Dodaj do ulubionych

Za przeproszeniem

23.10.12, 22:45
Przepraszam, że się odzywam, bo w sumie nie bardzo powinnam, ale nieco kusi, po McDusi. Wiem, że nie jest to najwyższej formy, tylko takie sobie próbkowanie - za co przepraszam. Za moje ponowne straszenie na Forum też przepraszam.
Moja mała grypowa wypocinka ;)


27 grudnia Niedziela


Niebo nad Poznaniem swym nieskazitelnym lazurem zapowiadało pogodę mroźną, acz słoneczną. Przechodnie mijali jedną z secesyjnych kamieniczek na Roosevelta raźno krocząc całymi rodzinami do kościoła Dominikanów, tudzież na zimowy spacer, by nieco odpocząć od ubiegłych dni siedzenia i biesiadowania za stołem. Wśród tych banalnych przechodniów, jak wykrzyknik z jadowitą kropką pojawiły się postacie – dwie najstarsze córki Ignacego Borejko – Gabriela i Ida. Gaba prosta jak wykrzyknik, zarówno z figury, jak i natury, szła zamaszystym krokiem. Tuż za nią drobiła świńskim truchtem Ida – jadowity i zajadły laryngolog – niczym ruda kropka na dziewiczej bieli śniegu.
-Ty, ty go nadal kochasz! – dokończyła młodsza z sióstr burzliwą dyskusję, swym kozim sopranem.
Miłe piegi na nie mniej miłej twarzy Gabrysi spłynęły natychmiast na dół, a w szlachetnych oczach pojawiły się diamenty łez.
-Auć – mruknęła Gaba wydłubując szlachetny kamień spod powieki. – No bez przesady – powiedziała pod nosem – Żebym tylko nie zaczęła popluwać perłami...
Weszły na klatkę schodową. Spotkały się siostrzane oczy – te żarówiaste Idy i ziejące miłością do bliźniego, jak czarną dziurą nie do wypełnienia – Gaby.
-A hm... nie myślałaś nigdy że z Ziutkiem jest coś nie tak? – rąbnęła, jak przed laty, najstarsza z córek klasycznego Ignacego.
-Że co?! Że co ty mi tu insynuujesz?! Ty mał...gorzatko! – zmitygowała się siostra numer dwa, na widok ich wspólnej matki numer jeden.
Znalazły się już przed znajomymi drzwiami, popatrzyły po sobie wszystkie trzy
- Twój syn ma niedorozwój umysłowy, musisz się z tym pogodzić – rzuciła beztrosko Mila, łypnęła z chrzęstem mroźnym okiem i ruszyła do mieszkania.
Weszły wszystkie trzy i natychmiast owionęła je mieszanka znajomych zapachów – kiszonej kapusty, miłości, kurzu i... kiszonej kapusty.
-Czy w tym domu nikt nie mógłby zacząć dbać o higienę osobistą? – odezwała się Ida, która już przełknęła zniewagę i czuła po niej wyłącznie kwaśny niesmak w ustach – Moglibyśmy pachnieć inaczej, mogłyby nas witać w przedpokoju zupełnie inne wonie – rozmarzyła się. Ale kto by tam tego słuchał. Zwłaszcza że z pokoiku Laury dobiegł ryk Tygrysa.
-Uh! Zabierzcie ode mnie tę ciotkę bo nie wytrzymam!!!
Jak się okazało, Pulpecja wpadła na pyszny dowcip i budząc alarmująco siostrzenicę, uprzejmie podstawiła przy jej łóżku miednicę wypełnioną śniegiem, w którą, nieszczęsna ofiara jej żartu, oczywiście wdepnęła obiema bosymi stopami.
-Uhuhuhuhu! – chichotała smacznie Patrycja i przypatrując się swej apetycznej osobie w lustrze polizała swoje odbicie. –Mmm...cium cium pyszulka – mruknęła z zadowoleniem – Mam smak melby brzoskwiniowej!
Gabrysia zdjęła kurtkę, sprawnym ruchem wrzuciła ją na stos ubrań, które zbierały się w przedpokoju od dziesięcioleci – na szczęście wysoki sufit na to pozwalał. Odwróciła się i sama spojrzała w lustro. Na Jowisza, jak ten kostium jej się pomarszczył pod pachami, a przecież nadal była Gabrysią, mimo wielu ran życiowych – jak porzucenie przez Janusza Pyziaka, porzucenie przez Janusza Pyziaka i porzucenie przez Janusza Pyziaka... co prawda, sama go namawiała na zarobek za granicą, nie było pieniędzy, codziennie żywili się pierogami... któż by tyle zniósł? Ale Gabriela nie cofnęła się, przyjęła wszystkie pierogi na klatę – mężnie, bez słowa skargi, na płacz pozwalała sobie tylko biczując swe ciało zimnym prysznicem. Tak, lubiła samoumartwienia. Co prawda nie myła się już druciakiem i przestała spać na podłodze, ale mimo to w duchu pozostawała Spartanką, w duchu też ćwiczyła biegi, brzuszki i przysiady – gdyż realnie nie miała na to czasu. Mogła więc stwierdzić, że miała zahartowanego ducha. Ciało nieco mniej. Bolały ją wszystkie mięśnie od wczorajszego biegania, ale mężnie zacisnęła pięści – nie, nie będzie płakać, nie da Januszowi tej satysfakcji... – co prawda, Janusz nie miał z tym nic wspólnego, ale to zawsze pomagało.
Czas śniadania upłynął w nieco nerwowej atmosferze. Cóż się dziwić – dziś nadszedł Ten dzień – dzień w którym Laura Pyziak miała zmienić nieszczęsne nazwisko na Fidelis.
Przyszła panna młoda była w marnym nastroju, siedziała przy stole skubiąc białe bułki – które były równie bez wyrazu, jak i jej przyszły wybranek. Panowała nerwowa cisza, ale wystarczyło, że Magdusia wyciągnęła prawicę po kromkę chleba – jak kukułka z Bawarskiego zegarka wyskoczyła na nią Ida, niemal dziobiąc po palcach
-Ależ Magdusiu! Jesteś w gościach! Czy to tak wypada w gościnie jeść?! Objadać biedne inteligenckie dziady.. znaczy się dziatki?! – huknęła ryża laryngolog. Ani się obejrzano a rzuciła jeszcze kilka kąśliwych uwag, które nie znalazłszy adresatów odbiły się rykoszetem po kuchni i trafiły Ignacego Grzegorza w wysokie kolumnowo sklepione czoło. Korzystając z poruszenia jakie tym wywołała, Ida porwała śniadanie ze stołu i zniknęła, by pochłonąć je w ciemni suteryny.
Gabriela rozcierała guza na czole swego syna erudyty. Spojrzała w kąt kuchni, skąd dobiegło ją telepatyczne „ekhem”. Tak, to Grześ, ten meteoropata, wierny, jak pies przyjaciel. Porozumiewali się telepatycznie, gdyż Grześ nie był w stanie wymówić ani słowa.
No, tak, mieli przecież poruszyć ten temat z synem... obiecała.
-Ignasiu wpadliśmy z tatą na pewien wspaniały pomysł... jesteś już dużym chłopcem...
- zaczęła niewprawnie. Dla otuchy spojrzała na swojego męża numer dwa, którego była drugą żoną, ale ten nikł gdzieś między lodówką, a szafkami, więc zrozumiała, że znów wszystko spoczywa na jej barkach. Jak zwykle.
-Laura wyprowadza się do tej budki z dykty – rozpoczęła Gabriela, miło się uśmiechając, do swego syna – nierozgarniętego erudyty – A więc jej pokoik będzie wolny! I wpadliśmy z tatą na rewelacyjny pomysł! Zgadnij co zrobimy?!
Spomiędzy rozległych wachlarzy uszu padło na nią bezwiedne, ufne spojrzenie syna. Serce jej się ścisnęło – jaki on bezbronnie tępy, jak ona ma mu to powiedzieć?
Mimo to brnęła eksponując miłość swych zmarszczek wokół oczu, co zawsze trochę pomagało
-Urządzimy ci tam pokój! Twój własny pokoik!
Mina Ignasia się wydłużała
-Wykleimy ci ściany tablicą Mendelejewa! – kusiła Gabrysia – Nawet rozrysujemy Jamby i Anapesty! – czepiała się ostatniej nadziei z rozpaczą obserwując nadchodzącą odpowiedź, która już, już malowała się na twarzy syna.
-Przecież nie możesz całe życie spać z nami w łóżku! – jęknęła jeszcze, zanim przykryła ją fala krzyku, płaczu i bicia pięściami, wyprodukowana przez Ignacego Grzegorza.
Kiedy rodzinny erudyta i stoik został przywrócony swej postawie /kilka ciosów w łopatkę w wykonaniu kuzyna bardzo się ku temu przyczyniło/, nadszedł czas przygotowań bohaterki dnia dzisiejszego. Suknia ślubna była prezentem – niespodzianką od Babi i Gabrysi, a nowoczesną fryzurę miał wykonać Bernard. Ponieważ czas biegł nieubłaganie, a decydująca godzina zbliżała się z minuty na minutę, coraz bardziej, należało przedstawić niedoszłej jeszcze przed ołtarz pannie młodej jej suknię. Babcia i matka rozgorączkowanie szepcząc między sobą, zniknęły na chwilę w przepastnych głębiach gumowego mieszkania Borejków. Przez jakiś czas nieco się szamotały, nie mogąc, jak zwykle, odnaleźć poszukiwanego pokoju, ale w końcu, tryumfalnie uśmiechnięte ponownie pojawiły się w kuchni. Kiedy radośnie rozwinęły przed panną młodą jasne zawiniątko, w lekko zatęchłym powietrzu kuchennym, zawisła naznaczona znaczeniami, a zwłaszcza wykrzyknikami, cisza.
-Ludzie trzymajcie mnie bo nie wytrzymaaaa
Obserwuj wątek
    • wushum Re: Za przeproszeniem 23.10.12, 22:57
      Ps.:Cóż, przepraszam, że wcisnę kilka słów, ale okazja ukazania się książki, jednak nie daje spokoju. Po przeczytaniu McDusi, coraz bardziej się zastanawiam. Czy jeszcze ma sens, spodziewanie się czegoś po tych książkach, czego właściwie nie ma szans się spodziewać? Mam wrażenie, że z nadzieją oczekujemy niemożliwego, chcemy powrotu do tego co było i minęło, a „to se ne vrati”. Jak dla mnie, to najgorsza z książek z serii, chociaż, możliwe, że coś „wyparłam” po drodze /CP? JT?/ „Sprężyna” jeszcze miejscami przypominała dawny styl, a to dawało nadzieję, chociaż było echem dawnych książek. 7 wodą po popłukaniu. McDusia to już zupełnie co innego. Tu nawet echa brak.
      To co się stało z Idą /hehe staropolska gościnność wobec Magdy/, co wyrasta z Łusi /pokazywanie, że kobieta może być tak głupia, to plwanie we własne gniazdo!/, o Ignasiu i jego zachowaniach, oraz przemowie o potrzebie bycia maminsynkiem z podcieranym podbródkiem, przez rodzinę, nie wspomnę...
      Jest tu nad czym rozpaczać i grzmieć - mam wręcz wrażenie, że MM chcąc zachęcić wzrastające dziewoje do małżeństwa, sama sobie szkodzi, pokazując, że po wejściu w związek małżeński każdy traci osobowość, zapuszcza wąsy i zamienia się we własny cień lub karykaturę... ale o tym było już wiele.
      Po prostu zaczynam się zastanawiać, czy ma sens, oczekiwanie, że coś jeszcze się odmieni, że te książki, kiedyś wrócą do dawnego stylu, poziomu? Może tego chciałoby wiele osób - nie wyłączając autorki, ale czy to możliwe? Nie sądzę. Przepraszam i pozdrawiam :)

    • wushum Re: Za przeproszeniem 23.10.12, 23:04
      Nie zauważyłam, że się nie wkleiło całe. cd...

      -Ludzie trzymajcie mnie bo nie wytrzymaaaammmm... – wyszeptała blada i przejrzysta, jak firanka Laura, po czym, falując osunęła się na ziemię.

      Jedynie pomoc pana młodego sprawiła, że Bernard, który wpadł do mieszkania Borejków zastał Laurę Pyziak przywdzianą w prezent.
      -Klamerki do bielizny pomalowałam w Mickiewicze! – zachwalała swą pracę Łusia.
      Laura siedziała zrezygnowana i bezwładna, pozwalając upinać na sobie przefarbowaną Bielinką, niegdyś ciepło-żółtą firankę, którą kiedyś Babi upinała na jej matce, Gabrieli. Pociągając nosem i poddając się sentymentom, Babi roniła kostki łez. Czy szczęście będzie łaskawsze dla jej wnuczki? W tej sukni przecież Gabrysia poszła na ten feralny bal... a teraz?.. Co przyniesie przyszłość?
      -Pan Eligiusz! – zapowiedział Ignacy Borejko, senior rodu, ojciec dzieciom i dziad nad dziady, wprowadzając do kuchni Janusza Pyziaka, patrzącego na swego byłego teścia podejrzliwie. – Pan raczy spocząć Antoniuszu – szarmancko podstawił mu krzesło Ignacy, wycierając je rękawem nadgryzionej zębem czasu i moli, bonżurki. – Mam na imię Janusz – wycedził przybyły – Ależ, tak, proszę się nie denerwować panie Honoriuszu – tępo uśmiechnął się senior. Jego porcelanowo białe, wzniosłe niczym wieża Gondoru, bezbronne czoło, omal nie zetknęło się z falą brutalnego stalowego spojrzenia, siejącego zniszczenie, ból i krzywdy... oraz z mniej wyrafinowaną pięścią brutalnego i nieokrzesanego barbarzyńcy – byłego zięcia.
      -Alzhaimer – mruknęła Mila, wyjaśniająco do przybyłego.
      -Józefino, może zaproponujemy panu herbaty – zwrócił się do niej szarmancko, niczym kamerdyner angielskiego lorda, małżonek.

      -O nadobna panno młoda!!! – zawodząc zwodził tymczasem Bernard, pląsając w swym kitelku i wysokich ciepłych harcerskich skarpetach, przygotowując ciemne pukle Tygrysie przed obróbką. Projekt fryzury został wcześniej rozrysowany, a w jej utwardzeniu miał pomagać krochmal ręcznej roboty.
      - A otóż i moja asystentka! Pójdź tu taś taś, o ryżża istottto! – wył artysta w kierunku Łusi niosącej przygotowany rozczyn.
      -Co nas nie zabije, to wzmocni – przypomniała sobie Laura słowa matki, słyszane przed laty, od tego Seneki w spódnicy, chociaż matka chyba rzadziej nosiła spódnice niż Seneka. A mianowicie, nie nosiła ich wcale.
      Bernard wywijał, zapiewał i kwilił w samouwielbieniu
      -Powstaje na twej nieświadomej główce, ptaszyno, dziełło! O tak! Dziełło przez dwa eł!!! To wielo-poziomowo -wielo-wymiarowa rzeźba z włossa!
      Laura poczuła ociężałość. Słowa, ludzie, wszystko mijało, jakby obok niej, a ona niby słyszała, ale była oddalona... nagle zobaczyła psią budę z dykty w ogródku i Adama z łańcuchem na kołku, mówiącego do niej słodkim głosem – Chodź kochanie, od teraz to twój dom... – i zrozumiała, że zasnęła.
      Przeraziło ją symboliczne znaczenie, zwłaszcza, gdy pan młody próbował zapiąć jej obrożę na szyi.
      Obudziła się. Towarzyszyło jej niemiłe wrażenie, że coś się stało.
      -To był gips?! Łusiu, jak mogłaś!? – powiedział miły głos Gabrysi z wyrzutem.


      • jota-40 Re: Za przeproszeniem 23.10.12, 23:20
        Och, Wushum, dawaj tego więcej, dawaj, prosimy ładnie!! Bardzo smaczne, czytałam z zapartym tchem, kwicząc donośnie!
        Jedno trzeba przyznać ałtorce: dostarczyła materiału do wyśmienitych fanfików ;)).


        --
        Przy odpowiednim stymulowaniu zazdrości płciowej u samców gryzoni polnych ante coitus, przeszkadzają sobie one wzajemnie tak, że nie dochodzi do stosunku, co wpływa poważnie na zmniejszenie się populacji tych szkodników.
    • dakota77 Re: Za przeproszeniem 23.10.12, 23:17
      Jak to przepraszasz, ze sie odzywasz? Dobrze, ze znowu jestes, masz tu zupke z myszek i girlandke z jelit. No i prosimy o ciag dalszy, opowiadanie jest rewelacyjne:)

      --
      "Nick zobowiązuje: Dakota Ameryce nie przepuści;)"-by Marslo55
    • milennn Re: Za przeproszeniem 23.10.12, 23:54
      Przy Alzheimerze umarłam na amen :D
      Faktycznie Ignacowi coś na mózg padło, tak przeczuwałam od kilku tomów, no i ma odpowiedź: Alzhaimer!
      --
      "Czarodziej nigdy się nie spóźnia, nie jest też zbyt wcześnie, przybywa wtedy kiedy ma na to ochotę."
      J. R. R. Tolkien, Władca Pierścieni. Drużyna Pierścienia
    • kopiec_esmeralda Re: Za przeproszeniem 24.10.12, 07:42
      Poryczałam się przy porannej kawie, aż kot zdziwiony patrzył, czy aby nie zwariowałam, nasz na sumieniu popluty monitor. :D
      Dzięki!!! Jeszcze!!!
      Chciałabym, by to przeczytała autorka i jej mili ludowi goście, pewnie też by się ubawili, bo dziś mają wierszyk o śmiechu, na czasie :)
        • pi.asia Re: Za przeproszeniem 24.10.12, 15:40
          Oczy ziejące miłością, porzucenie przez Pyziaka, Ignacy - dziad nad dziady i sto innych smaczków, każdy skwitowany kwikiem i rykiem.
          Wushum - to jest arcydzieło!!!
          Nie przepraszaj, tylko pisz więcej!
          • wushum Re: Za przeproszeniem 24.10.12, 18:11
            To, tak "naprędce" pisane w chwilę, więc przepraszam.
            Nie miało być ciągu dalszego, ale tak mnie naszło chwilowo.


            Laura zaciskała zbielałe palce na oparciu fotela. Na głowie miała sztywną konstrukcję wzmocnionych gipsem włosów, przedstawiającą klatkę na ptaszki umajoną motylkami z parą ptasząt w owej klatce. Ptaszki były żywe – z czego pomysłodawca Bernard, był niezmiernie dumny. Niestety brudziły jej prosto w tę nieszczęsną gipsową konstrukcję. Córka Gabrieli Borejko pogodziła się już z tym, że przyjdzie jej zgolić głowę po wszystkim, ale co mogła zrobić w tej sytuacji. Czekała tylko na Adama, na ślub z nim i wyprowadzenie się z tego domu wariatów. Wizja dyktowej budki na wieki, mało ją pocieszała, a zwłaszcza wizja mroźnej zimy tam spędzanej kojarzyła jej się jakoś monotematycznie, z baśnią o dziewczynce z zapałkami.
            -Teraz może być już tylko lepiej – pomyślała udręczona w sukni z firany i z nie lada gipsem na głowie. Było tak źle, że mogła albo się rozpłakać, co zniweczyłoby makijaż, albo wytrzymać, zaciskając zęby.

            Zimno dawało się we znaki wszystkim, stojącym zwartą grupką pod kościołem Dominikanów. Oczekiwano już tylko na parę młodą.
            Jako, że Borejkowie mieli blisko, postanowiono oszczędzić pieniędzy i dotrzeć na miejsce pieszo. Kiedy czerwona, zziajana panna młoda stanęła u schodków świątyni ciotka Natalia o natchnionym wejrzeniu coś sobie pomyliła i sypnęła garścią ryżu. Ptaszki w gipsowej klatce włosów Laury, rzuciły się wydziobywać ziarna na jej nieszczęsnej głowie, wskutek czego przyszła małżonka wpadła w szał i z wrzaskiem drobiła w kółeczko, gnana przez czeredę grona rodzinnego, niesionego poczuciem solidarności rodowej i chęcią pomocy.
            W tym momencie nadjechała znajoma furgonetka z napisem „Jabłko Adama – Kostrzyn” i wysiadł z niej imponujący pan młody łopocząc w stylu Mickiewiczowskim peleryną. Wśród stropionych kobiet z rodziny Borejko, zjawiła się nadzieja, iż Adam oceniwszy wprawnym okiem sytuację, odnajdzie jej rozwiązanie – jako iż był mężczyzną, czyli istotą myślącą. W przeciwieństwie do płci przeciwnej, która to mężczyzną nie była. Nie zdążył jednak nawet przesłać, krzepiącego jak szklanka mleka dla dziecka - uśmiechu swej zaaferowanej wybrance, gdy z tyłu nadjechała przystrojona zwiędłymi goździkami furgonetka, rycząca z głośników marszem Mendelssohna. Z jej wnętrza wyskoczyły dwie postacie w kominiarkach – jedna potężna, ryjąca w śniegu łopatą brody, odziana w opinający obłe kształty kitelek, wysokie skarpety i buty o fosforyzujących sznurówkach, druga mała, ryża, w różowej sukience. Obie rzuciły się na posągową postać Adama, nic sobie nie robiąc z jego protestującego szlachetnego profilu, zarzuciły mu na głowę worek i krępując wprawnie ruchy wciągnęły do samochodu. Furgonetka odjechała z piskiem porwanego.
            -Mam wrażenie, że porywacze są nam jakoś znajomi – telepatycznie przeczuła Natalia, wystawiając na wiatr dwa ze swych wielu siekaczy. To pomagało – chociaż nie wiadomo komu.
            Zadzwonił telefonik melodią Mozartowską.
            Odebrała Gaba, ale tradycyjnie tak ściskała zbielałymi palcami słuchawkę, że nawet wspomnienie jej minionej krzepy, zmiażdżyło aparacik.
            -Teraz zadzwoni mój telefon – telepatycznie zatelepała się Natalia – i rzeczywiście, gdzieś się rozdzwoniło. Wszyscy poczęli gorączkowo przeszukiwać kieszenie, torebki. Niestety, właścicielka mimo uzdolnień, była typową kobietą, co oznaczało, że odnalezienie telefonu, lub kluczy w jej wykonaniu, to kilka dni jałowych poszukiwań.
            W końcu odezwał się marsz żałobny Chopina. Był to nowy sygnał jaki zainstalowała sobie w telefonie, wiedziona instynktem Laura.
            -Halo! – wyryczała w słuchawkę, próbując zignorować skowronka, właśnie wdziobującego się uparcie w jej skroń.
            - O nadobna zdobna panno młoda... właściwie winienem rzec – niedoszła panno młoda... ! – zawyło jakoś znajomo w słuchawce – Czymże byłaby uroczystość pozbawiona tradycji! Wszak tradycja naszym wspólnym domem, z którego wychodzimy w świat..! – tokował nadal głos, który Laura przełączyła na głośnik, by wszyscy słyszeli – inaczej wyrwano by jej telefon w sekundę.
            -Na Jowisza, jakże trafnie ujęte! – ucieszył się dziadek, ale natychmiast zamarzł w tej pozie, porażony krytycznym spojrzeniem małżonki. Całe szczęście opiekuńcze ramię Józefa podtrzymało figurę starca, by nie upadła z głuchym łoskotem na ziemię w trakcie frapującej rozmowy z porywaczami, którą mogła zagłuszyć.
            - A więc do rzeczy! Jak nakazują wielowiekowe tradycje, związek małżeński winno poprzedzać porwanie! Inaczej odebrano by temu zwyczajowi jego smak, jego jędrność, jego eee...
            -Czego chcecie?! – zapytała Gabrysia silnym spojrzeniem spod grzywki podtrzymując osłabłą studentkę wokalistyki, swoją drugą córkę, po pierwszym mężu, a przed drugim.
            -Wysokość okupu...wszak należało w tradycji wykupić przyszłą towarzyszkę życia...tu mamy sytuację nieco odmienną, ale jednak, tradycji powinno stać się zadość, inaczej co to za ślub – czyż nie moja droga ryża zakominiarzona towarzyszko?! –porozumiał się porywacz z kimś nie przestającym mówić gdzieś w tle cienkim głosem – A więc wysokość okuppu podamy już niedługgo! A tymczasem drżyjcie i oczekujcie, nie znacie bowiem cenny!...
            Tu rozmowa się urwała, a wszystko zakończył przeciągły sygnał.
            -Dość – wymamrotała blada jak jej firana, panna młoda.
            W tym momencie rozległ się trzask, jakby tłuczonej porcelany – to Józinek z przejęcia upuścił seniora rodu, który waląc wprost o kant schodka kopułą swego szlachetnego czoła, doznał uszczerbku, w postaci pozostania szczerbatym na wieki.
      • jota-40 Re: Za przeproszeniem 25.10.12, 00:13
        " Na głowie miała sztywną konstrukcję wzmocnionych gipsem włosów, przedstawiającą klatkę na ptaszki umajoną motylkami z parą ptasząt w owej klatce."
        Absolutnie boskie ;))).
        I cała reszta takoż.

        Nie wykręcaj się, teraz już musisz pisać dalej!


        --
        Przy odpowiednim stymulowaniu zazdrości płciowej u samców gryzoni polnych ante coitus, przeszkadzają sobie one wzajemnie tak, że nie dochodzi do stosunku, co wpływa poważnie na zmniejszenie się populacji tych szkodników.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka