.01.11, 20:11
    minerwamcg napisała:

    > A wiecie, że "Sto bajek" Brzechwy jest lekturą szkolną dla klasy... czwartej???
    > Wierszyki, które umie na pamięć co bardziej rozgarnięty przedszkolak...

    widocznie w przedszkolu po prostu uczy się ich na pamięć, a w klasie czwartej opracowuje krytycznie :)
  • kanga_roo 23.01.11, 01:17
    uważam, że nie ma reguły, vide Emilka czy (nomen omen) Emil ze Smalandii. Albo Lotta, idolka mojej dwulatki. najlepiej poczułam "ponadczasowość" przy Emilu, który ma wybaczającą, troskliwą mamę, miłą, małą siostrę - i wymagającego i nie rozumiejącego go ojca. ojciec i Emil kochaja się, oczywiście, ale ich relacje są trudne. odnoszę wrażenie, że mojemu synkowi dobrze zrobiła wieść, że nie tylko on nie spełnia czasem oczekiwań taty. oraz że łobuz Emil wyrósł na świetnego faceta. uwielbiam też relacje Emila i Idy: ani się za bardzo nie kłócą, ani z dzióbków sobie nie piją, czasem wytną razem jakiś numer, czasem Ida "wesprze" braciszka, którego przecież podziwia, ale są bardzo naturalni, lubię, kiedy moi tak się zachowują. może dlatego akcja wciągania Idy na maszt jest ostatnio moją ulubioną sceną książkową (ex aequo z Findusem "nie będziesz polował na lisa!!!", ale to inny temat)
  • truscaveczka 23.01.11, 06:55
    CytatA wiecie, że "Sto bajek" Brzechwy jest lekturą szkolną dla klasy... czwartej??? Wierszyki, które umie na pamięć co bardziej rozgarnięty przedszkolak...
    Mam akurat na stanie pięciolatkę, z którą czytamy bardzo dużo (i która sama czyta proste teksty). Przerobiłam z nią już w zasadzie lektury z nauczania zintegrowanego i właśnie nachodzi mnie na "Spotkanie nad morzem". Fakt jest faktem - te książki i książeczki obecnie powinny trafić do znacznie młodszych czytelników.
    A zerknijcie na to: sp1szamotuly.neostrada.pl/biblioteka/lektury/index.htm
    To przykładowa lista lektur z jakiejś podstawówki. Co by tu skasować? A co dorzucić?
    Ja osobiście nie trawię natrętnie dydaktycznego i nieco strasznego Pinokia. W starszych klasach brakuje mi pierwiastka kobiecego - większość książek jest taka bardziej, hm, chłopacka ;)
    --
    Lepsza boobelka od butelki.
  • yasemin 23.01.11, 11:49
    Superciekawy temat, tez się nad tym zastanawiałam. Rzeczywiście, wiele książek dla dzieci, aczkolwiek wartościowych, dzieje się w przestarzałych realiach, zupełnie inaczej kiedyś ludzie myśleli, inna była filozofia, pedagogika. Ale z drugiej strony ni wydaje mi się, żeby trzeba było odsyłać ją do lamusa, znajdą się i tacy, którzy zaczerpną z niej wzorce.
    Zaszokowało mnie, że tylu ludzi tak nie lubi "Serca"... przyznam się, że ja wprawdzie nie przeczytałam do końca, bo miałam do niej dostęp jedynie na koloniach u sióstr, ale bardzo mi się podobała.... I ja też może byłam, tak jak Ty, dzidka, na tle innych dzieci, "dziwnym" dzieckiem- ale popatrzmy na to z drugiej strony: może jednak więcej powinno być takich "dziwnych" dzieci, które doceniają literaturę dydaktyczną, którym ta literatura pomaga się kształtować?
    I... tez mam podobne doświadczenia: zasypywano mię książkami, a potem się okazało że rzeczywistość jest zupełnie inna, żadne dzieci nie są takie przedsiębiorcze jak z tych książek, a ja chciałam taka właśnie być i dlatego wydawałam się "inna"...
    Co do "Emilki", warto dobrze przeczytać, ja ją czytałam mnóstwo razy i z moich obliczeń wynika, że gdy Emilka poznała Deana, miała co najmniej 12 lat. To było już daleko po zdarzeniu z ojcem Cassidy, któremu Emilka mówi, że ma 12. Więc tutaj mogła mieć nawet 13 albo prawie- nie wiem, jaki to był miesiąc, ale Emilka miała urodziny w maju.
    Powiem, że mnie "Bułeczka" wydaje się o tyle "niedydaktyczna", że tak naprawdę to ona jest tą "grzeczną"- nie marudzi, zawsze wszystkim pomaga, jest uśmiechnięta, nie złości się, gdy sie jej dzieje krzywda, jest "dzielna". Za to Wandzia przedstawiona jest jako wieczna maruda, ale nic dziwnego, skoro rodzice tak mało o nią dbają, skoro nie czuje się dostatecznie kochana. A potem jeszcze gdy widzi, że on bardziej lubi Bułeczkę, tato dobija ją, mówiąc coś w rodzaju "A, bo Bronia nie marudzi, zawsze jest uśmiechnięta". Zamiast wczuć się w potrzeby i emocje swojego dziecka, to on je tak jakby każe tłumić, zapomnieć o nich i być uśmiechniętą i dzielną.
    Jeszcze jedną książkę tu przywołam- "Majka z Siwego Brzegu" Jaworczakowej- tam jest taki fragment o dawnej nauczycielce zwanej "babcią Pawlakową". Ja osobiście uważam, jak zresztą i autorka, że są i mają prawo być tacy wychowawcy, co to pokrzyczą czasem na dzieci, jak się źle zachowują, ale jak się co komuś stanie, to pomogą, przytulą. Niestety wielu współczesnych ludzi oburzyłoby się widząc w jej charakterystyce ten rys, bo teraz się uważa, że krzyknąć na dziecko jest "niedopuszczalne"!
    --
    "-Jest inny niż wszystkie koty (...). A czy to przyjemnie tak się wyróżniać?
    -Nie wiem-szepnęła Karolcia.- Może przyjemnie".
  • klymenystra 23.01.11, 14:41
    Tam coś jest zamotane z wiekiem Deana, może dlatego mi się pomieszało. Niby starszy o 18 lat, ale jak poznaje Emilkę to ma coś koło 30, mam nawet wrażenie, że gdzieś jest powiedziane, że 26. Ale ręki sobie nie dam odciąc.
    --
    Jestem z Krakowa. Mówię "oglądnąć", "kapło" i "sznurówki". Oraz "weka", "cwibak", "sznycel" i "zastrugaczka". I mam do tego prawo. Halte à la mort des langues!
  • dakota77 23.01.11, 15:49
    Mnie sie tez cos takiego majaczy, ze tam cos bylo namieszane. Wydaje mi sie, ze Dean stary byl glownie w oczach mlodziutkiej Emilki. Tak czy owak, jak pisalam, roznica wieku jako taka nie wydawalaby mi sie ogromna ( Knightley od Emmy Woodhouse jest starszy o 17 czy 18 lat, i nie budzi to przerazenia moim zdaniem. no ale tez bohaterka nie ma 12 lat), gdyby nie ta obsesja na punkcie mocno nieletniej bohaterki, no i obsesja w ogole. Co za wkurzajacy, meczacy typ.

    --
    "Nick zobowiązuje: Dakota Ameryce nie przepuści;)"-by Marslo55
  • jota-40 24.01.11, 00:08
    Lektury przerabiam od wielu lat - mając jednego licealistę, jednego gimnazjalistę i córę w klasie trzeciej podstawowej. Wybór jest spory - chociaż mam wrażenie, że ograniczony podręcznikami, przynajmniej tak jest w podstawówce.
    Jeden z moich synów miał np. "Klan Miziołków" Joanny Olech, świetna współczesna literatura dla dzieci. Drugi już tego nie przerabiał, leciał samymi starociami i jęczał z dyzgustu.
    Dlaczego, do diaska, nie wprowadza się do szkół współczesnej prozy dla dzieci?? Dorobiliśmy się już niemal klasyki pod tym względem (Olech, Kasdepke, Onichimowska i parę innych osób); to książki pisane świetnym językiem, przedstawiające życie codzienne takie, jakie jest, a nie takie, jakie było sto lat temu. Nie twierdzę, że jest coś złego w zagłębianiu się w takie archaizmy - często jednak małe dziecko jest na tyle zmęczone próbami przebrnięcia przez dziwaczny język, że nie chce mu się analizować treści ;(.
    To samo jest na każdym poziomie edukacji. Zostawiłabym Mickiewicza, Wyspiańskiego, ale już np. Krasińskiego i Żeromskiego bym wyrąbała z radością. No i ta wszechobecna Konopnicka! Dlaczego te smętne nudy, a nie np. świetne nowele Prusa?? Dlaczego ciągle przerabia się szmirę pt. "Quo vadis?"??...
    Mam przykre wrażenie, że odbija to w jakiś sposób żałosną sytuację całej edukacji, i to już od wielu lat. Może po prostu nikomu się nie chce tworzyć nowych materiałów programowych, leci wsio po staremu?
  • gaudia 24.01.11, 01:32
    część staroci winno być w lekturach. Pod warunkiem, że omawiałby je z dzieckami światły polonista krytyczny wobec smrodku. Ot, dla pokazania epoki oraz sposobów na wychowanie przez literaturę w owej.

    Znajomy 10-latek przezywał horror gdy musiał przeczytać Małą księżniczkę. Ilość falbanek i koronek go przerosła. Choć książka nadal jest do czytania. I krytykowania różnych postaw, of kors.

    "Wywołuję wojnę przeciwko, jasne piwko, oranżada, lemoniada, Związek Radziecki!" :) Tak było na moim podwórku. Kolana proste, rzucało się patyk. Ale nóż też się majaczy....
  • czekolada72 24.01.11, 09:04
    Moja meczy sie nad Gombrowiczem, Borowskim i Herlingiem; wczesniej zaliczyło Nad Niemnem (ktore calkiem, calkiem jej podeszło), Wesele i Chłopow. W pierwszych 2 klasach tez cos było, ale jakos nierzucajaco sie w ucho, moje ucho.
    --
    Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą.
    — św. Augustyn (Aureliusz Augustyn z Hippony)

    "Kto nie naraża się na szwank - ten głównej stawki nie wygrywa"
  • krezzzz100 24.01.11, 11:41
    To jest to pytanie...czy to indolencja czytelnicza włodarzy, czyli brak oczytania? A może indolencja metodyczna- nieumiejętność przetworzenia owego novum ? Jeśli tak, toć to dyskwalifikacja.
    W każdym razie nawet już Pan Kleks do moich nie przemawia, a cóż dopiero Księga Dżungli i insze ramoty...
    Nie ma wszechobecnego fantasy, które niezależnie od tego, że to nie arcydzieła, są po prostu czytane.
    Nie ma wreszcie filmu- nadal prymat książki. Która przestała być główną linią przekazu. Nie ma internetu, nie ma bohatera masowego istniejącego w innych mediach: komiksie, graffiti, muzyce.
    Szkoła stała się naprawdę ... zaprzeszła.
  • jota-40 24.01.11, 12:30
    Owszem, to właśnie miałam na myśli. Nie chodzi mi o to, żeby rezygnować z klasyki - można i należy ją jednak wzbogacać rzeczami nowymi, które bywają cenne. Są takie opowiadania - nie pamiętam, Papuzińskiej czy Onichimowskiej, które na poziomie jak najbardziej dla małych dzieci przedstawiają poważne problemy, typu rozwód, przemoc, śmierć, rozstanie.
    No, ale trzeba by było śledzić na bieżąco rynek wydawniczy, czytać, opracowywać, przerabiać z dziećmi. Na troje moich dzieci - chciało się jednej polonistce. Przerabiali nawet coś Musierowicz, chyba "Imieniny" ;). Reszta leci wytartymi schematami ;(.
    Skoro internet jest wszechobecny w życiu dzieci - dlaczego nie wprowadzić go mocniej do szkół, pokazać świetne portale, może nawet zrobić krótkie pranko ałtoreczek? Śmiechom nie byłoby końca. Poza tym styl, błędy gramatyczne i ortograficzne dałoby się odwalić w takim przypadku bez najmniejszego trudu ;P.
  • verdana 24.01.11, 13:36
    Błagam, nie piszcie o programach. Pisze podrecznik, majacy za zadanie obrzydzić uczniom zawodówki zainteresowanie historią. Własciwie przerabiam podrecznik, ktory dotychczas był dla gimnazjów, a ma język i poziom "Małej historii WKPb", tylko na odwrót.
    szkola nie jest po to, aby dzieci czymkolwiek zainteresować, szkoła jest po to, aby przerobić program, ukladany nie przez nauczycieli, ale profesorów, którzy nie znaja ani zainteresowań, ani poziomu umyslowego młodzieży, a sa przekonani, ze najwazniejsze jest to, co "wartosciowe" i dydaktyczne.
    A swoją drogą siegnęłam teraz po "Czarkę". Realia są tak dziwne, ze ksiązki nie da się umiejscowić w czasie - teoretycznie powinny być to lata 60-te, ale na przykład nowe mieszkanie na Żolibiorzu ma linoleum i piece opalane węglem. Niemożliwość to jest:)
    A czyta się nadal bardzo dobrze, postacie jak najbardziej są współczesne.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • soova 24.01.11, 14:27
    A propos powieści awanturniczych, względnie awanturniczo - podróżniczych, ;) jakie dają się czytać po latach, to sięgnęłam w ten weekend po "Dzieci kapitana Granta" w oryginale. I tak jak powrót do "Tajemniczej wyspy " (po polsku), która mnie w dzieciństwie fascynowała, nie wyszedł, tak tu... wręcz odwrotnie. Fabuła wartka, język dla młodzieży, więc prosty, nawet opisy przyrody fajnie się czyta (a dydaktyczne wtręty o podróżnikach osobiście lubię, w ogóle takie dydaktyzmy biograficzno - historyczne uwielbiam, "Pana Samochodzika" na przykład zawsze za to ceniłam). Jeszcze nie doszłam co prawda do spotkania z ludnością autochtoniczną, gdzie zapewne bohaterowie zaprezentują się jako oświeceni, ale jednak biali sahibowie, lecz jestem dobrej myśli.
    --
    Hajo Hajo Ipsenajo!
  • krezzzz100 24.01.11, 14:47
    Podręczniki, programy i podstawy programowe to moje hobby))) Uwielbiam konstatować, czego się moje dzieci NIE NAUCZĄ)))
  • verdana 24.01.11, 14:55
    Dla mnie najwiekszym problemem jest obecnie hasło "powinieneś uczyć się dla siebie".
    zastanawiam się, kto zdrowy na umyśle będzie sie 'dla siebie" uczył budowy komórki, zresztą opisanej w języku z ktorego nie rozumiem ani slowa, dat wstępowania poszczególnych krajów do UE, produkcji wegla kamiennego na świecie czy analizy "Piesni o Rolandzie".
    Dla siebie w tym samym czasie mozna zrobić znacznie więcej - na przyklad idąc na spacer.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • krezzzz100 24.01.11, 15:42
    Dobre)))
    Dla siebie uczyć się po raz fyfnasty o Mieszku...to nas kiedyś zabiłłłooo....
  • verdana 24.01.11, 15:43
    A najśmieszniejsze, ze uczyć się tego, co trzeba będzie odwołać na pierwszym roku historii.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • teano1 11.02.11, 10:02
    verdana napisała:

    > Dla mnie najwiekszym problemem jest obecnie hasło "powinieneś uczyć się dla sie
    > bie".
    > zastanawiam się, kto zdrowy na umyśle będzie sie 'dla siebie" uczył budowy komó
    > rki, zresztą opisanej w języku z ktorego nie rozumiem ani slowa,

    Nie, no komórka jest fajna! ;)
    Chociaż przyznaję, że niektórzy nauczyciele uczą jej tak, że faktycznie trudno zrozumieć po cholerę to wykładają. Ale to zwykle ci, którzy sami nie wiedzą po co to wiedzieć.

    > dat wstępowani
    > a poszczególnych krajów do UE, produkcji wegla kamiennego na świecie

    Chyba nie ma sensu wkuwać rzeczy, które można w sekundę wyguglać. Mnie się marzy takie całościowe uczenie patrzenia - co, po co, dlaczego, i co z tego wynika. Ale by łapać te zależności czasem po prostu trzeba pewne rzeczy wkuć.
    Jaki ma sens zapamiętanie daty Bitwy pod Grunwaldem? Żaden. Ale gdy człowiek już tę datę zapamieta to potem sobie odnosi Aha... kiedy to i to się działo, to myśmy wtedy to czy tamto. I im więcej takich odnośników, słupków milowych ma w umyśle tym łatwiej umiejscowić inne wydarzenia. (Oczywiście ze moze sprawdzić w Wiki, ale chociaż kilka takich słupków warto mieć. Tak samo jak warto pamietać daty urodzin czy rocznic swoich najbliższych, nie?

    > czy analiz
    > y "Piesni o Rolandzie".

    A myśmy nigdy nie analizowali. Ale to mogło być całkiem ciekawe. Wszystko zależy od tego JAK to sie zrobi. Fascynujący moze byc nawet proces produkcji karmelków, trzeba tylko umieć o tym opowiedzieć. A jak do tego dodamy jeszcze zachodzące podczas w/wym produkcji procesy chemiczne i biochemiczne, albo fizykochemiczne... marzenie ;)
    A potem sobie obejrzeć input i posmakować output. Marzy mi się taka szkoła...

    > Dla siebie w tym samym czasie mozna zrobić znacznie więcej - na przyklad idąc n
    > a spacer.

    Jedno nie wyklucza drugiego. Czy nie jest fajnie gdy człowiek spacerując wie jak się nazywają spotykane po drodze rośliny i zwierzęta? Albo style architektoniczne? To tak jakby podczas spaceru spotkał mnóstwo znajomych.
    Witam secesyjną kamieniczkę! Jak zdrowie? Tynk widze trochę odpada... no cóż, wiek. Ach! ryglowa willa z 1903 roku zbudowana przez p.X dla p.Y z okazy XYZ! Tak, tak, to była bardzo romantyczna historia... Co też musiała pani czuć, gdy wprowadziło się do pani gestapo w 1940-tym... Co? Kwatera Rady Narodowej była o wiele przykrzejsza? No, ale teraz chyba już dobrze? Dzieci z przedszkola nie dokuczają za mocno?
    Dzień dobry, witam panią magnolię! Już się pani obudziła? Co słychać? Nie zmarzła pani tej zimy?...
    --
    Aktualności
    Nie naledzi dzieby menścidzna był, kiedy pan domu nieobecńy. To nie modźna. Wy zajente, ja ide. Do fidzenia.
    Drogi Adwenenie!" - skreśliła "drogi" i wpisała "tani" uśmiechając się złośliwie.
    "...przykląkł przy łóżku i przez chwilę wpatrywał się w śpiącą. Tak. To ona. Zdecydowanym ruchem położył dłoń na jej ustach. Szarpnęła się, otwierając szeroko oczy."
  • paszczakowna1 24.01.11, 15:38
    >No i ta wsz
    > echobecna Konopnicka! Dlaczego te smętne nudy, a nie np. świetne nowele Prusa??

    Prus jest bardzo dobry, tylko Prus nie jest dla dzieci (a to, co by się akurat dla dzieci nadawało - powiedzmy "Katarynka" - jest dość smętne). Z "Antka" ludzie pamiętają tylko Rozalkę w piecu. IMO niżej liceum nie ma sensu dawać Prusa jako lektury. Natomiast w liceum w pierwszym rzędzie "Grzechy dzieciństwa".

    > Dlaczego ciągle przerabia się szmirę pt. "Quo vadis?"??...

    Dobra szmira nie jest zła.
  • verdana 24.01.11, 15:42
    To nie jest szmira, ale na lekturę się nie nadaje. Z powodów ideologicznych. Głównym bohaterem jest bowiem petroniusz i to jego stanowisko jest najbardziej przekonywujące. chcę zobaczyc wypracowanie napisane z punktu widzenia kogoś, kto patrzy na to całe chcrzęscijanstwo z pewnym politowaniem...
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • krezzzz100 24.01.11, 15:45
    Ale daliby co z Kronik i skojarzyli z dzisiejszym, abo i przedczorajszym (Boy). I zabawa przednia, i historia oraz literatura w jednym. Czemu tego ni ma? (pyt. retor.)
  • krezzzz100 24.01.11, 15:46
    o! o WOS do tego (Prusa z Boyem))))
  • marajka 25.01.11, 19:25
    A pamiętacie "Złotą kulę" Ożogowskiej? I matkę, która szuka rózgi, żeby przetrzebać dzieciaki za zjedzenie grzybów? Ojca, który biega z pasem szukając Pawła? Dla mnie to była makabra. Faktycznie to wyglądało AŻ tak? Dzieciaki paliły ognisko w piwnicy i zamiast im powiedzieć, że nie wolno - lanie? Bez wysłuchania?

    No i też mamy Zulkę, ułożoną młodszą siostrę i brata-rozrabiaka.
    --
    Słowa palą, więc pali się słowa...
  • seidhee 28.01.11, 13:44
    Jakiś czas temu odświeżyłam sobie "My na wyspie Saltkrakan" Astrid Lindgren (książka znana również pod tytułem "Dlaczego kąpiesz się w spodniach, wujku?").
    Uderzyło mnie, jakie smutne życie ma Malin. Po śmierci matki przejęła wszystkie domowe obowiązki (włącznie z opieką nad niemowlakiem), a miała bodaj 12 lat. Nie dość, że musi opiekować się braćmi, to jeszcze załatwia wiele spraw za ojca, który pod wieloma względami jest równie dziecinny jak bracia. Udało jej się skończyć szkołę, lecz nic nie wiemy o jej studiach (właściwie nie wiadomo, czy dziewczyny wówczas nie studiowały, czy też po prostu jest przykuta do domu jako darmowa sprzątaczka, kucharka i opiekunka). Jako dziewiętnastolatka spędza wakacje z rodziną i niemal od świtu do nocy jest zajęta domowymi obowiązkami. Ojciec, bracia i w ogóle wszyscy naokoło uznają taki stan rzeczy za normalny i jeszcze utyskują, że "Malin każe mi zmywać/nosić wodę". Autorka podkreśla, jaka to Malin jest śliczna, ale przede wszystkim "miła i dobra", no i oczywiście pracowita, a ustami amanta wygłasza opinię, iż "współczesne dziewczęta niestety nawet nie starają się być miłe" (cytat niedokładny, z pamięci). No i oczywiście Malin chętnie by się wydała za amanta, ale na razie nie może przecież opuścić rodzinnego domu, bo musi poczekać, aż najmłodszy braciszek trochę dorośnie. Kiedyś zupełnie nie zwracałam uwagi na takie rzeczy, a teraz bardzo mi się rzuca w oczy.

    Zastanawiam się, jaki te wszystkie Anie z Zielonego Wzgórza, małe lordy i inne Słoneczka miały wpływ na mój rozwój. Ostatecznie jestem przecież niezależnie myślącą, dość liberalną osobą, ale przecież nie zawsze tak było. Na przykład w wieku około 10 lat nie mogłam się doczekać, żeby wreszcie mieć 18 lat i wyjść za mąż :D Jak dowiedziałam się, że powinnam jeszcze iść na studia (o dzięki Ci, mamo, że od zawsze wpajałaś mi szacunek do edukacji) to byłam bardzo zasmucona, że małżeństwo odsunie się o kilka lat :>
    Sądzę, że jeśli będę miała dzieci, to fajnie, żeby przeczytały dziecięcą klasykę, ale będę z nimi omawiała co bardziej hardkorowe lektury, jak wspomniana tu już "Oto jest Kasia". A może do czasu podjęcia edukacji przez moje przyszłe potomstwo lista lektur ulegnie już modernizacji.
  • klymenystra 29.01.11, 11:13
    Sytuacja Malin przypominała mi zawsze sytuację Majken ze "Zwierzeń Britt-Mari" Lindgren. Tam, co prawda, jest i mamusia i tatus, ale tatus, wiadomo - zajmuje się czytaniem i wychowywaniem dzieci ;), mamusia jest roztrzepaną tłumaczką, więc Majken, jak tylko kończy szkołę, wchodzi w jej jarzmo i zajmuje się domem. Ma do pomocy służącą, ale czasem wspomina, jak to cały dzień haruje - ma 19 lat! Ta jej praca w domu jest pokazana jako coś, co Majken lubi, przy okazji jest ładna, więc cała rodzina się obawia, że w końcu wyjdzie za mąż, ale ona protestuje - ma zamiar do końca życia siedziec z nimi i prasowac ich ubrania (mówi to niby z ironią).

    A z drugiej strony jej młodsza siostra, tytułowa bohaterka, zwierza się przyjaciółce, że chce wyjśc za mąż i miec dzieci, ale najpierw chce się czegoś nauczyc (myśli o dziennikarstwie). Więc wtedy kobiety miały chyba pewną możliwosc wyboru. ALe na pewno mniejszą niż teraz, patrząc na ilośc najstarszych córek w literaturze, które przejmują obowiązki matki.
    --
    Jestem z Krakowa. Mówię "oglądnąć", "kapło" i "sznurówki". Oraz "weka", "cwibak", "sznycel" i "zastrugaczka". I mam do tego prawo. Halte à la mort des langues!
  • kooreczka 29.01.11, 17:18
    Ania według moich obliczeń miała 25 lat, więc nie dostała męża razem z dowodem.
    W "5 dzieci i coś" rodzeństwo wychodzi z dwulatkiem na całe dnie, nie pilnowane i to nie po wiejskich podwórkach, gdzie zawsze kręci się znajomy dorosły, ale puszczają się samopas nie wiadomo gdzie. "W dzieciach z Bullerbyn" 2 siedmiolatki opiekują się rocznym dzieckiem, podczas gdy we wsi zostaje tylko chory dziadek. Co chwila ktoś umiera na zapalenie płuc, a ja miałam takie co sezon. W "Tajemniczym Ogrodzie" jedno dziecko z kromką suchego chleba biega po polach, drugie kisi się w ciemnym pokoju, troska o trzecie kończy się na nakarmieniu i ubraniu.

    To było dla mnie trochę egzotyczne, ale właśnie to pociągało mnie w tych książkach. Oczywiste dla mnie było, że dawniej ludzie żyli inaczej. Te obrazki były dla mnie odległe tak samo jak makabryczne opisy z "Tak żyli ludzie". Jeśli już coś mnie zaniepokoiło to rzeczy, na które mało kto zwracał uwagę. Dlaczego Mary nie kochała rodziców i bezkarnie biła nianię? Zazwyczaj z takimi wątpliwościami leciałam do rodziców, więc nie dręczyły mnie one długo.
  • a_weasley 30.01.11, 12:29
    kooreczka napisała:

    > Co chwila ktoś umiera na zapalenie płuc, a ja miałam takie co sezon.

    Mnie jakoś takie kontrasty nie uderzały - moźe dlatego, źe przewijał się teź w dawnych ksiąźkach motyw śmierci na suchoty, a moi rodzice oboje tę chorobę przerobili.
    Owszem, kiedy mój czteroletni wówczas brat dostał szkarlatyny, przestraszyłem się bardzo, bo to i w jakiejś ksiąźce "mąź tej pani zginął na wojnie, a dzieci umarły dwa lata temu na szkarlatynę", i u Gałczyńskiego "brat, co miał okarynę (póżniej umarł na szkarlatynę)", ale mama mi powiedziała, źe to było dawno i teraz na szkarlatynę się nie umiera. Aha. To dobrze. Jest chory, to go wyleczą.

    --
    Jeśli "wszyscy wiedzą", to znaczy, źe do źródła się nie dotrze.
  • teano1 11.02.11, 10:13
    kooreczka napisała:

    > Jeśli już c
    > oś mnie zaniepokoiło to rzeczy, na które mało kto zwracał uwagę. Dlaczego Mary
    > nie kochała rodziców i bezkarnie biła nianię? Zazwyczaj z takimi wątpliwościami
    > leciałam do rodziców, więc nie dręczyły mnie one długo.

    I co Ci odpowiedzieli na taką wątpliwość? Bardzo mnie to zaciekawiło.

    --
    Aktualności
    Nie naledzi dzieby menścidzna był, kiedy pan domu nieobecńy. To nie modźna. Wy zajente, ja ide. Do fidzenia.
    Drogi Adwenenie!" - skreśliła "drogi" i wpisała "tani" uśmiechając się złośliwie.
    "...przykląkł przy łóżku i przez chwilę wpatrywał się w śpiącą. Tak. To ona. Zdecydowanym ruchem położył dłoń na jej ustach. Szarpnęła się, otwierając szeroko oczy."
  • kooreczka 11.02.11, 10:43
    Były inne czasy:D
    Dawniej ludzie mieli inne poglądy na wychowanie dzieci- wielu ludzi wychowywało dzieci bardzo surowo, ale też wielu uważało, że zapewnienie im utrzymania to wszystko, co dziecku trzeba dać. Bogaci rodzice zostawiali dziecko niańkom, płacili za drogie zabawki i pozwalali na wszystko. Mary nikt nie mówił co jest dobre, a co złe, nikt nie zwrócił jej uwagi. Służba dawała jej co chciała i znosiła wszelkie kaprysy, więc pozwała sobie na wiele. Nie miała przyjaciół, nikt jej nie kochał, jej jedyne zajęcie to testowanie otoczenia.

    Rodzice Mary zupełnie się nią nie interesowali. Nie widziały się wzajemnie, więc była dla niej kimś obcym. Nie można kochać kogoś, kogo nie zna się i nie chce się znać, choćby był z pozoru najbliższa osobą.

    Miałam chyb a 6 lat i takie tłumaczenie przełknęłam.
  • a_weasley 30.01.11, 12:33
    Seidhee napisała:

    > Ojciec
    > , bracia i w ogóle wszyscy naokoło uznają taki stan rzeczy za normalny i jeszcz
    > e utyskują, że "Malin każe mi zmywać/nosić wodę".

    Ale zmywają i noszą?

    > No i oczywiście Malin
    > chętnie by się wydała za amanta, ale na razie nie może przecież opuścić rodzinn
    > ego domu, bo musi poczekać, aż najmłodszy braciszek trochę dorośnie.

    Okropność.
    Nie moźe od razu zrobić tego, co by chętnie zrobiła, bo na razie musi się troszczyć o osobę bezradną z rodziny.
    Komisja Europejska powinna zabronić dawania dzieciom takich ksiąźek do czytania. Przecieź wiadomo, źe najwaźniejsza jest własna samorealizacja.

    --
    Bezpieczna prędkość jest wtedy, kiedy samochód stoi (najlepiej w garażu).
  • seidhee 31.01.11, 09:35
    Bo wiadomo, że zmywanie i noszenie wody (btw. znasz tę książkę, czy tak tylko komentujesz fragment wyrwany z kontekstu?) to najbardziej czasochłonne i wyczerpujące domowe zajęcia.

    > Okropność.
    > Nie moźe od razu zrobić tego, co by chętnie zrobiła, bo na razie musi się trosz
    > czyć o osobę bezradną z rodziny.

    Oh, no tak, przecież to starsza siostra siłą rzeczy jest osobą najbardziej odpowiedzialną za dobrostan młodszego rodzeństwa. Dobrze, że Pelle ma już osiem lat, to za jakieś dziesięć być może już mogła wreszcie pomyśleć o własnej przyszłości i własnej rodzinie.

    > Komisja Europejska powinna zabronić dawania dzieciom takich ksiąźek do czytania
    > . Przecieź wiadomo, źe najwaźniejsza jest własna samorealizacja.

    Najważniejszy jest dwudaniowy obiad co dzień, zapas ciasteczek dla niespodziewanych gości i ciepło domowego ogniska. I umięśniony wojownik, który na własnych barkach przydźwiga własnoręcznie upolowanego mamuta. I my naszą polską piersią takiego stanu rzeczy bronić będziemy.
  • a_weasley 06.02.11, 01:42
    seidhee napisała:

    > Bo wiadomo, że zmywanie i noszenie wody (btw. znasz tę książkę, czy tak tylko k
    > omentujesz fragment wyrwany z kontekstu?) to najbardziej czasochłonne i wyczerp
    > ujące domowe zajęcia.

    Nie, nie znam. Komentuję nie fragment książki, tylko komentarz.
    I zwracam uwagę, że ktoś tę rodzinę utrzymywał. Kto?

    > Oh, no tak, przecież to starsza siostra siłą rzeczy jest osobą
    > najbardziej odpowiedzialną za dobrostan młodszego rodzeństwa.

    Najbardziej - nie. Współodpowiedzialną - owszem.

    > Dobrze, że Pelle ma już osiem lat

    W komentarzu, do którego się odnosiłem, była mowa o tym, że chętnie by wyszła za mąż i nawet ma za kogo.

    --
    Bezpieczna prędkość jest wtedy, kiedy samochód stoi (najlepiej w garażu).
  • klymenystra 06.02.11, 09:21
    Ojciec, który, o ile pamiętam, był pisarzem i akurat wtedy w wakacje chyba nie pisał nic.
    --
    Jestem z Krakowa. Mówię "oglądnąć", "kapło" i "sznurówki". Oraz "weka", "cwibak", "sznycel" i "zastrugaczka". I mam do tego prawo. Halte à la mort des langues!
  • paszczakowna1 06.02.11, 12:56
    > Ojciec, który, o ile pamiętam, był pisarzem i akurat wtedy w wakacje chyba nie
    > pisał nic.

    Pisał. Jest taki motyw, jak usiłuje pozbyć się Tjorven, bo właśnie pisze.
  • seidhee 07.02.11, 09:33
    > I zwracam uwagę, że ktoś tę rodzinę utrzymywał. Kto?
    Ojciec. A kto miał utrzymywać? Córka?

    Zwróć uwagę na drobny fakt: Malin przejęła domowe obowiązki w wieku 12 lat, kiedy umarła matka. W roku, w którym toczy się akcja książki, rodzeństwo ma odpowiednio: 19, 14, 13, 7 lat. Czyli starsi bracia (o ojcu-pisarzu nie wspominając) byliby w stanie wziąć na siebie przynajmniej część zadań i może wreszcie odciążyć siostrę, która od siedmiu lat przy nich haruje.
    Nie wiem, dlaczego ta sytuacja wydaje Ci się oczywista i naturalna. Mnie się taka nie wydaje.
  • chomiczkami 07.02.11, 10:36
    Ach, to i teraz niektórzy niedoinformowani rodzice mówią z wyrzutem "Dziewczynka powinna zainteresować się domem, ogarnąć, pomyśleć jak gospodyni, a nie..."

    Stereotypy wiecznie żywe, ale ja nie chciałabym być mężczyzną, byłabym bowiem mężczyzną zniewieściałym.

    Malin nie wydawała mi się biedna. Owszem, bracia powinni brać na siebie obowiązki - no ale bez przesady, który 13-14 latek dobrowolnie, bez przymusu i z uśmiechem na twarzy weźmie się do roboty? Nieliczne wyjątki potwierdzają regułę. Malin była w układzie chorym, bo straciła matkę i jako jedyna córka, do tego najstarsza, musiała stać się kimś w rodzaju zastępczej matki, tego wymagało od niej społeczeństwo, nie tak? Przypominam, że mówimy o Starych Dobrych Czasach. Malin podoba się jej rola "powiernicy i pomocnicy tatusia", to mimo wszystko podnosi samoocenę dziecka... och, och, beze mnie ta rodzina by się posypała, och, tatuś jest wdzięczny, och. Chore. Przynajmniej dziś.

    A Malin nie współczuję, bo sama tego chciała. Miała maturę, niejedna dziewczyna skończyła edukację na tym etapie w SDC. Mogła iść na maszynistkę do biura, ale widać wolała prać skarpety braciom. Mnie też czasem się wydaje, że podobałoby mi się szorowanie domu na błysk i spełnianie się w roli gosposi (kury) domowej, w obu rodzinach. Mąż by harował, a moim zmartwieniem byłyby zacieki.

    --
    Przejrzałam cię! Chcesz zaciągnąć mojego syna przed ołtarz podczas turnieju sztuk walk. Oświadczam że się na to nie zgodzę!
  • pani.filifionka 07.02.11, 14:39
    Prawda, prawda. Malin jakoś nie wydaje się osobą nieszczęśliwą. W momencie śmierci matki była najstarsza, więc pewnie częściowo automatycznie przejęła większość jej obowiązków. Ojciec nawet usiłował pomagać, ale miał dwie lewe ręce i to naprawdę, a nie na zasadzie tłumaczenia szklanek przez Juleczkę ;)
    Akurat to, że braciszkowie nie garnęli się do pomocy, wydaje się, jak napisała przedpiśczyni dość typowe dla dzieci w tym wieku.
    Nikt też tak naprawdę nie zabraniał wyjść za mąż czy ułożyć sobie życia w inny sposób. Pellego wprawdzie przerażała ta wizja, ale to też jest raczej naturalne dla dziecka, dla którego siostra stanowiła dość stabilny punkt odniesienia w życiu. W książce wspomniane jest też, że Malin zdążyła dorobić się do dziewiętnastego roku życia kilkunastu absztyfikantów, z wziąwszy pod uwagę, że pierwsi z nich pojawili się zapewne nie wcześniej niż w chwili, gdy miała 14-15 lat, możemy chyba przyjąć, że nie były to długotrwałe związki. W samej książce pojawia się chłopak, który opisany jest jako potworny buc, a w oczach Malin ostatecznie przekreśla go wyśmiewanie z Melkera gonionego przez pszczoły. Potem zjawia się Petter, z którym Malin wiąże pewne plany na przyszłość, ale postanawiają trochę poczekać, co w obliczu krótkiej znajomości oraz młodego wieku Malin nie wydaje się jakimś strasznym wyrzeczeniem.
  • seidhee 09.02.11, 09:25
    Nie chodziło mi o to, że Malin czuje się nieszczęśliwa, tylko raczej o to, że ja z obecnej perspektywy postrzegam jej życie jako smutne. Może nawet tym smutniejsze, że ona ten układ postrzega jako oczywisty.
    "Ach, niech kochani braciszkowie sobie popłyną zarzucać sieci/pójdą łowić ryby/wybiorą się na wycieczkę, ostatecznie przecież mogę pozmywać, a w ogóle to niech się cieszą dzieciństwem bo jestem już zbyt dorosła i mogę się obyć bez pływania czy inne przyjemności."

    Wyobrażam sobie, że tak wyglądają jej wakacje odkąd miała 12 lat.

    > Potem zjawia się
    > Petter, z którym Malin wiąże pewne plany na przyszłość, ale postanawiają troch
    > ę poczekać, co w obliczu krótkiej znajomości oraz młodego wieku Malin nie wydaj
    > e się jakimś strasznym wyrzeczeniem.

    Ależ nie jest dla mnie problemem to, że nie pobrali się od razu, wręcz przeciwnie :) Zauważ jednak, że Malin od razu dostrzega przeszkodę pod hasłem "czy on aby na mnie poczeka, bo jeszcze parę lat muszę się pozajmować braćmi".

    Macie rację, że w Starych Dobrych Czasach taka postawa była zupełnie normalna, ale przecież temat dotyczy literatury niedzisiejszej :)
  • chomiczkami 10.02.11, 23:41
    > Macie rację, że w Starych Dobrych Czasach taka postawa była zupełnie normalna,
    > ale przecież temat dotyczy literatury niedzisiejszej :)

    No, pod tym względem może jest to faktycznie nieco niedzisiejsze, choć jakby dobrze poszukać, to i teraz małe gosposie są i mają się dobrze. Chociaż (na szczęście) matki nie umierają tak masowo przy porodach i córki nie muszą się wykazywać na tym polu.

    --
    "Jak na osobę, która nawet nie jest zaręczona, ostatnio dużo myślę o ślubach. To niezdrowy objaw. Zupełnie jak myślenie o zastrzykach z insuliny, gdy nie jest się cukrzykiem. Owszem, dają niezłego kopa, ale w końcu mogą zabić." L.Wolf, "Dziennik szalonej narzeczonej"
  • doratos 11.02.11, 14:11
    Sama w dzieciństwie taką gosposią byłam,i nieraz zastanawiam się czy wyrządziło mi to większą krzywdę,czy też dzięki temu wydoroślałam szybciej niż rówieśnicy,i nauczyłam się brać z życiem za bary,nie poddawać się nawet w najczarniejszych chwilach!
    A dzięki książkom tym dziś już przestarzałym i niedzisiejszym,dzieciństwo wspominam nawet jako dość znośne,mimo ciężkich przeżyć.
    Ucieczka w świat tych dziecięcych bohaterów była czymś co mnie trzymało na duchu,
    rzeczywistość oczywiście nie przystawała do świata z książek,
    brak mi było koleżanek,takich prawdziwych,byłam wyśmiewana z powodu biedy,ale to nie znaczyło nic wobec przyjaźni z Anią czy Tomkiem,albo Sokolim Okiem!

    Lektury na pewno powinny być przystosowane do wieku dzieci i do czasów w jakich żyją,
    ale na pewno te niedzisiejsze książki powinny być czytane,lecz nie na zasadzie szkolnego przymusu,bo dzieci zmusić się do niczego nie da na siłę!
    O czym zdają się zapominać dorośli odpowiedzialni za dobór lektur.
  • truscaveczka 18.02.11, 08:33
    Ale pojawiło się zjawisko eurosieroctwa i bycie rodzicem zastępczym dla rodzeństwa, gdy samemu ma się lat 14 czy 15, jest niestety bardzo powszechne :(
    --
    "Z jego zachowania wnoszę, że stanowi on niemal doskonały desygnat słowa ćwok." [S. Niesiołowski]
  • klymenystra 31.01.11, 14:11
    Czytałeś książkę? Dzieci miały ojca!
    --
    Jestem z Krakowa. Mówię "oglądnąć", "kapło" i "sznurówki". Oraz "weka", "cwibak", "sznycel" i "zastrugaczka". I mam do tego prawo. Halte à la mort des langues!
  • seidhee 31.01.11, 15:24
    Jeszcze w kwestii noszenia wody: w dzieleniu domowych obowiązków nie chodzi o to, że facet coś zrobi dlatego, że kobieta tak suszy mu głowę, że woli to zrobić niż dalej tego słuchać. Domowe obowiązki są wspólne dla wszystkich, kobieta nie jest zarządzającym, który każdemu ma przydzielić jego zadania i jeszcze pilnować i prosić, żeby to zostało zrobione.
  • nessie-jp 31.01.11, 22:02
    > Okropność.
    > Nie moźe od razu zrobić tego, co by chętnie zrobiła, bo na razie musi się trosz
    > czyć o osobę bezradną z rodziny.

    Zaraz, chwileczkę. Kto ma się o kogo troszczyć i kto jest bezradną osobą? Dziecko? Czy rodzice?

    Można oczywiście usprawiedliwiać własne lenistwo bezradnością, a obowiązki rodzicielskie spychać na własne dziecko, ale to się nazywa egoizm, chamstwo i świństwo, a nie żadne wartości.

    No, chyba że swoim dzieciom takie wartości wpajasz, że jak ci się czegoś nie chce, to trzeba zepchnąć obowiązek na kogoś innego? W takim razie tylko pogratulować wartości...


    > . Przecieź wiadomo, źe najwaźniejsza jest własna samorealizacja.

    Nie. Najważniejsze w dzieciństwie jest: przeżywanie tego dzieciństwa na takich samych prawach, jak inne dzieci w rodzinie, niezależnie od płci. Nie bycie wpychaną w rolę dorosłej matki, gdy jest się małą dziewczynką. Poczucie oparcia w rodzicach. Nawet, gdy cuchną leniem i myślą tylko o własnej samorealizacji.

  • czekolada72 04.02.11, 11:17
    Byly jednak ksiazki, gdzie o rodzine, a szczegolnie dziecko, troszczyły sie przynajmniej babcie (lub ciocie) :)
    "Babcia na jabłoni" M. Lobe
    o Karolciach była juz mowa
    "Marianna, Marysia, Misia" S. Platówna
    "Ciocia Kicia"M. Szczygłowska
    "U tatusiowej mamy" E. Unnerstad
    "Drobne ustroje" M. Zientarowa.
    Jednoczesnie wiekszosc ksiazek opiera sie na stereotypie - jedynaczka = rozpieszczona , z 2 lewymi rekami; dziecko z rodziny wielodzietnej = zorganizowane, zaradne.
    Wyjatki potwierdzaja regułę ;))

    --
    Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. — św. Augustyn
    58,3
    "Kto nie naraża się na szwank - ten głównej stawki nie wygrywa"
  • soova 04.02.11, 11:33
    Jednoczesnie wiekszosc ksiazek opiera sie na stereotypie - jedynaczka = rozpieszczona , z 2 lewymi rekami; dziecko z rodziny wielodzietnej = zorganizowane, zaradne.

    Ciekawe, skąd się brało takie podejście? Czy na przykład nie z tego, że w czasach dawniejszych, gdy śmiertelność dzieci była duża, a planowanie rodziny jako takie nie istniało, normą było kilkoro dzieci w rodzinie, a jedynactwo wynikało często nie z planów rodziców, a właśnie ze śmierci pozostałego rodzeństwa? Nic dziwnego, że skoro większość jedynaków "pochodziła" z takiego zbiegu okoliczności, na dzieci te rodzice w miarę swoich możliwości chuchali i dmuchali, stąd wyrastały właśnie na zapatrzonych w siebie osobników z maślanymi rączkami. Tymczasem czasy się zmieniły, a stereotyp pozostał i tak naprawdę straszy nawet do dziś. Przypuszczam, że gdyby komuś, kto głosi hasło "jedno dziecko źle się samo chowa", zadać pytanie o dowody na jego poparcie, miałby kłopoty z odpowiedzią. :D

    --
    Hajo Hajo Ipsenajo!
  • nessie-jp 04.02.11, 23:13
    > gdyby komuś, kto głosi hasło "jedno dziecko źle się samo c
    > howa", zadać pytanie o dowody na jego poparcie, miałby kłopoty z odpowiedzią. :

    Ależ skąd, powiedziałby po prostu "Bo ja już mam całkowicie dosyć zabawy do dom, rysowania misiów, zabawy w pociąg, rysownania dinozaurów, zabawy w koniki, rysowania koników, zabawy w przedszkole, rysowania przedszkola... i tak od rana do wieczora i od wieczora do rana, niech on/a się w końcu doczeka rodzeństwa to się ze sobą będą bawić i dadzą mi trochę spokoju!!!"

    W każdym razie takie sentymenty prezentuje duża liczba znajomych rodziców jedynaków ;)

  • a_weasley 06.02.11, 01:37
    soova napisała:

    > Jednoczesnie wiekszosc ksiazek opiera sie na stereotypie - jedynaczka = rozp
    > ieszczona , z 2 lewymi rekami; dziecko z rodziny wielodzietnej = zorganizowane,
    > zaradne.

    >
    > Ciekawe, skąd się brało takie podejście?

    Z uogólnienia licznych obserwacji?

    --
    Nowy wspaniały świat ante portas
  • verdana 06.02.11, 13:00
    Pewnie tak - ale w warunkach mocno odbiegających od dzisiejszych.
    Jedną z ówczesnych obserwacji było równiez to, ze kobiety sa głupie i niezdolne do samodzielnego myślenia o sobie, a 60-latek to niedołężny starzec.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • dakota77 06.02.11, 13:03
    U Borejkow przynajmniej ten drugi poglad wciaz ma sie dobrze;-)

    --
    "Nick zobowiązuje: Dakota Ameryce nie przepuści;)"-by Marslo55
  • truscaveczka 06.02.11, 07:18
    Ach, kocham Drobne ustroje - i Pałac Kultury, Nauki i Na Sztuki :D Ochch, chyba w poniedziałek popruję do biblioteki :)
    --
    "Z jego zachowania wnoszę, że stanowi on niemal doskonały desygnat słowa ćwok." [S. Niesiołowski]
  • croyance 31.01.11, 13:44
    A co sadzicie o 'Balu u Zegarmistrza Teofila'? Tam bylo duzo rzeczy niezrozumialych dla dzisiejszej mlodszej mlodziezy (Oranzadka z PGRu np.), ale mysle, ze duzo problemow bylo uniwersalnych, chociaz w kontekscie konkretnej epoki.
    Historia Przedrzezniaczki wstrzasajaca, o wiele bardziej niz Rozalka w piecu.
    --

    Sprawdz, co slychac w Narnii
  • seidhee 09.02.11, 15:45
    Nie do końca w temacie, ale zabawne:
    kwejk.pl/obrazek/16146-d55a40894b4ccc1.jpg?back=685&id=11
  • kosmaty_007 21.02.11, 14:11
    Dzien dobry Panstwu, widze forum literckie. Mam problem, bo szukam ksiazek polskich dla trzylatka. Od szanownych Rodziców pomocy potrzebuje.
    Chcialem zapytac na forum Ksiazki dzieciece i mlodziezowe, ale to forum zamkniete. Dlaczego?Zalozylem dzisiaj konto i poslalem na tamto forum wniosek o przyjecie. Czekam na odpowiedz od glownego masona, ale mail jeszcze nie przyszedl. Jakbym do mafii wstepowal... Poszukalem dalej i znalazlem Was. Widze, ze piszecie tez o ksiazkach dla dzieci.

    Mieszkamy w Niemczech, moja Zona jest z Balkan, a ja jak widac Polak. Synek wlasnie zaczal chodzic do niemieckiego przedszkola. Zna juz 2 nasze slowianskie jezyki, a teraz ten niemiecki doszedl. Chce czytac mu po polsku, zeby nie zapomnial. Mi sie by tez przydalo polski odswiezyc, robie bledy coraz wieksze. Po polsku jak mam mowic to sie zacinam i zapominam. Glupieje coraz bardziej, prosze Panstwa.
    Czy mozecie polecic jakies polskie ksiazki dla trzylatka i jego glupiego taty? :-) Synek jest bardzo inteligentny, napisalem jak to obiektywny ojciec :-) Ale naprawde maly rwie sie sam do wszystkiego, chce sie uczyc. Zadaje 100 pytan na minute. Sam chce juz czytac, chce zeby mu litery pokazywac i rysowac.
    Patrzylem na mafijnym forum na liste polskich ksiazek dla trzylatków, ale tam same ksiazki dla dziewczynek,. Jakies Niunie, Minie, zakupy i lalki. Chcialbym poczytac malemu cos z bohaterami chlopcami. Jestem za rownouprawnieniem, ale synek jeszcze nie i niunie by go zanudzily :-)
    Z gory dziekuje za pomoc.
    Przepraszam jesli napisalem w zlym miejscu. moze to tez jakas mafia i powinienem przejsc serie testow, aby mnie przyjeto? :-)

  • dakota77 21.02.11, 15:33
    Mysle, ze trafiles w dobre miejsce:). Ja akurat nie dzieciata i pewnie nie bardzo wiem, co polecic, ale poczekaj, forumowe mamy na pewno ci pomoga:). Ja na razie moge ci polecic bardzo fajnego bloga o ksiazkach dla dzieci wlasnie jednej z forumowiczek: poczytajmi.blox.pl/html

    :)


    --
    "Nick zobowiązuje: Dakota Ameryce nie przepuści;)"-by Marslo55
  • slotna 21.02.11, 15:54
    Witaj nam i tu :) Nie mam dzieci, co prawda, ale co do tego

    Chcialbym p
    > oczytac malemu cos z bohaterami chlopcami. Jestem za rownouprawnieniem, ale syn
    > ek jeszcze nie i niunie by go zanudzily :-)

    mysle, ze warto najpierw sprawdzic. Moze zanudza, moze nie - na przyklad moj brat uwielbial "Karolcie", ktorej ja chronicznie nie znosilam ;)

    --
    Rzeczy, które próbują wyglądać jak rzeczy, częściej wyglądają bardziej jak rzeczy, niż same rzeczy.
  • kosmaty_007 21.02.11, 16:07
    dakota77 napisała: Mysle, ze trafiles w dobre miejsce:). Ja akurat nie dzieciata i pewnie nie <bardzo wiem, co polecic, ale poczekaj, forumowe mamy na pewno ci pomoga:). Ja na razie <moge ci polecic bardzo fajnego bloga o ksiazkach dla dzieci wlasnie jednej z forumowiczek: <poczytajmi.blox.pl/html

    Dziekuje bardzo za pomoc i powitanie. Strasznie fajny blog. Weszlem tam i od razu widze, Wiktor Detektyw! Wlasnie takie przygodowe o chlopakach bym chcial. Jak Maly jeszcze nie zrozumie, to przynajmniej tata sie ucieszy :-)

    slotna napisała:
    > Chcialbym poczytac malemu cos z bohaterami chlopcami. Jestem za rownouprawnieniem, a
    > le synek jeszcze nie i niunie by go zanudzily :-)
    > mysle, ze warto najpierw sprawdzic. Moze zanudza, moze nie - na przyklad moj br
    > at uwielbial "Karolcie", ktorej ja chronicznie nie znosilam ;)

    Chodzi o to, ze tata tez nie chce sie zanudzic niuniami na zakupach ;-) Karolcia? Sprobujemy. Dziekuje za pomoc :-)
  • mamalgosia 22.02.11, 12:05
    Ponieważ w domu miałam 2 takie egzemplarze, służę wykazem, co moim się podobało:

    cała seria o Kreciku, np "Krecik i samochód"
    wysylkowa.pl/ks966258.html
    wszelkie książeczki bazujące na oglądanych przez nich filmach (Strażak Sam, Noddy, Listonosz Pat, Tomek i Przyjaciele, Traktor Tom, Bob Budowniczy)

    Seria o Franklinie
    wysylkowa.pl/ks1098582.html
    Wszystkie "Pany Kuleczki"
    wysylkowa.pl/ks759953.html
    Przygody Misia Guziczka
    www.empik.com/przygody-misia-guziczka-szymanowska-anna,66812,ksiazka-p
    Świetna seria bajek opowiedzianych inaczej:
    www.osiol.com.pl/topic/1470-kolekcja-dziecka/
    Mrówka Andy
    wysylkowa.pl/ks457696.html
    Bahdaj- Mały pingwin Pik-Pok
    www.lissnerstudio.pl/?49,adam-bahdaj-maly-pingwin-pik-pok-mp3
    Krokodyl Olbrzymi, Żyrafa i Uki włóż - Dahla
    www.lideria.pl/Zyrafa-Peli-oraz-ja-Roald-Dahl/sklep/opis?nr=65831
    www.lideria.pl/Krokodyl-Olbrzymi-Roald-Dahl/sklep/opis?nr=39609
    i jeszcze dużo, ale nie wiem, cyz jetseś zainteresowany moim wypisywaniem
  • kosmaty_007 22.02.11, 15:19
    mamalgosia napisała:
    > onieważ w domu miałam 2 takie egzemplarze, służę wykazem, co moim się podobało
    > > cała seria o Kreciku, np "Krecik i samochód"
    > i jeszcze dużo, ale nie wiem, cyz jetseś zainteresowany moim wypisywaniem

    Dziekuje Pani Mamalgosi tez. Zupelnie zapomnialem o bajkach ze zwierzetami. A synek lubi auta i zwierzeta.Dlatego dziekuje ze szanowne Panie mi przypomnialy. To mamy juz wielka liste ksiazek i sprawdzimy, co synek polubi najbardziej. Ja juz wariuje troche od tylu jezykow w domu, ale on jeszcze nie :-)

    Dostalem wstep na to tajemnicze forum :-) Musieli najpierw sprawdzic, czy jestem Spambot :-) I czytali, ze pisze o mafii tutaj, wiec sie zawstydzilem. To jak bede szukal wiecej ksiazek, to tam grzecznie zapytam. Ale tutaj tez bardzo sympatycznie z Paniami Mamami. Dziekuje bardzo i jestem wdzieczny za pomoc,

  • truscaveczka 21.02.11, 17:10
    Ty też nie cierpisz Karolci? Właśnie chrypię nad nią od kilku dni i modlę się, żeby już szybciej do końca. Te działania typu "jestem niewidzialny i spuszczam łomot większemu od siebie a on mi może skoczyć" albo "robię kawały sprzedawczyniom w sklepie" mnie jakoś średnio bawią. A moja córa boi się Filomeny ;)
    --
    Lepsza boobelka od butelki.
  • kosmaty_007 21.02.11, 18:38
    truscaveczka napisała:
    > Ty też nie cierpisz Karolci? Właśnie chrypię nad nią od kilku dni i modlę się,
    > żeby już szybciej do końca. Te działania typu "jestem niewidzialny i spuszczam
    > łomot większemu od siebie a on mi może skoczyć" albo "robię kawały sprzedawczyn
    > iom w sklepie" mnie jakoś średnio bawią. A moja córa boi się Filomeny ;)

    To szukac mu tej Karolci czy nie? Nie wiem teraz, czy warto chrypiec jesli to durna ksiazka :-)
    Maly czesto pyta Zone, czy w tej ksiazce sa jakies auta. Przynajmniej jedno byc musi, bo inaczej nasz maly wladca sie troche obraza :-)
  • anutek115 21.02.11, 19:02
    kosmaty_007 napisał:

    > Maly czesto pyta Zone, czy w tej ksiazce sa jakies auta. Przynajmniej jedno byc
    > musi, bo inaczej nasz maly wladca sie troche obraza :-)

    Ja mam jednego trzylatka, a drugiego sześciolatka, który kiedys był trzylatkiem :))). Obaj sa wielbicielami tej serii:
    www.ksiazki-audio.pl/category/98,kolekcja-dziecka
    Nie całosci, tylko niektórych książek, takie "Trzy swinki" starszy na pamięć znał, i to mimo, że żadnego samochodu w nich nie było, a to maniak motoryzacyjny. Albo "Kota w butach". Albo "Czterech muzykantów z Bremy", "Pana twrdowskiego" czy "Smoka wawelskiego". Ja sama z przyjemnością im czytałam, choćby i osiemsetny raz. I kapitalnie zilustrowana jest ta seria (smoka wawelskiego to już nigdy sobie inaczej nie wyobrażę!), a jak ktos nie ma siły osiemsetny raz sam czytać, to może audiobooka zapodać w interpretacji Wojciecha Manna na przykład :))). Nie wiem, czy cała seria jest gdziekolwiek dostępna, ale na twoim miejscu poszperałabym chociaż dla znalezienia kawałków (sama zresztą całej nie mam).

    Bardzo, bardzo polecam.

    --
    W życiu niewiasty można rozróżnić siedem okresów: niemowlę,
    dziewczynka, dziewczyna, młoda kobieta, młoda kobieta, młoda kobieta i młoda kobieta. (G.B. Shaw)
  • kosmaty_007 22.02.11, 14:51
    anutek115 napisała:
    > Ja mam jednego trzylatka, a drugiego sześciolatka, który kiedys był trzylatkiem
    > :))). Obaj sa wielbicielami tej serii:
    > www.ksiazki-audio.pl/category/98,kolekcja-dziecka
    > Nie całosci, tylko niektórych książek, takie "Trzy swinki" starszy na pamięć zn
    > ał, i to mimo, że żadnego samochodu w nich nie było, a to maniak motoryzacyjny.
    > Albo "Kota w butach". Albo "Czterech muzykantów z Bremy", "Pana twrdowskiego"
    > czy "Smoka wawelskiego".

    Najdrozsza Pani Anutek :-) Jestem Pani bardzo wdzieczny za polecanie ksiazek przez Pania i Pani chlopcow. Seria jest bardzo ladna., i do tego ma CD. O kocie w butach i smoku synek poslucha chetnie. Kocha auta ale zwierzeta tez, i mamy kota w domu. Moze syn bedzie chcial swinke i smoka w domu :-)
    Widze ze nawet moge ksiazki za Euro kupic i do Niemiec wyslac. To nawet na wizycie w Polsce nie bedziemy musieli poszukiwac.
    Dziekuje bardzo serdecznie. Tak sie ucieszylem, ze mam ochote zawolac Bóg zaplac ale nie wiem czy Pani jest wierzaca :-)
  • lezbobimbo 23.02.11, 15:29
    kosmaty_007 napisał:
    > Tak sie ucieszylem, ze mam ochote zawolac Bóg zapla
    > c ale nie wiem czy Pani jest wierzaca :-)

    Kosmaty, chociaz widze, ze napisales to z sympatia, to jako okrutna i podla moderacja musze przypomniec, ze sprawy wiary i odp. pozdrowien dla wierzacych to jednak na tamtym forum - w tym celu wlasnie powstalo.
    Zdziwi Cie moze moja ostroznosc, ale nie wiesz, jakie tu potezne pyskowki powstawaly z rownie niewinnych zaczepek okoloreligijnych. Wole zatem dmuchac na zimne juz w zarodku.

    --
    W Polsce zostalo tylko 90 niedzwiedzi! Pomóz polskim Miszkom!
  • ginestra 23.02.11, 21:26
    lezbobimbo napisała:

    > kosmaty_007 napisał:
    > > Tak sie ucieszylem, ze mam ochote zawolac Bóg zapla
    > > c ale nie wiem czy Pani jest wierzaca :-)
    >
    > Kosmaty, chociaz widze, ze napisales to z sympatia, to jako okrutna i podla mod
    > eracja musze przypomniec, ze sprawy wiary i odp. pozdrowien dla wierzacych to j
    > ednak na tamtym forum - w tym celu wlasnie powstalo.
    > Zdziwi Cie moze moja ostroznosc, ale nie wiesz, jakie tu potezne pyskowki powst
    > awaly z rownie niewinnych zaczepek okoloreligijnych. Wole zatem dmuchac na zimn
    > e juz w zarodku.
    >

    Ale to nie była zaczepka przecież ani wstęp do dyskusji, a tylko podziękowanie. I w dodatku z delikatnością wyrażone wobec światopoglądu osoby, której się dziękuje.
    Mnie w każdym razie ta uprzejmość bardzo się spodobała.
  • truscaveczka 22.02.11, 13:56
    Hm. Jestem w połowie. Na razie było o kurze wyczarowanej - żywej - w kuchni, o latającej taksówce i o spuszczaniu lania chuliganowi. Durnym tego nie nazwę, ale jakoś mnie nie ujęło.
    Dla faceta to polecam Kacperiadę Grzegorza Kasdepke i wszystkie książki o Ciumkach Beręsewicza :)
    PS Chrypę mam zawodową, nauczycielką jestem. Między innymi.
    --
    "Z jego zachowania wnoszę, że stanowi on niemal doskonały desygnat słowa ćwok." [S. Niesiołowski]

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.