Dodaj do ulubionych

Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi

09.10.17, 10:26
Całkiem niedawno wypominaliśmy Idzie nieodpowiedzialność, bo półtoraroczne dziecko zostawia pod opieką dziewięciolatki.
A tymczasem wcześniej było jeszcze gorzej.
Oto wspomnienia Józinka:

Jego pięcioletnia siostra była bardzo sympatycznym i bezbronnym stworzonkiem. Cieszył się, kiedy przyszła na świat. Dużo też pomagał mamie, kiedy Łusia była malutka. Nauczył się nawet zmieniać pampersy i przyrządzać kisiel żurawinowy (...).
Lubił karmić siostrzyczkę z butelki i nosić na barana. W ogóle ją lubił. Trochę mało
była odporna na przyjazne braterskie kuksańce - zawsze podnosiła bolesny ryk.


Józinek ma 9 lat. Łusia 5. To znaczy, że zmieniał jej pampersy i przyrządzał kisiel, mając cztery lata??? No, powiedzmy pięć. A mając lat sześć nosił dwuletnie dziecko na barana?

Z tego wszystkiego jedynie "braterskie kuksańce" są prawdopodobne, zwłaszcza w kontekście zachowań Józinka wobec Ignasia.
Obserwuj wątek
      • iwoniaw Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 09.10.17, 18:20
        Nie, to jest niemożliwe nawet u patologii. Niechby ten starszy brat zmieniający pieluchy i gotujący kisiel był chociaż wczesnoszkolny Ale 4-latek? Dobra, nawet 5-latek? Nie, nie uważam tego za prawdopodobne. Po prostu Józek napisał się MM tak mentalnie stary, że się jej zaczęło zdawać, że między nim a Łucją jest z 8 lat różnicy minimum. Czyli kolejny babol.


        --
        "Lubię muzykę poważną, ale nie jestem aż takim zwolennikiem klasyki, żeby puszczać ją sobie w domu." (Zbigniew Boniek)
        • bupu Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 09.10.17, 18:28
          iwoniaw napisała:

          > Nie, to jest niemożliwe nawet u patologii. Niechby ten starszy brat zmieniający
          > pieluchy i gotujący kisiel był chociaż wczesnoszkolny Ale 4-latek? Dobra, nawe
          > t 5-latek? Nie, nie uważam tego za prawdopodobne. Po prostu Józek napisał się M
          > M tak mentalnie stary, że się jej zaczęło zdawać, że między nim a Łucją jest z
          > 8 lat różnicy minimum. Czyli kolejny babol.

          Tak myślę, że babol, bo jakoś nie podejrzewam Borejków o mentalność a'la wieś w czasach Reymonta, znaczy się, że jak dziecek sam chodzi i sam się odziewa, to jest na tyle duży, że może się zająć młodszym rodzeństwem.

          --
          Wiedźma
          To jest bez sensu! To jest kompletnie, konkretnie bez sensu!
          http://archiwumpanahyde.laa.pl/
          • rosa_huberman Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 09.10.17, 19:21
            Nie uznałabym czegoś takiego za nieprawdopodobne. Często w rodzinach wielodzietnych starsi zajmują się młodszymi. Moi kuzyni, u których obecnie przebywam mają trzech synów. Najstarszy ma teraz czternaście lat. Kiedy się urodzili bliźniacy był mniej więcej w wieku Józinka. Zatem wszystko jest możliwe. Też pomagał zmieniać pieluch, albo przygotowywać mleko. Przecież nigdzie nie wyszczególniono, że odbywało się to bez obecności osób dorosłych. Chyba trochę na silę szukacie wszelkich potknięć Musierowicz, bez przesady. Może jedynie, co do noszenia na barana bym się zgodziła. Nieco ryzykowne, ale czy on sadzał na barana niemowlę? Poza tym dziadkowie mieszkali w tym samym domu. Polonistka opowiadała mi, że jako sześciolatka poszła do wsi po lekarza, mieszkającego w sąsiednim gospodarstwie. To nieco młodszy chłopiec nie wszedłby po schodach i nie zawołał, choćby któreś z cioć?
            • iwoniaw Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 09.10.17, 19:46
              Najstarszy ma teraz czternaście lat. Kiedy się urodzili bliź
              > niacy był mniej więcej w wieku Józinka. Zatem wszystko jest możliwe.


              W wieku Józinka, to znaczy mieli lat 9 czy 4? Bo nie, nie wszystko jest możliwe. Kiedy ostatnio widziałaś na żywo 4-5-latka, albo całą grupę (np. przedszkolną) takich dzieci? 6-latka a 4-latek to jest PRZEPAŚĆ rozwojowa. I o ile spokojnie wyobrażam sobie 6-latkę idącą do sąsiadów po cokolwiek, o tyle 4-latka zmieniającego pieluchę niemowlęciu - nie. (on nie "pomagał" zmieniać pieluch, np. podając matce chusteczki czy czysta pieluszkę - co byłoby normalnym angażowaniem starszego dziecka w życie domowe, on "nauczył się" przewijać siostrę, żeby pomagać matce. Oraz gotować kisiel...)


              --
              "George, while his intelligence was way above normal (...) was required by law to wear it all the time. It was tuned to a government transmitter (...) to keep people like George from taking unfair advantage of their brains."
              • rosa_huberman Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 09.10.17, 21:04
                Nie, miał dokładnie cztery lata. Zresztą łatwo obliczyć, skoro teraz ma o dziesięć więcej. Oni niedawno obchodzili urodziny. Wydaje mi się, że sporo zależy od dojrzałości dziecka. Moja mama pracuje w przedszkolu. Skończyła pedagogikę specjalną i spotkała się z różnymi sytuacjami. Na przykład dzieckiem, które ma niedojrzałą emocjonalnie rodzicielkę na tyle, że zakazała zwracać się do niej inaczej, jak po imieniu dwójce swoich dzieci w wieku przedszkolnym, właśnie. Co się sprowadza niejako do Geniusi, poszukującej ciepła u obcych. Dlaczego czterolatek w normalnych warunkach nie miałby nauczyć się robić kisiel, skoro bywają dużo bardziej ekstremalne przypadki? Taki powyżej opisałam. Dobrze przyznaje zmiana pieluch to co innego, Jednak z samego cytatu wynika, iż:
                „Cieszył się, kiedy przyszła na świat. Dużo też pomagał mamie, kiedy Łusia była malutka." Zwróćcie uwagę na jedno słowo.
                On pomagał , czyli może Ida przy tym była obecna. Przynajmniej można to założyć z jakimś minimalnym prawdopodobieństwem.
                • iwoniaw Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 09.10.17, 21:22
                  Dlaczego c
                  > zterolatek w normalnych warunkach nie miałby nauczyć się robić kisiel, skoro b
                  > ywają dużo bardziej ekstremalne przypadki?


                  Może jestem szczególnie ekstremalnym przypadkiem matki nadopiekuńczej, ale nie pozwalałam moim 4-latkom gotować wrzątku. 5-latkom też nie. I w moim otoczeniu to raczej norma.

                  Twierdzenie, że to nie MM się pomyliła, tylko my przesadzamy i jesteśmy pełne złej woli, bo przecież są przypadki patologiczne znacznie drastyczniejsze niż przedstawiona rodzina Idy, to nawet nie wiem, jak nazwać. Przypomnę zatem tylko, że rodzina Pałysów w komentarzu odautorskim NIE jest rodziną patologiczną, a rodzice w niej są w założeniu zdrowymi na umyśle lekarzami pochodzącymi z inteligenckiego środowiska.


                  --
                  'I don't think you can fight a whole universe, sir!'
                  'It's a prerogative of every life form, Mr Stibbons!'
                • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 10:02
                  rosa_huberman napisała:

                  . Na przykład dzieckiem, które ma
                  > niedojrzałą emocjonalnie rodzicielkę na tyle, że zakazała zwracać się do niej
                  > inaczej, jak po imieniu dwójce swoich dzieci w wieku przedszkolnym, właśnie. C
                  > o się sprowadza niejako do Geniusi, poszukującej ciepła u obcych.

                  Eeee, u mnie w rodzinnym domu od pokoleń jest zwyczaj mówienia do siebie po imieniu, zamiast "mamo", "babciu", "tato", "dziadku", o wujkach i ciociach już nie wspomnę, bo nikomu nie przychodzi do głowy tytułowanie, a jakoś nikt z nas nie chadzał do obcych ludzi na obiadki i nie szukał ciepła. Nie w nazewnictwie jest kwestia dojrzałości, tylko w czynach. Oczywiście nie wykluczam, że ta matka była niedojrzała, ale nie sądzę, żeby kwestia tego, że nie lubiła, żeby mówić do niej "mamo" była tego oznaką.

                  Co do starszych dzieci wychowujących młodsze: tak, owszem, to się zdarza. Sama znam z placyku dziewczynkę (z rodziny mocno wierzącej i należącej do wspólnoty wyznaniowej), którą wychowują jej starsi bracia. Sęk w tym, że dziewczynka ma jakieś pięć lat i tak naprawdę jest puszczona samopas i jej rodzice mogliby mieć spore kłopoty z tym, że puszczają takie małe dziecko samo na placyk (którego nie mogą widzieć z okien domu!). Starsi bracia podobno się nią opiekują, ale ich nigdy nie widziałam. Mała strasznie się garnie do nas i naszej córki (młodszej od niej o dwa lata), nie może się doczekać swoich urodzin, które ma za parę miesięcy i jest właśnie taką Gieniusią. I być może wedle rodziców tej dziewczynki sprawdza się model z Reymonta, że starsze wychowują młodsze, ale dziecko ma potworny deficyt zainteresowania ze strony dorosłych. Trochę dostaje go od nas, bo rozmawiamy z nią, odprowadzamy do domu i w ogóle jesteśmy pełni uwagi, ale przecież nie ukochamy jej zamiast jej rodziców!
                  Kolejna rzecz: mam w domu prawie czterolatkę i w życiu bym nie pozwoliła jej przygotować kisielu! Owszem, gotuje ze mną czasem, ale robi tylko te rzeczy, które wiem, że jej nie zabiją ani nie uszkodzą.
                  No i Ziutek... Pani MM chyba nie wie, jak się zmieniły i normy obyczajowe i prawne i to co robi z najmłodszym dzieckiem (a robiła ze starszymi) spokojnie podchodzi pod niewydolność wychowawczą i brak opieki i to dopiero świadczy o niedojrzałości, mimo że jej dzieci mówią do niej "mamo".
                  O, jeszcze a propos niedojrzałości. Z różnych względów miewam do czynienia z młodzieżą z ośrodków wychowawczych. Wszyscy mówią do swoich mam "mamo", a jednak mimo tej dojrzałości, sąd odebrał tym mamom dzieci. Część z tych dzieci założyło już swoje rodziny i ich bycie rodzicami sprowadza się właśnie do jakże dojrzałego "Brajanku, kochasz MAMUSIĘ?".
                  • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 16:50
                    A to akurat różnie bywa i nie zawsze dzieci, które są z rodzicami na "ty" są z tego zadowolone.

                    Moja kuzynka wyszła za mąż za mężczyznę, którego matka nie pozwalała mu mówić sobie per "mamo", a już zwłaszcza nie "przy ludziach". Historia w rodzinie jest znana, bo facet, dorosły chłop po trzydziestce, przy okazji zaręczyn zapytał rodziców narzeczonej, czy może już do nich mówić "mamo" i "tato". Ciotka z wujkiem to nie są ludzie rozklejający się z byle powodu, a opowiadali, że serce im się krajało, gdy zięć zapraszał ich w miejsca publiczne i aż czerwony ze szczęścia tytułował ich "mamą" i "tatą".
                    • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 16:54
                      O, to u mnie sytuacja wręcz odwrotna, bo moja teściowa (złota kobieta swoją drogą) powiedziała mi, że byłoby jej miło, gdybym mówiła do niej "mamo", a ja na to odpowiedziałam, że raczej będzie mi niezręcznie, bo do własnej matki mówię po imieniu.
                      Moje dziecko mówi do mnie "mamo", bo mi to nie robi różnicy. Czasem zawoła do mnie po imieniu. Natomiast do szału mnie doprowadza kiedy znajomi chcą, żeby ich dzieci mówiły do mnie "ciociu" i wtedy z cała stanowczością domagam się, żeby mówiły do mnie po imieniu.
                  • rosa_huberman Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 17:23
                    Dla mnie mówienie do rodziców po imieniu to taki dziwaczny wymysł i nie do końca normalny. Oczywiście w żartach można czasami zwrócić nawet na ty. Na co dzień te relacje powinny być, jednak zachowane w normalnych granicach. W rozmowie z koleżanką też nie używamy w ciągłości tych oficjalnych zwrotów, tylko mówimy opowiadając o urodzinach cioci, że zrobiła ciasto z makiem, albo rozmawiałyśmy od serca przez pół godziny. Nie do końca sytuacja akurat tej konkretnej dziewczynki nie polega na tym, że matka chce się odmłodzić. Ona bez ogródek stwierdziła, iż nie czuje się gotowa do tej roli i dlatego zabroniła zwracania się do siebie w taki sposób. Ot tak, zwyczajnie Ponoć uciec za granice, w ogóle nie myśląc o konsekwencjach.
                    • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 17:34
                      Mam prawie czteroletnie dziecko, mówi do mnie "mamo" i jestem niezłą matką, co nie zmienia faktu, że zupełnie nie czuję się w tej roli.
                      Nie wiem, czy to dziwaczny wymysł i czy normalny, bo mówię - w mojej rodzinie ten zwyczaj trwa od pokoleń, od XIX wieku jestem pewna, co było wcześniej - nie wiem. Przywykłam.
            • tt-tka Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 09.10.17, 19:59
              rosa_huberman napisała:

              Często w rodzinach wielodziet
              > nych starsi zajmują się młodszymi.

              Tak, czesto, w malodzietnych tez. Tylko czym innym jest 9-latek zerkajacy na 4-latke czy bawiacy sie z nia, a czym innym PIECIOlatek przewijajacy niemowle czy gotujacy mu.
              A dziadek czy ciocia pietro wyzej na kij sie zdadza, gdy osmiomiesieczniak sie zachlysnie. Nim drobna 9-latka wtaszczy go na gore (nie chce sobie tego wyobrazac!) albo wbiegnie tam, a nastepnie zbiegnie znow na dol w towarzystwie np dziada Boreja, moze byc juz po ptokach.
              • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 09:27
                Jest taki nurt w poradach dla rodziców, którym rodzi się kolejne dziecko, żeby włączać starsze w opiekę nad młodszym. Chodzi o to, żeby starsze czuło się potrzebne, docenione i w centrum uwagi nawet podczas pielęgnacji noworodka. Ida mogła mówić do syna "podasz mi pampersa, Józinku? Dziękuję synku, tak bardzo mi pomagasz! popatrz, jak sprawnie zmieniliśmy Łusi pieluchę". I dziecko się cieszy, że zmieniło pieluchę. "Józinku, pstryknik czajnik elektryczny. Dziękuję, zobacz jak razem przyrządziliśmy kisiel!". I czterolatek czuje się szefem kuchni. To noszenie na barana też mogło być wspomnieniem niepełnym (np. ktoś dorosły podtrzymywał Łucję od tyłu).
                Te historie o Józefie, dzielnym bracie, znamy tylko z retrospekcji Józka. Są w jednym ciągu ze wspomnieniami utaczania niemowlęcych bąbelków dla zmylenia matki. Ja akurat widzę nad nimi cudzysłów konwencji np. filmów z cyklu "I kto to mówi", więc nie czytałam ich dosłownie.

                A co tego, czy Ida była dość troskliwą matką, by tak się przejmować wpływem, jaki na Józka miało urodzenia się Łusi. To mogły być jeszcze czasy, w których Ida miała do dzieci podejście jak z "Córki Robrojka", nie jak z "McDusi". A to by znaczyło, że żyła w ciągłym niepokoju, czy skutkiem jej działań nie jest szkoda w umyśle dziecka.

                Natomiast podejście Idy do Kazika jest już niewytłumaczalne. Realistyczny opis narratora wszechwiedzącego wyraźnie wskazuje, że Ziutek był zaniedbywany. Trzeba upaść na rudą głowę, żeby nawet nie zainteresować się, kto będzie zajmował się tak małym dzieckiem przez cały dzień pracy rodziców. I trzeba być też niezłym chamiszczem, żeby zorientowawszy się, że obowiązek wzięła na siebie Magdusia, robić tej Magdusi afronty.
                • pi.asia Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 11:13
                  przymrozki napisała:

                  > Jest taki nurt w poradach dla rodziców, którym rodzi się kolejne dziecko, żeby
                  > włączać starsze w opiekę nad młodszym. Chodzi o to, żeby starsze czuło się potr
                  > zebne, docenione i w centrum uwagi nawet podczas pielęgnacji noworodka. Ida mog
                  > ła mówić do syna "podasz mi pampersa, Józinku? Dziękuję synku, tak bardzo mi po
                  > magasz! popatrz, jak sprawnie zmieniliśmy Łusi pieluchę". I dziecko się cieszy,
                  > że zmieniło pieluchę. "Józinku, pstryknik czajnik elektryczny. Dziękuję, zobac
                  > z jak razem przyrządziliśmy kisiel!". I czterolatek czuje się szefem kuchni.

                  I to jest jedyne możliwe wyjaśnienie tej kuriozalnej sprawy. Czyli MM znów zastosowała belferski skrót myślowy. No bo przecież, pisząc o supermanie Józinku, nie mogła napisać, że podawał mamie pieluchy, czy mieszał gotowy kisiel w kubeczku stojącym w misce z zimną wodą, żeby wystygł! Tak proste czynności uwłaczają nadludzkim zdolnościom Józefa Pałysa!

                  Rozwaliło mnie też zdanie, że "Łusia interesowała się prądem elektrycznym i trzeba było jej zrobić solidne przeszkolenie, żeby nie doszło do nieszczęścia." Oczywiście solidne przeszkolenie przeprowadził dziewięcioletni Józinek, o prądzie elektrycznym wiedzący wszystko. Być może miał nawet uprawnienia SEP! Bo nie można było napisać "trzeba było ją ostrzec, żeby nie wkładała nic do kontaktu i nie rozkręcała włączonej lampki".
                • rosa_huberman Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 17:03
                  Dokładnie to samo miałam, na myśli pisząc tej opiece nad młodszą siostrą. To są wspomnienia dziecka, a nie przedstawione z punktu widzenia narratora. Inaczej wyglądało by to następująco: „ Józinek musiał nauczyć się zmieniać pieluchy i gotować kisiel żurawinowy." Rodzice całymi dniami pracowali, toteż na niego spadały wszystkie obowiązki domowe. Tomów z Kazikiem już nie czytałam.
                  • tt-tka Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 17:11
                    rosa_huberman napisała:

                    > Dokładnie to samo miałam, na myśli pisząc tej opiece nad młodszą siostrą. To s
                    > ą wspomnienia dziecka, a nie przedstawione z punktu widzenia narratora. Inacze
                    > j wyglądało by to następująco: „ Józinek musiał nauczyć się zmieniać pieluchy i
                    > gotować kisiel żurawinowy."

                    Tak, ale sceny z Lusia zostawiona z Ulejem i taszczaca po schodach zachlysniete dziecko to juz opis odautorski. A mama Ida stwierdza beztrosko "gdyby sie zachlysnal, biegnij po dziadka" nie wyjasniajac, czy duszacego sie Ziutka zostawic, niech sie dodusi i co robic, gdyby dziadka nie bylo/siedzial w lazience na dluzej/sam zaslabl.
                    Tak ze przypuszczenie, ze Jozinkowi zlecano zajecia zbyt trudne dla malego dziecka i niebezpieczne sa niebezpodstawne. A zostawianie Ziutka na tapczanie oblozonego ksiazkami w charakterze zabezpieczenia to juz kompletne kuriozum i przedstawia nam dr Palys jako matke kompletnie niedbala o bezpieczenstwo potomstwa.
                                    • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 18:46
                                      Oczywiście! Ale dzielność Gabryjeli właśnie polega na tym, że rozpacza nad sobą a potem krzepiąco się uśmiecha. W tej sytuacji również, najpierw popłacze a potem dzielnie się uśmiechnie do Idy, a ta pomyśli sobie, że jaka ta Gaba jest wspaniała! Tyle nieszczęść ją spotyka a ona zawsze znajdzie czas, żeby pomyśleć o innych.
                                            • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 19:22
                                              Ida spojrzała na siostrę z podziwem. Gaba zawsze była dzielna. Bardzo dzielna. I zawsze umiała znaleźć dobre słowo dla Laury.
                                              - Ziu... - chciała powiedzieć coś o niedawno zmarłym synu, gdy wtem z oczu Gaby trysnęły dwa wodogrzmoty Mickiewicza.
                                              - Adammm - westchnęła Laura.
                                              Ida poczuła kopnięcie w kostkę.
                                              - Ida, jesteś nieludzkim pawianem - wyszeptała Pulpecja, strząsając ostatnie ulanie Ziutka z marynarki ojca.
                                              • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 19:56
                                                (tak, tak, tak! wodogrzmoty!)

                                                - Annuntio vobis gaudium magnum: habemus papam, Milu - wygłosił ojciec Borejko znad kubka z krasnalem.
                                                - Ojciec ma rację, Gabrysiu. Na zbyt wiele pozwalasz Laurze - Mila podjęła najważniejszy w tej chwili temat znad laptopa równocześnie dopinając ostatnie kwestie formalne związane z wydaniem nowej jednoaktówki Kala Amburki "Ziutek do piachu".
                                                Laura wiła się w paroksyzmach wyrzutów sumienia, wyrywając sobie, po kolei, wszystkie włosy z głowy. Józinek aż skrzywił się na ten widok - piękna kuzynka zaczęła przez to wyglądać łyso. Jak inne dziewczyny! Gdyby to on, Józinek, miał urodę i figurę Laury, nosiłby tylko piękne suknie z piki w stylu Grace Kelly. Ewentualnie skróciłby trochę rękawy jak w nowej kolekcji Prady. W makijażu postawiłby na świetliste wykończenie, ale bez efektu tandetnego brokatu! Co to, to nie. Subtelna elegancja i odrobina glamour, rozmarzył się wspominając wczorajszy wieczór, gdy w trybie incognito przeglądał porady makijażowe zagranicznych blogerek, te polskie były zbyt zaściankowe. Na szczęście Adaaam, to jest gość!, zabrał ciężarną żonę do łazienki, gdzie laubzegą i młotkiem (Józinek zawsze nosił przy sobie takie użyteczne przedmioty) wykonał jej piękny warkocz w aniołki z trąbkami.

                                                • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 20:11
                                                  Tymczasem Ignaś wykańczał swoją serię trenów poświęconych zmarłemu kuzynowi.
                                                  "Wielkieś mi uczynił pustki w domu moim,
                                                  mój drogi Kaziutku, swym zniknieniem swoim"
                                                  Notował zajadle gęsim piórem umaczanym w inkauście, gdyż tak prostackich urządzeń jak komputer używali jedynie nuworysze z Sołacza. Babi to co innego. Jej klasa i dystans do dóbr materialnych, pozwalał jej na nowomodne fanaberie.
                                                  - Wszelakoż pragnęłabym zauważyć - wtrąciła pogodnie Łusia, strojąc swoje włosy w okolicznościowe, cmentarne chryzantemy - iż jest to plagiat. Dziadziu, dobrze mówię, że to plagiat?
                                                  - Zgadza się - odrzekł nestor rodu. - Ale miejmy nadzieję, że Ignaś pozwala sobie w tym wypadku na świadomą parafrazę.
                                                  • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 21:02
                                                    Ida zebrała talerze po kolacji. Chociaż tyle mogła zrobić dla swojej siostry! Przy zmywarce, zbici w ciasny kordonik, stali wąsaci szwagrowie, Florek i Robrojek.
                                                    - Idusiu - zaczął Florek - nie wiem jak ci to powiedzieć, ale jesteś twarda babka, więc może powiem po prostu...
                                                    - Czy nie lepiej - przerwał mu z ojcowskim uniesieniem wąsa Robert - żebyś tę wiadomość... eee... no żeby był przy tobie mąż?
                                                    - Wolałabym go nie budzić. Wiecie. Musiałabym mu powiedzieć, że miał drugiego syna, a to dosyć drażliwy temat...
                                                    - No tak - kontynuował Florek - otóż w związku z tą całą rozmową o Laurze...
                                                    - Bardzo potrzebną rozmową. Co Gabrysia ma za hocki-klocki z tą dziewczyną - Rojek pogroził Tygryskowi pięścią.
                                                    - Tak, potrzebną - Florek nie dał się zbić z tropu - ale widzisz, myśmy przez to zapomnieli o Ziutku, a on trochę krwawił i, jak my to powiemy ojcu, ale on zabrudził Plutarcha! Wiesz, pośmiertnie, nie można dziecka winić. Ale jednak.
                                                    Ida pobladła.
                                                    - Przekład? - zapytała z nadzieją. Ale jedno spojrzenie na szwagrów nie pozostawiło wątpliwości.
                                                    - Oryginał, Iduś, oryginał.
                                                    Ida załamała ręce. Jak gdyby Gabrysia nie miała dość nieszczęść!
                                                    - No zrobiliśmy co się dało, żeby odzyskać środki na nowy zakup. Pobraliśmy z ciała wszystkie organy, które dałoby się sprzedać...
                                                    - Rogówki - dodała Ida trzeźwo - Dobrze sprzedadzą się rogówki.
                                                    - Już pobraliśmy - powiedział Florek, a Ida pomyślała, że zawsze był dobrym szwagrem - teraz potrzebujemy twoich koneksji w półświatku brazylijskich handlarzy organami.
                                                    Ida przeniosła się wspomnieniami na Copacabanę. A potem sięgnęła po telefon.

                                                    Mila stojąc nieco z boku zacisnęła zęby. Nic z tego nie wydarzyłoby się, gdyby Ignacy był w domu w 1982. Wtedy Ziutek nie strzeliłby tego głupstwa.
                                                  • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 21:23
                                                    Korzystając z chwili nieuwagi ze strony dorosłych, pięćdziesięcioletni Jędruś wdrapał się na kolana nestora rodu. Biedny dziadzio, pomyślał, mało, że taki brzydki i zstępujący to jeszcze Ziutek ulał mu na marynarkę.
                                                    - Dziadziu - powiedział wiercąc się tyłeczkiem na kościstych kolanach Ignacego. - A co zrobimy z ciałem Ziutka?
                                                    - Och! - machnął nonszalancko dziadek dłonią, w której dzierżył ukochany kubek z krasnalkiem, skutkiem czego ozdobił ściany, podłogę i zebranych wdzięczną inkrustacją z herbacianych fusów. - Zapewne znajdzie się jakiś sposób, moje dziecko. Milu - zwrócił się do żony. - Tylko nie wzywajmy pogotowia albo, nie daj Boże, karawanu. Sąsiedzi gotowi by pomyśleć, że to mnie coś się stało.
                                                    - Zapewne - mruknęła Mila kpiąco.
                                                  • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 21:34
                                                    Czterdziestosiedmioletnia mała Mila skakała po kanapie z coraz większym zapałem. Wreszcie, ach wreszcie, wszystko zaczęło się układać. Tata wrócił do mamy po czterdziestoletnim stypendium naukowym u jakiejś blond studentki. Karolek nauczył się mówić, a mama schudła na tyle, że już ją wpuszczają do samolotu. I dzięki temu mogli odwiedzić babunię i dziadzia!
                                                    - Sami widzicie - powiedziała Róża znad zjedzonego przez siebie kurczaka - jakie maniery ma mała Mila!
                                                    Nagle rozległ się dźwięk nie do opisania. Sto pięćdziesiąt kilogramów małej Mili nie trafiło w kanapę i rozpłaszczyło ciałko Ziutka ma cieniutki placuszek.
                                                    - Problem z głowy - powiedziała z ulgą Babi.
                                                  • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 21:39
                                                    Praktyczny Józinek w lot zrozumiał, co ta kochana i mądra kobieta miała na myśli. Z regału w przedpokoju wyciągnął piękne wydanie dzieł Marka Aureliusza, oprawne w półskórek i spowodował za pomocą laubzegi i szwajcarskiego scyzoryka, że cesarz zyskał należny mu całoskórek. W międzyczasie, z przyzwyczajenia oraz z braterskiej czułości, rąbnął Ignasia z całej siły kafarem (który oczywiście miał zawsze ze sobą) w głowę.
                                                    - To nic - powiedziała ciocia Gabrysia, stojąc nad zwłokami jedynego syna. - Dzięki temu zmężnieje i wyrośnie na prawdziwego mężczyznę.
                                                  • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 21:51
                                                    Chociaż oczywiście mężczyznę pozbawionego zdolności płodzenia. No cóż, przyjazne kuzynowskie kuksańce trafiają czasami w czułe punkty.

                                                    Ignaś uznał, że wybicie dziewiętnastej oznacza porę wieczorną, a więc wypadałoby zmienić jedwabną bonżurkę na atłasowy tużurek. W pokoju, jakże miłym i jasnym, takim podobnym do mamy, rozpoczął poszukiwania swoich uroczych kapci w welurowe róże, gdy, zupełnie niechcący, strącił zakurzone prześcieradło i odsłonił ukryty pod nim mebel.
                                                    - Ignasiu - wyszeptał mebel rozglądając się uważnie, czy dziadek Borejko nie słyszy - dorosły mężczyzna, jakim obecnie jesteś, nie powinien nosić takich dziwacznych ubrań...
                                                    Zirytowany Ignaś zarzucił prześcieradło z powrotem na zepsute urządzenie. Nie wiedział, po co mama jeszcze to trzyma. Przecież sałaty mieszał obecnie KitchenAid, który Laura podarowała matce jako namiastkę pierwszej raty długu, jaki wobec niej ma.
                                                  • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 22:03
                                                    Ignaś kierowany dawnym nawykiem, postanowił podzielić się z dziadkiem swoim odkryciem w pokoju. Przemknął więc niepostrzeżenie pomiędzy popiersiem Seneki, rododendronem, kolosem z Rodos i KitchenAidem, wsunął się wężowym ruchem do zmywarki, rozgarnął dłońmi wąsy wuja Flobrego i szepnął:
                                                    - Dziadziu, mebel ożył...
                                                    - Co? - Gabrysia natychmiast powstrzymała wodogrzmoty i oprzytomniała. - Jaki mebel? Ignasiu, dziecko, co ty opowiadasz.
                                                    - Nic, nic - machnął ręką Ignacy Borejko. Tym razem tą, w której dzierżył opasłe wydanie Pana Tadeusza, trafiając tym samy swojego zięcia Roberta, wieszczem. Robert tylko z zadowoleniem szarpnął wąs i uśmiechnął się ciepło, patrząc na zebranych.
                                                    Mebel tymczasem skrzypiał żałośnie, jak to mają w zwyczaju stare krzesła, szafy, toaletki i urocze nakastliki, przyniesione z Kiejdan samodzielnie przez Ignacego Borejkę. Wszystko spowijał pachnący groszek, gdyż tradycja rzecz święta, jak powiedziałaby Gizela.
                                                  • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 22:17
                                                    Kiedy rodzina otoczyła mieszalnicę, Ignaś poczuł, że rana w głowie (musi pamiętać, żeby podziękować za nią Józinkowi!) powiększa się i zaczyna kapać z niej mózg.
                                                    - To nic - uspokoiła szwagrów Ida uwieszona na ramieniu Pabla, swojego szesnastoletniego kochanka - mózgu w Brazylii nie kupią.
                                                    Ignaś, czując zbliżający się koniec, legł na swoim katafalku i wyszeptał z dawna wybrane ostatnie słowa:
                                                    - A z mojej skóry zróbcie oprawę "Iliadzie".
                                                    - Ach, bredzisz, chłopcze - żachnął się Ignacy Borejko nie przestając ani na chwilę kopać mieszalnicy do sałat w żebra, żeby w końcu przestała siać ferment - z takiej cienkiej, bladej skóry? okładkę do "Iliady"? Najwyżej do czegoś z literatury kobiecej!
                                                    - Znajdę coś odpowiedniego - uspokoiła zaniepokojoną rodzinę Mila.
                                                    Kiedy Ignaś wydał ostatnie tchnienie, Laura troskliwie włożyła mu w złożone ręce białą różę. Natalia spojrzała na siostrzenicę z wyrzutem.
                                                    - Tygrysku - spytała boleśnie - skąd w tobie tyle hardości?
                                                  • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 22:36
                                                    Laurze zrobiło się jakby nie swojo. Ciotka Natalia zwraca jej uwagę? Ta ciotka, która zawsze się jej bała i dla poczucia bezpieczeństwa przykuwała się kajdankami do cukiernicy z Kiejdan?! Już, już miała coś powiedzieć kiedy jej siostra zwana przez domowników Pyzą, rodzinne słoneczko, przyniosła dwie książki.
                                                    - Może skóry Ignasia starczy na oprawę ślicznych dzieł Buyno-Arctowej? - zapytała dmuchając sobie trąbą w miedzianą grzywkę.
                                                    Gaba wstała w tym momencie od stołu emanującego osobowością Gizeli (nawet przeszyć umiał jeśli zaszła konieczność, a i teraz obszył Gabrielę firanką, dzięki czemu wyglądała jak koszykarz wybierający się na Paradę Równości).
                                                    - Ignaś wcale nie jest blady - stanęła w obronie broczącego krwią syna. - To tylko wpływ jego diety.
                                                    Wokół, niczym różnobarwne motyle, pływały w powietrzu jak w wodzie, zarodki. Crowlem, żabką, a nawet stylem motylkowym.
                                                    - Jakie to piękne! - westchnęła Agnieszka. Zerwała z głowy Łusi chryzantemy i już, już poczęła na kuchence przygotowywać ekstrakt kolorów na farby, którymi wymaluje fruwające zarodki. Na pierwszym planie, z przymkniętymi oczami - planowała - znajdzie się siny profil Ignasia. Czuła, że będzie to wspaniałe dzieło!
                                                    - Ach, przebóg, co słyszę! - Zakrzyknął Bernard. - Czyżby ktoś mówił tu o dziełach?! W dzisiejszych czasach, kiedy wszyscy zachowują się jak chłopi z Polesia, komuś jeszcze potrzebna jest kultura! O, pardon - spojrzał na Ignasia, o którego się potknął swoimi wielkimi adidasami. - Cóż słychać, intelektualisto z mózgiem?
                                                  • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 11.10.17, 09:06
                                                    Mila spojrzała na męża znacząco.
                                                    - Ależ nie - pojął natychmiast Ignacy - taka włochata skóra nie nadaje się do oprawiania...
                                                    - Lec - Mila ucięła dywagacje męża, jak zwykle krzepiąco. Ten zamilkł na chwilę, żeby dobrze przemyśleć podsuniętą mu propozycję.
                                                    - Panem nostrum quotidianum da nobis hodie, Milu - Ignacy zezwolił na przedsięwzięcie skinieniem prawicy.
                                                    - Pani Bernardzie - Mila zwróciła się do swojej ofiary z błyskiem w oku - musi pan koniecznie spróbować szarlotki, którą nasza Pyzunia upiekła Gabrysi na imieniny.
                                                    - Co ja widzę, kobieto z siwizną, szarlotka mięsna? - Barnard nie mógł wyjść z podziwu.
                                                    - A nie, nie. Zwykła, z wiśniami. Ale wie pan, te imieniny było trzydzieści lat temu. Od tego czasu trzymałam ciasto na balkonie.
                                                    - A więc nic nie powinno się mu stać. Podawaj zatem tę ambrozję, kobieto ze zmarszczkami.
                                                    Jedzący Bernard nie dostrzegł, że za jego plecami trwa ożywiona dyskusja.
                                                    - A jeżeli ciasto nie zadziała - martwił się Robert zarzucając wąsa za plecy.
                                                    - To poprawimy tym - uspokoił Florek wyjmując zza pazuchy ciężki przedmiot znaleziony przez niego rano w torbie pełnej kiepskiej jakości amfetaminy. Kto w rodzinie bierze taką słabiznę, zastanawiał się.
                                                    - Co to jest? - spytał Robert oglądają dziwny przedmiot ze wszystkich stron manipulując nim tak, aby maksymalnie wykorzystać pole widzenia ograniczone przez sumiaste wąsy.
                                                    W tym momencie do spiskujących szwagrów odwrócił się Bernard, słabnący już nieco po porcji imieninowych delikatesów.
                                                    - O czym do mnie mówisz, mężczyzno z sekstansem?
                                                    - O właśnie, sekstans! - dołączył się do rozmowy Fryderyk, który wciąż nie mógł się pogodzić z faktem, że jego żona nie ma wykształcenia astronomicznego - Może gdyby w domu Róży używano tego słowa częściej...
                                                    - Jest już obowiązkowe? - spytał z udawanym spokojem Ignacy, a Józinek odniósł wrażenie, że usłyszał świst floretu. Tym razem nie była to jednak piękna metafora, ale Adaaam, co to za gość!, który odciął Fryderykowi głowę jednym sprawnym ruchem. Z nędznej głowy geniusza chlusnęła posoka.
                                                    - Czarna polewka! Czarna polewka! - krzyknął podekscytowany Ignacy żądając w ten uprzejmy sposób przyrządzenia mu jego ulubionej potrawy.
                                                  • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 11.10.17, 09:25
                                                    Zasiadając do miski pełnej parującej jeszcze ciepłej juchy, nałożył, staropolskim obyczajem, na głowę grochowy wieniec.
                                                    - Panie Juliuszu - zwrócił się do tkwiącego od stuleci przy stole, widma Pyziaka. - Nasze uczty Trymalchiona mają niestety na ogół charakter duchowy, pozwoli pan jednak, Juliuszu, że przytoczę Panu historię pewnej znakomitej orgii, jaką urządził sobie ongiś niejaki Sardanapal...
                                                    - Tato... - jęknęła Ida, rozkrawając tym czasem na swoim talerzyku migdałki wycięte z gardzieli Ignasia. Migdałki wyglądały jak ser pleśniowy. Gaba, hojną ręką, dołożyła do tej kompozycji nieco żurawiny.
                                                    Natalia tymczasem, chcąc zabłysnąć również swoim talentem kulinarnym, cięła w zapamiętaniu na plastry cukinię oraz własną rękę. Żeby zapobiec ewentualnemu zakażeniu, Bella, córka Robrojka, polewała rany wrzącą oliwą. Jej mąż, Przeszczep, jak oszalały rzucał we wszystkich wątrobą.
                                                    Było swojsko, rodzinnie i każdy, kto wszedł to tego miłego pomieszczenia, czuł, jak go wchłania słynne borejkowe ciepło.
                                                  • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 11.10.17, 09:43
                                                    Magdusia zajadała uszka aż jej się jej własne uszy apetycznie trzęsły. Ida udzielała jej trafnych porad zdrowotnych.
                                                    - Magdaleno, leśna wiewiórko, jedz, proszę cię, mniej zachłannie. Nie chcesz przecież otłuścić swoich organów wewnętrznych, bo nikt ich wtedy ode mnie nie zechce nabyć! I co ja powiem twojej matce? Hę? Że operacja Kasi będzie się musiała opóźnić przez wzgląd na twoją dietę?
                                                    W miłym rozgardiaszu, w którym czas odmierzał zegar oprawiony w skórę znajomej plastyczki z Krakowa, szybko zauważono jednak brak Gabrysi. Najstarsza córka Ignacego, taka zawsze dzielna i opanowana, w swoim pokoju ukrywała spłakane oczy w spracowane ręce. Przed nią leżał, niczym wyrzut sumienia, kalendarz Laury. Borejkówny natychmiast otoczyły Gabrysię wianuszkiem bijąc się młotkiem w piersi. Jak mogły pozwolić, aby uciecha przesłoniła im nieszczęście siostry.
                                                    - Wszystko będzie w porządku - zaryzykował Patrycja, zawsze przyjemnie pulchna - to nie jest złe dziecko.
                                                    - Ale ma nieregularne menstruacje. Zupełnie jak jej ojciec! - szlochała dzielnie matka Tygryska.
                                                    - Nie jak jej ojciec, ale jak kobieta w czasie menopauzy, lekko rozpieszczona - kontynuowała bezsensownie Ida wiedząc, że Gabrysia rozpozna fałsz w jej wypowiedzi. Nie dawało się ukryć, że Laura z wiekiem coraz bardziej przypominała tego zwyrodnialca.
                                                    - Mamoooo, mamoooo - szlochała winowajczyni - jak mogę odkupić swoje podstępki?!
                                                    - Ależ nie trzeba dziecko, nie trzeba - Gabrysia odparła boleśnie, a Józefowi łzy stanęły w oczach.
                                                    Ida bacznie przyjrzała się siostrzenicy.
                                                    - Z samych organów będzie ze 120 tysięcy - mlasnęła ze znawstwem.
                                                    - O, i z takiej skóry można zrobić oprawę dla "Iliady"! - przyłączył się do negocjacji Ignacy - ładna, gładka, różowa. Pierwszorzędnie naciągnięta.

                                                  • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 11.10.17, 10:30
                                                    - Przyniosłem packę - powiedziało widmo Pyziaka, stające w progu. Na ten dźwięk rozległo się rozgłośne szlochanie zza pieca. Oczy Gaby były suche, zapewne dlatego, że właścicielka trzymała je oburącz, osuszając je rąbkiem swojej firankowej szaty. Tym razem szlochały uszy Gaby, które zawsze tak reagowały na znamienne seplenienie pyziaczego widma. Widmo wyjęło mutry z oczu, którymi Bella, ta dzielna córka Robrojka, naprawiła wyjące potępieńczo rury łazienkowe.
                                                    Przeszczep wciąż rzucał wątrobą, którą zapobiegliwa Pyzunia, to rodzinne słoneczko, pakowała w termiczne worki, które następnie pospołu z ciocią Idą wysyłały do Brazylii.
                                                    Nestor rodu spojrzał na swoją okazałą bibliotekę, jakby zamyślając się co jeszcze warto by oprawić w dobrej jakości skórę. Wzrok jego spoczął na starym egzemplarzu "Krystyny, córki Lavransa". Mila pochwyciła jego wzrok, pogłaskała tom oprawny w ciemną, jakby hinduską skórę.
                                                    - Mnie też jej brakuje... - szepnęła do męża. - Ale sam rozumiesz, że gdyby nie ten konieczny krok nigdy nie otrzymalibyśmy przydziału na to mieszkanie z gumy.
                                                  • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 11.10.17, 12:09
                                                    Naraz rozległ się dźwięk dzwonka. To Elka, córka starej mieszalnicy do sałat, kazała zamontować u drzwi to ustrojstwo, które aktualnie swoim elektronicznym brzmieniem wygrywało fragmenty mozartowskiego Requiem. Z chórami i orkiestrą!
                                                    Dzwonił najwyraźniej ktoś nie obeznany z miłym obyczajami w tym miłym domu. Bardzo miłym. Gabrysia w jednej chwili umieściła swoje oczy na właściwym miejscu i rączym susami, gubiąc po drodze drewniaki i plącząc się w suknię z firanki, dobiegła do drzwi. Za drzwiami stało trzech budrysów, dzierżących okazały bukiet frezji.
                                                    - Och, frezje... - rozmarzyła się Gabrysia. - Skąd wiedzieliście, że to moje ulubione kwiaty?
                                                    - Wcale nie wiedzieliśmy - odparł najstarszy a zarazem najprzystojniejszy, Wiktor. - To są najtańsze kwiaty o tej porze roku.
                                                    - Przyszliśmy - dodał średni, Darek. - Prosić o rękę Róży.
                                                    - Cóż, chłopcy - dzielnie uśmiechnęła się Gaba. - Nie wiem, co powiedzieć. Różyczko?
                                                    - Oczywiście - odpowiedziała Róża. - Chętnie wyjdę za mąż za tych młodzieńców.
                                                    Po czym dostrzegła czujne stalowe ostrze wzroku Tygrysa.
                                                    - Pod warunkiem - dodała Pyza sennie. - Że Tygrys też wyjdzie razem ze mną...
                                                    Gaba ciężko westchnęła. Czuła, że znów będzie musiała z Laurą porozmawiać o lakierowaniu krzeseł.
                                                    - Mamo - odezwał się zbolałym głosem martwy Ignaś. - Ja też wyjdę za nich za mąż. Ja bardzo lubię tych chłopaków!
                                                  • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 11.10.17, 14:48
                                                    Uradowany Józinek puścił się pędem wokół stołu z radosnym skowytem. Adaaam, cały w uśmiechu, puszczając czułe spojrzenia w stronę Józefa, zapewniał żonę:
                                                    - Zupełnie, zupełnie się nie przejmuj. Wyjdź za Lelujków. Nie będę ci utrudniał spotkań z naszym szaletem, będziesz go mogła odwiedzać, kiedy tylko poczujesz potrzebę.
                                                    Dorotka zaś patrzyła na wiwatującego męża z radością - jaki ten Józek udany! Szkoda tylko, że nie mogli mieć dzieci, ale to dlatego, że Józek ją szanował.
                                                    - Lauro - powiedziała Gabrysia spod firanki, zdejmując boleśnie okład z głowy (okład był z pierniczków, bo rano Pulpecji przypomniało się, że dodaje się do nich amoniaku) - czytałam ostatnio coś zabawnego... Małe dziecko wpadło do stawu pełnego krokodyli i krokodyle to dziecko rozszarpały na strzępy. Najadły się wszystkie, choć dziecko było tylko jedno.
                                                    - Faktycznie, pyszna anegdota! - Tygrysek oblizał się na samą myśl.
                                                    - Dziecko! Nie można żyć tylko dla siebie, trzeba się sobą dzielić z innymi. Bo szczęście się mnoży, tylko gdy się dzieli!
                                                    Józinek aż stęknął z zachwytu. Ciotka zawsze umiała wybrać najlepsze mądrości z magnesów na lodówkę i kubków termicznych. Była cudowna, bardzo ją kochał i głównie ze względu na nią cieszył się, gdy Empik zaprzestał sprzedaży książek i postawił tylko na kubki i magnesy. Wiedział, ile znaczyło to dla ciotki.
                                                    - Wiem, mamo. Ale ja tak lubię pachnąć dzieckiem. Dlatego jak jakieś upoluję zostawiam je tylko dla siebie, tak się nim nacieram i nacieram... Powiedz "nacieram, nacieram", ale bardzo szybko.
                                                    - Nacieramnacieram - zaśmiała się Gaba, rada że córka wzięła sobie do serca jej słowa.
                                                    Martwy Ignaś, jak ślepa świnka (Ida zdążyła już pobrać rogówki), zabawnie obijał się po mieszkaniu. Bernard, mężczyzna z jelitem, leżał malowniczo w kącie. Było miło i przytulnie.
                                                    Pulpecja przyspieszyła kroku, popołudnie spędziła pasąc tysiąc sztuk bawołów na swoim hektarze ziemi, a teraz chciała zdążyć na Roosevelta. Coś czuła, że na obiad będzie dominikanin.
                                                  • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 11.10.17, 16:17
                                                    W istocie - był dominikanin. I to królewski. Zaprawiony kminkiem. Na drugie danie były szare kluski z pani Lewandowskiej. Pani Lewandowska należała do tego typu zacnych kobiet, które były za głupie, żeby stworzyć rozprawę filozoficzną, ale z pewnością nadawały się na kluski. Kluseczki okraszone były wąsem Sławka. Borejkowie uwielbiali wąsy.
                                                    Gieniusia obwąchała nieufnie jedną kluseczkę.
                                                    - Jedz, to dobre - kpiąco zachęciła ją do jedzenia Mila. Gieniusia wobec tego poklepała dyrygenta po łysej głowie, wytarła zasmarkany nos w rajstopy i zjadła z apetytem aż jej się czerwone uszy zatrzęsły.
                                                    - To ja teraz powiem wierszyk - zaproponowała.
                                                    Uroczyście stanęła na stole Gizeli i rozpoczęła natchnioną recytację:
                                                    - Raz Dyzio wpadł w głęboki dół
                                                    przeleżał tam dni sześć i pół
                                                    i odtąd mówiło się w powiecie,
                                                    że było to zepsute dziecie.
                                                    Ida przełknęła kulebiaka in toto.
                                                    - No moi państwo - rzekła z podziwem. - Gdyby mi ktoś dzisiaj powiedział, że przeżyję dreszcz wzruszenia nad grzybiakiem kulebowym...
                                                    Wszyscy wokół wybuchnęli radosnym, beztroskim śmiechem, słysząc to znamienne dla Idy, przejęzyczenie.
                                                  • pi.asia Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 11.10.17, 16:45
                                                    YYYYyyy... królewski dominikanin zaprawiony kminkiem ómarł mnie doszczętnie!!! Musiałam odejść od laptoka, żeby złapać oddech i wziąć się za robienie obiadu. U mnie niestety filet z czarniaka, żaden tam dominikanin, ja niegodna tak wytwornego dania...

                                                    Zuzu, Przmrozki - kocham Was, ubóstwiam, do stóp się ścielę!!!
                                                  • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 11.10.17, 16:52
                                                    Żart był tak przedni, że nawet Bernard, pośmiertnie, popłakał się ze śmiechu. Z pewnością powtórzyłby swój popisowy żart o lusterku ("przepraszam, odbiło mi się"), gdyby tylko wciąż miał struny głosowe (Adam już montował je do kieszonkowego fortepianu Laury).

                                                    Róża, ta zaręczona szczęściara, aż kipiała dobrym nastrojem. Najpierw zjadła pół pani Lewandowskiej (miała gargantuiczny apetyt, a jej żołądek na USG machał przyjaźnie do wszystkich pociotków). Potem, oblizując się lubieżnie, jak kiedyś na widok lunet, zbliżała się do ciała Bernarda. Uklękła nad resztkami po jego ziemskiej powłoce i uniosła do piersi smakowite podroby. Jej puste ramiona, a potem gardło i żołądek, nareszcie się wypełniły.
                                                  • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 11.10.17, 17:11
                                                    Podroby Bernarda wiły się kaskadami węży, ważek i motylków. Wzdłuż jelita cienkiego biegł ozdobny napis: Wiosną pieniądze rosną! Wszystko utrzymane było w kolorze soczystej zieleni, a ślepa kiszka przybrana była w melonik porośnięty bujną rzeżuchą. Był to ewidentny znak, że Bernard, ten bezkompromisowy artysta, głoszący młodopolskie hasło "eviva l'arte!" zbyt przejął się swoimi dochodowymi, aczkolwiek nieopodatkowanymi chałturami dla nuworyszy. Nuworysze zaś nie doceniali nieprzeciętnego talentu Bernarda. Wpatrzeni w telewizor nie widzieli jak wisi na ich ustach ani jak zaczepia ich siedząc na wiatach przystankowych. Mówili tylko "podaj mi więcej zielonych", a Bernard już ci to usłużnie podawał kolejne organy wewnętrzne. Swoje lub Hammonda.
                                                  • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 11.10.17, 17:43
                                                    - Panie Bernardzie - Mila schyliła się nad pozostałościami po przyjacielu domu - ile jesteśmy panu winni za tę wspaniałą ucztę?
                                                    - Ależ była ona gratis - zapewnił na migi resztką palców Bernard - cała wasza cudowna rodzina jest dla mnie jak własna. Gdyby komukolwiek zdarzyły się problemy z miazgą zębową i nie miał z kim postać na mostku w parku, polecam swoje usługi.
                                                    - A czy byłby pan tak miły i ożył na chwilę, żeby wywieźć do Wąchocka sukienkę Róży? Pyzunia wychodzi za mąż za braci Lelujków i chciałabym, żeby założyła moje niemowlęce śpioszki. Czuję, że Gizeli bardzo by na tym zależało. To piękne śpioszki. Bardzo w stylu Flipa i Flapa.
                                                    Brawo Babi, pomyślał Józinek. Lata trzydzieste wracają do mody. Poza tym zawsze uważał, że panna młoda powinna wyglądać skromnie, jeżeli już w ogóle kobiety mają chodzić do ślubu, czemu był zasadniczo przeciwny. Jego własna żona była co prawda miłym stworzeniem, ale źle reagowała na jego przyjazne mężowskie kuksańce. Nie rozumiała też, dlaczego pożycza jej czerwoną szminkę, którą rytualnie maluje usta w odstępach półgodzinnych. Czasami kobiety niczego nie rozumieją.
                                                  • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 11.10.17, 18:03
                                                    Laura wpatrzona szeroko otwartymi oczami w resztki Bernarda, kopnęła iglaka w eleganckiej, zielonej, plastikowej donicy.
                                                    - Cholera jasna! - krzyknęła i złapała się za głowę. Czuła, że zaraz ją zemdli od wszechobecnych oparów paliwa volkswagena i odorów, które emitował Bodzio.
                                                    - Łał! - szepnął Bodzio. - Jesteś niesamowita. Powinnaś napić się tak zwanego głupio, rumianku.
                                                    Józinek, człowiek czynu, nie czekał na drugą zachętę. Natychmiast złapał czajnik i polał nim swoją małżonkę, gdyż nic tak dobrze nie robi na mdłości jak napar z rumianków. Chlusnął Dorotce wrzątkiem prosto w twarz, co dziewczynę natychmiast postawiło na nogi. A ponieważ nie był pewien, czy skutecznie, wlał jej prosto do gardzieli setkę bimbru, który Chrobot produkował z gruszek.
                                                    Dorotka próbowała złapać dech. Bezskutecznie.
                                                    - Gdyby Dorotka zaczęła się krztusić - powiedziała Ida autorytarnie. - Pójdź po dziadka. On zdecyduje, czy oprawimy w jej skórę "Chłopów" czy raczej "Anię z Zielonego Wzgórza". - po czym przyjrzała się synowej okiem znawczyni, szybko w pamięci obliczając, ile można by otrzymać za organy Dorotki i czy sklep zielarski skusi się na prawdziwy wiejski susz z rumianka wymieszany ze smażonym serem.
                                                  • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 11.10.17, 19:36
                                                    - Fakt, że robicie ze mnie mielone, oceniam in plus - wyjawił Bodzio, gdy Adaaam laubzegą ucinał mu nogi.
                                                    - Zostawcie mi trochę paluszków z jego stóp. Lubię paluszki. Wszystko lubię! - krzyknęła z kuchni Pulpecja trzymając się dramatycznie za brzuch. Trudno było nie myśleć o jej rodzinnym przezwisku, gdy najmłodsza Borejkówna zgrabnie formowała w idealnie okrągłe pulpeciki mięso ukręcone z Julii Żak. Florek pieszczotliwie podłączył żonę do prądu i gdy ta osunęła się rażona siłą uporządkowanego strumienia ładunków elektronów, Górski zaśmiał się pod wąsem:
                                                    - Zawsze wiedziałem, że ona ma potencjał. Elektryczny!
                                                    Gabrysia, która miała dwójkę z fizyki i nienawidziła prądu elektrycznego z płaczem wybiegła z kuchni. Józinkowi oczy zaszły mgłą. Gdyby wiedział, że wujek Florek jest zdolny wyrządzić takie świństwo ciotce Gabrysi, nigdy nie pomógłby mu stawiać tej spalarni plastiku we Floplicowie. A nawet gdyby pomógł, to zamurowałby mu w ścianie jajko i wsadził kapcia w rurę wydechową. Ojciec kiedyś odradzał mu podobne metody, ale proponowana przez niego alternatywa (stary dobry kij bejzbolowy) wcale nie wydała się skuteczniejsza. To było dobre na przedszkolankę Łusi, wuj Florek mógł mieć dość siły, żeby oddać, co czyniłoby walkę znacznie bardziej honorową. A to przecież obrzydliwe.
                                                  • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 11.10.17, 20:35
                                                    Laura śpiewając nad kuchenką pieśń Walkirii, robiła omlet z Wolfganga Amadeusza Chopin. Zaraz, zaraz, ten przepis był, jak pamiętała, dziecinnie prosty. Niestety, pchana gargantuicznym apetytem Pyza, pożarła przepis wraz z ostatnim omletem, jaki wyprodukowała. Laura wsadziła omlet do piekarnika. Zauważyła, że trochę krwi Wolfiego rozlało się po podłodze, co z zielonym groszkiem tworzyło ciekawy wzór na podłogowych kafelkach. Z piekarnika dobył się potworny smród.
                                                    - Jaki ja jestem ohydny - złożył samokrytykę Wolfgang. Nikt się tym nie przejmował. W końcu ciotka Alma od tego miała Szarą Myszkę, żeby sprzątała po nieudanych omletach.
                                                    - Udka, udka, udka! - krzyknął młody Żeromski, serwując na stół żabie udka. Hildegrda, zwana Żabą, próbowała się doczołgać do stołu, by choć kruszynę uszczknąć z tej wspaniałej uczty. Posunęła się nawet do tego, by w ramach łapówki za choć drobny ochłap, wetknąć w dłoń Pyzy, swój złoty pierścień z brylantem wielkim jak strusie jajo. Nic z tego! Pyza znała swoją wartość. Stanęła teraz trzymając się pod boki i bojowo dmuchnęła sobie w miedzianą grzywkę, gdzieniegdzie przetykaną już zielonkawym grynszpanem.
                                                  • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 11.10.17, 21:04
                                                    - Cesia Hajduk wcale nie miała tłustych łydek - ze smutkiem zauważyła Mila wyjmując je z piekarnika.
                                                    - No trudno - powiedziała Ida - najwyżej się dziś poodchudzamy. Z tych mielonych też nic nie będzie, mamo. W maszynce do mięsa jest Myszka.
                                                    - O - zainteresował się Florian znad zwęglonych włosów Pulpy. Miały konsystencję doskonale nadającą się do zamurowywania gryzoni.
                                                    - Asystentka Almy - ucięła jego nadzieje Ida - wolę nie wracać do tego tematu przy rodzinnym obiedzie, nie chciałabym krzywdzić Gabuni.
                                                    Wszyscy pamiętali jak źle Gabrysia znosiła dania z Almy. To dlatego musieli zamknąć ten sklep.
                                                    - Do ciężkiej plazmy deuteru! - zakrzyknął z korytarza głos Żaczka - gdzie moje dziecko? Takie było pulchne! Rumiane!
                                                    Ida i Mila mrugnęły do siebie porozumiewawczo. Ida jednym susem doskoczyła do wejściowych drzwi i zaryglowała je zestawem metalowych kołków przetapianych z muzyki metalicznej, którą ostatnio tak pokochał dziadek Ignacy. Mila zagłuszyła dochodzące z korytarza odgłosy szamotaniny kuchenną krzątaniną. Pokroiła szczypior, rozpuściła masło, rozgrzała piekarnik. Obiad był uratowany.
                                                  • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 11.10.17, 21:23
                                                    - Boże! - jęknęła dzielnie Gabrysia. - Jakie to dziecko ma koleżanki!...
                                                    Dokarmiała właśnie w piwnicy Idy zapasy na zimę - Kopiec Arletę, Kopiec Esmeraldę, Kopiec Mrówek i cielaka dyrektora Nowackiego.
                                                    Na deser tego dnia przewidziane było kakao z pianką, różowy budyń z soczkiem i ptyś. Protestującą Dankę de domo Filipiak, a obecnie małżonkę różowego budynia Pawełka oraz matkę dwóch chłopców (o jakże przyjemnie brzmiących imionach Kain i Abel), zamknięto na wieży wraz z nieżyjącym już od ponad 10 lat, Niemenem.
                                                    Za oknem powiewały kwiaty jabłoni . Na ziemię spadały złote jabłka hesperyd, a Idusia skalpelem wycinała im listki z ogonkiem. Do każdego jabłuszka wkładała cząstkę mandarynki, którą hojnie polewała smalcem z majerankiem i cebulką.
                                                    - To co mnie najbardziej pociąga w posadzie laryngologa - rzuciła subtelnie. - Jest możliwość wyżywienia się odpadkami z operowanych osób.
                                                    Na stół poczęły wjeżdżać takie przysmaki jak niebieskie migdały, nosogardziel nadziewana kwiczołami oraz polip w hełmie rzymskiego legionisty.
                                                    Zza pieca cicho zawodził Mazepa, zamurowany ongiś sprawnie przez widmo pyziacze przy pomocy węgorzy utrwalonych w marynacie.
                                                    - Kto zawodzi sam sobie szkodzi - krzyknęła Ida starą tę rodzinną sentencję, nie wiedząc, jaką lawinę spowoduje. Już to ze wszystkich stron stoły padały zabawne bon moty wymyślane przez całe pokolenia rodziny Borejków. Najstarszy z nich, wymyślony jeszcze na Polnej przez Gizelę, brzmiał: "Mila! Ja cię o wiele rzeczy nie prosiłam, ale w tej chwili jedz kaszę z majerankiem, bo jak dam ci w...". Czułe te słowa wyryły się w sercu Mili na zawsze, ku utrapieniu kardiologów, gdyż szalenie trudno skupić się na kontroli serca, na którym ktoś wypisał sentencję i to w dodatku nie po łacinie.
                                                  • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 12.10.17, 09:34
                                                    Laura, starając się nie myśleć o Kopiec Esmeraldzie w piwnicy (wraz z nią marnowało się tyle potencjalnie pięknych makijaży!), wracała do domu z zakupami. Butle kwasu solnego było ciężkie, a zapas brzeszczotów z diamentowymi ostrzami wpijał się w boki. Czując się jak macocha Kopciuszka, czarownica z Królewny Śnieżki lub inny baśniowy oprawca lekko się nad sobą użalała, co zawsze pomagało jej na samopoczucie. "Znowu to ja musiałam marynować płody" myślała. Jej radosna, przepełniona miłością do dzielnej matki natura zawsze jednak w końcu brała górę "ale za to ile było radości, gdy kazałam je jeść Ignasiowi mówiąc, że to jajka!" dodawała w myślach i zaraz było jej trochę weselej.
                                                    Nie lubiła wychodzić na dwór ani wyjeżdżać. Nie lubiła ruszać się z bezpiecznego inteligenckiego domu, w którym miała co czytać i kogo jeść. Na zewnątrz roiło się od ludzi z brzydkimi czaszkami, wulgarnych w mowie i czynie, brudzących swoimi coca-colami i batonikami Milky Way szlachetną pierzeję secesyjnych kamienic. Na dodatek, jak zwykle, spotkała swojego pijanego ojca, kiedy rozpędzonym traktorem z płonącymi oponami taranował innych użytkowników ruchu, ojczyzny nie kochał i nie szanował, deptał flagę, pluł na godło i wykrzykiwał "z drogi, polskie świnie, obywatel Europy jedzie!". Laura zgadzała się z babcią, że nie należy informować matki o ekscesach ojca. Dość już przez niego przeszła. Z tych samych względów ukrywała podobiznę ojca w podręczniku do historii (list gończy wydany przez trybunał w Norymberdze, ojciec najwyraźniej był poszukiwany w Brazylii), obraz w kościele św. Szczepana (ojciec pierwszy rzucił kamieniem w patrona świątyni) i wiadomości w telewizji (ojciec rządził krajem osobiście odpowiadając na złodziejską prywatyzację). Laura westchnęła boleśnie, ale szybko ugryzła się w język - nie miała prawa do boleści. Nie była wszak swoją matką.
                                                    - Tygrysku - krzyknął za nią Jerzy Hajduk, zawsze tu był, żebrał akurat na tym skwerze - pozdrów ode mnie Gabrysię. Tyle w niej ciepła, tyle ciepła!
                                                    Laura uśmiechnęła się pod nosem. Szkoda, że dawny wychowawca Pyzy nie widział mamy dziś rano, gdy po szamotaninie ze szczególnie waleczną Rumunką porwaną na obiad z ulicy, w nogę wdała się jej gangrena i martwica. Temperatury kończyny spadła poniżej 25 stopni. Nie pomagały bańki, a doktor Kowalik, ostrzeżony przez tę zdradziecką Elkę, nie pokazywał się na Roosevelta.
                                                  • pi.asia Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 12.10.17, 10:11
                                                    Żebrzący na skwerku Hajduk; Mazepa zawodzący cicho zza pieca; dom, w którym zawsze jest co czytać i kogo jeść - bajkoż ty moja, jakie to obłędnie cudne! Mistrz Tuwim z Mistrzem Słonimskim, wielbiciele absurdu i groteski, nie powstydziliby się tego dzieła. Pewnie zerkają z góry na Wasze wpisy i, ocierając łzy z oczu, cieszą się z godnych następczyń.
                                                  • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 12.10.17, 10:34
                                                    W zielonym pokoju odbywało się akurat cotygodniowe zebranie grupy LSD. Ciemnozielone pluszowe zasłony przepuszczały smugi światła, w których widać wyraźnie było jak węże dymu z kadzidełek, przeplatają się z dymem z nargili, z których wielka gąsienica paliła haszysz, ucinając sobie przy okazji miłą pogawędkę z ciotką Lilą na temat olejnego malarstwa Fałata. Strzykawka z domowej roboty kompotem (Mila nigdy nie pozwoliłaby sobie na częstowanie gości kupnymi zaprawami, toteż cała spiżarka zawalona była aż po łuki słoikami z domowym kompotem) krążyła pomiędzy członkami dawnego kwiatu młodzieży poznańskiej, tak potrzebnego w dzisiejszych czasach pełnych wojen i przemocy. Byli licealiści postanowili poinformować swojego guru Dmuchawca o tym, że LSD wciąż działa, o ile dostanie się je na czarnym rynku i spożyje zgodnie z instrukcją.
                                                    Pośrodku pokoju odurzona Aniela Kowalik (ta słynna aktorka) całkiem naga produkowała się w jakimś przedziwnym tańcu. Wokół niej Robrojek obsługiwał piszczałkę, kobrę i zaklinacza węży. Było swojsko i miło. Uczestnicy zebrania co jakiś czas rzucali mądre cytaty dawnych filozofów, wśród których prym wiodło znane i lubiane hasło "Religia to opium dla mas". Łączyli w tym haśle wszystkie swoje upodobania.
                                                    - Gabuniu - powiedziała nagle Nutria zadzierzgując się na klamce. - Goście idą.
                                                    I na to wszedł Pieróg. Pulchny, dorodny i szczodrze wypełniony farszem.
                                                  • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 12.10.17, 11:00
                                                    Pieróg został ulepiony przez tę niedojdę Natalię ("powinna była zostać na tym Cyprze" uważał Ignacy, któremu przybycie Nutrii całkiem zepsuło radość z powitania Gabrysi na stacji kolejowej Poznań Główny), dlatego rozłaził się na łączeniach. Stworzone w ten sposób prowizoryczne wargi przemówiły.
                                                    - Stojąc na czele komisji czystości, nieprawdaż, która jest naszym wspólnym domem, nie mogłem pozostać głuchy na dono... zawiadomienie, z którego wynikało, że LSD jest w tym domu rozcieńczane mlekiem w proszku, nieprawdaż, i w takiej to osłabionej formie wprowadzane jest na rynek, który jest naszym wspólnym domem...
                                                    Ignacy rozumiał wagę zarzutu, wstał więc, odgonił ręką wizję różowego słonia w baletkach owijającego mu trąbę wokół... zresztą najgorsze i tak były tęczowe wrony.
                                                    - Gabrielo, czy masz coś wspólnego z chrzczeniem narkotyków?
                                                    - Nie tato - powiedziała Gabrysia lękliwie zerkając w stronę zbliżającej się do niej falującej na pomarańczowo ściany w zielonym pokoju.
                                                    - Od tego trzeba było zacząć. Ufam mojej córce prawie tak jak głosom w mojej głowie.
                                                    - Nie pan pierwszy daje się oszukać - wyjawił Pieróg swą życiową mądrość - Córkom. Nie głosom. Głosy są wiarygodne. Czy zgodziłyby się zeznawać w sądzie?
                                                    - Prowadzimy sprawozdawczość - ujawniła spod stołu prezeska, której warkocz chyba ożył, bo udusił Danusię Filipiak-Nowacką podobno całkowicie bez udziału woli Anielki - o proszę, panie Pierogu, tutaj wypływ narkotyku z podziałem na kanały przerzutu, ilość dostarczona, ilość zużyta. Tu u nas się wszystko zgadza!
                                                    Ponieważ Pieróg był podany w rosole, miał oka i mógł zweryfikować sprawozdawczość, przeprosić za kalumnie i dać się pożreć Idzie. Przez moment nawet próbował stanąć jej w gardle, ale nie chciał popełniać plagiatu w stylu Scarlett O'hara (tak nazywał się pieróg, którego Ida zjadła w obecności Magdusi, rodzina miłych bibliofilów zawsze nazywała dania na cześć swoich ulubionych postaci literackich).
                                                    Dla grupy LSD wszystko stało się jasne. Szczepańska znowu doniosła. Ale jak?
                                                    - Trzeba będzie zamurować jej usta! - zaproponowała Gabrysia, a Józinek odnalazł w kieszeniach spodni zaprawę, cegły i kielnię.
                                                  • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 12.10.17, 12:02
                                                    - Przyniosłem packę - powtórzyło z uporem widmo pyziacze.
                                                    - Paczkę, Pyziaczku, paczkę - poprawiła go dzielnie, bardzo dzielnie, Gabrysia.
                                                    Widmo pyziacze wobec tego aktu wybaczenia wpadło Gabrysi w ramiona niczym niewypieczony klops z jajkiem.
                                                    - Hmmm - zamruczało. - Gabrysiu, jak ty ładnie pachniesz...
                                                    - Kwiatem jabłoni? - zapytała Gaba kąśliwie.
                                                    - Nie, coś jakby kalafior albo długo gotowany brokuł?... Może brukselka?... O! Już wiem! Przekiszona kapusta!
                                                    Eh, ha! Tak, tak, pomyślała Gaba ucieszona, wydłubując ślimaki ze swojej zmierzwionej i jak zwykle źle uczesanej głowy. Eh ty! Mój ty dręczycielu, ha, uhu! Dzyń, dzyń, dingi dingi dong!
                                                    Spod podłogi dobyły się szmery w sercu Idy.
                                                    W przedpokoju rozdzwonił się telefon. Ignacy Borejko dobiegł do niego dwoma zręcznymi susami ojca koszykarki (w końcu przecież to nie po Mili Gaba odziedziczyła wzrost i sprawność fizyczną!).
                                                    - Tak, panie docencie? - zapytał w słuchawkę, po czym subtelnie przykrył mikrofon dłonią i zwrócił się do żony. - To docent. On ma taką obfitą żonę. Może nada się na pieczeń z kminkiem a jej buty mogłaby nosić Ida. Doprawdy nie mogę patrzeć na to, że moja córka chodzi bosa!
                                                    - Halo - odezwał się tymczasem w słuchawce głos mroczny z samego dna piekieł i szczytów wichrowych wzgórz. - Mówi Filip Bratek. Czy zastałem Idę?
                                                    - Nie ma jej w tej chwili w domu - odpowiedział nestor rodu. - Czy pozwoli pan, że coś jej przekażę?
                                                    - Tak, proszę powiedzieć Idzie, że mam już organy Ladegasta i możemy organizować przerzut do Brazylii. Za same płuca powinniśmy dostać niezłą sumkę.
                                                    Ignacy Borejko pożegnał się grzecznie z rozmówcą. Tak, tak, sytuacja domowego budżetu wyglądała nie najgorzej. Będzie można znów kupić podziesiętne egzemplarze książek a na obiad wprosić się do wujka Józeczka.
                                                  • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 13.10.17, 12:44
                                                    - Do kogo?! - spytała Patrycja rzucając okiem (Bernarda) - to ja mam jakiegoś stryja? Przecież tato, ty zawsze byłeś jedynakiem!
                                                    - Nie zawsze, tylko od pewnego momentu. Pamiętasz tę pieczeń w pierwszy dzień świąt dwa lata temu? - Ignacy rozmarzył się.
                                                    - Dwa lata temu? Czemu zatem - Pulpecja drążyła temat i jednocześnie pusty oczodół Bernarda - ja tego stryja nie pamiętam? Czemu go nie odwiedzaliśmy?
                                                    - Bo w domu było jedzenie - zdziwił się niedomyślnością córki Ignacy. Puplecja zawsze była tępa i gruba. Niestety, miała zbyt silny charakter, żeby można ją było wpędzić w jakieś ciekawe zaburzenia osobowości na tym tle. Pod tym względem Natalia bardziej się udała.
                                                    - Ja jednak mam tę packę - przypomniało widmo Pyziaka.
                                                    - No dobrze - Pulpecja nigdy nie przestawała ani jeść, ani drążyć - skoro zatem stryj się upiekł, jak się do niego wprosimy na obiad? Wejdziemy do pieca? Jak, skoro nie mamy klucza, a Marek nie może się wspiąć po rynnie, bo śpi?
                                                    Tępa i gruba, pomyślał Ignacy.
                                                    - Józeczek jest tu zbędny. Gotuje jego żona. Dziewczęta, zabierajcie puste worki, walizki i słoiki. Wszystko, w co da się zapakować jedzenie. Idziemy do ciotki Felicji!
                                                  • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 13.10.17, 16:27
                                                    Piotruś miał jelito. Było to jelito Pawełka. Bracia syjamscy Żeromscy wracali właśnie z tournee po Holandii niepewni, jak przyjmie ich rodzinny Poznań oraz rodzice. Jeśli chodziło o Bernarda, mogli być spokojni. Bernard od kilku godzin stanowił o wyżywieniu rodziny Borejko. W postaci steków, kotletów i gulaszy nie mógł nic już powiedzieć synom o włosach jak jedwabne tasiemce. Gorzej rzecz się miała z Aniellą, matką bliźniaków. Odkąd zaczęli odnosić sukcesy na międzynarodowej arenie panopticonów, cyrków i bud jarmarcznych, sława Anieli, tej znanej aktorki, przygasła. Zwłaszcza, że prawdziwe teatry umarły odkąd Kal Amburka odmówił pisania słynnych jednoaktówek. W ten sposób Aniela została pozbawiona pracy i musiała zająć się domem i przejąć obowiązki Bernarda, polegające na występowaniu topless, wiszeniu na drabinie, siedzeniu na przystanku i spożywaniu chipsów, odwiedzaniu znajomych w szpitalach i wpraszaniu się na randki. Dobrze, że honoraria synów pokrywały koszty utrzymania domu oraz zapasów chipsów.
                                                    Aniella, rzuciwszy się w wir nowych obowiązków, już to wlewając zsiadłe mleko do kawy dyrektorów, już to tłukąc butelki coca-coli w lokalach, już to reperując zepsute samochody w sobie tylko znany sposób, majdrowania w bagażniku. Była jak Bernard! Niezastąpiona!
                                                    Ale nie mogła darować synom, że są bardziej znani od niej.
                                                    Bliźniacy na dworcu, który od czasów Mieszka I wyglądał tak samo smutno i brudno, jak zawsze, zdecydowali, że najpierw odwiedzą panią ciocię Idę i panią ciocię Gabę. Brakowało im jedynie pretekstu...
                                                    Szczęśliwie dla nich pod koła rozpędzonego pociągu, który był jak zwykle brudny i przepełniony, wpadła Aurelia primo voto Bombke, secundo voto Trombke, tertio voto Rombke wraz z mężami i zawiedzionym Koziem, który dając wyraz swojemu rozczarowaniu podrzynał sobie właśnie tętniczki bagnecikiem. Aurelia odgryzła sobie język. Bliźniacy rzucili się na pomoc, owijając ranę jelitem i uwożąc Aurelię wprost do gabinetu pani cioci Idy.
                                                  • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 13.10.17, 20:31
                                                    Prywatna przychodnia Idy mieściła się w piwnicy, w dawnej wytwórni kołder. Oprócz lokalu, Ida przejęła również wyposażenie (w zupełności wystarczało, okazało się, że wypełnienia poszewek pierzem i wycinanie migdałków to w zasadzie ta sama technologia). Doktor Pałys nie zmieniła też szyldu. Pomagało to zmylić kontrole Sanepidu. Kontrole z Ministerstwa były, niestety, sprytniejsze, dlatego na zapleczu trzymano słoik z nieużywanymi, nieznakowanymi banknotami na łapówki.
                                                    Piotruś, Pawełek i ich jelito znali jednak tak drogę tak dobrze, że prowadzić mogła nawet ślepa kiszka (niestety, została wycięta i cieszy obecnie jakieś dziecko w Australii). Wprowadzili do gabinetu ranną Geniusię-Aurelię sprawnie wymijając zalegające na podłodze żelastwo. Wciągnęli w płuco (po pewnej partyjce Scrabbli u pani cioci mieli już tylko jedno) znany od zawsze zapach grzybu na ścianach i wreszcie, tyle dni po powrocie do Poznania, poczuli się jak w domu. Usiedli oczadzeni i grzecznie czekali na swoją kolejkę - pani ciocia Ida była zajęta.
                                                    - Walenty! - syknęła na ciemnoskóre dziecko poddawane właśnie operacji usunięcia nerki - nie ruszaj się, bo co ja ci wyrwę, zgadnij!
                                                    Piotruś, Pawełek i jelito z rozrzewnieniem patrzyli na idusine rączki małe do handlu organami bardzo śmiałe. Kiedyś chcieli być jak tata, teraz tę chwalebną funkcję pełniła w ich życiu doktor Pałys. Bernard był imponujący, ale po jego odejściu Anielka nie przejęła jego autorytetu. Faktem jest, że bardzo się starała zastąpić dzieciom i ich jelitu ojca. Zapuściła nawet zarost, ale musiała go zgolić, gdy w jej sumiastym wąsie zakochały się wszystkie, po kolei, panie z rodziny Borejko (a i ten rudy zabijaka jakoś tak dziwnie patrzył). Niestety, metamorfoza matki nie była pełna. Zachowała większość właściwych jej cech, między innymi zwyczaj plucia pastylkami Neoangin. Próbowała sprzedawać obrazy, rzeczywiście bardzo w stylu ojca, ale co z tego, skoro obklejone małymi czerwonymi cukierkami pachnącymi apteką. Czegoś takiego ludzie nie kupiliby nawet na paragon, a co dopiero bez.
                                                  • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 13.10.17, 22:06
                                                    W dodatku Aniela miała zwyczaj dolepiania swoim obrazom uszu. Był z tego sam jeden wielki kłopot. Primo: szalenie trudno było wyłudzić od Idy niepotrzebne już uszy dawców organów (Ida lubiła wonny barszczyk z uszkami i przyjaciółce oddawała tylko co mniej udane egzemplarze), secundo: uszy miały zwyczaj odpadać od obrazów, co z nieznanych względów szalenie deprymowało bogaczy z Sołacza i ich ciężarne małżonki.
                                                    Aurelia niczym Lawinia wypuszczała potoki krwi z buzi. Piotruś, wielbiciel sztuki, przyjrzał się temu uważniej. Odrzucił jelito na ramię i patrząc zmrużonymi oczami, podziwiał.
                                                    - Coś takiego chyba było już u Szekspira... - zauważył. Na co jego brat bliźniak, bez namysłu odciął dłonie Geniusi-Aurelii wraz z pierścionkiem z kryształem Górskim (nieślubnym synem Floriana Górskiego), by dopełnić dzieła.
                                                    Synowie słynnej aktorki patrzyli w upojeniu, jak na ich oczach ożywa dzieło Szekspira i gaśnie Aurelia. Żeby dzieło było kompletne, oddali się jeszcze przemocy niczym sikorka bogatka na leśnej polanie.
                                                    Drzwi gabinetu pani cioci Idy otworzyły się.
                                                    - No idź, idź, chłopcze - zachęciła małego Walentego, który po wyrwaniu nerki czuł drobną niedyspozycję. - Nie bądź mazgajem tylko pokaż jak dzielne potrafią być małe murzyniątka.
                                                    Piotruś, jako ten bardziej wygadany, zwrócił się do doktor Pałys:
                                                    - Pani ciociu, czy widzi pani toż to istny...
                                                    - Rodin? - zainteresowała się Ida patrząc na broczącą krwią Aurelię.
                                                    - Nie! Szekspir!
                                                  • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 14.10.17, 13:37
                                                    - Mam to samo - wyjawiła konfidencjonalnie siedząca obok pacjentka z czaszką - jakiś wirus w powietrzu czy coś. Wszyscy chorują. Proszę panów i proszę ich jelita, moja matka przez to nie może domyć rąk. Już dwie pensje poszły na wonności Arabii!
                                                    Ida spojrzała na pacjentkę z sympatią.
                                                    - Aga, jak miło. Przyszłaś pomalować mi coś na zielono? Czekaj, przyniosę Lisieckich z zaplecza.
                                                    - Tym razem przyszłam jako pacjentka - Agnieszce Żyrze-Strybie zaszkliły się oczy - bo ja... bo ja już bym tak chciała wypełnić swoje ramiona! Może powinnam coś na to łykać?
                                                    - Ale czekaj, przecież urodziłaś taką małą dziewczynkę - przypomniało się Idzie. Co to było za niemowlę! Gaba stępiła sobie nożyczki do paznokci na pępowinie.
                                                    - Stryba Dziewanna, tak. Ale Grześ powiedział, że małe dziewczynki najlepiej rosną jak się je lekceważy i zaniedbuje. No i jakoś przepadła.
                                                    - A potem nie miałaś synka? - ten poród przyjmowała Ida, więc nie pamiętała szczegółów. Wyszła przed końcem.
                                                    - Strybę Lukullusa, tak. Niestety, smarkacza nudził Platon, ślinotokiem reagował tylko na Kinga. Rodzina zaproponowała najwyższy znany sobie wymiar kary, to znaczy wakacje z Natalią. I ta niedojda gdzieś po drodze zgubiła dziecko.
                                                    - Jasne - Ida wysiliła pamięć - a potem miałaś jeszcze dwóch synków.
                                                    - Strybę Szkorbuta i Strybę Żyranta, tak. Ale to wtedy podczas partyjki podwójnego Scrabbla rodzina zaczęła się zastanawiać, jakie są granice paranormalnych zdolności Natalii. Czy tylko odbiera telefony zanim zadzwonią, unika cegieł i schodzi na czas z huśtawek, czy też umie wysadzać mózgi siłą woli. Okazało się, że umie...
                                                    - Taaaak - Ida obśmiała się jak norka na to wspomnienie - ale wybuchli! Swoją drogą, pewnie masz żal do Natalii.
                                                    - Tak, to właśnie jej czaszka - wyjaśniła Aga.
                                                    - No ale przecież jeszcze kogoś urodziłaś. W szpitalu, jak nuworysz!
                                                    - To była Stryba Ryba. Ta szczęściara spotkała miłość swojego życia na porodówce, zaręczyła się i wyszła za mąż. Niestety, za niemowlę z rodziny Kopców, a po ślubie przyjęła nazwisko męża. Nie utrzymujemy z nią kontaktów, bo tak się głupio nazywa...
                                                    - Wiadomo - zgodnie przyznali Ida, Piotruś, Pawełek, jelito i czaszka.
                                                    - No i po tym jak zrzekłam się własnego dziecka dla mitu inteligenckiej rodziny, Ignaś zaczął mnie bardzo szanować, no i nie mamy więcej dzieci. Ciotko Ido, może jest na to jakaś tabletka?
                                                  • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 14.10.17, 22:51
                                                    Ciotka Ida zbyła pytanie milczeniem. Zrobiła małpią wargę, wywróciła oczami, zjadła banana i dostrzegła wreszcie broczącą krwią Aurelię.
                                                    - Geniusia! - wykrzyknęła z radością. - A co ty tu robisz?
                                                    - Przyszłam na obiadek - z trudem wyartykułowała Aurelia, wprawiając w podziw Piotrusia, Pawełka i jelito, gdyż nie jest sprawą łatwą mówić z ustami pełnymi krwi. Żeby utrudnić jej jeszcze to zadanie, wsadzili jej w szczękę żarówkę. Zapaloną. Dzięki czemu Aurelia zaczęła rozsiewać wokół siebie przyjemne, różowawe i jakże romantyczne światło.
                                                    - A to się świetnie składa - odparła Ida. - Gabunia właśnie robi obiad.
                                                    W istocie Gaba w kuchni przygotowywała specjalność domu - kaszę z morszczuka i murzynka. Najwyraźniej mały Walenty nie posłuchał rad doktor Pałys i zamiast pędzić wprost do domu, zabłąkał się w korytarzach pomiędzy wytwórnią kołder a jasnym, przestronnym i świetnie wentylowanym mieszkaniem państwa Pałysów.
                                                    Ida potrząsnęła rudymi lokami, pod pachę wzięła gipsowego krasnala (na skutek szoku poporodowego po powiciu Józinka, wmówiła sobie, że jest królewną Śnieżką i wszędzie zabierała ze sobą przynajmniej jednego gipsowego krasnalka. Na bardziej okazałe wydarzenia, jak Bal Medyka, zabierała całą czeredkę) i rzuciła przez ramię:
                                                    - Chodźmy!
                                                    Wszyscy pokornie ruszyli za nią do przytulnej kuchni Borejków, gdzie wszyscy zgodnie spożywali opium. Tym razem bez rosołu, gdyż Gaba postawiwszy zupę na kuchence zapomniała do niej wlać wody, włożyć jarzyny oraz mięso. Szczęśliwie pamiętała o zapaleniu ognia pod garnkiem, dzięki czemu w kuchni było nie tylko ciepło domowego ogniska, ale również jego upojny dym.
                                                    Wchodząca gromadka poczuła zapach czegoś apetycznego. Rychło okazało się, że pachniał tak cyklop, którego Ignacy Borejko, filolog klasyczny i bibliotekoznawca, zaprosił na obiad. Obok siedział siostrzeniec cykopa, którego ten postanowił poznać ze znamienitym, poznańskim rodem, Zeus. Tak naprawdę Zeus ubłagał wuja, żeby ten zabrał go do wyśmienitej lekarki, doktor Pałys, bowiem ciąża pozamaciczna, którą właśnie przechodził, przyprawiała go o ból głowy.
                                                    - Na jowisza! Co ja widzę? Sam Zeus przy moim stole! - wykrzykiwała Ida uradowana, że jej lekarska sława dociera nawet na Olimp. - Muszę przyznać, że jesteś bardzo dzielny, zaraz rozwiążemy tę sprawę. Józinku, mój synu, czy mógłbyś pomóc?
                                                    - Mógłbym - mruknął Józinek krając kiełbasę czosnkową w zgrabne kwadraty za pomocą piły moja-twoja. Wolnym ruchem odłożył narzędzia, podszedł do Zeusa. He! Że też ci bogowie nigdy nie pomyślą o najprostszych rozwiązaniach?! On, Józinek, gdyby był władcą Olimpu nie zajmowałby się prostackimi zabawami z ciskaniem piorunów, tylko pilnowałby czy warsztat na pewno jest dobrze zaopatrzony. Pogrzebał w kieszeniach, skąd wydobył zgrabną siekierę i rąbnął Zeusa w głowę.
                                                    - Na Jowisza!... - wystękał bóg zsuwając się bezsilnie na posadzkę.
                                                    - Koperek! - krzyknęła Gaba dzielnie. Bardzo dzielnie - Dajcie mu powąchać koperek! I ogórki!
                                                  • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 15.10.17, 14:29
                                                    Zeus leżał na miłej podłodze w zielono-żółto-fioletowo-pomarańczową kratę myśląc, że szczęście zawsze będzie mieć dla niego zapach koperku.
                                                    - Panie Zenonie - Ignacy zwrócił się do Zeusa znad zielonego pęczka - nie wiem, czy można mówić o osobowej sile sprawczej rządzącej ludzkim losem, osobiście jestem sceptykiem...
                                                    - Panie Zeusie - niegrzecznie wtrąciła się Aga, a Ida postanowiła podjąć działania wychowawcze względem tego chodzącego niedostatku kindersztuby. Jak tylko znajdzie słoik z musztardą, natychmiast nim rzuci. Oburzony Ignacy zaczął pomagać w poszukiwaniach.
                                                    - Panie Zeusie - kontynuowała niezrażona Aga - ja w sprawie moich niewypełnionych ramion. Pan podobno ma funkcję złotego deszczu. Mój mąż właśnie rozkłada się w kącie, więc sam pan rozumie, że mowa o pewnej desperacji z mojej strony. Czy mógłby pan na mnie spłynąć wzmiankowanym deszczem?
                                                    Łusia poczęła rozbiór wypowiedzianego przez Agę zdania, a Gabrysi zrobiło się dzielnie i przykro. Nikt nie chciał robić Ignasiowi zdjęć, a uważała, że jej synek wygląda dziś uroczo z tym nadgniły jelitkiem wychodzącym lewym bokiem. Na dodatek jego własna żona, ta tępa dzida, która na niego nie zasługuje, najwyraźniej nie docenia jego witalności.
                                                    - Ależ Agusiu - powiedziała Gaba dzielnie spod swojej grzywki - Ignaś zawsze doskonale przechodził swoją śmierć, nie ma powodu, żebyś zwracała się do Zeusa. Pamiętam jak raz pojechaliśmy z Grzesiem udawać małżeństwo, zapomniałam powiedzieć mamie, gdzie położyłam zupę i Ignaś przez to umarł, ale już tydzień później zbierał z nami konwalie. I tak je uroczo wąchał od spodu!
                                                    - Pamiętam - przyznała Mila - jak nie znalazłam zupy, nakarmiłam go azbestem. Muszę ci jednak powiedzieć Gabrysiu, że najadłam się przez niego wstydu, tak zzieleniał i obszedł łuszczycą. To nie jest Józinek, który umie zachować się jak mężczyzna w każdej sytuacji.
                                                    Józek uśmiechną się pod wąsem. Tak było. Kiedy to on zjadł azbest, czuł się na tyle dobrze, że cały dzień wsadzał rękę w rozgrzane żelazo.
                                                  • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 15.10.17, 15:04
                                                    (Pan Zenon mnie umarł!)

                                                    - Ignasiu! - powiedziała Babi karcąco. - Mógłbyś doprawdy zachowywać się jak mężczyźnie przystało i wypełniłbyś wreszcie czymś ramiona tej uroczej Agnieszki!
                                                    Ignaś, brocząc po bruku krwią swoich ran, starał się dźwignąć swoje ciało i sprostać oczekiwaniom Mili, Agnieszki oraz udowodnić Józinkowi, że nie jest miągwą. Niestety, ah, niestety! Palec przypadku pchnął właśnie na Roosevelta matkę Agnieszki. Kompletnie pijaną. W jednej swojej atletycznej dłoni dzierżyła malarskie sztalugi, a w drugiej samurajski miecz, gdyż właśnie wracała z treningu, na którym jej sparing-partnerem był Krystian w nienagannej bieli. Widząc, że ten mały zboczeniec, Ignacy, chce się dobrać do jej córki i złamać jej życie (zupełnie jak całe zastępy jej byłych partnerów, którzy byli z zawodu plastykami, z temperamentu cholerykami a z natury okrutnikami), zamierzyła się sztalugami na młodzieńca.
                                                    - O właśnie - powiedziała z wyższością Ida. - To jest właśnie przemoc, a nie niewinne potrząsanie szczurem.
                                                    Szczury jednakże były innego zdania i w zemście poprzegryzały Józinkowi wszystkie kabelki, wobec czego przeszkolenia elektryczne, jakie zrobił Łusi, nie miało sensu gdyż i tak nic nie działało, o czym najlepiej wiedziała Gaba, gdyż zdążyła już poprawić dwójkę z fizyki.
                                                    - Otóż, Agnieszko - odezwał się Zeus, odrywając wzrok od dogorywającego Ignasia i kobiety stojącej nad nim z mieczem, co miło przypominało bogowi jego rodzinne strony. - W pakiecie mam więcej usług, mogę pokryć panią jako ogier, byk, łabędź...
                                                    - Ach, nie, nie! - wzbroniła się niewinna Agnieszka. - Złoty deszcz w zupełności wystarczy i sądzę, że będzie dość orzeźwiający.
                                                    Podczas gdy para ta ustalała konieczne szczegóły dotyczące wypełniania ramion Agnieszki, do mieszkania weszli Tomcio i Romcia Kowalikowie z ojcem. Romcia miała zeza, Tomcio worek na plecach a Mamert śledzionę wyciętą z przypadkowo napotkanego pacjenta.
                                                    Jak na kolędników przystało, zaśpiewali gromko:
                                                    - Jedna myszka drugiej małpie
                                                    tańczyła po skalpie!
                                                  • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 15.10.17, 16:52
                                                    - Pan doktor, jak miło - powiedziała złota chmura unosząca się nad Agą - tu akurat zaraz będzie ciąża do prowadzenia. Uwaaa-a-ga, będę padać! - Zeus skroplił się złociście.
                                                    Dorotka patrzyła na scenę z zazdrością. Jakie to musi być satysfakcjonujące! Jej własny mąż spełniał wszystkie najważniejsze obowiązki małżeńskie - pożyczał jej sukienki i szminki. Czasami nawet wpadał w pełnym przebraniu do sypialni popiskując "kochana pani, musi mi pani dać przepis na pierniczki". Dorotka nigdy nie pomyślałaby, żeby skarżyć się na swój los, ale teraz coś w niej drgnęło. Pokonała susami szerokość kuchni, odepchnęła szwagierkę i wystawiła się na złote krople.
                                                    - Drogie panie, proszę się nie przepychać, dla wszystkich starczy. Dla mnie to żaden problem zejść ulewą. Uwaga, będę ulewał!
                                                    - Ziutek? - zdziwiła się Ida.
                                                    [9 miesięcy później]
                                                    Gdyby Wolfi nie został zjedzony w potrawce kilka lat wcześniej, pewnie chciałby być tego dnia na korytarzu w kamienicy przy Roosevelta 5. Był tam bowiem prawdziwy raj dla audiofila. Dwa mieszkania, jedno w suterenie, drugie na parterze, emitowały feerię dźwięków nabrzmiałych cudem narodzin. Z piwnicy dochodziło cudowne przemieszanie dźwięków chrapania i sprawnego, choć niezgodnego z pierwotnym przeznaczeniem, używania narzędzi laryngologicznych. Słychać też było wypowiedzi o wysokiej wartości edukacyjnej ("Dorotko, krzyknęłaś znieczulcie mnie znieczuleniem, to pleonazm, a na dodatek zupełnie niewłaściwie akcentujesz czasowniki") oraz, co ciekawe, jakieś piskliwe nawoływania o przepis na pierniczki. Najpiękniej brzmiały jednak drzwi Borejków. Słychać było gotowanie wrzątku i darcie flanelowych koszul w kratę (dźwięk nie do pomylenia z żadnym innym!), sentencje łacińskie i jak zwykle krzepiące słowa Mili Borejko ("co tak krzyczysz, nie można pracować", "dwadzieścia lat temu leżała tu twoja teściowa, ale ciszej, bo to dzielna kobieta").
                                                  • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 17.10.17, 18:07
                                                    Trzymetrowa dr Stryba, czyli dawniej Gabrysia Borejko, pokrywała rdzą stępiałe nożyczki. Czymś w końcu należało przeciąć tę pępowinę. Przez głowę przeleciała jej myśl, że może warto by skorzystać z okazji i przeciąć pępowinę, którą komunistyczna położna w okrutnych latach 60-tych (kiedy wszystko było szare a półki sklepowe odznaczały się jedynie brakami w zaopatrzeniu) nieuważana położna zapomniała przeciąć. To przez tę pępowinę Gabunia nie mogła oddalić się od swojej matki, czyli Babi, dalej niż na parę kroków.
                                                    Babi tymczasem w wielkiej balii gotowała wodę. Z podręczników wydanych w czasach kiedy ropa naftowa żywiła się jeszcze węglem kamiennym, wiedziała, że po coś potrzebne jest dużo wrzątku. I koniecznie białe prześcieradła.
                                                  • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 17.10.17, 18:24
                                                    - No, gratuluję! - powiedziała trzymając wnuka za tłuściutką piętę - to Achilles Seneka!
                                                    - Czyli chłopiec? - Aga nie znała płci swojego potomka. Na USG miejsca newralgiczne miał zasłonięte banerem z pozdrowieniami dla Jędrka.
                                                    Gabrysia zagryzła wargi. Gardziła synową, jak każdym zresztą, ale nie nienawidziła na tyle, żeby tak prosto w oczy powiedzieć jej, że urodziła córkę. Póki co sprytnie zmieniła temat.
                                                    - No patrz, zapowiadali słońce, a za oknem chmury! - zajmując tym sposobem uwagę Agi, zaczęła zastanawiać się, jak dyskretnie przekazać Agnieszce swoje doświadczenie w skutecznym ukrywaniu trzeciej córki. Mili Borejko ta sztuka się nie udała, Natalia nawet w stroju magazyniera nie była synem, jakiego ojciec pragnął. Ale jej, Gabie, udało się doskonale. Ani rodzina, ani nawet Małgorzata Musierowicz niczego się nie domyślali, nawet wtedy, gdy w "Nutrii i Nerwusie" czarno na białym stało napisane, że jej "synek" sikał pod sobą kałuże. Gabrysia zaśmiała się z wyższością. Nawet trzy kolejne ciąże Ignasia nikomu nie dały do myślenia.
                                                  • aadrianka Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 17.10.17, 19:57
                                                    przymrozki napisała:

                                                    > - No, gratuluję! - powiedziała trzymając wnuka za tłuściutką piętę - to Achille
                                                    > s Seneka!
                                                    > - Czyli chłopiec? - Aga nie znała płci swojego potomka. Na USG miejsca newralgi
                                                    > czne miał zasłonięte banerem z pozdrowieniami dla Jędrka.
                                                    > Gabrysia zagryzła wargi. Gardziła synową, jak każdym zresztą, ale nie nienawidz
                                                    > iła na tyle, żeby tak prosto w oczy powiedzieć jej, że urodziła córkę. Póki co
                                                    > sprytnie zmieniła temat.
                                                    > - No patrz, zapowiadali słońce, a za oknem chmury! - zajmując tym sposobem uwag
                                                    > ę Agi, zaczęła zastanawiać się, jak dyskretnie przekazać Agnieszce swoje doświa
                                                    > dczenie w skutecznym ukrywaniu trzeciej córki. Mili Borejko ta sztuka się nie u
                                                    > dała, Natalia nawet w stroju magazyniera nie była synem, jakiego ojciec pragnął
                                                    > . Ale jej, Gabie, udało się doskonale. Ani rodzina, ani nawet Małgorzata Musier
                                                    > owicz niczego się nie domyślali, nawet wtedy, gdy w "Nutrii i Nerwusie" czarno
                                                    > na białym stało napisane, że jej "synek" sikał pod sobą kałuże. Gabrysia zaśmia
                                                    > ła się z wyższością. Nawet trzy kolejne ciąże Ignasia nikomu nie dały do myślen
                                                    > ia.


                                                    Jeżu kolczasty, pieję i kwiczę (ochryple, bo leczę ostre zapalenie krtani).


                                                    Duecie szanowny, więcej proszę! Więcej!


                                                    --
                                                    załóż stanik...poprawnie
                                                  • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 18.10.17, 00:25
                                                    Co ciekawe, Gabie udawało się całkiem sprawnie przez dziesięciolecia ukrywać przed rodziną, że jej drugi mąż jest de facto żoną. Kwestie wierzchniego odzienia załatwiła bardzo prosto, wmawiając wybrance, że właśnie we wspólnych flanelowych koszulach dopiero stanowią idealną parę. Kłopotu trochę przysporzyło dzielnej (bardzo dzielnej) Gabrieli przekonanie małżonki do noszenia okularów ze sprytnie przymocowaną do nich brodą i wąsami. Ale i na to znalazła sposób. Ilekroć nowy mężo-żona chciał się ujawnić, Gabrysia spoglądała nostalgicznie w przestrzeń i pytała:
                                                    - Czy chcesz mnie skrzywdzić jak Ja... Ja... Ja... nusz? - i wylewała potoki ulewnego deszczu na zdublowany księgozbiór.
                                                  • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 18.10.17, 11:25
                                                    Gabrysia patrzyła na synową i wnuczkę, Achillesa, z rozrzewnieniem. Nagle uświadomiła sobie "Boże, przecież ja nic nie robię!" i poczęła kopać Agę w żebra, a małą Achillesem tłuc orzechy.
                                                    - Taką to mam właśnie wnuczkę - krzyknęła przez okno do przypadkowego przechodnia - wnuczkę do orzechów.
                                                    Znudziwszy się nieco monotonią tego zajęcia, przypomniała sobie, że jej ulubiony siostrzeniec, Józinek, też właśnie zostaje ojcem. Na pewno przyda mu się pomoc, w końcu jego żona miała naprawdę twarde żebra.
                                                    W suterenie było dziwnie cicho. Marek chrapał, Ida rzucała musztardą, a Łusia tłumaczyła świeżo narodzonej siostrzenicy, Ronaldo Pałys, różnicę między tautologią a oksymoronem. Józinek stał nad zwłokami żony zniesmaczony.
                                                    - Machnąłem ją siekierą, a tu nic. Ani jelitka, ani wątróbek. Miałem rację co do dziewczyn. Ale one są próżne!
                                                  • pi.asia Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 18.10.17, 16:50
                                                    Zdumiewa mnie i w niemy podziw wprawia zarówno nieokiełznana wyobraźnia obu Autorek, jak i przeogromna ilość cytatów i zwrotów zaczerpniętych wprost ze Źródła. Ot, choćby Gabrysiowe "Boże, ja nic nie robię!" czy "szczęście zawsze będzie mieć dla niego zapach koperku." Czekam jeszcze na "subtelną smugę ohydnego smrodu" i "upiora morszczuka wywołanego z nicości przez zdradziecką Idę" - oba cytaty idealnie pasują do tej krwawej makabry, jaka ma miejsce w mieszkaniu przy ulicy Roosevelta 5.
                                                  • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 18.10.17, 18:19
                                                    Józinek poszedł do łazienki, gdzie ręcznikiem w kolorze mandarynki starł krew swojej żony, po czym przystąpił do realizacji marzenia z dzieciństwa - ogolenia się kindżałem. Niestety, mimo tego zabiegu nie był nic a nic podobny do Dżingis Hana. Zazdrościł Żaczkowi, o którym legenda z kręgu przyjaciół rodziny, głosiła, że wyglądał jak słynny wódz, nawet mimo figlarnego szlafroczka. A do wymarzonego przez Józinka efektu, starczał mu zaledwie garnek z wodą.
                                                    - Józi... eeefie - zająknęła się Łusia (znamienną rzeczą w rodzinie Borejków był fakt jąkania się przy wypowiadaniu niektórych imion) - może to dlatego, że masz zbyt anglosaską czaszkę.
                                                    - Co mam anglosaskie? - nie zrozumiał niedoszły wódz Hunów.
                                                    - Czaszkę - z naciskiem Matylda (Stągiewka, nie ta ze Standhala), która tkwiła w przedpokoju od prawie czterdziestu lat, kiedy to oniemiała na widok mieszkania ówczesnego lokatora, Macieja Ogorzałki. Z resztą! Być może to jego pocałunek przemienił ją w słup soli.
                                                  • bupu Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 18.10.17, 21:27
                                                    zuzudanslemetro napisała:

                                                    > Józinek poszedł do łazienki, gdzie ręcznikiem w kolorze mandarynki starł krew s
                                                    > wojej żony, po czym przystąpił do realizacji marzenia z dzieciństwa - ogolenia
                                                    > się kindżałem. Niestety, mimo tego zabiegu nie był nic a nic podobny do Dżingis
                                                    > Hana.

                                                    O święta makrelo, czy Józef w balwierskim zapale zgolił Dżingisowi C z chana?

                                                    Tak poza tym to wyznaję, że czytając waszą opowieść łzą radości łkam jak rynna.

                                                    --
                                                    Wiedźma
                                                    To jest bez sensu! To jest kompletnie, konkretnie bez sensu!
                                                    http://archiwumpanahyde.laa.pl/
                                                  • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 18.10.17, 22:38
                                                    bupu napisała:



                                                    > O święta makrelo, czy Józef w balwierskim zapale zgolił Dżingisowi C z chana?
                                                    >
                                                    > Tak poza tym to wyznaję, że czytając waszą opowieść łzą radości łkam jak rynna.

                                                    No i właśnie po to jest korekta :) Dzięki, na zawsze zapamiętam. Tam (między nami mówiąc) miałam parę innych błędów we wcześniejszych fragmentach, ale też nie aż tak rażących.
                                                    >
                                                  • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 18.10.17, 22:04
                                                    Od Matyldy w stronę miłej kuchni miłych Borejków ciągnęła się subtelna smuga ohydnego smrodu. Koleżanki Matyldy lubiły zbierać się w tej smudze, uważały, że jest w niej atmosfera. Jak się wpakuje w smród trochę grosza, od razu widać efekty.
                                                    - Przepraszam bardzo - powiedział Pyziak z naciskiem - ja tu jestem widmem tego domu i bardzo proszę o uszanowanie kolejki. Bo ja zaraz zawołam tego policjanta, co ma żonę Staszkę, i on pani powie! Do słuchu!
                                                    - Ja byłam widmem w domu Ogorzałków - przyznała Matylda - ale już dłużej nie zdzierżę. Panie! Nie było dnia, żebym po ciemku nie spadła z jakiejś antresoli! Kto to w ogóle projektował i co ten ktoś miał z matematyki w liceum?!
                                                    - Ciiiiiicho tam - wrzasnęła Ida z zielonego pokoju - bo poszczuję dominikaninem! Dobra możemy zaczynać - Ida rozłożyła na podłodze potrójną ruletkę, którą osobiście rozrysował Grześ. Pojedyncza była niewystarczająca dla tych miłośników wszelkiego rodzaju hazardu.
                                                    - Rien ne va plus - ekscytował się spod wąsa Rojek. I to dosłownie spod wąsa, bo właśnie zarostem przykrył się, gdy w poprzedniej rundzie przegrał ostatnią sztukę bielizny. Wygrała Mila, która teraz przyglądała się swojej zdobyczy z błyszczącymi oczami - kiedy tylko podrosną jej praprawnuczki każe im iść w tych gatkach do ślubu. Powie, że Gizela by tego chciała.
                                                    - Przepraszam bardzo - widmo Pyziaka przerwało pouczającą zabawę w zielonym pokoju - ja się nie chce naprzykrzać, ale najpierw pojawiła się ta blondyna nie od Stendhala, a teraz jeszcze to. A ja tu mam umowę na bycie jedynym widmem i zawsze się starałem wywiązywać...
                                                    - Umowę? - Gabrysia wolno łączyła fakty spod łez (też się musiała czymś przykryć po tym, jak jej bieliznę wygrała Pulpa. Normalnie Gabrysia próbowałaby rewanżu, ale że Patrycja od razu zaczęła przymierzać swoją wygraną, z ubrań Gaby nie było już co zbierać. Pulpa zaś uśmiechnęła się tylko, upiekła kolejny tort i poszła na miasto wygrać w ruletkę ubrania w większym rozmiarze).
                                                    Pyziak nie dał się zbić z tropu.
                                                    - O, tutaj stoi jakieś widmo.
                                                    - A tak - Mila nawet nie spojrzała na zięcia - to upiór morszczuka wywołany z nicości przez zdradziecką Idę.
                                                    - Czemu zdradziecką? - zaciekawiła się Ida.
                                                    - Przepraszam. Zabawne przejęzyczenie - Borejkowie prawie umarli ze śmiechu - RADZIECKĄ. Ida jest wszak taka sierpniowa i młotna!
                                                  • zuzudanslemetro Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 18.10.17, 22:52
                                                    Wracając do garderoby Pulpecji wygranej od Gaby, należy zwrócić uwagę, że głównym przegranym w tej kombinacji był Ignacy Borejko, filolog klasyczny i bibliotekoznawca, gdyż to właśnie jego podkoszulek przeciwreumatyczny miała na sobie jego najstarsza córka nim przystąpiła do gry.
                                                    Widmo morszczuka ustawiło się w szeregu z widmem Matyldy Stągiewki, licząc na to, że pyziacze widmo również stanie tam, gdzie jego miejsce. Niestety, widmo pyziacze pozostało przy stole, gdyż się zasiedziało.
                                                    Filolog, klasyczny ignacy i bibliotekoznawca, opadł bezsilnie na fotel.
                                                    - Ach! - krzyknął dramatycznie i zbladł. - Duszno... duszno... nie, nie płaczcie dzieci.
                                                    Na te ostatnie słowa wszyscy zgromadzeni upadli mu do kolan ze szlochem. Jedna Laura, próbowała zachować rozsądek i z otchłani pamięci przywołać numer pogotowia.
                                                    Rodzinę jęła podrzucać Tygryskowi różne numery, które Robrojek (owinąwszy się wąsem jak szalem) obstawiał w ruletce.
                                                    Bibliotekoznawca, ignacowy filolog i klasyk, słabł w oczach. Ostatnie swe słowa wypowiedział na migi.
                                                    Mila patrzyła w niego jak jaszczurka.
                                                    - Horacy - odgadła, a mąż bił jej bezgłośne brawko.
                                                    Tu skonał, lecz róg trzymał...
                                                    - Dziadziu - zaszlochała Laura. - Dziadziu wytrzymaj jeszcze chwilkę, dodzwoniłam się do pogotowia.
                                                    Przedwczesna była jej radość jednak. W pogotowiu tego dnia, jak na ironię, jeździł przypadkowy laryngolog z misją przyjęcia jak największej ilości porodów.
                                                  • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 18.10.17, 23:39
                                                    Przypadkowy laryngolog podrapał się w czubek głowy. Patrzył na zawał Ignacego coraz bardziej tępo.
                                                    - No nie wiem. Jak się uczyłem medycyny, to fantom miał taki otwór, z którego wychodziło dziecko.
                                                    Ida ożywiła się.
                                                    - A z drugiej strony otwór do wycinania camemberta. Wiem! Uczyłam się na tym samym! - szybko jednak przerwała wspomnienia i spojrzała na ojca podejrzliwie - co on taki zielony?
                                                    Pani Lisiecka aż zatarła ręce. Była przekonana, że znowu dostanie pieniądze od tej frajerki Borejkowej. Mila płaciła jej zawsze, gdy ktoś stawał się zielony. Ignacy szybko jednak zmienił kolor na niebieski, a potem w ogóle na szary, więc wizja wypłaty oddaliła się. Oddaliła się także Lisiecka. Zanim wyszła wpadła jednak na chwilę do zielonego pokoju. Dzięki temu jej bułgarski kożuszek, czeska kolia i kozaczki z NRD obecnie pyszniły się ostentacyjnie na rozanielonym Robrojku.
                                                    Wokół Ignacego zebrały się widma. Pyziak chciał się bawić w pociąg, Matylda próbowała wetknąć ciało Borejki do rondla biorąc je za jakiś szczególnie niekształtny klops zostawiony do odgrzania przez gosposię. Trzeźwość umysłu zachowało tylko widmo morszczuka.
                                                    - U, brzydki jesteś kochasiu - powiedziało - nie obsypali cię mąką przed smażeniem.
                                                    Gabrysia nie obsypała. Ida jednak nie miała czasu na roztrząsanie tej kwestii. Podniosła z podłogi rozerwany wzdłuż i jeszcze w poprzek podkoszulek przeciwreumatyczny ojca.
                                                    - A ja - powiedziała niby to od niechcenia - też mam bieliznę w strzępach odkąd poznałam Waldusia.
                                                  • pi.asia Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 19.10.17, 19:17
                                                    Od Matyldy w stronę miłej kuchni miłych Borejków ciągnęła się subtelna smuga ohydnego smrodu. Koleżanki Matyldy lubiły zbierać się w tej smudze, uważały, że jest w niej atmosfera. Jak się wpakuje w smród trochę grosza, od razu widać efekty.

                                                    Aaaaaa!!! Jak pięknie wykorzystany motyw smugi smrodu, podkreślającej subtelność Matyldy!!! Dziękuję, dziękuję, dziękuję!!!

                                                    A ja - powiedziała niby to od niechcenia - też mam bieliznę w strzępach odkąd
                                                    > poznałam Waldusia.

                                                    O! Zapachniało słowem, którego nie używa się w tym domu! Być może, gdyby Ida wyszła za kogoś innego niż wiecznie śpiący Mamłys, naprawdę miewałaby czasem bieliznę w strzępach.
                                                    Boru niezmierzony, Walduś szarpiący na Idzie koronkowe desusy... (z tajemniczym uśmieszkiem pogrąża się we wspomnieniach)
                                                  • ciotka_scholastyka Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 22:50
                                                    - Czy nie lepiej - przerwał mu z ojcowskim uniesieniem wąsa Robert - żebyś tę wiadomość... eee... no żeby był przy tobie mąż?
                                                    - Wolałabym go nie budzić. (...)
                                                    - No tak - kontynuował Florek - otóż w związku z tą całą rozmową o Laurze...
                                                    - Bardzo potrzebną rozmową. Co Gabrysia ma za hocki-klocki z tą dziewczyną - Rojek pogroził Tygryskowi pięścią.
                                                    - Tak, potrzebną - Florek nie dał się zbić z tropu - ale widzisz, myśmy przez to zapomnieli o Ziutku, a on trochę krwawił i, jak my to powiemy ojcu, ale on zabrudził Plutarcha! Wiesz, pośmiertnie, nie można dziecka winić. Ale jednak.
                                                    Ida pobladła.
                                                    - Przekład? - zapytała z nadzieją. Ale jedno spojrzenie na szwagrów nie pozostawiło wątpliwości.
                                                    - Oryginał, Iduś, oryginał.


                                                    Pięć minut temu przez drzwi do pokoju wetknęły się trzy zaniepokojone łby: szwagra, męża i córki. I ja naprawdę nie potrafiłam im wyjaśnić, dlaczego siedzę z twarzą w dłoniach i produkuję szlochy :D Na szczęście znają mnie jak zły szeląg i sami się domyślili, że matka siedzi na jakimś forum :)

                                                  • gat45 Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 11.10.17, 09:59
                                                    Mnie zaś te dwie młódki rozświetliły ponury poranek.
                                                    Dziewczyny, chapeau bas i dziękuję ! Obie świetnie piszecie, ale ten duet, to jest coś, co Gata przejęło podziwem graniczącym z niedowierzaniem. Bo to tak, jak ze śpiewem - dwa wielkie i sprawdzone głosy solistów jednak muszą popracować nad dotarciem się przed wykonaniem duetu. A Wam to wyszło wspaniale w trybie improwizacyjnym - pełna harmonia, żadnego kiksa, płynie toto samo z siebie, naturalnie, bez wysiłku... Na dodatek żaden głos nie przytłacza drugiego, wyłapuje ozdobniki poprzednika i wstawia do swojej partii, a zaraz potem na odwrót - no, harmonia i już !
                                                    Podziw mnie złapał, trzyma i nie zamierza puścić ! Bravo ! Bravissimo !
                                                  • sayoasiel Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 13.06.18, 20:13
                                                    Wai, ja wam muszę powiedzieć, kochane duo, że to jest jedna z najlepszych rzeczy, która powstała na tym forum i mnie się czytanie tego nigdy nie znudzi. Co za finezja ! Choć ja bym chętnie jeszcze poczytała o tej makabrze, choćby zainspirowanej nową częścią =) Tak, jak to napisano, idealna harmonia.
                                                  • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 13.06.18, 21:22
                                                    Jakie wykopalisko :-D Ale, powiem Wam, że w życiu się tak w internecie nie ubawiłam jak wtedy współtworząc tę makabreskę. Potem fragmenty Zuzu napadały mnie od czasu do czasu i chichrałam się w sposób nieopanowany w nieprzeznaczonych do tego momentach życia pozaforumowego. A to strasznie trudno wytłumaczyć osobom postronnym, że się traci przytomność z powodu wspomnienia wizji bohatera książek dla dzieci golącego się kindżałem wśród zakrwawionych ręczników w kolorze mandarynki.

                                                    Aż miło poczytać historyczne wygłupy, zwłaszcza teraz, gdy na forum zrobiło się jakoś mniej zachęcająco.
                                                  • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 13.06.18, 21:46
                                                    zuzudanslemetro napisała:

                                                    > Oj, ja też się w życiu na forum tak dobrze nie bawiłam jak wtedy. I chętnie bym
                                                    > powtórzyła tę zabawę, mając nadzieję, że prawdą nie jest, że "nic dwa razy się
                                                    > nie zdarza" ;)

                                                    :-D

                                                    Musimy tylko wykoncypwać, jak zmylić pogoń. Żeby znowu nie było, że niepotrzebnie odciągamy uwagę od Jeżycjady.
                  • przymrozki Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 17:13
                    Jest w "McDusi" taki fragment, w którym MM tłumaczy, że mały Kazimierz nie utrudnił niczego w rodzinnej machinie, bo stała łączność "telefoniczna, mailowa i telepatyczna" działała, dzięki czemu nowe niemowlę nie generowało żadnych przestojów. Potem zaś widzimy, jak Pałysowie wychodzą do pracy, bez Ziutka oczywiście. Nigdzie nie dzwonią i nie mailują, a więc można wnosić, że stawiają na łączność telepatyczną. Kiedy Ida wraca do domu, okazuje się, że dzieckiem cały dzień zajmowały się Łucja i Magda. A Ida nie tylko nie dziękuje, ale jeszcze ma pretensje, że nie zostały spełnione jej (zapewne wyrażone telepatycznie) życzenia co do menu Ziutka.
    • rosynanta Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 10:57
      Miałam 7 lat, kiedy urodziła się moja siostra. Nauczyłam się zmieniać pampersy, ubierać ją. Z butelki nie była karmiona.
      Siostra miała 4 lata, kiedy urodził się nasz brat. Sama ledwo wyrosła z pampersów wtedy, pieluch nie zmieniała... Ważyła niecałe 20 kg wtedy, więc nikt by jej nie pozwolił nosić 7 czy 8 kg niemowlaka.
      • verdana Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 18:39
        Miedzy moimi starszymi dziećmi jest 3 lata różnicy. Starszy zajmował sie owszem, młodsza siostrą, ale gdy on miał 6 lat, ona trzy i wtedy to się ograniczało zwykle do pobawienia się, albo popilnowania, gdy kisiel gotowałam ja. Najmłodszy urodził sie, gdy starsze miały 8 i 11 lat, ale nawet wtedy nie przewijały - uwazam,że to jest dosyć obrzydliwa czynność, której nie należy powierzać dzieciom, jeśli nie ma absolutnej konieczności. Za to starsze dziecko odbierały z przedszkola, a nawet najstarszy był kilka razy z bratem u lekarza. Ale wtedy to najstarszy był prawie dorosły...
        Nie wyobrażam sobie przewijania niemowlęcia przez 4-5 latka.
        • iwoniaw Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 19:08
          Miedzy moimi starszymi dziećmi jest 3 lata różnicy. Starszy zajmował sie owszem
          > , młodsza siostrą, ale gdy on miał 6 lat, ona trzy i wtedy to się ograniczało z
          > wykle do pobawienia się, albo popilnowania, gdy kisiel gotowałam ja


          No i otóż. U mnie było identycznie i u wszystkich znanych mi ludzi również. 4-latek przewijający niemowlę i operujący wrzątkiem to jakiś kosmos.


          --
          "Jakby im tak odjąć trochę jedzenia a dołożyć roboty, to zaraz by się im głupot odechciało"
          • berrin Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 10.10.17, 20:17
            Między mną a moją młodszą siostrą jest 6 lat różnicy. I ja ją przewijałam osobiście, podobno z wielką wprawą operując tetrą ALE! Pozwalano mi na to, bo naprawdę BARDZO chciałam, ponoć rwalam się do opieki i w ogóle czynnosci okoloniemowlęcych. I nigdy nie zostawiano mnie -
            6-latki - tak po prostu jako pełnowymiarowej opiekunki, zawsze jakiś dorosły byl tuż obok (zwlaszcza kiedy ja mialam 6 lat a siostra robila za wrzeszczący tobołek), i to on zapewne realnie wykonywał calą powazniejszą robotę. Potem owszem, zajmowałam się dzieciakiem bardziej samodzielnie, pilnowalam, czytalam i dawalam pić rumianek z butelki a potem z kubeczka i ogólnie dbalam, zeby siostra nie spożywała plasteliny i nie bawila się golarką taty. Dopiero jako 8 -latka zostałam uznana za dosc dorosla, zeby siostrę zostawić ze mna sam na sam dluzej niz na czas robienia przez babcię obiadu.
            Więc albo Jozinek jest demonem opieki noworodkowej, o kompetencjach tak ze dwa razy przewyższających średnią dla jego wieku, albo było jak u mnie, a bohaterskie opisy jego działań to jego przetworzone wspomnienia, z ktorych "wytarla się" Ida, albo MM po raz kolejny nie sprawdziła, co w jakim wieku jest w stanie zrobić dziecko, niech będzie że nawet ponadprzeciętne zdolne i odpowedzialne.
            I sklanialabym się ku temu ostatniemu, a to ze względu na to, że jest to w neo bardzo powszechne niedopracowanie tekstu.

            --
            Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
      • mama_kotula Re: Józinek i Łusia, czyli opieka nad dziećmi 13.06.18, 23:20
        > Ważyła niecałe 20 kg wtedy, więc nikt by jej nie pozwolił nosić 7 czy 8 kg niemowlaka.

        (wiem, że wątek wykopaliskowy)

        W mojej bliskiej rodzinie dzieckiem rocznym zajmują się czasem jego starsi bracia - najmłodszy, 7,5-latek, jest malutki i drobny, waży - uważajcie - 15 kilo - i nosi rocznego berbecia o masie stanowiącej 2/3 jego własnej. Taaak.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka