Dodaj do ulubionych

Rodzina Borejków i zombie (efekt głupawki...)

29.08.12, 22:10
Zawarczał mikser: babcia robiła sobie poranny shake z móżdżku. Wkrótce też dał się słyszeć klekot jej kości o klawisze laptopa. Biedactwo. Dziś była rocznica jej śmierci, a ona pracowała od świtu. Józinek postanowił złożyć jej życzenia, a może nawet machnąć przedtem jedną z tych schematycznych laurek, które, nie wiadomo dlaczego, dorośli solenizanci tak bezgranicznie uwielbiają.
Tymczasem spokojnie zajął się lekturą "Świtu żywych trupów". Stracił poczucie czasu. Z zadumy wyrwał go odgłos łkania za drzwiami.
- Co tam, Pyzuniu? - usłyszał zaraz zniecierpliwiony głos babci, a klekot ustał.
- Nic, nic - odparła zduszonym głosem kuzynka Róża, szlochając chyba w rękaw lub kuchenną ścierkę.
- Nic? To nie płacz - z roztargnieniem doradziła babcia. Upłynęła dłuższa chwila, wypełniona żałosnym pochlipywaniem Róży. Laptop klekotał bez przerwy.
- No? - spytała wreszcie dalekim głosem Babi.
- Głupstwo.
- Cała zapuchłaś. I oko ci wylatuje. Daj, poprawię - rozległo się soczyste mlaśnięcie. - Jeśli głupstwo, to szkoda urody.
- To nie głupstwo - obruszyła się Róża.
- Poważna sprawa?
- Śmiertelnie.
- Jeszcze bardziej?
Cisza. Józinek nadstawił ucha. Wreszcie znów zabrzmiał miły, lekko bełkotliwy, trochę ironiczny głos babci:
- Mogę jakoś pomóc? - Nie.
- Powiesz mi, co to za problem, czy tylko będziesz obiecująco popłakiwać?
- Nie kpij sobie.
- Bo wolałabym popracować. Mam nóż na gardle.
Józinek wiedział doskonale, o czym mówi Babi. Cała rodzina wiedziała doskonale, że nie należy gapić się zbyt intensywnie na jej wysoki kołnierzyk u sukni...
- A! Proszę! Pracuj sobie, pracuj!
- Przeszkadza mi, że chlipiesz. Potem nie doszoruję podłogi.
- Mogę wyjść! Mogę wyjść!
- A co za różnica, czy będę szorowała tu, czy w twoim pokoju?
- Znów żartujesz.
- Może po prostu powiedz krótko, w czym rzecz. Rzadko się ciebie widuje we łzach.
- Tak (-hu,hu,hu-), jestem takim rodzinnym promyczkiem. Wcielenie beztroski. I nikt przez tyle lat nie zauważył, że ten uśmiech to tylko dlatego, że wargi mi wygniły!
- Masz dwadzieścia dwa lata - oschle odezwała się babcia. - Nie płacz jak dziecko. Powiedz, o co chodzi, krótko i zwięźle.
Surowość babci zawsze działała niezawodnie. Płacz Róży ustał.
- Jestem w ciąży - oznajmiła. Józinek aż upuścił komiks. Ale numer. Przecież zawsze słyszał, że...
- Tak też myślałam - spokojnie stwierdziła babcia, a Józinek wprost skamieniał na sedesie, porażony jej przenikliwością i wszechwiedzą. - Różo, nieumarłych też obowiązuje antykoncepcja... ale nie jesteś pierwszą w tej rodzinie, która o niej zapomniała!
- Chcę ci coś wyjaśnić, babciu, bo pewne rzeczy wyjaśnić trzeba. Ja nie dlatego płaczę, że jestem w ciąży, bo ja chcę być w ciąży. Nie myślałam, że... nie sądziłam, że zombie mogą... ale skoro już będę miała dziecko, to chcę mieć dziecko. I nie dlatego płaczę, że boję się, że urodzę jakąś anomalię, bo wszyscy jesteśmy anomaliami. A Fryderyk... Nigdy więcej nie wspominajcie o tym zgniłku, bo ja też o nim nie wspomnę.
- W każdym zdaniu udało ci się zawrzeć powtórzenie - skonstatowała z zainteresowaniem babcia.
- Babi! Czy do ciebie w ogóle dociera, co ja mówię?!
- Tak. Każdy szczegół i wszystkie konsekwencje. Zastanawiam się, którędy lepiej będzie to dziecko wyjąć, gdy już przyjdzie czas... - głos Babi stał się z lekka nieobecny, jak zwykle, gdy rozważała jakieś problemy życiowej... znaczy, śmiertelnej wagi. - Chyba najprościej bezpośrednio przez powłoki brzuszne, tobie i tak to nie zrobi wielkiej różnicy...
- Och! (-hu.hu.hu-).
- Nie, no proszę, to nieznośne. - Róża przestała szlochać. Ciszę przerywały tylko lepkie, ciastowate odgłosy - prawdopodobnie kuzynka starała się umocować z powrotem obluzowany przez ciągłe siąkanie nos.
- Przy tym stole siedziała kiedyś twoja mama, mówiąc to samo. Tylko mniej płakała, bo to dzielna dziewczyna. Było to około dwudziestu dwóch lat temu. Jak ten czas leci.
- Dwudziestu dwóch?
- Tak jest. Twój ojciec, Janusz Pyziak, niezmiernie się obawiał małżeńskiej niewoli.
- I co?
- Pogadałam z nim i zmienił wreszcie zdanie. Niestety, jak ci wiadomo, raczej na krótko. Może nie powinnam była się wtrącać, i tak zwiał.
Józinek zastanowił się. O wuju Pyziaku zawsze mówiło się, że zwiał, podły zdrajca, gdy tylko cera jego żony Gabrysi zaczęła zdradzać pierwsze oznaki maceracji. Ale... czy naprawdę tak było? Przypomniał sobie pełen satysfakcji błysk w zmętniałych oczach Babi, gdy miksowała swój codzienny koktajl z móżdżku. Może... te dwadzieścia dwa lata temu... Józinek wzdrygnął się i zdecydował się wreszcie nacisnąć spłuczkę. Kaskada wody z wielkim szumem spłynęła w głąb muszli, a zapowietrzone rury zaczęły swe monotonne zawodzenie.
- Kto tam jest? - dopytywała się właśnie spłoszona Róża, gdy Józinek stanął w drzwiach, zwijając komiks w trąbkę.
- To tylko ja - powiedział ponuro. - Wszystko słyszałem. Sorry.
- Józinku!!! - wykrzyknęła babcia ze zgorszeniem, a kiedy spojrzał na nią niespokojnie, dodała: - Wiesz doskonale, że dziadek nie znosi, kiedy mówicie „sorry” zamiast „przepraszam”. Pilnuj się.
Dziwnym przypadkiem wszyscy troje w tejże chwili spojrzeli na mikser.
--
kura z biura
Niezatapialna Armada - analizy
Niezatapialna Armada - forum
Obserwuj wątek
    • agni_me Re: Rodzina Borejków i zombie (efekt głupawki...) 30.08.12, 10:24
      Przeczytałam w nocy. Potem śnił mi się dziad Borej, któremu odpadła kościana noga, więc sobie dosztukował zgrabną protezę z kuchennego stołka. Mógłby śmiało powiedzieć, że chodzi na pięciu.
      Jesteście groźne!
      --
      Jestem po filologii, wprawdzie nie polskiej, ale nieco mam rozeznanie w kwestii
      książek (zgłaszająca kandydaturę na AS-a forum Książki)
    • meduza7 Re: Rodzina Borejków i zombie (efekt głupawki...) 31.08.12, 10:51
      Dziękuję agni_me za pomysł ze stołkiem!


      - Tak jest - rzekł Józinek i spojrzał na zabeczaną kuzynkę, która siedziała na wprost drzwi, wiodących do przedpokoju. W ich białym obramowaniu widniał drogi Ignacy Grzegorz z sinymi, odstającymi uszami, z których jedno, naderwane w czasie ich ostatniej bójki, oklapło i zwisało smętnie na samym skrawku skóry; skrzętnie przeglądał on jakąś - zapewne pierwszą lepszą - książkę, wyjętą z regału. Było oczywiste, że miągwa też wszystko słyszał - i to bynajmniej nie przez przypadek.
      Mimo że zapuchnięta i z przekrzywionym nosem, a w dodatku, jak się okazuje, w ciąży, kuzynka Róża była nadal bardzo ładna. Zawsze przypominała Józinkowi smaczną zapiekankę ze świeżego, jeszcze niezepsutego mózgu. Jej miedziane włosy, choć matowe i przerzedzone, wciąż uparcie trzymały się czaszki, oczy zasnute półprzejrzystą błoną zachowały swój czekoladowy odcień, a oprócz tego kuzynka bardzo ładnie pachniała, niezbyt ostro, z lekka słodkawo (co doceniały roje much i os, jakie zwykle za sobą ciągnęła). Poza urodą kuzynka Róża posiadała jeszcze inne zalety: była mądra (choć ostatnio źle jej szło na studiach astronomicznych. Twierdziła, że ją nudzą i że dlatego oblała ważny egzamin). Była też pogodna, miła i dobra. Przykro było patrzeć na jej rozpacz.
      Zastanawiał się właśnie, jak ją pocieszyć, gdy w głębi mieszkania rozległ się dziwny łomot, trzask i jęk. Aha! - domyślił się Józef Pałys, gdyż był bystrym młodzianem o wysokim IQ. Zawdzięczał to temu, że jego matka, Ida z Borejków, od wczesnego niemowlęctwa karmiła go przecierami ze starannie wyselekcjonowanych mózgów osób o ponadprzeciętnej inteligencji. Był to element cichej rywalizacji pomiędzy nią a jej siostrą Gabrielą; póki co, wygrywała Gabriela, gdyż to jej syn, miągwowaty Ignacy Grzegorz, uważany był za rodzinnego geniusza. Gabriela uśmiechała się zawsze z miłą, ciepłą satysfakcją i pilnie strzegła swych przepisów kulinarnych. Aha! - powtórzył Józinek, by powrócić do przerwanego wątku. - Pewnie znów coś się stało dziadkowi Ignacemu!
      Istotnie, po chwili w korytarzu rozległo się kilka wypowiedzianych mocno poirytowanym głosem łacińskich sentencji (Józinek nie znał łaciny aż tak dobrze, jak choćby kuzyn, niemniej wyłapał coś o zakrzywieniach), potem dziwne, posuwiste szuranie, aż wreszcie w drzwiach kuchni objawił się senior rodu. Szlachetny starzec, zwykle żelazną ręką trzymający w ryzach swe liczne dzieci i wnuki (a za parę miesięcy również prawnuki), przedstawiał dziś sobą widok dość żałosny. Szarawe policzki obwisły mu bardziej niż zwykle, skóra czaszki spełzła, odsłaniając nagą kość, a kącik ust wykrzywił się sardonicznie. Nie to było jednak najgorsze. Oto bowiem dziadek Borejko w drżącej dłoni dzierżył coś, co w pierwszym odruchu wziąć by można za dziwnego kształtu laskę - po bliższych oględzinach okazało się jednak chudą, nagą piszczelą.
      - Milu, serce moje - wybełkotał dziadek, wyciągając ku niej kość. - Znów mi odpadła. Zrób coś. W dodatku chyba zgubiłem stopę.
      - Ignacy, tak dłużej być nie może! - odparła oschle babcia. - Wciąż się potykasz, jesteś taki... niestabilny. Musimy wymyślić coś lepszego. Hmmm... - jej wzrok z roztargnieniem ogarnął kuchnię. - O, mam! Józinku, podaj mi z łaski swojej ten stołek!
      Po chwili stołek, za pomocą skomplikowanego systemu rzemieni, sznurków i gumek recepturek został przymocowany do stawu kolanowego dziadka. Ignacy Borejko podniósł nogę i zatupał; początkowo delikatnie, później, gdy okazało się, że konstrukcja trzyma się całkiem dobrze, coraz śmielej.
      - Wyglądasz wspaniale, mój drogi! - powiedziała babcia ze słuszną dumą.
      - Sic transit gloria mundi - odpowiedział dziadek bez związku, ale za to uczenie.
      - Seneka? - spróbował trafić Józinek.
      - Święty Tomasz a Kempis - z pogardą zgasił go Ignacy Grzegorz. Józef rzucił mu długie, uważne spojrzenie. Niech lepiej miągwa uważa, te jego uszy są teraz takie niesymetryczne, przydałoby się nieco poprawić drugie...
      - A co zrobimy z tym? - dziadek wyciągnął przed siebie niepotrzebną już kość piszczelową.
      - Grzechotkę - odparła babcia. - Dla dziecka Róży.
      - Co takiego? - zdumiał się dziadek; Józinek schylił się błyskawicznie, łapiąc szczękę, nim dotknęła podłogi. - Róża...?! Nasza Różyczka?!
      - Co tu się dzieje?! - W progu stanęła, wywabiona z sutereny dziadkowym tupaniem, Ida. - Róża? Dziecko? Czy ja dobrze słyszę?
      Kuzynka spojrzała na wszystkich żałosnym wzrokiem i wybuchnęła szlochem jeszcze głośniejszym niż poprzednio, a jej nos potoczył się po kuchennym blacie i wpadł do kosza na śmieci.



Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka